czwartek, 4 stycznia 2018

Przygoda 070 cz. III

Przygoda LXX

Serena w Krainie Czarów cz. III


Ruszyliśmy dalej przed siebie, trzymając się za ręce. Zauważyliśmy przy tym, że im bliżej jesteśmy terenów Dżabbersmoka, tym większy mrok zaczyna panować na niebie. Było to nieco straszne, więc żeby dodać sobie otuchy śpiewaliśmy sobie przy tym radosną piosenkę „At the begging“ z filmu animowanego „Anastazja“, który to utwór naprawdę doskonale do nas pasował, gdyż opowiadał o dwojgu ludzi obojga płci, którzy pomimo kilku przeciwieństw stworzyli wspaniałą parę i wiedzieli, że już zawsze będą ze sobą, cokolwiek by się nie wydarzyło. Tak właśnie było także z nami.
- Ach! Wędrówka jest o wiele przyjemniejsza, kiedy możesz sobie przy tym śpiewać - powiedziałam, gdy skończyliśmy utwór.
- No pewnie! - zaśmiał się Ash - Ale jest ona jeszcze przyjemniejsza wtedy, kiedy masz z kim śpiewać, a nie robisz to samemu.
- Pika-pika! Pika-chu! - zgodził się z nim Pikachu.
- Sama bym tego lepiej nie ujęła - stwierdziłam wesoło.
Nagle starter Asha, siedzący mu na ramieniu, zapiszczał i wskazał łapką na miejsce przed nami.
- Co się stało, Pikachu? - zapytał jego trener.
Spojrzeliśmy przed siebie i zauważyliśmy sporych rozmiarów głaz, w który był wbity piękny miecz.
- No pięknie... Miecz w kamieniu... Normalnie bomba - mruknęłam z ironią - Na nic lepszego nie stać tę głupią krainę?
-  A czy to takie ważne, Sereno? - zapytał mój chłopak wesoło - Ważne, że znaleźliśmy oręż, o którym mówił nam Meowth z Cheshire. Chodźmy! Spróbujemy go wyjąć z tej skały.
Podeszliśmy do kamienia, zaś Pikachu zeskoczył zwinnie z ramienia Asha, delikatnie wąchając przy tym miecz.
- Coś nie tak? - spytałam przerażona.
Pokemon pomyślał przez chwilę i pokręcił przecząco głową. Wówczas odetchnęłam z ulgą i powiedziałam:
- To dobrze... Pikachu nie wyczuwa w tym nic złego. Możesz go wyjąć, kochanie.
Mój chłopak spojrzał na mnie uważnie.
- Jesteś pewna, że to ja powinienem to wyjąć?
- Oczywiście, że tak. Śmiało, skarbie! Spróbuj!
Ash westchnął głęboko, po czym złapał dłońmi za rękojeść miecza i pociągnął. Jednak wbrew naszym oczekiwaniom nic się nie stało. Broń ani drgnęła i nic nie wskazywało na to, aby miało to ulec zmianie.
- No co jest, do jasnej anielki?! - jęknął detektyw z Alabastii, próbując ponownie wydobyć miecz z kamienia.
Niestety, jakkolwiekby się on za to nie zabrał, to i tak zawsze ponosił porażkę. W końcu załamany oraz zmęczony upadł na ziemię, dysząc przy tym niczym miech kowalski.
- To beznadziejne - powiedział, ocierając sobie pot z czoła - Ten miecz ani drgnie.
- Pika-pika! Pika-pi! - pisnął smętnie Pikachu, dotykając jego ramienia.
Ash spojrzał na niego i pogłaskał go delikatnie po główce, po czym skierował swój wzrok na mnie.
- A może teraz ty spróbuj, Sereno?
Zdziwiłam się na całego, gdy usłyszałam jego pytanie.
- Słucham?! JA?! No, coś ty! Ja i ten miecz! Skoro tobie się nie udało, to czemu mnie by miało się powieść?!
- Bo to o tobie może mówić wiersz Meowtha - wyjaśnił mój chłopak - Masz przecież włosy barwy dojrzałego miodu. Teraz już wszystko jest jasne. Już wcześniej to podejrzewałem, ale teraz dopiero mam całkowitą pewność. To ty jesteś rycerzem, o którym mówi wiersz. I to ty musisz dobyć miecz i pokonać Dżabbersmoka.
Byłam tym wszystkim coraz bardziej zdumiona. Ja bohaterem?! Nie, to mi się nie mieściło w głowie! Ja miałabym być rycerzem?! Jeszcze czego! Przecież to Ash zawsze był tym, co nas ratował z opresji, co zawsze był z nas najlepszy, co zawsze rzucał się innym na ratunek i to o nim opowiadano sobie już nawet legendy. A teraz nagle miał on spaść do roli pomocnika i mego strażnika? Nie! To chyba jakiś żart.
- Daj spokój! - zawołałam - Ash, przecież to ty jesteś bohaterem, a nie ja! Ty jesteś genialnym detektywem, nie ja!
- Być może, ale tym razem to ty musisz wysunąć się na drugi plan - powiedział mój chłopak - Nie widzę innej możliwości.
- Pika-pika-chu! - pisnął Pikachu.
- No... Śmiało, Sereno! Spróbuj! - zachęcał mnie dalej mój chłopak.
- A co, jeśli i mnie się nie uda? - spytałam załamanym głosem.
- Wtedy trudno... Powiesz, że przynajmniej próbowałaś.
- Pika-pika!
Westchnęłam głęboko czując, iż być może obaj mają rację. Pomyślałam sobie, że jeżeli to prawda, to wówczas powodzenie misji zależy właśnie ode mnie. Więc nie czekając dłużej podeszłam powoli do skały, ujęłam w dłonie miecz, a następnie pociągnęłam go w górę. Wówczas to stało się coś wręcz nieoczekiwanego. Mianowicie miecz bez żadnej trudności wyszedł ze skały i po chwili trzymałam go w swojej prawicy. Ostrze miecza zamigotało w nikłym blasku słońca, a Ash z Pikachu zaczęli klaskać.
- Niesamowite! To po prostu niesamowite! - zawołałam - Naprawdę go mam! Naprawdę go wyjęłam!
- Brawo, Sereno! - krzyknął radośnie mój luby - Widzisz? Mówiłem, że ci się uda! Mówiłem to!
- Pika-pika-chu! - pisnął Pikachu, podskakując z radości.
Ja zaś poczułam, jak w moje serce wchodzi nareszcie nadzieja, iż ta misja jednak zakończy się sukcesem.

***


Kierując się mapą poszliśmy w kierunku miejsca, w którym stał zamek Dżabbersmoka. Jak już wcześniej mówiłam, to zauważyliśmy wówczas, że im bliżej jesteśmy tego miejsca, tym bardziej cała kraina robi się ciemna i ponura. Nie wiedzieliśmy, jak mamy to sobie wytłumaczyć, chociaż Ash jak zwykle miał na ten temat gotową teorię spiskową dziejów, która jednak nie była wcale pozbawiona sensu.
- Moim zdaniem ta ziemia jest przesiąknięta złem - powiedział - To zaś prowadzi do tego, iż to miejsca jest przerażające.
Pikachu pisnął ponuro dając nam do zrozumienia, że uważa tak samo. Ja zaś zacisnęłam mocniej dłoń na mieczu, jaki trzymałam w dłoni.
- Mam nadzieję, że w razie czego będziesz stać u mego boku, Ash. Czy mogę na ciebie liczyć? - zapytałam, patrząc czule na mojego chłopaka.
Ten spojrzał mi w oczy z uśmiechem i rzekł:
- Zawsze... Aż do końca...
- Pika-pika-chu! - poparł go Pikachu.
Ścisnęłam delikatnie jego dłoń czując przy tym, że z nim jestem w stanie dokonać naprawdę wielkich czynów.
- Pika-pi! Pika-pika! Pika-chu! - zaczął nagle piszczeć nasz pokemoni towarzysz.
- Co się stało, Pikachu? - spytał Ash.
Spojrzeliśmy przed siebie i zauważyliśmy nagle przed sobą ogromny zamek niczym z najgorszych naszych koszmarów.
- Już wiemy, co się stało - powiedziałam - Jesteśmy na miejscu.
Nie wiedzieć dlaczego nagle poczułam, że chcę znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, które mnie przerażało. Wiedziałam jednak, iż nie mogę teraz się wycofać. Nie w takim momencie.
- Dosyć ponure miejsce - powiedział detektyw z Alabastii, kładąc dłoń na swojej szpadzie, którą miał przymocowaną do swego boku - Ale damy sobie radę, jestem tego pewien.
Obecność tej broni nieco mnie zaskoczyła, ponieważ byłabym gotowa przysiąc, że nie miał jej ze sobą, kiedy tu trafiliśmy, jednak jakoś specjalnie nie chciałam się nad tym zastanawiać, więc zachowałam swoje myśli na ten temat dla siebie. Następnie razem ruszyliśmy w kierunku zamku.
- Właściwie, to zapomniałam się ciebie zapytać... Jak zamierzasz tam wejść? - spytałam, kiedy podchodziliśmy do bram warowni.
- To proste - odpowiedział Ash - Zażądamy od władcy tej twierdzy, aby wypuścił swoich więźniów, bo jeśli nie, to zginie marną śmiercią.
- Aha... I myślisz, że on się przestraszy widząc tylko dwoje rycerzy, z czego jeden jest dziewczyną, którym towarzyszy Pokemon i to jeszcze taki niezbyt wysoki?
- To bez znaczenia, czy się przestraszy, czy nie. Przecież i tak czeka nas walka, to więcej niż pewne. Ale być może widząc tylko naszą dwójkę Dżabbersmok pomyśli, że jesteśmy naprawdę potężnymi wojownikami i się nas przestraszy tak bardzo, iż spełni nasze wszystkie żądania?
- Marzenie ściętej głowy...
Nagle przypomniałam sobie, jak nasza droga Królowa Kier rozkazy o ścinaniu głów. Poczułam się nagle bardzo nieprzyjemnie, zwłaszcza, iż co prawda uniknęliśmy jej gniewu, ale tym razem mogliśmy stracić głowy wraz z resztą naszych szacownych osób.
Chwilę później staliśmy przed zamkiem, do którego wejście zagradzała nam ogromna fosa. Ash wówczas złożył dłonie w trąbkę i zawołał:
- Ja, Ash Ketchum z Alabastii oraz szlachetna Serena Evans z Vaniville przybywają do pana tego zamku, aby żądać od niego wydania więźniów! Zastrzegają przy tym, że jeżeli władca tych ziem nie wyrazi zgody na ich żądania, to zostanie unicestwiony!
- Pika-pika! - poparł go bojowo Pikachu.
- Musiałeś od razu tak od bojowo? - zapytałam nieco przelękniona.
- Musiałem... Niech się boi...
Nagle coś trzasnęło, a most zwodzony powoli zaczął opadać.
- Tak, niech się boi... - mruknęłam - Tylko kto i kogo?
Most już po około minucie opadł na ziemię, a więc można było przez niego przejść. Jednakże w tej samej chwili dało się słyszeć głośne tupanie niemalże tysiąca ludzkich stóp, zaś przez most przebiegła nagle cała masa ludzi uzbrojonych w różnego rodzaju broń: miecze, halabardy itp. Dopiero po chwili zorientowałam się, że to wcale nie są ludzie, ale pionki szachowe o czerwonej i białej barwie. Nie miałam jednak czasu, żeby się nad tym wszystkim zastanawiać albo szukać w tym sensu.
- Fajnie, komitet powitalny - jęknęłam - Co teraz robimy?
- Będziemy walczyć! - powiedział Ash, dobywając szpady.
- Pika-pika! - pisnął bojowo Pikachu, zeskakując z jego ramienia.
Następnie strzelił on piorunem w kierunku najbliższego przeciwnika, który rozleciał się na kawałki. Kolejny żołnierz wroga podzielił ten sam los, ale ich było znacznie więcej i biedny Pokemon długo sam nie dałby sobie z nimi rady. Wiedzieliśmy o tym, więc szybko posłaliśmy mu w sukurs nasze Pokemony, jakie mieliśmy przy sobie. Sama zaś złapałam za ten oręż, który wydobyłam z kamienia, po czym spojrzałam na Asha, mówiąc:
- Razem do końca?
- Do końca - odpowiedział on.
Następnie spojrzeliśmy bojowo na ruszające na nas pionki szachowe i skoczyliśmy do przodu, krzycząc:
- Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!


Już po chwili zaciekle cięliśmy kolejno tych przeciwników, którzy nam się nawinęli pod ostrza naszej broni białej. Co prawda ja nie byłam aż tak dobrym szermierzem jak Ash (chociaż mój chłopak udzielił mi kilku lekcji, jak posługiwać się bronią białą) to i tak walczyłam zaciekle, co dawało bardzo dużo efektów. Pomimo więc początkowych obaw z wielką łatwością wyrąbaliśmy sobie drogę i przebiegliśmy razem przez most zwodzony na dziedziniec zamku.
Tam zaś początkowo wszystko wyglądało normalnie, jednak nagle, nie wiadomo skąd wyskoczyły na nas kolejne pionki szachowe. Cięliśmy więc je zaciekle, niszczyliśmy bez najmniejszych skrupułów, jednakże w końcu zaczęliśmy tracić siły, natomiast naszych wrogów zamiast ubywać, to wciąż tylko przybywało.
- Jest ich za dużo! - zawołałam - Jak mamy z nimi walczyć?!
Ash otarł sobie powoli pot z czoła i zazgrzytał zębami z bezsilności, kiedy nagle krzyknął:
- Już wiem! Pamiętasz może, co powiedział Meowth? To, co większe z małego tworzy nam posłuży. Lusterko!
Następnie dobył on zza pasa magiczne lustereczko, które znaleźliśmy na początku naszej przygody, po czym oboje przez nie spojrzeliśmy i chwilę później zaczęliśmy rosnąć coraz wyżej i wyżej, aż w końcu oboje byliśmy wielkości młodych olbrzymów.
- Teraz będzie nam łatwiej! - zawołał radośnie Ash.
- A pewnie! - zaśmiałam się.
Używając sobie pięści i nóg odrzucaliśmy zaciekle na bok naszych przeciwników, miażdżyliśmy ich, gnietliśmy, przepędzaliśmy od siebie, ale nasz triumf był tylko chwilowy. Nim się obejrzeliśmy, a pionki zarzuciły na nas liny. Próbowaliśmy je z siebie zrzucić i początkowo nam się to nawet udawało, ale już po chwili mieliśmy ich na sobie tak wiele, że zostaliśmy przewróceni. Teraz nasi wrogowie mieli nas w garści. Udało nam się jeszcze niejednego zrzucić, ale sytuacja wyglądało coraz gorzej.
- To już chyba koniec! - jęknęłam.
- Najwidoczniej - krzyknął Ash - Ale wiedz, że walka u twojego boku była dla mnie zaszczytem.
Nie wiem, skąd wziął się u niego ten jakże wzniosły i patetyczny ton, ale odpowiedziałam mu równie pięknie:
- Dla mnie także, mój miły.
Wtem jeden z pionków szachowych skoczył na mnie i zamachnął się halabardą, aby mi zadać cios, gdy nagle coś zrzuciło go ze mnie. Tym czymś był... Biały Wigglytuff!
- Potrzeba wam pomocy? - spytał Pokemon.
- Wigglytuff! - zawołaliśmy ja i Ash.
- Co ty tu robisz?! - spytałam bardzo zdumiona.
- Przybywam wam z pomocą - odpowiedział stworek.
- Ekstra... To jest nas troje, nie licząc naszych Pokemonów - burknął Ash, niezbyt chyba zadowolony z tak słabej odsieczy.
- Czworo! - zawołał jakiś głos.
Chwilę później przed nami ukazał się nagle Meowth z Cheshire, łapiąc dwóch przeciwników naraz i uderzając ich o siebie nawzajem.
- Ty także tutaj?! - spytał zdumiony detektyw z Alabastii.
- Oczywiście, że tak... Skoro inni przyszli, to ja nie mogłem siedzieć bezczynnie.
- Jacy inni? - zdziwiłam się.
Chwilę później na dziedziniec wpadła cała armia kart kierowana przez Tracey’ego, a raczej Waleta Kier. Razem z nimi biegli też księżna Johanna ze swoją kucharką Violą, Cilan vel Dodo, Jessiedumm i Jamesdamm, Róża (czyli siostra Joy), Humpy-Oak, Fałszywa Żółwica (czyli May), Smoczyca Iris, Caterpie, jak również Szalony Kapelusznik (czyli Clemont), Marcowy Zając (czyli Max) i Suseł (czyli Bonnie) - przy czym ta ostatnia osoba była teraz wyjątkowo bardzo przytomna. Za nimi wkroczyli na plac boju Król i Królowa Kier, chociaż ci ostatni nie brali udziału w bitwie. Niesiono ich jedynie w lektykach, skąd wydawali oni rozkazy swoim żołnierzom.
- Teraz mamy równe szanse! - zawołał Ash, podnosząc się z ziemi.
- Racja! - dodałam - Ale chyba będzie praktyczniej, jeśli wrócimy do dawnych rozmiarów, bo jeszcze zdepczemy kogoś z naszych sojuszników!
- Słuszna uwaga!
Po tych słowach Ash skierował lusterko na nas oboje, dzięki czemu wróciliśmy znowu normalnych rozmiarów, a następnie zaciekle rzuciliśmy się w wir walki.
- Nie traćcie czasu! - zawołał Biały Wigglytuff, stając nagle obok nas - Musicie znaleźć więźniów! Są w lochu! Idźcie! My ich zatrzymamy!


Wiedzieliśmy, że ma on rację, dlatego też wbiegliśmy przez najbliższe wejście do zamku, a wierny Pikachu biegł u naszego boku, piszcząc przy tym bojowo.
- Wolę nie pytać, jak się ta przygoda skończy - powiedziałam.
- Jeśli tak, to lepiej nie pytaj - odparł Ash.
Biegliśmy szybko przed siebie, natrafiając po drodze na kolejne pionki szachowe, które oczywiście bez namysłu nas atakowały. Jednak z pomocą Pikachu oraz naszego oręża bardzo łatwo sobie poradziliśmy i mogliśmy kontynuować poszukiwanie więźniów.
- Gdzie tu są lochy? - spytałam.
- Mnie się pytasz? Jestem tu pierwszy raz! - zawołał Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - pisnął Pikachu, wskazując nam drogę łapką, a następnie zbiegając jakimś korytarzem biegnącym w dół.
- Skąd on ma pewność, że to właśnie tam? - spytałam.
- Co za różnica? Idziemy! - odparł mój chłopak.
Zbiegliśmy za Pokemonem korytarzem prowadzącym w dół. Jakimś cudem trafiliśmy nim do wielkiego pomieszczenia, gdzie w rzędzie były ustawione cele z zakratowanymi drzwiami, zza których to patrzyły na nas różne, bardzo smutne osoby.
- Spokojnie! Przyszliśmy was uwolnić! - zawołałam.
- Gdzie jest Dżabbersmok? - spytał detektyw z Alabastii.
- Pika-pika! - pisnął Pikachu.
Nagle usłyszeliśmy za sobą ryk, a potem ziemia zatrzęsła się nam pod stopami. Już znaliśmy odpowiedź. Odwróciliśmy się szybko, aby zobaczyć, jak staje przed nami wielki potwór, jakieś ogromne monstrum wyglądające niczym monstrualny Noivern. Miał on w sobie coś takiego, co sprawiało, że przeszły nas ciarki, a w każdym razie mnie. Jego niewielka szyja ozdobiona była złotym medalionem, bimbającym dziko na wszystkie strony, gdy ten się ruszał.
- A więc przyszliście tu wreszcie - powiedział stwór ponurym głosem - Tym lepiej... Bo jeszcze jedna cela w moim lochu jest pusta. Myślę sobie, że będzie sam raz do was pasować.
- Nic z tego! - zawołał Ash, stając w pozycji bojowej ze szpadą w dłoni - Będziemy walczyć do śmierci.
- Jak sobie chcecie! - mruknął złośliwie stwór.
Następnie odsunął się on, aby do pomieszczenia wpadli jego żołnierze, który zaraz nas otoczyli. Mój chłopak i Pikachu dzielnie stanęli z nimi do boju. Wiedziałam więc, że teraz to na moich barkach spoczywa walka z Dżabbersmokiem.
- Musimy więc walczyć - powiedziałam do Pokemona.
- Oczywiście - odparł ponuro mój przeciwnik - No, ale chyba nie tutaj, prawda? Jest tu nieco ciasno i niezbyt wygodnie.
Nim zdążyłam cokolwiek na ten temat powiedzieć, to potwór porwał mnie ze sobą, wyrwał ścianę w lochu i już po chwili zawlekł mnie na wielką wieżę, gdzie rzucił na dach, samemu na nim siadając. Całe szczęście, że miałam w dłoni mój oręż, bo byłoby ze mną kiepsko. Noivern zaryczał na mnie groźnie, a ja z trudem stanęłam na nogi, po czym skoczyłam w jego stronę i cięłam go mieczem. On oczywiście się uchylił, choć odcięłam mu płatek ucha, wywołując w ten sposób jego gniew.
Walczyliśmy dalej, nawzajem uderzając na siebie i starając się unikać swoich ciosów. Prócz tego ja musiałam jeszcze utrzymać jakoś równowagę na spadzistym dachu wieży, jednak jakimś cudem mi się to udało, dzięki czemu skutecznie odpierałam ataki mego przeciwnika, który ryczał na mnie groźnie i wyraźnie próbował przestraszyć. Jednak nie zamierzałam się bać, gdyż teraz właśnie odwaga była najważniejsza.
Kątem oka spojrzałam na dziedziniec pod nami, gdzie dalej toczyła się zacięta walka naszych sojuszników z armią Dżabbersmoka.
- Twoi przyjaciele trudzą się nadaremno - powiedział potwór - Moja armia ich rozniesie, a ty sama dołączysz do mojej kolekcji więźniów.
- Chyba po moim trupie! - zawołałam bojowo.
- Jak sobie życzysz - zaśmiał się podle Dżabbersmok.
Następnie uderzył mnie mocno ogonem w pierś, przez co upadłam na dach, o mało z niego nie zlatując. Z dłoni wypadł mi wówczas mój miecz i nagle stałam się zupełnie bezbronna.
- No i co teraz powiesz, smarkulo? - spytał podle mój przeciwnik.
Wtem usłyszałam jakiś łopot skrzydeł i zauważyłam, jak coś uderza w potwora. To był Pidgeot, na grzbiecie którego leciał Ash. Ten atak odwrócił chwilowo uwagę mego wroga, więc zdążyłam się pozbierać i stanąć na nogi.
- Serena! To chyba twoje! - zawołał mój chłopak, rzucając mi miecz.
Złapałam go zwinnie, po czym stanęłam w pozycji bojowej.
- Chodź, Dżabbersmoku! Pora to zakończyć!


Potwór przestał wówczas zwracać uwagę na Asha, a ponownie skoczył w moją stronę, lecz wtedy ja cięłam go mocno w pysk, zmuszając go do cofnięcia się. Skoczyłam na niego wówczas i ponownie uderzyłam swoim orężem, zadając mu kolejne rany. Jednocześnie musiałam uważać, aby nie spaść z tej wieży, co mi wyraźnie groziło z każdą chwilą.
Nagle coś błysnęło z boku. Spojrzałam w tym kierunku i zauważyłam, że to lusterko, które miał Ash przy pasku. Przypomniałam sobie wówczas słowa Meowtha i już wiedziałam, co mam zrobić.
- Ash! Rzuć mi lusterko!
Mój luby szybko wykonał polecenie, ja zaś skierowałam przedmiot na Dżabbersmoka oczywiście tą stroną, która wszystko pomniejsza. Sama zaś szybko odwróciłam wzrok, aby nie paść ofiarą własnej sztuczki. W tej samej chwili coś błysnęło i potwór zaryczał groźnie. Ośmieliłam się otworzyć oczy, a wówczas zobaczyłam, jak mój przeciwnik zaczyna powoli maleć. Jednak moje nadzieje, aby zmniejszył się on tak do rozmiarów liliputa były znikome, gdyż stwór odskoczył w bok, widocznie rozumiejąc, jaką moc ma to lusterko. Jednak znacznie zmniejszył on swoją wielkość, dzięki czemu był łatwiejszym przeciwnikiem do pokonania, chociaż nadal wygrana z nim stanowiła problem, zwłaszcza, iż Dżabbersmok wciąż był zwinny i szybki.
Nagle ponownie w moich uszach zadźwięczały słowa przepowiedni Meowtha z Cheshire. Mówił on o zniszczeniu czegoś, co nie pasuje. I nagle zrozumiałam. Do wyglądu Noiverna nie pasował złoty naszyjnik. Musiałam się go pozbyć. Dlatego zacisnęłam dłonie na mieczu, po czym ruszyłam do ataku. Natarłam na mego przeciwnika, strącając go z wieży razem ze sobą. Oboje runęliśmy w dół. Ja jednak szybko wskoczyłam na brzuch potwora i uderzyłam mieczem w jego naszyjnik. Wówczas stwór zaryczał, a następnie otoczyła go jasna poświata, która mnie oślepiła i strąciła z ciała stwora. Na szczęście w ostatniej chwili Ash lecący na Pidgeotcie podleciał i złapał mnie za rękę.
- Mam cię! - zawołał.
Następnie wciągnął mnie on szybko na grzbiet swego wierzchowca, po czym wylądowaliśmy na dziedzińcu. Tam zaś walka została przerwana, a wszyscy wpatrywali się w miejsce, gdzie upadł. Postać naszego wroga była otoczona poświatą, a kiedy po chwili ona opadła, to zobaczyliśmy zupełnie inne stworzenie... Dragonite.
- Kim jesteś? - zapytałam zdumiona tą metamorfozą.
- Jestem Dżabbersmok - powiedział stwór.
- Że niby co?! Dżabbersmok? - zdziwiłam się - Przecież przed chwilą wyglądałeś inaczej!
- Wiem to - odpowiedział mi mój niedawny przeciwnik - To przez ten naszyjnik, który miałem na szyi, a który ty na szczęście zniszczyłaś. Kiedyś przed laty pewien okrutny czarownik założył mi to, abym był taki sam, jak on. To była kara za to, że chciałem go pokonać oraz ocalić moich rodaków, których on więził. Następnie zesłał mnie tutaj, abym porywał innych i więził ich u siebie.
- Czemu nie zdjąłeś z siebie tego naszyjnika? - spytał Ash.
- Nie mogłem - rzekł smutno Dragonite - Ten naszyjnik nie można było zdjąć, a jedynie zniszczyć, a jeśli zniszczyć, to tylko tym mieczem, który ty dzierżysz w swej dłoni, piękna panno. Teraz nareszcie jestem wolny dzięki wam. Dziękuję... Nawet nie wiecie, ile wam zawdzięczam.
W tej samej chwili z zamku na dziedziniec wyszli więźniowie zamku. Było ich kilkunastu, a wśród nich dostrzegłam Dawn, która szybko wpadła w objęcia swojej matki, Księżnej Johanny.
- Matko! Mamusiu! - zawołała radośnie dziewczyna, tuląc się do niej mocno.
- Córeczko moja kochana! - uścisnęła ją mocno kobieta.
Następnie spojrzała na mnie i Asha, mówiąc:
- Dziękuję wam, kochani. Dziękuję!
Inne osoby, które wyszły z lochów, to były m.in. dwie kobiety, którymi były moja mama oraz Delia Ketchum. Pierwsza nosiła się na czerwono, a druga na biało. Domyślałam się, że są to Czerwona Królowa oraz jej siostra, Biała Królowa.
- Mamo! Ciociu! - zawołała wzruszonym głosem Misty vel Królowa Kier, widząc obie panie.
- Córeczko! - uśmiechnęła się radośnie Czerwona Królowa.
Następnie przytuliła ona delikatnie swoją córkę, pytając:
- Powiedz mi, jak się sprawowałaś pod moją nieobecność? Czy dużo wyroków śmierci wydałaś?
- Jak najbardziej - zaśmiała się Misty - Bardzo dużo wyroków.
- To bardzo dobrze - odparła jej rodzicielka, głaszcząc ją po głowie.
- Dobrze, że nie wie, iż Brock odwołał po cichu wszystkie egzekucje - szepnęłam cicho do Asha.


Chwilę później podeszli do nas Szalony Kapelusznik i Marcowy Zając.
- Dziękuję, że przybyliście walczyć u naszego boku ze złem - rzekłam wzruszonym głosem.
- Drobiazg, nie ma sprawy - odrzekł Max - W końcu jesteś wariatami, więc czemu nie mielibyśmy być tak szaleni, aby wam pomóc?
- W sumie jest w tym jakaś logika - zażartowałam sobie.
- Tak, a ponieważ było to logiczne, warto było się tego podjąć - dodał wesoło Clemont - I myślę, że to wystarczy, aby zasłużyć na to, żebyście ty i twój towarzysz zapomnieli i wybaczyli nam nasze poprzednie zachowanie. Albo też wybaczyli i zapomnieli. Kolejność nieobowiązkowa, a śmiem też twierdzić, że dowolna.
Parsknęłam śmiechem, słysząc ten potok słów i powiedziałam:
- Oczywiście, że wam wybaczam. I zapominam. Albo też zapominam i wybaczam. W końcu to i tak jedno i to samo, jak zapewne wiesz.
- Tak, zgadza się. Tym razem rzeczywiście - odparł z uśmiechem na twarzy Clemont - A tak przy okazji... Nie wiecie może, w czym Pidgeot jest podobny do biurka?
Słysząc to pytanie przypomniałam sobie nagle, że Ash przecież naszym drogim kompanom od herbaty obiecał rozwiązanie tej zagadki, gdyż sami go nie znali. Na całe szczęście mój luby znał już odpowiedź na to pytanie.
- To proste. Pidgeot i biurko mogą być trzymani w domu i jest z nich pożytek.
Była to odpowiedź dosyć głupawa moim zdaniem, ale naszym drogim przyjaciołom w zupełności ona wystarczyła, bo radośnie podziękowali nam oni za nią i odeszli.
Chwilę później podeszła do nas Biała Królowa, przemawiając do nas głosem miłym i dobrym.
- A więc to wam zawdzięczamy nasze uwolnienie? - spytała - Bardzo miło mi was poznać. Jak mogę się wam odwdzięczyć?
- Ależ Wasza Wysokość nie musi nic robić - powiedział Ash - To, co zrobiliśmy było naszą powinnością jako rycerzy.
- Właśnie - dodałam radośnie.
Kobieta uśmiechnęła się do nas bardzo delikatnie, po czym obeszła ona nasze osoby dookoła.
- Rycerze... No cóż, jak na rycerzy macie dość dziwny ubiór, ale nic nie szkodzi. Widocznie teraz panuje taka moda. Powiedzcie mi, proszę, czy nie chcielibyście służyć na mym dworze? Mogę wam za wierną służbę obiecać dwa dolary tygodniowo oraz dżem co drugi dzień.
- Dziękujemy, ale jedyną osobą, której służymy jest sprawiedliwość - rzekł mój luby tonem prawdziwego rycerza.
- Poza tym nie wiem, czy lubimy tutejsze dżemy - stwierdziłam dość dowcipnym tonem.
- To jest bardzo dobry dżem - zapewniła nas Biała Królowa.
- Dzisiaj jakoś nie mamy na niego ochoty - odparłam.
- Dzisiaj byście go nie dostali - rzekła Delia - Bo dżem moja służba otrzymuje tylko wczoraj i jutro, ale nigdy dzisiaj.
- Interesujące - zaśmiał się Ash - A więc jutro będziemy mogli zjeść nieco tego dżemu?
- No oczywiście.
- No, ale... Jutro, jeżeli ono nadejdzie, to stanie się „dzisiaj“, a przecież „dzisiaj“ nie można jeść dżemu.
- Naturalnie, mój chłopcze.
- Więc kiedy można jeść dżem?
- Powiedziałam... Wtedy, gdy dzisiaj jest „wczoraj“ lub „jutro“.
Mój luby złapał się załamany za czoło i zawołał:
- O nie! To po prostu bez sensu!
- To prawda - zgodziłam się z nim - Ale tak czy inaczej Biała Królowa wie, jak zachować dla siebie swój ulubiony przysmak.
- Rzeczywiście.
Chwilę później podeszła do nas Czerwona Królowa.
- A więc to wy ocaliliście mnie i moją siostrę? - spytała - Zaszczyt to dla mnie was poznać. Wielki to dla mnie jest zaszczyt... Zawdzięczam wam wolność, jak również mogę zobaczyć moją kochaną córkę.
- Kochaną, ale nieco nerwową - powiedziałam złośliwie.
- Owszem, bywa niekiedy narwana, ale to jest dobre dziecko - odparła Czerwona Królowa - Jednak wystarczy mieć tylko odpowiednie podejście do niej, a będzie można z nią się porozumieć.
- Śmiem wątpić - stwierdziłam.
Kobieta popatrzyła na mnie groźnym wzrokiem:
- Sugerujesz, że moja córka jest osobą trudną w relacjach z innymi? No cóż... Skoro tak, to powiem ci tylko jedno... Obudź się, Sereno!
- Słucham? - spytałam zdumiona tymi słowami.
- Obudź się, Sereno! Obudź się!

***


- Obudź się, Sereno! Obudź się!
Powoli otworzyłam oczy i zauważyłam, że jestem w swoim pokoju, a przy mnie siedzą Ash oraz moja mama. To moja matula właśnie mówiła do mnie, abym się obudziła.
- Wybacz, Wasza Wysokość, ale chyba nieco przysnęłam.
Czerwona Królowa popatrzyła na mnie z ironią i spytała:
- Kochanie, o czym ty mówisz?
Spojrzałam na nią uważnie, po czym otrząsnęłam się.
- Gdzie zniknął ten zamek?
- Jaki zamek?
- No ten, w którym przed chwilą byliśmy - wyjaśniłam.
Spojrzałam na Asha i zawołałam:
- Ash! Byliśmy tam! Walczyliśmy z Dżabbersmokiem!
- Dżabbersmokiem? - zaśmiał się mój chłopak.
Moja mama podniosła z podłogi książkę i spojrzała na nią.
- No cóż... Po takiej lekturze nic dziwnego, że miałaś takie sny.
- A więc to wszystko było tylko snem? - spytałam zdumiona - Moja podróż z Ashem i Pikachu do Krainy Czarów nie miała miejsca naprawdę?
- Najwyraźniej tak, kochanie - rzekła moja mama - Ale lepiej już chodź do nas. Przespałaś tu już dość czasu. Clemont i Dawn powrócili właśnie z zakupów i chcieli ci pokazać, co kupili.
- Oni... Byli na zakupach? - spytałam.
- No tak - powiedziała, kiwając przy tym lekko głową moja matula - Ty przysnęłaś, dlatego Ash i Pikachu zostali z tobą, a cała nasza reszta poszła na zakupy.
- Rozumiem. A więc tak to było - zasmuciłam się - Szkoda, bo to była naprawdę wspaniała przygoda. Wydobyłam miecz z kamienia i nim właśnie pokonałam Dżabbersmoka.
Mama położyła mi dłoń na czole, pomyślała chwilę i zaśmiała się.
- Cóż, kochanie... Nie masz gorączki, więc najwidoczniej masz wielką wyobraźnię i bardzo ciekawe sny. Ale lepiej powróćmy do rzeczywistości. Chodźmy już na dół.
Pikachu zeskoczył z łóżka i poszedł za moją mamą oraz Ashem. Ja zaś powoli podniosłam się, aby ruszyć z nimi, ale wtedy zauważyłam leżącą przy mnie książkę. Była ona otwarta na stronie, na której to znajdował się wiersz o Dżabbersmoku, a obok niego piękna ilustracja ukazująca smoka atakującego jakąś postać z mieczem w dłoni. Postać ta miała długie włosy i wyglądała na dziewczynę. Czy to była Alicja Liddell, czy może ja sama? Nie wiedziałam tego, ale byłam pewna tego, że wszystko to, co widziałam, przeżyłam naprawdę, nawet jeśli tylko we śnie.

***


Poprosiłam Asha o chwilkę rozmowy na osobności, a kiedy już ją dostałam, to opowiedziałam dokładnie cały mój sen. Detektyw z Alabastii był nim wyraźnie zachwycony, po czym wyjaśnił mi, że podczas wspólnego przeglądania ze mną książki zasnęłam na łóżku, a on z Pikachu został przy mnie, kiedy inni poszli na zakupy.
- To był naprawdę wspaniały sen - powiedział Ash - Wielka szkoda, że nie mogłem go także przyśnić.
- Spokojnie... Ale warto by było ten sen zapamiętać, nie sądzisz?
- Tak, to prawda, kochanie. I wiesz co? Najlepiej zapisz go w swoich pamiętnikach, żeby pozostał on na zawsze w naszej pamięci.
Pomysł ten bardzo mi się spodobał, więc wyraziłam na niego zgodę.
- Skończyliście już dyskutować? - spytała wesoło moja mama - Bo nasi przyjaciele bardzo chcą nam pokazać stroje, które kupili sobie na jutrzejszy bal Johna Scribblera.
Muszę tu wyjaśnić, że słynny pisarz następnego dnia urządzał zabawę w restauracji na naszą cześć, ponieważ za dwie doby mieliśmy wsiąść na pokład samolotu i wracać do Alabastii, więc nasz drogi przyjaciel chciał nas pożegnać w piękny sposób.
- Spokojnie, mamo... Już idziemy - powiedziałam.
Zeszłam z Ashem i Pikachu do salonu, gdzie nagle zauważyłam resztę naszej drużyny, ale kiedy ich zobaczyłam, to poczułam się nagle strasznie dziwnie.
- O rany! - jęknęłam.
- No co? Nie wyglądamy ładnie? - spytała Dawn.
Miała ona na sobie sukienkę taką samą jak wtedy, gdy była ona córką Księżnej w Kranie Czarów. Clemont zaś miał na sobie uroczy, zielony frak i cylinder z doczepioną do niej kartkę, która miała napis 10/6. Max i Bonnie z kolei... Chyba nie muszę mówić, jak wyglądali. Ale w sumie powiem wam... Wyglądali jak Marcowy Zając i Suseł w moim śnie.
- I jak wyglądamy? - zapytała Bonnie.
- Dawn mówi, że po prostu wspaniale - zauważył Max.
- Ale wolimy zapytać o zdanie również i ciebie, bo obok Dawn ty się najlepiej z nas wszystkich znasz na modzie - stwierdził Clemont.
Załamana jęknęłam i spojrzałam na Asha.
- Sereno... Co ci się stało, kochanie? - spytał mój ukochany z troską w głosie.
Oczywiście szybko udzieliłam mu odpowiedzi.
- Wiesz co, skarbie? Ja się chyba jeszcze do końca nie obudziłam.

KONIEC











Przygoda 070 cz. II

Przygoda LXX

Serena w Krainie Czarów cz. II


Dość szybko zauważyliśmy gnającego po ścieżce Białego Wigglytuffa, który oczywiście znowu spojrzał na swój zegarek i jęknął:
- O Boże! Jak późno!
Następnie pognał on szybko przed siebie.
- Za nim! - zawołał Ash.
- Pika-pika! - dodał Pikachu, który wciąż siedział mu na ramieniu.
Pognaliśmy za Pokemonem przez las. Nie wiedzieliśmy, dokąd on nas zabierze, ale mieliśmy świadomość, że bierzemy udział w czymś naprawdę niezwykłym. Gnaliśmy tak przez kilka minut do czasu, aż nagle stworek zniknął nam z oczu.
- No i super! - jęknęłam - Gdzie on poszedł?
- Żebym to ja wiedział - odparł Ash.
- Pika! Pika-pika! Pika-chu!
Pikachu zeskoczył z ramienia swego trenera i zaczął pokazywać na coś, co było na ziemi.
- Aha! Ślady Wigglytuffa! - zawołał detektyw z Ash.
Szybko wyjął lupę i zaczął z jej pomocą oglądać ślady na ziemi.
- I jak? - spytałam po chwili.
- To muszą być jego ślady - odpowiedział mi mój chłopak - Nie ulega wątpliwości.
- Super! Idziemy wzdłuż nich!
Tak właśnie zrobiliśmy, jednak mój plan miał pewien defekt... Taki, że niestety nie doszliśmy zbyt daleko, gdyż po chwili zamiast śladów na ziemi zobaczyliśmy parę sporych, czarnych butów. Ash spojrzał szybko w górę i zauważył wtedy chłopaka o zielonych włosach i zielonych oczach, ubranego w czarny garnitur i mający nos podobny do dzioba ptaka.
- Witajcie, przyjaciele - powiedział nasz nowy znajomy.
Oczywiście był on podobny do jednego z naszych przyjaciół ze świata prawdziwego.
- Cilan?! - zawołałam zdumiona.
Młodzieniec uśmiechnął się do mnie delikatnie, poprawił sobie muszkę pod swoim kołnierzem i rzekł:
- Prawdę mówiąc nie wiem, moja droga, kim jest ten cały Cilan, ale to przecież bez znaczenia, skoro go tutaj nie ma.
- Jak to go nie ma? Przecież stoisz przed nami! - zawołałam.
- Właśnie, Cilan! Czego się wygłupiasz?! - dodał Ash.
- Pika-pika? - pisnął zdumiony Pikachu.
- Moi kochani... Obawiam się, że macie mnie za kogoś, kim nie jestem - powiedział Cilan - Mam na imię Dodo i jestem największym filozofem w tej okolicy.
- Zgaduję też, że jedynym - mruknęłam złośliwie.
Chłopak z dziobem zamiast nosa pokiwał głową ponuro i rzekł:
- Niestety... Dzisiaj mało kto docenia prawdziwą filozofię. To sprawia, że jestem sam i nie mam z kim rozmawiać.
- To bardzo smutne - powiedział ponuro Ash.
- Miło mi to słyszeć - stwierdził Cilan z uśmiechem na twarzy - Widzę, mój drogi chłopcze, że mnie rozumiesz. Może wobec tego zechciałbyś mi odpowiedzieć na jedno zasadnicze pytanie?
- Jakie? - spytał mój luby.
- Mianowicie ciekawi mnie, dlaczego jeśli idę do przodu, to czas idzie do przodu, ale tak samo się dzieje również wtedy, gdy idę do tyłu. Czy czas, jeżeli się cofam, też nie powinien się cofać?
Matko święta, jęknęłam w duchu. Cilan w tym dziwacznym świecie jest równie zbzikowany, co w rzeczywistości i gada o rzeczach, które są całkowicie pozbawione sensu.
- Wiesz co, Dodo? Moim zdaniem tylko tracisz czas na rozmyślanie o tym wszystkim - powiedziałam.
Nasz rozmówca podrapał się lekko po głowie, rozważając moje słowa.
- To jest bardzo ciekawa uwaga - stwierdził poważnym tonem - Muszę powiedzieć, że naprawdę bardzo mnie to zaskakuje. Mówisz, że tracę czas na rozmyślanie o tym, o czym właśnie mówię, bo to nie jest ważne ani tym bardziej pożyteczne? A zatem, jeżeli robię coś ważnego i pożytecznego, to wtedy czas zyskuję?
- No, ja niezupełnie to miałam na myśli...
- Moja droga! Jeżeli chcesz coś mówić, powinnaś mówić to tak, abym mógł cię zrozumieć.
- Poważnie? A ty to niby mówisz w rzeczywistym świecie zrozumiale? - pomyślałam sobie z kpiną.
Głośno zaś odparłam:
- Słuchaj, Dodo... Na wszystko, co robisz zużywasz czas, ale są pewne sytuacje, kiedy twoje zachowanie jest tylko stratą czasu jak np. wtedy, kiedy sobie tak stoisz i rozmyślasz o czymś bezsensownym.
- Dlaczego? - spytał Cilan - Dlaczego niby to jest coś gorszego i na to właśnie tracę czas?
- Bo z tego twojego myślenia nie ma żadnego pożytku.
- Poważnie? A co, jeśli ja mam z tego pożytek?
- No to cześć ci i chwała, ale my mamy ważniejsze sprawy na głowie niż twoje filozofie.
- Naprawdę? A jakież to sprawy?
- Chcemy odnaleźć pannę Dawn, córkę Księżnej, porwaną przez tego podłego Dżabbersmoka - wyjaśnił Ash.
- Podłego? A skąd wiesz, że on jest podły?
- Bo porwał pannę Dawn!
- Skąd wiesz, że ją porwał?
- Bo jej matka mi to mówiła.
- Skąd wiesz, że matka mówi prawdę?
Ash na to pytanie nie umiał już odpowiedzieć, zaś Cilana wyraźnie wprawiło to w radość.
- Widzisz? A jeśli on nie jest podły? Czy wtedy też będziecie chcieli ją ratować? A może to będzie strata czasu?
Nie umieliśmy mu odpowiedzieć sensownie na jego zarzuty, a poza tym coś tak czułam, że cokolwiek nie powiem, to on to podważy, dlatego dałam sobie spokój.


- Dobrze, dosyć tego! - zawołałam - Naszym przewodnikiem był Biały Wigglytuff, ale on zniknął. Możesz nam pomóc go znaleźć?
- Mogę pomóc, ale czy to nie będzie strata czasu?
Załamana zasłoniłam sobie oczy dłonią.
- Chodźmy stąd, Ash, bo inaczej przez niego tu oszaleję!
- Pika-chu! - pisnął załamany Pikachu.
Powoli poszliśmy przed siebie, ale Cilan złapał za rękę mego chłopaka.
- Zaczekaj! - jęknął załamanym wzrokiem - Nie odpowiedziałeś mi na żadne moje pytanie.
- Bo nie mam takiego zamiaru - odparł zadziornie Ash.
- Ale proszę... Pomóż mi, ponieważ zapomniałem już, o czym właśnie rozmyślałem zanim wy się zjawiliście.
Detektyw z Alabastii jęknął załamany, ocierając sobie pot z czoła.
- Nie ma to tamto... Cilan w tym świecie jest równie męczący, co na żywo... Chociaż nie... Tutaj jest zdecydowanie bardziej wkurzający.
- Weź tu mu wymyśl jakieś zagadnienie filozoficzne, bo on nie da nam spokoju - zaproponowałam.
- Masz rację - zgodził się ze mną Ash, a następnie spojrzał na Cilana - Dobrze, Dodo... A więc mam do ciebie małe zagadnienie do rozmyślania. Czy warto siedzieć i zastanawiać się nad sensem tego wszystkiego, co nas otacza, czy może lepiej jest działać i pomagać innym?
Cilan vel Dodo klasnął radośnie w dłonie, po czym objął lekko Asha i ucałował go w oba policzki.
- Nawet nie wiesz, jak wiele ci zawdzięczam! Ocaliłeś mi życie! Bez moich rozważań moje życie nie miałoby sensu!
- Każdy ma to, co lubi - stwierdziłam ironicznie.
Chwilę później nasz rozmówca stanął ponownie tam, gdzie stał i rzekł:
- A przy okazji... Wasz Wigglytuff pobiegł w tamtą stronę!
Następnie wskazał palcem kierunek, w który powinniśmy pójść, a sam powrócił do swoich rozważań. Nie przeszkadzaliśmy mu w nich dłużej i zaraz ruszyliśmy kontynuować nasze poszukiwania.

***


Szliśmy w kierunku wskazanym nam przez Cilana, jednak dość szybko na naszej stronie stanęła kolejna przeszkoda. Był to całkiem ładny domek, przed którym stał ogromny stół. Był on zastawiony różnymi smakołykami, a prócz tego znajdowały się tam także imbryk z herbatą i filiżanki. Przy tym stole siedzieli sobie kolejni nasi przyjaciele: Clemont, Bonnie i Max. Ten pierwszy miał na sobie zielony frak oraz duży cylinder z doczepioną do niej kartkę z napisem 10/6. Jego młodsza siostrzyczka była senna, miała długi nos oraz rosnące z niego długie wąsy. Jej głowa spoczywała na stole, a ona sama nieźle chrapała. Ich kompan z kolei miał na głowie brązową czapkę z długimi uszami, zaś jego usta były ozdobione o duże, dwa przednie zęby.
- O nie! Tylko nie szalona herbatka! - jęknęłam załamana.
Ash uśmiechnął się do mnie delikatnie.
- Wiem, że to cię może nieco przerażać, ale obawiam się, że nie mamy wyboru i musimy ich zapytać, czy nie widzieli Wigglytuffa.
- Pika-pika-chu! - pisnął wesoło Pikachu.
- Już ja to widzę, jak oni nam coś powiedzą - mruknęłam złośliwie - No, ale chyba nie mamy innego wyjścia.
Podeszliśmy więc do stolika, a wówczas cała trójka gospodarzy zaczęła głośno wrzeszczeć:
- Brak miejsc! Nie ma miejsc!
- Przecież tu jest pełno miejsc - odparłam z ironią i usiadłam w fotelu.
Ash usiadł na krześle obok mnie, zaś Pikachu wskoczył radośnie na stół i zaraz dobrał się do ciastek. Jego trener zachichotał delikatnie i poszedł w ślady swego wiernego kompana.
- Przepraszam, że was nachodzimy, ale wzywa nas tutaj pilna sprawa - powiedziałam do Clemonta, który był widocznie Szalonym Kapelusznikiem.
- Wzywa? Skoro was wzywa, to czemu jeszcze tutaj siedzicie, a nie biegniecie za nią? - spytał Kapelusznik.
- No tak, zapomniałam, że on wszystko odbiera dosłownie - rzekłam do siebie w duchu.
Głośno zaś dodałam:
- Nie widzieliście może Białego Wigglytuffa?
- Może widzieliśmy i co z tego?! - zawołała chórem cała trójka.
- Powinnaś skrócić sobie włosy - mruknął Max, będący w tej głupiej krainie Marcowym Zającem.
- To nie jest zbyt grzeczne robić sobie takie bardzo złośliwe uwagi - warknęłam na nią gniewnie.
- Jeszcze bardziej niegrzecznie jest siadać tutaj bez pytania! - zawołał wściekle Max.
- Wybaczcie, ale sprawa wymaga szybkiego załatwienia!
Bonnie nagle poderwała głowę ze stołu i zawołała:
- Wolność! Równość! Braterstwo!
Następnie padła na stół i znowu przysnęła.
- Co jej się śni? - spytałam zdumiona.
- Pewnie rewolucja francuska - odparł wesoło mój chłopak.
Kapelusznik tymczasem patrzył wesoło na Pikachu, który to właśnie zadowolony wcinał jabłko, oblewając je sobie sporą porcją keczupu.
- Napijecie się wina? - zapytał Clemont.
- Przecież tu nie ma wina - odparłam złośliwie.
- Wiem...
- Nie sądzisz więc, że to nie jest zbyt grzeczne proponować gościowi coś, czego nie masz?
- A czy ty nie sądzisz, że to nie jest zbyt grzeczne być tu nieproszonym gościem?
Chciałam mu już coś powiedzieć naprawdę wrednego i niemiłego, ale ostatecznie sobie darowałam wiedząc, że to i tak nic nie da. Zamiast tego więc powiedziałam:
- Mam do was prośbę.
- Słuchamy - rzekł Max vel Marcowy Zając.
- Szukamy pewnego Białego Wigglytuffa.
- A czemu go szukacie?
- Jest on naszym przewodnikiem i ma nam wskazać miejsce pobytu niejakiego Dżabbersmoka.
Na sam dźwięk tego imienia Clemont i Max zamarli w wykonywanych właśnie czynnościach, czyli pierwszy z filiżanką przyłożoną lekko do ust, zaś drugi z ciastkiem, jakie właśnie zamierzał zjeść. Nawet Bonnie szybko oprzytomniała, słysząc to, co właśnie powiedziałam.
- Czy wyście zwariowali?! - zawołał Szalony Kapelusznik - Przecież to jest potwór!
- Tylko wariat chciałby go szukać! - dodał oburzony Max.
- No właśnie! - pisnęła Bonnie.
- Ciekawe słowa jak na osoby, które same są wariatami - zauważyłam nie bez złośliwości.


Ash i Pikachu parsknęli śmiechem, a cała trójka naszych gospodarzy zrobiła oburzone miny.
- Pozwól, moja droga, że coś ci teraz wyjaśnię - rzekł Kapelusznik - Bo widzisz... My może i jesteśmy wariatami, ale nie samobójcami, dlatego też...
- Dlatego też może świrujemy, ale za to żyjemy i jesteśmy z tego faktu bardzo zadowoleni - dokończył wypowiedź przyjaciela Zając.
- Co to za życie? - ziewnęła panna Suseł, czyli Bonnie - Chociaż lepsze takie niż zimny grób.
- Uważacie, że lepsza jest taka bezczynność i marnowanie czasu na bezsensowne picie herbatki codziennie niż pomaganie innym? - spytał Ash.
- Pika-pika? - pisnął Pikachu.
- Nie miej nas za osoby pozbawione empatii - rzekł do niego Clemont, nalewając sobie powoli herbaty - Ale musimy jakoś spędzać dni, a czy jest coś przyjemniejszego od siedzenia sobie tutaj i wypoczywania?
- Nie powiem, jest w tym coś przyjemnego - rzekł detektyw z Alabastii - Ale przecież nie sądzisz, że warto by było czasem zrobić coś dla innych?
- A czy inni robią coś dla nas? - spytał Max - Uwierz mi, całe życie nikt nic dla nas nie zrobił, więc i my nie robimy nic dla nikogo.
- Jak ty komu, tak on tobie - bąknęła Bonnie, po czym padła głową na stół i znowu zasnęła.
- Stara, ludowa mądrość - odparł Kapelusznik, popijając herbatę - Nic dodać, nic ująć. A zatem uważam, że powinniśmy zapomnieć o tej sprawie i wybaczyć sobie swoje grzechy. Albo inaczej: wybaczyć i zapomnieć. Albo też odwrotnie od odwrotności. A zresztą kolejność jest nieobowiązkowa, a śmiem twierdzić, że dowolna.
Spojrzałam załamana na Asha, który miał naprawdę smutną minę na twarzy. Oboje czuliśmy się teraz zagubieni. Dawno nie widzieliśmy równie wielkich egoistów, co ta trójka. Oczywiście rozumiałam, że mogli mieć oni swoje racje, ale takie coś mimo wszystko raziło nasze uszy, zwłaszcza, iż przecież nasz altruizm nie pozwalał nam prowadzić takiego trybu życia i to nawet wtedy, jeżeli ktoś jest pozbawiony umiejętności okazywania innym wdzięczności za otrzymaną pomoc.
- Naprawdę bardzo nam przykro, że tak mówicie - powiedziałam po chwili - Ale naprawdę niewiele nas obchodzi to, co tutaj robicie. To wasza sprawa i nie chcemy wam w to wnikać.
- Tym lepiej - stwierdził Clemont - Każdy powinien pilnować swojego nosa, wtedy świat toczyłby się o wiele szybciej do przodu.
- Nie sądzę - mruknęłam - Ale to już wasza sprawa. Proszę, powiedzcie nam, gdzie znajduje się Biały Wigglytuff, o ile go oczywiście widzieliście.
- A widzieliśmy go... Widzieliśmy - pokiwał głową Max.
- W rzeczy samej - stwierdziła Bonnie, kiwając powoli głową.
Ja i Ash spojrzeliśmy na nich uważnie.
- Poważnie? Widzieliście go? - zapytałam.
- No pewnie, że tak - odparł Max.
- Kiedy?
- Codziennie go widzimy... Niemalże każdego dnia tutaj przechodzi.
Załamana padłam głową na stół, a Ash o mało co nie zleciał z krzesła, na którym siedział.
- Nie o to nam chodzi! - zawołałam.
- Więc jeśli chcecie poznać właściwą odpowiedź, to najpierw nauczcie się właściwe zadawać pytania - rzekł przemądrzałym tonem Kapelusznik.
Czułam, że zaraz go uduszę, jednak jakimś cudem zapanowałam nad sobą.
- Musisz myśleć, co mówisz - dodał Clemont.
- Przecież mówię to, co myślę... Pfu! To jest ja myślę, co mówię! Ale mniejsza z tym! Przecież to jest jedno i to samo!
- Wcale nie jedno i to samo - zauważył z ironią Kapelusznik, połykając ciasteczko - Równie dobrze mogłabyś powiedzieć mi, że „widzę co jem“, to znaczy to samo, co „jem to, co widzę“.
- Równie dobrze możesz nam też powiedzieć, że „śpiewam, bo jestem zadowolony“ znaczy to samo, co „jestem zadowolony, bo śpiewam“ - zaczął mnie pouczać Marcowy Zając.
- Równie dobrze mogłabyś nam powiedzieć... - ziewnęła bardzo głośno panna Suseł - Że... że „oddycham, kiedy śpię“ oznacza to samo... co „śpię, kiedy oddycham“.
- U ciebie to JEST to samo! - warknęli na niego Clemont i Max.
Ja z Ashem parsknęliśmy śmiechem, widząc to wszystko.
- No dobrze - rzekłam już spokojniejszym tonem, rozluźniona nieco zabawną sytuacją - Powiedzcie mi, proszę... Czy widzieliście może Białego Wigglytuffa? Ale... DZISIAJ? Dzisiejszego dnia?
Kapelusznik pomyślał przez chwilę, zanim odpowiedział:
- Owszem... Widzieliśmy go dzisiaj... Niedługo przed tym, nim wy tutaj przyszliście.
- Naprawdę? - spytał Ash z lekkim niedowierzaniem.
- Gdzie on jest? - dodałam zaintrygowana.
- Pika-pika? - pisnął Pikachu.
- Poszedł tam - rzekł Clemont, wskazując dłonią na ścieżkę - Może go jeszcze znajdziecie.
- A dokąd prowadzi ta ścieżka? - zapytał detektyw z Alabastii.
- Do Jessiedumma i Jamesadamma.
- A co to za jedni?
- Dziwacy. Jak wszyscy tutaj. A przy okazji... Nie wiesz może, w czym Pidgeot jest podobny do biurka?
- Nie mam zielonego pojęcia - odpowiedziałam, dopijając powoli moją herbatę - Ale lepiej będzie, jak już pójdziemy. Mamy zadanie do wykonania.
- Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni - mruknęła Bonnie przez sen.
- Przycisz się - burknął na nią Max.
- Dziękujemy za pomoc - powiedział Ash, powoli wstając z krzesła - Musimy iść, ale obiecuję, że po drodze zastanowię się nad tą zagadką. Być może znajdę dla ciebie na nią odpowiedź, bo zakładam, że jej nie znasz.
- Oczywiście, że nie - żachnął się Kapelusznik - Przecież gdybym znał odpowiedź, to bym chyba was o nią nie pytał, prawda?
- No tak, jest w tym jakaś logika - zachichotał mój luby - Ale póki co musimy wykonać swoje zadanie. A więc do zobaczenia, przyjaciele! Sereno, Pikachu! Chodźmy!
Pokemon wepchnął sobie do pyszczka ostatni kawałek jabłka, po czym wskoczył radośnie na ramię swojego trenera, a następnie cała nasza trójka ruszyła w drogę.

***


Szliśmy powoli ścieżką, po której to (przynajmniej zdaniem naszych niedawnych rozmówców) szedł wcześniej Biały Wigglytuff. Co prawda nie wiedziałam, czy mogę im ufać, ale na całe szczęście mój ukochany miał ze sobą swoje wierne szkło powiększające, z pomocą którego bez trudu szybko wypatrzył ślady naszego przewodnika.
- Widzę je wyraźnie - powiedział - Nie ma więc szans na to, abyśmy go zgubili.
- Już go zgubiliśmy - zauważyłam ironicznie - Ale na całe szczęście on zostawia ślady, bo inaczej nie wiem, dokąd by nas zawiódł nas trop.
- Pewnie nigdzie... Albo w jeszcze gorsze miejsce - odrzekł Ash.
- Pika-pika-chu! - pisnął Pikachu.
Nagle ślady się urwały, natomiast my trafiliśmy na jakąś polanę, gdzie stało obok siebie dwoje ludzi obojga płci. Byli to Jessie i James z Zespołu R, ale wyglądali dość dziwnie. Mieli na sobie dziwaczne, pasiaste, czarno-białe stroje, a także wpatrywali się oni w dal w taki sposób, jakby w ogóle nas nie widzieliśmy. Podeszliśmy do nich bardzo zaintrygowani, po czym zaczęliśmy im się uważnie przyglądać.
- Jeśli uważacie, że jesteśmy figurami woskowymi, to powinniście nam zapłacić za oglądanie naszych osób - odezwała się Jessie, poruszając głową.
- A jeśli uważacie, że jesteśmy ludźmi, to chyba powinniście się z nami przywitać - dodał James, również ruszając głową.
Zachichotaliśmy lekko, słysząc te urocze wymówki. Oni byli naprawdę zabawni zarówno w świecie prawdziwym, jak i w Krainie Czarów.
- Wybaczcie, nie chcieliśmy was urazić - powiedział Ash.
- Właśnie - dodałam wesoło - Chcieliśmy tylko zapytać was o drogę, ale jeszcze nie zdążyliśmy.
- Rozumiemy - kiwnęła lekko głową Jessie - A zatem o co chcieliście nas zapytać?
- Pewnie o to, jaka się czujemy? - spytał James.
- Nie, nie o to - odpowiedziałam.
Młodzieniec o fioletowych włosach posmutniał, gdy to usłyszał.
- To wielka szkoda, ale cóż... W sumie to macie rację, że na razie nie chcecie nam zadać tego pytania.
- Dokładnie tak - poparła go Jessie - Przecież nawet nie wiecie, jak mamy na imię. Jestem Jessiedumm, a to jest Jamesdamm.
- Domyślaliśmy się tego - powiedział Ash.
Oboje spojrzeli na nas zdumieni.
- Poważnie?! - zawołali w szoku - A niby skąd?
- Powiedzieli nam o was Szalony Kapelusznik, Marcowy Zając i Suseł - wyjaśnił detektyw z Alabastii.
- Aha... To wiele wyjaśnia - odpowiedzieli chórem nasi rozmówcy.
- A więc o co chcecie nas zapytać? - zapytała Jessie.
- Chcemy was zapytać, czy nie widzieliście może Białego Wigglytuffa? - wyjaśniłam.
Oboje pomyśleli przez chwilę, po czym powiedzieli jednocześnie:
- Tak! Widzieliśmy! Poszedł tam!
Po tych słowach wskazali oni szybko palcami w zupełnie przeciwnych kierunkach. Załamana zasłoniłam sobie oczy.
- Ech... Tracimy tylko z nimi czas. Chodźmy już, Ash - poprosiłam.
- Pika-pika-chu! - poparł mnie Pikachu.
Mój chłopak chciał posłuchać tej rady, kiedy nasi rozmówcy zastawili nam drogę.
- Zaczekajcie! - zawołał James - My tego co prawda nie wiemy...
- Ale wiemy, kto może wiedzieć - dodała Jessie.
Mieliśmy nadzieję, że te słowa nie są jedynie nędzną próbą przykucia naszej uwagi.
- Poważnie? A kto może to wiedzieć? - spytałam.
- To wie Caterpie! - zawołała Jessiedumm.
- Właśnie! Jeśli ktoś to wie, to tylko Caterpie! - poparł ją Jamesdamm.
- Zaprowadzimy was do niego!
- Właśnie! Zaprowadzimy!


I nim się obejrzeliśmy, to już oboje pchali nas w kierunku najbliższego gąszczu, także po minucie lub dwóch zauważyliśmy przed sobą wielkiego, halucynogennego grzyba, na którym to siedział ogromny Caterpie, pykający właśnie wodną fajkę.
- Kim jesteście? - zapytał nas Pokemon ludzkim głosem.
Mówił powoli i jakby tak ospale. Podejrzewałam, że taki wpływ ma na niego ta fajka wodna.
- Caterpie? - spytałam.
- Nie, Caterpie jam jest... Pytanie moje brzmi zaś... Kim jesteście wy?
- Jestem Serena, a to jest mój chłopak Ash - wyjaśniłam.
- Pika-pika!
- A to jest Pikachu - dodałam wesoło, wskazując dłonią na Pokemona.
- Rozumiem - pokiwał głową Caterpie, pykając dalej fajkę - Co was tu sprowadza, kochani?
- Chcemy znaleźć Białego Wigglytuffa - wyjaśnił słynny detektyw.
Pokemon wypuścił z ust spory kłębek dymu, po czym odparł:
- To ciekawe... Bardzo ciekawe... A ja myślałem, że szukacie siedziby Dżabbersmoka.
Nasze zdumienie sięgnęło zenitu, kiedy wypowiedział te słowa.
- Skąd to wiesz? - zapytałam.
- On wszystko wie! - zawołała Jessiedumm.
- Tak, bo to jest w końcu wielki Caterpie! On zawsze wszystko wie - dodał Jamesdamm.
- Właśnie! On zawsze wszystko wie!
- Nie inaczej, bo gdyby nie wiedział, to by nie wiedział, ale ponieważ wie, to wie.
Spojrzeliśmy uważnie na Caterpie, który pykał dalej fajkę, zaś z ust powoli wypuścił niewielki kłąb dymu, ten zaś ułożył się w kształt jakiegoś ponurego zamczyska.
- To właśnie siedziba Dżabbersmoka - powiedział Pokemon - Żeby się do niej dostać, musicie zdobyć mapę, jaką mają Smoczyca i Fałszywy Żółw, którzy mieszkają w zamku Królowej Kier.
Następnie Caterpie wypuścił z ust kilka kolejnych kłębów dymu, które powoli ułożyły się w kształty różnych postaci. Wydawały się one nam dość dziwnie znajome, ale nie mieliśmy czasu im się przyjrzeć, ponieważ szybko rozwiały się razem z wiatrem.
- A więc musimy zdobyć tę mapę od Smoczycy i Fałszywego Żółwia? - zapytałam.
- Dokładnie - pokiwał głową Pokemon, pykając dalej fajkę - Musicie ich przekonać, żeby dali wam mapę, co może nie być łatwe.
- Oczywiście, jeszcze by miało być łatwe - mruknęłam złośliwie.
Ash pokazał mi ręką, abym się uciszyła, po czym zapytał:
- Jeśli dobrze zrozumiałem, znajdziemy ich w pałacu Królowej Kier?
- Dokładnie tak - potwierdził Caterpie.
- Ale gdzie jest ten pałac?
- Biały Wigglytuff was zaprowadzi.
- Ale on zniknął nam z oczu - odezwałam się.
- Spokojnie - rzekł z uśmiechem Pokemon, dalej pykając powoli fajkę i chuchając na nas dymem - Znajdziecie go szybciej niż myślicie.
- Mógłbyś nie kopcić tego świństwa w naszej obecności? - spytałam, odganiając sobie dłonią dym.
Caterpie zachichotał delikatnie, po czym wskazał nam dłonią na alejkę naprzeciwko, na której to zauważyliśmy Wigglytuffa. Obserwował on nas uważnie, po czym podniósł nieco w górę swój zegarek, pokazując palcem na cyferblat, a następnie skoczył do przodu przed siebie.
- Za nim! - zawołał Ash.
- Pika-pika! - pisnął Pikachu.
Następnie cała nasza trójka w bojowym nastroju ruszyła biegiem przed siebie.

***


Po kilku minutach dobiegliśmy do jakieś ogromnej bramy otoczonej wielkim żywopłotem. Wówczas to nasz przewodnik ponownie zniknął, jak zresztą miał to w zwyczaju.
- No i co? Gdzie teraz mamy go szukać? - zapytałam.
- Nie mam pojęcia, ale być może przeszedł przez tę bramę - rzekł Ash, wskazując palcem na wyżej wspomniane miejsce.
- A co tam właściwie jest? - spytałam.
- Pika-pika? - dodał pytająco Pikachu.
- Pałac Królowej Kier - usłyszeliśmy nagle znajomy głos.
Kilka sekund później pojawił się przed nami Meowth z Cheshire, jak zwykle uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Pałac Królowej Kier? - spytał Ash - A więc wreszcie dotarliśmy do naszego celu!
- Jak najbardziej - powiedział Pokemon - Ale chyba macie jakiś mały taki problem z wejściem do środka, prawda?
- Jak tyś to odgadł? - burknęłam złośliwie, krzyżując ręce na piersiach.
Widocznie nauczyłam się złośliwości od Misty lub Dawn, ponieważ normalnie tak nie mówiłam, albo po prostu byłam już nieźle zmęczona tymi żartami mieszkańców tego dziwacznego miejsca.
- Nie mów tak, bo jeszcze go obrazisz i zniknie - szepnął do mnie Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - zgodził się z nim jego starter.
Na całe szczęście kotu ani to było w głowie.
- Spokojnie, naturalnie cię rozumiem, moja droga. Ale nie przejmuj się. Wszystko będzie dobrze. Wiem, jak tu wejść.
- Wiesz?! - zawołałam uradowana - A więc jak tu wejść?
- W bardzo prosty sposób - odpowiedział kot, po czym poszybował w kierunku bramy.
Następnie szarpnął on za małą gałąź, która tam rosła i wejście wówczas opadło niczym most zwodzony. Szybko odskoczyliśmy na bok, aby nas ono nie przygniotło.
- Przyznacie chyba, że prostszego wyjścia już nie ma - rzekł Meowth, szybując wesoło nad naszymi głowami.
- Przyznajemy - powiedziałam wesoło.
- Dobrze, Sereno... Idziemy tam! Dziękujemy ci, Meowth! - zawołał radośnie Ash.
- Tak! Dziękujemy! - dodałam.
- Pika-pika! - zapiszczał Pikachu.
- Drobiazg, nie ma sprawy. Powodzenia.
Po tych słowach kot zniknął w ten sam sposób, w jaki to zawsze zwykł czynić, zaś my powoli weszliśmy do środka. Zauważyliśmy wtedy piękny labirynt wycięty z żywopłotu, a co chwila widzieliśmy też drzewka wycięte w taki sposób, że przypominały one serca.
- Widać, że to Królowa Kier - powiedziałam dowcipnym tonem.
- Musi widocznie dbać o image - stwierdził nie bez złośliwości Ash.
Pikachu parsknął śmiechem, a my za chwilę do niego dołączyliśmy.
- Dobrze, chodźmy szukać naszej drogiej królowej - zdecydował mój chłopak, gdy już się naśmialiśmy.
Ruszyliśmy powoli przez labirynt, pomimo moich obaw, że możemy w nim zabłądzić. Na szczęście do tego nie doszło i dość szybko wyszliśmy z niego na polanę, gdzie wpadliśmy na kogoś, kto wyglądał jak Tracey, lecz jego ciało stanowiła karta do gry z głową oraz kończynami.
- Tracey?! - zawołałam zdumiona.
- Wybacz mi, moja pani, lecz najwidoczniej mnie z kimś mylisz - rzekł tajemniczy osobnik - Jestem Waletem Kier... Choć imię Tracey mi się nawet podoba, więc możesz tak do mnie mówić, jeśli ci na tym zależy.
- Dobrze, to cudownie - powiedziałam z ironią - No, ale tak czy inaczej czy możesz nam powiedzieć, gdzie znajdziemy Królową Kier?
- Nigdzie... Ona sama was znajdzie - padła odpowiedź.


Chwilę później dało się słyszeć dźwięki fanfar, zaś na polanę wkroczył cały orszak kart do gry, a wszystkie były wielkości człowieka. Wśród nich pojawiły się dwie osoby w ludzkiej postaci, ubrani w królewskie stroje. To byli Misty i Brock. Nauczona doświadczeniem tego, co wcześniej miało tu miejsce domyśliłam się, że muszą oni być Królową i Królem Kier.
- Na kolana! Szybko! - zawołał Tracey, po czym sam padł w ukłonie przed swoją władczynią.
Zanim jednak my zdążyliśmy to zrobić, królowa sama nas zauważyła. Podeszła więc w naszą stronę i spytała:
- Kim jesteście? I dlaczego się przede mną nie korzycie?
- Najdroższa moja, tylko spokojnie - powiedział jej mąż pojednawczym tonem - To pewnie jacyś turyści.
- Widzę to sama bez twoich głupich uwag, mój panie mężu - mruknęła Misty - Ale chcę wiedzieć, kim oni dokładniej są?
- Wybacz nam, Wasza Wysokość, że nie zdążyliśmy się zapowiedzieć, ale nie było takiej możliwości - odparłam delikatnie, lekko przy tym dygając - Przybyliśmy z daleka, aby prosić cię o pomoc.
- Tylko ty możesz nam pomóc - dodał Ash bardzo uprzejmym tonem, kłaniając się nisko kobiecie.
Widziałam, że miał on wielką ochotę parsknąć śmiechem widząc swoją przyjaciółkę w roli Królowej Kier, ale oczywiście był na tyle bystry, aby wiedzieć, że narażanie się tej kobiecie w takiej chwili nie byłoby mądre, zwłaszcza, iż posiada ona władzę ścinania ludziom głów, z której to władzy skwapliwie korzystała.
- A wolno wiedzieć, jakiej pomocy potrzebujecie? - zapytał Brock.
- Potrzebujemy wiedzieć, gdzie znajdziemy Smoczycę oraz Fałszywego Żółwia - odpowiedziałam.
- Hmm... To ciekawe - rzekł Król Kier - A czemu tak bardzo chcecie się z nimi zobaczyć?
- Posiadają oni mapę, której potrzebujemy.
- Mapę, powiadacie? To bardzo interesujące.
- Nawet bardzo - zaśmiała się Królowa Kier - Ale mam dla was pewną propozycję. Bardzo lubię rozrywkę. Więc jeśli pokonacie mnie podczas gry w krykieta, wtedy dam wam nakaz, aby Fałszywy Żółw i Smoczyca wydali wam mapę, jaka jest u nich pod strażą.
Wiedzieliśmy, że w ten sposób tracimy tylko cenny czas, ale przecież nie mieliśmy innego wyjścia. Musieliśmy przystać na jej warunki, choć cała sprawa była niezwykle trudna.
- Ciekawe, jak my mamy niby z nią wygrać? - zapytałam Asha, kiedy szliśmy razem na pole do gry.
- A niby co może być w tym trudnego? - zdziwił się mój luby.
- Chyba niezbyt dobrze pamiętasz książkę Lewisa Carrolla, kochanie moje. Zapominasz najwyraźniej, że w tej grze panuje tylko jedna zasada... Królowa Kier musi wygrać.
- Ulala... To niby jak mamy wygrać od niej mapę?
- No właśnie... To może być trudne.
Królowa Kier ustawiła się na swoim miejscu do gry. Wówczas to karty wyskoczyły szybko na pole, aby stworzyć swymi postaciami bramki. Chwilę później zauważyliśmy, jak kobieta bierze do ręki wielki młotek, którym to był Pokemon przypominający wyglądem flaminga. Przed nią zaś ustawił się mały Bulbazaur, zwijając się w kulkę.
- Patrzcie, kochani, jak to robi zawodowiec - powiedziała nam Misty, po czym trąciła tę prowizoryczną piłkę swoim prowizorycznym kijem, zaś bramki szybko podskoczyły tak, aby królowa mogła wygrać.
Kobieta wyraźnie była zachwycona.
- Doskonale... To teraz wasza kolej - powiedziała.
W jej głosie brzmiała wyraźna złośliwość, co wskazywało na to, iż nie wierzy ona w to, żeby się nam mogło udać. Prawdę mówiąc, my także jakoś nie wierzyliśmy w naszą szansę na wygraną w tych zawodach, jednak mimo to postanowiliśmy zaryzykować. Ostatecznie nic innego nam nie pozostało.
Pierwszy spróbował Ash, ale jego piłka trafiła tylko w jedną bramkę, po czym pozostałe szybko odskoczyły na bok, pewnie po to, aby mój luby nie miał możliwości zdobycia większej ilości punktów.
- Coś ci nie wyszło - zaśmiała się podle Królowa Kier - No dobrze... A teraz ty, moja śliczna.
Powoli podeszłam do wbitego w ziemię kija, a właściwie Pokemona robiącego za kij, po czym wzięłam go do ręki i spróbowałam nim uderzyć piłkę, jednak moje narzędzie gry wciąż robiło mi na złość, próbując mi się wyrwać z rąk.
- Przestań! Wcale mi nie ułatwiasz, wiesz?! - zawołałam ze złością.
- Coś mi mówi, że on chyba nie chce ułatwiać ci zadania - stwierdził Ash.
- Pika-pika-chu! - pisnął jego Pokemon.
- Co ty nie powiesz?! - mruknęłam złośliwie - No, ustaw się wreszcie do gry, ty głupi kołku!
Nie wiem, jak mi się to udało, ale w końcu uderzyłam swoim kijem w piłkę, jednak bramki szybko odskoczyły na bok tak, żeby nie trafił mi się żaden punkt. Królowa Kier uważała to za niezwykle zabawne!
- Myślę, że nie ma co dłużej się bawić w tę grę - zachichotała - Jak widzicie, nie macie ze mną najmniejszych szans.
- Tak, to prawda - powiedziałam załamanym głosem - Zwłaszcza, jeśli ktoś nie gra fair.


- Gra fair? - zachichotała Misty - A czy ja mówiłam, że będę grać fair? Jesteście naiwni, skoro tak myśleliście. Ale tak prawdę mówiąc, to strasznie mnie bawi ta wasza przeurocza naiwność.
- Może bawi cię ona do tego stopnia, aby podarować im to zezwolenie, o którym mówiłaś? - wtrącił Brock, a właściwie Król Kier.
Jego małżonka zastanowiła się przez chwilę.
- W sumie to czemu nie? Tak! Właśnie tak zrobię! W końcu miałam dzięki wam rozrywkę, jakiej chciałam zaznać.
Następnie zawołała ona Waleta Kier każąc mu, aby przyniósł jej kartę, pióro i atrament, a kiedy już je dostała, to Tracey nadstawił swoje plecy, w ten sposób służąc jej za podpórkę.
- Gotowe! - zawołała, zdejmując papier z grzbietu swego sługi.
Następnie Misty podała go nam i wówczas przekonaliśmy się, że mamy właśnie w ręku zezwolenie, aby oddać właścicielom tego pisma tego, czego oni sobie zażyczą.
- Ależ proszę... Macie, moi kochani prostaczkowie - powiedziała Misty wręcz uroczystym tonem - Mam nadzieję, że to wam pomoże. No, a teraz idźcie. Muszę wydać kilka wyroków śmierci.
Następnie zaczęła krzyczeć „Ściąć mu głowę“ oraz „Ściąć jej głowę“, wskazując raz za razem na kolejnych dworzan.
- Oj, ależ z niej wyrywna istota - powiedział z ironią Ash - W naszym świecie nie była aż tak żądna krwi.
- Na całe szczęście jej mąż odwoła wszystkie egzekucje - rzekłam po cichu do mego chłopaka.
Ten spojrzał na mnie uważnie, pytając:
- Jesteś tego pewna?
- Jak najbardziej, kochanie... Znam dobrze książkę, nie bój się.
- Ech... Przydaje się teraz twoja wiedza z literatury. Wielka szkoda, że moja nie jest tak wielka.
- Spokojnie... Ty masz wiedzę z innych dziedzin i to także jest bardzo przydatne.
Ash uśmiechnął się do mnie czule i pocałował mnie w policzek.
- Chodźmy więc, najdroższa.

***


Gdy opuściliśmy pole do gry w krykieta pojawił się przed nami Biały Wigglytuff. Uśmiechnął się do nas przyjaźnie i rzekł:
- Witajcie... Cieszy mnie, że was dogoniłem.
- Czego sobie życzysz, przyjacielu? - spytałam.
- Królowa Kier przysłała mnie tu, abym was zaprowadził do Smoczycy i Fałszywego Żółwia. Chodźcie za mną.
Następnie Pokemon zaprowadził nas na małą polanę, gdzie siedziały dwie dość niezwykłe istoty. Pierwszą była Iris z wielkimi skrzydłami na plecach, niezwykle bujną czupryną oraz długimi paznokciami. Drugą z kolei była May ubrana w wielką, żółwią skorupę.
- Witajcie, Smoczyco i Fałszywa Żółwico - przemówił Wigglytuff.
- Witaj, posłańcze - rzekła Smoczyca.
- Co cię do nas sprowadza? - zapytała Żółwica.
- Królowa Kier, która jest waszą władczynią, jak również i opiekunką - rzekł posłaniec - Ci ludzie mają od niej osobiste rozkazy.
- To prawda - powiedziałam.
- Oto polecenie od samej władczyni - dodał Ash, podając dziwacznym istotom dokument.
Smoczyca powoli przeczytała kartkę papieru, po czym podała ją swojej towarzyszce, która również się z nią zapoznała.
- Ciekawe... Bardzo ciekawe - powiedziała Żółwica - A więc czego od nas chcecie?
- Czego sobie życzycie? - dodała Smoczyca.
- Chcemy mapy prowadzącej do zamku Dżabbersmoka - wyjaśniłam w odpowiedzi na ich pytania.
Ledwie wypowiedziałam te słowa, a nasze rozmówczynie zadrżały ze strachu, zaś biały Wigglytuff również to zrobił, choć o wiele mniej niż one.
- Dlaczego właśnie tam chcecie się dostać? - spytała Żółwica May.
- Ponieważ musimy uwolnić kogoś, kto znajduje się tam w niewoli - powiedziałam.
- To bardzo ważne... - potwierdził Ash.
- Pika-pika-chu! - pisnął Pikachu.
May zasmuciła się bardzo, po czym zaczęła płakać.
- No i patrzcie tylko, co wyście narobili! - zawołała oburzonym tonem Smoczyca Iris - Zraniliście jej uczucia!
- Ale niby w jaki sposób? - spytałam zdumiona.
- Nie chcieliśmy tego, przepraszamy - dodał szybko Ash.
Żółwica tymczasem płakała dalej, ocierając sobie dłonią łzy, po czym powiedziała:
- O nieszczęśni głupcy! Czy nie wiecie, że każdy, kto idzie do zamku Dżabbersmoka nigdy stamtąd nie wraca?!
- To niestety prawda - kiwnęła smutno głową Smoczyca - Swego czasu Czerwona Królowa i Biała Królowa udały się tam i nigdy już nie powróciły.
- A kim one są? - zapytał Ash.
- Pika-pika? - dodał swoje pytanie Pikachu.
- Czerwona Królowa jest matką  naszej Królowej Kier - wyjaśnił Biały Wigglytuff - Z kolei Biała Królowa to jej siostra. Obie chciały odwiedzić Dżabbersmoka uważając, że nie jest on zły, tylko nieszczęśliwy i niestety nigdy już do nas nie wróciły.
- Chciały mu pomóc, a on je uwięził - powiedziała smutno May, wciąż płacząc.
- Albo nawet zabił - rzekła ponuro Iris.
- Czemu nikt nie próbował ich ratować?! - zapytałam zdumiona.
- Wielu śmiałków próbowało, lecz zginęli - wyjaśnił nam Wigglytuff - Nie chcemy, aby kolejnych to spotkało.
- Nie możemy więc dać wam mapy - odezwała się Żółwica - Bardzo mi przykro, ale to dla waszego dobra.
- Mamy rozkazy od Królowej Kier! - zawołałam oburzona - Musicie dać nam mapę! Rozumiem waszą troskę, ale potrzebujemy tej mapy i nic nas nie zatrzyma!
- Uwolnimy córkę Księżnej, a także innych więźniów Dżabbersmoka - powiedział uroczyście Ash - Wy zaś możecie nam w tym pomóc albo też spróbować nam przeszkodzić, lecz my i tak zrobimy swoje.
Wigglytuff, Żółwica oraz Smoczyca patrzyli na nas wzrokiem, który stanowił mieszankę strachu i dumy. W końcu May zasmucona otarła łzy z oczu, po czym sięgnęła po coś do swojej skorupy i wyjęła z niej zwiniętą w rulon kartkę papieru, mówiąc:
- Proszę... Oto mapa do zamku Dżabbersmoka.
Podeszła powoli w naszą stronę i podała ją Ashowi, który to szybko ją rozwinął.
- A więc nie mamy czasu! Ruszajmy ratować więźniów! - zawołał.
- Możecie jeszcze zmienić zdanie - powiedziała smutno May.
- Właśnie! W końcu co was obchodzi los tych wszystkich więźniów smoka? - dodała Iris zdumionym głosem - Przecież nawet ich nie znacie.
- Być może, ale nie możemy zostawić ich w potrzebie - odparłam.
- Pika-pika! - zapiszczał bojowo Pikachu.
- No właśnie! - zawołał Ash - Nie ma to tamto! Będziemy walczyć do samego końca!
Cała trójka naszych rozmówców widząc, iż w żadnym razie nie zdołają na nas wpłynąć, życzyła nam powodzenia i szczęścia w naszej misji.
- Przyda się wam ono - mruknęła ponuro Iris.
- Nie ma to jak optymizm, co nie? - zaśmiałam się delikatnie, gdy już ruszyliśmy w drogę.


Nie uszliśmy jednak daleko, ponieważ nagle, zupełnie niespodziewanie zmaterializowała się przed nami głowa Meowtha z Cheshire.
- A więc, jak widzę, ruszacie w dalszą drogę? - spytał kot.
- Nie inaczej - potwierdziłam - I nie próbuj nam w tym przeszkodzić dowodząc logicznie, że nasza misja jest wręcz samobójcza!
- No właśnie! - krzyknął Ash - Nie możemy w żadnym razie zostawić więźniów Dżabbersmoka samych! Honor nam na to nie pozwala!
- Pika-pika! - pisnął bojowo Pikachu.
- Rozumiem i wcale nie zamierzam was zatrzymywać - zaśmiał się kot, szczerząc przy tym cały komplet swoich śnieżnobiałych zębów.
- Naprawdę? A więc co zamierzasz? - spytałam.
- To proste - rzekł Pokemon, wirując wesoło nad naszymi postaciami - Zamierzam dać wam teraz pewną wskazówkę, która pomoże wam pokonać Dżabbersmoka.
- Poważnie? - spytałam - A jaka to wskazówka?
Kot zrobił uroczystą minę, po czym przemówił wierszem:

Znajdź oręż, co w skałę jest wbity.
Niech jego blask niczym sto zniczy
Ciemności rozjaśni wokół was.
Niech miodowłosej przyjdzie czas.
Niechaj to, co większe z małego tworzy
Jej posłuży, aby leczyć tych, co są chorzy.
Zniszczcie, co zbędne na ciele wroga,
A wtedy wszelkie zło ogarnie trwoga
I opuści na zawsze to, co opętało.
Rycerz z długim lokiem niech do boju rusza,
A jego strażnik wrogów bojowo przydusza.
Tylko razem bowiem dokonać mogą tego,
Co przepowiedziano już od wieku dawnego.


Spojrzeliśmy zdumieni na kota, gdy wypowiadał on te słowa.
- I tylko tyle nam powiesz? - spytałam.
- A to za mało? - uśmiechnął się do nas Meowth - Więcej wskazówek nie mogę wam powiedzieć.
- Dlaczego?! - jęknęłam załamanym głosem - Dlaczego nie chcesz nam nic więcej powiedzieć?
- I czemu wiecznie mówisz zagadkami? - dodał zasmucony Ash.
- Pika-pika?! - pisnął pytająco Pikachu.
Meowth zachichotał delikatnie.
- Ponieważ jestem kotem, moi kochani. Nie wiecie, że koty nigdy nie mówią niczego wprost? Taką mamy naturę. Zagadkową.
Po tych słowach Pokemon delikatnie zachichotał, a następnie powoli zniknął nam z oczu.
- No i cóż... Znowu zostaliśmy sami z naszymi problemami.
- To prawda - zgodził się ze mną Ash - Ale też mamy siebie nawzajem, jak również mamy u naszego boku Pikachu.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał jego starter.
- No właśnie - dodał mój chłopak - Więc nie mamy się czego obawiać, póki mamy siebie nawzajem.
- Tak... Masz rację... - skinęłam potakująco głową, a na mojej twarzy zagościł radosny uśmiech - Dopóki mamy siebie, nic nam nie jest straszne.


C.D.N.



Przygoda 130 cz. IV

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. IV Robin powoli otworzył oczy i poczuł, jak ostry ból przechodzi przez całą jego głowę. Złapał się za ni...