Przygoda CXXVI
Zła macocha cz. IV
Petra nie była zadowolona z tego, że ponownie musi z nami rozmawiać, a na dodatek jeszcze odpowiadać na nasze pytania. Widzieliśmy wyraźnie, iż gdyby nie musiała, nie robiłaby tego i chyba tylko autorytet, jakim się cieszyliśmy, podobnie jak i to, że mieliśmy pozwolenie od najwyższych władz policyjnych na to, abyśmy podejmowali wszelkie możliwe działania do rozwiązania tej sprawy, nakazywały tej zarozumialej pannicy traktować nas poważnie.
- Ja naprawdę nie rozumiem, czego wy jeszcze ode mnie chcecie - mruczała ze złością w głosie dziewczyna, nerwowo chodząc po pokoju - Odpowiedziałam już chyba na wszystkie wasze pytania. Nie wiem, co jeszcze mogłabym wam w tej sprawie wyjaśnić.
- Sporo rzeczy, a o ile zechcesz z nami rozmawiać bez robienia nam przy tym problemów, to szybciej zakończymy tę nieprzyjemną dla ciebie sytuację.
Tymi oto słowami, Ash próbował przekonać do siebie Petrę, zaś jego wierny Pikachu, który siedział mu na ramieniu, zapiszczał delikatnie w sposób niezwykle poważny, jakby na potwierdzenie słów swego trenera.
Petra spojrzała na nas z niechęcią i zapytała Asha:
- Czy mówił ci już ktoś, że jesteś niesamowicie irytujący?
- Owszem, kilka osób - odpowiedział jej bezczelnym tonem Ash.
- Dziwi mnie, że tylko kilka.
- Może było ich więcej? Kto wie? Po setnej straciłem rachubę.
Z trudem opanowałam się, aby nie parsknąć śmiechem, słysząc jego słowa. Z doświadczenia wiedziałam, że prowokowanie takiej osoby jak Petra śmianiem się z jej sytuacji, bynajmniej nie pomaga przekonać ją do zmiany zdania, a już na pewno nie do grzecznego przekazania nam tego, co chcieliśmy wiedzieć. Petra, mimo to była na tyle bystra, iż dostrzegła na mojej twarzy ironiczny uśmieszek, który chyba ukazał się na mojej twarzy. Zirytowało ją to i warknęła wściekle:
- Bawi was to, tak? Nie wiedziałam, że umiem kogokolwiek rozbawić tym, że jestem szczera.
- Ty jesteś szczera? Od kiedy? - zapytałam złośliwie - Od kiedy przeraziłaś się konsekwencji składania fałszywych zeznań w trakcie śledztwa?
Ash uśmiechnął się do mnie zadowolony, okazując mi w ten sposób wielkie zadowolenie i swoją aprobatę, po czym dodał szybko:
- Spokojnie, Petro. Nie przyszliśmy tutaj z ciebie sobie szydzić. Po prostu jest w naszym śledztwie kolejna niejasna sprawa. Wyjaśnisz nam je i masz już od nas spokój. To jak będzie?
Petra wyglądała na przekonaną, ale też nie do końca, bo spytała:
- A skąd pomysł, że niby coś na ten temat wiem?
- Jesteśmy detektywami. Wymyślanie pomysłów jest czymś normalnym w tej branży, nie wiedziałaś? - odpowiedział jej dowcipnym tonem Ash - A poza tym, muszę ci powiedzieć, że mam podstawy uważać, że jednak coś wiesz.
- A jakie niby to podstawy?
Ash powoli wyjął z kieszeni znalezisko i pokazał je bez słowa Petrze. Patrzył na nią uważnie i obserwował jej reakcję, podobnie jak i ja. Dziewczyna spojrzała z równie wielką uwagą dwie kostki do gry na sznurku, po czym skierowała wzrok na nas i zapytała:
- No i co? Co mam wam niby powiedzieć na temat tego czegoś?
- Czy widziałaś kiedyś coś takiego? - zapytał Ash.
- Owszem, wiele razy. To takie dodatki do butów. Coś jakby zawieszki. To w obecnych czasach bardzo modne - odpowiedziała Petra.
- Czy ty też masz takie buty?
- Nie.
- Dlaczego? Skoro to modne i popularne...
Petra popatrzyła na niego z lekka kpiną w oczach i odparła:
- Widać, że jesteś daleko w tyle za najnowsza moda, co w zasadzie raczej nie powinno mnie dziwić. Jak tak patrzę na to, co nosisz...
- Możesz łaskawie nam odpowiadać na pytania, zamiast rzucać jakieś głupie uwagi? - przerwałam jej ze złością.
Petra westchnęła z politowaniem, jakby musiała tłumaczyć coś dziecku, zaraz potem spoglądając ponownie na Asha i mówiąc:
- Dziewczyny nie noszą czegoś takiego. To jest zawieszka do męskich butów. Takie noszą jedynie chłopcy.
Ash przysłuchiwał się uważnie słowom dziewczyny, notując sobie w pamięci te oto ciekawostki. Pikachu zapiszczał coś na jego ucho, a mój mąż najwyraźniej go zrozumiał, gdyż zaraz potem zapytał:
- Czy chłopak Lizzy też takie posiada?
Petra parsknęła śmiechem, gdy to usłyszała.
- Peppino? Chyba sobie jaja ze mnie robicie. On? Ten golec miałby mieć kasę na takie buty? Nie żartujcie sobie. To są buty z bardzo wysokiej półki. Byle kogo nie stać na takie cacko.
- Czyli to są buty jedynie dla bogatych? - zapytałam.
- No chyba.
- Czyli Peppino nie mógłby ich sobie kupić?
- Musiałby dostać spadek albo okraść bank. Bo inaczej, to raczej wątpię, aby miał możliwość zafundować sobie takie buty.
- Rozumiem - powiedział Ash, rozważając w głowie słowa dziewczyny - A czy wiesz może, kto mógłby takie nosić?
- Spytaj raczej, czy wiem, kto takie nie nosi - rzuciła Petra - W naszej szkole jest jedynie dobre towarzystwo. Takie, które stać na najlepsze rzeczy. W lumpeksie u nas się nikt nie ubiera.
Jej słowa były tak beznadziejnie głupie i snobistyczne, że komentowanie ich przez nas było poniżej naszej godności, dlatego darowaliśmy sobie odpowiadanie jej na takie stwierdzenie. Zamiast tego Ash, który na szczęście wiedział doskonale, o co pytać i czego powinniśmy się dowiedzieć, rzekł po chwili:
- Rozumiem, ale powiedz nam, czy jakiś chłopak ze szkoły interesował się w ostatnim czasie Lizzy? To znaczy, czy ktoś się koło niej kręcił, jak ona była jeszcze przytomna? Czy miała może jakiś wielbicieli lub czy może z kimś się spotykała?
Petra uśmiechnęła się, doskonale rozumiejąc, o co chodzi i co ciekawe, mając w tej sprawie bardzo ciekawe informacje.
- Kilku chłopaków do niej startowało, ale ona była długo zainteresowana tym głupim Peppino. Nie wiem, co ona w nim widziała, skoro miała tylu lepszych od niego wokół siebie. Ale to już jej sprawa. Ja tam bym nie traciła czasu na jakiegoś biedaka, który dodatkowo jeszcze siedział w pace. Na szczęście, trafił się jej ktoś o wiele lepszy. To znaczy, lepszy w jej mniemaniu. Bo ja nie podzielam tego zdania, jeżeli chcecie wiedzieć.
- A kto to taki? - zapytałam zaintrygowana tymi słowami.
- Luigi Petri - odpowiedziała dziewczyna.
Spojrzeliśmy na nią zaintrygowani.
- Petri? Tak jak miejscowy komendant? - zapytał Ash.
- To jego synalek - odparła na to Petra - Niezły gagatek, tak swoją drogą. Jego metody podrywu są po prostu żałosne i nie wiem, jak jakaś dziewczyna może na niego lecieć. Ale widocznie niektórym imponuje taki zarozumialec, który miał już chyba w swoim łóżku połowę lasek z tego miasta.
- Rozumiem, że ciebie taki nie interesuje - stwierdziłam ironicznie.
Petra popatrzyła na mnie lekko poirytowana i odpowiedziała:
- A dziwi cię to? Ja tam się szanuję. Ale Lizzy zawsze lubiła łobuzów. Jak nie jeden, to drugi. Przez Peppina żarła się z ojcem. A przez Luigiego miałaby kłopoty i to pewnością, gdyby tylko dostała do nich okazję.
- Czyli jeszcze nie narobił jej problemów? - zapytałam.
- Nic o tym nie wiem, więc raczej nie.
- Rozumiem.
- Nie sądzę - odparła ironicznie Petra - Ale co mogą rozumieć takie dziwaki, jak wy? Zresztą, co mnie wypytujecie o te wszystkie rzeczy, jakbyście myśleli, że ja jej coś zrobiłam?
- Nikt nic takiego nie mówi - zauważyłam złośliwie - Skąd pomysł, że mamy wobec ciebie jakiekolwiek podejrzenia?
- Jak tak wypytujecie o wszystkie możliwe szczegóły, to musicie mnie o coś podejrzewać - wyjaśnił swój tok rozumowania dziewczyna - Ale ja naprawdę nie wiem, kto ją zaatakował, ani po co to zrobił. Zresztą, co ja mogę wiedzieć? Lepiej byście wzięli na spytki tego jej stukniętego braciszka.
- Stukniętego? - zdziwiłam się.
- A tak. Kujon wiecznie z nosem w książkach, a spod tej książki wystają mu małe, kaprawe oczka, którymi śledzi wszystko dookoła. Jestem pewna, że wie on o wiele więcej niż się do tego przyznaje. Tacy zawsze wiedzą więcej niż mówią. A poza tym, to łaził za nią kilka razy i pewnie się czegoś dowiedział.
- Łaził? A niby po co?
- A bo ja wiem? Może jej stary kazał ją pilnować? Nie mam pojęcia. Lizzy mi się ostatnio z niczego nie zwierzała. Mówiła, że nikomu nie może ufać, ponieważ wszyscy ludzie to zdrajcy, którzy prędzej czy później nas skrzywdzą. Najwyraźniej mnie też zaliczyła do tej kategorii. Ale cóż... Jak wszyscy, to wszyscy. Wyjątków nie robimy, tylko wrzucamy każdego do jednego worka, prawda?
Ash pomyślał przez chwilę, nim zadał kolejne pytanie.
- No dobrze, pogadamy sobie z tym chłopaczkiem, ale najpierw odpowiedz mi jeszcze tylko na jedno pytanie. Czy Luigi Petri posiada buty z taka zawieszką jak ta, która ci dzisiaj pokazaliśmy?
- Tak, na pewno. Sama je nieraz u niego widziałam. Ale ostatnio jakoś wcale ich nie nosi. Nie wiem, dlaczego. Pamiętam, jak je sobie kupił. Strasznie się nimi afiszował, były jego prawdziwą dumą. Nie wiem więc, o co mu chodzi ani czemu już tego nie robi.
Spojrzałam uważnie na Buneary, która zapiszczała znacząco. Potem od razu skierowałam swój wzrok na Asha, który znacząco się do mnie uśmiechnął. Tak, to nie ulegało wątpliwości. Wszyscy byliśmy tego samego zdania. Sprawa powoli się nam zaczęła wyjaśniać.
- A tak swoją drogą, to gdzie wy znaleźliście tę zawieszkę? - zapytała nas po chwili Petra.
- W ogrodzie Lizzy i jej ojca - odpowiedział jej Ash.
Petra chyba zrozumiała, o co chodzi i co oznaczało to odkrycie, bo jęknęła i delikatnie zasłoniła sobie usta dłonią. Niczego nie musieliśmy jej tłumaczyć. Tak jak i sobie nawzajem, ponieważ wiedzieliśmy już to, co chcieliśmy się dowiedzieć. Do tego ostatniego wniosku doszliśmy, gdy tylko opuściliśmy całą czwórką dom kolejnego przesłuchanego przez nas świadka. Wszystko było już dla nas jasne. O nic nie musiałam pytać Asha. Ani co podejrzewa, ani też do kogo teraz idziemy. Wiedziałam nazbyt dobrze, kogo teraz będziemy przesłuchiwać.
Dotarliśmy bez żadnego problemu do domu miejscowego komendanta. Choć nie wiedzieliśmy dokładnie, gdzie on się znajduje, to wystarczyło nam tylko spytać się o to pierwszej napotkanej osoby, a od razu nam go wskazano. Dom komendanta był powszechnie znanym budynkiem i chyba wszyscy w mieście wiedzieli, gdzie on stoi. W każdym razie, na pewno wiedziała o tym osoba, która wskazała nam go i mogliśmy go dzięki temu odnaleźć. Dlatego właśnie, bez żadnych trudności udało się nam dotrzeć do miejsca naszego kolejnego przesłuchania.
Ale niestety, choć samo odnalezienie domu należało do zadań niesamowicie łatwych, to porozmawianie z synalkiem komendanta już takie proste nie było, a to z tego powodu, że nie zastaliśmy go w domu. Otworzyła nam gospodyni, która na nasze pytanie, czy zastaliśmy syna komendanta, odpowiedziała nam, że nie i nie wie, kiedy on wróci. Oczywiście mogliśmy na niego zaczekać, ale Ash uznał, iż to bezcelowe, bo równie dobrze chłopak może wrócić dopiero jutro. Czekanie na jego powrót mijało się zatem z celem. Postanowiliśmy więc odejść i przyjść ponownie następnego dnia. Gospodyni powiedziała, że panicz Luigi powinien być jutro rano lub tak około południa i może mu przekazać, iż go szukaliśmy. Ash jednak poprosił ją o to, aby tego nie robiła.
- Lepiej będzie, jeżeli ten koleś się nie dowie, że ktoś o niego pytał - rzekł do mnie, kiedy wracaliśmy do domu pana Remberto, w którym mieliśmy nocować - Jakby się dowiedział, że go szukamy, mógłby się przestraszyć i nam zwiać. Lepiej więc, żeby o niczym nie wiedział. Zrobimy mu małą niespodziankę.
Musiałam przyznać mojego mężowi rację w tej sprawie. Doświadczenie w tej naszej wspaniałej pracy podpowiadało nam, że lepiej jest tak prowadzić śledztwo, aby osoby, które o coś podejrzewamy, nie miały o tym pojęcia. I nam to ułatwi, a podejrzaną osobę niepotrzebnie nie przestraszy i nie wywoła u niej paniki, ta zaś byłaby nam bardzo nie na rękę. Dlatego też konkludując, lepiej by było, aby Luigi o niczym nie wiedział.
Zanim wróciliśmy do domu pana Remberto, wstąpiliśmy do jednego baru, w którym zamówiliśmy sobie posiłek. Zdążyliśmy bowiem porządnie zgłodnieć, a do tego miejscowa kuchnia słynęła z różnych łakoci, a ponieważ bywaliśmy już kilka razy w Alto Mare i mieliśmy okazję spróbować tych przysmaków, chcieliśmy ich znowu skosztować.
Ponieważ w momencie, w którym zaszliśmy do baru, daniem dnia były duży kotlet schabowy z frytkami, Ash zamówił go sobie, dodając do zamówienia colę z lodem. Ja zamówiłam sobie z kolei normalnej wielkości kotlet wraz z talarkami z ziemniaków, a do picia sok pomarańczowy. Muszę tutaj powiedzieć, że różnica w naszych kotletach była ogromna. Mój był normalnej wielkości, z kolei kotlet Asha był po prostu gigantyczny i zajmował prawie cały talerz. Tak duże to było bydlę, że frytki ledwie się tam mieściły.
- Rozumiem, że zamierzasz to zjeść? - zapytałam dowcipnie mojego męża.
- A myślisz, że niby po co to sobie zamówiłem? - odpowiedział mi dowcipnie Ash, łapiąc za widelec i nóż.
- Ale to jest prawdziwy gigant.
- A tak, owszem. A myślisz, że niby czemu to się nazywa „Mega Kotlet”?
Parsknęłam śmiechem, rozbawiona jego słowami i powiedziałam:
- Ale, że zmieścisz to wszystko w swoich brzuchu, to ja jestem zaskoczona.
Faktycznie, to mnie zawsze bardzo zaskakiwało, że mój mąż pomimo tego, iż był niezłym łasuchem i uwielbiał wcinać różne łakocie i smakołyki, to mimo tego nigdy on nie był. Jakim cudem to się mogło dziać? Zapewne dlatego, że Ash odkąd tylko sięgał pamięcią, prowadził aktywny tryb życia. Chociaż niewykluczone było i to, iż miał inną przemianę materii i dlatego zachowywał szczupłą sylwetkę, mimo swojej słabości do dobrego jedzenia. Sam Ash jakoś nigdy specjalnie się nad tym nie zastanawiał, stwierdzając, że skoro tak jest, to pewnie tak musi być i nie ma to większego znaczenia, dlaczego tak się dzieje.
Oczywiście nie zapomnieliśmy przy tym wszystkim o naszych Pokemonach. Dla nich zamówiliśmy specjalne łakocie, jakie takie stworki jak one jedzą. Rzecz jasna, Pikachu i Buneary byli nam za to niesamowicie wdzięczni i kiedy tylko im podano te łakocie, od razu zaczęli je wcinać z zapałem.
Ja i Ash natomiast jedliśmy zadowoleni nasz posiłek i jak to już mieliśmy w zwyczaju, rozmawialiśmy przy tym.
- Powiedz mi, Ash... Czy masz już może swoje podejrzenia na temat tego, kto zaatakował Lizzy?
Ash uśmiechnął się do mnie delikatnie i odpowiedział:
- Prawdę mówiąc, to nie. Cała ta sprawa wydaje mi się bardziej złożona niż na początku myśleliśmy. Znaczy wiedziałem, że będzie ciekawie, nawet ciężko, ale nie sądziłem, że aż tak. Przyznam ci się nawet do tego, iż coraz trudniej jest mi bronić naszej klientki.
- Ale chyba wierzysz w jej niewinność? - zapytałam.
- Oczywiście, że wierzę - potwierdził mój mąż - Ale rozumiem też to, co nam mówiła Jenny. Trudno jest nam bronić pani Gordon. Wiele dowodów wskazuje na nią, a jednak... Wszystkie wątpliwości, jakie się pojawiają, zmuszają nas do tego, aby szukać tropów gdzie indziej. A wątpliwości jest wiele.
- A co sądzisz o Lizzy? Trudna z niej dziewczyna. Jej ojciec musiał mieć z nią krzyż pański, prawda?
- Owszem i wcale się nie dziwię, że Rita miała jej serdecznie dosyć. Ale żeby z tego powodu ją zaatakować pogrzebaczem? Nie, to mi nie pasuje.
- Ale miałaby motyw. Lizzy próbowała zniszczyć związek Rity z jej ojcem. Ta cała intryga z listem miłosnym, jaki wymyśliła z Petrą, to był cios poniżej pasa.
- Dokładnie tak. Ale dla mnie, to żaden dowód winy. Poza tym, nasze ostatnie znalezisko z domu pana Remberto rzuca nowe światło na tę sprawę. Pokazuje nam coś, co policja pominęła. Ktoś był w domu naszego klienta tamtej nocy. Ktoś się tam zjawił i zgubił tę zawieszkę do butów. Oczywiście nie znaczy to, że ta osoba zaatakowała Lizzy. Ale sam fakt, iż tam była jest czymś, czego nie wolno nam w żaden sposób zlekceważyć.
- Myślisz, że to był Luigi?
- Mógł być, ale dowiemy się tego, gdy z nim porozmawiamy.
- A Petra? Co o niej sądzisz?
- Myślę, że powiedziała nam prawdę, choć nie zrobiła tego chętnie.
- Fakt, rzeczywiście nie miała ochoty na rozmowę z nami - rzuciłam z lekką złośliwością - Ale miała ciekawe spostrzeżenia. Jak chociażby to, że Stanley miał nieraz łazić za Lizzy. Jak myślisz, czy to prawda?
- To już musi nam powiedzieć sam Stanley - odpowiedział Ash - Myślę, że chętnie to zrobi. W końcu mówił, że chciałby nam pomóc rozwiązać tę sprawę. No więc, będzie miał okazję.
- Jak sądzisz, Ash? Czy on łaził za Lizzy, bo ją śledził?
- Możliwe.
- Ale po co?
Ledwie zadałam to pytania, od razu przyszła mi do głowy odpowiedź.
- Słuchaj, a może pan Remberto kazał śledzić swoją córkę i zlecił to zadanie swemu synowi?
Ash uśmiechnął się do mnie zadowolony i skinął lekko głową na znak, że się ze mną zgadza.
- Brawo, Serenko. To samo właśnie pomyślałem. I wiesz co? Uważam, że tak właśnie było.
Ucieszyło mnie, że mój mąż mnie pochwalił, choć jednocześnie zaniepokoiło mnie to, co sobie właśnie uświadomiłam.
- Ale to przecież oznacza, Ash, że ojciec nakazał śledzić jedno swoje dziecko, drugiemu swemu dziecku.
- Wiem, że brzmi to nieciekawie, ale nie takie rzeczy się już działy, Serenko.
- Ale to jest przecież chore!
- A i owszem, jest chore. Ale pamiętaj, że Lizzy z tego, co nam tu wszyscy mówią, nie była łatwym dzieckiem i robiła ojcu sporo problemów. Mógł więc już stracić poczucie tego, co jest słuszne, a co nie i nakazać śledzić dziewczynę. Ale to może nam pomóc.
- Niby w jaki sposób?
- Jeżeli rzeczywiście Stanley śledził siostrę, to być może dowiedział się o niej czegoś ciekawego. Być może odkrył coś, co może nam pomóc.
Pomyślałam sobie, że to nie jest takie głupie. Śledzenie siostry i to jeszcze na polecenie własnego ojca zdecydowanie było czymś godnym potępienia, jednak być może dało się tę sytuację obrócić na naszą korzyść. W końcu Stanley mógł widzieć podczas tej swojej „misji” coś, co jemu nie wydało się specjalnie ważne, ale za to nam mogło pomóc namierzyć tego, kto ją zaatakował. A jeżeli tak, to dzięki temu byliśmy w stanie rozwiązać tę zagadkę.
Z takimi oto myślami w głowie, wróciliśmy do domu pana Remberto, a kiedy już się tam znaleźliśmy, poprosiliśmy o chwilę rozmowy ze Stanleyem. Ten zaś, co nie było dla nas żadnym zaskoczeniem, ochoczo zgodził się z nami porozmawiać i pozwolił się przesłuchać. Opowiedział nam dokładnie i ze szczegółami tę feralną noc, w której znalazł ranną siostrę i robił to w sposób naprawdę dokładny, zgodny z tym, co przeczytaliśmy w aktach tej sprawy. Nie mieliśmy możliwości uczepić się jego sposobu mówienia, była zgodna z tym, co powiedział wcześniej policji. To były zeznania nad wyraz spójne i dokładne, dlatego nie analizowaliśmy tego zbyt dokładnie, skupiając się na tym, czego się dzisiaj dowiedzieliśmy.
- Stanley, powiedz mi, proszę, czy kojarzysz to cacko? - zapytał Ash, po czym pokazał mu zawieszkę do butów.
Chłopak obejrzał ją dokładnie i skinął lekko głową.
- Tak, znam to. Takie dodatki dodają obecnie do butów. Wielu chłopaków to nosi, aby być na topie.
- Ty jakoś nie nosisz - zauważyłam.
- Bo ja mam w nosie trendy - odpowiedział Stanley z pogardą w głosie - Ja nie jestem wszyscy. Ja jestem ja, Stanley Remberto. Nie muszę więc nosić tego, co noszą wszyscy, aby się czuć kimś, kto jest coś wart.
- Mądre podejście - odpowiedział mu Ash i uśmiechnął się przy tym lekko - No, a powiedz mi, czy śledziłeś może Lizzy?
Chłopak popatrzył na nas zdumiony i zapytał, dlaczego tak myślimy. Od razu więc wyjaśniliśmy, skąd takie przypuszczenia, a on zrobił wówczas ponurą minę i opuścił powoli głowę w dół, mówiąc:
- Wiem, że to było głupie. Ale musiałem to zrobić.
- Dlaczego musiałeś? - zapytał Ash.
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Ojciec ci kazał? - spytałam.
Chłopak spojrzał na mnie z uwagą, jakby rozważał sobie w głowie to, co mu właśnie powiedziałam, po czym odpowiedział:
- Tak. Wiem, że to było głupie, jednak ojciec nie wiedział już, co ma zrobić. Ta głupia dziewczyna wykańczała go. Włóczyła się do późna w nocy i nie słuchała się go, zadawała się z żałosnym towarzystwem. Ojciec bał się o nią i dlatego mnie o to poprosił. Nie powinienem tego robić, ale chciałem tacie pomóc, bo mi było go serdecznie żal.
- Rozumiem. Ja nie zamierzam tego oceniać - powiedział Ash - Mnie bardziej ciekawi to, czy widziałeś, co cię zaniepokoiło w zachowaniu twojej siostry, kiedy ją śledziłeś.
- Widziałem wiele rzeczy, które mnie niepokoiły - odpowiedział Stanley - A już najbardziej mnie niepokoiły te jej spotkania z różnymi chłopakami.
- A co cię w nich niepokoiło? - zapytałam.
- To, jacy to byli żałośni faceci - odparł chłopak - Głupi, aroganccy, nazbyt pewni siebie, lubiący dokuczać innym. Imponowali mojej siostrze chyba tą swoją bezczelnością, bo sam nie wiem, czym jeszcze.
- Czy któryś z nich mógł chcieć zaatakować Lizzy? - zapytał Ash.
- Bardzo możliwe, zwłaszcza ten cały Peppino - wyjaśnił Stanley - W końcu to gość spod ciemnej gwiazdy. Wiecie, że siedział w więzieniu?
- Tak, wiemy. A wiesz może coś o Luigim, synu komendanta?
- Niewiele. Poza tym, że to zarozumiały dupek. Arogancki i strasznie pewny siebie.
Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas, a potem powróciliśmy do swojego pokoju, po drodze spotykając naszego klienta, który był ciekaw, czy dowiedzieliśmy się czegoś ciekawego na temat prowadzonej przez nas sprawy.
- Dowiedzieliśmy się wiele ciekawych rzeczy - odpowiedział Ash i lekko się uśmiechnął - Ale musimy dokładnie zbadać każdy trop.
- A czy już macie jakieś podejrzenia? - zapytał Remberto.
- Mamy wiele, ale na razie zachowamy je dla siebie. Opowiemy panu, jak już będziemy wiedzieć więcej.
Nasz klient nie był za bardzo zachwycony tym, co powiedzieliśmy, ale mimo wszystko zaakceptował naszą decyzję. Ja zaś poczułam, że muszę to zrobić, choć nie do końca wiedziałam, dlaczego i powiedziałam:
- Ale wie pan co? Pytał pan, czego się dowiedzieliśmy. No więc, muszę panu powiedzieć, że dowiedzieliśmy się o pana ciekawych metodach wychowawczych.
- To znaczy? - zapytał zdumiony Remberto.
- Dowiedzieliśmy się, że kazał pan Stanleyowi śledzić Lizzy, żeby wiedzieć, z kim się zadaje.
Mężczyzna spojrzał na mnie w taki sposób, jaki nie umiałam sobie wyjaśnić. Na jego twarzy malowało się zdumienie połączone z oburzeniem. Przez chwilę nic nie mówił, aż w końcu powiedział:
- Nie wiem, kto wam naopowiadał tych bzdur, ale nigdy nie kazałem mojemu synowi śledzić jego siostrę. To kompletna bzdura!
- Doprawdy? - zapytałam ironicznie - Mówiono nam co innego.
- To was okłamano, bo ja nigdy bym czegoś takiego nie zrobił. Ktoś, kto wam to powiedział, kłamał jak z nut.
- A może to pan kłamie? Może celowo pomija pan niektóre rzeczy, które są dla pana niewygodne?
Remberto spojrzał na mnie nieco groźnie i odparł:
- Moja droga, wydaje mi się, że macie szukać człowieka, który zaatakował moją córkę, a nie podejrzewać mnie o wszystko, co najgorsze, prawda?
Miałam już coś odpowiedzieć, ale Ash nagle ścisnął mnie lekko za rękę, po czym powiedział uspokajającym tonem:
- Proszę nam wybaczyć, ale musimy badać każdy element tej sprawy. Nawet taki, który może być dla pana niezbyt wygodny. W końcu, jeśli mamy rozwikłać tę sprawę, to musimy wiedzieć wszystko. Absolutnie wszystko, co może naprowadzić nas na właściwy trop. A obawiam się, proszę nam nie mieć tego za złe, że nikt nie mówi nam tu całej prawdy, jeśli w ogóle mówi prawdę.
- Nie mówią wam całej prawdy? Ale kto? Chyba nie ja?
- Zwłaszcza pan. Dlaczego pan nam nie powiedział, że Lizzy oskarżyła pana partnerkę o zdradę i pokazała za dowód tej zdrady list od rzekomego kochanka?
Remberto zdziwił się, że to wiemy, ale odpowiedział nam, iż nie uważał tego faktu za istotny. Poza tym, źle mógł on stawiać w naszych oczach Ritę, ponieważ mógł tylko dowodzić, że miała ona motyw zaatakować jego córkę.
- Zresztą, jakie to ma teraz znaczenie? - zapytał mężczyzna - Wiem, że Rita jest mi wierna i nawet jeżeli przez chwilę w to zwątpiłem, to teraz bardzo, ale to bardzo tego żałuję.
- Nie tylko w tej sprawie pan pominął pewne aspekty - odpowiedział mu Ash - Nie powiedział pan nam, że Lizzy była aż tak trudną nastolatką, jaką była.
- No, ale co to ma za znaczenie? - spytał Remberto - To ona jest w tej sprawie ofiarą. Po co wam wiedza o tym, że była jeszcze trudniejsza niż mówiłem wam to na początku tej sprawy?
- Ta wiedza może pomóc nam namierzyć prawdziwego sprawcę, proszę pana - odpowiedziałam, nie kryjąc swojej irytacji - Zatajanie tak ważnych faktów tylko sprzyja napastnikowi.
Mężczyzna nie wyglądał na do końca przekonanego tą argumentacją, jednak w końcu westchnął przygnębiony i odpowiedział:
- Błagam was! Znajdźcie w końcu tego, kto to zrobił! I nie szukajcie dziury w całym. Moja córka nie jest aniołkiem, ale mimo wszystko kocham ją i chcę, żeby tego, kto jej to zrobił, spotkała kara.
Zrobiło mi się go w tamtej chwili serdecznie żal. Na tyle mocno, że od razu zapomniałam o tym, że nie był z nami za bardzo szczery, kiedy nas wynajmował i zaczęłam widzieć w nim jedynie biednego i skrzywdzonego przez los człowieka, a także cierpiącego ojca. Powiedziałam mu więc, że zrobimy, co tylko możemy, aby odkryć prawdę, a Ash obiecał mu ze swej strony to samo. Pikachu i Buneary lekko zaś zapiszczeli, aby dodać od siebie, że również nie będą w tej sprawie bezczynni. Remberto uśmiechnął się do nas wzruszony i odpowiedział, że bardzo go to cieszy i gdy już będzie po wszystkim, z radością i ulgą przytuli ponownie ukochaną oraz córkę, czego swoją drogą, nie może się już doczekać.
Po tych słowach, pożegnał nas i ruszył w stronę swojego pokoju.
- Panie Remberto, jeszcze tylko jedno pytanie! - zawołał nagle za nim Ash.
Mężczyzna odwrócił się do niego i powiedział:
- Słucham.
- Jakie były relacje między pana dziećmi?
- Były bardzo dobre.
- Aha. Dziękuję, to wszystko.
Remberto wydawał się zdumiony tym pytaniem, jakby nie rozumiał, jakie ma ono znaczenie, po czym poszedł do swego pokoju.
- Dlaczego zapytałeś o relacje między Stanleyem a Lizzy? - zapytałam Asha, gdy już nasz klient zniknął nam z pola widzenia.
- Chciałem wiedzieć, czy powie nam prawdę - odpowiedział Ash.
- I powiedział?
- Nie mam pojęcia. Niestety, w tej sprawie się przeliczyłem. Sądziłem, że bez trudu wyczuję, czy mówi prawdę, czy zmyśla. Ale niestety, nic nie wyczułem.
Pikachu zapiszczał smutno i poklepał swojego trenera po nodze, aby go jakoś podnieść na duchu. Niewiele to jednak pomogło, ponieważ Ash, który wyraźnie w tamtej chwili posiadał poważne wątpliwości wobec naszego klienta, nie zdołał ich ani rozwiać, ani potwierdzić.
***
Następnego dnia, zrealizowaliśmy nasz plan rozmowy z synem komendanta, który był w obecnej chwili jednym z naszych głównych podejrzanych. Chociaż ta nie do końca jasna sytuacja dotycząca pana Remberto i jego słów wciąż nie dawała nam spokoju, Ash uznał, że zajmiemy się nią później, ponieważ cała ta sprawa jest już i tak skomplikowana i nie trzeba nam komplikować jej jeszcze bardziej przez zajmowanie się więcej niż jednym wątkiem naraz.
- Poza tym, wątpię osobiście, aby to pan Remberto miał zaatakować córkę, a jego mijanie się z prawdą lub zatajanie jej przed nami wiąże się jedynie z faktem, że ma pewne grzeszki na sumieniu i nie chce o nich mówić - powiedział do mnie Ash, gdy szliśmy do domu kapitana Petri i jego synalka - Dlatego właśnie możemy rozwikłanie tej tajemnicy zostawić sobie na później. Skupmy się na sprawdzeniu kolejnej podejrzanej osoby i przesłuchaniu jej.
Sprawdzenie i przesłuchanie. No cóż... Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Choć dom pana Petri odnaleźliśmy bez trudu, to sama z synem komendanta nie była już taka, jakiej byśmy oczekiwali. Ten łobuz Luigi nie tylko początkowo kłamał jak z nut, ale jeszcze próbował zgrywać biednego pokrzywdzonego. Jakby jeszcze tego było mało, z pomocą przybył mu jego kochany tatuś, który z miejsca zaczął nas straszyć konsekwencjami i gdyby nie to, że Ash wykorzystał całą swoją naprawdę wielką pomysłowość i odwagę, która to chyba została dodatkowo okraszona przez niego sporą szczyptą bezczelności, to kiepsko by się dla nas ta sprawa skończyła. Jednak nie ma co uprzedzać faktów, tylko prowadzić narrację po kolei, zgodnie z kolejnością wydarzeń.
Zaczęło się zatem od tego, że dotarliśmy do domu komendanta Petri, aby tam porozmawiać z jego synem. Swoją drogą, poprzedniego dnia spotkała mnie dosyć spora niespodzianka, ponieważ idąc do celu naszej podróży, byłam w duchu pewna tego, iż oczom naszym ukaże się prawdziwa willa z basenem, sauną i miejscem dla kucyka, czyli ogólnie rzecz biorąc i jeden z najpiękniejszych domów w całym tym mieście, dźgający innym w oczy wręcz ogromnym przepychem. Dlatego też więc byłam niesamowicie zaskoczona, kiedy zobaczyłam wraz z Ashem oraz naszymi pokemonimi towarzyszami dom bardzo ładny, na pewno nie biedny, ale też dosyć skromny, a jeżeli nie jest to odpowiednie słowo, to już na pewno jest nim słowo „odpowiedni”. Co mam na myśli? Otóż to, że dom pana komendanta i jego syna nie był wypasioną willą. Takiej nazwy nie można było mu nadać. To już prędzej pan Remberto mieszkał zdecydowanie bardziej bogato aniżeli nasz drogi stróż prawa i porządku. Pomyślałam przez chwilę, kiedy ta świadomość do mnie dotarła, że cokolwiek możemy o naszym drogim komendancie rzec, to już na pewno nie to, iż jest on osobą próżną oraz lubiącą przepych. W pewnym sensie, nawet nabrałam nieco sympatii do tego człowieka, chociaż oczywiście mocno umniejszonej tym przykrym faktem, iż pan kapitan Petri zdecydowanie nam nie sprzyjał, co jednak, biorąc pod uwagę fakt, że jego synalek najwyraźniej jest zamieszany w te sprawę, bynajmniej nas już nie dziwiło. Wcześniej mieliśmy w tym zakresie wątpliwości i nie byliśmy pewni, co mamy o tym myśleć, ale obecnie wszystko nabierało sensu. Trzeba było więc teraz tylko dowiedzieć się, czy ów sens posiada prawo bytu.
Tak czy inaczej, dom pana Petri wydał mi się już poprzedniego dnia bardzo ładny, chociaż pozbawiony zbędnego przepychu. Teraz też tak o nim pomyślał, gdy już dotarliśmy z Ashem na miejsce. Gdy już to się stało, zapukaliśmy do drzwi i po chwili otworzył nam jakiś wysoki chłopak, ubrany w niebieskie dżinsy podarte na kolanach, czarną koszulkę z nie do końca jasnymi dla nas białymi znakami, czarne glany, a także zielona czapkę z daszkiem. U jego boku kręcił się Flareon, ognisty Pokemon, który lekko nastroszył na nasz widok w gniewny sposób swoje futerko i zawarczał. Chyba nie był ufny wobec obcych. No cóż... Biorąc pod uwagę to, że jego pan zdecydowanie miał coś na sumieniu, to wcale nas to nie dziwiło.
- Czego? - mruknął niezadowolony naszym widokiem chłopak - Halloween to dopiero ma chyba być, prawda? A kinderbal jest gdzie indziej, dwa domy dalej.
Oczywiście pił do stroju Asha, który mógł mu się wydawać dosyć fantazyjny. Mój ukochany jednak w ogóle się tym nie przejął, tylko uśmiechnął się do niego dosyć ironicznie i odparł:
- Fajnie, ale my nie w tej sprawie.
Po tych słowach, wyjął legitymację detektywa i pokazał ją chłopakowi w taki sposób, aby ten mógł się dobrze jej przyjrzeć. Ja uczyniłam podobnie, a kiedy już ten dość nowoczesny nastolatek napatrzył się już na nasze dowody osobiste, jęknął lekko załamany i powiedział:
- Ach, to wy. Słynni detektywi z Alabastii w Kanto. Ojciec mi mówił o tym, że tu się kręcicie i badacie sprawę Lizzy. Nie wiem jednak, po co wam to. Chyba już policja wszystko wyjaśniła. Mój ojciec dowiódł podczas wnikliwego śledztwa, że Gordonowa jest winna, a jego ludzie też zrobili wszystko, aby zbadać w tej oto sprawie każdy możliwy trop. Nie wydaje mi się więc, że można by cokolwiek w tej sprawie jeszcze dodać.
- Miło, że tak bronisz ojca i jego podwładnych, ale mimo wszystko, gdyby na górze nie uznano, iż sprawa wymaga naszej interwencji, nie proszono by nas o to, żebyśmy się nią zajęli - odpowiedział mu Ash.
- Możemy wejść, czy mamy rozmawiać w progu? - zapytałam.
Pikachu i Buneary zapiszczeli pytająco w kierunku chłopaka. Luigi Petri zaś z wyraźnym niezadowoleniem otworzył szerzej drzwi, aby nas wpuścić do środka. A gdy już weszliśmy, zamknął drzwi i spojrzał nas niechętnie.
- Czego zatem chcecie? - zapytał.
- Coś ty taki niegościnny, kolego? - rzucił ironicznie Ash.
- Nie lubisz gości? - dodałam tym samym tonem.
- Owszem, lubię. Ale tylko proszonych - odparł nieprzyjemnym tonem Luigi.
- Czasami trzeba porozmawiać z kimś, kogo o rozmowę nie prosimy, ale kto z kolei prosi o rozmowę nas - stwierdził filozoficznie Ash.
Luigi Petri łypnął na nas niechętnie i wyraźnie czując do nas pewną niechęć. Domyślałam się, co jest tego przyczyną. Ten gość musiał naprawdę mieć coś i to raczej poważnego na sumieniu, skoro niechętnie reagował na widok detektywów, którzy z niezwykłą szczegółowością badali sprawę ataku na Lizzy. A skoro tak, to znaczy, że dobrze typowaliśmy. Ten gość naprawdę aniołkiem nie był. Ale czy był winny? Tego nie widzieliśmy, ale czuliśmy, iż jest to więcej niż prawdopodobne.
- Dobra, detektywku - mruknął ze złością Luigi Petri - Nie baw się ze mną w ciuciubabkę, bo nie mam na to najmniejszej ochoty. Czego wy chcecie?
- Wiemy, że chodziłeś z Lizzy przed tym nieszczęśliwym wypadkiem, który ją spotkał - powiedziałam, starając się przybrać jak najbardziej poważny ton głosu.
- Poważnie? - spytał ironicznie Luigi Petri - I czego jeszcze się niby o mnie dowiedzieliście? Że ukradłem księżyc i sprzedałem go na jako lampkę nocną? Nie warto słuchać wszystkiego, co ludzie opowiadają. A tak w ogóle, to skąd wy o tym niby wiecie?
- Nie sadzisz chyba, że zdradzimy ci nazwiska swoich informatorów?
- Nie musicie. Domyślam się, o kogo wam chodzi. O te tępą idiotkę Petrę. To ona wam wcisnęła ten kit, prawda? Na waszym miejscu, nie brałbym na poważnie tych jej rewelacji. To największa plotkara w szkole, jeśli nie w mieście. A do tego jeszcze wielka kłamczucha.
Ash nie wyglądał na przekonanego jego opowieścią, a i ja nie zamierzałam w nią uwierzyć. Nasze Pokemony też wcale nie sprawiały wrażenia, aby wierzyły w opowieść Luigiego. Z jego słów biło wyraźne kłamstwo pomieszane ze strachem, które to uczucia chciał za wszelką cenę ukryć pod maską bezczelności. Nie wiem, czy na kogokolwiek to działało, ale na nas zdecydowanie nie. I nie zamierzaliśmy tego przed nim kryć.
- To bardzo ciekawe, co mówisz - rzekł po chwili Ash - Wiesz, miałoby to, co nam przed chwilą wyjawiłeś, nawet sporo sensu, gdyby nie jeden istotny szczegół.
- Niby jaki?
- Taki, że to wierutne kłamstwo.
Luigi spojrzał na mojego ukochanego ze wściekłością w oczach, prawa dłoń mu się zacisnęła w pieść i zrobił taki ruch ręką, jakby miał zamiar uderzyć Asha. Pikachu od razu przygotował się na to, stając przed swoim trenerem, aby go bronić jakby co. Podobnie postąpił Flareon, który wyskoczył naprzeciwko Pikachu i lekko przy tym zawarczał. Oba stworki patrzyły na siebie z zaciekłością, gotowe skoczyć sobie do gardeł. Na szczęście Luigi ochłonął i opuścił pięść, dając jednocześnie Flareonowi znak, aby ten nie próbował walki. Ash podobnie zrobił z Pikachu, w wyniku czego obaj niedoszli przeciwnicy nie stoczyli ze sobą walki.
- Zarzucasz mi, że kłamię, Ketchum? - zapytał ze złością po chwili Luigi.
- Owszem i nawet domyślam się, dlaczego - odpowiedział mu Ash, bez obaw patrząc mu w oczy.
- Tak? A więc niby dlaczego?
- Bo byłeś tej nocy, kiedy doszło do ataku na Lizzy, w jej domu, a kiedy tylko się zrobiło gorąco, uciekłeś i schowałeś się pod skrzydła kochającego tatusia, który potem zadbał o to, abyś był bezpieczny. I żeby nikt cie o nic nie oskarżył.
Luigi zmieszał się przerażony na dźwięk tych słów, westchnął głęboko i lekko się cofnął do tylu, przerażony tym, co właśnie usłyszał. Słowa te musiały wywrzeć na nim bardzo mocne wrażenie, skoro tak go to poruszyło. Widać było, jak jest tym przejęty i nawet mocno nałożona przez niego maska luzera, nie pomogła mu tego ukryć przed nami.
- Więc jak? To prawda czy nie? - zapytał ze złością Ash.
Luigi zmieszał się jeszcze mocniej, po czym odpowiedział:
- Słuchajcie, to nie tak. Ja tylko...
Wtem do domu wszedł jego ojciec. Chyba wstąpił po coś do domu na chwilę, bo raczej godzina nie pasowała nam na to, aby wrócił on z pracy po wykonaniu już wszystkich swoich obowiązków. Ledwie tylko nas zobaczył, a potem swojego syna w pozie wyrażającej smutek i strach, domyślił się wszystkiego i zapytał:
- Co to ma znaczyć? Co wasza dwójka tu robi? Nie macie kogo przesłuchiwać i bierzecie się za mojego syna?
- Tato, ja... - rzucił w jego kierunku Luigi tonem, jakby wzywał pomocy.
Ojciec nie zamierzał mu jej odmawiać i stanął tuż obok niego i spojrzał na nas oboje groźnym spojrzeniem, pytając:
- Co wy sobie w ogóle wyobrażacie, co?! Nie macie żadnych tropów, to sobie je wyszukujecie?! I czepiacie się niewinnych ludzi?! Mój syn nie ma z ta sprawą absolutnie nic wspólnego i nie życzę sobie, żebyście go nękali! Więcej powiem, od razu zadzwonię do swoich przełożonych i waszych, a wtedy będziecie mieli oboje poważne kłopoty! Nie wiecie, z kim zadzieracie!
Na innych osobach z pewnością zrobiłoby to wrażenie i wywołało strach. Nas jednak to wcale nie poruszyło. Za dużo razy słyszeliśmy już podobne teksty pod swoim adresem, aby się nimi teraz przejmować. Dlatego też, zamiast się przerazić, przybraliśmy poważne i surowe miny, w myśl zasady, której uczyliśmy się podczas zajęć, że kiedy ktoś nas chce zastraszyć, to musimy zachować stoicki spokój, nie dać się prowokować ani nie pokazywać, że choćby w najmniejszym nawet stopniu groźby tej osoby robią na nas wrażenie lub co gorsza, naprawdę nas przerażają. Jeśli bowiem ten, kto próbuje nas straszyć, dostrzeże nasze obawy, zobaczy choćby niewielki cień takiego strachu z naszej strony, to już po nas i będzie się trzymał tej broni i straszył nas dalej, aż w końcu osiągnie swój cel. A zatem, jeżeli nawet taki ktoś nas przestraszy, to nie może tego dostrzec w naszych twarzach. Wykłady na ten temat, który jest w naszej akademii częścią psychologii śledczej, miały miejsce zupełnie niedawno, tuż przed naszym wyjazdem do Alto Mare, dlatego doskonale mieliśmy je oboje z Ashem w pamięci. Dlatego właśnie umieliśmy odeprzeć atak komendanta Petriego, zachowując przy tym stoicki spokój i stanowczość, a mój mąż odważył się nawet odpowiedzieć na zarzuty wobec nas w następujący sposób:
- Oczywiście, ma pan rację. Jesteśmy bezczelni i pozwalamy sobie na nazbyt wiele. I jesteśmy gotowi ponieść w tej sprawie odpowiednie konsekwencje. Może jednak, zanim szanowny pan raczy zadzwonić do swoich przełożonych i złożyć na nas skargę, to przekona swojego synusia, aby zaczął mówić prawdę na temat tego, co się stało w nocy, w której zaatakowano Lizzy? To samo dotyczy też pana, bo i pan kłamie.
Komendant spojrzał na nas zdumiony i groźnie zarazem, próbując udawać, że nie rozumie, o co nam chodzi i że jest oburzony naszymi oskarżeniami. Jednak my nie daliśmy się zwieść. Czuliśmy się teraz panami sytuacji i postanowiliśmy iść do przodu jak najszybciej, zanim stracimy pęd.
- Owszem, pan i pana syn kłamiecie i obaj doskonale o tym wiecie - mówił dalej Ash - Mamy podstawy, aby uważać, że pana syn w nocy był w domu Lizzy i w jej pokoju. Pan o tym wszystkim wiedział, oczywiście nie od razu, ale szybko pan to odkrył. W jaki sposób? Myślę, że bardzo prosty. Sądzę, iż pana syn przyznał się panu do tego. Natomiast pan, zamiast go aresztować, robił pan wszystko, ale to dosłownie wszystko podczas prowadzenia śledztwa, żeby ten fakt nie wyszedł na jaw. Czy jak na razie wszystko się zgadza?
Komendant wyraźnie wyglądał na bardzo zmieszanego tym, co właśnie od nas usłyszał. Przez chwilę chyba chciał się bronić, powiedzieć nam coś albo może spróbować nas nastraszyć, jednak ostatecznie darował sobie to wszystko i zamiast tego, usiadł na krześle z bardzo przygnębioną miną i zapytał:
- Skąd o tym wiecie?
- To proste. Nie zdążył pan posprzątać po swoim synalku.
Po tych słowach, Ash pokazał komendantowi zawieszkę w postaci kostek do gry i powiedział:
- Nie trzeba być geniuszem, żeby zauważyć, że Luigi ma przy jednym bucie taką właśnie zawieszkę, ale przy drugim już jej nie ma. Więc wniosek jest prosty. To jego zawieszka.
- Gdzie ją znaleźliście? - zapytał Luigi.
- W ogrodzie domu pana Remberto - odpowiedziałam - Przyniósł go nam Lux i dzięki temu wiemy, że tam byłeś. Zgubiłeś to, uciekając z pokoju Lizzy, prawda?
- Do niczego się nie przyznawaj! - zawołał komendant do syna.
- Bardzo zła rada - powiedziałam - Wydaje mi się, że w tej sytuacji raczej o wiele korzystniejsze jest przyznanie się do winy. Jak sądzisz, Ash?
- Nie jestem od sądzenia, ale wydaje mi się, iż sąd weźmie pod uwagę jako okoliczność łagodzącą to, gdy winowajca się dobrowolnie przyzna - odpowiedział na to mój mąż.
- Ale do czego mam się niby przyznać? Przecież ja nic nie zrobiłem! - zawołał przerażony Luigi.
- Naprawdę nic nie zrobiłeś? - zapytałam z kpiną - A to, co znaleźliśmy, to niby co? Krasnoludki przyniosły i podrzuciły, aby cię wrobić?
- Odczepcie się od mojego syna! - zawołał oburzony komendant - Przecież on nic złego nie zrobił!
- Nic złego? Dobre sobie! - powiedziałam ze złością, prychając przy tym - On zaatakował Lizzy! Rozbił jej głowę pogrzebaczem! Czy naprawdę pan uważa, że to jest nic?!
- Ale to nie był on! Przysięgam wam! - zawołał komisarz.
- To prawda! Ona już tam leżała, kiedy przyszedłem! - dodał Luigi, wyraźnie drżący o swoje życie - Ktoś ją załatwił, zanim ja się tam zjawiłem!
- Ciekawa wymówka - powiedział ironicznie Ash - Chyba nie sądzisz, że ci uwierzymy po tym, jak ty i twój tatuś zrobiliście wszystko, aby ludzie obwinili o to Ritę Gordon!
- Chyba lepiej ją niż mnie! - mruknął ze złością Luigi.
Ash popatrzył ze wściekłością w oczach na chłopaka i widziałam, że po tym, co ten powiedział, miał wielką ochotę go uderzyć. Lekko złapałam go za rękę, aby tego nie zrobił, co na szczęście go uspokoiło, a potem spojrzałam na tego egoistę i powiedziałam mu:
- Pięknie, po prostu pięknie. Nic was nie obchodzi to, że niewinna kobieta z waszej winy może skończyć na zawsze w więzieniu! Byle wam nic się nie stało! Po prostu cudownie! Ale nie myślcie sobie, że wam odpuścimy. Policja dowie się o tym i będziecie mieli kłopoty.
- Nikt wam w to nie uwierzy! - warknął w moim kierunku Luigi.
- Naprawdę? - zachichotał ironicznie Ash - A ja myślę, że jednak uwierzą.
- Jeśli nawet nie od razu, to mimo wszystko uwierzą - dodałam z pewną nieco mściwą satysfakcją w głosie - A gdyby nawet i nie, to kłopoty będziecie mieli i to porządne.
- A ja jestem bardziej pozytywnej myśli - powiedział Ash - Bo zastanówmy się przez chwilę. Mamy podstawy, by wystosować wam oskarżenie. A my dwaj nie tylko macie powody, aby ściemniać w tej sprawie, ale jeszcze ukrywacie istotne dla śledztwa fakty. Jak myślicie, jeżeli ujawnimy te fakty, to komu uwierzy sąd? Czy kolesiowi, który wyraźnie kłamał od początku oraz jego ojcu, który fałszował dowody podczas śledztwa? Czy może nam, szanowanym detektywom, kilkakrotnie odznaczonym za swoją pracę? Serenko, jak uważasz? Komu policja i sąd uwierzą?
- Ja stawiam na nas - odpowiedziałam mu dowcipnie.
Pikachu i Buneary zapiszczeli lekko na znak, że zgadzają się ze mną.
- No i sami widzicie - mówił dalej Ash - Wasze szanse na to, żeby ktoś wam w te wasze kłamstwa uwierzył, kiedy my im zaprzeczymy są raczej nikłe. Dlatego, jeżeli chcecie z nami coś ugrać, to zacznijcie mówić prawdę.
Komendant wyglądał na załamanego i zdenerwowanego jednocześnie. Coś mi mówiło, że gdyby nie to, iż byliśmy naprawdę sławni i szanowni za rozwiązane przez nas sprawy, to nie poddałby się tak łatwo. W przypadku innej osoby mógłby chcieć próbować nas zastraszyć lub zmusić do posłuszeństwa. Ponieważ jednak to byliśmy my, Ash i Serena Ketchumowie, to musiał wobec nas spokornieć i jakoś się z nami ułożyć. Oczywiście był na to tylko jeden sposób i on doskonale o tym wiedział, czego dał dowód, gdy powiedział:
- Posłuchajcie, ja wiem, nie zaczęliśmy naszej znajomości zbyt dobrze, ale to nie musi się wcale tak kończyć. Proszę, nie posyłajcie mojego syna do więzienia! Przecież on nic złego nie zrobił! Zachował się głupio, ale każdy może popełnić w życiu głupstwo.
- Głupstwo?! - krzyknęłam wściekle.
Czułam, że jeszcze chwila i mnie tu chyba krew zaleje. On mówił o zbrodni, popełnionej z zimną krwią w taki sposób, jakby to było drobne przewinienie, jak kradzież cukierka ze sklepu. To było po prostu ohydne w każdy możliwy sposób. Nie rozumiałam, jak człowiek, który na co dzień walczy z niesprawiedliwością i o to, aby przestępstwo było niszczone i tępione, nagle zaczyna do nas mówić, że ten oto młody człowiek, jego syn nie zrobił nic złego, choć kogoś innego za ten sam czyn bez wahania posadziłby na dożywocie. Rozumiałam dobrze, iż komendant chce bronić swojego syna, ale mimo wszystko są chyba jakieś granice, których nikt nie powinien przekraczać, a już na pewno nie policjant.
- Pana syn rozbił dziewczynie głowę pogrzebaczem, a pan mówi o tym, że to głupstwo?!
Komendant popatrzył na mnie załamanym wzrokiem i zawołał:
- Przysięgam ci, mój syn tego nie zrobił!
- To prawda! Ja nic nie zrobiłem! - dodał Luigi - Byłem u niej, to prawda i to w nocy, to też jest prawda. Ale przysięgam wam, ja nic nie zrobiłem!
- To po co niby przyszedłeś do niej w nocy, co? - zapytał z ironią Ash, chyba mu nie wierząc, czemu zresztą wcale się nie dziwiłam.
- Umówiliśmy się oboje, że przyjdę do niej do jej pokoju.
- W jakim celu? - zapytałam.
Luigi spojrzał na mnie z kpiną w oczach i rzucił:
- A jak ci się wydaje? Po co dziewczyna zaprasza chłopaka nocą do swojego pokoju, co?
No tak, odpowiedź na to pytanie była aż nadto oczywista. Nie musiałam jej usłyszeć, żeby wiedzieć, jakie były przyczyny tych zaprosin.
- Ach tak, już wszystko rozumiem - powiedziałam i lekko pokiwałam głową na znak politowania - Dziwi mnie jednak, że Lizzy tak szybko po tym, jak rozstała się ze swoim chłopakiem, umawia się na takie rzeczy z tobą.
- A co? Nie nadaję się na pocieszyciela? - zapytał lekko urażony Luigi.
- Może i się nadajesz, ale osobiście bardzo dziwi mnie, że imponuje ci rola chusteczki do otarcia łez - powiedziałam, nie kryjąc swojej złośliwości.
Chłopakowi nie spodobały się te słowa, ale Ash nie dał mu dojść do słowa, bo od razu zaczął mu zadawać pytania.
- To mówisz więc, że Lizzy sama cię zaprosiła do swojego pokoju w nocy w wiadomym nam wszystkim celu?
- Dokładnie tak.
- I ty oczywiście się zgodziłeś?
- Oczywiście, a co? Przecież ładna laska mnie do siebie na noc zaprasza, a ja co? Miałbym odrzucić taka miłą propozycję? Tylko głupi by odrzucił.
- Głupi albo szanujący się chłopak - odpowiedział mu Ash - No i co dalej?
- No i potwierdziłem jej SMS-em, że będę, tak jak to ustaliliśmy, a kiedy już przyszła pora, to przyszedłem tam, wkradłem się na posesję, wszedłem do pokoju Lizzy, bo zostawiła otwarte okno, tak jak zresztą się umówiliśmy, a kiedy już tam byłem, doznałem szoku. Lizzy leżała w swoim łóżku w nocnej koszuli i miała ranę na głowie. Ktoś jej rozbił czymś czaszkę. Tak bardzo się wtedy przestraszyłem, że natychmiast uciekłem.
- Uciekłeś? - zapytałam ze złością - I co? Nie przyszło ci do głowy, żeby jej w jakiś sposób pomoc? Wezwać jej ojca czy policję?
- Słucham? - zapytał ze zdumieniem Luigi - Miałem wzywać pomoc i jeszcze się ujawniać, że tu jestem? Przecież musiałbym wtedy powiedzieć, co ja tu robię w środku nocy. A wtedy jej ojciec chyba zabiłby mnie gołymi ręka, a już zwłaszcza wtedy, gdyby pomyślał, że to ja ją zaatakowałem. A na pewno by tak pomyślał, to było dla mnie więcej niż pewne. Uwierzcie mi, on by pomyślał, że to ja zrobiłem! Nie dałby mi się wytłumaczyć i kazał mnie aresztować albo zabił na miejscu!
- I z tego powodu jej nie pomogłeś, kiedy tego potrzebowała? Dziewczynie, którą kochasz?
- A kto niby powiedział, że ją kocham?
- No proszę. To niby czemu chciałeś się z nią przespać?
- A czemu niby faceci chcą spać z dziewczynami?
Uznałam, że odpowiadanie na tak żałosne pytania jest poniżej mojej godności i dlatego pominęłam je milczeniem. Ash natomiast zapytał:
- Rozumiem więc, że kiedy zastałeś swoją dziewczynę z rozbitą głową w jej łóżku, to od razu uciekłeś i pozostawiłeś ją na pastwę losu?
- Można tak to interpretować - odpowiedział mu Luigi.
- Ciekawa odpowiedz. I co dalej?
- Wróciłem do domu, ale zauważyłem, że zgubiłem zawieszkę od buta.
To mówiąc, wysunął on lekko lewą nogę, prezentując wyraźnie, iż nie posiada przy nim zawieszki, która z kolei wisiała przy jego prawym bucie. Oczywiście już wcześniej zauważyliśmy, że stracił on zawieszkę przy jednym z butów, dlatego też jego demonstracja była niepotrzebna. Luigi musiał jednak jej dokonać, zapewne z tego powodu, że lubił teatralne gesty i być w centrum uwagi.
- I co zrobiłeś? - zapytał po chwili Ash.
- Przeraziłem się. Wiedziałem, że jak tylko policja znajdzie tę zawieszkę, to już będzie po mnie. Dlatego postanowiłem ją odzyskać. Dlatego następnej nocy się włamałem do ich posiadłości, aby odebrać moja zgubę. Ale niestety, ten ich durny kundel mnie pogonił i musiałem uciekać. Bałem się tam wrócić. Dlatego uznałem, że muszę za sobą zatrzeć wszelkie ślady. Starałem się nie nosić publicznie butów z zawieszka, aby nikt nie zauważył braku jednej z nich.
- Jakoś straciłeś czujność, skoro teraz znowu je nosisz.
- Bo skoro nikt nie znalazł zawieszki, a Rita stała się główną podejrzaną, to ta dyskrecja nie była mi potrzebna.
- Rozumiem. A co z telefonem, z którego pisałeś SMS do Lizzy tamtego dnia? Pewnie zniszczyłeś kartę SIM i zmieniłeś numer?
- To było konieczne, żeby nikt nie wpadł na mój trop.
- A pan? Od kiedy pan o wszystkim wiedział? - zapytał Ash komendanta.
- Po tym, jak nie udało mi się odzyskać zawieszki, powiedziałem o tym ojcu - odpowiedział za rodzica Luigi.
- To prawda - potwierdził to komendant - Opowiedział mi o tym, kiedy mu się nie udało odzyskać zawieszki. Byłem na niego wściekły, ale potem ochłonąłem i zrozumiałem, jak poważne niebezpieczeństwo mu zagraża. Postanowiłem, że nie mogę go zostawić w potrzebie.
- I postanowił pan tak poprowadzić śledztwo, żeby wszystko spadło na Ritę?
- A co? Miałem ją ratować i wsadzić mojego syna? Poza tym, dowody mówią same za siebie. Ona jest winna i wszystko na to wskazuje.
- Dowody wskazują na to dlatego, że pan je odpowiednio sfabrykował.
- Nie, mój drogi. Owszem, nie zaprzeczam, nagiąłem nieco fakty, a prócz tego prowadziłem śledztwo w taki sposób, aby dowieść winy Ricie, ale mimo wszystko nie fabrykowałem niczego. Dowody znalazły się same. Ja jedynie zawiniłem tym, że zadbałem o to, aby nikt się nie dowiedział o tym, iż mój syn tam był i coś tam zostawił. No i nie badałem żadnych innych tropów. Ale zrozumcie mnie, musiałem ratować mojego syna. Co innego miałem zrobić?
- Prowadzić śledztwo obiektywnie - odpowiedziałam ze złością.
Ash natomiast dodał:
- Poza tym, czy pomyślał pan o tym, co by było, gdyby okazało się, że pana syn jest jednak winny?
- Ale on nie jest winny! - krzyknął komendant.
- A skąd ta pewność?
- Bo tak mówi, a mnie to w zupełności wystarczy.
- Panu zapewne tak, ale nam niestety nie może wystarczyć. Jesteśmy przecież detektywami. Jeżeli prowadzimy śledztwo, to zawsze w taki sposób, aby dowieść prawdy. Musimy mieć dowody, a nie jedynie wiarę w winę lub niewinność osoby oskarżonej o popełnienie tego czynu. Sądziłem, że pan, jako policjant kieruje się też tego rodzaju systemem wartości. Jak widzę, myliłem się. Wielka szkoda.
Luigi poderwał się ze swojego miejsca, a jego Flareon stanął tuż obok niego na znak solidarności z nim.
- Posłuchajcie mnie uważnie. Ja wiem, nie zrobiłem mądrze, uciekając z tego pokoju i zostawiając Lizzy samą. Ale przysięgam, ja jej nie zaatakowałem. To nie byłem ja! Ktoś był tam przede mną i zaatakował tę biedną dziewczynę! To nie ja!
Spojrzałam uważnie na Asha, czekając na to, co on zdecyduje. On zaś przez chwile się zastanawiał nad tym zeznaniami Luigiego i potem ostatecznie pokiwał głową i powiedział:
- W porządku. Niech ci będzie. Powiedzmy, że ci wierzę. Jakoś nie pasujesz mi na mordercę. Może się mylę, ale im więcej ci się przyglądam, tym bardziej tego jestem pewien. Ale jeżeli mnie oszukujesz, to możesz być pewien, że nie zostawię tego tak i pożałujesz swoich kłamstw. Ale jeśli mówisz prawdę, to poniesiesz tylko konsekwencje ucieczki z miejsca przestępstwa bez udzielenia pomocy. Ale to już nie do mnie należy. Tym już zajmą się sądy.
Po tych słowach, spojrzał na mnie i skierował swoje kroki ku wyjściu. Nic mi nie musiał mówić. Wiedziałam, iż to oznacza, że musimy szukać dalej. Nieco mnie to zasmuciło, bo już liczyłam na rozwiązanie zagadki, a tu dalej musieliśmy się starać rozwikłać tę zagadkę.
Już mieliśmy wyjść, kiedy nagle komendant nas zatrzymał i powiedział:
- Bardzo was przepraszam, że wam wszystko utrudniałem. Ale chyba mnie rozumiecie. Musiałem pomoc synowi. Mam tylko jego. Poza nim, nie mam nikogo na tym świecie. Musiałem go ocalić! Mam nadzieje, że mnie rozumiecie.
Ash odwrócił się do komendanta i patrząc na niego uważnie, powiedział:
- Jako ludzie pana rozumiemy. Jako detektywi prowadzący śledztwo, nie.
Następnie spojrzał na Luigiego i dodał:
- Przy okazji, czy ktoś cię widział, jak uciekałeś z domu pana Remberto? Czy ktoś był świadkiem twojej ucieczki?
- Nie wiem. Za pierwszym razem nie. Za drugim chyba tak, ale było ciemno i nikt raczej nie widział mojej twarzy.
- W porządku. Wobec tego my też możemy chwilowo uznać, że ciebie tam nie było. Póki co lepiej, jeżeli jesteś niewinny, aby nikt nie wiedział o tym. Jeszcze cie posadzą o to, że jesteś winny i możesz mieć problemy, a nam to tylko pokrzyżuje szyki i utrudni dochodzenie. A po wszystkim ustalimy, co dalej robić. Na razie, to może pozostać między nami. Pod jednym jednak warunkiem.
- Jakim? - zapytał komendant.
- Ułatwi nam pan dalsze śledztwo i nie będzie nam pan niczego utrudniał. Nie chcę prowadzić dalej sprawy z panem na karku, przeszkadzającym nam na każdym kroku. To chyba nie jest wygórowana cena za naszą dyskrecję, mam rację?
Komendant przyznał nam słuszność i obiecał, że nie będzie nam odtąd ani nie utrudniał śledztwa, ani przeszkadzał w odkryciu prawdy, a jeśli będzie trzeba, to nam pomoże. Luigi zaś, który wyraźnie był bardzo zadowolony, powiedział:
- Przy okazji... Pytałeś mnie, czy ktoś mnie widział, jak stamtąd wiałem.
- Po to, żeby wiedzieć, czy możemy sobie pozwolić na nasz mały układzik - odparł na to Ash - Gdyby ktoś cię widział, to raczej by to było trudne.
- Rozumiem, ale coś sobie przypomniałem.
- Co takiego?
Pikachu i Buneary spojrzeli zaintrygowani na chłopaka, piszcząc pytająco z podniecenia. Ja również nie ukrywałam, że jestem bardzo ciekawa tego, co on nam może powiedzieć. Czułam co prawda, iż koleś będzie nam próbował wciskać kity, ale ostatecznie warto było go wysłuchać i dowiedzieć się, o co mu chodzi. Kto wie, może powie nam coś wartego uwagi?
- Słuchamy więc. Co sobie przypomniałeś? - zapytałam.
- Nie wiem, czy ktoś mnie widział, kiedy uciekałem, choć chyba nie. Ale za to ja kogoś widziałem.
- Kogo?
- Peppina. Wiecie, tego byłego Lizzy.
Ash i ja spojrzeliśmy na niego zaintrygowani. Takiej odpowiedzi to my się nie spodziewaliśmy. Oczywiście nie mieliśmy pewności, że jest ona prawdziwa. Bo w końcu, równie dobrze, chłopak mógł kłamać, aby naprowadzić nas na niewłaściwy trop i żebyśmy już nie brali go pod uwagę jako podejrzanego. Ale nie mogliśmy zlekceważyć jego słów, nawet jeśli nie lubiliśmy tego kolesia. Nawiasem mówiąc, bardzo go nie lubiliśmy. Nie wolno nam było jednak z tego powodu nie wierzyć w nic z tego, co on nam mówił.
- Peppino Lucheni? - zapytałam, nie kryjąc swego zdumienia.
- Tak, to był on - odpowiedział nam Luigi - To jego tam widziałem.
- A kiedy i gdzie go widziałeś? - spytał Ash.
- Wtedy, w noc ataku na Lizzy. Widziałem go przy domu pana Remberto. Nie wiem, co on tam robił, ale wpadłem na niego, uciekając stamtąd.
- Dziwne - powiedziałam zaintrygowana - Były Lizzy w środku nocy kręci się pod domem ofiary, a ty widziałeś go tam bardzo wyraźnie i to pomimo panujących ciemności.
Luigi spojrzał na mnie lekko urażony moimi słowami.
- Słuchaj, ja wiem, że nie macie może podstaw, aby mi wierzyć, ale to był on. Ja go tam widziałem.
- Niby w jaki sposób? O ile wiem, to była noc i było ciemno.
- Ale tam akurat była latarnia i widziałem jego twarz.
- Ciekawy zbieg okoliczności.
- Ale prawdziwy.
Spojrzałam na Asha pytająco, ciekawa, co też on sądzi o tej rewelacji. On nie powiedział nic, ale wydawał się wierzyć Luigiemu, bo tylko skinął głową i rzekł:
- W porządku. Sprawdzimy ten trop. A na razie, do zobaczenia.
Po tych słowach, mój ukochany wyszedł z domu pana komisarza Petri i jego syna, a ja i nasze Pokemony uczyniliśmy to samo.
- I co? Wierzysz mu? - zapytałam Asha, kiedy szliśmy ulica.
- Wydaje mi się, że koleś mówi prawdę - odpowiedział mój ukochany - Jakoś tak czuję, choć nie mam co do tego pewności. Ale czuję, że on nie kłamie. Gdyby chciał nas okłamać, to by powiedział nam jakieś brednie, choćby takie, iż nigdy go tam nie było, a my się mylimy i trwałby przy tym uparcie. On jednak nie zaprzecza temu, że tam był. Ta jego opowieść ma sporo sensu, może poza tym iż widział on Peppina przy domu Lizzy. To mi się wydaje mocno naciągane, ale ostatecznie też jest możliwe. Czuję, że on nie kłamie.
- Wiec znowu musimy szukać winowajcy. Jak sądzisz? Czy to Peppino?
- Trudno mi powiedzieć. Im więcej nad tym myślę, to wydaje mi się to mało prawdopodobne, aby winny był ktoś z zewnątrz.
- Dlaczego?
- Jeżeli to ktoś z zewnątrz, to dlaczego ryzykował i spalił coś w kominku w domu swojej ofiary? Co to było i po co tak ryzykował? Policja uważa, że to zrobiła Rita i spaliła swoją koszulę nocną, aby ukryć fakt, iż była ona poplamiona krwią. A jeżeli to zrobił morderca z zewnątrz, to co spalił? Swoją część ubrania, która była poplamiona krwią? Ale po co robił to na miejscu? Nie lepiej było nie ryzykować i uciec zaraz po dokonaniu zbrodni? A poplamioną część ubrania zniszczyć gdzieś po drodze?
Pomyślałam nad tym i trudno mi było się z tym nie zgodzić. To zaś znaczyło, że sprawa jest o wiele bardziej zagmatwana, niż nam się wydawało. A to z kolei prowadziło do konkluzji, iż sprawa bynajmniej nie zmierza do końca.
- To co teraz robimy? - zapytałam.
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Złożymy kolejną wizytę - odpowiedział mi Ash.
Ponieważ domyślałam się, kogo chce on teraz przesłuchać, nie pytałam o jego imię i nazwisko i po prostu udałam się za moim mężem, pogrążona w zadumie.
Peppino Lucheni, bo to on był kolejnym naszym podejrzanym, przebywał w chwili obecnej w biedniejszej dzielnicy miasta. To tam miał on swoje mieszkanie i to tam siedział, kiedy go odwiedziliśmy. Nie ucieszył się z naszej wizyty, co jakoś nas nie dziwiło, ale zgodził się z nami porozmawiać.
- Jeżeli chcecie złapać tego, kto tak urządził Lizzy, to możecie na mnie liczyć. Z przyjemnością pomogę wam go złapać - zadeklarował się ochoczo.
Jego zapał do działania był nieco nazbyt wielki, jak dla mnie, jednak wolałam go nie oceniać po pozorach i kiedy się zgodził z nami porozmawiać, usiedliśmy na krzesłach i wpatrując się w naszego rozmówcę, który usadowił się wygodnie na łóżku, zaczęliśmy go przesłuchiwać. Przy tej okazji, przyjrzeliśmy się mieszkaniu naszego podejrzanego. Wyglądało ono biednie i niezachęcająco. W dodatku było kiepskiej jakości kawalerka dla jednej osoby, w której to nikt, kto lepiej zarabia, chciałby mieszkać. Widać było, że Peppino kiepsko sobie radzi, jeśli stać go tylko na taka norę.
Sam zresztą jego wygląd mówił sam za siebie. Był on bowiem młodzieńcem w naszym wieku i całkiem przystojnym, czarnowłosym o brązowych oczach, a do tego wysokim i postawnym, ale niestety lekko zarośniętym, jakby od kilku dni się nie golił, a jego ubiór wyglądał na stary i znoszony. Jednym słowem, po prostu w wielkim skrócie obraz nędzy i rozpaczy, budzący ogromne współczucie.
- Powiedz nam, dlaczego nie jesteś już z Lizzy? - zapytałam na początek.
- O ile wiem, kochaliście się bardzo mocno i to do tego stopnia, że jej ojciec kłócił się z nią o to - dodał Ash.
Peppino westchnął smutno i lekko spuścił głowę w dół, po czym powiedział:
- Niestety, to wszystko prawda. Jej tatuś nie akceptował naszego związku. Bo jego zdaniem, jak ktoś siedział raz w pace, to już na zawsze jest skończony i już nie ma dla niego żadnej szansy na poprawę.
- I to przez niego zerwaliście? - zapytałam.
- W pewnym sensie - odpowiedział na to Peppino.
- To znaczy?
- Chciałem namówić Lizzy, aby uciekła ze mną z domu i ruszyła w świat. Ja wiem, że nie jestem bogaty, ale mimo wszystko odłożyłem nieco pieniędzy, więc bylibyśmy w stanie przetrwać. Ale ona nie chciała. Za bardzo lubi życie bogate i bez żadnych problemów. Nie umie go tak po prostu rzucić, nawet w imię naszej miłości. Zabolało mnie to i pokłóciliśmy się oboje i to ostro. A ona mnie rzuciła i się zaczęła spotykać z synem miejscowego komendanta.
- Tak, wiemy o tym. I co dalej? - zapytał Ash.
- Nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Mimo wszystko naiwnie wierzyłem, że ten dupek szybko jej się znudzi, a ona wróci do mnie. Ale nie wróciła. Załamałem się, kiedy ten drań, Luigi spotkał mnie i pochwalił mi się, że zamierzają oboje iść do łóżka, a ja nic na to nie mogę poradzić.
- To ciekawe - powiedział wyraźnie zainteresowany Ash - Kiedy to było?
- Tej nocy, kiedy ja zaatakowano. Jakieś kilka godzin wcześniej. Byłem wtedy w pracy. Jestem barmanem w miejscowym pubie. Po pracy, wypiłem sobie kufelek lub dwa i poszedłem się przejść. I nie wiem, czy celowo, czy przypadkiem, nagle trafiłem pod jej dom. Stałem tak przez chwilę, patrząc na niego i nie wiedząc, co mm robić, aż tu nagle, zupełnie dla mnie niespodziewanie zauważyłem Luigiego, który wybiegł z pokoju Lizzy. Wpadł na mnie, był przerażony, ale nie zatrzymywał się i uciekł. Ja zaś poszedłem dalej. Dopiero rano dowiedziałem się w pubie, że Lizzy zaatakował jakiś łotr. Krążyły różne plotki na ten temat, a ja umierałem o nią z niepokoju. Ale nie wpuścili mnie do szpitala, kiedy chciałem ją odwiedzić. Jej ojciec chyba o to zadbał.
Opowieść chłopaka pokrywała się z tym, co już wiedzieliśmy. Zatem Luigi nas nie okłamał. Tym lepiej dla niego. Chociaż zapomniał wspomnieć o tym, jak znęcał się nad Peppino, chwaląc się tym, że się prześpi z Lizzy. Obrzydliwy typek. I po co on to robił? Aby pokazać, że jest lepszy? I po co mu niby ta satysfakcja?
- Rozumiem, że nie masz świadków na to, co mówisz? - zapytał Ash.
- Mam. Pół pubu chyba widziało mnie, jak piję po tym, jak skończyłem tam swoja zmianę. Chyba nawet komuś przylałem - odpowiedział Peppino.
- Chyba?
- Nie mam pewności. Wszystko z szoku mi się miesza w głowie. Nie jestem już pewien, co dokładniej się wtedy stało, poza tym, że piłem i że jak idiota nagle poszedłem prosto pod dom Lizzy i gapiłem się w jej okno. Nie wiem, co chciałem w ten sposób osiągnąć, ale tego nie zyskałem. Tak czy inaczej, nie zaatakowałem jej, jeżeli o to mnie chcieliście zapytać.
- Nie chcieliśmy. Nie podejrzewaliśmy cię o to. No, może przez chwilę tak, ale tylko przez chwilę - odpowiedział mu Ash i lekko się uśmiechnął - Chciałem jedynie, abyś potwierdził to, co już wiemy. W ten oto sposób możemy wykluczyć jeszcze jedna osobę z grona podejrzanych. No i też upewnić się, że ty nie nie jesteś w tym gronie.
Peppino popatrzył na nas ponurym wzrokiem i westchnął smutno.
- Miło mi to słyszeć. Chociaż dla kogoś nie jestem winien wszystkiego, co na tym świecie jest złe.
- Wybacz, nie chce być wredna, ale nie sadzisz, że użalenie się na sobą w tej sytuacji jest nie na miejscu? - zapytałam złośliwie.
Peppino zaintrygowany spojrzał na mnie i spytał:
- Nie rozumiem.
- Jakoś nie dziwi mnie to. Ja też nie rozumiem.
- Niby czego?
- Niby tego, że twoja ukochana leży w szpitalu i nie mamy pewności, czy ona kiedykolwiek się obudzi, a ty mówisz tylko o sobie i swoim cierpieniu. Trochę to w tej sytuacji nie na miejscu, nie sądzisz?
Peppino chciał już coś powiedzieć, ale odpuścił sobie. Ja zaś poczułam chęć rzucenia mu kazania i powiedziałam:
- Poza tym, ja wierzę co prawda w resocjalizację, ale nikt ci nie kazał ranić w bójce nożem drugiego człowieka i iść za to siedzieć. Sam wybrałeś taki los i w tej sprawie nie możesz winić nikogo za to, że ci nie ufa. Utracić zaufanie jest łatwo, a odzyskać je niezwykle trudno. A czasami niemożliwe. Tak to już jest.
- Wiem o tym, za głupotę trzeba płacić. A ja niby zmądrzałem, a wciąż robię głupoty. Nic dziwnego, że mnie podejrzewaliście.
- Ale już nie podejrzewamy - odpowiedział mu Ash - I mam na to dowody w twoich zeznaniach. Gdybyś był winny, nie przyznałbyś się, że byłeś pod domem Lizzy. Zaprzeczałbyś temu lub ukrywałbyś ten fakt. To mówi samo za siebie. Nie ciebie zatem podejrzewam.
- A kogo?
- Na razie, to sam nie wiem. Powiedz mi, czy Lizzy na kogoś ci się skarżyła?
- Tak, na swoja macochę. To znaczy, na te panią Ritę.
- To wiemy. A czy na kogoś jeszcze?
- Czasami na swojego brata.
- Na Stanleya? - zapytałam.
- Tak - potwierdził Peppino - Mówiła, że ją śledzi, że łazi za nią i zachowuje się tak, jakby ją szpiegował. Za każdym razem, gdy to robił, ojciec wypytywał ją i to dokładnie, co robiła i z kim. Ewidentnie szpiegował ją i kapował na nią.
A więc jednak, pomyślałam sobie. Stanley więc donosił na swoją siostrę, a do tego jeszcze ją śledził. A Remberto zaprzeczył, gdy pytaliśmy go, czy kazał swoją córkę śledzić jej bratu. Znowu nas okłamał.
- A powiedz nam, czy Lizzy się kogoś bała? - spytałam po chwili.
- Czy bała się? - zdziwił się nasz rozmówca.
- Tak. Czy wspominała ci, że kogoś się obawia?
Peppino pomyślał przez chwilę i odpowiedział:
- Owszem. Swojej matki. Wiecie, ona jest nieźle szurnięta i przebywa teraz w domu bez klamek. Lizzy bała się, że ta baba kiedyś wyjdzie i zrobi jej krzywdę.
Spojrzeliśmy na siebie zaintrygowani. Te słowa były bardzo ciekawe. Tego nam nikt jak dotąd nie powiedział. Ciekawe, dlaczego?
- A czemu jej matka chciałaby zrobić jej krzywdę? - zapytałam.
- Bo już raz chciała to zrobić. Podobno, jak była mała, chciała ją wywieźć za granicę regionu w walizce i tylko cudem do tego nie doszło.
- Tak, o tym słyszeliśmy, ale Lizzy tak się jej bała z tego powodu?
- Nie tylko z tego. Podobno odwiedzała kiedyś matkę w wariatkowie, a ta jej podrapała policzek i wyrwała kilka włosów.
- Dziwne - powiedziałam - Nikt inny nam nic o tym nie mówił.
- Bo nikt o tym nie wie - odpowiedział Peppino - Lizzy mówiła o tym tylko mnie, kiedy jeszcze byliśmy razem. Nie mówiła o tym ojcu, bo już wtedy miała z nim drobne sprzeczki i nie chciała, aby miał satysfakcję, że jest jedynym rodzicem w jej życiu i tylko na nim może ona polegać. Nie chciała, żeby tak myślał.
- Rozumiem. Czyli matka Lizzy jest niebezpieczna dla otoczenia?
- Jeśli choć połowa z tego, co o niej słyszałem jest prawdą, to tak.
Ash skinął delikatnie głową, pomyślał przez chwile i spytał:
- Czy na kogoś jeszcze się skarżyła?
- Tak, na młodszą siostrę, że jej ukradła ojca - odpowiedział Peppino - No i na młodszego brata.
- To już mówiłeś. Podobno ją śledził - zauważył Ash.
- Tak, ale nie tylko o to chodziło - odparł nasz rozmówca - Narzekała też na niego, że zamiast się uczyć, ogląda on gołe baby w Internecie. No i jeszcze, że raz ją podglądał, gdy się kąpała.
- Podglądał ją? Stanley? - zdziwiłam się.
Peppino nie wyglądał na przejętego tym faktem.
- Podobno tak, ale tylko raz. Ale ja nie uważam, aby było się czym martwić. Dzieciak dorasta i mu odbija. Hormony, normalna rzecz. Przejdzie mu. Ja w jego wieku byłem podobno jeszcze gorszy.
- Wierzymy na słowo - odpowiedziałam mu ironicznie, przyjmując jego tok rozumowania - I to już wszystko?
- I jeszcze ogólnie narzekała na szkołę i ludzi wokół siebie. Wiecie, odkąd ta Rita przybyła do ich domu i zaczęła spotykać się z jej ojcem, Lizzy narzeka już w zasadzie na wszystko, co się tylko da. Znaczy, narzekała. Bo teraz, to sami wiecie.
Po tych słowach, opuścił głowę w dół i utkwił wzrok w podłodze, pogrążając się w zamyśleniu. A my z Ashem spojrzeliśmy na siebie uważnie, zastanawiając się nad tym, jaki powinien być nasz następny krok. Na szczęście, mój kochany mąż szybko go ustalił.
- Dobra, nic tu po nas. Pora, żebyśmy trochę odpoczęli, a jutro złożyli kolejną wizytę.
Peppino podniósł wówczas wzrok z podłogi, spojrzał na nas uważnie, a zaraz potem zapytał:
- A propos wizyty, chciałbym odwiedzić Lizzy w szpitalu. Idziecie do niej?
- A czemu pytasz? - zdziwiłam się.
- Bo nie chcą mnie tam wpuścić. Ale może, gdybym tak poszedł z wami, to by mnie wpuścili? Jak sądzicie?
Ash spojrzał na mnie, Pikachu i Buneary, po czym uśmiechnął się delikatnie i odpowiedział:
- Sądzę, że to się da załatwić.









