niedziela, 7 stycznia 2018

Przygoda 076 cz. III

Przygoda LXXVI

Z jak zemsta cz. III


Na szczęście przeczucia Asha w sprawie naszego wynalazcy były faktycznie zgodne z prawdą. Okazało się bowiem, że ledwie tylko ja, mój chłopak oraz Luke zaszliśmy do Clemonta i opowiedzieliśmy mu o wszystkim, to ten uśmiechnął się tajemniczo, zachichotał, dotknął swoich okularów i rzekł:
- Cieszy mnie, że przyszliście do mnie z prośbą o pomoc, albowiem będę wam mógł dzisiaj dowieść, że naprawdę, ale to naprawdę dzięki nauce przyszłość mamy dziś!
Następnie pogrzebał coś w swoim plecaku i pokazał nam jakiś mały, czarny przedmiot.
- Proszę! Oto zestaw Clemonta! Wiecie, tak sobie niedawno majsterkowałem i wyprodukowałem coś takiego, bo czułem, że być może to się nam kiedyś przyda. Przedstawiam wam mój mikroskopijny słuchacz!
- Mikroskopijny słuchacz? - zapytałam zdumiona.
- Pika-pika? - pisnął równie tym zdziwiony, co ja Pikachu.
- Tak, zgadza się - skinął wesoło głową Clemont - Jak sama nazwa wskazuje, to urządzenie wsadza się do ucha, po czym odbiera ono dźwięk przesyłany danej osobie przez mikrofon taki jak ten.
Po tych słowach, pokazał nam słuchawki z przymocowanym do nich małym mikrofonem.
- Ekstra! Nauka jest niesamowita! - zawołał zachwycony Ash.
- Dokładnie - uśmiechnął się Clemont - Dzięki temu będziemy mogli służyć naszym aktorom za suflerów i kiedy zapomną oni tekstu, to zawsze podpowiemy im ich kwestie i nie trzeba będzie dublować scen. Albo po prostu nie będą musieli się uczyć tekstu, bo ten mikrofon zrobi swoje.
- Wow! Ash ma rację! Nauka naprawdę jest niesamowita! - zawołał radośnie Luke - Oczywiście mógłbym odłożyć kręcenie filmu do czasu, aż nasi drodzy aktorzy się nauczą roli, ale obawiam się, że nie mogę sobie na to pozwolić.
- A właściwie, to powiedz mi, co ci się tak spieszy z tym filmem? - zapytałam zdumiona - Naprawdę musisz nakręcić go jak najszybciej?
- Tak. Bo widzicie, już za dwa tygodnie odbędzie się w Pokeweood konkurs dla młodych reżyserów. Ponieważ nieco się już wybiłem, to mogę mieć większe szanse na to, aby go wygrać, ale tak czy siak muszę mieć naprawdę dobry film, co najmniej godzinny.
- Wiesz jednak, że nakręcenie filmu to nie jest taka prosta sprawa - zauważył Clemont - Trzeba mieć sprzęt, ekipę i w ogóle.
- Sprzęt łatwo będzie wypożyczyć, a i ekipa się znajdzie - stwierdził młody reżyser, nie dając się mu zniechęcić - Zresztą film będzie trwał tak około godzinę. Ile to może nam zająć czasu? Poza tym pamiętajmy, że jurorzy nie będą oceniać to, czy film jest nakręcony amatorsko czy specjalistycznie. W sumie nawet lepiej, by był on stworzony raczej tą pierwszą metodą, czyli amatorską. Bo w końcu, ja wciąż dopiero zaczynam swoją karierę i rozwijam swoje talenty.
- Rozumiem - skinęłam głową - Tylko, że wiesz... Głównych aktorów łatwo znalazłeś, ale co dalej? Co ze statystami i odtwórcami epizodycznych ról?
- No i plenery? Co z nimi? - zapytał Clemont.
- Spokojnie. Jak już to powiedziałem, film może być, a wręcz powinien być amatorski. A potem, jeżeli spodoba się on jury, to nakręcę go w formie bardziej specjalistycznej - wyjaśnił nam Luke - Poza tym tu w pobliżu, o ile dobrze wiem, znajdują się pozostałości po dawnych czasach.
- Owszem, niedaleko stąd jest taki pałacyk z minionej epoki - zauważył Ash - Nadawałby się na siedzibę gubernatora. No, a z kolei dom profesora Oaka mógłby od biedy naśladować hacjendę de La Vegów.
- Wnętrza są dobre, a co do zewnętrznych miejsc, to można jakoś je chyba komputerowo wygenerować - powiedział Clemont.
- Damy sobie z tym radę - odrzekł na to Luke bardzo zadowolonym głosem - Nie wolno nam się tylko poddawać. Ważne, żebyśmy nakręcili ten film, a kiedy już go nakręcimy, to wszystko będzie dobrze.
- Wiesz, podziwiam twój optymizm - odparłam wesoło - Ale skąd weźmiesz statystów?
- To akurat będzie łatwe, Serenko. Moja mama na pewno użyczy nam swoich pracowników - odpowiedział mi mój chłopak - Kostiumy dla nich zaś znajdziemy w teatrze. Tam też znajdziemy ewentualne dekoracje do naszego filmu. Nie będzie więc źle. Powiem więcej. Musi być dobrze.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu.
- No i doskonale - rzekł z uśmiechem Luke - A więc nie mamy na co czekać. Bierzmy się do dzieła!

***


Ponieważ mieliśmy już dokładnie zaplanowane, co zamierzamy zrobić, to nie pozostało nam nic innego, jak tylko przejść do realizacji naszego planu. Tak też więc zrobiliśmy. Clemont zaczął budować kolejne egzemplarzy swojego nowego wynalazku, Luke natomiast przygotował specjalny sprzęt do nagrywania filmów. Okazało się, że miał on tutaj, w Alabastii kilku znajomych zajmujących się właśnie branżą filmową i ci pożyczyli mu to, co on sobie tylko zażyczył i nawet przywieźli mu na plan filmowy, który były przedmieścia Alabastii. Nasz przyszły światowej sławy reżyser przeszedł najpierw do kręcenia scen, które to dzieją się w plenerze. Potem zaś zamierzał nakręcić wszystkie sceny rozgrywające się w budynkach.
- Luke idzie na łatwiznę, ponieważ ujęć w plenerze jest mniej niż tych w budynkach - stwierdziła ironicznie Iris, kiedy następnego dnia od naszej rozmowy z Clemontem przeszliśmy do kręcenia filmu.
- Być może, ale tak czy siak, on chyba wie lepiej od nas, co należy robić podczas kręcenia filmu - zauważył Cilan.
- W sumie masz rację, ale i tak jestem zdania, że on idzie na łatwiznę.
Iris wkurzała mnie tą swoją gadaniną i do tego stopnia, że nie wytrzymałam i musiałam się odezwać.
- Wiesz co? Odnoszę wrażenie, że dla ciebie szklanka zawsze jest do połowy pusta.
- A dla ciebie, to jest zawsze do połowy pełna - mruknęła nieco złym tonem Mulatka - Uważasz może, że to dobrze? To świetnie, ja jednak wolę podchodzić bardziej realistycznie do wszystkiego, co się wokół nas dzieje.
- Raczej pesymistycznie - odciął się Cilan.
- To wszystko zależy od punktu widzenia - stwierdziła dowcipnie Dawn - Dla jednych ludzi szklanka jest do połowy pusta, dla drugich do połowy pełna, a dla jeszcze innych szklanka to coś, czym można kogoś rzucić, żeby sprawić mu ból.
- Pip-lu-pip! - zaćwierkał Piplup, zgadzając się z nią.
Parsknęłam delikatnie śmiechem, słysząc słowa mojej najlepszej przyjaciółki. Musiałam przyznać, że ona naprawdę potrafi dogadać, choć jej złośliwość zwykle była na swój sposób bardzo urocza. Misty i Melody też umieją dogadać, ale one zwykle robiły to one wtedy, kiedy to chciały komuś dogryźć, Dawn natomiast po prostu lubiła sypać żartami.
- No dobra, kochani. Dosyć już tego gadania - powiedziała May, podchodząc do nas - Nasz pan reżyser woła nas na plan.
Dziewczyna (podobnie jak my wszyscy) miała na sobie właśnie piękny strój wypożyczony z teatru, dzięki czemu wyglądała jak służąca z początku XIX wieku. Taką to bowiem rolę dostała ona w historii napisanej przez Maggie Ravenshop - służącą i zarazem wierną przyjaciółkę panny Sereny Pulido, czyli mnie.
- Mamy teraz zacząć nakręcić scenę opowieści seniority Sereny - rzekła moja przyjaciółka z Hoenn - No wiecie, chodzi o tę sytuację, kiedy to senorita Pulido opowiada państwu Ketchum o tym, jak ocalił ją Zorro.
- Doskonale! Nie mogę się już tej sceny doczekać! - zachichotałam radośnie.
Spojrzałam na Asha przebranego w czarny strój dzielnego banity w masce. Musiałam przyznać, że wyglądał on w nim po prostu wspaniale. Ten kostium doskonale do niego pasował. Czynił go jeszcze bardziej męskim i bohaterskim, a w każdym razie w moich oczach.
- Dobrze, kochani! Bierzmy się do dzieła! - zawołał Luke.
- Obawiam się, że musimy wam przeszkodzić! - usłyszeliśmy za sobą nagle jakiś kobiecy, wredny głos.
Obejrzeliśmy się za siebie i zauważyliśmy, że na najbliższym drzewie stoi jakaś bardzo dobrze nam znana trójka, która zaczęła recytować pewną rymowankę (tak nawiasem mówiąc, to znaliśmy ją już na pamięć, a w każdym razie, te jej podstawowe, powtarzające się wersy).
- Te dwie niecnoty, a właściwie trzy...
- Niosą kłopoty niczym filmowy sny.
- By uchronić świat od dewastacji...
- By zjednoczyć wszystkie ludy naszej nacji...
- Głąbom filmowcom nie przyznać racji...
- By Oskara osiągnąć, będziemy walczyć.
- Jessie...
- I fotogeniczny James!
- Zespół R filmowo walczy w służbie zła!
- Więc poddaj się lub do filmowej walki z nami stań!
- MIAU! To fakt!


Chwilę później, cała trójka bardzo dobrze nam znanych złodziei Pokemonów zeskoczyła zwinnie z drzewa, po czym popatrzyła w naszym kierunku złośliwym wzrokiem.
- No nie! Zespół R! - zawołał załamanym głosem Ash - Nawet teraz musicie nam przeszkadzać i chcieć nas okraść?!
- Pika-pika?! - pisnął oburzony Pikachu.
- Jeśli to zamierzacie zrobić, to odpuśćcie sobie - zawołała Dawn - Jest nas o wiele więcej niż was!
- I bez trudu damy sobie z wami radę! - dodała May.
Pikachu i Piplup przybrali bojowe miny, zaś torby Bonnie wyskoczył nagle Dedenne, który również był gotów do walki.
- Ależ spokojnie, głąby! Tylko bez takich! - zaśmiał się Meowth - My wcale nie chcemy was okraść! W każdym razie nie dzisiaj.
- Dzisiaj mamy inne plany - stwierdził James, po czym dość ironicznie rzekł: - W każdym razie Jessie ma inne plany, a nam nie chce się z nią kłócić.
- No dokładnie - jęknął Meowth, opuszczając głowę w dół na znak załamania nerwowego - Trudno z nią wytrzymać, gdy jest w dobrym humorze, a co dopiero wtedy, kiedy jest wnerwiona.
- Więc lepiej jej nie prowokować - dodał załamanym głosem James.
Jessie strzeliła ich obu dłońmi przez głowę, po czym warknęła:
- Ech, nędzni amatorzy! Mam niestety tę nieprzyjemność pracować z samymi dyletantami, ale cóż... Takich jest teraz coraz więcej. Mam rację, maestro?
Tymi słowami zwróciła się nagle do Luke’a, który miał już nieprzyjemność ich poznać, kiedy kręcił swoje dwa poprzednie filmy z udziałem Asha, Iris oraz Cilana. Dlatego, podobnie jak my, nie spodziewał się on po Zespole R niczego, ale to niczego dobrego. Dlatego zaskoczyło go to, w jaki sposób zwróciła się do niego Jessie, ale mimo wszystko słowo „maestro“ musiało mu zaimponować, ponieważ powiedział:
- Niestety, to prawda, ale do czego zmierzasz?
- Otóż niechcący dowiedzieliśmy się, że kręcisz tu film z udziałem głąbów - rzekła Jessie.
- Założę się, że bardzo chcący się o tym dowiedzieliście - mruknęła Iris.
- Tak więc, właśnie dlatego stwierdziliśmy, że skoro już musisz zatrudnić do grania w tym filmie amatorów, to powinieneś zatrudnić także naprawdę zdolnych artystów - mówiła dalej członkini Zespołu R, nie zwracając uwagi na Mulatkę.
- Tak właściwie, to ona o wszystkim zdecydowała, a my po prostu się z nią zgodziliśmy dla świętego spokoju - zauważył złośliwie Meowth.
- No właśnie. My tam wolelibyśmy was otumanić gazem, a potem zabrać wam Pokemony, ale cóż... Pewna wyższa instancja uznała, że lepiej to odłożyć na później - dodał załamanym głosem James.
- Trzeba będzie zatem później podziękować tej wyższej instancji - zauważył dowcipnym tonem Cilan.
- Tak... Zdecydowanie trzeba będzie jej podziękować - odpowiedziałam mu, po czym dodałam: - A więc mam rozumieć, że wy troje chcecie zagrać w filmie naszego przyjaciela Luke’a?
- Dokładnie tak - uśmiechnęła się do mnie Jessie - Podziwiam twoją wielką inteligencję, moja droga.
- To raczej jest bardzo dobra znajomość twojej osoby - zauważyła May - Ale tak, inteligencja ma do tego bardzo wiele. W końcu trzeba myśleć, aby móc kogoś należycie poznać.
- Trzeba myśleć... To bardzo dobre stwierdzenie - mruknął Meowth, patrząc złośliwie na Jessie.
Oberwał za ten tekst solidnego kopniaka pod ogon od swej koleżanki z pracy, która po załatwieniu swoich porachunków poprawiła sobie fryzurę i rzekła:
- Super. A zatem, panie reżyserze, pragnę dostać rolę w twoim filmie. No i znaj moją łaskę... Skoro ja, wielka Jessielana mam tu grać, to niech moi koledzy, aktorzy z Bożej łaski zagrają razem ze mną.
- Samoluba i zarozumiałą zołzę, to ona gra doskonale - mruknął James.
- I gra tę rolę już od dobrych kilku lat - zachichotał Meowth.
Jessie prychnęła pogardliwie, po czym zapytała Luke’a:
- To jak, kochasiu? Dostanę angaż u ciebie?
Luke spojrzał na nas uważnie, po czym powiedział wesoło:
- Wiecie co? Tak się składa, że w tym filmie są role wzorowane na waszych postaciach, więc cóż... Szukaliśmy do nich aktorów, ale skoro wy się zjawiliście, to doskonale. Nie musimy nikogo szukać na wasze miejsce.
- Czyli, że... Mamy u ciebie angaż?! - zawołała Jessie podnieconym tonem - I to jeszcze mam zagrać postać inspirowaną moją własną, wspaniałą osobą? Czy ja dobrze słyszę?!
- Tak, bardzo dobrze słyszysz - powiedział do niej Ash z uśmiechem na twarzy - Mamy w tym filmie trzy role inspirowane waszymi osobami.
- Można więc powiedzieć, że spadliście nam jak z nieba - zaśmiała się Dawn.
- Pika-pika-chu! Pip-lu-li! - pisnęli Pikachu i Piplup.
Oczywiście, Jessie nie trzeba było wcale długo namawiać do zagrania swojej postaci. Co prawda wolała zagrać Serenę Pulido, ale w końcu uznała, że porucznik Jessie Monastario to rola całkiem ciekawa, choć miała do niej pewne zastrzeżenia.
- Uważam, że ten, kto napisał ten scenariusz, to w ogóle mnie nie zna - rzekła złodziejka Pokemonów - Przecież ta cała pani porucznik jest wredna, złośliwa, zarozumiała i nerwowa. To moje całkowite przeciwieństwo!
James i Meowth mieli na ten temat inne zdanie, jednak woleli zachować je dla siebie, aby ponownie nie oberwać od swojej dosyć nerwowej koleżanki. Zamiast tego tylko lekko zachichotali wymownie, ubawieni stwierdzeniem Jessie.
- Wiesz... Tak sobie myślę, że to nawet lepiej, że ta postać znacznie różni się od ciebie - powiedział jej Clemont - Bo dzięki temu będziesz mogła się wykazać swoim talentem aktorskim. Grać na ekranie kogoś podobnego do siebie, to nie jest wielka sztuka. Ale zagrać kogoś zupełnie innego niż się jest naprawdę... Och, to jest dopiero prawdziwe wyzwanie.
- Tak, dokładnie - poparł go Luke - Sam bym tego lepiej nie nazwał. Poza tym porządny aktor zagra każdą rolę, nawet tamto drzewo.
Jessie przekonały ich argumenty, dlatego przestała wreszcie grymasić, a my przeszliśmy do kręcenia filmu.

***


Opowiadanie Maggie Ravenshop c.d:
Serena Pulido przyjechała tego popołudnia do hacjendy de La Vegów w towarzystwie matki oraz swojej służki i zarazem damy do towarzystwa o imieniu May. Cała trójka została oczywiście bardzo uprzejmie powitana przez gospodarzy, którzy przedstawili im rodzeństwo Pinkerton.
- Bardzo miło mi was poznać - rzekła Grace, witając Clemonta i Bonnie - Naprawdę cieszy mnie, że państwo przybyliście do Alabastii. Ten bandyta Zorro zaczyna spędzać nam wszystkim sen z powiek.
- To prawda - zgodził się z kobietą Ash - Im szybciej zostanie złapany, tym lepiej.
Serena spiorunowała go bardzo gniewnym spojrzeniem i powiedziała:
- A ja uważam, że Zorro jest dobrym człowiekiem, więc nie powinien zostać schwytany. W końcu występuje on jedynie przeciwko nędznikom, którzy okradają biednych ludzi pod pretekstem pobierania podatków.
- Córeczko, proszę - syknęła gniewnie Grace - Nie powinnaś mówić takich słów, zwłaszcza w towarzystwie ludzi będących przyjaciółmi Jego Ekscelencji gubernatora.
Mówiąc to, miała oczywiście na myśli rodzeństwo Pinkerton, które mogło się poczuć urażone jej słowami. Clemont jednak uśmiechnął się tylko delikatnie, po czym spojrzał na siostrę, która też nie okazała oburzenia i powiedział:
- Prawdę mówiąc, to muszę tu sprostować pewne nieporozumienie. Otóż nie jesteśmy przyjaciółmi Jego Ekscelencji, nie śmiemy bowiem pretendować do aż takiego tytułu. Jesteśmy po prostu ludźmi przez niego wynajętymi, jak również mamy za zadanie odnaleźć i zdemaskować Zorro.
- Ale być może, już zaraz po tym wszystkim będziemy jego przyjaciółmi - zaśmiała się Bonnie - Jednak nie zamierzamy mu donosić o wszystkim, co tutaj usłyszymy, więc proszę się nie bać. Donna Pulido może śmiało mówić przy nas wszystko, co tylko zechce.
- Niestety, ja nie mam takiej śmiałości, w przeciwieństwie do mojej córki - zauważyła Grace z lekką irytacją.
Serena spojrzała na matkę z wyrzutem.
- Mamo! To przecież doskonale wiesz, że gubernator potraktował nas podle tylko i wyłącznie dlatego, że odrzuciłaś jego zaloty! Jak więc mam się teraz o nim wypowiadać?
- Z rozsądkiem, moja kochana córeczko. Z rozsądkiem - odrzekła jej matka - Podobnie jak powinnaś ostrożnie odrzucać zaloty kapitana Monastario.
- Jestem ostrożna, ale muszę też być stanowcza.
- Nie musiałabyś być taka, gdybyś przyjęła oświadczyny Don Asha.
- Dokładnie - uśmiechnął się syn de La Vegi - Ale chwileczkę... Chce pani mi powiedzieć, że pan kapitan James Monastario próbował oświadczyć się Serenie? Śmiał on smalić cholewki do mojej narzeczonej?!
- Przypominam ci, senor, że ona jeszcze nie jest twoją narzeczoną - mruknęła do niego złośliwie May.
- Och, to tylko kwestia czasu - stwierdził Maxymiliano, stojący sobie w kącie podczas tej rozmowy i czytający książkę.
- Dokładnie tak - skinął głową Ash - Ale nie podoba mi się taki stan rzeczy! Zamierzam do niego pojechać i powiedzieć mu to prosto w twarz!
- To nie jest najlepszy pomysł - zauważyła Delia de La Vega.
- Wręcz przeciwnie, to doskonały pomysł - uśmiechnął się do niej mąż - Mój syn nareszcie zachowuje się jak prawdziwy mężczyzna! Jedź więc do tego głupca i wyzwij go na pojedynek!
- Pojedynek? - skrzywdził się Ash - Ojcze, ja nie to miałem na myśli. Raczej wolałbym mu powiedzieć wprost, że nie życzę sobie takiej sytuacji i zażądać od niego przeprosin.
Josh de La Vega załamany opuścił ręce, słysząc słowa swego potomka. To było dla niego po prostu okropne. Przecież ten młodzieniec był kiedyś inny. Był nie tak znowu dawno odważny, szlachetny i niezwykle honorowy. Potem nagle, zupełnie niespodziewanie, kiedy powrócił w rodzinne strony ze studiów w Kalos, zmienił się nie do poznania. Z odważnego oraz bardzo dzielnego młodzieńca został obibokiem, leniem, a do tego też całkowicie pozbawionym honoru pośmiewiskiem całej okolicy. Don Josh miał nadzieję, że zaloty do Sereny odmienią go na lepsze, ale cóż... Ash nie potrafił jakoś do tej sprawy podejść należycie. Co innego Dawn: ta miała w sobie więcej energii oraz chęci do działania, ale niestety była chwilami tak niepokorna, że groziło jej zostanie na zawsze starą panną, bo kto by zechciał mieć żonę, która to nie tylko ośmiela się mieć własne zdanie, ale jeszcze się z nim afiszuje?
- Mój braciszku... Uważam, że bardzo dobrze robisz, chcąc powiedzieć temu kapitanowi, co o nim myślisz - powiedziała po chwili Dawn - Ale jestem również zdania, że samym gadaniem tej sprawy nie załatwisz! Nie musisz się z nim bić, ale powinieneś mu tym zagrozić, jeżeli on spróbuje znowu uwodzić Serenę.
- Tak by w każdym razie postąpił prawdziwy mężczyzna - burknęła oburzona senorita Pulido.
Grace zarumieniła się lekko, po czym postanowiła szybko załagodzić całą tę sytuację, mówiąc:
- Moim zdaniem Don Ash ma absolutną rację, kiedy mówi, że nie chce się bić z kapitanem. Wynikiem takiego pojedynku byłaby śmierć jednego z nich, a tego żadne z nas sobie nie życzy, prawda?
Wszyscy musieli przyznać jej rację. W takim pojedynku albo zginąłby Ash, albo Monastario. Jeżeli Ash, to Don Josh poniósłby poważną stratę, a jeśli kapitan, to mogłyby z tego wyniknąć bardzo niemiłe konsekwencje. W końcu komendant cieszył się poważaniem samego gubernatora Giovanniego, a chociaż rodzina de La Vega była przez niego dosyć szanowana, to mimo wszystko konsekwencje takiego pojedynku byłyby dla Asha nad wyraz poważne.
- Najlepiej by chyba było, gdyby nasz syn poślubił senoritę Pulido i kapitan nie miałby już jak zalecać się do niej - stwierdziła Delia.
Ash spojrzał z uśmiechem na matkę, którą to niezwykle szanował, po czym rzekł:
- Doskonały pomysł, mamo.
Następnie podszedł do Sereny i rzekł do niej uroczystym tonem:
- Moja droga Sereno... Znamy się od dziecka... Byliśmy zawsze sobie bliscy. Nasze matki chcą, abyśmy zostali małżeństwem, a i ja nie mam nic przeciwko temu. Co więc sądzisz o możliwości wyjścia za mnie?
Josh i Dawn załamani zasłonili sobie oczy dłońmi, gdy to usłyszeli. Chyba nie było na całym świecie gorszego sposobu oświadczenia się dziewczynie niż taki, jaki właśnie zademonstrował młody de La Vega. Nie zdziwiło ich zatem, że Serena słysząc to, co właśnie usłyszała, zerwała się z miejsca, prychnęła pogardliwie, po czym wybiegła oburzona z pokoju.
- Co się jej stało?! - zapytał zdumiony jej zachowaniem Ash - Co ja takiego powiedziałem?
- Lepiej... Nic... Już... Nie mów - rzekł załamanym głosem Don Josh, powoli wypuszczając słowa z ust - Synu... Naprawdę... Nic już nie mów, a najlepiej zejdź mi z oczu.
- Josh, proszę cię... - broniła syna Delia.
Mężczyzna jednak nie dał się ubłagać.
- Zejdź mi z oczu, młodzieńcze! Do jutra nie chcę cię oglądać!
Ash zasmucony tym wszystkim wyszedł z pokoju, a Maxymiliano z nosem w książce poszedł za nim.
- Tak bardzo cię przepraszam, Grace - jęknął załamanym głosem de La Vega - Mój syn naprawdę zachowuje się czasami... Jak kompletny głupiec. Ja nie wiem, co spotkało tego młodzieńca w Kalos. Kiedyś był on zupełnie inny, a teraz?
- Nic nie szkodzi, Josh - powiedziała do niego z uśmiechem donna Pulido - Poza tym i tak nie był to najgorszy sposób proszenia dziewczyny o rękę. Prócz tego obawiam się, że kapitan Monastario okaże jeszcze gorsze maniery, gdy już zacznie prosić mnie o rękę Sereny. O ile oczywiście będzie prosić.

***


Serena wyszła z salonu i znalazła się na korytarzu hacjendy de La Vegów. Czuła się po prostu okropnie. Jak Ash w ogóle mógł w taki sposób ją potraktować i prosić o jej rękę w tak głupi, pozbawiony wszelkich emocji sposób? No dobrze, był on o wiele bardziej kulturalny niż kapitan James, ale przecież on przynajmniej coś do niej czuł, z kolei Ash sprawiał wrażenie zimnego kołka wbitego w ziemię - praktycznie nic go nie ruszało i na wszystko reagował on z takim nienaturalnym, stoickim spokojem, co ją niesamowicie drażniło. Przecież prawdziwy mężczyzna powinien umieć okazać emocje wtedy, gdy tego trzeba. Gdyby Ash ją kochał, to wściekłby się na wieść o tym, że inny mężczyzna próbował zdobyć jej serce. Nie musiałby go zaraz wyzywać na pojedynek, ale z całą pewnością okazałby on swoje uczucia wobec niej, a tymczasem... nic! Po prostu kompletny kołek z niego. Zimny i pozbawiony emocji kołek!
Takie właśnie myśli wyraziła na głos panna Pulido. Skierowała je do May, swojej wiernej służki, a zarazem też przyjaciółki, która tylko westchnęła głęboko i powiedziała:
- Moim zdaniem, Ash nie zasłużył na tak niską ocenę. Co prawda, może nie zachował się specjalnie romantycznie, ale przecież zawsze mogło być gorzej.
- Tak, to prawda - zauważyła Dawn, dołączając do dziewczyn - Ja nie wiem, dlaczego mój brat się tak zachowuje, ale wiecie, tak prawdę mówiąc, to on zawsze był trochę dziwakiem.
- Nieprawda! Kiedyś był o wiele lepszy! - zawołała oburzonym tonem Serena - Pamiętam doskonale, jak go poznałam. Miałam wtedy zaledwie siedem wiosen i szłam sobie na spacer z May, kiedy nagle naskoczyła na nas banda wyrostków. Chcieli mi wrzucić węża za sukienkę, ale wtedy zjawił się Ash, który bez trudu ich pobił, chociaż był sam jeden, a ich czterech. Był wtedy po prostu wspaniały. Od tego czasu zostaliśmy przyjaciółmi. Miałam nadzieję, że za niego wyjdę, kiedy dorośniemy, a teraz co? On się zmienił na gorsze.
- Być może jego zachowanie to tylko poza? - zasugerowała Dawn.
Serena spojrzała na nią uważnie.
- Poza? Niby po co stosowana?
- Nie mam pojęcia, ale tak coś czuję, chociaż oczywiście mogę się mylić. W końcu, co ja tam niby o nim wiem? Odnoszę wrażenie, że raczej go nie znam. Też jestem zawiedziona jego przemianą na gorsze, ale mimo wszystko to zawsze mój brat. Muszę bronić dobrego imienia tego głupka, choć czasami mnie samą on tak denerwuje, że uhh...
May i Serena uśmiechnęły się do siebie delikatnie.
- Tak czy siak, nie wyjdę za Asha, choć kiedyś bardzo tego chciałam - rzekła smutno panna Pulido.
- A ja uważam, że powinnaś za niego wyjść - zauważyła May.
Mówiła ona do swojej pani per „ty“, ponieważ ta już dawno pozwoliła jej na to, ale tylko wówczas, gdy Grace nie będzie w pobliżu. Kobieta była bowiem dość konserwatywnie nastawiona do pewnych spraw, więc takie relacje między Sereną i służącą zdecydowanie nie spodobałyby się jej.
- W każdym razie Don Ash byłby już lepszym kandydatem na męża niż ten bandyta w masce.
Serena spojrzała na nią groźnie, zaś Dawn zachichotała.
- No proszę... Czyżby moja serdeczna przyjaciółka była zakochana w jakimś przestępcy?
- I to nie byle jakim przestępcy - mówiła dalej May zadziornym tonem - Ale w samym Zorro.
- W Zorro? - zaśmiała się senorita de La Vega - No proszę. Widzę, że Serena, chociaż nieco ekscentryczna, to przynajmniej w kwestii mężczyzn ma dobry gust. Chciałabym jednak wiedzieć, dlaczego właśnie w nim?
- To wszystko z powodu tych wydarzeń, które miały miejsce tydzień temu - wyjaśniła senorita Pulido, wzdychając głęboko - Jechałyśmy razem z matką i May, gdy nagle napadli na nas jacyś bandyci. Chcieli nas okraść, a być może nawet i zabić. Wtedy właśnie zjawił się Zorro wraz ze swoim pomocnikiem, Małym Zorro. Obaj bez trudu pokonali bandytów, ale zamaskowany przestępca nie omieszkał za ten bohaterski czyn wziąć swojej nagrody, którą to było moje skradzione serce.
Dawn patrzyła na przyjaciółkę zaintrygowana, po czym dostrzegła Pikachu przechadzającego się w towarzystwie Piplupa, jej ulubieńca. Dziewczyna wzięła swego Pokemona na ręce i przytuliła go czule do siebie.
- Pikachu... Przyszedłeś podsłuchiwać? - zachichotała senorita de La Vega - Ups... Wybacz. Nie chciałam cię urazić. Przecież ty nic nie słyszysz. Przepraszam cię, Pikachu. Ech! Ale właściwie, po co ja do ciebie to wszystko mówię? Przecież ty moich przeprosin także nie słyszysz. Ja nie wiem, jak mój brat umie się z tobą porozumieć.
Następnie spróbowała pokazać mu coś na migi. Elektryczny gryzoń natomiast wpatrywał się w nią uważnie, strzygąc przy tym lekko uszami.
- Panna Pulido... chce pójść spać... Czy mógłbyś... przekazać... służbie... aby pościeliła... jej pokój?
Dawn mówiąc to starała się pokazać na migi, o co jej chodzi. Na szczęście osiągnęła swój cel, gdyż Pokemon zrozumiał, co mu przekazuje, kiwnął radośnie głową i poszedł przed siebie.
- Idź z nim, Piplup. Przypilnuj, aby niczego nie pokręcił.
Stworek zaćwierkał delikatnie, po czym poczłapał za swym przyjacielem, aby przekazać służbie polecenia senority de La Vega.
Należy zauważyć, że służba w tym domu (podobnie zresztą, jak w większości bogatych domów) składała się nie tylko z ludzi, ale również z udomowionych Pokemonów, których inteligencja oraz duża pomysłowość niejeden raz bardzo się przydawały. W tamtych bowiem czasach ludzie nie łapali nagminnie Pokemonów tak, jak to czynią oni dzisiaj. W XIX wieku posiadanie jakiegokolwiek stworka wymagało dużej ilości pieniędzy lub też dużej dawki szczęścia (to ostatnie było po to, żeby Pokemon zechciał nie tylko zaprzyjaźnić się z jakimś człowiekiem, ale też z nim zostać na stałe). Ród de La Vegów posiadał oczywiście nie tylko pieniądze, ale również i szczęście, dlatego też wielu członków ich służby to były właśnie Pokemony. Przewodził nimi zawsze Pikachu, wierny stworek don Asha. Przyjaźń między tą dwójką była tak wielka, że obaj doskonale umieli się ze sobą dogadać pomimo tego, iż elektryczny gryzoń podczas pobytu w Kalos stracił słuch. Ash wówczas celowo nauczył siebie oraz jego języka migowego, aby mimo wszystko zawsze mogli ze sobą rozmawiać.
Pomimo braku słuchu u Pikachu, Dawn zawsze patrzyła dosyć podejrzliwym wzrokiem na Pokemona. Czasami odnosiła wrażenie, że stworek ten zbyt często kręci się tam, gdzie toczą się jakieś rozmowy. Nikt nie miał obaw, aby przy nim cokolwiek mówić, dlatego jego obecność nikomu bynajmniej nie przeszkadzała, chociaż senoricie Dawn wydawała się ona czasami dosyć podejrzana.
- Gdyby nie był on głuchy, to pomyślałabym sobie, że on kogoś szpieguje - mruknęła dziewczyna - Ale kogo i po co?

***


Grace Pulido oraz jej córka pozostały w hacjendzie de La Vegów przez cały tydzień. Przez ten czas Don Ash próbował w jakiś sposób zalecać się do senority Sereny, jednak jego metody polegające na graniu na gitarze i recytowaniu kiepskiej jakości wierszy nie przynosiły wcale rezultatu, choć czasami sprawiły, że młody de La Vega rozbawił swoją rozmówczynię, ale nic poza tym. Jeżeli chciał wzbudzić w niej miłość, to musiał bardziej się postarać, jednak nie miał pojęcia, w jaki sposób ma to zrobić. Nie chciał też słuchać rad swego ojca, które uważał za zdecydowanie nie pasujące do jego charakteru.
Ale nie tylko Ash miał problemy sercowe. Posiadał je również Maxymiliano, któremu wyraźnie wpadła w oko panna Bonnie Pinkerton. Niestety, dziewczynę denerwowała jego ogromna słabość do filozofii. Nie umiała wiecznie słuchać tego, co chłopak jej opowiada i odpowiadać na jego pytania, co sądzi na temat poglądów Platona czy Arystotelesa. Przez pierwsze dwa dni takich rozmów siostra znanego detektywa dość cierpliwie znosiła to nudne gadanie, potem jednak nie wytrzymała i zawołała:
- Posłuchaj mnie, przyjacielu! Wszystko, o czym mi mówisz jest niezwykle ciekawe, ale mnie to w ogóle nie interesuje! Rozumiesz mnie?! Mam już tego serdecznie dość! Nie możesz mówić ze mną o czymś innym?!
- Tylko o czym ja miałbym z tobą mówić? - zdziwił się bardzo Maxymiliano, poprawiając sobie swoje okulary, które wciąż mu spadały z nosa.
- Nie wiem! Przecież jesteś chłopakiem. I co? Niby nie wiesz, o czym można rozmawiać z dziewczyną?!
- Wybacz, ale nie.
- W takim razie wybacz, ale nie zamierzam z tobą rozmawiać, póki łaskawie się tego nie dowiesz!
Po tych słowach, dziewczyna wyszła oburzona z pokoju, w którym to jeszcze przed chwilą siedziała z chłopakiem i wpadła prosto na Dawn.
- Co ci się stało, Bonnie? - zapytała senorita de La Vega - Czyżby mój drogi, przybrany braciszek czymś cię zirytował?
- Zirytował?! To mało powiedziane! - zawołała ze złością dziewczynka - On jest po prostu męczący! Mam go już serdecznie dosyć! Ja nie wiem, jak ty z nim wytrzymujesz!
- Tak prawdę mówiąc, to sama czasami zadaję sobie to pytanie. Ale ty pewnie masz tak samo z Clemontem, jak ja z Maxymiliano, prawda?
- Czasami, choć on umie rozmawiać na ciekawsze tematy. Zazwyczaj. No i jest chyba przystojniejszy.
- Owszem... Tu się z tobą zgadzam - zachichotała Dawn, lekko się przy tym rumieniąc.
Senoricie de La Vega bardzo przypadł do gustu słynny, młody detektyw, choć nie podobało się jej to, że ma on za zadanie złapać Zorro, któremu to kibicowała całym sercem i w duchu wspierała go w jego działalności. Okropne zadanie, jakie miał do wykonania senor Pinkerton było jej zdecydowanie niemiłe, dlatego też tego samego dnia, w którym musiała wysłuchiwać pretensji Bonnie pod adresem swego przybranego brata, szukała okazji, żeby porozmawiać o tym z Clemontem. Prędko ją znalazła, młodzieniec bowiem powrócił pod wieczór do hacjendy, gdzie opowiedział o swoich przeżyciach.
Detektyw cały dzień spędził na mieście, gdzie czekał na jakiś ruch Zorro. Spodziewał się, że ten bandyta zaatakuje, zwłaszcza, iż kapitan James Monastario tego właśnie dnia nakazał uwięzić trzech robotników indiańskiego pochodzenia. Zostali oni  aresztowani za ich rzekomo buntownicze zapędy. Detektyw wiedział, że taki ktoś jak Zorro nie będzie w stanie stać bezczynnie, kiedy dochodzi do tak jawnego okrucieństwa i zechce interweniować, ale tego dnia Zorro się nie zjawił. Czyżby zamierzał zaatakować później? A jeśli tak, to kiedy i w którym momencie?
Uczciwie trzeba było przyznać, że cała ta sprawa nie podobała się seniorowi Pinkertonowi. Prawda, ci trzej ludzie rzucili się na żołnierzy, jednak komendant Alabastii raczył zapomnieć o tym, iż to pijani podwładni sierżanta Garcii zaczęli zaczepiać młode służące pracujące w oberży państwa Wandstorf. W dodatku też, pomimo rozkazów swojego przełożonego zaczepiali je dalej i ich ukochani (czyli właśnie owi Indianie) skoczyli im na pomoc. Doszło do bójki, młodzieńcy zostali aresztowani, a kapitan skazał ich na śmierć.
- Panie kapitanie, pragnąłbym zauważyć, że ci ludzie jedynie bronili swoich ukochanych - powiedział w ich obronie sierżant Garcia.
- Możliwe, ale pobili naszych ludzi, a jeden z nich wyzionął ducha po tym wydarzeniu - odparł James Monastario - Muszą zatem wszyscy trzej odpowiedzieć za swoje czyny. W dodatku, wyrok śmierci w tej sytuacji będzie ostrzeżeniem dla wszystkich innych wichrzycieli. Może to sprawi, że wreszcie przestaną się burzyć.
Clemont, siedzący wówczas w gabinecie kapitana i rozmawiający z nim, nie pochwalał takiego zachowania, jednak wiedział, że w tej sprawie nie mógł wydać rozkazu komendantowi. Żołnierze Monastario oraz on sam mieli słuchać poleceń detektywa jedynie w sprawie Zorro. W innych kwestiach wpływ Clemonta był za mały, aby mógł cokolwiek zrobić. Mimo wszystko postanowił się odezwać.
- Osobiście muszę panu powiedzieć, że nie pochwalam pańskiej metody działania, kapitanie. Nie uważam też, aby to pomogło. Rozstrzelanie tych trzech ludzi tylko zaogni nasze stosunki z Indianami, a prócz tego ci trzej nie zasłużyli na śmierć.
- Panie Pinkerton - powiedziała porucznik Jessie gniewnym tonem - Bardzo nie chcę być niemiła, ale o ile dobrze pamiętam, to ma pan schwytać Zorro, a nie bawić się w politykę, mam rację? Więc proszę zamknąć swój głupi dziób i przestać mieszać się w sprawy innych ludzi!
- Moja siostra jak zwykle ma niewyparzony język, ale tym razem się z nią zgadzam. Nie powinien się pan w to mieszać - stwierdził Monastario.
Clemont widział, że słowami nic nie osiągnie, dlatego posłuchał rady pani porucznik i zamknął buzię. W głowie jednak układał sobie właśnie dokładny raport dla gubernatora w tej sprawie. Wiedział, że zdecydowanie nie będzie on pochlebny wobec kapitana i jego metod działania.


Sierżant Meowth Garcia również był zasmucony tym wszystkim, co właśnie się stało, dlatego wyszedł zasmucony i zaczął iść ulicami miasta. Wpadł nagle na Maxymiliano, który to w towarzystwie Pikachu wychodził właśnie z księgarni.
- Dzień dobry, sierżancie! - zawołał wesoło młodzieniec, poprawiając sobie okulary na nosie - Cóż to? Czemu ma pan taką smutną minę?
- Ech, senior... Nawet nie warto o tym mówić - powiedział smutno Pokemon w mundurze - To po prostu przerażające.
- A może jednak zechce się pan wygadać? - spytał chłopiec - W końcu smutki najlepiej z siebie zrzucić.
- Racja - dodał Don Ash, który również właśnie wyszedł z księgarni - Należy się wygadać, bo inaczej cierpienie i zgryzoty nas zabiją od środka.
Sierżant Meowth ustąpił i poszedł sobie na jednego z braćmi de La Vega. Z jednego kielicha szybko jednak zrobiło się kilkanaście, a Garcii prędko rozwiązał się język. Opowiedział on Ashowi i Maxymiliano wszystko, co tylko oni chcieli usłyszeć, a także wyraził swe oburzenie z powodu decyzji kapitana.
- No, ale co ja mogę zrobić? - wyżalał się będąc coraz bardziej zalanym - W końcu on tu rządzi, a nie ja! Poza tym on liczy, że w ten sposób złapie Zorro, który z pewnością nie przejdzie obojętnie obok takiego czynu. Ci ludzie więc są tylko pionkami w grze kapitana. Tak, wiem! To wszystko podłość, a ja nic nie mogę zrobić, aby przerwać to szaleństwo. Ale ja mam tego dość! Nie po to zostałem żołnierzem, żeby pastwić się nad innymi! Powiadam więc wam... Ja mu jeszcze pokażę! Zobaczycie! Ja mu pokażę, temu kapitanowi i jego wrednej siostrzyczce! Wszystkim im pokażę!
Po tych słowach, wypił jeszcze jeden kielich i opadł z głową na stolik. Ash i Maxymiliano uśmiechnęli się do siebie wymownie, po czym zapłacili rachunek sierżanta, a sami prędko wyszli. Nie zauważyli jednak, że przy jednym ze stolików siedział Clemont, który uważnie ich obserwował.
- Oni często stawiają sierżantowi kielicha? - zapytał detektyw Misty, gdy ta przyniosła mu posiłek.
- Tak, dosyć często. W końcu obaj są jego przyjaciółmi - odpowiedziała mu rudowłosa barmanka - Choć tak prawdę mówiąc, ich przyjaźń opiera się na tym, że Don Ash stawia Garcii kielicha, a ten raczy go swoimi dykteryjkami. Takie coś za coś, choć sierżant zdecydowanie lepiej wychodzi na tym układzie.
- Nie wątpię - zachichotał Clemont i zaczął jeść.

***


Detektyw opowiedział dokładnie rodzinie de La Vega o tym, czego był tego dnia świadkiem, nie kryjąc przy tym swojego oburzenia na temat zachowania pana komendanta.
- Jedno dobre tylko z jego uczynków wyjdzie - powiedział pod koniec swojej historii.
- Niby co takiego? - spytała Dawn.
- Mianowicie to, że ten czyn z całą pewnością przyciągnie Zorro do miasta - odpowiedział jej Clemont.
- Oczywiście. To więcej niż pewne - stwierdziła Delia - W końcu on walczy o sprawiedliwość, a takie coś z pewnością go oburzy.
- Jeżeli się o tym dowie - rzekł smutno Josh - Bo nie wiadomo, czy tak się stanie.
- A ja myślę, że się dowie - powiedziała Dawn - On zawsze dowiaduje się o takich sprawach. Na pewno teraz też się o wszystkim dowie i przybędzie na pomoc tym ludziom, których kapitan zamierza rozstrzelać.
- Oby tak było - westchnął ponuro Josh - Ten nasz komendant za dużo sobie pozwala, tak między nami mówiąc.
- Racja! Jestem tym równie oburzony, co wy! - zawołał Ash - Napiszę o tym do Jego Ekscelencji gubernatora i poproszę, aby coś z tym zrobił.
Serena westchnęła załamana, słysząc jego słowa.
- Nie wydaje mi się, aby to pomogło - zauważyła.
- W tej jednej konkretnej sprawie podzielam zdanie mojej córki. Nie wiem, czy gubernator na pewno potępi kapitana za jego czyny - powiedziała Grace.
- Więc nic nie możemy zrobić?! - zawołała ze złością Dawn.
- Zupełnie nic, córeczko - odparł Josh - Chyba, że weźmiemy sprawy w swoje ręce.
- Odradzam - odezwał się Maxymiliano znad książki, którą to właśnie czytał - Jeżeli podniesiemy bunt, to staniemy naprzeciwko wyszkolonemu i zaprawionemu w walce wojsku, które rozniesie nas w pył, ledwie na nie ruszymy.
- On ma rację, ojcze. Nasze rodziny pójdą w niewolę, a my sami skończymy rozstrzelani albo powieszeni - dodał Don Ash niezwykle poważnym, tak bardzo nie pasującym do niego głosem - Nikomu w ten sposób nie pomożemy, a sobie tylko zaszkodzimy.
Josh de La Vega westchnął głęboko, przygnieciony mocą argumentów, które właśnie usłyszał.
- Niestety, obawiam się, że mój tchórzliwy synalek tym razem ma rację. Nie możemy wywołać buntu, bo inaczej wojsko nas rozniesie i to w pierwszej bitwie.
- Tylko spokojnie, senor de La Vega - rzekła pocieszającym tonem Bonnie - Gubernator na pewno potępi pana kapitana, kiedy mu o tym wszystkim powiemy. Jak tylko mój brat złapie Zorro, to wówczas Jego Ekscelencja na pewno zrobi dla niego wszystko, czego on tylko zechce.
- No właśnie - powiedział Clemont - Będę mógł wtedy zażyczyć sobie, aby odwołał on kapitana Monastario i jego siostrę.
- Tak! A wtedy przyjdzie jakiś inny łajdak na jego miejsce i wszystko zacznie się od nowa! - zawołała gniewnym głosem Dawn.
Następnie bardzo oburzona, wybiegła z salonu. Clemont niezwykle zdumiony jej zachowaniem, wyszedł za nią.
- Senorita... Co się stało? Co panią oburza?
Dziewczyna skrzyżowała sobie ręce na piersiach, po czym spojrzała na niego wściekle i odpowiedziała:
- To twoje podejście do całej tej sprawy, panie detektywie! Zorro broni ludzi niewinnych pokrzywdzonych, a ty próbujesz go schwytać! Jak możesz?! I jeszcze wierzysz w gubernatora i w jego dobre intencję. Nie widzisz, że to przez niego w naszym mieście dzieje się to wszystko, co się dzieje? Nie rozumiesz, że to właśnie z jego woli Monastario jest komendantem? A ty chcesz prosić go o usunięcie tego drania ze stanowiska, jak oczywiście złapiesz Zorro. Naprawdę liczysz, że coś w ten sposób osiągniesz? Poza tym, jak możesz polować na kogoś, kto stoi po stronie tych, którzy cierpią z powodu urzędników swoich przywilejów?!
- Zorro jest przestępcą i mam za zadanie go schwytać. Przykro mi, ale jego poczynania są wbrew prawu - bronił się przed tym atakiem detektyw.
- Poważnie? A więc prawo należy zmienić!
- Być może, ale na pewno nie w taki sposób. Ten podły wichrzyciel występuje przeciwko władzy ustawionej przez Jego Królewską Mość, który rządzi nami i to z woli Boga. Jedyny zatem sposób, żeby przeciwstawiać się wszelkiej niegodziwości w tym kraju, to działać zgodnie z prawem, czyli pisać petycje i wybierać lepszych urzędników.
Dawn popatrzyła na niego z jeszcze większą złością i zarazem kpiną.
- Wiesz co? Myślałam, że jesteś lepszy, a ty jesteś taki sami jak oni wszyscy!
- Senorita, ja...
- Dość! Nie odzywaj się już do mnie! Nie chcę cię słuchać! Daj mi już spokój, ty głupi, ograniczony człowieku!
Zaraz po tych słowach, Dawn de La Vega obróciła się na pięcie i wyszła z pokoju, pozostawiając Clemonta z jego własnymi myślami.

***


Następnego dnia miała się odbyć publiczna egzekucja tych trzech skazańców. Żołnierze kapitana Jamesa Monastario sprowadzili wszystkich mieszczan z całej Alabastii, aby ją obejrzeli. Sierżant Garcia, z wyraźną niechęcią przeczytał głośno uzasadnienie wyroku komendanta, w którym to trójkę biednych Indian oskarżono o działalność antypaństwową, jak też i o występowanie przeciwko przedstawicielom prawa. Następnie powoli odszedł na bok, aby nie brać udziału w tym bestialstwie. Tłum ludzi zebranych wokół placu egzekucji pomstował na taką niegodziwość.
- To jest podłe!
- Okrutne!
- Jesteście bez honoru!
- Bez serca!
- Precz z komendantem!
Kapitan James i porucznik Jessie nie przejęli się tym wcale, a tylko kazali żołnierzom przywiązać skazańców do palików wbitych w ziemię. Potem podszedł do nich Ojciec Gary, miejscowy mnich młody wiekiem, choć doświadczeniem już bardzo dotknięty, aby udzielić ostatniego namaszczenia Indianom.
- Tylko lepiej się pospiesz, ojczulku - mruknęła pani porucznik niecierpliwym tonem w jego kierunku.
- Sługi Bożego nie należy poganiać - odpowiedział jej mnich.
Jessie spojrzała na niego złośliwie, po czym dała znać stojącemu nieopodal jej osoby kaprala Surge’a. Mężczyzna ten był znowu w garnizonie, gdyż rany zadane mu ostatnio przez Zorro zdążyły się już zagoić i nie były widoczne. Zadowolony z tego faktu kapral powrócił do swoich obowiązków i do bycia łajdakiem. Dlatego na znak dany mu przez panią porucznik zachichotał tylko, złapał za bat i zdzielił nim mnicha przez plecy.
- To za pyskowanie! - krzyknął groźnie - A teraz rób swoje, tylko szybko, bo za opóźnianie się dostaniesz mocniej. To była tylko rozgrzewka.
Ojciec Gary syknął z bólu, gdy otrzymał cios, ale nic nie powiedział. Jedynie wstał i udzielił skazańcom ostatniego namaszczenia, a następnie odszedł.
- Niechaj mi Bóg wybaczy, ponieważ życzę teraz śmierci pewnym osobom ze swoich bliźnich - rzekł po cichu pod nosem mnich.
Kiedy już zrobił swoje i zniknął, żołnierze ustawili się w szeregu, po czym wymierzyli karabiny w kierunku skazańców. Stojąca tuż przy nich porucznik Jessie wydawała rozkazy.
- Gotuj broń... Cel... Pal!
Nagle w tej jednej chwili, w której padł strzał, stało się coś niesamowitego. Coś długiego oraz czarnego owinęło się wokół lufy pierwszego karabinu, po czym szarpnęło go, przez co karabin uderzył w lufę sąsiedniej broni, ta zaś w kolejną, a tamta w następną itd. Wskutek tego w ciągu zaledwie tylko jednej sekundy lufy karabinów skierowały się w kierunku Jessie, zaś kule z nich wystrzelone z broni palnej poleciały na nią. Pani porucznik w ostatniej chwili się uchyliła, unikając dzięki temu śmierci.
- Co się tu dzieje?! - krzyknęła wściekła - Kto to zrobił?
Spojrzała szybko w bok, a wówczas zauważyła wychylającego się zza zaułka mężczyznę ubranego na czarno. Miał on w ręku bicz, którym strzelił mocno w powietrze.
- Zorro! - wrzasnęła Jessie.
- Zorro! - dodał James.
- Zorro! - zawołał Meowth.
- Zorro! - krzyknął Surge.
- ZORRO! ZORRO! ZORRO! ZORRO! - krzyczał radośnie tłum na widok swego ulubieńca.


- Witam panią, pani porucznik - powiedział zamaskowany banita, ironicznie się przy tym kłaniając - Muszę wam powiedzieć, że jestem po prostu oburzony postępowaniem pani i pani brata. Tak, jestem oburzony i to tak, że nie umiem tego nawet wyrazić. Ci trzej ludzie są niewinni, natomiast wy chcieliście ich zabić! I to po co? Żeby mnie dopaść, bo na pewno to wszystko jest zasadzką na mnie! Ale o ile zasadzkę mogę wam wybaczyć, to nie mogę wam wybaczyć tego, że byliście gotowi skrzywdzić niewinnych ludzi, aby osiągnąć ten cel i dlatego spotka was za to kara.
- Żołnierze, zabić go! - krzyknęła Jessie.
- Nie radzę! - zawołał jakiś głos.
To był Mały Zorro siedzący właśnie na pobliskim murze z dwoma pistoletami w dłoniach.
- Mam na muszce waszego kapitana. Jeżeli się ruszycie chociażby o krok lub spróbujecie zrobić nam krzywdę, to go zabiję! - krzyknął zamaskowany chłopiec.
- On blefuje! - zawołał Monastario.
W tej samej chwili padł strzał i kapelusz zleciał oficerowi z głowy.
- Mam jeszcze drugi pistolet - dodał Mały Zorro, mierząc w komendanta ze złością na twarzy - Rusz się, kochasiu, a tym razem odstrzelę ci łeb!
- Żołnierze... Zostańcie wszyscy tam, gdzie jesteście! - jęknął komendant, który wyraźnie był przerażony tym wszystkim.
Żołnierze oczywiście posłuchali jego rozkazu, chociaż mieli ogromną ochotę stanąć do walki z tym ubranym na czarno bandytą, ale skoro sam dowódca nakazał im siedzieć spokojnie i nie ruszać się, co mieli zrobić?
- Doskonale - uśmiechnął się Zorro, bardzo zadowolony z zaistniałej sytuacji - A teraz pora na wymierzenie sprawiedliwości. W końcu po to ja i mój towarzysz tu przyszliśmy.
Zadowolony podszedł do trzech skazańców i szybko rozciął ich więzy nożem. Następnie spojrzał na kaprala Surge’a i powiedział:
- Jak widzę, znowu się spotykamy, kapralu. Najwidoczniej ostatnia lekcja cię niczego nie nauczyła. Wielka szkoda, bo będę musiał udzielić ci drugiej.
Surge złapał za szpadę, którą miał u boku, ale Zorro strzelił biczem prosto w jego dłoń. Kapral syknął z bólu i upuścił broń z ręki, a mściciel w masce bardzo z siebie zadowolony kontynuował wypowiedź:
- Dzisiaj uderzyłeś batem niewinnego człowieka, w dodatku jeszcze mnicha. Uderzyłeś go jedynie za to, że czynił on swoją powinność niedostatecznie szybko. Uważasz, że to sprawiedliwe?
Po tych słowach, chwycił za bat i uderzył nim Surge’a prosto w twarz. Łotr upadł na ziemię, a Zorro wymierzał bez litości jego plecom jedną plagę po drugiej, aż zebrało się ich dziesięć.
- Wiedz, ty nędzniku, że odtąd za każdy twój podły uczynek odpłacę ci i to dziesięciokrotnie! To samo tyczy się twojego komendanta!
Następnie Zorro podbiegł do kapitana Monastario, po czym wyjął swą szpadę i przyłożył jej ostrze do gardła niegodziwca.
- Zabiłbyś trzech niewinnych, aby mnie schwytać? - zapytał.
- Zabiłbym nawet trzy tysiące, aby tylko cię powiesić, Zorro! - odparł James Monastario hardym tonem.
- Będziesz musiał obejść się smakiem - rzekł zamaskowany bandyta.
Następnie schował swoją szpadę i wymierzył kapitanowi siarczysty policzek.
- To, żebyś pamiętał, jak każę niegodziwców takich jak ty.
Potem cofnął się o kilka kroków do tyłu i strzelił dwanaście razy biczem. Na policzkach i na szyi komendanta ukazały się wówczas litery Z.
- A to, żeby ta nauka nie uciekła za szybko z twojej głowy! Następnym razem jednak otrzymasz mocniejsze ciosy!
Potem Zorro gwizdnął głośno i jego wierny czarny rumak podjechał do niego. Podobnie uczynił Mały Zorro, a gdy już oba wierzchowce były przy boku swoich panów, ci zwinnie wskoczyli na nie, a następnie odjechali, śmiejąc się radośnie. Żołnierze, którzy dopiero teraz rzucili się do walki, strzelili za nimi kilka razy, ale wszystkie kule chybiły celu. Wówczas ludzie kapitana próbowali ścigać banitów, ale okazało się, że ktoś rozciął im popręgi ich siodłach, przez co ledwie ruszyli w pościg, a zaraz zlecieli ze swych wierzchowców na ziemię.
Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że teraz obaj banici bez trudu uciekną. Ledwie bowiem wyjechali z placu, a na ich drodze stanął Clemont Pinkterton na wierzchowcu, którego pożyczył sobie od jednego z żołnierzy. Detektyw zaczaił się na Zorro i jego pomocnika tuż pod bramą miasta.
- O! Senor Pinkerton! - zawołał banita na jego widok - Dlaczegóż to stoisz mi na drodze?
- Bo nie mogę pozwolić ci uciec - odpowiedział mu Clemont, po czym wyjął pistolet zza pasa i wymierzył go w Zorro - Poddaj się!
- Chyba zwariowałeś! - parsknął śmiechem Mały Zorro - Sądzisz, że tak po prostu ci się poddamy?
- Nie macie innego wyjścia! - stwierdził ponuro detektyw - Niedługo będą tu żołnierze! Jeśli chcecie stąd obaj bezpiecznie odjechać, to musicie mnie zabić, bo inaczej ja was nie przepuszczę.
- Zabić? A niby po co? - zaśmiał się Zorro - Wolę zrobić tak.
Sekundę później świsnął bicz, zaś jego koniec owinął się wokół lufy pistoletu. Zorro machnął ręką w górę, próbując w ten sposób podbić broń swojego przeciwnika tak, aby nie stanowiła ona już dla niego zagrożenia, detektyw jednak szarpnął wówczas swą dłonią i w tej samej chwili pistolet wypalił. Kula drasnęła Zorro w lewą skroń, zaś z rany pociekła mu stróżka krwi. Wówczas dzielny Mały Zorro z bojowym okrzykiem natarł konno na Clemonta, strącając się strącić go z jego wierzchowca, po czym pognał on zwinnie przed siebie, nawołując przyjaciela. Ten oczywiście, uciekł razem z nim. Gdy więc przyjechali żołnierze, było już po wszystkim. Banici uciekli.

***


Wieść o wyczynach Zorro i Małego Zorro szybko dotarła do hacjendy de La Vegów głównie dzięki Clemontowi, który to nie omieszkał opowiedzieć wszystkim jej mieszkańcom o tym, co się stało w mieście. Wtórowała mu w tym jego młodsza siostra, która również tam była i widziała wszystko na własne oczy.
- To było po prostu niesamowite - mówiła dziewczynka, nie ukrywając swego zachwytu banitami i ich działalnością - Mówię wam. Ci żołnierze mierzyli już do tych biednych Indian, a wtedy Zorro strzelił batem, złapał nim za lufy karabinów i skierował je na porucznik Jessie. Wielka szkoda, że ta się uchyliła.
- Bonnie! Nie powinnaś tak mówić! - skarcił ją Clemont.
- Czemu? Przecież nie pochwalasz poczynań kapitana i jego siostry.
- Może i nie, ale pamiętaj, że my reprezentujemy prawo. Pamiętaj też o tym, jakie mamy zadanie do wykonania.
- Dobrze o nim pamiętam, ale to przecież nikomu nie zaszkodzi, jeżeli będę czasami kibicować banitom. A już zwłaszcza temu małemu, co tak świetnie strzela z pistoletów.
- Tak, to doskonały strzelec - odrzekł jej brat - Jednak pamiętaj, musimy ich złapać, jeśli chcemy coś dobrego zrobić dla Alabastii.
- Jeżeli chcecie zrobić coś dobrego dla Alabastii, to najlepiej obalcie kapitana i panią porucznik - stwierdziła z goryczą w głosie Dawn.
Clemont spojrzał na nią załamany. Celowo nie powiedział jej i państwu de La Vega o tym, że postrzelił Zorro w skroń. Gdyby im się do tego przyznał, to wtedy Dawn znienawidziłaby go jeszcze bardziej, o ile oczywiście było to możliwe, aby jej niechęć do niego jeszcze wzrosła.
Serena Pulido oraz jej matka również słuchały z zapartym tchem opowieści o wyczynach Zorro i Małego Zorro wyraźnie okazując swoją sympatię dla banitów, choć donna Pulido jeszcze jakoś nad tym zachwytem panowała, z kolei jej córka już nie kryła się z tym, co czuje, to zaś oburzało jej matkę.
Gdy rozmowa na temat wyczynów Zorro dobiegła końca, do salonu wszedł Ash w towarzystwie Maxymiliano. Obaj toczyli właśnie dysputę na temat jakiegoś historycznego tekstu, który ten drugi dzisiaj przeczytał.
- Szkoda, że nie przyszliście wcześniej! - zawołała do nich Bonnie - Mój brat opowiadał właśnie, jak to śmiało poczynał sobie dzisiaj Zorro.
- Och, to nic nie szkodzi. Takie tematy raczej nas nie interesują - stwierdził znudzonym tonem Don Ash.
- Dokładnie tak. Za to bardzo by nas zaciekawiło, jakie nasz drogi detektyw ma zdanie na temat pism Juliusz Cezara - rzekł Maxymiliano.
Don Josh jęknął załamany, kiedy usłyszał słowa swoich synów. Ci dwaj po prostu chwilami doprowadzali go do szału, ale co mógł zrobić? Przecież wszelkie perswazje w tym kierunku nie zdawały egzaminu. Musiał zatem wywiesić białą flagę oraz dać sobie spokój ze złudną nadzieją, że jego synowie (jeden prawdziwy, drugi przybrany), kiedykolwiek wyjdą na ludzi.
- O Boże! Ash! - zawołała donna Delia, podchodząc do syna - Jesteś ranny!
To mówiąc, dotknęła jego lewej skroni, na której widniała niewielka rana, a z niej powoli ciekła krew.
- Słucham? Ach! O to ci chodzi! - zachichotał beztrosko Ash - To nic takiego! Spadłem z konia i uderzyłem się skronią o kamień. To przecież nie jest groźne dla życia, mamo.
- Zrobię ci opatrunek - powiedziała pani de La Vega z troską w głosie.
- Tak, to cały mój brat. Nawet nie umie porządnie jeździć konno - mruknęła złośliwym tonem Dawn - Na filozofii czy historii to doskonale się zna, ale jak ma zrobić coś, co dotyczy obecnego świata, to zawsze coś zawali.
Clemont przyglądał się bardzo uważnie synowi Josha, a szczególnie ranie na jego skroni. Wyraźnie go ona intrygowała.
- To mówisz, że jak otrzymałeś tę ranę? Spadłeś z konia? - zapytał.
- Tak. A co? - zdziwił się Ash.
- A nie, nic... Chciałem się jedynie upewnić, czy dobrze usłyszałem, jednak najwyraźniej słuch mnie nie mylił - odrzekł detektyw, po czym dodał: - Jak twoja mama skończy cię już opatrywać, to dam ci to, o co mnie prosiłeś.
- A co takiego? - zapytała Serena.
- Takie nasze męskie sprawy - zachichotał wesoło Don Ash - Ale być może dzięki temu lepiej się nam będzie rozmawiało.
- Nie sądzę, ale zawsze możesz próbować.
Grace skarciła córkę, zaznaczając przy tym, że powinna być o wiele bardziej uprzejma do swego przyszłego męża. Bo przecież to, iż Don Ash zostanie mężem Sereny, to było dla kobiety o wiele więcej niż pewne. Nawet mimo tego, że panna Pulido wciąż nie sprawiała wrażenia zainteresowanej takim mariażem.
- Spokojnie, proszę pani - rzekł wesołym tonem Ash - Pani córka ma rację. Wiele myślałem o tym i doszedłem do wniosku, iż wybrałem bardzo złe wiersze do zalotów. Teraz jednak z pomocą senora Pinkertona dobrałem właściwe i liczę na to, że tym razem trafię nimi w gust Sereny.
- Poważnie? Poprosiłeś mojego brata o wybranie ci odpowiednich wierszy do zalotów? - parsknęła złośliwym śmiechem seniorita Bonnie - A co niby Clemont może wiedzieć o poezji? Pewnie tyle, ile Maxymiliano o walce na szpady.
Chłopak w okularach spojrzał na nią uważnie i uśmiechnął się doń ironicznie, jakby chciał jej coś powiedzieć, lecz w ostatniej chwili zmienił zdanie.

***


Pamiętniki Sereny c.d:
- Nieźle nam idzie ten film - powiedziałam po tym, jak zakończył się trzeci dzień produkcji wielkiego dzieła Luke’a - Mówię wam, że naprawdę jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak dobrze nam idzie.
- Idzie nam doskonale, bo mamy dobrych aktorów! - zawołała wesoło Jessie - Choć moim zdaniem, gdyby więcej uwypuklono moją postać, to ten film byłby o wiele lepszy.
- Ja tam na swoją rolę nie narzekam - powiedział James - Wiem, gram drania, ale jak mówi nasz reżyser, taka rola to dla mnie wyzwanie.
- To fakt - zaśmiał się Meowth.
- Chociaż raz mamy takie samo zdanie w jakieś sprawie - zachichotała Dawn - A swoją drogą, taka sytuacja, to dla mnie naprawdę wielka nowość.
- Pip-lu-pip - zaćwierkał dowcipnie jej Piplup.
- Dla mnie zaś nowością jest granie żony Brocka - mruknęła Misty.
- Podobnie jak dla mnie granie nie tylko Indianki, ale również żony Cilana - zauważyła Iris - Nie ukrywam, że to nieco... dziwne.
- Dziwne? Raczej głupie - stwierdziła ironicznie Jessie - Bo przecież pewne pomysły w tym scenariuszu są czystą głupotą. Ja wam mówię, ten film nie będzie wcale wielkim hitem.
- Poważnie? - burknęła wściekłym głosem Misty - A więc niby czemu nadal w nim występujesz, co?!
- Właśnie! - pisnęła oburzona Bonnie - Czemu w nim grasz?
- Ponieważ tylko moja rola ratuje ten film przed totalną klapą i być może dzięki temu filmowi twórcy wreszcie mnie dostrzegą. W końcu nawet największy chłam może mieć bardzo dobrych aktorów, którzy wybiją się ponad przeciętność. Chociaż im gorszy film, tym mniejsza nadzieja na to, dlatego muszę się starać, żeby polepszyć fabułę tego chłamu, która niestety pozostawia wiele do życzenia.
- Ostre słowa - zachichotał Damian, który w filmie grał rolę kaprala Surge’a, a także sługi gubernatora Giovanniego (którego z kolei odgrywał Steven Meyer) - Choć ja bym tam się nimi nie przejmował, Luke.
Reżyser jednak zamierzał się nimi przejmować, ponieważ załamany podszedł do Jessie i zapytał:
- O co ci chodzi, co?! Ty masz chyba jakiś problem.
- Owszem, mam problem. Z reżyserem - burknęła Jessie.
- No i się zaczyna - jęknął Meowth, załamany opuszczając głowę oraz łapy w dół - Primadonna wkracza w akcji.
- Diva pierwsza klasa - dodał James - Ta rola idzie jej znakomicie, jak zawsze zresztą.
- Co ty właściwie masz do mnie? - spytał Luke złodziejkę Pokemonów.
- To, że napisałeś naprawdę kiepski scenariusz, no i nie ukazałeś dostatecznie ciekawie mojej postaci - odpowiedziała mu złośliwie Jessie - No, ale cóż... Zawsze jest nadzieja, że krytycy spośród wszystkich tych nijakich postaci zauważą mnie, niezwykle utalentowaną Jessieliną!
- Słuchaj, czy naprawdę to, że ten film może się nie okazać hitem z jakiegoś powodu sprawia, że od razu czujesz się lepiej, Jessie?!
- Tak. Właśnie tak... Chociaż nie! Co ja gadam?! Oczywiście, że nie! Ja chcę być sławna i ten film ma mi pomóc się wybić w świecie Pokewood! Więc tego nie spartacz, koleś, bo inaczej sobie z tobą pogadam!
Po tych słowach, Jessie odeszła, zaznaczając przy tym, iż zjawi się jak zwykle o tej samej porze na planie filmowym.
- Ech... Ta paniusia zaczyna mnie już denerwować - mruknęłam.
- Spokojnie, przejdzie jej, jak tylko krytycy docenią jej kreację - powiedział dowcipnym tonem Ash.
- Pika-pika-chu! - pisnął Pikachu.
- Czyli raczej nigdy - mruknął załamanym głosem Meowth - Wierz mi, głąbie, ona ma tyle talentu, co James rozumu, czyli raczej mało.
- Ej?! Co to ma niby znaczyć?! - zawołał oburzony James.
- Proszę, nie kłóćcie się! - próbowała ich pogodzić Iris - Przecież mamy tyle powodów do radości. Film nam nieźle idzie, a do tego słoneczko świeci na niebie. Zobaczycie sami.
To mówiąc, wskazała na niebo, które właśnie było zachmurzone.
- Ej! A co to niby ma być, co?! Słońce! Nie obijaj mi się! Świeć! - zawołała oburzona Mulatka, rozkładając przy tym bezradnie ręce - Ech! No prostu załamka totalna! A mówili, że pogoda będzie cały dzień ładna.
- A nie jest? - zaśmiał się Cilan.
- Jak dla kogo - burknęła Iris.
- Zaprawdę powiadam wam, jedna prognoza całej pogody wcale nie czyni - zaśmiał się Gary w stroju mnicha, podchodząc do nas.
Masował on sobie wówczas plecy, ponieważ podczas kręcenia sceny, w której obrywa batem od kaprala, upadł dość niefortunnie na ziemię i coś chyba w krzyżu mu przeskoczyło, bo wciąż go sobie próbował nastawić.
- Wszystko dobrze? - zapytała May z troską w głosie.
- Tak... Choć właściwie, to raczej nie... - odpowiedział jej Gary - Albowiem... Zaprawdę powiadam wam... Coś mi w krzyżu strzeliło i moje biedne plecy aż się proszą o masaż. Może ktoś byłby taki uprzejmy?
- Ja cię mogę wymasować - zaproponował Damian.
- Dzięki, ale myślałem raczej o May - zaśmiał się młody Oak.
- No pewnie - zachichotała jego dziewczyna.
Max, choć normalnie śmiałby się z tego wszystkiego do rozpuku, tym razem nadal milczał. Odzywał się jedynie wtedy, gdy miał zagrać w jakieś scenie, a poza tym wciąż milczał. Widocznie nieodwzajemniona miłość do Cleo wciąż dawała mu się we znaki i sprawiała, że nie umiał się cieszyć tym wszystkim, co cieszyło nas.


C.D.N.










7 komentarzy:

  1. No i już wszystko wiem. Zalotnikiem Sereny jest James, o którym nie ma dobrego zdania, bo jest zbyt nachalny. O Ashu też nie ma najlepszej opinii przez jego rzekomą przemianę, bo wcześniej go uwielbiała i była nim zachwycona, dlatego nie rozumie jego zmiany na gorsze. Do tego poczuła się dotknięta, kiedy zrobił z siebie błazna, oświadczając się jej w sposób zupełnie wyprany z emocji, jakby zupełnie nic do niej nie czuł. A kiedyś z pewnością było inaczej i umiał okazywać jej zainteresowanie i atencję. Teraz z kolei zachowuje się tak, jakby było mu wszystko jedno, czy zgodzi się za niego wyjść czy też nie. Zupełnie jakby oświadczył się jej pod presją rodziców, a nie z miłości do niej. Nic dziwnego, że poczuła się tym wszystkim upokorzona, bo to naprawdę niezwykłe, że on po powrocie z Kalos tak bardzo się zmienił. A on pewnie wtedy podjął decyzję o tym, że zacznie walczyć z niesprawiedliwością w swoim regionie. Nawiasem mówiąc Ash i Max to zwyczajnie bawią Dawn swoimi zainteresowaniami i trybem życia, bo przecież ona nie ma pojęcia, że to wszystko jest udawane tak dla zmyły, żeby zamydlić ludziom oczy. Oni pozują na takie ciepłe kluchy, żeby nikomu nie przyszło do głowy posądzić ich o bycie słynnymi przestępcami. I bardzo dobrze, dzięki temu są tacy skuteczni. Pikachu pewnie też się zgrywa i udaje głuchego :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Serena podziwia Zorra za jego waleczność i odwagę. Chciałaby, żeby Ash był taki sam, bo pamięta, że on kiedyś też taki był. :) Josh uważa Asha za tchórza, bo on na takiego się właśnie kreuje, a w rzeczywistości jest bardzo odważnym i dzielnym człowiekiem. Gdyby Serena i Dawn dowiedziały się, że to on jest podziwianym przez nie Zorrem, to z całą pewnością byłyby zachwycone, choć byłby to dla nich ogromny szok. Josh i Deila też popierają działalność Zorra. Clemont chce go schwytać, ale jest przeciwny prowadzonej polityce, tak samo jak Garcia, który szczerze nie cierpi Jamesa i jego siostry. A Jessie gardzi Clemontem, bo wyraźnie go nie lubi, uważając, że wtrąca się w nie swoje sprawy. Dawn z kolei jest nim zauroczona, ale nie podoba jej się to, że pragnie schwytać Zorra na polecenie Giovanniego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałem kolejny fragment i tak, jak się spodziewałem, Zorro i jego przyjaciel nie pozwolili na egzekucję trzech niewinnych Indian. Tylko nie rozumiem, jak otoczeni żołnierzami James i Jessie, mogli pozwolić na to, żeby on dał im takie wciry. Czyżby tych żołnierzy na sam widok dwóch zamaskowanych przestępców, ogarnął taki strach, że stali jak kołki w ziemi? Przecież ich z całą pewnością było na tyle dużo, że mogli sobie z nimi bez problemu poradzić, a oni tymczasem w ogóle nie przyszli z pomocą swoim przełożonym. A może doszli do wniosku, że powinni oni dostać nauczkę, dlatego nie zareagowali, kiedy Zorro im ją wymierzał? Przecież to okrutne i brutalne kanalie, więc wcale bym się nie zdziwił, gdyby byli znienawidzeni przez swoich podwładnych. A Clemont chyba zaczyna podejrzewać Asha o bycie Zorrem, kiedy okazało się, że zranił się on w to samo miejsce, w które on postrzelił Zorra.

    OdpowiedzUsuń
  4. Do hacjendy de la Vegów przybywa donna Grace Pulido oraz jej córka Serena wraz ze swoją służką i damą do towarzystwa o imieniu May. To właśnie jej Ash ma zostać przeznaczony na męża, jednak okazuje się, że jej jeszcze drugi zalotnik i rywal do ręki Sereny - kapitan Monastario. Ash nie ma zamiaru pozwolić na taki stan rzeczy i ma zamiar wybrać się do kapitana i... porozmawiać z nim, chociaż w takim przypadku bardziej odpowiedni byłby pojedynek na szpady. Ale mniejsza o to. Ash próbuje zalecać się do Sereny i oświadcza się jej w dość niekulturalny i bezuczuciowy sposób, co sprawia, że dziewczyna czuje się kompletnie upokorzona jego zachowaniem, które znacznie sie zmieniło od jego powrotu ze studiów w Kalos. Kiedyś był inny, a teraz sprawia wrażenie, jakby chciał się z nią ożenić jedynie pod presją rodziców, a nie z miłości.
    Max również próbuje swoich zalotów do Bonnie Pinkerton, jednak ta odrzuca jego starania, gdyż wkurza ją jego ciągłe gadanie o filozofii. :)
    Tymczasem w miasteczku dochodzi do bezprecedensowego wydarzenia. Dochodzi do aresztowania trzech niewinnych Indian, którzy bronili swoich partnerek przed żołnierzami kapitana Monastario i dość mocno ich pokiereszowali, za co mają zostać skazani na śmierć przez rozstrzelanie. Nie pomaga tu nawet interwencja Clemonta, który zostaje dość surowo upomniany za swoją rzekomą niesubordynację i wtrącanie się w nie swoje sprawy.
    Podczas egzekucji trzech niewinnych Indian dochodzi do interwencji Zorro oraz jego kompana, którzy uwalniają trzech niewinnych mężczyzn i spuszczają niezły łomot kapitanowi Monastario i jego siostrze, którzy o dziwo nawet nie próbują się bronić, tak jakby uważali iż Zorro ma rację wymierzając swoją sprawiedliwość. Jednak ten obrońca uciśnionych ma również swoje starcie z detektywem Pinkertonem, który niechcący trafia go pistoletem w krawędź skroni, powodując powstanie blizny. Zorro udaje się uciec, a co ciekawe, gdy później Ash przychodzi do domu wraz z Maxem, ma taką samą ranę w tym samym miejscu co Zorro postrzelony przez Clemonta, co sprawia, iż detektyw, mimo wymówek Asha że ten uraził się w głowę przy upadku z konia, zaczyna podejrzewać, iż to właśnie młody de la Vega jest Zorro. :)
    A w tym samym czasie do ekipy filmowej dołączają Jessie, James i Meowth, którzy wyjątkowo tym razem nie chcą naszej ekipy okraść z pokemonów, tylko... zagrać w filmie kręconym przez Luke'a, na co chłopak przystaje, gdyż akurat miał szukać aktorów do odtwórców ich ról, a że oni się nawinęli, no to już nie musi. :) Oczywiście Jessie cały czas grymasi i narzeka na scenariusz, ale cóż, nikt jej nie kazał grać w tym filmie, prawda? :D
    Robi się coraz ciekawiej i co najważniejsze - w pewnych momentach jest naprawdę zabawnie, co sprawia, że człowiek się uśmiecha, a dzień po takiej lekturze od razu staje się jakby lepszy. :)
    Ogólna ocena: 1000000000000000000000000/10 :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Czyli tak jak zwykle, panna zakochuje się w tajemniczym i bohaterskim Zorro, a irytuje ją leniwy i przemądrzały Diego.
    Ta scena oświadczyn przypomina mi podobną scenę, która była chyba właśnie w książce, że oświadczyny Diego to była jakaś kpina i parodia oświadczyn.
    Coraz bardziej lubię tego detektywa i wyczuwam, że może nastąpić w nim konflikt moralny, ma złapać Zorro, a nie może, bo podziela jego wartości.
    Chyba Monastario nie ustanie w swoich prostackich zalotach wobec panny, bo zarozumiały kapitan uważa, że żadna mu się nie oprze.
    Garcia jak zawsze przeuroczy i wylewny, zwłaszcza jak trochę wypije.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przykro mi było, że detektyw zranił Zorro.
    Detektyw nie jest głupi i zacznie chyba obserwować uważnie Diego.
    Rozbawił mnie Diego na początku, dokładnie taki sam był w serialu, ojciec chciał się bić, a młody pisać listy do gubernatora.
    Przez chwile myślałam, że ten mnich, który odprowadza skazańców, to będzie Zorro w przebraniu, bo Diego często wyczynia podobne numery.
    Zaskoczyło mnie to, że Zorro uderzył seniorie, chociaż w sumie ta podła wiedźma sobie na to zasłużyła.
    Ta opowieść ma niesamowity klimat, klimat opowieści o Zorro i coraz bardziej mnie wciąga w jakiś wir wielkiej przygody.
    A i nie dziwię się, że mała jest zła na brata, za to, że ten chce złapać Zorro.
    Bo Zorro jest niczym lew w stadzie milczących owiec.

    OdpowiedzUsuń
  7. Podoba mi się, jak nawiązujesz tutaj do powieści McCulleya właśnie! :) Ech, co ta Serena. Taki pragmatyczny, miły Ash, tak jej ładnie i klarownie przedstawił propozycję... :) A ta wzdycha do jakiegoś bandyty, którego tylko pół twarzy widziała ;)
    Jestem strasznie ciekawa zalotów Monastario. Czy będą bardziej jak zaloty w serialu, czy raczej jak zaloty kapitana Ramona. Mam wrażenie, że rozdzieliłeś osobowość serialowego Monastario pomiędzy rodzeństwo tutaj. James ma jego maniery i klasę, Jessie temperament i arogancję :)
    Dawn jest super! Podoba mi się też ten wątek trzymania Pokemonów przez rodziny. Mówię połączenie Pokemonów i Zorro jest szalenie oryginalne i ciekawe.
    A dobre pytanie w sumie, czemu Diego tak się wydurniał przed Lolitą. Może chciał utrzymać fasadę dziwaka, a może nie chciał się tak naprawdę żenić przez swój sekret?

    OdpowiedzUsuń

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...