czwartek, 31 sierpnia 2023

Przygoda 126 cz. IV

Przygoda CXXVI

Zła macocha cz. IV


Petra nie była zadowolona z tego, że ponownie musi z nami rozmawiać, a na dodatek jeszcze odpowiadać na nasze pytania. Widzieliśmy wyraźnie, iż gdyby nie musiała, nie robiłaby tego i chyba tylko autorytet, jakim się cieszyliśmy, podobnie jak i to, że mieliśmy pozwolenie od najwyższych władz policyjnych na to, abyśmy podejmowali wszelkie możliwe działania do rozwiązania tej sprawy, nakazywały tej zarozumialej pannicy traktować nas poważnie.
- Ja naprawdę nie rozumiem, czego wy jeszcze ode mnie chcecie - mruczała ze złością w głosie dziewczyna, nerwowo chodząc po pokoju - Odpowiedziałam już chyba na wszystkie wasze pytania. Nie wiem, co jeszcze mogłabym wam w tej sprawie wyjaśnić.
- Sporo rzeczy, a o ile zechcesz z nami rozmawiać bez robienia nam przy tym problemów, to szybciej zakończymy tę nieprzyjemną dla ciebie sytuację.
Tymi oto słowami, Ash próbował przekonać do siebie Petrę, zaś jego wierny Pikachu, który siedział mu na ramieniu, zapiszczał delikatnie w sposób niezwykle poważny, jakby na potwierdzenie słów swego trenera.
Petra spojrzała na nas z niechęcią i zapytała Asha:
- Czy mówił ci już ktoś, że jesteś niesamowicie irytujący?
- Owszem, kilka osób - odpowiedział jej bezczelnym tonem Ash.
- Dziwi mnie, że tylko kilka.
- Może było ich więcej? Kto wie? Po setnej straciłem rachubę.
Z trudem opanowałam się, aby nie parsknąć śmiechem, słysząc jego słowa. Z doświadczenia wiedziałam, że prowokowanie takiej osoby jak Petra śmianiem się z jej sytuacji, bynajmniej nie pomaga przekonać ją do zmiany zdania, a już na pewno nie do grzecznego przekazania nam tego, co chcieliśmy wiedzieć. Petra, mimo to była na tyle bystra, iż dostrzegła na mojej twarzy ironiczny uśmieszek, który chyba ukazał się na mojej twarzy. Zirytowało ją to i warknęła wściekle:
- Bawi was to, tak? Nie wiedziałam, że umiem kogokolwiek rozbawić tym, że jestem szczera.
- Ty jesteś szczera? Od kiedy? - zapytałam złośliwie - Od kiedy przeraziłaś się konsekwencji składania fałszywych zeznań w trakcie śledztwa?
Ash uśmiechnął się do mnie zadowolony, okazując mi w ten sposób wielkie zadowolenie i swoją aprobatę, po czym dodał szybko:
- Spokojnie, Petro. Nie przyszliśmy tutaj z ciebie sobie szydzić. Po prostu jest w naszym śledztwie kolejna niejasna sprawa. Wyjaśnisz nam je i masz już od nas spokój. To jak będzie?
Petra wyglądała na przekonaną, ale też nie do końca, bo spytała:
- A skąd pomysł, że niby coś na ten temat wiem?
- Jesteśmy detektywami. Wymyślanie pomysłów jest czymś normalnym w tej branży, nie wiedziałaś? - odpowiedział jej dowcipnym tonem Ash - A poza tym, muszę ci powiedzieć, że mam podstawy uważać, że jednak coś wiesz.
- A jakie niby to podstawy?
Ash powoli wyjął z kieszeni znalezisko i pokazał je bez słowa Petrze. Patrzył na nią uważnie i obserwował jej reakcję, podobnie jak i ja. Dziewczyna spojrzała z równie wielką uwagą dwie kostki do gry na sznurku, po czym skierowała wzrok na nas i zapytała:
- No i co? Co mam wam niby powiedzieć na temat tego czegoś?
- Czy widziałaś kiedyś coś takiego? - zapytał Ash.
- Owszem, wiele razy. To takie dodatki do butów. Coś jakby zawieszki. To w obecnych czasach bardzo modne - odpowiedziała Petra.
- Czy ty też masz takie buty?
- Nie.
- Dlaczego? Skoro to modne i popularne...
Petra popatrzyła na niego z lekka kpiną w oczach i odparła:
- Widać, że jesteś daleko w tyle za najnowsza moda, co w zasadzie raczej nie powinno mnie dziwić. Jak tak patrzę na to, co nosisz...
- Możesz łaskawie nam odpowiadać na pytania, zamiast rzucać jakieś głupie uwagi? - przerwałam jej ze złością.
Petra westchnęła z politowaniem, jakby musiała tłumaczyć coś dziecku, zaraz potem spoglądając ponownie na Asha i mówiąc:
- Dziewczyny nie noszą czegoś takiego. To jest zawieszka do męskich butów. Takie noszą jedynie chłopcy.
Ash przysłuchiwał się uważnie słowom dziewczyny, notując sobie w pamięci te oto ciekawostki. Pikachu zapiszczał coś na jego ucho, a mój mąż najwyraźniej go zrozumiał, gdyż zaraz potem zapytał:
- Czy chłopak Lizzy też takie posiada?
Petra parsknęła śmiechem, gdy to usłyszała.
- Peppino? Chyba sobie jaja ze mnie robicie. On? Ten golec miałby mieć kasę na takie buty? Nie żartujcie sobie. To są buty z bardzo wysokiej półki. Byle kogo nie stać na takie cacko.
- Czyli to są buty jedynie dla bogatych? - zapytałam.
- No chyba.
- Czyli Peppino nie mógłby ich sobie kupić?
- Musiałby dostać spadek albo okraść bank. Bo inaczej, to raczej wątpię, aby miał możliwość zafundować sobie takie buty.
- Rozumiem - powiedział Ash, rozważając w głowie słowa dziewczyny - A czy wiesz może, kto mógłby takie nosić?
- Spytaj raczej, czy wiem, kto takie nie nosi - rzuciła Petra - W naszej szkole jest jedynie dobre towarzystwo. Takie, które stać na najlepsze rzeczy. W lumpeksie u nas się nikt nie ubiera.
Jej słowa były tak beznadziejnie głupie i snobistyczne, że komentowanie ich przez nas było poniżej naszej godności, dlatego darowaliśmy sobie odpowiadanie jej na takie stwierdzenie. Zamiast tego Ash, który na szczęście wiedział doskonale, o co pytać i czego powinniśmy się dowiedzieć, rzekł po chwili:
- Rozumiem, ale powiedz nam, czy jakiś chłopak ze szkoły interesował się w ostatnim czasie Lizzy? To znaczy, czy ktoś się koło niej kręcił, jak ona była jeszcze przytomna? Czy miała może jakiś wielbicieli lub czy może z kimś się spotykała?
Petra uśmiechnęła się, doskonale rozumiejąc, o co chodzi i co ciekawe, mając  w tej sprawie bardzo ciekawe informacje.
- Kilku chłopaków do niej startowało, ale ona była długo zainteresowana tym głupim Peppino. Nie wiem, co ona w nim widziała, skoro miała tylu lepszych od niego wokół siebie. Ale to już jej sprawa. Ja tam bym nie traciła czasu na jakiegoś biedaka, który dodatkowo jeszcze siedział w pace. Na szczęście, trafił się jej ktoś o wiele lepszy. To znaczy, lepszy w jej mniemaniu. Bo ja nie podzielam tego zdania, jeżeli chcecie wiedzieć.
- A kto to taki? - zapytałam zaintrygowana tymi słowami.
- Luigi Petri - odpowiedziała dziewczyna.
Spojrzeliśmy na nią zaintrygowani.
- Petri? Tak jak miejscowy komendant? - zapytał Ash.
- To jego synalek - odparła na to Petra - Niezły gagatek, tak swoją drogą. Jego metody podrywu są po prostu żałosne i nie wiem, jak jakaś dziewczyna może na niego lecieć. Ale widocznie niektórym imponuje taki zarozumialec, który miał już chyba w swoim łóżku połowę lasek z tego miasta.
- Rozumiem, że ciebie taki nie interesuje - stwierdziłam ironicznie.
Petra popatrzyła na mnie lekko poirytowana i odpowiedziała:
- A dziwi cię to? Ja tam się szanuję. Ale Lizzy zawsze lubiła łobuzów. Jak nie jeden, to drugi. Przez Peppina żarła się z ojcem. A przez Luigiego miałaby kłopoty i to pewnością, gdyby tylko dostała do nich okazję.
- Czyli jeszcze nie narobił jej problemów? - zapytałam.
- Nic o tym nie wiem, więc raczej nie.
- Rozumiem.
- Nie sądzę - odparła ironicznie Petra - Ale co mogą rozumieć takie dziwaki, jak wy? Zresztą, co mnie wypytujecie o te wszystkie rzeczy, jakbyście myśleli, że ja jej coś zrobiłam?
- Nikt nic takiego nie mówi - zauważyłam złośliwie - Skąd pomysł, że mamy wobec ciebie jakiekolwiek podejrzenia?
- Jak tak wypytujecie o wszystkie możliwe szczegóły, to musicie mnie o coś podejrzewać - wyjaśnił swój tok rozumowania dziewczyna - Ale ja naprawdę nie wiem, kto ją zaatakował, ani po co to zrobił. Zresztą, co ja mogę wiedzieć? Lepiej byście wzięli na spytki tego jej stukniętego braciszka.
- Stukniętego? - zdziwiłam się.
- A tak. Kujon wiecznie z nosem w książkach, a spod tej książki wystają mu małe, kaprawe oczka, którymi śledzi wszystko dookoła. Jestem pewna, że wie on o wiele więcej niż się do tego przyznaje. Tacy zawsze wiedzą więcej niż mówią. A poza tym, to łaził za nią kilka razy i pewnie się czegoś dowiedział.
- Łaził? A niby po co?
- A bo ja wiem? Może jej stary kazał ją pilnować? Nie mam pojęcia. Lizzy mi się ostatnio z niczego nie zwierzała. Mówiła, że nikomu nie może ufać, ponieważ wszyscy ludzie to zdrajcy, którzy prędzej czy później nas skrzywdzą. Najwyraźniej mnie też zaliczyła do tej kategorii. Ale cóż... Jak wszyscy, to wszyscy. Wyjątków nie robimy, tylko wrzucamy każdego do jednego worka, prawda?
Ash pomyślał przez chwilę, nim zadał kolejne pytanie.
- No dobrze, pogadamy sobie z tym chłopaczkiem, ale najpierw odpowiedz mi jeszcze tylko na jedno pytanie. Czy Luigi Petri posiada buty z taka zawieszką jak ta, która ci dzisiaj pokazaliśmy?
- Tak, na pewno. Sama je nieraz u niego widziałam. Ale ostatnio jakoś wcale ich nie nosi. Nie wiem, dlaczego. Pamiętam, jak je sobie kupił. Strasznie się nimi afiszował, były jego prawdziwą dumą. Nie wiem więc, o co mu chodzi ani czemu już tego nie robi.
Spojrzałam uważnie na Buneary, która zapiszczała znacząco. Potem od razu skierowałam swój wzrok na Asha, który znacząco się do mnie uśmiechnął. Tak, to nie ulegało wątpliwości. Wszyscy byliśmy tego samego zdania. Sprawa powoli się nam zaczęła wyjaśniać.
- A tak swoją drogą, to gdzie wy znaleźliście tę zawieszkę? - zapytała nas po chwili Petra.
- W ogrodzie Lizzy i jej ojca - odpowiedział jej Ash.
Petra chyba zrozumiała, o co chodzi i co oznaczało to odkrycie, bo jęknęła i delikatnie zasłoniła sobie usta dłonią. Niczego nie musieliśmy jej tłumaczyć. Tak jak i sobie nawzajem, ponieważ wiedzieliśmy już to, co chcieliśmy się dowiedzieć. Do tego ostatniego wniosku doszliśmy, gdy tylko opuściliśmy całą czwórką dom kolejnego przesłuchanego przez nas świadka. Wszystko było już dla nas jasne. O nic nie musiałam pytać Asha. Ani co podejrzewa, ani też do kogo teraz idziemy. Wiedziałam nazbyt dobrze, kogo teraz będziemy przesłuchiwać.

***


Dotarliśmy bez żadnego problemu do domu miejscowego komendanta. Choć nie wiedzieliśmy dokładnie, gdzie on się znajduje, to wystarczyło nam tylko spytać się o to pierwszej napotkanej osoby, a od razu nam go wskazano. Dom komendanta był powszechnie znanym budynkiem i chyba wszyscy w mieście wiedzieli, gdzie on stoi. W każdym razie, na pewno wiedziała o tym osoba, która wskazała nam go i mogliśmy go dzięki temu odnaleźć. Dlatego właśnie, bez żadnych trudności udało się nam dotrzeć do miejsca naszego kolejnego przesłuchania.
Ale niestety, choć samo odnalezienie domu należało do zadań niesamowicie łatwych, to porozmawianie z synalkiem komendanta już takie proste nie było, a to z tego powodu, że nie zastaliśmy go w domu. Otworzyła nam gospodyni, która na nasze pytanie, czy zastaliśmy syna komendanta, odpowiedziała nam, że nie i nie wie, kiedy on wróci. Oczywiście mogliśmy na niego zaczekać, ale Ash uznał, iż to bezcelowe, bo równie dobrze chłopak może wrócić dopiero jutro. Czekanie na jego powrót mijało się zatem z celem. Postanowiliśmy więc odejść i przyjść ponownie następnego dnia. Gospodyni powiedziała, że panicz Luigi powinien być jutro rano lub tak około południa i może mu przekazać, iż go szukaliśmy. Ash jednak poprosił ją o to, aby tego nie robiła.
- Lepiej będzie, jeżeli ten koleś się nie dowie, że ktoś o niego pytał - rzekł do mnie, kiedy wracaliśmy do domu pana Remberto, w którym mieliśmy nocować - Jakby się dowiedział, że go szukamy, mógłby się przestraszyć i nam zwiać. Lepiej więc, żeby o niczym nie wiedział. Zrobimy mu małą niespodziankę.
Musiałam przyznać mojego mężowi rację w tej sprawie. Doświadczenie w tej naszej wspaniałej pracy podpowiadało nam, że lepiej jest tak prowadzić śledztwo, aby osoby, które o coś podejrzewamy, nie miały o tym pojęcia. I nam to ułatwi, a podejrzaną osobę niepotrzebnie nie przestraszy i nie wywoła u niej paniki, ta zaś byłaby nam bardzo nie na rękę. Dlatego też konkludując, lepiej by było, aby Luigi o niczym nie wiedział.
Zanim wróciliśmy do domu pana Remberto, wstąpiliśmy do jednego baru, w którym zamówiliśmy sobie posiłek. Zdążyliśmy bowiem porządnie zgłodnieć, a do tego miejscowa kuchnia słynęła z różnych łakoci, a ponieważ bywaliśmy już kilka razy w Alto Mare i mieliśmy okazję spróbować tych przysmaków, chcieliśmy ich znowu skosztować.
Ponieważ w momencie, w którym zaszliśmy do baru, daniem dnia były duży kotlet schabowy z frytkami, Ash zamówił go sobie, dodając do zamówienia colę z lodem. Ja zamówiłam sobie z kolei normalnej wielkości kotlet wraz z talarkami z ziemniaków, a do picia sok pomarańczowy. Muszę tutaj powiedzieć, że różnica w naszych kotletach była ogromna. Mój był normalnej wielkości, z kolei kotlet Asha był po prostu gigantyczny i zajmował prawie cały talerz. Tak duże to było bydlę, że frytki ledwie się tam mieściły.
- Rozumiem, że zamierzasz to zjeść? - zapytałam dowcipnie mojego męża.
- A myślisz, że niby po co to sobie zamówiłem? - odpowiedział mi dowcipnie Ash, łapiąc za widelec i nóż.
- Ale to jest prawdziwy gigant.
- A tak, owszem. A myślisz, że niby czemu to się nazywa „Mega Kotlet”?
Parsknęłam śmiechem, rozbawiona jego słowami i powiedziałam:
- Ale, że zmieścisz to wszystko w swoich brzuchu, to ja jestem zaskoczona.
Faktycznie, to mnie zawsze bardzo zaskakiwało, że mój mąż pomimo tego, iż był niezłym łasuchem i uwielbiał wcinać różne łakocie i smakołyki, to mimo tego nigdy on nie był. Jakim cudem to się mogło dziać? Zapewne dlatego, że Ash odkąd tylko sięgał pamięcią, prowadził aktywny tryb życia. Chociaż niewykluczone było i to, iż miał inną przemianę materii i dlatego zachowywał szczupłą sylwetkę, mimo swojej słabości do dobrego jedzenia. Sam Ash jakoś nigdy specjalnie się nad tym nie zastanawiał, stwierdzając, że skoro tak jest, to pewnie tak musi być i nie ma to większego znaczenia, dlaczego tak się dzieje.
Oczywiście nie zapomnieliśmy przy tym wszystkim o naszych Pokemonach. Dla nich zamówiliśmy specjalne łakocie, jakie takie stworki jak one jedzą. Rzecz jasna, Pikachu i Buneary byli nam za to niesamowicie wdzięczni i kiedy tylko im podano te łakocie, od razu zaczęli je wcinać z zapałem.
Ja i Ash natomiast jedliśmy zadowoleni nasz posiłek i jak to już mieliśmy w zwyczaju, rozmawialiśmy przy tym.
- Powiedz mi, Ash... Czy masz już może swoje podejrzenia na temat tego, kto zaatakował Lizzy?


Ash uśmiechnął się do mnie delikatnie i odpowiedział:
- Prawdę mówiąc, to nie. Cała ta sprawa wydaje mi się bardziej złożona niż na początku myśleliśmy. Znaczy wiedziałem, że będzie ciekawie, nawet ciężko, ale nie sądziłem, że aż tak. Przyznam ci się nawet do tego, iż coraz trudniej jest mi bronić naszej klientki.
- Ale chyba wierzysz w jej niewinność? - zapytałam.
- Oczywiście, że wierzę - potwierdził mój mąż - Ale rozumiem też to, co nam mówiła Jenny. Trudno jest nam bronić pani Gordon. Wiele dowodów wskazuje na nią, a jednak... Wszystkie wątpliwości, jakie się pojawiają, zmuszają nas do tego, aby szukać tropów gdzie indziej. A wątpliwości jest wiele.
- A co sądzisz o Lizzy? Trudna z niej dziewczyna. Jej ojciec musiał mieć z nią krzyż pański, prawda?
- Owszem i wcale się nie dziwię, że Rita miała jej serdecznie dosyć. Ale żeby z tego powodu ją zaatakować pogrzebaczem? Nie, to mi nie pasuje.
- Ale miałaby motyw. Lizzy próbowała zniszczyć związek Rity z jej ojcem. Ta cała intryga z listem miłosnym, jaki wymyśliła z Petrą, to był cios poniżej pasa.
- Dokładnie tak. Ale dla mnie, to żaden dowód winy. Poza tym, nasze ostatnie znalezisko z domu pana Remberto rzuca nowe światło na tę sprawę. Pokazuje nam coś, co policja pominęła. Ktoś był w domu naszego klienta tamtej nocy. Ktoś się tam zjawił i zgubił tę zawieszkę do butów. Oczywiście nie znaczy to, że ta osoba zaatakowała Lizzy. Ale sam fakt, iż tam była jest czymś, czego nie wolno nam w żaden sposób zlekceważyć.
- Myślisz, że to był Luigi?
- Mógł być, ale dowiemy się tego, gdy z nim porozmawiamy.
- A Petra? Co o niej sądzisz?
- Myślę, że powiedziała nam prawdę, choć nie zrobiła tego chętnie.
- Fakt, rzeczywiście nie miała ochoty na rozmowę z nami - rzuciłam z lekką złośliwością - Ale miała ciekawe spostrzeżenia. Jak chociażby to, że Stanley miał nieraz łazić za Lizzy. Jak myślisz, czy to prawda?
- To już musi nam powiedzieć sam Stanley - odpowiedział Ash - Myślę, że chętnie to zrobi. W końcu mówił, że chciałby nam pomóc rozwiązać tę sprawę. No więc, będzie miał okazję.
- Jak sądzisz, Ash? Czy on łaził za Lizzy, bo ją śledził?
- Możliwe.
- Ale po co?
Ledwie zadałam to pytania, od razu przyszła mi do głowy odpowiedź.
- Słuchaj, a może pan Remberto kazał śledzić swoją córkę i zlecił to zadanie swemu synowi?
Ash uśmiechnął się do mnie zadowolony i skinął lekko głową na znak, że się ze mną zgadza.
- Brawo, Serenko. To samo właśnie pomyślałem. I wiesz co? Uważam, że tak właśnie było.
Ucieszyło mnie, że mój mąż mnie pochwalił, choć jednocześnie zaniepokoiło mnie to, co sobie właśnie uświadomiłam.
- Ale to przecież oznacza, Ash, że ojciec nakazał śledzić jedno swoje dziecko, drugiemu swemu dziecku.
- Wiem, że brzmi to nieciekawie, ale nie takie rzeczy się już działy, Serenko.
- Ale to jest przecież chore!
- A i owszem, jest chore. Ale pamiętaj, że Lizzy z tego, co nam tu wszyscy mówią, nie była łatwym dzieckiem i robiła ojcu sporo problemów. Mógł więc już stracić poczucie tego, co jest słuszne, a co nie i nakazać śledzić dziewczynę. Ale to może nam pomóc.
- Niby w jaki sposób?
- Jeżeli rzeczywiście Stanley śledził siostrę, to być może dowiedział się o niej czegoś ciekawego. Być może odkrył coś, co może nam pomóc.
Pomyślałam sobie, że to nie jest takie głupie. Śledzenie siostry i to jeszcze na polecenie własnego ojca zdecydowanie było czymś godnym potępienia, jednak być może dało się tę sytuację obrócić na naszą korzyść. W końcu Stanley mógł widzieć podczas tej swojej „misji” coś, co jemu nie wydało się specjalnie ważne, ale za to nam mogło pomóc namierzyć tego, kto ją zaatakował. A jeżeli tak, to dzięki temu byliśmy w stanie rozwiązać tę zagadkę.
Z takimi oto myślami w głowie, wróciliśmy do domu pana Remberto, a kiedy już się tam znaleźliśmy, poprosiliśmy o chwilę rozmowy ze Stanleyem. Ten zaś, co nie było dla nas żadnym zaskoczeniem, ochoczo zgodził się z nami porozmawiać i pozwolił się przesłuchać. Opowiedział nam dokładnie i ze szczegółami tę feralną noc, w której znalazł ranną siostrę i robił to w sposób naprawdę dokładny, zgodny z tym, co przeczytaliśmy w aktach tej sprawy. Nie mieliśmy możliwości uczepić się jego sposobu mówienia, była zgodna z tym, co powiedział wcześniej policji. To były zeznania nad wyraz spójne i dokładne, dlatego nie analizowaliśmy tego zbyt dokładnie, skupiając się na tym, czego się dzisiaj dowiedzieliśmy.
- Stanley, powiedz mi, proszę, czy kojarzysz to cacko? - zapytał Ash, po czym pokazał mu zawieszkę do butów.
Chłopak obejrzał ją dokładnie i skinął lekko głową.
- Tak, znam to. Takie dodatki dodają obecnie do butów. Wielu chłopaków to nosi, aby być na topie.
- Ty jakoś nie nosisz - zauważyłam.
- Bo ja mam w nosie trendy - odpowiedział Stanley z pogardą w głosie - Ja nie jestem wszyscy. Ja jestem ja, Stanley Remberto. Nie muszę więc nosić tego, co noszą wszyscy, aby się czuć kimś, kto jest coś wart.
- Mądre podejście - odpowiedział mu Ash i uśmiechnął się przy tym lekko - No, a powiedz mi, czy śledziłeś może Lizzy?
Chłopak popatrzył na nas zdumiony i zapytał, dlaczego tak myślimy. Od razu więc wyjaśniliśmy, skąd takie przypuszczenia, a on zrobił wówczas ponurą minę i opuścił powoli głowę w dół, mówiąc:
- Wiem, że to było głupie. Ale musiałem to zrobić.
- Dlaczego musiałeś? - zapytał Ash.
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Ojciec ci kazał? - spytałam.
Chłopak spojrzał na mnie z uwagą, jakby rozważał sobie w głowie to, co mu właśnie powiedziałam, po czym odpowiedział:
- Tak. Wiem, że to było głupie, jednak ojciec nie wiedział już, co ma zrobić. Ta głupia dziewczyna wykańczała go. Włóczyła się do późna w nocy i nie słuchała się go, zadawała się z żałosnym towarzystwem. Ojciec bał się o nią i dlatego mnie o to poprosił. Nie powinienem tego robić, ale chciałem tacie pomóc, bo mi było go serdecznie żal.
- Rozumiem. Ja nie zamierzam tego oceniać - powiedział Ash - Mnie bardziej ciekawi to, czy widziałeś, co cię zaniepokoiło w zachowaniu twojej siostry, kiedy ją śledziłeś.
- Widziałem wiele rzeczy, które mnie niepokoiły - odpowiedział Stanley - A już najbardziej mnie niepokoiły te jej spotkania z różnymi chłopakami.
- A co cię w nich niepokoiło? - zapytałam.
- To, jacy to byli żałośni faceci - odparł chłopak - Głupi, aroganccy, nazbyt pewni siebie, lubiący dokuczać innym. Imponowali mojej siostrze chyba tą swoją bezczelnością, bo sam nie wiem, czym jeszcze.
- Czy któryś z nich mógł chcieć zaatakować Lizzy? - zapytał Ash.
- Bardzo możliwe, zwłaszcza ten cały Peppino - wyjaśnił Stanley - W końcu to gość spod ciemnej gwiazdy. Wiecie, że siedział w więzieniu?
- Tak, wiemy. A wiesz może coś o Luigim, synu komendanta?
- Niewiele. Poza tym, że to zarozumiały dupek. Arogancki i strasznie pewny siebie.
Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas, a potem powróciliśmy do swojego pokoju, po drodze spotykając naszego klienta, który był ciekaw, czy dowiedzieliśmy się czegoś ciekawego na temat prowadzonej przez nas sprawy.
- Dowiedzieliśmy się wiele ciekawych rzeczy - odpowiedział Ash i lekko się uśmiechnął - Ale musimy dokładnie zbadać każdy trop.
- A czy już macie jakieś podejrzenia? - zapytał Remberto.
- Mamy wiele, ale na razie zachowamy je dla siebie. Opowiemy panu, jak już będziemy wiedzieć więcej.
Nasz klient nie był za bardzo zachwycony tym, co powiedzieliśmy, ale mimo wszystko zaakceptował naszą decyzję. Ja zaś poczułam, że muszę to zrobić, choć nie do końca wiedziałam, dlaczego i powiedziałam:
- Ale wie pan co? Pytał pan, czego się dowiedzieliśmy. No więc, muszę panu powiedzieć, że dowiedzieliśmy się o pana ciekawych metodach wychowawczych.
- To znaczy? - zapytał zdumiony Remberto.
- Dowiedzieliśmy się, że kazał pan Stanleyowi śledzić Lizzy, żeby wiedzieć, z kim się zadaje.
Mężczyzna spojrzał na mnie w taki sposób, jaki nie umiałam sobie wyjaśnić. Na jego twarzy malowało się zdumienie połączone z oburzeniem. Przez chwilę nic nie mówił, aż w końcu powiedział:
- Nie wiem, kto wam naopowiadał tych bzdur, ale nigdy nie kazałem mojemu synowi śledzić jego siostrę. To kompletna bzdura!
- Doprawdy? - zapytałam ironicznie - Mówiono nam co innego.
- To was okłamano, bo ja nigdy bym czegoś takiego nie zrobił. Ktoś, kto wam to powiedział, kłamał jak z nut.
- A może to pan kłamie? Może celowo pomija pan niektóre rzeczy, które są dla pana niewygodne?
Remberto spojrzał na mnie nieco groźnie i odparł:
- Moja droga, wydaje mi się, że macie szukać człowieka, który zaatakował moją córkę, a nie podejrzewać mnie o wszystko, co najgorsze, prawda?
Miałam już coś odpowiedzieć, ale Ash nagle ścisnął mnie lekko za rękę, po czym powiedział uspokajającym tonem:
- Proszę nam wybaczyć, ale musimy badać każdy element tej sprawy. Nawet taki, który może być dla pana niezbyt wygodny. W końcu, jeśli mamy rozwikłać tę sprawę, to musimy wiedzieć wszystko. Absolutnie wszystko, co może naprowadzić nas na właściwy trop. A obawiam się, proszę nam nie mieć tego za złe, że nikt nie mówi nam tu całej prawdy, jeśli w ogóle mówi prawdę.
- Nie mówią wam całej prawdy? Ale kto? Chyba nie ja?
- Zwłaszcza pan. Dlaczego pan nam nie powiedział, że Lizzy oskarżyła pana partnerkę o zdradę i pokazała za dowód tej zdrady list od rzekomego kochanka?
Remberto zdziwił się, że to wiemy, ale odpowiedział nam, iż nie uważał tego faktu za istotny. Poza tym, źle mógł on stawiać w naszych oczach Ritę, ponieważ mógł tylko dowodzić, że miała ona motyw zaatakować jego córkę.
- Zresztą, jakie to ma teraz znaczenie? - zapytał mężczyzna - Wiem, że Rita jest mi wierna i nawet jeżeli przez chwilę w to zwątpiłem, to teraz bardzo, ale to bardzo tego żałuję.
- Nie tylko w tej sprawie pan pominął pewne aspekty - odpowiedział mu Ash - Nie powiedział pan nam, że Lizzy była aż tak trudną nastolatką, jaką była.
- No, ale co to ma za znaczenie? - spytał Remberto - To ona jest w tej sprawie ofiarą. Po co wam wiedza o tym, że była jeszcze trudniejsza niż mówiłem wam to na początku tej sprawy?
- Ta wiedza może pomóc nam namierzyć prawdziwego sprawcę, proszę pana - odpowiedziałam, nie kryjąc swojej irytacji - Zatajanie tak ważnych faktów tylko sprzyja napastnikowi.
Mężczyzna nie wyglądał na do końca przekonanego tą argumentacją, jednak w końcu westchnął przygnębiony i odpowiedział:
- Błagam was! Znajdźcie w końcu tego, kto to zrobił! I nie szukajcie dziury w całym. Moja córka nie jest aniołkiem, ale mimo wszystko kocham ją i chcę, żeby tego, kto jej to zrobił, spotkała kara.
Zrobiło mi się go w tamtej chwili serdecznie żal. Na tyle mocno, że od razu zapomniałam o tym, że nie był z nami za bardzo szczery, kiedy nas wynajmował i zaczęłam widzieć w nim jedynie biednego i skrzywdzonego przez los człowieka, a także cierpiącego ojca. Powiedziałam mu więc, że zrobimy, co tylko możemy, aby odkryć prawdę, a Ash obiecał mu ze swej strony to samo. Pikachu i Buneary lekko zaś zapiszczeli, aby dodać od siebie, że również nie będą w tej sprawie bezczynni. Remberto uśmiechnął się do nas wzruszony i odpowiedział, że bardzo go to cieszy i gdy już będzie po wszystkim, z radością i ulgą przytuli ponownie ukochaną oraz córkę, czego swoją drogą, nie może się już doczekać.
Po tych słowach, pożegnał nas i ruszył w stronę swojego pokoju.
- Panie Remberto, jeszcze tylko jedno pytanie! - zawołał nagle za nim Ash.
Mężczyzna odwrócił się do niego i powiedział:
- Słucham.
- Jakie były relacje między pana dziećmi?
- Były bardzo dobre.
- Aha. Dziękuję, to wszystko.
Remberto wydawał się zdumiony tym pytaniem, jakby nie rozumiał, jakie ma ono znaczenie, po czym poszedł do swego pokoju.
- Dlaczego zapytałeś o relacje między Stanleyem a Lizzy? - zapytałam Asha, gdy już nasz klient zniknął nam z pola widzenia.
- Chciałem wiedzieć, czy powie nam prawdę - odpowiedział Ash.
- I powiedział?
- Nie mam pojęcia. Niestety, w tej sprawie się przeliczyłem. Sądziłem, że bez trudu wyczuję, czy mówi prawdę, czy zmyśla. Ale niestety, nic nie wyczułem.
Pikachu zapiszczał smutno i poklepał swojego trenera po nodze, aby go jakoś podnieść na duchu. Niewiele to jednak pomogło, ponieważ Ash, który wyraźnie w tamtej chwili posiadał poważne wątpliwości wobec naszego klienta, nie zdołał ich ani rozwiać, ani potwierdzić.

***


Następnego dnia, zrealizowaliśmy nasz plan rozmowy z synem komendanta, który był w obecnej chwili jednym z naszych głównych podejrzanych. Chociaż ta nie do końca jasna sytuacja dotycząca pana Remberto i jego słów wciąż nie dawała nam spokoju, Ash uznał, że zajmiemy się nią później, ponieważ cała ta sprawa jest już i tak skomplikowana i nie trzeba nam komplikować jej jeszcze bardziej przez zajmowanie się więcej niż jednym wątkiem naraz.
- Poza tym, wątpię osobiście, aby to pan Remberto miał zaatakować córkę, a jego mijanie się z prawdą lub zatajanie jej przed nami wiąże się jedynie z faktem, że ma pewne grzeszki na sumieniu i nie chce o nich mówić - powiedział do mnie Ash, gdy szliśmy do domu kapitana Petri i jego synalka - Dlatego właśnie możemy rozwikłanie tej tajemnicy zostawić sobie na później. Skupmy się na sprawdzeniu kolejnej podejrzanej osoby i przesłuchaniu jej.
Sprawdzenie i przesłuchanie. No cóż... Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Choć dom pana Petri odnaleźliśmy bez trudu, to sama z synem komendanta nie była już taka, jakiej byśmy oczekiwali. Ten łobuz Luigi nie tylko początkowo kłamał jak z nut, ale jeszcze próbował zgrywać biednego pokrzywdzonego. Jakby jeszcze tego było mało, z pomocą przybył mu jego kochany tatuś, który z miejsca zaczął nas straszyć konsekwencjami i gdyby nie to, że Ash wykorzystał całą swoją naprawdę wielką pomysłowość i odwagę, która to chyba została dodatkowo okraszona przez niego sporą szczyptą bezczelności, to kiepsko by się dla nas ta sprawa skończyła. Jednak nie ma co uprzedzać faktów, tylko prowadzić narrację po kolei, zgodnie z kolejnością wydarzeń.
Zaczęło się zatem od tego, że dotarliśmy do domu komendanta Petri, aby tam porozmawiać z jego synem. Swoją drogą, poprzedniego dnia spotkała mnie dosyć spora niespodzianka, ponieważ idąc do celu naszej podróży, byłam w duchu pewna tego, iż oczom naszym ukaże się prawdziwa willa z basenem, sauną i miejscem dla kucyka, czyli ogólnie rzecz biorąc i jeden z najpiękniejszych domów w całym tym mieście, dźgający innym w oczy wręcz ogromnym przepychem. Dlatego też więc byłam niesamowicie zaskoczona, kiedy zobaczyłam wraz z Ashem oraz naszymi pokemonimi towarzyszami dom bardzo ładny, na pewno nie biedny, ale też dosyć skromny, a jeżeli nie jest to odpowiednie słowo, to już na pewno jest nim słowo „odpowiedni”. Co mam na myśli? Otóż to, że dom pana komendanta i jego syna nie był wypasioną willą. Takiej nazwy nie można było mu nadać. To już prędzej pan Remberto mieszkał zdecydowanie bardziej bogato aniżeli nasz drogi stróż prawa i porządku. Pomyślałam przez chwilę, kiedy ta świadomość do mnie dotarła, że cokolwiek możemy o naszym drogim komendancie rzec, to już na pewno nie to, iż jest on osobą próżną oraz lubiącą przepych. W pewnym sensie, nawet nabrałam nieco sympatii do tego człowieka, chociaż oczywiście mocno umniejszonej tym przykrym faktem, iż pan kapitan Petri zdecydowanie nam nie sprzyjał, co jednak, biorąc pod uwagę fakt, że jego synalek najwyraźniej jest zamieszany w te sprawę, bynajmniej nas już nie dziwiło. Wcześniej mieliśmy w tym zakresie wątpliwości i nie byliśmy pewni, co mamy o tym myśleć, ale obecnie wszystko nabierało sensu. Trzeba było więc teraz tylko dowiedzieć się, czy ów sens posiada prawo bytu.
Tak czy inaczej, dom pana Petri wydał mi się już poprzedniego dnia bardzo ładny, chociaż pozbawiony zbędnego przepychu. Teraz też tak o nim pomyślał, gdy już dotarliśmy z Ashem na miejsce. Gdy już to się stało, zapukaliśmy do drzwi i po chwili otworzył nam jakiś wysoki chłopak, ubrany w niebieskie dżinsy podarte na kolanach, czarną koszulkę z nie do końca jasnymi dla nas białymi znakami, czarne glany, a także zielona czapkę z daszkiem. U jego boku kręcił się Flareon, ognisty Pokemon, który lekko nastroszył na nasz widok w gniewny sposób swoje futerko i zawarczał. Chyba nie był ufny wobec obcych. No cóż... Biorąc pod uwagę to, że jego pan zdecydowanie miał coś na sumieniu, to wcale nas to nie dziwiło.
- Czego? - mruknął niezadowolony naszym widokiem chłopak - Halloween to dopiero ma chyba być, prawda? A kinderbal jest gdzie indziej, dwa domy dalej.
Oczywiście pił do stroju Asha, który mógł mu się wydawać dosyć fantazyjny. Mój ukochany jednak w ogóle się tym nie przejął, tylko uśmiechnął się do niego dosyć ironicznie i odparł:
- Fajnie, ale my nie w tej sprawie.
Po tych słowach, wyjął legitymację detektywa i pokazał ją chłopakowi w taki sposób, aby ten mógł się dobrze jej przyjrzeć. Ja uczyniłam podobnie, a kiedy już ten dość nowoczesny nastolatek napatrzył się już na nasze dowody osobiste, jęknął lekko załamany i powiedział:
- Ach, to wy. Słynni detektywi z Alabastii w Kanto. Ojciec mi mówił o tym, że tu się kręcicie i badacie sprawę Lizzy. Nie wiem jednak, po co wam to. Chyba już policja wszystko wyjaśniła. Mój ojciec dowiódł podczas wnikliwego śledztwa, że Gordonowa jest winna, a jego ludzie też zrobili wszystko, aby zbadać w tej oto sprawie każdy możliwy trop. Nie wydaje mi się więc, że można by cokolwiek w tej sprawie jeszcze dodać.
- Miło, że tak bronisz ojca i jego podwładnych, ale mimo wszystko, gdyby na górze nie uznano, iż sprawa wymaga naszej interwencji, nie proszono by nas o to, żebyśmy się nią zajęli - odpowiedział mu Ash.
- Możemy wejść, czy mamy rozmawiać w progu? - zapytałam.
Pikachu i Buneary zapiszczeli pytająco w kierunku chłopaka. Luigi Petri zaś z wyraźnym niezadowoleniem otworzył szerzej drzwi, aby nas wpuścić do środka. A gdy już weszliśmy, zamknął drzwi i spojrzał nas niechętnie.
- Czego zatem chcecie? - zapytał.
- Coś ty taki niegościnny, kolego? - rzucił ironicznie Ash.
- Nie lubisz gości? - dodałam tym samym tonem.
- Owszem, lubię. Ale tylko proszonych - odparł nieprzyjemnym tonem Luigi.
- Czasami trzeba porozmawiać z kimś, kogo o rozmowę nie prosimy, ale kto z kolei prosi o rozmowę nas - stwierdził filozoficznie Ash.
Luigi Petri łypnął na nas niechętnie i wyraźnie czując do nas pewną niechęć. Domyślałam się, co jest tego przyczyną. Ten gość musiał naprawdę mieć coś i to raczej poważnego na sumieniu, skoro niechętnie reagował na widok detektywów, którzy z niezwykłą szczegółowością badali sprawę ataku na Lizzy. A skoro tak, to znaczy, że dobrze typowaliśmy. Ten gość naprawdę aniołkiem nie był. Ale czy był winny? Tego nie widzieliśmy, ale czuliśmy, iż jest to więcej niż prawdopodobne.
- Dobra, detektywku - mruknął ze złością Luigi Petri - Nie baw się ze mną w ciuciubabkę, bo nie mam na to najmniejszej ochoty. Czego wy chcecie?
- Wiemy, że chodziłeś z Lizzy przed tym nieszczęśliwym wypadkiem, który ją spotkał - powiedziałam, starając się przybrać jak najbardziej poważny ton głosu.
- Poważnie? - spytał ironicznie Luigi Petri - I czego jeszcze się niby o mnie dowiedzieliście? Że ukradłem księżyc i sprzedałem go na jako lampkę nocną? Nie warto słuchać wszystkiego, co ludzie opowiadają. A tak w ogóle, to skąd wy o tym niby wiecie?
- Nie sadzisz chyba, że zdradzimy ci nazwiska swoich informatorów?
- Nie musicie. Domyślam się, o kogo wam chodzi. O te tępą idiotkę Petrę. To ona wam wcisnęła ten kit, prawda? Na waszym miejscu, nie brałbym na poważnie tych jej rewelacji. To największa plotkara w szkole, jeśli nie w mieście. A do tego jeszcze wielka kłamczucha.
Ash nie wyglądał na przekonanego jego opowieścią, a i ja nie zamierzałam w nią uwierzyć. Nasze Pokemony też wcale nie sprawiały wrażenia, aby wierzyły w opowieść Luigiego. Z jego słów biło wyraźne kłamstwo pomieszane ze strachem, które to uczucia chciał za wszelką cenę ukryć pod maską bezczelności. Nie wiem, czy na kogokolwiek to działało, ale na nas zdecydowanie nie. I nie zamierzaliśmy tego przed nim kryć.
- To bardzo ciekawe, co mówisz - rzekł po chwili Ash - Wiesz, miałoby to, co nam przed chwilą wyjawiłeś, nawet sporo sensu, gdyby nie jeden istotny szczegół.
- Niby jaki?
- Taki, że to wierutne kłamstwo.


Luigi spojrzał na mojego ukochanego ze wściekłością w oczach, prawa dłoń mu się zacisnęła w pieść i zrobił taki ruch ręką, jakby miał zamiar uderzyć Asha. Pikachu od razu przygotował się na to, stając przed swoim trenerem, aby go bronić jakby co. Podobnie postąpił Flareon, który wyskoczył naprzeciwko Pikachu i lekko przy tym zawarczał. Oba stworki patrzyły na siebie z zaciekłością, gotowe skoczyć sobie do gardeł. Na szczęście Luigi ochłonął i opuścił pięść, dając jednocześnie Flareonowi znak, aby ten nie próbował walki. Ash podobnie zrobił z Pikachu, w wyniku czego obaj niedoszli przeciwnicy nie stoczyli ze sobą walki.
- Zarzucasz mi, że kłamię, Ketchum? - zapytał ze złością po chwili Luigi.
- Owszem i nawet domyślam się, dlaczego - odpowiedział mu Ash, bez obaw patrząc mu w oczy.
- Tak? A więc niby dlaczego?
- Bo byłeś tej nocy, kiedy doszło do ataku na Lizzy, w jej domu, a kiedy tylko się zrobiło gorąco, uciekłeś i schowałeś się pod skrzydła kochającego tatusia, który potem zadbał o to, abyś był bezpieczny. I żeby nikt cie o nic nie oskarżył.
Luigi zmieszał się przerażony na dźwięk tych słów, westchnął głęboko i lekko się cofnął do tylu, przerażony tym, co właśnie usłyszał. Słowa te musiały wywrzeć na nim bardzo mocne wrażenie, skoro tak go to poruszyło. Widać było, jak jest tym przejęty i nawet mocno nałożona przez niego maska luzera, nie pomogła mu tego ukryć przed nami.
- Więc jak? To prawda czy nie? - zapytał ze złością Ash.
Luigi zmieszał się jeszcze mocniej, po czym odpowiedział:
- Słuchajcie, to nie tak. Ja tylko...
Wtem do domu wszedł jego ojciec. Chyba wstąpił po coś do domu na chwilę, bo raczej godzina nie pasowała nam na to, aby wrócił on z pracy po wykonaniu już wszystkich swoich obowiązków. Ledwie tylko nas zobaczył, a potem swojego syna w pozie wyrażającej smutek i strach, domyślił się wszystkiego i zapytał:
- Co to ma znaczyć? Co wasza dwójka tu robi? Nie macie kogo przesłuchiwać i bierzecie się za mojego syna?
- Tato, ja... - rzucił w jego kierunku Luigi tonem, jakby wzywał pomocy.
Ojciec nie zamierzał mu jej odmawiać i stanął tuż obok niego i spojrzał na nas oboje groźnym spojrzeniem, pytając:
- Co wy sobie w ogóle wyobrażacie, co?! Nie macie żadnych tropów, to sobie je wyszukujecie?! I czepiacie się niewinnych ludzi?! Mój syn nie ma z ta sprawą absolutnie nic wspólnego i nie życzę sobie, żebyście go nękali! Więcej powiem, od razu zadzwonię do swoich przełożonych i waszych, a wtedy będziecie mieli oboje poważne kłopoty! Nie wiecie, z kim zadzieracie!
Na innych osobach z pewnością zrobiłoby to wrażenie i wywołało strach. Nas jednak to wcale nie poruszyło. Za dużo razy słyszeliśmy już podobne teksty pod swoim adresem, aby się nimi teraz przejmować. Dlatego też, zamiast się przerazić, przybraliśmy poważne i surowe miny, w myśl zasady, której uczyliśmy się podczas zajęć, że kiedy ktoś nas chce zastraszyć, to musimy zachować stoicki spokój, nie dać się prowokować ani nie pokazywać, że choćby w najmniejszym nawet stopniu groźby tej osoby robią na nas wrażenie lub co gorsza, naprawdę nas przerażają. Jeśli bowiem ten, kto próbuje nas straszyć, dostrzeże nasze obawy, zobaczy choćby niewielki cień takiego strachu z naszej strony, to już po nas i będzie się trzymał tej broni i straszył nas dalej, aż w końcu osiągnie swój cel. A zatem, jeżeli nawet taki ktoś nas przestraszy, to nie może tego dostrzec w naszych twarzach. Wykłady na ten temat, który jest w naszej akademii częścią psychologii śledczej, miały miejsce zupełnie niedawno, tuż przed naszym wyjazdem do Alto Mare, dlatego doskonale mieliśmy je oboje z Ashem w pamięci. Dlatego właśnie umieliśmy odeprzeć atak komendanta Petriego, zachowując przy tym stoicki spokój i stanowczość, a mój mąż odważył się nawet odpowiedzieć na zarzuty wobec nas w następujący sposób:
- Oczywiście, ma pan rację. Jesteśmy bezczelni i pozwalamy sobie na nazbyt wiele. I jesteśmy gotowi ponieść w tej sprawie odpowiednie konsekwencje. Może jednak, zanim szanowny pan raczy zadzwonić do swoich przełożonych i złożyć na nas skargę, to przekona swojego synusia, aby zaczął mówić prawdę na temat tego, co się stało w nocy, w której zaatakowano Lizzy? To samo dotyczy też pana, bo i pan kłamie.
Komendant spojrzał na nas zdumiony i groźnie zarazem, próbując udawać, że nie rozumie, o co nam chodzi i że jest oburzony naszymi oskarżeniami. Jednak my nie daliśmy się zwieść. Czuliśmy się teraz panami sytuacji i postanowiliśmy iść do przodu jak najszybciej, zanim stracimy pęd.
- Owszem, pan i pana syn kłamiecie i obaj doskonale o tym wiecie - mówił dalej Ash - Mamy podstawy, aby uważać, że pana syn w nocy był w domu Lizzy i w jej pokoju. Pan o tym wszystkim wiedział, oczywiście nie od razu, ale szybko pan to odkrył. W jaki sposób? Myślę, że bardzo prosty. Sądzę, iż pana syn przyznał się panu do tego. Natomiast pan, zamiast go aresztować, robił pan wszystko, ale to dosłownie wszystko podczas prowadzenia śledztwa, żeby ten fakt nie wyszedł na jaw. Czy jak na razie wszystko się zgadza?
Komendant wyraźnie wyglądał na bardzo zmieszanego tym, co właśnie od nas usłyszał. Przez chwilę chyba chciał się bronić, powiedzieć nam coś albo może spróbować nas nastraszyć, jednak ostatecznie darował sobie to wszystko i zamiast tego, usiadł na krześle z bardzo przygnębioną miną i zapytał:
- Skąd o tym wiecie?
- To proste. Nie zdążył pan posprzątać po swoim synalku.
Po tych słowach, Ash pokazał komendantowi zawieszkę w postaci kostek do gry i powiedział:
- Nie trzeba być geniuszem, żeby zauważyć, że Luigi ma przy jednym bucie taką właśnie zawieszkę, ale przy drugim już jej nie ma. Więc wniosek jest prosty. To jego zawieszka.
- Gdzie ją znaleźliście? - zapytał Luigi.
- W ogrodzie domu pana Remberto - odpowiedziałam - Przyniósł go nam Lux i dzięki temu wiemy, że tam byłeś. Zgubiłeś to, uciekając z pokoju Lizzy, prawda?
- Do niczego się nie przyznawaj! - zawołał komendant do syna.
- Bardzo zła rada - powiedziałam - Wydaje mi się, że w tej sytuacji raczej o wiele korzystniejsze jest przyznanie się do winy. Jak sądzisz, Ash?
- Nie jestem od sądzenia, ale wydaje mi się, iż sąd weźmie pod uwagę jako okoliczność łagodzącą to, gdy winowajca się dobrowolnie przyzna - odpowiedział na to mój mąż.
- Ale do czego mam się niby przyznać? Przecież ja nic nie zrobiłem! - zawołał przerażony Luigi.
- Naprawdę nic nie zrobiłeś? - zapytałam z kpiną - A to, co znaleźliśmy, to niby co? Krasnoludki przyniosły i podrzuciły, aby cię wrobić?
- Odczepcie się od mojego syna! - zawołał oburzony komendant - Przecież on nic złego nie zrobił!
- Nic złego? Dobre sobie! - powiedziałam ze złością, prychając przy tym - On zaatakował Lizzy! Rozbił jej głowę pogrzebaczem! Czy naprawdę pan uważa, że to jest nic?!
- Ale to nie był on! Przysięgam wam! - zawołał komisarz.
- To prawda! Ona już tam leżała, kiedy przyszedłem! - dodał Luigi, wyraźnie drżący o swoje życie - Ktoś ją załatwił, zanim ja się tam zjawiłem!
- Ciekawa wymówka - powiedział ironicznie Ash - Chyba nie sądzisz, że ci uwierzymy po tym, jak ty i twój tatuś zrobiliście wszystko, aby ludzie obwinili o to Ritę Gordon!
- Chyba lepiej ją niż mnie! - mruknął ze złością Luigi.
Ash popatrzył ze wściekłością w oczach na chłopaka i widziałam, że po tym, co ten powiedział, miał wielką ochotę go uderzyć. Lekko złapałam go za rękę, aby tego nie zrobił, co na szczęście go uspokoiło, a potem spojrzałam na tego egoistę i powiedziałam mu:
- Pięknie, po prostu pięknie. Nic was nie obchodzi to, że niewinna kobieta z waszej winy może skończyć na zawsze w więzieniu! Byle wam nic się nie stało! Po prostu cudownie! Ale nie myślcie sobie, że wam odpuścimy. Policja dowie się o tym i będziecie mieli kłopoty.
- Nikt wam w to nie uwierzy! - warknął w moim kierunku Luigi.
- Naprawdę? - zachichotał ironicznie Ash - A ja myślę, że jednak uwierzą.
- Jeśli nawet nie od razu, to mimo wszystko uwierzą - dodałam z pewną nieco mściwą satysfakcją w głosie - A gdyby nawet i nie, to kłopoty będziecie mieli i to porządne.
- A ja jestem bardziej pozytywnej myśli - powiedział Ash - Bo zastanówmy się przez chwilę. Mamy podstawy, by wystosować wam oskarżenie. A my dwaj nie tylko macie powody, aby ściemniać w tej sprawie, ale jeszcze ukrywacie istotne dla śledztwa fakty. Jak myślicie, jeżeli ujawnimy te fakty, to komu uwierzy sąd? Czy kolesiowi, który wyraźnie kłamał od początku oraz jego ojcu, który fałszował dowody podczas śledztwa? Czy może nam, szanowanym detektywom, kilkakrotnie odznaczonym za swoją pracę? Serenko, jak uważasz? Komu policja i sąd uwierzą?
- Ja stawiam na nas - odpowiedziałam mu dowcipnie.
Pikachu i Buneary zapiszczeli lekko na znak, że zgadzają się ze mną.
- No i sami widzicie - mówił dalej Ash - Wasze szanse na to, żeby ktoś wam w te wasze kłamstwa uwierzył, kiedy my im zaprzeczymy są raczej nikłe. Dlatego, jeżeli chcecie z nami coś ugrać, to zacznijcie mówić prawdę.
Komendant wyglądał na załamanego i zdenerwowanego jednocześnie. Coś mi mówiło, że gdyby nie to, iż byliśmy naprawdę sławni i szanowni za rozwiązane przez nas sprawy, to nie poddałby się tak łatwo. W przypadku innej osoby mógłby chcieć próbować nas zastraszyć lub zmusić do posłuszeństwa. Ponieważ jednak to byliśmy my, Ash i Serena Ketchumowie, to musiał wobec nas spokornieć i jakoś się z nami ułożyć. Oczywiście był na to tylko jeden sposób i on doskonale o tym wiedział, czego dał dowód, gdy powiedział:
- Posłuchajcie, ja wiem, nie zaczęliśmy naszej znajomości zbyt dobrze, ale to nie musi się wcale tak kończyć. Proszę, nie posyłajcie mojego syna do więzienia! Przecież on nic złego nie zrobił! Zachował się głupio, ale każdy może popełnić w życiu głupstwo.
- Głupstwo?! - krzyknęłam wściekle.
Czułam, że jeszcze chwila i mnie tu chyba krew zaleje. On mówił o zbrodni, popełnionej z zimną krwią w taki sposób, jakby to było drobne przewinienie, jak kradzież cukierka ze sklepu. To było po prostu ohydne w każdy możliwy sposób. Nie rozumiałam, jak człowiek, który na co dzień walczy z niesprawiedliwością i o to, aby przestępstwo było niszczone i tępione, nagle zaczyna do nas mówić, że ten oto młody człowiek, jego syn nie zrobił nic złego, choć kogoś innego za ten sam czyn bez wahania posadziłby na dożywocie. Rozumiałam dobrze, iż komendant chce bronić swojego syna, ale mimo wszystko są chyba jakieś granice, których nikt nie powinien przekraczać, a już na pewno nie policjant.
- Pana syn rozbił dziewczynie głowę pogrzebaczem, a pan mówi o tym, że to głupstwo?!
Komendant popatrzył na mnie załamanym wzrokiem i zawołał:
- Przysięgam ci, mój syn tego nie zrobił!
- To prawda! Ja nic nie zrobiłem! - dodał Luigi - Byłem u niej, to prawda i to w nocy, to też jest prawda. Ale przysięgam wam, ja nic nie zrobiłem!
- To po co niby przyszedłeś do niej w nocy, co? - zapytał z ironią Ash, chyba mu nie wierząc, czemu zresztą wcale się nie dziwiłam.
- Umówiliśmy się oboje, że przyjdę do niej do jej pokoju.
- W jakim celu? - zapytałam.


Luigi spojrzał na mnie z kpiną w oczach i rzucił:
- A jak ci się wydaje? Po co dziewczyna zaprasza chłopaka nocą do swojego pokoju, co?
No tak, odpowiedź na to pytanie była aż nadto oczywista. Nie musiałam jej usłyszeć, żeby wiedzieć, jakie były przyczyny tych zaprosin.
- Ach tak, już wszystko rozumiem - powiedziałam i lekko pokiwałam głową na znak politowania - Dziwi mnie jednak, że Lizzy tak szybko po tym, jak rozstała się ze swoim chłopakiem, umawia się na takie rzeczy z tobą.
- A co? Nie nadaję się na pocieszyciela? - zapytał lekko urażony Luigi.
- Może i się nadajesz, ale osobiście bardzo dziwi mnie, że imponuje ci rola chusteczki do otarcia łez - powiedziałam, nie kryjąc swojej złośliwości.
Chłopakowi nie spodobały się te słowa, ale Ash nie dał mu dojść do słowa, bo od razu zaczął mu zadawać pytania.
- To mówisz więc, że Lizzy sama cię zaprosiła do swojego pokoju w nocy w wiadomym nam wszystkim celu?
- Dokładnie tak.
- I ty oczywiście się zgodziłeś?
- Oczywiście, a co? Przecież ładna laska mnie do siebie na noc zaprasza, a ja co? Miałbym odrzucić taka miłą propozycję? Tylko głupi by odrzucił.
- Głupi albo szanujący się chłopak - odpowiedział mu Ash - No i co dalej?
- No i potwierdziłem jej SMS-em, że będę, tak jak to ustaliliśmy, a kiedy już przyszła pora, to przyszedłem tam, wkradłem się na posesję, wszedłem do pokoju Lizzy, bo zostawiła otwarte okno, tak jak zresztą się umówiliśmy, a kiedy już tam byłem, doznałem szoku. Lizzy leżała w swoim łóżku w nocnej koszuli i miała ranę na głowie. Ktoś jej rozbił czymś czaszkę. Tak bardzo się wtedy przestraszyłem, że natychmiast uciekłem.
- Uciekłeś? - zapytałam ze złością - I co? Nie przyszło ci do głowy, żeby jej w jakiś sposób pomoc? Wezwać jej ojca czy policję?
- Słucham? - zapytał ze zdumieniem Luigi - Miałem wzywać pomoc i jeszcze się ujawniać, że tu jestem? Przecież musiałbym wtedy powiedzieć, co ja tu robię w środku nocy. A wtedy jej ojciec chyba zabiłby mnie gołymi ręka, a już zwłaszcza wtedy, gdyby pomyślał, że to ja ją zaatakowałem. A na pewno by tak pomyślał, to było dla mnie więcej niż pewne. Uwierzcie mi, on by pomyślał, że to ja zrobiłem! Nie dałby mi się wytłumaczyć i kazał mnie aresztować albo zabił na miejscu!
- I z tego powodu jej nie pomogłeś, kiedy tego potrzebowała? Dziewczynie, którą kochasz?
- A kto niby powiedział, że ją kocham?
- No proszę. To niby czemu chciałeś się z nią przespać?
- A czemu niby faceci chcą spać z dziewczynami?
Uznałam, że odpowiadanie na tak żałosne pytania jest poniżej mojej godności i dlatego pominęłam je milczeniem. Ash natomiast zapytał:
- Rozumiem więc, że kiedy zastałeś swoją dziewczynę z rozbitą głową w jej łóżku, to od razu uciekłeś i pozostawiłeś ją na pastwę losu?
- Można tak to interpretować - odpowiedział mu Luigi.
- Ciekawa odpowiedz. I co dalej?
- Wróciłem do domu, ale zauważyłem, że zgubiłem zawieszkę od buta.
To mówiąc, wysunął on lekko lewą nogę, prezentując wyraźnie, iż nie posiada przy nim zawieszki, która z kolei wisiała przy jego prawym bucie. Oczywiście już wcześniej zauważyliśmy, że stracił on zawieszkę przy jednym z butów, dlatego też jego demonstracja była niepotrzebna. Luigi musiał jednak jej dokonać, zapewne z tego powodu, że lubił teatralne gesty i być w centrum uwagi.
- I co zrobiłeś? - zapytał po chwili Ash.
- Przeraziłem się. Wiedziałem, że jak tylko policja znajdzie tę zawieszkę, to już będzie po mnie. Dlatego postanowiłem ją odzyskać. Dlatego następnej nocy się włamałem do ich posiadłości, aby odebrać moja zgubę. Ale niestety, ten ich durny kundel mnie pogonił i musiałem uciekać. Bałem się tam wrócić. Dlatego uznałem, że muszę za sobą zatrzeć wszelkie ślady. Starałem się nie nosić publicznie butów z zawieszka, aby nikt nie zauważył braku jednej z nich.
- Jakoś straciłeś czujność, skoro teraz znowu je nosisz.
- Bo skoro nikt nie znalazł zawieszki, a Rita stała się główną podejrzaną, to ta dyskrecja nie była mi potrzebna.
- Rozumiem. A co z telefonem, z którego pisałeś SMS do Lizzy tamtego dnia? Pewnie zniszczyłeś kartę SIM i zmieniłeś numer?
- To było konieczne, żeby nikt nie wpadł na mój trop.
- A pan? Od kiedy pan o wszystkim wiedział? - zapytał Ash komendanta.
- Po tym, jak nie udało mi się odzyskać zawieszki, powiedziałem o tym ojcu - odpowiedział za rodzica Luigi.
- To prawda - potwierdził to komendant - Opowiedział mi o tym, kiedy mu się nie udało odzyskać zawieszki. Byłem na niego wściekły, ale potem ochłonąłem i zrozumiałem, jak poważne niebezpieczeństwo mu zagraża. Postanowiłem, że nie mogę go zostawić w potrzebie.
- I postanowił pan tak poprowadzić śledztwo, żeby wszystko spadło na Ritę?
- A co? Miałem ją ratować i wsadzić mojego syna? Poza tym, dowody mówią same za siebie. Ona jest winna i wszystko na to wskazuje.
- Dowody wskazują na to dlatego, że pan je odpowiednio sfabrykował.
- Nie, mój drogi. Owszem, nie zaprzeczam, nagiąłem nieco fakty, a prócz tego prowadziłem śledztwo w taki sposób, aby dowieść winy Ricie, ale mimo wszystko nie fabrykowałem niczego. Dowody znalazły się same. Ja jedynie zawiniłem tym, że zadbałem o to, aby nikt się nie dowiedział o tym, iż mój syn tam był i coś tam zostawił. No i nie badałem żadnych innych tropów. Ale zrozumcie mnie, musiałem ratować mojego syna. Co innego miałem zrobić?
- Prowadzić śledztwo obiektywnie - odpowiedziałam ze złością.
Ash natomiast dodał:
- Poza tym, czy pomyślał pan o tym, co by było, gdyby okazało się, że pana syn jest jednak winny?
- Ale on nie jest winny! - krzyknął komendant.
- A skąd ta pewność?
- Bo tak mówi, a mnie to w zupełności wystarczy.
- Panu zapewne tak, ale nam niestety nie może wystarczyć. Jesteśmy przecież detektywami. Jeżeli prowadzimy śledztwo, to zawsze w taki sposób, aby dowieść prawdy. Musimy mieć dowody, a nie jedynie wiarę w winę lub niewinność osoby oskarżonej o popełnienie tego czynu. Sądziłem, że pan, jako policjant kieruje się też tego rodzaju systemem wartości. Jak widzę, myliłem się. Wielka szkoda.
Luigi poderwał się ze swojego miejsca, a jego Flareon stanął tuż obok niego na znak solidarności z nim.
- Posłuchajcie mnie uważnie. Ja wiem, nie zrobiłem mądrze, uciekając z tego pokoju i zostawiając Lizzy samą. Ale przysięgam, ja jej nie zaatakowałem. To nie byłem ja! Ktoś był tam przede mną i zaatakował tę biedną dziewczynę! To nie ja!
Spojrzałam uważnie na Asha, czekając na to, co on zdecyduje. On zaś przez chwile się zastanawiał nad tym zeznaniami Luigiego i potem ostatecznie pokiwał głową i powiedział:
- W porządku. Niech ci będzie. Powiedzmy, że ci wierzę. Jakoś nie pasujesz mi na mordercę. Może się mylę, ale im więcej ci się przyglądam, tym bardziej tego jestem pewien. Ale jeżeli mnie oszukujesz, to możesz być pewien, że nie zostawię tego tak i pożałujesz swoich kłamstw. Ale jeśli mówisz prawdę, to poniesiesz tylko konsekwencje ucieczki z miejsca przestępstwa bez udzielenia pomocy. Ale to już nie do mnie należy. Tym już zajmą się sądy.
Po tych słowach, spojrzał na mnie i skierował swoje kroki ku wyjściu. Nic mi nie musiał mówić. Wiedziałam, iż to oznacza, że musimy szukać dalej. Nieco mnie to zasmuciło, bo już liczyłam na rozwiązanie zagadki, a tu dalej musieliśmy się starać rozwikłać tę zagadkę.


Już mieliśmy wyjść, kiedy nagle komendant nas zatrzymał i powiedział:
- Bardzo was przepraszam, że wam wszystko utrudniałem. Ale chyba mnie rozumiecie. Musiałem pomoc synowi. Mam tylko jego. Poza nim, nie mam nikogo na tym świecie. Musiałem go ocalić! Mam nadzieje, że mnie rozumiecie.
Ash odwrócił się do komendanta i patrząc na niego uważnie, powiedział:
- Jako ludzie pana rozumiemy. Jako detektywi prowadzący śledztwo, nie.
Następnie spojrzał na Luigiego i dodał:
- Przy okazji, czy ktoś cię widział, jak uciekałeś z domu pana Remberto? Czy ktoś był świadkiem twojej ucieczki?
- Nie wiem. Za pierwszym razem nie. Za drugim chyba tak, ale było ciemno i nikt raczej nie widział mojej twarzy.
- W porządku. Wobec tego my też możemy chwilowo uznać, że ciebie tam nie było. Póki co lepiej, jeżeli jesteś niewinny, aby nikt nie wiedział o tym. Jeszcze cie posadzą o to, że jesteś winny i możesz mieć problemy, a nam to tylko pokrzyżuje szyki i utrudni dochodzenie. A po wszystkim ustalimy, co dalej robić. Na razie, to może pozostać między nami. Pod jednym jednak warunkiem.
- Jakim? - zapytał komendant.
- Ułatwi nam pan dalsze śledztwo i nie będzie nam pan niczego utrudniał. Nie chcę prowadzić dalej sprawy z panem na karku, przeszkadzającym nam na każdym kroku. To chyba nie jest wygórowana cena za naszą dyskrecję, mam rację?
Komendant przyznał nam słuszność i obiecał, że nie będzie nam odtąd ani nie utrudniał śledztwa, ani przeszkadzał w odkryciu prawdy, a jeśli będzie trzeba, to nam pomoże. Luigi zaś, który wyraźnie był bardzo zadowolony, powiedział:
- Przy okazji... Pytałeś mnie, czy ktoś mnie widział, jak stamtąd wiałem.
- Po to, żeby wiedzieć, czy możemy sobie pozwolić na nasz mały układzik - odparł na to Ash - Gdyby ktoś cię widział, to raczej by to było trudne.
- Rozumiem, ale coś sobie przypomniałem.
- Co takiego?
Pikachu i Buneary spojrzeli zaintrygowani na chłopaka, piszcząc pytająco z podniecenia. Ja również nie ukrywałam, że jestem bardzo ciekawa tego, co on nam może powiedzieć. Czułam co prawda, iż koleś będzie nam próbował wciskać kity, ale ostatecznie warto było go wysłuchać i dowiedzieć się, o co mu chodzi. Kto wie, może powie nam coś wartego uwagi?
- Słuchamy więc. Co sobie przypomniałeś? - zapytałam.
- Nie wiem, czy ktoś mnie widział, kiedy uciekałem, choć chyba nie. Ale za to ja kogoś widziałem.
- Kogo?
- Peppina. Wiecie, tego byłego Lizzy.
Ash i ja spojrzeliśmy na niego zaintrygowani. Takiej odpowiedzi to my się nie spodziewaliśmy. Oczywiście nie mieliśmy pewności, że jest ona prawdziwa. Bo w końcu, równie dobrze, chłopak mógł kłamać, aby naprowadzić nas na niewłaściwy trop i żebyśmy już nie brali go pod uwagę jako podejrzanego. Ale nie mogliśmy zlekceważyć jego słów, nawet jeśli nie lubiliśmy tego kolesia. Nawiasem mówiąc, bardzo go nie lubiliśmy. Nie wolno nam było jednak z tego powodu nie wierzyć w nic z tego, co on nam mówił.
- Peppino Lucheni? - zapytałam, nie kryjąc swego zdumienia.
- Tak, to był on - odpowiedział nam Luigi - To jego tam widziałem.
- A kiedy i gdzie go widziałeś? - spytał Ash.
- Wtedy, w noc ataku na Lizzy. Widziałem go przy domu pana Remberto. Nie wiem, co on tam robił, ale wpadłem na niego, uciekając stamtąd.
- Dziwne - powiedziałam zaintrygowana - Były Lizzy w środku nocy kręci się pod domem ofiary, a ty widziałeś go tam bardzo wyraźnie i to pomimo panujących ciemności.
Luigi spojrzał na mnie lekko urażony moimi słowami.
- Słuchaj, ja wiem, że nie macie może podstaw, aby mi wierzyć, ale to był on. Ja go tam widziałem.
- Niby w jaki sposób? O ile wiem, to była noc i było ciemno.
- Ale tam akurat była latarnia i widziałem jego twarz.
- Ciekawy zbieg okoliczności.
- Ale prawdziwy.
Spojrzałam na Asha pytająco, ciekawa, co też on sądzi o tej rewelacji. On nie powiedział nic, ale wydawał się wierzyć Luigiemu, bo tylko skinął głową i rzekł:
- W porządku. Sprawdzimy ten trop. A na razie, do zobaczenia.
Po tych słowach, mój ukochany wyszedł z domu pana komisarza Petri i jego syna, a ja i nasze Pokemony uczyniliśmy to samo.
- I co? Wierzysz mu? - zapytałam Asha, kiedy szliśmy ulica.
- Wydaje mi się, że koleś mówi prawdę - odpowiedział mój ukochany - Jakoś tak czuję, choć nie mam co do tego pewności. Ale czuję, że on nie kłamie. Gdyby chciał nas okłamać, to by powiedział nam jakieś brednie, choćby takie, iż nigdy go tam nie było, a my się mylimy i trwałby przy tym uparcie. On jednak nie zaprzecza temu, że tam był. Ta jego opowieść ma sporo sensu, może poza tym iż widział on Peppina przy domu Lizzy. To mi się wydaje mocno naciągane, ale ostatecznie też jest możliwe. Czuję, że on nie kłamie.
- Wiec znowu musimy szukać winowajcy. Jak sądzisz? Czy to Peppino?
- Trudno mi powiedzieć. Im więcej nad tym myślę, to wydaje mi się to mało prawdopodobne, aby winny był ktoś z zewnątrz.
- Dlaczego?
- Jeżeli to ktoś z zewnątrz, to dlaczego ryzykował i spalił coś w kominku w domu swojej ofiary? Co to było i po co tak ryzykował? Policja uważa, że to zrobiła Rita i spaliła swoją koszulę nocną, aby ukryć fakt, iż była ona poplamiona krwią. A jeżeli to zrobił morderca z zewnątrz, to co spalił? Swoją część ubrania, która była poplamiona krwią? Ale po co robił to na miejscu? Nie lepiej było nie ryzykować i uciec zaraz po dokonaniu zbrodni? A poplamioną część ubrania zniszczyć gdzieś po drodze?
Pomyślałam nad tym i trudno mi było się z tym nie zgodzić. To zaś znaczyło, że sprawa jest o wiele bardziej zagmatwana, niż nam się wydawało. A to z kolei prowadziło do konkluzji, iż sprawa bynajmniej nie zmierza do końca.
- To co teraz robimy? - zapytałam.
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Złożymy kolejną wizytę - odpowiedział mi Ash.
Ponieważ domyślałam się, kogo chce on teraz przesłuchać, nie pytałam o jego imię i nazwisko i po prostu udałam się za moim mężem, pogrążona w zadumie.

***


Peppino Lucheni, bo to on był kolejnym naszym podejrzanym, przebywał w chwili obecnej w biedniejszej dzielnicy miasta. To tam miał on swoje mieszkanie i to tam siedział, kiedy go odwiedziliśmy. Nie ucieszył się z naszej wizyty, co jakoś nas nie dziwiło, ale zgodził się z nami porozmawiać.
- Jeżeli chcecie złapać tego, kto tak urządził Lizzy, to możecie na mnie liczyć. Z przyjemnością pomogę wam go złapać - zadeklarował się ochoczo.
Jego zapał do działania był nieco nazbyt wielki, jak dla mnie, jednak wolałam go nie oceniać po pozorach i kiedy się zgodził z nami porozmawiać, usiedliśmy na krzesłach i wpatrując się w naszego rozmówcę, który usadowił się wygodnie na łóżku, zaczęliśmy go przesłuchiwać. Przy tej okazji, przyjrzeliśmy się mieszkaniu naszego podejrzanego. Wyglądało ono biednie i niezachęcająco. W dodatku było kiepskiej jakości kawalerka dla jednej osoby, w której to nikt, kto lepiej zarabia, chciałby mieszkać. Widać było, że Peppino kiepsko sobie radzi, jeśli stać go tylko na taka norę.
Sam zresztą jego wygląd mówił sam za siebie. Był on bowiem młodzieńcem w naszym wieku i całkiem przystojnym, czarnowłosym o brązowych oczach, a do tego wysokim i postawnym, ale niestety lekko zarośniętym, jakby od kilku dni się nie golił, a jego ubiór wyglądał na stary i znoszony. Jednym słowem, po prostu w wielkim skrócie obraz nędzy i rozpaczy, budzący ogromne współczucie.
- Powiedz nam, dlaczego nie jesteś już z Lizzy? - zapytałam na początek.
- O ile wiem, kochaliście się bardzo mocno i to do tego stopnia, że jej ojciec kłócił się z nią o to - dodał Ash.
Peppino westchnął smutno i lekko spuścił głowę w dół, po czym powiedział:
- Niestety, to wszystko prawda. Jej tatuś nie akceptował naszego związku. Bo jego zdaniem, jak ktoś siedział raz w pace, to już na zawsze jest skończony i już nie ma dla niego żadnej szansy na poprawę.
- I to przez niego zerwaliście? - zapytałam.
- W pewnym sensie - odpowiedział na to Peppino.
- To znaczy?
- Chciałem namówić Lizzy, aby uciekła ze mną z domu i ruszyła w świat. Ja wiem, że nie jestem bogaty, ale mimo wszystko odłożyłem nieco pieniędzy, więc bylibyśmy w stanie przetrwać. Ale ona nie chciała. Za bardzo lubi życie bogate i bez żadnych problemów. Nie umie go tak po prostu rzucić, nawet w imię naszej miłości. Zabolało mnie to i pokłóciliśmy się oboje i to ostro. A ona mnie rzuciła i się zaczęła spotykać z synem miejscowego komendanta.
- Tak, wiemy o tym. I co dalej? - zapytał Ash.
- Nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Mimo wszystko naiwnie wierzyłem, że ten dupek szybko jej się znudzi, a ona wróci do mnie. Ale nie wróciła. Załamałem się, kiedy ten drań, Luigi spotkał mnie i pochwalił mi się, że zamierzają oboje iść do łóżka, a ja nic na to nie mogę poradzić.
- To ciekawe - powiedział wyraźnie zainteresowany Ash - Kiedy to było?
- Tej nocy, kiedy ja zaatakowano. Jakieś kilka godzin wcześniej. Byłem wtedy w pracy. Jestem barmanem w miejscowym pubie. Po pracy, wypiłem sobie kufelek lub dwa i poszedłem się przejść. I nie wiem, czy celowo, czy przypadkiem, nagle trafiłem pod jej dom. Stałem tak przez chwilę, patrząc na niego i nie wiedząc, co mm robić, aż tu nagle, zupełnie dla mnie niespodziewanie zauważyłem Luigiego, który wybiegł z pokoju Lizzy. Wpadł na mnie, był przerażony, ale nie zatrzymywał się i uciekł. Ja zaś poszedłem dalej. Dopiero rano dowiedziałem się w pubie, że Lizzy zaatakował jakiś łotr. Krążyły różne plotki na ten temat, a ja umierałem o nią z niepokoju. Ale nie wpuścili mnie do szpitala, kiedy chciałem ją odwiedzić. Jej ojciec chyba o to zadbał.
Opowieść chłopaka pokrywała się z tym, co już wiedzieliśmy. Zatem Luigi nas nie okłamał. Tym lepiej dla niego. Chociaż zapomniał wspomnieć o tym, jak znęcał się nad Peppino, chwaląc się tym, że się prześpi z Lizzy. Obrzydliwy typek. I po co on to robił? Aby pokazać, że jest lepszy? I po co mu niby ta satysfakcja?
- Rozumiem, że nie masz świadków na to, co mówisz? - zapytał Ash.
- Mam. Pół pubu chyba widziało mnie, jak piję po tym, jak skończyłem tam swoja zmianę. Chyba nawet komuś przylałem - odpowiedział Peppino.
- Chyba?
- Nie mam pewności. Wszystko z szoku mi się miesza w głowie. Nie jestem już pewien, co dokładniej się wtedy stało, poza tym, że piłem i że jak idiota nagle poszedłem prosto pod dom Lizzy i gapiłem się w jej okno. Nie wiem, co chciałem w ten sposób osiągnąć, ale tego nie zyskałem. Tak czy inaczej, nie zaatakowałem jej, jeżeli o to mnie chcieliście zapytać.
- Nie chcieliśmy. Nie podejrzewaliśmy cię o to. No, może przez chwilę tak, ale tylko przez chwilę - odpowiedział mu Ash i lekko się uśmiechnął - Chciałem jedynie, abyś potwierdził to, co już wiemy. W ten oto sposób możemy wykluczyć jeszcze jedna osobę z grona podejrzanych. No i też upewnić się, że ty nie nie jesteś w tym gronie.
Peppino popatrzył na nas ponurym wzrokiem i westchnął smutno.
- Miło mi to słyszeć. Chociaż dla kogoś nie jestem winien wszystkiego, co na tym świecie jest złe.
- Wybacz, nie chce być wredna, ale nie sadzisz, że użalenie się na sobą w tej sytuacji jest nie na miejscu? - zapytałam złośliwie.
Peppino zaintrygowany spojrzał na mnie i spytał:
- Nie rozumiem.
- Jakoś nie dziwi mnie to. Ja też nie rozumiem.
- Niby czego?
- Niby tego, że twoja ukochana leży w szpitalu i nie mamy pewności, czy ona kiedykolwiek się obudzi, a ty mówisz tylko o sobie i swoim cierpieniu. Trochę to w tej sytuacji nie na miejscu, nie sądzisz?
Peppino chciał już coś powiedzieć, ale odpuścił sobie. Ja zaś poczułam chęć rzucenia mu kazania i powiedziałam:
- Poza tym, ja wierzę co prawda w resocjalizację, ale nikt ci nie kazał ranić w bójce nożem drugiego człowieka i iść za to siedzieć. Sam wybrałeś taki los i w tej sprawie nie możesz winić nikogo za to, że ci nie ufa. Utracić zaufanie jest łatwo, a odzyskać je niezwykle trudno. A czasami niemożliwe. Tak to już jest.
- Wiem o tym, za głupotę trzeba płacić. A ja niby zmądrzałem, a wciąż robię głupoty. Nic dziwnego, że mnie podejrzewaliście.
- Ale już nie podejrzewamy - odpowiedział mu Ash - I mam na to dowody w twoich zeznaniach. Gdybyś był winny, nie przyznałbyś się, że byłeś pod domem Lizzy. Zaprzeczałbyś temu lub ukrywałbyś ten fakt. To mówi samo za siebie. Nie ciebie zatem podejrzewam.
- A kogo?
- Na razie, to sam nie wiem. Powiedz mi, czy Lizzy na kogoś ci się skarżyła?
- Tak, na swoja macochę. To znaczy, na te panią Ritę.
- To wiemy. A czy na kogoś jeszcze?
- Czasami na swojego brata.
- Na Stanleya? - zapytałam.
- Tak - potwierdził Peppino - Mówiła, że ją śledzi, że łazi za nią i zachowuje się tak, jakby ją szpiegował. Za każdym razem, gdy to robił, ojciec wypytywał ją i to dokładnie, co robiła i z kim. Ewidentnie szpiegował ją i kapował na nią.
A więc jednak, pomyślałam sobie. Stanley więc donosił na swoją siostrę, a do tego jeszcze ją śledził. A Remberto zaprzeczył, gdy pytaliśmy go, czy kazał swoją córkę śledzić jej bratu. Znowu nas okłamał.
- A powiedz nam, czy Lizzy się kogoś bała? - spytałam po chwili.
- Czy bała się? - zdziwił się nasz rozmówca.
- Tak. Czy wspominała ci, że kogoś się obawia?
Peppino pomyślał przez chwilę i odpowiedział:
- Owszem. Swojej matki. Wiecie, ona jest nieźle szurnięta i przebywa teraz w domu bez klamek. Lizzy bała się, że ta baba kiedyś wyjdzie i zrobi jej krzywdę.


Spojrzeliśmy na siebie zaintrygowani. Te słowa były bardzo ciekawe. Tego nam nikt jak dotąd nie powiedział. Ciekawe, dlaczego?
- A czemu jej matka chciałaby zrobić jej krzywdę? - zapytałam.
- Bo już raz chciała to zrobić. Podobno, jak była mała, chciała ją wywieźć za granicę regionu w walizce i tylko cudem do tego nie doszło.
- Tak, o tym słyszeliśmy, ale Lizzy tak się jej bała z tego powodu?
- Nie tylko z tego. Podobno odwiedzała kiedyś matkę w wariatkowie, a ta jej podrapała policzek i wyrwała kilka włosów.
- Dziwne - powiedziałam - Nikt inny nam nic o tym nie mówił.
- Bo nikt o tym nie wie - odpowiedział Peppino - Lizzy mówiła o tym tylko mnie, kiedy jeszcze byliśmy razem. Nie mówiła o tym ojcu, bo już wtedy miała z nim drobne sprzeczki i nie chciała, aby miał satysfakcję, że jest jedynym rodzicem w jej życiu i tylko na nim może ona polegać. Nie chciała, żeby tak myślał.
- Rozumiem. Czyli matka Lizzy jest niebezpieczna dla otoczenia?
- Jeśli choć połowa z tego, co o niej słyszałem jest prawdą, to tak.
Ash skinął delikatnie głową, pomyślał przez chwile i spytał:
- Czy na kogoś jeszcze się skarżyła?
- Tak, na młodszą siostrę, że jej ukradła ojca - odpowiedział Peppino - No i na młodszego brata.
- To już mówiłeś. Podobno ją śledził - zauważył Ash.
- Tak, ale nie tylko o to chodziło - odparł nasz rozmówca - Narzekała też na niego, że zamiast się uczyć, ogląda on gołe baby w Internecie. No i jeszcze, że raz ją podglądał, gdy się kąpała.
- Podglądał ją? Stanley? - zdziwiłam się.
Peppino nie wyglądał na przejętego tym faktem.
- Podobno tak, ale tylko raz. Ale ja nie uważam, aby było się czym martwić. Dzieciak dorasta i mu odbija. Hormony, normalna rzecz. Przejdzie mu. Ja w jego wieku byłem podobno jeszcze gorszy.
- Wierzymy na słowo - odpowiedziałam mu ironicznie, przyjmując jego tok rozumowania - I to już wszystko?
- I jeszcze ogólnie narzekała na szkołę i ludzi wokół siebie. Wiecie, odkąd ta Rita przybyła do ich domu i zaczęła spotykać się z jej ojcem, Lizzy narzeka już w zasadzie na wszystko, co się tylko da. Znaczy, narzekała. Bo teraz, to sami wiecie.
Po tych słowach, opuścił głowę w dół i utkwił wzrok w podłodze, pogrążając się w zamyśleniu. A my z Ashem spojrzeliśmy na siebie uważnie, zastanawiając się nad tym, jaki powinien być nasz następny krok. Na szczęście, mój kochany mąż szybko go ustalił.
- Dobra, nic tu po nas. Pora, żebyśmy trochę odpoczęli, a jutro złożyli kolejną wizytę.
Peppino podniósł wówczas wzrok z podłogi, spojrzał na nas uważnie, a zaraz potem zapytał:
- A propos wizyty, chciałbym odwiedzić Lizzy w szpitalu. Idziecie do niej?
- A czemu pytasz? - zdziwiłam się.
- Bo nie chcą mnie tam wpuścić. Ale może, gdybym tak poszedł z wami, to by mnie wpuścili? Jak sądzicie?
Ash spojrzał na mnie, Pikachu i Buneary, po czym uśmiechnął się delikatnie i odpowiedział:
- Sądzę, że to się da załatwić.


C.D.N.

wtorek, 1 sierpnia 2023

Przygoda 126 cz. III

Przygoda CXXVI

Zła macocha cz. III


Policjantka Jenny usiadła za biurkiem, kładąc przed nami teczkę zawierającą interesujące nas wiadomości.
- Proszę, to jest to, czego wam potrzeba. Chociaż osobiście, jeżeli mnie byście zapytali o zdanie...
- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale nie pytamy - burknął z lekką złością w głosie Ash, otwierając teczkę i zaczynając ja przeglądać.
Popatrzyłam na Jenny lekko przepraszającym wzrokiem, dodając przy tym o wiele łagodniejszym tonem:
- Wybacz, Jenny, ale oboje dobrze wiemy, do czego ty zmierzasz. Chcesz nas przekonać, że nasze śledztwo nie ma najmniejszego sensu i pani Gordon jest winna wszystkich zarzucanych jej czynów.
Jenny zrobiła nieco ironiczna minę i zapytała złośliwym tonem:
- Czy do swoich niesamowitych zdolności dołożyliście także może czytanie w myślach? Bo właśnie to chciałam powiedzieć.
Ash obdarzył Jenny bardzo nieprzyjemnym spojrzeniem, po którym to naszej nowej znajomej odechciało się głupich tekstów. Westchnęła głęboko i powiedziała:
- Dobrze, przepraszam was. Tak naprawdę, ja też nie wierzę w winę Rity, ale jej sytuacja nie jest najlepsza. Komisarz już dawno uznał te sprawę za zamkniętą i nie zamierza kontynuować śledztwa. A jak tylko się jeszcze o tym dowiedział, że wy dwoje przybyliście i są naciski z góry na to, aby wznowić śledztwo, to był po prostu wściekły.
- Naciski z góry? - zapytałam zdumiona.
- A tak. A co? Nie wiecie, że macie wysoko postawionych przyjaciół i ci już do nas dzwonili w tej sprawie? Kontaktowali się oni z naszymi szefami, ci zaś się skontaktowali z nami i przekazali nam, że mamy wam nie tylko nie przeszkadzać, ale wręcz pomagać.
Spojrzałam zaintrygowana na Asha, który miał na twarzy taką minę, jakby to, co nam właśnie przekazała Jenny nie było dla niego żadnym zaskoczeniem, a tylko czymś oczywistym. Pikachu zaś zapiszczał delikatnie w kierunku siedzącej mi na kolanach Buneary, wyraźnie rozmawiając z nią na ten temat. Nie miałam jednak za bardzo czasu, aby to zgłębiać, ponieważ bardziej nas teraz interesowała sprawa, do której się wynajęliśmy.
- A więc, jeżeli dobrze rozumiem, to masz ze swoim szefem obowiązek nam we wszystkim pomagać i to bez żadnego marudzenia? - spytał Ash, niezbyt udolnie przyjmując przy tym ton niewiniątka, który w tym wypadku miał być chyba z jego strony kpiną.
Jenny najwyraźniej pomyślała to samo, co ja, gdyż spojrzała na niego bardzo nieprzyjemnym wzrokiem i odparła:
- Owszem, ale za dużo, to sobie nie wyobrażajcie. Mamy za zadanie wam to śledztwo ułatwić, ale nie usługiwać wam. Dlatego macie te papiery i lepiej dla was by było, abyście coś z nich wyczytali. Coś, co was naprowadzi na właściwy trop. Bo jeśli mimo wszystko to nie nastąpi i wy niczego nie odkryjecie, to obawiam się, że partnerka waszego klienta trafi do wiezienia na resztę życia.
- Domyślam się, że twój szef nie miałby nic przeciwko temu - powiedziałam do Jenny z lekka złością.
Policjantka westchnęła delikatnie i odparła:
- Mój szef ma poważne wady i nie zawsze się z nim zgadzam. Nie wierzę też w to, w co on wierzy, czyli w winę waszej klientki. Ale postarajcie się zrozumieć jego podejście do całej sprawy.
- Jakie podejście? - zapytałam z kpiną - Z góry spisuje na straty kobietę, która mu nie pasuje w tym mieście, bo jest obca, a on nie lubi tu obcych? To niby mamy zrozumieć?
Jenny westchnęła głęboko i odpowiedziała:
- Wybaczcie mi, ale ja jestem funkcjonariuszką policji. Ja nie posiadam tego przywileju, co wy i nie mogę opierać się na wierze w osobę, której dotyczy sprawa i tym, co ona mi mówi. Ja muszę się opierać na faktach, mój szef również. A te oto faktu mówią mówią mu, że wasza klientka jest winna, bo tylko ona miała motyw, żeby próbować zabić Lizzy. W końcu sama jej groziła, czego się nawet nie wypiera i uczciwie się do tego przyznała. To świadczy przeciwko niej i mogę sobie wierzyć w jej niewinność, ale fakty mówią same za siebie, w każdym razie dla mego szefa.
- A dla ciebie? - zapytałam.
- Wierzę w to, że ona jest niewinna. Ale czasami mam wątpliwości. W końcu, obie panie kłóciły się i to ostro. Dodatkowo Lizzy odkryła, iż Rita zdradza jej ojca i to mogło przyczynić się do tej tragedii.
Spojrzeliśmy na siebie nawzajem zaszokowani tym odkryciem. Wiele się w tej sprawie spodziewaliśmy, ale na pewno nie czegoś takiego. Nie tej informacji. Zdumieni popatrzyliśmy na Jenny pytająco, ta natomiast zachichotała, widocznie rozbawiona tym, że dla odmiany teraz to ona wie coś, czego my nie wiemy.
- Niech zgadnę. Wasz drogi klient nie powiedział wam o tym, że jego córka mu doniosła o zdradach partnerki, prawda? To coś mi mówi, że będziecie musieli z nim poważnie porozmawiać. Bo skoro już na dzień dobry zaczyna okłamywać was i zatajać istotne fakty, to chyba nie wróży za dobrze waszej znajomości.
- Nie sądzę, żeby na okłamywał. Po prostu, nie powiedział nam wszystkiego na początku - stwierdziłam, choć prawdę mówiąc, to sama nie wierzyłam w to, co mówię, ale za nic nie chciałam dawać policjantce satysfakcji.
- To dość niezwykłe, nie sądzicie? - zapytała ironicznie Jenny - Pominął przy pierwszej rozmowie tak istotny szczegół? Ciekawe, co nie? Interesuje mnie, co też jeszcze przed wami zataił. Podejrzewam, że sporo.
- Mnie tam bardziej interesuje, skąd ty to niby wiesz - mruknął Ash, oglądając z uwagą akta sprawy.
- Przejrzyj je sobie dokładnie - odpowiedziała Jenny - W aktach odnajdziesz dowód w postaci liściku miłosnego od kochasia pani Rity. Liścik, który przyczynił się do poważnej kłótni pomiędzy naszą zakochaną parą i być może... Zaznaczam, być może... Pośrednio do zbrodni.
Ash zaczął uważnie przeglądać akta sprawy i faktycznie odnalazł niedługi, ale za to niesamowicie treściwy list miłosny do pani Gordon. Jego treść brzmiała tak:

Moja słodka Rito,

Nie jestem w stanie dłużej zapanować nad sobą. Cały czas o tobie myślę, moje serce bije mocniej przy Tobie, a ciało płonie niczym ogień. Marzę, o tym, aby na chwilę chociaż znowu złączyć się z Tobą i polecieć z Tobą do nieba. A jak wiesz, w tej sprawie wszystko zależy od Ciebie. Dlatego powiedz mi tylko TAK, a ja zaraz do Ciebie przypędzę, moja słodka. Czekam na znak, przypominając Ci, że bardzo nie lubię czekać.

Twój E.

Jenny spojrzała na nas nieco ironicznie i powiedziała:
- No i co wy na to? Czarno na białym widać tutaj, że ta paniusia go zdradzała. Może więc nie zaatakowała jego córki, ale swoje na sumieniu ma.
- A niby jaki to dowód, co? - zapytał z kpiną w głosie Ash - To, że jakiś durny uczniak jej wypisuje świńskie listy ze swoimi fantazjami, to jeszcze nie dowód.
- Skąd wiesz, że to uczniak? - zapytałam zaskoczona jego wnioskiem.
Ash pokazał list mnie, Pikachu i Bunery, mówiąc przy tym:
- No, bo sama zobacz. „Moja słodka”? I to, że on niby płonie jak ogień? Leci z nią do nieba? Błagam was! Kto tak niby pisze? Na pewno nie dorosły. To pewnie jakiś gówniarz, któremu wpadła w oko i próbował Ritę uwieść.
- Najwyraźniej mu się to udało, skoro Remberto zrobił jej awanturę - rzekła na to Jenny.
- A więc zrobił jej o to awanturę? - zapytałam - Zwątpił przez chwilę w to, że ona go kocha?
- Tego też wam nie powiedział? - spytała z kpiną Jenny - No cóż... Ładnie się wasza współpraca zaczyna, nie ma co.
- Wybacz, ale nawet jeśli zrobił jej awanturę, to jeszcze nie jest dowód na to, że Rita z zemsty zaatakowała jego córkę - odpowiedziałam, ignorując słowa Jenny - Mógł być zazdrosny, ale ona mogła być całkiem niewinna. Awantury nie robi się tylko osobom winnym. Nieraz ludzie je robią osobom całkowicie niewinnym.
- Nawet jeżeli tak jest, jak mówicie, to jakie to ma znaczenie? To są przecież nadal tylko i wyłącznie domysły. Ja tam mogę wam wierzyć, ale prokurator jest w tej sprawie innego zdania.
- Ja również jestem innego zdania!
Do gabinetu wkroczył mężczyzna w wieku około czterdziestu kilku lat, dosyć wysoki i bardzo postawny, o brązowych włosach i czarnych oczach, ponury i przy okazji niesamowicie sztywny, ubrany w mundur komisarza policji. Jenny od razu wstała z miejsca na jego widok i my zrobiliśmy to samo.
- Niech zgadnę. Komisarz Petri? - bardziej stwierdził niż zapytał Ash.
- Zgadza się - odpowiedział mu komisarz, podchodząc do nas - Bardzo miło mi poznać tak znakomitych detektywów, chociaż osobiście uważam, że oboje tylko tracicie czas. Ona jest winna jak dwa razy dwa i szybko się o tym przekonacie. Ale skoro tak bardzo tego chcecie tracić czas na walkę z wiatrakami, to już jest wasza sprawa. Swoją drogą, to będzie chyba pierwszy raz w waszej karierze.
- Jaki pierwszy raz? - zapytałam.
- Pierwszy raz, kiedy okaże się, że tym razem to głupia policja, a nie dzielni i jakże bystrzy detektywi mają rację. To będzie dla was chyba miła odmiana, co nie?
- A to niby czemu? - zapytał Ash.
- Nie jest przyjemnie mieć zawsze rację, prawda?
- Jestem innego zdania.
Uśmiechnęłam się, kiedy to mój mąż użył przeciwko komisarzowi jego słów, a nasz rozmówca to wyczuł, ponieważ lekko zazgrzytał zębami ze złości i spytał:
- Domyślam się, że chcecie rozmawiać z Gordonową?
- Podziwiam pana przenikliwość - odparł złośliwie Ash - I chcemy z nią jak najszybciej rozmawiać. Najlepiej jeszcze dzisiaj. Da się to załatwić?

***


Na szczęście okazało się, że nasze życzenie było bardzo łatwo spełnić. Całe szczęście, posiadanie znajomości wśród policji i to tej najwyższego szczebla było tą zaletą, którą posiadaliśmy. Generał policji z Kanto skontaktował się z generałem policji w Johto, a ten nakazał miejscowej policji pomagać nam w śledztwie, a także niczego nam przy tym nie odmawiać. Oczywiście z miejsca skorzystaliśmy z tego przywileju, najpierw prosząc inspektor Jenny o akta tej sprawy, a potem komisarza o spotkanie z panią Gordon. Bardzo chcieliśmy poznać jej wersję wydarzeń, a do tego jeszcze ciekawiło nas bardzo to, co dowiedzieliśmy się od Jenny, a czego nasz klient nie raczył nam w trakcie naszej rozmowy powiedzieć. O tym, jakoby pani Rita miała kochanka na boku, a Remberto dowiedział się o tym od swojej córki, która niedługo potem skończyła z rozbitą czaszką. Fakt ten zdecydowanie jeszcze bardziej niekorzystnie stawiał w oczach ludzi panią Gordon i tak między Bogiem a prawdą, trudno tego nie zrozumieć. Zdecydowanie nie przemawiało to na korzyść naszego klienta, a już na pewno nie na korzyść jego ukochanej, której nie tylko mieliśmy pomóc, ale w miarę swoich możliwości, również wybielić ją w oczach społeczeństwa. Gdy zabieraliśmy się za tę sprawę, byliśmy przekonani, że jedynie druga z tych dwóch spraw może być dla nas trudna, a pierwsza w porównaniu z nią będzie o wiele łatwiejsza. Teraz jednak przekonywaliśmy się, że obie są równie trudne i skomplikowane, a im bardziej się w tę sprawę zagłębialiśmy, tym bardziej widzieliśmy, jak trudna ona jest. Co prawda, nie oczekiwaliśmy, że sprawa będzie łatwa, ale liczyliśmy też na to, że osoby potępiające Ritę są jedynie ksenofobami nienawidzącymi obcych i cale to zamieszanie ma jedynie podłoże tego rodzaju, zaś odnalezienie sprawcy wszystko załatwi. Teraz to już nie byliśmy tego tacy pewni. Pani Rita nie miała tak czystego konta, jak nam się to wydawało na początku, a w dodatku naprawdę wiele okoliczności przemawiało przeciwko niej. Rzecz jasna, dalej wierzyliśmy w jej niewinność, ale świadomość, że w tej sprawie jest więcej tajemnic niż to na początku dostrzegaliśmy, mocno nam utrudniało ratowanie jej przed więzieniem. Pomimo to, ja i Ash nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy się mieli z tego powodu poddać i odpuścić sobie te sprawę. Za bardzo byliśmy uparci, aby to zrobić, ponadto mieliśmy oboje, a zwłaszcza Ash wielką ochotę zetrzeć tę pewną siebie minę z twarzy drogiego pana komisarza. Jego pewność siebie w tej sprawie działała nam na nerwy i wręcz ogromną przyjemność by nam sprawiło, gdyby tak okazało się, że się mylił i to my moglibyśmy to udowodnić. Satysfakcja murowana i przy okazji także triumf sprawiedliwości. Przyjemne z pożytecznym. Osiągniecie takiego stanu rzeczy stało się dla nas wtedy celem numer jeden.
Oczekując na rozmowę z Ritą, siedzieliśmy razem w gabinecie Jenny, gdzie bardzo uważnie czytaliśmy dokładnie akta sprawy pani Gordon. Fakty, który były tam zapisane, naprawdę na zaintrygowały. Okazało się, że w dniu ataku na Lizzy doszło do ostrej sprzeczki pomiędzy nią, a panią Gordon. Obie powiedziały sobie o wiele za dużo, a potem jakoś się uspokojono, zjedzono obiad w milczeniu, potem wszyscy zajęli się sobą. Lizzy wysłała komuś SMS o treści: „To dzisiaj. Wszystko tak, jak ustaliliśmy”. Nie wiadomo, czyi to był numer, bo karta SIM komórki już nie istnieje. Widocznie osoba, do której wysłała wiadomość zniszczyła kartę, aby nikt jej nie mógł namierzyć. Cwana bestia. Dodatkowo ta wiadomość nic nam nie mówiła. Była ona bardzo ogólna i enigmatyczna. Mogła ona oznaczać dosłownie, ale to dosłownie wszystko. Lizzy najwidoczniej coś ukrywała. Nie ona jedna, jak się niedawno dowiedzieliśmy. Tak czy inaczej, wszyscy poszli spać około godziny dziesiątej w nocy. W domu zapanowała wówczas kompletna cisza. Do czasu, aż tu nagle Stanley usłyszał skowyt Luxa. Chłopak leżał wtedy w łóżku ze słuchawkami na uszach i słuchał audycji w radiu, aż zmęczony przysnął. Pomimo tego, usłyszał skowyt, bo był on dosyć głośny. Wstał z łózka i poszedł do salonu, gdzie siedział ich pupil i rozejrzał się dookoła, ale nie dostrzegł on Pokemona. Chciał już wrócić, gdy nagle dostrzegł za szafą jakąś sylwetkę. Jakiś cień wysokiej osoby i to raczej kobiety, na co mogło wskazywać ułożenie włosów na głowie tajemniczej postaci. Zaniepokojony rzekł coś do tej osoby, ale ta się do niego nie odezwała. Pomyślał, że to może siostra robi sobie z niego żarty, jednak coś go tknęło, aby to sprawdzić. Zaszedł więc do pokoju Lizzy, ale kiedy tylko tam wszedł, zaniepokoiło go otwarte okno. Lizzy przecież nigdy nie spała przy otwartym oknie. Wszedł więc do środka, zapalił lampkę nocną i zobaczył tak przerażający widok, że o mało nie zemdlał. Jego starsza siostra leżała na swoim łóżku z wielką raną ciętą na czole. Przerażony zaczął krzyczeć i wezwał na pomoc ojca. Ten wparował szybko do pokoju razem z Ritą i próbowali reanimować Lizzy. A gdy to nie pomogło, wezwali szybko pomoc. Policja i pogotowie przybyły na czas, a po dość szybkim zbadaniu powiedzieli, że dziewczyna żyje, ale trzeba szybko ją zabrać do szpitala. Zabrano więc Lizzy do szpitala, jednak pomimo usilnych starań, lekarze nie byli jej w stanie wybudzić. Do dzisiaj tego nie zrobili.
Policjanci szybko zbadali cały dom. Odkryli, że w ogrodzie ktoś był i ten ktoś szybko stamtąd uciekł, nie zostawiając po sobie żadnych śladów, poza kilkoma, ale bardzo naciąganymi w postaci nieco połamanych liści i gałązek. Nic wielkiego, co mogłoby naprowadzić ich na jakikolwiek trop. Jednakże szybko policja doszła do wniosku, że ten intruz w ogrodzie to mocno naciągana sprawa. Żadnych innych dowodów na to, iż ktoś obcy wszedł do domu, nie znaleziono. Za to znaleziono na pogrzebaczu ślady krwi, a dodatkowo jeszcze w kominku świeży popiół. Coś w nim spalono, ale nie odkryto, co takiego. Szybko jednak zeznania Stanleya mocno się przysłużyły policji, bo zeznania o sylwetce widzianej w salonie sugerowały tej naszej jakże genialnej policji, że ta tajemnicza osoba, to musiała być Rita. Ponadto jeszcze koszula nocna Rity nie nosiła śladów użytkowania. Kobieta twierdziła, że to dlatego, iż tego wieczoru zmieniła koszulę i założyła nową, a w nocy spała tylko dwie godziny do czasu wyrwania jej przez krzyk Stanleya. Trudno zatem, aby na koszuli było widać, że była używana. Kolejnym problemem były pantofle kobiety, które miały na sobie ździebełka trawy, jakby ktoś w nich chodził po nocy. Rita twierdzi, że wyszła w nocy z domu, ale wyłącznie dlatego, iż przed snem Lizzy znowu rzuciła jej kilka przykrych słów i kobieta chciała ochłonąć, a najlepiej to robić, wdychając świeże powietrze na zewnątrz. Policja nie uznała jej tłumaczeń. Uznali, że słowa Lizzy tak ją zdenerwowały, iż odczekała, aż wszyscy pójdą spać, a następnie wzięła z salonu pogrzebacz, zakradła się do pokoju Lizzy i uderzyła ją w głowę, po czym otworzyła okno, wyszła przez nie do ogrodu, przebiegła przez niego tak, aby zostawić ślady i zasugerować policji, że ktoś obcy tam był i wkradł się do biednej Lizzy. Następnie powróciła tą samą drogą do pokoju Lizzy, a z niego poszła do siebie, jednak wtedy natknęła się na Luxa. Przerażona uderzyła go w łeb i to tak, że biedak zaskowyczał. Ten hałas od razu obudził Stanleya, który poszedł zobaczyć, co się stało. Rita schowała się za szafą, jednak jej sylwetka w postaci cienia odbijała się na ścianie i chłopak ją zobaczył. Poszedł potem do Lizzy i resztę już znamy.
Wiadomości te bynajmniej nie napawały nas optymizmem. Wydawało się, a w każdym razie naszej kochanej policji, że nie ma szans na to, aby Rita mogła być niewinna. Dodatkowo jeszcze zeznania Stanleya przemawiały przeciwko niej. Ale jakby tego było jeszcze mało, to dodatkowo za jej winą przemówiło jeszcze coś. Tym czymś stało się spostrzeżenie Stanleya propos ubioru Rity. Twierdził, że kiedy przyszła do pokoju jego siostry w momencie, w którym on i jego ojciec tam byli i próbowali Lizzy reanimować, miała na sobie szlafrok, spod którego widać jej było koszulę nocną koloru seledynowego. A kiedy przyjechała policja, to miała już na sobie inna koszulę, koloru białego. Dla policji wszystko było zatem oczywiste. Ich zdaniem Rita widząc, że ma na swojej koszuli ślady krwi, poczekała na chwilę, gdy będzie sama i szybko pobiegła do siebie, przebrała się w nową koszulę, a starą spaliła w kominku. Kiedy już się upewniła, iż zamieniła się ona w popiół, to udała, że to w tej nowej koszuli cały czas spała, ale zgubiło ją to, że koszula była nowa i dopiero co kupiona, jeszcze nie noszona.
Jak zatem odkryliśmy, policja ustaliła według swej opinii już całkowicie, ale to całkowicie wszystko i to wszystko wskazywało na winę Rity. Choć, kiedy to ja i Ash zabieraliśmy się za śledztwo, spodziewaliśmy się, że wnioski policji będą za daleko idące i raczej oparte na mało wnikliwym śledztwie oraz ksenofobii ludzi tu żyjących. Jednak po zapoznaniu się z raportami, nie byliśmy już tego tacy pewni. Z nich jasno można było wyciągnąć wnioski o winie Rity, a w każdym razie było to w stanie zrobić dziewięć osób na dziesięć. My chcieliśmy nie być tymi osobami z kategorii owych dziewięciu, tylko chcieliśmy być jak ta dziesiąta, która nie daje się zwieść pozorom. Nie było to jednak proste w natłoku tych wszystkich wieści o tym, jakie to dowody wskazują na winę Rity. Trzeba było wyciągnąć z tego o wiele więcej niż zrobiła to policja. A żeby to osiągnąć, potrzeba było nam zeznań samej Rity, tak na dobry początek.


Musieliśmy na nie nieco poczekać, ponieważ trzeba było załatwić kilka dosyć skomplikowanych formalności, nasz drogi komisarz zaś chyba nie za bardzo się do tego przykładał, co jednak nie powinno dziwić, skoro nie pochwalał on naszego śledztwa i też specjalnie się z tym nie ukrywał. Dla niego wszystko było jasne i nie wiedział, czego my jeszcze chcemy. Ponadto należy pamiętać o tym, że gdybyśmy tak rozwiązali te sprawę i odkryli, że on i jego zespół się mylili, to zdecydowanie postawilibyśmy go w niezbyt korzystnym świetle. Nie było zatem chyba niczego dziwnego w tym, że podchodził on niechętnie oraz bez zapału do pomocy naszym osobom. Ale ponieważ miał obowiązek nam ułatwić śledztwo, a rozkaz na ten temat pochodził z samej góry, to trzeba było go wykonać i w końcu pan komisarz raczył się zjawić z informacją, że wszystko jest już załatwione i może nas zabrać do Rity Gordon. Nie zwlekając ani chwili dłużej, wsiedliśmy z nim do samochodu i pojechaliśmy do miejscowego wiezienia dla kobiet, w którym to przebywała do czasu wydania wyroku Rita Gordonowa. Powodem, że przebywała w tym miejscu było chwilowe przepełnienie aresztu, jak również to, iż obawiano się, aby któryś z tych wariatów, mających obecnie ochotę zlinczować oskarżona, nie czekając nawet na wyrok sadu, postanowi zrealizować to jakże przerażające marzenie większości mieszkańców miasta. Co prawda, areszt jest miejscem dobrze strzeżonym, ale kto wie, co byliby w stanie zrobić ludzie, tak świecie przekonani o winie Rity, gdyby ta była wystawiona im niemal na talerzu? Być może mogliby nawet włamać się do aresztu i próbować ją zabić? Bo w końcu nie takie rzeczy już ludzie robili z chęci wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę. Lepiej było zatem nie ryzykować i trzymać ją w wiezieniu, gdzie była stale pilnowana i nikt z zewnątrz nie miał szans jej skrzywdzić.
Gdy byliśmy na miejscu, zabrano nas do pokoju widzeń, w którym mieliśmy zaczekać na przyprowadzenie Rity Gordon. Usiedliśmy wygodnie przy stoliku (o ile w takich miejscach siedzenie wygodne było możliwe) i czekaliśmy. Szczęśliwie nie musieliśmy tego robić długo, ponieważ już chwilę potem przyprowadzono do nas partnerkę naszego klienta. Kiedy tylko ja zobaczyłam, musiałam przyznać, że rozumiem doskonale Henry’ego Remberto. Na tyle, na ile jako dziewczyna umiem ocenić urodę innej przedstawicielki swojej płci, umiałam zwykle powiedzieć, czy dana kobieta jest ładna, czy też nie. W przypadku Margarity Gordonowej musiałam przyznać uczciwie przed sama sobą, że jest to kobieta niezwykle piękna i do tego też bardzo ponętna. Była ona wysoka i szczupła, jednak niepozbawiona kobiecych kształtów w odpowiednich proporcjach, rudowłosa i niezwykle szykowna, do tego też poruszała się zwinnie i sprawnie, niczym Sharon Stone w „Nagim instynkcie”. Zaczęłam w duchu dziękować, że ma ona na sobie więzienny strój, a nie taką kusą sukienkę jak Sharon w tej słynnej scenie w tym filmie, bo jakby miała taką kieckę, to pewnie Ash i Pikachu zaczęliby instynktownie sprawdzać, czy ma ona majtki na sobie i zapewne by odkryli... że ich nie ma. Na całe szczęście, nie musiałam się o to niepokoić, bo nasza oskarżona miała na sobie więzienne ciuchy, choć i w nich wyglądała niczego sobie i mogła przyciągać męskie spojrzenia. Dobrze, że Ash w trakcie śledztwa przede wszystkim zajmuje się śledztwem i nie podziwia on innych kobiet, a ponadto jest zajęty tylko jedną z nich, a konkretnie to mną. Dlatego nie muszę się niepokoić o jego wierność. Zresztą, nigdy nie musiałam tego robić.
- Dzień dobry - powiedziałam, wstając z krzesła na powitanie.
- Pani Rita Gordon, mam rację? - zapytał Ash, także wstając z miejsca.
Pikachu i Buneary przyłączyli się do naszego powitania, lekko piszcząc w jej stronę na powitanie.
- Tak, to ja - odpowiedziała nam kobieta, przyglądając się nam z uwagą - A wy dwoje, to ci detektywi, o których mi mówiła Gerda?
- Tak, to właśnie my - odpowiedział jej Ash - Nazywam się Ash Ketchum, a to moja żona, Serena Ketchum. A to są nasi przyjaciele, Pikachu i Buneary.
- Miło mi was poznać, chociaż bardzo żałuję, że w takich okolicznościach, a nie w jakiś lepszych - stwierdziła ponuro Rita.
- W lepszych nie wiem, czy byśmy mieli okazje się bliżej poznać, ponieważ jako detektywi głównie zajmujemy się naszą pracą - powiedział Ash.
- Czyli walczymy o to, aby tego zła mniej było na świecie - dodałam.
- I nie chwaląc się, jak dotąd naprawdę nieźle nam to idzie - rzekł Ash.
- Wiem, słyszałam o waszych dokonaniach - odpowiedziała Rita, siadając na krześle przy stoliku - Czytałam o waszych sukcesach, a prócz tego jeszcze dużo mi o was opowiedziała Gerda. Podobno jesteście najlepsi z najlepszych, czego chyba najlepszym dowodem jest zniszczenie przez was organizacji Rocket. Myślę więc, że Gerda ma co do was rację.
- A co takiego o nas mówiła? - zapytał Ash, siadając przy stoliku, a Pikachu od razu wygodnie usadowił mu się na kolanach.
- Powiedziała, że nie ma dla was zadań nie do rozwiązania - wyjaśniła Rita.
- To bardzo miły komplement z jej strony - powiedziałam, także siadając przy stoliku i biorąc na kolana Buneary.
- I jak dotąd zgodny z prawda - rzekł Ash - Ale nie ma co mówić tutaj o tym, jaką mamy reputację w świecie, choć milo nam, że pani w na wierzy. Wychodzę z założenia, iż wiara klienta w detektywa, to spora część sukcesu.
- A kolejna jej część, to posiadanie odpowiednich danych - dodałam - I z tego właśnie powodu tutaj jesteśmy. Chcemy dowiedzieć się od pani jak najwięcej tego, co nam pomoże wyjaśnić tę sprawę. Bo chyba łatwo domyśliła się pani, że w pani winę nie wierzymy.
- Miło mi, wreszcie ktoś całkowicie pewny mojej niewinności w tej sprawie - westchnęła ponuro Rita - Obawiam się, że nie ma tutaj wiele takich osób. Odnoszę wręcz wrażenie, że praktycznie wszyscy tutaj są przekonani o mojej winie.
- Spokojnie, wszyscy na pewno nie - odpowiedziałam jej - Pani ukochany tak nie uważa i dlatego nas wynajął, abyśmy odkryli, kto i dlaczego zaatakował Lizzy. Gdy tylko już to odkryjemy, od razu panią wypuszczą.
- Obawiam się, że będzie to nieco trudne. Raczej nikt nie będzie wam tego ułatwiał - stwierdziła ponurym tonem Rita.
- Trudności nas nie zniechęcają. Powiedziałbym nawet, że niekiedy nas wręcz motywują do działania - stwierdził na to Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał przyjaźnie Pikachu w kierunku Rity.
Kobieta uśmiechnęła się do niego delikatnie i powiedziała:
- Ciesze się, że tak mówicie. Ale powoli już tracę nadzieję na to, że mi się uda udowodnić moja niewinność. A wszystko przez mój niewyparzony język. Gdybym tak umiała panować nad emocjami i nie dała się sprowokować tej smarkuli, to być może teraz wszyscy wokół nie mieliby powodów do tego, aby być pewnymi mojej winy. A tak co? Sama im dałam na tacy dowody przeciwko sobie. No cóż... Mądry człowiek po szkodzie, jak to mówią. Chociaż... W przypadku niektórych, to i przed szkoda i po szkodzie są głupi. Obym tylko ja taka się nie okazała. Bo jak zostanę skazana, to jest wielkie prawdopodobieństwo, że będę głupia również po szkodzie.
- Nie zostanie pani skazana, ponieważ dowiedziemy pani niewinności - odparł na to przyjaznym tonem Ash.
Rita spojrzała na niego życzliwie i odpowiedziała:
- Doceniam wasz zapał do działania oraz wiarę w siebie. Wasza reputacja jest na tyle dobra, że jestem w stanie wam zaufać. Pytajcie zatem, odpowiem wam na wszystkie wasze pytania.
Zaczęliśmy zatem zadawać pytania o Ritę i jej życie. Uważaliśmy, że ma ono wielkie znaczenie dla całej sprawy, bo wielokrotnie przecież przeszłość odgrywała rolę w życiu człowieka i miała wpływ na jego obecne losy. Woleliśmy zatem punkt po punkcie poznać koleje losu pani Rity niż pominąć jakiś istotny szczegół. Rita to rozumiała i dlatego bardzo dokładnie opowiedziała nam o swoim życiu.
- Pochodzę z Meksyku. Mieszkałam w nim przez wiele lat do czasu, aż moi rodzice zmarli. Wtedy zostałam sama na świecie, ale miałam w głowie już pewien plan na moje życie. Postanowiłam zostać nauczycielką. Oczywiście, żeby tak się stało, musiałam najpierw zdać studia, a zostałam bez rodziny i środków do życia. Na szczęście, jako naprawdę dobrze rokująca studentka dostałam stypendium, więc jakoś sobie poradziłam. Po kilku latach skończyłam studia i poszłam do pracy. Tam poznałam swojego męża, nauczyciela historii Diego Gordona. Wyszłam za niego, jednak mimo początkowych wzlotów, nasz związek szybko zaczął zaliczać upadki. Szczególnie wtedy, kiedy nie byłam w stanie urodzić mu dziecka, mimo usilnych prób w tej sprawie. Wtedy mój mąż zaczął mnie zdradzać i zanim się obejrzałam, odszedł ode mnie i zniknął bez śladu. Długo próbowałam go szukać, ale w końcu przestałam. Zamiast tego, zebrałam dosyć pieniędzy i wyjechałam stamtąd. Potem zaś przybyłam do Johto, szukając pracy. Spotkałam wówczas Henry’ego Remberta. Przyjęłam od niego propozycję, żeby opiekować się jego dziećmi, a przy okazji pomoc im, aby sobie lepiej radziły w szkole, bo miały one pewne drobne, ale za to niesamowicie istotne problemy w nauce. Chętnie przyjęłam te pracę, bo po prostu kocham uczyć. Szybko okazało się, że doskonale sobie z tym radzę, bo Stanley i Lizzy poprawili znacznie swoje wyniki w nauce. Ich ojciec był na tyle ze mnie zadowolony, że od razu po tym, jak jego dzieci zaczęły sobie o wiele lepiej radzić, zaproponował mi, abym je dalej uczyła, oczywiście za o wiele wyższa gażę. Chyba nie muszę wam mówić, że od razu się na to zgodziłam. Była to po prostu praca dla mnie wprost wymarzona, a do tego dzieci były bardzo pojęte, uczyły się nie tylko łatwo, ale i chętnie. Pracodawca też mnie polubił i nie było w mojej nowej pracy niczego, na co mogłabym narzekać. Do czasu, aż ja i Henry Remberto zaczęliśmy spędzać ze sobą czas prywatnie. Zaczęło się to w taki sposób, w jaki zwykle każda taka sprawa się zaczyna, czyli dosyć niewinnie, od rozmów na temat jego dzieci i ich postępów w nauce, a potem to... Dobrze wiecie, co było. Wynikło to, żeby była jasność, całkowicie przypadkowo. Żadne z nas tego nie planowało, a już na pewno nie ja. Bo ja chciałam tylko spokojnie pracować i robić swoje. Skąd niby miałam wiedzieć, jakie to będzie miało efekty? Gdybym wiedziała, to zapewne nigdy bym sobie na to nie pozwoliła. Chociaż z drugiej strony nie mogę przecież powiedzieć, abym tego żałowała, bo pokochałam Henry’ego, a do tego też urodziłam mu Jane, naszego kochanego skarbeczka. Nigdy nie byłam bardziej szczęśliwa w miłości niż właśnie wtedy, kiedy poznałam Henry’ego.
- Jak zareagowały jego dzieci na wasz związek? - zapytałam.
- Początkowo bardzo dobrze. Nie wydawały się mieć nic przeciwko. Lizzy to się nawet ucieszyła, bo mnie polubiła i miała z kim pogadać o babskich sprawach, jak to ona je nazywa. Niestety, to się dosyć szybko zmieniło w chwili, kiedy to ja i Henry zaczęliśmy spodziewać się dziecka. Wtedy Lizzy przestała mi okazywać tak wiele sympatii, co kiedyś. A zasadniczo, to stopniowo zaczęła mnie nienawidzić.
- Przestała być jedyną i ukochaną córeczką tatusia i to ją tak drażniło?
- Wydaje mi się, żeby tak. A sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej, kiedy to Jane przyszła na świat. Lizzy dopiero wtedy zaczęła pokazywać, na co ja stać. Nie okazywała mi już nawet grama sympatii, że o już o szacunku nie wspomnę. A do tego wszystkiego jeszcze doszła wielka miłość mojej podopiecznej.
- Mówi pani o tym całym Peppino Luchini? - zapytał Ash.
- Owszem, właśnie o nim - potwierdziła Rita - Nieprzyjemny typek. Wciągał on Lizzy w jakieś podejrzane towarzystwo i przez niego Lizzy zaczęła być coraz bardziej chamska w stosunku do swojego ojca i do mnie. Doprowadziła również do kilku poważnych kłótni, podczas których życzyła mi śmierci, a ja jej. Bardzo teraz tego żałuję. Nie powinnam się była dawać prowokować smarkuli. A tak, atmosfera w domu stała się tak gęsta, że można było ją ciąć nożem. A już najgorzej było tego dnia, kiedy Lizzy wróciła do domu pijana. Henry zrobił jej wtedy awanturę, a ona uznała, że to wszystko jest moją winą i zapowiedziała mi, że jeszcze tego pożałuję.  Nieco później zaczęłam dostawać listy miłosnego od jakiegoś tajemniczego i dość dziecinnego pod względem osobowości wielbiciela. Sądziłam, że to może tylko i wyłącznie jakiś kolega Stanleya, któremu się spodobałam. Ale nie znalazłam na to dowodów, za to moja droga Lizzy odkryła te listy i uznała, że zdradzam jej ojca i oczywiście mu o tym powiedziała. Henry początkowo jej nie uwierzył, ale potem uznał, iż być może coś w tym jest. No i była kolejna awantura. Z trudem udało mi się wyjaśnić to wszystko, ale nadal nie miałam pojęcia, kto pisze te listy. Jednakże nie było mi dane to zbadać, bo po awanturze z powodu odkrycia listów, ja i Lizzy to już całkowicie stałyśmy się wrogami. Gdy skarciłam tę smarkulę za to, co robi, to powiedziała mi bezczelnie prosto w twarz, że nie jestem jej matką i nie życzy sobie, abym wydawała jej rozkazy. Powiedziałyśmy sobie wtedy parę słów i to z gatunku tych, które nigdy nie powinno się mówić publicznie. I które też obecnie mądry pan prokurator używa jako argumentu przeciwko mnie. Chociaż zasadniczo, wcale mnie to nie dziwi. Takim gadaniem zawiązałam sobie pętlę na szyi. Każdy inny na jego miejscu uznałby mnie za pierwszą podejrzaną. Trudno mi się zatem mu dziwić. Ale przysięgam wam, jestem niewinna. Nie uderzyłam Lizzy. Nie mam pojęcia, kto to zrobił, ale na pewno nie ja.
- Co pani pamięta z tamtej feralnej nocy? - zapytał Ash.
- Przede wszystkim to, że byłam w niesamowitym szoku - odpowiedziała Rita - Kiedy Stanley zaczął krzyczeć, że Lizzy została zaatakowana i chyba ją zabili, to najpierw pomyślałam, że to jakiś koszmarny sen. Pamiętam, że nawet w pierwszej chwili się uszczypnęłam, aby się wybudzić z tego koszmaru. Niestety, nic mi to nie dało. Wybudziłam się do końca, a koszmar dalej trwał. Pamiętam również to, jak reanimowano Lizzy, jak wezwano pogotowie, jak przyjechała policja i zaczęła od razu wszystkich przesłuchiwać, ale najbardziej to mnie, bo chyba od pierwszej już chwili to ja stałam się główną podejrzaną. A resztę wiecie pewnie z akt i z prasy.
- Czy może zauważyła pani tej nocy coś niepokojącego i podejrzanego?
- Nie przypominam sobie. Nic, co by wzbudziło mój niepokój, poza tym, że Lizzy zaczęła mnie traktować jak wroga. Ale cóż... To nie wnosi nic do sprawy.


- Czy pani mąż nie kontaktował się ostatnio z panią?
- Owszem, przed kilkoma dniami otrzymałam od niego list. Wie już, że tutaj jestem i za co i chce się ze mną jak najszybciej rozwieść. Pisze, że poznał kogoś i pragnie jak najszybciej tę relację zalegalizować. Dlatego też jest gotów zwrócić mi wolność i mogę przez swojego adwokata podjąć odpowiednie w tym celu kroki.
- Rychło w czas - mruknęłam z kpiną.
Rita skinęła głową na znak, że się ze mną zgadza. Ash natomiast popatrzył na kobietę z uwaga i zapytał:
- A więc pani mąż kontaktował się z panią dopiero niedawno, kiedy pani już została osadzona?
- Dokładnie tak.
- I nie miała pani wcześniej z nim kontaktu?
- Nie, choć przyznaję, że szukałam go.
- Dlaczego?
- Chcę się z nim rozwieść, aby moc poślubić Henry’ego. On mocno się wahał w tej sprawie, bo już jedno jego małżeństwo okazało się niewypałem, ale w końcu się zdecydował i poprosił, abym została jego żoną. Potem rozpoczął przez swojego adwokata odpowiednie starania, żeby unieważniono jego małżeństwo. Bo wiecie, jego żona jest szalona i zataiła ten fakt przed Henrym w dniu ślubu. Dlatego są tu podstawy do tego, aby unieważniono ich ślub. Mnie tam osobiście wszystko jedno, bo naprawdę nie ma to dla mnie znaczenia, czy poślubię rozwodnika, czy wolnego w oczach Kościoła człowieka. Poza tym, ja przecież i tak pozostanę rozwódką w takim wypadku, bo przecież mojego małżeństwa nikt nie unieważni. Rozwód tak, ale unieważnienie wymaga zdecydowanie większych podstaw niż porzucenie przez współmałżonka. Choć może oczywiście byłoby to możliwe, ale wymagałoby za to ogromnego nakładu pieniędzy i czasu, a tego nie mam. Zresztą, mnie naprawdę to nie robi różnicy: rozwód czy unieważnienie. Tak czy inaczej, drogi mój małżonek zgadza się na rozwód ze mną, chociaż nie wierzę w to, iż powodem takiego stanu rzeczy jest jego nagłą nowa miłość. Jak dla mnie, to on się boi konsekwencji bycia moim mężem. Doskonale wie, że może go spotkać za to coś w rodzaju ostracyzmu publicznego i dlatego woli się ode mnie odciąć, zanim będzie za późno. Jak szczur ucieka z tonącego okrętu, co zresztą naprawdę bardzo mi do niego pasuje.
- A więc jego jako podejrzanego by pani wykluczyła?
- Całkowicie. Zresztą, po co niby miałby atakować Lizzy?
- Z zemsty, bo pani sobie układa życie, a on nie. To wystarczy, żeby ktoś taki się chciał odegrać na byłej małżonce i narobić jej problemów.
- Ale przecież policja stwierdziła, że nikt nie włamał się do domu.
- To właśnie budzi mój największy niepokój. Moim zdaniem, doszło tutaj do poważnych zaniedbań i ktoś jednak wszedł do domu. Zamierzam zbadać ten trop. A na teraz mam jeszcze jedno pytanie. Te listy od tajemniczego wielbiciela... Czy naprawdę nie domyśla się pani, kto mógł je pisać?
Rita rozłożyła bezradnie ręce i westchnęła ponuro.
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Kilku przyjaciół Henry’ego chwaliło mnie i to czasami w sposób dwuznaczny, ale nie wydaje mi się, aby któryś z nich pisał do mnie takie listy. Przecież takie pismo może wpaść w niepowołane ręce, wszystko im w życiu zniszczyć, a oni mają raczej dużo do stracenia. Sądzę, że to raczej ktoś inny, ale nie mam pojęcia, kto taki. Chwilami podejrzewałam nawet jakiś kolegów Lizzy ze szkoły, bo te listy były jakieś takie dziwne i dziecinne, ale sama już nie wiem. Sądzicie, że to ważne?
- Moim zdaniem bardzo ważne. Ale spokojnie, do tego także dojdziemy. Mam już w tej kwestii pewne podejrzenia i rozmowa z panią potwierdza je. Zobaczymy więc, czy mam na ich temat rację.
Po tych słowach, Ash wstał i pożegnał uprzejmie Ritę, po czym wraz z wciąż siedzącym mu na ramieniu Pikachu, podszedł do drzwi pokoju i zastukał w nie na znak, że zakończyliśmy rozmowę i chcemy wyjść. Ja zaś uśmiechnęłam się bardzo serdecznie do kobiety i powiedziałam:
- Spokojnie, pani Rito. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby pani pomoc i udowodnić pani niewinność.
- Wierzę wam, kochanie, ale nie obiecuj za wiele - odpowiedziała mi smutno Rita Gordon - Nie wiem, jak się moje losy potoczą, ale powoli zaczynam już tracić nadzieję na to, że kiedykolwiek stąd wyjdę.
- Proszę być dobrej myśli. My się jej trzymamy i pani też powinna.
Pożegnałam kobietę i wyszłam wraz z Buneary, dołączając do mojego męża i jego pokemoniego partnera, a potem ruszyliśmy razem w kierunku wyjścia.
- To co? Wracamy do naszego klienta? - zapytałam.
- Jeszcze nie - odpowiedział mi Ash - Na razie, to pojedziemy do miejscowej szkoły. Tej, do której chodziła Lizzy przed wypadkiem. Musimy tam zadać kilka pytań paru osobom.
Jego odpowiedź bardzo mnie zaskoczyła, jednak uznałam, że pytanie go o to nie ma sensu, bo przecież i tak zaraz wszystkiego się dowiem. Poza tym, za dobrze go znałam, aby nie wiedzieć, że wzorem swojego idola, Sherlocka Holmesa lubi on niekiedy zachować najlepsze dla siebie i mówić to współpracownikom dopiero w odpowiednim dla siebie momencie. Dlatego, w takiej sytuacji lepiej nie pytać zbyt wiele, bo wszystkiego i tak się człowiek dowie, kiedy nadejdzie pora.

***


W liceum porozmawialiśmy z dyrektorką i wyjaśniliśmy jej dokładnie, co nas sprowadza. Pokazaliśmy na dowód list, który był w aktach sprawy i którym to ktoś próbował zaszkodzić relacjom Rity z jej partnerem.
- Podejrzewamy, że to ktoś zaprzyjaźniony z Lizzy napisał do pani Gordon ten wątpliwej jakości list miłosny - powiedział Ash.
Teraz wreszcie zrozumiałam, o co tak dokładniej mu chodzi, choć muszę się przyznać, że po drodze zaczęłam się już co nieco domyślać, jednak tak całkowitej pewności nie miałam i dopiero w tamtej chwili ją zyskałam. Pomyślałam sobie w duchu, iż mój ukochany jest naprawdę bystry, choć jednocześnie nie byłam pewna, co on chce w ten sposób osiągnąć i jakie informacje uzyskać. Uznałam jednak, że najlepiej będzie zapytać go o to dopiero wtedy, kiedy już będziemy sami, aby nikt z obecnych w szkole osób nie usłyszał tego, iż nie wiemy wszystkiego. Lepiej jest sprawiać wrażenie, że wie się więcej niż się wie naprawdę. Wtedy to osoby winne będą się na bać i mogą się czymś zdradzić, a o to przede wszystkim nam chodziło.
Ash podał dyrektorce list, ta zaś przeczytała go, pomyślała przez chwilę i po chwili go nam oddala i spytała:
- Czy sugerujecie państwo, że to napisał ktoś z naszych uczniów?
- W zasadzie, jesteśmy tego pewni - odpowiedział jej Ash, a Pikachu zaraz to potwierdził delikatnym piskiem - Musimy tylko wiedzieć, kto dokładniej.
- Obawiam się, że to będzie trudne zadanie. Ostatecznie przecież, mamy tutaj bardzo wielu uczniów i uczennic.
- To nie będzie znowu takie trudne. Moim zdaniem Lizzy poprosiła kogoś o to, aby napisał jej ten list i raczej na pewno była to osoba z jej najbliższego, ale to najbliższego otoczenia. Musimy więc wiedzieć, z kim ona się przyjaźni. Na pewno jest kilka takich osób i to o nie nam chodzi.
- To ma sens, panie Ketchum, ale czy wolno zapytać, skąd takie wnioski, że to ktoś napisał ten list dla Lizzy? A nie pomyślał pan o tym, że to ona sama mogła go napisać?
- Przyznam się pani, że na początku tak pomyślałem, ale szybko odrzuciłem tę możliwość.
- Dlaczego?
- Z prostej przyczyny. Pani Gordon doskonale znała charakter pisma Lizzy, bo dawała jej korepetycje. Wątpię, że nie rozpoznałaby pisma dziewczyny, a ojciec to już na pewno musiałby je poznać. A zatem, to było za duże ryzyko pisać osobiście list. Dlatego jestem pewien, iż to ktoś napisał go dla niej i na jej własne życzenie.
Dyrektorka pokiwała głową z wyraźną aprobatą dla sposobu rozumowania mojego męża i powiedziała:
- Chyba ma pan racje. W zasadzie, to by było logiczne. Proszę tutaj zaczekać, a ja zawołam wychowawczynię klasy Lizzy. Na pewno coś wie.
Wyżej wspomniana nauczycielka przyszła prędko do gabinetu dyrektorki, gdy ta ją wezwała do siebie. Okazała się ona być młodą kobietą około trzydziestu lat, ubraną skromnie, ale niezwykle subtelnie. Miała niebieskie oczy i brązowe włosy, a na nosie okulary o nieco grubych ramkach, które niestety zdecydowanie psuły jej wizerunek, odbierając mu nieco uroku.
- Wzywała mnie pani, pani dyrektor? - zapytała nauczycielka.
- Tak, panno Francesco - odpowiedziała jej przełożona i wskazała na nas ręką - To są państwo Ketchum, znani detektywi. Ash Ketchum i jego żona Serena.
Nauczycielka spojrzała na nas zaintrygowana i jednocześnie zachwycona.
- Ketchum? Ash Ketchum? Sherlock Ash? - zapytała.
- Nie inaczej, to właśnie ja - odpowiedział jej wesoło Ash - A to moja żona, Serena, a to nasi partnerzy w pracy, Pikachu i Buneary.
Nauczycielka zachwycona podeszła do nas i serdecznie uściskała nam ręce, po czym powiedziała:
- Wybaczcie, ale nie jestem w stanie zapanować nad sobą, bo wiecie, jestem wasza fanką i czytałam o waszych przygodach. Jestem pod wrażeniem, że mogę tu was widzieć i osobiście poznać.
Nauczycielka westchnęła głęboko, po czym zachichotała i dodała:
- Ale już... Już zbieram myśli. Co dokładniej was sprowadza?
- Państwo Ketchum chcą wiedzieć, czy może poznaje pani to pismo i czy wie pani, kto ten list napisał - odpowiedziała jej za nas dyrektorka i wskazała palcem na list, który przynieśliśmy.
Panna Francesca wzięła go od nas i zaczęła go bardzo uważnie czytać, lekko sobie poprawiła na nosie okulary, przyglądała się kartce przez chyba kilka minut, a potem spojrzała na nas i powiedziała:
- Chyba wiem, czyje to pismo. To uczennica z mojej klasy, Petra Voscatini.
- Jest pani tego pewna? - zapytałam.
- Bune-Bune? - dodała pytająco Buneary.
- Proszę się temu pismu przyjrzeć bardzo uważnie, bo wiele od tego zależy - rzekła dyrektorka, chociaż moim zdaniem nie było to potrzebne.
Francesca spełniła jej życzenie i z uwaga ponownie spojrzała na list, po czym odparła już całkowicie pewnym tonem:
- Nie mam najmniejszych wątpliwości. To musi być jej pismo. Zresztą, mam jej ostatnie wypracowania, jeszcze nie zdążyłam ich sprawdzić. Mogę przynieść do porównania pisma. Albo mogę też tu przyprowadzić sama Petrę.
- Jest jeszcze w szkole? - zapytałam.
- Tak, kończy niedługo zajęcia - odpowiedziała Francesca - Jeszcze zdążycie z nią porozmawiać.
- Proszę więc ją tu przyprowadzić - powiedział Ash.
- Pika-pika! - zapiszczał Pikachu, potwierdzając jego życzenie.
Nauczycielka skinęła głową wesoło, wyraźnie nie umiejąc ukryć faktu, że jest niesamowicie podniecona możliwością ofiarowania nam swojej pomocy i wyszła szybko z pokoju, a po kilku minutach wróciła, przyprowadzając ze sobą nastolatkę w brązowych włosach z różowymi pasemkami. Ubrana była w dżinsy podarte na kolanach, kolorowy podkoszulek i czarne glany. Nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia, podobnie jak i na Ashu. Nieprzyjemne wrażenie pogłębiło się zaraz po tym, jak się odezwała.
- Pani chciała ze mną rozmawiać, pani dyrektor? Co to za przebierańcy? Co ten koleś ma na sobie? Oni muszą tu być?
Mówiąc to, patrzyła na Asha i noszony przez niego strój Sherlocka Holmesa jak na powody do beki. Poczułam, że jeszcze chwila i chyba jej przywalę, jak dalej będzie się tak zachowywać, ale na całe szczęście oszczędzono mi poskromienia tej głupiej zołzy, bo dyrektorka odpowiedziała jej:
- Muszą, bo to oni chcą z tobą porozmawiać. Chodzi o Lizzy.
Dziewczyna spojrzała na nas zdumiona, jakby lekko przelękniona i spytała:
- A co chcą wiedzieć? I po co? Przecież wszystko jest już dawno jasne.
- O, doprawdy? - zapytałam z kpina w glosie - A czemu jesteś tego pewna?
- Przecież wszyscy to wiedzą - odparła na to Petra takim tonem, jakby to było coś oczywistego i o co nawet nie powinniśmy pytać.
- Wszyscy? A to ciekawe. A jacy wszyscy, twoim zdaniem? Pracownicy prasy brukowej, którzy zarabiają na rozdmuchiwaniu tej sprawy? Prokurator, w którego interesie jest skazanie pani Gordon, bo nie cierpi cudzoziemców i chce sobie przy okazji poprawić statystki?
Dziewczyna wzruszyła obojętnie ramionami i mruknęła:
- A co mnie do tego? Ja nie jestem tu po to, aby to oceniać. Ale wiem, że jak całe miasto mówi, że ona jest winna, to chyba to jest prawda.
- Naprawdę? A jakby tak cale miasto mówiło, że jesteś idiotką, to też byłaby prawda? - zapytałam z kpiną w głosie.
- Jak dla mnie, to jest prawda - powiedział Ash i wraz z Pikachu zachichotał.
Petra spojrzała ze złością na niego i warknęła:
- Po to mnie tu wezwaliście, aby sobie bekę ze mnie robić?
- Nie tylko - odpowiedział jej Ash - Chcemy przede wszystkim zadać ci kilka pytań. A przede wszystkim jedno. Poznajesz ten list?


Po tych słowach, Ash podał dziewczynie pismo do reki. Petra wyraźnie się na jego widok zmieszała, ale próbowała udawać, że jest inaczej i przerzucała oczami po podanej jej kartce, wyraźnie próbując stworzyć pozory czytania jej i rzekła:
- Nie, nie poznaję. A co ja mam z tym niby wspólnego?
- Podobno ty to napisałaś - odparł na to Ash.
Petra parsknęła wrednym śmiechem i odpowiedziała mu:
- Chyba sobie jaja robisz. Ja jestem normalna i nie lecę na inne babki. A już na pewno, nie na grubo starsze od siebie.
- Uważaj na słowa, młoda damo! - zawołała ze złością Francesca.
- Ma pani lepszy wzrok niż ja - odparł na to ironicznym tonem Ash - Ja jakoś przed sobą nie widzę żadnej młodej damy. Raczej zarozumiałą pannicę, która już za chwilę będzie miała poważne kłopoty z policją za składanie fałszywych zeznań i wprowadzanie w błąd śledczych policyjnych.
Petra zadrżała lekko na całym ciele i chociaż próbowała to przed nami ukryć, to nie zdołała tego dokonać z powodu naszej czujności i sporego doświadczenia w tego rodzaju rozmowach. Od razu dostrzegliśmy, że ta małpa ściemnia i próbuje tu nam opowiadać bujdy na resorach, jednak nie zamierzaliśmy dać się nabrać.
- O czym wy mówicie? - zapytała.
- O tym, co grozi takim panienkom jak ty, kiedy próbują oszukiwać policję i to w chwili, gdy ta prowadzi śledztwo - odpowiedział tej zołzie Ash - Chcesz mieć problemy za kłamstwa? Mogę zadbać o to, abyś je miała. Może więc zamiast mnie prowokować, to może zechcesz łaskawie odpowiedzieć mi na moje pytania? I nie próbuj mnie straszyć koneksjami rodzinnymi, bo nie robią one na mnie wrażenia. A mówię ci to, bo pewnie taki miałaś zamiar, prawda?
Petra chyba rzeczywiście chciała to zrobić, jednak wyraźnie zrezygnowała z tego i spuściła smutno głowę, mówiąc:
- Dobra, zgoda. To ja ten list napisałam. Lizzy mnie o to prosiła.
- A dlaczego? - zapytałam.
- Ponieważ chciała się pozbyć tej lafiryndy, która zamierzała zająć miejsce jej matki - mruknęła ze złością dziewczyna - Głupia baba przyłazi nie wiadomo skąd i wskakuje do łóżka jej ojca, a potem chce zostać nową matką dla Lizzy. Wy byście się nie wkurzyli na jej miejscu?
- Nie ma to znaczenia, co my byśmy zrobili. Ważne jest to, co ty zrobiłaś.
- Ja tylko pomogłam przyjaciółce. Czy to zbrodnia?
- Jeżeli ta pomoc nakazuje krzywdzić niewinną osobę, to tak.
Petra prychnęła ironicznie, kiedy to usłyszała.
- Niewinna osoba? Dobre sobie. Wepchnęła się i to na chama do kochającej się rodziny, której dobrze się dotąd żyło, potem ją rozbija i wszystko niszczy. A do tego jeszcze, jakby tego było mało, łapie starego Lizzy na dziecko, które wcale nie wiadomo, czy jest jego. I wreszcie donosi na moją przyjaciółkę, gdy ta spotyka się ze swoim chłopakiem. Naprawdę uważacie, że ona jest niewinna?
- Naciągasz fakty oraz przedstawiasz je tak, aby były wygodne tobie i twojej przyjaciółce - stwierdziłam - A poza tym, naprawdę uważasz, że Lizzy ma powody do tego, aby nienawidzić Ritę Gordon?
- A co mnie to obchodzi, czy naprawdę ma powody, czy nie? Skoro ona mi mówi, że je ma, to na pewno je ma. Jako przyjaciółka, nie rozstrzygam tych spraw.
- A może powinnaś?
Ash przerwał nam tę dyskusję, która mogła potrwać jeszcze bardzo długo.
- Zatem przyznajesz się do tego, że to ty napisałaś ten list?
- Tak - odpowiedziała niezadowolonym tonem Petra - Zrobiłam to i nie żałuję tego. Z przyjemnością pomogłam przyjaciółce rozwalić ten sielankowy obrazek tej małpie i staremu Lizzy. Może gościu powinien się wziąć za opiekowanie córką, a nie za nadskakiwanie tej głupiej rurze?
- Przypominam ci, że on ma dwie córki - zauważyłam - Jedną z nich urodziła mu ta głupia rura, jak ją nazwałaś.
Petra machnęła na to lekceważąco ręką.
- Może to jego, może nie jego. A kto to tam wie? Na jego miejscu, kazałabym tej latawicy zrobić badania DNA, żeby się upewnić, czyj to bachor.
- Uważaj na słownictwo, moja panno! - zawołała oburzona Francesca.
Dyrektorka westchnęła głęboko i powiedziała:
- Naprawdę bardzo państwa za nią przepraszam. Nie powinna ona się tak do was odzywać.
- Owszem. Co teraz sobie o nas pomyślicie? - jęknęła Francesca - Jak nasza szkoła wychowuje takie dziewczyny, to chyba niezbyt dobrze o nas świadczy.
- Szkoła nic nie poradzi, kiedy zawodzą rodzice - stwierdził Ash.
Dziewczyna spojrzała na niego oburzona i warknęła:
- A ty się lepiej odwal od moich starych, dobra?! Może nie dorównuję wam w kwestii wychowania, ale jestem, jaka jestem i nikogo nie udaję.
- A nieprawda, bo udawałaś zakochanego wielbiciela pani Rity.
Petra niemal kipiała ze złości, gdy tylko słyszała jego słowa, a jej wściekłość wzrosła jeszcze bardziej w chwili, w której zobaczyła, jak ja, Pikachu i Buneary z trudem panujemy nad tym, aby nie ryknąć śmiechem, poprzestając tylko na lekkim śmiechu.
- Czegoś jeszcze chcecie się dowiedzieć, czy to już wszystko? - spytała Petra.
- Jak na razie wszystko, ale bądź uprzejma nie wyjeżdżać z miasta, bo jeszcze mogą nam być potrzebne twoje zeznania. I na przyszłość, to sobie daruj te durne gierki, jak ta wymyślona przez Lizzy. Jak widzisz, nic dobrego z tego nie wynika.
Po tych słowach, Ash uśmiechnął się ironicznie do Petry, a gdy ta wyszła już z gabinetu dyrektorki, popatrzył na mnie bardzo z siebie zadowolony.
- I co? Dała państwu coś ta rozmowa? - zapytała dyrektorka.
- Dała i nie dała - odpowiedziałam ponuro, uświadamiając sobie, że pomimo naszych usilnych starań jak dotąd nie posunęliśmy się naprzód w śledztwie, które prowadzimy.
Mój ukochany był chyba jednak innego zdania, ponieważ powiedział:
- Wiemy to, co chcieliśmy wiedzieć. Lizzy była niezłym ziółkiem, jak widzę. Te jej intrygi niepotrzebnie teraz wszystko komplikują. Ale spokojnie, odkryjemy prawdę i to bez względu na to, jak wszyscy wokół ją zagmatwali.
- Wszyscy? Czy ktoś jeszcze to zrobił? - zapytała Francesca.
- Moim zdaniem kilka osób, tylko jeszcze nie wiem, kto dokładniej. Ale tego też się dowiem, prędzej czy później. Na razie zaś dowiedzieliśmy się kilku bardzo istotnych dla na faktów.
- Czy wolno spytać, jakich?
- Przede wszystkim to, że Rita Gordonowa nigdy nie miała kochanka, który to potem mógłbym się na tej rodzinie mścić. Te opcje zatem możemy wykluczyć.
- Z całym szacunkiem, ale to niewiele - zauważyła dyrektorka.
Trudno mi się było z nią nie zgodzić. Jak na takie wnikliwe śledztwo, bardzo dokładnie przez nas prowadzone, spodziewałam się dowiedzieć czegoś więcej, a jak dotąd, to tylko zdołaliśmy wykluczyć pewien i tak słaby trop. Niewiele.


Ash jednak sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie, ponieważ powiedział:
- Początki zwykle bywają trudne i to naturalne, że na porządne wnioski, to ja i Serena musimy jeszcze nieco poczekać. Ale spokojnie, wszystko w swoim czasie. Jeszcze odkryjemy prawdę. A na razie, dziękuję bardzo za pomoc.
Dyrektorka i Francesca powiedziały, że to żaden problem i że zasadniczo one są zdecydowanie bardzo zaszczycone, mogąc mieć swój udział w tej sprawie, a już zwłaszcza ten zaszczyt dotyczył Franceski, która nie kryła swojego zachwytu tym, że miała okazję nas poznać. Miło nam się zrobiło, gdy to odkryliśmy. W końcu, to chyba normalne? Każdy celebryta jest zadowolony w chwili spotkania ze swoimi wiernymi fanami.
Pożegnaliśmy obie życzliwe panie i powoli powróciliśmy do domu naszego klienta, układając w naszych głowach wszystko, co odkryliśmy. Nie mieliśmy jak dotąd za wiele wiadomości, ale dosyć, aby wiedzieć, że jeżeli nawet posiadaliśmy jakieś wątpliwości w sprawie niewinności Rity Gordon, teraz się one rozwiały. Nie mieliśmy żadnych obaw, czy stoimy po niewłaściwej stronie. Co prawda, żadne z nas nie miało jeszcze dowodów na to, że Rita jest niewinna, ale mimo to oboje już byliśmy tego pewni.
- To jaki jest nasz następny krok? - zapytałam Asha, kiedy oboje chodziliśmy po ogrodzie domu wraz z naszymi wiernymi kompanami.
Ci spojrzeli natomiast na niego uważnie, również oczekując odpowiedzi od tak bystrego i wybitnego detektywa, jakim on był. Ash zaś uśmiechnął się do nich i do mnie serdecznie, po czym odpowiedział:
- Znaleźć kolejny trop, którym będziemy podążać. Jeszcze nie jestem pewien, który powinniśmy podjąć, ale już mniej więcej wiem, jak to powinno wyglądać.
Westchnęłam załamana, kiedy to usłyszałam. No tak, oczywiście. Tradycyjnie mówi do mnie zagadkami. Nawet w chwili, w której coś mi wyjaśnia, na początek musi mnie uraczyć jakimiś enigmatycznymi stwierdzeniami. Niby powinnam już do tego przywyknąć, ale czasami wciąż to bywało dla mnie irytujące.
- Raz byś powiedział wszystko wprost, to nie - mruknęłam z lekką złością - Powiedz lepiej, że nie wiesz jeszcze, za co się teraz zabrać.
Ash popatrzył na mnie uważnie i zapytał:
- Wiesz, że jesteś bystrzejsza niż ci się wydaje?
Lekko trąciłam go w ramię i powiedziałam z przekąsem:
- Nie musisz mnie komplementować. Lepiej byś powiedział, co zamierzasz w tej sprawie zrobić?
- Tak szczerze mówiąc, to jeszcze sam nie wiem.
- Jak to, nie wiesz?
- Nie wiem, od czego teraz zacząć. Bo wiem, kogo chcę przesłuchać, tylko w tej chwili jeszcze nie wiem, w jakiej kolejności. Poza tym, niesamowicie zgrzyta mi w tym wszystkim jedna rzecz.
- Co takiego?
Pikachu i Buneary spojrzeli na Asha zaintrygowani, podobnie jak ja czekając na odpowiedź sławnego detektywa.
- Policja twierdzi, że nikt obcy nie mógł wejść do willi. Moim zdaniem, ktoś jednak do niej wszedł i narozrabiał tam bardzo mocno.
- Myślisz, że to ta osoba zaatakowała Lizzy?
- Nie wiem. Wydaje mi się, że tak, ale muszę dokładnie wszystko zbadać. Ale nie rozumiem, dlaczego policja tak uparcie twierdzi, iż nikt nie wszedł do willi.
- Może to zaniedbanie z ich strony?
- Być może. Ale nie bardzo w to wierzę. Moim zdaniem, ktoś z policji coś tu ukrywa. Ktoś raczej ważny, bo inaczej nie byłby w stanie tego tak dobrze robić.
- Ktoś z policji? Kto taki?
- Nie jestem pewien. Może nasz drogi komendant?
- On? Ale po co miałby zatajać ten fakt i zwalać wszystko na Ritę?
- Tego nie wiem, ale obawiam się, że może on nam nieco utrudnić śledztwo, aby dalej zatajać ten fakt. Musimy być na to przygotowani, Serenko.
Słowa Asha zaniepokoiły mnie. Nie byłam pewna, co do ich prawdziwości, a do tego jeszcze świadomość tego, że może to być prawda, stanowiło przerażającą perspektywę. W końcu przecież zwykle podczas naszych śledztw mieliśmy policję po swojej stronie. Świadomość, iż tym razem może być inaczej, wzbudzało wielki niepokój. Oczywiście Ash zaznaczał, że jest to jedynie teoria, jednak zwykle, kiedy tak mówił, to prawie zawsze okazywało się to prawdą. Poza tym, jeżeli faktycznie ktoś wszedł nocą do willi, jak uważał Ash, policja musiałaby to odkryć. Dlaczego zatem tak uparcie mówili coś innego?
Rozważając to wszystko, dotarliśmy powoli, idąc spokojnym i niespiesznym krokiem do domu pana Remberto. Weszliśmy na teren posesji, potem usiedliśmy na ławce w ogrodzie i zaczęliśmy w milczeniu układać dalszy plan. To znaczy, Ash go ustalał, a ja po prostu siedziałam spokojnie, nie przeszkadzając mu w tym. Nasi pokemoni przyjaciele zaczęli wesoło sobie biegać po całym ogrodzie. Nie wiem, jak długo to robili, ale po pewnym czasie Pikachu nagle podszedł do nas i wesoło zapiszczał w naszym kierunku.
- Nie teraz, Pikachu. Nie mam ochoty na zabawę - powiedział Ash, nawet na niego nie patrząc.
Pikachu jednak nie zniechęciły te słowa, bo nie przestawał piszczeć, a nawet pociągnął za nogawkę od spodni swojego trenera. Ten w końcu spojrzał na niego, zaś Pokemon wyciągnął wówczas w jego kierunku prawą łapkę. W niej znajdował się jakiś niewielki przedmiot. Ash wziął go do ręki i obejrzał dokładnie, a potem pokazał go mnie, mówiąc:
- Zobacz, co nasz przyjaciel znalazł.
Przyjrzałam się temu. To były dwie niewielkie, plastikowe kostki do gry na dość mocnym sznurku, urwanym na samym końcu.
- Co to jest?
Pikachu zapiszczał do nas, a gdy na niego spojrzeliśmy, zaczął nam szybko na migi pokazywać, że rozmawiał przed chwila z Luxem i ten mu to dał, zaznaczając, że to coś zgubił jakiś czas temu ktoś, kto tu wszedł potajemnie w nocy i to jeszcze tej samej nocy, w której zaatakowano Lizzy.
Ash od razu się ożywił, kiedy to usłyszał. Uśmiechnął się zadowolony, lekko pogłaskał Pikachu za uszami i powiedział:
- Widzisz? Miałem rację, ktoś tu jednak był. Lux to potwierdza. A powiedział ci, kto to był?
Pikachu zaprzeczył smętnie, wyjaśniając nam, że niestety jego nowy znajomy nie widział twarzy tej osoby. Wie tylko, iż zgubiła ona to coś i jednej z kolejnych nocy ktoś tu włamał się na posesję, aby to znaleźć, ale uciekł na widok Luxa. W tej sytuacji, nie mogło zatem być wątpliwości. Miejscowa policja coś ukrywa, a my w ich osobie nie znajdziemy raczej sojusznika. Musimy sobie więc radzić sami, jeżeli chcemy odkryć prawdę.
- Dobra, kochani. Dość już myślenia - powiedział Ash, wstając powoli z ławki - Wiemy już, co robić dalej. Pora zabrać się do dzieła!


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...