środa, 20 grudnia 2017

Przygoda 008 cz. II

Przygoda VIII

Wyścig z czasem cz. II


- Co to znaczy? - jęknęła przerażona słowami lekarza Delia - Czy chcecie mi powiedzieć, że...
- Pani syn umiera, pani Ketchum - odpowiedział lekarz.
Słysząc to, Delia dostała ataku histerii. Zaczęła płakać, załamywać ręce oraz błagać lekarza o ratunek dla syna, zaklinając go przy tym na wszystkie świętości, aby nie zostawiał on jej dziecka w potrzebie. Ja sama zamarłam z przerażenia do tego stopnia, że nie wiedziałam, co mam zrobić. Czułam w tamtej chwili, że cały świat mi się zawala. Ash miałby umrzeć?! Niedoczekanie! Nie pozwolę śmierci go zabrać! Nie ma mowy! Dopóki ja żyję, to on nie umrze, pomyślałam sobie.
- Spokojnie, pani Ketchum. On gaśnie z powodu utraty zbyt dużej ilości krwi - wyjaśniła młoda lekarka w maseczce lekarskiej, zasłaniającej usta - Jeżeli jednak szybko dokonamy transfuzji, to zdołamy go uratować.
- Dobrze, więc ją zróbcie! Oddam Ashowi swoją krew, do ostatniej kropli, ale błagam, uratujcie go! - zawołała przerażona Delia.
- I ja się dołożę! - zawołała Dawn, zrywając się z krzesła.
- Ja także - dodała bojowym tonem Bonnie.
- I ja również - rzekła Misty, zaciskając dłoń w pięść.
- Wszyscy się dołożymy, jeśli będzie trzeba - powiedział Brock.
- Doceniam wasz zapał, ale Ash ma grupę krwi 0 Rh +. Tylko ktoś o takiej samej grupie może mu pomóc - wyjaśniła nam lekarka.
Wiedziałam, że nadeszła kolej, bym i ja się odezwała. Zrobiłam krok w stronę lekarzy i powiedziałam:
- Ja mam taką grupę krwi. Mogę zostać dawcą, choćby zaraz.
Lekarka zdjęła maseczkę i uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. Była to młoda pani doktor o fioletowych włosach, brązowych oczach oraz bardzo zamyślonym spojrzeniu. Wyglądała tak, jakby dopiero co obudziła się i to z dość długiego snu. Jej głos był niezwykle spokojny i opanowany.
- Jesteś dziewczyną Asha, prawda? - zapytała mnie.
- Tak, proszę pani - odpowiedziałam jej.
- Miło mi cię poznać. Jestem profesor Felina Ivy. Znam Asha już od jakiegoś czasu i bardzo go lubię. Rozumiem więc, dlaczego zostałaś jego dziewczyną. Nie ma na świecie drugiego takiego chłopaka jak on.
- Tak, to prawda. Nie ma takiego drugiego jak on. Czy mogę mu więc jakoś pomóc? - zapytałam z nadzieją w głosie.
Pani profesor uśmiechnęła się do mnie ponownie. Najwidoczniej to ona była dawną uczennica profesora Oaka, o której mi mówiono. Z opowieści Ash wynikało też, że była ona nieodwzajemnioną, wielką miłością Brocka. Zresztą jego reakcja na widok tej kobiety mówiła sama za siebie. Chłopak, jak tylko ją zobaczył szybko odwrócił wzrok i zaczął coś jakby mamrotać pod nosem. Misty spojrzała na niego z politowaniem, po czym obdarzyła mnie spojrzeniem mówiącym coś w rodzaju „Teraz widzisz, przez co ja musiałam przechodzić“. Mimowolnie uśmiechnęłam się wtedy do niej, choć sytuacja zdecydowanie temu nie sprzyjała.
- Ależ oczywiście, że możesz mu pomóc, kochanie - odpowiedziała na moje pytanie profesor Ivy - Zrobimy ci tylko niezbędne badania i możesz już przejść na salę operacyjną.
Wszyscy nasi przyjaciele podeszli do mnie, gdy tylko usłyszeli, że zgłosiłam się na krwiodawcę dla Asha. Życzyli mi powodzenia i dodali, abym się nie bała. Mama nawet stwierdziła, że jest ze mnie bardzo dumna. Delia zaś nie ukrywała, że nigdy nie zapomni mi tego, co dzisiaj zrobiłam, a Latias objęła mnie czule i mocno zarazem, po czym pocałowała czule w policzek. Muszę tutaj wyjaśnić, że od naszej ostatniej przygody obie stałyśmy się serdecznymi przyjaciółkami i jej reakcja mnie nie zdziwiła, a wręcz sprawiła mi ona przyjemność. Wywołał to również fakt, że ona też kochała Asha, choć na szczęście w inny sposób niż ja.
Po dopełnieniu wszystkich formalności, udałam się na salę operacyjną, gdzie położyłam się na łóżku, a lekarze podłączyli mnie i mojego chłopaka do specjalnej aparatury, po czym zaczęli z jej pomocą pobierać moją krew do jego żył. W tamtej chwili mimowolnie uśmiechnęłam się, ponieważ pomyślałam, że w taki oto sposób wypełniamy oboje z Ashem mityczne braterstwo krwi. Miałam przy okazji wielką nadzieję, że to pomoże memu ukochanemu powrócić do zdrowia.
Operacja pobierania krwi była jednak na tyle męcząca, że w końcu straciłam wszystkie siły i upadłam bardzo zmęczona na poduszki, po czym zasnęłam. Zanim to się jednak stało, ujrzałam jeszcze Asha, który tak jakby poczerwieniał lekko na policzkach, co było dla mnie bardzo pozytywnym znakiem.
- Trzymaj się, Ash... Trzymaj się... - wyszeptałam i zasnęłam.

***


Obudziłam się dopiero późnym wieczorem. Zauważyłam wówczas, że leżę na łóżku tuż obok Asha, który wciąż był nieprzytomny. Rozejrzałam się dookoła, ale nie zauważyłam w pokoju nikogo. Próbowałam wstać, ale niestety oddanie krwi Ashowi osłabiło bardzo mocno mój organizm, dlatego ledwie się podniosłam, a od razu opadłam na łóżko, bo nie miałam siły stanąć na nogi. Nie wiedziałam jednak, jak długo już tu leżę i co jest z Ashem. O siebie się nie martwiłam, lecz los mojego chłopaka był mi bliższy niż wszystko inne, nawet mój własny. Pewnie myślicie, że gadam jak typowa zakochana nastolatka, ale taka jest prawda.
Nie wiem, jak długo leżałam w samotności, do sali weszli profesor Oak oraz profesor Ivy. Towarzyszyła im pielęgniarka, która podała mi na tacy sok.
- Masz, kochanie. Wypij to. To ci doda sił - powiedziała.
Wypiłam go, choć ten napój miał nieco gorzki smak i zdecydowanie mi nie smakował. Spojrzałam wymownie na Asha, jednak zanim zdążyłam zadać pytanie, to usłyszałam na nie odpowiedź profesora Oaka:
- Ash wciąż jest nieprzytomny. Lekarze robili wszystko, co było w ich mocy, a my pomagaliśmy im najlepiej, jak tylko potrafiliśmy.
- A teraz już wszystko zależy od losu - dokończyła jego myśl profesor Ivy.
- Ash pozostaje w czymś w rodzaju śpiączki. Jest nieprzytomny, ale czuje, co się wokół niego dzieje - powiedziała pielęgniarka - Dlatego, jeżeli chcesz mu coś powiedzieć, to powiedz. On cię usłyszy. W każdym razie, powinien cię usłyszeć.
Zadowolona wzięłam mojego ukochanego za rękę i delikatnie ją ścisnęłam.
- Ash... Mam nadzieję, że mnie słyszysz... Jestem cały czas przy tobie... Nie opuszczę cię. Chcę, żebyś wrócił... Do nas... Do mnie... Ash, proszę... Obudź się.
Niestety, mój ukochany wciąż był nieprzytomny i nie wykonał nawet małego ruchu ręki, aby dać mi znak, że mnie słyszy. Załamana opadłam na łóżko czując, jak znowu ogarnia mnie zmęczenie.
- Lepiej odpocznij, kochanie. To było dla ciebie bardzo męczące przeżycie - powiedziała profesor Ivy, przykrywając mnie kołdrą.
- Tak, to prawda. Transfuzja to nie byle co. Musisz dużo odpoczywać - dodała życzliwie pielęgniarka.
Uśmiechnęłam się do niej delikatnie i znowu zasnęłam.

***


Obudziłam się dopiero następnego dnia. Był ranek, choć późny. Wokół łóżka Asha zebrali się wszyscy jego przyjacielu, którzy byli tu, na miejscu. Oczywiście, Najbliżej siedziała Delia, która ściskała mocno dłoń swojego syna i patrzyła na niego ze łzami w oczach. Niestety, chłopak wciąż pozostawał nieprzytomny. Na jego piersi spoczywał Pikachu, który zalewał się łzami. Niedaleko zaś siedziała na krześle Dawn, tuląc do siebie mocno swego Piplupa. Jej oczy były aż czerwone od łez. Niedaleko zobaczyłam Clemonta, który trzymał na kolanach Bonnie i tulił ją do siebie zachłannie. Przy łóżku siedziały też Misty oraz Melody, a każda z nich zatrwożona wpatrywała się w nieprzytomnego Asha. W kącie sali zaś na krześle siedziała Latias, która widocznie robiła coś na drutach. Nie widziałam jednak, co to było, a nie miałam wtedy śmiałości, aby zapytać.
Rozejrzałam się lekko wokół siebie i zobaczyłam, że przy moim łóżku siedzi moja mama i uśmiecha się do mnie życzliwie. Niedaleko zaś siedział pan Meyer, również serdecznie uśmiechnięty.
- Witaj, moja mała bohaterko - powiedziała moja mama - Już się bałam, że się nie obudzisz.
- Właśnie, a jedna śpiąca królewna nam tu wystarczy - zachichotał delikatnie pan Meyer.
Żart ten nieco mnie rozbawił, chociaż osoba, która go wypowiedziała, raczej nie miała nastroju do żartów i trudno się było temu dziwić.
- Jak się czujesz, kochanie? - zapytała mnie mama.
- Lepiej... - odpowiedziałam ponuro - A co z Ashem?
- Bez zmian, kochanie. Niestety, bez zmian - odpowiedziała mi mama.
Spojrzałam na Delię Ketchum, która obdarzyła mnie delikatnym uśmiechem i powiedziała:
- Twoja krew ocaliła Asha od śmierci. Niestety, nie zdołała ona wybudzić go ze śpiączki. Ale nie martw się. On się wkrótce obudzi, zobaczysz. Mój mały synek jest silniejszy niż my wszyscy. Musi się wybudzić. Mój biedny Ash.
To mówiąc, kobieta rozpłakała się na nowo. Steven Meyer podszedł do niej i przytulił ją czule do siebie, po czym spojrzał na mnie mówiąc:
- Delia dzwoniła już do Josha. Gdy tylko się dowiedział, co tu się stało, to powiedział, że natychmiast łapie najbliższy samolot i leci wesprzeć swego syna w potrzebie.
- Żeby to chociaż coś pomogło - łkała dalej Delia - No, bo co Josh może teraz zrobić? Nic! Żadne z nas już nic nie może zrobić. Teraz trzeba tylko czekać.
- Niekoniecznie, pani Ketchum - odezwała się nagle Misty - Przecież Brock z Traceym i Anabel poszli znaleźć lekarstwo.
- Lekarstwo? Jakie niby lekarstwo? O czym wy mówicie? - zdziwiłam się nie rozumiejąc, o co chodzi.
Misty uśmiechnęła się do mnie.
- Wybacz, zapomniałam, że ty przecież o niczym nie wiesz. Melody, może ty jej to wyjaśnisz?
Melody skinęła głową na znak zgody i powiedziała:
- Anabel twierdzi, że zna taką roślinę, która według większości zielarzy jest w stanie pobudzić pracę serca do tego stopnia, iż nawet potrafi wybudzić człowieka pogrążonego w śpiączce. Nie wie jednak, czy ta roślina rośnie tu, w Alabastii. W Strefie Walk tak, ale czy tutaj, to nie wiadomo. Poszła więc z Brockiem i Traceym do najbliższej biblioteki, aby to sprawdzić.
- Naprawdę? Jest więc szansa, żeby Ash się obudził? - zapytałam z nadzieją w głosie.
Misty pokiwała głową, ale z lekkim sceptycyzmem w oczach.
- Prawdę mówiąc, nie wiemy, czy to możliwe. Większość zielarzy jej używa jako napar dla ludzi mających problemy z sercem. Według Anabel ta roślina jest skuteczna do tego stopnia, aby nawet obudzić kogoś w śpiączce. Ponoć już komuś z jej bliskich w taki sposób pomogła. Ale nawet jeżeli ta roślina pomaga, to może tutaj wcale nie rosnąć.
- Nie! Jestem pewna, że ona tutaj rośnie! - wybuchnęła nagle Dawn ze łzami w oczach - Dlaczego w to wątpisz?! Dlaczego chcesz nam odebrać nadzieję, co?! Wiesz co?! Mówisz tak, jakbyś chciała, aby mój brat już nigdy się nie obudził!
- Wiesz, Dawn, że to nieprawda! Bardzo chcę, żeby Ash wrócił do nas i chcę tego tak samo, jak i ty! - odkrzyknęła jej Misty - Ale tak wielka moc tej rośliny to przecież prawie legenda! Sama Anabel ma wątpliwości, czy ta roślina może pomóc Ashowi! To, że komuś raz pomogła w takiej sytuacji, nie daje wcale gwarancji, że ocali naszego przyjaciela!
- Ale póki jest nadzieja na zwycięstwo, to wszyscy musimy się jej trzymać! Ash zawsze nam to powtarza! - zawołała bojowo Bonnie, zaś Dedenne poparł ją za pomocą pisku.
- To prawda. Póki życia, póty nadziei - stwierdził spokojnym, a zarazem dość filozoficznym tonem Clemont.
Załamana opadłam na poduszki nie wiedząc, co mam powiedzieć. Niby była szansa na ocalenie Asha, jednak była ona na tyle znikoma, że można powiedzieć, iż wcale jej nie ma.
Pielęgniarka i jej Pokemon przyniosły mi potem coś do jedzenia. Nie miałam apetytu, ale musiałam zjeść coś po tak męczącej transfuzji, inaczej nigdy bym nie odzyskała sił. A chciałam być silna dla Asha.
Delia tymczasem przyniosła ze sobą gramofon i nastawiła na nim płytę, na której nagrana była piosenka „Nigdy nie ulegnę wam“ z bajki „Mustang z Dzikiej Doliny“. Znałam tę piosenkę bardzo dobrze, podobnie zresztą jak i film, z którego ona pochodziła. Mama mojego chłopaka włączyła tę płytę, gdyż jak powiedziała, skoro jej synek zdaniem lekarzy słyszy dość dobrze, co się wokół niego dzieje, to niech posłucha tej piosenki, może podniesie go ona duchu.
- To jest jeden z ulubionych utworów Asha - dodała po chwili pani Ketchum - Pewnie dlatego, że sam go napisał.
Omal nie zakrztusiłam się jedzeniem, gdy to usłyszałam. Słowa Delii bardzo mnie zaskoczyły. Czego jak czego, ale tego, żeby Ash miał w sobie żyłkę poety, to nie spodziewałam się wcale. To była dla mnie bardzo zaskakująca wiadomość.
- Ash napisał tę piosenkę? - zapytałam zdumiona.
- Właściwie to nie tyle piosenkę, co jedynie jej refren - wyjaśniła mi Delia z uśmiechem Delia - Ten zaś trafił do krajów, w których wcale nie ma Pokemonów, spodobała się tam i dopisano do niego zwrotki oraz melodię, przerabiając ten oto krótki wierszyk na piosenkę.
- A Ash oczywiście nie dostał za to ani centa, choć przecież to dzięki niemu ci ludzie z wytwórni animacji zarobili mnóstwo kasy - mruknęła niezadowolonym tonem Misty - Więcej, oni nawet nie zapytali go o pozwolenie, kiedy robili z jego wierszyka super piosenkę. I gdzie się podziały prawa autorskie, ja się pytam?
- Przeminęły jak ten wiatr - zachichotała lekko Melody - Została nam jedynie świadomość, że nasz kochany Ash jest autorem jednego z najlepszych utworów muzycznych na świecie, a to przecież wcale nie mało.
- Też fakt - stwierdziła Misty - Ale i tak postąpili wobec niego nie fair.
- Życie rzadko kiedy jest fair. Najlepszy przykładem jestem ja oraz mój brat - stwierdziła żałośnie i smutnie Dawn, pokazując nam swoje obandażowane dłonie, które doznały ran po poprzedniej przygodzie - Najpierw ja obrywam, a potem Ash i to w tak krótkim czasie. Normalnie, jakby ktoś się na nas wszystkich uwziął!
- Nikt nie mówił, że nasze życie będzie łatwe, ale jakoś musimy przez nie przejść - stwierdził filozoficznie Steven Meyer.
- Przejdziemy. Pytanie tylko, jak? - zapytała Delia, patrząc na niego.
Mężczyzna rozłożył bezradnie ręce. Niestety, na to pytanie ani on, ani nikt z nas nie znał odpowiedzi. Nie umiał jej nam udzielić nawet profesor Oak i to mimo swojej wielkiej mądrości.


Ja tymczasem wsłuchiwałam się uważnie w słowa piosenki, lecącej właśnie z gramofonu. Pomyślałam, że zdecydowanie pasowały one do Asha.

Jedno wiem, nie poddam się.
Galopem noc pokonać chcę.
Idźcie stąd! Zostawcie mnie!
Tam czeka dom, a tu jest mi źle!
Do swoich wrócę stron.
Mam twardy kark. Nie złamią go.
Jestem zdrów, zwyciężę znów.
Żadnej przegranej, szkoda słów!

Nie wiecie, co w moim sercu się kryje.
Chcę żyć i przeżyję!
Nigdy nie ulegnę!
Nigdy nie ulegnę wam, nie!
Kto nie dotrze do fal, nie popłynie na ich grzbiecie.
A wy tak właśnie chcecie!
Nigdy nie ulegnę!
Nigdy nie ulegnę wam, nie!
Chcę wolny być! Chcę żyć!

To stale dręczy mnie.
Dlaczego wszystko poszło źle?
Chcę już odejść stąd.
Nie jestem tam, gdzie jest mój dom.
I jedno wiem, nie poddam się.
Ze wszystkich sił próbować chcę.
Ni kroku wstecz, to ważna rzecz.
Wy z drogi mej zabierajcie się precz!
Dalej!

Nie wiecie, co w moim sercu się kryje.
Chcę żyć i przeżyję!
Nigdy nie ulegnę!
Nigdy nie ulegnę wam, nie!
Kto nie dotrze do fal, nie popłynie na ich grzbiecie.
A wy tak właśnie chcecie!
Nigdy nie ulegnę!
Nigdy nie ulegnę wam, nie!
Chcę wolny być! Chcę żyć!

Tak, zdecydowanie ta piosenka pasowała do Asha. Choć wielu ludzi uważało, iż nie da on sobie rady i nie osiągnie żadnego z wyznaczonych przez siebie celów, to jednak nie poddał się i nigdy nie dał się złamać. Owszem, przegrywał parę razy, ale zawsze zdołał podnieść się po upadku z dumnie podniesioną głową i nie uległ przeciwnościom losu. Wiedziałam, że teraz też tego nie zrobi. Na pewno się nie podda i wybudzi ze śpiączki, myślałam sobie. Postanowiłam też zrobić wszystko, aby mu w tym pomóc.
Moje rozmyślania na ten temat przerwało nagłe i niespodziewanie zjawienie się w szpitalu Brocka, Tracey’ego i Anabel. Nie mieli oni zadowolonych min, a to mogło oznaczać jedynie wszystko, co najgorsze.
- Boże! Powiedzcie mi, że nie wracacie z niczym! - zawołałam.
Przyjaciele spojrzeli na nas zasmuceni, po czym Brock się odezwał:
- Sprawdziliśmy w bibliotece, czy roślina, o której opowiadała nam Anabel, rośnie w tej okolicy i czy w ogóle istnieje.
- Musieliśmy zrobić szczególnie to ostatnie, bo co poniektórzy z nas, to nawet nie wierzyli w jej istnienie - zauważyła złośliwie nasza nowa przyjaciółka, patrząc wymownie na Misty.
- Okazuje się, że istnieje i rośnie, ale nie w najbliższej okolicy - mówił Tracey - Poszliśmy jednak do kilku aptek, mając wielką nadzieję znaleźć jakieś wyciągi z tej rośliny, czy coś w tym guście.
- Tyle tylko, że nikt nic nie miał, choć jeden z aptekarzy powiedział nam, iż pewien jego kolega po fachu lubi zbierać osobiście rośliny, a potem robić z nich różne specyfiki, więc powinien coś wiedzieć na ten temat - wtrąciła Anabel.
- Niestety, kiedy się tam poszliśmy, zabierała go policja - mówił dalej Brock.
- Policja? A dlaczego? - zdziwiłam się.
- Nie uwierzysz, Sereno, ale okazało się, że to właśnie on potrącił Asha, gdy był z tobą na spacerze - odpowiedziała mi Anabel.
Poczułam, jak serce zaczyna mi bić w piersi coraz szybciej. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. A więc aptekarz, który mógł być naszą ostatnią deską ratunku, potrącił Asha i wprowadził go w taki stan, w którym się on obecnie znajdował? Ale dlaczego? Po co miałby to zrobić? Czy był pijany? A może z jakiegoś powodu nienawidzi Asha? Tylko za co? Za co? Co mój chłopak mu zrobił, że ten bydlak się tak zachował?
- Niestety, to prawda, Sereno. Kiedy się tam zjawiliśmy, to porucznik Jenny już go zabierała - powiedział Tracey po chwili milczenia.
- Oczywiście z miejsca opowiedzieliśmy naszej drogiej Jenny, co nas do tego człowieka sprowadza, a ona litościwie pozwoliła nam z nim porozmawiać - dodał Brock.
- Niestety, na nic się zdała rozmowa z nim - mówiła dalej Anabel - Człowiek ten twierdzi, że nie wie co robił od ostatnich kilku dni. Nie pamięta on nawet, że potrącił Asha, ani że w ogóle wychodził dzisiaj z domu.
- Aha! Nie pamięta, akurat! Głupie gadanie mające na celu ukrycie prawdy, nic więcej! - warknęła niezadowolonym tonem Misty.
- Może i tak, ale ja tam nie wyczułam w jego sercu kłamstwa - powiedziała Anabel spokojnym tonem - A więc ten człowiek mógł więc mówić prawdę.
- Teraz to już nie ma znaczenia - stwierdziłam smutno - Lekarstwo dla Asha przepadło.
- Niekoniecznie - rzekł nagle Brock.
Spojrzałam na niego z nadzieją w oczach.
- Co masz na myśli? - zapytałam.
- Ten aptekarz twierdzi, że miał wyciąg z tej rośliny w swoich zbiorach, ale kiedy przeszukano jego mieszkanie, to niczego takiego nie odnaleziono - wyjaśnił Tracey.
- Zamiast tego znaleziono jedynie to - po tych słowach, Anabel podała mi ręki jakąś kartkę.
Spojrzałam na to dość dziwne znalezisko, po czym zaczęłam z wielką uwagą czytać jego treść. A brzmiała ona tak:

Drodzy detektywi!

Dobrze wiem, że poszukujecie teraz pewnego specyfiku, który może pomóc waszemu drogiemu przyjacielowi. Niestety, z przyczyn prywatnych, których tu nie mogę podać, zabrałem lekarstwo ze sobą i ukryłem je w bezpiecznym miejscu, ale nie martwcie się, zamierzam wam je oddać, o ile wy oczywiście zechcecie zagrać ze mną w moją małą grę. Zostawię wam w tym liście wskazówkę, jak możecie mnie znaleźć. Jeśli wam się powiedzie, to wówczas znajdziecie kolejną wskazówkę, która potem zaprowadzi was do kolejnej itd. Potrwa to troszkę, ale przecież należy mi się trochę zabawy, nie sądzicie? Jeżeli pobawicie się ze mną i to na moich zasadach, otrzymacie lekarstwo. Jeżeli jednak nie... Trudno, wtedy nie dostaniecie go, a wasz przyjaciel albo wyzdrowieje, albo też i nie. Zapytacie na pewno, skąd ja wiem, że w ogóle on potrzebuje lekarstwa? Otóż... To jest cały mój plan. Mój człowiek na moje polecenie potrącił samochodem waszego przyjaciela na tyle mocno, aby trafił on szpitala w bardzo ciężkim stanie. Prawdę mówiąc, to liczyłem na to, że zginie, ale też przewidywałem, iż może wyżyć. Jak widzę, dobrze zrobiłem, biorąc tę poprawkę na wiatr, bo wasz przyjaciel to twarda sztuka i obecnie jest w śpiączce, z której to wyciągnąć go może poszukiwana przez was roślina. Z tego też powodu, dziś rano ukryłem ją przed wami i zadbałem o to, żebyście sami nigdy jej nie odnaleźli. Jak widzicie, bardzo dobrze to sobie zaplanowałem. Na tyle dobrze, aby mieć pewność, iż beze mnie wam się nie uda. Dlatego też udanych łowów, kochani detektywi.

M.

PS. A oto moja wskazówka. Jedźcie do miasta niedaleko Alabastii. Nie podam wam jego nazwy. WERTU-jcie jednak dobrze mapę, a na pewno je znajdziecie. Tam zaś w miejscowym Centrum Pokemon zapytajcie o pana M. Otrzymacie wtedy list z kolejną wskazówką. Jeszcze raz zatem życzę wam powodzenia. I przy okazji... Nie zabierajcie nikogo ze swoich rodziców. Chcę, abyście dowiedli, że nie jesteście maminsynkami, lecz odważnymi, dorosłymi ludźmi, za jakich was uważam. Więc lepiej niech wasi ojcowie i wasze matki w tę sprawę się nie mieszają. Dla waszego własnego dobra, niech lepiej trzymają się oni od tego z daleka. Dla swojego dobra zresztą też. Powodzenia!


Po przeczytaniu tego listu poczułam, jak wewnątrz się we mnie gotuje. Ktoś, kto to napisał, najwyraźniej w świecie spowodował wypadek Asha, po czym zabrał nam niezwykle cenne lekarstwo i ukrył je, a następnie bawiąc się z nami w jakąś chorą grę rzucił nam wyzwanie oczekując, że przyjmiemy jego warunki. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, iż nie mieliśmy specjalnego wyboru. Musieliśmy zagrać w jego grę czy tego chcieliśmy, czy też nie. Od tego zależało życie Asha.
Uświadomiła mi to wizyta profesora Oaka, który powiedział nam, że mówił już z pielęgniarką i niestety ma niewesołe wieści.
- Jest bardzo małe prawdopodobieństwo, że Ash wybudzi się sam - rzekł do nas smutnym głosem, po czym widząc zapłakane oczy Delii dodał: - Przykro mi, Delio, ale niestety takie są fakty. Serce jego jest za słabe, aby on mógł się obudzić. To lekarstwo, o którym mówi Anabel, to chyba jedyne rozwiązane.
- Ale przecież jest ono na wpół legendarne! - zawołała na to Misty - Owszem, wiemy, że ta roślina istnieje, lecz jaką mamy pewność, iż wywar z niej zrobiony pobudzi pracę serca Asha i on się ocknie?
- Nie mamy żadnej pewności, ale jest nikła szansa, że tak właśnie się stanie - odpowiedział jej profesor Oak - Przykro mi, Misty, ale nic więcej już nie możemy zrobić.
- Lekarze robią wszystko, co mogą, jednak Ash zbyt mocno uderzył się o ten kamień - dodała profesor Ivy, stając obok swego mentora - Też nie mam pewności, czy to lekarstwo pomoże, ale jeśli jest chociaż cień szansy, to należy z tego cienia skorzystać.
Załamana ścisnęłam wściekła list od tajemniczego M, pomstując na niego w myślach i powiedziałam:
- No trudno! Wobec tego nie mamy wyboru! Ten cały M, kimkolwiek on jest rzuca nam wyzwanie! Musimy więc je podjąć! Musimy teraz zagrać w jego chorą grę, jakkolwiek nam się to nie będzie podobać.
- Ale przecież my nawet nie wiemy, gdzie mamy szukać lekarstwa - załkała smutnym głosem Bonnie.
- Przeciwnie, wiemy to. M zostawił nam przecież bardzo wyraźną wskazówkę - powiedział Brock, pokazując na list.
- O tak! Taka, z której zupełnie nic nie można wyczytać - mruknęłam na to niezadowolonym tonem.
Misty wzięła ode mnie kartkę papieru i przyjrzała się jej uważnie.
- Dlaczego w słowie „wertujcie“ pierwsze litery są napisane duże?
- Nie mam pojęcia. Może dla żartu? Albo nie wiem... - mruknęłam nie mając ochoty na takie zagadki.
Misty spojrzała na mnie z politowaniem i podsunęła mi kartkę pod nos.
- Czy ty niczego nie rozumiesz, Sereno?! Ten cały M pokazuje nam wyraźnie, gdzie jest! WERTU-jcie mapę, napisał! Rozumiesz to? WERTU-jcie. To jasne! On jest w WERTANI!
- Wertani?! - zawołałam zdumiona - Skąd ta pewność?
- Przecież to bardzo proste. Kazał nam szukać w mieście niedaleko Alabastii. A Wertania jest najbliżej - tłumaczyła Misty.
- To ma sens. A więc musimy ruszyć do Wertanii - stwierdził Brock.
- Najpierw zdecydujmy, kto tam pojedzie - odezwał się nagle Steven Meyer stanowczym tonem, wstając przy tym powoli z krzesła - Powinni jechać najlepsi z najlepszych, czyli tacy, którzy mogą nam jakoś pomóc. Sam bym pojechał, jednak cóż... Tajemniczy M twierdzi, że żaden z rodziców jechać nie może.
- A jeśli będzie, to co? Jak on się niby dowie? - zapytała moja mama.
Meyer spojrzał na nią uważnie i powiedział śmiertelnie poważnie:
- Grace... Ten człowiek, kimkolwiek on jest, najprawdopodobniej stoi za tym wypadkiem, któremu uległ Ash. Zresztą sam się do tego przyznał w liście, ale nie wiemy, czy on mówi prawdę. Jeśli mówi, a sądzę, że tak jest, to podejrzewam, że dobrze się przygotował do tego, co zrobił. A zatem na pewno się dowie, jeżeli nie przyjmiemy jego warunków. Bez względu więc na to, czy nam się to podoba, czy nie, dzieciaki muszą iść tam same. Też nie jestem tym pomysłem zachwycony. Ale co możemy zrobić? Nie wiemy, kim jest M, a ten aptekarz to najwyraźniej tylko i wyłącznie narzędzie w rękach tego szaleńca. Niczego się od niego nie dowiemy. Jedyne informacje mamy w tym liście.
- No trudno... Skoro tak trzeba... Tylko proszę, uważajcie na siebie - rzekła zapłakanym głosem Delia.
- Jeszcze nie wiemy, kto ma na siebie uważać - stwierdziłam z lekką ironią w głosie - Kto więc pojedzie do Wertanii?
- Ja proponuję taki oto skład waszej drużyny - odezwał się nagle profesor Oak - Brock jako najstarszy i najbardziej doświadczony powinien jechać. Misty, jako że rozwiązała pierwszą wskazówkę. Dawn, jako że jest ona siostrą Asha, a do tego też posiada wiele jego cech, w tym zapał i energię, które mogą być bardzo użyteczne podczas tej wędrówki. Clemont zaś, jako wynalazca i do tego chyba najbardziej z was wszystkich rozsądny, będzie was trzymał z dala od kłopotów.
- Ja też chcę jechać - powiedziała Anabel - Mam ze sobą kilka psychicznych Pokemonów. Mogę wam pomóc.
- Dobrze, w takim razie ty również pojedziesz - kiwnął głową na znak zgody profesor Oak.
- I ja też chcę jechać! - zawołałam, próbując wstać z łóżka.


Niestety, wciąż byłam osłabiona, a więc na nic zdały się moje wysiłki, gdyż prędko opadłam zmęczona na łóżko.
- Lepiej nie, Sereno. Ty wciąż jesteś słaba po transfuzji - powiedziała profesor Ivy, kładąc mi dłoń na ramieniu.
- Poza tym, już chyba dosyć zrobiłaś dla Asha. Odpocznij, córeczko - dodała spokojnym, troskliwym tonem moja mama.
W innej sytuacji, pewnie bym jej posłuchała, ale tym razem nie mogłam tego zrobić. Nie wtedy, kiedy życie mojego chłopaka wisiało na włosku i to jeszcze nad wyraz cienkim. Musiałam działać, czy się jej to podobało, czy nie.
- Nie, mamo! Muszę tam jechać! Ash to mój chłopak! Nie mogę więc siedzieć bezczynnie podczas gdy on cierpi! - zawołałam.
- Ale przecież jesteś za słaba, żeby mu pomóc, kochanie - próbowała mnie przekonać moja mama.
Wtedy stało się coś, czego nikt nie przewidział. Siedząca dotąd spokojnie w kącie Latias podeszła do mnie z uśmiechem na twarzy, po czym dotknęła dłonią mojego serca. Zamknęła oczy i skupiła się na tym, co robiła. Jedną chwilę potem poczułam, jak w całe moje ciało wstępują nagle nowe siły, a kilka sekund później zerwałam się z łóżka silna oraz pełna wigoru. Jednocześnie jednak Latias opadła na podłogę. Przerażeni profesor Oak i ja szybko pochwyciliśmy ją.
- Szybko, na łóżko z nią! Niech ktoś nam pomoże! - zawołał uczony.
Szybko umieściliśmy Latias na łóżku. Dziewczyna wówczas otworzyła oczy i uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie.
- Co ona zrobiła? Czemu nagle ja stałam się silna, a ona zasłabła? - zapytałam nic z tego nie rozumiejąc.
- Ja ci to wyjaśnię - odezwała się nagle Anabel, pochodząc do mnie - Latias ma w sobie kilka bardzo niezwykłych i magicznych umiejętności, o których mało kto jednak wie. Oddała ci swoje siły fizyczne, abyś ty mogła wyruszyć na ratunek Ashowi.
- Poważnie? - zawołałam, spoglądając w stronę Pokemonki ze łzami w oczach - Latias! Dziękuję ci!
Latias uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie, po czym podała mi coś do ręki. Przyjrzałam się temu uważnie. Były to dwie małe, włóczkowe laleczki, które to, z jakiegoś powodu, przypominały z wyglądu mnie i Asha. Najwyraźniej to szyciem ich zajmowała się nasza przyjaciółka, gdy zastanawialiśmy się, co robi.
- Co to jest? - zapytałam zdumiona.
Anabel spojrzała na Latias, po czym wyczytała najwidoczniej coś z jej uczuć, gdyż powiedziała:
- To są magiczne laleczki. Jedna z nich zawiera włosy twoje, druga zaś włosy Asha. Dzięki nim ty i Ash utrzymacie ze sobą psychiczny kontakt.
- Psychiczny kontakt? - zdziwiłam się - Ale czy to jest możliwe?
- To mi nieco przypomina uroki voodoo - stwierdził Tracey, trzęsąc się lekko ze strachu.
- Zapewniam cię, że z voodoo nie ma to nic wspólnego - odparła ze stoickim spokojem Anabel - Sereno, daj laleczkę przypominającą ciebie Ashowi. Dla siebie zachowaj tę drugą. W razie czego, te laleczki wam pomogą. Latias w każdym razie tak uważa.
Nie wiedziałam, co mam myśleć o tych laleczkach, ale gdy tylko ponownie spojrzałam na zmęczony wzrok Latias, uśmiechnęłam się do niej i skinęłam głową na znak zgody. Nadal nie wiedziałam, jak to wszystko ma nam niby pomóc, ale nie zamierzałam teraz tego roztrząsać. Zaraz potem podeszłam powoli do łóżka Asha, po czym włożyłam w jego dłonie laleczkę przypominającą mnie. Pikachu, siedzący właśnie na piersi swojego trenera, zapiszczał delikatnie i spojrzał na mnie czule. Pogłaskałam go wówczas delikatnie po łebku i powiedziałam:
- Obiecuję ci, Pikachu, że zrobię wszystko, aby ocalić Asha. Możesz być tego pewien.


- Dobra, ruszajcie się, kochana drużyno! - zawołał bojowym tonem Meyer - Do Wertanii piechotą nie dotrzecie za szybko, a tutaj może się liczyć każda chwila. Dlatego podwiozę was najbliżej, jak się da, ale potem musicie sobie radzić sami. Nie możemy przecież ryzykować, że ten całym M dowie się, że naruszyliśmy jego warunki. Nie możemy szafować życiem Asha. Obiecuję wam jednak, że będziemy cały czas nad nim czuwać i nie pozwolimy mu zrobić krzywdy.
- Sądzisz, tato, że ktoś zechce mu zrobić jeszcze większą krzywdę? - zapytał przerażony Clemont.
- Nie wiem, synu. Ale musimy być bardzo ostrożni - powiedział Meyer - Ten tajemniczy M jest osobą bardzo groźną i prawdopodobnie chorą psychicznie. Jeżeli zobaczy, że coś nie idzie wedle jego reguł, to może chcieć spróbować zabić Asha. Lepiej więc stale wszyscy nad nim czuwajmy. Po kilka osób naraz, dla większego bezpieczeństwa.
Pokiwałam głową na znak zgody i spojrzałam na nieprzytomnego Asha, zaś w myślach powiedziałam do niego:
- Nie bój się, Ash. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby cię ocalić. Tylko nie poddawaj się, proszę. Nie poddawaj się.
Wtedy usłyszałam w głowie głos mego ukochanego, który powiedział:
- Nie poddam się, Sereno. Nie ulegnę złym mocom. Nie ulegnę śmierci. Ty też nie ulegnij.
Początkowo pomyślałam, że to mi się tylko zdawało, szybko zorientowałam się jednak, iż jest to z pewnością sprawka magicznych laleczek od Latias. Miałam więc kontakt psychiczny z Ashem, tak jak mi to obiecała. Pomimo tego, że był on wciąż nieprzytomny, miałam możliwość kontaktowania się z nim w sposób, jakby to ująć... Niewerbalny. Albo telepatyczny.
A więc to wszystko prawda. Te laleczki działają, pomyślałam. Ta Pokemonka jednak była niezwykła.
Wyszliśmy więc z sali i udaliśmy się do samochodu, którym Steven Meyer postanowił nas zabrać do Wertanii. Po drodze, minęliśmy jakiegoś pielęgniarza w fioletowych włosach i pielęgniarkę o długich, czerwonych włosach, którzy lekko się do nas uśmiechnęli spod lekarskich maseczek i powiedzieli:
- Proszę być spokojnym. Będziemy troskliwie dbać o pacjenta.
- Mam nadzieję, że tak będzie, bo wszyscy się o niego bardzo, ale to bardzo martwimy - odpowiedziałam im.
Pielęgniarz otarł lekko łezkę z oka i powiedział:
- Rozumiem, panienko, ale spokojnie. Jego mama cały czas będzie z nim. My zaś dołożymy wszelkich starań, by mu pomóc się obudzić.
- Ma panienka na to nasze słowo - dodała pielęgniarka.
Uśmiechnęłam się do nich przyjaźnie i wyszłam z przyjaciółmi.

***


Scena, którą teraz wam opiszę, została mi opowiedziana przez Anabel, która po zakończeniu całej przygody zdobyła się w końcu na szczerość, aby mi wyznać to wszystko.
Przed wyruszeniem całej naszej szóstki na wyprawę po lekarstwo dla Asha wszyscy na chwilę wyszliśmy z sali i mój chłopak został sam, jeżeli nie liczyć jego wiernego Pikachu, siedzącego mu na piersi. Do środka weszła wtedy Anabel, która uśmiechnęła się czule i usiadła na krześle obok jego łóżka.
- Ash... Ja dobrze wiem, że od tej wyprawy zależy to, czy w ogóle wrócisz do zdrowia, czy nie - powiedziała, powoli wypuszczając słowa z ust - Dlatego dołożę wszelkich starań, aby pomóc ci to osiągnąć. Mam wielką nadzieję, że zdołasz do nas wrócić... Bardzo mi na tym zależy.
To mówiąc, ścisnęła mu dłoń i dodała:
- Wiem, że nigdy nie powiedziałam ci tego, co moje serce do ciebie czuje. Powinnam była to zrobić kiedyś, gdy byłeś wolny. Teraz już na to za późno. Nie chcę ci niszczyć życia, dlatego też zachowam dla siebie to, co w moim sercu gra. Nikt się o tym nie dowie, nawet ty. Chociaż... Pewnie ty słyszysz to, co teraz ci mówię, więc się jednak dowiesz. Ale ty możesz... Chcę, żebyś wiedział, iż nigdy nie spotkałam jeszcze kogoś tak wspaniałego oraz tak wyjątkowego jak ty. Wierzę, że rozwiążesz jeszcze niejedną trudną i skomplikowaną zagadkę detektywistyczną. Nie będę jednak mogła ci w tym wszystkim towarzyszyć. Nie będę też mogła ci powiedzieć, co poczułam do ciebie od chwili, gdy wtedy nad jeziorem zasłoniłeś tak bohatersko swojego Pikachu przed ciosem złego Pokemona.
Następnie pochyliła się nad nim i szepnęła:
- Nie powiem tego nigdy nikomu... Nie zniszczę twojego związku z Sereną. Ona cię kocha, ja to wiem. Umiem czytać z ludzkich serc jak z książki. Potrafię czytać ludzkie i pokemonie uczucia, dlatego też wiem, że nie tylko ona cię kocha, ale i ty kochasz ją. Jesteście szczęśliwi, nie wolno więc mi tego zepsuć. Ale muszę też coś zrobić. Zrobię to teraz, zanim rozum wróci do tej mojej biednej, liliowej głowy.
To mówiąc. delikatnie musnęła ona nagle swoimi ustami usta Asha. Trwało to kilkanaście sekund, ale w pocałunek ten Anabel włożyła całe swoje serce. Gdy zaś czas na całusa minął, odsunęła się lekko od ust chłopaka i powiedziała:
- Będziesz szczęśliwy z Sereną, Ash. Wiem to. Ale to jest moje i tego z mego serca nikt mi nigdy nie zabierze.
Następnie pogłaskała czule Pikachu po łebku i powiedziała:
- Nie mów nikomu o tym, co tu widziałeś, bardzo cię proszę.
Po tych słowach, uśmiechnęła się delikatnie i wyszła z sali.

***







Meyer podwiózł nas wynajętym przez siebie samochodem aż pod samą bramę Wertanii, dalej poszliśmy już pieszo. Nie mieliśmy bowiem najmniejszej pewności co do tego, czy tajemniczy M, kimkolwiek on jest, nas nie obserwuje. Udaliśmy się z miejsca do Centrum Pokemon i wykonaliśmy wszystkie polecenia, jakie były zawarte w liście. Zgodnie z zapowiedzią otrzymaliśmy tam następny list z kolejną wskazówką. Jego treść brzmiała następująco:

Drodzy detektywi!

Gratuluję wam rozwiązania pierwszej zagadki. Była ona jednak bardzo łatwa. Tym razem, ponieważ weszliście już na nieco wyższy poziom, to będziecie musieli zmierzyć się z trudniejszą zagadką. Udajcie się zatem do miejsca, którego nazwa jest zawarta w mojej wskazówce. Tam znajdziecie instrukcje, co robić dalej A więc powodzenia i udanych łowów.

M.

PS. A oto wskazówka:
Jest to miejsce, które każdy chyba zna.
Dużo tam drewna i zielonych traw, ale też metal w sobie ma.
Słychać zgrzyty i piski, jednak nikogo to nie przeraża,
Bo przecież masę dzieci ten widok radośnie poraża.
Wskazówki szukajcie w czymś, co, gdy mu się rozkazuje,
To w górę lub w dół z tobą ląduje.

Zastanowiliśmy się nad tą wskazówką. Tym razem była ona naprawdę trudna i musieliśmy wytężyć swoje umysły, aby w pełni zrozumieć, o co w niej chodzi.
- Miejsce, gdzie jest bardzo dużo trawy i drzew, ale również i sporo metalu - zastanawiałam się.
- Które każdy z nas - dodała Dawn, drapiąc się po głowie - Co to może być za miejsce?
- Jeśli wszyscy je znają, to pewnie wszyscy choć raz w tym miejscu musieli być - zastanawiał się Brock - Ale o jakie miejsce tu chodzi?
- Tutaj już znajomość geografii na nic nam się nie zda. Tu trzeba pomyśleć - mruczała Misty, wiercąc się na ławce.
- Ech, ten cały M jest naprawdę irytujący! - jęknął Clemont, ocierając sobie pot z czoła - Gorzej niż Człowiek Zagadka.
- Kto? - zapytałam, patrząc na niego zdumiona.
- No błagam cię, Sereno. Czy nikt z was w dzieciństwie nie czytał komiksów? Nawet jednego? - zdziwił się Clemont.
- W dzieciństwie i owszem, trochę czytaliśmy, ale to było dawno i nieprawda - mruknęła na niego poirytowana Misty - Ale co to ma do rzeczy?
- To, że w komiksach o Batmanie występował taki gość. Nazywał się Edward Nigma, ale nazywano go Człowiekiem Zagadką. Za każdym razem, jak popełniał jakieś przestępstwo, to pozostawiał na miejscu zbrodni zagadkę i Batman musiał ją rozwiązać, aby go złapać.
- Tak, to jest naprawdę bardzo interesujące, Clemont, ale jak się to niby ma do ratowania Asha? - zapytała Misty, uważnie lustrując przyjaciela wzrokiem.
Chłopak zmieszał się lekko i wyjąkał:
- Eee... Nijak. Tak po prostu mi się skojarzyło.
- Fajnie! Po prostu fajnie! Mój brat leży w śpiączce, a ten tymczasem gada tu o komiksach! - wysapała wściekle Dawn - Wiesz co, Clemont?! Może lepiej idź do parku pokarmić ptaszki chlebem, zamiast nas wszystkich tutaj denerwować!
- Do parku! No jasne! - zawołała Anabel, która dotychczas siedziała cicho i się nie odzywała - Tam właśnie musimy iść!
- Nie rozumiem - powiedziałam, patrząc na nią uważnie - O czym ty mówisz, Anabel?
- Sereno, przecież to takie proste! - zawołała Anabel z podnieceniem w głosie - Park to jest miejsce, które w mieście każdy zna. Praktycznie każdy z nas był tam chociaż raz.
Ledwie skończyła to mówić, a w mojej głowie zaczęło się nagle rozjaśniać.
- No tak! Jest tam dużo drzew i trawy, ale też i metalu! - dodałam zadowolona już rozumiejąc.
- Eee... Ja czegoś chyba nie rozumiem. Co ma piernik do wiatraka? - zapytała zdumionym głosem Misty - Inaczej mówiąc, skąd tam metal?
- Nie rozumiesz? Serena ma rację - odezwał się nagle Brock - W parku są zbudowane z metalu przedmioty, na których bawią się dzieci.
- Dokładnie tak! - zaśmiałam się radośnie - I one niekiedy skrzypią, co dzieci bynajmniej nie zniechęca do zabawy na nich.
- Doskonale! Brawo, Sereno! - uśmiechnęła się do mnie życzliwie Anabel - Powinniśmy tam iść. To tam M zostawił dla nas wskazówkę.
- Chodźmy więc! - rozkazałam zadowolonym głosem.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy i już po chwili byliśmy wszyscy w parku. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że to musiało być to oto miejsce, o którym mówiła zagadka. Ono doskonale pasowało do jej słów. Zrozumieliśmy więc, że co jak co, ale musimy być na dobrym tropie. Nie było innej możliwości.
Gdy już chwila radości z powodu odniesionego drobnego sukcesu minęła, to z uwagą zaczęliśmy się rozglądać po wszystkich możliwych zakamarkach. Wciąż bowiem nie wiedzieliśmy, w której części parku M ukrył kolejną wskazówkę. Ona mogła być dosłownie wszędzie, a przecież park jest wielki. Przeszukanie go całego nie wchodziło w grę. Załamana usiadłam na ławce, wyjęłam z plecaka laleczkę zrobioną przez Latias i przycisnęłam ją mocno do serca.
- Ash, proszę, pomóż mi.... Co mam robić? Jaka to może być rzecz, która, gdy się jej rozkaże, to leci z tobą w górę lub w dół?
Przez chwilę nic się nie działo, a ja załamana zamknęłam oczy czując dziwne zmęczenie. Ledwo to zrobiłam, a w wyobraźni ujrzałam obraz Asha huśtającego się wesoło z Latias w ludzkiej postaci. Na początku nie rozumiałam, dlaczego niby to właśnie ten obraz mi się ukazał, gdy nagle...


- Już wiem! - zawołałam, zrywając się dziko z ławki i podbiegając do moich przyjaciół - Słuchajcie! To huśtawka! Tylko ona pasuje do słów wierszyka. Leci w górę i w dół. Widzicie?
To mówiąc, wskazałam palcem na grupę dzieci huśtającą się i śmiejącą przy tym do rozpuku. Zadowoleni poczekaliśmy, aż maluchy skończą swoją zabawę i huśtawki będą wolne. Na szczęście były tylko trzy, więc szukanie nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Już po chwili Clemont ściskał w ręku niewielką kartkę z kolejną wskazówką.
- Proszę! Znalazłem! - zawołał bardzo z siebie zadowolony.
Uśmiechnęłam się do niego uradowana, po czym wzięłam z jego rąk kartkę, rozłożyłam ją i zaczęłam czytać jej treść. A brzmiała ona tak:

Drodze detektywi,

Skoro czytacie teraz te słowa, to oznacza, że rozwiązaliście już drugą zagadkę i wciąż jesteście na tropie. Gratuluję wam zatem i życzę zapału do walki, albowiem kolejne wskazówka już nie będzie tak prosta do rozwiązania. Jesteście dopiero w połowie drogi do celu. Pospieszcie się więc, bo inaczej może w końcu znudzić mnie czekanie na was, a wtedy... No cóż, chyba sami dobrze wiecie, co zrobię. Dlatego powodzenia i szukajcie dalej.

M.

PS. A oto wasza wskazówka:
Wspinam się wysoko bardzo w górę.
Trudno, żebyś mnie nie zobaczył w ogóle,
Gdyż wielkich nie trudno dostrzec.
Zatem ty mnie znajdź, lecz muszę cię ostrzec,
Że takich jak ja, w tym mieście jest wielu.
Dlatego szukaj takiego, co na rencie jest, przyjacielu.
Mówią, że pode mną ciemno jest, co przecież głupie,
Zwłaszcza, że ze mnie blask bije i to nawet w mgły zupie.

- Szczerze mówiąc, mógłby on nieco popracować nad tym tekstem - mruknęła niezadowolonym tonem Misty.
- Właśnie. Poeta z niego jest raczej kiepski - dodała złośliwie Dawn - Głupie-zupie? To przecież jest żałosny rym. A poza tym, w tych dwóch ostatnich linijkach powtarza się słowo „że“.
- Hej! Wybrałyście sobie obie naprawdę fatalny moment na robienie recenzji literackiej! - zawołałam wściekłym tonem na dziewczyny.
- Przepraszamy. My tak instynktownie - zamruczała Dawn, drapiąc się lekko z zażenowaniem po karku.
- O co mu chodzi? - zastanawiał się Brock - Co jest wysokie, czego trudno nie zauważyć?
- I o co chodzi z tym blaskiem, choć ponoć pod tym miejscem jest ciemno? - mruczał drapiąc się po brodzie Clemont - O co w tym chodzi?
Nie mieliśmy pojęcia, co ta wskazówka może oznaczać, dlatego usiedliśmy na ławce w parku i zastanawialiśmy się dalej. Niestety, nic nam nie przychodziło do głów.
Siedzieliśmy tak przez bardzo długi czas, także wkrótce zauważyliśmy, że oto zaczęło się ściemniać.
- Ciemno się robi! Latarnie się już zapalają - rzekła Anabel, patrząc w niebo.
Uderzyłam się dziko dłonią w czoło i zerwałam szybko z ławki. Już wszystko rozumiałam. Nadejście ciemności paradoksalnie rozjaśniło mi w głowie.
- Och! Już wiem! Już rozumiem! - zawołałam, radośnie ściskając dziewczynę - Anabel, jesteś genialna! To, o czym pisze M w swojej wskazówce, to latarnia!
- Latarnia? - zdziwili się moi przyjaciele.
- Właśnie tak! Latarnia uliczna! Nie inaczej, tylko właśnie to! - zawołałam, podskakując dookoła jak wariatka - Nie rozumiecie tego?! Wszystko tu się zgadza! Jest wysoka, daje blask, takich jak ona jest pełno w tym mieście, no i też nietrudno ją zauważyć.
- A poza tym, stare przysłowie mówi, że najciemniej jest zawsze pod latarnią! - dokończyła moją myśl Misty, rozumiejąc już, o co chodzi.
- Właśnie tak! Wszystko się zgadza! - powiedziałam radośnie.
- Jest tylko mały problem, Sereno. Która z latarni jest tą, o której mówi nam wskazówka zawarta w liście? - zapytała Dawn.
- No właśnie. Sama słusznie zauważyłaś, że latarni w tym mieście (zresztą w każdym mieście) jest wiele. Nie wiemy, o którą tutaj chodzi - stwierdził Clemont.
Niestety, była to szczera prawda, bo przecież nie mieliśmy pojęcia, o którą z latarni chodzi. Na całe szczęście Anabel ponownie przyszła nam z pomocą.
- A ja chyba wiem, o którą latarnię chodzi - powiedziała, zabierając mi z rękę kartkę od M - Wskazówka mówi o latarni „będącej na emeryturze“. To musi być taka latarnia, której nikt od dawna nie używa.
- Ale skąd będziemy wiedzieli, o którą latarnię chodzi? - zapytałam.
- Musimy się kogoś spytać. Tylko kogo? - zastanawiał się Clemont.
Nagle dostrzegliśmy przechodzącą niedaleko nas oficer Jenny. Podbiegliśmy więc do niej stwierdzając, że jeżeli ktoś ma coś wiedzieć o tym mieście, to tylko ona, miejscowa policjantka.
- Oficer Jenny! Oficer Jenny! - zawołałam zatrzymując ją.
Jenny odwróciła się do nas z uśmiechem i zapytała:
- W czym mogę wam służyć?
- Mnie możesz służyć umówieniem się ze mną na randkę! - zawołał Brock, podbiegając do policjantki i łapiąc ją za ręce.
Jenny była w lekkim szoku i nie wiedziała, co ma powiedzieć, jednak Misty szybko przejęła inicjatywę łapiąc Brocka za ucho.
- Zaraz ja cię umówię, kolego... Na wizytę u psychoanalityka - warknęła zła, odciągając załamanego Brocka od jego obiektu westchnień.


Ja zaś podeszłam do policjantki i powiedziałam:
- Przepraszamy, oficer Jenny, ale chcieliśmy zapytać, czy w tym mieście nie ma jakieś starej, zepsutej latarni?
- A czemu o to pytacie? - zdziwiła się policjantka.
Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć, dlatego też rzuciłam pierwsze, co mi przyszło do głowy:
- Bo widzi pani, założyłam się z koleżanką o piątaka, że wszystkie latarnie w tym mieście działają jak należy.
- Właśnie, a ja uważam, że na pewno jakaś latarnia mogła się tutaj przepalić i pozostaje w stanie zepsucia - powiedziała Anabel, doskonale wcielając się w rolę owej „koleżanki“, z którą się rzekomo założyłam.
Słysząc to, Jenny zaśmiała się wesoło i spojrzała na mnie, mówiąc:
- Wobec tego przegrałaś pięć dolarów, moja droga. W tym mieście jest jedna latarnia, która dawno temu się przepaliła i nikomu jakoś nie przyszło do głowy, by ją naprawić. Taka dziwna sytuacja. Władze miasta wolą za pieniądze z podatków świętować, zamiast naprawić przedmioty użytku publicznego. Tak niestety zawsze było, jest i pewnie zawsze będzie.
Wiadomość, jaką usłyszeliśmy od oficer Jenny bardzo nas ucieszyła, dlatego jeszcze zapytaliśmy, w której części miasta znajduje się ta latarnia, a gdy tylko się tego dowiedzieliśmy, to ruszyliśmy w jej kierunku. Dość szybko tam dotarliśmy.
- Coś mi mówi, że pewnie ta wskazówka znajduje się na samej górze latarni - powiedziałam.
- Ale jak mamy się tam dostać? - spytała załamanym tonem Dawn.
- Coś mi mówi, że czas wkroczyć do akcji - uśmiechnął się do nas Clemont, a jego oczach pojawił się nagle spory błysk - Dzięki nauce przyszłość mamy dziś! Włączam zestaw Clemonta!
To mówiąc, chłopak uruchomił ramię Aipoma, które miał w swoim plecaku. Ramię podniosło się wysoko i dosięgło lampy latarni, więc po chwili tego szukania znalazło w niej małą kartkę papieru i zdjęło ją z góry.
- Doskonale, Clemont! Brawo! - zawołałam radośnie, podskakując przy tym wesoło i przybijając sobie piątkę z Dawn - Teraz musimy odczytać tę kartkę.
Ponieważ jednak było już dość późno, poszliśmy do Centrum Pokemon i tam wynajęliśmy jeden, całkiem duży pokój, w którym bez trudu się pomieściliśmy, a następnie zaczęliśmy z wielką uwagą czytać kartkę. A oto, jak brzmiała jej treść:

Kochani detektywi,

Nie pytam was, czy rozwiązaliście poprzednią zagadkę, bo skoro czytacie ten list, to na pewno tak. A więc słuchajcie teraz uważnie. Zostały wam już tylko dwie zagadki do rozwiązania, ale każda z nich jest jeszcze trudniejsza niż poprzednie. Zobaczymy więc, czy jesteście aż tak genialni, za jakich się uważacie. Stańcie ze mną do walki, a jeśli wygracie, to lekarstwo jest wasze. Jeśli nie, to wówczas...
Zatem spróbujcie mnie znaleźć, jeśli potraficie.

M.

PS. Oto wskazówka:
Musicie wyjść poza miasto, aby znaleźć mnie.
Nie będzie to łatwe, każde z was to wie.
Żeby mnie znaleźć, znajdźcie coś większego
Od tego, co jest w tym mieście najwyższego.
Coś silniejszego i potężnego zarazem.
Co jest też wcale żadnym mirażem.
Nie stworzył tego człowiek, ale natura.
Wewnątrz tej rzeczy jest ciemność ponura.
Ciągnie się ono długo niczym labirynt jaki.
Lecz wejdziecie w to, jeśli jesteście Kozaki.
Wskazówka zaś na końcu ciemności się znajduje.
Odszuka ją ten tylko, kto odwagę w sobie buduje.

- Kolejne badziewne rymy - mruknęła pod nosem Misty.
- I jeszcze te Kozaki pod koniec. O co mu chodzi? - zdziwiła się Dawn.
- Kozak to jest chojrak, czyli taki ktoś, kto jest odważny ponad miarę i przy okazji się popisuje - wyjaśnił jej Brock - Założę się, że o to M właśnie chodzi.
- No cóż, w takim razie będziemy musieli wejść w tę ciemność, żeby ocalić Asha - powiedziałam, zaciskając mocno dłoń w pięść - Znajdziemy tego całego M i zabierzemy mu lekarstwo.
- Ale o co w tym wszystkim chodzi? O czym on w ogóle mówi w tej swojej wskazówce? - zastanawiał się Clemont.
- Nie mam pojęcia - stwierdziłam i spojrzałam z nadzieją w oczach na Anabel - A może ty wiesz?
Anabel zamknęła oczy, usiadła po turecku na dywanie i zastanowiła się przez chwilę.
- Coś wielkiego, czego nie stworzył człowiek, lecz natura - zaczęła mówić - Potężnego, co posiada w sobie jakąś ciemność ciągnącą się niczym labirynt... O co tu może chodzić?
- Do tego znajduje się poza miastem - zastanawiała się Misty - To może mieć znaczenie. Prawda?
- To ma wielkie znaczenie, Misty - odpowiedziała Anabel, otwierając powoli oczy - Chyba wiem, co nasz przeciwnik ma na myśli. Podejrzewam, że chodzi mu o górę.
- Górę? - zdziwiłam się.
- No jasne! Przecież w tych okolicach są góry! - zawołała radośnie Misty, uderzając się z radości pięścią w dłoń - Następna i zarazem też ostatnia wskazówka musi znajdować się tam.
- Tylko o co chodzi z tą tajemniczą ciemnością? - zapytał Clemont, patrząc na Misty uważnie, jakby oczekując od niej odpowiedzi.
Zastanowiliśmy się nad tym przez chwilę. W końcu jednak Brock, bardzo z siebie zadowolony, pstryknął palcami.
- A ja już chyba wiem, o co chodzi - powiedział - Moim zdaniem, tu chodzi o jakąś jaskinię czy też grotę, która się w tych górach znajduje. Nie widzę żadnego innego wyjaśnienia.
- Prawdę mówiąc, to chyba nie widzę tu innego wyjaśnienia - uśmiechnęłam się smutno - Ale nie mamy pewności, czy myślimy słusznie.


- Dowiemy się jutro, kiedy tylko tam pójdziemy - stwierdziła Dawn - Dzisiaj jednak już nic nie zdziałamy. Chodźmy lepiej spać.
- Trudno mi będzie spać ze świadomością, że Ash jest w śpiączce, a my wciąż nie mamy lekarstwa dla niego - powiedziałam ze smutkiem w głosie.
Na samo wspomnienie mego ukochanego chłopaka, pogrążonego w śpiączce poczułam, jak mi się serce kraje. Wówczas to Dawn i Anabel, jakby wyczuwając to, co mnie dręczy, położyły ręce na moich dłoniach i spojrzały na mnie z uwagą.
- Damy radę, Sereno. Uda się nam - powiedziała Dawn.
- Dokładnie tak, Sereno. Nie wolno nam się poddać! - dodała Anabel, patrząc na mnie bojowym wzrokiem.
- Musimy być dzielni i odważni! - zawołał bojowo Clemont.
- Tacy, jak Ash - rzekła Misty.
- I nigdy nie ulec przeciwnościom losu - dokończył Brock.
Ledwie to powiedzieli, a przed oczami ukazało mi się nagle wspomnienie z mojego dzieciństwa. Ten dzień, jak byłam mała i zgubiłam się w lesie, a Ash mnie odnalazł i z radością podał mi dłoń, mówiąc:
- Hej, Różowa Panienko! Nigdy się nie poddawaj, tylko walcz!
Obraz po chwili zniknął, zaś ja spojrzałam na moich przyjaciół z uśmiechem na twarzy, po czym powiedziałam:
- Dziękuję wam, przyjaciele, że ze tu mną jesteście. Macie rację. Damy sobie radę, choćby nie wiem co.
To mówiąc, wstałam z krzesła, na którym siedziałam i zaśpiewałam:

Nie wiecie, co w moim sercu się kryje.
Chcę żyć i przeżyję!
Nigdy nie ulegnę!
Nigdy nie ulegnę wam, nie!
Kto nie dotrze do fal, nie popłynie na ich grzbiecie.
A wy tak właśnie chcecie.
Nigdy nie ulegnę!
Nigdy nie ulegnę wam, nie!

Słysząc słowa tej piosenki, moi przyjaciele zacisnęli bojowo dłonie w pięści i zanucili to razem ze mną. Wiedziałam wówczas, że mogę na nich liczyć. Z taką kompanią byłam w stanie nawet góry przenosić, a co dopiero znaleźć lekarstwo dla mojego chłopaka. Musiało być dobrze, bo nie byłam sama.


C.D.N.




4 komentarze:

  1. Historia naprawdę fantastyczna, wciąga tak mocno jak nie wiem co, aż się nie mogłam od niej oderwać nawet na sekundę.
    Ciekawy pomysł z poszukiwaniem leku dla Asha poprzez zagadki, chociaż pan M. jest już w pewnych momentach nieco irytujący i trochę zbyt pewny siebie. Chociaż powoli zaczynam podejrzewać kim on jest, jednak z ujawnianiem swoich przypuszczeń poczekam do kolejnych części. :)
    Ogólna ocena: 10/10

    OdpowiedzUsuń
  2. 100000000000000000000000000000000000000000000000/10

    OdpowiedzUsuń

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...