Z jak zemsta cz. II
Pamiętniki Sereny c.d:
Przeczytałam z Ashem opowiadanie napisane przez Maggie Raveshop, które strasznie nam się spodobało, co oczywiście nie omieszkaliśmy jej powiedzieć, zanim wraz ze swym ukochanym wyjechała ona ponownie do Kalos. Oboje byli szczęśliwi, że to dzieło tak przypadło nam do gustu. Wyraziliśmy im też nasze życzenie, aby dalej podrzucali nam inne swoje dzieła literackie.
- Z wielką przyjemnością je przeczytamy - powiedział Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu.
Obiecaliśmy solennie Johnowi Scribblerowi i Maggie Ravenshop, że właśnie tak zrobimy. Poprosiliśmy ich też o to, żeby przekazali pozdrowienia Thomasowi, który co prawda wiódł życie odludka, jednak posiadał u nas bardzo pozytywną opinię. W końcu był on naprawdę dobrym człowiekiem, a prócz tego kochającym starszym bratem dbającym zawsze o swą młodszą siostrę.
Kiedy zakochana para literatów wyleciała, nagle naszła mnie refleksja, że zostały nam jedynie dwa tygodnie wakacji. Jeszcze siedem dni i pewnie zaczną się zawody sportowe. Ash był już razem z Damianem oraz Clemontem gotowy do ponownego poprowadzenia ku zwycięstwu drużyny piłkarskiej z Alabastii o jakże wdzięcznej nazwie Dzikie Pokemony. Osobiście byłam wręcz pewna tego, że mój ukochany zadba o to, reprezentacja jego rodzinnego miasta wygrała mecz, który miał mieć miejsce ostatniego dnia zawodów.
Ale oprócz sportowych emocji, coś jeszcze miało nam towarzyszyć podczas ostatnich dni wakacji. Do miasta przyjechał bowiem ktoś, kogo naprawdę wcale się tu nie spodziewaliśmy. Ktoś, kogo Ash dość dawno już nie widział, ale jego obecność wywołała w nim wielką radość. Tym kimś był chłopak w wieku mojego ukochanego, jego dawny znajomy z Unovy oraz niezwykle sympatyczny gość.
Wszystko zaczęło się dzień po tym, jak nasi drodzy pisarze powrócili do Lumiose. Było to dnia 22 sierpnia 2006 roku. Przyjmowałam właśnie zamówienia od kolejnych klientów, aż nagle do restauracji „U Delii“ wszedł lekkim i wesołym krokiem pewien wysoki młodzieniec. Miał brązowe włosy, niebieskie oczy oraz niewielki nos, na którym spoczywały raczej sporej wielkości okulary. Jego ubiór stanowiła biała koszula, zielone spodnie na brązowych szelkach i czarne buty. Na plecach miał plecak dość sporych rozmiarów. Usiadł przy jednym ze stolików, po czym wziął do ręki menu i zaczął je przeglądać. Podeszłam do niego, aby go zadać mu standardowe pytanie:
- Co panu podać?
Chłopak uśmiechnął się do mnie przyjaźnie, po czym znowu zerknął na kartę dań i odpowiedział, co chciałby zjeść. Oczywiście skoczyłam do kuchni, po czym przekazałam mu, czego życzy sobie klient.
- Nie ma sprawy, Sereno! Już się robi! - zawołał wesoło Brock, który szybko przeszedł do realizacji zamówienia.
Już miałam wyjść z kuchni i powrócić do swych obowiązków, gdy nagle wpadłam na wchodzącego Cilana. Był on wyraźnie czymś bardzo, ale to bardzo podekscytowany.
- Przepraszam cię, Sereno! Ja niechcący - zaczął mnie przepraszać.
- Nic się nie stało - uśmiechnęłam się do niego - Tylko powiedz mi, coś ty taki podekscytowany?
- Bo właśnie spotkałem swego starego znajomego - wyjaśnił mi Cilan.
- Poważnie? A kogo?
- Młodego reżysera. Amatora, ale wybitnego. Nazywa się Luke. Pochodzi z Unovy. Jest naprawdę utalentowany.
- Czekaj, czekaj... - przerwałam jego wywód - Czy to czasem aby nie ten sam chłopak, o którym opowiadał mi Ash? Ten sam, który namówił jego, ciebie i Iris do zagrania w swoich dwóch filmach?
- Właśnie tak! Ten sam - potwierdził zielonowłosy.
- O, ja cię! Ale super! - zaśmiałam się radośnie - Bardzo chętnie go poznam. Może znowu zatrudniłby Asha do jakiegoś filmu?
- Kto wie? Tak czy inaczej, siedzi on obecnie w tej restauracji, przy stoliku numer 7.
- Numer 7? - zdziwiłam się.
Zerknęłam dyskretnie, ale też szybko przez drzwi na naszego nowego klienta, którego zamówienie właśnie przyjęłam.
- Czekaj... Czekaj... Czy to ten w okularach?
Cilan spojrzał tam, gdzie przed chwilą zerknęłam.
- Tak... To on. To właśnie Luke.
Uśmiechnęłam się zadowolona, że chłopak potwierdził moje przypuszczenia. Poczekałam więc na to, aż Brock zrealizuje zamówienie, po czym wzięłam tacę z nim i podeszłam do stolika numer 7.
- Proszę, oto zamówienie - uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie.
- Dziękuję. Bardzo dziękuję - rzekł Luke.
Następnie zaczął jeść, jednocześnie spoglądając na mnie nieco zdumiony tym, że wciąż stoję obok stolika zamiast odejść i zająć się swoją pracą.
- Słucham? Życzy sobie pani czegoś?
- Owszem - odpowiedziałam - Mam jedno pytanie i to dosyć ważne dla mnie. Chodzi o to, czy... Nazywasz się Luke, prawda?
- Tak. A skąd o tym pani... Znaczy skąd o tym wiesz?
- Och, wybacz! Zapomniałam ci się przedstawić. Nazywam się Serena Evans, przyjaciółka Iris i Cilana.
- Iris i Cilana? - Luke popatrzył na mnie wyraźnie zaintrygowany tym, co właśnie powiedziałam - Mówisz o tych słynnych trenerach z Unovy?
- Właśnie tak, o nich.
Luke uśmiechnął się uradowany.
- Niesamowite! Jesteś ich przyjaciółką?! Ale super! A nie wiesz, gdzie mogę ich znaleźć?
- Tutaj, w tej restauracji.
- O ja cię! To niesamowite! - chłopak był wyraźnie uradowany tym, co ode mnie usłyszał - Nie spodziewałem się tego. Chociaż... Przed chwilą wydawało mi się, że widziałem Cilana, jednak zbagatelizowałem to. Sądziłem, że to tylko ktoś do niego podobny.
- Nie, to nie jest ktoś podobny. To jest naprawdę on - wyjaśniłam mu wesoło - Ale jest jeszcze coś.
- Co takiego?
- Jestem dziewczyną Asha Ketchuma.
- Asha?! Asha Ketchuma?! Ale chyba nie mówisz o TYM Ashu, który został Mistrzem Ligi Kalos, Ósmym Mistrzem Strefy Walk i prywatnym detektywem?
- Właśnie o nim mówię.
Luke był wręcz wniebowzięty, kiedy mu o tym powiedziałam.
- Niesamowite! A czy on też tutaj jest?
- No pewnie, że tak.
- O rany! To naprawdę niesamowite! A więc mówisz, że Ash jest twoim chłopakiem? Ale super! Cieszę się, iż znalazł dziewczynę! Zasłużył na to, bo w końcu to równy gość. Ale słuchaj... Czy mogłabyś mu przekazać, że tu jestem?
- Możesz mu sam to powiedzieć, jeśli będzie akurat przechodził. On tu też pracuje.
- Tak, wiem o tym. To w końcu jest restauracja jego mamy. Dlatego właśnie tu przyjechałem. Miałem wielką nadzieję, że go znajdę. Chcę z nim porozmawiać, bo mam do niego pewną sprawę. Nie chcę mu jednak przeszkadzać w pracy. Kiedy on kończy swoją zmianę?
Spojrzałam na zegarek.
- Za półtorej godziny, tak samo jak ja.
- No to super! - zawołał Luke - To może tak odwiedzicie mnie w Centrum Pokemon, jak już skończycie pracę? Będę tam czekał na was.
Oczywiście, z radością obiecałam mu w imieniu swoim oraz Asha, że tak właśnie zrobimy. Co prawda wiedziałam, że nie powinnam była składać obietnic w cudzym imieniu, ale doskonale znałam mojego ukochanego i wiedziałam, że byłby on na mnie zły, gdybym tego nie zrobiła i nie umówiła go na spotkanie z jego dawnym, dobrym znajomym.
Po skończeniu naszej zmiany ja, Ash, Iris, Cilan i Pikachu (ci ostatni, kiedy dowiedzieli się o spotkaniu z Lukiem, postanowili nam towarzyszyć) poszliśmy w kierunku Centrum Pokemon, gdzie czekał już na nas bardzo uradowany młody reżyser z Unovy. Chłopak uściskał radośnie Asha, Iris i Cilana, mnie zaś grzecznie powitał, całując moją prawą dłoń. Rzecz jasna nie zapomniał on także o powitaniu Pikachu.
- Cieszę się, że was znowu widzę, przyjaciele - powiedział Luke, nie kryjąc swojej radości - Bardzo mi was brakowało przez te dwa lata.
- Nie wątpię - zaśmiał się Ash - Nam ciebie również.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu.
- Właśnie, tylko jedno mnie zastanawia - powiedziała Iris, rozglądając się dookoła - Gdzie podziałeś Zoruę?
- No właśnie, Luke! - zawołał wesoło Ash - Gdzie twoja droga przyjaciółka, Zorua? Normalnie nigdy się nie rozstawaliście.
- Zorua? - zapytałam zdumiona ich słowami.
- To ulubiony Pokemon naszego przyjaciela - wyjaśnił mi Cilan - Jest także doskonałą aktorką. Potrafi ona przybrać postać każdej osoby, którą tylko zobaczy, choć należy zauważyć, że w ludzkiej postaci jest niemową.
- To tak, jak Latias?
- Dokładnie tak samo. Zorua posiada podobne umiejętności, co nasza droga przyjaciółka, a prócz tego talent aktorski.
- Ale również zbyt wielkie ego - mruknęła złośliwie Iris.
Cilan uśmiechnął się do niej delikatnie.
- No, może i racja, jednak można jej to wybaczyć, bo przecież dobre aktorki często tak mają.
- Diantha jakoś tak nie ma - stwierdziłam.
Zielonowłosy westchnął głęboko.
- Dobrze, nie każda aktorka tak ma, ale dużo z nich podlega tej regule.
Luke uśmiechnął się do nas delikatnie i dodał:
- Tak, to wszystko prawda. Zorua niekiedy bywa dosyć irytująca, ale mimo wszystko bardzo ją lubię. Łączy nas oboje ogromna przyjaźń. Poznałem ją w kinie podczas projekcji jednego, pięknego filmu. Przybrała wtedy postać kobiety. Potem widziałem Zoruę w ludzkim ciele podczas innych seansów. Zaintrygowała mnie, bo czułem, że ona naprawdę lubi filmy, podobnie zresztą, jak i ja. Chciałem do niej zagadać i w końcu mi się to udało, choć nie od razu. Gdy to zrobiłem, to wyszło na jaw (ku mojemu zaskoczeniu), że ona jest Pokemonem. Mimo tego bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język, a ona została ze mną i zaczęła występować w moich filmach.
- To mi trąci telenowelą - mruknęła złośliwie Iris - No, ale zgadza się co do joty. Zapomniałeś tylko dodać, że Zorau bywała wredna i złośliwa.
- Jak pewna osoba, którą oboje dobrze znamy - zachichotałam.
- Dokładnie - skinął dowcipnie głową Ash.
- Pika-pika-chu! - pisnął wesoło Pikachu.
Mulatka spojrzała na nas groźnie, po czym dodała:
- Jednak mimo wszystko przyznaję, że dobrze się nam z nią grało, chociaż początkowo to była tak uparta, żeby grać główne role takie jak księżniczki i nie umiała zaakceptować faktu, iż w drugim filmie, w którym wystąpiliśmy ja, Ash i Cilan zagrała postać drugoplanową.
- No, ale ostatecznie jakoś się z tym pogodziła - rzekł zielonowłosy znawca Pokemonów.
- Nie zmienia to faktu, że mnie chwilami strasznie wkurzała - mówiła dalej trenerka z Unovy - Tak czy siak, również jestem ciekawa, czemu jej tutaj nie ma z tobą, Luke.
Młody reżyser westchnął załamany, po czym dodał:
- No cóż... Musiała ona pozostać w Pokewood razem z moim przyjacielem, ponieważ... Cierpi na chorobę morską i nie mogła płynąć razem ze mną.
Po sposobie, w jakim Luke to mówił wywnioskowałam, że coś kręci, ale nie powiedziałam nic uznając, iż jeśli woli tak robić, to już jego sprawa. Może później raczy nam wyjawić prawdę.
- Wielka szkoda - rzekł smutno Cilan - Ale ma się dobrze, tak?
- No pewnie - skinął głową Luke.
- To dobrze. No, a więc powiedz nam, proszę, ile ciekawych filmów już nakręciłeś?! - zapytał bardzo podnieconym tonem zielonowłosy.
Był on tego naprawdę ciekawy, ale tak prawdę mówiąc nie tylko on. Mnie również to interesowało, podobnie jak całą resztę naszej małej grupy.
- Całkiem sporo, jednak ostatnio moje filmy jakoś się nie sprzedają - rzekł smutno Luke, siadając przygnębiony na swoje łóżko.
- Poważnie? - Ash nie posiadał się ze zdumienia - Przecież te filmy, które z nami nakręciłeś, zdobyły nagrody w kilku konkursach. To są hity!
- Pika-pika! - poparł go Pikachu.
- To wszystko prawda, ale to było dawno i chyba raczej nieprawda - odparł ponurym tonem reżyser, opierając głowę o dłonie - Te czasy już minęły i to raczej bezpowrotnie.
- Dlaczego tak uważasz? - spytałam.
- Ponieważ moim filmom zaczęło brakować polotu - padła odpowiedź.
- No dobrze... A dlaczego?
- Standardy kina się pozmieniały, reżyserzy zaczęli bardziej stawiać na efekty specjalne niż na sensowną fabułę. Ja więc zacząłem robić to samo i zanim się obejrzałem, moja popularność spadła.
- Ale dlaczego? - zdziwił się Ash.
- No właśnie - dodał Cilan - Wydaje mi się, że twoje filmy powinny być teraz jeszcze bardziej popularne.
- Niby tak, ale wyszło zupełnie na odwrót - rzekł Luke.
- Dlaczego?! - zapytaliśmy chórem.
- Pika-pika? - pisnął zdumiony Pikachu.
- Chyba dlatego, że za bardzo skupiłem się na panującym trendy, a za mało na tym, co mi w duszy gra. Coś mi też mówi, że bardzo starałem się kręcić moje filmy pod publikę, a za mało w nie włożyłem serca.
- Tak też myślałam - stwierdziła ironicznie Iris - A więc zacząłeś, Luke, iść za głosem trendy, a nie własnego serca, przez co tworzysz obecnie coś, co każdy inny reżyser może stworzyć.
Luke skinął smutno głową i westchnął załamany.
- Sam bym tego lepiej nie określił.
Iris zrobiła przemądrzałą minę, kontynuując swój wywód.
- Wiesz co? Jakoś mnie nie dziwi to, o czym teraz mówisz. W końcu takie zachowanie bardzo pasuje do artystów.
- Przepraszam bardzo, ale co masz na myśli? - spytał reżyser.
Słowa Mulatki wyraźnie mu się nie spodobały, podobnie jak i mnie. Ale cóż... Nasza kochana Iris zawsze miała niewyparzoną buzię, a gadanie tego, co jej ślina na język przyniesie przychodziło jej z naprawdę wielką łatwością. W każdym razie Ash tak mi to przedstawił, zaś wszystko, czego dotąd byłam świadkiem, tylko to potwierdzało.
Trenerka z Unovy popatrzyła uważnie na reżysera i powiedziała:
- Od samego początku, kiedy cię poznałam wiedziałam, że masz potencjał, ale niestety czułam również to, co jest oczywiste.
- To znaczy co?
- To znaczy to, że jak każdy filmowiec prędzej czy później zaczniesz ulegać presji mody oraz trendom, przez co zaczniesz kręcić filmy takie, aby się innym przypodobać.
- Chciałem się po prostu wybić - jęknął załamany Luke.
- No właśnie... Ale nastawienie się tylko na to, żeby się wybić, to bardzo zły pomysł, przyjacielu. Przez takie coś w końcu zaczniesz kręcić naprawdę coraz głupsze filmy, których tworzenie wcale nie sprawi ci przyjemność.
- Tak w sumie, to ona ma rację - poparł ją nagle Cilan - Kręcenie filmów pod panujące trendy kończy się tym, że nie ma już w twoich dziełach serca, a to jest najgorsza rzecz, jaka może spotkać artystę.
- Pewnie i masz rację, ale wielu reżyserów tak robi i zobaczcie, jaką karierę zrobili w Pokewood - tłumaczył się Luke.
- Być może, ale jak dla mnie, to ich kariera nie potrwa zbyt długo - stwierdził ponuro Ash - Moim zdaniem artysta powinien tworzyć swoje dzieła z sercem, bo tylko wtedy będzie można je pokochać, ale tak naprawdę.
- Wiesz, sam już nie wiem - reżyser pokiwał smutno głową - Ale ja tak bardzo chciałem wybić się ponad przeciętność.
- A wyszło jak wyszło, co nie? - mruknęła Iris - Powiedz mi, Luke, czy ta historia, którą ci zaraz opowiem, czegoś ci nie przypomina?
Następnie rozłożyła ona ręce i przybrała bardzo złośliwy ton, o wiele bardziej złośliwy niż kiedykolwiek.
- Pewien uroczy oraz młody kujon, który ma wielki talent artystyczny oraz ogromne ambicje, mówi nagle do swoich rówieśników: „Hej, posłuchajcie! Mam wspaniałe marzenie! Pojadę sobie do Pokewood, gdzie zrobię karierę jako wielki reżyser, bo tam przecież każdy artysta może się wybić!“. Ale przyjeżdża tam i co? Skucha... Okazuje się, że zrobić tam karierę jest bardzo, ale to bardzo trudno, a zacząć jeszcze trudniej, więc jego wspaniała wizja rozwiewa się niczym liście na wietrze. On jednak nie poddaje się i kręci swoje pierwsze dzieła, ale tu proszę... Druga skucha! Nikt tego nie chce oglądać. No, a jaka jest skucha trzecia? Ano taka, że nawet jeśli coś dobrego on nakręci i jeżeli przez chwilę będzie o nim głośno, to szybko zostanie zepchnięty na drugi plan, a więc zaczyna kręcić pod publikę coraz mniej ambitne dzieła, które to pomagają mu nagonić widzów, ale też niestety nasz biedny reżyser nagle zaczyna rozumieć, że wcale to mu się nie podoba, a jego dziełom brakuje już serca. Przestaje się starać, traci swoją sławę i szacunek do siebie, aż w końcu musi on powrócić w swoje rodzinne strony i to z poczuciem niespełnienia, jak również ze świadomością, że porządnie spartaczył to wszystko, co sobie zaplanował.
Po zakończeniu swojej przemowy, Iris ze złośliwym uśmiechem na twarzy spojrzała na naszego przyjaciela i powiedziała:
- Popraw mnie teraz, jeśli się w czymś pomyliłam.
Luke już chciał coś wyjaśnić, bo podniósł palec w górę i rzekł:
- Więc...
Jednak po chwili opuścił dłoń i stwierdził ponuro:
- Masz rację. Właśnie tak to wygląda, choć może pewne szczegóły są nieco inne, ale to bez znaczenia. Niestety, masz rację. Moje życie wygląda niezwykle podobnie do tego, o czym tu mówisz, jednak nie mam pojęcia, jak to możliwe, że tak szybko mnie rozpracowałaś.
- Wprawa, kochasiu. Wprawa - uśmiechnęła się przemądrzałym tonem Iris - Doświadczenie życiowe i takie tam.
Cilan i Ash spojrzeli na nią ponuro, po czym mój chłopak powiedział:
- Nasza kochana przyjaciółka bywa niekiedy zbyt bezpośrednia, może nawet za bardzo, ale w jednym ma rację. Straciłeś wiarę w to, co robisz i coś mi mówi, że dawno nie nakręciłeś naprawdę ciekawego filmu.
- Niestety tak - skinął głową potwierdzająco Luke - To wszystko jest prawdą. Z tego też powodu Zorua nie chce mnie znać.
- Aha... Czyli jednak przyczyną jej nieobecności tutaj nie jest wcale choroba morska? - zapytałam nieco ironicznie.
Młody reżyser nie zwrócił uwagą na mój sarkazm i odparł:
- Tak, dobrze kombinujesz, Sereno. Nie, nie jest. Prawdziwym powodem jej nieobecności tutaj jest to, że straciłem serce do tego, co robię, a ona nie mogła na to patrzeć. Odrzuciła kolejne role w moich filmach, aż wreszcie przybrała ludzką postać i napisała mi list, w którym wyraziła swój żal i gniew na mnie z powodu mojego zachowania. Oświadczyła mi, że albo się wezmę w garść i nakręcę jakiś dobry film, albo stracę jej przyjaźń. To moja najlepsza przyjaciółka. Nie chcę jej zawieść, a poza tym wiem, że ona ma rację. Dlatego właśnie przyjechałem tutaj. Chciałbym nakręcić z tobą, Ash, pewien film, który by mi pomógł znowu poczuć to samo, co czułem wtedy, kiedy ty, Iris i Cilan wystąpiliście w moich dwóch produkcjach. Gdy je kręciłem, czułem się wspaniale, a wręcz fenomenalnie. Mam nadzieję, że przy was znowu to poczuję. Chciałem namówić Zoruę, żeby popłynęła tutaj ze mną, ale odmówiła mi. Powiedziała, że nie wierzy w moją szczerą chęć odzyskania dawnego polotu, ale jeżeli dowiodę czynami, a nie tylko słowami, iż naprawdę tego chcę, wtedy z największą przyjemnością znów będzie występować w moich filmach. Póki co została ona u mojego przyjaciela, a ja przybyłem tutaj sam z nadzieją, że być może z twoją pomocą, Ashu Ketchum, zdołam nareszcie nakręcić dzieło takie, jak za dawnych, dobrych czasów. A skoro wy też tu jesteście, przyjaciele...
Te słowa skierował do Iris i Cilana.
- To mam nadzieję, że wy również wystąpicie w moim filmie. Rzecz jasna nie zabraknie w nim roli również dla ciebie, Sereno. I co wy na to? Zgadzacie się?
Oczywiście żadne z nas nie miało nic przeciwko temu, aby wystąpić w filmie wyprodukowanym przez Luke’a, dlatego bez wahania wyraziliśmy na to zgodę. Jedynym problemem był tutaj brak odpowiedniego pomysłu na historię, o której film miałby opowiadać. Niestety, nasz drogi reżyser tego sobie nie zaplanował, a raczej miał masę pomysłów, ale praktycznie każdy z nich wydawał mu się za mało odpowiedni jak na film w jego reżyserii. Na całe szczęście nagle przypomniałam sobie o opowiadaniu napisanym przez Maggie Ravenshop.
- Słuchaj! A może byś tak zekranizował opowiadanie napisane przez naszą przyjaciółkę? - zapytałam.
Luke popatrzył na mnie zaintrygowany moim pytaniem.
- A co to za opowiadanie i kto je napisał?
Razem z Ashem wyjaśniliśmy mu więc wszystko bardzo dokładnie. Chłopak uważnie słuchał tego, co mówimy i robił notatki, po czym zadowolony stwierdził:
- Tak! To jest dopiero fantastyczne dzieło! Jestem w pełni za tym, aby je zrealizować! Sprzęt do kręcenia filmu nie będzie trudno zdobyć! Mam przy sobie swoją kamerę i kilka innych drobiazgów, a resztę jakoś załatwię. Kostiumy można wypożyczyć z teatru, a aktorów znajdę w restauracji „U Delii“. Tylko pytanie, czy zechcą oni u mnie zagrać.
- A o kim mówisz? - zapytałam.
- O waszych przyjaciołach, oczywiście - odpowiedział mi chłopak - Skoro w tym opowiadaniu, jak mówisz, występującą postacie będące odzwierciedleniem waszych kompanów: Brocka, Maxa i innych, to moim zdaniem powinni właśnie oni je zagrać.
- Hmm... Brock grający Brocka. No tego, to jeszcze nie puszczali w kinie - zaśmiała się złośliwie Iris.
Nikt nie zwrócił na nią uwagi.
- Ja uważam, że to doskonały pomysł - powiedział Ash.
- Ja również - dodałam radośnie - To będzie nasze wspólne dzieło!
- Pika-pika-chu! - pisnął radośnie Pikachu.
- Z chęcią w nim wystąpię. Będzie jak za dawnych, dobrych czasów - rzekł radośnie Cilan, którego mina wskazywała na to, że aż się pali do tego zadania - Chociaż osobiście wolałbym zagrać jakiegoś detektywa niż wodza Indian z tego opowiadania, ale z drugiej strony taka rola to będzie dla mnie ciekawe wyzwanie.
- Jesteście bandą wariatów i dzieciaków - stwierdziła ironicznie Iris, po czym uśmiechnęła się zadowolona - Ale czemu nie? Skoro wy wszyscy będziecie się tym zajmować, to ja również zamierzam to zrobić.
- Doskonale! - zawołałam radośnie - A zatem postanowione. Jeszcze dzisiaj dam ci opowiadanie „Z jak zemsta“ i będziesz mógł je sobie przeczytać, a potem przerobić na scenariusz do filmu.
- Zrobię to szybciej niż wam się wydaje - odrzekł Luke, poprawiając sobie lekko okulary na nosie.
W jego oczach pojawił się figlarny błysk dowodzący, że zamierza nas nieźle zaskoczyć w dotrzymaniu danego słowa.
***
Opowiadanie Maggie Ravenshop c.d:
Sierżant Meowth Garcia zgodnie z tym, co powiedział Don Ashowi, pojechał do portu, aby osobiście odebrać ze statku pana Clemonta Pinkertona oraz jego asystentkę, pannę Bonnie Pinkerton. Dziewczyna miała nie więcej niż dziesięć lat i była uroczą blondyneczką o niebieskich oczach, ubraną w różową sukienkę z białymi wykończeniami.
- Witamy serdecznie w Alabastii! - zawołał sierżant, salutując detektywowi - Jestem sierżant Meowth Garcia. Mam odwieźć pana do pańskiego nowego lokum.
- Dziękuję, sierżancie. Bardzo chętnie skorzystamy z pańskiej eskorty - rzekł do niego słynny śledczy - Jestem Clemont Pinkerton, a to moja młodsza siostra i zarazem asystentka, panna Bonnie Pinkerton.
- Czy byłby pan tak uprzejmy i wziął moje bagaże, senor? - zapytała miłym tonem dziewczynka, podając Garcii swoją torbę podróżną i parasolkę.
- Będzie mi bardzo miło móc pani pomóc, seniorita - odparł na to Meowth niezwykle uprzejmym tonem.
- To dobrze, ponieważ w kajucie mam tego jeszcze więcej - zaśmiała się zadowolona Bonnie.
Garcia dopiero teraz zrozumiał, że oto właśnie został wrobiony przez pannę Pinkerton w noszenie za nią jej wszystkich bagaży, których (ku jego przerażeniu) było całkiem dużo. Na szczęście miał on pod ręką swoich ludzi, więc nie musiał tego robić osobiście.
- Na co czekacie, chłopcy?! - zapytał nieco gniewnie - Ładować do powozu bagaże panny Pinkerton!
Jego ludzie wykonali polecenie, a kiedy wszystko było już gotowe, Clemont i Bonnie wsiedli do zamkniętego powozu, po czym ruszyli razem w drogę.
- Tak się cieszę, że mnie ze sobą zabrałeś, braciszku! - zawołała radośnie dziewczynka, klaszcząc przy tym w dłonie - Bardzo chciałam poznać to miejsce.
- Zabrałem cię ze sobą, ale pod jednym wszakże warunkiem - powiedział poważnym tonem jej starszy brat - Że będziesz się mnie słuchać zawsze i to we wszystkim. Pamiętasz o tym, Bonnie?
- Ależ oczywiście - zarzekała się dziewczynka - Nawiasem mówiąc to bardzo mnie ciekawi, jak wyglądają ten cały Zorro i jego pomocnik. Podobno obaj są całkiem przystojni.
- Być może - mruknął Clemont - Nie znam się na męskiej urodzie.
- Ale ja się znam i będę mogła należycie to wszystko ocenić, kiedy już ich obu zobaczymy.
Nagle powóz zatrzymał się.
- Co? Już dojechaliśmy? - zapytała zdumiona Bonnie.
- Nie mam pojęcia. Zobaczę, co się dzieje - odpowiedział jej brat.
Następnie wychylił głowę z powodu i zawołał:
- Sierżancie! Czemu nie jedziemy?!
- To Indianie! - zawołał do niego Garcia, podjeżdżając bliżej powozu - Moi ludzie, których posłałem na zwiad, mówią mi, że zauważyli Indian!
- No i co z tego? Tu chyba jest ich pełno, prawda?
- Owszem, lecz moi ludzie zauważyli pośród nich wodza Siedzącego Cilana i jego żonę, Szarą Iris!
- A cóż to za osobistości?
- To znani bandyci poszukiwani już od dawna! Ponoć są w zmowie z tym hultajem Zorro! Mamy szansę ich schwytać!
- Więc ścigajcie ich, sierżancie!
- To właśnie zamierzam zrobić.
Następnie nakazał on swoim czterem ludziom, aby pozostali przy karocy, zaś sam z resztą swojego oddziału pognał w kierunku, gdzie przed chwilą widziano poszukiwanych Indian.
Clemont i Bonnie pozostali więc sami, nie licząc tych żołnierzy, którzy mieli ich pilnować do czasu, aż nie wróci sierżant.
- No to sobie trochę poczekamy - powiedział detektyw.
- Tutaj dopiero musi być ciekawe życie - zaśmiała się jego siostra - Indianie, bandyci, koniokrady i inni tacy. To w sam raz życie dla miłośnika przygód.
- Być może, ale nie wydaje mi się, aby zamiłowanie do takiego trybu życia mogło zapewnić ci przyszłego męża - stwierdził dość ponuro jej brat.
Dziewczynka machnęła na to lekceważąco ręką.
- Dajże spokój! Jeśli mam już wyjść za mąż, to tylko z miłości i za takiego człowieka, który będzie mnie kochał i rozumiał.
Nagle coś świsnęło, łupnęło, a następnie dźwięki te powtórzyły się jeszcze kilka razy, aż w końcu nastała cisza.
- Co się tu dzieje? - zapytał Clemont.
W tej samej chwili, drzwi od powozu gwałtownie się otworzyły, a w nich stanął zamaskowany człowiek ze szpadą i biczem u boku, ubrany na czarno.
- Witam serdecznie w Alabastii, panie Pinkerton - rzekł człowiek.
- Kim jesteś i czego chcesz, senior?! - zawołał oburzony tym zuchwalstwem detektyw.
- Zwą mnie Zorro, obrońca pokrzywdzonych. Do usług, senior detektywie.
Clemont nie mógł uwierzyć własnym oczom. A zatem ten bandyta ośmielił się napaść go i to w biały dzień?! On był chyba bardziej bezczelny niż myślał. Tym lepiej. Tym przyjemniejsze będzie dla niego złapanie go.
- Ty jesteś Zorro?! Doskonale! A więc oszczędziłeś nam trudu szukania cię!Żołnierze, brać go!
- Nie ma co krzyczeć - zaśmiał się drugi głos.
Jakąś chwilę później, w oknie drugich drzwi od zamkniętego powozu ukazała się wisząca do góry nogami postać, również ubrana na czarno i zamaskowana.
- Wasi żołnierze są teraz nieco zajęci - zachichotał ów drugi bandyta.
Pinkerton stwierdził, że ten nikczemnik musi być jeszcze dzieckiem w wieku Bonnie, na co wskazywały jego głos i wzrost.
- Proszę nam wybaczyć to niezbyt miłe przerwanie wam podróży, ale bardzo chcieliśmy odbyć z wami małą pogawędkę - powiedział przyjaznym tonem Zorro - Dlatego właśnie poprosiliśmy o pomoc naszych przyjaciół Indian, aby zechcieli odciągnąć od was większość eskorty.
- Oni tylko by nam przeszkadzali - zaśmiał się Mały Zorro, wskakując przez okno do powozu i siadając naprzeciwko Bonnie - A to przecież nie wypada, żeby obcy przysłuchiwali się prywatnej rozmowie. Czyż nie mam racji, mademoiselle?
To mówiąc, wziął w swoją dłoń prawą rękę Bonnie i rzekł:
- Słodka panienko, zaszczytem dla mnie jest móc teraz z panienką swobodnie rozmawiać. Cieszy mnie również, że zechciała pani przybyć do Alabastii. Urodą swoją przyćmiewa pani bowiem wszystkie piękności tego miejsca.
- Phi! Tani komplement! - mruknęła Bonnie, chociaż delikatnie się przy tym zarumieniła.
- Do rzeczy, waszmościowie! - powiedział groźnym tonem Clemont - Czego panowie chcą ode mnie i od mojej siostry?
- Chcieliśmy państwa prosić, żebyście nie dali się zwieść temu nędznikowi, gubernatorowi ani też jego pomagierom - odpowiedział mu Zorro - Ten człowiek gnębi mieszkańców tej krainy zbyt wysokimi podatkami, których biedny lud nie ma już z czego płacić. A gdy nikt nie ma już z czego płacić, idzie do więzienia na ciężkie roboty.
- No cóż... Jeżeli takie jest prawo Jego Królewskiej Mości, to nie nam je... - zaczął Clemont, ale Zorro mu przerwał.
- Nie! To nie jest prawo Jego Królewskiej Mości, tylko prawo gubernatora Giovanniego! - zawołał groźnie bandyta - On sam je ustanowił, aby nasycić swoją niepohamowaną żądzą pieniądza. Wiemy, w jakim celu państwo tutaj przybyli i prosimy, abyście zaniechali tego zadania.
- A jeśli odmówimy?
- No właśnie! To co wtedy?! - pisnęła Bonnie.
- Wtedy będziemy musieli zastosować wobec was już nieco inne metody niż perswazja - zaśmiał się bandyta - Chociaż mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.
- Ja również. Szkoda by było bowiem zrywać oraz zniszczyć taki piękny kwiatuszek - rzekł Mały Zorro zalotnym tonem, patrząc na Bonnie.
Następnie przysunął do siebie pannę Pinkerton i bezczelnie pocałował ją w usteczka. Oburzona dziewczynka odepchnęła go od siebie, po czym spoliczkowała swego napastnika (choć tak prawdę mówiąc, nie zrobiła tego zbyt mocno). Ten zaś tylko się zaśmiał i powiedział:
- Panienka ma ostre pazurki. To dobrze... Tym milej będę wspominał nasze spotkanie.
Następnie wyszedł on z powozu i wskoczył na swojego wierzchowca. Zorro uczynił to samo.
- Bardzo proszę sobie przemyśleć moją propozycję, senor! - zawołał bandyta do Clemonta - Nie chcę mieć w panu wroga!
Po tych słowach, obaj Zorro pognali swoje konie i pogalopowali przed siebie, a kilka minut później zniknęli z oczu rodzeństwu detektywom.
Pinkerton z kolei wyskoczył ze swego powozu, a wtedy zauważył, że czterej żołnierzy, którzy mieli ich pilnować są związani i zakneblowani, zaś na drzwiach pojazdu jest wycięta szpadą ogromna litera Z, czyli znak tego zamaskowanego bandyty.
Sierżant Meowth Garcia, rzecz jasna nie zdołał złapać owych indiańskich wichrzycieli, których ścigał, gdyż ci bez trudu mu zbiegli. Nie było to zbyt trudne, ponieważ mieli oni o wiele bardziej rącze wierzchowce, zdecydowanie bardziej zaprawione w pościgach oraz gnaniu przez prerie niż te należące do żołnierzy Jego Królewskiej Mości. Dlatego właśnie sierżant Meowth Garcia załamany powrócił do powozu swojego podopiecznego, po czym zobaczył wizytówkę, jaką pozostawił Zorro. Bez trudu domyślił się więc, że zamaskowany bandyta oraz jego wierny pomocnik byli tutaj. Clemont i Bonnie zresztą opowiedzieli mu, co się stało pod jego nieobecność, jednak pominęli przy tym kilka faktów (jak choćby to, że Mały Zorro pozwolił sobie pocałować pannę Pinkerton, której ten uczynek bardzo się spodobał, choć wcale nie chciała się ona do tego przyznać). Meowth postanowił, że jeszcze Zorro i Mały Zorro mu za to zapłacą.
Kiedy już wszystkie groźby pod adresem zamaskowanych bandytów zostały już rzucone przez sierżanta i jego ludzie, znokautowanych żołnierzy rozwiązano oraz ocucono, po czym Garcia skrzyczał ich za to, iż tak łatwo dali się pokonać dwóm ludziom (z których jeden był dzieciakiem), następnie zaś kazał im wsiadać na wierzchowce i jechać w kierunku Alabastii. W ciągu kilku minut dojechali do samego miasta, gdzie Clemont wraz ze swą młodszą siostrzyczką stawali się przed oblicze komendanta Jamesa Monastario i jego zastępcy, porucznik Jessie.
- Panie kapitanie, pani porucznik! Melduję posłusznie o wykonaniu mojego zadania! - zameldował Meowth, stając na baczność i salutując.
- Doskonale, sierżancie - odpowiedział kapitan Monastario - Witamy zatem serdecznie w Alabastii, panie Pinkerton. A któż to jest ta jakże urocza senorita u pańskiego boku?
- To jest moja młodsza siostra, senorita Bonnie Pinkerton - powiedział młody detektyw, wskazując na dziewczynkę - Muszę jednak zauważyć, że jest ona nie tylko moją krewną, ale też niezrównaną sekretarką oraz pomocnicą. Musiałem ją ze sobą zabrać w tę podróż, gdyż nie miałem ją z kim zostawić.
- Clemont! - pisnęła dziewczynka oburzonym tonem - Przecież już nie jestem malutkim dzieckiem! Czemu musisz mi przynosić wstyd?
Detektyw uśmiechnął się z politowaniem, po czym odparł:
- Kapitanie Monastario... Chciałem panu powiedzieć, że jestem tutaj, jak pan zapewne wie, po to, aby schwytać tego bandytę imieniem Zorro, jak również jego pomocnika, którego zwą Mały Zorro. Jestem gotów wykonać to zadanie i mam nadzieję, że będziemy ściśle ze sobą współpracowali.
- Ja również mam taką nadzieję - zaśmiał się delikatnie detektyw.
- Będziemy współpracować, choć moim zdaniem taki gryzipiórek jak pan nie może nic wiedzieć o łapaniu przestępców, zwłaszcza takich jak ten łajdak Zorro - mruknęła złośliwie porucznik Jessie.
Kobieta ta była znana powszechnie ze swojego nerwowego charakteru oraz niezwykle ciętego języka. Do tego była też niezwykle zawzięta i o wiele bardziej nerwowa od swojego brata, któremu wszak umiała dorównać w próżności. Oboje byli bardzo dobraną parą, doskonale się uzupełniającą, gdyż o ile James popełniał wszelkie niegodziwości w rękawiczkach, zachowując przy tym zazwyczaj dobre maniery, o tyle jego siostra nigdy nie dbała o pozory i zachowywała się niekiedy wręcz chamsko, wbrew swojemu szlacheckiemu pochodzeniu.
Clemont spojrzał na kobietę bardzo uważnie i zmierzył ją dosyć pogardliwie wzrokiem.
- Pani porucznik może tego nie wiedzieć, ale tam, skąd ja pochodzę, jestem detektywem i to dość znanym.
- Tak, to prawda! - zawołała Bonnie oburzonym tonem, kładąc sobie ręce po bokach - Mój brat to wielki detektyw! Nie tak dawno złapał on braci Doltonów! Tę słynną grupę bandytów grasujących w Kalos!
- Ależ nikt nie podważa umiejętności pana Pinkertona - uśmiechnął się James Monastario, aby uspokoić kłótnię, która już wisiała na włosku - Po prostu moja biedna siostra nie zawsze umie zapanować nad swoim językiem. W jej i swoim imieniu, proszę pana zatem o wybaczenie.
- Ja proszę o to samo w imieniu w przypadku mojej młodszej siostry - rzekł z uśmiechem na twarzy Clemont.
Obaj panowie spojrzeli na panie, które posiadały ten zaszczyt być z nimi spokrewnione, te zaś zrobiły bardzo obrażone miny. Widać było, że obie stały się zażartymi nieprzyjaciółkami.
- A zmierzając do sedna - rzekł pan Pinkerton, wyjmując zza pazuchy pewien papier - Mam tutaj odpowiednie rozkazy od Jego Ekscelencji, pana gubernatora.
Kapitan wziął od niego papier, po czym rozwinął go i zaczął czytać.
- Z tego dokumentu wynika, że nasi żołnierze mają być zawsze do pańskiej dyspozycji w sprawie tego nędznika Zorro - powiedział James - No cóż... Nigdy nie słuchałem rozkazów cywili nie będących urzędnikami, jednak skoro taka jest wola Jego Ekscelencji, to niech tak będzie. Nasi żołnierze są na pańskie rozkazy, panie Pinkerton.
- Doskonale, kapitanie. A zatem, jeżeli mi pan pozwoli, to rozpocznę moje śledztwo od razu - powiedział Clemont.
Następnie usiadł on na krześle naprzeciwko biurka kapitana i dał znak swojej siostrze, aby uczyniła to samo. Jednocześnie dziewczynka wyjęła z torby, którą miała w ręku swój dziennik oraz pióro i kałamarz.
- Co zamierza pan robić, senor? - zapytał zdumiony kapitan.
- Na początek zamierzam pana przesłuchać w sprawie tego bandyty, kapitanie - odpowiedział detektyw - Być może posiada pan nieświadomie jakieś dane bądź informacje, które pomogą mi rozpoznać tego łotra i wydać go w pana ręce.
- Aha... Rozumiem. No dobrze, a więc proszę pytać. Chociaż nie wydaje mi się, aby wiedza przeze mnie posiadana mogła cokolwiek tu zmienić.
- Pozwoli pan, kapitanie, że sam to ocenię.
Następnie detektyw spojrzał na siostrę, ta natomiast z uśmiechem na twarzy odkorkowała kałamarz, po czym delikatnie zanurzyła w nim pióro i zaczęła pisać.
***
Clemont Pinkerton z pomocą młodszej siostry przesłuchał dokładnie kapitana Jamesa i panią porucznik Jessie. Dokładnie zapisał wszelkie ich spostrzeżenia na temat Zorro oraz Małego Zorro. Miał wielką nadzieję, że z tego wszystkiego, co powiedzieli, zdoła wyciągnąć jakieś pożyteczne dla siebie wnioski. Zapisał także spostrzeżenia sierżanta Meowtha i wszystkich żołnierzy, którzy mieli styczność z tymi bandytami. Potem zapisał to, co on i Bonnie zapamiętali po spotkaniu z owymi wyjętymi spod prawa łotrami. Wszystko to zamierzał dokładnie później przeanalizować, aby wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski.
Jakiś czas potem do garnizonu przybył Don Josh de La Vega, mężczyzna w czterdziestym roku życia, czarnowłosy o zielonych oczach, niezwykle przystojny, a co najważniejsze, bardzo bogaty. Jego majątek przewyższał majątki wszystkich innych osób w całej Alabastii. Już choćby z tego tylko powodu miał on poważanie u samego gubernatora Giovanniego, a poza tym posiadał także szacunek wielu innych ludzi i to nie tylko tych szlachetnie urodzonych. Dlatego właśnie kapitan Monastario przysłał sierżanta Garcię z rozkazem przyprowadzeniu do garnizonu tego człowieka, oczywiście z należnym szacunkiem.
- Kapitanie... Przybyłem tutaj na pana prośbę - rzekł Don Josh, ledwie wszedł do środka - Sierżant powiedział mi, że pragnie mnie pan widzieć.
- Tak, to prawda - uśmiechnął się do niego James Monastario - Mam do pana wielką prośbę, senor. A właściwie powinienem tutaj chyba użyć słowa „rozkaz“, ale cóż... Nie ośmieliłbym się nigdy wydawać rozkazów takiemu człowiekowi jak pan, senor de La Vega.
Następnie kapitan podał swemu rozmówcy pismo, które przywiózł Clemont. Don Josh bardzo uważnie je przeczytał, po czym rzekł:
- Rozumiem. A więc Jego Ekscelencja prosi mnie o to, abym ugościł u siebie senor Clemonta Pinkertona oraz jego uroczą siostrę do czasu, aż nie zakończą oni swego śledztwa w sprawie Zorro?
- Dokładnie tak - powiedział James Monastario - Nie śmiem jednak narzucać panu żadnych gości bez pana wiedzy i zgody. A zatem... Jaka jest pana odpowiedź, senor?
- To chyba oczywiste - uśmiechnął się Don Josh - Przecież nigdy bym się nie ośmielił złamać rozkazów Jego Ekscelencji, a już na pewno nie umiałbym nigdy odmówić jego uniżonej prośbie.
Następnie spojrzał na Clemonta i Bonnie, kłaniając się im delikatnie.
- Zapraszam was serdecznie, senor i senorita Pinkerton. Mam nadzieję, że w mojej hacjendzie będzie się wam podobać.
- Nie oczekujemy wielkich wygód, senor - odpowiedział skromnym tonem detektyw - Przede wszystkim będę prowadził śledztwo na mieście, choć gdyby i pan zechciał mi coś powiedzieć, co pomoże mi później odkryć tożsamość tego podłego bandyty, Zorro i jego pomocnika, niejakiego Małego Zorro, to będę panu szczerze zobowiązany.
- Obawiam się, że niewiele mogę panu pomóc, chociaż być może coś sobie przypomnę i wtedy natychmiast pana o tym powiadomię, senor. Na razie jednak zapraszam was oboje do siebie.
- Doskonale. Ruszajcie państwo - mruknęła porucznik Jessie - Niechaj nasz drogi pan samochwała pokaże, na co go stać.
Clemont oczywiście usłyszał jej słowa, ale nie przejął się nimi, wychodząc z założenia, że takie osoby jak Jessie należy ignorować, aby nie wywoływać z nimi niepotrzebnych sprzeczek, które przecież nikomu wcale nie są potrzebne. Dlatego też wyszedł z gabinetu kapitana razem ze swą siostrą, po czym wsiadł do powozu pana de La Vegi.
Niedługo potem słynny detektyw przybył do hacjendy Don Josha de La Vegi, w której gospodarz przedstawił mu całą swoją rodzinę.
- To moja żona, Delia - powiedział z uśmiechem na ustach, przedstawiając mu swoją małżonkę.
Kobieta miała około trzydzieści siedem lat i była wysoką osobą o brązowych włosach oraz takich samych oczach. Miała niesamowicie piękny uśmiech, który sprawiał niezwykle przyjemne wrażenie. Clemont pomyślał sobie, że takie właśnie uśmiechy musiały mieć anioły, w czasach, kiedy to jeszcze schodziły na ziemię z misją od Boga.
- Witam serdecznie, senor Pinkerton - powiedziała z uśmiechem Delia, kiedy Clemont ucałował jej dłoń na powitanie.
- Ja również serdecznie panią witam - odpowiedział jej słynny detektyw, po czym przedstawił kobiecie swoją siostrę.
- Bonnie! Jakie to śliczne imię! - zawołała radośnie kobieta, patrząc czule na dziewczynkę - I odpowiednie dla takiej prześlicznej, uroczej dziewczynki. Muszę powiedzieć, że wyglądasz po prostu wspaniale w tej sukni. Jestem pod wielkim wrażeniem, jak dobry masz gust. I myślę, że też odwagę, skoro jesteś detektywem. Naprawdę pomagasz bratu podczas jego śledztw?
- No tak, to prawda - uśmiechnęła się do niej dziewczynka czując, że coraz bardziej ją lubi - Mój starszy brat na szczęście umie to docenić, chociaż z tym docenianiem to różnie bywa.
Donna Delia zachichotała delikatnie, kiedy to usłyszała.
- Och, jesteś naprawdę urocza, senorita Bonnie. No dobrze, pora wam chyba przedstawić nasze dzieci.
Następnie popatrzyła na Pikachu, który właśnie przechodził sobie nieopodal.
- Pikachu! Sprowadź Asha i Dawn, dobrze?
Nagle kobieta uderzyła się dłonią w czoło.
- Zapomniałam, że on jest głuchy.
Musiała zatem pokazać na migi, o co jej chodzi, co z trudem się jej udało, ale mimo wszystko osiągnęła swój cel, ponieważ Pokemon powrócił razem z dziećmi de La Vegi. Pierwszym z nich był młodzieniec, którego już poznaliśmy podczas sceny jego rozmowy z sierżantem Meowthem Garcią. Drugą z kolei osobą była śliczna dziewczyna o ciemno-niebieskich włosach i podobnych oczach, ubrana w błękitną suknię. Miała ona około szesnaście lat, lecz więcej w niej było z kobiety, niż z dziecka.
- Witajcie, kochani! - zawołał Don Josh - Chcielibyśmy z matką wam kogoś przedstawić. To senor Clemont Pinkerton i jego młodsza siostra, senorita Bonnie Pinkerton. A to są moje dzieci: Ash i Dawn.
Detektyw uśmiechnął się przyjaźnie do rodzeństwa, choć musiał sam przed sobą przyznać, że o wiele większą uwagę zwróciła na niego panna de La Vega. Dotychczas słynny śledczy sądził, że poza jego pracą nic nie jest w stanie go tak bardzo pociągać, aby mógł zapomnieć o bożym świecie. Teraz wszak okazało się, że istnieje taka możliwość i taką właśnie możliwością była właśnie ta niezwykła dziewczyna, senorita Dawn de La Vega. Młodzieniec nie wierzył w to, iż może zakochać się od pierwszego wejrzenia, ale teraz właśnie tego doświadczył.
- Niesamowite! - powiedział zachwyconym głosem.
- A cóż takiego, senior? - spytała Dawn, patrząc na niego zaintrygowana jego zachowaniem - Cóż jest tak niesamowitego?
- Eee... A nie, nic. Naprawdę nic takiego - Clemont uśmiechnął się do niej przyjaźnie - Chociaż tak właściwie to... To miałem na myśli to, że senorita... Masz naprawdę piękną fryzurę. Niezwykle niezwykłą i... W ogóle.
Bonnie popatrzyła na brata zdumiona.
- O czym ty opowiadasz? Zachowujesz się dziwnie.
- Wybaczcie, to chyba przez ten upał - zachichotał delikatnie jej starszy brat, wyjmując z kieszeni chusteczkę i ocierając nią sobie pot z czoła.
- Oj tak, upały są teraz w Alabastii wyjątkowo okropne - powiedział Ash, lekko wachlując się tomikiem poezji, który trzymał w dłoni.
- Owszem... Zwłaszcza, jeśli się siedzi ciągle w domu i czyta te głupkowate wiersze - mruknęła jego młodsza siostra.
Don Ash spojrzał na Dawn z wyraźną pretensją w oczach.
- Kochana siostrzyczko... Jak ty w ogóle możesz tak mówić? Przecież wiesz doskonale, że naszym rodzicom bardzo zależy na tym, ażebym poślubił senoritę Pulido. A żeby tego dokonać, muszę najpierw nabrać ogłady, którą to mogłem w nieznacznym stopniu utracić podczas moich studiów w Kalos.
- W nieznacznym stopniu? - zaśmiała się z ironią Dawn - Jesteś nad wyraz skromny.
- Wiem i to jest moją wielką zaletę - zachichotał Don Ash - Tak czy inaczej dzisiaj donna Grace oraz jej córka przyjeżdżają tutaj. Będzie pan miał okazję je poznać, senor Pinkerton.
- Z wielką przyjemnością to zrobię - uśmiechnął się doń Clemont.
Jego spojrzenie jednak było utkwione w osobie Dawn i widać było aż nadto dobrze, kto tak naprawdę jest obiektem jego zainteresowania. Widząc to Bonnie westchnęła załamana.
Wtem do pokoju wszedł młody chłopak w wieku około dziesięciu lat. Miał na nosie okulary, a w dłoni trzymał książkę.
- Nie uwierzycie! - zawołał podnieconym tonem - To po prostu niesamowite! Wiecie, że Platon w IV w. p.n.e. uważał, iż jeżeli nie byłoby rzeczy prywatnych, to nie byłoby egoizmu na tym świecie i ludzie by się nawzajem bardziej szanowali?
- To chyba nie do końca tak szło - zauważył z uśmiechem na twarzy Don Josh de La Vega.
- Wiem, mówię przecież w wielkim skrócie - zachichotał lekko chłopak w okularach - Ale tak czy inaczej myśl przewodnia jest taka sama. Chodzi o to, aby wykluczyć prywatną własność na rzecz własności wspólnej, o którą wszyscy będą dbać.
- A ty sam uważasz tak samo? - spytał Ash.
- Przeciwnie - pokręcił przecząco głową zapytany - Ja osobiście w tej sprawie podzielam zdanie Arystotelesa, który uważał, że ludzie zawsze, ale to zawsze będą egoistami i jedyne, o co dbają, to o swoje prywatne sprawy i prywatne rzeczy, a więc lepiej, żeby były prywatne własności, bo gdyby wszystko było wspólne, to nikt by tego nie szanował. Tak więc staruszek Platon w tej kwestii się myli.
- To prawda, braciszku, ale za to miał rację, gdy wypowiadał się o wojnie i o żołnierzach.
- O tak, mój drogi! Wypowiadał się o nich z taką pogardą.
Don Josh parsknął ponownie śmiechem, przerywając tę dyskusję, po czym powiedział, patrząc uważnie na Clemonta i Bonnie:
- Senor... Senorita... Pozwólcie, że wam jeszcze kogoś przedstawię. To jest Maxymiliano, nasz adoptowany syn. Maxymiliano... A to są senor Pinkerton i jego młodsza siostra.
Chłopiec spojrzał uważnie w kierunku detektywa, delikatnie poprawił sobie okulary na nosie i rzekł:
- Miło mi państwa poznać. Ale tak czy siak jestem ciekaw, co państwo o tym sądzicie?
- O czym? - zapytała Bonnie.
- O tym, o czym razem z moim szanownym bratem przed chwilą mówiliśmy - wyjaśnił jej Maxymiliano.
- Proszę mu wybaczyć, on jest naprawdę wielkim dziwakiem - rzekła Dawn przepraszającym tonem - Odkąd mój brat powrócił pół roku temu ze studiów i przywiózł ze sobą te swoje zwariowane książki, to nasz drogi, przybrany braciszek nie wyściubia nosa z domu. Tylko czyta i czyta. Ash w sumie również czyta, ale głównie te swoje bzdurne wierszydła. Uważa, że w ten oto sposób przypodoba się senoricie Serenie Pulido.
- A kto to taki? - zapytała Bonnie.
- To nasza sąsiadka oraz przyjaciółka z dzieciństwa - wyjaśniła dziewczynce bezceremonialnym tonem Dawn - Mieszka ze swoją matką wdową w tej okolicy. Ostatnio jednak mocno naraziła się Jego Ekscelencji i dlatego ich majątek nie jest już tak wielki, jak kiedyś, choć dla nas to nic nie znaczy, ponieważ my nigdy nie zrywamy przyjaźni dlatego, że komuś się chwilowo gorzej powodzi.
- Chwilowo? Twoim zdaniem to chwilowe? - spytała panna Pinkerton.
- Oczywiście, że tak, Bonnie - obie dziewczyny szybko przeszły ze sobą na „ty“ - W każdym razie mam takie pobożne życzenie, bo przecież mogę się mylić.
- Och, obyś miała rację - rzekła smutno donna Delia - Grace Pulido jest moją przyjaciółką z dawnych lat i chcę, aby się jej wiodło jak najlepiej. Chociaż stan jej majątku nic tutaj nie zmienia. Obie przyjaźnimy się ze sobą od dziecka, a prócz tego obiecałyśmy sobie kiedyś, że gdy będziemy mieli dzieci, to będą one wielkimi przyjaciółmi. Potem zaś, kiedy na świat przyszli Ash i Serena, obiecałyśmy sobie, że się oni pobiorą i razem zostaniemy babciami.
- Mamo, błagam cię! - jęknął załamanym głosem Ash - Jestem pewien, że senor Pinkerton wcale nie jest tym zainteresowany.
- A dlaczego? - zachichotał detektyw - Wręcz przeciwnie. To mi się wydaje bardzo urocze.
- Tak, kłopot wszakże w tym, że mój brat w ogóle nie ma podejścia do kobiet - stwierdziła ironicznie Dawn - Dlatego próbuje on dzięki poezji zdobyć względy Sereny.
- Siostrzyczko moja kochana, ja naprawdę nie rozumiem twojego sarkazmu - jęknął załamanym głosem Ash - Przecież na studiach nie uczą, w jaki sposób ma się wyznawać miłość ukochanej osobie, więc skąd ja mam to niby wiedzieć?
- No właśnie! Gdyby tylko tego uczono, to wszyscy by sobie lepiej radzili w sprawach sercowych, nie sądzicie? - zapytał Maxymiliano.
- Wybaczcie mi, chłopcy, ale prawda jest taka, że tego wszystkiego, o czym właśnie mówimy, musi nas nauczyć serce - rzekł Don Josh - No, a ono tej wiedzy nas nauczy jedynie wtedy, kiedy będziemy umieli je słuchać.
- Ale jak mamy słuchać serca, ojcze? - spytał Don Ash.
Pan de La Vega uśmiechnął się do niego przyjaźnie, po czym poklepał go po ramieniu.
- Dowiesz się tego już niedługo, mój synu. Jestem tego pewien.
Nagle przybiegł Pikachu i zaczął coś pokazywać na migi. Ash jako jedyny w pełni znał język migowy, więc zrozumiał, o co chodzi.
- O! No proszę! Donna Grace Pulido i jej piękna córka już tutaj przyjechały - przetłumaczył to, co mu mówił wierny sługa.
Don Josh klasnął radośnie w dłonie, po czym dodał:
- Doskonale! A więc chodźmy je powitać!
***
Pamiętniki Sereny c.d:
Przyznam się, że nie do końca wierzyłam w możliwości naszego przyjaciela i w jego talenty do pisania dobrych historii, nawet przy posiadaniu rewelacyjnego źródła inspiracji. Dodatkowo nie sądziłam, że szybko się z tym uwinie, a tu taka niespodzianka mnie spotkała. Luke doskonale poradził sobie z zadaniem spisania scenariusza na podstawie opowiadania Maggie Ravenshop. Nie tylko przeczytał w jeden wieczór owo dzieło, ale jeszcze w jeden dzień spisał scenariusz przyszłego filmu, który to potem dał mnie i Ashowi do przeczytania. Przejrzeliśmy go bardzo uważnie, po czym razem złożyliśmy naszemu przyjacielowi szczere gratulacje.
- Naprawdę odwaliłeś kawał dobrej roboty, stary - powiedział Ash - To jest świetny scenariusz.
- Bo i opowiadanie jest doskonałe - odpowiedział nam Luke.
- Pika-pika-chu! - pisnął wesoło Pikachu, który najwidoczniej wychodził z tego samego założenia.
- To teraz tylko zostaje nam wyuczyć się naszych kwestii na pamięć i potem możemy grać - dodałam wesoło.
Prawdę mówiąc, nie mogłam się doczekać wystąpienia w tym filmie. To by było naprawdę cudowne móc zostać aktorką. Co prawda, miałam już kiedyś taką możliwość, jednak z niej zrezygnowałam, ponieważ wiązała się ona ze światem sławy, który był dla mnie wręcz przerażający i sprawił, że mogłam w ten sposób stracić mojego ukochanego oraz naszych przyjaciół, na co przecież nie mogłam sobie pozwolić. Dlatego też dałam sobie z tym spokój. Tym razem jednak miało być inaczej. Ten film nie mógł mi w żaden sposób zaszkodzić. Ani mnie, ani też moim relacjom z przyjaciółmi, a w każdym razie miałam taką nadzieję.
- Tylko obawiam się, że nauka tekstu może zająć nam i naszym przyjaciołom bardzo wiele czasu. Nie wiem, jak dużo, ale zanim nakręcimy film może minąć miesiąc - zauważyłam.
- Tak, to rzeczywiście jest prawda - jęknął Luke - Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, czy mam tyle czasu. Im szybciej nakręcę ten film, tym lepiej.
- Spokojnie. Być może nie będzie to trwało tak długo, jak mówisz - rzekł Ash z uśmiechem na twarzy - Być może Clemont znajdzie na to jakieś rozwiązanie.
- Niby jakie? - zapytałam.
- Pika-pika? - pisnął pytająco Pikachu.
- Być może jakiś wynalazek, który nam pomoże - uśmiechnął się do mnie mój chłopak - Ale o tym już musimy z nim osobiście porozmawiać.
- Racja! Clemont to przecież wynalazca! Na pewno będzie dobrze wiedział, który z jego licznych wynalazków może nam w tej sprawie pomóc i przyspieszyć kręcenie filmu.
- Wiecie, zawsze możemy pisać tekst na wielkich kartkach z tektury i potem pokazywać aktorom podczas gry - zaproponował nam Luke.
- Nie, to zajmie za wiele czasu - powiedziałam - Chyba, że można by zrobić tak, że będziemy posiadać tekst na laptopie, a jego podłączy się do ogromnego ekranu i na nim aktorzy będą widzieć słowa, które mają mówić - dodałam.
- Pomysł całkiem dobry, ale może nieco zawieść, bo będzie widać, że aktorzy czytają swój tekst - zauważył Luke - Choć w sumie w pierwszym przypadku też by to było widać. Najlepiej będzie dawać aktorom codziennie do zapamiętania część tekstu i w razie czego skorzystać z pomocy wynalazku waszego przyjaciela.
- O ile oczywiście będzie on posiadał odpowiedni wynalazek na podorędziu - zauważyłam - Chociaż jak go znam, to na pewno coś będzie miał.
- Taki to on już jest. Zawsze ma coś na podorędziu, jeżeli chodzi o wynalazki - zaśmiał się mój chłopak.
- Tym lepiej - zachichotałam - Teraz to nam może bardzo pomóc.
- Pika-pika-chu! - pisnął Pikachu.
C.D.N.












Widzę, że Meowth to ciekawa postać. Mówiący Pokemon o ludzkim rozumie, do tego traktowany przez wszystkich jak człowiek i służący w wojsku. Przyjaźni się z Ashem, a Zorrowi życzy jak najgorzej, nie mając pojęcia o tym, że Ash i Zorro to jedna i ta sama osoba. Ale mimo to jest poczciwy, bo w głębi duszy żal mu Zorra. I lubi sobie dobrze zjeść xD A Max jest bezczelny, skoro przy pierwszym spotkaniu pocałował Bonnie. Oczywiście nietrudno się domyśleć, że Ash wyciągnął od Meowtha informacje na temat Clemonta, żeby napaść na powóz, którym jechał i się z nim rozmówić. Wiadomo, że nikt nie podejrzewa leniwego i romantycznego szlachcica o marzycielskim usposobieniu o bycie zamaskowanym przestępcą, dlatego Ash tak otwarcie wypytuje innych o Zorra, którym sam jest.
OdpowiedzUsuńJessie jest wredna i złośliwa, a James to typ mojego ulubionego bohatera - uprzejmy i wyrachowany arystokrata, lubiący działać w rękawiczkach. Oni w tej opowieści są rodzeństwem, ale w rzeczywistości są małżeństwem, mam rację? :) A jedyny człowiek, który wie, że Ash jest Zorrem, to Max, tak? Nikt więcej nie został w to wtajemniczony? Swoją drogą to ciekaw jestem, kim właściwie w tej opowieści jest Max tak oficjalnie. Ash jest bardzo bogatym paniczem, zgrywającym bujającego w obłokach lekkoducha. Jego ojciec jest zamożnym właścicielem dużej hacjendy. Clemont jest osławionym detektywem. A Max?
OdpowiedzUsuńPrzeczytałem kolejny fragment i widzę, że Clemont wpadł po uszy, zakochując się od pierwszego wejrzenia w Dawn, która tak mu się spodobała, pomimo tego że potrafi być ironiczna i złośliwa wobec swoich braci, którzy są oczytanymi molami książkowymi. Max lubuje się w filozofii, a Ash w poezji i oczywiście nikt nie ma pojęcia, że to właśnie tych dwóch niepozornych chłopaków jest poszukiwanymi przestępcami, skoro zachowują się tak, jakby świata nie widzieli poza książkami xD I jeszcze Ash podkochuje się w Serenie ku największemu zadowoleniu rodziców, którzy chcą go z nią wyswatać xD Nawiasem mówiąc, podoba mi się pomysł z tym, żeby Max był przybranym bratem Asha i mieszkał wraz z nim w hacjendzie jego ojca. Świetna myśl! :)
OdpowiedzUsuńHistoria zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Podczas swojej zmiany w restauracji "U Delii" Serena napotyka Luke'a, młodego trenera z Unovy, który swego czasu stał się wziętym reżyserem, jednak jak wynika z późniejszej jego rozmowy już z resztą ekipy, stracił serce do swojej pasji i nie powodzi mu się w Pokewood. Na szczęście z pomocą przychodzi mu Serena, która jako receptę na jego troski przynosi opowiadanie Maggie Ravenshop, które Luke postanawia zekranizować przy pomocy całej reszty przyjaciół.
OdpowiedzUsuńA w tym czasie w opowiadaniu sierżant Meowth Garcia eskortuje Clemonta Pinkertona oraz jego młodszą siostrę i asystenkę, pannę Bonnie. Odbiera ich z portu i wraz z jego ludźmi wyruszają prosto do domu Don Josha de la Vegi. Jednak po drodze dopada ich Zorro wraz z małym Zorro, którzy próbują powstrzymać Pinkertona przed wszczęciem śledztwa w sprawie Zorro. Zostawiają całe mnóstwo swoich znaków (w tym mały Zorro składa pocałunek na ustach Bonnie, za co dostaje od dziewczynki w twarz) i wypuszczają ich wolno. Pinkerton wyrusza najpierw do kapitana Monastario, gdzie się melduje i przeprowadza przesłuchanie żołnierza.
Zaraz po tym udaje się do hacjendy Don Josha, by tam chwilowo się ulokować. Poznaje również jego dzieci, Asha i Dawn, w której się wyraźnie zakochuje się od pierwszego wejrzenia, mimo jej złośliwości skierowanych w kierunku Asha i Maxa, jej braci (jednego biologicznego i jednego przybranego), którzy uwielbiają książki i filozofię, z czego ten pierwszy uważa, że w ten sposób przypodoba się bardziej senoricie Serenie Pulido, z którą rodzice chcą go wyswatać ku jego radości, gdyż on sam podkochuje się w tej dziewczynie. :) Ciekawe, jak to będzie z nimi dalej. :)
Historia bardzo wciągająca, szybka i wartka akcja, bardzo mi się to podoba. :)
Ogólna ocena: 100000000000000000000000000000/10 :)
Przeurocze, jak ten Mały Zorro skradł serce dziewczynki.
OdpowiedzUsuńA nie wiem, czy nie zacznę lubić tego detektywa, jego relacja z siostrzyczką jest bardzo sympatyczna.
I ten dreszczyk jak z westernu, gdy pojawili się Indianie.
Tylko nie zrozumiałam za dobrze, Alejandro ma drugą młodszą żonę ?
I czy to możliwe w tamtych czasach, że siostra Monastario, kobieta też służy w wojsku ?
W sumie podoba mnie się ta wersja, ciekawe co będzie dalej ?
Ależ to jest fajne opowiadanie! Scenka z Bonnie i Małym Zorro była przeurocza, chociaż moim zdaniem Bonnie zachowuje się trochę zbyt dojrzale jak na swój wiek, ale może właśnie taka była w Pokemonach? Szczerze mówiąc, nie pamiętam jej.
OdpowiedzUsuńPikachu jako Bernardo, super! :)
Scena u de la Vegów w ogóle była świetna. Cieszę się, że w tej wersji Diego... yyy, znaczy Ash! :) ma mamę. W ogóle Ash jest rozbrajająco nieporadny, gdy mówi o tym, skąd ma umieć zalecać się do kobiet (no właśnie, skąd?! System edukacji już wtedy miał problemy, rozumiem chłopaka). I bardzo fajnie wypada jego relacja z siostrą. Cieszę się niesamowicie z postaci siostry, bo sama mam siostrę Diego u siebie w fanfiction :)
Maxymiliano jest boski :)
Oczywiście kocham Jamesa i chcę więcej Jamesa :) I nie mogę się doczekać konfrontacji z rodziną Pulido.