Przygoda LXXXVI
Mroczny Rycerz przybywa cz. V
Jeszcze tego samego dnia, wszystkie wydania „Gotham Express“ pisały i to na pierwszej stronie, w jaki sposób odkryto sekret trucizny Jokera. Mówiły też one o bohaterskim czynie Batmana oraz panny Vale, z której to pary, pierwsze zdobyło dane, a drugie z nich, z narażeniem swojego życia, dostarczyło je do redakcji, aby potem opublikować i dzięki nim ostrzec wszystkich ludzi w mieście. Następnie w wieczornych wiadomościach mówiono o tym wszystkim, a prócz tego ostrzegano, jakich to produktów koniecznie ludzie powinni się wystrzegać i w jaki sposób nie łączyć ich ze sobą. Prócz tego wypowiedzieli się w tej sprawie porucznik Clemont Gordon i prokurator Gary Dent.
- Jesteśmy wdzięczni Batmanowi za pomoc w odkryciu sekretu Jokera - rzekł pierwszy z nich - Człowiek nazywający siebie Mrocznym Rycerzem ocalił całe miasto i dziękujemy mu za to z całego serca.
- Możemy też państwu obiecać, że dzięki jego pomocy, teraz o wiele łatwiej zadbamy o to, aby całe Gotham było ponownie bezpiecznym miejscem, w którym ten szaleniec Joker nie będzie już nikomu zagrażał - dodał drugi z mężczyzn.
Oglądający te wiadomości w telewizji, Joker nie był nimi zachwycony.
- Już wiem, jak się nazywa mój ból - powiedział bardzo ponurym tonem - To Batman. Wielki nietoperz w rajtuzach.
Następnie wyjął on pistolet, wycelował i jednym strzałem z niego, zniszczył ekran telewizora.
- Nigdy nie będzie w tym mieście porządku, dopóki ten śmieć tutaj się pałęta - rzekł po chwili spokojnym tonem - Musimy zabić latający mysz, Jacob, a ja chcę mieć czyste pazurki.
Po tych słowach, Joker popatrzył uważnie na swojego kompana, a następnie bardzo zadowolony poszedł powoli do innego pomieszczenia. Był to wielki strych z oknem wychodzącym na dach. O okno była oparta wielka rakieta, czy też może raczej ogromna petarda, do której była przywiązana Harley Quinn.
- Przykro mi, moja ślicznotko, ale nie mogę więcej ryzykować, że będziesz próbować zabić moją nową dziewczynę - powiedział do niej dość ponurym tonem - Naprawdę bardzo mi przykro z tego powodu, jednak jak widzę, nie mam innego wyjścia. Doprowadziłaś mnie swoim czynem do ostateczności, a wielka szkoda, bo naprawdę doskonale mi się z tobą pracowało.
Dziewczyna zaczęła wtedy coś mówić, ale nie mogła wypowiedzieć na głos ani jednego słowa, ponieważ była zakneblowana.
- Mówiłaś coś może, kochanie? - zakpił sobie z niej podle Joker - Nie? Tak też myślałem. Nie ma sprawy. A więc doskonale... Wybacz mi, ale pora na ciebie, moja słodka. Ale wiesz... Jak już będziesz ginąć, to pomyśl o czymś przyjemnym. To zawsze pomaga. Podobno.
Następnie szaleniec zachichotał podle i podpalił lont rakiety, po czym zszedł zadowolony na dół. Chwilę później coś huknęło, a sama rakieta wyleciała przez okienko w dachu. Joker zadowolony wyjrzał przez okno z półpiętra i zadowolony obserwował lot rakiety, jednak dość szybko mu się to znudziło, gdyż zrezygnował z tego. Schował głowę i rzekł do Jacoba:
- Jake... Ponieważ sprawiedliwość została wymierzona, wracajmy do naszych dalszych obowiązków.
***
Serena Vale przyjechała odwiedzić Asha Wayne’a, ale nie zastała go w domu, ponieważ ten był zajęty. Otworzył jej Alfred Oak, który na widok dziewczyny bardzo się ucieszył. Powiedział dziewczynie, iż panicza nie ma, ale zaraz może do niego zadzwonić i poinformować go o tym, kto właśnie ich odwiedził.
- Nie musisz tego robić - powiedziała do niego Serena z uśmiechem na twarzy - Przecież ja doskonale rozumiem, że Ash może być teraz zajęty. Ma w końcu dużo obowiązków na głowie i nie chcę mu w nich przeszkadzać.
- Ależ panienka wcale mu nie przeszkadza - odparł na to Alfred - A gdyby nawet, to wtedy panicz z pewnością byłby na mnie zły, gdybym nie powiadomił go o przybyciu panienki.
Oboje przeszli do salonu, dalej prowadząc ze sobą rozmowę.
- On panienkę bardzo lubi.
- Nie wątpię - uśmiechnęła się dziewczyna - Ale ja naprawdę nie chcę mu przeszkadzać. Pewnie Ash jest teraz bardzo zajęty.
- Nigdy nie jest aż tak zajęty, żeby nie mieć dla panienki czasu - stwierdził wesołym tonem Alfred.
- Naprawdę tak uważasz?
- Jestem tego pewien, panienko. Powiem więcej... On panienkę kocha.
- Kocha mnie... Nie śmiem w to wątpić, Alfredzie, jednak czasami odnoszę wrażenie, że jego miłość jest daleka od idealnej.
- Dlaczego panienka tak uważa?
- Cóż... Może dlatego, że owszem, Ash kocha mnie, a jednak nie mówi mi wszystkiego. Nie ma do mnie pełnego zaufania.
- Rozumiem - powiedział Alfred i pokiwał smutno głową - Wie panienka co? Myślę jednak, że on nie robi to z powodu jakieś niechęci do zaufania panienki, a po prostu obawy przed wyznaniem komuś wszystkiego o swojej osobie.
- Ty chyba wiesz o nim wszystko.
- Być może, ale panienka również na to zasługuje.
- Może i tak, ale on tak nie uważa.
- Przeciwnie... Uważa i zaraz to panience udowodnię. Proszę pójść za mną.
Po wypowiedzeniu tych słów, wierny kamerdyner Wayne’a powoli podszedł do wielkiego akwarium, w którym pływały Magikarpy. Stanął on na stołku, aby do niego sięgnąć, a następnie zanurzył w nim rękę, odnalazł tam jakiś przycisk, który był przymocowany do niewielkiej grzałki, która dbała o odpowiednią temperaturę w akwarium. Nacisnął ten przycisk i chwilę potem, regał w bibliotece się odsunął i odsłonił on tajne przejście do podziemi.
- O rany! Nigdy bym nie pomyślała, że tutaj może być coś takiego - jęknęła zdumiona Serena - Zupełnie jak na jakimś filmie.
- To jeszcze lepsze, gdyż dzieje się w rzeczywistości - uśmiechnął się wesoło Alfred - Proszę za mną, panienko.
Dziewczyna nie wiedziała, po co kamerdyner to wszystko robi, ale wzięła w niej górę, jakże typowa dla jej płci ciekawość, dlatego powoli ruszyła za Oakiem, uważnie obserwując korytarz, po którym szli. Był on ciemny i naprawdę ponury, na całe szczęście kamerdyner miał w ręku latarkę, którą oświetlał drogę. Dzięki temu, spokojnie przeszli po schodach na sam dół, po czym dość krętym i nieco skomplikowanym korytarzem dotarli do jakieś tajemniczej oraz ponurej groty, w której aż roiło się od Zubatów i Noibatów.
- Chwileczkę... Ja znam to miejsce - powiedziała Serena.
Alfred nic jej nie odpowiedział, a jedynie zgasił latarkę. Nie była ona w tym miejscu potrzebna, gdyż były w nim zamontowane wielkie lampy, które oświetlały całą jaskinię. Chwilę później dziewczyna zauważyła ten sam ogromny komputer, z którego to niedawno Batman wydrukował jej dane o truciźnie Jokera. Tym razem ktoś przy nim siedział i oglądał zdjęcia tego szaleńca. Serena Vale zaintrygowana powoli weszła po schodach do podwyższenia, na którym znajdował się komputer. Oak szedł przed nią niczym Wergiliusz oprowadzający Dantego po Piekle. Gdy już oboje byli na górze, to fotel odwrócił się powoli w ich stronę, a siedząca w nim osoba spojrzała na niespodziewanych gości ze zdumieniem. Tą osobą był... Ash Wayne. Na jego kolanach siedział Pikachu, którego czule głaskał po głowie.
- To wy? - zdziwił się Ash na widok swego kamerdynera i swojej dziewczyny.
Alfred uśmiechnął się delikatnie, po czym powoli odszedł, zostawiając Serenę razem z młodym Waynem i jego Pikachu.
- Cześć - powiedziała panna Vale, przez chwilę nie wiedząc, co innego może rzecz, po czym dodała: - A zatem... To ty jesteś Batmanem. Teraz już wiem, skąd wiedziałeś o napadzie w supermarkecie. Ten twój szpieg mnie obserwował.
- To prawda, Pikachu często patroluje okolice i powiadamia mnie, gdy coś się dzieje - wyjaśnił jej Ash, wskazując na Pokemona.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu, zeskakując z kolan swego trenera.
- Prócz tego, śledził też mnie, prawda? - spytała Serena.
- Czasami - odparł krótko Ash.
Panna Vale popatrzyła na niego uważnie, po czym jęknęła:
- Naprawdę nie rozumiem, czym sobie na to zasłużyłam.
- Niby na co? - spytał Wayne, wstając z fotela.
- Na wszystko, co mnie spotyka! - zawołała Serena wręcz załamanym głosem.
Zaczęła nerwowo chodzić po pomieszczeniu i zrzucać z serca to, co od dawna już ją dręczyło.
- Myślałam, że wiesz, że możesz mi ufać i to tak całkowicie! Że mówisz mi dosłownie wszystko, zupełnie jak w dzieciństwie! Przecież ja zawsze wszystko ci mówiłam! Byłeś pierwszą osobą, której się pochwaliłam, że zaczynają mi rosnąć kobiece atrybuty! Byłeś moim pierwszym mężczyzną. To ciebie pokochałam przed laty i nigdy nie przestałam cię kochać! Zawsze mogłam ci zaufać. Sądziłam, że to działa również w drugą stronę, a ty co?! Okłamujesz mnie! Mówiłeś mi, iż masz spotkanie, a tymczasem pojechałeś na ulicę, gdzie zamordowano twoich rodziców!
- Skąd o tym wiesz? Śledziłaś mnie? - zapytał Ash.
- Owszem. A co? Tylko ty masz monopol na śledzenie innych?
- Nie... Tylko się nieco zdziwiłem. Naprawdę bardzo się zdziwiłem.
- A nie mogłeś mi o tym wszystkim powiedzieć?
- A gdyby powiedział, co byś zrobiła?
- Jak to, co bym zrobiła? Poszłabym z tobą uczcić to miejsce w odpowiedni sposób! Nie rozumiem! Dlaczego wszystko zawsze musisz robić sam?! Walczysz o sprawiedliwość w tym mieście sam jeden... Cierpisz sam jeden... Przeżywasz te wszystkie cierpienia samemu... Nie zamierzasz nic mi mówić, nic mi powierzyć... Naprawdę jesteś... Kompletnym idiotą!
- Sereno, pozwól sobie wyjaśnić…
- Naprawdę nie wiem, dlaczego ja to wszystko jeszcze toleruję!
- Kochana Sereno...
- Nie mam pojęcia, dlaczego! I nie mam pojęcia, dlaczego jeszcze cię mimo wszystko kocham!
Ash nie wytrzymał nerwowo, dlatego popchnął lekko Serenę na fotel, mówiąc przy tym gniewnie:
- Jesteś słodka i bardzo cię lubię, ale chwilowo zamknij buzię, dobrze? Muszę ci coś wyjaśnić, skoro już raczyłaś przyjść i zadawać pytania.
Serena zrobiła urażoną minę, jednak ostatecznie nie skomentowała ona jego zachowania, a jedynie patrzyła na niego bardzo gniewnie i pozwoliła mu mówić.
- Naprawdę bardzo mi przykro, że cię zraniłem - powiedział Ash, kiedy już odetchnął i zdobył się na odwagę, aby wypuścić z ust powyższe słowa - To dla mnie naprawdę trudna sytuacja. Powiedziałbym ci wcześniej, ale... Bałem się, jak zareagujesz.
- A niby jak miałabym zareagować? A może uważasz, że nie można mi ufać?
- Nie, to nie tak... Po prostu przywykłem do tego, aby ukrywać ten fakt przed innymi poza Alfredem i Pikachu, którzy zawsze mi pomagali. Zwykle nie mówię nikomu tak poważnych spraw, ale tak w głębi serca czułem, że tobie w końcu będę musiał powiedzieć prawdę. Bałem się jednak tego, że ta wiedza może okazać się dla ciebie zgubna, bo przecież Joker mógłby ją w jakiś sposób wydobyć z ciebie, a chociaż jesteś twardą dziewczyną, to jednak mógłby cię zmiękczyć. Poza tym, ta wiedza wiążę się z ryzykiem utraty życia. Nie chciałem cię na to narażać, ani w to wszystko wciągać.
- Już się stało - powiedziała smutno i spokojnie Serena - Bardzo mi na tobie zależy. Pokochałam cię od pierwszej chwili, gdy tylko cię zobaczyłam, kiedy oboje mieliśmy po pięć lat. Moje uczucie nigdy nie minęło. Powiedz mi, czemu mnie do siebie nie dopuszczasz? Rozumiem twoje obawy, ale mnie możesz zaufać. A poza tym, trudno jest samemu dźwigać ciężar takiej tajemnicy. Dlaczego wciąż upierasz się, aby być aż tak skrytym? Nie rozumiem tego.
- Czasem ja sam tego wszystkiego nie rozumiem - rzekł ponuro Ash, masując sobie lekko skronie - Wiem tylko jedno. Po prostu muszę to robić. Muszę walczyć jako człowiek nietoperz.
- Ale dlaczego musisz?
- Bo tylko ja mogę, Sereno. Bo nikt inny nie może tego zrobić. Bo po śmierci rodziców postanowiłem, że już nigdy nie dopuszczę do czegoś podobnego i nigdy nie będę bierny.
- A dlaczego nietoperz?
- Czy pamiętasz, jak mając siedem lat wpadliśmy do tej opuszczonej kopalni i natknęliśmy się na stado Zubatów i Noibatów?
- Pamiętam. Nie bałeś się ich, w przeciwieństwie do mnie.
- Właśnie... Nie bałem się ich, bo mama mi mówiła, jakie one są dobre wbrew temu, co bredzą o nich ludzie. Powiedziała mi, że samice Zubatów czy Noibatów bronią swoich bliskich i jakie są wtedy groźne, choć na co dzień są spokojne. No i niedługo po tym, jak zabito moich rodziców, pobiegłem ponownie do tej kopalni i płakałem z rozpaczy. Zobaczyłem wówczas stado tych Pokemonów, jednocześnie przypominając sobie słowa mojej matki o nich. I wtedy właśnie zrozumiałem, że te nietoperze są mi bardzo bliskie. Gdy tylko skończyłem studia i wróciłem tutaj, to postanowiłem walczyć o to, aby tego zła mniej było na świecie. Przypomniałem sobie wtedy tamtą naszą przygodę i cóż... Uznałem, że nietoperz to jest moja nowa twarz. Tak jak on, broniłem moich bliskich. Muszę ich zawsze bronić, ponieważ ta obrona jest im potrzebna. I będzie im potrzebna tak długo, dopóki ten świat będzie dalej taki, jaki jest. A niestety, on nie jest doskonały.
- I nie musi być doskonały, Ash - powiedziała smutno Serena, wstając z fotela i przytulając się do niego bardzo mocno - Powiedz mi tylko, czy spróbujemy się kochać.
- Chcę tego... Nawet nie wiesz, jak mocno - odparł Wayne, mocno ją do siebie obejmując - Ale Joker jest wciąż na wolności i póki na niej będzie, to póki mam robotę do wykonania i nie zaznam spokoju. Ten świr musi zgnić w Arkham lub zginąć. Dopiero wtedy Gotham będzie bezpieczne, a ja będę mógł zacząć tworzyć rodzinne życie.
Serena tuliła się do niego mocno i zachłannie zarazem, wsłuchując się przy tym w bicie jego serca i pomstując w myślach na Jokera, przez którego nie mogła być tak szczęśliwa, jak tego pragnęła.
***
Ash i Serena już w nieco lepszych nastrojach, które wywołała ich rozmowa, pojechali na obiad do najbliższej restauracji, aby tam jakoś ochłonąć po ostatnich przeżyciach. Potem udali się do mieszkania Sereny. Ash Wayne chciał bowiem, żeby jego luba wzięła ze sobą kilka niezbędnych rzeczy i przeniosła się do niego, gdyż tylko w ten sposób mogłaby być całkowicie bezpieczna i nie musieć narażać się na podstępy Jokera, któremu wyraźnie wpadła w oko i który z tego powodu był w stanie zrobić naprawdę wiele, aby zdobyć dziewczynę.
Zakochani weszli szybko do mieszkania, po czym Serena poprosiła Asha, aby się rozgościł i poczekał na nią.
- Spakuję tylko kilka ciuchów i najważniejszych rzeczy i jedziemy do ciebie - powiedziała wesoło.
Ledwie jednak weszła do swojej sypialni, a pisnęła z przerażenia, ponieważ zauważyła siedzącego na jej łóżku Jokera, który uśmiechał się do niej wesoło.
- Tęskniłaś, kochanie? - spytał wesoło.
Ze wszystkich kątów pokoju, wyskoczyło nagle około dziesięciu ludzi Jokera z Jacobem na czele. Ash Wayne przerażony chciał ruszyć ukochanej na pomoc, ale pomyślał przez chwilę, jak odpowiednio się do tego zabrać. Zobaczył wtedy leżącą na stole srebrną tacę i już wiedział, co musi zrobić.
- Bardzo mi przykro, że ostatnie nasze spotkanie zostało podle nam przerwane - powiedział Joker, łapiąc Serenę za rękę i ciągnąc ją siłą do salonu - Umówiłem się z tobą na spotkanie, a ty bez słowa wyjaśnienia uciekłaś z tym pokraką. A teraz przyjechałaś tutaj z inną pokraką.
To mówiąc, spojrzał złośliwie na Asha i dodał:
- Kolejny brutalny cios, który mnie spotyka od losu. Poprzednim był los, jaki spotkał biedną Harley Quinn. Bo widzisz... Biedactwo wyskoczyło przez okno i zginęło na miejscu.
- Boże! - jęknęła przerażona jego słowami Serena.
Nie miała wątpliwości, że Harley wcale nie wyskoczyła przez okno sama i z własnej woli, a została zabita przez Jokera.
- Oj, tak... To wielka tragedia... Ale nie zrobisz omletu nie rozbijając jajek, prawda?
To mówiąc, Joker zachichotał podle, po czym spojrzał na ukochanego Sereny.
- A ty pewnie jesteś jej chłopakiem. Ash Wayne, nieprawdaż?
- Na ogół tak - odparł złośliwie młodzieniec, podchodząc do niego.
Jacob złapał za broń, jednak jego szef pokazał mu, aby ją opuścił, gdyż chciał sobie porozmawiać z rywalem, zanim się go pozbędzie.
- Wiem, kim jesteś - powiedział bardzo złośliwie Ash - Ty jesteś Kevin Napier vel Joker... Pierwszy psychopata przestępca w Gotham City, który mieni się artystą przestępcą. Wiesz... Jak tak na ciebie patrzę, to przypomina mi się pewien mój znajomy. Był on podły, wredny i krzywdził ludzi.
- Już go lubię - zachichotał Joker - No i co z nim?
- Cóż... Nie żyje - zaśmiał się Wayne - A wiesz, co go wykończyło? Zrobił się niezręczny, bo mu odbiło. Po prostu coś mu wysiadło w czaszce. Był z tych, którzy słyszą pociąg z odległości zaledwie pół metra.
Mówiąc to, Ash Wayne powoli podszedł do kominka i oparł się o niego, po czym kontynuując rozmowę, zaczął szukać dłonią czegoś, czym mógłby się bronić. W końcu namacał pogrzebacz.
- A wiesz, jak skończył? Cóż... Zaczął robić błędy i zginął marnie.
Po tych słowach, Ash zacisnął mocno dłoń na pogrzebaczu, uniósł go w górę, zamachnął się nim i wrzasnął:
- Przychodzisz tu i nękasz moją dziewczynę, uważając to za dobra zabawę?! Chcesz się naprawdę zabawić?! Zaszaleć?! To śmiało! Zaszalejmy więc razem! Ty i ja oraz ten pogrzebacz!
Joker parsknął śmiechem, po czym wyjął pistolet, wymierzył z niego do Asha i powiedział:
- Powiedz mi, mój przyjacielu... Czy tańczyłeś kiedyś z diabłem w świetle księżyca?
- Co? - zdziwił się Wayne.
- Wiem, że to dziwne pytanie, ale pytam o to wszystkie moje ofiary, bo to... No wiesz... Ładnie brzmi.
Następnie Joker pociągnął za spust pistoletu i kula ugodziła Asha prosto w pierś. Młodzieniec osunął się na podłogę nieprzytomny, Serena zaczęła krzyczeć, zaś Napier popatrzył na niego złośliwie, mówiąc:
- Lepiej nie wywoływać bijatyk.
Zaraz potem zachichotał podle i złapał pannę Vale za nadgarstek, mówiąc:
- Dlaczego ile razy po ciebie przychodzę, to ktoś mi włazi w drogę, co?
Następnie pociągnął dziewczynę mocno za sobą, wychodząc razem z nią z jej mieszkania. Jego ludzie natychmiast ruszyli za nim, zadowoleni z tego, czego byli świadkami. Serena wychodząc, zdążyła jeszcze rzucić szybko okiem w kierunku nieprzytomnego Asha i zdawało się jej, że ten delikatnie się poruszył. Nie mogła jednak tego powiedzieć z całą pewnością, gdyż chwilę później została wpakowana do samochodu i odjechała razem z porywaczami w silną dal.
***
Wieczorem, podczas edycji wiadomości stało się coś zarazem dziwnego, jak i też przerażającego. Transmisja została bowiem przerwana, a na jej miejsce ukazał się Joker siedzący w fotelu z zadowoloną miną.
- Witajcie, ludziska. Tu mówi Joker - powiedział - Mam wielką nadzieję, że nie przeszkadzam wam zbytnio w wysłuchaniu kolejnych niezwykle ważnych dla was informacji od waszych niezwykle ważnych ludzi. Tak czy inaczej, chciałbym coś ogłosić. Za godzinę przelecę nad całym miastem i rozrzucę nad nim dwieście milionów dolarów. Spokojnie, stać mnie na to. Potem zatrzymam się w pięknej, gotyckiej katedrze Gotham i tam poczekam na osobę, która najbardziej działa mi na nerwy. Na waszego wspaniałego Mrocznego Rycerza zwanego Batmanem. Mój drogi Baciu... Wiem, że mnie teraz słyszysz. Bardzo chcę, abyś wiedział, że mam pannę Vale, która tak bardzo interesuje się twoją osobą razem ze swą przyjaciółką, panną Alexandrą Knox. Już raz ją ocaliłeś z moich rąk. Zobaczymy, czy zdołasz tego dokonać drugi raz. Obiecuję ci, że jeśli przybędziesz, to zmierzymy się obaj w uczciwej walce jeden na jednego. Sam na sam. Tylko ty i ja. Czy przyjmiesz to wyzwanie? Zastanów się, ale lepiej się pospiesz, bo masz tylko jedną godzinę na podjęcie decyzji godnej prawdziwego mężczyzny.
Ash Wayne oglądał dokładnie te wiadomości w telewizji. Z trudem przeżył przed paroma godzinami starcie z Jokerem, ponieważ przezornie umieścił sobie pod koszulą srebrną tacę i na szczęście wstrzymała ona kulę, którą wystrzelił do niego Joker. Wiedział, że musi uratować Serenę, ale nie miał pojęcia, gdzie ona jest. Przecież ten podły szaleniec mógł ją uwięzić dosłownie wszędzie, w każdym miejscu tego miasta. Szanse na znalezienie jej były zerowe. Nawet wysłany na przeszpiegi Pikachu niczego się nie dowiedział i powrócił z niczym. Ash czuł, że Joker nada w wiadomościach jakąś informację o tym, co zrobił i miał rację. Po wysłuchaniu wyzwania od swojego szalonego przeciwnika, Ash Wayne wyłączył telewizor i zasłonił sobie twarz dłońmi. Wciąż po głowie chodziły mu słowa, jakie wypowiedział Joker na chwilę przed tym, nim do niego strzelił. To jedno zdanie... Czuł, że kiedyś już je słyszał. Gdzieś w pewnym przerażającym miejscu podczas przerażającego wydarzenia. Tylko jakiego?
Nagle coś go tknęło. To było wtedy, tamtego przerażającego dnia, w którym całe jego życie legło w gruzach. Około szesnaście lat temu, kiedy to zginęły dwie bliskie mu osoby. Ash zamknął oczy i zaczął wspominać, jak to wyglądało.
Miał wtedy jedenaście lat. Właśnie wracał z rodzicami z kina. Byli na jakimś zabawnym filmie. Idąc do domu, śmiali się i powtarzali razem najzabawniejsze kwestie wypowiedziane przez jego bohaterów. Byli tak bardzo zajęci sobą, że nie zauważyli, jak za nimi zaczyna iść dwóch młodych mężczyzn. Dostrzegli ich, gdy nagle jeden z nich, ukryty w cieniu, zaszedł im drogę i wymierzył w ich kierunku pistolet.
- Jeśli chcecie żyć, nie krzyczycie - powiedział groźnie.
Jego wspólnik podszedł do nich od tyłu i zerwał pani Delia Wayne naszyjnik z pereł. Jej mąż chciał coś zrobić, ale napastnik wciąż trzymał go na muszce, zaś ten drugi ograbiał zawartość ich kieszeni. Gdy już w końcu je całkiem opróżnił, to zadowolony uśmiechnął się i powiedział:
- Dziękuję za pańską szczodrość. To ja się zmywam.
Następnie pstryknął w nos Josha Wayne’a. Ten nie wytrzymał tego nerwowo i uderzył bandytę pięścią prosto w twarz, a następnie skoczył na niego. Napastnik z trudem odepchnął mężczyznę od siebie i wtedy padł strzał. To uzbrojony wspólnik złodziejaszka wystrzelił, trafiając bogacza kulą prosto w pierś. Pani Delia Wayne podniosła krzyk, ale wtedy padł drugi strzał. Jej wrzask stał się jeszcze głośniejszy, jednak bardzo szybko zanikł, ponieważ kobieta upadła na ziemię martwa.
Mały Ash patrzył na to wszystko w szoku, nie wiedząc, co miałby zrobić. W oczach miał łzy, a jego twarz wyrażała ogromne przerażenie.
- Mamo... tato... - jęknął.
Tymczasem morderca wymierzył broń w jego kierunku i zapytał:
- Powiedz, mały... Czy tańczyłeś kiedyś z diabłem w świetle księżyca?
Następnie wyszedł on powoli z cienia, odsłaniając w ten sposób swoją twarz.
Ash Wayne wpatrywał się w mordercę przerażony i wściekły zarazem. To, co właśnie się wydarzyło było dla niego tak straszne, że przez chwilę miał nadzieję, iż to tylko sen i zaraz się obudzi. Niestety, to wszystko działo się naprawdę. Stał on naprawdę na ulicy w nieco zaciemnionym zaułku. Obok leżały ciała jego rodziców, a z cienia wyłaniała się powoli twarz jego krzywdziciela. Twarz... Młodego Kevina Napiera, patrzącego przy tym wzrokiem pełnym podłości i szyderstwa na chłopca, któremu właśnie odebrał rodziców. Twarz zbrodniarza, którego wyraźnie cieszyło to, co zrobił i dodatkowo szedł w stronę Asha, aby dokończyć swego dzieła.
- Coś ty narobił? - jęknął kumpel Napiera, przerażony przyciskając do piersi swój łup - Coś ty najlepszego narobił?
Widocznie nie planował on tego, że ich napad zamieni się w morderstwo z premedytacją, więc czyn jego kumpla go przeraził. Chwilę później dało się słyszeć policyjne syreny. Widocznie ktoś usłyszał strzały i wezwał pomoc.
- Pryskamy stąd! - zawołał złodziejaszek, rzucając się do ucieczki.
Kevin Napier z uśmiechem wpatrywał się w małego Asha i mierzył dalej do niego z pistoletu.
- Chodź, Kevin! Trzeba wiać! - dodał jego kumpel.
Przyszły Joker schował dymiącą jeszcze broń do kieszeni i zachichotał podle, po czym rzucił krótko:
- Do zobaczenia, mały.
Zaraz potem zniknął w ciemności.
Ash Wayne patrzył na znikającą w oddali jego postać, starając się zapamiętać dobrze rysy twarzy tego osobnika, a po chwili był znowu dorosły i opuścił krainę swoich zły wspomnień. Spojrzał wtedy na zdjęcie Jokera, które miał przed sobą. Następnie zacisnął dłoń w pięść i uderzył nią wściekle w stół.
- Dość już tego! - zawołał - Koniec koszmarów, koniec obaw! Teraz ty albo ja! Jeden z nas zginie!
Następnie zerwał się z kanapy i ruszył do tajnego przejścia.
***
O wyznaczonej przez siebie godzinie, Joker bardzo przeleciał zadowolony na grzbiecie wielkiego Fearowa ze związaną Sereną i pilnującym ją Jacobem. Wokół niego leciały dwa helikoptery z jego ludźmi, którzy zrzucali radośnie pieniądze na tłumy ludzi, a te rzucały się na nie zachłannie, wrzeszcząc przy tym i wyrywając sobie nawzajem banknoty. Obserwująca to z dołu, Alexa Knox jęknęła załamana.
- Gdzie jest Serena, kiedy jej potrzebuję?! Przecież to byłby idealny materiał na pierwszą stronę! Chciwe Gotham wręcz zabijające się o każdy banknot rzucony im przez Jokera.
Helioptile zapiszczał gniewnie, a ona jęknęła załamana.
- Strasznie cię przepraszam. Masz rację, gadam jak opętana. A przecież tam Serena ryzykuje utratę życia z rąk tego świra.
Nagle podbiegła do niej Dawn i zawołała:
- Alexa! Ten świr mówił, że zamierza zawieźć Serenę do katedry!
- Wiem, widziałam wiadomości - odpowiedziała dziennikarka - Jaka szkoda, że nic nie możemy zrobić, aby mu przeszkodzić.
- Przeszkodzić to może i nie, ale przecież możemy jakoś pomóc Batmanowi - stwierdziła Dawn - Oczywiście, gdy już przyleci.
- A niby jak chcesz to zrobić? To będzie raczej trudne, zwłaszcza przez ten nawiedzony tłum.
Tymczasem Joker wylądował powoli na szczycie katedry, zaś Jacob na jego polecenie przywiązał do jej szpicu Serenę. Natomiast szaleniec bardzo zadowolony stanął obok niej i powiedział:
- Spokojnie, moje słodkie kochanie. Twój dzielny obrońca sprawiedliwości z całą pewnością tutaj przybędzie... Trzeba tylko cierpliwie na niego poczekać, ale na pewno się go doczekasz.
Serena obawiała się, że nikt nie przyjdzie jej tym razem na ratunek. W końcu widziała wyraźnie, jak Ash otrzymał postrzał od tego bydlaka. Czy to możliwe, iż tym razem także wymknął się śmierci? Miała nadzieję, że tak. Wszak ruszał ręką, gdy była wyprowadzana ze swojego mieszkania przez porywaczy. Zatem przeżył, ale czy na pewno? A jeżeli Joker go wtedy zabił i z to z jej powodu? Tego by chyba nigdy sobie nie darowała, nawet gdyby udało jej się wyjść z tego cało.
Nagle na niebie ukazał się jakiś ciemny kształt. Wyglądał on jak ogromny nietoperz. Był to Batlot, latający pojazd Batmana. Joker na jego widok aż pisnął z radości.
- Wiedziałem - uśmiechnął się - Twój bohater już przybył.
Serena odetchnęła z ulgą. Widok tajemniczego pojazdu, który zbliżał się do nich coraz bliżej oznaczał, że Ash żyje, jednak zaraz potem przypomniała sobie, iż przyleciał on po to, aby ją uratować i w ten oto sposób wpadł prosto w pułapkę zastawioną przez swego wroga. Co teraz? Czy on przeżył wtedy w jej mieszkaniu tylko po to, aby teraz zginąć? Nie! To niemożliwe! On na pewno to przeżyje!
- Doskonale - zaśmiał się Joker i spojrzał w kierunku tajemniczego pojazdu - Chodź tu, wstrętny skubańcu. Mam z tobą do pogadania.
Chwilę później tuż koło katedry przeleciał Batlot. Nie zatrzymał się jednak przy niej, tylko poleciał dalej.
- Chyba on nie chce cię ratować - zachichotał podle Joker, patrząc z kpiną na Serenę - Tym gorzej dla niego. Chłopcy... Złapcie go.
Jego ludzie na helikopterach ruszyli w pościg za Batmanem, a kilku z nich dosiadło Fearowa, który jako jedyny był na tyle szybki, aby móc doścignąć Batlot. Gdy już wszyscy ścigający byli dostatecznie blisko, od razu chwycili za pistolety maszynowe i zaczęli strzelać. Kule jednak skutecznie odbijały się od pancernej ochrony pojazdu, który chwilę później odwrócił się w stronę swoich przeciwników i posłał w ich kierunku dwie rakiety. Te dosięgły celu i helikoptery stanęły w ogniu razem z ludźmi, których miały one w środku. Ludzie dosiadający Fearowa zlecieli od tego huku z jego grzbietu i spadli prosto na ziemię, ginąc na miejscu.
- A to bydlę! - wrzasnął wściekłym tonem Joker, skacząc ze złości po dachu katedry - Nie zamierza grać fair! Jacob! Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałeś, że on ma taki sprzęt, co?!
Jacob nie wiedział, co ma odpowiedzieć, dlatego jedynie wzruszył ramionami na znak bezsilności. Joker zaś popatrzył na niego i zawołał:
- Moja spluwa!
Wierny sługa szybko wykonał polecenie, a już kilka sekund później jego szef wypalił mu prosto w pierś. Zdumiony bandyta złapał się za serce i upadł martwy na dach katedry.
- Jakie to okropne... Że też ja muszę być chwilami taki prymitywny - jęknął załamanym głosem Joker.
Następnie skinął palcem na kilku ludzi, którzy stali tuż obok niego i nie brali udziału w pościgu. Jeden z nich podał Jokerowi walizkę, z której szaleniec wyjął niewielką bazookę, nabił ją, a zaraz potem wymierzył w lecący w jego kierunku Batlot. Chwilę później huknęło, pojazd zabłyszczał od ognia i poleciał prosto na ziemię, o którą się rozbił i stanął w płomieniach.
Serena jęknęła przerażona, ale nie miała czasu rozpaczać, ponieważ już po chwili usłyszała ona cichy pisk za swoimi plecami:
- Pika! Pika-pika! Pika-chu!
Spojrzała delikatnie na bok i zobaczyła nagle Pikachu. Był on ubrany w strój człowieka nietoperza, dopasowany do jego kształtów. Obok niego stał ubrany w czarny dres oraz czarną czapkę nastolatek w okularach. Uśmiechnął się on do niej wesoło, mówiąc:
- Spokojnie, moja kochana. Jesteśmy kumplami Batmana. Mamy cię uwolnić. Zróbmy to szybko, zanim ci kretyni zaczną znowu na ciebie patrzeć.
Pikachu zaatakował Stalowym Ogonem liny krępujące Serenę i dzięki temu została ona rozwiązana.
- Szybko! A teraz w nogi - syknął do niej nastolatek, łapiąc ją za rękę.
Chwilę później pociągnął on Serenę za sobą, a wówczas zauważyła ona dwie wychylająca się znad przepaści ludzkie głowy. Te głowy należały do mężczyzny i kobiety.
- Cześć, kochanie - powiedział mężczyzna z uśmiechem na twarzy - Jestem Norman Grayson, a to moja żona Caroline. Jesteśmy rodzicami tego wariata.
- A do tego cyrkowcami znającymi niezłe sztuczki - uśmiechnęła się kobieta - Zabieramy cię stąd póki czas.
- A co z Batmanem? - spytała Serena - Czy on żyje?
- Spokojnie, moja maleńka. Żyje i ma cały plan pod kontrolą - rzekł wesoło Norman, wskakując na wieżę katedry - Ale ruszaj się, nie mamy czasu.
Następnie posadził dziewczynę na Noivernie, latającym niedaleko nich.
- Leć, maleńka!
- No, a co z wami? - spytała przerażona Serena, obawiając się o los swoich nowych przyjaciół.
- My zajmiemy się teraz ludźmi Jokera - odpowiedział jej wesoło chłopak - Spokojnie, damy sobie radę. Leć już! A przy okazji... Jestem Max Grayson.
- Serena Vale - uśmiechnęła się do niego fotoreporterka.
- Leć! - krzyknął Norman, widząc ludzi Jokera biegnących w ich stronę.
Chwilę później, cała rodzina podjęła walkę z nimi, wspierana przez dzielnego Pikachu, zaś Serena na grzbiecie Noiverna odleciała bezpiecznie daleko od miejsca potyczki.
Tymczasem Joker wpatrywał się niemalże załamanym wzrokiem na swoich ludzi, którzy bijących się zaciekle z rodziną Graysonów i wyraźnie im ulegającą.
- To jest wprost niesamowite... - jęknął porażony tym wszystkim, co właśnie widział - Moja dziewczyna mi zwiała, a moi ludzie nie umieją sobie poradzić z bandą tych clownów! Ale przynajmniej jest spokój z tym głupim nietoperzem. Już go więcej nie zobaczę.
- Przepraszam... - ktoś nagle trącił lekko Jokera w ramię - Tańczyłeś kiedyś z diabłem w świetle księżyca?
Szaleniec odwrócił się w stronę tej osoby i zobaczył wtedy Batmana, całego i zdrowego. Zdążył on bowiem w ostatniej chwili niemal niezauważony wyskoczyć z Batlotu, a następnie zwinnie wspiął się na wieżę katedry, aby w tej oto chwili zadać Jokerowi cios pięścią prosto w twarz. Joker upadł na ziemię, a Batman ze złością złapał go mocno za kołnierz i podniósł w górę.
- Wiesz, naprawdę nieźle mnie teraz zaskoczyłeś, Baciu - zaśmiał się Joker z wyraźną ironią w głosie - Muszę przyznać, nie spodziewałem się tego po tobie, stary. Ty jesteś chyba nieśmiertelny.
- Być może - zachichotał okrutnie Batman.
- No dobrze, Baciu... A więc co zamierzasz teraz zrobić? Wsadzić mnie do Arkham? Już raz stamtąd uciekłem, więc ucieknę i drugi raz. Żadne więzienie ani szpital mnie nie powstrzymają.
- Nie zamierzam cię aresztować, świrze. Zamierzam cię zabić - odpowiedział na to Batman.
Joker parsknął śmiechem.
- Ty idioto! Ty mnie chcesz zabić?! Przecież to ty mnie stworzyłeś! Co?! Już nie pamiętasz? Wrzuciłeś mnie wtedy do tego kotła i załatwiłeś mi te blizny! Nie łatwo mi było się z tym wszystkim pogodzić, chociaż się starałem.
- Wierzę - mruknął Batman.
Następnie uderzył on Jokera pięścią w brzuch i rzucił go w głąb wieży. Nie zamierzał zabić go szybko i bezboleśnie. Chciał najpierw zadać mu taki sam ból, który on czuł, kiedy ten bydlak zabił najbliższe mu osoby. Joker szybko poderwał się na nogi i uderzył Batmana w jego pancerz, ale ten był tak mocny, że aż zabolała go pięść. Bohater wykorzystał to, aby zadać mu kolejny cios i to prosto w szczękę.
- Czego ty w sumie ode mnie chcesz? - zapytał Joker, stając ponownie na nogach i ocierając ślady krwi na ustach - Beze mnie byłbyś bezrobotny!
- O tak i właśnie dlatego cię zabiję! - powiedział Batman, mierząc do niego groźnie palcem - Przez ciebie ja w ogóle istnieję.
- Przeze mnie?
- Tak... Zabiłeś moich rodziców i to na moich oczach.
- Co? - jęknął Joker zdumiony - Co ty pleciesz?
- To było jakieś szesnaście lat temu... Zastrzeliłeś ich na moich oczach. Byłem wtedy dzieckiem, przerażonym małym dzieckiem. A ty ich zabiłeś. Bez litości. Bez skrupułów. Już coś ci świta?
- Poważnie? - zachichotał Joker - Szesnaście lat temu byłem jeszcze głupim dzieciakiem. Nie odpowiadam za to, co wtedy zrobiłem.
- Przeciwnie... Odpowiadasz i to bardziej niż ci się wydaje. Więc jak widzisz, ja stworzyłem ciebie, a ty stworzyłeś mnie.
- He he he! Byłem wtedy młody i głupi... Poza tym to było tak dawno... Ja mówię, że ty jesteś wszystkiemu winien, a ty, że ja jestem winien. Dajmy spokój tej dziecinadzie.
Następnie nałożył na siebie okulary, mówiąc:
- Chyba nie uderzysz faceta w okularach?
Batman popatrzył na niego bardzo groźnie i uderzył go tak mocno, że aż połamał mu ramki jego dodatkowego narządu wzroku. Chciał mu zadać kolejny cios, kiedy nagle ktoś skoczył mu na plecy i powalił na ziemię. Z trudem zepchnął ją z siebie i spojrzał na nią. Tym kimś była... Harley Quinn.
- Co?! Harley, ty żyjesz? - zapytał zdumiony Joker, widząc swoją dziewczynę szarpiącą się z jego prześladowcą - Jak to możliwe?
- Miałam scyzoryk ukryty w bucie - powiedziała Harley - Rozerwałam więzy, którymi skrępowałeś mi ręce, a potem wyjęłam scyzoryk i rozcięłam nim resztę więzów, zeskoczyłam do rzeki. Tak właśnie przeżyłam i przybyłam ci pomóc.
Batman zerwał się na równe nogi, jednak Harley Quinn skoczyła na niego i zaczęła zaciekle zadawać mu ciosy. Ten odpierał je tak sprawnie jak tylko zdołał, zaś Joker zaczął wręcz idiotycznie się śmiać.
- Ale zabawa! Takiego zwrotu akcji nikt by się nie spodziewał! - wołał.
Następnie spojrzał w górę i zauważył lecącego w jego stronę Fearowa.
- Obawiam się, że muszę was zasmucić, ale najwyższy czas na to, aby przejść na emeryturę - powiedział wesołym tonem - Wpadajcie z odwiedzinami, jak tylko zechcecie. O ile mnie znajdziecie.
Chwilę później Pokemon podleciał do niego, a Joker zwinnie wskoczył na jego grzbiet i zaczął lecieć przed siebie.
Batman tymczasem zdołał odepchnąć Harley, na którą skoczyła zaraz rodzina Graysonów. Cała trójka rozprawiła się z ludźmi Jokera i próbowała powstrzymać szaloną dziewczynę w czerwonym stroju i błazeńskiej czapce. Joker tymczasem wciąż śmiał się do rozpuku i zaczął oddalać się od katedry. Batman jednak nie zamierzał pozwolić mu uciec. Wyjął szybko coś, jakby pistolet i strzelił nim do swego przeciwnika. Zamiast kuli z lufy wyleciała długa lina z dwiema kulkami. Jedna kulka owinęła się prędko wokół nogi Jokera, zaś druga wokół najbliższego maszkarona. Na twarzy Batmana zajaśniał wtedy dość okrutny uśmiech, ponieważ teraz on wyciął numer swemu wrogowi. Z dużą dozą satysfakcji obserwował, jak Joker szarpie nogą czując, że nie może dalej odlecieć. Był bardzo silny fizycznie, ale nie na tyle, aby oderwać linę od maszkarona, do którego został przywiązany (z czego wcale nie zdawał sobie sprawy, bo nawet nie raczył spojrzeć za siebie). Złapał się mocno Fearowa, który z całej siły próbował jakoś odlecieć razem z nim. W końcu, wskutek ogromnej wręcz siły Pokemona, maszkaron zaczął cały drżeć w posadach. Jeszcze chwila i oderwie się od katedry, do której był przymocowany.
- Hej, Jokuś! - zawołał wówczas Batman.
Joker spojrzał za siebie zdumiony, a jego przeciwnik zadowolony oparł nogę na maszkaronie.
- Pomyśl o przyszłości!
Po tych słowach, Mroczny Rycerz kopnął maszkarona, który oderwał się już całkowicie od katedry i poleciał prosto na ziemię, pociągając za sobą Jokera oraz Fearowa. Pokemon próbował jakoś utrzymać się w powietrzu, ale ciężar kamiennej rzeźby ciągnął go w dół wraz z jego pasażerem. Joker był coraz bardziej wściekły, zaczął podskakiwać na grzbiecie swego środka transportu, krzycząc, aby ten leciał szybciej. W końcu wskutek tego zleciał z Fearowa, ale w ostatniej chwili złapał się jego szponów. Pokemon znalazł się przez to w znacznie gorszej sytuacji niż ta, w której był poprzednio. Próbował z trudem utrzymać się w powietrzu, ale opadał coraz niżej, zaś Joker coraz słabiej trzymał dłońmi jego szpony. Palce bolały go tak, jakby coś ostrego się w nie wbijało, a całą twarz zrosiły mu krople potu. W końcu dłonie odmówiły mu posłuszeństwa, zaś on sam puścił szpony Fearowa i z krzykiem zleciał prosto w dół.
Batman patrzył na ten widok, nie bez satysfakcji w oczach. Z kolei zaś Harley wyrwała się dziko z rąk trzymającym ją mocno Normanowi, Caroline i Maxowi, po czym spojrzała w dół, wrzeszcząc z rozpaczy i bólu.
- O nie! Nie! Tylko nie to! Tylko nie on! Coś ty zrobił, ty potworze?! Coś ty narobił?! - krzyczała załamana, zasłaniając sobie twarz dłońmi, w które zaczęła głośno płakać - Mój ukochany! Mój jedyny! Straciłam sens mojego życia! Jak ty mogłeś to zrobić, ty paskudny nietoperzu?! Jak mogłeś?!
- Biedna dziewczyna - powiedział smutnym głosem Norman - Chyba trzeba będzie jej jakoś pomóc.
- Dobrze, ale jak? - spytała smutno Caroline.
- Obawiam się, że jedyne, co możemy teraz zrobić, to odwieźć ją do Arkham - stwierdził Max - To jedyne miejsce, w którym mogą jej w jakiś sposób pomóc. No chyba, że będziemy litościwi i pozwolimy jej dołączyć do jej kochasia.
- Nie! - powiedział groźnie Batman - My nie jesteśmy mordercami jak Joker. Jego zabiłem, żeby już nigdy więcej nikogo nie zabił. Dla niego nie było nadziei. Ale dla niej... Być może jeszcze jest nadzieja. Być może.
Następnie spojrzał na Pikachu i rodzinę Graysonów.
- Dziękuję wam, przyjaciele. Dziękuję, że przyszliście mi z pomocą.
- Drobiazg - rzekł wesoło Norman - Miałeś szczęście, że dawaliśmy występy niedaleko stąd.
- Szczęście albo coś innego - zaśmiała się Caroline, patrząc na Pikachu, który zapiszczał delikatnie.
- Tak czy inaczej, nie mogliśmy ci odmówić swojej pomocy - powiedział Max bojowym tonem - Jak tylko do nas przybyłeś i wyjaśniłeś nam, o co ci chodzi, nie mogliśmy odmówić naszego wsparcia. Zwłaszcza, że to dla nas zaszczyt pomagać tobie. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze będziemy mieli okazję to powtórzyć.
Batman uśmiechnął się do niego życzliwie, po czym spojrzał na płaczącą Harley Quinn, której właśnie zawalił się cały świat. Poczuł, że jest mu jej strasznie żal. W końcu była ona jedynie kolejną ofiarą szaleństwa Jokera. Jego czyny już na zawsze pozostawią blizny na tym mieście i duszy wielu ludzi. Miną lata, zanim całkowicie się one zabliźnią, jeśli to w ogóle było możliwe.
***
Ludzie Jokera, których to pokonali dzielni Graysonowie, gdy tylko odzyskali przytomność, próbowali skorzystać z okazji, że chwilowo nikt na nich nie patrzy i zbiegli szybko z wieży na sam dół, próbując potem uciec poprzez zmieszanie się z tłumem, który wciąż zachłannie walczył ze sobą o pieniądze, zrzucone im z nieba przez Jokera. Jednak ledwie zbiegli na sam dół, to natknęli się na Dawn i Alexę, które odważnie zagrodziły im drogę, a następnie z pomocą Piplupa i Helioptile’a ogłuszyły ponownie bandytów.
- Doskonale - uśmiechnęła się dziennikarka - Niezły z nas duet, Dawn.
- Niczego sobie, ale lepszy tworzysz z Sereną - odparła niebieskowłosa - Tak czy siak, zostaje nam tylko wezwać policję.
- Jeśli jakoś się ona zdoła przecisnąć przez ten rozhisteryzowany tłum, który zbiera pieniądze Jokera i zaciekle o nie walczy - mruknęła Alexa.
- Tylko spokojnie, droga panno Knox! - zawołał porucznik Clemont Gordon, wchodząc do środka katedry - Trochę więcej wiary w policję, jeśli można prosić.
- No proszę! Szanowny pan porucznik - uśmiechnęła się na jego widok Dawn - Przecisnęliście się przez ten zwariowany tłum?
- Nie było to łatwe, ale w końcu nam się udało. Przybyłbym wcześniej, gdyby nie Batman.
- Batman? - zdziwiła się Alexa - A co on ma do tego?
- Zażądał, abym pod żadnym pozorem nie podejmował żadnej, choćby nawet najmniejszej akcji ratunkowej. Za bardzo bał się o życie panny Vale, aby mi na to pozwolić. Zamiast więc interweniować od razu, rozstawiłem tylko moich ludzi we wszystkich miejscach wylotowych z miasta. Powiadomiłem też na nogi i wojsko, tak na wszelki wypadek, gdyby Joker i jego ludzie chcieli uciec z Gotham drogą powietrzną. Ja zaś miałem czekać na wiadomości od Batmana, jednak nie byłem w stanie tego zrobić i z częścią ludzi próbowałem dostać się do katedry. Niestety, to szaleństwo, które tutaj wynikło przez tych zwariowanych ludzi, bardzo utrudniło mi to zadanie.
- Ale w końcu pan się tu dostał - powiedziała Dawn.
- O tak. Obawiam się tylko, panno Kyle, że przybyłem nieco późno.
- Dobrze powiedziane - zachichotała dziewczyna - Zostaje więc panu w tej sztuce jedynie rola Fortynbrasa.
- To znaczy?
- Przyjdzie pan i po wszystkich posprząta.
Clemont Gordon parsknął śmiechem, wyraźnie bardzo ubawiony tym żartem, po czym powoli dał znak swoim ludziom, którzy weszli za nim do katedry, żeby aresztowali ludzi Jokera. Następnie swój wzrok zwrócił ku Dawn Kyle, która to lekko poprawiła sobie niesforny kosmyk włosów zwinnym ruchem dłoni. Gdy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się do niej delikatnie, a ona to odwzajemniła.
Nagle usłyszeli, jak na ulicy kilka osób zaczęło krzyczeć z rozpaczy i wielkiej wściekłości. Clemont, Dawn i Alexa wyszli zobaczyć, co się stało i zobaczyli, jak jakaś paniusia woła do swojej koleżanki, iż właśnie przyjrzała się bardzo uważnie banknotom zebranym z ulicy i zauważyła, że znajduje się na niej wizerunek Jokera w stroju prezydenta. Jej koleżanka także zauważyła to na banknotach wizerunek szalonego clowna. Już po chwili, wszyscy zebrani na ulicy ludzie zaczęli podobnie rozpaczać, gdyż wreszcie zrozumieli, że zostali oszukani.
- Banknoty są fałszywe - zauważył Clemont Gordon - Joker był taki hojny, bo nie były to prawdziwe pieniądze, ale przygotowane przez niego fałszywki.
Alexa parsknęła śmiechem, gdy to usłyszała.
- Żałośni idioci. Oni na serio uwierzyli, że ten wariat rozdałby im prawdziwe pieniądze? I jeszcze szarpali się o nie i bili na środku ulicy.
W tym samym czasie, rodzina Graysonów sprowadziła powoli i ostrożnie na dół skrępowaną Harley Quinn, którą od razu oddali w ręce policji. Natomiast sam Batman powoli zszedł po murach katedry w towarzystwie wiernego Pikachu, po czym odnalazł miejsce, gdzie wylądowała Serena z Noivernem. Dziewczyna, gdy tylko go zobaczyła, radośnie rzuciła mu się na szyję i objęła zachłannie.
- Tak się o ciebie bałam! - zawołała, kładąc czule głowę na jego ramieniu - Już myślałam, że cię więcej nie zobaczę.
- Spokojnie... Jak widzisz, wciąż żyję.
- Tak, ale niewiele brakowało. Gdyby nie ty i Graysonowie, to ja... A właśnie, kim oni są?
- To rodzina linoskoczków, z którą mam bardzo dobre relacje jako Ash i jako Batman.
- A oni wiedzą, że ty...
- Nie, ale kiedy poprosiłem ich o pomoc w imieniu Asha Wayne’a i swoim własnym, nie umieli mi odmówić.
- A skąd oni się tu w ogóle wzięli?
- Dawali występy w sąsiednim mieście. Wysłali mi na nie zaproszenie, jednak przez to wszystko, co tu się działo, nie miałem do tego głowy. Ale kiedy Joker cię porwał i zapowiedział, że zabierze cię na katedrę, uznałem, że oni mogą mi pomóc o wiele lepiej niż cały szwadron policji. Umieją się wspinać nawet na najbardziej niedostępne miejsca. Poprosiłem ich więc o pomoc, a oni z chęcią się zgodzili. Ustaliliśmy plan działania, w którym ja odwracam uwagę Jokera i jego ludzi, a oni wspinają się na katedrę od tyłu i uwalniają cię z rąk tych łajdaków.
- I udało wam się. Wygraliśmy.
- Tak, wygraliśmy, najdroższa.
Serena uśmiechnęła się delikatnie, ale szybko spoważniała i rzekła:
- Widziałam, co spotkało Jokera. Powiedz, czy to oznacza, że to już koniec?
- Z nim tak, ale nie wiem, co z Harley - odpowiedział Batman.
- Próbowała mnie niedawno zabić.
- Dlatego właśnie Joker przywiązał ją do rakiety i wystrzelił w niebo. A ona z trudem się wymknęła śmierci i przybyła tutaj, aby mu pomóc walczyć ze mną.
- Poważnie? A Joker mówił mi, że wypadła przez okno.
- Joker? Przecież on całe życie kłamał... Większość jego słów, to były nędzne kłamstwa. Nie można w nie wierzyć.
- Masz rację. Boże! Tak się cieszę, że to już koniec!
Po tych słowach, jeszcze mocniej wtuliła się w Batmana, a ten czule ją objął do siebie czując, że po raz pierwszy od bardzo dawna zaznał ulgi.
***
Ciało Jokera zostało pochowane po cichu oraz bez pompy na koszt miasta na miejscowym cmentarzu. Ludzie tego szaleńca skończyli w więzieniu, a zostały im zasądzone ciężkie wyroki. Zaś sama Harley Quinn wylądowała w Azyl Arkham, w którym to jednak zmieniono personel na taki, który za cel wziął sobie wyleczenie swoich pacjentów, choć ani Batman, ani Serena Vale, ani też nikt inny nie wierzył w to, aby w przypadku dziewczyny Jokera było to możliwe.
Alexa natomiast, pomimo braku zdjęć z miejsca ostatecznej walki Batmana z Jokerem jednak napisała doskonały artykuł na ten temat, a prócz tego jako jedna z osób, które powstrzymały ucieczkę ludzi Jokera została uznana za bohaterkę, zaś popularność jej artykułów znacznie wzrosła.
Bohaterami miasta ogłoszono również Maxa oraz jego rodziców, dzielnych cyrkowców specjalizujących się w różnych ekstremalnych sztuczkach, takich jak skok na trapezie. Prócz tego bohaterką została również Dawn Kyle wraz ze swoim Piplupem, która jakiś czas po pokonaniu Jokera, zaczęła i to oficjalnie spotykać się z porucznikiem Gordonem. Ten zaś zawarł po cichu wraz z prokuratorem Garym Dentem oraz samym Batmanem tajne porozumienie, które zostało nazywane Ligą Sprawiedliwości. Ten swoisty triumwirat miał pilnować porządku w mieście i dbać o to, aby już nigdy więcej żaden szaleniec się w nim nie pojawił. Gdyby jednak coś takiego miało kiedyś nastąpić, to wówczas Gordon i Dent mieli wezwać Batmana za pomocą specjalnego znaku.
Kiedy szczegóły tego paktu zostały już ustalone, porucznik i prokurator wraz z burmistrzem zarządzili specjalne spotkanie przed ratuszem. Przybyło na nie tak wielu ludzi, że trudno było ich pomieścić w jednym miejscu.
- Wyłapano wszystkich ludzi Jokera, a miasto już nie jest zagrożone żadnym z jego szalonych ataków - powiedział Gary Dent, nie kryjąc swojego zadowolenia - Nikt też nie musi się już obawiać kupować w tym mieście produktów domowego użytku, bo żadne z nich już nie jest skażone Smilexem. Obywatele mogą więc być spokojni i nie obawiać się ataku ze strony tego szaleńca.
- Wszystko to jest zasługą przede wszystkim jednego człowieka, który z racji swego stanowiska, nie może być teraz z nami i brać udział w tym spotkaniu - rzekł Gordon uroczystym tonem - Zostawił nam jednak wiadomość. Prosił, abyśmy wam przekazali, że zawsze będzie czuwał nad Gotham i ich losem, a jeśli kiedykolwiek znów jakiś szaleniec czy ktokolwiek inny zagrozi miastu, a nasze siły będą nazbyt słabe, aby to niebezpieczeństwo zażegnać, prosi, abyśmy go wezwali.
- Ale jak my mamy to zrobić? - zapytała Alexa, stojąca właśnie wśród tłumu dziennikarzy i słuchająca z uwagą tej przemowy.
- W bardzo prosty sposób - odpowiedział jej porucznik Clemont Gordon, po czym z uśmiechem podszedł do wielkiego reflektora, stojącego nieopodal miejsca, w którym stał z Dentem - Włączając to!
Następnie uruchomił ów przedmiot, a na niebie pojawił się nagle wielki znak firmowy Batmana - znak czarnego nietoperza na białym tyle. Ledwie ukazał się on na niebie, a ludzie z zachwyty zaczęli klaskać i z podziwem wpatrywać się w ten oto symbol nadziei i bezpieczeństwa dla nich wszystkich.
Gordon zaś zadowolony pożegnał Denta i poszedł do Dawn, która z radością podała mu swoją dłoń. Już chwilę później, wsiedli oboje do limuzyny czekającej nieopodal. Do tego samego pojazdu wsiadły również Alexa i Serena, obie bardzo z siebie zadowolone.
- To będzie udane Boże Narodzenie - powiedziała wesoło panna Knox - Nie dość, że pokonaliśmy tego szaleńca, to jeszcze teraz wszyscy zyskaliśmy ogromną sławę, o której Gotham nie prędko zapomni.
- Nie liczyłabym na to - stwierdziła Dawn - To niewdzięczne miasto. Łatwo zapomina swoich bohaterów.
- Tak, to prawda - rzekł ponuro porucznik Gordon - My jesteśmy bohaterami, których Gotham potrzebuje, ale na których nie zasługuje.
Gdy tylko to powiedział, zamyślił się poważnie nad sensem tych słów. Chwilę później jednak rozpogodził się i dodał:
- Co nie znaczy, oczywiście, że nie mamy go bronić.
- Racja - powiedziała Serena - Ale teraz lepiej już jedźmy, bo spóźnimy się na świąteczny obiad. Alfredzie... Możesz jechać.
- Oczywiście, panno Vale - odpowiedział jej wesoło, siedzący za kierownicą kamerdyner pana Wayne’a.
Już po chwili limuzyna ruszyła w drogę do willi Asha, w której czekali już na nich Max z rodzicami, również zaproszeni na tę uroczystość.
- Czy wszyscy są w komplecie? - zapytał wesoło Norman.
- Nie sądzę - odparł jego syn - Chyba gospodarza gdzieś wcięło.
Nagle dało się słyszeć dzwonek do drzwi.
- Oho! To pewnie on! - zawołała wesoło Caroline.
Alfred poszedł otworzyć, jednak ku rozczarowaniu gości okazało się, że do salonu weszły trzy następne osoby. Był to syn Alfreda, Steven Oak ze swoją żoną Grace oraz uroczą córeczką, dziesięcioletnią Bonnie.
- Mam nadzieję, że się nie spóźniliśmy - powiedział Steven.
- W żadnym razie - odparł wesoło Alfred - Przyszliście w samą porę.
Następnie uściskał on mocno synową i ucałował czule swoją małą wnuczkę, która pisnęła radośnie i zawołała:
- Dziadku, widziałeś Batmana w akcji?
- Widziałem, kochanie - uśmiechnął się jej dziadek i spojrzał na pannę Vale, która puściła mu oczko.
- Batman jest wspaniały, prawda, dziadziu? - zachichotała Bonnie.
- No jasne, że jest! - zawołał radośnie Max - Mówię ci, mała! Tak kopał tyłki tym bandziorom, że hej! A ja mu w tym pomagałem.
- Poważnie?! - dziewczynka nie mogła wręcz wyjść z podziwu, gdy tylko to usłyszała - Niesamowite! A opowiesz mi o tym?
Max zadowolony, że znalazł sobie słuchacza, radośnie zabrał Bonnie na bok, aby jej opowiedzieć o tym, jak to pomógł Batmanowi pokonać Jokera. Alfred zaś z uśmiechem na twarzy podszedł do Sereny i powiedział jej następujące słowa:
- Panicz Wayne poprosił mnie, abym przekazał panience, że spóźni się nieco na przyjęcie.
Serena uśmiechnęła się delikatnie, słysząc te słowa.
- Jakoś wcale mnie to nie dziwi - stwierdziła dowcipnym tonem.
Oak zachichotał lekko, gdy to powiedziała, po czym dodał:
- Tak czy inaczej Wesołych Świąt, panno Vale.
- Wesołych Świąt, Alfredzie - odpowiedziała mu Serena, uśmiechając się przy tym delikatnie - A na ziemi pokój wszystkim ludziom... I nietoperzom.
Następnie dziewczyna podeszła do okna i spojrzała na niebo, na którym wciąż jeszcze widniał znak Batmana. Widząc go, uśmiechnęła się zadowolona.
W tym samym czasie, na katedrze Gotham ktoś również bardzo uważnie go obserwował. Tym kimś był wysoki mężczyzna w czarnym stroju, który upodabniał go do nietoperza. Obok niego stał jego wierny towarzysz Pikachu, ubrany w taki sam kostium, jednak mniejszych rozmiarów. Obaj stali i z uwagą obserwowali ten jakże majestatyczny znak widniejący właśnie na niebie, uśmiechając się przy tym delikatnie. Mężczyzna zaś, patrząc uważnie na swój znak i rozważając w głowie to wszystko, co się ostatnio wydarzyło, poczuł po raz pierwszy od długiego czasu tak ogromną ulgę. Tę wymarzoną ulgę, której od tak dawna pragnął. Ulgę, łączącą się ze świadomością, że pewne sprawy zostały dla niego wreszcie domknięte. I choć dobrze wiedział o tym, iż to nie jego ostatnia walka i jeszcze niejedna go czeka, to godził się na to tym chętniej, że misja, której się podjął przynosi jednak pożytek. Nie tylko jemu, ale i całemu miastu.
Spojrzał potem na swego wiernego kompana, który zapiszczał lekko na znak, że będzie z nim, cokolwiek by się nie stało. Następnie uśmiechnął się i jeszcze raz skierował swój wzrok na znak nietoperza widniejący na niebie, czując ponownie w sercu radość i ulgę.
KONIEC












Ależ ten Joker jest podły i niewdzięczny. Najpierw sam napuścił Harley na Serenę, chcąc żeby ze sobą walczyły, a potem postanowił ją za to zabić. Co za ohydny nędznik. Jestem ciekaw, czy Harley rzeczywiście zginie, czy też może jakimś cudem zdoła przeżyć. Ale jeśli nawet, to przecież nie ma już dla niej ratunku, skoro przez tego niegodziwego skurwiela zupełnie postradała rozum i zmysły, stając się tak samo szalona i niebezpieczna jak on. A Serena w końcu poznała kryjówkę Asha. To z pewnością Alfred przekonał go, aby ją w to wszystko wtajemniczyć, bo on ją bardzo lubi, ceni i szanuje. Wie, że naprawdę można jej ufać i chciałby, aby Ash ułożył z nią sobie szczęśliwie życie. Jednak dziwi mnie to, że Serena w ogóle nie okazała zaskoczenia, kiedy dowiedziała się, że to Ash jest Batmanem, zupełnie jakby była o tym przekonana. Czyżby już od dawna się tego domyślała, a raczej miała tą pewność, że to on jest Mrocznym Rycerzem? I coś mi się zdaje, że policja w końcu się do niego przekona i zacznie z nim współpracować, bo zda sobie sprawę, że tylko on może zakończyć podłą działalność Jokera, skoro oni w żaden sposób nie są w stanie sobie z nim poradzić.
OdpowiedzUsuńNo i widzę, że się Joker doigra, bo nie dość, że porwał ukochaną Asha, a jego samego omal co nie zabił, to jeszcze na dodatek Ash przypomniał sobie, że to on zastrzelił jego rodziców. A wszystko przez to, że Joshowi puściły nerwy i nie mógł się powstrzymać od zdzielenia tego parszywca w mordę. Gdyby nie to, to pewnie skończyłoby się tylko na rabunku i kradzieży, bo przecież ci przestępcy nie zamierzali nikogo zabijać. Ale niestety Joker wziął krwawy odwet za doznaną zniewagę i zastrzelił Josha. A gdy Deila podniosła krzyk, widząc jak jej mąż pada martwy, to zabił również ją, by ją uciszyć. Asha też chciał zabić, ale ostatecznie z tego zrezygnował. I teraz Ash dokona na nim w pełni zasłużonej zemsty.
OdpowiedzUsuńChwila, moment, skąd w tej historii wzięli się Max i jego rodzice? To jakaś grupa wędrownych cyrkowców? I skąd Ash ich znał? To jest naprawdę dziwne, że pojawili się tak nagle znikąd, żeby przybyć mu z pomocą. Chyba że kolejny rozdział wszystko wyjaśni, na co liczę. :) Batman okazał się naprawdę mściwy wobec Jokera, ale wcale mu się nie dziwię po tym wszystkim, co go spotkało. A ta idiotka Harley zamiast mu pomóc, to go zaatakowała w obronie psychopaty, który posłał ją na śmierć, z czego ona w ogóle nie zdała sobie sprawy, sądząc że to tylko niegroźna zabawa. A on tymczasem naprawdę chciał się jej pozbyć. Wysłanie do Azyl Arkham nic nie da. Przecież nikt jej tam nie pomoże. Lepiej by było dla niej, gdyby poniosła śmierć, zamiast trafić w miejsce, gdzie będą się nad nią znęcać. Chyba, że wszystko się tam pozmienia po śmierci ordynatora. Może teraz będą tam pracować normalni ludzie, którzy będą leczyć swoich pacjentów i dbać o nich, zamiast się nad nimi pastwić. Choć Harley pewnie już nie da się wyleczyć, skoro zupełnie postradała rozum, do tego stopnia, że nie pojęła nawet tego, że jej ukochany chciał ją uśmiercić.
OdpowiedzUsuńZakończenie opowiadania przeczytałem i widzę, że Dawn zaprzyjaźniła się również z Alexą i że one też potrafią pokazać na co je stać, skoro potrafiły ogłuszyć pomagierów Jokera. A policja znowu okazała się do niczego nieprzydatna, bo przybyła za późno. Co za tłumoki, no naprawdę. I widać, że Clemontowi spodobała się Dawn i to z wzajemnością. :) A tłum ludzi zebranych pod katedrą rzeczywiście musiał być bardzo zaaferowany, skoro Ash mógł Serenie otwarcie wszystko wyjaśnić, bez obaw że ktoś ich podsłucha. Szkoda mi Domino, bo ona mimo wszystko nie zasłużyła sobie na taki los, który zgotował jej Joker. Po tym wydarzeniu przynajmniej wszyscy mieszkańcy miasta dowiedzieli się o istnieniu Batmana, także nie mogli już w nie wątpić, skoro ujrzeli go na własne oczy. Do tego Gordon i Dent przekonali się do niego, nawiązując z nim współpracę. I to było do przewidzenia, że Gordon zacznie chodzić z Dawn, skoro tak się sobie spodobali. :) A Alexę i jej artykuły w końcu zaczęto traktować poważnie, skoro okazało się, że nie były one wyssane z palca.
OdpowiedzUsuń