Wyścig z czasem cz. III
Następnego dnia, zeszliśmy wszyscy na śniadanie, które zjedliśmy z wielkim apetytem, po czym poszliśmy do miejscowej siostry Joy, którą zapytaliśmy, czy w okolicy nie znajduje się jakaś jaskinia lub grota. Odpowiedziałam nam, że tak i dodała, iż grota ta stanowi prawdziwą gratkę dla każdego, kto lubi się włóczyć po ciemnych jaskiniach. Powiedziała nam ona również, jak możemy ją znaleźć.
Musiałam sama przed sobą przyznać, że tak raczej nie bardzo odpowiadało mi włóczenie się po jakiś ciemnych pomieszczeniach, zwłaszcza skalnych, ale cóż... Skoro wymagało tego dobro mojego chłopaka, to nie mogłam powiedzieć „Nie“.
Podziękowaliśmy siostrze Joy za informacje i zaraz potem zadzwoniliśmy do szpitala, w którym zostawiliśmy Asha. Odebrała pielęgniarka, która wyglądała na zatroskaną. Dała nam do telefonu profesora Oaka, ten zaś udzielił nam wyjaśnień:
- Z Ashem nie jest za dobrze. W nocy jakby mu się pogorszyło - powiedział załamanym głosem - Jego stan jest niemal krytyczny. Żyje jeszcze, ale nie wiemy, jak długo to potrwa. Nasze leki nie pomagają mu.
- Wciąż jest nieprzytomny? - spytałam przerażona.
- Niestety tak. Jeżeli więc wiecie, gdzie znajduje się lekarstwo dla niego, to przywieźcie je jak najszybciej. Ono jest naszą ostatnią nadzieją.
Obiecaliśmy profesorowi zrobić, co w naszej mocy, po czym rozłączyliśmy się i wyszliśmy przygnębieni z Centrum Pokemon. Niestety, chociaż wiedzieliśmy, gdzie jest grota, to niestety wiedzieliśmy także i to, że znajduje się ona daleko od miasta. To zaś oznaczało, że pieszo możemy się wlec do niej długo, nawet bardzo długo, a tymczasem czas nas naglił. Pomimo tego, poszliśmy w kierunku, który był nam wyznaczony, ale dość szybko opadliśmy z sił.
- A niech to licho! Ta grota jest dalej niż myślałam - jęknęła Misty, padając przy tym na trawę.
- W tym tempie, to nigdy nie dotrzemy z lekarstwem na czas - dodała Dawn załamanym głosem - A do tego wszystkiego jeszcze czeka nas starcie z tym całym M, kimkolwiek on jest.
- Musimy iść dalej, kochani. Nie wolno nam się poddać! Ash na nas liczy! - powiedziałam odważnie, chociaż podzielałam zdanie dziewczyn.
Anabel spojrzała na mnie uważnie i uśmiechnęła się do mnie.
- Serena ma rację. Nie wolno nam się poddać - powiedziała bojowo - Trzeba iść naprzód!
- Ale to daleko, a mnie stopy już odpadają! - jęknął Clemont.
- Ja mam, co prawda lepszą kondycję, ale i tak padam z nóg - dodał Brock.
- Więc co mamy zrobić? Poddać się? - zapytałam załamana widząc, że robi się nieciekawie.
- Możesz się poddać, jeżeli chcesz mieć kłopoty - odezwał się nagle z góry jakiś znajomy, kobiecy głos.
- Ale zwycięstwu bardziej niż upadki, potrzebne są wzloty - dodał po chwili równie mi znajomy męski głos.
Podnieśliśmy głowy w górę i naszym oczom ukazał się wówczas wielki balon w kształcie głowy Meowtha. W jego koszu siedziała dobrze nam już znana dwójka ludzi, która dalej deklamowała:
- By uchronić świat od dewastacji…
- By zjednoczyć wszystkie ludy naszej nacji…
- Poddawaniu się i jęczeniu nie przyznać racji…
- By gwiazd i lekarstwa dosięgnąć, będziemy walczyć...
- Jessie!
- James!
- Zespół R wyjątkowo dziś nie walczy w służbie zła...
- Więc zamiast się poddać do wspólnej walki o leki z nami stań!
- Miau! To fakt! - miauknął gadający Meowth, wychylając lekko swoją głowę z kosza balonu.
- Zespół R! - krzyknęliśmy wszyscy jednocześnie.
Ich widok tutaj bardzo nas zdziwił, a ponadto mocno zdenerwował. W końcu doskonale wiedzieliśmy, że ich obecność ściąga tylko kłopoty. No i czego oni teraz więc mogliby chcieć, jak nie tego, aby nam zaszkodzić?
- Czego wy znowu chcecie?! Nie ma z nami Pikachu, którego moglibyście ukraść! - zawołała bojowym tonem Misty.
- A my mamy teraz ważniejsze sprawy na głowie niż użeranie się z wami! - dodałam bojowym tonem.
Jessie i James parsknęli śmiechem, gdy usłyszeli nasze słowa.
- Wasze głąbowe główki jak zwykle nie umiały uważnie wysłuchać naszego motta - powiedziała Jessie z kpiną w głosie.
- A ponieważ nie chcemy je powtarzać, to po prostu powiemy wam wprost, o co nam chodzi - dodał James.
- Właśnie! Chcemy wam pomóc uratować głąba! - miauknął Meowth.
- CO?! Wy chcecie nam pomóc?! Śmiechu warte! - zawołałam.
- Mówimy poważnie - rzekł Meothw - Dajemy wam słowo honoru, że mamy jak najbardziej uczciwe zamiary.
- I że chcemy wam pomóc ocalić głąba - dodała Jessie.
- Jak to?! Przecież zawsze chcecie nam przeszkadzać! Skąd taka nagła zmiana nastawienia?! - zapytała Dawn.
- To jest pierwsze rozsądne pytanie, jakie nam dzisiaj zadaliście, kochanie - stwierdziła Jessie.
- Może się wam to wydawać dziwne, ale tak naprawdę nie chcemy, aby ten wasz głąb umarł lub pozostał w wiecznej śpiączce - dodał James.
- Bo wtedy, kogo niby byśmy mieli okradać z jego wiernego i tak bezcennego dla nas Pikachu? - zaśmiał się Meowth, rozkładając lekko łapy.
- A skąd w ogóle wiecie, że Ash jest w śpiączce?! - zapytałam.
- Właśnie, to dość podejrzane - dodał zaintrygowany tym faktem Brock.
- A może wy stoicie za wypadkiem Asha?! - rzucił oskarżycielsko Clemont.
- Głąbie w okularach, ty chyba nie znasz za dobrze Zespołu R, jeżeli sądzisz, że jest do tego zdolny - miauknął niezadowolonym tonem Meowth, jakby poczuł się obrażony.
- Spuścić komuś manto to potrafimy, ale mokra robota? To nie nasza działka - dokończył jego myśl James.
- A odpowiadając na wasze pytanie, muszę wam wyjaśnić, że to my byliśmy przebrani za pielęgniarzy w szpitalu, w którym przebywa wasz Ash - rzekła Jessie - Daliśmy ci tam zresztą słowo, moja kochana, że zrobimy wszystko, co się da, aby wybudzić twego chłopaka ze śpiączki. Teraz tego słowa dotrzymujemy.
Gdy to powiedziała, od razu przypomniałam sobie pielęgniarza i pielęgniarkę, których spotkałam przed wyjściem ze szpitala. Od początku wydawali się nam oni dziwnie znajomi, ale jakoś nie zastanawiałam się nad tym aż do teraz. A więc to byli oni. Stąd więc wiedzieli, co spotkało Asha. Odnalezienie nas potem na pewno nie stanowiło dla nich problemu.
- Ale nie mamy czasu na głupie dyskusje! Chcecie naszej pomocy, czy nie? - zapytał Meowth, spuszczając nam z balonu drabinkę sznurową.
Spojrzałam pytająco na moich przyjaciół czekając na to, co też oni powiedzą. Nie wiedziałam, czy mam ufać Zespołowi R, w końcu to byli nasi wrogowie. Ale lot ich balonem na pewno trwa zdecydowanie krócej niż próba dojścia do groty pieszo, pomyślałam sobie. A poza tym, w razie gdyby próbowali jakiś sztuczek, to nas było sześciu, a ich tylko trzech.
Moi przyjaciele widocznie myśleli tak samo, gdyż dość szybko wspięli się po drabince sznurowej do kosza. Ja weszłam tam ostatnia, ale przedtem spojrzałam pytająco na Anabel. Ta zaś, czując moje wszystkie myśli, powiedziała mi:
- Nie wyczuwam w ich sercach fałszu. Oni naprawdę chcą nam pomóc.
- Skoro tak mówisz, to możemy im zaufać. Ten jeden raz - mruknęłam nie do końca przekonana, po czym wspięłam się po drabince na górę, gdy Anabel już to zrobiła.
Choć na pewno trudno w to uwierzyć, jednak już po chwili wszyscy razem lecieliśmy z Zespołem R w kierunku góry, której szukaliśmy.
- Tam może być niebezpiecznie. Nie boicie się? - zapytałam Zespół R nieco zadziornym tonem.
- Co?! My mielibyśmy się bać? - rzekła wręcz oburzonym tonem Jessie - Daj spokój, głąbinko. Niebezpieczeństwo to ja wdycham nosem i wydmuchuję ustami.
- A ja nie wiem, co to strach - dodał James, prężąc dumnie mięśnie.
- Ty w ogóle mało co wiesz - mruknął złośliwie jego koci kompan.
Dotarliśmy do gór tak w niecałą godzinę. Następnie Meowth wypatrzył przez lornetkę grotę, więc wylądowaliśmy przed nią, po czym weszliśmy do jej środka. Co prawda, jej ciemność nas przerażała, jednak wiedzieliśmy, że i tak nie mamy innego wyjścia, jak tylko szukać w niej ostatniej wskazówki. Na całe szczęście, mieliśmy ze sobą latarki, dlatego nie zabłądziliśmy w mroku. Clemont, co prawda jako jedyny nie posiadał przy sobie tego jakże praktycznego przedmiotu, jakim jest latarka, ale za to jego wierny plecak zawierał tak wiele pożytecznych gadżetów, jak choćby bardzo duża lampka na długiej rączce, którą oświetlał nam drogę. Prócz tego Jessie wypuściła swojego Pumpkaboo, a ten światłem wydzielanym ze swych oczodołów jeszcze bardziej oświetlał nam drogę.
Grota, przez którą szliśmy, ciągnęła się niemal w nieskończoność i kiedy już zaczęliśmy tracić nadzieję, że cokolwiek w niej odnajdziemy, to nagle, ku swemu ogromnemu zdumieniu, doszliśmy nagle do ogromnej, skalnej ściany.
- To ślepy zaułek! - zawołałam załamanym głosem.
- Nigdzie dalej już nie dojdziemy! - powiedział Brock, rozglądając się.
- To wobec tego, gdzieś tutaj powinna być ostatnia wskazówka - stwierdziła Anabel, również się rozglądając - Tak przynajmniej pisze w liście.
- Tam jest! Widzę ją! To chyba to! Mała kartka papieru! - zawołał Meowth, wskazując palcem to, o czym mówił.
Podbiegłam do kartki i podniosłam ją z ziemi. Chciałam ją odczytać, ale pech chciał, że moja latarka właśnie straciła moc.
- Nie widzę liter, a jest za ciemno. Może mi ktoś poświecić? - zapytałam - Bo moja latarka właśnie odmówiła posłuszeństwa.
Clemont podszedł wówczas do mnie i uruchomił w swym plecaku niewielką rączkę, w której była latarka.
- Dzięki, Clemont - podziękowałam mu radośnie, po czym zaczęłam czytać to, co było napisane na kartce:
Gratuluję wam, detektywi...
Dotarliście na sam koniec trasy. Teraz więc zostaje wam tylko rozszyfrować ostatnią zagadkę. Nie będzie ona jednak pisana wierszem, gdyż tym razem jedynie pozwolę sobie na zawarcie dwóch jakże mądrych sentencji, które chyba najlepiej oddadzą całą sprawę. Spróbujcie zatem zgadnąć, o co chodzi, jeśli jesteście dość mądrzy, aby to zrobić.
A więc oto dwie mądre sentencje, które pomogą wam dotrzeć do mnie.
Pierwsza brzmi tak: to, przed czym właśnie stoicie, nie jest tym, na co wam wygląda.
Druga zaś brzmi tak: w jedności wasza siła.
Powodzenia.
M.
- W jedności siła? To, przed czym stoimy, nie jest tym, na co wygląda? Co to niby ma być?! - miauknął wściekle Meowth.
- To mają być niby wskazówki? - zapytała Misty - Jak dla mnie, brzmi to jak cytat ze szkolnego podręcznika.
- Wstyd mi to przyznać, ale masz rację. To brzmi dość trywialnie - mruknęła złośliwie Jessie.
- A jak dla mnie, to brzmi bardzo mądrze - powiedział przemądrzałym tonem James - W końcu, tylko razem możemy odnieść sukces.
- Doprawdy? Więc w takim razie, panie mądry, wymyśl coś, co mamy zrobić teraz? - warknęła na niego jego koleżanka z pracy.
- A ty myślisz, że co ja innego w tej chwili robię?! - odpowiedział jej kompan urażonym tonem.
- Uspokójcie się wreszcie oboje! - krzyknęłam na nich wściekła - Przecież w ten sposób, na pewno nie pomożemy Ashowi!
- Właśnie! To po prostu kolejna zagadka. Musimy ją rozwiązać, żeby odkryć, jak ocalić Asha - zawołała Dawn uspokajającym głosem.
- Ale jak mamy to zrobić? Przecież nawet nie wiemy, o co tutaj chodzi - rzekł Clemont, rozkładając bezradnie ręce.
Brock podszedł bez słowa do ściany i zaczął ją dokładnie opukiwać. Anabel uczyniła to samo i już po chwili oboje spojrzeli na nas z uśmiechem.
- Wiecie co? Chyba właśnie rozwiązaliśmy tę zagadkę - powiedział Brock radosnym głosem.
- Dokładnie tak - dodała Anabel z uśmiechem - Brock, wyjaśnił im.
- Z przyjemnością - odpowiedział jej mój przyjaciel, po czym zawołał wesoło: - Widzicie? Ta ściana w rzeczywistości nie jest ścianą, ale kolejnym przejściem do kolejnej groty.
- Co? Jesteś tego pewien? - zapytałam zaintrygowana jego słowami.
- Oczywiście. Wiesz, za długo już przebywam pomiędzy Pokemonami typu skalnego, aby nie umieć rozróżniać skały, wśród których one żyją.
- Powiedziałabym znowu „Co ma piernik do wiatraka“ gdyby nie to, że twoje słowa brzmią sensownie - stwierdziła zadziornie Misty.
- Zwłaszcza, że zgadzają się ze słowami w liście - dodała Dawn.
- Wszystko brzmi bardzo pięknie, ale co dalej? Jak mamy niby przejść przez tę ścianę, pytam się? - zapytał sceptycznym głosem Meowth.
- Ależ to bardzo proste. Wystarczy, że wszyscy razem na nią natrzemy, a ona się przesunie jak drzwi obrotowe - wyjaśnił Brock.
- No jasne! Brock, masz rację! To, co widzicie, nie jest tym, na co wygląda! - zawołałam uradowana - To nie jest ściana, tylko wejście.
- No to na co jeszcze czekamy?! Głąb na nas liczy! - rzekł Meowth, po czym pierwszy natarł na ścianę.
- W jedności jest nasza siła! - krzyknęłam bojowo, po czym zrobiłam to samo, co Pokemon złodziej.
Wszyscy razem natarliśmy na ścianę i chociaż zajęło nam to trochę czasu, to jednak ściana się przesunęła zgodnie z zapowiedzią Brocka i odsłoniła przed nami przejście do następnej groty.
- Ekstra! Brock, jesteś genialny! - zawołałam zadowolona.
- Wiem, ale bardzo dziękuję, że to zauważyłaś - odpowiedział Brock, pusząc się przy tym jak paw.
- Świetnie! Teraz to już nigdy nie przestanie się chwalić - mruknęła bardzo niezadowolonym tonem Misty, kręcąc załamana głową.
Nie zwracając na to uwagi, weszliśmy wszyscy do środka. Wtedy to oczom naszym najpierw ukazała się ciemność, potem jednak, jak na zawołanie, rozjaśnił ją blask lamp, które najwidoczniej ktoś tutaj wcześniej ustawił. Rozejrzeliśmy się uważnie dookoła, ale nikogo poza nami tu nie było.
- Toto, mam wrażenie, że nie jesteśmy już w Kansas - powiedziałam, gdyż nie wiedzieć czemu odezwała się we mnie chęć pożartowania.
- Słucham? O czym ty mówisz? - zdziwiła się Misty.
- O niczym... Taki jeden film mi się teraz przypomniał. Nieważne zresztą... - zachichotałam, po czym spoważniałam i bardzo głośno zawołałam: - Hej, M! To my! Przyszliśmy tak, jak chciałeś!
- Kimkolwiek jesteś, gamoniu, lepiej wyłaź i stawaj z nami do walki! - ryknął wściekle Meowth.
- Właśnie! Oddaj nam lekarstwo dla mojego brata! - dodała bojowym tonem Dawn.
Chwilę później, w ciemności zabłyszczała para groźnych oczu, a zaraz za nią kolejne i kolejne. Zanim się zorientowaliśmy, wszędzie już było pełno tych oczu.
- Co to jest? - zapytałam przerażona.
- Coś mi mówi, że to są chyba jakieś Pokemony, którym najwyraźniej nasza obecność tutaj przeszkadza - stwierdził Clemont, trzęsąc się ze strachu.
Miał rację, o czym przekonaliśmy się już chwilę potem, kiedy z ciemności wynurzyły się różne dzikie, polne Pokemony. Dostrzegłam wśród nich Beedrilla, Rhyhorna, Blastoise’a i Elekida, ale prócz tego wiele innych stworków. Wszystkie najwyraźniej były na nas strasznie wściekłe, o czym świadczyły ich groźne miny.
- Oj, coś mi mówi, że zaczyna się tutaj robić gorąco! - jęknęła Jessie, mocno przytulając się do Jamesa.
- Najwidoczniej nie jesteśmy tu zbyt mile widziani - dodał James, szczękając zębami ze strachu.
- No proszę. I to mają być te osoby, które niebezpieczeństwo wciągają nosem i wydmuchują ustami - mruknęłam niezadowolona.
- A do tego jeszcze nie wiedzą, co to strach - dodała złośliwie Dawn.
- Hej, gamonie! Spójrzcie lepiej w oczy tych Pokemonów! Przecież one są jak w transie! - zawołał nagle Meowth.
- Tak, to prawda. Ktoś te wszystkie Pokemony zahipnotyzował! - zauważyła Anabel, przyglądając się uważnie naszym napastnikom.
- Zahipnotyzował? - zdziwiłam się - Po co ktoś miałby to robić?
- I co ważniejsze, kto to zrobił? - spytała Misty.
Odpowiedź na to pytanie bardzo szybko się pojawiła przed naszymi oczami, ponieważ już po chwili z ciemności wynurzył się jeszcze jeden Pokemon. Był on ogromny, podłużny i miał dziwaczne znaki na ciele, z których to bił lekki blask. Posiadał on również ohydny, papuzi dziób, zaś jego macki, wystające mu z głowy, sprawiały, że miało się jeszcze większe ciarki na plecach.
Od razu go rozpoznałam. Clemont i Zespół R także.
- Malamar! - zawołałam.
- Tak, to jest Malamar! - dodał Meowth - Najgorszy Pokemon psychiczny na całym świecie.
- I to nie byle jaki Malamar - stwierdził Clemont, poprawiając sobie na nosie okulary - Coś mi mówi, że to ten sam Malamar, którego dwukrotnie już mieliśmy nieprzyjemność spotkać w Kalos.
- CO?! - krzyknęli Jessie i James - Chcesz powiedzieć, że to jest ten Malamar, który kiedyś zrobił z nas swoje marionetki?!
- Dokładnie ten sam - powiedział wynalazca i spojrzał na nas - Misty, Dawn, Anabel, Brock! Uważajcie, aby pod żadnym pozorem nie patrzeć na światło, które z niego bije! Inaczej was też zahipnotyzuje!
- A więc to Malamar był tym tajemniczym M! - zawołał Brock.
- Jeszcze nigdy nie widziałam Pokemona, w którego sercu jest tyle nienawiści i zła - powiedziała Anabel - Czuję, że to on jest odpowiedzialny za to wszystko, co nas spotkało. Mam rację?
Malamar zaczął coś wtedy mamrotać w swoim języku. Meowth natychmiast przystąpił do tłumaczenia.
- On mówi, że mamy rację, ponieważ to on zahipnotyzował aptekarza, który wykonał wszystkie jego polecenia. Najpierw potrącił samochodem głąba. Malamar miał nadzieję, że popadnie on w ciężki stan i będzie mu potrzebne to lekarstwo. Dzięki swoim szpiegom, czyli kilku latających Pokemonom, które zahipnotyzował, dowiedział się, co spotkało waszego głąba i wiedział już, że jego plan zadziałał nawet lepiej, niż sobie planował. A potem, na jego polecenie, aptekarz ukrył tutaj lekarstwo dla głąba, napisał te wszystkie kartki i ukrył je tam, gdzie Malamar mu kazał. Później policja go zatrzymała, a Malamar czekał. Spodziewał się on, że tutaj przyjdziecie, żeby zdobyć lekarstwo dla waszego przyjaciela.
- I udało mu się! - zawołał wściekły Clemont - Iście diabelska intryga.
- Chwileczkę! Czy to ty zahipnotyzowałeś Dawn, aby udawała Asha i potem chciała go udusić? - zapytałam.
Malamar zachichotał i odpowiedział ponownie w swoim języku.
- Mówi, że jesteś bardzo bystra - zaczął tłumaczyć Meowth - Właśnie on to zrobił, aby uprzykrzyć twojemu chłopakowi życie. A zaraz potem, kiedy jego plan zawiódł, postanowił zrobić coś znacznie gorszego, czyli to, co teraz robi.
- Ale po co to wszystko? - zapytała Misty.
- Właśnie! Po co chcesz się mścić na moim bracie?! - krzyknęła panna Seroni.
Malamar ponownie zaczął coś mówić, a Meowth natychmiast pospieszył z tłumaczeniem jego wypowiedzi na nasz język:
- Mówi, że to jest zemsta za to, że ten głąb i cała reszta udaremnili jego dwa plany przejęcie władzy nad naszą planetą. Teraz zaś, skoro sami tak bardzo chętnie przyszliśmy w jego szpony, to zginiemy marnie ze świadomością, że nie zdołamy pomóc głąbowi.
Jak na potwierdzenie tych słów, wszystkie Pokemony zahipnotyzowane przez Malamara ruszyły groźnie w naszą stronę.
- Tak łatwo mu z nami nie pójdzie! Staniemy do walki! - zawołałam bojowym tonem.
- Nie poddamy się! Będziemy walczyć! - dodała Anabel, stając obok mnie.
- My również! - rzekła Dawn, robiąc to samo.
- Właśnie! Nie boimy się! - zawołał Clemont - Czy się boimy?
Załamana zasłoniłam sobie oczy dłonią. On czasami mnie osłabiał.
Pomimo pewnych wątpliwości ze strony niektórych osób w naszej paczce, ostatecznie wszyscy razem stanęliśmy do walki, wypuszczając swoje Pokemony, aby walczyły ze sługami Malamara. On sam zaś ulokował się wygodnie na jednej ze skalnych półek i zaczął obserwować całe starcie niczym widz na trybunie naszą walkę. Niestety, była ona mizerna, ponieważ nasze Pokemony mocno ustępowały sługom, czy raczej niewolnikom Malamara, którym ten dodawał co chwila nowych sił za sprawą swoich mocy. Pomimo tego, nie poddaliśmy się. Ja, Anabel, Misty, Brock, Dawn, Clemont, Jessie i James walczyliśmy bardzo dzielnie, wydając raz za razem komendy swoim Pokemonom. Meowth z kolei wprawiał w ruch swoje pazury furii i bez skrupułów znaczył nimi swoich przeciwników.
Anabel wypuściła do walki swoje Pokemony, czyli Alakazama, Metagrossa i Espeona. Niestety, chociaż były one typami psychicznymi, ich moce były za słabe, aby złamać moc Malamara, dlatego niestety, nie zdołały one wyciągnąć naszych przeciwników z transu.
- Obawiam się, że nie wygramy tej walki! - krzyknęła do mnie Misty.
- Masz rację! Tracimy tylko czas! Musimy zdobyć lekarstwo dla Asha zanim będzie za późno! - zawołałam bojowym tonem.
Malamar słysząc moje słowa zachichotał i zaczął coś mówić.
- Mówi, że lekarstwo znajduje się na najwyżej skalnej półce tuż pod sufitem - przetłumaczył jego słowa Meowth - Dodał też, że jeśli chcesz je dostać, to musisz się po nie wspiąć, ale on ci tego nie ułatwi, wręcz przeciwnie.
- Nieważne, czy mi to ułatwi, czy nie ułatwi! Dostanę to lekarstwo, choćby to miało ostatnie, co zrobię w życiu! - zawołałam i ruszyłam biegiem w stronę skały, z której mogłam wspiąć się do mego celu.
- Idę z tobą, Sereno! - krzyknęła Anabel.
Malamar widząc to, od razu nakazał swoim niewolnikom zaatakować mnie ze wszystkich swoich mocy. Na szczęście Alakazam, Metagross oraz Espeon Anabel, która biegła tuż za mną, osłaniały mnie przed ich atakami. Pomagali im w tym Inkay Jamesa, a także Pumpkaboo Jessie. Już chwilę później, jeden z niewolników Malamara, Blastoise, zaatakował mnie wielkim słupem wody, ale na szczęście w ostatniej chwili wyskoczył przede mną Wobuffett Jessie i odbił ów cios Lustrzaną Powłoką. Podziękowałam mu i ruszyłam dalej, a za mną biegła Anabel razem ze swoimi „przyjaciółmi“, jak ich nazywała.
Malamar jednak przygotował dla nas więcej niespodzianek, gdyż po chwili ziemia się pod nami rozstąpiła i zrobiła się ogromna przepaść, której nie byłam w stanie przeskoczyć.
- Nie przeskoczymy tego! - krzyknęła Anabel.
Zanim zdążyłam jej odpowiedzieć, zostałam uderzona promieniem Malamara, zaś w mojej głowie wybuchła się jakaś przerażająca rewolucja. Wszelkie odgłosy walki umilkły, zamiast tego usłyszałam jedynie mroczny głos:
- Znam twoje myśli... Wszystkie twoje pragnienia... Twoje lęki... O tak! Te znam najlepiej. Wiem, czego się obawiasz.
Przede mną stanęły natychmiast widma Asha, Delii, mojej mamy oraz Misty. Byli przeźroczyści i mieli jakieś strasznie groźne miny. Wiedziałam, że oni nie są prawdziwi, ale i tak się ich przestraszyłam.
- Co ty tutaj w ogóle robisz, dziecko? - zapytało mnie widmo Delii Ketchum - Porywasz się z motyką na słońce. Daj sobie lepiej spokój.
- Nie potrafisz nic zrobić jak należy. Zawsze przynosiłaś mi wstyd. Żałuję, że mam tak żałosną córkę - mówiła wizja mojej mamy.
- Nie potrzebuję cię! Nie potrzeba mi tak żałosnej i słabej dziewczyny jak ty - dodało widmo Asha.
- Ash będzie szczęśliwszy ze mną. Zostaw go w spokoju! Odejdź stąd i daj nam spokój! - rzekło widmo Misty.
- Odejdź stąd! Nie potrzebujemy cię i nie kochamy! Nikt cię nie kocha! Nikt z nas nigdy cię nie kochał! - mówiły jednocześnie wszystkie okrutne widma.
Przez chwilę, w moim sercu pojawiły się obawy, że to, co one mówią prawdą. Może ja naprawdę jestem nikim i nie jestem nikomu do niczego potrzebna? A jeśli tak, to może nie warto się wysilać w czymkolwiek?
Nagle poczułam na moim ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciłam się za siebie i zobaczyłam Anabel, która patrzyła na mnie uważnie.
- Sereno... Nie poddawaj się. Nie poddawaj się!
- Odejdź stąd! Nie jesteś nikomu potrzebna! Odejdź już stąd! - mówiły dalej bezlitosne widma.
- Nie poddawaj się, Sereno! Nie poddawaj się! - dodawała mi otuchy Anabel.
Zacisnęłam dłonie w pięści i spojrzałam wściekła na wszystkie widma, które dalej powtarzały mi, że nie jestem nikim i nie jestem nikomu potrzebna.
- Nie boję się was! Was tu tak naprawdę wcale nie ma! - krzyknęłam wściekle - Nie boję się widm! Nie boję się wizji swego własnego lęku! NIE PODDAM SIĘ!
To mówiąc, ruszyłam biegiem przed siebie. Wówczas to widma zniknęły, a przede mną ukazała się przepaść. Wzięłam zamach i skoczyłam przez nią.
- Alakazam! Pomóż jej! - zawołała Anabel.
Pokemon szybko wykonał to polecenie, dzięki czemu udało mi się sprawnie wylądować na drugim brzegu przepaści. W tej samej chwili jednak, uderzył we mnie kolejny silny cios, tym razem od Blaistose’a Malamara, a już chwilę później otrzymałam silny, elektryczny strzał od Elekida. Zanim zdążyłam się otrząsnąć, to otrzymywałam cios za ciosem, na szczęście do chwili, w której Pokemony moich przyjaciół zdążyły zająć ich uwagę swoimi osobami. Niestety, było już za późno. Zmęczona doczołgałam się do skały, po której miałam się wspiąć na górę, ale już nie zdołałam tego zrobić. Ataki wrogów osłabiły mnie do tego stopnia, że całkiem opadłam z sił.
- Ash... Wybacz mi... Ja już nie mogę... Wybacz mi, proszę... - jęknęłam i upadłam zmęczona na ziemię.
Upadając zauważyła, że z plecaka wypadła mi laleczka zrobiona przez Latias. Chwyciłam ją ostatkiem sił w swoje palce, choć tak w sumie nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Chwilę później usłyszałam obok siebie czyjeś kroki. Spojrzałam w górę i zobaczyłam... Asha stojącego nade mną z uśmiechem na twarzy. Nie wyglądał on jednak tak groźnie jak poprzednie widmo, które go ukazywało. Ten Ash patrzył na mnie tak, jak patrzył na mnie zawsze, czyli z troską oraz miłością w oczach.
- Chcesz się poddać, Sereno? - zapytał delikatnym tonem.
- Nie mam wyboru, Ash... Nie mam już siły - odpowiedziałam mu ze łzami w oczach.
- Nieprawda. Masz w sobie więcej siły niż myślisz - rzekł na to Ash - Tą siłą jest twoja miłość do mnie.
- Moja miłość? A co to niby za siła?
- Jak to? Nie wiesz? To jest największa siła na całym świecie, Serenko. Nie ma większej ani potężniejszej od niej siły. Dzięki niej nigdy nie jesteś sama. Masz mnie. Chodź... Skopmy tyłek Malamarowi.
- Ale ja nie wiem, gdzie on ma tyłek - zachichotałam.
Ash odpowiedział mi wesołym uśmiechem, po czym wyciągnął prawą dłoń w moją stronę i powiedział:
- Hej, Różowa Panienko! Nigdy się nie poddawaj, tylko walcz! Daj mi rękę!
Spojrzałam na niego, po czym znowu na moich przyjaciół, którzy wraz ze swoimi Pokemonami zawzięcie walczyli z niewolnikami tego łajdaka Malamara. Wówczas w moich uszach zaczęły brzmieć słowa:
I jedno wiem, nie poddam się.
Ze wszystkich sił próbować chcę.
Ni kroku wstecz, to ważna rzecz.
Wy z drogi mej zabierajcie się precz!
Dalej!
Nie wiecie, co w moim sercu się kryje!
Chcę żyć i przeżyję!
Nigdy nie ulegnę.
Nigdy nie ulegnę wam, nie!
Kto nie dotrze do fal, nie popłynie na ich grzbiecie.
A wy tak właśnie chcecie.
Nigdy nie ulegnę!
Nigdy nie ulegnę wam, nie!
Chcę wolnym być! Chcę żyć!
Uśmiechnęłam się zadowolona do Asha i podałam mu dłoń. Po chwili stałam już na nogach, zaś w moich żyłach krew znowu zaczęła szybciej krążyć. Obraz Asha zniknął, a zamiast niego uśmiechała się do mnie Anabel, która najwidoczniej zdążyła już przeskoczyć przepaść.
- Dalej, Sereno! Naprzód! Wspinaj się, śmiało! Ja i moi przyjaciele będziemy cię osłaniać! - zachęcała mnie bojowym tonem.
Zadowolona pokiwałam głową na znak zgody, po czym zaczęłam się wspinać na górę. Anabel zaś z pomocą Alakazama, Metagrossa i Espeona zaczęła odbijać wystrzeliwane w moją stronę ataki Pokemonów Malamara. Tymczasem ja raz za razem zawzięcie wspinałam się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu dosięgłam ręką najwyżej półki skalnej, na której dostrzegłam małą fiolkę. Wiedziałam doskonale, że to musiało być lekarstwo dla Asha. Wyciągnęłam w jego kierunku rękę. Jeszcze tylko chwilka i będzie moje, pomyślałam sobie. Jeszcze tylko kawałeczek. Już je prawie mam…
Z trudem, ale mi się to udało i już po chwili ściskałam fiolkę w ręku. Ledwo jednak je chwyciłam, a straciłam oparcie pod stopami i runęłam w dół. Ale zamiast spaść w przepaść i zginąć w bólach, poczułam, że lewituję. Zdumiona otworzyłam powoli oczy, które przedtem ze strachu zamknęłam i zobaczyłam przed twarzą jakiegoś dużego, białego Pokemona, który unosił się w powietrzu tuż obok mnie i po chwili postawił mnie swą mocą obok mych przyjaciół równie zdumionych, co ja. Kilka sekund później przeniósł do mnie Anabel i jej Pokemony.
Przyjrzałam się uważnie mojemu wybawcy. Był to dość duży, biały Pokemon przypominający swoim wyglądem skrzyżowanie kota ze stereotypowym kosmitą z typowych filmów o UFO.
- To Mewtwo! - zawołał zdumiony Brock.
- W rzeczy samej, to on! - dodał równie zdziwiony Meowth.
- Mewtwo tutaj? Co on tu robi? - spytała Misty.
- Mewtwo? A co to za Pokemon? - spojrzałam na nią pytająco.
- To jest jedyny w swoim rodzaju psychiczny Pokemon, klon słynnego Mew - wyjaśniła mi Misty - Został dawno temu stworzony przez naukowców.
- Mieliśmy już okazję z Ashem i Misty go spotkać i to dwa razy - wyjaśnił Brock - Za pierwszym razem był do nas nieprzychylnie nastawiony.
- Co najśmieszniejsze, to nasz szef kazał go stworzyć - rzekł Meowth.
- Że co?! Mewtwo stworzono na rozkaz Giovanniego?! - nie mogłam wyjść ze zdumienia po usłyszeniu tych słów.
- Zgadza się - odezwał się nagle dziwny głos, nie należący jednak do nikogo z naszej brygady ratunkowej.
Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że należy on do Mewtwo. Ten Pokemon wyraźnie mówił do mnie, choć nie poruszał przy tym ustami.
- On mówi do ciebie telepatycznie - wyjaśniła mi Anabel.
- Dokładnie tak. Słyszę twoje myśli i mogę również przekazywać ci swoje - powiedział do mnie bardzo spokojnym głosem Mewtwo - Twoi przyjaciele mają rację. Zostałem stworzony przez człowieka jako klon Mew. Miałem być sługusem ludzi, ale ja nie chciałem tego. Znienawidziłem ludzi za to, że byłem traktowany przez nich jak przedmiot. Chciałem kiedyś zniszczyć całą waszą rasę, jednak Ash Ketchum, ten wyjątkowy chłopiec, zniweczył moje plany, przy okazji ucząc mnie, że świat nie jest taki zły, jak go oceniałem. A potem ten sam chłopiec, którego wy chcecie ocalić, uratował mi życie. Teraz ja uratuję jego.
- Skąd wiesz, że Ash ma kłopoty? - zapytałam zdumiona.
- Pokemony, które mi pomagają, od dawna obserwowały na moje polecenie Malamara i powiadomiły mnie o jego planach - odpowiedział Mewtwo - Niestety, nie udało mi się udaremnić zamach na Asha, ale teraz, kiedy wreszcie znalazłem kryjówkę tego łotra, zamierzam się z nim zmierzyć.
Malamar zsunął się z miejsca, na którym dotychczas siedział i nagle zaczął coś mamrotać swoim papuzim dziobem.
- Tak, Malamar! Nareszcie się spotykamy, ty łotrze! Uciekłeś mi wtedy, kiedy zniszczyłem twoją planetę wraz z resztą twoich parszywych ziomków - wymruczał Mewtwo - Ale tym razem już mi nie umkniesz. Walcz i zmierz się ze mną!
Chwilę później, oba Pokemony zaczęły nawzajem atakować się potężnymi, psychicznymi ciosami. Mewtwo uderzył w Malamara jednym silnym promieniem, a ten stracił na chwilę kontakt ze wszystkimi Pokemonami, które kontrolował. Te ocknęły się i przestały nas wówczas atakować. Same wręcz były zaskoczone tym, co one tutaj robią.
- Nie czekajcie dłużej! Uciekajcie stąd, szybko! Pomóżcie Ashowi! - zawołał Mewtwo, patrząc na nas - Ja zajmę się Malamarem!
- Nie możemy go tutaj zostawić! - krzyknęłam przerażona.
- Uszanujmy lepiej jego ostatnią wolę i zwijajmy się stąd! - krzyknął Meowth, rzucając się jako pierwszy do ucieczki.
Nie chciałam zostawić Mewtwo samego, ale posłuchałam rady tego nędznego złodziejaszka i ostrożnie chowając fiolkę z lekarstwem dla Asha w swoim plecaku, ruszyłam biegiem w stronę wyjścia z groty. Moi przyjaciele zrobili to samo, jednak wcześniej wszyscy schowaliśmy szybko do pokeballi nasze Pokemony, a te, które to były w niewoli u Malamara, wybiegły za nami z groty i pobiegły od razu do swoich domów w lesie.
Chwilę później, cała nasza dzielna drużyna siedziała już w balonie Zespołu R, którym natychmiast wyruszyliśmy w kierunku Alabastii. Jednak zaskoczyło nas to, co się stało chwilę później. Ledwie bowiem odlecieliśmy od góry, a rozległ się bardzo głośny wybuch, który mocno nas odrzucił do przodu. Zrobiło się też sporo dymu, a kiedy ten opadł, naszym oczom ukazał się smutny widok.
- Patrzcie! Grota! - zawołał Meowth, wskazując ją pazurem.
- Zasypana! - dodali Jessie i James.
- Zaraz! Czy to oznacza, że Mewtwo i Malamar... - Dawn spojrzała na mnie zapłakanym wzrokiem.
- Obawiam się, że tak - powiedziałam i zdjęłam natychmiast kapelusz z głowy na znak szacunku dla bohaterskiego Pokemona.
- Biedny Mewtwo, tak dzielnie za nas walczył - rzekła Misty zasmuconym głosem.
- Poświęcił się, aby spłacić swój dług wdzięczności wobec Asha - powiedział uroczystym głosem Brock, jakby był na pogrzebie.
- Pamięć o jego bohaterstwie już na zawsze pozostanie w naszych sercach - dodał Clemont równie uroczystym tonem.
Anabel nic nie mówiła, ale z jej twarzy łatwo wywnioskowałam, że jest ona tak samo przygnębiona tym, co się stało, jak my.
- Nie opłakujcie mnie jeszcze - usłyszeliśmy nagle czyiś głos.
Naszym oczom ukazał się Mewtwo, lekko unoszący się w powietrzu tuż przy balonie Zespołu R.
- Mewtwo! Ty żyjesz?! - zawołaliśmy wszyscy radosnym głosem.
- Jak widać tak - odpowiedział nam Pokemon dość wesołym tonem.
- A co z Malamarem? - zapytał Clemont.
- On niestety, przeżył. Uciekł, jak zawsze zresztą robił - rzekł Mewtwo - Gdy podczas walki uderzyliśmy obaj w ściany groty, ta zaczęła się zawalać. Ten drań zrozumiał wtedy, że nie ma szans i czmychnął stamtąd. Ale nie lękajcie się. Ja go jeszcze dopadnę i wymierzę mu sprawiedliwość.
Wieść o ocaleniu Mewtwo przyćmił nam fakt, że ta nędzna i podła kreatura Malamar jednak uciekł, ale cóż... Najwidoczniej nie można było mieć wszystkiego. Pogodziliśmy się z tą świadomością, po czym jeszcze raz podziękowaliśmy Pokemonami za pomoc. On zaś odpowiedział nam:
- Ależ nie ma za co, przyjaciele. Robię to wszystko dla jednego, naprawdę wyjątkowego człowieka, który pokazał mi, jak niezwykli potrafią być ludzie. Mam nadzieję, że kiedyś na tym świecie będzie więcej takich jak on. Sereno... wylecz go i pomóż mu wrócić do życia. Zasługuje on na to.
- Ale ten balon strasznie się wlecze! W takim tempie, to my nie dotrzemy do Alabastii na czas! - załkałam smutno i nieco zdenerwowana.
- Niestety, kochana moja... To nie jest ani sterowiec, ani samolot - mruknął niezadowolonym tonem Meowth - Jak ci się nie podoba, to możesz wybrać inne linie lotnicze. O ile oczywiście, jakieś znajdziesz na tym pustkowiu.
Mewtwo lekko zachichotał pod wpływem tej wymiany zdań.
- To żaden problem. Moje moce wam pomogą.
To mówiąc, użył swoich mocy i już po chwili balon odepchnięty jakąś wielką siłą poleciał przed siebie w kierunku Alabastii. Zanim się obejrzeliśmy, byliśmy na miejscu. Zadowoleni wysiedliśmy z balonu i pożegnaliśmy się z Zespołem R.
- Nie ma za co, głąby pospolite - zaśmiała się złośliwie Jessie.
- To była wyjątkowa akcja z naszej strony - dodał James.
- Następnym razem zaś zabierzemy wam Pikachu i po problemie - zamruczał wesoło Meowth.
- Mimo wszystko i tak wam dziękujemy - uśmiechnęłam się radośnie do nich i pomachałam im ręką.
Balon Zespołu R uniósł się w górę, po czym wpadł z silniejszym podmuchem wiatru na drzewo i uderzył w gałąź, po czym w balonie zrobiła się dziura, a cały pojazd poleciał z zawrotną szybkością przed siebie.
- Zespół R znowu błysnął! - odezwał się głośny, rozpaczliwy krzyk i już po chwili trójka złodziejaszków zniknęła nam z oczu.
- Och, oni chyba już nigdy się nie zmienią - westchnęłam głęboko, po czym zaśmiałam się - Ale nieważne. Mamy lekarstwo i tylko to się liczy!
- Właśnie! Pora wreszcie wybudzić naszą śpiącą królewnę. Już i tak za długo spała - dodała wesoło Dawn.
***
Niedługo potem, profesor Oak podał Ashowi lekarstwo. Aparatura, do której mój ukochany był podłączony, zaczęła wskazywać, że serce mojego chłopaka, dotąd pracujące niepokojąco wolno, nagle zaczęło bić szybko, aż w końcu wróciło do normalnego rytmu. Mój luby jednak niestety, dalej się nie obudził. Poczułam wówczas, jak w oczach zbierają mi się łzy rozpaczy. Załamana nie wiedząc już, co mam zrobić, podeszłam powoli do niego i wyszeptałam:
- Ash... Kochanie moje... Ukochany... Wróć do nas, proszę... Wszyscy bardzo cię kochamy... Potrzebujemy cię... Ja cię potrzebuję…
To mówiąc, pochyliłam się nad nim i delikatnie pocałowałam go w usta, a następnie opadłam głową na jego pościel i zaczęłam płakać. Siedzący obok mnie Pikachu również piszczał załamany. Delia zaś wtuliła się mocno w ramię Stevena Meyera, który to objął ją czule do siebie. Stojący obok nich Josh Ketchum (przybył on tego samego dnia, w którym ja z przyjaciółmi wyruszyłam po lekarstwo dla Asha), położył zaś dłoń na ramieniu roniącej łzy Dawn. Nikt z nas nie wiedział, co ma powiedzieć, aż tu nagle i zupełnie niespodziewanie…
- Pikachu... Czemu płaczesz, maleńki?
Gdy usłyszałam ten głos, podniosłam szybko głowę i spojrzałam w kierunku, z którego on dobiegał. Zobaczyłam wówczas te cudowne oczy koloru orzechowej czekolady, wpatrujące się we mnie uważnie.
- Hej, Różowa Panienko. Dlaczego płaczesz? - zapytał słabym głosem Ash, wyciągając powoli rękę w moją stronę.
- Och, Ash! Ty żyjesz! Kochany mój! - zawołałam łapiąc mocno jego rękę i tuląc ją do siebie.
- Synku mój! Ash, syneczku! - łkała Delia, obejmując mocno głowę Asha do swojej piersi.
- Mamo... Udusisz mnie - wyjęczał Ash ze śmiechem na ustach.
Delia puściła go więc i Ash zobaczył ojca stojącego obok niej.
- Cześć, tato…
- Cześć, Ash. Nie dałeś się chorobie, co nie?! Pokonałeś tę śpiączkę! - zaśmiał się wzruszonym głosem Josh Ketchum - Wiedziałem, że ci się uda, synku!
- Nie mogłem przecież was zostawić. Zbyt dobrze się przy was czuję - rzekł Ash i złapał mnie za czule rękę - A ty, Sereno... Musisz mi wszystko opowiedzieć, co się działo, gdy mnie nie było.
- Dobrze, Ash. Opowiem ci, jednak jeśli pozwolisz, zrobię to jutro, bo dzisiaj jestem strasznie zmęczona - powiedziałam ziewając głośno.
- Domyślam się - uśmiechnął się do mnie Ash - Domyślam się.
Tymczasem Dawn widząc, że jej bratu nic nie dolega, najpierw rzuciła mu się na szyję i wycałowała go chyba ze sto razy, po czym złapała mocno w objęcia Pikachu oraz Piplupa i zaczęła z nimi tańczyć dookoła własnej osi. Dołączyła do niej Bonnie razem ze swoim Dedenne. Wesoły nastrój udzielił się wszystkim, bo zdecydowanie wszyscy mieliśmy teraz ogromny powód do radości. Oprócz Dawn, Asha wycałowały również Delia, Bonnie, Misty, Melody i Latias, która zdążyła już odzyskać wszystkie siły. Anabel poprzestała jedynie na jednym buziaku, chociaż bardzo czułym, ja zaś ze śmiechem patrzyłam na to wszystko oraz zachichotałam, gdy mój luby pod wpływem buziaków się zarumienił.
- A więc jednak Ash się rumieni od buziaków – zachichotałam.
- Dziwisz się? Po tylu buziakach naraz? - odpowiedziała mi Anabel.
- A ty mnie nie pocałujesz? - zapytał wesoło Ash.
- A co? Jeszcze ci mało? - zaśmiałam się.
- No, czuję jakby trochę niedosyt - parsknął ze śmiechem mój chłopak.
Uśmiechnęłam się rozbawiona i pocałowałam Asha delikatnie i czule w usta, na co wszyscy zareagowali głośnym „UUUUUU!“.
- No, już dobrze, dosyć tego dobrego! A teraz wszyscy mi stąd sio, ale już! Muszę zbadać naszego bohatera - powiedziała pielęgniarka, wchodząc do sali.
- Przepiękna pani! A może zbadasz i mnie?! - zawołał Brock, podbiegając do niej i łapiąc ją za dłonie.
Zanim jednak pielęgniarka zdążyła mu coś odpowiedzieć, Misty podeszła do chłopaka i złapała go mocno za ucho.
- Jak się zaraz nie uspokoisz, to ja cię zbadam! - mruknęła odciągając go od obiektu westchnień.
C.D.N.











Nie no, po prostu - nic dodać, nic ująć! :D Piękne cudo :)
OdpowiedzUsuńI to na końcu - UUUUU po prostu mnie rozwaliło. Ehhh,
czemu to jest aż tak za**biste? :/
Historia po prostu zwaliła mnie z nóg, kochanie! :) Piszesz naprawdę fantastyczne historie, masz talent, no po prostu nie da się tego opisać! :)
OdpowiedzUsuńA wiec jednak! Domyślałam się, że to chodzi o Malamara i jego zemste na Ashu, ale nie wiedziałam dlaczego on chciał to zrobić. Nie ma co, mściwy z niego Pokemon, żeby takie rzeczy wyprawiać. No no jestem pod wrażeniem. :)
I miło zaskoczył mnie zespół R, który wyjątkowo pomógł naszym bohaterom. Chociaż oczywiście pod koniec musieli pokazać swoją złośliwą naturę. :D
Zakończenie mnie naprawdę wzruszyło, aż jedna delikatna łezka pociekła z mojego oka. :)
Ogólna ocena: 10/10 :)
,,Wzruszające zakończenie" Czy masz rację? Tak, masz rację. Gdybym to ja pisał to w formie moich pokescenariuszy, to pewnie zamiast wzruszenia dałbym coś w stylu: Clemont *No, teraz już OK, a teraz idźcie się ruchać" Albo jako gościa w szpitalu dałbym Poliwaga... TEGO Poliwaga. Ale naprawdę mi się podobało i zgadam się z tym komentarzem w 100%
UsuńMewtwo i Team Rocket? miłe zaskoczenie
OdpowiedzUsuńPo tobie to się prędzej spodziewałem nawet narracji w postaci prof. Sycamore'a... A dziewczyna? I w dodatku tzwn. ,,głąbina" ??? Nie no, pozytywne zaskoczenie, mimo że seriny nie lubię zbytnio
OdpowiedzUsuńUUUUUUUUUUUUUUUUU!!! Kronikarz wydał najlepszą historię xD
OdpowiedzUsuń