piątek, 4 września 2026

Przygoda 130 cz. I

Przygoda CXXX

Do boju młodzieży cz. I


- Cześć, kochanie! Co robisz przed... OJEJ!
Tymi słowami, mój najdroższy małżonek, powitał nowy dzień. Oczywiście te słowa były skierowane do mnie, stojącej właśnie w różowej nocnej koszulce tuż przed lustrem w łazience. W ręku trzymałam szczotkę i próbowałam usilnie jakoś uporządkować nią tę szopę na mojej głowie, która wyszła z moich włosów. Okrzyk Asha wiązał się właśnie z tym faktem, iż zauważył on ową szopę i lekko się chyba jej przeraził. Spojrzałam zdumiona tą reakcją w jego kierunku, a wtedy mój luby przestał być przerażony, a na jego twarzy pojawił się wesoły i dowcipny uśmiech. Wtedy to zrozumiałam, że jego reakcja była udawana, a on sam w ogóle nie był ani zdumiony, ani zaniepokojony moim wyglądem, że już o strachu nie wspomnę. Te oto uczucia były mu zupełnie obce, jeżeli chodziło o mój dość osobliwy wygląd. Nic z tych rzeczy. On po prostu się wygłupiał. Najwidoczniej zauważył, z jakim trudem próbowałam ogarnąć swoje włosy i jak mnie to denerwowało, więc uznał, że najlepiej zrobi, rozbawiając mnie. Niestety, nie trafił najlepiej z tym pomysłem, ponieważ moją reakcją nie był śmiech, ale lekka irytacja. Wzięłam się pod boki i groźnie spojrzałam na niego, mówiąc:
- Rozumiesz, że masz coś przeciwko mojej fryzurze?
- Nie, kochanie. Nie o to mi chodzi - zachichotał Ash - Po prostu, wyglądasz tak uroczo i oryginalnie jednocześnie, że nie mogłem się powstrzymać.
Wpatrywałam się w niego dalej groźnie i podeszłam bliżej, mówiąc:
- A jak mam niby wyglądać, po tym wszystkim, co robiliśmy w nocy, co?! W twoim mniemaniu, jak niby po takich ekscesach, jakie sobie zafundowaliśmy, moja fryzura ma teraz wyglądać?
Ash wciąż się uśmiechałam, choć chyba lekko się przeraził mojej złości, bo z lekką ostrożnością zrobił kilka kroków do tyłu.
- Serenko, kochanie... Wyglądasz przecież uroczo. Ja się nie czepiam ani nic z tych rzeczy. Po prostu ten widok mnie rozbawił i tyle.
- Rozbawiłam cię, tak? - mruknęłam - A to, że muszę teraz walczyć z tą szopą na głowie i nie mogę sobie z nią poradzić, to też jest zabawne? Zresztą, chyba ty nie powinieneś się z tego śmiać. W końcu, to twoja wina.
- Moja wina? - zdziwił się Ash - A to niby czemu?
- A pewnie, że twoja. Komu się zachciało wczoraj ekscesów i szaleństw?
Ash zachichotał ponownie i patrząc na mnie figlarnie, powiedział:
- O ile dobrze pamiętam, Serenko moja słodka... Nie protestowałaś, kiedy cię do tych szaleństw i ekscesów kusiłem.
Uśmiechnęłam się do niego delikatnie na wspomnienie tego, co robiliśmy w nocy, a co było naprawdę bardzo pięknym wspomnieniem i odpowiedziałam, lekko się przy tym rumieniąc:
- A dziwi cię to? Trochę już tego nie robiliśmy i tęsknota się pojawiła. A to nie wiesz, że po poście człowiek musi sobie zafundować ucztę i wtedy ta uczta mu o wiele bardziej smakuje?
Post ten, o którym mowa, musieliśmy sobie dawać z Ashem z powodów nie tylko praktycznych, ale i z ostrożności. Wszak prawie tydzień w każdym miesiącu miałam kobiece dolegliwości i nie mogliśmy wtedy robić. Jeszcze dodać do tego też należy tydzień, kiedy miałam dni ryzykowne, które mogłyby skończyć się dla mnie ciąża, a choć planowaliśmy założenie rodziny, to jeszcze nie był na to czas i zdrowy rozsądek nakazywał nam uważać w te dni, a najlepiej się uważa w takiej sytuacji wtedy, kiedy nie tworzy się sytuacji ryzykownych. To dawało nam około dwa tygodnie postu na każdy miesiąc, nie licząc jeszcze dni, kiedy z tego, czy też innego powodu nie mogliśmy lub nie mieliśmy ochoty. Dlatego też, gdy już były w każdym miesiącu dni bezpieczne, byliśmy tak wyposzczeni i tak spragnieni swojej bliskości, że niekiedy szaleliśmy i to tak, iż nawet najbardziej śmiałe filmy bledły przy tym. Ale efekty tego bywały takie jak ta szopa na mojej głowie i dlatego też niekiedy miewałam przez to poważne problemy z ułożeniem mojej fryzury w taki sposób, aby wyglądała w miarę elegancko. Dlatego nie byłam zadowolona z tego, że Asha to bawi. Choć jego szelmowski uśmiech sprawił, iż nie umiałam też długo się na niego gniewać.
- Wiadomo, że głodnemu lepiej smakuje chleb - powiedział Ash, obejmując mnie mocno w pasie i przyciągając do siebie - A wczoraj pierwszy raz głodny Ash się mógł najeść swojej ulubionej słodyczy. Masz mu to za złe?
- Nie, ale mam ci za złe to, że bawią cię konsekwencje tego ucztowania po poście - odpowiedziałam mu dowcipnie.
- Serenko moja jedyna - odparł czule Ash i zaczął bawić się jednym z moich niesfornych kosmyków - Ale te konsekwencje są słodkie, bo one oznaczają, że ty i ja wciąż jesteśmy bardzo zgraną parą.
- Powiedz raczej, że są one dowodem na to, jak dobrze ci idzie to nasze... To nasze ucztowanie.
- Owszem i dowody te są naprawdę piękne, że lubię się w nie wpatrywać i też lubię sprawiać, żeby tych dowodów było więcej.
Przytulając się do niego, poczułam wyraźnie w pewnym miejscu jego osoby, jak bardzo on lubi tworzyć ze mną te słodkie dowody i jak bardzo chciałby w tej chwili stworzyć kolejne z nich. Najlepsze jednak w tym wszystkim było to, że i ja na to nabrałam ochoty.
- Lubisz tworzyć te dowody i się w nie wpatrywać, tak? - zapytałam do niego zalotnym tonem.
Następnie lekko popchnęłam go na łóżku i zdjęłam z siebie nocną koszulkę, stając przed nim tak, jak mnie Bozia stworzyła. Widok zachwytu na twarzy Asha i reakcja jego ciała mówiła mi, że jest zachwycony.
- Więc patrz uważnie - powiedziałam.
Następnie pomogłam mu zdjąć koszulkę i bokserki, po czym wgramoliłam się na niego i zmysłowo dodałam:
- I stwórz kolejne powody do tego, aby moja głowa przypominała miotłę, w którą uderzył piorunem Pikachu.


Chwilę później, Ash dał mi mnóstwo ku temu powodów. A ja sama nie tylko mu w tym nie przeszkadzałam, ale ułatwiałam mu to. Robiliśmy potem przez tak około godzinę takie rzeczy, że nawet teraz rumienię się na samo ich wspomnienie. Ale nie żałuję ani przez chwilę. To było cudowne. Rzeczywiście, to była prawda i to święta, że po poście uczta najlepiej smakuje człowiekowi. Nie chcę wchodzić tu w szczegóły, powiedzieć więc mogę jedynie to, iż po tym wszystkim musiałam się wylegiwać na łóżku, aby odpocząć od tego i nabrać sił, nie mówiąc już o tym, że moja szopa na głowie tylko się powiększyła. Dodatkowo rumieniłam się mocno na twarzy na samo wspomnienie tego, co mówiłam, a właściwie wołałam, kiedy Ash i ja lecieliśmy do nieba. Wolałabym tu nie cytować tych wypowiedzi ze względu na ich niecenzuralność i zbytnią śmiałość. Powiem jedno, nawet nie podejrzewałam siebie o to, że umiem tak mówić. No cóż... Człowiek całe życie się uczy.
Swoją drogą, pomyślałam sobie, jak to dobrze, że Pikachu i Buneary nigdy nie byli w naszym pokoju, gdy ja i Ash mieliśmy ochotę na okazywanie sobie tego, jak bardzo jesteśmy sobie bliscy. W takie wieczory zwykle szli spać gdzie indziej, do pokojów naszych znajomych, którzy chętnie ich wtedy u siebie przyjmowali. W sumie, nie byłoby żadnego problemu, gdyby oboje chowali się na noc do pokeballi, ale Pikachu, jak to już dobrze wiedzieliśmy, miał ewidentną niechęć do tego, aby to robić. Buneary zaś lubiła, odkąd tylko zyskała dzięki Dawn taką możliwość, być w towarzystwie swego ukochanego i dlatego też nie wchodziła do pokeballa. I to z tego powodu, musieliśmy dla naszych pokemonich przyjaciół znajdować sposoby na to, aby mogli się spokojnie wyspać i nie przeszkadzali nam. Zresztą oni sami nam jasno dawali do zrozumienia, że nie chcą nam w takiej sytuacji przeszkadzać. Pikachu i Buneary wykazywali się przy tym naprawdę wielkim taktem, a do tego też niesamowitym wyczuciem. Zawsze doskonale wyczuwali, kiedy ja i Ash, choć lubiliśmy ich obecność, woleliśmy pobyć sami we dwoje i zawsze wtedy umieli się wycofać do miejsca, z którego nie będą nam przeszkadzać i w którym przy okazji sami będą mogli spędzić czas tylko we dwoje. Nawet nie musieliśmy im to mówić, bo oni sami w większości przypadków to wyczuwali. Jak to robili? Ba! Sama bym chciała to wiedzieć. Profesor Oak uważa, że Pokemony posiadają instynkt i to tak wielki, że potrafią doskonale wyczuć wiele rzeczy, jakie nie umieją wyczuć ludzie. Myślę sobie, iż jest w tym sporo prawdy. Ale niewykluczone, że może również w tej sprawie mieć znaczenie to, iż patrząc na coś z boku widzi się więcej niż wtedy, kiedy się patrzy na to wszystko bezpośrednio, będąc stroną zaangażowaną. Będąc detektywem, zdążyłam to wiele razy zauważyć.
W każdym bądź razie, kiedy już oboje z Ashem odzyskaliśmy siły po tym, jak to sobie słodko rano okazaliśmy naszą miłość, wskoczyliśmy szybko pod prysznic, aby się umyć i orzeźwić. Niestety, nie okazał się być to najlepszy pomysł, bo oboje nadzy i mokrzy poczuliśmy chęć, aby jeszcze raz okazać sobie uczucie, ale w ten sposób, że szybko po tym odzyskaliśmy siły i ubraliśmy się, aby potem udać się na śniadanie. Ponieważ było dość wcześnie jeszcze, na posiłek łatwo mogliśmy liczyć w tym uroczym hoteliku, w którym przebywaliśmy obecnie. Odebraliśmy też od naszych znajomych Pikachu i Buneary, a potem ruszyliśmy do jadalni. Zjedliśmy tam smacznie i porządnie, a potem wyruszyliśmy na uniwerek, na którym czekały nas ostatnie wykłady przed egzaminami. Byliśmy pewni, że je zdamy, bo wiedzę posiadamy w głowie i codziennie niemalże się uczyliśmy i utrwalaliśmy to, czego się dowiedzieliśmy na wykładach. Zresztą, nie miało to dla nas takiego znaczenia, żebyśmy się mieli obawiać nie zdanych egzaminów. Nie chcieliśmy przecież ani ja, ani Ash zostawać policjantami. Chcieliśmy dalej być detektywami, a wiedza tu zdobywana nie miała nam ułatwiać robienia kariery, a jedynie to, żebyśmy dzięki tej wiedzy łatwiej rozwiązywać zagadki detektywistyczne. Dlatego też, w praktyce rzecz ujmując, zdanie tych egzaminów nie stanowiło dla nas być albo nie być. Ale też nie oznaczało to, że mieliśmy je sobie lekceważyć. Po prostu, traktowaliśmy je poważnie, ale nie nazbyt.


Z tego też właśnie powodu, byliśmy radośni. Trzymaliśmy się razem z Ashem za ręce i śpiewając wesołe piosenki, kierowaliśmy swoje kroki do uniwerku. Tuż obok nas szli wesołym krokiem Pikachu i Buneary, trzymając się za łapki i bardzo słodko przy tym piszcząc. A ja i mój ukochany śpiewaliśmy sobie wesoło ten oto uroczy utwór:

Był chyba maj, Park w Alabastii.
W słoneczny dzień, zobaczyłem cię.
Tańczyłaś boso, byłaś jak natchniona,
A po chwili zaczął padać deszcz.

Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje,
Wszystko znikło, byłaś tylko ty.
Stałaś w tęczy jak zaczarowana.
Świeciło słonce a z nieba padał deszcz.

Tyle samotnych dróg
Musiałem przejść bez Ciebie.
Tyle samotnych dróg
Musiałem przejść by móc,
Odnaleźć ciebie tu.
I wtedy padał deszcz.

Nasze oczy wreszcie się spotkały,
Jak odbicia zagubionych gwiazd.
Byłaś blisko, wszystko zrozumiałem.
Kto odejdzie, zawsze będzie sam.

Na zawsze i na wieczność,
Uczyńmy z życia święto,
By będąc tu przez chwilę
Wszystko zapamiętać.
Nasza droga nigdy się nie skończy,
A kto odejdzie, zawsze będzie sam.

Tyle samotnych dróg
Musiałem przejść bez ciebie.
Tyle samotnych dróg
Musiałem przejść by móc,
Odnaleźć ciebie tu.
I wtedy padał deszcz.

Tekst piosenki nie do końca pasował do miesiąca, w którym miała miejsca ta tak urocza dla nas obojga sytuacja, ponieważ w piosence był maj, a w momencie, w którym ja i Ash śpiewaliśmy te słowa, był koniec kwietnia. Mimo wszystko, to był tylko drobny szczegół, nie mający żadnego znaczenia dla dwojga zakochanych, cieszących się swoją obecnością. Poza tym, w Kanto dość prędko kończy się zima, a wiosna jest prawie zawsze słoneczna i nawet deszcz, kiedy pada, bynajmniej nie psuje dobrej atmosfery w tym regionie, nie mówiąc już o tym, że wiosną, a latem to już szczególnie, deszcze są ciepłe i przyjemne. Dlatego czy kwiecień, czy maj, ten aspekt wiosny nie miał najmniejszego znaczenia dla tego, aby cieszyć się tą tak uroczą piosenką, którą ja i mój mąż śpiewaliśmy.


Na uniwerku też mieliśmy bardzo przyjemną atmosferę. Nie zdołała jej nam zepsuć nawet ta głupia kretynka, Caroline Myrtle, która musiała nam znowu w taki czy inny sposób dokuczać. Musiała to zrobić, bo jej natura taka już chyba była i to od urodzenia, że jednego dnia nie mogła spokojnie przebyć bez zrobienia komuś na złość lub urażenia czyiś uczuć. Są tacy ludzie na świecie, dla których radością jedyną jest odbieranie radości innym. Caroline Myrtle właśnie do takiej kategorii ludzi należała. Ale tamtego dnia nie umiała nam dokuczyć ani nam sprawić choćby najmniejszej przykrości. Dlaczego? Tego nie umiałam sobie wyjaśnić. Czy to może było spowodowane tym, że rano z Ashem oddawaliśmy się słodkiej formie miłości, czy może dlatego, że śpiewaliśmy sobie we dwoje piękną piosenkę, czy dlatego, że pogoda była piękna i idealna do dobrego humoru? A może wszystko naraz? Dość, iż głupie uwagi Caroline Myrtle nie były w stanie zepsuć nam dobrego nastroju. To zaś, rzecz jasna, nie podobało się tej kretynce.
- Widzę, że moje uwagi macie za nic - powiedziała po chwili, kiedy zdążyła się już zorientować, iż jej kolejny głupi wywód, żadnego na nas nie robi wrażenia.
- Podziwiam twoją bystrość umysłu - odpowiedział jej Ash.
Caroline wzięła się pod boki i mruknęła z ironią.
- A więc tak. Rozumiem, moje słowa nic dla was nie znaczą. Moje słowa, ani moje wypowiedzi. Nic, co robię i co mówię, nie ma dla was znaczenia.
- A powinno mieć? - zapytałam z przekąsem.
Dziewczyna popatrzyła na mnie ze złością i mruknęła:
- I nie uważasz, że mam w czymkolwiek rację?
Spojrzałam na nią z politowaniem, nie tracąc dobrego humoru i powiedziałam do niej:
- Masz na pewno swoje racje, ale nie w tym, co nam tutaj próbujesz wmawiać i nie w tym, że próbujesz nam odebrać radość życia. Bo wybacz, Caroline, ale to, co nam tutaj opowiadasz, to jakieś bajki i ponure opowiastki, które bynajmniej nie mają pokrycia w rzeczywistości.
- Nie mają pokrycia? - zdziwiła się Caroline - Przecież mają! Zobacz tylko, co się dzieje na tym świecie! Wszędzie jest pełno zła, przemocy i okrucieństwa. No i co w takiej sytuacji mogą zrobić ci, którzy nawdychali się idealizmu i myślą, że są w stanie pokonać te wszystkie problemy i naprawić ten świat.
- Nikt tu nie mówi o naprawianiu świata - zauważył Ash.
- Ależ mówi - odpowiedziała na to Caroline - Oczywiście, że mówi. Wy o tym ciągle mówicie. Często podkreślacie, że walczycie o to, aby tego zła mniej było na świecie. To co to niby jest? Nie głupi idealizm?
- Idealizm być może, ale raczej nie głupi - stwierdził mój mąż - A co do tego, czy to jest realne, czy nie, moim zdaniem jest. Widzisz, gdybyśmy z Sereną ciągle mówili o tym, iż chcemy naprawić cały ten świat, mogłabyś sobie kpić z tego, że jesteśmy głupimi idealistami. Tak jednak nie jest. My wiemy, że nie zdołamy nigdy naprawić tego świata, ale mimo wszystko bierzemy miotłę i sprzątamy swoją część tego wielkiego podwórka, w którym żyjemy. A jeżeli przyczyniamy się do tego, że na tym świecie jest mniej bandytów, przestępców, morderców i innych drani, to w zupełności nam wystarczy.
Skinęłam głową na znak, że się z nim zgadzam. Pikachu i Buneary także nas poparli, a Caroline nie wiedziała przez chwilę, co ma powiedzieć, a w końcu jakby tak od niechcenia, rzuciła z kpiną:
- Tak czy inaczej, macie poczucie misji, którą wykonujecie. A to już jest coś na kształt idealizmu. A w tym świecie, nie ma miejsca dla idealistów.
- Dla naiwnych idealistów, zgoda, nie ma - odpowiedziałam jej - Ale ja i Ash nie jesteśmy naiwni. Mamy swój rozum i wiemy, co powinniśmy robić, a co nie.
Następnie popatrzyłam na Caroline z politowaniem i powiedziała:
- Mnie osobiście dziwi, co ty robisz na tych wykładach, w których bierzesz z nami udział, skoro nie wierzysz w nic z tego, co się tutaj mówi? Skoro nie masz nie tylko poczucia sensu w walce z przestępczością, to dlaczego przychodzisz tutaj na wykłady, dotyczące właśnie zwalczaniu przestępczości i tego, w jaki sposób to można zrobić? Możesz mi to wyjaśnić?
Caroline chyba lekko się zmieszała, po czym odpowiedziała:
- Szukam swojego miejsca. No i mam pewien plan, który wkrótce zrealizuję i będziecie mogli wszyscy podziwiać jego efekty.
- A jaki to plan? - zapytałam.
Przyznam się, że choć zwykle Caroline mnie irytowała, a jej pomysły były dla mnie po prostu głupie, to mimo wszystko poczułam, że ciekawi mnie to, co też ona wymyśliła. Dziewczyna jednak spojrzała na mnie złośliwym wzrokiem i odparła:
- Dowiecie się w swoim czasie.
Następnie wyszła, chyba zadowolona z tego, że wreszcie czymś zdołała nas zainteresować. Jednak nie wiedziała, albo też nie chciała tego wiedzieć, iż to nasze zainteresowanie było jedynie krótkotrwałe. Szybko bowiem z Ashem znaleźliśmy sobie znacznie ciekawsze tematy godne tego, abyśmy skupili na nich swoją uwagę. Tak więc o jej ewentualnych wielkich planach i tym, jak zamierzała je zrealizować, ja i Ash bardzo szybko przestaliśmy się interesować. Skupiliśmy za to całą swoją uwagę na tym, aby uważnie słuchać wykładów i wyciągnąć z nich jak najwięcej niezbędnych wniosków, które pomogłyby nam potem zdać egzaminy.


Skupiliśmy się jeszcze na jednym, ważnym dla nas aspekcie. Mieliśmy dzisiaj zjeść obiad w towarzystwie komisarza Jaspera Rockera i jego żony Octavii. Oboje nas zaprosili do siebie, ponieważ mieli wielki powód do radości. Ich jedyny syn, a nasz przyjaciel Arthur zdał ostatnie egzaminy i mógł rozpocząć praktyki w swojej profesji, czyli u boku miejscowego patologa. Arthur zamierzał pracować tutaj, w stolicy regionu Kanto. Pracujący tu patolog był przyjacielem jego ojca, dlatego też mógł liczyć na to, że jego praktyki będą dobrze poprowadzone i będą dla niego dość przyjemne, o ile oczywiście obcowanie z trupami można tak nazwać. Ale to, iż to właśnie z nimi wolał obcować nasz przyjaciel, wcale nas nie dziwiło. Po tym, jak ta pannica, którą pokochał, próbowała otruć jego i jego rodziców, a potem dość często spotykał ludzi nieprzyjemnych i wrednych, lepiej było dla niego zadawać się z nieboszczykami. Ci przynajmniej nie byli w stanie nikogo zranić. Kiedy tak o tym rozmyślałam, to doszłam do wniosku, że w tym podejściu do życia jest pewien sens i to nawet spory.
Tak czy inaczej, po zajęciach, udaliśmy się do domu państwa Rocker, którzy od paru miesięcy mieszkali już na stałe w Wertanii. Przeprowadzili się tam z naszej kochanej Alabastii, kiedy Jasper Rocker miał odejść na emeryturę, ale zamiast tego i związanego z tym świętego spokoju, otrzymał awans na komisarza i propozycję, aby zaczął pracować w stolicy Kanto. Przyjął ją i przeniósł się z żoną do Wertanii, gdzie dość prędko zdołał się zadomowić. Co do pani Octavii, to odniosłam niemal graniczące z pewnością przekonanie, iż nie robiło jej większego wrażenia, jakie to miasto jest miejscem jej zamieszkania, byle tylko byli u jej boku jej bliscy.
W domu państwa Rocker czekali już na nas gospodarze z suto zastawionym stole. Oboje uśmiechali się do nas, gdy nas zobaczyli i wraz ze swoim wiernymi Pokemonami, podbiegli nas powitać.
- Witajcie, kochani! - mówiła serdecznym tonem pani Rocker - Tak się cieszę, że tu was widzę. Dawno nas już nie odwiedzaliście.
- Wie pani, mieliśmy trochę na głowie - odpowiedział jej Ash tonem bardzo życzliwym, a do tego usprawiedliwiającym.
- Wierzę, chłopcze - odparł na to pan komisarz - Nauka w akademii policyjnej to nie takie hop siup! Musicie opanować wszystko, co niezbędne w pracy, którą już od dawna wykonujecie i co może wam się przydać w przyszłości. Normalna rzecz, że musicie wszystko ogarnąć. I normalna rzecz, że musicie mieć na to czas.
- Mimo wszystko, miło by było, gdybyście wpadali do nas częściej - rzekła na to pani Rocker - Ale rozumiem, obowiązki. Wybaczę wam je, ale pod warunkiem, że jak już skończycie naukę, to będziecie nas odwiedzać za każdym razem, kiedy się znajdziecie w w Wertanii.
Ash popatrzył na mnie, a ja uśmiechnęłam się do niego z radością. Znak ten był dla mojego ukochanego wystarczająco zrozumiały, ponieważ odwzajemnił mój uśmiech, popatrzył na Pikachu i Buneary, które lekko zapiszczeli w wesoły sposób, a następnie powiedział, patrząc ponownie na panią Rocker:
- To możemy swobodnie pani obiecać.
Pani Octavia uśmiechnęła się do nas życzliwie.
- Uwierzcie mi, kochani... Wasze wizyty wiele dla nas znaczą. Nie mamy tutaj zbyt wielu przyjaciół, a wizyta tych niewielu, których mamy, sprawia nam wielką przyjemność.
- Myślę, że teraz ta przyjemność będzie dla was jeszcze większa - odezwał się nagle dobrze nam znany głos.
Odwróciliśmy się wszyscy w kierunku drzwi, w których stał kolejny gość. Od razu go rozpoznaliśmy.
- Arthur! - zawołaliśmy wszyscy chórem.
Młodzieniec uściskał mocno oboje rodziców, potem mnie i Asha, a następnie powitał wesoło Pikachu i Buneary, głaszcząc je czule po łebkach.
- Jak się masz, stary?! - zawołał Ash, wpatrując się w naszego przyjaciela - To niesamowite, że się tu razem spotykamy.
- Tak, to rzeczywiście niesamowite. No, co za przypadek - zachichotał Arthur.
Następnie spojrzał na ojca, który popatrzył na niego dowcipnie i odparł:
- A kto powiedział, że to był przypadek?
- Dobrze, dobrze. Przypadek czy nie, obiad sam się nie zje - powiedziała na to pani Octavia - A pragnę przypomnieć, że nie po to męczyłam się z tymi daniami, które widzicie na tym stole, żeby się teraz to wszystko miało zmarnować.
Trudno się było nie zgodzić z tego rodzaju sposobem myślenia i trudno było też nie docenić tego, ile pracy musiała pani Rocker włożyć w przygotowanie tego wszystkiego, co oferowała nam teraz na obiad. Dodatkowo żadne z nas nie lubiło marnotrawstwa, dlatego nie chcieliśmy się dopuścić tak podłego grzechu i od razu, po tych słowach, usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy jeść.
Oczywiście, podczas jedzenia prowadziliśmy wesołą rozmowę. Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie umieliśmy milczeć przy posiłku. Czuliśmy zwykle potrzebę opowiedzenia innym przy stole i sobie nawzajem o tym, co nam w duszy gra i co nam akurat przyszło do głowy. Muszę tu oczywiście zaznaczyć, że nie była to ani trochę reguła, która dotyczyła wszystkich osób, z którymi mieliśmy możliwość coś dobrego zjeść. Przeciwnie, jeżeli nie czuliśmy się dobrze w towarzystwie osób, z którymi musieliśmy przebywać, woleliśmy milczeć i nie zamierzaliśmy dzielić się z tymi osobami choćby gramem naszych myśli. Inna sprawa miała miejsce wtedy, gdy podobnie jak teraz, towarzyszyły nam osoby miłe i lubiane przez nas.


- Wiecie, że Ash opanował już do perfekcji sztukę czytania do góry nogami? - zapytałam wesołym tonem.
- Naprawdę? Już potrafisz to robić? - zainteresował się tym komisarz Rocker.
- Zgadza się - odpowiedział mu z uśmiechem Ash - Ale Serenka chyba lekko przesadza mówiąc, że opanowałem tę sztukę do perfekcji. Wydaje mi się, że do niej mi jeszcze daleko.
- O, jaki skromny - powiedziała dowcipnie pani Octavia - To ciekawe, bo coś słyszałam o tym, że bywasz nieco zarozumiały, zwłaszcza podczas rozwiązywania zagadek.
- Naprawdę? A ciekawe, kto pani to powiedział? - rzucił dowcipnie Ash i od razu spojrzał na mnie wymownie.
Obruszyłam się wtedy lekko i powiedziałam:
- Nie patrz tak na mnie. Ja nic nie mówiłam na ten temat.
- Chyba moja mama na myśli mnie - wtrącił się Arthur - Opowiadałem mojej mamie co nieco na temat naszych wspólnych śledztw.
- No i ja też swoje dołożyłem - odezwał się pan komisarz - Ale ja tego nigdy nie nazywałem zarozumiałością. Raczej pewnością siebie.
- Albo może wiarą w siebie - wtrącił Arthur.
- To też dobre określenie - zgodził się jego ojciec.
- Właśnie! Ile razy mówiłem Serence, że wcale nie jestem zarozumiały, tylko po prostu wierzę w siebie - odezwał się wesoło Ash.
- Tak, masz wielką wiarę w siebie - wtrąciłam dowcipnie.
Zaśmialiśmy się i zaczęliśmy rozmawiać na inny temat. Arthur opowiadał o tym, jak dobrze się czuje po poznaniu patologa z Wertanii, z którym ma przebywać i pracować w jego branży.
- To jest bardzo miły facet i ma ogromną wiedzę oraz spore poczucie humoru - powiedział z zachwytem - Szybko odnaleźliśmy wspólny język. A chwilami jakoś trudno mi się powstrzymać od śmiechu, kiedy rzuca mi te swoje żarciki.
- Żarciki? Patolog i żarty? - zdziwiłam się lekko - Czy to jest w ogóle na tym świecie możliwe?
- Ależ oczywiście - potwierdził Arthur - Wiecie, co mi niedawno powiedział, gdy rozmawialiśmy i miałem nieco inne zdanie niż on? Rzucił mi coś takiego: „Ty się ze mną nie kłóć! Moi pacjenci nigdy się ze mną nie kłócą”. Na co ja mu na to odpowiedziałem: „Owszem, bo są martwi”.
Ja i Ash parsknęliśmy śmiechem, a Pikachu niechcący stracił równowagę, gdy zaczął chichotać i spadł z krzesła, na którym on i Buneary siedzieli.
- Czyli jesteś zadowolony ze swojej nowej pracy? - zapytał Ash, podnosząc swego wiernego kompana z podłogi i sadzając go ponownie na krześle.
- Owszem, jestem z niej bardzo zadowolony i nie mam żadnych powodów do narzekania - odpowiedział mu Arthur, a ton jego głosu wskazywał wyraźnie na to, że wszystko to, co mówi jest szczerą prawdą.
- Wy też będziecie zadowoleni ze swojej pracy, kiedy tylko skończycie swoją naukę i powrócicie do Alabastii - powiedział komisarz Rocker.
- No właśnie, Alabastia - rzekł na to Ash lekko zamyślonym tonem - Jestem bardzo ciekaw tego, co się tam dzieje.
- Coś mi mówi, że panuje tam powszechna nuda - odpowiedziała na to pani Rocker.
- Skąd taki pomysł? - zapytałam zdziwiona.
- A miałaś może ostatnio stamtąd jakieś wiadomości na temat jakiś niezwykle trudnych spraw?
- No, nie miałam.
- Ano widzisz. Jakby się tam coś działo, to na pewno byście prędko się o tym z Ashem dowiedzieli. Ponieważ nie otrzymaliście żadnych wiadomości na temat, o którym mówimy, to musi być tam spokojnie.
- Rzeczywiście - powiedział Ash i uśmiechnął się ironicznie - Wiecie co? Tak sobie myślę, że Misty ma chyba jednak rację, że tam nie dzieje się nigdy nic złego, dopóki nas tam nie ma. A jak tylko ja i Serena tam przyjeżdżamy, to nie mija zbyt wiele czasu, a od razu zaczyna wszystko stawać na głowie.
- Moim zdaniem, przesadzasz - powiedział komisarz Rocker - Poza tym, weź pomyśl o tym tak na poważnie. Ile spraw pozostałoby nie rozwiązanych albo ile z nich by się skończyło aresztowaniem niewłaściwych ludzi, gdyby nie wy dwoje? Ile spraw musiano by uznać za nierozwiązane, gdybyście wy się nie zjawili?
Zaskoczyły nas nieco jego słowa. Ja i Ash zbyt dobrze pamiętaliśmy, jak nasz drogi pan komisarz, będący wtedy jeszcze kapitanem i szefem policji w Alabastii, nie ukrywał swojego niezadowolenia z powodu naszej obecności podczas wielu w tamtym czasie prowadzonych śledztw. Nie podobało mu się to, że wtrącaliśmy się w pracę jego ludzi, że ci ludzie niekiedy proszą nas o pomoc w śledztwach, a prócz tego nie podobało mu się również to, iż każdą zagadkę rozwiązywaliśmy i niestety, mimowolnie przyczynialiśmy się do tego, że policja wypadała bardzo słabo, kiedy to porównywano ją z nami. Tak, to wszystko zdecydowanie nie podobało się panu Jasperowi Rockerowi, przez co nasza znajomość z nim nie zaczynała się najlepiej. Ale tak się jakoś złożyło, że stopniowo szef policji w Alabastii nie tylko zaczął nas darzyć sympatią, lecz w końcu polubił nas i obdarzył prawdziwą przyjaźnią. Potem było już tylko lepiej, Jasper Rocker nie tylko zaakceptował naszą obecność wśród policji z tego miasta, ale jeszcze zadbał z innymi naszymi przyjaciółmi o to, aby nasza reputacja jako detektywów wzrosła. Jednak droga do tego stanu rzeczy była dość długa i dlatego teraz byłam nieco zaskoczona, że komisarz Rocker, ten sam, który będąc jeszcze kapitanem narzekał na nas i nasze wtrącanie się w nie swoje sprawy, teraz chwali nas i uważa, że bez naszej pomocy, niejedna sprawa dziejąca się w Alabastii, nie zostałaby rozwiązywana albo skończyłaby się fatalnie, gdyż skazano by niewinną osobę. To było dla mnie szczególnie ciekawe, że on to mówił do nas. On, obecny szef policji w Wertanii.


- Naprawdę pan tak uważa, komisarzu? - zapytałam wzruszona jego słowami.
- Ja zawsze mówię przyjaciołom to, co myślę - odpowiedział Rocker - A jeśli nawet czasami zmyślam, to nigdy nie dotyczy to komplementów. Zapewniam was, że niedługo w Alabastii znowu zacznie się coś dziać i wtedy będzie to miasta was potrzebować.
- No właśnie - poparła go jego żona - Chwilowo nic się tam złego nie dzieje i nie ma żadnej poważniejszej zagadki do rozwiązania, ale jestem pewna, że to jest tylko chwilowa sytuacja. Jeszcze nie będziecie mogli opędzić się od zagadek do rozwiązywania.
- To dobrze, bo już naprawdę dziwnie się czuję, kiedy przez tak długi czas nie mieliśmy nic poważnego do roboty - powiedział Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu, chyba się z nim zgadzając.
- Wiecie, ja tam lubię spokojne życie - odezwałam się - Ale przebywając już tak długo z Ashem, nie tylko przywykłam już do przygód, które możemy razem przeżywać, ale jeszcze zaczęłam je lubić i dlatego też nieco za nimi stęskniłam. I dlatego też nie mogę się doczekać kolejnych zagadek, chociaż wiem, że to nie jest do końca fair.
- Nie jest do końca fair? - zdziwił się Arthur.
- No wiesz, chodzi mi o to, że większość ludzi na tym świecie ceni sobie tzw. święty spokój i oczywiście ma do tego pełne prawo, ale my ten święty spokój im psujemy naszymi marzeniami o kolejnych ciekawych zagadkach do rozwiązania. Nie mówiąc już o tym, że przy okazji marzą nam się śledztwa, a te śledztwa mogą oznaczać tylko jedno: niebezpieczeństwa, ryzyko, morderstwa lub kradzieże, czyli wszystko to, co jest zaprzeczeniem tzw. świętego spokoju.
Ash uśmiechnął się do mnie delikatnie i skinął powoli głową.
- No właśnie, nie inaczej - powiedział - Oczywiście wiem, że nie powinniśmy życzyć sobie zagadek, które oznaczają kolejne problemy dla przyzwoitych ludzi. Ale ostatecznie chyba każdy tak ma, że przede wszystkim myśli o swojej wygodzie i o tym, aby jemu było dobrze. A mnie i Serena, żeby nam było dobrze, trzeba co jakiś czas jakieś dobrej zagadki do rozwiązywania.
- Zgadza się - potwierdziłam - Czy to oznacza, że jesteśmy egoistami?
- Nie, po prostu normalnymi ludźmi z normalnymi potrzebami - odparł na to komisarz Rocker.
- Mój nowy szef powiedziałby, że nie ma tym świecie ludzi normalnych, a w każdym razie, nie w pełni - rzucił dowcipnie Arthur.
Zachichotał rozbawiony i zaczął mówić dalej:
- On mówi, że każdy człowiek ma jakieś słabości i potrzeby, nawet jeżeli się one wydają innym ludziom nienormalne. Mówił też, że normalność to pojęcie dość względne. No i że trzeba mieć pragnienia i marzeniami, bo one odróżniają nas od nieboszczyków. Bo jedyne istoty na tym świecie, które niczego nie potrzebują i nie mają żadnych potrzeb, to nieboszczycy.
Popatrzyłam nieco zaskoczona na naszego przyjaciela i powiedziałam:
- Muszę powiedzieć, że to naprawdę niezwykły człowiek.
Octavia Rocker westchnęła delikatnie i rzekła:
- Przepraszam was bardzo, ale czy możemy już przestać mówić o śmierci i o nieboszczykach? Wybaczcie, że o to proszę. Ten temat wydaje mi się co najmniej niesmaczny, a już zwłaszcza przy stole.
- Racja - zgodził się z nią jej syn - Przy stole lepiej nie opowiadać o tematach, które mogą popsuć apetyt.
- A ja tam lubię takie tematy i mnie one nie psują apetyt - stwierdził Jasper Rocker - Ale macie rację. Może pomówmy o czym innym. Przez te rozmowy na temat śledztw i morderstw, czuję się tak, jakbym znowu był w pracy. A ja przecież nie po to odpoczywam od pracy, aby o pracy rozmawiać.
Przyznam się, że chociaż będąc już od długiego czasu detektywem, zdążyłam już przyzwyczaić się do rozmów na tematy dość pikantne, jeżeli można tak nazwać temat, który właśnie zakończyliśmy, to jednak zgadzałam się z panią Rocker, że są na tym świecie o wiele lepsze i ciekawsze tematy, o których można by było sobie rozmawiać podczas spotkań przy stole. Dlatego bez wahania przystałam na to, aby zmienić temat. Ash też łatwo na to przystał i zaczęliśmy mówić o czymś innym.

***


Po naprawdę smacznym obiedzie u państwa Rocker i bardzo miłej rozmowie z naszymi gospodarzami i ich synem, wróciliśmy do naszego pokoju w hotelu, tam zaś zajęliśmy się ponownie zakuwaniem wiedzy poznanej przez nas na zajęciach. Jak już wspominałam, chcieliśmy jak najlepiej wypaść podczas egzaminów, które traktowaliśmy niezmiernie poważnie i zamierzaliśmy je zdać. Dlatego nauka była dla nas ważna i mieliśmy tylko nadzieję, że nam się ona opłaci.
Nie wiem, jak długo zakuwaliśmy wspólnie wiedzę, kiedy poczuliśmy się już nieco zmęczeni i postanowiliśmy zakończyć na ten dzień zapamiętywanie wiedzy i nacieszyć się w pełni zasłużonym odpoczynkiem. Wyłożyliśmy się wtedy bardzo wygodnie na naszym łóżku i zaczęliśmy rozmawiać.
- Cieszę się, że Arthurowi podoba się jego nowe zajęcie - powiedziałam, gdy tuliłam głowę do ramienia Asha.
- Ja również się cieszę - odpowiedział mi mój ukochany, czule mnie do siebie przytulając - Nasz biedny przyjaciel nie miał ostatnio za dużo szczęścia w swoim życiu i dlatego miło zobaczyć, że ma powody do uśmiechania się.
- Państwo Rocker też wyglądają na zadowolonych - dodałam po chwili - Tak miło się patrzy na nich, gdy są uśmiechnięci.
- Tak, aż przyjemnie na nich popatrzeć - powiedział Ash - Widać, że zdołali się tu jakoś zaaklimatyzować. Bałem się trochę, że im się to nie uda.
- Dlaczego miałoby im się nie udać?
- No wiesz, tyle lat życia w Alabastii i nagle muszą się przenieść w zupełnie inne miejsce, w którym dotąd bywali tylko przejazdem. To nie jest takie proste, tak z dnia na dzień przenieść się w inne miejsce i jeszcze tam zamieszkać.
Uśmiechnęłam się delikatnie i wtuliłam się czule w ramię mojego męża, przez chwilę nic nie mówiąc, po czym nagle coś sobie przypomniałam:
- Wiesz, ja mam dość podobną sytuację do nich.
- Jak to? - zdziwił się Ash.
- No tak - odpowiedziałam - W końcu mieszkałam tyle lat w mieście Vaniville i wychowywałam się tam od najmłodszych lat. A teraz mieszkam z tobą w twoim rodzinnym mieście Alabastii i też musiałam się... W pewnym sensie... Jakoś tam zaaklimatyzować.
- Ale chyba ci się to udało, prawda? - zapytał Ash z nadzieją w głosie, czule na mnie przy tym patrząc.
Zachichotałam wesoło, delikatnie głaszcząc go po twarzy i mówiąc:
- Mój ukochany, słodki detektywie. Taki bystry jesteś, a nie zauważyłeś tego, jak doskonale się czuję w twoim rodzinnym mieście?
- Zauważyłem, ale nie byłem pewien, czy aż tak ci dobrze ze mną, żeby tam już pozostać na stałe.
Zaśmiałam się jeszcze bardziej rozbawiona i powiedziałam:
- Ash, skarbie. Zapewniam cię, że nigdy, nawet przez chwilę nie żałowałam tego, że zamieszkałam z tobą w Alabastii.
- I nie żal ci Vaniville?
- Nie. Owszem, piękne miasto i na pewno niejeden raz chętnie tam pojadę, ale moim miejscem na tym świecie stała się Alabastia. I z przyjemnością wrócę tam z tobą, kiedy już zaliczymy wszystkie egzaminy. A gdy już to się stanie, to będziemy mieli w głowach potrzebną nam wiedzę. A z tą wiedzą w naszych głowach, jeszcze bardziej będziemy skuteczni.
Ash uśmiechnął się do mnie wesoło i powiedział:
- Dokładnie. A wtedy, drżyjcie przestępcy! Wszyscy, bez wyjątku!
Zachichotałam rozbawiona i pocałowałam go czule w usta.
Nagle usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Spojrzeliśmy instynktownie w miejsce, z którego ono dobiegło i usłyszeliśmy ponowne pukanie.
- Ktoś chyba ma do nas sprawę - powiedziałam.
Ash westchnął delikatnie, próbując ukryć swoje niezadowolenie.
- Coś mi się widzi, że chyba nie spędzimy tego wieczoru sami we dwoje.
Ponieważ pukanie znowu się rozległo, nie mogliśmy go zlekceważyć. Oboje z Ashem wstaliśmy i powoli podeszliśmy do drzwi. Pikachu i Buneary ruszyli razem z nami, w lekko bojowym nastroju. Widocznie uznali, że ci, którzy właśnie chcą nas odwiedzić, mogą nie być pozytywnie do nas nastawieni, dlatego powinni być przygotowani do walki i ochrony swoich trenerów.


Na szczęście, jakiekolwiek starcie okazało się nie być koniecznie, ponieważ nasi goście okazali się nie być naszymi wrogami. Szybko się o tym przekonaliśmy, kiedy tylko otworzyliśmy drzwi. Zobaczyliśmy wówczas, że stoi za nimi czwórka dzieciaków, bardzo dobrze nam zresztą znana. Jedną z nich była Taylor Armstrong, córka partnerki Josha, ojca Asha. Obok niej stał jakiś chłopiec, którego wyglądał wydawał się nam niezwykle znajomy, a także bliźnięta Ash i Ashley, dzieci naszej dobrej przyjaciółki, syrenki Adeli, oczywiście w ludzkiej postaci.
- Cześć! Nie przeszkadzamy?! - zapytała wesoło Taylor.
- Taylor?! - zawołał radośnie Ash na widok dziewczynki - Ash i Ashley?! A co wy tu wszyscy robicie?
- Wpadliśmy z wizytą - odpowiedziała córki Cindy Armstrong.
- Było nam po drodze i dlatego zajrzeliśmy - wyjaśnił mały Ash.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzamy wam - dodała Ashley.
Ich towarzysz, sympatyczny chłopiec o uroczym wyrazie twarzy, nie odezwał się ani słowem, ale uśmiechał się do nas życzliwie.
- Wpuścicie nas, czy mamy rozmawiać na korytarzu? - zapytała ironicznym tonem Taylor.
Ash uderzył się lekko dłonią w czoło i powiedział:
- Ależ oczywiście! Gdzie moje dobre maniery? Wejdźcie, proszę!
Następnie oboje z Ashem odsunęliśmy się nieco na bok, aby wpuścić naszych niespodziewanych, ale mimo wszystko miłych gości. Dzieciaki weszły oczywiście do pokoju, a ja zamknęłam za nimi drzwi. Chwilę później, cała czwórka naszych gości przywitała wesoło Pikachu i Buneary.
- Bardzo miło mi was znowu widzieć, kochani - powiedziałam chwilę później - Choć jestem zaskoczona widokiem was wszystkich razem.
- No właśnie. Kiedy stworzyliście wszyscy razem drużynę? - zapytał Ash.
- Jakoś tak niedawno - odpowiedziała mu Taylor - Chyba wtedy, kiedy Kurt do nas przyjechał z Laputy, a Ash i Ashley wpadli na pomysł, aby pozwiedzać te okolice i poznać życie trenerów Pokemonów.
Ja i mój mąż przyjrzeliśmy się uważnie chłopcu niemowie, który od pierwszej chwili, w której go zobaczyliśmy wydawał się nam znajomy, ale dopiero teraz, gdy Taylor wymieniła jego imię zrozumieliśmy, z kim mamy do czynienia.
- Kurt? Z Laputy? - zdziwiłam się.
- To naprawdę ty? - dodał Ash.
Kurt skinął delikatnie głową, a gdy podeszli do niego Pikachu i Buneary, to z uśmiechem na twarzy, przytulił je do siebie. Następnie popatrzył na nas i pokazał nam na migi, że bardzo się cieszy, iż może nas wreszcie znowu spotkać.
- My również się cieszymy, że cię widzimy - powiedziałam.
- Ale skąd się tu wziąłeś? W sensie tutaj, w Kanto? - zdziwił się Ash.
Kurt zaczął coś znowu pokazywać na migi, a mała Ashley popatrzyła uważnie na niego i rzekła:
- Kurt mówi, że chociaż dobrze mu się obecnie żyje w Lapucie, to poczuł, że chciałby poznać coś więcej niż jego miejsce zamieszkania i wpadł na pomysł, aby przyjechać do Alabastii. A tam zainteresował się treningami Pokemonów i tak się to wszystko zaczęło.
- Wiesz, Ashley... - powiedział mój ukochany z lekkim uśmiechem - Nie chcę cię urazić, ale ja i Serena znamy język migowy. Nie musisz nam więc tłumaczyć... Zaraz! Chwileczkę!
Ash popatrzył zdumiony na Kurta i zawołał:
- Kurt! Ty nas słyszysz?!
Chłopak pokiwał głową potakująco. Dopiero teraz, po tej uwadze Asha, zaraz zrozumiałam, na czym polegał cały problem. Przecież Kurt, kiedy go poznaliśmy w trakcie naszej przygody na Lapucie, był bardzo uroczym chłopcem, ale niestety miał kilka poważnych problemów. Najpierw taki, że wielu rówieśników dokuczało mu, a on sam zamykał się w sobie i wydawał się być nieco bardziej dziecinny niż jego wiek na to pozwalał. A potem taki, że niestety był głuchoniemy. Nie słyszał i nie mówił, co znacznie utrudniało mu życie. Nauczył się języka migowego i udało mu się opanować zdolność rozmawiania za pomocą tej techniki, ale nadal nic nie słyszał wokół siebie. Jakim zatem cudem teraz słyszał? To było dla nas ogromnym zaskoczeniem.
- Tak, on już słyszy, choć nie umie wciąż mówić - powiedziała Taylor - Ale na to, niestety, Latios i Latias nie byli w stanie nic poradzić.
- Latios i Latias? - zapytałam zdumiona.
- To oni sprawili, że on słyszy? - dodał Ash.
Pikachu i Buneary zapiszczeli równie mocno zaskoczeni tym, co właśnie od naszej przyjaciółki usłyszeli.
- Tak, zgadza się - potwierdziła Taylor - Latios i Latias byli akurat u twojej mamy, kiedy ich odwiedziliśmy razem z Kurtem. Zauważyli, co się z nim dzieje i wpadli nagle na jakiś pomysł. Postanowili mu pomóc.
- To było niesamowite! - zawołał mały Ash - Mówię wam! Podeszli do niego i położyli mu dłonie na głowie, a ich ciała zaczęły się jakoś tak świecić, taka jakby poświata ich otoczyła i przeszła ona na Kurta, a po kilku minutach on już słyszał, a Latios i Latias lekko osłabli i musieli sobie trochę odpocząć.
- Leczenie pozytywną energią - powiedział mój ukochany - No tak! Teraz już wszystko rozumiem.
- Oni więc pomogli Kurtowi, aby odzyskał słuch - dodałam i uśmiechnęłam się delikatnie do chłopca - Powiedz, jak się czujesz, kiedy możesz słyszeć?
Kurt odpowiedział mi uśmiechem i zaczął pokazywać nam na migi, że to jest naprawdę niesamowite uczucie i nie wie, jak ma to określić, ale cudownie jest móc wszystko dookoła siebie słyszeć i rozumieć, co ludzie do niego mówią. Wprawdzie nie umie mówić, ale jakoś mu tego nie brakuje, jeżeli może słyszeć. Pomyślałam sobie wówczas, że dla tego biedaka to musi naprawdę być cudowne uczucie, kiedy po tylu latach głuchej ciszy, szumu i niczego więcej, jego uszy zaczęły wyłapywać wszystkie inne dźwięki dookoła. Nie chciałam sobie wyobrażać, jak musiał się on czuć jako głuchoniemy i to jeszcze od urodzenia. Domyślałam się jedynie tego, że to musiało być naprawdę okropne uczucie, przygnębiające i dołujące. Ale liczy się, iż teraz los się do niego uśmiechnął, a może nie tyle los, co po prostu dwa bardzo sympatyczne Pokemony w ludzkiej postaci, które widząc smutek tego uroczego chłopca, postanowiło mu pomóc. I oczywiście udało im się to zrobić, a efekty tego widać było wyraźnie po wielkim uśmiechu widniejącym na buzi Kurta. Tak słodko się mógł uśmiechać jedynie ktoś, kto ma powody do uśmiechania się.
Nie wiem, co mnie naszło, ale kiedy Kurt pokazał nam na migi, że doskonale się czuje, mogąc wszystko słyszeć, podeszłam do chłopca i mocno go przytuliłam. Ash uśmiechnął się, wzruszony tym widokiem i też objął Kurta, a ten nie tylko się na to zgodził, ale wydawał się być zachwycony tą sytuacją.
- Cieszymy się, że możesz słyszeć - powiedziałam życzliwie - Będziesz mógł teraz poznać lepiej więcej cudów tego świata.
- No właśnie, on chce poznać cuda tego świata i to jako trener Pokemonów - powiedziała Taylor - A my będziemy podróżować z nim.
- My też - dodała Ashley - W końcu, ten świat też jest dla nas wciąż obcy i po długim namyśle, postanowiliśmy wyruszyć w podróż trenerów Pokemonów.
- I oczywiście walczyć o miejsce w Ligach Pokemon! - zawołał bojowo mały Ash - Zobaczycie, że damy na nich niezłego czadu!
- Nie wątpię - zachichotał mój mąż - Ale z tego, co rozumiem, to oznacza, że dostaliście swoje startery, skoro zamierzacie ruszyć w świat jako trenerzy?


- No chyba - odpowiedziała wesoło Taylor i to takim tonem, jakby to było coś oczywistego - A niby w jaki sposób mielibyśmy rozpocząć naszą podróż, nie mając własnych starterów?
To mówiąc, wyciągnęła nagle pokeball i zapytała:
- Chcecie zobaczyć nasze startery?
- No pewnie! - zawołał radośnie Ash - Jestem bardzo ciekaw, jakie Pokemony sobie wybraliście na swoje startery.
- Ja też jestem tego ciekawa - dodałam równie zainteresowana, co mój mąż.
Taylor nie dała się dwa razy prosić. Otworzyła pokeball i wyskoczył z niego w tej samej chwili jakiś biały blask, który wylądował na ziemi, przyjmując szybko realny kształt. Kształt małego zielonego dinozaura z wielką cebulą na plecach.
- O! To Bulbasaur! - zawołał radośnie Ash.
- Bulba-bulba-saur! - odpowiedział na to stworek.
Mali Ash i Ashley wyjęli szybko swoje pokeballe i wypuścili z nich od razu swoje startery, którymi okazały się być Charmander i Squirtle, pierwszy należał do małego Asha, drugi do jego siostry bliźniaczki.
- A więc takie stworki sobie wybraliście - powiedziałam zachwycona, patrząc na Pokemony z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Są urocze - powiedział mój mąż.
Pikachu i Buneary podeszli do stworków i przywitali ich życzliwie, a one im odpowiedziały serdecznie w swoim języku.
- A ty, Kurt? Też wybrałeś swojego Pokemona? - zapytałam po chwili.
Chłopiec skinął potakująco głową, po czym odpiął od paska pokeballa i zaraz wypuścił swojego startera.
- Będziecie zaskoczeni - powiedziała dowcipnym tonem Taylor.
Miała rację, tak właśnie się stało, ponieważ oczom naszym ukazał się...
- Oooo! - zawołaliśmy ja i Ash zdumieni tak bardzo, że nawet nie umiem tego opisać słowami.
- Przecież to jest... To jest... - jęknęłam.
- To Pikachu! - zawołał Ash.
Stworek Kurta zapiszczał wesoło na powitanie. Pikachu i Buneary popatrzyli na niego zdumieni i podeszli naprzeciw niego, przypatrując się uważnie starterowi naszego przyjaciela. Ten przywitał ich i uśmiechał się do nich, a kiedy nasi wierni kompani podali mu łapki na powitanie, on uścisnął je przyjaźnie. Widać było, że się łatwo ze sobą dogadali.
- Wybrałeś Pikachu? - zapytał Ash Kurta.
Chłopiec przytaknął skinieniem głowy, a zaraz potem zaczął nam pokazywać na migi, jak do tego doszło. Okazało się wtedy, że Kurt przyszedł do laboratorium profesora Oaka i tam jego trzej przyjaciele wybrali startery, ale wtedy okazało się, że nie ma już Pokemona dla niego, ale nasz drogi uczony nie zamierzał tak łatwo się poddawać i dał mu innego stworka, który przypadkiem do niego trafił jako tzw. stworek rezerwowy. Okazało się, że ów Pikachu i Kurt szybko się ze sobą zdołali porozumieć, więc jego wybór przez chłopca stał się faktem.
Prezentacja starterów naszych bohaterów była dla nas nie lada niespodzianką, ale nie jedyną, jaka nas tego dnia czekała. Kolejna z nich dopiero nas zaskoczyła i spowodowała, że nie byliśmy pewni, co mieliśmy o tym myśleć.
Zaczęło się od tego, iż dzieciaki zaczęły z nami rozmawiać i powiedziały nam coś bardzo ciekawego. Okazało się, że spotkały one pewnych ciekawych ludzi, tak nawet nieco podobnych do nas, którzy zainteresowali się pewną sprawą kradzieży w muzeum i postanowili pomóc Taylor, Kurtowi, Ashowi i Ashley rozwiązać tę niezwykłą zagadkę, co doprowadziło do naprawdę niesamowitych zdarzeń. Jednak nie zdążyli nam wszystkiego powiedzieć o tej sprawie, ponieważ przypomniałam sobie, że w telewizji ma być program, który ja i Ash chcieliśmy obejrzeć. Dlatego też przeprosiliśmy naszych przyjaciół i powiedzieliśmy, że chcemy zobaczyć ten program. Oni odpowiedzieli nam, że nic nie szkodzi i w zasadzie, to oni chętnie go z nami obejrzą. Dlatego włączyliśmy telewizor i zaczęliśmy oglądać.
Obejrzeliśmy cały program, a po jego zakończeniu dali zapowiedź pewnego serialu anime, który ja i Ash pamiętaliśmy z czasów naszego dzieciństwa. Serial o tytule „Yattaman”. Pomyśleliśmy, że skoro jest okazja, to może moglibyśmy go sobie obejrzeć i przypomnieć, za co go tak lubiliśmy. Nasi dziecięcy przyjaciele nie znali go jeszcze, ale tytuł serialu zrobił na nich ogromne wrażenie i gdy tylko go usłyszeli, powiedzieli nam, że bardzo chcą go zobaczyć. Dlatego obejrzeliśmy go z prawdziwą przyjemnością, nie spodziewając się nawet, co zobaczymy w tym odcinku, który miał być obecnie emitowany.
Gdy serial się zaczął, zobaczyliśmy na początek zabawną czołówkę z tą dość kultową dla dzieci naszej epoki piosenką, którą znaliśmy już na pamięć, a której to słowa brzmiały następująco:

Yattaman! Yattaman!
Zna złotą żyłę!
Yattaman! Yattaman!
Strzeże dzielnie nas!
Yattaman! Yattaman!
Wesoły jest i srogi.
To dzielny nasz wojownik Yattaman!

Bywa tu, bywa tam!
Bywa też gdzie indziej!
Yattaman! Yattaman!
W pojeździe słynnym swym...
Yattaman! Yattaman!
Wroga wnet wytropi
I zwycięży go, jak zwykle Yattaman!

Bardzo nas rozśmiesza,
Gdy śmieszny zrobi trik.
On zawsze i niezmiennie
Na służbie dobra jest.
A gdy znowu wróg zaczyna
Coś podłego knuć,
To Yattaman zwycięży go,
Bo taka jego rola!

Oglądając czołówkę tego kultowego serialu, śpiewaliśmy z Ashem słowa tej piosenki, czując przy okazji, jak łzy wzruszenia i nostalgii pojawiają się w naszych oczach. A nasi dziecięcy przyjaciele wpatrywali się w ekran ze zdumieniem, nic nie mówiąc, a jedynie podziwiając migające w czołówce postacie, które wydawały im się niezwykłe, ale też, jak to powiedzieli, dziwnie znajome. Następnie, gdy już czołówka dobiegła końca, rozpoczął się odcinek o dosyć wdzięcznym tytule: „Do boju, młodzieży!”. Przyznam się, że nie pamiętałam odcinka o takim tytule, ale co tam tytuł?! To, co zobaczyliśmy na ekranie, gdy odcinek się rozpoczął, po prostu nas wszystkim wkomponowało z szoku w miejsca, w których siedzieliśmy. Jeżeli pozwolicie, przytoczę tutaj jego fabułę tak dokładnie, jak to ją zapamiętałam, gdyż stanowi ona dla mnie niesamowitą zagadkę i dowód na to, że na tym świecie są naprawdę rzeczy, które nawet filozofom się nie śniły, a co dopiero detektywom.


C.D.N.

Przygoda 130 cz. I

Przygoda CXXX Do boju młodzieży cz. I - Cześć, kochanie! Co robisz przed... OJEJ! Tymi słowami, mój najdroższy małżonek, powitał nowy dzień....