wtorek, 1 sierpnia 2023

Przygoda 126 cz. III

Przygoda CXXVI

Zła macocha cz. III


Policjantka Jenny usiadła za biurkiem, kładąc przed nami teczkę zawierającą interesujące nas wiadomości.
- Proszę, to jest to, czego wam potrzeba. Chociaż osobiście, jeżeli mnie byście zapytali o zdanie...
- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale nie pytamy - burknął z lekką złością w głosie Ash, otwierając teczkę i zaczynając ja przeglądać.
Popatrzyłam na Jenny lekko przepraszającym wzrokiem, dodając przy tym o wiele łagodniejszym tonem:
- Wybacz, Jenny, ale oboje dobrze wiemy, do czego ty zmierzasz. Chcesz nas przekonać, że nasze śledztwo nie ma najmniejszego sensu i pani Gordon jest winna wszystkich zarzucanych jej czynów.
Jenny zrobiła nieco ironiczna minę i zapytała złośliwym tonem:
- Czy do swoich niesamowitych zdolności dołożyliście także może czytanie w myślach? Bo właśnie to chciałam powiedzieć.
Ash obdarzył Jenny bardzo nieprzyjemnym spojrzeniem, po którym to naszej nowej znajomej odechciało się głupich tekstów. Westchnęła głęboko i powiedziała:
- Dobrze, przepraszam was. Tak naprawdę, ja też nie wierzę w winę Rity, ale jej sytuacja nie jest najlepsza. Komisarz już dawno uznał te sprawę za zamkniętą i nie zamierza kontynuować śledztwa. A jak tylko się jeszcze o tym dowiedział, że wy dwoje przybyliście i są naciski z góry na to, aby wznowić śledztwo, to był po prostu wściekły.
- Naciski z góry? - zapytałam zdumiona.
- A tak. A co? Nie wiecie, że macie wysoko postawionych przyjaciół i ci już do nas dzwonili w tej sprawie? Kontaktowali się oni z naszymi szefami, ci zaś się skontaktowali z nami i przekazali nam, że mamy wam nie tylko nie przeszkadzać, ale wręcz pomagać.
Spojrzałam zaintrygowana na Asha, który miał na twarzy taką minę, jakby to, co nam właśnie przekazała Jenny nie było dla niego żadnym zaskoczeniem, a tylko czymś oczywistym. Pikachu zaś zapiszczał delikatnie w kierunku siedzącej mi na kolanach Buneary, wyraźnie rozmawiając z nią na ten temat. Nie miałam jednak za bardzo czasu, aby to zgłębiać, ponieważ bardziej nas teraz interesowała sprawa, do której się wynajęliśmy.
- A więc, jeżeli dobrze rozumiem, to masz ze swoim szefem obowiązek nam we wszystkim pomagać i to bez żadnego marudzenia? - spytał Ash, niezbyt udolnie przyjmując przy tym ton niewiniątka, który w tym wypadku miał być chyba z jego strony kpiną.
Jenny najwyraźniej pomyślała to samo, co ja, gdyż spojrzała na niego bardzo nieprzyjemnym wzrokiem i odparła:
- Owszem, ale za dużo, to sobie nie wyobrażajcie. Mamy za zadanie wam to śledztwo ułatwić, ale nie usługiwać wam. Dlatego macie te papiery i lepiej dla was by było, abyście coś z nich wyczytali. Coś, co was naprowadzi na właściwy trop. Bo jeśli mimo wszystko to nie nastąpi i wy niczego nie odkryjecie, to obawiam się, że partnerka waszego klienta trafi do wiezienia na resztę życia.
- Domyślam się, że twój szef nie miałby nic przeciwko temu - powiedziałam do Jenny z lekka złością.
Policjantka westchnęła delikatnie i odparła:
- Mój szef ma poważne wady i nie zawsze się z nim zgadzam. Nie wierzę też w to, w co on wierzy, czyli w winę waszej klientki. Ale postarajcie się zrozumieć jego podejście do całej sprawy.
- Jakie podejście? - zapytałam z kpiną - Z góry spisuje na straty kobietę, która mu nie pasuje w tym mieście, bo jest obca, a on nie lubi tu obcych? To niby mamy zrozumieć?
Jenny westchnęła głęboko i odpowiedziała:
- Wybaczcie mi, ale ja jestem funkcjonariuszką policji. Ja nie posiadam tego przywileju, co wy i nie mogę opierać się na wierze w osobę, której dotyczy sprawa i tym, co ona mi mówi. Ja muszę się opierać na faktach, mój szef również. A te oto faktu mówią mówią mu, że wasza klientka jest winna, bo tylko ona miała motyw, żeby próbować zabić Lizzy. W końcu sama jej groziła, czego się nawet nie wypiera i uczciwie się do tego przyznała. To świadczy przeciwko niej i mogę sobie wierzyć w jej niewinność, ale fakty mówią same za siebie, w każdym razie dla mego szefa.
- A dla ciebie? - zapytałam.
- Wierzę w to, że ona jest niewinna. Ale czasami mam wątpliwości. W końcu, obie panie kłóciły się i to ostro. Dodatkowo Lizzy odkryła, iż Rita zdradza jej ojca i to mogło przyczynić się do tej tragedii.
Spojrzeliśmy na siebie nawzajem zaszokowani tym odkryciem. Wiele się w tej sprawie spodziewaliśmy, ale na pewno nie czegoś takiego. Nie tej informacji. Zdumieni popatrzyliśmy na Jenny pytająco, ta natomiast zachichotała, widocznie rozbawiona tym, że dla odmiany teraz to ona wie coś, czego my nie wiemy.
- Niech zgadnę. Wasz drogi klient nie powiedział wam o tym, że jego córka mu doniosła o zdradach partnerki, prawda? To coś mi mówi, że będziecie musieli z nim poważnie porozmawiać. Bo skoro już na dzień dobry zaczyna okłamywać was i zatajać istotne fakty, to chyba nie wróży za dobrze waszej znajomości.
- Nie sądzę, żeby na okłamywał. Po prostu, nie powiedział nam wszystkiego na początku - stwierdziłam, choć prawdę mówiąc, to sama nie wierzyłam w to, co mówię, ale za nic nie chciałam dawać policjantce satysfakcji.
- To dość niezwykłe, nie sądzicie? - zapytała ironicznie Jenny - Pominął przy pierwszej rozmowie tak istotny szczegół? Ciekawe, co nie? Interesuje mnie, co też jeszcze przed wami zataił. Podejrzewam, że sporo.
- Mnie tam bardziej interesuje, skąd ty to niby wiesz - mruknął Ash, oglądając z uwagą akta sprawy.
- Przejrzyj je sobie dokładnie - odpowiedziała Jenny - W aktach odnajdziesz dowód w postaci liściku miłosnego od kochasia pani Rity. Liścik, który przyczynił się do poważnej kłótni pomiędzy naszą zakochaną parą i być może... Zaznaczam, być może... Pośrednio do zbrodni.
Ash zaczął uważnie przeglądać akta sprawy i faktycznie odnalazł niedługi, ale za to niesamowicie treściwy list miłosny do pani Gordon. Jego treść brzmiała tak:

Moja słodka Rito,

Nie jestem w stanie dłużej zapanować nad sobą. Cały czas o tobie myślę, moje serce bije mocniej przy Tobie, a ciało płonie niczym ogień. Marzę, o tym, aby na chwilę chociaż znowu złączyć się z Tobą i polecieć z Tobą do nieba. A jak wiesz, w tej sprawie wszystko zależy od Ciebie. Dlatego powiedz mi tylko TAK, a ja zaraz do Ciebie przypędzę, moja słodka. Czekam na znak, przypominając Ci, że bardzo nie lubię czekać.

Twój E.

Jenny spojrzała na nas nieco ironicznie i powiedziała:
- No i co wy na to? Czarno na białym widać tutaj, że ta paniusia go zdradzała. Może więc nie zaatakowała jego córki, ale swoje na sumieniu ma.
- A niby jaki to dowód, co? - zapytał z kpiną w głosie Ash - To, że jakiś durny uczniak jej wypisuje świńskie listy ze swoimi fantazjami, to jeszcze nie dowód.
- Skąd wiesz, że to uczniak? - zapytałam zaskoczona jego wnioskiem.
Ash pokazał list mnie, Pikachu i Bunery, mówiąc przy tym:
- No, bo sama zobacz. „Moja słodka”? I to, że on niby płonie jak ogień? Leci z nią do nieba? Błagam was! Kto tak niby pisze? Na pewno nie dorosły. To pewnie jakiś gówniarz, któremu wpadła w oko i próbował Ritę uwieść.
- Najwyraźniej mu się to udało, skoro Remberto zrobił jej awanturę - rzekła na to Jenny.
- A więc zrobił jej o to awanturę? - zapytałam - Zwątpił przez chwilę w to, że ona go kocha?
- Tego też wam nie powiedział? - spytała z kpiną Jenny - No cóż... Ładnie się wasza współpraca zaczyna, nie ma co.
- Wybacz, ale nawet jeśli zrobił jej awanturę, to jeszcze nie jest dowód na to, że Rita z zemsty zaatakowała jego córkę - odpowiedziałam, ignorując słowa Jenny - Mógł być zazdrosny, ale ona mogła być całkiem niewinna. Awantury nie robi się tylko osobom winnym. Nieraz ludzie je robią osobom całkowicie niewinnym.
- Nawet jeżeli tak jest, jak mówicie, to jakie to ma znaczenie? To są przecież nadal tylko i wyłącznie domysły. Ja tam mogę wam wierzyć, ale prokurator jest w tej sprawie innego zdania.
- Ja również jestem innego zdania!
Do gabinetu wkroczył mężczyzna w wieku około czterdziestu kilku lat, dosyć wysoki i bardzo postawny, o brązowych włosach i czarnych oczach, ponury i przy okazji niesamowicie sztywny, ubrany w mundur komisarza policji. Jenny od razu wstała z miejsca na jego widok i my zrobiliśmy to samo.
- Niech zgadnę. Komisarz Petri? - bardziej stwierdził niż zapytał Ash.
- Zgadza się - odpowiedział mu komisarz, podchodząc do nas - Bardzo miło mi poznać tak znakomitych detektywów, chociaż osobiście uważam, że oboje tylko tracicie czas. Ona jest winna jak dwa razy dwa i szybko się o tym przekonacie. Ale skoro tak bardzo tego chcecie tracić czas na walkę z wiatrakami, to już jest wasza sprawa. Swoją drogą, to będzie chyba pierwszy raz w waszej karierze.
- Jaki pierwszy raz? - zapytałam.
- Pierwszy raz, kiedy okaże się, że tym razem to głupia policja, a nie dzielni i jakże bystrzy detektywi mają rację. To będzie dla was chyba miła odmiana, co nie?
- A to niby czemu? - zapytał Ash.
- Nie jest przyjemnie mieć zawsze rację, prawda?
- Jestem innego zdania.
Uśmiechnęłam się, kiedy to mój mąż użył przeciwko komisarzowi jego słów, a nasz rozmówca to wyczuł, ponieważ lekko zazgrzytał zębami ze złości i spytał:
- Domyślam się, że chcecie rozmawiać z Gordonową?
- Podziwiam pana przenikliwość - odparł złośliwie Ash - I chcemy z nią jak najszybciej rozmawiać. Najlepiej jeszcze dzisiaj. Da się to załatwić?

***


Na szczęście okazało się, że nasze życzenie było bardzo łatwo spełnić. Całe szczęście, posiadanie znajomości wśród policji i to tej najwyższego szczebla było tą zaletą, którą posiadaliśmy. Generał policji z Kanto skontaktował się z generałem policji w Johto, a ten nakazał miejscowej policji pomagać nam w śledztwie, a także niczego nam przy tym nie odmawiać. Oczywiście z miejsca skorzystaliśmy z tego przywileju, najpierw prosząc inspektor Jenny o akta tej sprawy, a potem komisarza o spotkanie z panią Gordon. Bardzo chcieliśmy poznać jej wersję wydarzeń, a do tego jeszcze ciekawiło nas bardzo to, co dowiedzieliśmy się od Jenny, a czego nasz klient nie raczył nam w trakcie naszej rozmowy powiedzieć. O tym, jakoby pani Rita miała kochanka na boku, a Remberto dowiedział się o tym od swojej córki, która niedługo potem skończyła z rozbitą czaszką. Fakt ten zdecydowanie jeszcze bardziej niekorzystnie stawiał w oczach ludzi panią Gordon i tak między Bogiem a prawdą, trudno tego nie zrozumieć. Zdecydowanie nie przemawiało to na korzyść naszego klienta, a już na pewno nie na korzyść jego ukochanej, której nie tylko mieliśmy pomóc, ale w miarę swoich możliwości, również wybielić ją w oczach społeczeństwa. Gdy zabieraliśmy się za tę sprawę, byliśmy przekonani, że jedynie druga z tych dwóch spraw może być dla nas trudna, a pierwsza w porównaniu z nią będzie o wiele łatwiejsza. Teraz jednak przekonywaliśmy się, że obie są równie trudne i skomplikowane, a im bardziej się w tę sprawę zagłębialiśmy, tym bardziej widzieliśmy, jak trudna ona jest. Co prawda, nie oczekiwaliśmy, że sprawa będzie łatwa, ale liczyliśmy też na to, że osoby potępiające Ritę są jedynie ksenofobami nienawidzącymi obcych i cale to zamieszanie ma jedynie podłoże tego rodzaju, zaś odnalezienie sprawcy wszystko załatwi. Teraz to już nie byliśmy tego tacy pewni. Pani Rita nie miała tak czystego konta, jak nam się to wydawało na początku, a w dodatku naprawdę wiele okoliczności przemawiało przeciwko niej. Rzecz jasna, dalej wierzyliśmy w jej niewinność, ale świadomość, że w tej sprawie jest więcej tajemnic niż to na początku dostrzegaliśmy, mocno nam utrudniało ratowanie jej przed więzieniem. Pomimo to, ja i Ash nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy się mieli z tego powodu poddać i odpuścić sobie te sprawę. Za bardzo byliśmy uparci, aby to zrobić, ponadto mieliśmy oboje, a zwłaszcza Ash wielką ochotę zetrzeć tę pewną siebie minę z twarzy drogiego pana komisarza. Jego pewność siebie w tej sprawie działała nam na nerwy i wręcz ogromną przyjemność by nam sprawiło, gdyby tak okazało się, że się mylił i to my moglibyśmy to udowodnić. Satysfakcja murowana i przy okazji także triumf sprawiedliwości. Przyjemne z pożytecznym. Osiągniecie takiego stanu rzeczy stało się dla nas wtedy celem numer jeden.
Oczekując na rozmowę z Ritą, siedzieliśmy razem w gabinecie Jenny, gdzie bardzo uważnie czytaliśmy dokładnie akta sprawy pani Gordon. Fakty, który były tam zapisane, naprawdę na zaintrygowały. Okazało się, że w dniu ataku na Lizzy doszło do ostrej sprzeczki pomiędzy nią, a panią Gordon. Obie powiedziały sobie o wiele za dużo, a potem jakoś się uspokojono, zjedzono obiad w milczeniu, potem wszyscy zajęli się sobą. Lizzy wysłała komuś SMS o treści: „To dzisiaj. Wszystko tak, jak ustaliliśmy”. Nie wiadomo, czyi to był numer, bo karta SIM komórki już nie istnieje. Widocznie osoba, do której wysłała wiadomość zniszczyła kartę, aby nikt jej nie mógł namierzyć. Cwana bestia. Dodatkowo ta wiadomość nic nam nie mówiła. Była ona bardzo ogólna i enigmatyczna. Mogła ona oznaczać dosłownie, ale to dosłownie wszystko. Lizzy najwidoczniej coś ukrywała. Nie ona jedna, jak się niedawno dowiedzieliśmy. Tak czy inaczej, wszyscy poszli spać około godziny dziesiątej w nocy. W domu zapanowała wówczas kompletna cisza. Do czasu, aż tu nagle Stanley usłyszał skowyt Luxa. Chłopak leżał wtedy w łóżku ze słuchawkami na uszach i słuchał audycji w radiu, aż zmęczony przysnął. Pomimo tego, usłyszał skowyt, bo był on dosyć głośny. Wstał z łózka i poszedł do salonu, gdzie siedział ich pupil i rozejrzał się dookoła, ale nie dostrzegł on Pokemona. Chciał już wrócić, gdy nagle dostrzegł za szafą jakąś sylwetkę. Jakiś cień wysokiej osoby i to raczej kobiety, na co mogło wskazywać ułożenie włosów na głowie tajemniczej postaci. Zaniepokojony rzekł coś do tej osoby, ale ta się do niego nie odezwała. Pomyślał, że to może siostra robi sobie z niego żarty, jednak coś go tknęło, aby to sprawdzić. Zaszedł więc do pokoju Lizzy, ale kiedy tylko tam wszedł, zaniepokoiło go otwarte okno. Lizzy przecież nigdy nie spała przy otwartym oknie. Wszedł więc do środka, zapalił lampkę nocną i zobaczył tak przerażający widok, że o mało nie zemdlał. Jego starsza siostra leżała na swoim łóżku z wielką raną ciętą na czole. Przerażony zaczął krzyczeć i wezwał na pomoc ojca. Ten wparował szybko do pokoju razem z Ritą i próbowali reanimować Lizzy. A gdy to nie pomogło, wezwali szybko pomoc. Policja i pogotowie przybyły na czas, a po dość szybkim zbadaniu powiedzieli, że dziewczyna żyje, ale trzeba szybko ją zabrać do szpitala. Zabrano więc Lizzy do szpitala, jednak pomimo usilnych starań, lekarze nie byli jej w stanie wybudzić. Do dzisiaj tego nie zrobili.
Policjanci szybko zbadali cały dom. Odkryli, że w ogrodzie ktoś był i ten ktoś szybko stamtąd uciekł, nie zostawiając po sobie żadnych śladów, poza kilkoma, ale bardzo naciąganymi w postaci nieco połamanych liści i gałązek. Nic wielkiego, co mogłoby naprowadzić ich na jakikolwiek trop. Jednakże szybko policja doszła do wniosku, że ten intruz w ogrodzie to mocno naciągana sprawa. Żadnych innych dowodów na to, iż ktoś obcy wszedł do domu, nie znaleziono. Za to znaleziono na pogrzebaczu ślady krwi, a dodatkowo jeszcze w kominku świeży popiół. Coś w nim spalono, ale nie odkryto, co takiego. Szybko jednak zeznania Stanleya mocno się przysłużyły policji, bo zeznania o sylwetce widzianej w salonie sugerowały tej naszej jakże genialnej policji, że ta tajemnicza osoba, to musiała być Rita. Ponadto jeszcze koszula nocna Rity nie nosiła śladów użytkowania. Kobieta twierdziła, że to dlatego, iż tego wieczoru zmieniła koszulę i założyła nową, a w nocy spała tylko dwie godziny do czasu wyrwania jej przez krzyk Stanleya. Trudno zatem, aby na koszuli było widać, że była używana. Kolejnym problemem były pantofle kobiety, które miały na sobie ździebełka trawy, jakby ktoś w nich chodził po nocy. Rita twierdzi, że wyszła w nocy z domu, ale wyłącznie dlatego, iż przed snem Lizzy znowu rzuciła jej kilka przykrych słów i kobieta chciała ochłonąć, a najlepiej to robić, wdychając świeże powietrze na zewnątrz. Policja nie uznała jej tłumaczeń. Uznali, że słowa Lizzy tak ją zdenerwowały, iż odczekała, aż wszyscy pójdą spać, a następnie wzięła z salonu pogrzebacz, zakradła się do pokoju Lizzy i uderzyła ją w głowę, po czym otworzyła okno, wyszła przez nie do ogrodu, przebiegła przez niego tak, aby zostawić ślady i zasugerować policji, że ktoś obcy tam był i wkradł się do biednej Lizzy. Następnie powróciła tą samą drogą do pokoju Lizzy, a z niego poszła do siebie, jednak wtedy natknęła się na Luxa. Przerażona uderzyła go w łeb i to tak, że biedak zaskowyczał. Ten hałas od razu obudził Stanleya, który poszedł zobaczyć, co się stało. Rita schowała się za szafą, jednak jej sylwetka w postaci cienia odbijała się na ścianie i chłopak ją zobaczył. Poszedł potem do Lizzy i resztę już znamy.
Wiadomości te bynajmniej nie napawały nas optymizmem. Wydawało się, a w każdym razie naszej kochanej policji, że nie ma szans na to, aby Rita mogła być niewinna. Dodatkowo jeszcze zeznania Stanleya przemawiały przeciwko niej. Ale jakby tego było jeszcze mało, to dodatkowo za jej winą przemówiło jeszcze coś. Tym czymś stało się spostrzeżenie Stanleya propos ubioru Rity. Twierdził, że kiedy przyszła do pokoju jego siostry w momencie, w którym on i jego ojciec tam byli i próbowali Lizzy reanimować, miała na sobie szlafrok, spod którego widać jej było koszulę nocną koloru seledynowego. A kiedy przyjechała policja, to miała już na sobie inna koszulę, koloru białego. Dla policji wszystko było zatem oczywiste. Ich zdaniem Rita widząc, że ma na swojej koszuli ślady krwi, poczekała na chwilę, gdy będzie sama i szybko pobiegła do siebie, przebrała się w nową koszulę, a starą spaliła w kominku. Kiedy już się upewniła, iż zamieniła się ona w popiół, to udała, że to w tej nowej koszuli cały czas spała, ale zgubiło ją to, że koszula była nowa i dopiero co kupiona, jeszcze nie noszona.
Jak zatem odkryliśmy, policja ustaliła według swej opinii już całkowicie, ale to całkowicie wszystko i to wszystko wskazywało na winę Rity. Choć, kiedy to ja i Ash zabieraliśmy się za śledztwo, spodziewaliśmy się, że wnioski policji będą za daleko idące i raczej oparte na mało wnikliwym śledztwie oraz ksenofobii ludzi tu żyjących. Jednak po zapoznaniu się z raportami, nie byliśmy już tego tacy pewni. Z nich jasno można było wyciągnąć wnioski o winie Rity, a w każdym razie było to w stanie zrobić dziewięć osób na dziesięć. My chcieliśmy nie być tymi osobami z kategorii owych dziewięciu, tylko chcieliśmy być jak ta dziesiąta, która nie daje się zwieść pozorom. Nie było to jednak proste w natłoku tych wszystkich wieści o tym, jakie to dowody wskazują na winę Rity. Trzeba było wyciągnąć z tego o wiele więcej niż zrobiła to policja. A żeby to osiągnąć, potrzeba było nam zeznań samej Rity, tak na dobry początek.


Musieliśmy na nie nieco poczekać, ponieważ trzeba było załatwić kilka dosyć skomplikowanych formalności, nasz drogi komisarz zaś chyba nie za bardzo się do tego przykładał, co jednak nie powinno dziwić, skoro nie pochwalał on naszego śledztwa i też specjalnie się z tym nie ukrywał. Dla niego wszystko było jasne i nie wiedział, czego my jeszcze chcemy. Ponadto należy pamiętać o tym, że gdybyśmy tak rozwiązali te sprawę i odkryli, że on i jego zespół się mylili, to zdecydowanie postawilibyśmy go w niezbyt korzystnym świetle. Nie było zatem chyba niczego dziwnego w tym, że podchodził on niechętnie oraz bez zapału do pomocy naszym osobom. Ale ponieważ miał obowiązek nam ułatwić śledztwo, a rozkaz na ten temat pochodził z samej góry, to trzeba było go wykonać i w końcu pan komisarz raczył się zjawić z informacją, że wszystko jest już załatwione i może nas zabrać do Rity Gordon. Nie zwlekając ani chwili dłużej, wsiedliśmy z nim do samochodu i pojechaliśmy do miejscowego wiezienia dla kobiet, w którym to przebywała do czasu wydania wyroku Rita Gordonowa. Powodem, że przebywała w tym miejscu było chwilowe przepełnienie aresztu, jak również to, iż obawiano się, aby któryś z tych wariatów, mających obecnie ochotę zlinczować oskarżona, nie czekając nawet na wyrok sadu, postanowi zrealizować to jakże przerażające marzenie większości mieszkańców miasta. Co prawda, areszt jest miejscem dobrze strzeżonym, ale kto wie, co byliby w stanie zrobić ludzie, tak świecie przekonani o winie Rity, gdyby ta była wystawiona im niemal na talerzu? Być może mogliby nawet włamać się do aresztu i próbować ją zabić? Bo w końcu nie takie rzeczy już ludzie robili z chęci wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę. Lepiej było zatem nie ryzykować i trzymać ją w wiezieniu, gdzie była stale pilnowana i nikt z zewnątrz nie miał szans jej skrzywdzić.
Gdy byliśmy na miejscu, zabrano nas do pokoju widzeń, w którym mieliśmy zaczekać na przyprowadzenie Rity Gordon. Usiedliśmy wygodnie przy stoliku (o ile w takich miejscach siedzenie wygodne było możliwe) i czekaliśmy. Szczęśliwie nie musieliśmy tego robić długo, ponieważ już chwilę potem przyprowadzono do nas partnerkę naszego klienta. Kiedy tylko ja zobaczyłam, musiałam przyznać, że rozumiem doskonale Henry’ego Remberto. Na tyle, na ile jako dziewczyna umiem ocenić urodę innej przedstawicielki swojej płci, umiałam zwykle powiedzieć, czy dana kobieta jest ładna, czy też nie. W przypadku Margarity Gordonowej musiałam przyznać uczciwie przed sama sobą, że jest to kobieta niezwykle piękna i do tego też bardzo ponętna. Była ona wysoka i szczupła, jednak niepozbawiona kobiecych kształtów w odpowiednich proporcjach, rudowłosa i niezwykle szykowna, do tego też poruszała się zwinnie i sprawnie, niczym Sharon Stone w „Nagim instynkcie”. Zaczęłam w duchu dziękować, że ma ona na sobie więzienny strój, a nie taką kusą sukienkę jak Sharon w tej słynnej scenie w tym filmie, bo jakby miała taką kieckę, to pewnie Ash i Pikachu zaczęliby instynktownie sprawdzać, czy ma ona majtki na sobie i zapewne by odkryli... że ich nie ma. Na całe szczęście, nie musiałam się o to niepokoić, bo nasza oskarżona miała na sobie więzienne ciuchy, choć i w nich wyglądała niczego sobie i mogła przyciągać męskie spojrzenia. Dobrze, że Ash w trakcie śledztwa przede wszystkim zajmuje się śledztwem i nie podziwia on innych kobiet, a ponadto jest zajęty tylko jedną z nich, a konkretnie to mną. Dlatego nie muszę się niepokoić o jego wierność. Zresztą, nigdy nie musiałam tego robić.
- Dzień dobry - powiedziałam, wstając z krzesła na powitanie.
- Pani Rita Gordon, mam rację? - zapytał Ash, także wstając z miejsca.
Pikachu i Buneary przyłączyli się do naszego powitania, lekko piszcząc w jej stronę na powitanie.
- Tak, to ja - odpowiedziała nam kobieta, przyglądając się nam z uwagą - A wy dwoje, to ci detektywi, o których mi mówiła Gerda?
- Tak, to właśnie my - odpowiedział jej Ash - Nazywam się Ash Ketchum, a to moja żona, Serena Ketchum. A to są nasi przyjaciele, Pikachu i Buneary.
- Miło mi was poznać, chociaż bardzo żałuję, że w takich okolicznościach, a nie w jakiś lepszych - stwierdziła ponuro Rita.
- W lepszych nie wiem, czy byśmy mieli okazje się bliżej poznać, ponieważ jako detektywi głównie zajmujemy się naszą pracą - powiedział Ash.
- Czyli walczymy o to, aby tego zła mniej było na świecie - dodałam.
- I nie chwaląc się, jak dotąd naprawdę nieźle nam to idzie - rzekł Ash.
- Wiem, słyszałam o waszych dokonaniach - odpowiedziała Rita, siadając na krześle przy stoliku - Czytałam o waszych sukcesach, a prócz tego jeszcze dużo mi o was opowiedziała Gerda. Podobno jesteście najlepsi z najlepszych, czego chyba najlepszym dowodem jest zniszczenie przez was organizacji Rocket. Myślę więc, że Gerda ma co do was rację.
- A co takiego o nas mówiła? - zapytał Ash, siadając przy stoliku, a Pikachu od razu wygodnie usadowił mu się na kolanach.
- Powiedziała, że nie ma dla was zadań nie do rozwiązania - wyjaśniła Rita.
- To bardzo miły komplement z jej strony - powiedziałam, także siadając przy stoliku i biorąc na kolana Buneary.
- I jak dotąd zgodny z prawda - rzekł Ash - Ale nie ma co mówić tutaj o tym, jaką mamy reputację w świecie, choć milo nam, że pani w na wierzy. Wychodzę z założenia, iż wiara klienta w detektywa, to spora część sukcesu.
- A kolejna jej część, to posiadanie odpowiednich danych - dodałam - I z tego właśnie powodu tutaj jesteśmy. Chcemy dowiedzieć się od pani jak najwięcej tego, co nam pomoże wyjaśnić tę sprawę. Bo chyba łatwo domyśliła się pani, że w pani winę nie wierzymy.
- Miło mi, wreszcie ktoś całkowicie pewny mojej niewinności w tej sprawie - westchnęła ponuro Rita - Obawiam się, że nie ma tutaj wiele takich osób. Odnoszę wręcz wrażenie, że praktycznie wszyscy tutaj są przekonani o mojej winie.
- Spokojnie, wszyscy na pewno nie - odpowiedziałam jej - Pani ukochany tak nie uważa i dlatego nas wynajął, abyśmy odkryli, kto i dlaczego zaatakował Lizzy. Gdy tylko już to odkryjemy, od razu panią wypuszczą.
- Obawiam się, że będzie to nieco trudne. Raczej nikt nie będzie wam tego ułatwiał - stwierdziła ponurym tonem Rita.
- Trudności nas nie zniechęcają. Powiedziałbym nawet, że niekiedy nas wręcz motywują do działania - stwierdził na to Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał przyjaźnie Pikachu w kierunku Rity.
Kobieta uśmiechnęła się do niego delikatnie i powiedziała:
- Ciesze się, że tak mówicie. Ale powoli już tracę nadzieję na to, że mi się uda udowodnić moja niewinność. A wszystko przez mój niewyparzony język. Gdybym tak umiała panować nad emocjami i nie dała się sprowokować tej smarkuli, to być może teraz wszyscy wokół nie mieliby powodów do tego, aby być pewnymi mojej winy. A tak co? Sama im dałam na tacy dowody przeciwko sobie. No cóż... Mądry człowiek po szkodzie, jak to mówią. Chociaż... W przypadku niektórych, to i przed szkoda i po szkodzie są głupi. Obym tylko ja taka się nie okazała. Bo jak zostanę skazana, to jest wielkie prawdopodobieństwo, że będę głupia również po szkodzie.
- Nie zostanie pani skazana, ponieważ dowiedziemy pani niewinności - odparł na to przyjaznym tonem Ash.
Rita spojrzała na niego życzliwie i odpowiedziała:
- Doceniam wasz zapał do działania oraz wiarę w siebie. Wasza reputacja jest na tyle dobra, że jestem w stanie wam zaufać. Pytajcie zatem, odpowiem wam na wszystkie wasze pytania.
Zaczęliśmy zatem zadawać pytania o Ritę i jej życie. Uważaliśmy, że ma ono wielkie znaczenie dla całej sprawy, bo wielokrotnie przecież przeszłość odgrywała rolę w życiu człowieka i miała wpływ na jego obecne losy. Woleliśmy zatem punkt po punkcie poznać koleje losu pani Rity niż pominąć jakiś istotny szczegół. Rita to rozumiała i dlatego bardzo dokładnie opowiedziała nam o swoim życiu.
- Pochodzę z Meksyku. Mieszkałam w nim przez wiele lat do czasu, aż moi rodzice zmarli. Wtedy zostałam sama na świecie, ale miałam w głowie już pewien plan na moje życie. Postanowiłam zostać nauczycielką. Oczywiście, żeby tak się stało, musiałam najpierw zdać studia, a zostałam bez rodziny i środków do życia. Na szczęście, jako naprawdę dobrze rokująca studentka dostałam stypendium, więc jakoś sobie poradziłam. Po kilku latach skończyłam studia i poszłam do pracy. Tam poznałam swojego męża, nauczyciela historii Diego Gordona. Wyszłam za niego, jednak mimo początkowych wzlotów, nasz związek szybko zaczął zaliczać upadki. Szczególnie wtedy, kiedy nie byłam w stanie urodzić mu dziecka, mimo usilnych prób w tej sprawie. Wtedy mój mąż zaczął mnie zdradzać i zanim się obejrzałam, odszedł ode mnie i zniknął bez śladu. Długo próbowałam go szukać, ale w końcu przestałam. Zamiast tego, zebrałam dosyć pieniędzy i wyjechałam stamtąd. Potem zaś przybyłam do Johto, szukając pracy. Spotkałam wówczas Henry’ego Remberta. Przyjęłam od niego propozycję, żeby opiekować się jego dziećmi, a przy okazji pomoc im, aby sobie lepiej radziły w szkole, bo miały one pewne drobne, ale za to niesamowicie istotne problemy w nauce. Chętnie przyjęłam te pracę, bo po prostu kocham uczyć. Szybko okazało się, że doskonale sobie z tym radzę, bo Stanley i Lizzy poprawili znacznie swoje wyniki w nauce. Ich ojciec był na tyle ze mnie zadowolony, że od razu po tym, jak jego dzieci zaczęły sobie o wiele lepiej radzić, zaproponował mi, abym je dalej uczyła, oczywiście za o wiele wyższa gażę. Chyba nie muszę wam mówić, że od razu się na to zgodziłam. Była to po prostu praca dla mnie wprost wymarzona, a do tego dzieci były bardzo pojęte, uczyły się nie tylko łatwo, ale i chętnie. Pracodawca też mnie polubił i nie było w mojej nowej pracy niczego, na co mogłabym narzekać. Do czasu, aż ja i Henry Remberto zaczęliśmy spędzać ze sobą czas prywatnie. Zaczęło się to w taki sposób, w jaki zwykle każda taka sprawa się zaczyna, czyli dosyć niewinnie, od rozmów na temat jego dzieci i ich postępów w nauce, a potem to... Dobrze wiecie, co było. Wynikło to, żeby była jasność, całkowicie przypadkowo. Żadne z nas tego nie planowało, a już na pewno nie ja. Bo ja chciałam tylko spokojnie pracować i robić swoje. Skąd niby miałam wiedzieć, jakie to będzie miało efekty? Gdybym wiedziała, to zapewne nigdy bym sobie na to nie pozwoliła. Chociaż z drugiej strony nie mogę przecież powiedzieć, abym tego żałowała, bo pokochałam Henry’ego, a do tego też urodziłam mu Jane, naszego kochanego skarbeczka. Nigdy nie byłam bardziej szczęśliwa w miłości niż właśnie wtedy, kiedy poznałam Henry’ego.
- Jak zareagowały jego dzieci na wasz związek? - zapytałam.
- Początkowo bardzo dobrze. Nie wydawały się mieć nic przeciwko. Lizzy to się nawet ucieszyła, bo mnie polubiła i miała z kim pogadać o babskich sprawach, jak to ona je nazywa. Niestety, to się dosyć szybko zmieniło w chwili, kiedy to ja i Henry zaczęliśmy spodziewać się dziecka. Wtedy Lizzy przestała mi okazywać tak wiele sympatii, co kiedyś. A zasadniczo, to stopniowo zaczęła mnie nienawidzić.
- Przestała być jedyną i ukochaną córeczką tatusia i to ją tak drażniło?
- Wydaje mi się, żeby tak. A sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej, kiedy to Jane przyszła na świat. Lizzy dopiero wtedy zaczęła pokazywać, na co ja stać. Nie okazywała mi już nawet grama sympatii, że o już o szacunku nie wspomnę. A do tego wszystkiego jeszcze doszła wielka miłość mojej podopiecznej.
- Mówi pani o tym całym Peppino Luchini? - zapytał Ash.
- Owszem, właśnie o nim - potwierdziła Rita - Nieprzyjemny typek. Wciągał on Lizzy w jakieś podejrzane towarzystwo i przez niego Lizzy zaczęła być coraz bardziej chamska w stosunku do swojego ojca i do mnie. Doprowadziła również do kilku poważnych kłótni, podczas których życzyła mi śmierci, a ja jej. Bardzo teraz tego żałuję. Nie powinnam się była dawać prowokować smarkuli. A tak, atmosfera w domu stała się tak gęsta, że można było ją ciąć nożem. A już najgorzej było tego dnia, kiedy Lizzy wróciła do domu pijana. Henry zrobił jej wtedy awanturę, a ona uznała, że to wszystko jest moją winą i zapowiedziała mi, że jeszcze tego pożałuję.  Nieco później zaczęłam dostawać listy miłosnego od jakiegoś tajemniczego i dość dziecinnego pod względem osobowości wielbiciela. Sądziłam, że to może tylko i wyłącznie jakiś kolega Stanleya, któremu się spodobałam. Ale nie znalazłam na to dowodów, za to moja droga Lizzy odkryła te listy i uznała, że zdradzam jej ojca i oczywiście mu o tym powiedziała. Henry początkowo jej nie uwierzył, ale potem uznał, iż być może coś w tym jest. No i była kolejna awantura. Z trudem udało mi się wyjaśnić to wszystko, ale nadal nie miałam pojęcia, kto pisze te listy. Jednakże nie było mi dane to zbadać, bo po awanturze z powodu odkrycia listów, ja i Lizzy to już całkowicie stałyśmy się wrogami. Gdy skarciłam tę smarkulę za to, co robi, to powiedziała mi bezczelnie prosto w twarz, że nie jestem jej matką i nie życzy sobie, abym wydawała jej rozkazy. Powiedziałyśmy sobie wtedy parę słów i to z gatunku tych, które nigdy nie powinno się mówić publicznie. I które też obecnie mądry pan prokurator używa jako argumentu przeciwko mnie. Chociaż zasadniczo, wcale mnie to nie dziwi. Takim gadaniem zawiązałam sobie pętlę na szyi. Każdy inny na jego miejscu uznałby mnie za pierwszą podejrzaną. Trudno mi się zatem mu dziwić. Ale przysięgam wam, jestem niewinna. Nie uderzyłam Lizzy. Nie mam pojęcia, kto to zrobił, ale na pewno nie ja.
- Co pani pamięta z tamtej feralnej nocy? - zapytał Ash.
- Przede wszystkim to, że byłam w niesamowitym szoku - odpowiedziała Rita - Kiedy Stanley zaczął krzyczeć, że Lizzy została zaatakowana i chyba ją zabili, to najpierw pomyślałam, że to jakiś koszmarny sen. Pamiętam, że nawet w pierwszej chwili się uszczypnęłam, aby się wybudzić z tego koszmaru. Niestety, nic mi to nie dało. Wybudziłam się do końca, a koszmar dalej trwał. Pamiętam również to, jak reanimowano Lizzy, jak wezwano pogotowie, jak przyjechała policja i zaczęła od razu wszystkich przesłuchiwać, ale najbardziej to mnie, bo chyba od pierwszej już chwili to ja stałam się główną podejrzaną. A resztę wiecie pewnie z akt i z prasy.
- Czy może zauważyła pani tej nocy coś niepokojącego i podejrzanego?
- Nie przypominam sobie. Nic, co by wzbudziło mój niepokój, poza tym, że Lizzy zaczęła mnie traktować jak wroga. Ale cóż... To nie wnosi nic do sprawy.


- Czy pani mąż nie kontaktował się ostatnio z panią?
- Owszem, przed kilkoma dniami otrzymałam od niego list. Wie już, że tutaj jestem i za co i chce się ze mną jak najszybciej rozwieść. Pisze, że poznał kogoś i pragnie jak najszybciej tę relację zalegalizować. Dlatego też jest gotów zwrócić mi wolność i mogę przez swojego adwokata podjąć odpowiednie w tym celu kroki.
- Rychło w czas - mruknęłam z kpiną.
Rita skinęła głową na znak, że się ze mną zgadza. Ash natomiast popatrzył na kobietę z uwaga i zapytał:
- A więc pani mąż kontaktował się z panią dopiero niedawno, kiedy pani już została osadzona?
- Dokładnie tak.
- I nie miała pani wcześniej z nim kontaktu?
- Nie, choć przyznaję, że szukałam go.
- Dlaczego?
- Chcę się z nim rozwieść, aby moc poślubić Henry’ego. On mocno się wahał w tej sprawie, bo już jedno jego małżeństwo okazało się niewypałem, ale w końcu się zdecydował i poprosił, abym została jego żoną. Potem rozpoczął przez swojego adwokata odpowiednie starania, żeby unieważniono jego małżeństwo. Bo wiecie, jego żona jest szalona i zataiła ten fakt przed Henrym w dniu ślubu. Dlatego są tu podstawy do tego, aby unieważniono ich ślub. Mnie tam osobiście wszystko jedno, bo naprawdę nie ma to dla mnie znaczenia, czy poślubię rozwodnika, czy wolnego w oczach Kościoła człowieka. Poza tym, ja przecież i tak pozostanę rozwódką w takim wypadku, bo przecież mojego małżeństwa nikt nie unieważni. Rozwód tak, ale unieważnienie wymaga zdecydowanie większych podstaw niż porzucenie przez współmałżonka. Choć może oczywiście byłoby to możliwe, ale wymagałoby za to ogromnego nakładu pieniędzy i czasu, a tego nie mam. Zresztą, mnie naprawdę to nie robi różnicy: rozwód czy unieważnienie. Tak czy inaczej, drogi mój małżonek zgadza się na rozwód ze mną, chociaż nie wierzę w to, iż powodem takiego stanu rzeczy jest jego nagłą nowa miłość. Jak dla mnie, to on się boi konsekwencji bycia moim mężem. Doskonale wie, że może go spotkać za to coś w rodzaju ostracyzmu publicznego i dlatego woli się ode mnie odciąć, zanim będzie za późno. Jak szczur ucieka z tonącego okrętu, co zresztą naprawdę bardzo mi do niego pasuje.
- A więc jego jako podejrzanego by pani wykluczyła?
- Całkowicie. Zresztą, po co niby miałby atakować Lizzy?
- Z zemsty, bo pani sobie układa życie, a on nie. To wystarczy, żeby ktoś taki się chciał odegrać na byłej małżonce i narobić jej problemów.
- Ale przecież policja stwierdziła, że nikt nie włamał się do domu.
- To właśnie budzi mój największy niepokój. Moim zdaniem, doszło tutaj do poważnych zaniedbań i ktoś jednak wszedł do domu. Zamierzam zbadać ten trop. A na teraz mam jeszcze jedno pytanie. Te listy od tajemniczego wielbiciela... Czy naprawdę nie domyśla się pani, kto mógł je pisać?
Rita rozłożyła bezradnie ręce i westchnęła ponuro.
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Kilku przyjaciół Henry’ego chwaliło mnie i to czasami w sposób dwuznaczny, ale nie wydaje mi się, aby któryś z nich pisał do mnie takie listy. Przecież takie pismo może wpaść w niepowołane ręce, wszystko im w życiu zniszczyć, a oni mają raczej dużo do stracenia. Sądzę, że to raczej ktoś inny, ale nie mam pojęcia, kto taki. Chwilami podejrzewałam nawet jakiś kolegów Lizzy ze szkoły, bo te listy były jakieś takie dziwne i dziecinne, ale sama już nie wiem. Sądzicie, że to ważne?
- Moim zdaniem bardzo ważne. Ale spokojnie, do tego także dojdziemy. Mam już w tej kwestii pewne podejrzenia i rozmowa z panią potwierdza je. Zobaczymy więc, czy mam na ich temat rację.
Po tych słowach, Ash wstał i pożegnał uprzejmie Ritę, po czym wraz z wciąż siedzącym mu na ramieniu Pikachu, podszedł do drzwi pokoju i zastukał w nie na znak, że zakończyliśmy rozmowę i chcemy wyjść. Ja zaś uśmiechnęłam się bardzo serdecznie do kobiety i powiedziałam:
- Spokojnie, pani Rito. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby pani pomoc i udowodnić pani niewinność.
- Wierzę wam, kochanie, ale nie obiecuj za wiele - odpowiedziała mi smutno Rita Gordon - Nie wiem, jak się moje losy potoczą, ale powoli zaczynam już tracić nadzieję na to, że kiedykolwiek stąd wyjdę.
- Proszę być dobrej myśli. My się jej trzymamy i pani też powinna.
Pożegnałam kobietę i wyszłam wraz z Buneary, dołączając do mojego męża i jego pokemoniego partnera, a potem ruszyliśmy razem w kierunku wyjścia.
- To co? Wracamy do naszego klienta? - zapytałam.
- Jeszcze nie - odpowiedział mi Ash - Na razie, to pojedziemy do miejscowej szkoły. Tej, do której chodziła Lizzy przed wypadkiem. Musimy tam zadać kilka pytań paru osobom.
Jego odpowiedź bardzo mnie zaskoczyła, jednak uznałam, że pytanie go o to nie ma sensu, bo przecież i tak zaraz wszystkiego się dowiem. Poza tym, za dobrze go znałam, aby nie wiedzieć, że wzorem swojego idola, Sherlocka Holmesa lubi on niekiedy zachować najlepsze dla siebie i mówić to współpracownikom dopiero w odpowiednim dla siebie momencie. Dlatego, w takiej sytuacji lepiej nie pytać zbyt wiele, bo wszystkiego i tak się człowiek dowie, kiedy nadejdzie pora.

***


W liceum porozmawialiśmy z dyrektorką i wyjaśniliśmy jej dokładnie, co nas sprowadza. Pokazaliśmy na dowód list, który był w aktach sprawy i którym to ktoś próbował zaszkodzić relacjom Rity z jej partnerem.
- Podejrzewamy, że to ktoś zaprzyjaźniony z Lizzy napisał do pani Gordon ten wątpliwej jakości list miłosny - powiedział Ash.
Teraz wreszcie zrozumiałam, o co tak dokładniej mu chodzi, choć muszę się przyznać, że po drodze zaczęłam się już co nieco domyślać, jednak tak całkowitej pewności nie miałam i dopiero w tamtej chwili ją zyskałam. Pomyślałam sobie w duchu, iż mój ukochany jest naprawdę bystry, choć jednocześnie nie byłam pewna, co on chce w ten sposób osiągnąć i jakie informacje uzyskać. Uznałam jednak, że najlepiej będzie zapytać go o to dopiero wtedy, kiedy już będziemy sami, aby nikt z obecnych w szkole osób nie usłyszał tego, iż nie wiemy wszystkiego. Lepiej jest sprawiać wrażenie, że wie się więcej niż się wie naprawdę. Wtedy to osoby winne będą się na bać i mogą się czymś zdradzić, a o to przede wszystkim nam chodziło.
Ash podał dyrektorce list, ta zaś przeczytała go, pomyślała przez chwilę i po chwili go nam oddala i spytała:
- Czy sugerujecie państwo, że to napisał ktoś z naszych uczniów?
- W zasadzie, jesteśmy tego pewni - odpowiedział jej Ash, a Pikachu zaraz to potwierdził delikatnym piskiem - Musimy tylko wiedzieć, kto dokładniej.
- Obawiam się, że to będzie trudne zadanie. Ostatecznie przecież, mamy tutaj bardzo wielu uczniów i uczennic.
- To nie będzie znowu takie trudne. Moim zdaniem Lizzy poprosiła kogoś o to, aby napisał jej ten list i raczej na pewno była to osoba z jej najbliższego, ale to najbliższego otoczenia. Musimy więc wiedzieć, z kim ona się przyjaźni. Na pewno jest kilka takich osób i to o nie nam chodzi.
- To ma sens, panie Ketchum, ale czy wolno zapytać, skąd takie wnioski, że to ktoś napisał ten list dla Lizzy? A nie pomyślał pan o tym, że to ona sama mogła go napisać?
- Przyznam się pani, że na początku tak pomyślałem, ale szybko odrzuciłem tę możliwość.
- Dlaczego?
- Z prostej przyczyny. Pani Gordon doskonale znała charakter pisma Lizzy, bo dawała jej korepetycje. Wątpię, że nie rozpoznałaby pisma dziewczyny, a ojciec to już na pewno musiałby je poznać. A zatem, to było za duże ryzyko pisać osobiście list. Dlatego jestem pewien, iż to ktoś napisał go dla niej i na jej własne życzenie.
Dyrektorka pokiwała głową z wyraźną aprobatą dla sposobu rozumowania mojego męża i powiedziała:
- Chyba ma pan racje. W zasadzie, to by było logiczne. Proszę tutaj zaczekać, a ja zawołam wychowawczynię klasy Lizzy. Na pewno coś wie.
Wyżej wspomniana nauczycielka przyszła prędko do gabinetu dyrektorki, gdy ta ją wezwała do siebie. Okazała się ona być młodą kobietą około trzydziestu lat, ubraną skromnie, ale niezwykle subtelnie. Miała niebieskie oczy i brązowe włosy, a na nosie okulary o nieco grubych ramkach, które niestety zdecydowanie psuły jej wizerunek, odbierając mu nieco uroku.
- Wzywała mnie pani, pani dyrektor? - zapytała nauczycielka.
- Tak, panno Francesco - odpowiedziała jej przełożona i wskazała na nas ręką - To są państwo Ketchum, znani detektywi. Ash Ketchum i jego żona Serena.
Nauczycielka spojrzała na nas zaintrygowana i jednocześnie zachwycona.
- Ketchum? Ash Ketchum? Sherlock Ash? - zapytała.
- Nie inaczej, to właśnie ja - odpowiedział jej wesoło Ash - A to moja żona, Serena, a to nasi partnerzy w pracy, Pikachu i Buneary.
Nauczycielka zachwycona podeszła do nas i serdecznie uściskała nam ręce, po czym powiedziała:
- Wybaczcie, ale nie jestem w stanie zapanować nad sobą, bo wiecie, jestem wasza fanką i czytałam o waszych przygodach. Jestem pod wrażeniem, że mogę tu was widzieć i osobiście poznać.
Nauczycielka westchnęła głęboko, po czym zachichotała i dodała:
- Ale już... Już zbieram myśli. Co dokładniej was sprowadza?
- Państwo Ketchum chcą wiedzieć, czy może poznaje pani to pismo i czy wie pani, kto ten list napisał - odpowiedziała jej za nas dyrektorka i wskazała palcem na list, który przynieśliśmy.
Panna Francesca wzięła go od nas i zaczęła go bardzo uważnie czytać, lekko sobie poprawiła na nosie okulary, przyglądała się kartce przez chyba kilka minut, a potem spojrzała na nas i powiedziała:
- Chyba wiem, czyje to pismo. To uczennica z mojej klasy, Petra Voscatini.
- Jest pani tego pewna? - zapytałam.
- Bune-Bune? - dodała pytająco Buneary.
- Proszę się temu pismu przyjrzeć bardzo uważnie, bo wiele od tego zależy - rzekła dyrektorka, chociaż moim zdaniem nie było to potrzebne.
Francesca spełniła jej życzenie i z uwaga ponownie spojrzała na list, po czym odparła już całkowicie pewnym tonem:
- Nie mam najmniejszych wątpliwości. To musi być jej pismo. Zresztą, mam jej ostatnie wypracowania, jeszcze nie zdążyłam ich sprawdzić. Mogę przynieść do porównania pisma. Albo mogę też tu przyprowadzić sama Petrę.
- Jest jeszcze w szkole? - zapytałam.
- Tak, kończy niedługo zajęcia - odpowiedziała Francesca - Jeszcze zdążycie z nią porozmawiać.
- Proszę więc ją tu przyprowadzić - powiedział Ash.
- Pika-pika! - zapiszczał Pikachu, potwierdzając jego życzenie.
Nauczycielka skinęła głową wesoło, wyraźnie nie umiejąc ukryć faktu, że jest niesamowicie podniecona możliwością ofiarowania nam swojej pomocy i wyszła szybko z pokoju, a po kilku minutach wróciła, przyprowadzając ze sobą nastolatkę w brązowych włosach z różowymi pasemkami. Ubrana była w dżinsy podarte na kolanach, kolorowy podkoszulek i czarne glany. Nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia, podobnie jak i na Ashu. Nieprzyjemne wrażenie pogłębiło się zaraz po tym, jak się odezwała.
- Pani chciała ze mną rozmawiać, pani dyrektor? Co to za przebierańcy? Co ten koleś ma na sobie? Oni muszą tu być?
Mówiąc to, patrzyła na Asha i noszony przez niego strój Sherlocka Holmesa jak na powody do beki. Poczułam, że jeszcze chwila i chyba jej przywalę, jak dalej będzie się tak zachowywać, ale na całe szczęście oszczędzono mi poskromienia tej głupiej zołzy, bo dyrektorka odpowiedziała jej:
- Muszą, bo to oni chcą z tobą porozmawiać. Chodzi o Lizzy.
Dziewczyna spojrzała na nas zdumiona, jakby lekko przelękniona i spytała:
- A co chcą wiedzieć? I po co? Przecież wszystko jest już dawno jasne.
- O, doprawdy? - zapytałam z kpina w glosie - A czemu jesteś tego pewna?
- Przecież wszyscy to wiedzą - odparła na to Petra takim tonem, jakby to było coś oczywistego i o co nawet nie powinniśmy pytać.
- Wszyscy? A to ciekawe. A jacy wszyscy, twoim zdaniem? Pracownicy prasy brukowej, którzy zarabiają na rozdmuchiwaniu tej sprawy? Prokurator, w którego interesie jest skazanie pani Gordon, bo nie cierpi cudzoziemców i chce sobie przy okazji poprawić statystki?
Dziewczyna wzruszyła obojętnie ramionami i mruknęła:
- A co mnie do tego? Ja nie jestem tu po to, aby to oceniać. Ale wiem, że jak całe miasto mówi, że ona jest winna, to chyba to jest prawda.
- Naprawdę? A jakby tak cale miasto mówiło, że jesteś idiotką, to też byłaby prawda? - zapytałam z kpiną w głosie.
- Jak dla mnie, to jest prawda - powiedział Ash i wraz z Pikachu zachichotał.
Petra spojrzała ze złością na niego i warknęła:
- Po to mnie tu wezwaliście, aby sobie bekę ze mnie robić?
- Nie tylko - odpowiedział jej Ash - Chcemy przede wszystkim zadać ci kilka pytań. A przede wszystkim jedno. Poznajesz ten list?


Po tych słowach, Ash podał dziewczynie pismo do reki. Petra wyraźnie się na jego widok zmieszała, ale próbowała udawać, że jest inaczej i przerzucała oczami po podanej jej kartce, wyraźnie próbując stworzyć pozory czytania jej i rzekła:
- Nie, nie poznaję. A co ja mam z tym niby wspólnego?
- Podobno ty to napisałaś - odparł na to Ash.
Petra parsknęła wrednym śmiechem i odpowiedziała mu:
- Chyba sobie jaja robisz. Ja jestem normalna i nie lecę na inne babki. A już na pewno, nie na grubo starsze od siebie.
- Uważaj na słowa, młoda damo! - zawołała ze złością Francesca.
- Ma pani lepszy wzrok niż ja - odparł na to ironicznym tonem Ash - Ja jakoś przed sobą nie widzę żadnej młodej damy. Raczej zarozumiałą pannicę, która już za chwilę będzie miała poważne kłopoty z policją za składanie fałszywych zeznań i wprowadzanie w błąd śledczych policyjnych.
Petra zadrżała lekko na całym ciele i chociaż próbowała to przed nami ukryć, to nie zdołała tego dokonać z powodu naszej czujności i sporego doświadczenia w tego rodzaju rozmowach. Od razu dostrzegliśmy, że ta małpa ściemnia i próbuje tu nam opowiadać bujdy na resorach, jednak nie zamierzaliśmy dać się nabrać.
- O czym wy mówicie? - zapytała.
- O tym, co grozi takim panienkom jak ty, kiedy próbują oszukiwać policję i to w chwili, gdy ta prowadzi śledztwo - odpowiedział tej zołzie Ash - Chcesz mieć problemy za kłamstwa? Mogę zadbać o to, abyś je miała. Może więc zamiast mnie prowokować, to może zechcesz łaskawie odpowiedzieć mi na moje pytania? I nie próbuj mnie straszyć koneksjami rodzinnymi, bo nie robią one na mnie wrażenia. A mówię ci to, bo pewnie taki miałaś zamiar, prawda?
Petra chyba rzeczywiście chciała to zrobić, jednak wyraźnie zrezygnowała z tego i spuściła smutno głowę, mówiąc:
- Dobra, zgoda. To ja ten list napisałam. Lizzy mnie o to prosiła.
- A dlaczego? - zapytałam.
- Ponieważ chciała się pozbyć tej lafiryndy, która zamierzała zająć miejsce jej matki - mruknęła ze złością dziewczyna - Głupia baba przyłazi nie wiadomo skąd i wskakuje do łóżka jej ojca, a potem chce zostać nową matką dla Lizzy. Wy byście się nie wkurzyli na jej miejscu?
- Nie ma to znaczenia, co my byśmy zrobili. Ważne jest to, co ty zrobiłaś.
- Ja tylko pomogłam przyjaciółce. Czy to zbrodnia?
- Jeżeli ta pomoc nakazuje krzywdzić niewinną osobę, to tak.
Petra prychnęła ironicznie, kiedy to usłyszała.
- Niewinna osoba? Dobre sobie. Wepchnęła się i to na chama do kochającej się rodziny, której dobrze się dotąd żyło, potem ją rozbija i wszystko niszczy. A do tego jeszcze, jakby tego było mało, łapie starego Lizzy na dziecko, które wcale nie wiadomo, czy jest jego. I wreszcie donosi na moją przyjaciółkę, gdy ta spotyka się ze swoim chłopakiem. Naprawdę uważacie, że ona jest niewinna?
- Naciągasz fakty oraz przedstawiasz je tak, aby były wygodne tobie i twojej przyjaciółce - stwierdziłam - A poza tym, naprawdę uważasz, że Lizzy ma powody do tego, aby nienawidzić Ritę Gordon?
- A co mnie to obchodzi, czy naprawdę ma powody, czy nie? Skoro ona mi mówi, że je ma, to na pewno je ma. Jako przyjaciółka, nie rozstrzygam tych spraw.
- A może powinnaś?
Ash przerwał nam tę dyskusję, która mogła potrwać jeszcze bardzo długo.
- Zatem przyznajesz się do tego, że to ty napisałaś ten list?
- Tak - odpowiedziała niezadowolonym tonem Petra - Zrobiłam to i nie żałuję tego. Z przyjemnością pomogłam przyjaciółce rozwalić ten sielankowy obrazek tej małpie i staremu Lizzy. Może gościu powinien się wziąć za opiekowanie córką, a nie za nadskakiwanie tej głupiej rurze?
- Przypominam ci, że on ma dwie córki - zauważyłam - Jedną z nich urodziła mu ta głupia rura, jak ją nazwałaś.
Petra machnęła na to lekceważąco ręką.
- Może to jego, może nie jego. A kto to tam wie? Na jego miejscu, kazałabym tej latawicy zrobić badania DNA, żeby się upewnić, czyj to bachor.
- Uważaj na słownictwo, moja panno! - zawołała oburzona Francesca.
Dyrektorka westchnęła głęboko i powiedziała:
- Naprawdę bardzo państwa za nią przepraszam. Nie powinna ona się tak do was odzywać.
- Owszem. Co teraz sobie o nas pomyślicie? - jęknęła Francesca - Jak nasza szkoła wychowuje takie dziewczyny, to chyba niezbyt dobrze o nas świadczy.
- Szkoła nic nie poradzi, kiedy zawodzą rodzice - stwierdził Ash.
Dziewczyna spojrzała na niego oburzona i warknęła:
- A ty się lepiej odwal od moich starych, dobra?! Może nie dorównuję wam w kwestii wychowania, ale jestem, jaka jestem i nikogo nie udaję.
- A nieprawda, bo udawałaś zakochanego wielbiciela pani Rity.
Petra niemal kipiała ze złości, gdy tylko słyszała jego słowa, a jej wściekłość wzrosła jeszcze bardziej w chwili, w której zobaczyła, jak ja, Pikachu i Buneary z trudem panujemy nad tym, aby nie ryknąć śmiechem, poprzestając tylko na lekkim śmiechu.
- Czegoś jeszcze chcecie się dowiedzieć, czy to już wszystko? - spytała Petra.
- Jak na razie wszystko, ale bądź uprzejma nie wyjeżdżać z miasta, bo jeszcze mogą nam być potrzebne twoje zeznania. I na przyszłość, to sobie daruj te durne gierki, jak ta wymyślona przez Lizzy. Jak widzisz, nic dobrego z tego nie wynika.
Po tych słowach, Ash uśmiechnął się ironicznie do Petry, a gdy ta wyszła już z gabinetu dyrektorki, popatrzył na mnie bardzo z siebie zadowolony.
- I co? Dała państwu coś ta rozmowa? - zapytała dyrektorka.
- Dała i nie dała - odpowiedziałam ponuro, uświadamiając sobie, że pomimo naszych usilnych starań jak dotąd nie posunęliśmy się naprzód w śledztwie, które prowadzimy.
Mój ukochany był chyba jednak innego zdania, ponieważ powiedział:
- Wiemy to, co chcieliśmy wiedzieć. Lizzy była niezłym ziółkiem, jak widzę. Te jej intrygi niepotrzebnie teraz wszystko komplikują. Ale spokojnie, odkryjemy prawdę i to bez względu na to, jak wszyscy wokół ją zagmatwali.
- Wszyscy? Czy ktoś jeszcze to zrobił? - zapytała Francesca.
- Moim zdaniem kilka osób, tylko jeszcze nie wiem, kto dokładniej. Ale tego też się dowiem, prędzej czy później. Na razie zaś dowiedzieliśmy się kilku bardzo istotnych dla na faktów.
- Czy wolno spytać, jakich?
- Przede wszystkim to, że Rita Gordonowa nigdy nie miała kochanka, który to potem mógłbym się na tej rodzinie mścić. Te opcje zatem możemy wykluczyć.
- Z całym szacunkiem, ale to niewiele - zauważyła dyrektorka.
Trudno mi się było z nią nie zgodzić. Jak na takie wnikliwe śledztwo, bardzo dokładnie przez nas prowadzone, spodziewałam się dowiedzieć czegoś więcej, a jak dotąd, to tylko zdołaliśmy wykluczyć pewien i tak słaby trop. Niewiele.


Ash jednak sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie, ponieważ powiedział:
- Początki zwykle bywają trudne i to naturalne, że na porządne wnioski, to ja i Serena musimy jeszcze nieco poczekać. Ale spokojnie, wszystko w swoim czasie. Jeszcze odkryjemy prawdę. A na razie, dziękuję bardzo za pomoc.
Dyrektorka i Francesca powiedziały, że to żaden problem i że zasadniczo one są zdecydowanie bardzo zaszczycone, mogąc mieć swój udział w tej sprawie, a już zwłaszcza ten zaszczyt dotyczył Franceski, która nie kryła swojego zachwytu tym, że miała okazję nas poznać. Miło nam się zrobiło, gdy to odkryliśmy. W końcu, to chyba normalne? Każdy celebryta jest zadowolony w chwili spotkania ze swoimi wiernymi fanami.
Pożegnaliśmy obie życzliwe panie i powoli powróciliśmy do domu naszego klienta, układając w naszych głowach wszystko, co odkryliśmy. Nie mieliśmy jak dotąd za wiele wiadomości, ale dosyć, aby wiedzieć, że jeżeli nawet posiadaliśmy jakieś wątpliwości w sprawie niewinności Rity Gordon, teraz się one rozwiały. Nie mieliśmy żadnych obaw, czy stoimy po niewłaściwej stronie. Co prawda, żadne z nas nie miało jeszcze dowodów na to, że Rita jest niewinna, ale mimo to oboje już byliśmy tego pewni.
- To jaki jest nasz następny krok? - zapytałam Asha, kiedy oboje chodziliśmy po ogrodzie domu wraz z naszymi wiernymi kompanami.
Ci spojrzeli natomiast na niego uważnie, również oczekując odpowiedzi od tak bystrego i wybitnego detektywa, jakim on był. Ash zaś uśmiechnął się do nich i do mnie serdecznie, po czym odpowiedział:
- Znaleźć kolejny trop, którym będziemy podążać. Jeszcze nie jestem pewien, który powinniśmy podjąć, ale już mniej więcej wiem, jak to powinno wyglądać.
Westchnęłam załamana, kiedy to usłyszałam. No tak, oczywiście. Tradycyjnie mówi do mnie zagadkami. Nawet w chwili, w której coś mi wyjaśnia, na początek musi mnie uraczyć jakimiś enigmatycznymi stwierdzeniami. Niby powinnam już do tego przywyknąć, ale czasami wciąż to bywało dla mnie irytujące.
- Raz byś powiedział wszystko wprost, to nie - mruknęłam z lekką złością - Powiedz lepiej, że nie wiesz jeszcze, za co się teraz zabrać.
Ash popatrzył na mnie uważnie i zapytał:
- Wiesz, że jesteś bystrzejsza niż ci się wydaje?
Lekko trąciłam go w ramię i powiedziałam z przekąsem:
- Nie musisz mnie komplementować. Lepiej byś powiedział, co zamierzasz w tej sprawie zrobić?
- Tak szczerze mówiąc, to jeszcze sam nie wiem.
- Jak to, nie wiesz?
- Nie wiem, od czego teraz zacząć. Bo wiem, kogo chcę przesłuchać, tylko w tej chwili jeszcze nie wiem, w jakiej kolejności. Poza tym, niesamowicie zgrzyta mi w tym wszystkim jedna rzecz.
- Co takiego?
Pikachu i Buneary spojrzeli na Asha zaintrygowani, podobnie jak ja czekając na odpowiedź sławnego detektywa.
- Policja twierdzi, że nikt obcy nie mógł wejść do willi. Moim zdaniem, ktoś jednak do niej wszedł i narozrabiał tam bardzo mocno.
- Myślisz, że to ta osoba zaatakowała Lizzy?
- Nie wiem. Wydaje mi się, że tak, ale muszę dokładnie wszystko zbadać. Ale nie rozumiem, dlaczego policja tak uparcie twierdzi, iż nikt nie wszedł do willi.
- Może to zaniedbanie z ich strony?
- Być może. Ale nie bardzo w to wierzę. Moim zdaniem, ktoś z policji coś tu ukrywa. Ktoś raczej ważny, bo inaczej nie byłby w stanie tego tak dobrze robić.
- Ktoś z policji? Kto taki?
- Nie jestem pewien. Może nasz drogi komendant?
- On? Ale po co miałby zatajać ten fakt i zwalać wszystko na Ritę?
- Tego nie wiem, ale obawiam się, że może on nam nieco utrudnić śledztwo, aby dalej zatajać ten fakt. Musimy być na to przygotowani, Serenko.
Słowa Asha zaniepokoiły mnie. Nie byłam pewna, co do ich prawdziwości, a do tego jeszcze świadomość tego, że może to być prawda, stanowiło przerażającą perspektywę. W końcu przecież zwykle podczas naszych śledztw mieliśmy policję po swojej stronie. Świadomość, iż tym razem może być inaczej, wzbudzało wielki niepokój. Oczywiście Ash zaznaczał, że jest to jedynie teoria, jednak zwykle, kiedy tak mówił, to prawie zawsze okazywało się to prawdą. Poza tym, jeżeli faktycznie ktoś wszedł nocą do willi, jak uważał Ash, policja musiałaby to odkryć. Dlaczego zatem tak uparcie mówili coś innego?
Rozważając to wszystko, dotarliśmy powoli, idąc spokojnym i niespiesznym krokiem do domu pana Remberto. Weszliśmy na teren posesji, potem usiedliśmy na ławce w ogrodzie i zaczęliśmy w milczeniu układać dalszy plan. To znaczy, Ash go ustalał, a ja po prostu siedziałam spokojnie, nie przeszkadzając mu w tym. Nasi pokemoni przyjaciele zaczęli wesoło sobie biegać po całym ogrodzie. Nie wiem, jak długo to robili, ale po pewnym czasie Pikachu nagle podszedł do nas i wesoło zapiszczał w naszym kierunku.
- Nie teraz, Pikachu. Nie mam ochoty na zabawę - powiedział Ash, nawet na niego nie patrząc.
Pikachu jednak nie zniechęciły te słowa, bo nie przestawał piszczeć, a nawet pociągnął za nogawkę od spodni swojego trenera. Ten w końcu spojrzał na niego, zaś Pokemon wyciągnął wówczas w jego kierunku prawą łapkę. W niej znajdował się jakiś niewielki przedmiot. Ash wziął go do ręki i obejrzał dokładnie, a potem pokazał go mnie, mówiąc:
- Zobacz, co nasz przyjaciel znalazł.
Przyjrzałam się temu. To były dwie niewielkie, plastikowe kostki do gry na dość mocnym sznurku, urwanym na samym końcu.
- Co to jest?
Pikachu zapiszczał do nas, a gdy na niego spojrzeliśmy, zaczął nam szybko na migi pokazywać, że rozmawiał przed chwila z Luxem i ten mu to dał, zaznaczając, że to coś zgubił jakiś czas temu ktoś, kto tu wszedł potajemnie w nocy i to jeszcze tej samej nocy, w której zaatakowano Lizzy.
Ash od razu się ożywił, kiedy to usłyszał. Uśmiechnął się zadowolony, lekko pogłaskał Pikachu za uszami i powiedział:
- Widzisz? Miałem rację, ktoś tu jednak był. Lux to potwierdza. A powiedział ci, kto to był?
Pikachu zaprzeczył smętnie, wyjaśniając nam, że niestety jego nowy znajomy nie widział twarzy tej osoby. Wie tylko, iż zgubiła ona to coś i jednej z kolejnych nocy ktoś tu włamał się na posesję, aby to znaleźć, ale uciekł na widok Luxa. W tej sytuacji, nie mogło zatem być wątpliwości. Miejscowa policja coś ukrywa, a my w ich osobie nie znajdziemy raczej sojusznika. Musimy sobie więc radzić sami, jeżeli chcemy odkryć prawdę.
- Dobra, kochani. Dość już myślenia - powiedział Ash, wstając powoli z ławki - Wiemy już, co robić dalej. Pora zabrać się do dzieła!


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...