środa, 3 stycznia 2018

Przygoda 058 cz. III

Przygoda LVIII

Śledztwo muszkieterów cz. III


Poszliśmy do komnaty królowej bardzo niezadowoleni, a także zdumieni tym wszystkim, co właśnie zobaczyliśmy w pokoju pana ministra. Chcieliśmy szczerze porozmawiać z Jej Wysokością. Wiedzieliśmy doskonale, że jeżeli naszyjnik był ze sztucznego szkła, to tylko sama królowa mogła go tam zostawić. Pytanie brzmiało: co wobec tego władczyni zrobiła z prawdziwym naszyjnikiem, tym autentycznym z diamentami? To wszystko wyglądało dla nas co najmniej dziwacznie. Królowa z jakiegoś powodu ma w pokoju falsyfikat naszyjnika, a prawdziwy gdzieś ukryła. Ale po co? Tego nie umieliśmy zrozumieć.
Oczywiście istniało jeszcze inne wytłumaczenie... Możliwe było i to, że sam pan minister, chcąc nam zamydlić oczy, dał nam falsyfikat, a prawdziwy naszyjnik gdzieś ukrył. Powiedziałam o tym mojemu chłopakowi, ale on od razu uznał takie wyjaśnienie za niedorzeczne.
- To mogłoby być możliwe, ale tylko w jednym przypadku - powiedział Ash - Gdyby Michellieu wiedział doskonale o tym, że będziemy prowadzić śledztwo w tej sprawie. Ale on o tym nie wiedział, bo i skąd miał wiedzieć? Nie wiedział, że jesteśmy detektywami i że właśnie do nas zwróci się z prośbą o pomoc Francois. A zatem, nie mógł się przygotować do tego, że będziemy szukać naszyjnika ani też do tego, iż będziemy to robić u niego.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu, potwierdzając jego słowa.
- Tak, masz rację. To jest słaby punkt mojej teorii - stwierdziłam smętnie - Ale przecież wobec tego królowa sama musiała zamienić naszyjnik z prawdziwego na ten żałosny falsyfikat. Tylko po co?
- Równie dobrze może być jeszcze inaczej - stwierdził mój luby - Jest jeszcze taka możliwość, że ktoś ukradł królowej naszyjnik już wcześniej i potem zamienił go na podróbkę, zaś Jej Wysokość nie zauważyła tego. W takim wypadku możemy sobie szukać złodzieja chociażby na księżycu, bo przecież nie wiemy, kim on jest ani też gdzie, ani kiedy dokładniej dokonał kradzieży.
- Jednak nie wyglądasz na specjalnie przekonanego do tej teorii.
- To prawda, Serenko. Ta teoria moim zdaniem jest daleka od prawdy, jednak nie możemy jej w pełni wykluczyć, póki nie wyjaśnimy tej sprawy do końca. Tak więc musimy to zrobić. Im szybciej, tym lepiej.
- Wobec tego porozmawiajmy sobie z królową. O ile oczywiście takie coś jest możliwe.
- Jeśli królowej zależy na tym, aby wyjaśnić całą sprawę, to wobec tego lepiej by było, żeby to było możliwe. W końcu, to nie jest nasz kaprys, tylko niezbędna część naszego śledztwa.
Prowadząc tę oto rozmowę, szliśmy dalej i zanim się obejrzeliśmy, dotarliśmy powoli do komnaty królowej. Stojący przed nią strażnicy nie chcieli nas wpuścić do środka, ale zgodzili się przekazać Jej Wysokości wiadomość, że prosimy ją o rozmowę.
- Powtórka z rozrywki - mruknęłam delikatnie poirytowana tym, co właśnie miejsce, a co przypominało mi sytuację, jaka wcześniej miała tu miejsce.
Muszkieterowie stojący tuż przed pokojem władczyni, weszli do środka, aby przekazać naszą wiadomość, a po chwili wrócili do nas, mówiąc:
- Jej Wysokość prosi państwa do siebie.
- Wspaniale - odpowiedziałam zadowolona - No i co? Nie mówiłam wam, że królowa zechce nas wysłuchać?
- Pika-pika-chu! - pisnął złośliwie Pikachu.
Weszliśmy do komnaty władczyni, a drzwi się za nami zamknęły.
- Słucham was - powiedziała królowa, która siedziała właśnie na krześle przed lustrem ustawionym na nocnej szafce - Strażnicy mówią, że wiecie coś nowego w sprawie mojego skradzionego naszyjnika. Chciałabym się zatem dowiedzieć, co to takiego.
- No cóż... Opowiem wszystko Waszej Królewskiej Mości - odpowiedział Ash - Ale obawiam się, że to, co powiem, nie spodoba się Waszej Wysokości.
- Mów śmiało, drogi chłopcze.
Detektyw z Alabastii opowiedział królowej Annie Marie nad wyraz dokładnie, nie pomijając przy tym żadnego szczegółu, co miało miejsce jakieś pół godziny temu. W miarę trwania tejże opowieści, władczyni Kalos była coraz bardziej tym wszystkim zainteresowana i jednocześnie zdenerwowana, a kiedy już przeszliśmy do momentu, w którym to naszyjnik uległ zniszczeniu, dzięki czemu odkryliśmy, że jest on fałszywy, kobieta jęknęła przerażona, zerwała się z krzesła, jakby chciała zawołać o pomoc, ale zmieniła zdanie, po czym opadła załamana na miejsce, na którym przed chwilą siedziała i złapała się mocno za głowę.
- Koniec tych wszystkich oszustw, Wasza Wysokość - powiedział mój chłopak bardzo poważnym tonem - Proszę nam teraz powiedzieć prawdę. Czemu naszyjnik skradziony przez ministra był fałszywy i dlaczego Wasza Wysokość wcale nie jest tym faktem zdumiona, a raczej sprawia wrażenie przerażonej, że to odkryliśmy?
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
Wpatrywałam się uważnie w kobietę, która załamana oddychała głęboko, tak jakby z pewną trudnością, aż w końcu rzekła:
- Wiedziałam, że prędzej czy później cała ta sprawa wyjdzie na jaw. Miałam tylko nadzieję, iż minie sporo czasu, zanim to nastąpi, a winą zostanie obarczony nieznany nikomu tajemniczy złodziej.
- Dlaczego Wasza Wysokość zamieniła swój własny naszyjnik na falsyfikat? - zapytał Ash.
- I gdzie jest prawdziwy? - spytałam.
- Pika-pika? - pisnął nasz pokemoni przyjaciel.
Królowa westchnęła głęboko i powiedziała:
- Bardzo żałuję, że fałszywy naszyjnik uległ zniszczeniu. Gdyby tak się nie stało, to mogłabym go odłożyć na miejsce i oczyścić z zarzutów biedną Madeleine. Niestety, teraz będę musiała jakoś odzyskać mój prawdziwy naszyjnik, bo inaczej król skaże moją wierną pokojówkę za coś, czego ona nie zrobiła.
- Obawiam się, że nadal nie rozumiemy, o co tutaj chodzi - rzekł mój chłopak.


Anne Marie popatrzyła na nas, ponownie westchnęła i zaczęła nam wszystko wyjaśniać:
- To dłuższa historia, ale spróbuję streścić ją w kilku zdaniach. Otóż... Zanim wyszłam za króla, byłam zakochana w innym mężczyźnie. Był nim diuk George Martingham, ambasador władcy regionu Hoenn. Kiedy przybył on na dwór mojego męża, dwa miesiące temu, byłam początkowo szczęśliwa, ale potem poczułam się okropnie, gdyż dawne uczucie zaczęło w nas obojgu odżywać, na co przecież nie mogłam sobie pozwolić, będąc żoną samego króla Kalos. Poprosiłam zatem diuka, żeby wyjechał i przysłał na dwór mojego męża kogoś innego. On się zgodził, a na pamiątkę naszego dawnego uczucia, podarowałam mu niewielki prezent w postaci naszyjnika, który to Louis wręczył mi z okazji ostatnich urodzin. Diuk zabrał go do siebie, a ja zastąpiłam go imitacją.
- Dlaczego ze sztucznego szkła? - zapytałam.
- Fałszerz nie miał innego tworzywa pod ręką, ja zaś się spieszyłam. Niestety, mój pośpiech był bardzo nierozsądny. Ale skąd mogłam wiedzieć, że tak wszystko się skończy? Teraz falsyfikat jest zniszczony, a ja nie mam dowodów dla króla, aby go przekonać, że Madeleine jest niewinna.
- A nie może mu Wasza Królewska Mość powiedzieć o naszyjniku, bo król gotów pomyśleć, że coś Waszą Wysokość łączy z jej dawną miłością, prawda? - bardziej stwierdziłam niż zapytałam.
Kobieta pokiwała smutno głową na znak, że mam rację.
- Niestety, to prawda. Nie wiem więc, co mam robić.
- Moim zdaniem jedyne, co można teraz zrobić, to odzyskać naszyjnik... Ten prawdziwy - zauważył Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - pisnął bojowo Pikachu.
- Dobrze, ale jak to zrobić? - zapytała królowa.
- Trzeba kogoś posłać do diuka po naszyjnik - powiedziałam.
Władczyni jęknęła głośno.
- Ba! Tylko kogo ja do niego wyślę? Nie mogę tutaj ufać zbyt wielu osobom. Francois mógłby jechać, ale powinien czuwać przy swojej ukochanej i wspierać ją w ciężkich chwilach, więc jego tam nie poślę. A poza tym, gdybym jego posłała, to zostałabym tutaj bez żadnej naprawdę zaufanej osoby wokół mnie.
- Nie rozumiem.
- To proste, Sereno. Poza Francois i Madeleine nie ufam raczej nikomu. Wam powiedziałam o wszystkim, ponieważ jesteście przyjaciółmi pana de Sauve, a jego przyjaciele to moi przyjaciele. Wierzę, że chcecie mi pomóc, ale...
Nagle spojrzała na nas uważnie i uśmiechnęła się lekko.
- Zaraz... A może wy byście pojechali do diuka po naszyjnik?
Ash spojrzała na królową uradowany, a następnie rzekł:
- Odmówiłbym, gdyby Wasza Wysokość mi tego zabroniła.
Królowa, która przed chwilą sprawiała wrażenie pogrążonej w apatii, nagle poderwała się z krzesła, podbiegła do Asha, po czym nie zważając wcale na swoją godność monarchini, bardzo mocno go uścisnęła, na co ten zareagował uroczym rumieńcem.
- Dziękuję ci, mój dzielny młodzieńcze! Zaiste, jesteś nieodrodnym wnukiem swojego dziadka. Ostatecznie, on też nigdy nie odmawiał pomocy potrzebujących.
- Fakt... To prawda - odpowiedział jej wesoło mój luby.
Anne Marie wypuściła po chwili Asha z objęć i powiedziała:
- Spieszcie się zatem, moi kochani. George Martingham jest obecnie w swojej letniej rezydencji w Kalos, która jest położona nad morzem, jednak za dwa dni ma odpłynąć do Hoenn.
- Skąd Wasza Wysokość to wie? - zapytałam.
- Napisał mi on o tym w liście, który to dostałam wczoraj. Wspomina tam datę swego planowanego wyjazdu. Musicie więc się naprawdę pospieszyć.
- Tak też właśnie zrobimy - rzekł Ash bardzo uroczystym tonem - Odzyskamy naszyjnik i przywieziemy go Waszej Wysokości.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu, salutując władczyni łapką.
- Nie zawiedziemy Waszej Królewskiej Mości! - dodałam bojowo, czując w tamtej chwili w moim sercu ogromny zew przygody, któremu nie byłam w stanie się oprzeć.

***


Po tej rozmowie, poszliśmy porozmawiać z naszymi przyjaciółmi, żeby ich powiadomić o wszystkim, co właśnie miało miejsce. Clemonta i Dawn znaleźliśmy spacerujących sobie po okolicy. Max trenował zaś szermierkę tuż pod okiem kilku królewskich muszkieterów oraz Bonnie, która mu dzielnie kibicowała.
- Nieźle mi idzie - powiedział zadowolony z siebie młody Hameron - Wiecie co? Naprawdę jestem coraz lepszy w te klocki.
- Bardzo mnie to cieszy - odpowiedziałam mu wesoło - No, ale tak czy siak, pora najwyższa na obiad, a następnie chcemy wam przekazać pewną bardzo ważną sprawę.
- Poważnie?! - zawołała podnieconym głosem Bonnie - Czy to oznacza jakąś przygodę?
- Tak, a żebyś wiedziała - uśmiechnął się do niej wesoło Ash - Ale najpierw musimy coś zjeść. Trzeba nabrać sił, zanim ruszymy w drogę.
- Ruszymy w drogę? - zapytał Max.
Mój luby szybko zasłonił mu dłonią usta i rzekł:
- Nie tak głośno, przyjacielu - powiedział - W końcu to bardzo ważna sprawa i wymaga ona dyskrecji.
- Nie musisz mi tego powtarzać, stary. Rozumiem to doskonale. Konspiracja wariacja i takie tam - zaśmiał się lekko młody Hameron - To powiesz nam, o co ci chodzi?
- Powiem po posiłku - odpowiedział mu nasz lider.
Udaliśmy się więc całą naszą drużyną do sali jadalnej, gdzie zjedliśmy bardzo pyszny obiad. Nasycił on nasz głód i zachęcił jeszcze bardziej do działania, bo tak to już jest na tym świecie, że najedzeni nie tylko nabieramy sił, ale jeszcze prócz tego i ochoty do walki.
- Z pełnym brzuchem nie dość, że jest fajniej coś robić, ale dodatkowo mamy więcej chęci, aby to robić - powiedział Ash.
Nie była to może zbyt twórcza myśl, ale zgodziliśmy się z nią wszyscy.
Gdy już byliśmy najedzeni, poszliśmy się przebrać i przygotować do drogi. Dobrze wiedzieliśmy, że będzie to dosyć groźna wyprawa, dlatego potrzebna nam będzie broń. Wzięliśmy więc część broni zabranej tym bandytom poznanym przez nas na początku wyprawy. Clemont i Max dobrali sobie dwie szpady odpowiednie dla nich wielkością oraz wagą. Co prawda, obaj nie byli jeszcze zbyt dobrymi szermierzami, ale zawsze lepiej mieć u boku broń białą niż jej nie mieć.
Przed wyruszeniem na wyprawę, przyszedł nas odwiedzić Francois de Sauve w towarzystwie swego Raichu.
- Proszę, przyjaciele - powiedział, podając nam list w pięknej kopercie - To jest pismo do diuka. Królowa prosi w nim o to, o czym bardzo dobrze wiecie.
- Rai-chu! - pisnął jego Pokemon.
- Zostałeś wtajemniczony w tę sprawę? - zapytałam.
- Nie inaczej, moja droga. W końcu ja i moja narzeczona jesteśmy wiernymi przyjaciółmi Jej Wysokości. Poza tym, cała ta sprawa również i mnie dotyczy. Im szybciej odzyskacie naszyjnik, to tym szybciej moja narzeczona odzyska wolność. Ale tak czy inaczej, macie niecałe dwa dni, aby dotrzeć do celu waszej podróży. Pojutrze powinniście być już na miejscu, bo inaczej...
- Nie musisz kończyć - powiedział Ash, biorąc do ręki list i chowając go sobie za pazuchę - Wiemy doskonale, jakie to niebezpieczeństwo wam zagraża, jeśli was zawiedziemy.
- Wobec tego pamiętajcie o tym, że nie tylko mojej narzeczonej, ale również i królowej, grozi poważne niebezpieczeństwo - mówił dalej Francois - Choć mojej ukochanej to szczególnie.
Mój chłopak poklepał go wesoło po ramieniu i obiecał:
- Nie bój się. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby wam pomóc.
Kawaler de Sauve uśmiechnął się do niego radośnie.
- Doskonale, przyjaciele. A zatem jedźcie... Tylko uważajcie na siebie, proszę. Jej Wysokość obawia się, iż ktoś może chcieć wam przeszkodzić w dotarciu do celu waszej podróży.
- Domyślamy się, o kim tu mowa - powiedziałam - Ryzyko oczywiście jest duże, ale nie z takimi przeciwnościami losu sobie radziliśmy.
- Dokładnie tak - zgodził się ze mną mój chłopak - Zobaczycie, że wszystko się dobrze skończy. A zatem, ruszajmy w drogę!
- Pika-pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu, machając bojowo łapką.

***


Wyszliśmy poza pałac, a gdy byliśmy już w bezpiecznej odległości od niego i nie musieliśmy się obawiać tego, że ktoś nas podsłucha, zaczęliśmy rozmawiać.
- Kochani moi... Z tego wszystkiego, co powiedział nam Francois wynika, że minister Michellieu może chcieć nam przeszkodzić w wykonaniu naszego zadania - zauważyłam.
- Nie inaczej - odrzekł na to mój ukochany - Miałby zresztą ku temu powody. Ostatecznie przecież nie cierpi Madeleine za to, że ta go kiedyś odtrąciła, a zatem w jego interesie jest, aby zgniła ona w więzieniu.
- Jakie to podłe! - zawołała oburzona Bonnie.
- Oczywiście, że podłe, ale czego się spodziewasz po polityku? - odparł nieco ironicznym tonem Ash - A już zwłaszcza po polityku, który chce zrobić karierę? W takiej sytuacji, nie ma sentymentów. Gdy ktoś takiemu politykowi podpadnie, to nie ma wobec nich litości. Niszczy ich bezwzględnie. I nie robi tego z mściwości, o nie! On to robi dla swojego prestiżu. Musi zadbać o to, aby go szanowano, a nikt go nie będzie szanować, jeżeli będzie odpuszczać tym, którzy mu się narazili. Tym, którzy podważają jego autorytet. Musi pokazać, że nie cofnie się przed niczym, bo tylko wtedy będą go szanować i bać się go.
- A co taki polityk zrobi z ludźmi, którzy wejdą mu w drogę i będą psuć jego plany? - zapytał Max.
- Myślę, że na to pytanie znasz już odpowiedź - odpowiedziałam ponuro.
Max wzdrygnął się, gdy sobie uświadomił, co to oznacza.
- A więc nie tylko zechce nam przeszkodzić, ale jeszcze wykończyć, jeżeli się dowie, co my planujemy? - zapytał po chwili.
- Tylko jak miałby się on dowiedzieć, co my planujemy? - zapytała Dawn.
- Zdaniem królowej, Michellieu ma mnóstwo szpiegów pośród ludzi w pałacu - odpowiedział jej brat - Nie zdziwiłbym się, gdyby tak właśnie było. Bez względu więc na to, czy on wie już o naszej wyprawie, czy jeszcze nie, musimy być gotowi na to, że się i tak dowie. A skoro tak, to musimy być też przygotowani na każdą ewentualność, w tym na różne pułapki i na walkę z ludźmi pana ministra.
- Sądzisz, że może do niej dojść? - zapytał Max.
- Uważam, że to więcej niż pewne - odparł Ash.
- Też tak sądzę - rzekł Clemont - Ale tak czy inaczej, pora ruszać w drogę.
- Wiecie... Rozmawiacie o niezwykle ważnych sprawach, ale czy ktoś może mi powiedzieć, po co my dokładnie będziemy narażać swoje życie? - wtrąciła się nagle Bonnie.
- Dużo ci z tego przyjdzie, że się dowiesz - mruknął Max - Ja także nie znam wszystkich szczegółów, a nie narzekam jak ty. Clemont i Dawn zaś chyba zostali częściowo wtajemniczeni w te sprawy, ale jak widzę, najwięcej o tym wszystkim wiedzą jedynie Ash i Serena.
- To prawda - potwierdził młody Meyer - My wiemy jedynie o to, że chodzi tutaj o pewien naszyjnik, którymi musimy przywieść na czas, ale nie wszystko nasz drogi lider zechciał nam powiedzieć.
- Zgadza się. Ale uważam, podobnie jak nasz drogi haker, iż dokładna wiedza w tej sprawie nie jest nam potrzebna - zauważyła Dawn - W razie wpadki, gdyby tak nas złapali, to nie będziemy mogli nikogo wydać, bo nic nie wiemy.
- Ale może jednak powiecie nam choć trochę na dobry początek? - zapytała po chwili namysłu Bonnie - W końcu, jak mam brać udział w misji, to chciałabym się dowiedzieć, w jakiej.
- Gdy król posyła żołnierzy na wojnę, to raczej nie podaje im jej powodów - stwierdziłam, cytując Aleksandra Dumasa ojca - Mówi im tylko: „Mości panowie, walczcie tam i tam“, a żołnierze wykonują jego polecenie i walczą w miejscach, które król im wskaże.
- No właśnie! - zaśmiał się Ash, rozpoznając ten cytat - Wobec tego chodźmy walczyć w tym miejscu, w którym nam każą, zaś nasze ewentualne wątpliwości zostawmy na potem. Ostatecznie, czy życie jest warte zadawania tylu pytań?
Następnie wypuścił on z pokeballi Charizarda i Pidgeota.
- Znowu będziecie musieli nas przewieść, moi kochani - powiedział ich trener - Mam nadzieję, że możemy na was liczyć.
Oba Pokemony wydały z siebie przyjazne dźwięki.
- To chyba oznacza tak - zachichotał młody Hameron.
Ash uśmiechnął się zadowolony, po czym przybrał poważną minę i rzekł:
- A teraz słuchajcie, bo to bardzo ważne. Mam tu przy sobie list od królowej Anne Marie.
To mówiąc, wskazał dłonią na pierś, na której znajdowała się kieszeń. W niej to przechowywał wyżej wspomniany list.
- Podczas wyprawy może być groźnie. Jeżeli któreś z nas zostanie ranne lub w jakiś inny sposób wyeliminowane z gry... Rozumiecie mnie? To reszta jedzie dalej z listem. Ten, który na końcu zostanie sam, będzie zdany jedynie na siebie. A jeżeli mnie coś się stanie...
Ash zmieszał się przez chwilę, jakby wahał się powiedzieć coś więcej. Dobrze się domyślaliśmy, co miał on na myśli, ale nie mieliśmy odwagi rzec to na głos.
- Rozumiecie? Jeśli coś mi się stanie, musicie mi obiecać, że zostawicie mnie, zabierzecie list i będzie wędrować dalej.
- Nie możemy ci tego obiecać! - zawołała Dawn - Jeżeli coś ci się stanie, to nie zostawimy cię samego! Nie moglibyśmy!
- Właśnie! Jeden za wszyscy, wszyscy za jednego! - krzyknął bojowo Max.
- Będziemy walczyć razem albo wcale! - dodała Bonnie.
- Możesz zawsze na nas liczyć, ale nie proś nas o to - rzekł Clemont.
Wypuszczone z pokeballi Pokemony Asha dały również znak, że podzielają to zdanie. Jedynie ja nic nie mówiłam czując, że nie wiem, co miałabym powiedzieć. Dobrze wiedziałam, że nasza misja nie będzie wcale lekka i że możemy mieć w jej trakcie niemałe problemy. Nie wyobrażałam sobie jednak tego, iż miałabym Asha pozostawić na pastwę losu, choćby nawet tego wymagało dobro naszej misji. Ale z drugiej strony zdawałam sobie również sprawę z tego, jak bardzo ważne to zadanie i jak wiele zależy od tego, czy dobrze je wykonamy. Czy w sytuacji, gdybym nagle znalazła się przed wyborem „misja albo Ash”, umiałabym wybrać słusznie? A jeśli tak, to co by było w takiej sytuacji słuszne? Ten dylemat dręczył mnie i to nawet w tym momencie, gdy wyruszyliśmy w końcu w drogę.

***


Ja, Ash i Max usadowiliśmy się na grzbiecie Charizarda, który złapał swoimi łapami Pikachu, po czym zadowoleni ruszyliśmy w drogę. Obok nas w powietrzu sunął Pidgeot z Clemontem, Dawn i Bonnie. Ponieważ oba Pokemony były bardzo obciążone ilością pasażerów, to leciały znacznie wolniej niż normalnie, co nieco nas niepokoiło, ponieważ czas był wtedy dla nas na wagę złota i nie mogliśmy go tracić. Nie narzekaliśmy jednak. Nie mieliśmy przecież innych środków transportu, a prócz tego w powietrzu przemieszczaliśmy się raczej szybciej niż na ziemi.
Niestety, duży ciężar, jaki dźwigały nasze Pokemony był dla nich uciążliwy do tego stopnia, że musieliśmy po około godzinie lotu wylądować na ziemi.
- Gdzie my teraz jesteśmy? - zapytała Bonnie.
- W Santalune - odpowiedział Clemont.
- A skąd ty niby możesz to wiedzieć?
- A stąd!
To mówiąc, jej starszy brat wskazał wesoło palcem wskazującym na tabliczkę z nazwą miasta, do którego właśnie dolecieliśmy.
- Nie dotarliśmy zbyt daleko - powiedziałam zasmucona.
- A dziwisz się? - odpowiedział mi mój ukochany - Nasze środki transportu są obciążone pasażerami. Jeżeli nie będziemy robić postojów, to cała nasza wyprawa może się skończyć, zanim jeszcze się na dobre zaczęła.
Za radą naszego lidera zostaliśmy przez jakieś pół godziny na ziemi, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Podczas kolejnego naszego postoju odkryliśmy, że już się ściemnia i musimy znaleźć sobie jakieś miejsce na nocleg. Miejscem tym stała się pobliska oberża. Tam właśnie wynajęliśmy sobie trzy pokoje, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Następnego dnia zaś po śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Niestety, od tego momentu zaczęła się dla nas niezbyt przyjemna passa, a konkretnie mam tu na myśli przeszkody.
Najpierw tak około południa, podczas dalszego lotu do celu naszej wyprawy, usłyszeliśmy dziwne dźwięki, a po chwili poczułam, że coś świsnęło mi koło ucha.
- Co to było?! - zawołałam.
- Nie wiem, ale to nie brzmiało przyjemnie - odpowiedział Ash.
- Pika-pika-chu!
Chwilę później znowu coś mi świsnęło nad uchem.
- Znowu to samo! - zawołałam.
- Ja też to poczułem - odrzekł mój luby.
- Co nam lata nad uszami?
- Nie mam pojęcia.
- Ale ja chyba wiem! - krzyknął Max, który leciał trzymany w łapach przez Charizarda - Ktoś na ziemi do nas strzela!
- Strzela?! - zdziwiłam się.
- No tak! Z muszkietów! - wyjaśnił chłopak.
- Lecimy za nisko - dodała Dawn - Musimy wzbić się wyżej w górę, aby nas nie widzieli z ziemi.
- To niemożliwe! - odparł na to Clemont - Nasze środki transportu są zbyt mocno obciążone i nie polecą wyżej, ani tym bardziej szybciej.
- Musimy więc coś zrobić, inaczej nas zestrzelą! - zawołała Bonnie.
Ash popatrzył na Charizarda.
- Leć, przyjacielu. Leć najszybciej, jak to tylko jest możliwe! Nie mogą nas dogonić!
Pokemon zaryczał lekko, po czym ruszyliśmy nieco szybciej ku celowi naszej podróży, niestety nic nam to nie pomogło, ponieważ kule świstały wokół naszych głów cały czas. W końcu stało się to, czego się obawiałam - jeden pocisk uderzył Charizarda prosto w pierś. Ten zaś zaryczał z bólu, a następnie zaczął pikować w dół niczym zestrzelony samolot.
- Co się stało?! - zawołała Dawn.
- Charizard oberwał! - odpowiedział jej brat.
Chwilę później, Pidgeot zaskrzeczał przeraźliwie.
- Nasz samolot również oberwał - stwierdził Clemont - Musimy wylądować, inaczej się rozbijemy!
Chcąc nie chcąc musieliśmy wylądować, choć staraliśmy się w miarę naszych możliwości, osiąść na ziemi daleko od naszych napastników.
- Proszę państwa, wpadliśmy właśnie w lekkie turbulencje, ale proszę się nie bać i zachować spokój! - zawołał Ash dowcipnym tonem.
Widocznie chciał on nam wszystkim poprawić humor, co jednak wcale mu się nie udało, czego dowodziło zachowanie panny Seroni.
- Lekkie turbulencje? - krzyknęła - Zaraz wylądujemy w zaświatach!
- Weź nie szerz mi tutaj defetyzmu, jeśli łaska! - odparł jej brat - Damy sobie radę, jak zawsze! Więcej optymizmu!
- Więcej realizmu! - odparła jego siostra.
Pomimo pewnych obiekcji ze strony Dawn, udało się nam jednak bezpiecznie wylądować na ziemi, przy czym biedny Pidgeot zrobił to w sposób mało delikatny, gdyż niechcący zrzucił ze swojego grzbietu Bonnie. Dziewczynka poleciała ostro przed siebie, upadła na ziemię i jęknęła bardzo głośno, wołając przy tym gniewnie:
- Auu! To nie było miękkie lądowanie!
- Nie inaczej - powiedział jej brat - No, ale najważniejsze, że żyjemy. To jest przecież najważniejsze.
- Jak tam nasze Pokemony? - zapytałam.
Clemont i Max obejrzeli nasze środki transportu.
- Charizard dostał w bok kulką... - powiedział ten pierwszy.
- Pidgeot zaś ma przestrzelone skrzydło - dodał ten drugi - Dalej obaj już nie polecą, przynajmniej nie teraz.
Ash również nie wyszedł z tej sprawy bez szwanku. Jedna z kul drasnęła go w skroń, ale na szczęście rana ta nie była groźna. Oderwałam sobie kawałek sukni i opatrzyłam mu jego głowę.
- Powinno być dobrze - powiedziałam.
Ash uśmiechnął się do mnie czule i rzekł:
- Dziękuję, Serenko. Jesteś bardzo kochana. A jak się czuje reszta ekipy?
Słysząc to pytania, Dawn już miała bratu odpowiedzieć, że nieźle, ale nagle zauważyła coś, co ją zaniepokoiła. Tym czymś był widok Bonnie, która nie wstała z ziemi i wyraźnie syczała z bólu. Zaniepokojona podbiegła do dziewczynki i zaraz sprawdziła, co z nią.
- Nie dobrze! Bonnie oberwała! - zawołała po chwili - Maleńka... Co ci jest?
- Moja noga... Strasznie boli...
- O nie! - jęknął Clemont, podbiegając szybko do siostry.
Dotknął delikatnie nóżki swojej małej podopiecznej.
- Niedobrze... Na pewno skręciła sobie nogę, a może i gorzej...
- Biedna Bonnie! - jęknęłam załamana - Co możemy zrobić, Ash?!
- Musimy zabrać naszych rannych przyjaciół do lekarza... Oczywiście, jeżeli tutaj jakiegoś znajdziemy - powiedział mój luby.
- Nie wolno nam tracić nadziei! - zawołał Max bojowym tonem - My jesteśmy przecież muszkieterami, a oni nigdy się nie poddają!
Ash położył mu dłoń na ramieniu.
- W pełni podzielam twoje zdanie, stary. Ale spieszmy się, póki mamy jeszcze czas, a jak wiecie, mamy go coraz mniej.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał odważnie Pikachu.

***


Zabraliśmy Bonnie, Charizarda oraz Pidgeota do najbliższej oberży, do której potem sprowadziliśmy lekarza. Obiecał on szybko opatrzyć rannych i zadbać o to, aby jak najszybciej powrócili do zdrowia.
- Nie możemy czekać na wiadomości o ich stanie - przypomniała Dawn - Z każdą chwilą tracimy bardzo cenne dla nas minuty.
- Ale nie możemy zostawić Bonnie oraz naszych Pokemonów samych - rzekł Clemont.
- Ja z nimi zostanę - zaproponował Max - Razem z Mudkipem będziemy ich pilnować. Wy możecie spokojnie jechać dalej.
Nie byliśmy pewni, czy to aby na pewno dobry plan, jednak młody Hameron uważał, że nie ma innej możliwości, jak tylko postąpić w taki oto sposób. My zaś nie mogliśmy tu siedzieć i czekać i to w momencie, w którym czas był dla nas na wagę złota, dlatego też Ash w końcu przyznał mu rację.
- Macie swoje sakiewki? - zapytał on młodego Hamerona.
Muszę tutaj wyjaśnić, że królowa przed naszą wyprawą ku morzu, dała nam sześć solidnie wypchanych sakiewek, żebyśmy mieli dość pieniędzy na karczmę i inne niezbędne opłaty.
- Spokojnie, szefuńciu - odparł mu wesoło zapytany - Ja i Bonnie mamy nasze pieniądze i nie rozstajemy się z nimi w ogóle, więc będzie dobrze.
- Obyś miał rację - pokiwałam smutno głową.
Chwilę potem ja, Ash, Clemont i Dawn poszliśmy do karczmarza. Musieliśmy od niego pożyczyć jakieś środki transportu, bo nasze poprzednie zostały ciężko ranne i raczej nie mogliśmy ich więcej używać. Na szczęście gospodarz miał kilka Pokemonów koni, dlatego pożyczyliśmy je od niego (oczywiście nie za darmo), po czym pognaliśmy na ich grzbietach przed siebie.
- Musimy jechać jak najszybciej - powiedział mój chłopak - Jutro powinniśmy rozmawiać z diukiem, bo inaczej nasza misja nie zostanie wykonana.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
Jechaliśmy pędem przed siebie, poganiani w myślach poczuciem tego, jak oto z każdą minutą mamy coraz mniej czasu na zrealizowanie naszego zadania. Chyba nie muszę tu wyjaśniać, że świadomość ta bynajmniej nam nie pomagała, ale też na swój sposób motywowała nas do działania i dodawała w pewnym sensie sił.
Podróż nasza trwała i trwała, a my nie dostrzegaliśmy przed sobą żadnego niebezpieczeństwa, przynajmniej na razie, jednak ja czułam w sercu, że czeka ono na nas i to za najbliższym rogiem, skąd zamierza nas zaatakować i to wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewaliśmy.
Gnaliśmy dalej przed siebie i byliśmy już coraz bliżej celu podróży. Gdy tylko nasze wierzchowce uległy poważnemu zmęczeniu, musieliśmy dla ich i naszego dobra zatrzymać się w najbliższej karczmie na postój. Tam zaś zamówiliśmy sobie jakiś posiłek i zjedliśmy go w milczeniu. Nie rozmawialiśmy o niczym bojąc się, że ktoś mógłby nas podsłuchać.
Gdy przyszło do zapłacenia rachunku, miał miejsce pewien nieprzyjemny dla nas wszystkich incydent incydent. Jakiś mężczyzna zaczepił Dawn, po czym zaczął ją męczyć swoim żałosnym zachowaniem.
- Chodź do mnie, złociutka! Napij się wina ze mną! - zawołał, przyciągając ją mocno do siebie.
- Zostaw mnie, ty chamie jeden! - warknęła na niego moja przyjaciółka.
- O co ci chodzi, złociutka? - zaśmiał się podle nędznik - Przecież nie jestem znowu taki brzydki.
- Wiesz, co? Masz absolutną rację, głąbie... Ty nie jesteś brzydki... Ty jesteś odrażający - warknęła do niego złośliwie dziewczyna.
Oprych się uraził, słysząc jej słowa.
- Coś ty powiedziała, panieneczko?!
- To, co słyszysz!
- Hej! Zostaw moją ukochaną! - krzyknął Clemont, podbiegając wściekły do drania i pomagając Dawn wyrwać się z jego objęć.
- Lepiej się nie mieszaj, szczeniaku! - warknął na niego gniewnie łajdak, a w jego oczach zabłyszczały iskry wściekłości.
Następnie złapał on ponownie Dawn w pasie i zaczął ją szarpać. Tego już dla Clemonta było za wiele. Podbiegł do drania i uderzył go wściekle pięścią w twarz. Bandzior upadł na podłogę, ale dość szybko się z niej pozbierał i ryknął:
- Mnie bijesz?! MNIE?! Jak śmiesz?!
Następnie złapał on za szpadę i zaatakował nią Clemonta. Chłopak miał przy boku broń i szybko wyrwał ją z pochwy, po czym zaczął odpierać ataki swojego przeciwnika. Wtedy jednak od stolików zerwali się inni ludzie, widocznie kompani tego napastnika i ruszyli oni na pomoc swemu koledze.
- Muszkieterowie, do mnie! - krzyknął Clemont.
- Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! - zawołałam głośno wraz z moim chłopakiem, gdy skoczyliśmy w sukurs młodemu Meyerowi.
- Pika-pika-chu! - pisnął bojowo Pikachu, rażąc przeciwników prądem.


- Hej! Zostaw to krzesło, mała! - zawołał do panny Seroni gniewnym głosem oberżysta - Kosztuje dwa ludwiki!
Siostra mojego ukochanego uśmiechnęła się do karczmarza dowcipnie, jakby rozbawiły ją jego słowa, a następnie spojrzała na Asha, wołając:
- Hej, braciszku! Możesz mi pożyczyć dwa ludwiki?
- A nie masz swoich pieniędzy? - zapytał jej brat, nie przerywając swej walki.
- Mam, ale brakuje mi drobnych.
Mój luby walnął jednego z przeciwników pięścią prosto w gębę, żeby go od siebie odepchnąć, po czym wyjął sakiewkę, szybko wydobył z niej dwie monety i rzucił je Dawn, ta zaś podała je karczmarzowi.
- Może być? - zapytała.
- Może - odparł mężczyzna, który na widok zapłaty wyraźnie się uspokoił.
Następnie pozwolił on mojej przyjaciółce złapać krzesło, które ta rozbiła na głowie jakiegoś oprycha. Zaraz potem chwyciła jego szpadę i zaczęła nią w miarę swoich możliwości, odpierać ataki bandytów.
- Chyba mam u ciebie dług, braciszku - zażartowała sobie tak chwilę później, nie przerywając przy tym walki.
- No, coś ty? Między nami? - zachichotał Ash, który walczył właśnie tuż obok niej.
Nasza potyczka trwała dalej. Walczyliśmy zaciekle i ze wszystkich swoich sił, natomiast Pikachu co chwila raził naszych wrogów piorunem, powalając jednego po drugim na ziemię. W końcu załatwiliśmy wszystkich. Wygraliśmy, ale nie obyło się bez kłopotów, ponieważ jeden z tych łajdaków uderzył szpadą Clemonta prosto w ramię. Chłopak nie przejął się tym jednak, stwierdzając wesoło, że jego rana to nic takiego. Dlatego jedynie przewiązał sobie ramię kawałkiem własnej koszuli, po czym razem z nami ruszył w dalszą drogę ku morzu.
- Czy jesteś pewien, że wszystko z tobą dobrze, kochanie? - zapytała Dawn z troską w głosie.
- Tak... Naturalnie... Nic mi nie jest - rzekł jej chłopak.
Niestety, bardzo poważnie się w tej sprawie pomylił, gdyż po godzinie jazdy zbladł na całej twarzy, a do tego też wyraźnie osłabł. Opadł w końcu głową na łeb swego wierzchowca.
- Boże, Clemont! - krzyknęła przerażona panna Seroni, szybko podjeżdżając do niego - Biedaku, co ci jest?!
Ash, ja i Pikachu również byliśmy bardzo przerażeni całą tą sytuacją, dlatego zatrzymaliśmy się w najbliższej oberży, gdzie na szczęście karczmarz był również cyrulikiem i nie obce mu były metody leczenia.
- Kawałek ostrza szpady utkwił w ramieniu waszego przyjaciela - rzekł do nas mężczyzna - Na szczęście, nie osiadł on głęboko w jego ciele. Łatwo go wydobędę, ale będzie musiał po tym wszystkim jakiś czas wypocząć.
- Nie możecie tutaj zostać - powiedział Clemont, ocierając sobie pot z czoła - Jedźcie, proszę! Nasza misja jest ważniejsza.
- Ja z nim zostanę - zgłosiła się Dawn.
Nie chcieliśmy tego za bardzo robić, gdyż los naszego przyjaciela był dla nas najważniejszy, ale dobrze wiedzieliśmy, iż w przypadku zwłoki biedna Madeleine może odpowiedzieć przed sądem za coś, czego nie zrobiła, a my musieliśmy za wszelką cenę do tego nie dopuścić. Dlatego też, z bólem serca ruszyliśmy w dalszą podróż tylko we trójkę: ja, Ash i Pikachu.

***


Wieczorem byliśmy blisko morza. Ponieważ jednak zbyt wielkie zmęczenie ogarnęło nas i nasze drogie wierzchowce, to musieliśmy znaleźć miejsce na nocleg. Zdobyliśmy je w jednej z oberż, na które się natknęliśmy. Tam właśnie spędziliśmy noc, a rankiem, po szybko zjedzonym śniadaniu, pognaliśmy w kierunku letniego pałacu diuka Martinghama. Gdy tylko tam dotarliśmy, przekazaliśmy strażnikom, że musimy porozmawiać z ich panem, gdyż mamy dla niego wiadomość od samej królowej Kalos. Kiedy zaś gospodarz dowiedział się o tym, natychmiast zaprosił nas do siebie i zapytał, o co dokładniej chodzi.
Diuk George Martingham okazał się być około trzydziestoletnim mężczyzną o niebieskich oczach i czarnych włosach, które przysłaniał białą peruką. Jego strój był fioletowy, zaś guziki w nim posiadały złotą barwę. Wyglądał dość elegancko i sprawiał raczej miłe wrażenie, a ponadto wydawał się być dość inteligentny. Na to ostatnie szczególnie mieliśmy nadzieję, ponieważ od tego aspektu mogło zależeć powodzenie naszej misji. 
- Przysyła was królowa Kalos?! - zapytał diuk - Mówcie zatem, czego sobie życzy ta najszlachetniejsza ze wszystkich kobiet na świecie.
Ash w ramach odpowiedzi podał mu list od królowej. Mężczyzna otworzył go i przeczytał, a kiedy już to zrobił, to wyraźnie posmutniał, opuścił głowę w dół, po czym powiedział ponuro:
- Naprawdę bardzo mi przykro spełnić prośbę mojej władczyni, ale nie mam wyboru. Rozumiem, że jesteście wtajemniczeni w całą tę sprawę?
Potwierdziliśmy jego słowa.
- A więc doskonale... Królowa dała mi ten naszyjnik i ma prawo teraz mi go zabrać. W końcu, tu chodzi o sprawiedliwość, a także o los panny de Beauchamp. Pamiętam ją... Była naprawdę miła i dobra. A więc, skoro jej życie zależy od tego, czy ten naszyjnik się znajdzie, to niech tak będzie.
Następnie mężczyzna zaprowadził nas do pewnego gabinetu. Gdy tylko się w nim znaleźliśmy, zamknął szybko drzwi na klucz, a następnie kolejnym kluczem otworzył jedną z szuflad swojego biurka, które stało w tym pokoju.
- A zatem, niech woli Jej Królewskiej Mości stanie się zadość - rzekł diuk, z wyraźnym trudem wypowiadając słowa.
Zaraz potem wyjął z szuflady przedmiot, o który toczyło się całe zamieszanie i pokazał go nam.
- Proszę, przyjaciele... Weźcie ten naszyjnik i przekażcie naszej szlachetnej władczyni, że zawsze będę miał ją w moim sercu i to bez względu na to, czy będę daleko stąd, czy też blisko.
Podziękowaliśmy diukowi i już mieliśmy wziąć od niego naszyjnik, gdy nagle coś mnie tknęło. Przypomniałam sobie, co się stało w „Trzech muszkieterach“. Tam przecież podstępna Milady de Winter ukradła dwie z dwunastu diamentowych spinek, które to d’Artagnan miał dostarczyć królowej Annie Austriaczce, co nieco skomplikowało misję naszych bohaterów... Na szczęście, tylko trochę. Musiałam więc się upewnić, czy aby moje obawy nie są uzasadnione, dlatego też wzięłam do ręki naszyjnik i obejrzałam go sobie bardzo dokładnie.
- Tego się właśnie obawiałam - powiedziałam.
- Czego takiego? - zapytał Ash.
- Brakuje dwóch diamentów.
Mój ukochany i diuk spojrzeli przerażeni na naszyjnik. Martingham obejrzał dokładnie prezent od królowej i jęknął załamany.
- Masz rację... Diamentów w naszyjniku było dwadzieścia... Teraz jest tylko osiemnaście. Ktoś ukradł dwa.
- Ale kto? - spytał załamanym głosem mój luby.
Diuk pomyślał przez chwilę.
- Niech tylko pomyślę... Wczoraj wieczorem miałem tutaj pewnego gościa... Podobno to była przyjaciółka królowej... Nazywała się hrabina Autumn.
- Czy widziała naszyjnik? - zapytałam.
- Tak, widziała - potwierdził nasz rozmówca - Pokazałem go jej. W końcu była to przyjaciółka królowej. Zresztą miała list od niej.
- Jaki list? - zapytał Ash.
- Taki, w którym królowa ręczy za jej wierność i mówi, że to zaufana osoba wtajemniczona w sprawy naszyjnika - wyjaśnił diuk - Pisało tam, że miała się ona upewnić, że jest on bezpieczny, więc go jej pokazałem.
- A zatem mamy odpowiedź na nasze pytanie! - zawołał Ash - To była agentka ministra Michellieu!
- Co?! Jego?! - jęknął przerażony diuk - Ale co on ma do królowej?
- Nie do niej, ale do Madeleine - wyjaśniłam mu - Jeżeli naszyjnik nie wróci do pałacu, to król wsadzi na dożywocie do więzienia właśnie ją, bo jest ona jedyną podejrzaną w tej sprawie.
Po tych słowach, spojrzałam na Asha i powiedziałam:
- Hrabina Autumn. Pamiętam ją na balu. Ale jakim cudem dojechała tu przed nami?
- Myślę, że to było bardzo proste - odpowiedział mi mój ukochany - Szpiedzy ministra obserwowali nas na jego polecenie po tym, jak odkryliśmy, że naszyjnik, który pan minister miał w swoim gabinecie i który ukradł królowej to zwykłe szkło i nic więcej. Kazał nas obserwować, ponieważ podejrzewał, że nie zostawimy tej sprawy w taki sposób i pewnie, podobnie jak my, chciał dowiedzieć się, co się stało z prawdziwym naszyjnikiem. Gdy jego szpiedzy podsłuchali naszą rozmowę z Jej Wysokością i dowiedzieli się, jaką misję nam powierzono, natychmiast zabrał się do działania. W ciągu godziny, góra dwóch wysłał hrabinę Autumn do diuka, a z nią posłał ludzi, którzy zostali na czatach i mieli za zadanie nas usunąć, kiedy tylko się pojawimy. A może nikogo z nią nie wysłał, tylko miał swoich ludzi rozłożonych na różnych drogach, jak to często bywa, a hrabina jedynie przekazała im polecenia od pana ministra? Jakby jednak nie było, ruszyła ona wcześniej niż my i dlatego tu zjawiła się przed nami.
- A to w ogóle jest możliwe? - zapytałam.
- Widocznie tak - odparł Ash - Zresztą jak inaczej to wyjaśnisz?
- Po prostu jestem zaskoczona, że ona mogła tu dotrzeć przed nami, skoro na pewno wyjechała tego samego dnia, co my.
- Tego samego dnia, ale na pewno wcześniej. Ile dokładniej? Trudno mi orzec. Może godzinę, może dwie, a to dużo. Nie mówiąc już o tym, że jej nikt nie stał na drodze i nie przeszkadzał w podróży, w przeciwieństwie do nas. Dlatego udało się jej dotrzeć do diuka zanim my się tu zjawiliśmy. No i ukradła dwa diamenty.
- Po co sobie zadawała tyle trudu? - zdziwił się diuk.
- To na wypadek, gdybyśmy mimo wszystko dotarli do pana i wykonali swoje zadanie. W takim wypadku, nawet jeśli dostarczymy naszyjnik do króla i królowej, nie będziemy w stanie wyjaśnić, co się stało z dwoma diamentami. A pan minister Michellieu będzie mógł powiedzieć, że choć Madeleine oddała naszyjnik, to jego cząstkę zdążyła już spieniężyć, co jest ewidentnym dowodem na to, iż jednak go ukradła. Co o tym sądzicie?
Pytanie to, Ash zadał mnie i Pikachu. Oboje skinęliśmy głowami, zgadzając się z jego tokiem rozumowania.
- Co więc możemy teraz zrobić? - zapytał nasz gospodarz.
- Chwileczkę - rzekł mój chłopak i spojrzał na diuka - Zgaduję, że hrabina już wyjechała, prawda?
- Tak. Wyjechała na godzinę przed waszym przybyciem.
- Czym podróżuje?
- Karocą. Niewielką, ale dość zwinną, jak widziałem.
Detektyw z Alabastii pomyślał przez chwilę.
- Będzie musiała zatrzymywać się w oberżach, aby odzyskać chociaż część sił lub zmienić konie. Wobec tego, mam pewien pomysł.

***


Po zjedzeniu posiłku, pożegnaliśmy diuka Martinghama, wzięliśmy od niego naszyjnik, a następnie wskoczyliśmy na swoje wierzchowce i na ich grzbietach, nie czekając na nic, pognaliśmy przed siebie.
- Oby tylko twój plan się powiódł - powiedziałam - Bo inaczej, nasza droga Madeleine będzie miała poważne problemy.
- Spokojnie, Serenko - odparł mój ukochany - Damy sobie radę, jestem tego pewien.
- Pika-pika-chu! - pisnął Pikachu.
Pędziliśmy przed siebie, po drodze zatrzymując się w kilku oberżach, aby tam odzyskać siły oraz posilić się. W jednej z nich czekali na nas Clemont i Dawn. Ten pierwszy miał rękę na temblaku i bandaż na głowie, ale czuł się mimo tego całkiem dobrze i wyraźnie humor mu dopisywał.
- Żyjesz, stary? - zapytał wesoło Ash, ściskając przyjaciela.
- Tak, jak najbardziej - powiedział nasz kompan - Oczywiście boli mnie nieco ramię, ale wszystko jest dobrze.
- Gospodarz dał sobie doskonale radę z raną Clemonta! - zawołała radośnie jego dziewczyna.
- Trochę bolało, ale cóż... Dawn mnie cały czas trzymała za rękę, więc jakoś wytrwałem - dodał jej chłopak, patrząc z miłością na swoją ukochaną.
Oboje z Ashem uśmiechnęliśmy się zachwyceni tym widokiem.
- Załatwiliście sprawę jak należy? - zapytałam.
- No jasne, że tak - odpowiedziała moja przyjaciółka - Ledwie przybył do nas wasz Fletchinder z listem, a dokładnie obserwowaliśmy wszystkich przyjezdnych. Łatwo namierzyliśmy hrabinę Autumn. Zatrzymała się tu na chwilę, aby zmienić wierzchowca i coś zjeść. Piplup i Buneary sprawdzili się wręcz doskonale w roli złodziejaszków, bo niepostrzeżenie zabrali jej z torby podróżnej kilka niewielkich drobiazgów. Wśród nich było to!
Po tych słowach, Dawn podała nam do ręki dwa piękne diamenty, oderwane wcześniej przez hrabinę Autumn od naszyjnika, które Ash obejrzał z uwagą i podał mnie, ja zaś schowałam je do woreczka, który miałam zawieszony na szyi i który zawierał pozostałe diamenty królowej.
- Doskonale się spisałaś - powiedziałam.
- Podziękuj moim Pokemonom - stwierdziła Dawn.
- Pip-lu-li! - zaćwierkał dumnie Pokemon.
- Bune-bune! - dodała Buneary.
Czule pogłaskałam je dłonią po głowie i uśmiechnęłam się przyjaźnie.
- Brawo, Piplup! Brawo, Buneary! Pokazaliście klasę! - powiedziałam.
Oba stworki były bardzo zadowolone z tych pochlebstw, a zwłaszcza Buneary, której gratulacje złożył również Pikachu, na co ona zareagowała lekko piszcząc z radości.
- Przy okazji... Nasze dzielne złodziejaszki zabrały hrabinie jeszcze to! - rzekł Clemont, podając nam pewien papier.
Ash otworzył go, po czym przeczytał:

Z mojego rozkazu i dla dobra Kalos osoba posiadająca ten dokument uczyniła to, co uczyniła.

Michellieu.

- No proszę, historia lubi się powtarzać - mruknęłam złośliwie.
Powiedziałam tak, gdyż przypomniałam sobie to, jak w powieści Aleksandra Dumasa ojca, kardynał Richelieu wręczył swojej agentce, Milady de Winter, pismo o bardzo podobnej treści. Paradoksalnie ocaliło ono potem życie naszych dzielnych czterech muszkieterów. Miałam więc nadzieję, iż w naszym przypadku również tak będzie i to pismo nam pomoże.
- Co o tym sądzisz, Ash? - zapytała Dawn.
Jej brat uśmiechnął się do niej delikatnie i rzekł:
- Moim zdaniem ten kawałek papieru ma wartość znacznie większą od złota.

***


Po tej rozmowie, pognaliśmy w kierunku pałacu, zatrzymując się jedynie raz na noc w jednej oberży. Aby mieć pewność, że nikt nie ukradnie nam dokumentu, spaliśmy w jednym pokoju, ja natomiast miałam woreczek zawierający naszyjnik pod poduszką. Rano natomiast, po szybko zjedzonym posiłku, pognaliśmy dalej, co Rapidash wyskoczy. Ponieważ tym razem nikt nas nie ścigał, to droga zeszła nam szybciej i dotarliśmy do pałacu królewskiego bez najmniejszego trudu. Niestety, tam czekała na nas ostatnia przeszkoda.
- Nie ruszać się! - usłyszeliśmy przed sobą pewien nienawistny głos w chwili, w której byliśmy już w środku i szliśmy korytarzami pałacu.
Zanim zdążyliśmy się zorientować, z której strony dobiega nas ten głos, zza jakiegoś rogu wyszedł jakiś mężczyzna. Był to ten bandyta Mercanton, przywódca bandy rozbójników, która napadła Francois na początku naszej przygody. Łajdak stał przed nami ze szpadą w dłoni, wyraźnie zagradzając nam drogę.
- Ty?! - zawołał zdumiony Ash - Co ty robisz w pałacu?!
- Czekam na was z polecenie pana ministra - powiedział mężczyzna - Muszę przyznać, że naprawdę wielkie z wami utrapienie. Przetrwaliście zasadzki, które na was zastawiliśmy, przechytrzyliście hrabinę Autumn, ale ze mną wam tak łatwo nie pójdzie! Ja was nie przepuszczę!
- Jesteś agentem Michellieu?! - zawołałam, chociaż odpowiedź na to pytanie była dla mnie jak najbardziej oczywista.
Mężczyzna parsknął śmiechem, nie ukrywając tego, że moje pytanie go bawi. Najwidoczniej uznał, iż zadawanie go w obecnej sytuacji dowodzi mojej wielkiej naiwności. Prawdę mówiąc, to jak sobie o tym pomyślałam, to musiałam przyznać mu w tej sprawie rację.
- Naturalnie, że tak. Dobrze jest mieć jakiegoś potężnego mecenasa w tych jakże niespokojnych czasach, mam rację? - zapytał złośliwie Mercanton.
Następnie wymierzył on szpadę w Asha i zawołał:
- A teraz oddawaj naszyjnik, chłoptasiu albo wyślę cię na spotkanie z twoimi przodkami!
Mój chłopak złapał szybko za szpadę i zawołał:
- Spróbuj mi go odebrać, jeśli potrafisz!
Ponieważ to ja miałam przy sobie naszyjnik, Ash dodał szeptem:
- Leć do królowej. Szybko!
- Nie zostawię cię samego! - odpowiedziałam mu.
- Rób, co mówię! Od tego zależy los Madeleine!
Pikachu stanął przed Mercantonem i zapiszczał bojowo, a z jego policzków posypały się iskry.
- Nie, Pikachu! - zawołał Ash - Ty biegnij z Sereną! Sam sobie dam radę.
Pokemon nie wyglądał na przekonanego słowami swojego trenera, tak samo jak i ja, ale musieliśmy posłuchać tego polecenia, dlatego pognaliśmy oboje przed siebie w kierunku komnaty królowej, podczas gdy mój chłopak zaczął walczyć na szpady z Mercantonem.
Chwilę później przekonałam się, że Ash miał rację pozostawiając mi swego startera, gdyż ledwie zrobiłam kilkanaście kroków, a drogę zagrodzili mi żołnierze królewscy.
- Stój, panienko! - zawołali - Mamy rozkaz panienkę aresztować!
- Nie ma mowy! - odkrzyknęłam im - Pikachu! Daj im nauczkę!
Pokemon szybko wykonał polecenie i już po chwili moi przeciwnicy leżeli na ziemi oszołomieni, ja natomiast przedarłam się bezpiecznie do komnaty królowej. Nie było przed nią strażników, dlatego bez żadnego problemu tam wparowałam, oczywiście bez pukania - sprawa była bowiem nazbyt pilna, abym miała się bawić w takie ceregiele jak dobre maniery.


- Wasza Wysokość! - zawołałam zamiast dzień dobry - Mam naszyjnik!
Królowa, która właśnie zajęta była haftowaniem, spojrzała zdumiona na mnie, po czym spytała:
- Masz?
- Tak! Jest tutaj i to cały!
To mówiąc, pokazałam Jej Królewskiej Wysokości woreczek z naszyjnikiem, który miałam zawieszony na sznurku na szyi. Następnie zdjęłam go i położyłam na szafce. Władczyni złapała go wówczas w obie dłonie w taki sposób, jakby był to największy skarb na świecie i wydobyła z niego diamenty, przyglądając się potem każdemu z nich niezmiernie uważnie.
- Tak! To rzeczywiście mój naszyjnik! Wywiązaliście się ze swojego zadania. Ale dlaczego jesteś sama? Gdzie jest reszta waszej drużyny?
- To długa historia, ale później ją opowiem - wydyszałam, powoli odzyskując równowagę w oddychaniu - Ash właśnie teraz walczy z bandytą nasłanym przez Michellieu!
- CO?! Wielki Boże! - zawołał przerażona królowa - Przecież w tym kraju pojedynki są zakazane! Musimy natychmiast przerwać tę walkę zanim obaj zostaną aresztowani!
Chwilę później, usłyszeliśmy jakiś głośny krzyk, a potem głuchy jęk.
- O nie! Tylko nie to! - pisnęłam przerażona.
- Pika-pi! - dodał równie zmartwiony Pikachu.
Królowa Anne Marie, ja, a także dzielny Pokemon wybiegliśmy z komnaty, oczywiście zabierając ze sobą naszyjnik (nie mogliśmy wszak ryzykować kolejnej jego kradzieży) i pobiegliśmy w kierunku, skąd dobiegły nas krzyk i jęk. Wówczas to zobaczyliśmy Asha z lekko zakrwawioną szpadą oraz Mercantona leżącego na posadzce i wijącego się z bólu.
- Och, Ash! - zawołałam, skacząc na szyję mojemu chłopakowi.
- Pika-pi! - pisnął radośnie Pikachu, robiąc to samo.
Dzielny muszkieter objął nas oboje tak mocno, jak tylko potrafił i pogłaskał czule dłonią po głowach.
- Wątpiłaś w moje zdolności szermiercze, Sereno?
- Nie... Ale bałam się o ciebie.
Chwilę później na korytarzu pojawili się król i Michellieu, a z nimi cała grupa innych, przypadkowych ludzi, których musiał zwabić krzyk Mercantona.
- Coś ty narobił, młodzieńcze?! - zawołał zdumiony władca - Czemu poraniłeś tego człowieka?!
- To oczywiste! - krzyknął minister - To zwykły bandyta!
- Nie inaczej - uśmiechnął się bardzo zadowolony Ash, wypuszczając mnie i Pikachu z ramion - Mercanton to zwykły bandyta i zasługuje na więzienie. Ukradł on naszyjnik królowej, zaś winą za ten czyn próbował obciążyć pannę Madeleine de Beauchamp, w czym pomagała mu niejaka hrabina Autumn!
- Co takiego?! - zawołali wszyscy ludzie zdumieni tymi słowami.
Ja także byłam bardzo zdziwiona tym, co wygaduje mój ukochany. Nie byłam w stanie pojąć, o co mu chodzi i do czego on zmierza.
Ash tymczasem mówił dalej:
- To jego wielmożność, minister Michellieu wpadł na trop złodzieja i posłał mnie i moich wiernych przyjaciół, żebym odzyskał naszyjnik, jak również dowiódł niewinności panny Madeleine. A oto dowód, że mówię prawdę.
Po tych słowach, Ash wyjął zza pazuchy dokument skradziony hrabinie przez Piplupa i podał go królowi. Ten rozwinął go i przeczytał na głos jego treść.

Z mojego rozkazu i dla dobra Kalos osoba posiadająca ten dokument uczyniła to, co uczyniła.

Michellieu.

Władca pokazał ten papier ministrowi i zapytał go:
- To chyba twoje pismo, prawda?
Ten zaś przyjrzał się dokumentowi z niezwykłą uwagą i odparł:
- Tak, mój panie... I moja pieczęć... Ale skąd...
Nagle spojrzał on na Asha, na mnie i królową, po czym uśmiechnął się wesoło i powiedział z wyraźnym zadowoleniem:
- Dobrze wykonałeś swoje zadanie, młodzieńcze! Jestem bardzo zadowolony z efektów twoich działań. I twoich przyjaciół, rzecz jasna. Kalos jest wam winne ogromną wdzięczność.
Następnie minister skierował swój wzrok na Mercantona, mówiąc:
- A tego łajdaka aresztować i przysłać mu do celi medyka! Chcę, żeby zdrowy odpowiedział przed sądem za swoje podłe czyny! Znajdźcie też jego wspólniczkę, hrabinę Autumn i ją także aresztujcie!
- Rozkaz! - zawołali bojowo muszkieterowie królewscy, którzy również byli wśród tego tłumu, który zebrał się na korytarzu, a następnie pobiegli, aby wykonać to polecenie.
- No, a co z panną Madeleine de Beauchamp? - zapytałam - Chyba już nikt nie wątpi w to, że jest niewinna, prawda?
- Ależ naturalnie - odpowiedział minister, uśmiechając się do mnie tak bardzo życzliwie, jak tylko potrafił - Niechaj natychmiast zostanie uwolniona!
- Ktoś się bardzo z tego ucieszy - powiedziała władczyni Kalos.
- Widzę, moja droga, że odzyskałaś już swój naszyjnik - rzekł na to jej mąż - Ale chyba został on lekko uszkodzony.
- Tak, niestety... Ale spokojnie, Wasza Królewska Mość - odparła królowa - Oddam go do królewskiego złotnika. On z całą pewnością go naprawi.
- Tylko trzeba będzie na niego uważać - powiedział nagle Ash.
- Jak to? - zdziwiłam się.
- Żeby go nikt ponownie nie ukradł.
Po tych słowach, mój luby spojrzał uważnie na Michellieu, który zarumienił się lekko i zachichotał nerwowo, udając, że rozbawiły go te słowa.

***


Kilka minut później, szanowny pan I minister Michellieu zaprosił mnie, Asha i Pikachu do swojego gabinetu, a gdy tylko się w nim znaleźliśmy, to upewniwszy się, że nikt nas nie podsłuchuje, rzekł:
- No dobrze, moi kochani... Powiedzcie mi teraz, co miała oznaczać ta cała maskarada z waszej strony?
Następnie spojrzał na Asha, dodając:
- Dlaczegóż uratowałeś moją reputację i okłamałeś króla po tym wszystkim, co próbowałem wam zrobić? Dlaczego powiedziałeś, że to ja wam zleciłem szukać złodzieja naszyjnika?
Mój ukochany uśmiechnął się delikatnie, jakby radość sprawiała mu wyraźna niedomyślność naszego rozmówcy, po czym powiedział:
- Kierował mną pragmatyzm.
- Doprawdy? - zdziwił się minister.
- Naturalnie. Wiedziałem doskonale, że w żaden sposób nie zdołam dowieść, iż to Ekscelencja jest winien tej kradzieży, dlatego też wymyśliłem sobie bajeczkę, w którą wszyscy z łatwością uwierzyli. W ten sposób pomogłem przyjaciołom i nie zrobiłem sobie z Ekscelencji śmiertelnego wroga. Poza tym, dzięki temu mogłem swobodnie użyć glejtu od pana. Oczywiście wiem, że nie dla mnie był on napisany, ale brak nazwiska posiadacza sprawia, iż może być nim każdy. Nawet ja.
Michellieu uśmiechnął się przyjaźnie do Asha.
- Młodzieńcze! Mimo swego młodego wieku, myślisz bardzo rozsądnie. Masz zadatki na wielkiego polityka.
- Dziękuję, Ekscelencjo. Być może kiedyś zajmę się polityką, chociaż na razie nie czuję do tego powołania. Póki co, mam swoją misję do spełnienia.
- A jakaż to misja, mój chłopcze?
- Walka o to, żeby tego zła mniej było na świecie.
Minister zagwizdał z wyraźnym podziwem, gdy to usłyszał.
- To bardzo ambitny cel, lecz też niezwykle trudny do osiągnięcia. Mierzysz bardzo wysoko, drogi chłopcze.
- Możliwe, ale wierzę, że mi się uda osiągnąć w tej sprawie sukces.
Michellieu spojrzał na niego z uśmiechem.
- Wiedz więc, że masz moje błogosławieństwo w tej sprawie. Jesteś naprawdę bardzo wartościowym człowiekiem i w pełni zasługujesz na to, żeby wygrać walkę z losem. Ja zaś będę modlił się, aby ci się to udało, a jeśli kiedyś nasze losy znowu się skrzyżują, z przyjemnością zaoferują ci swoją pomoc. Bo wiedz, iż masz odtąd we mnie oddanego ci przyjaciela.
Po tych słowach, wyciągnął on dłoń w kierunku Asha. Mój luby przez chwilę się zawahał, co powinien zrobić, ale w końcu uścisnął ją.
- Muszę być szczery. Nie zrobiłem tego dla pana, Eskcelencjo, ale dla Kalos. Jest Ekscelencja wielkim politykiem bardzo potrzebnym temu regionowi. Nie mnie więc oceniać pana poczynania, choć mam nadzieję, że nigdy więcej Madeleine de Beauchamp ani jej bliscy nie doznają od pana krzywdy.
- Przysięgam ci, że tak właśnie będzie - powiedział minister - A możesz być pewien, iż przysiąg danych prywatnie nigdy nie łamię. Co innego w polityce. Tam niekiedy muszę kłamać, aby osiągnąć sukces. Jednak prywatnie zawsze dotrzymuję danego słowa.
- Wierzę Ekscelencji.
Chwilę później, cała nasza trójka skierowała się ku wyjściu.
- Zaczekajcie! - zawołał nagle nasz rozmówca - Czy nie trzeba wam niczego? Nie macie żadnego życzenia? Należy się wam wszak coś za wasz bohaterski czyn.
Ash odwrócił się do ministra, po czym spojrzał na mnie i na Pikachu, jakby się pytał nas, co my proponujemy, a następnie rzekł:
- Mamy tylko jedną prośbę.
- Mów śmiało, chłopcze. Co zechcesz, spełnię.
- Chciałbym prosić Waszą Ekscelencję o to, żeby Jego nazwisko zapisało się dobrze na kartach historii i żeby nikt więcej przez Waszą Ekscelencję nie cierpiał.
- W każdym razie nikt niewinny - dodałam.
- Panienko... Nie ma ludzi niewinnych - odrzekł na to Michellieu - Każdy na swój sposób jest czemuś winny. Jednak mogę wam obiecać, że już nigdy więcej nie będę wykorzystywał moich wpływów, aby załatwiać swoje prywatne porachunki. To zachowanie niegodne ministra.
- Piękne słowa - rzekł z zadowoleniem Ash.
- I proszę o nich zawsze pamiętać, Ekscelencjo - powiedziałam.
- Pika-pika-chu! - pisnął Pikachu.

***


Po tym wszystkim, sprawy potoczyły się już zdecydowanie gładko. Madeleine odzyskała wolność, a nasi przyjaciele powrócili powoli do zdrowia. Pomagaliśmy im w rekonwalescencji, aby było im raźniej i spędziliśmy długie godziny na liczne rozmowy na temat naszej przygody.
- Jedno mnie tylko zastanawia - powiedziała podczas jednej z takich rozmów Dawn - Dlaczego hrabina Autumn ukradła tylko dwa diamenty diukowi, a nie cały naszyjnik? Przecież dzięki temu miałaby lepszy dowód na to, że Madeleine jest winna.
- No właśnie - dodała Bonnie - Nie lepiej było ukraść cały naszyjnik? Bo co się bawiła w odcinanie dwóch diamentów?
Ash uśmiechnął się do nich delikatnie i po chwili namysłu odpowiedział:
- Sądzę, że wiem, dlaczego tak się stało. To oczywiście tylko i wyłącznie moje przypuszczenia, ale myślę, że mają sens. Widzicie, diuk nieźle pilnował naszyjnika i raczej nie dałby go sobie tak po prostu ukraść. To cacko było w gabinecie, który zawsze zamykał na klucz. Leżał w szufladzie biurka, które również było zamykane na klucz. Kradzież tego przedmiotu w takiej sytuacji byłaby niezmiernie trudna, a dodatkowo dodajmy do tego jeszcze ryzyko, że diuk szybko by się zorientował, co się stało i wysłał pościg za hrabiną. Także nie było to za bardzo możliwe. Ale już kradzież dwóch diamentów, zwłaszcza wtedy, kiedy ich było dużo, to już bardziej prosta sprawa. Diuk mógłby oczywiście zauważyć, że zginęły dwa diamenty, ale to znacznie mniejsze ryzyko niż kradzież całego naszyjnika. I przy okazji, mógłby się zorientować, że brakuje dwóch diamentów tylko wtedy, gdyby się dobrze przyjrzał. Gdyby tego nie zrobił, mógłby łatwo pominąć ich brak. A więc zrobiła to, według mnie dlatego, że to było łatwiejsze.
- A co ona zamierzała zrobić z dwoma diamentami? - zapytał Max.
- Pewnie udawać, że znalazła te diamenty u jakiegoś pasera i wmówić królowi bajeczkę o tym, iż narzeczona Francoisa próbuje już sprzedawać naszyjnik, łupiąc go na kawałki i sprzedając po kolei każdy z diamentów - odpowiedział mu Ash.
A po chwili uśmiechnął się i dodał:
- Ale pamiętajcie, że to tylko moja teoria. A jakoś nie mam ochoty pytać pana ministra Michellieu, czy jest prawdziwa.
Nie wiem, jak inni nas przyjaciele, ale ja jestem pewna, że miał Ash miał w tej sprawie absolutną rację.
Tak czy inaczej, wszystko potoczyło się tak, jak trzeba. Madeleine wyszła na wolność i została oczyszczona ze wszystkich zarzutów, nasi przyjaciele powrócili do zdrowia, naszyjnik królowej został naprawiony, Mercanton i hrabina Autumn wylądowali w lochu za swoje czyny, zaś sława naszej dzielnej drużyny obiegła całe Kalos. Staliśmy się niemalże lokalnymi bohaterami. Dlatego też nikogo na pewno nie zdziwi, gdy potem zostaliśmy odznaczeni przez samego króla Orderem Złotego Pokeballa za uratowaniu honoru królowej i dobrego imienia jej przyjaciółki.
Pozostaliśmy w XVIII wieku aż do chwili, kiedy jakieś trzy tygodnie po tych wszystkich wydarzeniach, które tutaj opisałam, odbył się huczny ślub Francois i Madeline, na którym oczywiście my byliśmy honorowymi gośćmi. Jedliśmy tam, piliśmy i tańczyliśmy, bawiąc się przy tym w najlepsze razem z naszymi nowymi przyjaciółmi, na rano zaś (nie bez żalu) pożegnaliśmy ich, mówiąc im, że musimy już ruszać w drogę.
- Nie możecie tutaj zostać? - zapytała zasmucona Madeleine.
- Niestety nie. Bo widzicie, są jeszcze inne miejsca na tym świecie, które nas potrzebują - powiedział Max.
- Ale sercem zawsze będziemy z wami - dodałam radośnie.
- Nigdy nie zapomnimy tego, co dla nas uczyniliście - powiedział Francois uroczystym tonem - Pamiętajcie również, że jesteśmy waszymi dłużnikami. Moja szpada będzie odtąd na wasze usługi. Gdziekolwiek byście nie byli, jeśli tylko tam będę, a wy mnie wezwiecie, zawsze przybędę wam z pomocą.
- I vice versa - rzekł wzruszony Ash - Ale muszę powiedzieć, przyjacielu, że to nie jest do końca tak, że my was ocaliliśmy. Tak naprawdę, to wy ocaliliście nas.
- Jak to? - zdziwił się Francois.
- A tak - odparł wesoło Ash - Bo kiedy nie przeżywamy żadnych przygód, to wprost umieramy z nudów.
Francois szybko zrozumiał, że mój ukochany żartuje i zaczął się śmiać, a jego świeżo poślubiona małżonka powiedziała, iż będzie jej również brakować naszego poczucia humoru.
- Jeszcze raz, bywajcie zdrowi, kochani - powiedział wzruszony Ash - Już się nie mogę doczekać naszego kolejnego spotkania, bo jestem pewien, że ono kiedyś nastąpi. Może nawet szybciej niż byśmy się spodziewali.
Następnie uściskaliśmy naszych przyjaciół, a Pikachu czule pożegnał Raichu należącego do Francois. Zaraz potem ruszyliśmy pieszo przed siebie w kierunku najbliższego odludzia, skąd zamierzaliśmy odbyć podróż powrotną w nasze czasy.
- To była naprawdę wspaniała przygoda! - zawołała Bonnie.
- Nie mogę się już doczekać, aż ją opowiemy naszym przyjaciołom! - dodał radośnie Max.
- Mam tylko obawy, że nie wszyscy nam uwierzą - zachichotała Dawn - A już zwłaszcza w to, jak Ash pokonał na szpady tego drania Mercantona!
- Pika-pika-chu! - pisnął radośnie Pikachu.
- E tam! To bez znaczenia - zaśmiał się mój chłopak - My to wiemy i to jest najważniejsze.
- Tak, to prawda - poparłam go - No, a poza tym najważniejsza osoba, która powinna nam uwierzyć, na pewno to zrobi.
Miałam tu oczywiście na myśli Johna Scribblera.
- Widzicie, przyjaciele? - zapytał nas nagle Ash - Zawsze damy sobie radę z każdym problem, jeśli tylko będziemy zgraną drużyną.
- Oj, tak! - zgodził się z nim Clemont - A wtedy żadne niebezpieczeństwo nie jest nam straszne.
Po tych słowach, wyjął on nagle z pochwy swoją szpadę. Ash i Max poszli za jego przykładem, zaś ja, Dawn i Bonnie złapaliśmy za leżące na ziemi patyki, bo nie mieliśmy szpad. Następnie skrzyżowaliśmy wszyscy nasz oręż, wołając:
- Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!
Chwilę później chłopcy schowali swoją broń i zaśpiewali oni chórem pieśń, którą wszyscy kochaliśmy i która teraz sama cisnęła nam się na usta. Piosenkę ze starego, dobrego serialu „D’Artagnan i trzej muszkieterowie“ z lat 70. Piosenkę, która szła tak:

Cieszymy się naszym wiekiem
Młodym i szczęśliwym.
Pięknościami, pucharami
I długimi szpadami.
Hej!
Potrząsając kapeluszami
Z pięknymi piórami,
Życiu nieraz szepniemy:
Merci beaucoup!

Już koń i siodło do boju wzywa nas.
I wicher pieści rany stare raz po raz.
Spokojnie, druhu!
Do przodu nie pchaj się tak!
Jeszcze zdążysz poznać
Żołnierskiego życia smak.

Cieszymy się naszym wiekiem
Młodym i szczęśliwym.
Pięknościami, pucharami
I długimi szpadami.
Hej!
Potrząsając kapeluszami
Z pięknymi piórami,
Życiu nieraz szepniemy:
Merci beaucoup!

Światu trzeba pieniędzy, cóż...
C’est la vie!
Ale rycerzy trzeba mu jeszcze bardziej.
No tak!
Lecz czy bez miłości i...
He he he!
Pieniędzy wart
Jest coś rycerz
I czy może on ruszyć w świat?

Cieszymy się naszym wiekiem
Młodym i szczęśliwym.
Pięknościami, pucharami
I długimi szpadami.
Hej!
Potrząsając kapeluszami
Z pięknymi piórami,
Życiu nieraz szepniemy:
Merci beaucoup!

I tą właśnie uroczą piosenką zakończyliśmy naszą dość zwariowaną, ale za to niezwykle przyjemną oraz niesamowitą pod każdym względem przygodę rodem z powieści wielkim mistrza Aleksandra Dumasa ojca.


KONIEC















11 komentarzy:

  1. A więc królowa musiała zdradzić drużynie Asha swój sekret, aby mogli odzyskać prawdziwy naszyjnik po to, by oczyścić Madeline z zarzutów. To z pewnością ją zmartwiło, ale na szczęście postanowiła im zaufać, tym bardziej że król może się teraz o wszystkim dowiedzieć, skoro wyszło na jaw, że jej naszyjnik nie był prawdziwy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Powiem Ci, że trudno mi sobie wyobrazić latające środki transportu w czasach muszkieterów, jakimi w Twoim opowiadaniu są Pokemony xD A ci strzelcy z całą pewnością zostali wysłani przez Michellieu, aby uniemożliwić im podróż po naszyjnik. Cóż to za zawzięty człowiek, skoro poświęca tyle energii na to, by ujrzeć Madeline za kratkami, ale wierzę że drużynie Asha uda się dotrzeć na czas. :) Tak czy inaczej ja jestem ciekaw, jak to się dalej potoczy, choć postępowanie Michellieu jest naprawdę idiotyczne. Za bardzo mu zależy na tym, żeby Madeline trafiła do więzienia, a przecież ona nic takiego nie zrobiła. To on narzucał jej się publicznie z oświadczynami, a ona miała prawo mu odmówić, skoro nigdy nic do niego nie czuła, ale on tego nie rozumie, bo to nie jest człowiek, któremu się odmawia i w tym właśnie tkwi cały problem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Widzę, że wyprawa robi się coraz ciekawsza i podobnie jak w powieści Dumasa, drużyna się wykrusza z powodu otrzymanych ran, które musi wyleczyć. Szkoda, że Bonnie i Max nie mogli dalej uczestniczyć w wyprawie. A Clermont jest zwykle spokojny i opanowany, ale tym razem zachował się gwałtownie i porywczo, skoro uderzył podrywacza Dawn. Przez to oni również musieli zrezygnować z dalszej podróży, skoro na wskutek rany utracił sporo krwi. Ciekawi mnie tylko skąd Serena wiedziała, że hrabina Autumn mogła uczynić dokładnie to samo, co lady Winter? Pewnie to było po prostu przeczucie podpowiedziało jej, że mogło dojść do podobnej sytuacji, jaka miała miejsce w historii Dumasa :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Trochę to niesamowite, że w tej historii powtarzają się wydarzenia dobrze znane bohaterom z powieści Dumasa, jakby naprawdę w nich uczestniczyli, a przecież to są inne czasy i postacie xD A Michelieu okazał się obłudnym i fałszywym draniem, skoro wyparł się swoich pomagierów, żeby nie zostać obciążony winą za kradzież naszyjnika. Szkoda tylko, że sam również nie został zdemaskowany, ale myślę, że i na to przyjdzie czas.

    OdpowiedzUsuń
  5. Powiem Ci, że Michelieu zachował się naprawdę w porządku wobec Asha. Mimo wszystko okazał się honorowym człowiekiem i zrozumiał, iż postąpił naprawdę głupio i niedorzecznie, próbując oskarżyć Madeline o kradzież, żeby pomścić wyrządzoną mu zniewagę. A drużyna Asha przeżyła kolejną niezapomnianą przygodę, zaskarbiając sobie wdzięczność ich królewskich mości oraz Francisa i jego narzeczonej. :) Fajne było to opowiadanie. Naprawdę fajne. Chętnie przeczytam kolejne o Ashu jako muszkieterze. :) Ash jest naprawdę bardzo sprytny i inteligentny. Kto jak kto, ale on z pewnością nie da się wyprowadzić w pole. Jest na to za mądry i dobrze, bo dzięki temu jest genialnym detektywem, choć jego drużyna również jest nieodzowna. Oni też są naprawdę inteligentni, tylko nie posiadają zdolności przywódczych jak Ash. Jednym słowem, przyjaciele Asha są naprawdę wspaniali. Z takimi to można naprawdę wszystko. :) Ash jest bardzo pomysłowy, odważny i pełen brawury, dzięki czemu budzi powszechny podziw i szacunek nawet wśród wrogów. A ta piosenka, którą na końcu śpiewają, to jak zauważyłem, ta piosenka "Param-Param-Paradujemsja" z radzieckiej wersji muszkieterów, ale z polskimi słowami Twego autorstwa :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Cóż, zauważyłam tutaj sporo nawiązań do wydarzeń z "Trzech Muszkieterów", co jak najbardziej mi się podobało i sprawiło, że zakręciła mi się w oku łezka sentymentu i nieraz się uśmiechnęłam widząc znajomą z filmów sytuację. Także za to masz wielki plus. .
    Nasi przyjaciele po odkryciu i zniszczeniu falsyfikatu udają się do komnaty królowej, która wyjawia im, że prawdziwy naszyjnik podarowała diukowi George'owi Martingham, ambasadorowi władcy regionu Hoenn, który kiedyś przybył do jej małżonka w interesach. (czy tylko ja tu widzę nawiązanie do historii z księciem Buckingham?). :) Z diukiem kiedyś łączyło ją uczucie głębsze od zwykłej przyjaźni i na dowód tego podarowała mu swój naszyjnik. Teraz jednak należy go odzyskać, by oczyścić dobre imię Madeline. Na szczęście nasi przyjaciele nie muszą jechać do Hoenn po naszyjnik. Diuk obecnie przebywa w swojej letniej rezydencji w Kalos, jednak za dwa dni wyrusza w podróż powrotną do Hoenn, więc Ash i spółka mają naprawdę mało czasu.
    Niezwłocznie więc wyruszają w drogę, jednak zanim do tego dojdzie, Francois przekazuje im list od królowej do diuka, w którym wyjaśnia powody wizyty naszej ekipy. Przyjaciel ostrzega ich także przed możliwymi przeszkodami, które ktoś nieżyczliwy może na nich zastawić (zapewne chodzi mu o Michelieu).
    Nasi przyjaciele wyruszają w podróż na Pidgeottcie i Charizardzie, na odpoczynek zatrzymują się w Santalune. Po wyruszeniu następnego dnia rano zostają niestety ostrzelani z muszkietów, w wyniku czego ich Pokemony zostają ciężko ranne, a dodatkowo podczas lądowania Bonnie skręca kostkę. Idą więc do najbliższej oberży, gdzie Bonnie zostaje pod opieką Maxa, by dochodzić do siebie. Więc w dalszą drogę nasi przyjaciele wyruszają w osłabionym składzie na Rapidashach, wynajętych od oberżysty.
    Po drodze zatrzymują się na odpoczynek i gdy wydaje się, że wszystko idzie zgodnie z planem, Dawn zostaje zaczepiona przez jakiegoś opryszka, który najpierw próbuje bezskutecznie poderwać Dawn, a potem staje do pojedynku z Clemontem, który próbuje bronić ukochanej. Reszta ekipy w imię zasady "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" rzuca sie na pomoc Clemontowi i wygrywa starcie, więc mogą ruszać w dalszą drogę. Niestety, podczas jazdy okazuje się, że Clemont odniósł w tym pojedynku dość poważną ranę, więc razem z Dawn zostają w najbliższej gospodzie, a w dalszą drogę wyruszają jedynie Ash i Serena wraz z wiernym Pikachu.
    Docierają oni do rezydencji diuka Martinghama, który nie bez żalu oddaje im naszyjnik. Nasza para orientuje sie jednak, że w naszyjniku brakuje dwóch klejnotów. Od diuka dowiadują się, że może mieć je niejaka hrabina Autumn (czy tylko mnie ona przypomina Milady de Winter?), którą po dłuższej wymianie zdań nasi detektywi identyfikują jako agentkę Michelieu. Niezwłocznie wyruszają za nią w pościg i odnajdują ją w najbliższej gospodzie. Przy pomocy Buneary oraz Piplupa wykradają jej dwa brakujące klejnoty z naszyjnika oraz list, który wyjaśnia motywy jej zachowania (przypomina mi list żelazny otrzymany przez Milady od Richelieu w "Trzech muszkieterach") i uniewinnia posiadacza tego listu od wszelkich dokonanych przez niego czynów. Ucieszeni takim stanem rzeczy nasi detektywi uciekają z gospody i, zbierając po drodze swoich przyjaciół, wracają do pałacu królewskiego.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciąg dalszy:
    Oczywiście, nic nie może być zbyt proste. W pałacu natrafiają na Mercantona, który również okazuje się być agentem Michelieu (oczywiście przypomina mi się tu hrabia de Rochefort) i próbuje powstrzymać naszą ekipę przed dotarciem do pałacu. Ash staje z nim do pojedynku na szpady i w tym czasie reszta biegnie do komnaty królowej by oddać jej naszyjnik. Królowa jest uradowana takim stanem rzeczy i natychmiast wyruszają na pomoc Ashowi, gdyż, jak się okazuje, pojedynki są zakazane w Kalos (zupełnie jak w "Trzech muszkieterach", gdzie król też wydał dekret zakazujący pojedynków).
    Od kłopotów Asha ratuje list żelazny wykradziony hrabinie Autumn, o której działalności chłopak niezwłocznie informuje króla. W wyniku tego zarówno ona jak i Mercanton zostają aresztowani i wtrąceni do lochu, a nasza ekipa detektywów otrzymuje Order Złotego Pokeballa za zasługi dla Kalos. Niedługo potem, nie bez żalu, nasza ekipa wraca do swoich czasów wcześniej oczywiście będąc honorowymi gośćmi na ślubie Francois i Madeline. :)
    Piękna historia, idealnie zainspirowana akcją "Diamenty królowej" z "Trzech muszkieterów". Myślę, że sam Dumas ojciec nie powstydził by się takiej historii. Wielkie brawa za talent dla Ciebie, kochany Autorze. :)
    Ogólna ocena: 10000000000000000000000000000000/10 :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Muszę powiedzieć, że to świetny, bardzo unikalny fanfiction, który bierze klasyczną oś fabularną z „Trzech Muszkieterów” i osadza ją w urokliwym, dojrzałym świecie Pokémonów. Intryga jest ciekawa, a motywacje królowej, choć naiwne (oddanie królewskiego naszyjnika byłemu kochankowi), to idealnie pasują do konwencji romansu historycznego.
    Ta część opowieści świetnie idzie z całą akcją od początku do końca. Najpierw wprowadza czytelnika w nową misję bohaterów. Przejście od luźnego treningu szermierczego, przez wspólny posiłek, aż po odprawę i odebranie tajnego listu od królowej tworzy klasyczny, przygodowy schemat ekspozycji przed wielką wyprawą. Tekst dobrze buduje poczucie uciekającego czasu i tego, jak wiele zależy od tej misji i tego, czy się ona powiedzie, czy też nie.
    Autor bardzo dobrze oddaje tutaj atmosferę powieści historyczno-przygodowej. Mamy tu wszystko, co niezbędne dla tego gatunku: potajemne rozmowy, widmo zdrady, wszechobecnych szpiegów oraz tajemniczy artefakt (naszyjnik), który jest motorem napędowym fabuły. Mamy też trafne nawiązania literackie. Wplecenie w usta Sereny oraz Asha cytatów z Dumasa (rozmowa o królach i żołnierzach) jest najjaśniejszym punktem tego tekstu. Nadaje to dialogom pożądany, staroświecki i szarmancki ton, doskonale pasujący do realiów misji.
    Wywód Asha na temat cynizmu polityków i budowania autorytetu przez bezwzględność jest dojrzały i dobrze napisany. Pokazuje tę postać w zupełnie nowym, mroczniejszym i bardziej strategicznym świetle.
    Autor z powodzeniem łączy elementy klasycznej powieści płaszcza i szpady (muszkieterowie, muszkiety, konie) z postaciami dobrze znanymi z uniwersum Pokémonów (Ash, Serena, Dawn, Clemont, Bonnie, Max), co tworzy ciekawy, alternatywny świat (tzw. AU – Alternative Universe).
    Bardzo dobrym zabiegiem jest wprowadzenie realnych strat po ostrzale. Śmierć lub rany wierzchowców, draśnięcie Asha i kontuzja Bonnie sprawiają, że niebezpieczeństwo wydaje się prawdziwe, a nie tylko „udawane” na potrzeby fabuły. No i jeszcze żywe reakcje postaci. Dialogi dobrze oddają charakter bohaterów. Bonnie, mimo bólu, zachowuje swoją dziecięcą, nieco zadziorną naturę („To nie było miękkie lądowanie!”), Clemont od razu przyjmuje rolę opiekuńczego brata, a Max próbuje podnieść wszystkich na duchu w iście muszkieterskim stylu. Jeszcze mamy tu dobre tempo: Scena ucieczki i przejścia przez zasadzkę dzieje się bardzo szybko, co dobrze oddaje chaos panujący podczas niespodziewanego ataku. No, ale to jeszcze nie koniec. Dalej jest jeszcze lepiej. Jednak o tym napiszę następnym razem.

    OdpowiedzUsuń
  9. Wspaniała rekonstrukcja klimatu płaszcza i szpady. Scena bójki w karczmie to czysty Dumas! Mamy tu wszystko, za co kochamy ten gatunek: obrażony honor, błyskawiczne dobywanie szpad, lojalność kompanii i słynne zawołanie muszkieterów. Opis walki jest niezwykle dynamiczny, a czytelnik od razu czuje stawkę, o jaką toczy się gra. Czas ucieka, a misja ratowania niewinnej Madeleine wisi na włosku.
    Genialny, zawadiacki humor: Dialog o kupowaniu krzesła od karczmarza za dwa ludwiki to absolutny majstersztyk! Ta krótka wymiana zdań między Dawn, a Ashem w samym środku bitwy idealnie oddaje lekki, lekceważący niebezpieczeństwo ton dawnych powieści przygodowych. To pokazuje, że bohaterowie - mimo powagi sytuacji - zachowują zimną krew i potrafią żartować.
    Świetne wyważenie emocji i dramatyzmu. Przejście od radosnego zwycięstwa w karczmie do nagłego kryzysu zdrowotnego Clemonta jest bardzo poruszające. Autor świetnie buduje napięcie. Najpierw brawurowa obrona Dawn przez Clemonta, potem jego męska duma („to nic takiego”), aż po nagłe zasłabnięcie na końskim grzbiecie. Decyzja o rozdzieleniu grupy na koniec rozdziału dodaje historii upragnionego dramatyzmu i sprawia, że jako czytelnik od razu chcę kliknąć „Następna strona”. I oczywiście kliknę sobie, to znaczy przeczytam, co było dalej, ale to już następnym razem.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ta historia ma świetne tempo i dynamikę. Akcja posuwa się naprzód bardzo sprawnie. Przejście od pożegnania diuka, przez podróż, aż do spotkania w oberży jest płynne i nie nuży czytelnika. Przeniesienie znanych bohaterów do alternatywnego, historyczno-fantastycznego świata stylizowanego na XVII-wieczną Francję (Kalos jako królestwo, kardynał Michellieu zamiast Richelieu) działa rewelacyjnie. Dobrze buduje to klimat opowieści. Błyskotliwe nawiązanie literackie też jest wielkim plusem. Intertekstualność i bezpośrednie odniesienie do "Trzech muszkieterów" Aleksandra Dumasa oraz słynnego glejtu Milady de Winter to najsilniejszy punkt tego rozdziału.
    Przeniesienie intrygi z diamentowymi zapinkami królowej Anny Austriaczki i kardynałem Richelieu do świata, gdzie zamiast Francji mamy region Kalos, a rolę złego kardynała pełni „minister Michellieu”, to znakomity pomysł. Scena, w której Ash odwraca kota ogonem i używa glejtu Michellieu (słynnego dumasowskiego: „Z mojego rozkazu i dla dobra państwa...”), aby zaszachować ministra przed królem jest błyskotliwa i doskonale oddaje ducha powieści płaszcza i szpady. Zamiast walczyć z systemem, Ash zmusza Michellieu do przywdziania maski bohatera, co jest genialnym posunięciem politycznym i rozwiązuje wszystkie problemy w tej sprawie za jednym zamachem.
    Relacja Asha i Sereny jest bardzo urocza i pasuje do romantycznego tonu opowieści przygodowej. Ash wykazuje się nie tylko sprytem szermierczym, ale i politycznym. Z kolei reakcja Michellieu – jego nerwowy chichot i szybkie dopasowanie się do sytuacji – idealnie pasuje do archetypu inteligentnego, cynicznego antagonisty.
    Połączenie estetyki francuskiego renesansu z regionem Kalos jest subtelne i udane. Nazwiska takie jak Madeleine de Beauchamp czy hrabina Autumn (być może nawiązanie do liderek sal lub postaci z gier, choć prawdopodobnie to po prostu przeróbka Milady de Winter, czyli Pani Zimy na Panią Jesień) dobrze budują klimat.
    A scena rozmowy z ministrem to niezwykle dojrzała, polityczno-obyczajowa scena, która stanowi doskonałe domknięcie burzliwego wątku intrygi dworskiej. Autor w genialny sposób przepisuje klasyczny motyw z powieści Aleksandra Dumasa (konfrontacja D’Artagnana z kardynałem Richelieu oraz motyw glejtu in blanco), osadzając go w realiach regionu Kalos znanego z uniwersum Pokémon. Zamiast brutalnego starcia, otrzymujemy tutaj fascynujący pojedynek na argumenty, intelekt i dyplomację. Mamy tu znakomicie nakreśloną dynamikę postaci: Relacja między Ashem a ministrem Michellieu (postać wzorowana na kardynale Richelieu), to najsilniejszy punkt tego tekstu. Zderzenie młodzieńczego idealizmu Asha („Walka o to, żeby tego zła mniej było na świecie”) z chłodnym makiawelizmem i pragmatyzmem ministra tworzy świetne napięcie psychologiczne.
    Rozwój charakteru Asha też wyszedł super. Postać Asha została tu poprowadzona w sposób bardzo dojrzały. To już nie jest tylko porywczy trener Pokémonów, ale młody mężczyzna potrafiący myśleć strategicznie („Kierował mną pragmatyzm”). Jego decyzja o ocaleniu reputacji wroga, by nie zyskać w nim śmiertelnego przeciwnika, pokazuje ogromny wzrost emocjonalny bohatera.
    Mamy tu też dwuznaczność moralną ministra. Michellieu nie jest przerysowanym, czarno-białym złoczyńcą. Autor świetnie oddał dualizm natury polityka – człowieka, który potrafi bezwzględnie kłamać dla dobra regionu (Kalos), ale prywatnie honorowo dotrzymuje raz danego słowa. To nadaje opowiadaniu głębi godnej dobrej powieści historyczno-przygodowej.
    Wielki finał z przesłaniem: Prośba nagrody, jaką Ash i Serena kierują do ministra, zamiast korzyści materialnych (złota czy zaszczytów), skupia się na moralności i historii. Odpowiedź ministra: „Nie ma ludzi niewinnych. Każdy na swój sposób jest czemuś winny” to świetne, filozoficzne podsumowanie tej sceny.

    OdpowiedzUsuń
  11. No i na zakończenie, ostatnia scena, która mnie po prostu urzekła. Ostatni rozdział tej niezwykłej opowieści fanfiction autorstwa Kronikarza stanowi radosne, widowiskowe i niezwykle satysfakcjonujące zamknięcie historycznej przygody bohaterów.
    Rozdział otwiera huczne wesele Francoisa i Madeleine, które służy za doskonałe tło do pożegnania z XVIII-wiecznym uniwersum. Relacje między postaciami oryginalnymi, a gośćmi z przyszłości są pełne ciepła i wzajemnego szacunku. Słowa Francoisa o długu wdzięczności i gotowości jego szpady na każde wezwanie Asha nadają tej relacji rycerskiego patosu. Z kolei dialog Asha, w którym żartuje, że przygody ratują ich przed „śmiercią z nudów”, idealnie oddaje jego klasyczny, zawadiacki charakter znany fanom. Dodatkowo nawiązuje do znanego nam obojgu filmu "Zorro i trzej muszkieterowie", gdzie pod koniec historii pada dokładnie taki tekst z ust muszkieterów do dzielnego mściciela w masce.
    Najbardziej poruszającym elementem zakończenia jest moment ponownego zjednoczenia drużyny (Asha, Sereny, Dawn, Maxa, Bonnie, Clemonta) przed powrotem do własnych czasów. Scena, w której bohaterowie krzyżują szpady i patyki, przypomina nam o fundamencie całej serii – bezwarunkowej przyjaźni i współpracy. To piękny hołd złożony klasycznej literaturze przygodowej, który idealnie współgra z duchem uniwersum Pokémon. Ponowne urocze pożegnanie Pikachu i Raichu stanowi idealny, uroczy akcent (tzw. fan-service) dla miłośników kieszonkowych potworów.
    Muzyczny crossover, którym jestem zachwycona. Pieśń Muszkieterów. Genialnym i niezwykle oryginalnym zabiegiem jest wplecenie w fabułę tekstu piosenki z kultowego, radzieckiego filmu muzycznego „D’Artagnan i trzej muszkieterowie” z 1978 roku. Przetłumaczony na język polski utwór „Porą się radujmy...” doskonale oddaje klimat awanturniczego życia, miłości, wina i blasku klinkierów. Po prostu, oczarowało mnie to.
    Styl Kronikarza jest niezwykle lekki, potoczysty i pełen entuzjazmu. Dobrze czyta się dialogi, które są żywe i dynamiczne. Finał historii o muszkieterach to czysta, eskapistyczna radość z czytania. Autorowi udało się stworzyć pomost pomiędzy popkulturą lat 70, klasyczną literaturą francuską i nowoczesnym anime. To energetyczne, pełne słońca i optymizmu zakończenie, które pozostawia czytelnika z szerokim uśmiechem na twarzy. I nadzieją na to, że nasi bohaterowie jeszcze odegrają rolę muszkieterów, na co osobiście bardzo liczę.

    OdpowiedzUsuń

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...