Przygoda LVIII
Śledztwo muszkieterów cz. II
Udaliśmy się wszyscy w kierunku miasta Vaniville. To w nim właśnie miał swoją siedzibę władca tej krainy, król Louis XXIII i jego małżonka, królowa Anne Marie. Muszę przyznać, że byłam naprawdę zaskoczona obecnością królewskiego pałacu w moim rodzinnym mieście. Co prawda, od urodzenia mieszkałam w tym miejscu i wiedziałam dobrze o tym, że znajduje się w nim muzeum, które to kiedyś było rezydencją władców Kalos, jednak jakoś wcale nie ciągnęło mnie do niego i na obecną chwilę zapomniałam zupełnie, że w tym mieście znajduje się taki piękny zabytek historyczny. Głupio mi się więc zrobiło, kiedy Dawn zapytała mnie:
- Wiedziałaś o tym, Sereno, że w twoim rodzinnym mieście była kiedyś letnia siedziba królów tego regionu?
Nie chcąc przyznać, że jestem w tej sprawie nie tyle laikiem, co kompletnym ignorantem, dlatego też, aby to ukryć, szybko odpowiedziałam:
- Naturalnie... Od dawna o tym wiedziałam.
- I nic nam nie powiedziałaś? - zapytała nieco złym tonem Bonnie.
- No wiesz... Chciałam wam zrobić niespodziankę - zachichotałam, rumieniąc się przy tym delikatnie.
Spojrzałam na Asha, szczerząc przy tym bardzo głupkowato swe zęby. Moje zachowanie nawet w człowieku mało inteligentnym mogło wzbudzić podejrzenie, a co dopiero w wybitnym detektywie z Alabastii, który w swej karierze rozwiązywał już o wiele bardziej skomplikowane sprawy aniżeli dziwne zachowanie jego lubej. Dlatego doskonale wiedziałam, że mój ukochany z pewnością zna prawdę na temat mojej wiedzy o rodzinnych stronach, jednak kulturalnie zachował ją dla siebie.
Pałac królewski był po prostu piękny, ale jego wygląd nie był dla mnie jakoś imponujący. Nie żebym nie umiała docenić piękna wnętrz budowli z XVIII wieku, ale przecież widziałam już równie piękne budynki, jeśli nie piękniejsze, jak choćby pałac księcia Edwarda w królestwie Queentania. Niezwykle imponujący był też Zamek Bitew oraz Pałac Perfum tej wariatki księżniczki Allie. W ogóle, to region Kalos zawsze słynął z pięknych barokowych budowli, jakich mogły pozazdrościć mu inne regiony, co zapewne robiły.
Pałac królewski nosił nazwę Pałacu Tęczy, a ta wzięła się stąd, że komnaty w nim były niezwykle barwne, kolorowe niczym tęcza. Musiałam przyznać, że jego architektowi zdecydowanie nie brakowało ani wyobraźni, ani pomysłowości. Ani też hojnych sponsorów, którzy zadbali o to, aby pałac został zbudowany elegancko i z przepychem.
Podeszliśmy do bramy głównej prowadzeni przez naszego nowego przyjaciela Francoisa de Sauve’a. Strażnicy zagrodzili nam wówczas dalszą drogę. Nosili na sobie mundury muszkieterów, w dłoniach mieli muszkiety, a przy boku szpady.
- Stać! Kto idzie?! - zawołali, mierząc do nas z broni palnej.
- Ekhe... Eee... Sami swoi - zaśmiał się Max.
- Mam nadzieję, że spisaliście ostatnią wolę - dodała Dawn, lekko przy tym chichocząc w nerwowy sposób - Bo potem może już nie być okazji.
Młodzieniec, którego poznaliśmy przed dwiema godzinami, uśmiechnął się od ucha do ucha, a następnie rozłożył szeroko ręce i zawołał:
- Hola, panowie! Cóż to?! Nie poznajecie mnie?!
Muszkieterowie opuścili broń, spojrzeli z uwagą na naszego znajomego, a już po chwili obdarzyli go promiennymi uśmiechami.
- Francois! Raichu! Jakże miło was widzieć! - zawołali radośnie - Dlaczegóż to tak późno przychodzicie, przyjaciele? Czyżbyście mieliście może jakieś niemiłe starcie z bandytami z tych okolic?
- Aż tak to widać? - parsknął śmiechem zapytany - Tak, niestety mieliśmy je, ale spokojnie, moi przyjaciele. Obaj wyszliśmy z tego cało, a to wszystko dzięki pomocy tej oto szóstki dzielnych, młodych ludzi, których to chciałbym przedstawić Ich Królewskim Mościom.
- Ach! Skoro tak się sprawy mają, to wobec tego zapraszamy was do pałacu! - zawołali muszkieterowie, salutując nam i ustępując z drogi.
- No i widzicie, przyjaciele? Mówiłem wam, że nie będzie żadnego problemu z wejściem tutaj. W końcu jestem cały czas z wami - powiedział Francois.
- Owszem, masz rację. Nie mamy powodu do obaw - rzekł Ash.
- Miło mieć znajomości w świecie - zauważyłam dowcipnym tonem.
- Tak... Rzeczywiście miło - potwierdził nas nowy przyjaciel.
Chwilę później weszliśmy do pałacu i zaszliśmy do komnaty Francoisa. Tak gwoli wyjaśnienia muszę powiedzieć, że pan de Sauve miał tu swój własny pokój i był on dowodem na to, że kawaler cieszył się poważaniem, czego dowodziło to, jak pięknie urządzony był jego pokój. Nie było to miejsce, w którym mieszkałby ktoś biedny lub w niełasce, ponieważ znajdowały się tam kilka dzieł sztuk, lustro oraz szafa ze zdobieniami, a w tejże szafie piękne ubrania najlepszej jakości.
Francois poprosił nas, abyśmy poczekali w pokoju, gdyż on chce odwiedzić swoją ukochaną i dodając, że osobiście przedstawi nas parze królewskiej podczas wieczornego balu.
- Super! Uwielbiam bale! - zawołała Bonnie, klaszcząc w dłonie.
Francois i jego Raichu uśmiechnęli się do niej przyjaźnie.
- Doskonale. Wobec tego będziesz miała okazję wziąć dzisiaj udział w jednym z nich, moja droga - rzekł po chwili do dziewczynki panicz de Sauve - Ale teraz wybaczcie mi, ale wzywają mnie sprawy natury sercowej, sami rozumiecie.
Po tych słowach, kawaler poszedł za parawan, aby się przebrać w coś bardziej godnego spotkania z ukochaną, a gdy już to zrobił, to wyszedł z komnaty i pognał do swojej wybranki, my zaś pozostaliśmy na miejscu w towarzystwie jego Raichu, który rozsiadł się wygodnie na łóżku z niewielkim bandażem na głowie (jakby ktoś chciał wiedzieć, to sama mu go założyłam).
- Ciekawi mnie, kim jest ta jego ukochana i jak ona wygląda - rzekła Dawn.
- Na pewno jest to bardzo piękna oraz bardzo miła osoba - powiedziałam - A przynajmniej mam taką nadzieję.
- A czemu masz taką nadzieję? - zapytał Ash.
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
- Wiecie... Bo nie chciałabym, aby taki miły człowiek musiał się użerać resztę swojego życia z jakąś jędzą w rodzaju Ksantypy.
- A kto był? - zapytała Bonnie.
- Żona Sokratesa - wyjaśnił jej mój chłopak.
- Tego filozofa?
- Właśnie.
- Prawdę mówiąc, to nie wiadomo, czy Sokrates miał żonę - zauważył nieco przemądrzałym tonem Clemont - Ostatecznie Ksantypa jest postacią legendarną, a nie historyczną.
- Żyła czy nie żyła, a jaka to teraz za różnica? - mruknął Max - Ważne, że my sobie teraz możemy pożyć jak pączki w maśle i zobaczyć, jak wyglądało Kalos w XVIII wieku.
- No właśnie - powiedziała Dawn, rozglądając się uważnie po pokoju - Nie ma co, to miejsce jest naprawdę piękne.
- Mam tylko nadzieję, że przydzielą nam tutaj jakieś osobne komnaty - dodał Clemont - Bo chyba nie każą nam gnieździć się w jednym pokoju.
- W razie czego możemy wziąć pokoje w tawernie - zauważył Ash.
- Wolałbym nie. Tawerny to są wylęgarnie podejrzanych typów - rzekł młody Hameron, czyszcząc sobie chusteczką okulary - Nigdy nie wiadomo, na kogo tam możemy trafić.
- Pod tym względem, pałac chyba nie jest wiele bezpieczniejszym miejscem - stwierdził lider naszej drużyny.
Max popatrzył na niego zdumiony.
- Mówisz poważnie, czy sobie żartujesz, stary?
- Jestem teraz śmiertelnie poważny, przyjacielu.
- Och, Ash! Weź go już nie strasz! - zwróciła bratu uwagę Dawn - Przecież my przybyliśmy tutaj najwyżej na dzień albo na dwa. Błagam was! Co niby złego się może zdarzyć przez ten czas?
- Biorąc pod uwagę fakt, w jaki sposób przyciągamy do siebie nieszczęścia? - bardziej stwierdziłam, niż zapytałam - Myślę, że dużo. Nawet bardzo dużo.
- Oj, obyś tylko nie powiedziała tego w złą godzinę, Sereno - rzekł detektyw z Alabastii.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał niezadowolonym głosem Pikachu.
***
Wieczorem miał miejsce bal. Choć nie wiedzieliśmy dokładnie, z jakiej okazji on się odbywa, to jednak nie specjalnie nas jakoś ten fakt interesował. Ostatecznie przecież król i królowa mogli urządzić u siebie przyjęcie z byle jakiego powodu, byleby tylko miło spędzić czas w towarzystwie swoim i swoich dworzan, a przy okazji pokazać się wszystkim ludziom od najlepszej strony, chociaż moim zdaniem takie bale to był tylko pretekst, aby dźgać ludziom w oczy swoim bogactwem, co zresztą jest praktyką do dzisiaj stosowaną przez wielkich tego świata. Ale tak czy siak, zamierzaliśmy się wszyscy tego dnia dobrze bawić.
Na przyjęcie udaliśmy się razem z Francois. Weszliśmy razem z nim do sali balowej, po czym stanęliśmy w kącie, czekając tam momentu, w którym de Sauve przedstawi całą naszą drużynę parze królewskiej. Przedtem jednak mieliśmy okazję poznać jego ukochaną.
- Pozwólcie, przyjaciele, że wam kogoś przedstawię - powiedział młodzieniec - To panna Madeleine de Beauchaump, osobista pokojówka królowej, a także moja narzeczona.
Muszę tutaj wyjaśnić, że stanowisko pokojówki może się ludziom wydawać mało zaszczytne, jednakże ja doskonale pamiętałam, że w dawnych czasach bycie służącą samej królowej przysługiwało jedynie damom z dobrego domu, a najlepiej tym naprawdę szlachetnie urodzonym, gdyż taka funkcja to był ogromny przywilej, który nie spływa na każdą kobietę. Dlatego właśnie wcale nie byłam zdziwiona, że szlachcianka piastowała na tym dworze stanowisko pokojówki królowej i jeszcze wyraźnie zachwycała się tym.
- Bardzo mi miło państwa poznać - rzekła Madeleine z uśmiechem na twarzy - Francois opowiedział mi o tym, jak uratowaliście mu życie. Nawet nie umiecie sobie wyobrazić, ile to dla mnie znaczy.
- Jeśli tyle, ile dla mnie życie mojego ukochanego, to na pewno bardzo wiele - odpowiedziałam jej przyjaźnie.
Dziewczyna spojrzała życzliwie w moją stronę. Teraz dopiero miałam okazję lepiej się jej przyjrzeć. To była dziewczyna tak około osiemnastoletnia, szatynka o zielonych oczach, różowych ustach, gładkich policzkach, małym oraz kształtnym nosku, a także niesamowicie dużym uroku osobistym. A więc krótko mówiąc, była prześliczna i naprawdę urocza.
- Ich Królewskie Moście, król Louis XXIII i jego małżonka, królowa Anne Marie! - ogłosił nagle jeden z dworzan, prawdopodobnie herold.
Wszyscy ludzie, obecni na sali balowej, na dźwięk tych oto słów, natychmiast zaprzestali zabawy i ukłonili się z szacunkiem Ich Królewskim Wysokościom, gdy ci weszli do pokoju. Mimo, iż etykieta nakazywała mi spuścić wzrok, potajemnie zerknęłam na osoby władców, gdyż byłam ciekawa, jak oboje wyglądają. Król był wysoki, w średnim wieku, z lekko odstającym brzuchem. Jego twarz zoraną lekkim zmarszczkami zdobiły delikatne brązowe wąsiki oraz mała bródka tej samej barwy. Na głowie miał czarną perukę z lokami. Ubiór jego stanowił biały strój ze złotymi zdobieniami. Królowa z kolei była znacznie młodsza od swojego męża. Miała ona około dwudziestu lat, złote włosy i błękitne oczy. Jej suknia była różowa z białymi falbankami.
Oboje usiedli dostojnie na tronach, po czym poprosili, żeby podeszli do nich różni dworzanie, aby mogli im przedstawić swoje sprawy. Kilku ludzi z miejsca z tego zaproszenia skorzystało i wyraziło na głos swoje życzenia. Król obiecał zająć się nimi, a petenci ukłonili mu się i odeszli. Następnie do władców zbliżył się nasz drogi Francois, z szacunkiem oddając ukłon królewskiej parze.
- Bardzo chciałbym przedstawić kogoś Waszym Królewskim Mościom - rzekł nasz przyjaciel z szacunkiem w głosie - To ludzie, którzy ocalili mi dzisiaj życie. Gdyby nie oni, nie miałbym teraz możliwości rozmawiać z Waszymi Królewskimi Mościami.
- Doprawdy? - spytała królowa zachwyconym tonem - Wobec tego przedstaw ich nam. Jesteśmy ich bardzo ciekawi.
- Dokładnie tak, najdroższa - uśmiechnął się król, całując delikatnie jej dłoń.
Chwilę później Francois dał nam znak i wówczas wyszliśmy z tłumu, oddając pokłon Ich Królewskim Mościom.
- A więc to wy ocaliliście naszego drogiego kawalera de Sauve? - powiedziała bardzo uradowana królowa - Winniśmy wam jesteśmy wdzięczność ponad wszelką miarę.
- Tak, nie inaczej - dodał jej królewski małżonek - Kawaler de Sauve jest nie tylko naszym dworzaninem, ale również i serdecznym przyjacielem. Ocalenie go jest zatem czynem niezwykle patriotycznym.
- Dziękujemy bardzo Waszym Królewskim Mościom - rzekł Ash, kłaniając się uniżenie - Pragnę wszakże zauważyć, że my jedynie spełniliśmy swoją powinność.
- W rzeczy samej - dodał Clemont dość uroczystym tonem - Kiedy widzimy człowieka w niebezpieczeństwie, to ruszamy mu z pomocą i to bez względu na to, czy jest on szlachcicem, mieszczaninem, czy też chłopem.
- Dla nas człowiek jest człowiekiem i dlatego każdemu, bez względu na jego pochodzenie, należy się pomoc - rzekł Max.
- Tak brzmi niepisana zasada muszkieterów - zauważyłam.
- Jesteście muszkieterami? - zapytała królowa.
Ash, Clemont i Max dobyli szpad i stanęli na baczność przed władcami Kalos.
- Nie inaczej - powiedział mój chłopak bardzo uroczystym tonem - Jesteśmy muszkieterami króla jegomości, władcy regionu Kanto.
- Chociaż pochodzimy z innego kraju, w którym nie ma Pokemonów - dodał przyjaźnie Max.
- Nie inaczej - pokiwał głową Clemont.
Następnie podaliśmy nasze zmyślone nazwiska. Wszyscy ludzie obecni na sali byli wówczas pod wielkim wrażeniem, kiedy je usłyszeli.
- To wprost niesamowite! - zawołał zachwyconym głosem król Kalos - Wnuki słynnych czterech muszkieterów? Nie sądziłem, że mieli oni dzieci.
- Nie wszyscy o tym wiedzą - odpowiedziałam dowcipnie.
Jegomość król parsknął śmiechem.
- Dowcipni z was młodzi ludzie - stwierdził - Tym lepiej. Bardzo cenię sobie poczucie humoru, więc tym bardziej przyjemnie mi się rozmawia z ludźmi, którzy umieją żartować. Nie znoszę ponuraków.
- Ja również - wtrąciła się do tej rozmowy królowa - Nie ukrywam, że cieszy mnie to, iż nie tylko uratowaliście naszego drogiego Francois, ale też to, że umiecie żartować. A zatem... Bawcie się dobrze i mam nadzieję, iż będziemy mieli jeszcze okazję porozmawiać.
- My również mamy taką nadzieję - odpowiedziałam przyjaźnie, dygając Jej Królewskiej Mości.
Następnie odeszliśmy na bok, a Francois wesoło do nas zagadał.
- Widzieliście? Już przypadliście do gustu królowi i królowej.
- Mam nadzieję, że wywarliśmy na nich pozytywne wrażenie - rzekłam.
Młodzieniec parsknął śmiechem.
- Moja droga... I ty jeszcze w to wątpisz? Zapewniam cię, że oboje są w was zakochani i wcale nie żartuję. Naprawdę, bardzo im przypadliście do gustu.
- Im może tak, ale temu tam, to chyba niekoniecznie - rzekł Max.
Francois odwrócił się ostrożnie za siebie i spojrzał w kierunku wskazanym mu przez naszego przyjaciela. Zauważył wtedy dość wysokiego mężczyznę mającego około czterdzieści kilka lat, brązowe włosy i szare oczy oraz niesamowicie ponury wyraz twarzy. Ubrany był on w czerwony strój, a jego pierś zdobiła zielona szarfa. Na ramieniu mężczyzny siedział Pokemon małpa o brązowej maści, wyglądający jak skrzyżowanie pawiana i szympansa. Koniuszek jego ogona płonął delikatnym płomieniem. Sam zaś stworek zajadał niemal łapczywie ciastka, podawane mu co chwila przez swojego pana.
- Chodziło ci o niego? - zapytał de Sauve - Na waszym miejscu, to ja bym się nie przejmował tym, czy mu się podobacie, czy nie. On jest zawsze taki ponury. To taki jegomość, który zawsze zdoła zepsuć swoją obecnością każdy bal. Ponadto, on nie lubi nikogo. Oczywiście poza swoim Monferno.
- A więc to jest Monferno - powiedziałam - Nigdy nie widziałam Pokemona tego typu. W sumie, nie wygląda on raczej zbyt sympatycznie.
- Co chcesz? Jaki pan, taki kram - mruknęła Dawn - Widziałaś kiedyś może ponurego trenera z wesołym Pokemonem?
- W sumie, to nie - odparłam.
- A tak właściwie, to kim jest ten człowiek? - zapytał Clemont.
Francois szybko pospieszył z odpowiedzią:
- To jest Armand de Michellieu, I minister króla Kalos. Niezbyt sympatyczny jegomość, choć za to bardzo skuteczny jako polityk. Typ raczej samotnika. Unika towarzystwa, ale na balach się pojawia ze względu na swoje obowiązki. Wydaje mi się jednak, że tego rodzaju zabawy nie sprawiają mu przyjemności.
Ja i mój chłopak spojrzeliśmy uważnie na tego mężczyznę czując, że co jak co, ale zdecydowanie go nie polubimy. On również spojrzał na nas, a jego wzrok mówił nam aż nadto wyraźnie, iż to nasze uczucie względem niego jak najbardziej zostanie odwzajemnione.
Chwilę później rozpoczęła się zabawa i wszyscy zaczęliśmy ze sobą tańczyć. Ash porwał do tańca mnie, Clemont Dawn, natomiast Max Bonnie. Wypuściliśmy też kilka mniejszych Pokemonów, aby mogły one pobawić się z nami (te większe pozostaliśmy w pokeballach, gdyż ich obecność mogłaby nieco przerazić ludzi). Oczywiście w takiej sytuacji Pikachu został porwany w tany przez Buneary, która piszczała z radości mogąc się z nim bawić.
- To jest po prostu wspaniała chwila! - powiedziałam do Asha czule podczas tańca.
- Ja również tak uważam - rzekł mój chłopak - Przypomina mi się ten bal u księcia Edwarda.
- A mnie ten bal, na którym to potem walczyliśmy w duecie przeciwko Miette i jeszcze jednej takiej laseczce, która później okazała się być przebranym Jamesem z Zespołu R. Pamiętasz to, Ash?
- Jak mógłbym o tym zapomnieć? - odrzekł z uśmiechem mój chłopak - Nigdy nie zapomnę tego wydarzenia. Zwłaszcza, że to wtedy twoja Eevee ewoluowała w Sylveon.
- Tak, masz rację - pokiwałam wesoło głową - Wtedy też tańczyliśmy. Tylko, że ja najpierw tańczyłam z Clemontem, a ty z Miette, a ta zołza jedna potem się skarżyła, iż rzekomo jej deptałeś po palcach.
- To było niechcący... A poza tym szukałem pretekstu, aby zatańczyć z tobą.
- Poważnie?
- Naprawdę. Ona była zbyt wymagająca w tańcu. Ty zaś byłaś wobec mnie zawsze bardziej wyrozumiała.
- No popatrz...
Po tych słowach, oboje parsknęliśmy wesołym śmiechem i powróciliśmy do zabawy. Tańczyliśmy dalej, uśmiechając się z miłością do siebie, zaś w przerwach pomiędzy jednym tańcem a drugim, stawaliśmy obok naszych przyjaciół, tocząc z nimi bardzo przyjemne rozmowy.
- Musisz przyznać, że ten bal jest naprawdę udany - powiedziała Madeleine do mnie, gdy obie sączyłyśmy lemoniadę z trzymanych przez siebie kieliszków.
- O tak, dawno na takim nie byłam - odpowiedziałam jej z uśmiechem, wciąż z uwagą obserwując pozostałych gości - Muszę powiedzieć, że dzisiejsza moda jest po prostu wspaniała. Szczególnie ta dama ma przepiękną suknię.
- Która? - zapytała Madeleine.
- A ta blondynka w tej białej sukni i z różą wpiętą na lewym ramieniu. O tam! Widzisz ją?
Madeleine rozejrzała się z uwagą po całej sali balowej, wypatrując wskazanej przeze mnie osoby. W końcu jej wzrok wypatrzył ją. Gdy to się stało, dziewczyna uśmiechnęła się lekko ironicznie.
- Ach, o niej mówisz. To hrabina Pauline de Autumn. Ma powody, aby się tak pięknie ubierać, bo mimo swoich lat wciąż cieszy się powodzeniem pośród panów obecnych na dworze i musi dbać o to, aby mieć wokół siebie tłum wielbicieli.
- Mówisz, że wciąż cieszy się zachwytem mężczyzn?
- Oj tak. Na szczęście, nie wszystkich.
To mówiąc, spojrzała na Francois, który rozmawiał właśnie z Ashem i Maxem na jakiś wesoły temat, a przynajmniej tak sądziłam po tym, jak widziałam całą tę trójkę zaśmiewającą się z jakiegoś żartu.
- Tak, Francois na pewno by na taką kobietę nie spojrzał - powiedziałam do Madeleine, domyślając się, co ma ona na myśli - Wierzę, że Ash też nie. Ona jest już chyba bardzo... Dojrzała, prawda?
Starałam się mówić taktownie, choć nie wiedziałam, jak mam tu wyrazić fakt, że pani hrabina jest osobą w wieku naszych mam, a może nawet i jeszcze starszą, więc zdecydowanie ani Ash, ani też żaden chłopak przy zdrowych zmysłach nawet nie pomyślałby o romansie z nią. W końcu, jaki niby facet chciałby mieć romans z własną matką? Poza Edypem, rzecz jasna, ale to się liczy, bo przecież biedak nawet nie wiedział, że ma do czynienia ze swoją mamą.
- Dojrzałą? - zaśmiała się Madeleine - To mało powiedziane. Przecież ona ma już czterdzieści pięć lat, a wciąż flirtuje z mężczyznami i to nie tylko takimi w jej wieku, co jeszcze można zrozumieć, ale z takimi w wieku jej syna.
- To ona ma syna? - zapytałam zaskoczona.
- Tak, ale przebywa on obecnie gdzieś na dworach królewskich Europy. Także więc, ta kobieta już jest matką dorosłego syna. Zobacz jednak, jak stara się, aby to przed wszystkimi ukryć.
Rzeczywiście, hrabina de Autumn oprócz pięknej sukni miała na sobie wiele ozdobnej biżuterii, kilka ozdób wpiętych we włosy i wielką warstwę pudru, którą przykrywała swoją twarz lekko już upstrzoną zmarszczkami. Od razu pomyślałam sobie, że moja mama lub mama Asha chyba wolałyby umrzeć niż pokazać się tak udekorowane. Przecież ewidentnie było widać, że to wszystko stanowi wyłącznie kiepską próbuję ukrycia swojego wieku i przyciągania mężczyzn do siebie. Ja tam nie wiem, co mogło ich do kogoś takiego przyciągać, podobnie jak nie rozumiałam nigdy fenomenu niejednej celebrytki, takich jak Angelina Jolie. Fakt, aktorką była ona zawsze rewelacyjną, ale zachwycać się nią jakby była co najmniej Mona Lisą, która wyszła z ram portretu i żyje między ludźmi? To już przesada. Poza tym, już nawet nie chodziło o tę całą tapetę na buźce, co raczej o niezbyt miły charakter tej osoby. Z jej wszystkich filmów biło jej ogromne ego, którego nie umiała ukryć, a także pewna pogarda do każdego, kto jej nie dorównuje pochodzeniem i talentem. Muszę przyznać, że kiedy przyglądałam się hrabinie Autumn, widziałam dokładnie te same uczucia wymalowane na jej twarzy, które widziałam na twarzy Angeliny. Może z tego powodu poczułam do niej to samo, co do tej aktorki. Niechęć, chociaż z domieszką podziwu za posiadanie talentu aktorskiego. Bo czułam, że hrabina nie jest wcale gorszą aktorką od wyżej wspomnianej celebrytki.
- Ale ubiera się pięknie i tego jej nie można odmówić - zauważyłam po chwili.
- A nie, tego nie zamierzam jej odmawiać - odparła Madeleine, tym razem nie bez ironii - Ubiera się zawsze z klasą i gustem. Stać ją na to, gdyż mąż zostawił jej do dyspozycji dużą sumę pieniędzy, a hrabina umie odpowiednio nią kierować, aby mieć więcej zysków niż strat, a co za tym idzie, stać ją zawsze na takie luksusy jak suknia najnowszej mody.
- Mówisz, że mąż jej zostawił do dyspozycji niemałą sumkę?
- A tak. Właśnie tak.
- To mąż pani hrabiny nie żyje?
Madeleine uśmiechnęła się dowcipnie, po czym przysunęła się do mnie bliżej, w taki sposób, aby następne słowa dotarły jedynie do moich uszu. A gdy tylko to zrobiła, rzekła nieco głośnym szeptem:
- Żyje, tylko... Nie wiadomo, z kim. Grasuje gdzieś za granicą. To jest mąż dla takiej kobiety idealny. W stylu Sindbada Żeglarza.
- To znaczy? - zapytałam rozbawiona tym porównaniem.
- Gdzieś jest, lecz nie wiadomo, gdzie i szukanie go nie ma sensu - wyjaśniła mi szeptem Madeleine - I w sumie, nie ma po co to robić, bo pieniążki w budżecie szanownej pani hrabiny zawsze się zgadzają. A skoro tak, to dlaczego miałaby ona cokolwiek w tym układzie zmieniać?
Obie parsknęłyśmy śmiechem, a ja ponownie spojrzałam, chyba mimowolnie na hrabinę Autumn, która obdarzyła mnie uśmiechem, pozornie sympatycznym, ale tak naprawdę pełnym jadu. Nie wiedziałam dlaczego, ale czułam, że ta kobieta wie doskonale, o czym rozmawiam z moją nową znajomą i zdecydowanie jej się to nie podoba. Na samą myśl o tym, przez plecy przeszły mnie ciarki, jednakże szybko o tym zapomniałam, kiedy rozpoczęły się kolejne tańce i podeszli do nas Francois i Ash, aby zabrać nas na parkiet.
***
Zgodnie z naszymi przewidywaniami, a może raczej tylko takimi pobożnymi życzeniami, otrzymaliśmy trzy komnaty, w których to rozlokowaliśmy się parami, aby było nam wygodnie. Noc więc minęła nam bardzo przyjemnie, ale następny dzień już był zdecydowanie mniej radosny, choć jednocześnie stał się początkiem naszej wielkiej przygody w XVIII wieku.
Wszystko zaczęło się podczas drugiego śniadania. Jedliśmy je razem z Ashem w naszym pokoju, kiedy nagle ktoś zapukał do naszych drzwi.
- Proszę! - zawołał mój chłopak.
Do pokoju wbiegł Francois de Sauve. Jego twarz wyrażała prawdziwy szok, a może raczej przerażenia połączone z paniką.
- Nieszczęście, przyjaciele! Straszne nieszczęście! - zawołał - Stała się rzecz straszna!
- A co konkretnie? - zapytał Ash.
- Pika-pika? - dodał Pikachu.
- Madeleine... Ona...
- Co z nią?! - zawołałam przerażona - Nie żyje?!
- Nie... Ona żyje... Jeszcze...
- Nie rozumiem.
- Bo jeżeli czegoś nie zrobię, to mogą ją na zawsze zamknąć w lochu i to za zbrodnię najwyższego sortu. Za obrazę majestatu Jej Królewskiej Mości, królowej Anne Marie.
Mój luby spojrzał na niego uważnie.
- Wybacz, przyjacielu, ale mówisz naprawdę chaotycznie. Czy mógłbyś nam powiedzieć dokładniej, o co chodzi?
Francois otarł sobie chusteczką pot z czoła, po czym usiadł, czy może raczej powinnam powiedzieć „opadł” na krzesło, masując sobie przy tym powoli dłonią serce, które najwidoczniej zaczęło go boleć.
- Widzicie... Dzisiaj rano, tuż po śniadaniu... Królowa chciała założyć swój naszyjnik... Taki piękny naszyjnik z diamentów.
- Widzieliśmy go wczoraj na balu - powiedziałam - Piękna rzecz, nie powiem. No i co z tym naszyjnikiem?
- Zakładam, że został skradziony, prawda? - zapytał Ash.
De Sauve uśmiechnął się do nas.
- Skąd ty to wiesz?
- Logika, przyjacielu.
- Pika-pika-chu! - poparł swego trenera Pikachu.
Młodzieniec uśmiechnął się do nas przyjaźnie.
- Geniusz... Prawdziwy geniusz... Właśnie tak, został skradziony! Słuchajcie... Królowa chciała założyć dzisiaj rano naszyjnik, ale nie znalazła go. Wiedziała, że nie odłożyła go w inne miejsce, jak tylko tam, gdzie on był, więc cóż... Kazała go szukać i...
- Czy służba go znalazła? - zapytałam.
- Nie, ale znalazła coś innego... Jeden z diamentów z tego naszyjnika... Był on w rzeczach mojej ukochanej. W jej ubraniach.
Teraz dopiero zrozumieliśmy, dlaczego nasz przyjaciel był taki przerażony. To rzeczywiście była poważna sprawa. Za kradzież naszyjnika samej królowej, biedna Madeleine mogła spędzić resztę życia w więzieniu. Taka kradzież nie była bowiem zwykłą kradzieżą, a obrazą majestatu. A za tego rodzaju przestępstwo, winnego nie karano jak pospolitego złodziejaszka, lecz z całą surowością, przy której dyndanie na stryczku wydawało się zwykłą igraszką.
- Chcesz powiedzieć, że Madeleine została oskarżona o kradzież naszyjnika?! - zawołałam.
- Tak - odpowiedział Francois - A ten diament z naszyjnika tylko potwierdza jej winę.
- Ale po co by miała kraść naszyjnik królowej? - spytałam.
- Pewnie oskarżenie brzmi: „Chciała wydłubać diamenty z naszyjnika, aby je potem sprzedać i na tym zarobić“ - rzekł mój chłopak.
Nasz przyjaciel klasnął radośnie w dłonie, słysząc tę wypowiedź.
- Geniusz absolutny! Wiedziałem, że dobrze robię przychodząc tutaj, kochani! - zawołał uradowany - Pamiętam, jak wczoraj mi wspominaliście w rozmowie, że lubicie rozwiązywać zagadki. Być może zatem zechcecie pomóc mi wyjaśnić tę sprawę.
Jeśli chodzi o mnie, byłam gotowa od razu dać mu obietnicę, że tak się stanie i może na nas liczyć. Nie chciałam jednak podejmować decyzji sama bez Asha, bo w końcu to on był naszym liderem i on decydował, co robimy, a co nie. Poza tym, nigdy nie lubię podejmować decyzji za innych. Dlatego też spojrzałam z uwagą na mojego ukochanego i zapytałam:
- Pomożemy mu, Ash?
Dwudziestowieczny muszkieter uśmiechnął się do mnie wesoło i odparł:
- Naturalnie, kochanie. Pomożemy!
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał bardzo wesoło Pikachu, wskakując swemu trenerowi na ramię.
Ash powoli wstał z fotela, na którym siedział i powiedział:
- Chcę zobaczyć pokój twojej narzeczonej, a szczególnie miejsce, w którym znaleziono diament. Potem chcę zobaczyć komnatę królowej.
- To pierwsze możesz zobaczyć od razu. To drugie może być trudno załatwić - rzekł nasz przyjaciel.
- Od tego zależy wolność, a może nawet i życie twojej ukochanej.
Francois pokiwał smutno głową.
- Dobrze, porozmawiam o tym z królową. Ona też nie wierzy w winę mojej narzeczonej, więc powinna się zgodzić nam pomóc.
- To nam bardzo ułatwi sprawę - powiedziałam.
***
Ponieważ Clemont był z Dawn na spacerze, natomiast Max pod okiem kilku miejscowych muszkieterów i Bonnie trenował szermierkę, to nasza dwójka razem z wiernym Pikachu udała się bez nich do pokoju panny Madeleine de Beauchamp.
- Jak sądzisz, kto ukradł naszyjnik i dlaczego chciał winą obciążyć tę biedną dziewczynę? - zapytałam.
Ash rozłożył bezradnie ręce.
- Nie mam pojęcia, ale myślę, że szybko to odkryjemy. To musi być ktoś, kto ma do Madeleine osobistą urazę.
- Urazę? Ale dlaczego?
- To właśnie musimy ustalić, kochanie.
Weszliśmy do pokoju narzeczonej naszego nowego przyjaciela. Nikt tam nie stał i nie pilnował go, dlatego też mogliśmy sobie pozwolić na swobodę działania w trakcie naszego śledztwa, które zaczęliśmy od dokładnego przeszukania szafy z ubraniami Madeleine.
- Sądzisz, że tutaj coś znajdziemy? - zapytałam.
- Możliwe... Dowiemy się tego jednak, gdy to znajdziemy - odparł mój luby.
Pikachu razem z nami przeglądał rzeczy w szafie i podobnie jak my, długo nic w niej nie mógł znaleźć. W końcu jednak zapiszczał głośno na znak triumfu.
- Co się stało, Pikachu? - zapytał Ash.
- Pika-pi! Pika-pi! Pika-chu! - piszczał Pokemon, pokazując na swoją łapkę.
Jego trener rozejrzał się dookoła, czy nikt nas nie widzi, po czym wyjął lupę i spojrzał przez nią na to, co trzymał elektryczny gryzoń.
- Co to jest? - zapytałam.
- Jeszcze nie wiem... Ale... Wydaje mi się, że zaraz to odkryję.
Po tych słowach, detektyw z Alabastii poślinił delikatnie swój palec i pobrał z łapki Pikachu to, co na niej leżało, a następnie wziął to do ust.
- Hmm... Smak truskawek oraz biszkoptu - powiedział po namyśle - No tak! To są okruszki ciastek z truskawkowym nadzieniem!
- Jesteś pewien?
- Tak! W końcu jedliśmy je podczas wczorajszego balu. Pamiętasz?
- Tak... Ale chyba wszyscy je jedli.
- Owszem, wszyscy... Również nasz złodziejaszek.
- Ale kto nim jest?
- Liczę na to, że wkrótce się tego dowiemy.
Zadowolony Ash, schował lupę do kieszeni, po czym rzekł:
- Idziemy do Francois. Mam nadzieję, że ma on już pozwolenie od królowej, abyśmy mogli przejrzeć jej pokój. W końcu od tego zależy czyjeś życie.
***
Na nasze szczęście, królowa Anne Marie okazała się być naprawdę rozumną osobą, ponieważ udzieliła nam pozwolenia na dokładne przejrzenie swego pokoju i przeszukiwanie jej osobistych rzeczy. Dzięki temu mogliśmy więc przeprowadzić dokładne śledztwo w sprawie tego skradzionego naszyjnika. Oczywiście doskonale wiedzieliśmy, że nie było to zbyt grzeczne z naszej strony, ale w tej sytuacji jakoś nie mieliśmy czasu ani ochoty na uprzejmości. Dobre maniery w wypadku, kiedy chodzi o życie lub bezpieczeństwo przyjaciela, zawsze muszą zejść na dalszy plan lub zostać chwilowo zapomniane.
- Doskonale - powiedział bardzo zadowolony Ash, wchodząc do komnaty Jej Królewskiej Mości - Oby tylko moje przeczucia mnie nie myliły.
- A jakie są twoje przeczucia, skarbie? - zapytałam.
- Pika-pika? - pisnął pytająco Pikachu.
- Dowiesz się w swoim czasie - odrzekł z uśmiechem mój chłopak.
Powoli i zarazem też dokładnie, zaczęliśmy oglądać pokój. Cała nasza trójka przetrząsnęła go wzdłuż i wszerz, zaś starter mojego chłopaka prowadził dokładne poszukiwania, jeszcze dokładniejsze niż my. Miał on nad nami tę przewagę, że był mniejszy i mógł wejść tam, gdzie my nie mogliśmy. Przejrzał on więc dokładnie wszystkie kąty. W kilku z nich odnalazł dokładnie takie same okruszki jak te, które wcześniej widzieliśmy w pokoju Madeleine, zaś ja i mój luby znaleźli podobne w szufladzie szafki, gdzie przedtem był naszyjnik.
- Nieźle... Znowu te okruszki... i znowu te ciastka... - powiedział mój chłopak.
Następnie obejrzał dokładnie szufladę przez szkło powiększające.
- Co takiego cię w tym meblu tak zaabsorbowało? - zapytałam.
- Jego politura - odpowiedział mi detektyw z Alabastii - Ma dosyć dziwaczne zadrapania... Niewielkie, ale wyraźne.
- Może złodziej niechcący podrapał paznokciami drewno?
Ash uśmiechnął się do mnie z lekkim politowaniem.
- Dobrze główkujesz, ale nie mógł to być człowiek.
- Niby czemu?
- Zobacz sama.
To mówiąc, przejechał on delikatnie paznokciami po drewnie szuflady. Ślady, jakie tam zostały, były bardzo niewielkie i praktycznie niewidoczne. Natomiast te, które znajdowały się na niej wcześniej, mimo tego, że były małe, były też bardzo wyraźne. Dość szybko to zauważyłam. Dodatkowo jeszcze rozstęp palców w tych śladach również rzucał się w oczy.
- Widzisz, kochanie? - tłumaczył mi Ash - Jeżeli zaczniesz drapać drewno, to ustawiasz palce w taki oto sposób.
Następnie pokazał, o co mu chodzi.
- Rozstęp twoich palców jest właśnie taki, a ślady po nich zostają takie, jak te, które ja zostawiłem. Poza tym, to drewno jest dosyć mocne. Musiałbym się mocno wysilić, żeby zostawić na nim wyraźne ślady. Ślady pozostawione przez złodzieja są może i niewielkie, ale o wiele wyraźniejsze od moich i rozstęp między nimi jest inni niż u mnie. Wniosek?
- To nie człowiek je zostawił! - zawołałam - To nie człowiek ukradł naszyjnik! To sprawka jakiegoś Pokemona!
- Brawo, Sereno - uśmiechnął się Ash.
- Pika-pika-chu! - pisnął Pikachu, skacząc mu na ramię.
Detektyw z Alabastii zadowolony schował lupę do kieszeni i rzekł:
- Myślę, że oboje już wiemy, jaki Pokemon dokonał tej kradzieży.
- No, nie do końca - odpowiedziałam mu - Jaki?
- Pomyśl tylko, najdroższa... Jaki Pokemon jest zwinny oraz szybki, może się wspinać i ma palce podobne do człowieka, ale inne, a prócz tego zajadał się cały czas podczas wczorajszego balu tymi ciastkami z nadzieniem truskawkowym?
Zaledwie przez tylko krótką chwilę musiałam się nad tym zastanowić, a kiedy już to zrobiłam, to lekko uderzyłam się otwartą dłonią w czoło i zawołałam:
- No tak! Już wiem! To jest...
- Właśnie tak - nie dał mi dokończyć Ash.
- Ale po co miałby on to robić?
- Na polecenie swego trenera, to oczywiste. Tylko, że może być problemem z udowodnieniem mu tego.
- Więc co robimy?
- Idziemy porozmawiać z naszym złodziejaszkiem.
- I co? Sądzisz, że się przyzna do winy?
- Nie musi. Wystarczy mi tylko, że odda nam naszyjnik, a my już przekonamy króla Louisa, że Madeleine jest niewinna.
- To może być trudne - zauważyłam.
- Pika-pika! - pisnął zasmucony Pikachu.
Ash uśmiechnął się do nas i zawołał:
- Odwagi, kochani! Nie traćmy nadziei! W końcu rozwiązaliśmy już o wiele trudniejsze zagadki! Z tą też damy sobie radę!
***
Lokaj stojący tuż przed pokojem ministra Michellieu, nie chciał nas wpuścić do swego pryncypała. Nie chciał on nawet wejść do środka i zameldować nas, bo jak rzekł, Jego Ekscelencja zajmuje się teraz swoimi obowiązkami i na pewno nie ma dla nas czasu.
- Proszę powiedzieć panu ministrowi, że domagamy się rozmowy z nim w bardzo ważnej sprawie natury państwowej - rzekł niezwykle poważnym tonem.
- Pika-pika-chu! - pisnął głośno Pikachu.
Służący westchnął załamany, widząc, że nie odpuścimy, po czym wszedł do pokoju swojego pana, a następnie przekazał mu naszą wiadomość. Chwilę później, wrócił do nas z gniewem wypisanym na twarzy.
- Pan minister zaprasza.
- Doskonale - uśmiechnął się zadowolony Ash.
Następnie wszedł razem ze mną i Pikachu do środka. Pan minister, Armand Michellieu popatrzył na nas uważnie, lecz wyraźnie zły.
- Słucham, moi drodzy - rzekł z irytacją, której bynajmniej nie ukrywał - Nie mam zbyt wiele czasu i przyjmuję was tylko dlatego, że to podobno bardzo ważna sprawa. Podobno wagi państwowej.
- Ważniejszej być nie może - powiedział mój ukochany - Chodzi tu o prawdę oraz oczyszczenie kogoś z niesłusznie na niego rzuconych oskarżeń.
- Chodzi wam może o tę młodą Beauchamp? - zapytał minister - Wobec tego wybaczcie mi, ale ta sprawa mnie nie interesuje. Tym zajmie się sąd.
- Pan wybaczy, jednak musimy z panem o tym porozmawiać - naciskał mój ukochany.
- Doprawdy? A niby po co?
- Po to, żeby uniknąć skandalu. Chyba, że pański Monferno ma stanąć przed sądem za kradzież... którą pan mu zlecił.
Michellieu spojrzał groźnie na Asha i rzekł:
- Słucham? Co powiedziałeś, młody człowieku?
- To, co pan słyszał - odparł bezczelnie mój chłopak - Wiemy, że to pan ukradł naszyjnik królowej i podłożył potem jeden z jego diamentów pannie Madeleine de Beauchamp. A raczej nie pan, ale pański Pokemon. Mamy na to dowód.
- Niby jaki?
- Okruszki, proszę pana. Okruszki ciastek, którymi zajada się pański pupilek i to nawet teraz, w tej chwili.
To mówiąc, detektyw z Alabastii wskazał palcem na Monferno siedzącego na wiszącej pod sufitem małej żerdzi i jadł właśnie swoje ulubione łakocie. Okruszki z ciastek wylatywały z jego paszczy na podłogę, wyraźnie zostawiając dowody winy tego stworka.
Minister zaklął pod nosem ze złości.
- Wiedziałem, że tak poważnej sprawy nie należy powierzać głupiej małpie! No cóż... Będę miał nauczkę na przyszłość.
Następnie spojrzał na nas i rzekł:
- Ale to i tak niczego nie zmienia. Wiecie chyba doskonale, że te okruszki to żaden dowód, prawda? W końcu, każdy mógł je tam zostawić.
- To prawda - odpowiedział mu Ash - Ale też nie każdy zostawia na szufladzie ślady zadrapań typowych tylko dla Pokemonów małp.
- Zadrapania nie dowodzą, że Monferno coś ukradł.
- Ale dowodzą, że był w pokoju królowej. Jak pan to wytłumaczy?
- Mogę powiedzieć, iż o niczym nie wiedziałem.
- Mógłby pan... I owszem. Ale czy to tłumaczy, dlaczego Monferno wydłubał jeden z diamentów w naszyjniku i podłożył komuś innemu? A może chce nam pan powiedzieć, że pański uroczy Pokemon celowo obciążył niewinną osobę z czystej złośliwości?
- Istnieje taka możliwość.
Mój luby parsknął złośliwym śmiechem.
- Niechże pan już sobie ze mnie nie kpi, drogi panie ministrze. Przecież pan doskonale wie, że wystarczy, iż pójdziemy z tymi rewelacjami do królowej, a ta natychmiast wyśle królewskich muszkieterów do pańskiego gabinetu i znajdzie w nim naszyjnik.
- Skąd pewność, że tutaj go trzymam? - zapytał minister.
- Bo to ostatnie miejsce, w którym ktoś by go szukał i dlatego jest najlepszą kryjówką do ukrycia pańskiego łupu - odparł detektyw z Alabastii.
Michellieu spojrzał na niego zdumiony, po czym wysyczał przez zęby:
- Bystry z ciebie chłopak... I to bardzo bystry... Masz rację. Skradzioną rzecz trzymać na widoku u siebie może tylko idiota albo wielki spryciarz. Ten pierwszy robi to z głupoty, a ten drugi ze sprytu, gdyż miejsce tuż na widoku jest ostatnim miejscem, w którym się szuka skradzionego przedmiotu.
- Nie inaczej - uśmiechnął się lekko Ash - Większość ludzi uważa, że złodziej ukradziony przez siebie przedmiot schowa w miejscu dalekim i poza widokiem wścibskich oczu. Tymczasem dobry złodziej wie, iż łup należy schować w takim miejscu, w którym nikt nie będzie go szukał. A przecież gabinet szanownego pana ministra, zleceniodawcy tej kradzieży to jest ostatnie miejsce, gdzie ktoś by szukał naszyjnika. Nawet więc, gdyby ktoś pana podejrzewał, że ma pan coś wspólnego z kradzieżą, to nikt pana by nie posądził o to, iż schował pan naszyjnik we własnym gabinecie, gdzie pierwszy lepszy mógłby go znaleźć. To właśnie jest mocną stroną tej kryjówki.
Minister wyszczerzył do nas zęby w sposób co najmniej jadowity.
- Sprytny jesteś, chłopcze. Masz moje gratulacje. Umiesz myśleć i wyciągać wnioski z tego, co widzisz. A więc dobrze... Naszyjnik jest tutaj... Jednakże nawet jeśli go odzyskacie, to jak udowodnicie, że to nie Madeleine de Beauchamp stoi za jego kradzieżą?
- To już nasz problem - powiedziałam władczym tonem - Proszę oddać nam naszyjnik, inaczej sprowadzimy tu królową!
- Pika-pika-chu! - pisnął groźnie Pikachu.
Michellieu westchnął głęboko, po czym on otworzył szufladę i wyjął z niego naszyjnik.
- Proszę... Oto on... Bierzcie go i niech was wszyscy diabli!
- Jedno mnie tylko zastanawia - rzekł Ash - Po co pan się w to bawił, panie ministrze? Co pan chciał przez to osiągnąć?
Mężczyzna westchnął głęboko, po czym odparł:
- Kochałem się niegdyś w Madeleine de Beauchamp. Chciałem ją poślubić... Ale ona mnie odrzuciła, rozumiecie to? Odrzuciła mnie! Mnie! Poniżyła mówiąc, że jestem dla niej za stary. Zrobiła to publicznie, gdy ja publicznie poprosiłem ją o rękę. Ośmieliła się to zrobić!
- I co? I za to tylko chciał posłać pannę Madeleine do więzienia? - zapytałam zaszokowana jego słowami.
Minister uśmiechnął się do mnie ironicznie, po czym rzekł:
- Jestem człowiekiem bardzo ambitnym, moja droga. Bardzo nie lubię, kiedy mi się odmawia. Nigdy też nie zapominam tego, co mi uczyniono... Zarówno tego dobrego, jak i tego złego. Zwłaszcza to drugie pozostaje w mojej pamięci.
- Wierzę w to - rzekł z kpiną w głosie Ash.
- Dwa lata temu prosiłem ją o rękę - mówił dalej Michellieu - Dostałem jednak kosza. Rok później zostałem urzędnikiem, a jakieś trzy miesiące temu I ministrem i oficjalnym zastępcą króla. Miałem zatem możliwość wyrównać rachunki z tymi, którzy kiedyś potraktowali mnie podle.
- Wobec tego, niech pan minister się mści na kimś innym, ale nie na naszych przyjaciołach - powiedział mój ukochany, wyciągając dłoń w kierunku urzędnika - Proszę nam oddać naszyjnik. Natychmiast!
Polityk zazgrzytał zębami ze złości, po czym rzucił on delikatnie w kierunku Asha naszyjnik. Detektyw z Alabastii wyciągnął dłoń, żeby go złapać, ten jednak poleciał prosto na podłogę. Wówczas to stało się coś naprawdę zdumiewającego. Coś, czego w życiu byśmy nie przewidzieli. Naszyjnik upadł Ashowi pod nogi, po czym... rozprysł się na tysiąc kawałków. Diamenty poszły w drobiazgi.
- Co to jest?! - zawołałam zaszokowana - Co to ma być?!
Ash, Pikachu i minister też byli w niemałym szoku. Podbiegliśmy wszyscy do resztek naszyjnika i zaczęliśmy je dokładnie oglądać.
- Nie rozumiem tego - powiedział Michellieu - Przecież... Diamenty nie mogą się rozbić na kawałki...
- To jakaś kolejna pańska sztuczka?! - zawołałam.
- Przysięgam, że nie! - zarzekł się mężczyzna - Nie rozumiem tego...
Wziął do ręki kawałek diamentu i zgryzł go zębami.
- To szkło! Sztuczne szkło!
Spojrzeliśmy na niego zdumieni, a Ash ze złości uderzył się pięścią w swoją prawą dłoń.
- Idziemy, Sereno! Musimy sobie porozmawiać z królową. Ma ona nam coś do wyjaśnienia.
C.D.N.









O widzę, że postanowiłeś używać angielskich/francuskich imion rzeczywistych władców. :) Widzę, że Ash jest taktowny, skoro nie poruszył tematu niewiedzy Sereny xD A barokowe budowle, meble i wystroje wnętrz są najpiękniejsze, bo króluje w nich bogactwo i przepych. :) Dawn jest zadziorna i dowcipna,nie ma co xD I oni sami mogliby się przekonać, czy Sokrates rzeczywiście miał żonę, skoro mają możliwość przenoszenia się w czasie. :) Swoją drogą to ja nigdy nie słyszałem o żadnej Ksantypie xD Król i królowa wydają się dobrymi i przyjaznymi ludźmi. A oni chyba ich okłamali mówiąc, że pochodzą z rejonu, w którym nie ma Pokemonów? Michelieu to ponurak, który najwyraźniej nie przepada za muszkieterami. I czyżby Ash nie był zbyt dobrym tancerzem, skoro deptał Miette po piętach i twierdzi, że Serena jest bardziej wyrozumiała w kwestii tańca? :)
OdpowiedzUsuńA w Twoim opowiadaniu Max spał razem z Bonnie? Przecież oni jeszcze nie są parą xD A Madeline najwyraźniej ktoś postanowił wrobić, bo nie sądzę aby to ona ukradła ten naszyjnik. François natomiast jest pod wrażeniem przenikliwości Asha. Ash i Serena również są przekonani o niewinności Madeline, a nawet królowa nie wierzy w to, że mogła ona dopuścić się kradzieży. Teraz tylko trzeba odnaleźć prawdziwego winowajcę i dowieść jego winę.
OdpowiedzUsuńWidzę, że Ash jest pełen dobrych myśli i pewien tego, że uda mu się zdemaskować złodzieja, domyśliwszy się, że była to małpa wysłana na polecenie Michellieu, która nie okazała się dobrym złodziejem, skoro pozostawiła po sobie ślady. Michellieu okazał się mściwy, ale Madeline też postąpiła wobec niego nie fair, skoro publicznie odrzuciła jego oświadczyny, stwierdziwszy że jest dla niej za stary. Mogła go tym urazić i sprawić, że poczuł się znieważony. A naszyjnik wcale nie okazał się diamentowy, tylko szklany. Był jedynie imitacją kosztownej biżuterii.
OdpowiedzUsuńWidzę, że sprawa zaczyna nabierać rumieńców. Nasi przyjaciele docierają wraz z Francois do pałacu, gdzie mają się spotkać z parą królewską. Jednak zanim do tego dojdzie, Francois idzie spotkać się ze swoją ukochaną, która pracuje w tym pałacu.
OdpowiedzUsuńDopiero później nasi przyjaciele zostają przedstawieni parze królewskiej, w tym królowej o bardzo wdzięcznym imieniu Anne Marie. :) Od razu zdobywają ich sympatię i zostają zaproszeni na wieczorny bal, na którym wszyscy (no, prawie) się świetnie bawią. Jedynym, który wydaje się być niepocieszonym, jest kardynał Michelieu (przypomina prawdziwego kardynała Richelieu) i jego Monferno, którzy siedzą i zajadają się ciastkami truskawkowymi, a zwłaszcza stworek pożera je ze smakiem.
Na drugi dzień dochodzi do bardzo nieprzyjemnej sytuacji. Madeline, narzeczona Francois, zostaje oskarżona o kradzież naszyjnika królowej i to na podstawie znalezionego u niej fragmentu naszyjnika. Ash i Serena postanawiają przeszukać zarówno komnatę Madeline, jak i komnatę królowej Anne Marie. Zarówno w pierwszej, jak i w drugiej komnacie znajdują oni okruszki ciastek z truskawkami, a dodatkowo na szafce w komnacie królowej znajdują się zadrapania typowe dla Monferno. Więc podejrzenia od razu padają na kardynała Michelieu, do którego od razu udaje sie nasza para detektywów. Polityk początkowo nie przyznaje się do winy, jednak po ujawnieniu śladów znalezionych w komnacie królowej wyjawia, że to on zlecił swojemu pokemonowi kradzież naszyjnika tylko dlatego, że Madeline kiedy odrzuciła publicznie jego oświadczyny, więc chciał się zemścić podrzucając dziewczynie fragment naszyjnika w ten sposób zrzucając na nią całkowitą winę za kradzież. Nasza para próbuje odzyskać od niego ten naszyjnik, jednak gdy już ma dojść do przekazania biżuterii, biskup rzuca naszyjnikiem o ścianę, a ten się rozbija w drobny mak. Okazuje się, że to był zwykły szklany naszyjnik, imitacja diamentów. Pora, żeby królowa złożyła naszym przyjaciołom obszerne wyjaśnienia... Ale to już w kolejnej części. :)
Czyta się przyjemnie i bardzo szybko, sprawa prosta, łatwa i przyjemna, dająca nieco oddechu po ostatnich dość mocnych sprawach pełnych niebezpieczeństw. :)
Ogólna ocena: 10000000000000000000000000000/10 :)
Kolejny bardzo ciekawy odcinek opowieści o naszych ulubionych muszkieterach, przeniesionych do świata Pokemonów. Od początku tego odcinka widać, że będzie się działo i to sporo. Choć na razie akcja toczy się spokojnie. Jest bal, poznanie króla i królowej. I oczywiście bal, na którym przykuwa uwagę niejaka hrabina de Autumn. To naprawdę ciekawa postać. Myślę, że może jeszcze sporo namieszać w całej historii.
OdpowiedzUsuńRozbawiły mnie te nawiązania do Sindbada Żeglarza i teksty o mężu, który żyje, ale nie wiadomo, gdzie i z kim. To było naprawdę zabawne.
No i oczywiście musiało się coś dziać. Biedna Madeleine została oskarżona o kradzież naszyjnika królowej. Na pewno ktoś ją wrabia. To idealne zadanie dla zamaskowanego mściciela, ale skoro nie ma go na miejscu, bohaterowie muszą wziąć sprawy w swoje ręce. W całej tej intrydze wyraźnie dostrzegam też nawiązania do "Trzech muszkieterów". Na pewno nasi bohaterowie sobie dadzą radę z tą sprawą. Choć zaskoczona jestem, że nie rozwiązali jej tak od razu, gdy się wydawało, że to bez trudu im się uda.
No i wyszedł Ci genialny plot twist z naszyjnikiem: Scena, w której diamenty rozpadają się na podłodze, a minister zgryza jeden z nich i odkrywa, że to zwykłe szkło, to absolutne złoto literackie! Totalnie zbija z tropu nie tylko bohaterów, ale i czytelnika. Zamiast prostego rozwiązania sprawy, autor otwiera drzwi do znacznie większego spisku. Czy królowa od początku manipulowała detektywami? To genialny zabieg.
Psychologia i motywacje antagonisty mnie naprawdę zachwycają. Postać ministra Michellieu jest świetnie zarysowana. Jego motywacja, czyli urażona duma z powodu odrzuconych oświadczyn przez Madeleine de Beauchamp, doskonale pasuje do realiów dworskich. Dialog o ukrywaniu łupu „na widoku” pokazuje, że minister to godny rywal dla Asha, a nie tylko „głupi złoczyńca”.
Jak zatem ta sprawa się dalej rozwinie? Jestem tego bardzo ciekawa. Ale zobaczymy to przy lekturze kolejnej części tego opowiadania.