sobota, 13 stycznia 2018

Przygoda 107 cz. II

Przygoda CVII

Pikachu detektywem cz. II


Rzeczywiście, miałem niestety rację, gdyż Pancham zrobił więcej niż powinien, bo oprócz tego, że wyraźnie zalecał się on do Nowej Meloetty, to jeszcze (nie wiem, czy świadomie, czy nie) robił wszystko, aby doprowadzić do szału Oshawotta i Piplupa, którzy do końca dnia patrzyli na niego z gniewem i wyraźną niechęcią. Byli coraz bardziej wściekli jego obecnością oraz zalotami wobec Meloetty, która wyraźnie szybko polubiła Panchama.
- Mam tylko nadzieję, że ona się w nim nie zakocha - powiedziałem do Buneary, gdy szykowaliśmy się do snu.
- Ona w nim? Spokojnie, nie musisz się obawiać - zachichotała moja dziewczyna - Tego nie musisz się obawiać. Ona jest zbyt poważną osobą, aby miała się w takim podrywaczu zakochać. Jej z pewnością imponują poważne Pokemony, a on zdecydowanie do takich nie należy.
- Tak, ale w walce zawsze się sprawdza i nigdy nie zawiódł mnie jako druh.
- To prawda, jednak materiał na chłopaka z niego kiepski.
- Cieszę się, że tak mówisz, bo to wyraźnie dowodzi, iż nie mam w nim rywala.
Buneary parsknęła śmiechem.
- Rywala? W nim? Pikachu, kochanie... Ja się nigdy bym w kimś takim nie zakochała. Ja lubię jedynie odważne, szlachetne i mądre Pokemony.
- Takie jak ja?
- Powiedzmy... Ach, zapomniałam przy okazji dodać, że skromne.
Parsknąłem śmiechem, a Buneary popatrzyła na mnie czule i dodała nieco zalotnym tonem:
- Pamiętam czasy, kiedy moje zaloty odbierałeś jako nachalność.
- Oj tam, zaraz nachalność... - odparłem wesoło - Mylisz pojęcia. Po prostu dziwiło mnie to, że mogłaś się we mnie zakochać pomimo tego, iż jesteśmy oboje różnych gatunków. Poza tym zbyt emocjonalnie... To chyba dobre słowo, prawda?
- Możliwe. A więc co robiłam emocjonalnie?
- Zbyt emocjonalnie okazywałaś mi swoje uczucie i to jeszcze przy wszystkich. To mnie nieco peszyło. Ale jednocześnie zawsze byłaś urocza i bardzo sympatyczna. A kiedy nie widzieliśmy się długo, po prostu bardzo za tobą tęskniłem. Cieszyło mnie więc nasze spotkanie w Unovie.
- Tak, mnie też. Bardzo się za tobą stęskniłam i poczułam się wręcz cudownie, gdy mogłam cię znowu zobaczyć, a ty do tego jeszcze również byłeś zachwycony z mojej obecności.
- Pewnie, że byłem. Pokochałem cię, ale prawdę mówiąc chyba dopiero nasza rozłąka pozwoliła mi w pełni to zrozumieć. No, a gdy potem znowu musieliśmy się rozstać, to było mi chwilami bardzo smutno bez ciebie. Wiele o tobie myślałem, naprawdę bardzo wiele. I tęskniłem za tobą. Gdy zdecydowałaś się z nami pojechać do Alabastii, to byłem tym tak troszkę przerażony, bo nie wiedziałem, czy zdołam porzucić życie kawalera, a prócz tego jeszcze nie byłem do końca pewien twoich uczuć. No i jeszcze coś. Chodziło o to, że...
- O co, kochanie?
- O to, że przeżywaliśmy wiele naprawdę bardzo groźnych przygód i bałem się, abyś nie musiała narażać podczas nich swojego życia, które dla mnie więcej znaczy niż moje.
- Ja mam tak samo z twoim życiem - odpowiedziała mi Buneary - Dlatego cię rozumiem. Na twoim miejscu też bym nie chciała, abyś musiał niepotrzebnie narażać swoje życie. Ale tak czy siak to wszystko mamy już za sobą.
Wzięła mnie za moje łapki i uśmiechnęła się do mnie czule.
- Cieszę się, kochanie. Cieszę się, że jesteś tu ze mną, Pikachu.
- I ja się cieszę, że tu jesteś, Buneary.
Moja ukochana przytuliła się do mnie bardzo czule, a ja zachichotałem radośnie, mówiąc:
- Tyle miłości wokół nas... Szczęśliwej i nieszczęśliwej. No i jeszcze zwariowanej... Różne rodzaje miłości widzimy wokół siebie.
- Tak... A ta, co ją teraz widzimy... Miłość naszych dwóch przyjaciół do Meloetty... Jest bardzo zwariowana, ale spokojnie. Jak każda zwariowana przygoda skończy się dobrze.
- Mam taką nadzieję, Buneary, bo wolę nie myśleć o konsekwencjach takiego zwariowanego przypadku.
- Dramatyzujesz, kochanie. Będzie dobrze, zobaczysz.
- Obyś miała rację.

***


Niestety, Buneary nie miała do końca racji, ponieważ następnego dnia zaczęła się rozróba i to wręcz na całego. A wszystko przez dwa Pokemony. Pierwszym z nich był Watchog Damiana, który posprzeczał się i to ostro z Krookodilem.
- Słuchaj no, kolego! Możesz sobie innymi dyrygować, jeśli ci na to pozwolą, ale mną nie będziesz!
- Nie chcę tobą rządzić, ale uważam, że w sprawie dekorowania domu w świąteczny sposób mam większe doświadczenie niż ty, dlatego właśnie powinieneś mnie posłuchać w takiej sprawie.
Watchog spojrzał groźnie na swego rozmówcę i rzucił:
- Doceniam twoje starania, aby mi pomóc, ale ja mam własny rozum i wiem, co mam robić, a czego nie.
Krookodile zazgrzytał gniewnie zębami i zawołał:
- Posłuchaj, gryzoniu... Takim tonem może do mnie mówić tylko Ash, a ty nim nie jesteś, więc zdobądź się na odrobinę uprzejmości, dobra?!
- No i znowu zaczynasz wszystkimi rządzić! Słuchaj, jesteś naprawdę mądry oraz pomocny, ale mimo wszystko twoja zbyt wielka pewność siebie jest naprawdę irytująca. Odpuść więc, proszę cię, ponieważ nic nie zyskasz dyrygowaniem innych, dobrze?
Ktoś inny, znacznie spokojniejszy z pewnością by dał sobie spokój, ale niestety nie Krookodile. Tak, jak powiedział Watchog: on umie być mądry i pomocny, ale traci niestety zbyt szybko panowanie nad sobą, co wywołuje dość często sprzeczki. Tym razem też tak było.
- Teraz to ty dajesz mi rady, co mam robić, a co nie. Pozwól więc, że odpowiem ci tak samo, jak ty mnie. Nie dyryguj moją osobą.
- Ja tobą nie dyryguję. Ja tylko grzecznie proszę.
- I ja tylko grzecznie proszę! Pilnuj lepiej swoich przednich siekaczy, zarozumiały gryzoniu!
Ów zarozumiały gryzoń warknął wściekle i syknął:
- Słuchaj, jesteś naprawdę irytujący!
- Ty także.
- Naprawdę? Więc jak cię zaraz walnę, to zrobię się jeszcze bardziej irytujący!
- A spróbuj tylko, to jak ja ci oddam, to możesz świąt nie doczekać!
- Grozisz mi, kochasiu?!
- Tylko ostrzegam.
- Więc i ja cię ostrzegam! Lepiej nie lekceważ „głupiego gryzonia“, bo jeszcze ten głupi gryzoń może ci pokazać, na co go stać!
- Tak?! I co mi niby zrobisz, co?! Zaprezentujesz taniec dziadka do orzechów?!
Obaj adwersarze patrzyli na siebie groźnie, ale w końcu przyszła Nowa Meloetta i poprosiła, aby się uspokoili. Pod jej wpływem zarówno Watchog, jak i Krookodile postanowili odłożyć sprzeczki na inny raz (jeśli oczywiście w ogóle zamierzali do nich wracać), a potem zajęli się pomocą naszym ludzkim przyjaciołom w dekorowaniu domu.
Ale o ile ta sprzeczka była irytująca, to jeszcze bardziej irytująca była sprzeczka, jaka wybuchła nieco później, a wszystko przez Panchama, który zrobił piekielną awanturę z powodu swoich okularów przeciwsłonecznych, które otrzymał niegdyś od Sereny. Okazało się, że w nocy ktoś mu je ukradł i gdzieś ukrył. Załamany Pancham chodził po pokoju, w którym się zebrała część z nas i zaczął sprzeczkę z Oshawottem i Piplupem.
- To jeden z was mi je ukradł, jestem tego pewien! - zawołał wściekle w ich kierunku.
Oba Pokemony, choć zdecydowanie nie pałały do siebie sympatią, tym razem jednocześnie i zgodnie zaprzeczały tym plotkom.


- Posłuchaj mnie, Pancham... Nie wiem, kto ukradł ci te twoje głupie okulary, ale to nie był nikt z nas! - zawołał Oshawott.
- Właśnie! Nie opowiadaj bzdur! - dodał gniewnie Piplup, biorąc się skrzydełkami pod boki - Przecież każdy mógł je zabrać, gdy spałeś!
- Może i każdy, ale nie każdy miał do tego powód! - odpowiedział gniewnie Pancham - A wy dwaj mieliście.
- Nie mielibyśmy powodu, gdybyś tak się nie zalecał do Meloetty! - zawołał Oshawott.
- Aha, a więc przyznajecie, że mieliście powód, tak?!
- Tego nie powiedziałem.
- Ale to sugerujesz!
- Słuchaj, koleś... Bez takich, dobra?! Może Piplup miałby powody, ale na pewno nie ja.
Piplup spojrzał gniewnie na Oshawotta i zawołał:
- Że słucham?! Ja miałbym powód?! A ty to może nie, Casanovo od siedmiu boleści?!
- Że co?! - krzyknął Oshawott - Nie wciskaj mi kitów! To ty miałeś o wiele więcej powód do kradzieży niż ja!
- A to niby czemu?
- Bo tobie bardziej odbija z powodu Meloetty!
- A tobie to niby nie odbija?!
- Weź się już lepiej przymknij!
- To ty się przymknij i przyznaj do kradzieży!
- Nie mam się do czego przyznawać!
- Ja tym bardziej!
Oba Pokemony znów zaczęły na siebie patrzeć wilkiem, a ja załamany, obserwując to z daleka, pokręciłem lekko głową.
- O nie! Naprawdę! Ja ich za chwilę... Ja naprawdę...
- Oj, coś mi mówi, że teraz sprawa się jeszcze bardziej zagmatwała - powiedział Buizel, podchodząc do mnie.
- Tak, a żebyś wiedział. Od początku mówiłem, że to beznadziejny pomysł, ale mnie oczywiście się nie słucha, bo po co?
- Oj, daj już spokój... Dobra, obaj się znowu posprzeczali, ale bo to pierwszy raz? Pogodzą się jak zawsze.
Właśnie w tej samej chwili Oshawott i Piplup skoczyli sobie do oczu i zaczęli się nawzajem prać.
- Pogodzą, tak? - rzuciłem złośliwie, obserwując tę scenę - Właśnie widzę, jak to robią.
- Męska przyjaźń, co? - zapytała zadziornym tonem Buneary, stając obok mnie.
- Tak, czasami właśnie tak się ona objawia - zachichotał dowcipnie Buizel.
Nie wiem, skąd miał on tyle humoru w sobie, bo mnie jakoś wcale nie było do śmiechu, a wręcz przeciwnie... Miałem wręcz ochotę wrzeszczeć z rozpaczy.
- To co? Rozdzielamy ich? - spytała Buneary.
- Jak ich walnę piorunem, to może się uspokoją.
- Tak albo wkurzą jeszcze bardziej.
- To co robimy?
- Ja ich rozdzielę - odezwał się Krookodile.
To mówiąc podszedł on powoli do walczących i rozdzielił ich swoimi silnymi łapami, każdego z adwersarzy łapiąc jedną łapą, a następnie powoli podnosząc ich w górę. Obaj przeciwnicy próbowali mu się przez chwilę wyrwać i dosięgnąć się nawzajem, ale Krookodile nie pozwolił im na to.
- Jak się uspokoicie, to was puszczę! - zawołał wściekłym tonem, po czym widząc, że ci powoli zaczynają tracić zapał do bijatyki - No, to jak? Uspokoicie się, czy może mam zdzielić jednego i drugiego przez łeb?!
Piplup i Oshawott powoli się uspokoili, choć ich oczy wciąż ciskały gromy oraz błyskawice.
- No dobrze, moi kochani - powiedziała gniewnym tonem Buneary, podchodząc do nich powoli - Skoro już się uspokoiliście, to może zechcecie na spokojnie o wszystkim z nami porozmawiać.
- Zgoda, ale pod warunkiem, że nie będziemy musieli słuchać oskarżeń pod swoim adresem - powiedział Piplup.
- I że nie będę musiał wysłuchiwać oskarżeń tego bubka - warknął gniewnie Oshawott.
- Bubka?! Ja ci zaraz dam bubka, ty...!
- Spokój! - wrzasnął na nich Krookodile - Naprawdę zaraz stracę do was cierpliwość i walnę jednego i drugiego przez pusty łeb! Więc jak? Czy uspokoicie się, czy może mam chcecie oberwać po guzie?!
W końcu oba Pokemony obiecały się uspokoić i Krookodile spokojnie postawił ich na podłodze.
- Dobrze, a więc spróbujmy sobie coś wyjaśnić - powiedział po chwili dosyć ponurym tonem Krookodile - Obaj jesteście oskarżeni o kradzież okularów Panchama.
- Poprawka! - zawołał Buizel - Oni nie są oskarżeni, tylko podejrzani, a to spora różnica.
- Też mi coś! - krzyknął oburzony Pancham - Chcę z powrotem moje okulary!
- A nie możesz sobie kupić nowych?! - zawołał Piplup - Albo poprosić swoją trenerkę o nowe?
- Ja chcę z powrotem te, które miałem! - odpowiedział mu gniewnie Pancham - I lepiej dla was, aby się znalazły, bo jak nie, to potraktuję was swoją mocą!
- Spokojnie, moi kochani! Tylko spokojnie! - skarcił ich Buizel - Cała ta sprawa nie wygląda najlepiej, ale mimo wszystko nie widzę powodu do takiego wściekania się. Przecież wszystko można na spokojnie wyjaśnić.
- Niby jak, kiedy ci dwaj nie chcą się przyznać?! - zawołał Pancham.
- Niby do czego mamy się przyznać?! - warknął Piplup.
- Właśnie! My przecież nic nie zrobiliśmy! - dodał równie wściekły Oshawott.
- Chociaż raz jesteście zgodni ze sobą - zaśmiała się Buneary, ale tylko rozdrażniła ich jeszcze bardziej, zamiast rozbawić.
- Kochani, uspokójcie się! - powiedział Buizel - Sprawa jest poważna, ale mimo wszystko nie widzę powodu do desperacji. Po prostu opowiedzcie nam, co robiliście w nocy i po sprawie.
- A co mieliśmy robić?! Spaliśmy! - warknął Oshawott.
- Ano właśnie! Po co zadajesz nam takie głupie pytania, co?! - dodał Piplup.
- Chociaż raz są w czym zgodni - zaśmiała się po cichu Buneary, patrząc na mnie.
- No i widzicie? Nie chcą się przyznać! - zawołał Pancham - Ech, nie ma co! Trzeba z nimi porozmawiać po naszemu! Krookodile, weź ich walnij raz, a dobrze!
- Jak widzę te ich sprzeczki, to mam na to wielką ochotę, ale mimo wszystko tak sobie myślę, że chyba jednak nie powinniśmy postępować jak barbarzyńcy - odpowiedział Krookodile - Musimy podejść do tej sprawy praktycznie, czy może nawet naukowo. Po pierwsze...
- Hej! Znowu zaczynasz nami rządzić?! - zawołał Oshawott - Lepiej o tym zapomnij, bo nie zamierzam cię słuchać.
- Weź się lepiej tak nie mądrz, bo jak cię walnę...
- Aha... Czyli jednak postępujemy jak barbarzyńcy?!
- Nie pyskuj się, bo jesteś za chudy w uszach! Jak cię zaraz...
- Uspokójcie się, proszę! - odezwał się nagle czyiś bardzo spokojny, aczkolwiek stanowczy głos.
Do pokoju wkroczyła Kirlia (Pokemon Anabel) w towarzystwie Nowej Meloetty. Obie miały bardzo smutną minę na swych twarzach, a zwłaszcza ta druga, która patrzyła załamanym wzrokiem na Oshawotta i Piplupa, ci zaś spuścili smutno głowy i milczeli, bo najwyraźniej widok wybranki ich serc przygnębionej wyraźnie ich zdołował. Dlatego też chociaż na chwilę obaj postanowili oni porzucić swój gniewny ton i w miarę swoich możliwości się uspokoić.
- Kochani, naprawdę rani mnie to, co wy wyprawiacie - powiedziała do nich smutnym tonem - Proszę, przestańcie się już kłócić. Ja nie wierzę w waszą winę, dlatego też proszę, pomóżcie nam wyjaśnić tę sprawę tak, aby wszystko stało się jasne.
- No właśnie - dodała Kirlia poważnym tonem - Ja osobiście jestem zdania, że w obecnej sytuacji cała ta sprawa jest na tyle nieprzyjemna, iż powinniśmy poprowadzić śledztwo.
- Dobrze, ale kto je poprowadzi? - spytał Buizel - Ash?
- Nie, dajcie spokój Ashowi. On ma teraz inne sprawy na głowie niż zajmowanie się jakimiś bzdurami - powiedziałem poważnym tonem.
- Pikachu ma rację. On ma teraz swoje sprawy na głowie, więc my nie powinniśmy mu zawracać głowę naszym bzdurami - stwierdziła na to Kirlia - Uważam, że śledztwo powinien poprowadzić ktoś inny, kto jednak posiada spore doświadczenie w tej sprawie.
- Właśnie! - zawołała wesoło Buneary, kładąc mi łapkę na ramieniu - Niech Pikachu poprowadzi śledztwo!
Zdziwiłem się bardzo mocno, kiedy to usłyszałem.
- Ja? Detektywem? Chyba przesadzasz, skarbie. Ja przecież nie mam żadnych zdolności do rozwiązywania zagadek.
- Tak, jasne... I komu wciskasz takie kity? - rzucił dowcipnie Buizel - Przecież ciągle towarzyszysz Ashowi w jego przygodach. Widziałeś, jak on rozwiązuje zagadki. Na pewno musiałeś się nauczyć tego i owego.
- No, tego i owego to ja się nauczyłem, ale mimo wszystko daleko mi do Sherlocka Asha.
- Spokojnie, nie musisz być aż tak genialny, jak on, aby rozwiązać tę sprawę - stwierdził Buizel - Jestem pewien, że ta sprawa jest bardzo łatwa i bez trudu rozwikłasz tę zagadkę.
- Na pewno rozwikłasz. To więcej niż pewne - dodała Buneary - A ja ci chętnie w tym pomogę, jak Serena Ashowi. To jak? Rozwiążesz tę zagadkę? Podejmiesz się tego zadania?
Pomyślałem przez chwilę i rozejrzałem się dookoła siebie. Widziałem, że wszyscy zebrani w pokoju patrzyli w moją stronę, z uwagą oczekując mojej odpowiedzi. No, a do tego jeszcze Buneary spoglądała na mnie tymi swoimi słodkimi oczkami. Wiedziałem, że nie jestem w stanie jej niczego odmówić, a już na pewno nie spełnienia takiej prośby. Poza tym wyraźnie wszyscy tego ode mnie oczekiwali. Zastanowiłem się więc przez chwilę i w końcu westchnąłem, mówiąc:
- Dobrze, zgoda. Zajmę się tą sprawą, choć proszę... Nie oczekujcie ode mnie zbyt wiele.
Wszystkie Pokemony radośnie zaklaskały w łapki i krzyknęły głośno z zachwytu, a Buneary powiedziała, żebym poczekał przez chwilę, po czym zniknęła z pokoju, a następnie powróciła razem z moim strojem detektywa. Zadowolony założyłem go na siebie i powiedziałem:
- Dobrze, a więc zaczynamy zabawę!

***


Wraz z Buneary przesłuchałem dokładnie Piplupa i Oshawotta, ale niestety, nie dowiedziałem się od nich niczego. Obaj twierdzili uparcie, że nie wychodzili w nocy nigdzie, tylko spali spokojnie na swoich posłaniach. Ja jednak czułem, że coś jest nie tak w ich zeznaniach i bardzo chciałem to zrozumieć. Szczególnie Oshawott wydawał się coś kręcić. Sam Pancham z kolei spał w nocy i niczego nie widział, co było dość dziwne, ponieważ zwykle miał dość lekki sen, a okulary zawsze nosił na głowie, więc gdyby ktoś próbował zdjąć mu ów prezent od Sereny, to zdecydowanie musiałby go obudzić, a mimo tego tak się nie stało.
- To bardzo dziwne - powiedziałem załamanym głosem, kiedy zostałem sam na sam z Buneary - Pancham, z tego co pamiętam, nigdy nie miał twardego snu. Wręcz przeciwnie, dość łatwo było go obudzić. Jak to więc możliwe, że nie wyczuł tego, iż ktoś majstruje mu przy głowie?
- To rzeczywiście bardzo dziwnie -  dodała Buneary, zastanawiając się nad tym - Sama nie wiem, jak mam to rozumieć. Ale może wyjaśnienie jest bardzo proste?
- Bardzo bym tego chciał, kochanie, ale to chyba jest niemożliwe. Ktoś zabiera Panchamowi okulary i to jeszcze z jego głowy, a mimo wszystko ten się nie budzi. A prócz tego rodzi się nam kolejne pytanie. Gdzie złodziej schował te okulary? Przecież nie mogły one tak po prostu zniknąć!
- Najlepszym wyjściem z sytuacji będzie obszukać cały dom. Chyba możemy zmobilizować Pokemony do tego, żeby zrewidowały one całą willę profesora Oaka i zbadać wszystko dokładnie.
- Dobrze, tylko musimy poprosić o to tylko zaufane osoby.
- Dlaczego?
- Bo jeśli wśród nas jest złodziej, nie możemy kazać mu brać udział w rewizji, bo przecież jeszcze usunie łup i przeniesie go w inne miejsce.
- Racja... Tylko komu możemy w pełni zaufać?
- Nie mam pojęcia... Zaczynam sądzić, że to może być każdy, nawet ja sam w jakimś transie...
Buneary położyła mi łapkę na ramieniu i powiedziała:
- Spokojnie, Pikachu. Tylko spokojnie. Skoro nie możemy nikomu w pełni zaufać, sami przeszukajmy dom.
- No, trochę nam to zajmie.
- Być może, ale zawsze lepsze jest to niż powierzać tak ważną misję złodziejowi...
Nie mogłem nie przyznać jej racji, dlatego tylko pokiwałem smutno głową i wyraziłem zgodę na pomysł mojej ukochanej.

***


Chociaż było to dość długie i żmudne zajęcie, to zaczęliśmy spokojnie przeszukiwać wszystkie pokoje w willi profesora Oaka jeden po drugim. Nasza obecność wyraźnie zdziwiła naszych ludzkich przyjaciół, jednak nie zadawali nam oni zbędnych pytań głównie z tego powodu, że po prostu nie znali naszego języka, a w języku migowym poza Ashem i Sereną raczej nikt nie umie z nami rozmawiać. No, może jeszcze Anabel, ale ona akurat była zbyt zajęta, aby móc z nami porozmawiać. Dlatego właśnie, przez nikogo nie zatrzymywani przeszukiwaliśmy dokładnie pokój po pokoju. I pewnie jeszcze długo byśmy to robili, gdyby nie fakt, że nagle natknęliśmy się na coś, co zmieniło nasze plany. Mianowicie tym czymś był leżący na ziemi bez przytomności Krookodile, którego znaleźliśmy w jednym z pokoi.
- O rany! - pisnęła przerażona Buneary, widząc to wszystko.
Podbiegliśmy do niego i zaczęliśmy go cucić. Pokemon powoli zaczął odzyskiwać przytomność, aż w końcu pozbierał się i jęknął:
- O rany! Moja dyńka! Ale mnie ktoś załatwił.
Następnie spojrzał na nas i spytał, co my tu robimy.
- Szukamy okularów Panchama, ale zamiast tego znaleźliśmy ciebie - powiedziała Buneary - Co się z tobą stało?
- Nie mam pojęcia. Byłem tutaj i myślałem nad tym wszystkim, co tu się stało, kiedy nagle poczułem jakieś ciężkie uderzenie w głowę i padłem na podłogę.
- Kto cię uderzył? - spytałem.
- Nie wiem, ale to musiał być ktoś bardzo silny. Mówię ci, łeb mnie boli tak, jakby mnie ktoś młotkiem zaprawił...
- I pewnie tak było. Słuchaj, a gdzie twoje okulary?
- Moje okulary? Na głowie, a niby gdzie mają... być...
Krookodile jęknął przerażony i zaczął szybko dotykać rękami swojej głowy.
- O nie! To niemożliwe! Gdzie one są?! Gdzie one zniknęły?! Gdzie są moje okulary?!
Przerażony zaczął biegać po całym pokoju i przetrząsać wszystkie kąty, ale oczywiście niczego nie znalazł, co wywołało w nim jeszcze większe przerażenie.
- To niemożliwe! Moje okulary! Moje piękne, wspaniałe okulary! Kto mógł mi je... Zaraz! A to, co takiego?
To mówiąc podniósł on z podłogi niewielką muszelkę.
- Widzicie to, co ja? - spytał.
- Wygląda jak muszelka Oshawotta - powiedziała Buneary.
- To jest muszelka Oshawotta - stwierdziłem z całą pewnością - Ciągle nosi ją na brzuchu.
- Ciekawe, jak nam to wyjaśni - zazgrzytał przez zęby Krookodile.

***


Dość szybko nasza trójka odnalazła Oshawotta, którego to zaczęliśmy przesłuchiwać w tej sprawie. Ten oczywiście zareagował oburzeniem na wszelkie zarzuty.
- Kategorycznie i stanowczo zaprzeczam tym wszystkim potwarzom kierowanym pod moim adresem! - zawołał wściekłym tonem.
- A więc jak wyjaśnisz nam to, że twoją muszlę znaleźliśmy tuż przy nieprzytomnym Krookodilem? - spytałem.
- Nie wiem! Ktoś musiał ją podrzucić, żeby mnie pogrążyć!
- Naprawdę? - warknął Krookodile, masując sobie obolałą głowę - A może jeszcze mi powiesz, że ten ktoś walnął mnie w głowę, zabrał okulary i zostawił tę muszelkę, aby cię obciążyć?
- Na to wychodzi.
- Słuchaj, kolego... Jesteś naprawdę bezczelnie zarozumiały, ale chyba nie do tego stopnia, aby sądzić, że w to uwierzymy, co?!
Oshawott popatrzył na niego zdumiony i jęknął:
- To wierutna bzdura! Ktoś próbuje mnie wrobić! I nawet wiem, kto! To na pewno jest robota Piplupa!
- Naprawdę? - spytałem ironicznie.
- Słuchaj, ty zawsze miałeś talent do wyolbrzymiania wszystkiego, ale chyba nie chcesz nam teraz wmówić, że Piplup ogłuszył czymś twardym Krookodile’a - powiedziała Buneary - Jest na to za mały, a poza tym jeszcze nie ma dość siły, aby unieść ciężki przedmiot. Za to ty i owszem. Masz taką siłę. I całkiem dobrze skaczesz. Mógłbyś więc dosięgnąć przeciwnika dużo razy większego od siebie.
- Opowiadasz bzdury! Nie zamierzam tego dłużej słuchać! Idę stąd!
Już miał odejść, kiedy zatrzymaliśmy go.
- Nigdzie stąd nie pójdziesz - powiedziałem stanowczo - Dopóki cała ta sprawa się nie wyjaśni, jesteś zatrzymany.
- Słucham? Chyba sobie żarty stroisz!
- Nigdy nie byłem bardziej poważny.
Oshawott był oburzony, ale niewiele mógł zrobić. Infernape wraz z Buizelem związali go i trzymali pod swoją strażą w osobnym pokoju do czasu, aż wyjaśnimy tę sprawę. Obaj też mieli zadbać o to, aby nikt z ludzi tego nie widział. Uznaliśmy bowiem, że lepiej będzie ich w te sprawę nie mieszać. Mogliby tylko nam zaszkodzić zamiast pomóc. No, a poza tym sami chcieliśmy rozwiązać nasz problem.

***


- A więc sprawa zamiast się wyjaśnić jeszcze bardziej się zagmatwała - powiedziałem załamany, kiedy rozważałem to wszystko wraz z Buneary.
- Ja nie wierzę, żeby Oshawott mógł to zrobić - dodałam - A poza tym jaki miałby mieć motyw?
- O motyw akurat tutaj bardzo łatwo - zauważyłem.
- A niby jaki?
- Niechęć do Krookodile’a. Przecież parę razy się z nim posprzeczał i wyraźnie podważał jego autorytet. To by wystarczyło, aby go chciał zdzielić czymś twardym. A poza tym słyszałaś, co on mówił. Oskarżał Piplupa o to przestępstwo. Może więc chcieć w ten sposób pozbyć się rywala do serca Meloetty.
- To by miało sens, ale po co wobec tego zostawił swoją muszelkę na miejscu przestępstwa?
- Jest fajtłapą i tyle. Często ta muszla mu spada z brzucha, więc równie dobrze teraz też mógł ją zgubić.
- To brzmi sensownie, jednak mimo wszystko trudno mi w to uwierzyć.
- Mnie też, ale chyba nie mamy innego wyjścia.
Wtem do pokoju weszły Nowa Meloetta oraz Kirlia.
- Jak idą postępy w śledztwie? - spytała ta pierwsza.
- Raczej kiepsko - odpowiedziałem - Bo teraz zamiast jednej zagadki mamy dwie. Krookodile dostał po głowie i jego okulary też zniknęły.
- Wiem, słyszałyśmy już - powiedziała Kirlia - Widziałyśmy go tak z niecałą godzinę temu, jak szedł na górę, aby pomyśleć, a potem obie się dowiadujemy, że go zaatakowano.
- Godzinę temu, powiadasz? - spytałem, patrząc na nią uważnie - To ciekawe. Ciekawi mnie, kto z Pokemonów jeszcze go widział. Trzeba by ich wszystkich przesłuchiwać i sprawdzić ich alibi.
- Zanim to zrobicie, to Meloetta chce wam coś powiedzieć.
Spojrzeliśmy uważnie na Pokemonkę czekając na jej rewelacje.
- Słuchamy cię. Mów, proszę - rzekła Buneary.
Nowa Meloetta zasmucona złączyła ze sobą swoje łapki, delikatnie się zarumieniła, spuściła głowę i rzekła:
- To ja ukradłam te okulary.
Spojrzeliśmy na nią uważnie i zarazem przerażeni jej słowami.
- Jak to?! Ty je ukradłaś?! - zawołała zaszokowana Buneary.
- A przepraszam, o których okularach mówimy? - dodałem.
- O tych Panchama - padła odpowiedź.
- Dlaczego? Dlaczego to zrobiłaś?
- Pancham zaczął mnie już bardzo denerwować swoim zachowaniem. Był naprawdę wkurzający. Sam się też do mnie przystawiać i popisywać, co to on nie potrafi. Chciałam mu dać nauczkę i w nocy zabrałam mu jego najcenniejszą rzecz.
- Czyli okulary przeciwsłoneczne - jęknęła Buneary - No i co? Nie zauważył, że mu je kradniesz?
- Obudził się, ale zaczęłam mu nucić kołysankę, która wraz z moimi mocami uśpiła go i po kłopocie.
- A co z Krookodilem? - spytałem.
- Z atakiem na niego nie mam nic wspólnego. Nie wiem, kto za to odpowiada. Ja tylko zabrałam Panchamowi jego okulary przeciwsłoneczne. Ale jak zobaczyłam, że Piplup i Oshawott oskarżają się nawzajem o tę kradzież i powstaje z tego powodu zamieszanie, poczułam, że przesadziłam, więc jestem i przyznaję się.
- Dobrze... Gdzie schowałaś te okulary?
- W dziupli w drzewie przed domem.
- Przed którym drzewem?
- Tym, które rośnie samotnie niedaleko głównego wejścia.
- Zaraz sprawdzimy. Chodźmy tam.
Wyszliśmy przed dom i dotarliśmy bez trudu do drzewa wskazanego przez naszą przyjaciółkę. Tylko tam znajdowała się dziupla i tam można było ukryć łup.
- To tutaj - powiedziała Nowa Meloetta - Tu je ukryłam.
Powoli wszedłem do środka i zacząłem uważnie przeglądać zawartość dziupli. Niestety, oprócz zwiędłych oraz bardzo suchych liści nie było tam praktycznie niczego. Jeśli nawet były tam okulary, to już ich tam nie było. Załamany powoli wyszedłem z dziupli i powiedziałem:
- Okularów tam nie ma.
- CO?! Jak to, nie ma?! - krzyknęła przerażona Nowa Meloetta.
- Przecież muszą tam być! - dodała równie zdumiona Buneary.
- Ale ich nie ma. Sprawdziłem dziuplę bardzo dokładnie. Nie ma tam nic prócz liści - powiedziałem przygnębiony.
- Skoro tak, to kto je zabrał? - spytała Kirlia.
Tego jednak wtedy nie wiedziałem.

***


- Jesteś pewna, że tam właśnie schowałaś te okulary? - zapytałem, gdy po chwili rozmawialiśmy o tym w domu.
- Tak, jestem tego pewna - odpowiedziała mi Nowa Meloetta bardzo załamanym, wręcz płaczliwym głosem - Naprawdę nie rozumiem tego, co się tutaj stało.
- Pomyśl przez chwilę i najlepiej na spokojnie - powiedziała Kirlia -Być może coś pomyliłaś.
- Niby co?
- Wiesz... Może po prostu schowałaś te okulary do innej dziupli?
- Nie... Ja jestem całkowicie pewna, że to była właśnie ta dziupla i to właśnie drzewo.
- Czyli nie masz najmniejszych wątpliwości, że schowałaś okulary w tym miejscu, a nie innym?
- Dokładnie tak. Jestem tego całkowicie pewna.
- No dobrze, ale powiedz mi wobec tego, dlaczego ich teraz nie ma - powiedziałem, patrząc na nią uważnie.
- Nie mam pojęcia - Nowa Meloetta rozłożyła bezradnie łapki - Ja naprawdę nic już z tego nie rozumiem, Pikachu. Okulary powinny tam być. Kto mógł je zabrać? I dlaczego?
- Dobre pytanie. Będziemy musieli dokładnie to zbadać.
Usiadłem na dywanie i zacząłem o tym wszystkim myśleć. Buneary z Kirlią i Meloettą rozmawiały ze sobą, a ja tymczasem powoli zamknąłem oczy, próbując jakoś analizować wszystkie fakty. Widziałem wiele razy, jak Ash to robił (choć on woli myśleć chodząc po pokoju), więc uznałem, że i mnie może taki sposób rozmyślania pomóc. Ale cóż... Okazało się jednak, iż nie jest to wcale takie proste.
- Ech, to po prostu beznadziejne. Mamy tu zbyt wielu podejrzanych - powiedziałem chwilę później - Ja nie wiem, co mam robić.
- Spokojnie. Przede wszystkim nie możesz się poddawać - rzekła po chwili moja ukochana.
- Właśnie! - zgodziła się z nią Kirlia - Trzeba wszystko załatwić na spokojnie. Może po prostu spróbujmy lepiej się przyjrzeć tej dziupli?
- To dobry pomysł. Może coś tam znajdziemy? - zasugerowała Nowa Meloetta.
Nie miałem wielkich nadziei w tej sprawie, ale mimo to wyraziłem na zgodę na ten plan i pokiwałem lekko głową.
- Dobrze. Przyjrzyjmy się temu miejscu - powiedziałem.
Poszliśmy razem do dziupli i przyjrzeliśmy się jej bardzo dokładnie. Początkowo niczego tam nie zauważyliśmy, a w każdym razie niczego, co by mogło wzbudzić nasze podejrzenia. Jednak po uważniejszej obserwacji odkryliśmy coś, czego wcześniej nie zauważyliśmy. Mianowicie tuż przy dziupli, na zewnętrznej stronie drzewa znajdowały się jakieś dziwne ślady.
- Co to takiego? - spytała Meloetta, lewitując tuż przy mnie.
Trzymając się jedną łapką dziupli, drugą dotknąłem tych śladów i po chwili powiedziałem:
- Wygląda mi to na ślady pazurów. Jeszcze świeże, więc zrobiono je niedawno.
- Pazurów? - spytała Buneary, stojąca na ziemi wraz z Kirlią.
- Tak, pazurów. Nie jestem do końca pewien, ale wydaje mi się, że to pazury Watchoga.
- Watchoga? - zapytała Kirlia.
- Tak, właśnie jego. Widziałem wiele razy ślady jego pazurów i mogę powiedzieć z prawie stuprocentową pewnością, że to on je tu zostawił.
- Czyli to on je zabrał? - zdziwiła się Nowa Meloetta - Ale po co?
- To może jeszcze nie oznaczać jego winy - zauważyłem - Równie dobrze mógł tutaj wejść całkowicie przypadkowo i w sprawie w ogóle nie związanej ze śledztwem. Czysty przypadek i tyle.
- Coś chyba trochę za dużo tych przypadków, nie sądzisz? - mruknęła wyraźnie niezadowolona Buneary.
- Tak, być może - odpowiedziałem jej, schodząc powoli na ziemię - Ale bardziej niepokoi mnie coś innego.
- Co takiego?
- To, że przecież Watchog nie ma praktycznie żadnego motywu, aby kraść okulary Panchama.
- A okulary Krookodile’a? - spytała Kirlia.
- A to już nieco inna sprawa - powiedziałem z lekkim uśmiechem na pyszczku - Dzisiaj rano obaj się posprzeczali i to mocno. Wszyscy to chyba widzieliśmy. Watchog mógł więc chcieć się zemścić na Krookodile’u za to, co od niego dzisiaj usłyszał... Albo też (co moim zdaniem jest już bardziej prawdopodobne) Krookodile znowu próbował nim dyrygować i przez to doszło do kolejnej sprzeczki między nimi, która to sprzeczka zakończyła się walnięciem jednego adwersarza w głowę przez drugiego.
- No, ale przecież Krookodile nie widział, kto go uderzył - zauważyła Buneary.
- I co z tego? Watchog mógł w gniewie pójść za nim i zdzielić go przez łeb tym, co mu akurat wpadło w ręce.
- A po co potem zabrał mu okulary?
- Nie wiem... Może uznał, że to ważna dla jego adwersarza rzecz, więc go bardziej zrani, jeżeli mu ją zabierze? Zresztą nie mam pojęcia. Jak go znajdziemy, to go przepytamy.
- Tylko jak my go teraz znajdziemy? - spytała Kirlia.
- To proste. Rozdzielimy się i przeszukamy cały dom - odparłem.
- A jeśli już go tu nie ma? - zapytała Meloetta.
- To potem przeszukamy pobliskie lasy - odpowiedziałem jej - Po prostu musimy to zrobić, ale w miarę możliwości szybko, bo inaczej on nam ucieknie.
- Dobrze, to od czego zaczynamy? - spytałam.
- Ja proponuję taki podział zadań: każde z nas rozdzieli się i przeszuka inną część domu. W ten sposób o wiele szybciej to załatwimy.
- Jesteś genialny! - zawołała radośnie Kirlia, patrząc na mnie pełnym zachwytu wzrokiem - Prawdziwy geniusz!
- Dziękuję. Przez grzeczność nie będę zaprzeczał - odpowiedziałem jej dowcipnym tonem.
Buneary spojrzała na mnie groźnie, ale nic nie powiedziała. Widać jednak było, iż ta czułość ze strony Kirlii bardzo jej się nie podoba.
- Dobrze, a więc idziemy - zarządziłem po chwili - Niech każde z nas weźmie inną część domu, a potem spotkamy się wszyscy tutaj, dobrze?
- Nie ma sprawy! - zawołała Meloetta bojowym tonem - Do dzieła, Pikachu!
- Poszukiwania czas zacząć! - dodała Kirlia.
- No, to w drogę! - odparłem wesoło.
Chwilę później Nowa Meloetta i Kirlia rozdzieliły się, a ja już miałem iść, gdy nagle zauważyłem ponurą minę Buneary.
- No co? - zdziwiłem się.
- Och, jesteś genialny... Przez grzeczność nie będę zaprzeczał - rzuciła ironicznie moja dziewczyna.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi.
- I nie musisz. Nic nie musisz rozumieć.
Po tych słowach Buneary poszła sprawdzać swoją część domu.
- Ech... Weź tu zrozum kobiety - jęknąłem załamany.

***


Przeszukałem dokładnie północną część domu, podczas gdy Buneary sprawdziła południową, Kirlia wschodnią, zaś Nowa Meloetta zachodnią. Poszukiwania niestety nie dały żadnego rezultatu, ponieważ nigdzie nie było Watchoga i nikt, kogo byśmy o niego zapytali, nawet go nie widział. Zasmucony i dość mocno przygnębiony tym faktem powoli poszedłem na miejsce spotkania. Niedługo potem zjawiła się tam Buneary.
- Znalazłeś go? - spytała mnie.
- Nie... Ty także nie?
- Niestety... Nikt go nigdzie nie widział.
- Czyli wychodzi na to, że już zwiał z domu i poszedł ukryć gdzieś swój łup i pewnie siebie także.
- Tylko co on teraz zamierza zrobić?
- Nie mam pojęcia, ale wiesz co, Buneary? To wszystko zaczyna mnie już naprawdę ździebko irytować, jeśli nie więcej. Będę naprawdę bardzo zadowolony, kiedy już cała ta sprawa zostanie zakończona.
- Szczerze mówiąc ja także.
Chwilę później na miejscu spotkania, czyli tuż pod drzewem, gdzie ostatnio rozmawialiśmy pojawiła się Nowa Meloetta. Była wyraźnie bardzo przygnębiona.
- Niech zgadnę. Nie znalazłaś go? - bardziej stwierdziłem niż spytałem.
- Niestety... Nikt, kogo bym o niego spytała, nie widział go. Wiesz, to zupełnie tak, jakby się zapadł pod ziemię.
- Spokojnie, on jest nad ziemią, to więcej niż pewne - odpowiedziała Buneary - Tylko gdzie?
- No właśnie, dobre pytanie - powiedziałem, mrucząc lekko i gładząc sobie podbródek - Spróbujmy myśleć tak, jak on. Gdyby był nim i tak bym narozrabiał, to dokąd bym się udał?
- Pewnie poszedł do lasu, który tu niedaleko rośnie.
- Fajnie. Tyle tylko, że ten las jest naprawdę spory. Szukanie go w nim to szukanie igły w stogu siana. A propos igły... Gdzie jest Kirlia?
- Nie wiem, nie widziałam jej. Może dalej szuka we wschodniej części domu Watchoga?
- Możliwe, ale nie powinna już skończyć? To dziwne.
- Zaraz dziwne. Może po prostu dłużej jej to zajmuje niż nam.
- Może... Ale lepiej będzie, jeśli o nią zapytamy.
Po tych słowach weszliśmy do domu, gdzie spotkaliśmy Sylveon.
- Cześć - powiedziała do nas przyjaźnie - Szukacie dalej Watchoga?
- Tak, a co? Widziałaś go może? - spytała Buneary.
- Nie, ale za to widziałam Kirlię, jak wybiega z domu. Była bardzo wzburzona, jeśli można to tak nazwać.
- Wzburzona? - zdziwiłem się.
- No tak. A w każdym razie bardzo przejęta. Nie wiem, co się stało, ale pędziła, jakby ją furie goniły.
- Dokąd pobiegła?
- Na południe... Wzdłuż tej ścieżki, która odchodzi od tego dębu z dziuplą.
Podeszliśmy do okna i pokazałem łapką na dąb, przy którym przed chwilą rozmawialiśmy.
- Mówisz o tym dębie?
- Tak, właśnie o tym.
- Czyli poszła ścieżką odchodzącą od tego dębu i zniknęła w lesie?
- Tak, właśnie tak. A co? Stało się coś?
- Tego jeszcze nie wiem, ale być może tak. Lepiej będzie to sprawdzić. Dzięki, Sylveon!
- Do usług! - zawołała za nami Sylveon, kiedy zniknęliśmy po chwili przez drzwi domu.

***


Ruszyliśmy biegiem w kierunku lasu, trzymając się oczywiście ścieżki wychodzącej od dębu rosnącego nieopodal willi profesora Oaka. Pędziliśmy szybko, co Rapidash wyskoczy.
- Oby tylko nie było za późno - powiedziałem.
- Obawiasz się, że Kirlia wpadła na trop Watchoga? - spytała Buneary.
- Tak, a jeśli Watchog jest winny, to może zrobić jej krzywdę.
- Nie sądzę. Chyba raczej ona jemu.
- Tak? Krookodile jest od niego sporo większy i silniejszy i zobacz, jak bez trudu go załatwił.
- No... W sumie racja.
- Widzisz... Nie można lekceważyć przeciwnika. Nie wiadomo, co on może zrobić.
- Ale chyba Kirlia zdoła się przed nim obronić, jakby co - powiedziała Nowa Meloetta, po czym dodała: - Prawda?
Nagle dał się słyszeć głośny krzyk przerażenia oraz wołanie:
- Ratunku! Na pomoc!
- Wystarczy ci za odpowiedź? - spytała Buneary.
- Szybko! - dodałem i ruszyłem biegiem przed siebie.
Buneary i Nowa Meloetta szybko dołączyły do mnie i biegły tuż obok mnie, dysząc z przerażenia.
- Żebyśmy tylko zdążyli - wydyszała Nowa Meloetta.
W końcu dobiegliśmy do miejsca, z którego to dobiegały nas okrzyki wzywające pomocy. Wtedy zauważyliśmy, że wydawała je z siebie Kirlia przygniatana mocno do ziemi przez Watchoga, który uderzał ją zaciekle pięściami po plecach i głowie.
- O nie! On ją zabije! - krzyknęła przerażona Nowa Meloetta.
- Zrób coś, Pikachu! - pisnęła równie zaniepokojona Buneary.
Niewiele myśląc szybko strzeliłem w Watchoga piorunem, w ten oto sposób przerywając jego atak na Kirlię. Buneary zaś rzuciła się biegiem na napastnika i uderzyła go z główki prosto w brzuch, strącając go z naszej przyjaciółki.
- Nic ci nie jest?! - spytała Nowa Meloetta, podbiegając do Kirli.
- Spokojnie... Jestem tylko trochę obolała... Ale to nic - jęknęła Kirlia załamanym głosem.
Ja tymczasem, niewiele czekając, skoczyłem w kierunku Watchoga i uderzyłem go mocno Stalowym Ogonem prosto między oczy, w ten sposób pozbawiając go przytomności.
- No i po krzyku - powiedziałem - Już wszystko dobrze.
- Och, Pikachu! Dziękuję ci! Jesteś wielki! - zawołała Kirlia, rzucając mi się na szyję i ściskając mnie zachłannie.
Ja poczułem, że rumieńcem wychodzą mi na policzki, a Buneary miała wyraźnie pioruny w oczach, choć ja przecież niczym tutaj nie zawiniłem. Bo w końcu co mogłem zrobić, że Kirlia okazywała mi swoją sympatię.
- I co my teraz z nim zrobimy? - spytała Nowa Meloetta, patrząc na nieprzytomnego Watchoga.
- Właśnie, co z nim zrobimy? - dodała Kirlia, puszczając mnie.
- Powinniśmy go zabrać do domu i przekazać Damianowi, co się stało - wyjaśniłem - Powinien trzymać tego wariata w odosobnieniu.
- Tak i chyba nie tylko jego - powiedziała Buneary, wciąż gniewnie spoglądając na Kirlię.


C.D.N.



Przygoda 107 cz. I

Przygoda CVII

Pikachu detektywem cz. I

Opowiadanie dedykuję Oskariuszowi, który wymyślił koncept tego opowiadania - bez niego by ono nie powstało.


Pamiętniki Sereny:
- Ach, strasznie tęskniłam za tym miejscem! - zawołałam radośnie do Asha, kiedy byliśmy już w swoim pokoju w domu profesora Oaka.
Wielki uczony ponownie przyjął nas w swojej willi, aby spędzić z nami święta. Podobnie, jak w zeszłym oraz poprzednim roku Boże Narodzenie mieliśmy odbywać właśnie u niego, gdyż nasz drogi mentor posiadał na tyle duży dom, aby móc nas wszystkich pomieścić.
- Mam osobiście wielką nadzieję, że to się stanie naszą tradycją, moi kochani - powiedział profesor Oak w dniu, w którym powróciliśmy ja i Ash do Alabastii - A mówiąc „to“ mam na myśli, że będziemy razem wszyscy spędzać święta w takim naszym wielkim, przyjacielskim spędzie.
- Ja osobiście, panie profesorze, nie mam nic przeciwko temu, tylko nie chcemy się narzucać - rzekł skromnym tonem Ash.
Uczony zachichotał delikatnie, poklepał mojego chłopaka po głowie i powiedział:
- Ash, mój drogi chłopcze... Ja naprawdę nie wiem, jak ty możesz tak mówić. Przecież dobrze wiesz, że ty i twoi przyjaciele jesteś tutaj zawsze mile widziani.
- Wiem o tym, panie profesorze, ale mimo wszystko źle bym się czuł, gdybym miał świadomość, że co rok pana tylko objadamy i ma pan przez nas spore koszty.
- A nawet jeśli, to co z tego? - spytał ironicznie słynny uczony - Czy już nie stać mnie na to, aby raz na rok ugościć większą grupę ludzi w moim domu? Poza tym chyba zapominacie o tym, że przecież do mnie mało kto przyjeżdża. Mój wierny Jenkins tylko po całych dniach sam tu siedzi i gada do obrazów, bo do mnie nie ma za bardzo kiedy, jak ja wieczorami wracam albo wcale. Przecież to dla niego miła odmiana, że ktoś tu przyjedzie. Dla mnie zresztą też. Nie ma gadania, wszyscy zaproszeni już potwierdzili, więc po prostu koniec śpiewki. Oni przyjeżdżają i mam wielką nadzieję, że wy też przyjedziecie.
Profesor Oak, jak mi potem powiedział Ash, zawsze należał do osób, które są uparte w dążeniu do celu i muszą postawić na swoim, dlatego też wszelkie dyskusje z nim raczej spełzały na niczym, bo jak się na coś uprze, to nie ma przebacz. Podobnie zresztą było zawsze w moim ukochanym, co nawiasem mówiąc jest jednym z powodów, dla którego to pokochałam go i nadal kocham. Jednym, gdyż tych powodów jest znacznie więcej.
Tak czy inaczej sprawa przedstawiała się tak, że cała nasza gromadka miała spędzić święta Bożego Narodzenia w domu profesora Oaka. Z tego też powodu Misty, Brock oraz Melody wyjechali do rodzinnych stron, aby przed świętami pobyć trochę z bliskimi, ponieważ na samą Wigilię, Boże Narodzenie i Drugi Dzień Świąt mieli przybyć do nas. Misty chciała spędzić czas z siostrami (choć prawdę mówiąc nie paliła się do tego za bardzo, ale ostatecznie uczucia rodzinne wzięły w niej górę), a Brock z rodzeństwem i rodzicami. Melody z kolei chciała zobaczyć ojca, siostrę i szwagra, a po części także i matkę, która obiecała się z nią wtedy spotkać. Co prawda Melody wciąż czuła do niej żal, to jednak Rose (czyli jej rodzicielka) wciąż dążyła do tego, aby w jakiś sposób naprawić ich wzajemne relacje. Rzecz jasna doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że to będzie bardzo trudne do wykonania zadanie, ale przecież nie niemożliwe, a to było najważniejsze, nieprawdaż? Dlatego też miałam nadzieję, iż Melody dogada się w końcu ze swoją mamą, ale wolałam nie mieszać się do tego i nie wyrażałam swojej opinii na ten temat. Ostatecznie sama nie byłabym zachwycona, gdyby tak ktoś mieszał się do moich prywatnych spraw i próbował być wbrew mojej woli mediatorem pomiędzy mną a matką.
Tak czy siak ta trójka naszych przyjaciół (czyli Misty, Brock i Melody) miała pojechać na jakiś tydzień do bliskich i potem powrócić do Alabastii. Inni z kolei mieli zamiar (na wyraźną prośbę profesora Oaka, który uważał, że im jest nas więcej, tym weselej) sprowadzili swoich krewnych. Tak więc przyjechali Norman Hameron z żoną Caroline, przyjechał Josh Ketchum z Cindy Armstrong i małą Taylor, przyjechała także moja mama, przyjechała Johanna Seroni, przyjechał Steven Meyer, przyjechała też Alexa z Violą i ich rodzicami. Ci ostatni przekazali nam pozdrowienia od siostry pana Mareya, która przyjechać nie mogła, ponieważ pozostała ona w Wertaniii z Esmeraldą i jej chorym dziadkiem. Zamierzali razem spędzić święta, choć babcia Esmeraldy (matka jej ojca) i dziadek (czyli ojciec matki) nie pałali do siebie sympatią, to jednak mimo wszystko Esmeralda miała wielką nadzieję wreszcie ich ze sobą pogodzić i liczyła na to, że wspólne święta jakoś tego dokonają.


Mimo oczekiwań May nie przyjechali rodzice Gary’ego, którzy to jak zwykle byli zajęci swoimi jakże ważnymi sprawami. Przesłali oni jedynie życzenia synowi i kilka prezentów i na tym koniec. Zasmucony tym Gary chodził potem cały dzień przygnębiony i powtarzał sobie, że niepotrzebnie posłuchał dziadka i prosił rodziców na święta, bo przecież to było więcej niż pewne, iż oni odmówią.
- Interesy i zwiedzanie świata jest dla nich ważniejsze od rodzonego dziecka! - wołał po prostu oburzonym głosem młodzieniec.
W jego głosie było jednak więcej rozpaczy i smutku aniżeli złości, a w każdym razie mnie się tak wydawało.
May również była tym wszystkim oburzona. Dla niej bowiem więzi rodzinne były jednymi z najważniejszych więzi na świecie i nie rozumiała, jak można coś takiego lekceważyć?
- Idealistka z ciebie i tyle - rzuciła ironicznie Melody, słuchając jej żalów - Na co ty liczyłaś? Że marnotrawni rodzice zmienią tak się po prostu, bo są święta? Jeśli tak, to się przeliczyłaś. Takich ludzi Boże Narodzenie nie zmienia. Może na filmach, ale w prawdziwym życiu to nigdy.
- Ponoć w święta zdarzają się cuda, ale najwidoczniej limit cudów na tę Gwiazdkę jest ograniczony - dodała złośliwym tonem Misty - Jednak, co się będziecie przejmować? Mamy siebie, a co za tym idzie będzie jeden wielki, cudowny spęd rodzinno-przyjacielski na święta! To przecież chyba lepsze niż spędzanie świąt w samotności, mam rację?
Miała rację i wszyscy podzielaliśmy jej opinię, ale oczywiście smutku zarówno Gary’ego, jak i May to nie zmieniało.
Oprócz rodzin przyjechało też kilkoro naszych przyjaciół z daleka, a przede wszystkim John Scribbler z Maggie Ravenshop i jej starszym bratem Thomasem. Prócz tego przyjechali Anabel i Ridley, którzy mieli to szczęście przebywać w pobliżu i teraz postanowili skorzystać z okazji, aby spędzić z nami święta, na co profesor Oak radośnie przystał. Przyjechali też Bianka z dziadkiem, których to widok bardzo ucieszył Latias. Maren i Herbert Jones nie mogli przybyć, gdyż spędzali święta w Złotym Mieście razem z Allanem Jonesem i jego żoną Stellą. Wysłali nam jednak wszyscy bardzo długie listy z życzeniami świątecznymi oraz parę prezentów, jak również moc buziaków i próśb o pamięć podczas Gwiazdki. Nie muszę chyba mówić, że sprawili nam tym naprawdę ogromną przyjemność.
Prócz tego z okazji świąt po raz pierwszy przybyli krewni Asha z dalekiego i praktycznie mało mi znanego regionu Alola, czyli wujostwo Cheerful i ich trzy córki, jednak nie będę tutaj o nich pisać, ponieważ w całej tej historii nie odegrali oni żadnej roli. Poza tym, przyznam się tutaj szczerze, że owe trzy kuzyneczki Asha jakoś nie specjalnie mi przypadły do gustu, kiedy je poznałam. A poznałam je już podczas osiemnastki Asha, na którą to przyjechały ze swojej tropikalnej wyspy. Nie spodobały mi się one głównie dlatego, że sprawiały wrażenie osób, które wcześniej miały Asha w nosie i teraz nagle się nim zainteresowały, bo stał się sławny. Jak obraźliwa była to opinia, przekonałam się podczas Bitwy o Kanto, gdy cała trójeczka kuzyneczek Asha walczyła naprawdę zaciekle na pierwszej linii. Co prawda ja tego nie widziałam, bo byłam zajęta z Ashem, Joshem i panem Meyerem akcją dywersyjną na terenie siedziby Giovanniego, więc sama bitwa uszła mojej uwadze, ale mimo wszystko Dawn widziała, jak walecznie walczyły i opowiedziała mi o tym, podobnie zresztą, jak jeszcze kilka osób, które potwierdziły to wszystko. Dziewczyny walczyły walecznie i oberwały parę ran, zwłaszcza najstarsza z nich. Czy robiłby to dla chęci uszczknięcia choć odrobiny sławy Asha, jak wcześniej je o to podejrzewałam? Raczej nie albo ja się nie znam na ludziach.
Tak czy siak nie wspominałam o nich wcześniej w mych pamiętnikach z tego właśnie powodu, że najpierw je nie lubiłam, a potem po prostu zbyt byłam przejęta obaleniem organizacji Rocket i tym wszystkim, co miało miejsce potem, aby skupiać się na ich osobach, zwłaszcza, że potem cała trójka hultajska (jak je nazywałam w myślach), choć co jakiś czas się z nami widziała, a nieraz też dzwoniła, to jednak nie odegrała praktycznie żadnej roli w naszych przygodach. Dlatego też pominęłam ich osoby milczeniem. Podejrzewam jednak, że to się zmieni, a wtedy z prawdziwą przyjemnością opiszę tym, którzy czytają moje pamiętniki, o wiele dokładniej osoby owych uroczych siostrzyczek Cheerful. Póki co zaś skupię się raczej na głównym powodzie spisania przeze mnie tej historii. A jaki to powód? Dość prosty. Co prawda ta przygoda nie przydarzyła się mnie i Ashowi, a komuś innemu, jednak jest na tyle ciekawa, iż warto o niej wspomnieć oraz umieścić ją w moich pamiętnikach. Myślę, że po jej przeczytaniu przyznacie mi rację, a przynajmniej mam taką nadzieję.
Jak więc już powiedziałam, bohaterem tej historii jest ktoś zupełnie inny niż ja i Ash. Powiem wam więcej - bohaterem tej opowieści jest osoba, która nawet nie jest człowiekiem. Nie, nie jest nim, ponieważ ta istota jest Pokemonem. Tak, właśnie tak. Ta przygoda przydarzyła się Pokemonowi, a właściwie to kilku Pokemonom. Jednym z nich jest Pikachu Asha, a drugim Buneary Dawn. Ta oto przeurocza parka przeżyła naprawdę bardzo ciekawą historię, którą potem na migi opowiedział nam Pikachu, a ja ją spisałam dla potomności, gdyż uznałam ją za naprawdę bardzo ciekawą.

***


Opowieść Pikachu:
Przygoda, jaką przeżyliśmy w Bawarii mocno wpłynęła na Asha. Co prawda ja i Buneary nie odegraliśmy w niej jakieś większej roli, ale mimo wszystko chyba mogę powiedzieć, że ta przygoda była „nasza“, czyli nie tylko Asha i Sereny, ale również moja i mojej dziewczyny. Tak czy siak mój trener był bardzo załamany po jej zakończeniu. Nie żeby przegrał, gdyż naprawdę walczył zaciekle o to, aby i tym razem sprawiedliwość wygrała, co mu się też udało, ale nie zdołał on pomóc wszystkim. Nie zdołał pomóc biednemu Hansowi Ruslowi i jego lubej Mako. Oboje bowiem umarli: Hans na raka, z kolei Mako pękło serce z rozpaczy, kiedy zobaczyła jego śmierć. Oboje zostali skremowani, zaś Agathe rozsypała ich prochy w górach, które tak bardzo zmarli kochali. Co teraz miało się stać z ojcem Hansa i ciotką Mako? Oboje teraz zostali sami na tym świecie, a do tego jeszcze w święta. Ash był załamany, że nie zdołał nic zrobić, aby nie dopuścić do tej całej rozpaczy.
- Ech, po prostu można się załamać! - jęczał z rozpaczą mój trener - Ja wiem, że nie mogłem ocalić Hansa, jednak mimo wszystko czuję się winny, Pikachu.
To mówiąc Ash popatrzył na mnie, który siedziałem na jego kolanach i słuchałem z uwagą to, co mi mówił.
- Och, mój kochany przyjacielu - mówił do mnie zrozpaczony, powoli roniąc łzy z oczu - Nie powinienem rozpaczać i obwiniać się o to wszystko, ale mimo wszystko chyba nie umiem inaczej zrobić, jak tylko cierpieć, a już zwłaszcza wtedy, kiedy sobie przypomnę rozpacz pana Rusla i panny Trapp. Ich łzy po prostu uderzały w moje serce jak jakaś grupa noży. Czuję się po prostu strasznie, Pikachu. Czuję się, jakbym ich zawiódł i to na całej linii. Gdy patrzyłem na nich, to wyraźnie widziałem wyrzut w ich wzroku. Czuję, że zawiodłem całkowicie.
Chciałem jakoś pomóc mojemu trenerowi i dlatego też pokazałem mu w języku migowym:
- Tak, jak ci powiedziała to wcześniej Serena. Nie możesz pomóc każdemu. I nie każdego wroga zdołasz pokonać. Śmierć wiele razy zdołałeś oszukać, ale nie tym razem. A przecież nie ma nikogo, kto by zawsze umiał ją pokonać.
- Tak, dobrze o tym wiem, jednak wyrzuty sumienia z tego powodu mi pozostały - odpowiedział mi Ash - Bardzo chciałbym móc pomóc każdemu, kto cierpi, ale tym razem nie mogłem nic zrobić. Ja wiem, Serena ma rację, gdy mi powiedziała, że nie jestem wszechmocny i nie mogę się za takiego uważać. Los pokarał mnie bardzo mocno i pokazał mi, jak niewiele znaczę na tym świecie i jak ograniczone są moje umiejętności. Obawiam się, że zostaje mi się tylko z tym pogodzić.
- Tak, Ash - powiedziałem do niego w języku migowym - Nie ma innej możliwości, jak tylko zaakceptować ten fakt i spróbować jakoś z nim żyć... I może jeszcze spróbować pomimo tych ograniczeń robić swoje, bo przecież chyba jest możliwe, prawda?
- Jest możliwe, Pikachu. Masz rację, jest możliwe - Ash uśmiechnął się do mnie delikatnie - I będę musiał tak właśnie żyć, aby zadowolić się tymi umiejętnościami, które mam. John Scribbler powiedział mi raz, że człowiek jest istotą niedoskonałą i jedyne, co może w tej sprawie zrobić, to jakoś zaakceptować swoją niedoskonałość z jednoczesnym dbaniem o to, aby była ona jak najmniejsza. Myślę, że w tych słowach jest wiele mądrości i mam nadzieję, iż zdołam wyciągnąć z nich należyte wnioski.
Patrzyłem na Asha z podziwem czując, że naprawdę ten wspaniały chłopak, który osiągnął już tak wiele w życiu, może osiągnąć jeszcze więcej, jeżeli tylko będzie on dalej działał tak, jak zawsze - czyli wierząc w swoje umiejętności i dbać o to, aby jego ideały były realizowane przez jego czyny. Ja zaś zamierzałem go w tym wszystkim wspierać najlepiej, jak to tylko było możliwe.


Wpatrując się w twarz tego wspaniałego, młodego człowieka powoli przypominałem sobie, w jaki sposób się poznaliśmy. To nie było przyjemne spotkanie, a wręcz przeciwnie. Ja byłem wówczas zarozumiałym i pewnym siebie Pokemonem, który nie zamierza mieć nikogo nad sobą. Do tego nigdy nie lubiłem siedzieć w pokeballu, a profesor Oak kazał mi tam siedzieć do czasu, aż znajdzie mi trenera. I traf chciał, że był nim właśnie dziesięcioletni Ash Ketchum, który spóźnił się po odbiór swojego startera i cóż... Pozostałe opcje, czyli Bulbasaur, Squirtle i Charmander były zagarnięte przez innych trenerów, którzy mieli tego farta, że przyszli na czas. Wydawało się więc, że Ash nie dostanie swego Pokemona i będzie musiał poczekać na dostawę, która jednak mogła nie przyjść za wcześnie. Ale profesor Oak miał jeszcze mnie, niesfornego Pikachu, więc to ja zostałem przydzielony Ashowi. Nie spodobało mi się to, jak i również fakt, że mam być jedynie jakby nagrodą pocieszenia lub też zastępstwem za innego Pokemona, którego Ashowi nie udało się dostać. Więc okazałem swoją niechęć swemu trenerowi na dzień dobry rażąc go piorunem.
Potem było jeszcze lepiej. Nie chciałem z nim iść i Ash musiał mnie związać sznurkiem i ciągnąć za sobą w gumowych rękawiczkach. A później, kiedy chciał złapać Pidgeya uniemożliwiłem mu to odmawiając walki oraz śmiejąc się z niego. Ash załamany i wkurzony na całego postanowił złapać Pokemona rzucając w niego kamieniem, ale miał pecha, ponieważ trafił tym pociskiem w Spearowa, a ten gatunek Pokemonów jest z natury bardzo mściwy. Dlatego też zaatakował on Asha i mnie, który się śmiałem z całej tej sytuacji. Spearow uznał moje zachowanie za kpiny z jego osoby i nie zamierzał mi ich darować atakując mnie zaciekle dziobem i szponami. Ash wystąpił w mojej obronie, co skończyło się tym, że Spearow wezwał na pomoc kumpli i wtedy to dopiero było. Ja i Ash musieliśmy uciekać przed stadem rozwścieczonych Spearowów. Uciekając przed nimi skoczyliśmy do rzeki, a z niej wyłowiła nas Misty. Chwilę później Spearowy nas dogoniły, a ponieważ ja byłem osłabiony, to Ash pożyczył bez pytania rower Misty i uciekł nim przed tymi dzikusami razem ze mną, wsadzając mnie do koszyka owego pojazdu. Gnaliśmy tak przed siebie, ale te dranie w końcu i tak nas dogoniły. Gdy już wydawało się, że nic nas nie uratuje, a Ash zasłonił mnie własnym ciałem i był gotów oddać za mnie życie. Wiedziałem, że nie mogę mu na to pozwolić, ponieważ cała ta ucieczka i postawa Asha wobec mnie sprawiła, iż zmieniłem do niego nastawienie, a kiedy Spearowy zbliżyły się, strzeliłem piorunem, który połączył się z błyskawicą (bo w międzyczasie wybuchła bowiem burza) i walnął w Spearowy tak mocno, że przegnał je całkowicie, ale też osłabił mnie tak bardzo, że nie miałem siły się ruszyć. Jednak wtedy to niewiele mnie obchodziło, ponieważ miałem pierwszego w życiu prawdziwego przyjaciela, Asha Ketchuma, mojego trenera, z którym obaj sobie nawzajem uratowaliśmy życie. Podobno takie właśnie przygody najbardziej łączą ze sobą ludzi, nawet gdyby byli sobie wcześniej niechętni. Coś mi mówi, że dotyczy to również relacji ludzi z Pokemonami.
Tak czy inaczej od tego czasu nasza stosunki uległy poprawie po tej przygodzie. Ash zabrał mnie do Centrum Pokemon, gdzie szybko zostałem uleczony, ale w międzyczasie Centrum zostało zaatakowane przez Zespół R, a ja zmobilizowałem inne Pikachu, aby połączyły swoje moce z moimi i cóż... Dzięki temu złodzieje musieli salwować się ucieczką, jednak od tego czasu Zespół R uznał mnie za wyjątkowego Pokemona i postanowili mnie za wszelką cenę schwytać. Nieraz mieli mnie już w swoich rękach, ale i tak zawsze albo im się wymykałem, albo też Ash mnie odbijał. Rzecz jasna te przygody również nas zbliżyły do siebie, podobnie jak też i to, że pośrednio przyczyniłem się do tego, że Ash poznał May oraz Dawn, swoje wierne przyjaciółki. Przeżywaliśmy podczas podróży po regionach wiele naprawdę niesamowitych przygód, a każda z nich zdecydowanie pogłębiła naszą więź w taki sposób, jakbyśmy byli wręcz braćmi krwi - i to takimi, jakimi byli Winnetou i Old Shatterhand. Szczególnie polepszyła nasze relacje przygoda, podczas której spotkaliśmy całe stado Pikachu. Ash widząc, jak dobrze się z nimi dogaduję, był gotowy pozwolić mi z nimi zostać, co w sumie nawet doradzał mu Brock, a odradzała Misty (oboje wtedy z nami podróżowali). Wspólnie pokonaliśmy próbujący porwać stado Pikachu Zespół R, a Ash po tej walce oznajmił mi, że mogę pozostać ze swoimi rodakami, jeśli chcę. Ja jednak nie byłem w stanie tego zrobić. Za bardzo kocham Asha, aby tak się miało stać. Pożegnałem więc moich rodaków i powróciłem do Asha, który bardzo był szczęśliwy, że z nim pozostałem.
Inne Pokemony mojego trenera, co muszę przyznać z bólem, wcale nie wykazywały się w podobnych sytuacjach taką lojalnością. Przykładowo Butterfree odszedł dla samiczki swego gatunku, Charizard dla ulepszania swoich umiejętności, Lapras dla rodziny, Squirtle dla sławy, Greninja dla jakieś pannicy... Kilka było takich przypadków, ale też muszę przyznać, że większość z nich albo powróciła z czasem do Asha, albo też po prostu zamieszkała tak blisko niego, aby go odwiedzać. Tylko ta menda Squirtle tego nie zrobił i obecnie cieszy się sławą szefa najlepszej straży pożarnej w całym Johto, czy gdzie on tam obecnie przebywa. Osobiście uważam jego postawę za karygodną. No, bo niby co? Ash pomógł mu wyjść na bardzo porządnego Pokemona, wziął go pod opiekę, nauczył wielu pożytecznych ataków, przeżył z nim wiele niesamowitych przygód, a potem co? Gdy nagle Squirtle spotkał grupkę innych Squirtle’ów, z którymi tworzył kiedyś grupę straży pożarnej i zobaczył, że ci nie radzą sobie bez niego tak dobrze, jak wcześniej, on pozostał z nimi. Oczywiście śmieć jeden nie ukrywał, że sława i chwała, jakie na niego za to potem spłynęły miały tutaj znaczenie diametralne. Ash na swoje szczęście nie wiedział czegoś, o czym ja dobrze wiedziałem - mianowicie tego, że drużyna Squirtle’a wcale nie radziła sobie gorzej bez niego. Po prostu ich dawny herszt dzięki Ashowi stał się sławny i cóż... Kolesie, którzy wcześniej mieli go w nosie, teraz uznali, iż jest on im niezbędny i postanowili celowo udawać, że są nogami w gaszeniu pożaru, aby tylko ich kumpel powrócił. Ten co prawda szybko się zorientował co i jak, ale mimo tego odszedł od Asha, który tak wiele dla niego zrobił, aby wspierać dawnych kumpli. Tych samych kumpli, którzy to wcześniej nie martwili się nim, póki nie został sławny. Jak już mówiłem, spory wpływ na to wszystko miała możliwość zdobycia wielkiej sławy przez Squirtle’a - większej niż dotychczas. Kto by się nie skusił i nie porzucił wszystkich, których kocha, aby zyskać w oczach świata? Chyba tylko taki ktoś, jak ja, zwariowany idealista, wolący miłość bliskich od sławy. Ale nie Squirtle. On bez wahania przekreślił to wszystko, co przeżył wraz z Ashem, aby zyskać jeszcze większą sławę i do końca życia odcinać kupony.Taki on właśnie jest. Gnida, a nie przyjaciel.
Serena właśnie na mnie spogląda z lekkim żalem. Mówi, że wcześniej jej tego nigdy nie mówiłem. A po co miałem to mówić? Żeby zaraz Ashowi powtórzyła? Żeby Ash jeszcze bardziej cierpiał z jego powodu? A mało już łez przez niego po jego odejściu wylał? Mało przeżywał stratę jednego z najlepszych przyjaciół, który to dla sławy zapomniał o tym, że jesteśmy drużyną? Mam nadzieję, Sereno, iż nigdy nie powtórzysz tego Ashowi. Wystarczy, że ja o tym wiem i mam niechęć do tego drania. Po co on ma go mieć?
Ale już mnie tu Serena, siedząca przy swoim laptopie i zapisująca moje słowa pogania, dlatego chyba lepiej będzie, jak przejdę do rzeczy i zacznę już opowiadać o tym, o czym miałem opowiedzieć od samego początku. A zatem przepraszam cię, moja droga i już przechodzę do rzeczy.


Po powrocie z Bawarii, gdzie spędziliśmy bardzo miło czas, nie tylko odpoczywając, ale też i pracując (jak zresztą na prawdziwych detektywów przystało), postanowiliśmy oboje zająć się odpoczynkiem, który to miał być przeprowadzony jako przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Miałem przy tym wielką nadzieję, że żadna sprawa do rozwiązania nie odciągnie Asha od tych przygotowań. Zwłaszcza, iż jak widziałem, mój trener był już nieco zmęczony ostatnimi sprawami, którymi się zajmował, więc cóż... Powinien on zaznać odpoczynku od wszelkiego rodzaju zagadek, zanim się weźmie za następne. To była najważniejsza przyczyna, dla której właśnie postanowiłem sam zająć się sprawą, o której wam opowiem.
A sprawa ta została rozpoczęta w chwili, gdy do willi profesora Oaka przyjechała Anabel wraz z Ridleyem, którym towarzyszyła Nowa Meloetta.
- Anabel, witaj! - zawołał radośnie Ash na widok dziewczyny.
- Witaj, Ash! Jak miło cię znowu widzieć! - zawołała równie radosnym głosem Anabel, ściskając po przyjacielsku mojego trenera i całując go w oba policzki.
Potem w taki sam sposób przywitała się ona także z Sereną, po czym pogłaskała mnie po łebku, mówiąc:
- Strasznie się cieszę, że cię widzę, Pikachu. Stęskniłam się za tobą.
Wiedziałem dobrze, iż Anabel posiada zdolność czytania emocji z serc Pokemonów oraz ludzi, a prócz tego na swój sposób czyta Pokemonom w myślach, więc mogłem do niej mówić śmiało w moim języku wiedząc, że mnie zrozumie. I tak zrobiłem:
- Ciebie również miło mi widzieć, Anabel. Minęło trochę czasu, odkąd się ostatni raz widzieliśmy.
- Tak, bardzo dużo czasu... Za dużo nawet - pokiwała smutno głową Anabel - Ale co poradzisz? Mieszkamy daleko od siebie i każdy ma swoje sprawy na głowie. Ale chyba dlatego właśnie są takie święta jak to, aby spędzać je z bliskimi.
- Właśnie - zgodził się z nią Ridley i spojrzał na Asha - A tak nawiasem mówiąc, to nieźle nas wszystkich zaskoczyłeś, przyjacielu, swoim powrotem do gry. Słyszeliśmy, że podobno zginąłeś w Wąwozie Diabła podczas walki z Giuseppe Giovannim, a potem nagle rozeszła się wieść, że powróciłeś i zjawiłeś się jak duch na sali sądowej, a tam doprowadziłeś w ten sposób do zawału jednego naczelnika więzienia.
- Tak, drania i kanalię - powiedziała Serena, uśmiechając się lekko - Nie lubię mieć nikogo na sumieniu, ale to przez tego łajdaka na prawie dwa miesiące straciłam mojego chłopaka i wydawało mi się wtedy, że straciłam go na zawsze. Jak sobie przypomnę te wszystkie łzy, które wtedy wylałam myśląc, że Ash nie żyje, to nie czuję ani trochę litości dla tej kanalii.
- Przyznam się, choć może nie brzmi to zbyt szlachetnie z mojej strony, że i mojego sumienia to jakoś specjalnie nie obciążyło, iż posłałem tego drania na tamten świat - powiedział mściwie Ash - Poza tym wcale tego nie planowałem. To był przypadek.
- Życie składa się z przypadków - zauważył dość filozoficznym tonem Ridley - No, a co do tego łajdaka, to oboje z Anabel wiemy, jak to wszystko wyglądało i uważamy, że zasłużył on na taki los i nie masz co go żałować.
- I ja go wcale nie żałuję.
- No i bardzo dobrze. A tak przy okazji... Jeszcze ktoś chce się z wami przywitać.
- Kto taki? - spytała Serena.
- Dwie osoby. Pierwszą z nich zabraliśmy ze sobą ze Strefy Walk. Bardzo chciała cię zobaczyć.
W tej chwili do willi wszedł jakiś chłopak z wesołą miną na twarzy.
- Ash! - krzyknął radośnie.
- Damian! - zawołał wesoło mój trener.
Obaj wpadli sobie mocno w objęcia i uśmiechnęli się do siebie bardzo radośnie.
- Strasznie się stęskniłem za tobą, chłopie! - wołał Damian, klepiąc Asha po ramieniu - Od czasu twojego wyjazdu do Bawarii nie było chyba dnia, abym o tobie nie myślał i nie zastanawiał się, co teraz robisz i jakie masz plany, no i kiedy się znów zobaczymy. Więc jak tylko dowiedziałem się, że Anabel jedzie z Ridleyem do Alabastii, to sobie pomyślałem: „A co mi szkodzi? Pojadę z nimi i może zobaczę się z Ashem“. No i jak widzę, bardzo dobrze zrobiłem, bo wróciłeś z Bawarii. Ładnie tam chociaż?
- Tak, tylko Alpy wszystko zasłaniają - zaśmiał się mój trener.
Wszyscy parsknęliśmy śmiechem, a Damian to już chyba najbardziej. Śmiał się aż do rozpuku, lekko klepiąc Asha po ramieniu.
- Stary! Ty to naprawdę jesteś boski! Widzę, że dobrze wiedziałem, co robię, kiedy postanowiłem tu przyjechać. Naprawdę wiedziałem, co robię.
- Cieszę się, że przyjechałeś. No, ale powiedz mi, co tam u ciebie? Czy walczyłeś już z Paulem?
- Nie, drań mi się wymknął i nie wiem, dokąd wyjechał.
- A to drań! - zawołała wściekle Serena!
- No właśnie! - dodałem w swoim języku.
- Przecież obiecał z tobą walczyć - powiedział oburzonym tonem Ash - Taki był warunek naszej walki. Jeśli ja go pokonam, to on da ci satysfakcję. I co? Wciąż ci jej nie dał?
- No, nie dał. Nie dał mi jej, drań jeden. Ostatni raz, gdy go widziałem, to mi powiedział, że dał słowo, iż da mi satysfakcję, ale nie mówił, kiedy to zrobi.
- Typowe dla niego! - Ash ze złości uderzył o podłogę nogą - Po prostu mam chwilami wielką ochotę go walnąć i to naprawdę bardzo mocno przez ten jego podły łeb! Jak ja nie cierpię takich oszustów!
- Spokojnie, on ma swój honor i z pewnością dotrzyma danego słowa - rzekł poważnym i spokojnym tonem Ridley - Po prostu chce nam zrobić na złość i woli odwlec tę sprawę jak najdłużej, ponieważ dobrze wie, że nam tym sprawi przykrość. To go bawi, ale dotrzyma w końcu swojego słowa. Tylko nie podał nam terminu, w którym to zrobi, więc może to odwlekać i odwlekać. Ten typ tak ma.
- Tak, sama bym tego lepiej nie ujęła - stwierdziła Anabel - Nie ma się co nim przejmować.
- Dokładnie - potwierdził Ridley - A wracając do tematu, jeszcze jedna osoba chciała cię zobaczyć, Ash.
- Kto taki? - spytał mój trener.
W tej samej chwili coś zabłyszczało mu przed twarzą, a zaraz potem ukazała się w tym samym miejscu postać Nowej Meloetty.
- A niech mnie! Meloetta! - zawołał radośnie na jej widok Ash.
Pokemonka zapiszczała szczęśliwa i delikatnie przytuliła się do mojego trenera, a potem przywitała się z Sereną oraz mną.
- Witaj, Meloetto - powiedziałem przyjaznym głosem do niej.
- Witaj, Pikachu - odpowiedziała mi równie przyjaźnie Pokemonka - Naprawdę bardzo miło mi was znowu widzieć. Ciebie i Ash.
- Mnie również miło cię widzieć - odpowiedziałem jej.
Nowa Meloetta zachichotała delikatnie i fiknęła koziołka w powietrzu, uśmiechając się do nas przyjaźnie.
- Oj, to teraz się zacznie - pomyślałem sobie, delikatnie się przy tym uśmiechając - Niech no tylko zobaczą ją niektórzy, a zaraz się zacznie.

***


No i oczywiście miałem rację, co mi się zdarza częściej niż bym tego chciał. W willi profesora Oaka było sporo Pokemonów, które to pomagały swoim trenerom w rozwieszaniu dekoracji świątecznych. Wśród nich były Pokemony Asha, które ten powierzył opiece swego mentora. Jednym z nich był Krookodile, będący jak zwykle dość próżny i zarazem zawadiacki.
- To zawieś tutaj! A to powinniście zawiesić tutaj! - dyrygował innymi Pokemonami Asha, właśnie dekorujących jedną z sal.
Byłem nieco oburzony jego zachowaniem, które bardzo szybko zaczęło działać mi na nerwy, więc podszedłem do niego i powiedziałem:
- Słuchaj, Krookodile, ja rozumiem, że ty lubisz się rządzić, ale może już przestaniesz, co? To wcale nie jest fajne.
- A niby czemu nie? - spojrzał na mnie zdumiony Krookodile, powoli zdejmując okulary przeciwsłoneczne z oczu i spoglądając w moją stronę swym dość wyłupiastym spojrzeniem - Ktoś przecież musi tu wszystkiego pilnować, bo inaczej, jakby ich wszystkich nie pilnować, to by Ash nie był z nich zadowolony. A ja muszę zadbać o to, żeby Ash był z nas naprawdę bardzo zadowolony.
- Wszyscy tego chcemy, więc weź się już tak nie mądrz - mruknął na to złośliwym tonem Oshawott, podchodząc bliżej do Pokemona i patrząc na niego groźnie.
Krookodile założył sobie ponownie na nos okulary i spojrzał przez nie na swego rozmówcę, mówiąc:
- Że co?! Ja się mądrzę? Ja się niby mądrzę? A ty to niby co, mądralo?! Zapomniałeś, kiedy ma być Gwiazdka? Zostało nam mało czasu, musimy się więc przygotować! Musimy zdążyć to zrobić!
- Jak będziesz nam pomagał, a nie dyrygował, to zdążymy!
- Nie zapomnij, przyjacielu, że na tym świecie są robotnicy i nadzorcy. Ja jestem tym drugim, ponieważ przewyższam cię we wszystkim, łącznie z inteligencją.
- Naprawdę?! No, kto by pomyślał? Powiedziałbym raczej, że wręcz przeciwnie.
Krookodile spojrzał na niego groźnie i warknął:
- Coś ty powiedział, mądralo?!
- To, co słyszysz, gadzino! - rzucił Oshawott.
Chociaż był on dość mniejszy od swego adwersarza, to mimo wszystko nie wahał mu się postawić. Czułem, że za chwilę wręcz skoczy mu on do gardła, jednak pomiędzy nich wskoczył nagle Infernape, warcząc przy tym gniewnie.
- Możecie się obaj uspokoić?! - zawołał wściekłym tonem - Byście się obaj wstydzili takich kłótni! Normalnie uszy mi płoną ze złości, gdy muszę takich tekstów wysłuchiwać!
- A kto ci każe ich słuchać, co?! - mruknął Oshawott nieco urażonym tonem, odwracając się tyłem do swego rozmówcy.
- Lepiej uważaj, Oshawott! - zawołał gniewnie Infernape - Za mniejsze rzeczy potrafiłem już spuszczać łomot! Jeżeli teraz tego nie zrobię, to tylko i wyłącznie dlatego, że za bardzo szanuję Asha i wiem, że on nie chce walk między nami! Więc z szacunku do niego nie spiorę cię, choć zasługujesz na to. Ty także, Krookodile.
- Och, naprawdę?! - mruknął na to urażony Krookodile - A to niby czemu? Przecież sam widziałeś, kto zaczął tę sprzeczkę!
- Mało mnie to obchodzi! Ma tutaj być spokój, bo jak nie, to walnę jednego i drugiego!
- Proszę cię, Infernape... Czy myślisz, że w ten sposób im pomożesz? - spytała łagodnym tonem Bayleef, mając niemalże łzy w oczach - Proszę cię, już nie kłóć się z nimi. Po co tracić czas na takie sprzeczki?
- W sumie to racja - pokiwał głową Infernape, odzyskując spokój - Nie ma co gadać, zachowujemy się w gniewie jak dzieci, a czasami jeszcze gorzej. Więc po prostu podajmy sobie grabę i pogódźmy się.
- Pochwalam - powiedziałem, aby jak najszybciej ich pogodzić - No, to jak? Pogodzicie się? Czy mam ostudzić wasz zapiał piorunem?
- Lepsza jest woda. Chętnie nią służę - zachichotał zadziornym tonem Buizel - Co wy na to?
- Woda? Dziękuję, nie skorzystam - zaśmiał się Infernape i podał łapkę Krookodile’owi - To jak? Zgoda?
- Tak, zgoda - Krookodile uścisnął mu przyjaźnie łapę, potem spojrzał na Oshawotta i dodał: - To jak, stary? Zgoda między nami?
Ten jednak łapki mu nie podał, tylko odwrócił się gniewnie plecami i odszedł powoli w kierunku okna, gdzie zaraz zaczął pomagać kilku naszym przyjaciołom rozwieszać girlandy.
- Ech, on jest strasznie uparty - powiedziałem bardzo smutno do mych przyjaciół - Coś mi mówi, że jeszcze długo będzie żywił do ciebie urazę, Krookodile.
- Tak, to prawda. Teraz to już będzie, gamoń jeden cały dzień chodzić ponury.
- Przyznasz, że sporo sam jesteś winien.
- Być może, ale tak czy siak nimi trzeba dyrygować, bo jak ich spuścić ze smyczy, zaczną wariować.
- A czemu uważasz, że ty powinieneś być nadzorcą?
- A niby czemu nie ja? Przecież ty nie możesz, ponieważ jesteś zajęty romansem z kryminalistami.
- Że niby czym?
- No, jak to? Przecież chodzisz ciągle za Ashem i rozwiązujesz z nim zagadki. Nie powiem, żeby to nie był pożyteczny fach, a wręcz przeciwnie, uważam go za godny szacunku. I dobrze, że ktoś się tym zajmuje, jednak pod twoją nieobecność ktoś musi przypilnować to zwariowane towarzystwo. Bulbasaur byłby najlepszy, ale ostatnio ciągle też chodzi z Ashem, więc kto ma się tym zająć? Tylko ktoś na poziomie i mający zarazem predyspozycje do bycia nadzorcą.
- I uważasz, że je posiadasz?
- No oczywiście. W końcu nie bez powodu przecież w młodym wieku byłem nazywany przez kumpli „pułkownik“.
Uśmiechnąłem się lekko i w duchu musiałem przyznać, że jego mina rzeczywiście była iście pułkownikowska, podobnie jak i postawa. Więc w sumie czemu nie? Mógłby dowodzić Pokemonami Asha, oczywiście tylko wtedy, gdyby przestał się aż tak bardzo mądrzyć, gdyż w ten sposób drażni innych, a zwłaszcza Oshawotta, który był kimś w rodzaju spirytus movens większości awantur, jakie pomiędzy nami wybuchały. Tym razem miał być również przyczyną niezłej sprzeczki.


Wszystko zaczęło się w chwili, gdy do sali wleciała Nowa Meloetta. Oczywiście zaraz każda para oczu zwróciła się w jej stronę.
- O! Witaj, Meloetto! - zawołałem do niej przyjaźnie - Coś się stało?
- Nie, tylko pomyślałam sobie, że mogę wam w czymś pomóc, jeśli oczywiście nie macie nic przeciwko temu.
- Ależ żadnym razie! - zawołałem wesoło - Każda para rąk się tutaj przyda do pomocy, możesz być tego pewna.
- Naprawdę? To bardzo dobrze - uśmiechnęła się Nowa Meloetta - A więc bardzo chętnie wam pomogę. Powiedzcie mi tylko, co mam robić.
Oshawott spojrzał w jej stronę i wręcz go zamurowało, kiedy zobaczył Pokemonkę, ponieważ zaczął robić maślane oczy do Meloetty, a następnie zawołał:
- Och! Najdroższa moja! A mówili mi, że umarłaś! Pikachu twierdził, że widział, jak umierasz i brał udział w twoim pogrzebie! Jak on mógł?! Och, moja cudowna! Moja przepiękna! Jak mógł mnie tak okłamać, nędzny łotr?!
Po tych słowach doskoczył on do Meloetty i upadł przed nią na kolana, płacząc z radości. Pokemonka wpatrywała się w niego lekko zaszokowana, nie bardzo rozumiejąc to, co właśnie usłyszał.
- Przepraszam, ale... Nie rozumiem, o czym ty mówisz.
Oshawott spojrzał na nią zdumiony.
- Jak to? Meloetto, czy nie poznajesz mnie?! Nie poznajesz tego, który o twoje względy był gotów walczyć z całym światem?!
- Przepraszam, ale tu chyba zaszło jakieś nieporozumienie. Ja cię nie znam, Oshawott.
- Nie znasz mnie, ale wiesz, jak mam na imię.
- To chyba każdy wie, idioto! - rzucił zgryźliwie Krookodile - Przecież nie mamy żadnych imion poza nazwą naszego gatunku.
Muszę zauważyć, że ten „idiota“ jakoś wcale nie zdawał sobie z tego sprawy, że jego zachowanie jest idiotyczne, ponieważ cały czas wpatrywał się jak w obrazek w Nową Meloettę, ta zaś była wyraźnie zdumiona tym wszystkim, co jej zalotnik do niej mówił. Na całe szczęście ja wszystko już rozumiałem i choć scena była zabawna, to musiałem w końcu przerwać tę szopkę, co oczywiście natychmiast zrobiłem.
- Słuchaj, Oshawott... Wiem, że może cię to zaboli, ale Meloetta, w której się kochałeś nie żyje. Sam brałem udział w jej pogrzebie i widziałem, jak umiera od ciosu zadanego jej przez Malamara.
Oshawott popatrzył na mnie oburzony i warknął:
- Skoro tak, to jak wyjaśnisz fakt, że ona jest tutaj cała i zdrowa?
- To jest jej córka, przygłupie - odpowiedziałem mu, tracąc powoli do niego cierpliwość.
- Córka?! - jęknął nieszczęsny zalotnik, spoglądając na mnie bardzo zaszokowany, a potem kierując swój wzrok na Nową Meloettę - A zatem jesteś córką Meloetty z Unovy? Strażniczki Zwierciadła Prawdy?
- Tak, to była moja matka - odpowiedział mu Nowa Meloetta - Bardzo mi przykro, że mnie z nią pomyliłeś, ale niestety... ja nie jestem nią. Jestem jej córką, a nie swoją matką.
Oshawott załamany opuścił głowę i zaczął szlochać.
- Przykro mi. Kochałeś ją?
- Tak, kochałem ją, moja piękności - odpowiedział jej załamany mój przyjaciel - Bardzo ją kochałem i podziwiałem. Bardzo mi przykro, że ona jednak nie żyje. Mimo wszystko cieszę się, iż ty żyjesz i masz się dobrze.
Nowa Meloetta uśmiechnęła się do niego czule, a z kolei Oshawott zrobił ku niej maślane oczy, patrząc na nią coraz bardziej zachwycony. Widać było, iż z każdą chwilą zakochuje się w swojej przyjaciółce.
- Widzisz to samo, co ja? - spytałem Krookodile’a.
- Oj tak, widzę... I powiem ci jedno... Z tego będą tylko problemy - powiedział smutnym tonem mój kompan, który mimo tego, że łatwo wpada w gniew, to umiał być też mądry.
Nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo miał on rację.

***


Wkrótce potem, przy dekorowaniu domu profesora Nowa Meloetta miała już dwóch zalotników. Jednym z nich był Oshawott, a drugim Piplup, którzy za każdym razem, gdy tylko mieli ku temu okazję (a dodam, że szukali jej jak najczęściej) usługiwali jej, potem zaś zaczynali się oni bić między sobą, co kończyło się tym, że albo ja, albo Buizel musieliśmy ich rozdzielać.
- Naprawdę mam wielką ochotę po prostu walnąć jednego i drugiego w łeb - powiedział do mnie załamanym głosem Buizel - Mówię ci, Pikachu. Jeszcze trochę i nie wytrzymam.
- Spróbuj jakoś wytrzymać, przyjacielu - odpowiedziałem mu bardzo smutnym głosem - Święta potrwają trzy dni, a potem się rozejdziemy i będzie święty spokój.
- Tak, ale zanim on nastąpi, to naprawdę chyba zwariuję przez nich, a uwierz mi, nie chcę zwariować.
- Ja też, więc nie zaogniaj sytuacji, przyjacielu.
- Jeżeli mam być szczery, to moim zdaniem po prostu należy walnąć jednego i drugiego mocno w łeb.
- A moim skromnym zdaniem można użyć bardziej subtelnych metod - odezwał się Krookodile podchodząc do nas.
Spojrzałem na niego uważnie i pytająco.
- A co tak konkretnie masz na myśli, przyjacielu? - spytałem.
- To proste... Czy widzisz te dwa koguciki skaczące sobie do oczu o samiczkę? - mruknął złośliwie Krookodile - Jest na nie tylko jeden sposób.
- Jaki? - zapytał Buizel.
- Znajdź im wspólnego wroga, a wtedy się uspokoją - stwierdził nasz rozmówca z uśmiechem na pysku.
Ja i Buizel spojrzeliśmy w jego stronę zaintrygowani.
- Wspólnego wroga? - zdziwiłem się - Nie bardzo rozumiem.
- To bardzo proste - rzekł Krookodile wręcz przemądrzałym tonem - Jeśli dwóch gości bije się o kobietę, to co może ich pogodzić? Trzeci gość, który zamierza również zdobyć względy tej samej osoby. To chyba proste.
- Proste? No, niekoniecznie - odpowiedziałem mu ponuro - Chociaż... Może jest w tym, co mówisz jakaś nadzieja.
- Tak... Chyba na to, że zaczną się bić z tym trzecim gościem - rzucił złośliwie Buizel - Będziemy musieli trzech uspokajać, a nie dwóch.
- Spokojnie... Wcale nie musi tak być - zaśmiał się wesoło Krookodile - Wystarczy tylko znaleźć odpowiedniego kandydata na ich rywala, który wszystko odpowiednio rozegra.
- Dobrze, tylko kogo? - spytałem.
Nagle zauważyliśmy jeżdżącego na kolorowej, nadmuchiwanej piłce Panchama, który oprócz jazdy fikał też koziołki w górze w taki sposób, aby lądować na swym środku transportu na nodze lub na ręce. Nowa Meloetta, widząc jego popisy, zaczęła radośnie klaskać, śmiejąc się przy tym wesoło. Piplup i Oshawott zdecydowanie nie byli tym faktem zachwyceni.
- Brawo! Brawo! - zawołała wesoło Nowa Meloetta.
- Dziękuję, dziękuję. Nie pchać się po autografy, proszę! - zaśmiał się wesoło Pancham, zeskakując na podłogę.
- Czyż on nie jest wspaniałym akrobatą? - spytała Meloetta.
- Akrobatą? Raczej clownem! - rzucił zazdrosnym tonem Oshawott.
- Oj tak! Zdecydowanie do tego mu bliżej - dodał równie zgryźliwie Piplup, biorąc się skrzydłami po bokach.
Widząc to Krookodile zachichotał delikatnie i powiedział:
- Chyba właśnie mamy kandydata na wspólnego wroga.
Buizel zaśmiał się wesoło, już wszystko rozumiejąc.
- Tak, to bardzo dobry pomysł. Trzeba tylko z nim pogadać. Niech on zacznie się zalecać do Meloetty. Może wtedy ci dwaj przestaną się w końcu sprzeczać.
- Szczerze mówiąc nie liczyłbym na to - odpowiedziałem ponuro - Już raz kiedyś Ash próbował pogodzić ze sobą Serenę i Misty w ten sam sposób, ale nie wyszło z tego nic dobrego. Osobiście odradzam wam takie pomysły. Z tego wynikną tylko kłopoty.
- Weź już nie bądź takim pesymistą, stary - zaśmiał się wesoło Buizel, klepiąc mnie po ramieniu - Spójrz raczej optymistycznie na to wszystko.
Po tych słowach obaj podeszli do Panchama i zaczęli z nim rozmawiać.
- Cześć, kochanie - powiedziała do mnie Buneary, stając tuż obok mnie - Jak tam idzie przygotowywanie dekoracji świątecznych?
- Szczerze? Leży i kwiczy, bo ci dwaj co chwila się sprzeczają ze sobą - odpowiedziałem, wskazując na Oshawotta i Piplupa - Ale za to Krookodile i Buizel mają pewien pomysł, jak temu zaradzić, choć odnoszę jakieś takie dziwne wrażenie, z tego wynikną tylko same problemy.
Buneary oparła się łapkami o moje ramię i powiedziała:
- Pikachu, słodziaku ty mój kochany. Weź już lepiej daj sobie spokój i pozwól wykazać się swoim przyjaciołom. Oni z pewnością wiedzą, co robią.
- Problem w tym, że wiedzą, ale nie zdają sobie sprawy z tego, co może wyniknąć z ich pomysłów.
- A ty zdajesz sobie sprawę?
- Ja? Mam złe przeczucia i wolałbym się mylić, ale... Nie sądzę, żebym się mylił.
Buneary popatrzyła na mnie i powiedziała czule:
- Kochanie moje... Spokojnie. Miej więcej wiary w naszych przyjaciół i mniej paranoi. Dobrze?
- Spróbuję, ale nie wierzę, żeby ich pomysły przyniosły coś dobrego.
Tymczasem Krookodile i Buizel bardzo zadowoleni z siebie powrócili do mnie i powiedzieli, że rozmawiali już z Panchamem, a ten obiecał nam pomóc.
- Mówię wam, że to już tylko kwestia czasu, jak ci dwaj się pogodzą i skończą się problemy z ich kłótniami, które mamy już wszyscy serdecznie dość - powiedział Krookodile - Choć, jeśli to nie wypali, to z wielką chęcią walnę jednego i drugiego przez łeb! Ot, co zrobię!
- Aha... Czyli, jak spryt zawodzi, to zastosujesz brutalną przemoc? - spytał ironicznie Buizel.
Krookodile spojrzał na niego gniewnie, ale w końcu westchnął głęboko i rzekł:
- Tak, masz rację. Ash zawsze nam powtarzał, że walka nie wszystko rozwiązuje. Lepiej więc spróbujmy sprytu. Oby tylko Pancham nie nawalił.
- O ile go znam, to zrobi więcej niż powinien - rzuciłem z ironią w głosie.


C.D.N.





Przygoda 131 cz. II

Przygoda CXXXI Do boju, młodzieży cz. II W miasteczku Alabastia odbywała się właśnie wielka uroczystość. Do tego pięknego miasta w regionie ...