środa, 20 grudnia 2017

Przygoda 008 cz. I

Przygoda VIII

Wyścig z czasem cz. I

Opowiadanie to dedykuję mojemu koledze Ashowi z USA, którego pomysłowość przyczyniła się do powstania tego opowiadania.


- No i jak tam? Odkryłeś już coś ciekawego? - zapytałam Asha z delikatnym uśmiechem na twarzy.
W chwili, gdy to mówiłam, mój chłopak przyglądał się właśnie fioletowemu beretowi, który dziś rano znaleźliśmy na łące. Najwidoczniej pod wpływem wiatru owo nakrycie głowy zleciało komuś z czaszki i poleciało tak daleko od swojego właściciela, że ten nie zdołał już go odnaleźć. Właściwie to powinnam powiedzieć  właścicielka, a nie właściciel, bo jako miłośniczka mody z łatwością rozpoznałam, że ów beret jest zdecydowanie żeńskim nakryciem głowy, co Dawn, gdy tylko go jej pokazaliśmy, potwierdziła.
W Ashu natychmiast odezwał się detektyw i wieczorem postanowił przyjrzeć się dokładniej temu tajemniczemu przedmiotowi, jak sam go nazwał. Usiedliśmy więc we dwoje i dokonaliśmy detektywistycznych oględzin beretu. Właściwie to tylko Ash to robił, siedząc po turecku na dywanie oraz obserwując uważnie przez lupę owo znalezisko. Ja z kolei zaś usiadłam na łóżku, patrząc na poczynania mego chłopaka z uwagą, choć być może i lekkim politowaniem.
- Hmm... Wiesz co, Serenko? Dokonuję już od kilkunastu minut oględzin tego przedmiotu i myślę, że mogę już chyba co nieco powiedzieć o osobie, która go nosi - odpowiedział w końcu na moje pytanie najsłynniejszy detektyw Alabastii.
- A czy to jest w ogóle możliwe? - spytałam zdumiona jego słowami.
- To oczywiste, że tak. Ostatecznie Sherlock Holmes to potrafił - zaśmiał się delikatnie Ash, patrząc na mnie promiennie.
- Wiesz, kochanie... Nie chciałabym tu się wymądrzać, ale on istnieje tylko w literaturze - powiedziałam, obdarzając mojego chłopaka promiennym uśmiechem, pełnym miłości i czułości, ale też i lekkiej ironii.
- Ja zaś istnieję naprawdę i może nie posiadam wszystkich zdolności tego wielkiego detektywa, ale jestem pewien, że obserwując uważnie ten beret, mogę co nieco powiedzieć o jego właścicielu - stwierdził na to Ash.
Przyjrzałam się ponownie owemu nakryciu głowy, które mój chłopak trzymał w swoich rękach, nie dochodząc jednak do żadnej konkluzji i powiedziałam:
- Nie wiem, co ten kawałek materiału może ci powiedzieć, bo ja tam niczego ciekawego w nim nie dostrzegam.
- Przeciwnie, moja kochana Sereno. Dostrzegasz wszystko, ale nie wyciągasz z tego odpowiednich wniosków - rzekł na to Ash.
Zaśmiałam się delikatnie.
- A więc w takim razie co ten beret ci powiedział?
Detektyw zachichotał wesoło.
- Prawdę mówiąc, ten beret nic mi nie powiedział, bo jak dotąd jeszcze z nim nie rozmawiałem. Obejrzałem go sobie jednak dokładnie i mogę ci powiedzieć, że nosi go kobieta lub też dziewczyna dość inteligentna, raczej zamożna, a prócz tego wysportowana. Ma włosy koloru kwiatu lilii, które myje chyba regularnie dobrym szamponem. Podejrzewam też, że ta dziewczyna bywa niekiedy dosyć roztrzepana, a przynajmniej lubi się poważnie nad czymś zamyślić, co jednak nie przeszkadza jej uczyć się haftować oraz szyć, to zaś dowodzi posiadania przez nią przynajmniej zalążków zaradności.
Słysząc te słowa, wybuchnęłam gromkim śmiechem. Te rozważania brzmiały wręcz pięknie, to prawda, jednak również bardzo fantastycznie, bo w końcu skąd mój chłopak mógł to wszystko wiedzieć? Z obserwacji beretu?
- Ash... Ja wiem, że zawsze lubiłeś puszczać wodze fantazji, ale teraz to już naprawdę przesadziłeś - powiedziałam.
Mój chłopak spojrzał na mnie uważnie i delikatnie się uśmiechnął.
- Ale ja to mówię zupełnie poważnie, Sereno.
- I to wszystko wyczytywałeś z tego żeńskiego nakrycia głowy?
- Dokładnie tak - odpowiedział mi Ash wciąż z uśmiechem na twarzy.
Załamana uderzyłam się otwartymi dłońmi w kolana.
- Ech, no to w takim razie, ja jestem głupia jak but. Powiedz mi, proszę, skąd wnioskujesz, że ta dziewczyna jest dość inteligentna?
- To kwestia wielkości tego przedmiotu - powiedział Ash i nałożył sobie beret na głowę - Widzisz? Beret pasuje na mnie idealnie, a ja jestem osobą jak myślę, dość inteligentną. A więc inna osoba o takiej głowie nie może być głupia, bo taka głowa jak moja musi zawierać choć trochę oleju.
Zaśmiałam się rozbawiona, słysząc jego wyjaśnienia.
- No dobrze... Jak na mój gust, to jest trochę naciągane, ale niech ci będzie - powiedziałam z uśmiechem - A dalej? Skąd wiesz, że jest zamożna?
Chłopak przyjrzał się uważnie beretowi i odparł:
- Dawn twierdzi, że berety takiego typu, to najnowszy krzyk mody tam, skąd ona pochodzi. Jeśli więc właścicielkę stać na taki beret to musi być dość zamożna. Nie mówiąc już o tym, że prawdopodobnie pochodzi z regionu Sinnoh, skoro kupiła sobie taki beret.
- Niekoniecznie. Może równie dobrze pochodzić z innego miejsca na świecie i po prostu podróżować - stwierdziłam.
- Owszem, to jednak tylko potwierdza moją teorię, że jest ona dość zamożna - powiedział detektyw, dalej się uśmiechając.
Popatrzyłam na niego uważnie i zapytałam:
- No dobrze, a dalej? Skąd wiesz, że jest wysportowana?
- Beret jest nieco wilgotny, co dowodzi, że dziewczyna niekiedy w nim biega - wyjaśnił mi Ash - Jednak wilgoć nie jest wcale wielka, a więc wyraźnie widać, że właścicielka tego cacuszka nie poci się zbyt mocno, co wskazuje z kolei na to, że jest wysportowana.
- A liliowe włosy?
Mój luby uśmiechnął się i podał mi do ręki kilka włosów.
- Zostały wewnątrz beretu. Mają one kolor kwiatu lilii, a do tego też pachną lasem. Wnioskuję zatem, że musi ona używać jakiegoś dobrego szamponu. Włosy wyglądają na zadbane.
- Ekspert od włosów się znalazł - zachichotałam wesoło, po czym zapytałam: - A skąd wnioskujesz, że ta dziewczyna jest niekiedy roztrzepana i że lubi się ona zamyślać?
- To bardzo proste. Ten beret jest w kilku miejscach połatany. Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale przy dokładnych oględzinach już tak. Wnioskuję więc z tego, że dziewczyna często się zamyśla lub jest niekiedy dość roztrzepana, przez co nieraz gubi swój beret i potem musi go naprawiać. Prócz tego, beret ma kilka drobnych plamek błota, których właścicielka najwidoczniej nie zauważyła. To zaś potwierdza moją teorię, że jest roztrzepana. Osoba dbająca o swój wygląd, z całą pewnością by takie plamki zobaczyła i wolałaby już umrzeć z głodu we własnym domu niż wyjść z niego po zakupy w berecie, który ma takie plamy.
- No dobrze, masz więc odpowiedzi na wszystkie pytania... - powiedziałam i nagle przypomniałam sobie coś - Chwileczkę. A skąd wiesz, że uczy się szyć?
- Jak już powiedziałem, ten beret jest w kilku miejscach delikatnie połatany. Właścicielka przynajmniej trzy razy już musiała go cerować. Niestety, nie robiła tego zbyt sprawnie, bo ściegi nie są najlepszej jakości.
- Może dała go do zacerowania?
- Nie. Wtedy ściegi byłyby idealne, a te nie są. Dziewczyna dopiero uczy się porządnie szyć, co dowodzi oczywiście, że jest ona osobą zaradną, a przynajmniej ma w swoim charakterze zalążki zaradności, bo jak zapewne wiesz, umieć szyć to zdolność, którą obecnie nie posiada każda kobieta.
Załamana usiadłam na łóżku i popatrzyłam uważnie na mojego ukochanego, czując, że śmiech miesza się na ustach mi z podziwem.
- Ty naprawdę jesteś geniuszem, Sherlocku Ashu - powiedziałam.
- Wiem. Ale miło mi, że to potwierdzasz - zachichotał zawadiacko Ash.
Rzuciłam go delikatnie poduszką na znak, aby przestał on się już chwalić, po czym zapytałam:
- I co zamierzasz z tym fantem zrobić?
- Nic, skarbie. Oddam go do biura rzeczy znalezionych. Niech oni się martwią - stwierdził Ash, zawieszając beret na ramie łóżka.
- Iście detektywistyczne podejście do sprawy - powiedziałam nieco złośliwym tonem.
Ash popatrzył na mnie rozbawiony i delikatnie złapał mnie za rękę.
- Kocham cię również za twoje inteligentne docinki - powiedział.

***


Następnego dnia w restauracji był całkiem duży ruch, jak to zwykle ostatnimi czasy bywało, odkąd Ash zaczął energicznie podchodzić do swojej pracy. Klienci z największą przyjemnością przychodzi do lokalu „U Delii“, żeby zapoznać się z jej słynnym szefem personelu, który tak umie obsługiwać klientów jak nikt inny na świecie. Delia promieniała mówiąc, iż jest bardzo dumna z syna i dodawała, że ja również powinnam być dumna z tak pracowitego chłopaka, który zapowiada się na doskonałego męża. Lekko się zarumieniłam na twarzy, słysząc te słowa, po czym odpowiedziałam, że jak najbardziej jestem dumna, ale na razie o ślubie z Ashem nie mówiłam, aby nie zapeszyć i przypadkiem nie przyciągnąć złego. Nie żebym wierzyła w przesądy, ale lepiej jest chyba dmuchać na zimne. Delia słysząc to, co powiedziałam, tylko się zaśmiała i rzekła:
- Zapeszyć, kochanie, to mogą jedynie ludzie małej wiary oraz słabi, którzy nie tylko nigdy nie wierzą w siebie, ale również wszędzie się doszukują zła oraz niebezpieczeństwa. Zapewniam cię więc, Sereno, że jeżeli szukasz w ludziach i na świecie tylko zła, to zawsze to zło znajdziesz. Mama mi to powtarzała, gdy byłam dzieckiem i jestem pewna, że miała rację. Należy być dobrej myśli oraz wierzyć w siebie. Ash jest tego samego zdania. Jak nie wierzysz, zapytaj go.
- Nie muszę, bo ja wiem, że on też tak myśli - odpowiedziałam z uśmiechem radości na twarzy -  Znam go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, co on powie. Wdał się w ciebie, Delio. Wdał się całkowicie w ciebie.
- Czy całkowicie, to tego nie wiem, kochanie. Pamiętaj, że każde dziecko ma w sobie trochę z ojca, a trochę z matki. Taka mieszanka wybuchowa.
- Pewnie tak jest. Ale coś mi mówi, że Ash ma w sobie więcej cech twoich niż swojego ojca.
Delia uśmiechnęła się do mnie i pocałowała mnie w czoło. Widać dla niej, tak samo jak i dla Asha, tego rodzaju słodki buziak miał naprawdę ogromne znaczenie oraz był symbolem prawdziwej, bezinteresownej miłości lub przyjaźni. Nie kryłam się z tym, że bardzo mi się ten symbol podobał.
Delia Ketchum pocałowała mnie bardzo czule w czoło, po czym uśmiechnęła się lekko i powiedziała, żebym sprawdziła, czy na sali jest wszystko w porządku. W końcu, jak sama powiedziałam, lepiej dmuchać na zimne.
Poszłam na salę i upewniłam się, że wszystko jest tam w należytym porządku. Postanowiłam więc wrócić do kuchni, kiedy nagle zaczepił mnie jeden z klientów siedzący właśnie przy jednym ze stolików. Był to młody chłopak ubrany w białą rozpinaną bluzę, wystającą spod niej białą koszulę oraz luźne, fioletowe spodnie. Na głowie nosił on czapkę z daszkiem, zaś na nos miał osadzone przeciwsłoneczne okulary.
- Przepraszam bardzo. Chcę o co zapytać - rzekł chłopak grzecznym i bardzo uprzejmym tonem.
- Proszę więc pytać - odpowiedziałam chłopakowi z uśmiechem.
Chłopak uśmiechnął się do mnie delikatnie i powiedział:
- Pragnę zapytać, czy właścicielką tej restauracji jest pani Ketchum?
- Naturalnie. Pani Delia Ketchum - odpowiedziałam - Dziwi mnie to, że ktoś tego nie wie. Każdy w Alabastii zdaje się to wiedzieć.
- A czy jej krewnym jest może pan Ash Ketchum?
Zaśmiałam się delikatnie, słysząc pytanie chłopaka.
- Oj, czy taki z niego „pan“ to ja nie wiem, ale że jest jej krewnym to pewne. W końcu, to jej syn.
- Syn? Ash Ketchum jest synem Delii Ketchum?
- Nie wiedział pan o tym?
Chłopak słysząc moje słowa, uśmiechnął się nagle w jakiś taki dziwny, wręcz niezrozumiały dla mnie sposób.
- Pan? He he he. Pan... He he he... Zabawne.
- Co w tym takiego zabawnego? - zapytałam nie rozumiejąc, o co mu chodzi i czemu się śmieje.
- Nieważne. Tak tylko sobie gadam. Ale ja nie jestem żaden pan. Nie musisz tak do mnie mówić, moja droga. A więc mówisz, że Ash Ketchum jest synem Delii Ketchum? - upewnił się tajemniczy chłopak.
- Nie inaczej. Jest jej synem - odpowiedziałam.
Chłopak ponownie się uśmiechnął, po czym dodał:
- A gdzie można go znaleźć? Bo mam do niego sprawę.
- To wy się znacie?
- Tak. Ja i Ash poznaliśmy się jakiś czas temu.
- I chce go pan... to znaczy... Chcesz go odwiedzić?
- Właśnie tak.


Spojrzałam uważnie na chłopaka i rozejrzałam się po sali.
- On tu pracuje jako starszy kelner. Wiesz, taki szef personelu.
- Szef personelu! No nieźle! Ależ wysoko zaszedł ten nasz Ash! - uśmiechnął się wesoło chłopak.
- Pewnie, że wysoko. Teraz akurat nie ma go na sali, ale tak za jakieś dwie godziny kończy on pracę i możesz się z nim zobaczyć, jeśli oczywiście masz tyle czasu.
- W sumie, to mam. Będzie mi miło, jeśli mu powiesz, że jestem.
- Ale kogo mam zapowiedzieć? - zapytałam coraz bardziej ciekawa, kim jest osoba, z którą rozmawiam.
- Możesz mu powiedzieć, że po pracy będzie na niego znajomy.
- I tylko tyle?
- Więcej nie trzeba.
Pokiwałam głową na znak zgody, po czym powróciłam do kuchni, zająć się swoimi obowiązkami. Dopiero później, podczas mycia naczyń, miałam wreszcie okazję powiedzieć Ashowi o tym, że pytał o niego jakiś chłopak. Zaintrygowany tym mój ukochany zapytał, jak on wyglądał. Opisałam mu go w najdrobniejszych szczegółach. Ash jednak rozłożył bezradnie ręce, mówiąc, że nie wie, kto to może być, choć oczywiście kogoś takiego kojarzy, ale niestety w żaden sposób nie umie przypisać nazwiska do tej postaci.
- Spokojnie, dowiesz się wszystkiego po pracy, bo on chce na ciebie poczekać i porozmawiać z tobą - powiedziałam z uśmiechem na twarzy.
- A! Skoro tak, to nie ma sprawy. Ja tam bardzo chętnie sobie z nim pogadam - odpowiedział mi mój chłopak, wyraźnie uradowany tą wiadomością.
- Ciekawe, który to znajomy Asha się u nas zjawił? - zastanawiała się na głos Bonnie, myjąc naczynia.
- Pewnie poznany przez niego podczas jego poprzednich przygód - stwierdził Clemont - Bo gdyby to był taki, który kiedyś podróżował razem z nami, to Serena z łatwością by go rozpoznała.
- No właśnie - rzekła Bonnie z uśmiechem na twarzy - Pewnie zaraz byś go poznała. Prawda, Serena?
- Oczywiście, żebym go rozpoznała - odpowiedziałam dziewczynce i bardzo czule pogłaskałam jej włoski - Przynajmniej tak mi się wydaje.
- Ciekawe, czy Ash go rozpozna - rzuciła dowcipnie Dawn.
- Mam nadzieję, choć nie obiecuję tego - stwierdził z uśmiechem na twarzy Ash - Wiecie, trochę już tych znajomych się poznało podczas podróży i trudni jest każdego z nich zapamiętać. Dziwne bardzo, że pamięta mnie jeszcze ktoś z tych osób, które widziałem zaledwie raz czy dwa i to w dodatku dawno temu.
- Prawdę mówiąc, Ash, to ciebie raczej trudno jest nie zapamiętać, kochanie - powiedziałam wesoło.
- Nie inaczej. Takiej zakazanej facjaty zapomnieć zdecydowanie się nie da - zachichotała Melody, trącając lekko chłopaka w ramię.
- Chciałaś chyba powiedzieć „bardzo prześlicznej buzi”. Zgadza się, Melody? - wystąpiła w obronie brata Dawn.
- Chciałam powiedzieć to, co powiedziałam, ale być może źle ubrałam swoje myśli w słowa - zaśmiała się Melody.
- Ty po prostu nie masz gustu - stwierdziła z ironią w głosie Misty - Ash to całkiem ładny chłopak. Może się podobać dziewczynom.
- Dziękuje za miłe słowa, Misty - powiedział Ash, lekko się przy tym prężąc i pusząc.
- No, no, no! Tylko nie myśl sobie zaraz nie wiadomo czego! Powiedziałam, że możesz się podobać, a nie to, że się podobasz - rzuciła żartobliwie rudowłosa - To są, jak pewnie wiesz, dwie różne rzeczy.
- Mnie Ash się podoba - zachichotałam, łapiąc mego chłopaka za rękę.
- Ty akurat, to nie masz specjalnego wyboru, Sereno. On w końcu jest twoim chłopakiem - stwierdziła z wyraźną kpiną w swoim głosie Misty - Ale tak prawdę mówiąc, moim zdaniem ty także masz dziwny gust. Ja bym tam się za Asha nigdy nie wydała.
- I vice versa, bo ja bym sobie ciebie nigdy nie wziął na żonę! No, bo co?! Taką złośnicę miałbym sobie na kark brać? Oj, nie! Jeszcze czego! - odpowiedział jej nieco zgryźliwie Ash.
Misty zdzieliła lekko chłopaka przez głowę ręcznikiem.
- Słucham? Że ja niby jestem złośnica, co?! Jak ja jestem złośnica, to ty jesteś babiarz i tyle!
- Ja?! Babiarz?! - zdziwił się Ash.
- A pewnie, że babiarz! Więcej ci powiem. Gorszego babiarza od ciebie to ja jeszcze nie widziałam!
Nagle do kuchni wszedł Brock.
- O czym tak dyskutujecie? - zapytał wesoło.
- A tak jakoś... O różnych sprawach damsko-męskich - zaśmiał się Ash.
- Damsko-męskich? No, to czemu nie zaczekaliście na mnie? Przecież to jest temat w sam raz dla kogoś takiego, jak ja - zachichotał wesoło Brock.
- Mała poprawka. Jednak widziałam większego babiarza - mruknęła niezbyt zadowolonym tonem Misty.
- Fakt. Masz rację. Podróżowałam w jego towarzystwie i poznałam go dobrze, więc muszę się z tobą zgodzić - dodała Dawn tonem znawcy.
Dalej rozmowa minęła nam już całkiem przyjemnie. Po zakończeniu mycia naczyń, wyszliśmy wszyscy z restauracji, aby poświęcić resztę wolnego czasu na przyjemności. Przed lokalem czekał już na nas chłopak, który chciał porozmawiać z Ashem. Widząc, że już wyszliśmy, a więc jesteśmy dyspozycyjni, podszedł do nas z wesołym uśmiechem na twarzy.


- Witaj, Ash. Miło cię znowu widzieć - powiedział chłopak.
Ash przyjrzał się tajemniczemu nieznajomemu i zapytał:
- My się znamy?
- Ależ oczywiście, że się znamy - odpowiedział wesoło nieznajomy, po czym zdjął czapkę z daszkiem i okulary przeciwsłoneczne - Nie poznajesz mnie?
Kiedy chłopak zdjął czapkę i okulary, to okazało się, że ma fioletowe włosy i oczy tego samego koloru. Natychmiast przypomniał mi się ów tajemniczy beret, a także liliowe włosy znalezione w jego wnętrzu. Zupełnie takie same jak włosy tego nieznajomego. Ale przecież to niemożliwe... Beret w końcu był na dziewczynę, a to jest przecież chłopak, pomyślałam sobie.
- Wow! Ale przystojniak! - pisnęła wesoło Bonnie, składając ze sobą dłonie w romantycznym geście.
- Nie inaczej. Jest bardzo przystojny - dodała Dawn, wpatrując się w chłopaka z nieudawanym zachwytem.
Ash tymczasem przyjrzał się uważnie swemu rzekomemu znajomemu, jakby chciał wydobyć z przepastnej czeluści swojej pamięci obraz tego osobnika, a już po chwili powiedział:
- Liliowe włosy... Liliowe oczy... Ten strój... Coś mi to przypomina.
- Podpowiem ci, Ash. Poznaliśmy się jakoś tak kilka lat temu - zaczął mówić chłopak - Podróżowałeś wtedy z Brockiem, May i Maxem. Zaatakował cię wtedy wściekłyt Beedrill, ale uspokoił go ktoś, kto umiał czytać w sercach Pokemonów.
Ash złapał się za głowę, po czym na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Chwileczkę! Teraz coś sobie przypominam! - zawołał wesoło - A czy potem nie zaatakował nas Zespół R i ten ktoś, kto mi pomógł uspokoić Beedrilla, potem pomógł mi również ich pokonać?
- Owszem, chociaż większe zasługi miał w tym czynie twój Pikachu - zaśmiał się wesoło chłopak - A potem poszliście wszyscy do domu, żeby się wysuszyć, bo podczas walki wpadliście do jeziora.
- Tak i wtedy właśnie się okazało, że osobą, która mi pomogła w walce jest dziewczyna, a do tego jeszcze Lider Sali, w której miałem właśnie walczyć - śmiał się radośnie Ash, odzyskując wspomnienia.
- O tak! Widzę więc, że mnie pamiętasz - powiedział mu chłopak - No więc? Już sobie przypominasz?
Ash uśmiechnął się radośnie od ucha do ucha, wyraźnie już sobie wszystko przypominając, po czym zawołał:
- Anabel!
- Miło mi cię znowu widzieć, Ash! - odpowiedziała mu osoba nazwana przez niego Anabel.
- Kopę lat! - zawołał mój chłopak, nie kryjąc się ze swoją radością i uścisnął po przyjacielsku tajemniczego nieznajomego.
Przyglądałam się temu wszystkiemu zdumiona, podobnie zresztą jak stojący obok mnie Clemont, Dawn i Bonnie.
- Chwileczkę? Czy Anabel to nie jest żeńskie imię? - zapytała Bonnie.
- Właśnie. Mnie tam zawsze wydawało się, że to jest imię dla dziewczyny - dołączyła do jej imienia Dawn.
- No, mnie w sumie też - dodał równie zdumiony Clemont.
Ash uśmiechnął się do nas zawadiacko i przedstawił nam swojego naprawdę niezwykłego znajomego.
- Sereno, Dawn, Clemoncie, Bonnie... Chciałbym wam kogoś przedstawić. To jest Anabel, moja dawna przyjaciółka.
- Przyjaciółka?! - zawołaliśmy całą czwórką mocno zdumieni.
Anabel zachichotała wesoło, widząc naszą reakcję.
- No cóż... Pewnie wszyscy myśleliście, że jestem chłopakiem, mam rację? - zapytała z uśmiechem na twarzy - Wielu ludzi tak myśli, gdy mnie pierwszy raz widzi. Ash też tak sądził, kiedy mnie poznał.
- Właśnie. A potem się wydawało, że tak nie jest, kiedy przyniosłem ci swoje mokre ubrania do rozwieszania nad kominkiem i zapytałem, czy nie przebierzesz się ze swoich mokrych ciuchów - dodał Ash.
- Dokładnie. A ja ci odpowiedziałam, że przebiorę się w pokoju obok.
- No tak. A ja myślałem, że to dlatego, że w pokoju, w którym rozmawialiśmy była May, ale ty mi powiedziałaś, iż to dlatego, że jesteś dziewczyną i nie chcesz się przy chłopakach przebierać.
- Ha ha ha! Właśnie. Ale byliście wtedy wszyscy zdumieni. Widzę, że twoi przyjaciele teraz są zdziwieni.
- A nie mamy powodów? - zachichotałam wesoło, ubawiona całą tą sytuacją - Przecież ubierasz się jak chłopak.
- Tak, tylko włosy masz trochę bardziej gęste i też bardziej puszyste - dodała Dawn - Choć i tak obcięte na krótko, do karku zaledwie.
- Wiem, to może trochę dziwne, ale ja zawsze się tak nosiłam. W ten sposób jest mi wygodniej - zaśmiała się Anabel.
- To kwestia gustu. Ja tam np. spodni nigdy nie noszę. Nie lubię ich i tyle - stwierdziłam - To jakoś tak nie po dziewczęcemu to nosić spodnie, przynajmniej moim zdaniem. Ale co kto lubi, to niech nosi. Ash raz nawet kieckę założył.
Mój luby zarumienił się na całej twarzy i powiedział:
- Musisz o tym opowiadać? To stare dzieje.
- Jakie tam stare! Całkiem świeże – zachichotałam i z miejsca opowiedziałam Anabel, jak to Ash przebrał się za Cygankę, żeby rozwiązać zagadkę.
Mój luby załamany zasłonił sobie lekko oczy dłonią, zaś Anabel zachichotała radośnie słuchając mojej opowieści.
- No proszę, Ash. Zaskoczyłeś mnie. Nie wiedziałam, że jesteś tak zdolnym aktorem - powiedziała z uśmiechem na twarzy - Jak tu wędrowałam, to słyszałam o twojej detektywistycznej działalności, którą niedawno rozpocząłeś. Co nieco już się wieści rozeszły na ten temat. Rozpowiadała je głównie pewna dziennikarka o imieniu Alexa. Może ją znasz?
- Alexa! No oczywiście, że ją znam! - zaśmiał się Ash - To bardzo do niej podobne opowiadać o mnie. Mam tylko nadzieję, że nie przesadziła za bardzo i nie ukazała mnie jak jakiegoś Supermana, bo do niego to mi raczej daleko.
- Nie, aż tak to nie popuściła wodzy fantazji, ale mówiła mi, że ostatnio jesteś znany jako Sherlock Ash, który rozwiąże każdą sprawę, jakiej się podejmie. Cóż... Wiedziałam, że posiadasz prawdziwe talenty, jednak o tym, że jesteś detektywem, a do tego jeszcze dobrym aktorem, to nie wiedziałam.
Ash podrapał się lekko zażenowany po karku.
- Jaki tam ze mnie aktor! Po prostu nauczyłem się dobrze przebierać i tyle. Co tam umiem, to moje i tego mi nikt nie zabierze.
- Jesteś skromny, to miłe. Ale naprawdę wiele dobrego o tobie słyszałam, gdy tu szłam. Podobno pomogłeś niedawno złapać bardzo groźną szajkę przestępców. Czy to prawda?
- No, taka sobie to była szajka, chociaż groźna była. To prawda - stwierdził skromnie Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał jakby na potwierdzenie Pikachu.
- Ash jest zbyt skromny, aby to przyznać, ale tak naprawdę gdyby nie on, to te dwie złodziejki, Annie i Oakley, długo by tu jeszcze grasowały - wtrąciłam się do rozmowy.
- Zgadzam się. Mój brat odwalił kawał dobrej roboty - dodała Dawn dumnym tonem.
- Brat? - zdziwiła się Anabel, słysząc te słowa - Ty jesteś siostrą Asha? Ash, nie wiedziałam, że masz siostrę.
- Ja sam długo tego nie wiedziałem. Dopiero niedawno to odkryłem - zaśmiał się mój chłopak i opowiedział jej w skrócie całą historię.
Bonnie tymczasem obserwowała uważnie Anabel i popatrzyła na mnie.
- Ja naprawdę myślałam, że to jest chłopak - powiedziała.
- W sumie to ja też - zaśmiałam się wesoło.
- I ja również - dodała Dawn.
- A ja to niby co? Też się pomyliłem - rzekł Clemont.
- E tam, braciszku! Ty jesteś chłopak, to mogłeś się pomylić - machnęła ręką Bonnie - Ale że my, dziewczyny, pomyliłyśmy się i nie poznałyśmy, że to nie jest chłopak? Ja nie wiem, jak to jest w ogóle możliwe.
- Najwidoczniej my, dziewczyny, nie rozpoznajemy przedstawicielek swojej płci, gdy są ubrane w dość nietypowy sposób - zaśmiałam się.
- Najwidoczniej - zachichotała Dawn.


Chwilę później z restauracji wyszli Brock, Misty, Melody i Latias. Cała ta oto czwórka postanowiła pójść do Centrum Pokemon i się wyspać na jutrzejszy dzień pracy. Widok Anabel bardzo ich zdziwił, zwłaszcza Brocka, który jednak od razu rozpoznał dziewczynę. Nie było w tym nic dziwnego, w końcu był on w drużynie Asha, kiedy ten zaznajomił się z Anabel, która również Brocka zapamiętała. Nawet wyraziła swoje lekkie zdumienie tym, że taki chłopak jak on, którego można by określić jako prawdziwego znawcę płci pięknej, mógł się aż tak pomylić podczas ich pierwszego spotkania i nie rozpoznać w niej dziewczyny? Brock zarumieniony na twarzy odpowiedział na to, że sam był tym bardzo zdumiony, ale najwidoczniej jego instynkt znawcy kobiet ten jeden jedyny raz mocno go zawiódł, co się niestety czasem zdarza.
Taką właśnie rozmowę zaczęliśmy, gdy całą grupą udaliśmy się do Centrum Pokemon odprowadzić naszych przyjaciół, którzy tam mieli swoje pokoje. Sama Anabel przyznała, że wczoraj wzięła sobie pokój w Centrum, dlatego tym chętniej nam będzie towarzyszyć w tym małym spacerze.
Po drodze, Ash zatrzymał się nagle, uderzył się dłonią w czoło, jakby właśnie o czymś sobie przypomniał, zdjął z ramion plecak i wyjął z niego beret, który ja i on wczoraj znaleźliśmy na drodze.
- Przepraszam, Anabel, ale mówisz, że jesteś w Alabastii od wczoraj.
- Tak, to prawda - potwierdziła dziewczyna.
- Powiedz mi więc, proszę, czy to może twój beret?
Anabel zaśmiała się i wzięła beret do ręki, po czym nałożyła go sobie wesoło na głowę.
- Oczywiście, że mój. Wiatr mi go zwiał wczoraj i nie mogłam go już znaleźć. Myślałam, że go zgubiłam. A ty go znalazłeś.
Ash spojrzał na mnie z uśmiechem na twarzy.
- A widzisz? Mówiłem ci, że wszystko, co zgadywałem, się zgadza.
- A co zgadywałeś? - zdziwiła się dziewczyna o fioletowych włosach.
- To dość długa opowieść, ale w sumie można ją streścić w kilku zdaniach - zaśmiałam się.
I streściłam ją Anabel, która zachichotała rozbawiona, gdy ją usłyszała.
- Widać, że Ash czytał opowiadania o Sherlocku Holmesie. Ten jego wywód na temat mojego beretu przypomina mi scenę z opowiadania „Błękitny karbunkuł“, w której Holmes na podstawie melonika wysnuł wnioski o jego właścicielu.
- Przyznaję, że to właśnie z tego opowiadania czerpałem mój sposób myślenia - zachichotał Ash, rumieniąc się na twarzy - Ale jak widać, moi mili, trafiłem w tych moich rozważaniach prosto w dziesiątkę.
- E tam! Miałeś po prostu farta i tyle - powiedziała złośliwie Melody.
- Albo zwyczajnie się popisywałeś, co jest dość zresztą typowe dla ciebie - powiedziała ironicznie Misty - Zawsze się lubiłeś popisywać.
- Hej! Przecież ja się nie popisuję! No, może troszkę, ale tylko czasami! - naburmuszył się nieco nasz detektyw.
Anabel wesoło zachichotała słysząc tę sprzeczkę.
- Ash, to żaden wstyd się czasem chwalić. Nie ma w tym nic dziwnego, że lubisz błyszczeć. Taki jest już twój charakter.
- Mój charakter? A skąd to wiesz? Ach! Zapomniałem, Anabel! Ty przecież umiesz czytać uczucia.
- Uczucia? - zdziwiłam się - Jak można czytać uczucia?
- Sama nie wiem, jak to jest, Sereno - powiedziała Anabel, uśmiechając się do mnie promiennie - Ja po prostu to umiem. Wystarczy, że spojrzę komuś uważnie w oczy, a umiem poznać uczucia, które biją z jego serca.
- WOW! To jest niesamowite! - zawołała Bonnie, podskakując wesoło - A u wszystkich tak umiesz, czy tylko u Pokemonów i niektórych ludzi?
- Prawdę mówiąc, to jeśli ktoś ma naprawdę silną wolę, to może ukryć przede mną swoje uczucia, ale ja rzadko spotykam takich ludzi - wyjaśniła nam Anabel - Nie, żeby Ash czy któreś z was miało słabą wolę. Powiedzmy raczej, że człowiek, który próbuje ukryć przede mną swe uczucia (nieważne, czy skutecznie, czy też nie), nie jest osobą, z którą bym chciała się zadawać.
- Dlaczego? - zdziwiła się Dawn.
- Bo osoba, która zamyka przede mną swoje serce, żebym nie mogła poznać jej uczuć, nie jest ze mną szczera. A ja nie lubię nieszczerych osób. Z waszych serc zaś czytam naprawdę bardzo wiele. Przykładowo ty, Sereno, kochasz Asha całym sercem i jesteś szczęśliwa, że zostałaś jego dziewczyną.
Zarumieniłam się lekko, kiedy to powiedziała.
- Tak, to prawda, Anabel. Masz rację, ale mam nadzieję, że Ash nie popadnie z tego powodu w samozachwyt.
Anabel zachichotała i spojrzała na Dawn.
- Ty, Dawn, bardzo kochasz, a nawet na swój sposób podziwiasz brata, choć jesteś zadziorna i czasem po prostu musisz się z nim posprzeczać.
- Tak, to prawda - zachichotała Dawn, drapiąc się lekko po głowie.
- Ty, Melody, uwielbiasz się z każdym droczyć, ale masz bardzo dobre serce. Ty, Misty, masz słabość do sprzeczania się z każdym, kto ma inne zdanie niż ty i rzadko przyznajesz się do błędów, choć czuję, że raczej rzadko je popełniasz. Ty, Clemont, masz wiele zapału do pracy i podziwu dla Asha, ale też nieco brakuje ci wiary w siebie. Musisz jej więc nabyć. Ty zaś, Bonnie, uwielbiasz być w centrum uwagi. Bardzo kochasz swojego brata, ale nieraz musisz się z nim pokłócić. Ty, Brock, masz słabość do kobiet, lecz tak naprawdę szukasz tej jednej jedynej. A ty, Latias, chcesz być człowiekiem, aby żyć tak jak osoby, które szczerze kochasz.
Anabel wygłosiła to wszystko z uśmiechem na twarzy, po czym dodała:
- To oczywiście jest tylko zarys tego, co można o was powiedzieć. Aby was lepiej poznać, musiałabym się przyjrzeć lepiej waszym sercom. Ale tak czy inaczej każde z was jest dobrym człowiekiem.


- Ty naprawdę masz wielki dar, Anabel - powiedziała zachwyconym głosem Misty - Powiedz mi, jak ty to robisz?
- Właśnie! Jestem tego strasznie ciekawa! - pisnęła radośnie Bonnie.
- W sumie, to sama nie wiem. Chyba się z tymi umiejętnościami urodziłam, bo nikt nigdy mnie tego nie uczył - odpowiedziała jej Anabel, spoglądając uważnie w niebo - Tak naprawdę jednak, to wszystko rozwinęło się we mnie, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką i chodziłam do lasu słuchać przyrody.
- Słuchać przyrody? - zdziwiła się Bonnie - Jak to?
- Właśnie! Jak można słuchać przyrody? - dodała równie zdumiona Dawn.
Anabel pochyliła się lekko nad rosnącym na trawie kwiatkiem i wyjaśniła, że zawsze umiała wyciszyć swój umysł do tego stopnia, że wszystko inne wokół niej przestawało istnieć, a zostawała jedynie ona i to, co chciała wysłuchać: kwiatek, drzewo, woda, Pokemon, serce człowieka.
Ash i Brock potwierdzili te słowa, a przy okazji opowiedzieli nam, w jaki sposób obaj poznali Anabel. Stało się to jakiś czas po odejściu z kompanii Misty. Wtedy to do Asha przyłączyła się May Hameron i jej młodszy brat Max Hameron. Oboje zostali członkami drużyny Asha i zaczęli podróżować z nim i Brockiem po świecie. Pewnego dnia, Ash postanowił pokonać wszystkich Siedmiu Mistrzów tzw. Strefy Walk znajdującej się w regionie Kanto, jego ojczyźnie. Szóstym z kolei Mistrzem do pokonania okazała się być piętnastoletnia Anabel, zwana też Damą Salonu. Ash z Brockiem, May i Maxem poznali ją w taki oto sposób, w jaki już nam opowiedzieli, ale nie wiedzieli, że jest ona Liderką Sali, z którą mój przyszły chłopak musiał się zmierzyć. Dowiedzieli się o tym dopiero wtedy, gdy doszło do walki. Pierwsze starcie Ash niestety przegrał z wynikiem 3:1. Alakazam Anabel pokonał raz za razem Corphisha, a potem Taurosa Asha, później zmierzył się z Pikachu, z którym przegrał, ale niestety dzielny elektryczny stworek stracił na tę walkę większość swoich sił na to starcie i z kolejnym Pokemonem Anabel, którym był Metagross, już nie dał sobie rady. Ash jednak nie poddał się i podjął kolejną próbę walki, tym razem starając się jakoś rozwinąć indywidualne cechy swoich  stworków. Anabel pomagała mu w tym, chociaż jako przyjmująca wyzwanie nie powinna tego robić, jednak ze względu na to, że wcześniej zaprzyjaźniła się ona z Ashem, nie potrafiła postąpić inaczej. Próbowała nawet nauczyć jego oraz May zdolności telepatycznego kontaktu z Pokemonami, ale niestety, nie udało jej się tego dokonać. Anabel tłumaczyła sobie to tym, że najwidoczniej ona sama posiada tak niezwykłe umiejętności tylko dlatego, iż prawdopodobnie się z nimi urodziła, co też oznaczało, że tych mocy nie można zdobyć nawet przez wzmożoną naukę. Pomimo to uznała, iż Ash ma wielki potencjał i jest w stanie ją pokonać, dała mu zatem możliwość rewanżowej walki, z której to chłopak skwapliwie skorzystał i tym razem pokonał wszystkie trzy Pokemony Anabel, nawet najpotężniejszego z nich wszystkich, Espeona. Pikachu poradził sobie z nim, chociaż nie było to wcale łatwe. Dziewczyna z dumą wręczyła Ashowi odznakę zwaną Symbolem Zdolności i dodała mu otuchy przed walką z ostatnim Mistrzem Strefy, która odbyła się w tzw. Piramidzie Walk. Ash nie bez trudy odniósł tam zwycięstwo, co też, jak sam zaznaczał, było w ogromnej mierze zasługą treningu i przyjaźni z Anabel.
- Później niestety się już więcej nie widzieliśmy - zakończył swoją opowieść Ash - Nie sądziłem, Anabel, że zechcesz przybyć do Alabastii i mnie odwiedzić.
- Oj, nie schlebiaj tak sobie. Przechodziłam po prostu nieopodal i pomyślałam sobie, że cię odwiedzę - powiedziała chichocząc Anabel - Tak naprawdę podróżuję już od miesiąca po różnych miejscach. Byłam nawet niedawno w regionie Sinnoh, gdzie kupiłam ten beret.
- Wiedziałem - zaśmiał się Ash i puścił mi oczko.
- Anabel, jesteś naprawdę niezwykła! - zawołała podnieconym tonem Dawn, zaciskając radośnie dłonie w piąstki.
Dama Salonu uśmiechnęła się do niej z lekkim pobłażaniem.
- Och, Dawn. Weź już nie przesadzaj. Ja po prostu mam pewne moce, których nie posiadają inni, ale to nie czyni mnie wcale osobą niezwykłą. Jeśli ktoś tu jest niezwykły, to twój przyrodni brat, który nie tylko, że jest wspaniałym detektywem, ale też odpowiedzialnym, zawziętym w dążeniu do celu trenerem, jak również i czułym, opiekuńczym starszym bratem, że już o byciu szczerze kochającym swoją dziewczyną chłopakiem nie wspomnę.
Ash zarumienił się lekko na twarzy i naciągnął sobie lekko czapkę na oczy, by nikt tego nie widział.
- Och, Anabel. Proszę, nie zawstydzaj mnie.
- No proszę, Ash się rumieni pod wpływem komplementów. To jakaś nowość - zachichotała złośliwie Misty, trącając ramieniem Melody.
- Właśnie. Bo ja myślałam, że on się rumieni tylko pod wpływem buziaków - zachichotała panna z Shamouti.
Latias również się zaśmiała i pokazała coś na migi. Anabel spojrzała na mnie i powiedziała:
- Latias twierdzi, że Ash na pewno się nie rumieni pod wpływem buziaków, bo się do nich już przyzwyczaił przy Serenie.
- To prawda - zaśmiałam się czując, że coraz bardziej lubię Anabel.
Dziewczyna była naprawdę przyjemna. Z opowieści Asha wynikało, że jest ona dwa lata starsza od mojego chłopaka, a pomimo to darzy go naprawdę wielkim szacunkiem, a może nawet podziwem. Wielkie znaczenie dla niej miało na pewno to, że potrafi on bez wahania ruszyć z pomocą przyjaciołom, jak i też Pokemonom (zarówno swoim, jak i cudzym), nie myśląc przy tym o własnym bezpieczeństwie. Anabel stwierdziła, że tylko ktoś o naprawdę czystym sercu, jak i też o wielkich umiejętnościach wewnętrznych może czegoś takiego dokonać. Gdy tak mówiła, to poczułam się nagle strasznie dumna, że jestem dziewczyną Asha Ketchuma.
Rozmyślając o tym wszystkim, szłam obok Asha i naszych przyjaciół, czasem tylko odpowiadając na ich dowcipne uwagi, aż dotarliśmy wszyscy do Centrum Pokemon. Brock z Misty, Melody i Latias pożegnali się z nami i udali do swoich pokoi. Anabel została z nami jeszcze trochę, aby pogadać. Opowiedziałam nam co nieco o sobie, o swojej miłości do przygody i Pokemonów, a także o tym, że stara się ona traktować każdego tzw. kieszonkowego potwora (jak to niektórzy ludzie je nazywali) jak swojego przyjaciela. Podkreślała to, nazywając często należące do niej Pokemony „swoimi przyjaciółmi“. Tą opowieścią wprawiła w zachwyt Dawn, a także Bonnie, która zacisnęła wesoło dłonie w piąstki i zapiszczała, radośnie przy tym podskakując:
- Jesteś tą jedyną!
I zanim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać, to padła przed Anabel na kolana, po czym wyciągnęła lewą rękę w jej stronę i zawołała:
- Proszę cię, zaopiekuj się moim bratem! Dobrze?



Znaliśmy ten widok z Ashem już od prawie roku, więc specjalnie nas on nie zdziwił ani nie zaszokował. Z kolei Anabel zdziwiła się lekko, delikatnie zmieszała i spojrzała na nas uważnie, jakby spodziewając się po którymś z nas wyjaśnień. Dawn zasłoniła sobie dłonią usta, aby nikt nie zauważył, że się dusi ze śmiechu, z kolei załamany Clemont zawołał zrozpaczonym głosem:
- Bonnie! Chyba z milion razy ci już mówiłem, abyś tak nie robiła! Dlaczego ciągle przynosisz mi wstyd?!
- Dlatego, że jesteś moim kochanym starszym bratem i się o ciebie troszczę! - odpowiedziała mu Bonnie i spojrzała ponownie na Anabel - Ale przecież nie mogę tego wiecznie robić, więc muszę znaleźć memu bratu kochającą i odpowiedzialną żonę! A ty jesteś odpowiednią kandydatką!
- Ja? Odpowiednią kandydatką na żonę? - zachichotała wesoło Anabel.
Załamany Clemont jęknął tylko głośno, po czym uruchomił ramię Aipoma w swoim plecaku i schwycił na nie Bonnie, która zaczęła krzyczeć:
- Hej! Dlaczego mi to robisz, co?! Ja tylko próbuję ci pomóc! Przestań! Puść mnie, Clemont! Proszę, Clemont! Puść mnie!
- Ale ja nie potrzebuję takiej pomocy, rozumiesz?! - jęknął jej starszy brat, po czym spojrzał na Anabel przepraszającym wzrokiem - Przepraszam cię za nią.
- Obiecaj mi, że przemyślisz moją propozycję. Proszę, zrób to! - zapiszczała wesoło Bonnie, gdy jej brat zaczął z nią uciekać na drugi koniec świata.
Spojrzeliśmy wszyscy na to wesołym wzrokiem. Dawn oraz jej Piplup nie ukrywali już, że cała scena ich ubawiła, czego dowodził fakt, że turlali się po ziemi ze śmiechu. Ja z Ashem chichotaliśmy lekko i popatrzyliśmy na Anabel, na której twarzy widniał uroczy uśmiech.
- Masz naprawdę uroczych przyjaciół, Ash - powiedziała wesoło.
- Mam nadzieję, że przez słowo „uroczych“ masz na myśli „uroczych“, a nie „walniętych“ - zaśmiał się do niej mój chłopak.
- Mój drogi przyjacielu. Jeśli mówię, że twoi przyjaciele są uroczy, to myślę, że są uroczy. Koniec i kropka - powiedziała mu ciepłym głosem Anabel.
- No, nie ukrywam, że mnie to cieszy - stwierdził radośnie Ash, a Pikachu zapiszczał wesoło na potwierdzenie jego słów.
Po tych słowach pożegnaliśmy się wesoło z naszą nową znajomą, ale przed odejściem musiałam ją o coś zapytać:
- Anabel, mam jeszcze jedno pytanie. Powiedz mi, czy umiesz szyć?
Dziewczyna pokręciła przecząco głową.
- Niestety nie, ale uczę się.
- Aha! To doskonale. To ucz się dalej - odpowiedziałam jej wesoło.

***


To się stało następnego dnia rano, kiedy szliśmy do pracy. Clemont z Bonnie i Dawn pełni zapału pobiegli nieco wcześniej od nas. Z kolei ja i Ash poszliśmy spacerowym krokiem w stronę restauracji „U Delii“. Po drodze rozmawialiśmy o Anabel, która wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie i miałam nadzieję, że zanim wyruszy ona w dalszą podróż, to zdążymy jeszcze się z nią spotkać. Ash też na to liczył.
Niestety, wesołą atmosferę przerwało nam straszne wydarzenie, które nieomal pozbawiło mnie mojego chłopaka na zawsze.
Szliśmy wtedy polną dróżką rozmawiając sobie wesoło oraz żartując, kiedy nagle, tuż za nami, zupełnie niespodziewanie i właściwie nawet nie wiadomo skąd, wyskoczył jakiś samochód. Pędził on z niewiarygodną prędkością i zauważyliśmy go dopiero w ostatniej chwili, gdy już był kilkanaście metrów za nami. Właściwie, to nie my, ale Pikachu, który poruszył nagle uszami i zapiszczał nagle przerażony.
- Pikachu, co się stało? - zapytał Ash.
Wtedy właśnie się odwróciliśmy i zobaczyliśmy, że jakieś kilkanaście metrów od nas jest samochód, który pędzi w naszą stronę i to z dość zawrotną szybkością. Strach sparaliżował nam ruchy. Mój chłopak zachował jednak jakimś cudem zimną krew i w ostatniej chwili odepchnął mnie na pobocze, ale sam nie zdążył uskoczyć. Samochód uderzył w niego z całą siłą, Ash zaś przeleciał ostro przez maskę i dach auta, po czym upadł na ziemię. Samochód tylko lekko zwolnił, gdy doszło do upadku, a następnie popędził dziko w swoją stronę i zniknął. Ash zaś tylko leżał nieprzytomny. Pikachu miał się trochę lepiej, ale widać było, że podczas wypadku też ucierpiał, bo choć samochód w niego nie uderzył, to jednak, kiedy Ash został potrącony, to jego starter poleciał dziko na bok, upadł mocno na ziemię i poobijał się dotkliwie.
Przerażona, pozbierałam się z pobocza cała podrapana na twarzy, na którą to upadłam. Skóra na dłoniach, którymi się próbowałam osłonić, zdarła mi się aż do krwi, ale nie przejmowało mnie to. Nie myślałam wtedy o sobie, tylko o Ashu. W ogromnym strachu o jego życie, podbiegłam do niego i złapałam go w objęcia.
- Ash! Kochanie! Ash! Proszę, obudź się! Słyszysz mnie, Ash?!
Niestety, na nic zdały się moje krzyki. Mój chłopak wciąż był nieprzytomny. Załamana złapałam go za głowę i wówczas zauważyłam, że mam na rękach krew. Nie była to jednak moja krew, ale Asha. Mój luby wskutek uderzenia upadł głową na coś twardego. Dowodziła tego mała, czerwona plama, jaka widniała na jednym z kamieni. Z kolei z potylicy mojego ukochanego ciekła mała, jednak zatrważająca stróżka krwi. Do tego jeszcze krew ciekła mu z boku, z którego wystawała jakaś niewielka, ale mocno wbita w żebra gałąź, co również wywołało krwotok.
- Boże, Ash! Nie! Błagam! Nie! Tylko nie to!
Przez chwilę panikowałam, potem jednak szybko zrozumiałam, że skoro ten podły kierowca uciekł z miejsca wypadku, to muszę sama zadziałać i to prędko, jeśli w ogóle chcę ocalić mojego chłopaka. Złapałam szybko kartkę papieru oraz długopis, po czym napisałam na niej wiadomość z prośbą o pomoc. Gdy ta była już gotowa, wypuściłam Fennekina, przywiązałam mu wstążką do szyi ową kartkę, a następnie nakazałam mu biec do Delii Ketchum. Pikachu pobiegł zaś z nim, aby się upewnić, że wiadomość bezpiecznie dotrze na miejsce.
Czekałam na przybycie pomocy, trzymając mocno głowę Asha na kolanach i przyciskając do jego boku chusteczkę. Mój chłopak wciąż był nieprzytomny, a ja przerażona czułam, że zaraz zwariuję ze strachu i zaczęłam głośno wołać o pomoc, ale nikt mnie nie słyszał. Krzyczałam więc jeszcze głośniej, aż poczułam, jak w gardle robi mi się z bólu taka mała grudka. Do tego łzy spadały mi na wargi, tak mocno łkałam. Załamana czułam słony smak na ustach i patrzyłam zamglonym od płaczu wzrokiem na Asha, który wciąż był nieprzytomny.
Na szczęście wiadomość przekazana przez Fennekina i Pikachu dotarła na miejsce, bo po jakimś kwadransie od ich wysłania zjawiła się karetka pogotowia. Wyskoczyli z nich ratownicy, Siostra Joy oraz Pokemon Chansey. Zapakowali oni rannego na nosze, po czym umieścili w samochodzie. Mnie zabrali ze sobą, gdyż co prawda nie zostałam potrącona, ale jak już wspominałam, gdy Ash odepchnął mnie na bok, abym uniknęła zderzenia, upadłam na ziemię, przez co zdarłam sobie skórę na dłoniach i policzkach. Siostra Joy więc postanowiła w szpitalu opatrzyć moje rany. Jadąc do miejsca przeznaczenia trzymałam mocno dłoń Asha ściskając ją z miłością i czułością, powtarzając sobie w duchu życzenia oraz błagania, aby dobry Bóg nie pozwolił mojemu chłopakowi umrzeć.


W szpitalu przewieziono Asha na salę operacyjną, gdzie chirurg wziął się od razu za ratowania mojego ukochanego. Chansey zaś owinął mi dłonie w bandaże i założył plastry na policzki, wcześniej dezynfekując moje ranki wodą utlenioną. Załamana podczas tego zabiegu patrzyłam w podłogę nie wiedząc, co mam zrobić. Serce biło mi jak szalone i pochodziło aż do gardła z nerwów.
Od razu, jak tylko zostałam opatrzona, od razu podeszłam do sali operacyjnej, obserwując ją przez okienko operację. W oczach ponownie zaszkliło mi się od łez, gdy chirurg z pomocą lekarzy i pielęgniarek operował Asha. Załamana spojrzałam na Pikachu oraz Fennekina, siedzących na okienku sali operacyjnej i piszcząc przy tym załamani. Pikachu płakał, łzy ciekły mu strumieniami po tych jego uroczych policzkach z czerwonymi kółkami. Domyślałam się, co ten biedak może czuć. W końcu kocha on Asha równie mocno, co i ja. Oczywiście, że jest to inny rodzaj miłości, jednak Pikachu oraz jego trener byli od zawsze połączeni ogromną więzią emocjonalną, która wzrosła po wielu wspólnie przeżytych przygodach. Serce tego uroczego Pokemona musiało więc krwawić równie mocno, co moje. Przycisnęłam więc mocno Pikachu oraz mojego Fennekina do serca.
Jakąś chwilkę później, w szpitalu zjawiła się Delia, która na wieść o wypadku Asha natychmiast zamknęła restaurację i przybiegła tutaj dowiedzieć się, co z jej synem. Towarzyszyli jej moja mama oraz pan Meyer. Oboje byli również mocno wstrząśnięci, choć zdecydowanie bólu rozdzierającego serce mamy Asha na pewno nie czuli. Pomimo tego, ich twarze wyrażały wielkie cierpienie, w każdym razie na pewno twarz pana Meyera, gdyż moja mama, jak to zwykle miała w zwyczaju, zachowywała kamienną twarz, choć jej oczy zdradzały, że również cała ta sytuacja ją przytłacza.
- Gdzie on jest?! Sereno, gdzie jest Ash?! Co z nim?! Żyje?! - wołała Delia, podbiegając do mnie - Boże, Sereno! Powiedz, co z Ashem?!
- Właśnie go operują - powiedziałam załamanym głosem.
Trudno mi było patrzeć na panią Ketchum, która wręcz łykała już swoje łzy z rozpaczy, podobnie jak i ja. Obie cierpiałyśmy z powodu tego wypadku i nic w tym dziwnego. Przecież każda z nas równie mocno kochała Asha, chociaż różnego rodzaju miłością, oczywiście.
- Och, Sereno! To takie straszne! I takie podłe! - Delia Ketchum ukryła twarz w dłoniach i zaczęła w nie dziko płakać - O Boże, jak można było zrobić coś tak podłego?! Jak można było tak skrzywdzić mojego małego synka?! Mojego Asha! Boże... Boże... Boże…
Podeszłam do niej i dotknęłam delikatnie jej ręki. Delia spojrzała wówczas na mnie i objęła mocno. Przez chwilę obie płakałyśmy w tej smutnej pozie, po czym podeszłam do mojej mamy i zapytałam:
- Mamo... Ash nie umrze, prawda?
- Nawet tak nie myśl, córeczko. Nawet nie próbuj tak myśleć - odrzekła moja mama, również mnie przytulając - Nie wolno ci tak myśleć, kochanie. Musisz być dobrej myśli. Ash na pewno wyjdzie z tego.
- Ash zawsze spada na cztery łapy jak kot - powiedział pan Meyer, z trudem siląc się na dobry humor - Zobaczycie, że jeszcze wyjdzie z tego. Nie umrze. Nie może! Jest zdecydowanie za silny na to, aby miał tak po prostu umrzeć.
- Sereno... Musisz być dzielna - usłyszałam nagle jakiś znajomy głos.
Odwróciłam się i spojrzałam uważnie w kierunku właściciela tego głosu. Był nim profesor Oak. Na jego twarzy malował się smutek i wielkie cierpienie.
- Panie profesorze... Ash nie może umrzeć! Proszę, niech go pan ratuje! Niech mu pan może, proszę! Błagam, profesorze!
To mówiąc, złapałam bardzo mocno uczonego za kitel i zaczęłam nim dziko potrząsać z rozpaczy.
- Sereno, zachowuj się! - zwróciła mi uwagę mama, jednak ja całkowicie ją zignorowałam.
Zbyt mocno byłam przejęta tym wszystkim, co się stało, aby móc myśleć o czymś takim jak dobre maniery. Na szczęście, profesor Oak nie zamierzał mnie za to winić. Uśmiechnął się do mnie delikatnie i powiedział:
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz, Sereno. Ash wyjdzie z tego. W końcu, nie z takich rzeczy on już wychodził.
- Ale może pan mu pomóc, prawda? - zapytałam z nadzieją w głosie.
- Nie jestem chirurgiem, ale zrobię, co będę mógł. Zresztą Asha operuje już miejscowy lekarz razem z siostrą Joy. Pomaga im w tym moja dawna uczennica, która co prawda również nie jest zawodowym chirurgiem, ale w niejednej operacji już asystowała, więc umie więcej niż niejeden zawodowy konował.
Nie wiedziałam, czy profesor Oak mówił na poważnie, czy też nie, ale jednak poczułam, że się trochę uspokajam.
Chwilę później, w szpitalu pojawiła się cała delegacja przyjaciół Asha. Byli to Clemont, Bonnie, Misty, Brock, Tracey, Dawn, Melody oraz Latias. Nie muszę chyba mówić, że oni wszyscy byli w głębokim szoku, a każdemu z nich krwawiło serce z rozpaczy. Najwięcej płakały Bonnie i Dawn. Ta pierwsza tuliła się mocno do brata i razem z Dedenne lała łzy strumieniami tak bardzo, że aż profesor Oak musiał jej dać jakiś lek na uspokojenie, bo nie chciała przestać płakać. Ja, Dawn oraz Delia również to zażyliśmy czując, że w przeciwnym razie serca pękną nam z bólu. Pozostali cierpieli w milczeniu, co jednak nie oznaczało, że wcale nie bolało ich to, co spotkało Asha. Nawet lubiąca mu dogadywać Misty i nieco ironiczna jak zwykle Melody miały łzy w oczach i przeżywały to, co się stało.
Mimo, że staraliśmy się panować nad sobą, każdego z nas po prostu nosiło i z chęcią byśmy coś zrobili, aby ratować Asha, ale nie mogliśmy nic zrobić. Dobrze to wiedzieliśmy i dlatego próbowaliśmy zapanować nad nerwami, każdy na swój własny, indywidualny sposób. Clemont gapił się w sufit i tulił mocno do siebie swą młodszą siostrzyczkę, Tracey bębnił nerwowo palcami w swoje kolana, zaś Brock co chwila wstawał i przechadzał się po całym korytarzu, aż w końcu zdenerwował tym Misty, która wrzasnęła na niego, że ma się uspokoić albo zaraz mu przyłoży. Melody położyła jej wówczas dłoń na ramieniu i spojrzała na nią uspokajającym wzrokiem, który sprawił, że dziewczyna opuściła głowę w dół i zamilkła. Latias z kolei siedziała na krześle patrząc na swoje kolana bez słowa. W końcu i tak nie umiała mówić, zresztą gdyby nawet umiała, niewiele by to pomogło. Po jej twarzy łatwo było wywnioskować, że cierpi, a biorąc pod uwagę jej wrażliwość i fakt, że była Pokemonem, a one często bardziej emocjonalnie podchodzą do wielu spraw niż my ludzie, musiała przeżywać prawdziwe piekło w duszy.
Pomyślałam sobie wówczas, jak ciekawym zbiorem osób jesteśmy. Wszyscy z nas cierpieliśmy z powodu tragedii Asha, bo bardzo go kochaliśmy i żadne z nas nie chciało przyjąć do świadomości fakt, iż możemy go stracić. Oczywiście, strata kogoś bliskiego nie byłaby dla nas czymś nowym. Latias straciła rodzonego brata i to jeszcze bliźniaka, Latiosa, z którym była silnie związana emocjonalnie. Misty w straciła rodziców, ja ojca, zaś Clemont i Bonnie mamę (choć ten ból po jej stracie chyba bardziej dotyczył Clemonta niż jego siostry, w końcu znał mamę osobiście, Bonnie zaś nawet nie zdążyła jej poznać). Melody pewnie też mamę straciła, gdyż nigdy o niej nam nie wspominała - mówiła jedynie o ojcu i starszej siostrze. Meyer stracił żonę, Delia matkę, moja mama męża. Brock wspominał kiedyś, że bardzo cierpiał po śmierci swojego ukochanego dziadka, z którym był silnie emocjonalnie związany i który zmarł zaledwie dwa lata temu, a więc jego też to dotyczyło.
Praktycznie, jak się nad tym tak dobrze zastanowić, to każdy z nas zetknął się z bólem po stracie ukochanej osoby. Jednak czy to zmieniało fakt, że cierpieliśmy? Raczej nie.
Siedzieliśmy więc tak wszyscy czekając na zakończenie operacji, która chyba nie miała końca. Wydawało się nam, że ciągnie się to już kilka dni, choć minęły zaledwie godzina, może dwie od chwili, gdy przywieziono do szpitala Asha. Ale cóż... W cierpieniu czas się strasznie dłuży.
- Hej, Serena... - usłyszałam nagle znajomy głos.
Spojrzałam w kierunku, z którego on dobiegł i zobaczyłam wówczas Anabel. Na jej twarzy malowała się troska połączona ze smutkiem.
- Właśnie się dowiedziałam, co spotkało Asha - powiedziała przygnębionym tonem - To straszne. Naprawdę okropne. Już wiadomo, czy wyjdzie z tego?
- Niestety, nie wiadomo, Anabel. Wciąż go operują – odpowiedziałam.
- Jest ze mną porucznik Jenny - rzekła po chwili milczenia Anabel - Chce z tobą porozmawiać, Sereno.
- Pewnie na temat tego wypadku. Z chęcią opowiem jej wszystko, co wiem - rzekłam powoli podnosząc się z krzesła.
Przeszłam do osobnej sali, w której czekała na mnie porucznik Jenny. Kiedy tylko się pojawiłem, od razu zaczęła mnie pytać o szczegóły tego, co się wydarzyło podczas spaceru. Opowiedziałam jej więc wszystko, co widziałam, nie pomijając przy tym niczego. Szczególny nacisk położyłam na to, że ten przeklęty kierowca uciekł z miejsca przestępstwa. Jenny bardzo dokładnie zapisała każde moje słowo i powiedziała, że roześle pościgi we wszystkich kierunkach wylotowych z miasta, a także każe swoim ludziom zatrzymać wszystkie samochody o marce oraz kolorze, który podałam w swoich zeznaniach.
- Zapewniam cię, Sereno, że ten przeklęty drań, kimkolwiek jest, nie uniknie sprawiedliwości. Obiecuję ci to - rzekła Jenny, klepiąc mnie po ramieniu, po czym schowała do kieszeni notes, w którym zapisała moje zeznania - Ale muszę już iść. Trzymaj się. I polepszenia dla Asha.
- Dziękuję. Bardzo mu się to przyda - powiedziałam smutnym głosem.
Wróciłam na korytarz, gdzie wszyscy słuchali bardzo uważnie słów chirurga i lekarzy pomocniczych, którzy najwyraźniej skończyli już operować Asha. Powoli podeszłam w ich stronę i wysłucham tego, co mówili. Niestety, nowiny od nich nie były radosne.
- Pani syn ma kilka złamanych żeber, a do tego nadział się bokiem na jakąś ostrą gałąź, która zraniła go jak nóż, przez co stracił dużo krwi, jednak nie to jest najgorsze - powiedział chirurg - Najgorsze jest to, że uderzył się mocno w głowę. Robimy, co w naszej mocy, aby mu pomóc, ale on powoli zaczyna gasnąć.
- Co to znaczy? - jęknęła przerażona słowami lekarza Delia - Czy chcecie mi powiedzieć, że...
- Pani syn umiera, pani Ketchum - odpowiedział lekarz.


C.D.N.




7 komentarzy:

  1. Historia od początku wciąga w swoją fabułę. Ash niczym rasowy Sherlock Holmes zastanawia się któż to jest właścicielką beretu. :) Oczywiście w większości przypadków się nie myli. :)
    Zaskoczyła mnie obecność Anabel, ale to nawet nieco ożywiło akcję. A gdy już się wydawało, że nic sie nie wydarzy do końca, nagle wyskoczył wypadek Asha.
    Opisałeś to w sposób pełen uczuć, genialnie się wczułeś w osoby, których bliscy są w ciężkim stanie. A zakończenie... wycisnęło mi chyba wszystkie łzy z oczu. Brak mi słów by opisać, jak bardzo wzruszające to było.
    Ogólna ocena: 10/10

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny wpis. Jestem pod wrażeniem.

    OdpowiedzUsuń
  3. A potem ash skończy jak w Coffin Dance i wszyscy pożyją długo i szczęśliwie...

    OdpowiedzUsuń
  4. Legends never die... Komu przypomina się stara, kultowa piosenka?

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak powinne wyglądać teksty w współczesnej podstawie progamowej. Kiedy 20 lat temu kończyłem podstawówkę tomieliśmy denne teksty zamiast porządnych opowiadań :)

    OdpowiedzUsuń

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...