poniedziałek, 26 października 2026

Przygoda 131 cz. II

Przygoda CXXXI

Do boju, młodzieży cz. II


W miasteczku Alabastia odbywała się właśnie wielka uroczystość. Do tego pięknego miasta w regionie Kanto przyjechało wesołe miasteczko. Nie była to zbyt częsta atrakcja w tej okolicy, dlatego też należało korzystać z okazji, aby tam się znaleźć i nacieszyć w pełni niesamowitą paradą atrakcji, jakie ona ofiarowywała. Nie zdziwi zatem na pewno nikogo z was, kiedy wam powiem, że niemal wszyscy mieszkańcy Alabastii przybyli do wesołego miasteczka i angażowali się w to, co to miejsce przygotowało dla zainteresowanych. A było z czego wybierać. Jedni ludzie mogli rzucać piłką do butelek, drudzy rzucać na butelki obręcze, trzeci strzelać do poruszających się tarcz, jeszcze inni jeździć na kolejce górskiej, samochodzikami, na diabelskim młynie, pozwiedzać Dom Luster czy Dom Strachu albo wziąć udział w jeszcze wielu innych atrakcjach. Było z czego wybierać. Dla każdego było coś miłego. Każdy człowiek mógł tu znaleźć coś dla siebie.
Nie mogło w nim też zabraknąć również naszych dzisiejszych bohaterów, a była nim czwórka dzieci w wieku około dziesięciu lat lub trochę więcej. Były to dzieci naprawdę wyjątkowe. Chłopiec imieniem Kurt, który pochodził z latającej w okolicach regionu Kanto wyspy Laputa, dziewczynka z okolicznego miasteczka imieniem Taylor, a także dwoje bliźniąt o imionach Ash i Ashley. Ci to dopiero byli niezwykli i to pod każdym możliwym względem. O ile Kurt i Taylor byli dziećmi z rasy ludzkiej, to Ash i Ashley nie mogli tego o sobie powiedzieć. Ta dwójka była istotami morskimi, trytonem i syreną w ludzkich postaciach. Ich rodzice też byli trytonem i syreną, nosili imiona Nik i Adela. Dla kogoś, kto tego może jeszcze nie wie, syreny i trytony posiadają niezwykłe umiejętności. Gdy są na lądzie, potrafią bez większych trudności przybrać postać ludzką i poruszać się zupełnie jak ludzie i żyć tak jak ludzie. Jednak nie należało oblewać ich wodą, ponieważ w takiej oto sytuacji mogli ponownie przemienić się w swoje morskie postacie, a to mogłoby im nieco utrudnić życie, przynajmniej do chwili, w której się wysuszą i znowu się nie przemienią w ludzi.
Ale spokojnie, ten wątek nie pojawi się w naszej opowieści, choć moglibyście pomyśleć inaczej. Smaczek ów został poruszony dlatego, aby wszystko, co wam powinno być wiadome... Było wam wiadome. Tak po prostu. A zatem, możemy się już zabierać za początek naszej opowieści.
Wesołe miasteczko oferowały swoim gościom cały szereg świetnych zabaw i atrakcji. A ponieważ każdy mógł tu znaleźć coś dla siebie, to nic chyba dziwnego w tym, że nasza urocza czwórka również znalazła tu coś, co jej się spodobało. Tak dobrze się tu bawili, jak nigdy dotąd. Choć uczciwie trzeba powiedzieć, że nie tyle zabawę im zapewniały same atrakcje, co fakt, iż mogli bawić się wspólnie.
- Świetna zabawa, co nie? - zapytała Taylor swoich przyjaciół.
Dziewczynka wcinała właśnie watę cukrową na patyku, która ewidentnie jej smakowała, ponieważ zajadała się nią z ogromnym smakiem, rozkoszując się przy tym faktem, jak ona jest słodka.
- No pewnie, że świetnie - odpowiedziała jej Ashley - Wiesz, pod wodą nie mamy aż tyle atrakcji.
- Nie przesadzaj. Atrakcji mamy niekiedy co niemiara - stwierdził dowcipnie Ash - Pamiętasz, jak walczyliśmy z wiedźmą Morganą?
Ashley lekko się zmieszała i odpowiedziała:
- Weź mi nawet nie przypominaj. Nie cierpię tej wiedźmy i źle wspominam to spotkanie.
- Źle wspominasz? Przecież nic nam się nie stało. A przede wszystkim, jakoś sobie z nią poradziliśmy.
Ashley popatrzyła na brata ironicznie i odpowiedziała mu:
- My sobie poradziliśmy? Wiesz, nie chcę odbierać ci pewności siebie, ale to chyba nie my sobie z tą wiedźmą poradziliśmy, tylko twój imiennik, Ash Ketchum i jego ukochana Serena.
Ash zmieszał się lekko. Tak, była to rzeczywiście prawda, ponieważ prawdą było to, iż to nie oni wygrali starcie z wiedźmą Morganą na Łebie, tylko słynny i dzielny trener Pokemonów, Ash Ketchum, będący również znanym detektywem. Pomogła mu w tym jego dziewczyna Serena Evans (obecnie będąca jego żoną), a także Nik i Adela, a mali Ash i Ashley w walce tej nie odegrali nazbyt wielkiej roli. Oczywiście chłopiec dobrze to wiedział, ale uznał, że najlepiej jest mówić innym o tym, iż cała ta sprawa wygląda nieco inaczej i on sam odegrał tam sporą rolę. W końcu, kto to niby sprawdzi? A ponadto, sam miał sobie za złe, iż nie miał wtedy możliwości się wykazać. Uważał do tego, że ponieważ on i jego siostra otrzymali imię od Asha Ketchuma, to powinni się wykazać podczas walki ze złem, a już na pewno on powinien to zrobić.
Jeśli mowa o imieniu, to muszę tu wyjaśnić, iż rzeczywiście tak było. Mama naszych bliźniąt, syrenka Adela miała ogromną sympatię do Asha Ketchuma, a nim poznał on Serenę, mieli nawet oboje coś na kształt platonicznego romansu. Choć było to dawno, Adela nigdy nie zapomniała Asha i na jego cześć nazwała swoje dzieci. Nik nie miał nic przeciwko temu, ponieważ wiedział, że żona go kocha i że wspomnienie Asha nie jest dla niej wspomnieniem wielkiej miłości, a jedynie dość ciepłym wspomnieniem dobrego przyjaciela. Pomógł tu również fakt, iż Ash był w związku z Sereną i to udanym związku, dlatego Nik nie miał powodu się obawiać, aby młody Ketchum odbił mu ukochaną. Tak więc, podsumowując, bliźnięta Adeli i Nika dostali imię po dzielnym chłopaku, który przeżył z Adelą pewną naprawdę niesamowitą przygodę, a potem wraz z nią i jej mężem miał jeszcze kilka przygód    i który był obecnie bohaterem Kanto i innych regionów, których rozwiązał wiele zagadek i zdołał kilka razy ocalić świat. Był niemalże prawdziwą legendą, a już w każdym razie w oczach swoich przyjaciół, dlatego niejeden z nich marzył o tym, aby mu dorównać. Takie marzenie również posiadał Ash, syn Adeli i Nika, brat bliźniak Ashley. Marzył o tym, aby pokazać, iż jest godzien tego imienia i może mu dorównać. Kto wie? Może podczas tej historii zdoła tego dokonać. Jeszcze się to zobaczy.
- No dobra, Ashley. Być może i rzeczywiście tak właśnie było - powiedział Ash pojednawczym tonem - Ale przecież zawsze przy następnej przygodzie oboje się możemy wykazać.


Ashley popatrzyła dowcipnie na brata i odparła:
- Może się wykażemy, może nie? Ja tam nie jestem fanką tego, aby się tak na siłę popisywać.
Stojący przy jej nodze Squirtle, który właśnie wcinał jakiś łakoć, powiedział coś w swoim języku, co ewidentnie wskazywało na to, iż się z nią zgadza.
- Na siłę? A kto powiedział, że na siłę? - odpowiedział jej brat bliźniak - My nie musimy nic robić na siłę. Możemy po prostu wykorzystać sytuację i kiedy się taka nam nadarzy i pokazać, na co nas stać.
Charmander, jego starter, który jadł właśnie gofra, zapiszczał coś po swojemu i zrobił to w takim stylu, że można było się domyśleć, iż podobnie jak jego trener, on także marzy o tym, aby się wykazać.
Taylor popatrzyła na chłopaka i jego Pokemona wesoło, mówiąc:
- Dobra, dobra. Możecie sobie próbować, jeżeli naprawdę tego chcecie, ale to nic wam nie da. Tak naprawdę, mojemu bratu nie dorównacie, choćbyście nawet na głowie stanęli.
Taylor nazywała niejeden raz Asha „swoim bratem”, ponieważ jego ojciec i jej mama od dawna się spotykali i planowali wziąć ślub, a zatem niedługo mieli się stać prawdziwą rodziną. Dlatego też dziewczynka wychodziła z założenia, że może tak właśnie tytułować Asha i traktować go w taki sposób, jakby był on jej starszym bratem. Sam zainteresowany nie miał nic przeciwko temu, pod warunkiem, że jego przybrana siostrzyczka nie próbowała na siłę go gloryfikować i robić z niego jakieś bóstwo, ponieważ chwilami go to peszyło i powodowało u niego pewne poważne zawstydzenie. Oczywiście, trzeba tu wyjaśnić, że Ash Ketchum nie miał nigdy nic przeciwko temu, aby go chwalono. Jak chyba każdy człowiek na świecie, nie tylko lubił pochwały, ale też cieszył się, że na nie zasłużył. Ale też nie był nigdy na tyle próżny, aby miał chwalić się na prawo i lewo swoimi osiągnięciami, jak i też nigdy nie oczekiwał od swoich przyjaciół, aby ci go wychwalali pod niebiosa. Sam wiele razy przyznawał, że jakąś sprawę mógłby poprowadzić lepiej, co widział obecnie, z perspektywy czasu albo też inaczej mógł postąpić wtedy, kiedy popełnił błąd. Ale tak czy inaczej, bardzo lubił on Taylor i nie miał nic przeciwko, że ta nazywa go już teraz swoim starszym bratem, pod warunkiem, iż nie próbowała robić z niego chodzącej gwiazdy i popisywać się pokrewieństwem z nim. Bo ten aspekt relacji, jakie ich łączyły, zdecydowanie go nie cieszył. Taylor zdawała sobie z tego sprawę, ale też nie do końca przejmowała się tym faktem i popisywała się niejeden raz, jak dobrze zna ona Asha Ketchuma. Więcej, pozwalała sobie nawet na to, że chwaliła się tym wszystkim i lubiła czerpać z tego pewne profity, jak zachwyt innych za to, iż jest przybraną siostrą tego sławnego detektywa.
Jak więc widać, dziewczynka była zachwycona Ashem Ketchumem i nie była wcale zachwycona tym, że ktokolwiek chwalił się tym, że może mu dorównać. Zaś mały Ash obruszył się lekko. Jego miłość własna została teraz poważna urażona, a on nie zamierzał tego tak po prostu darować.
- No wiesz? Naprawdę uważasz, że nie mam szans dorównać twojemu bratu, którego wszyscy oczywiście podziwiamy?
Taylor popatrzyła ironicznie na Asha i odpowiedziała:
- A co? Uważasz, że mu dorównasz?
- A ty uważasz, że nie mógłbym mu dorównać? - spytał chłopak.
Dziewczynka spojrzała na chłopaka ironicznym wzrokiem, po czym odparła dość złośliwym tonem:
- Dorównać mu możesz, ale chyba jedynie we śnie. Ashowi Ketchumowi nikt nie dorówna i im szybciej się z tym pogodzisz, tym lepiej.
- Ona ma rację. Jemu nikt nie dorówna - powiedziała Ashley - Braciszku, nie chcę ci dowodzić, że jesteś nic nie wart, bo to nieprawda, ale na co ty liczysz? Że bez trudu dorównasz naszemu idolowi?
- Nie mówię, że bez trudu, ale chciałbym tego dokonać - odparł Ash - Bardzo bym tego chciał. Pomyślcie tylko. Noszę imię wielkiego człowieka! Prawdziwego bohatera! Zrozumcie! To wysoko postawiona poprzeczka! Bardzo chciałbym móc ją przejść. Chciałbym osiągnąć ten cel! Chciałbym zostać bohaterem!
To mówiąc, Ash przybrał nieco bohaterską pozę, jakby pozował do posągu, który miano właśnie wyrzeźbić. Taylor i Ashley spojrzały na niego ironicznie, zaś druga z nich powiedziała:
- No, jak tam chcesz, ale ja osobiście, jeżeli mnie pytacie, chcę się po prostu dobrze bawić i tobie też to radzę.
W całej tej rozmowie, jedynie Kurt nie brał udziału i to głównie dlatego, że był on niemową. Od urodzenia mówił jedynie za pomocą języka migowego, ale też nie słyszał, co jednak ostatnio się zmieniło dzięki interwencji przyjaciół w osobach Latiosa i Latias, dwójki potężnych Pokemonów obdarzonych naprawdę ogromną mocą pozytywnej energii, która była w stanie wiele dokonać. Co prawda, nie dała ona chłopcu zdolności mówienia, ale nie miało to większego dla niego znaczenia, gdyż możliwość słyszenia wszystkiego wokół siebie, która wiązała się z tym, że był w stanie w miarę możliwości normalnie żyć, była dla niego najważniejsza i nie domagał się od losu niczego więcej. Zadowolony zajadał właśnie swojego loda, a siedzący u jego boku Pikachu wcinał właśnie jabłko.
- No dobrze, mój przyszły bohaterze - powiedziała po chwili Taylor do Asha - Jak będzie okazja się wykazać, to jestem pewna, że z niej skorzystasz, ale teraz to nie ma znaczenia. Teraz mamy wesołe miasteczko i powinniśmy się na nim dobrze bawić, a nie rozważać, co będzie, gdy się nam trafi okazja do wykazania się.
Kurt uśmiechnął się do niej i pokiwał głową na znak, że podziela to zdanie i już po chwili cała trójka nie myślała o tym, czy będą mieli okazję się wykazać, czy też nie i od razu wrócili do zabawy. Nawiasem mówiąc, nie mieli wtedy jeszcze ani cienia podejrzeń, że okazja do tego, aby się wykazać, nadarzy im się i to znacznie szybciej niż mogliby przypuszczać. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Dzieci bawiły się bardzo dobrze, biorąc udział w atrakcjach przygotowanych przez twórców tego wesołego przedsięwzięcia. Ash wykazał się podczas rzucania piłką do puszek, Ashley udało się rzucić obręcz na butelkę, Taylor sprawdziła się w łowieniu nagród na wędkę, a Kurt trafił do celu ze strzelby wiele razy i udało mu się wygrać pluszowego Teddyursę, którego zadowolony dał Taylor. Dziewczynka obdarzyła go za to promiennym uśmiechem i pocałunkiem w policzek, na co ten uroczy chłopiec niemowa zareagował rumieńcem.
- Widzicie? Wykazaliśmy się wszyscy! - zawołała radośnie Ashley.
- Tak, ale wiecie, że nie o takie wykazanie się mi chodziło - odparł Ash, jakby niezbyt zadowolony z tego powodu, że jego siostra nieco spłyca tak poważny dla niego temat.
- Spokojnie, jeszcze się wykażesz, zobaczysz - odpowiedziała Taylor.
Zadowolona zrobiła kilka kroków do przodu, kiedy nagle poczuła, że wpadła na kogoś. Na jakiegoś dorosłego. Upadła na ziemię, a jej pluszak wyleciał z jej rąk. Dziewczynka jednak szybko zerwała się na równe nogi i zaczęła szukać wzrokiem swego pluszaka. Gdy go dostrzegła, sięgnęła po niego ręką, ale wtedy stało się coś niespodziewanego. Zauważyła, że po pluszaka schyla się jakiś wysoki nastolatek o blond włosach, ubrany w białą koszulkę i niebieskie dżinsy. Na głowie miał czapkę z daszkiem z jakimiś znaczkami. Zadowolony popatrzył na pluszaka i powiedział:
- To chyba twoje, zgadza się?


Po tych słowach, lekko pochylił się w kierunku Taylor i podał jej maskotkę. Dziewczynka odebrała swoją własność i odpowiedziała:
- Dziękuję. Tak, to mój Teddyursa. Wygrał go dla mnie Kurt.
To mówiąc, wskazała dłonią na swojego przyjaciela, który uśmiechnął się do nastolatka przyjaźnie. Ten odwzajemnił ów uśmiech i powiedział:
- Widzę, że masz naprawdę talent, jeżeli udało ci się wygrać tego pluszaka dla swojej dziewczyny.
Kurt zachichotał, rozbawiony tym, co właśnie usłyszał, zaś Taylor lekko się tak jakby zmieszała i pospieszyła z wyjaśnieniami:
- Nie, nie, nie! To nie tak! - odpowiedziała wesoło - My nie jesteśmy parą!
- Jaka szkoda. Wyglądacie na bardzo zakochanych - odezwał się nagle czyiś przyjazny głos.
Słowa te wypowiedziała dziewczyna, również nastolatka, prawdopodobnie w wieku chłopaka, który ich zagadał. Była to śliczna blondynka o niebieskich oczach i kształtnym nosku, ubrana w niebieską sukienkę, w której tak nawiasem mówiąc, było jej bardzo do twarzy. Podeszła ona do blondyna i powiedziała:
- Widzę, że trochę uprzedzasz fakty, Gancham. Ta oto urocza dziewczynka nie jest jeszcze dziewczyną tego uroczego chłopca.
- Jeszcze! To bardzo dobre słowa, Janet - odpowiedział dziewczynie chłopak - „Jeszcze” to słowo, które nie oznacza, aby nie miało to nastąpić.
Taylor chciała już coś powiedzieć, ale znowu się zarumieniła i nic na to nie odpowiedziała. Rzuciła tylko wesoło:
- Ja teraz nie myślę o chłopaku. Ja tylko chcę się dobrze bawić.
Janet popatrzyła na nią wesoło i odparła:
- I bardzo dobrze. Masz rację, że jeszcze nie myślisz o chłopakach. Uwierz mi, że z takiego myślenia rzadko kiedy wychodzi coś dobrego.
- A ty masz chłopaka? - zapytała Ashley, podchodząc nieco bliżej.
Janet zarumieniła się lekko i spojrzała z uwagą na Ganchana, który delikatnie się zaśmiał i złapał ją czule za rękę. Dziewczyna była nieco zaskoczona tym, co on właśnie zrobił, ale nie protestowała. Uśmiechnęła się i powiedziała:
- Oczywiście, że mam. I uwielbiam przebywać w jego towarzystwie, bo nie ma nikogo tak uroczego, jak on.
- No, ja tam znam paru uroczych chłopaków - zauważyła Taylor - Chociażby Ash Ketchum, mój starszy brat.
Jej towarzysze skinęli głowami, potwierdzając jej słowa. Janet jednak lekko zdumiona spojrzała na dzieci i zapytała:
- Ash Ketchum? A kto to taki?
Taylor wyglądała tak, jakby ktoś właśnie jej powiedział, że nie wie, iż Ziemia jest okrągła, a nie płaska. Jej zdumienie sięgało zenitu i już miała coś powiedzieć, kiedy nagle zrozumiała, że najwidoczniej ich rozmówcy nie zdają sobie sprawy z tego, kim jest Ash Ketchum, ponieważ mogą pochodzić z zupełnie innego terenu niż region Kanto, dlatego mogli zadać takie pytanie. Dlatego nie powiedziała nic, choć początkowo chciała to zrobić. Jednak mały Ash zupełnie inaczej podszedł do całej tej sytuacji, gdyż głośno powiedział:
- Jak to?! Jak możecie nie wiedzieć, kim jest Ash Ketchum?! Przecież to jest największy na świecie detektyw, a do tego rewelacyjny trener Pokemonów! To jest bohater, który ocalił świat i to kilka razy! Mówię wam! W całym Kanto nie ma za wielu ludzi sławniejszych od niego.
Janet uśmiechnęła się do chłopca życzliwie i powiedziała:
- Wybaczcie, proszę. Nie jesteśmy stąd i nie wiemy wszystkiego o tym, jacy są wasi bohaterowie i jak bardzo są tu znani.
- Wiedziałam. Oni nie są stąd - powiedziała w myślach sama do siebie Taylor, a głośno dodała: - W porządku, ale powinniście poprawić ten błąd i dowiedzieć się czegoś więcej na jego temat. Bo widzicie, to mój brat.
- Twój brat? - zapytał zainteresowany Ganchan.
Taylor zadowolona uśmiechnęła się do nastolatka i już miała coś mu na ten temat odpowiedzieć, kiedy pierwsza zrobiła to Ashley.
- No, tak nie do końca. Ash Ketchum jest jedynie przybranym bratem naszej przyjaciółki, ale traktuje ją jak młodszą siostrę.
Taylor spiorunowała ją wzrokiem, a dziewczynka rozłożyła zdumiona ręce na znak, że nie wie, o co chodzi jej przyjaciółka. Ta zaś była lekko obruszona faktem, iż ktoś ujawnił ten fakt, który wszystko jej utrudniał. Ona sama zdecydowanie o wiele bardziej cieszyłaby się, gdyby wszyscy widzieli w niej autentyczną siostrę słynnego detektywa. Wtedy w oczach tych nieznajomych zdecydowanie bardziej by urosła i mogłaby się nieco popisać, co jak już wiemy, bardzo lubiła. Tak więc Ashley niestety, o czym nie miała pojęcia, pomieszała jej szyki.
Ganchan i Janet jednak uśmiechnęli się życzliwie do dzieciaków i wyraźnie zachowywali się tak, jakby uznali, że to nie ma żadnego znaczenia, czy Ash był rzeczywiście bratem Taylor, czy tylko tytularnie. Ważne było to, że dziewczynka go zna i że ów Ash Ketchum musiał być kimś w rodzaju miejscowego celebryty i to nie takiego, który się popisuje i nic specjalnie nie robi, aby na to miano sobie zasłużyć, a takim posiadającym nie tylko sławę, ale również powody do tego, aby tą sławą się cieszyć. A to było już wystarczające do tego, aby sobie zasłużyć na wyraźne zainteresowanie.
- No, prawdziwą siostrą czy przybraną, to nie ma znaczenia - powiedziała na rewelację Ashley Janet - Liczy się jedynie to, że jest on bratem jednej z was i to, że wszyscy tu bardzo dobrze go znacie, a my nie.
- I bardzo chcielibyśmy to nadrobić, jeśli jest taka możliwość - dodał wesoło Ganchan - No właśnie. Jest taka możliwość?
- Możliwość jest, ale chwilowo utrudniona - powiedział Ash - Bo jego teraz nie ma w Alabastii.
Ganchan i Janet wyglądali na poważnie zasmuconych tym faktem.
- Och, jaka szkoda - powiedziała Janet - Bo bardzo chętnie byśmy go poznali, ale skoro teraz to niemożliwe, będziemy musieli odłożyć to na inny czas.
- Zupełnie jak my wykazanie się - mruknął Ash.
Nikt nie zwrócił na niego uwagi.
- A nie wiecie, kiedy będzie znowu w Alabastii? - zapytała Janet.
- Niestety, tego nie wiemy - odpowiedziała Ashley.
- Ale jak coś, to chwilowo przebywa on w Wertanii, stolicy Kanto - wyjaśniła nowo poznanej parze Taylor - Możecie się tam wybrać, jeśli chcecie.
Ganchan i Janet uśmiechnęli się przyjaźnie i mieli już coś odpowiedzieć na tę propozycję, kiedy nagle coś innego przykuło ich uwagę. Tym czymś było stoisko z ustawianymi w różne piramidki butelek, do których można było rzucać piłeczkami. Przy stoisku tym stali dwaj osobnicy. Jeden z nich to był wysoki chudzielec o dość dużym nosie, cienkich wąsikach, dużych dwóch przednich zębach wystających mu z ust, czarnych włosach i nieco mizernej postaci. Miał on na sobie strój biały w czerwone paski, a jego głowę zdobił słomkowy kapelusik. Drugą osobą był kolejny mężczyzna, ale mający fioletowe włosy i podobnego koloru oczu. Jego strój różnił się w niewielkim tylko stopniu od stroju jego współpracownika, ale miał pod szyją zawiązaną zieloną muszkę w zielone grochy. Obaj stali obok siebie i nawoływali głośno klientów do swojego stoiska.


- Zapraszamy serdecznie! Tylko u nas niesamowita okazja! Możecie wygrać różne nagrody dla siebie lub swoich bliskich w rzucaniu do celu piłeczką! Tylko u nas dziś taka okazja! Podchodźcie śmiało! Próbujcie, niewiele to kosztuje!
Obaj mężczyźni wołali na przemian i zachęcali kolejnych gości do swojego stoiska. Ganchan i Janet popatrzyli na nich uważnie, po czym oboje zrobili miny pełne zdumienia oraz lekkiego niepokoju, co oczywiście nie umknęło uwagi naszej uroczej czwórki. Jednak Ganchan i Janet szybko otrząśli się z tego lekkiego szoku i spojrzeli na swoich rozmówców przepraszająco.
- Wybaczcie, ale musimy już iść - powiedział Ganchan - Chcemy wziąć udział w zabawie i może coś uda nam się wygrać.
- Życzymy powodzenia - odpowiedział im Ash i spojrzał na przyjaciół - My też mamy jeszcze sporo miejsc tutaj do zobaczenia i wiele atrakcji do odhaczenia.
Kurt skinął głową i pokazał dłonią na Dom Strachu, który najwyraźniej chyba najbardziej ze wszystkich go zainteresował. Jego przyjacielu przyznali, że to jest ciekawy pomysł, więc udali się tam, pożegnawszy wcześniej właśnie poznanych przez siebie znajomych. Gdy już stanęli przed wejściem do tej atrakcji, to od razu ich przywitali dwaj dziwacy. Jednym z nich był mało atrakcyjny grubas z zarostem na twarzy i sporymi mięśniami, dość głupkowato się uśmiechający, ale starający się wyglądać naprawdę sympatycznie. Drugim był jakiś karzeł z wielką brązową szopą na głowie i okularach, mówiący nieco cienkim głosem.
- Chcecie pozwiedzać Dom Strachów? - zapytał jeden z nich.
- Uprzedzamy, tam jest naprawdę strasznie, a jak raz się tam wejdzie, to nie ma bata i trzeba przejść przez wszystkie atrakcje, które tam są - dodał drugi.
Dzieciaki oczywiście w żaden sposób to nie zniechęciło, podobnie zresztą też, jak ich Pokemony, dlatego od razu kupili bilety i weszli do środka Domu Strachów, a w jego wnętrzu zmierzyli się z najróżniejszymi strachami, jakie tylko były tam przygotowane. Wymienić je wszystkie jest niemożliwe, ale myślę, że śmiało by można powiedzieć, iż było ich dużo i każde z nich jeszcze bardziej przerażające niż poprzednie. Dzieciaki jednak nie były żadnymi strachami przerażone. Były już nieco zahartowane, jeżeli chodzi o różne strachy i niepokoje. Widzieli już podczas swoich przygód, przeżytych u boku Asha Ketchuma takie rzeczy, że te wszystkie dosyć zwariowane atrakcje Domu Strachów wydawały się być dosyć dziecinnymi igraszkami. Bo niby jak to wszystko miało się równać z walką z wiedźmą Morganą czy zetknięciem z tą mięsożerną rośliną króla Edgara na Lapucie, nie mówiąc już o tych wszystkich przestępcach, jakich pokonał Ash Ketchum, a czego świadkami byli od czasu do czasu właśnie nasi bohaterowie? Biorąc to wszystko pod uwagę, to atrakcje Domu Strachów, chociaż były naprawdę ciekawe, nie były w stanie ich porządnie przestraszyć. Raczej ich rozbawiły, ale dzięki temu też cieszyły.
Po wyjściu z Domu Strachów, cała czwórka udała się do kolejnej atrakcji, a tą był Namiot Wróżki Jessieliny. Namiot ten był wielki i koloru czerwonego, a przed nim znajdowała się wielka tablica z napisem „Wróżka Jessielina prawdę ci powie”. Tuż koło owej tablicy stała elegancka blondynka w seksownej sukience i z dosyć dużymi czerwonymi okularami zdobiącymi jej twarz. W zasadzie, to nie były tak naprawdę okulary, co bardziej maska zakrywająca sporą część twarzy, ale dodająca jej uroku.
- Zapraszam serdecznie do wróżki Jessieliny! Zapraszam serdecznie! Prawdę wam ona powie! Wszystko wie, wszystko widzi i wszystko przepowie!
- Wszystko przepowie? - zainteresował się tym, co właśnie usłyszał Ash.
Widać było po jego twarzy, że bardzo go to ciekawi i jest tym zainteresowany. Zapewne wciąż chodziła mu po głowie chęć dowiedzenia się tego, czy on i jego przyjaciele będą mieli możliwość wykazać się i udowodnić swojego bohaterstwa i czy to im się uda? Dlatego niemalże od razu napalił się na pomysł, aby odkryć ten aspekt swojej przyszłości. Co do jego przyjaciół, nie byli oni aż tak zainteresowani tym wszystkim, uważając, że nie ma to większego znaczenia, ponieważ co ma być, to będzie i oni sobie jakoś z tym poradzą. Ale skoro Ash się uparł, to trudno było go przekonać do zmiany zdania. Pod tym względem bardzo przypominał on Asha Ketchuma, choć jego upór był raczej cechą pozytywną i raczej prowadził do tego, że ostatecznie, pomimo różnych trudności, w końcu osiągał cel. Co do jego małego imiennika, to trudno było jak na razie powiedzieć, czy upór młodego człowieka był pozytywną cechą, czy może raczej negatywną.
Tak czy siak, cała czwórka uroczych dzieciaczków ostatecznie zdecydowała się wejść do namiotu wróżki Jessieliny. Zastali ją tam w środku. Siedziała ona na krześle przed stolikiem, na której stała kryształowa kula, a także zestaw kart. Sama wróżka wyglądała dość niezwykle. Była to wysoka, ruda młoda kobieta ubrana w strój Cyganki i z wielkimi okularami o zielonych szkłach na nosie.
- Witajcie, kochani! Witajcie! - powiedziała do dzieci uroczystym tonem.
Ton ów był dość patetyczny i wzniosły, niemalże nienaturalny, dodatkowo też dzieciom wydawał się być nieco nienaturalny i przesadzony, ale również na swój sposób zabawny. Tym bardziej ten ubaw wzrósł jeszcze bardziej, kiedy tylko owa tajemnicza wróżka zaczęła mówić dalej:
- Chcecie poznać swoją przyszłość, moi kochani! Zapraszam was więc! Nie bójcie się! Podejdźcie do mnie, a wszystko, czego chcecie się dowiedzieć, już nie będzie miało dla was tajemnic. Pytajcie śmiało, a się dowiecie!
Teraz kobieta mówiła o wiele bardziej doniośle i podniośle, jednak dzieciom to nie przeszkadzało, a wręcz ich to bawiło, dlatego usiedli oni naprzeciwko swojej gospodyni, która uśmiechnęła się do nich życzliwie i zapytała, które z nich chce się dowiedzieć jako pierwsze swojej przyszłości. Oczywiście pierwszym był Ash. Był on ciekawy tego, czy się będzie miał okazję wykazać i udowodnić, że wart jest on swojego imienia. Ledwie tylko zapytał o to i poprosił o odpowiedź na to pytanie, wróżka zajrzała w kulę, pomruczała coś i uśmiechnęła się, a potem chwyciła karty do ręki i podała ją chłopcu mówiąc, aby wybrał jedną z nich. Ten bez wahania, od razu niemal wyjął z podanych mu kart jedną, a wróżka Jessielina obejrzała ją i już po chwili powiedziała:
- Widzę, że bardzo chcesz się wykazać i że pragniesz tego ponad wszystko na tym świecie. Młody człowieku, mogę ci obiecać, iż wkrótce twojemu życzeniu się stanie zadość. Będziesz mógł to zrobić i udowodnisz wszystkim, jaki jesteś dzielny  i waleczny, ale tylko pod warunkiem, że nie zabraknie ci odwagi wtedy, kiedy już staniesz przed obliczem zagrożenia.
Ash uśmiechnął się dumnie i powiedział:
- Mnie odwagi nigdy nie brakuje!
- A więc wykażesz się.
Chłopak pisnął z radości i spojrzał na swoich przyjaciół, którzy jednak byli nie do końca przekonani do słów wróżki Jessieliny. Szczególnie Kurt patrzył na nią dość podejrzliwie, tak jakby wychodził z założenia, iż kobieta mówi przyjacielowi jego jedynie to, co ten chce usłyszeć, aby mu sprawić przyjemność. Nie wiedział jednak, czy ma rację, dlatego swoją uwagę zachował dla siebie. Choć oczywiście, nawet gdyby miał ochotę wyrazić głośno swoje niezadowolenie, to by i tak nic by z tego nie wyszło, bo nie mógł mówić, jak to już zaznaczyliśmy.
Tymczasem pozostali przyjaciele też zadali wróżce różne pytania, oczywiście poza Kurtem, który nie mógł go zadawać z powodu już przez nas podanych, ale też zdołał powiedzieć, co chce się dowiedzieć za pomocą języka migowego, który to potem przyjaciele przetłumaczyli. Wróżka więc zrozumiała, o co chłopcu chodzi i na jego pytanie także odpowiedziała. Gdy już wykonała swój obowiązek, dzieci się z nią pożegnały i wyszły z namiotu, mając jednak różne uczucia na temat tego, co właśnie usłyszały. Ash był podniecony i zachwycony, Ashley zaskoczona, Taylor negatywnie nastawiona (wprost nazwała ona wróżkę oszustką wyłudzającą kasę od naiwnych), a Kurt pokazał na migi, iż jej nie dowierza, ale być może coś jednak powiedziała zgodnie z prawdą i może niektóre z tych rzeczy naprawdę się spełni. Taylor prychnęła na to śmiechem i powiedziała:
- Daj spokój, Kurt! Ja ci mówię, że jak ta zakichana wróżka powiedziała nam całą prawdę i to, co ona nam przepowiedziała się spełni, to ja się bardzo zdziwię!
- A żebyś się nie zdziwiła! - zawołał wciąż podniecony słowami wróżki Ash - Jeszcze zobaczysz, że wszystko to, co ona nam powiedziała spełni się, a my sami zostaniemy bohaterami i wykażemy się!
- Och, braciszku! Fajnie by było, ale nie wiem, czy to się stanie, chociaż jeśli to jest prawdziwa wróżka, to kto wie? - powiedziała Ashley.
Taylor parsknęła śmiechem.
- Prawdziwa wróżka? Niby kto? Ta pani przebieraniec, która odegrała przed nami przedstawienie? Błagam was! To zwykła oszustka i nikt więcej! Ale dobrze, niech wam będzie. Uwierzmy w jej przepowiednię i czekajmy na okazję, żeby się wykazać. Coś mi tylko mówi, że sobie długo poczekamy.
Dziewczynka oczywiście nie miała pojęcia, bo i skąd miała je mieć, że czekać na to nie będzie znowu aż tak długo, a sama przyszłość, która dopiero co się przed nimi zaczęła rysować, jeszcze ich wszystkich zaskoczy.
Nie zdawała sobie również sprawy z tego, że Ganchan i Janet, czyli ta urocza para zakochanych, poznana przez nich przed godziną lub dwiema, obecnie bardzo uważnie obserwuje namiot Jessieliny i przygląda się zapraszającej na seansie wizji przyszłości kolejnych klientów.
- Myślisz, że to może być ona? - zapytała Janet Ganchana.
Chłopak skinął głową i powiedział:
- Jestem tego pewien. Tak jak i tego, że znowu coś knuje. Ona i jej gang. Ale chyba tym razem dobrali sobie wspólników wśród miejscowych.
- To co robimy?
- Spróbujemy się dowiedzieć, co oni knują.

***


Wróżka Jessielina odczekała do momentu, w którym miała przerwę od swoich obowiązków jasnowidzącej kobiety i otarła mocno dłonią pot z czoła, mówiąc:
- Och, to wciskanie kitu frajerom jest strasznie męczące.
- Weź nie narzekaj, Jessie. Nie robisz tego pierwszy raz - odpowiedział jej na to karzeł z wielką szopą na głowie.
- Owszem, ale pierwszy raz robię to jako wróżka Jessielina - odparła kobieta - Nie jestem w stanie wymyślać tak na doczekaniu bajeczek, w które ludzie uwierzą na dzień dobry.
- Jak dotąd, radziłaś sobie nieźle.
- Tak, ale jak tak dalej pójdzie, to w końcu skończą mi się pomysły i nie będę w stanie dalej tak improwizować.
- Spokojnie, twoja improwizacja jak dotąd była genialna - powiedział wysoki, młody mężczyzna o niebieskich włosach, wchodząc do namiotu.
- Dziękuję, że tak uważasz - powiedziała na to wróżka Jessielina, uśmiechając się w sposób wskazujący ewidentnie na to, że jest z siebie bardzo zadowolona, a te wszystkie komplementy miłe łechczą jej ego - Ale i tak muszę nieco odpocząć, aby naładować akumulatory.
- Słusznie, bo jak je porządnie naładujesz, to będziemy w stanie wyciągnąć o wiele więcej kasy od tych wszystkich frajerów - powiedział młody mężczyzna, z wyraźnym zadowoleniem zacierając ręce.
- Weź się tak nie ciesz - rzucił w jego stronę karzeł - Zarobioną kasą i tak się musimy podzielić z tymi naszymi kochanymi wspólnikami. Tak jak było ustalone.
Mężczyzna o niebieskich włosach oraz wróżka jęknęli załamani, jakby sobie dopiero teraz o tym szczególe przypomnieli.
- Wiesz, ty to zawsze umiesz popsuć człowiekowi humor - rzuciła Jessielina.
- Właśnie! - dodał mężczyzna z pretensjami w głosie - Ja tutaj zaczynałem się już zastanawiać, na co wydamy nasz zarobek, a ty musiałeś sprowadzić nas oboje na ziemię?
- I to jeszcze tak brutalnie? - dodała wróżka.
- Ktoś tutaj musi myśleć logicznie, kiedy wy bujacie w obłokach - odparł na to karzeł - Ale spokojnie, nie przejmujcie się. Dostajemy przecież połowę kasy z tego całego biznesu, a to też nie mało.
- Tak, ale zawsze pół miliona to nie milion - powiedziała Jessielina.
Wtem do namiotu weszła blondynka z maską na twarzy i widząc malujący się na twarzach swoich wspólników wyraz załamania, zapytała dowcipnie:
- Hej! A co macie takie skwaszone miny, co? Wyglądacie, jakbyście wygrali w totka milion dolarów, ale zgubili kupon i nie mogli go odebrać.
- A z czego mamy się cieszyć? - zapytała ją wróżka - Kasy mamy sporo z tych wszystkich frajerów, ale co nam z tego, skoro musimy jej połowę wam oddać?
- Tak się przecież umawialiśmy - zauważyła blondynka - Poza tym, połowa tej kasy to i tak dużo.
- To samo właśnie jej mówiłem, ale oni nie chcieli mnie słuchać - powiedział złośliwym tonem karzeł.
Chwilę później, do namiotu weszli dwaj pracownicy wesołego miasteczka, a byli to grubas i chudzielec, już przez nas poznani.
- Słuchajcie, w tym mieście jest także sporo frajerów - zauważył chudzielec - Może nawet więcej niż tych, których widujemy tam, skąd pochodzimy.
- Wszystkie nasze atrakcje cieszą się olbrzymią popularnością, a nasz zarobek z nich coraz bardziej rośnie - dodał Grubas.
- Szkoda, że będziemy musieli zwinąć szybko interes.
- Racja, w tym mieście można by jeszcze więcej zarobić.
Blondynka w masce spojrzała na nich z lekką złością i powiedziała:
- Nie bądźcie głupi ani zachłanni. Nie zapominajcie, że nasze atrakcje może i nie są nielegalne, ale wyraźnie naciągamy z ich pomocą wszystkich frajerów z tej okolicy. I grozi nam to, że w końcu zorientują się, że są robieni w konia. A wtedy możemy mieć problemy. Lepiej więc, żeby nas wtedy nie złapali.
- Słuszna uwaga - odezwał się karzeł - Poza tym, pamiętajcie o tym, że nie da się w jednym mieście bez przerwy przeprowadzać jakieś oszustwa i nie zostać na tym ani razu przyłapanym.
- No właśnie - odezwał się chudzielec - Trzeba się cieszyć z tego, co mamy, a mamy przecież naprawdę dużo. Swoją drogą...
To mówiąc, nagle przybrał bardzo konspiracyjny ton, a jego przebiegłe oczka przybrały formę jeszcze bardziej przebiegłą i chytrą niż wcześniej.
- Nasz szef powinien się już odezwać, ale skoro się nie odzywa, to może już się nie odezwie i cała kasa wtedy zostanie przy nas?
Widać było, że karzeł i niebieskowłosy facet byli bardzo podekscytowani taką propozycją, jednak zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć na ten temat, odezwał się jakiś mroczny głos:
- Zapomnij o tym, żałosny wieszaku!
- Hej! Kto to powiedział?! - zapytał chudzielec, rozglądając się dookoła.
- Ja to powiedziałem!
Cała szóstka zwróciła swój wzrok w kierunku sporej czaszki, która leżała tuż obok innych rekwizytów do wróżenia, z jakich korzystała Jessielina. Warto tu przy tym zaznaczyć, że czaszka nie wywierała bynajmniej mrocznego wrażenia ani na dzieciach, ani na dorosłych, którzy przyszli do tego namiotu po wróżby, gdyż dość skutecznie wydała się ona być jedynie drobnym rekwizytem i nie znajdowało się w niej nic niepokojącego. Teraz jednak ten stan rzeczy uległ zmianie, ponieważ ta oto czaszka zaczęła lekko się mienić jakimś blaskiem, a z jej oczodołów biły wielkie czerwone blaski. Widać było aż nadto wyraźnie, że nie jest to zwykła czaszka, lecz przedmiot o magicznych właściwościach, za pomocą którego ktoś skontaktował się z naszą szóstką.
- O nie! Gadająca czaszka! - wrzasnął przerażony karzeł, któremu oto nagle z szoku spadła peruka z głowy.
Wyszło wówczas na jaw, że ów karzeł nie jest tak naprawdę karłem, a dosyć niezwykłym Pokemonem kotem, który z jakiegoś powodu bardzo dobrze stał na dwóch tylnych łapach, a do tego jeszcze umiał mówić ludzkich głosem.
- To dość dziwaczne - powiedział facet w niebieskich włosach.
- I zatrważające - dodała Jessielina.
- Dziwaczne, tak? - zapytał złośliwym tonem głos dobiegający z czaszki - A ten gadający ludzkim głosem Pokemon, to niby nie jest dziwaczne?
- Ale do tego już zdążyliśmy przywyknąć - odpowiedział młodzieniec mający niebieskie włosy.
- Więc do mnie też przywykniecie - rzucił złośliwie głos wydobywający się z czaszki.
- Może przywykniemy, może nie - odparł Pokemon kot - Ale tak po prawdzie, to kim ty niby jesteś, przerośnięta piszczelo?!
Grubas, chudzielec i dziewczyna w masce zrobili przerażone miny, po czym próbowali pokazać na migi Pokemonowi, aby siedział cicho. Było jednak już za późno na to. Czaszka lekko podskoczyła, a głos dobiegający z niej przybrał o wiele bardziej surowy ton.
- Piszczelo?! A czy piszczel umie robić tak?!
Po tych słowach, czaszka znowu podskoczyła i z jej oczu poleciały nagle na Pokemona dwa wielkie promienie, które poraziły go tak mocno, że aż cały szkielet znajdujący się w nim, stał się nagle widoczny, a po chwili stworek skończył cały w sadzy, ku wielkiemu przerażeniu swoich kompanów.
- Wiecie, doszedłem właśnie do niezwykle konstruktywnego wniosku - rzucił Pokemon - Powstrzymanie się od obrażania potężnych, magicznych duchów, które są ukryte w najróżniejszych przedmiotach domowego użytku, pozwala spokojnie kontynuować życie, bez obrażeń fizycznych.
To mówiąc, upadł na ziemię, a kompani podbiegli do niego i zaczęli go cucić.
Chudzielec uśmiechnął się złośliwie i spojrzał w kierunku widzów siedzących właśnie przed telewizorem i powiedział:
- Spokojnie, ten stworek nie zginął. W naszym serialu nikt nie ginie nigdy, a to dlatego, że to serial dla dzieci. Choć niektóre jego elementy mogą pozornie temu przeczyć. A przy okazji, może was zaskoczyło, że tym razem nasz skład jest nieco większy niż zwykle, ale co poradzić? Trafiliśmy przypadkiem do nieznanego nam świata Pokemonów i aby się w nim dobrze poruszać, musimy mieć sojuszników. Stąd też pomysł wynajęcia sobie do pomocy miejscowych złodziejaszków, którzy są tu powszechnie znani jako Zespół R.
Nagle czaszka poraziła chudzielca takim samym promieniem jak ten, którym porażony został Pokemon kot.
- Zamilcz, głupcze! Nie wyraziłem zgody na łamanie czwartej ściany! A poza tym, psujesz element zaskoczenia.
- Wybacz, szefie - wyjęczał chudzielec.
- Szef ma rację - powiedziała blondynka w masce - Widzowie sami powinni się wszystkiego domyślać podczas trwania odcinka. To pomaga im rozwijać swoje umysły, które dzięki temu mogą być równie bystre, co umysł szefa.
Nagle ją też poraziła moc bijąca z czaszki.
- Nie wyraziłem też zgody na lizusostwo!
- Wybacz, szefie - jęknęła kobieta.


- A w ogóle, to co wy tu jeszcze robicie na nogach, kiedy wasz szef do was przemawia? - spytała ze złością czaszka - Zapominacie, jak to powinno wyglądać. Skoro tak, to przypomnę wam.
Następnie przybrała niezwykle wzniosły głos i zawołała:
- To ja, Dokurobei! Na kolana!
Cała szóstka bandytów od razu upadła na kolana, oddając pokłon swojemu pryncypałowi, a ten zadowolony powiedział:
- Jak miło popatrzeć na wasze poniżanie się przede mną. Może nie jestem aż nazbyt wielkim fanem pustych gestów, to jednak wpatrywanie się w to, że nie jest wam obca czołobitność, sprawia mi dużą przyjemność.
- Czy tylko po to, aby patrzeć na nasze poniżenie, pojawił się pan tu? - spytał Pokemon kot.
- Przymknij się - warknęła na niego blondynka.
- Ależ skąd - odpowiedział dowcipnym tonem głos w czaszce - Mam o wiele poważniejsze powody. Chcę was poinformować, że wpadłem oto na trop kolejnej już części kamienia Dokuro. Wszystko wskazuje na to, iż znajduje się on gdzieś w tej okolicy, w jednym z miejscowych muzeów.
- A czy wolno spytać, w którym konkretnie? - zapytał grubas.
- Wolno, ale nie poznacie i tak odpowiedzi, bo sam jej nie znam - odparł na to głos z czaszki - Moje dane nie sięgają aż tak daleko. Wiem jedynie tyle, że kamień ten znajduje się wśród drogocennych kamieni, które są eksponatami w muzeach z tej okolicy. Musicie po prostu wykraść kamienie z tych muzeów i przywieść je do mnie, a ja już sam ustalę, który z nich jest właściwy.
- Wybacz mi, że mówię niepytany, o wielki i potężny Dokurobei - odezwał się nagle chudzielec - Ale czy jeżeli już znajdziesz kamień Dokuro, o którym tutaj jest mowa, to czy będziemy mogli zatrzymać sobie pozostałe kamienie szlachetne? W końcu, nie oddamy je ponownie do muzeum, a panu nie będą potrzebne, to chyba możemy je sobie zatrzymać, prawda?
Mroczny głos czaszki zachichotał złośliwie, zanim odpowiedział.
- Jesteś niezwykle zachłanny, drogi Boyakki. Ale w zasadzie, dlaczego nie? Mnie pozostałe kamienie nie będą do niczego potrzebne. Możecie więc je sobie zachować jako nagrodę za lojalną służbę.
Chudzielec nazwany Boyakkim uśmiechnął się zadowolony z tej odpowiedzi i zatarł ręce w sposób dowodzący jego zachłanności. Podobnie zrobił stojący obok niego grubas, jednak w tej samej chwili odezwał się ponownie głos z czaszki:
- A ty z czego się śmiejesz, Boyakki? A ty, Tonzler?
Grubas, gdyż to on się nazywał Tonzler, od razu przestał się śmiać. Reszta tej mrocznej paczki złoczyńców od razu spojrzała zaniepokojona na czaszkę, która po chwili milczenia i uważnego ich obserwowania, przemówiła dalej:
- Radzę wam potraktować sprawę poważnie. Jak dotąd, nigdy nie zdołaliście zrealizować powierzonego wam zadania, a jeśli nawet, to nie umieliście zrobić to w sposób pełny i dokładny. To dotyczy również was, Zespole R.
Te słowa skierował do wróżbitki, mężczyzny o niebieskich włosach, a także do gadającego Pokemona kota. Cała trójka skuliła się ze strachu, kiedy tylko to do nich wyrzekł.
- Nie wykazywaliście się jak dotąd skutecznością i trudno mi uznać was za osoby kompetentne. Jeśli chodzi o wyłudzanie pieniędzy lub też zdobywanie ich dzięki naprędce przygotowanemu biznesowi, to zgoda. To umiecie sobie radzić. Ale poważne misje zdają się was przerastać. Dlatego nie jestem pewien, czy moi ludzie zrobili dobrze, werbując właśnie was do pomocy. Ale niech tam już będzie. Zobaczymy, co z tej współpracy wyniknie.
- Obiecujemy, że damy z siebie naprawdę wszystko! - zawołał mężczyzna w niebieskich włosach.
- Skupimy wszystkie swoje siły na realizacji tego zadania - dodała kobieta, która udawała wróżkę.
- Milczeć! - wrzasnęła czaszka i strzeliła im pod nogi promieniem - Wcale nie oczekiwałem od was deklaracji! Ja chcę efektów i to prędkich!
Następnie spojrzała na swoich podwładnych i powiedziała:
- Dronio!
- Tak, panie Dokurobei? - zapytała kobieta w masce.
- Przygotujcie robota i rozpoczynajcie akcję. Muzea same się nie obrabują. I postarajcie się, aby wasi nowi wspólnicy nie lenili się i też mieli sporo pracy. Liczę na to, że dowiodą swojej wartości, podobnie jak i wy. I pamiętajcie... Jeżeli mnie znowu zawiedziecie, ukażę was surowo. Znacznie surowiej niż dotychczas!
- Dlaczego surowiej? - jęknęła Dronio.
- Ponieważ tym razem jest was dwa razy więcej niż zwykle, dlatego też kara będzie w razie porażki podwójna - odpowiedziała czaszka - A teraz żegnam się z wami i czekam na raport o wykonaniu zadania.
Po tych słowach, czaszka nagle zaczęła dymić i syczeć, co zapowiadało dość prędką eksplozję. Cała szóstka złodziejaszków wrzasnęła ze strachu, kiedy tylko to sobie uświadomiła. Następnie Tonzler i Boyakki wskoczyli za plecy Dronio i od razu wypchnęli ją przed siebie. Kobieta próbowała zaprotestować, ale zanim coś w tej sprawie zdążyła zrobić, czaszka wybuchła i kobieta skończyła pokryta w kilku miejscach swojej osoby sadzą, a ubranie, które miała na sobie, rozleciało się w pył i pozostała na niej jedynie bielizna. Pokemon kot i facet w niebieskich włosach z zachłannością i śliną na ustach zaczęli się wpatrywać w ten widok, ale ich wierna wspólniczka, wróżka Jessielina walnęła obu po głowie pięścią i warknęła:
- A co to za gapienie się?! Nie macie co robić, tylko się gapić?!
- No co? Gapimy się tylko na ładne widoki, których nie mamy na co dzień - odpowiedział jej mężczyzna w niebieskich włosach.
- Nie macie na co dzień? - spytała zdumiona wróżka - A ja to co? Nie jestem dla was ładnym widokiem?
- Ładnym widokiem jest dla nas jedynie krajobraz pozbawiony twojej jakże uroczej osoby - zachichotał złośliwie Pokemon kot.
Żart ten przypłacił kolejnym ciosem pięścią w głowę od swojej koleżanki, ale tym razem znacznie mocniejszym.
- Zapomniałeś, że niezbyt lubiany widok może zrobić ci krzywdę, jak rzucisz o jeden żart za dużo? - warknęła kobieta.


Dronio również nie miała powodów do radości. Spojrzała najpierw na siebie i jęknęła zrozpaczona, jak teraz ona wygląda. A następnie popatrzyła na Boyakkiego i Tonzlera, wołając ze złością:
- Parszywi żałośni pomocnicy! Tak traktujecie swoją szefową?! Osłaniacie się mną jak tarczą?!
- Ale panno Dronio, to przecież jest normalna sprawa, że szef zawsze jest na pierwszym miejscu - zauważył Boyakki.
- Poza tym, to pokazuje, że bardzo ci ufamy - dodał Tonzler - I jeżeli mamy się za kimś skryć, to tylko za tobą.
- Milczeć, żałosne tchórze! - wrzasnęła Dronio - Nie mamy czasu na jakieś głupkowate pogaduszki! Musimy się zbierać! Wielki Dokurobei oczekuje na to, że powiadomimy go o pozytywnym wykonaniu zadania. Im szybciej się weźmiemy do roboty, tym lepiej!
Boyakki i Tonzler zasalutowali kobiecie, a ta uśmiechnęła się zadowolona, po czym spojrzała na Zespół R i powiedziała:
- Was też to dotyczy, jełopy! Do roboty!
- Tak jest! - zawołał Zespół R, salutując pannie Dronio.
Normalnie by tego nie zrobili, a jeśli już, to z pewnością nie tak ochoczo, ale popis siły, jaką właśnie dał tajemniczy Dokurobei był na tyle potężny i tak mocno przemówił do ich wyobraźni, że odechciało im się jakiegokolwiek pyskowania lub upominania się o swoje prawa. Nastawili się więc na posłuszne wykonywanie im powierzonych zadań.
Cała szóstka złoczyńców nie miała jednak pojęcia o tym, że ktoś właśnie z wielką uwagą ich obserwuje. Byli to Ganchan i Janet. Kiedy tylko zobaczyli oni to, czego właśnie my byliśmy świadkami, szybko owa parka odskoczyła na bok, po czym zaczęła omawiać zaistniałą sytuację.
- Niedobrze, Janet. Gang Drombo tym razem wziął sobie posiłki w postaci bandy miejscowych złodziejaszków - powiedział Ganchan.
- Kojarzysz ten cały Zespół R? - zapytała Janet.
- Tak, słyszałem coś niecoś o nim - odpowiedział jej chłopak - Wszędzie jest o nich głośno. To miejscowe złodziejaszki. Dziewczyna to Jessie. To ta, co dzisiaj udawała wróżkę Jessielinę. Ten chłopak z nią to James. A ten gadający Pokemon to Meowth. Cała trójka walczyła kiedyś w szeregach organizacji przestępczej Rocket. Ale obecnie organizacja ta już nie istnieje, więc oni sobie dorabiają prywatnie. Z tego, co zdążyłem się o nich dowiedzieć, nie są zbyt bystrzy i nie mają za dużo szczęściach w wykonywaniu powierzonych im zadań. Ale są dość pomysłowi, a jeżeli połączyli siły z panną Dronio i jej gangiem, może wyjść z tego dość groźna mieszanka.
- Co więc powinniśmy zrobić? - zapytała Janet.
- Właśnie sam się zastanawiam - odpowiedział Ganchan - Powinniśmy chyba im przeszkodzić w okradzeniu tych wszystkich muzeów, ale z drugiej strony, jeżeli wśród tych kamieni znajduje się kamień Dokuro, to powinniśmy się o tym jakoś dowiedzieć. Ale jak to zrobimy, jeżeli sam Dokurobei tego nie powie? A przecież nie powie bandzie Drombo, który z tych klejnotów, które oni chcą ukraść jest tym, czego on szuka, jeżeli nie skradną tych kamieni.
- Więc co mamy zrobić? Proponujesz pozwolić im okraść muzea i poczekać, co powie Dokurobei, a potem dopiero interweniować?
- To dość ryzykowne, ale chyba nie mamy innego wyjścia. Musimy przecież się dowiedzieć, który z tych kamieni jest właściwym. Jeżeli nie pozwolimy im na dokonanie kradzieży, to Dokurobei wynajmie kogoś innego albo spróbują jeszcze raz i tym razem skuteczniej.
- Więc pozwalamy im okraść muzea, a potajemnie cały czas ich obserwujemy i wkraczamy do akcji w odpowiednim momencie?
- To ryzykowne, ale chyba nie mamy innego wyjścia.
Janet ewidentnie miała wątpliwości, co do skuteczności tego planu, ale sama nie miała żadnego lepszego pomysłu, dlatego nie zostało jej nic innego, jak tylko zaakceptować ten, który właśnie powstał w głowie jej partnera.
Tymczasem Gang Drombo i Zespół R wyskoczyli z namiotu i ogłosili, że oto nastąpił koniec atrakcji w wesołym miasteczku i pora się zbierać do domów. Było to tym łatwiejsze do przeprowadzenie, gdyż nadszedł już wieczór i większość ludzi była zmęczona braniem udziału we wszystkich atrakcjach, które nasza banda im przygotowała.
Kiedy ludzie zaczęli się rozchodzić do domów, gang Drombo zadowolony się upewnił, że już są sami, a następnie udali się do jednej wielkiej szopy, na której to znajdował się właśnie wielki znak czerwonej czaszki. Tam trzymali jeszcze nie w pełni dokończonego robota w kształcie wielkiego kota. Teraz mogli go dokończyć i opłacić wszystkie rachunki, które dotąd nie mogły zostać przez nich opłacone z powodu braku funduszy.
- Wreszcie mamy dość pieniędzy - powiedział zadowolony Boyakki - Już się bałem, że komornik wsiądzie nam na kark, bo nie opłaciliśmy producentów tych części i tego wszystkiego. Na szczęście, dzięki temu wesołemu miasteczku mamy już dość kasy, aby spłacić wszystkich wierzycieli.
- Ale na razie bierzmy się za tego robota - powiedziała Dronio, zapalając przy tym długą fajkę.
- A jak pracować, to tylko z pieśnią na ustach - dodał Tonzler.
Już po chwili, cała trójka zaczęła śpiewać hymn swojej bandy i pracować nad dokończeniem swojej wynalazku. Zespół R pomagał im w tym, ale nie omieszkał okazać swojego niezadowolenia z piosenki, którą musieliśmy śpiewać razem ze swoimi wspólnikami.
- Nie obraźcie się, ale hymn naszej bandy jest dużo lepszy - rzekł Meowth.
- Może i tak, ale to my wam płacimy, a więc my dyktujemy warunki - odparła na to Dronio.
- No oczywiście. Kto płaci, ten wymaga i ten narzuca swoje normy i uciska przy tym ciężko pracującą klasą robotniczą - mruknął Pokemon kot.
- Witaj w świecie kapitalizmu - rzucił mu złośliwie Boyakki.


C.D.N.

piątek, 4 września 2026

Przygoda 131 cz. I

Przygoda CXXXI

Do boju młodzieży cz. I


- Cześć, kochanie! Co robisz przed... OJEJ!
Tymi słowami, mój najdroższy małżonek, powitał nowy dzień. Oczywiście te słowa były skierowane do mnie, stojącej właśnie w różowej nocnej koszulce tuż przed lustrem w łazience. W ręku trzymałam szczotkę i próbowałam usilnie jakoś uporządkować nią tę szopę na mojej głowie, która wyszła z moich włosów. Okrzyk Asha wiązał się właśnie z tym faktem, iż zauważył on ową szopę i lekko się chyba jej przeraził. Spojrzałam zdumiona tą reakcją w jego kierunku, a wtedy mój luby przestał być przerażony, a na jego twarzy pojawił się wesoły i dowcipny uśmiech. Wtedy to zrozumiałam, że jego reakcja była udawana, a on sam w ogóle nie był ani zdumiony, ani zaniepokojony moim wyglądem, że już o strachu nie wspomnę. Te oto uczucia były mu zupełnie obce, jeżeli chodziło o mój dość osobliwy wygląd. Nic z tych rzeczy. On po prostu się wygłupiał. Najwidoczniej zauważył, z jakim trudem próbowałam ogarnąć swoje włosy i jak mnie to denerwowało, więc uznał, że najlepiej zrobi, rozbawiając mnie. Niestety, nie trafił najlepiej z tym pomysłem, ponieważ moją reakcją nie był śmiech, ale lekka irytacja. Wzięłam się pod boki i groźnie spojrzałam na niego, mówiąc:
- Rozumiesz, że masz coś przeciwko mojej fryzurze?
- Nie, kochanie. Nie o to mi chodzi - zachichotał Ash - Po prostu, wyglądasz tak uroczo i oryginalnie jednocześnie, że nie mogłem się powstrzymać.
Wpatrywałam się w niego dalej groźnie i podeszłam bliżej, mówiąc:
- A jak mam niby wyglądać, po tym wszystkim, co robiliśmy w nocy, co?! W twoim mniemaniu, jak niby po takich ekscesach, jakie sobie zafundowaliśmy, moja fryzura ma teraz wyglądać?
Ash wciąż się uśmiechałam, choć chyba lekko się przeraził mojej złości, bo z lekką ostrożnością zrobił kilka kroków do tyłu.
- Serenko, kochanie... Wyglądasz przecież uroczo. Ja się nie czepiam ani nic z tych rzeczy. Po prostu ten widok mnie rozbawił i tyle.
- Rozbawiłam cię, tak? - mruknęłam - A to, że muszę teraz walczyć z tą szopą na głowie i nie mogę sobie z nią poradzić, to też jest zabawne? Zresztą, chyba ty nie powinieneś się z tego śmiać. W końcu, to twoja wina.
- Moja wina? - zdziwił się Ash - A to niby czemu?
- A pewnie, że twoja. Komu się zachciało wczoraj ekscesów i szaleństw?
Ash zachichotał ponownie i patrząc na mnie figlarnie, powiedział:
- O ile dobrze pamiętam, Serenko moja słodka... Nie protestowałaś, kiedy cię do tych szaleństw i ekscesów kusiłem.
Uśmiechnęłam się do niego delikatnie na wspomnienie tego, co robiliśmy w nocy, a co było naprawdę bardzo pięknym wspomnieniem i odpowiedziałam, lekko się przy tym rumieniąc:
- A dziwi cię to? Trochę już tego nie robiliśmy i tęsknota się pojawiła. A to nie wiesz, że po poście człowiek musi sobie zafundować ucztę i wtedy ta uczta mu o wiele bardziej smakuje?
Post ten, o którym mowa, musieliśmy sobie dawać z Ashem z powodów nie tylko praktycznych, ale i z ostrożności. Wszak prawie tydzień w każdym miesiącu miałam kobiece dolegliwości i nie mogliśmy wtedy robić. Jeszcze dodać do tego też należy tydzień, kiedy miałam dni ryzykowne, które mogłyby skończyć się dla mnie ciąża, a choć planowaliśmy założenie rodziny, to jeszcze nie był na to czas i zdrowy rozsądek nakazywał nam uważać w te dni, a najlepiej się uważa w takiej sytuacji wtedy, kiedy nie tworzy się sytuacji ryzykownych. To dawało nam około dwa tygodnie postu na każdy miesiąc, nie licząc jeszcze dni, kiedy z tego, czy też innego powodu nie mogliśmy lub nie mieliśmy ochoty. Dlatego też, gdy już były w każdym miesiącu dni bezpieczne, byliśmy tak wyposzczeni i tak spragnieni swojej bliskości, że niekiedy szaleliśmy i to tak, iż nawet najbardziej śmiałe filmy bledły przy tym. Ale efekty tego bywały takie jak ta szopa na mojej głowie i dlatego też niekiedy miewałam przez to poważne problemy z ułożeniem mojej fryzury w taki sposób, aby wyglądała w miarę elegancko. Dlatego nie byłam zadowolona z tego, że Asha to bawi. Choć jego szelmowski uśmiech sprawił, iż nie umiałam też długo się na niego gniewać.
- Wiadomo, że głodnemu lepiej smakuje chleb - powiedział Ash, obejmując mnie mocno w pasie i przyciągając do siebie - A wczoraj pierwszy raz głodny Ash się mógł najeść swojej ulubionej słodyczy. Masz mu to za złe?
- Nie, ale mam ci za złe to, że bawią cię konsekwencje tego ucztowania po poście - odpowiedziałam mu dowcipnie.
- Serenko moja jedyna - odparł czule Ash i zaczął bawić się jednym z moich niesfornych kosmyków - Ale te konsekwencje są słodkie, bo one oznaczają, że ty i ja wciąż jesteśmy bardzo zgraną parą.
- Powiedz raczej, że są one dowodem na to, jak dobrze ci idzie to nasze... To nasze ucztowanie.
- Owszem i dowody te są naprawdę piękne, że lubię się w nie wpatrywać i też lubię sprawiać, żeby tych dowodów było więcej.
Przytulając się do niego, poczułam wyraźnie w pewnym miejscu jego osoby, jak bardzo on lubi tworzyć ze mną te słodkie dowody i jak bardzo chciałby w tej chwili stworzyć kolejne z nich. Najlepsze jednak w tym wszystkim było to, że i ja na to nabrałam ochoty.
- Lubisz tworzyć te dowody i się w nie wpatrywać, tak? - zapytałam do niego zalotnym tonem.
Następnie lekko popchnęłam go na łóżku i zdjęłam z siebie nocną koszulkę, stając przed nim tak, jak mnie Bozia stworzyła. Widok zachwytu na twarzy Asha i reakcja jego ciała mówiła mi, że jest zachwycony.
- Więc patrz uważnie - powiedziałam.
Następnie pomogłam mu zdjąć koszulkę i bokserki, po czym wgramoliłam się na niego i zmysłowo dodałam:
- I stwórz kolejne powody do tego, aby moja głowa przypominała miotłę, w którą uderzył piorunem Pikachu.


Chwilę później, Ash dał mi mnóstwo ku temu powodów. A ja sama nie tylko mu w tym nie przeszkadzałam, ale ułatwiałam mu to. Robiliśmy potem przez tak około godzinę takie rzeczy, że nawet teraz rumienię się na samo ich wspomnienie. Ale nie żałuję ani przez chwilę. To było cudowne. Rzeczywiście, to była prawda i to święta, że po poście uczta najlepiej smakuje człowiekowi. Nie chcę wchodzić tu w szczegóły, powiedzieć więc mogę jedynie to, iż po tym wszystkim musiałam się wylegiwać na łóżku, aby odpocząć od tego i nabrać sił, nie mówiąc już o tym, że moja szopa na głowie tylko się powiększyła. Dodatkowo rumieniłam się mocno na twarzy na samo wspomnienie tego, co mówiłam, a właściwie wołałam, kiedy Ash i ja lecieliśmy do nieba. Wolałabym tu nie cytować tych wypowiedzi ze względu na ich niecenzuralność i zbytnią śmiałość. Powiem jedno, nawet nie podejrzewałam siebie o to, że umiem tak mówić. No cóż... Człowiek całe życie się uczy.
Swoją drogą, pomyślałam sobie, jak to dobrze, że Pikachu i Buneary nigdy nie byli w naszym pokoju, gdy ja i Ash mieliśmy ochotę na okazywanie sobie tego, jak bardzo jesteśmy sobie bliscy. W takie wieczory zwykle szli spać gdzie indziej, do pokojów naszych znajomych, którzy chętnie ich wtedy u siebie przyjmowali. W sumie, nie byłoby żadnego problemu, gdyby oboje chowali się na noc do pokeballi, ale Pikachu, jak to już dobrze wiedzieliśmy, miał ewidentną niechęć do tego, aby to robić. Buneary zaś lubiła, odkąd tylko zyskała dzięki Dawn taką możliwość, być w towarzystwie swego ukochanego i dlatego też nie wchodziła do pokeballa. I to z tego powodu, musieliśmy dla naszych pokemonich przyjaciół znajdować sposoby na to, aby mogli się spokojnie wyspać i nie przeszkadzali nam. Zresztą oni sami nam jasno dawali do zrozumienia, że nie chcą nam w takiej sytuacji przeszkadzać. Pikachu i Buneary wykazywali się przy tym naprawdę wielkim taktem, a do tego też niesamowitym wyczuciem. Zawsze doskonale wyczuwali, kiedy ja i Ash, choć lubiliśmy ich obecność, woleliśmy pobyć sami we dwoje i zawsze wtedy umieli się wycofać do miejsca, z którego nie będą nam przeszkadzać i w którym przy okazji sami będą mogli spędzić czas tylko we dwoje. Nawet nie musieliśmy im to mówić, bo oni sami w większości przypadków to wyczuwali. Jak to robili? Ba! Sama bym chciała to wiedzieć. Profesor Oak uważa, że Pokemony posiadają instynkt i to tak wielki, że potrafią doskonale wyczuć wiele rzeczy, jakie nie umieją wyczuć ludzie. Myślę sobie, iż jest w tym sporo prawdy. Ale niewykluczone, że może również w tej sprawie mieć znaczenie to, iż patrząc na coś z boku widzi się więcej niż wtedy, kiedy się patrzy na to wszystko bezpośrednio, będąc stroną zaangażowaną. Będąc detektywem, zdążyłam to wiele razy zauważyć.
W każdym bądź razie, kiedy już oboje z Ashem odzyskaliśmy siły po tym, jak to sobie słodko rano okazaliśmy naszą miłość, wskoczyliśmy szybko pod prysznic, aby się umyć i orzeźwić. Niestety, nie okazał się być to najlepszy pomysł, bo oboje nadzy i mokrzy poczuliśmy chęć, aby jeszcze raz okazać sobie uczucie, ale w ten sposób, że szybko po tym odzyskaliśmy siły i ubraliśmy się, aby potem udać się na śniadanie. Ponieważ było dość wcześnie jeszcze, na posiłek łatwo mogliśmy liczyć w tym uroczym hoteliku, w którym przebywaliśmy obecnie. Odebraliśmy też od naszych znajomych Pikachu i Buneary, a potem ruszyliśmy do jadalni. Zjedliśmy tam smacznie i porządnie, a potem wyruszyliśmy na uniwerek, na którym czekały nas ostatnie wykłady przed egzaminami. Byliśmy pewni, że je zdamy, bo wiedzę posiadamy w głowie i codziennie niemalże się uczyliśmy i utrwalaliśmy to, czego się dowiedzieliśmy na wykładach. Zresztą, nie miało to dla nas takiego znaczenia, żebyśmy się mieli obawiać nie zdanych egzaminów. Nie chcieliśmy przecież ani ja, ani Ash zostawać policjantami. Chcieliśmy dalej być detektywami, a wiedza tu zdobywana nie miała nam ułatwiać robienia kariery, a jedynie to, żebyśmy dzięki tej wiedzy łatwiej rozwiązywać zagadki detektywistyczne. Dlatego też, w praktyce rzecz ujmując, zdanie tych egzaminów nie stanowiło dla nas być albo nie być. Ale też nie oznaczało to, że mieliśmy je sobie lekceważyć. Po prostu, traktowaliśmy je poważnie, ale nie nazbyt.


Z tego też właśnie powodu, byliśmy radośni. Trzymaliśmy się razem z Ashem za ręce i śpiewając wesołe piosenki, kierowaliśmy swoje kroki do uniwerku. Tuż obok nas szli wesołym krokiem Pikachu i Buneary, trzymając się za łapki i bardzo słodko przy tym piszcząc. A ja i mój ukochany śpiewaliśmy sobie wesoło ten oto uroczy utwór:

Był chyba maj, Park w Alabastii.
W słoneczny dzień, zobaczyłem cię.
Tańczyłaś boso, byłaś jak natchniona,
A po chwili zaczął padać deszcz.

Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje,
Wszystko znikło, byłaś tylko ty.
Stałaś w tęczy jak zaczarowana.
Świeciło słonce a z nieba padał deszcz.

Tyle samotnych dróg
Musiałem przejść bez Ciebie.
Tyle samotnych dróg
Musiałem przejść by móc,
Odnaleźć ciebie tu.
I wtedy padał deszcz.

Nasze oczy wreszcie się spotkały,
Jak odbicia zagubionych gwiazd.
Byłaś blisko, wszystko zrozumiałem.
Kto odejdzie, zawsze będzie sam.

Na zawsze i na wieczność,
Uczyńmy z życia święto,
By będąc tu przez chwilę
Wszystko zapamiętać.
Nasza droga nigdy się nie skończy,
A kto odejdzie, zawsze będzie sam.

Tyle samotnych dróg
Musiałem przejść bez ciebie.
Tyle samotnych dróg
Musiałem przejść by móc,
Odnaleźć ciebie tu.
I wtedy padał deszcz.

Tekst piosenki nie do końca pasował do miesiąca, w którym miała miejsca ta tak urocza dla nas obojga sytuacja, ponieważ w piosence był maj, a w momencie, w którym ja i Ash śpiewaliśmy te słowa, był koniec kwietnia. Mimo wszystko, to był tylko drobny szczegół, nie mający żadnego znaczenia dla dwojga zakochanych, cieszących się swoją obecnością. Poza tym, w Kanto dość prędko kończy się zima, a wiosna jest prawie zawsze słoneczna i nawet deszcz, kiedy pada, bynajmniej nie psuje dobrej atmosfery w tym regionie, nie mówiąc już o tym, że wiosną, a latem to już szczególnie, deszcze są ciepłe i przyjemne. Dlatego czy kwiecień, czy maj, ten aspekt wiosny nie miał najmniejszego znaczenia dla tego, aby cieszyć się tą tak uroczą piosenką, którą ja i mój mąż śpiewaliśmy.


Na uniwerku też mieliśmy bardzo przyjemną atmosferę. Nie zdołała jej nam zepsuć nawet ta głupia kretynka, Caroline Myrtle, która musiała nam znowu w taki czy inny sposób dokuczać. Musiała to zrobić, bo jej natura taka już chyba była i to od urodzenia, że jednego dnia nie mogła spokojnie przebyć bez zrobienia komuś na złość lub urażenia czyiś uczuć. Są tacy ludzie na świecie, dla których radością jedyną jest odbieranie radości innym. Caroline Myrtle właśnie do takiej kategorii ludzi należała. Ale tamtego dnia nie umiała nam dokuczyć ani nam sprawić choćby najmniejszej przykrości. Dlaczego? Tego nie umiałam sobie wyjaśnić. Czy to może było spowodowane tym, że rano z Ashem oddawaliśmy się słodkiej formie miłości, czy może dlatego, że śpiewaliśmy sobie we dwoje piękną piosenkę, czy dlatego, że pogoda była piękna i idealna do dobrego humoru? A może wszystko naraz? Dość, iż głupie uwagi Caroline Myrtle nie były w stanie zepsuć nam dobrego nastroju. To zaś, rzecz jasna, nie podobało się tej kretynce.
- Widzę, że moje uwagi macie za nic - powiedziała po chwili, kiedy zdążyła się już zorientować, iż jej kolejny głupi wywód, żadnego na nas nie robi wrażenia.
- Podziwiam twoją bystrość umysłu - odpowiedział jej Ash.
Caroline wzięła się pod boki i mruknęła z ironią.
- A więc tak. Rozumiem, moje słowa nic dla was nie znaczą. Moje słowa, ani moje wypowiedzi. Nic, co robię i co mówię, nie ma dla was znaczenia.
- A powinno mieć? - zapytałam z przekąsem.
Dziewczyna popatrzyła na mnie ze złością i mruknęła:
- I nie uważasz, że mam w czymkolwiek rację?
Spojrzałam na nią z politowaniem, nie tracąc dobrego humoru i powiedziałam do niej:
- Masz na pewno swoje racje, ale nie w tym, co nam tutaj próbujesz wmawiać i nie w tym, że próbujesz nam odebrać radość życia. Bo wybacz, Caroline, ale to, co nam tutaj opowiadasz, to jakieś bajki i ponure opowiastki, które bynajmniej nie mają pokrycia w rzeczywistości.
- Nie mają pokrycia? - zdziwiła się Caroline - Przecież mają! Zobacz tylko, co się dzieje na tym świecie! Wszędzie jest pełno zła, przemocy i okrucieństwa. No i co w takiej sytuacji mogą zrobić ci, którzy nawdychali się idealizmu i myślą, że są w stanie pokonać te wszystkie problemy i naprawić ten świat.
- Nikt tu nie mówi o naprawianiu świata - zauważył Ash.
- Ależ mówi - odpowiedziała na to Caroline - Oczywiście, że mówi. Wy o tym ciągle mówicie. Często podkreślacie, że walczycie o to, aby tego zła mniej było na świecie. To co to niby jest? Nie głupi idealizm?
- Idealizm być może, ale raczej nie głupi - stwierdził mój mąż - A co do tego, czy to jest realne, czy nie, moim zdaniem jest. Widzisz, gdybyśmy z Sereną ciągle mówili o tym, iż chcemy naprawić cały ten świat, mogłabyś sobie kpić z tego, że jesteśmy głupimi idealistami. Tak jednak nie jest. My wiemy, że nie zdołamy nigdy naprawić tego świata, ale mimo wszystko bierzemy miotłę i sprzątamy swoją część tego wielkiego podwórka, w którym żyjemy. A jeżeli przyczyniamy się do tego, że na tym świecie jest mniej bandytów, przestępców, morderców i innych drani, to w zupełności nam wystarczy.
Skinęłam głową na znak, że się z nim zgadzam. Pikachu i Buneary także nas poparli, a Caroline nie wiedziała przez chwilę, co ma powiedzieć, a w końcu jakby tak od niechcenia, rzuciła z kpiną:
- Tak czy inaczej, macie poczucie misji, którą wykonujecie. A to już jest coś na kształt idealizmu. A w tym świecie, nie ma miejsca dla idealistów.
- Dla naiwnych idealistów, zgoda, nie ma - odpowiedziałam jej - Ale ja i Ash nie jesteśmy naiwni. Mamy swój rozum i wiemy, co powinniśmy robić, a co nie.
Następnie popatrzyłam na Caroline z politowaniem i powiedziała:
- Mnie osobiście dziwi, co ty robisz na tych wykładach, w których bierzesz z nami udział, skoro nie wierzysz w nic z tego, co się tutaj mówi? Skoro nie masz nie tylko poczucia sensu w walce z przestępczością, to dlaczego przychodzisz tutaj na wykłady, dotyczące właśnie zwalczaniu przestępczości i tego, w jaki sposób to można zrobić? Możesz mi to wyjaśnić?
Caroline chyba lekko się zmieszała, po czym odpowiedziała:
- Szukam swojego miejsca. No i mam pewien plan, który wkrótce zrealizuję i będziecie mogli wszyscy podziwiać jego efekty.
- A jaki to plan? - zapytałam.
Przyznam się, że choć zwykle Caroline mnie irytowała, a jej pomysły były dla mnie po prostu głupie, to mimo wszystko poczułam, że ciekawi mnie to, co też ona wymyśliła. Dziewczyna jednak spojrzała na mnie złośliwym wzrokiem i odparła:
- Dowiecie się w swoim czasie.
Następnie wyszła, chyba zadowolona z tego, że wreszcie czymś zdołała nas zainteresować. Jednak nie wiedziała, albo też nie chciała tego wiedzieć, iż to nasze zainteresowanie było jedynie krótkotrwałe. Szybko bowiem z Ashem znaleźliśmy sobie znacznie ciekawsze tematy godne tego, abyśmy skupili na nich swoją uwagę. Tak więc o jej ewentualnych wielkich planach i tym, jak zamierzała je zrealizować, ja i Ash bardzo szybko przestaliśmy się interesować. Skupiliśmy za to całą swoją uwagę na tym, aby uważnie słuchać wykładów i wyciągnąć z nich jak najwięcej niezbędnych wniosków, które pomogłyby nam potem zdać egzaminy.


Skupiliśmy się jeszcze na jednym, ważnym dla nas aspekcie. Mieliśmy dzisiaj zjeść obiad w towarzystwie komisarza Jaspera Rockera i jego żony Octavii. Oboje nas zaprosili do siebie, ponieważ mieli wielki powód do radości. Ich jedyny syn, a nasz przyjaciel Arthur zdał ostatnie egzaminy i mógł rozpocząć praktyki w swojej profesji, czyli u boku miejscowego patologa. Arthur zamierzał pracować tutaj, w stolicy regionu Kanto. Pracujący tu patolog był przyjacielem jego ojca, dlatego też mógł liczyć na to, że jego praktyki będą dobrze poprowadzone i będą dla niego dość przyjemne, o ile oczywiście obcowanie z trupami można tak nazwać. Ale to, iż to właśnie z nimi wolał obcować nasz przyjaciel, wcale nas nie dziwiło. Po tym, jak ta pannica, którą pokochał, próbowała otruć jego i jego rodziców, a potem dość często spotykał ludzi nieprzyjemnych i wrednych, lepiej było dla niego zadawać się z nieboszczykami. Ci przynajmniej nie byli w stanie nikogo zranić. Kiedy tak o tym rozmyślałam, to doszłam do wniosku, że w tym podejściu do życia jest pewien sens i to nawet spory.
Tak czy inaczej, po zajęciach, udaliśmy się do domu państwa Rocker, którzy od paru miesięcy mieszkali już na stałe w Wertanii. Przeprowadzili się tam z naszej kochanej Alabastii, kiedy Jasper Rocker miał odejść na emeryturę, ale zamiast tego i związanego z tym świętego spokoju, otrzymał awans na komisarza i propozycję, aby zaczął pracować w stolicy Kanto. Przyjął ją i przeniósł się z żoną do Wertanii, gdzie dość prędko zdołał się zadomowić. Co do pani Octavii, to odniosłam niemal graniczące z pewnością przekonanie, iż nie robiło jej większego wrażenia, jakie to miasto jest miejscem jej zamieszkania, byle tylko byli u jej boku jej bliscy.
W domu państwa Rocker czekali już na nas gospodarze z suto zastawionym stole. Oboje uśmiechali się do nas, gdy nas zobaczyli i wraz ze swoim wiernymi Pokemonami, podbiegli nas powitać.
- Witajcie, kochani! - mówiła serdecznym tonem pani Rocker - Tak się cieszę, że tu was widzę. Dawno nas już nie odwiedzaliście.
- Wie pani, mieliśmy trochę na głowie - odpowiedział jej Ash tonem bardzo życzliwym, a do tego usprawiedliwiającym.
- Wierzę, chłopcze - odparł na to pan komisarz - Nauka w akademii policyjnej to nie takie hop siup! Musicie opanować wszystko, co niezbędne w pracy, którą już od dawna wykonujecie i co może wam się przydać w przyszłości. Normalna rzecz, że musicie wszystko ogarnąć. I normalna rzecz, że musicie mieć na to czas.
- Mimo wszystko, miło by było, gdybyście wpadali do nas częściej - rzekła na to pani Rocker - Ale rozumiem, obowiązki. Wybaczę wam je, ale pod warunkiem, że jak już skończycie naukę, to będziecie nas odwiedzać za każdym razem, kiedy się znajdziecie w w Wertanii.
Ash popatrzył na mnie, a ja uśmiechnęłam się do niego z radością. Znak ten był dla mojego ukochanego wystarczająco zrozumiały, ponieważ odwzajemnił mój uśmiech, popatrzył na Pikachu i Buneary, które lekko zapiszczeli w wesoły sposób, a następnie powiedział, patrząc ponownie na panią Rocker:
- To możemy swobodnie pani obiecać.
Pani Octavia uśmiechnęła się do nas życzliwie.
- Uwierzcie mi, kochani... Wasze wizyty wiele dla nas znaczą. Nie mamy tutaj zbyt wielu przyjaciół, a wizyta tych niewielu, których mamy, sprawia nam wielką przyjemność.
- Myślę, że teraz ta przyjemność będzie dla was jeszcze większa - odezwał się nagle dobrze nam znany głos.
Odwróciliśmy się wszyscy w kierunku drzwi, w których stał kolejny gość. Od razu go rozpoznaliśmy.
- Arthur! - zawołaliśmy wszyscy chórem.
Młodzieniec uściskał mocno oboje rodziców, potem mnie i Asha, a następnie powitał wesoło Pikachu i Buneary, głaszcząc je czule po łebkach.
- Jak się masz, stary?! - zawołał Ash, wpatrując się w naszego przyjaciela - To niesamowite, że się tu razem spotykamy.
- Tak, to rzeczywiście niesamowite. No, co za przypadek - zachichotał Arthur.
Następnie spojrzał na ojca, który popatrzył na niego dowcipnie i odparł:
- A kto powiedział, że to był przypadek?
- Dobrze, dobrze. Przypadek czy nie, obiad sam się nie zje - powiedziała na to pani Octavia - A pragnę przypomnieć, że nie po to męczyłam się z tymi daniami, które widzicie na tym stole, żeby się teraz to wszystko miało zmarnować.
Trudno się było nie zgodzić z tego rodzaju sposobem myślenia i trudno było też nie docenić tego, ile pracy musiała pani Rocker włożyć w przygotowanie tego wszystkiego, co oferowała nam teraz na obiad. Dodatkowo żadne z nas nie lubiło marnotrawstwa, dlatego nie chcieliśmy się dopuścić tak podłego grzechu i od razu, po tych słowach, usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy jeść.
Oczywiście, podczas jedzenia prowadziliśmy wesołą rozmowę. Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie umieliśmy milczeć przy posiłku. Czuliśmy zwykle potrzebę opowiedzenia innym przy stole i sobie nawzajem o tym, co nam w duszy gra i co nam akurat przyszło do głowy. Muszę tu oczywiście zaznaczyć, że nie była to ani trochę reguła, która dotyczyła wszystkich osób, z którymi mieliśmy możliwość coś dobrego zjeść. Przeciwnie, jeżeli nie czuliśmy się dobrze w towarzystwie osób, z którymi musieliśmy przebywać, woleliśmy milczeć i nie zamierzaliśmy dzielić się z tymi osobami choćby gramem naszych myśli. Inna sprawa miała miejsce wtedy, gdy podobnie jak teraz, towarzyszyły nam osoby miłe i lubiane przez nas.


- Wiecie, że Ash opanował już do perfekcji sztukę czytania do góry nogami? - zapytałam wesołym tonem.
- Naprawdę? Już potrafisz to robić? - zainteresował się tym komisarz Rocker.
- Zgadza się - odpowiedział mu z uśmiechem Ash - Ale Serenka chyba lekko przesadza mówiąc, że opanowałem tę sztukę do perfekcji. Wydaje mi się, że do niej mi jeszcze daleko.
- O, jaki skromny - powiedziała dowcipnie pani Octavia - To ciekawe, bo coś słyszałam o tym, że bywasz nieco zarozumiały, zwłaszcza podczas rozwiązywania zagadek.
- Naprawdę? A ciekawe, kto pani to powiedział? - rzucił dowcipnie Ash i od razu spojrzał na mnie wymownie.
Obruszyłam się wtedy lekko i powiedziałam:
- Nie patrz tak na mnie. Ja nic nie mówiłam na ten temat.
- Chyba moja mama na myśli mnie - wtrącił się Arthur - Opowiadałem mojej mamie co nieco na temat naszych wspólnych śledztw.
- No i ja też swoje dołożyłem - odezwał się pan komisarz - Ale ja tego nigdy nie nazywałem zarozumiałością. Raczej pewnością siebie.
- Albo może wiarą w siebie - wtrącił Arthur.
- To też dobre określenie - zgodził się jego ojciec.
- Właśnie! Ile razy mówiłem Serence, że wcale nie jestem zarozumiały, tylko po prostu wierzę w siebie - odezwał się wesoło Ash.
- Tak, masz wielką wiarę w siebie - wtrąciłam dowcipnie.
Zaśmialiśmy się i zaczęliśmy rozmawiać na inny temat. Arthur opowiadał o tym, jak dobrze się czuje po poznaniu patologa z Wertanii, z którym ma przebywać i pracować w jego branży.
- To jest bardzo miły facet i ma ogromną wiedzę oraz spore poczucie humoru - powiedział z zachwytem - Szybko odnaleźliśmy wspólny język. A chwilami jakoś trudno mi się powstrzymać od śmiechu, kiedy rzuca mi te swoje żarciki.
- Żarciki? Patolog i żarty? - zdziwiłam się lekko - Czy to jest w ogóle na tym świecie możliwe?
- Ależ oczywiście - potwierdził Arthur - Wiecie, co mi niedawno powiedział, gdy rozmawialiśmy i miałem nieco inne zdanie niż on? Rzucił mi coś takiego: „Ty się ze mną nie kłóć! Moi pacjenci nigdy się ze mną nie kłócą”. Na co ja mu na to odpowiedziałem: „Owszem, bo są martwi”.
Ja i Ash parsknęliśmy śmiechem, a Pikachu niechcący stracił równowagę, gdy zaczął chichotać i spadł z krzesła, na którym on i Buneary siedzieli.
- Czyli jesteś zadowolony ze swojej nowej pracy? - zapytał Ash, podnosząc swego wiernego kompana z podłogi i sadzając go ponownie na krześle.
- Owszem, jestem z niej bardzo zadowolony i nie mam żadnych powodów do narzekania - odpowiedział mu Arthur, a ton jego głosu wskazywał wyraźnie na to, że wszystko to, co mówi jest szczerą prawdą.
- Wy też będziecie zadowoleni ze swojej pracy, kiedy tylko skończycie swoją naukę i powrócicie do Alabastii - powiedział komisarz Rocker.
- No właśnie, Alabastia - rzekł na to Ash lekko zamyślonym tonem - Jestem bardzo ciekaw tego, co się tam dzieje.
- Coś mi mówi, że panuje tam powszechna nuda - odpowiedziała na to pani Rocker.
- Skąd taki pomysł? - zapytałam zdziwiona.
- A miałaś może ostatnio stamtąd jakieś wiadomości na temat jakiś niezwykle trudnych spraw?
- No, nie miałam.
- Ano widzisz. Jakby się tam coś działo, to na pewno byście prędko się o tym z Ashem dowiedzieli. Ponieważ nie otrzymaliście żadnych wiadomości na temat, o którym mówimy, to musi być tam spokojnie.
- Rzeczywiście - powiedział Ash i uśmiechnął się ironicznie - Wiecie co? Tak sobie myślę, że Misty ma chyba jednak rację, że tam nie dzieje się nigdy nic złego, dopóki nas tam nie ma. A jak tylko ja i Serena tam przyjeżdżamy, to nie mija zbyt wiele czasu, a od razu zaczyna wszystko stawać na głowie.
- Moim zdaniem, przesadzasz - powiedział komisarz Rocker - Poza tym, weź pomyśl o tym tak na poważnie. Ile spraw pozostałoby nie rozwiązanych albo ile z nich by się skończyło aresztowaniem niewłaściwych ludzi, gdyby nie wy dwoje? Ile spraw musiano by uznać za nierozwiązane, gdybyście wy się nie zjawili?
Zaskoczyły nas nieco jego słowa. Ja i Ash zbyt dobrze pamiętaliśmy, jak nasz drogi pan komisarz, będący wtedy jeszcze kapitanem i szefem policji w Alabastii, nie ukrywał swojego niezadowolenia z powodu naszej obecności podczas wielu w tamtym czasie prowadzonych śledztw. Nie podobało mu się to, że wtrącaliśmy się w pracę jego ludzi, że ci ludzie niekiedy proszą nas o pomoc w śledztwach, a prócz tego nie podobało mu się również to, iż każdą zagadkę rozwiązywaliśmy i niestety, mimowolnie przyczynialiśmy się do tego, że policja wypadała bardzo słabo, kiedy to porównywano ją z nami. Tak, to wszystko zdecydowanie nie podobało się panu Jasperowi Rockerowi, przez co nasza znajomość z nim nie zaczynała się najlepiej. Ale tak się jakoś złożyło, że stopniowo szef policji w Alabastii nie tylko zaczął nas darzyć sympatią, lecz w końcu polubił nas i obdarzył prawdziwą przyjaźnią. Potem było już tylko lepiej, Jasper Rocker nie tylko zaakceptował naszą obecność wśród policji z tego miasta, ale jeszcze zadbał z innymi naszymi przyjaciółmi o to, aby nasza reputacja jako detektywów wzrosła. Jednak droga do tego stanu rzeczy była dość długa i dlatego teraz byłam nieco zaskoczona, że komisarz Rocker, ten sam, który będąc jeszcze kapitanem narzekał na nas i nasze wtrącanie się w nie swoje sprawy, teraz chwali nas i uważa, że bez naszej pomocy, niejedna sprawa dziejąca się w Alabastii, nie zostałaby rozwiązywana albo skończyłaby się fatalnie, gdyż skazano by niewinną osobę. To było dla mnie szczególnie ciekawe, że on to mówił do nas. On, obecny szef policji w Wertanii.


- Naprawdę pan tak uważa, komisarzu? - zapytałam wzruszona jego słowami.
- Ja zawsze mówię przyjaciołom to, co myślę - odpowiedział Rocker - A jeśli nawet czasami zmyślam, to nigdy nie dotyczy to komplementów. Zapewniam was, że niedługo w Alabastii znowu zacznie się coś dziać i wtedy będzie to miasta was potrzebować.
- No właśnie - poparła go jego żona - Chwilowo nic się tam złego nie dzieje i nie ma żadnej poważniejszej zagadki do rozwiązania, ale jestem pewna, że to jest tylko chwilowa sytuacja. Jeszcze nie będziecie mogli opędzić się od zagadek do rozwiązywania.
- To dobrze, bo już naprawdę dziwnie się czuję, kiedy przez tak długi czas nie mieliśmy nic poważnego do roboty - powiedział Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu, chyba się z nim zgadzając.
- Wiecie, ja tam lubię spokojne życie - odezwałam się - Ale przebywając już tak długo z Ashem, nie tylko przywykłam już do przygód, które możemy razem przeżywać, ale jeszcze zaczęłam je lubić i dlatego też nieco za nimi stęskniłam. I dlatego też nie mogę się doczekać kolejnych zagadek, chociaż wiem, że to nie jest do końca fair.
- Nie jest do końca fair? - zdziwił się Arthur.
- No wiesz, chodzi mi o to, że większość ludzi na tym świecie ceni sobie tzw. święty spokój i oczywiście ma do tego pełne prawo, ale my ten święty spokój im psujemy naszymi marzeniami o kolejnych ciekawych zagadkach do rozwiązania. Nie mówiąc już o tym, że przy okazji marzą nam się śledztwa, a te śledztwa mogą oznaczać tylko jedno: niebezpieczeństwa, ryzyko, morderstwa lub kradzieże, czyli wszystko to, co jest zaprzeczeniem tzw. świętego spokoju.
Ash uśmiechnął się do mnie delikatnie i skinął powoli głową.
- No właśnie, nie inaczej - powiedział - Oczywiście wiem, że nie powinniśmy życzyć sobie zagadek, które oznaczają kolejne problemy dla przyzwoitych ludzi. Ale ostatecznie chyba każdy tak ma, że przede wszystkim myśli o swojej wygodzie i o tym, aby jemu było dobrze. A mnie i Serena, żeby nam było dobrze, trzeba co jakiś czas jakieś dobrej zagadki do rozwiązywania.
- Zgadza się - potwierdziłam - Czy to oznacza, że jesteśmy egoistami?
- Nie, po prostu normalnymi ludźmi z normalnymi potrzebami - odparł na to komisarz Rocker.
- Mój nowy szef powiedziałby, że nie ma tym świecie ludzi normalnych, a w każdym razie, nie w pełni - rzucił dowcipnie Arthur.
Zachichotał rozbawiony i zaczął mówić dalej:
- On mówi, że każdy człowiek ma jakieś słabości i potrzeby, nawet jeżeli się one wydają innym ludziom nienormalne. Mówił też, że normalność to pojęcie dość względne. No i że trzeba mieć pragnienia i marzeniami, bo one odróżniają nas od nieboszczyków. Bo jedyne istoty na tym świecie, które niczego nie potrzebują i nie mają żadnych potrzeb, to nieboszczycy.
Popatrzyłam nieco zaskoczona na naszego przyjaciela i powiedziałam:
- Muszę powiedzieć, że to naprawdę niezwykły człowiek.
Octavia Rocker westchnęła delikatnie i rzekła:
- Przepraszam was bardzo, ale czy możemy już przestać mówić o śmierci i o nieboszczykach? Wybaczcie, że o to proszę. Ten temat wydaje mi się co najmniej niesmaczny, a już zwłaszcza przy stole.
- Racja - zgodził się z nią jej syn - Przy stole lepiej nie opowiadać o tematach, które mogą popsuć apetyt.
- A ja tam lubię takie tematy i mnie one nie psują apetyt - stwierdził Jasper Rocker - Ale macie rację. Może pomówmy o czym innym. Przez te rozmowy na temat śledztw i morderstw, czuję się tak, jakbym znowu był w pracy. A ja przecież nie po to odpoczywam od pracy, aby o pracy rozmawiać.
Przyznam się, że chociaż będąc już od długiego czasu detektywem, zdążyłam już przyzwyczaić się do rozmów na tematy dość pikantne, jeżeli można tak nazwać temat, który właśnie zakończyliśmy, to jednak zgadzałam się z panią Rocker, że są na tym świecie o wiele lepsze i ciekawsze tematy, o których można by było sobie rozmawiać podczas spotkań przy stole. Dlatego bez wahania przystałam na to, aby zmienić temat. Ash też łatwo na to przystał i zaczęliśmy mówić o czymś innym.

***


Po naprawdę smacznym obiedzie u państwa Rocker i bardzo miłej rozmowie z naszymi gospodarzami i ich synem, wróciliśmy do naszego pokoju w hotelu, tam zaś zajęliśmy się ponownie zakuwaniem wiedzy poznanej przez nas na zajęciach. Jak już wspominałam, chcieliśmy jak najlepiej wypaść podczas egzaminów, które traktowaliśmy niezmiernie poważnie i zamierzaliśmy je zdać. Dlatego nauka była dla nas ważna i mieliśmy tylko nadzieję, że nam się ona opłaci.
Nie wiem, jak długo zakuwaliśmy wspólnie wiedzę, kiedy poczuliśmy się już nieco zmęczeni i postanowiliśmy zakończyć na ten dzień zapamiętywanie wiedzy i nacieszyć się w pełni zasłużonym odpoczynkiem. Wyłożyliśmy się wtedy bardzo wygodnie na naszym łóżku i zaczęliśmy rozmawiać.
- Cieszę się, że Arthurowi podoba się jego nowe zajęcie - powiedziałam, gdy tuliłam głowę do ramienia Asha.
- Ja również się cieszę - odpowiedział mi mój ukochany, czule mnie do siebie przytulając - Nasz biedny przyjaciel nie miał ostatnio za dużo szczęścia w swoim życiu i dlatego miło zobaczyć, że ma powody do uśmiechania się.
- Państwo Rocker też wyglądają na zadowolonych - dodałam po chwili - Tak miło się patrzy na nich, gdy są uśmiechnięci.
- Tak, aż przyjemnie na nich popatrzeć - powiedział Ash - Widać, że zdołali się tu jakoś zaaklimatyzować. Bałem się trochę, że im się to nie uda.
- Dlaczego miałoby im się nie udać?
- No wiesz, tyle lat życia w Alabastii i nagle muszą się przenieść w zupełnie inne miejsce, w którym dotąd bywali tylko przejazdem. To nie jest takie proste, tak z dnia na dzień przenieść się w inne miejsce i jeszcze tam zamieszkać.
Uśmiechnęłam się delikatnie i wtuliłam się czule w ramię mojego męża, przez chwilę nic nie mówiąc, po czym nagle coś sobie przypomniałam:
- Wiesz, ja mam dość podobną sytuację do nich.
- Jak to? - zdziwił się Ash.
- No tak - odpowiedziałam - W końcu mieszkałam tyle lat w mieście Vaniville i wychowywałam się tam od najmłodszych lat. A teraz mieszkam z tobą w twoim rodzinnym mieście Alabastii i też musiałam się... W pewnym sensie... Jakoś tam zaaklimatyzować.
- Ale chyba ci się to udało, prawda? - zapytał Ash z nadzieją w głosie, czule na mnie przy tym patrząc.
Zachichotałam wesoło, delikatnie głaszcząc go po twarzy i mówiąc:
- Mój ukochany, słodki detektywie. Taki bystry jesteś, a nie zauważyłeś tego, jak doskonale się czuję w twoim rodzinnym mieście?
- Zauważyłem, ale nie byłem pewien, czy aż tak ci dobrze ze mną, żeby tam już pozostać na stałe.
Zaśmiałam się jeszcze bardziej rozbawiona i powiedziałam:
- Ash, skarbie. Zapewniam cię, że nigdy, nawet przez chwilę nie żałowałam tego, że zamieszkałam z tobą w Alabastii.
- I nie żal ci Vaniville?
- Nie. Owszem, piękne miasto i na pewno niejeden raz chętnie tam pojadę, ale moim miejscem na tym świecie stała się Alabastia. I z przyjemnością wrócę tam z tobą, kiedy już zaliczymy wszystkie egzaminy. A gdy już to się stanie, to będziemy mieli w głowach potrzebną nam wiedzę. A z tą wiedzą w naszych głowach, jeszcze bardziej będziemy skuteczni.
Ash uśmiechnął się do mnie wesoło i powiedział:
- Dokładnie. A wtedy, drżyjcie przestępcy! Wszyscy, bez wyjątku!
Zachichotałam rozbawiona i pocałowałam go czule w usta.
Nagle usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Spojrzeliśmy instynktownie w miejsce, z którego ono dobiegło i usłyszeliśmy ponowne pukanie.
- Ktoś chyba ma do nas sprawę - powiedziałam.
Ash westchnął delikatnie, próbując ukryć swoje niezadowolenie.
- Coś mi się widzi, że chyba nie spędzimy tego wieczoru sami we dwoje.
Ponieważ pukanie znowu się rozległo, nie mogliśmy go zlekceważyć. Oboje z Ashem wstaliśmy i powoli podeszliśmy do drzwi. Pikachu i Buneary ruszyli razem z nami, w lekko bojowym nastroju. Widocznie uznali, że ci, którzy właśnie chcą nas odwiedzić, mogą nie być pozytywnie do nas nastawieni, dlatego powinni być przygotowani do walki i ochrony swoich trenerów.


Na szczęście, jakiekolwiek starcie okazało się nie być koniecznie, ponieważ nasi goście okazali się nie być naszymi wrogami. Szybko się o tym przekonaliśmy, kiedy tylko otworzyliśmy drzwi. Zobaczyliśmy wówczas, że stoi za nimi czwórka dzieciaków, bardzo dobrze nam zresztą znana. Jedną z nich była Taylor Armstrong, córka partnerki Josha, ojca Asha. Obok niej stał jakiś chłopiec, którego wyglądał wydawał się nam niezwykle znajomy, a także bliźnięta Ash i Ashley, dzieci naszej dobrej przyjaciółki, syrenki Adeli, oczywiście w ludzkiej postaci.
- Cześć! Nie przeszkadzamy?! - zapytała wesoło Taylor.
- Taylor?! - zawołał radośnie Ash na widok dziewczynki - Ash i Ashley?! A co wy tu wszyscy robicie?
- Wpadliśmy z wizytą - odpowiedziała córki Cindy Armstrong.
- Było nam po drodze i dlatego zajrzeliśmy - wyjaśnił mały Ash.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzamy wam - dodała Ashley.
Ich towarzysz, sympatyczny chłopiec o uroczym wyrazie twarzy, nie odezwał się ani słowem, ale uśmiechał się do nas życzliwie.
- Wpuścicie nas, czy mamy rozmawiać na korytarzu? - zapytała ironicznym tonem Taylor.
Ash uderzył się lekko dłonią w czoło i powiedział:
- Ależ oczywiście! Gdzie moje dobre maniery? Wejdźcie, proszę!
Następnie oboje z Ashem odsunęliśmy się nieco na bok, aby wpuścić naszych niespodziewanych, ale mimo wszystko miłych gości. Dzieciaki weszły oczywiście do pokoju, a ja zamknęłam za nimi drzwi. Chwilę później, cała czwórka naszych gości przywitała wesoło Pikachu i Buneary.
- Bardzo miło mi was znowu widzieć, kochani - powiedziałam chwilę później - Choć jestem zaskoczona widokiem was wszystkich razem.
- No właśnie. Kiedy stworzyliście wszyscy razem drużynę? - zapytał Ash.
- Jakoś tak niedawno - odpowiedziała mu Taylor - Chyba wtedy, kiedy Kurt do nas przyjechał z Laputy, a Ash i Ashley wpadli na pomysł, aby pozwiedzać te okolice i poznać życie trenerów Pokemonów.
Ja i mój mąż przyjrzeliśmy się uważnie chłopcu niemowie, który od pierwszej chwili, w której go zobaczyliśmy wydawał się nam znajomy, ale dopiero teraz, gdy Taylor wymieniła jego imię zrozumieliśmy, z kim mamy do czynienia.
- Kurt? Z Laputy? - zdziwiłam się.
- To naprawdę ty? - dodał Ash.
Kurt skinął delikatnie głową, a gdy podeszli do niego Pikachu i Buneary, to z uśmiechem na twarzy, przytulił je do siebie. Następnie popatrzył na nas i pokazał nam na migi, że bardzo się cieszy, iż może nas wreszcie znowu spotkać.
- My również się cieszymy, że cię widzimy - powiedziałam.
- Ale skąd się tu wziąłeś? W sensie tutaj, w Kanto? - zdziwił się Ash.
Kurt zaczął coś znowu pokazywać na migi, a mała Ashley popatrzyła uważnie na niego i rzekła:
- Kurt mówi, że chociaż dobrze mu się obecnie żyje w Lapucie, to poczuł, że chciałby poznać coś więcej niż jego miejsce zamieszkania i wpadł na pomysł, aby przyjechać do Alabastii. A tam zainteresował się treningami Pokemonów i tak się to wszystko zaczęło.
- Wiesz, Ashley... - powiedział mój ukochany z lekkim uśmiechem - Nie chcę cię urazić, ale ja i Serena znamy język migowy. Nie musisz nam więc tłumaczyć... Zaraz! Chwileczkę!
Ash popatrzył zdumiony na Kurta i zawołał:
- Kurt! Ty nas słyszysz?!
Chłopak pokiwał głową potakująco. Dopiero teraz, po tej uwadze Asha, zaraz zrozumiałam, na czym polegał cały problem. Przecież Kurt, kiedy go poznaliśmy w trakcie naszej przygody na Lapucie, był bardzo uroczym chłopcem, ale niestety miał kilka poważnych problemów. Najpierw taki, że wielu rówieśników dokuczało mu, a on sam zamykał się w sobie i wydawał się być nieco bardziej dziecinny niż jego wiek na to pozwalał. A potem taki, że niestety był głuchoniemy. Nie słyszał i nie mówił, co znacznie utrudniało mu życie. Nauczył się języka migowego i udało mu się opanować zdolność rozmawiania za pomocą tej techniki, ale nadal nic nie słyszał wokół siebie. Jakim zatem cudem teraz słyszał? To było dla nas ogromnym zaskoczeniem.
- Tak, on już słyszy, choć nie umie wciąż mówić - powiedziała Taylor - Ale na to, niestety, Latios i Latias nie byli w stanie nic poradzić.
- Latios i Latias? - zapytałam zdumiona.
- To oni sprawili, że on słyszy? - dodał Ash.
Pikachu i Buneary zapiszczeli równie mocno zaskoczeni tym, co właśnie od naszej przyjaciółki usłyszeli.
- Tak, zgadza się - potwierdziła Taylor - Latios i Latias byli akurat u twojej mamy, kiedy ich odwiedziliśmy razem z Kurtem. Zauważyli, co się z nim dzieje i wpadli nagle na jakiś pomysł. Postanowili mu pomóc.
- To było niesamowite! - zawołał mały Ash - Mówię wam! Podeszli do niego i położyli mu dłonie na głowie, a ich ciała zaczęły się jakoś tak świecić, taka jakby poświata ich otoczyła i przeszła ona na Kurta, a po kilku minutach on już słyszał, a Latios i Latias lekko osłabli i musieli sobie trochę odpocząć.
- Leczenie pozytywną energią - powiedział mój ukochany - No tak! Teraz już wszystko rozumiem.
- Oni więc pomogli Kurtowi, aby odzyskał słuch - dodałam i uśmiechnęłam się delikatnie do chłopca - Powiedz, jak się czujesz, kiedy możesz słyszeć?
Kurt odpowiedział mi uśmiechem i zaczął pokazywać nam na migi, że to jest naprawdę niesamowite uczucie i nie wie, jak ma to określić, ale cudownie jest móc wszystko dookoła siebie słyszeć i rozumieć, co ludzie do niego mówią. Wprawdzie nie umie mówić, ale jakoś mu tego nie brakuje, jeżeli może słyszeć. Pomyślałam sobie wówczas, że dla tego biedaka to musi naprawdę być cudowne uczucie, kiedy po tylu latach głuchej ciszy, szumu i niczego więcej, jego uszy zaczęły wyłapywać wszystkie inne dźwięki dookoła. Nie chciałam sobie wyobrażać, jak musiał się on czuć jako głuchoniemy i to jeszcze od urodzenia. Domyślałam się jedynie tego, że to musiało być naprawdę okropne uczucie, przygnębiające i dołujące. Ale liczy się, iż teraz los się do niego uśmiechnął, a może nie tyle los, co po prostu dwa bardzo sympatyczne Pokemony w ludzkiej postaci, które widząc smutek tego uroczego chłopca, postanowiło mu pomóc. I oczywiście udało im się to zrobić, a efekty tego widać było wyraźnie po wielkim uśmiechu widniejącym na buzi Kurta. Tak słodko się mógł uśmiechać jedynie ktoś, kto ma powody do uśmiechania się.
Nie wiem, co mnie naszło, ale kiedy Kurt pokazał nam na migi, że doskonale się czuje, mogąc wszystko słyszeć, podeszłam do chłopca i mocno go przytuliłam. Ash uśmiechnął się, wzruszony tym widokiem i też objął Kurta, a ten nie tylko się na to zgodził, ale wydawał się być zachwycony tą sytuacją.
- Cieszymy się, że możesz słyszeć - powiedziałam życzliwie - Będziesz mógł teraz poznać lepiej więcej cudów tego świata.
- No właśnie, on chce poznać cuda tego świata i to jako trener Pokemonów - powiedziała Taylor - A my będziemy podróżować z nim.
- My też - dodała Ashley - W końcu, ten świat też jest dla nas wciąż obcy i po długim namyśle, postanowiliśmy wyruszyć w podróż trenerów Pokemonów.
- I oczywiście walczyć o miejsce w Ligach Pokemon! - zawołał bojowo mały Ash - Zobaczycie, że damy na nich niezłego czadu!
- Nie wątpię - zachichotał mój mąż - Ale z tego, co rozumiem, to oznacza, że dostaliście swoje startery, skoro zamierzacie ruszyć w świat jako trenerzy?


- No chyba - odpowiedziała wesoło Taylor i to takim tonem, jakby to było coś oczywistego - A niby w jaki sposób mielibyśmy rozpocząć naszą podróż, nie mając własnych starterów?
To mówiąc, wyciągnęła nagle pokeball i zapytała:
- Chcecie zobaczyć nasze startery?
- No pewnie! - zawołał radośnie Ash - Jestem bardzo ciekaw, jakie Pokemony sobie wybraliście na swoje startery.
- Ja też jestem tego ciekawa - dodałam równie zainteresowana, co mój mąż.
Taylor nie dała się dwa razy prosić. Otworzyła pokeball i wyskoczył z niego w tej samej chwili jakiś biały blask, który wylądował na ziemi, przyjmując szybko realny kształt. Kształt małego zielonego dinozaura z wielką cebulą na plecach.
- O! To Bulbasaur! - zawołał radośnie Ash.
- Bulba-bulba-saur! - odpowiedział na to stworek.
Mali Ash i Ashley wyjęli szybko swoje pokeballe i wypuścili z nich od razu swoje startery, którymi okazały się być Charmander i Squirtle, pierwszy należał do małego Asha, drugi do jego siostry bliźniaczki.
- A więc takie stworki sobie wybraliście - powiedziałam zachwycona, patrząc na Pokemony z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Są urocze - powiedział mój mąż.
Pikachu i Buneary podeszli do stworków i przywitali ich życzliwie, a one im odpowiedziały serdecznie w swoim języku.
- A ty, Kurt? Też wybrałeś swojego Pokemona? - zapytałam po chwili.
Chłopiec skinął potakująco głową, po czym odpiął od paska pokeballa i zaraz wypuścił swojego startera.
- Będziecie zaskoczeni - powiedziała dowcipnym tonem Taylor.
Miała rację, tak właśnie się stało, ponieważ oczom naszym ukazał się...
- Oooo! - zawołaliśmy ja i Ash zdumieni tak bardzo, że nawet nie umiem tego opisać słowami.
- Przecież to jest... To jest... - jęknęłam.
- To Pikachu! - zawołał Ash.
Stworek Kurta zapiszczał wesoło na powitanie. Pikachu i Buneary popatrzyli na niego zdumieni i podeszli naprzeciw niego, przypatrując się uważnie starterowi naszego przyjaciela. Ten przywitał ich i uśmiechał się do nich, a kiedy nasi wierni kompani podali mu łapki na powitanie, on uścisnął je przyjaźnie. Widać było, że się łatwo ze sobą dogadali.
- Wybrałeś Pikachu? - zapytał Ash Kurta.
Chłopiec przytaknął skinieniem głowy, a zaraz potem zaczął nam pokazywać na migi, jak do tego doszło. Okazało się wtedy, że Kurt przyszedł do laboratorium profesora Oaka i tam jego trzej przyjaciele wybrali startery, ale wtedy okazało się, że nie ma już Pokemona dla niego, ale nasz drogi uczony nie zamierzał tak łatwo się poddawać i dał mu innego stworka, który przypadkiem do niego trafił jako tzw. stworek rezerwowy. Okazało się, że ów Pikachu i Kurt szybko się ze sobą zdołali porozumieć, więc jego wybór przez chłopca stał się faktem.
Prezentacja starterów naszych bohaterów była dla nas nie lada niespodzianką, ale nie jedyną, jaka nas tego dnia czekała. Kolejna z nich dopiero nas zaskoczyła i spowodowała, że nie byliśmy pewni, co mieliśmy o tym myśleć.
Zaczęło się od tego, iż dzieciaki zaczęły z nami rozmawiać i powiedziały nam coś bardzo ciekawego. Okazało się, że spotkały one pewnych ciekawych ludzi, tak nawet nieco podobnych do nas, którzy zainteresowali się pewną sprawą kradzieży w muzeum i postanowili pomóc Taylor, Kurtowi, Ashowi i Ashley rozwiązać tę niezwykłą zagadkę, co doprowadziło do naprawdę niesamowitych zdarzeń. Jednak nie zdążyli nam wszystkiego powiedzieć o tej sprawie, ponieważ przypomniałam sobie, że w telewizji ma być program, który ja i Ash chcieliśmy obejrzeć. Dlatego też przeprosiliśmy naszych przyjaciół i powiedzieliśmy, że chcemy zobaczyć ten program. Oni odpowiedzieli nam, że nic nie szkodzi i w zasadzie, to oni chętnie go z nami obejrzą. Dlatego włączyliśmy telewizor i zaczęliśmy oglądać.
Obejrzeliśmy cały program, a po jego zakończeniu dali zapowiedź pewnego serialu anime, który ja i Ash pamiętaliśmy z czasów naszego dzieciństwa. Serial o tytule „Yattaman”. Pomyśleliśmy, że skoro jest okazja, to może moglibyśmy go sobie obejrzeć i przypomnieć, za co go tak lubiliśmy. Nasi dziecięcy przyjaciele nie znali go jeszcze, ale tytuł serialu zrobił na nich ogromne wrażenie i gdy tylko go usłyszeli, powiedzieli nam, że bardzo chcą go zobaczyć. Dlatego obejrzeliśmy go z prawdziwą przyjemnością, nie spodziewając się nawet, co zobaczymy w tym odcinku, który miał być obecnie emitowany.
Gdy serial się zaczął, zobaczyliśmy na początek zabawną czołówkę z tą dość kultową dla dzieci naszej epoki piosenką, którą znaliśmy już na pamięć, a której to słowa brzmiały następująco:

Yattaman! Yattaman!
Zna złotą żyłę!
Yattaman! Yattaman!
Strzeże dzielnie nas!
Yattaman! Yattaman!
Wesoły jest i srogi.
To dzielny nasz wojownik Yattaman!

Bywa tu, bywa tam!
Bywa też gdzie indziej!
Yattaman! Yattaman!
W pojeździe słynnym swym...
Yattaman! Yattaman!
Wroga wnet wytropi
I zwycięży go, jak zwykle Yattaman!

Bardzo nas rozśmiesza,
Gdy śmieszny zrobi trik.
On zawsze i niezmiennie
Na służbie dobra jest.
A gdy znowu wróg zaczyna
Coś podłego knuć,
To Yattaman zwycięży go,
Bo taka jego rola!

Oglądając czołówkę tego kultowego serialu, śpiewaliśmy z Ashem słowa tej piosenki, czując przy okazji, jak łzy wzruszenia i nostalgii pojawiają się w naszych oczach. A nasi dziecięcy przyjaciele wpatrywali się w ekran ze zdumieniem, nic nie mówiąc, a jedynie podziwiając migające w czołówce postacie, które wydawały im się niezwykłe, ale też, jak to powiedzieli, dziwnie znajome. Następnie, gdy już czołówka dobiegła końca, rozpoczął się odcinek o dosyć wdzięcznym tytule: „Do boju, młodzieży!”. Przyznam się, że nie pamiętałam odcinka o takim tytule, ale co tam tytuł?! To, co zobaczyliśmy na ekranie, gdy odcinek się rozpoczął, po prostu nas wszystkim wkomponowało z szoku w miejsca, w których siedzieliśmy. Jeżeli pozwolicie, przytoczę tutaj jego fabułę tak dokładnie, jak to ją zapamiętałam, gdyż stanowi ona dla mnie niesamowitą zagadkę i dowód na to, że na tym świecie są naprawdę rzeczy, które nawet filozofom się nie śniły, a co dopiero detektywom.


C.D.N.

Przygoda 131 cz. II

Przygoda CXXXI Do boju, młodzieży cz. II W miasteczku Alabastia odbywała się właśnie wielka uroczystość. Do tego pięknego miasta w regionie ...