Do boju, młodzieży cz. II
W miasteczku Alabastia odbywała się właśnie wielka uroczystość. Do tego pięknego miasta w regionie Kanto przyjechało wesołe miasteczko. Nie była to zbyt częsta atrakcja w tej okolicy, dlatego też należało korzystać z okazji, aby tam się znaleźć i nacieszyć w pełni niesamowitą paradą atrakcji, jakie ona ofiarowywała. Nie zdziwi zatem na pewno nikogo z was, kiedy wam powiem, że niemal wszyscy mieszkańcy Alabastii przybyli do wesołego miasteczka i angażowali się w to, co to miejsce przygotowało dla zainteresowanych. A było z czego wybierać. Jedni ludzie mogli rzucać piłką do butelek, drudzy rzucać na butelki obręcze, trzeci strzelać do poruszających się tarcz, jeszcze inni jeździć na kolejce górskiej, samochodzikami, na diabelskim młynie, pozwiedzać Dom Luster czy Dom Strachu albo wziąć udział w jeszcze wielu innych atrakcjach. Było z czego wybierać. Dla każdego było coś miłego. Każdy człowiek mógł tu znaleźć coś dla siebie.
Nie mogło w nim też zabraknąć również naszych dzisiejszych bohaterów, a była nim czwórka dzieci w wieku około dziesięciu lat lub trochę więcej. Były to dzieci naprawdę wyjątkowe. Chłopiec imieniem Kurt, który pochodził z latającej w okolicach regionu Kanto wyspy Laputa, dziewczynka z okolicznego miasteczka imieniem Taylor, a także dwoje bliźniąt o imionach Ash i Ashley. Ci to dopiero byli niezwykli i to pod każdym możliwym względem. O ile Kurt i Taylor byli dziećmi z rasy ludzkiej, to Ash i Ashley nie mogli tego o sobie powiedzieć. Ta dwójka była istotami morskimi, trytonem i syreną w ludzkich postaciach. Ich rodzice też byli trytonem i syreną, nosili imiona Nik i Adela. Dla kogoś, kto tego może jeszcze nie wie, syreny i trytony posiadają niezwykłe umiejętności. Gdy są na lądzie, potrafią bez większych trudności przybrać postać ludzką i poruszać się zupełnie jak ludzie i żyć tak jak ludzie. Jednak nie należało oblewać ich wodą, ponieważ w takiej oto sytuacji mogli ponownie przemienić się w swoje morskie postacie, a to mogłoby im nieco utrudnić życie, przynajmniej do chwili, w której się wysuszą i znowu się nie przemienią w ludzi.
Ale spokojnie, ten wątek nie pojawi się w naszej opowieści, choć moglibyście pomyśleć inaczej. Smaczek ów został poruszony dlatego, aby wszystko, co wam powinno być wiadome... Było wam wiadome. Tak po prostu. A zatem, możemy się już zabierać za początek naszej opowieści.
Wesołe miasteczko oferowały swoim gościom cały szereg świetnych zabaw i atrakcji. A ponieważ każdy mógł tu znaleźć coś dla siebie, to nic chyba dziwnego w tym, że nasza urocza czwórka również znalazła tu coś, co jej się spodobało. Tak dobrze się tu bawili, jak nigdy dotąd. Choć uczciwie trzeba powiedzieć, że nie tyle zabawę im zapewniały same atrakcje, co fakt, iż mogli bawić się wspólnie.
- Świetna zabawa, co nie? - zapytała Taylor swoich przyjaciół.
Dziewczynka wcinała właśnie watę cukrową na patyku, która ewidentnie jej smakowała, ponieważ zajadała się nią z ogromnym smakiem, rozkoszując się przy tym faktem, jak ona jest słodka.
- No pewnie, że świetnie - odpowiedziała jej Ashley - Wiesz, pod wodą nie mamy aż tyle atrakcji.
- Nie przesadzaj. Atrakcji mamy niekiedy co niemiara - stwierdził dowcipnie Ash - Pamiętasz, jak walczyliśmy z wiedźmą Morganą?
Ashley lekko się zmieszała i odpowiedziała:
- Weź mi nawet nie przypominaj. Nie cierpię tej wiedźmy i źle wspominam to spotkanie.
- Źle wspominasz? Przecież nic nam się nie stało. A przede wszystkim, jakoś sobie z nią poradziliśmy.
Ashley popatrzyła na brata ironicznie i odpowiedziała mu:
- My sobie poradziliśmy? Wiesz, nie chcę odbierać ci pewności siebie, ale to chyba nie my sobie z tą wiedźmą poradziliśmy, tylko twój imiennik, Ash Ketchum i jego ukochana Serena.
Ash zmieszał się lekko. Tak, była to rzeczywiście prawda, ponieważ prawdą było to, iż to nie oni wygrali starcie z wiedźmą Morganą na Łebie, tylko słynny i dzielny trener Pokemonów, Ash Ketchum, będący również znanym detektywem. Pomogła mu w tym jego dziewczyna Serena Evans (obecnie będąca jego żoną), a także Nik i Adela, a mali Ash i Ashley w walce tej nie odegrali nazbyt wielkiej roli. Oczywiście chłopiec dobrze to wiedział, ale uznał, że najlepiej jest mówić innym o tym, iż cała ta sprawa wygląda nieco inaczej i on sam odegrał tam sporą rolę. W końcu, kto to niby sprawdzi? A ponadto, sam miał sobie za złe, iż nie miał wtedy możliwości się wykazać. Uważał do tego, że ponieważ on i jego siostra otrzymali imię od Asha Ketchuma, to powinni się wykazać podczas walki ze złem, a już na pewno on powinien to zrobić.
Jeśli mowa o imieniu, to muszę tu wyjaśnić, iż rzeczywiście tak było. Mama naszych bliźniąt, syrenka Adela miała ogromną sympatię do Asha Ketchuma, a nim poznał on Serenę, mieli nawet oboje coś na kształt platonicznego romansu. Choć było to dawno, Adela nigdy nie zapomniała Asha i na jego cześć nazwała swoje dzieci. Nik nie miał nic przeciwko temu, ponieważ wiedział, że żona go kocha i że wspomnienie Asha nie jest dla niej wspomnieniem wielkiej miłości, a jedynie dość ciepłym wspomnieniem dobrego przyjaciela. Pomógł tu również fakt, iż Ash był w związku z Sereną i to udanym związku, dlatego Nik nie miał powodu się obawiać, aby młody Ketchum odbił mu ukochaną. Tak więc, podsumowując, bliźnięta Adeli i Nika dostali imię po dzielnym chłopaku, który przeżył z Adelą pewną naprawdę niesamowitą przygodę, a potem wraz z nią i jej mężem miał jeszcze kilka przygód i który był obecnie bohaterem Kanto i innych regionów, których rozwiązał wiele zagadek i zdołał kilka razy ocalić świat. Był niemalże prawdziwą legendą, a już w każdym razie w oczach swoich przyjaciół, dlatego niejeden z nich marzył o tym, aby mu dorównać. Takie marzenie również posiadał Ash, syn Adeli i Nika, brat bliźniak Ashley. Marzył o tym, aby pokazać, iż jest godzien tego imienia i może mu dorównać. Kto wie? Może podczas tej historii zdoła tego dokonać. Jeszcze się to zobaczy.
- No dobra, Ashley. Być może i rzeczywiście tak właśnie było - powiedział Ash pojednawczym tonem - Ale przecież zawsze przy następnej przygodzie oboje się możemy wykazać.
Ashley popatrzyła dowcipnie na brata i odparła:
- Może się wykażemy, może nie? Ja tam nie jestem fanką tego, aby się tak na siłę popisywać.
Stojący przy jej nodze Squirtle, który właśnie wcinał jakiś łakoć, powiedział coś w swoim języku, co ewidentnie wskazywało na to, iż się z nią zgadza.
- Na siłę? A kto powiedział, że na siłę? - odpowiedział jej brat bliźniak - My nie musimy nic robić na siłę. Możemy po prostu wykorzystać sytuację i kiedy się taka nam nadarzy i pokazać, na co nas stać.
Charmander, jego starter, który jadł właśnie gofra, zapiszczał coś po swojemu i zrobił to w takim stylu, że można było się domyśleć, iż podobnie jak jego trener, on także marzy o tym, aby się wykazać.
Taylor popatrzyła na chłopaka i jego Pokemona wesoło, mówiąc:
- Dobra, dobra. Możecie sobie próbować, jeżeli naprawdę tego chcecie, ale to nic wam nie da. Tak naprawdę, mojemu bratu nie dorównacie, choćbyście nawet na głowie stanęli.
Taylor nazywała niejeden raz Asha „swoim bratem”, ponieważ jego ojciec i jej mama od dawna się spotykali i planowali wziąć ślub, a zatem niedługo mieli się stać prawdziwą rodziną. Dlatego też dziewczynka wychodziła z założenia, że może tak właśnie tytułować Asha i traktować go w taki sposób, jakby był on jej starszym bratem. Sam zainteresowany nie miał nic przeciwko temu, pod warunkiem, że jego przybrana siostrzyczka nie próbowała na siłę go gloryfikować i robić z niego jakieś bóstwo, ponieważ chwilami go to peszyło i powodowało u niego pewne poważne zawstydzenie. Oczywiście, trzeba tu wyjaśnić, że Ash Ketchum nie miał nigdy nic przeciwko temu, aby go chwalono. Jak chyba każdy człowiek na świecie, nie tylko lubił pochwały, ale też cieszył się, że na nie zasłużył. Ale też nie był nigdy na tyle próżny, aby miał chwalić się na prawo i lewo swoimi osiągnięciami, jak i też nigdy nie oczekiwał od swoich przyjaciół, aby ci go wychwalali pod niebiosa. Sam wiele razy przyznawał, że jakąś sprawę mógłby poprowadzić lepiej, co widział obecnie, z perspektywy czasu albo też inaczej mógł postąpić wtedy, kiedy popełnił błąd. Ale tak czy inaczej, bardzo lubił on Taylor i nie miał nic przeciwko, że ta nazywa go już teraz swoim starszym bratem, pod warunkiem, iż nie próbowała robić z niego chodzącej gwiazdy i popisywać się pokrewieństwem z nim. Bo ten aspekt relacji, jakie ich łączyły, zdecydowanie go nie cieszył. Taylor zdawała sobie z tego sprawę, ale też nie do końca przejmowała się tym faktem i popisywała się niejeden raz, jak dobrze zna ona Asha Ketchuma. Więcej, pozwalała sobie nawet na to, że chwaliła się tym wszystkim i lubiła czerpać z tego pewne profity, jak zachwyt innych za to, iż jest przybraną siostrą tego sławnego detektywa.
Jak więc widać, dziewczynka była zachwycona Ashem Ketchumem i nie była wcale zachwycona tym, że ktokolwiek chwalił się tym, że może mu dorównać. Zaś mały Ash obruszył się lekko. Jego miłość własna została teraz poważna urażona, a on nie zamierzał tego tak po prostu darować.
- No wiesz? Naprawdę uważasz, że nie mam szans dorównać twojemu bratu, którego wszyscy oczywiście podziwiamy?
Taylor popatrzyła ironicznie na Asha i odpowiedziała:
- A co? Uważasz, że mu dorównasz?
- A ty uważasz, że nie mógłbym mu dorównać? - spytał chłopak.
Dziewczynka spojrzała na chłopaka ironicznym wzrokiem, po czym odparła dość złośliwym tonem:
- Dorównać mu możesz, ale chyba jedynie we śnie. Ashowi Ketchumowi nikt nie dorówna i im szybciej się z tym pogodzisz, tym lepiej.
- Ona ma rację. Jemu nikt nie dorówna - powiedziała Ashley - Braciszku, nie chcę ci dowodzić, że jesteś nic nie wart, bo to nieprawda, ale na co ty liczysz? Że bez trudu dorównasz naszemu idolowi?
- Nie mówię, że bez trudu, ale chciałbym tego dokonać - odparł Ash - Bardzo bym tego chciał. Pomyślcie tylko. Noszę imię wielkiego człowieka! Prawdziwego bohatera! Zrozumcie! To wysoko postawiona poprzeczka! Bardzo chciałbym móc ją przejść. Chciałbym osiągnąć ten cel! Chciałbym zostać bohaterem!
To mówiąc, Ash przybrał nieco bohaterską pozę, jakby pozował do posągu, który miano właśnie wyrzeźbić. Taylor i Ashley spojrzały na niego ironicznie, zaś druga z nich powiedziała:
- No, jak tam chcesz, ale ja osobiście, jeżeli mnie pytacie, chcę się po prostu dobrze bawić i tobie też to radzę.
W całej tej rozmowie, jedynie Kurt nie brał udziału i to głównie dlatego, że był on niemową. Od urodzenia mówił jedynie za pomocą języka migowego, ale też nie słyszał, co jednak ostatnio się zmieniło dzięki interwencji przyjaciół w osobach Latiosa i Latias, dwójki potężnych Pokemonów obdarzonych naprawdę ogromną mocą pozytywnej energii, która była w stanie wiele dokonać. Co prawda, nie dała ona chłopcu zdolności mówienia, ale nie miało to większego dla niego znaczenia, gdyż możliwość słyszenia wszystkiego wokół siebie, która wiązała się z tym, że był w stanie w miarę możliwości normalnie żyć, była dla niego najważniejsza i nie domagał się od losu niczego więcej. Zadowolony zajadał właśnie swojego loda, a siedzący u jego boku Pikachu wcinał właśnie jabłko.
- No dobrze, mój przyszły bohaterze - powiedziała po chwili Taylor do Asha - Jak będzie okazja się wykazać, to jestem pewna, że z niej skorzystasz, ale teraz to nie ma znaczenia. Teraz mamy wesołe miasteczko i powinniśmy się na nim dobrze bawić, a nie rozważać, co będzie, gdy się nam trafi okazja do wykazania się.
Kurt uśmiechnął się do niej i pokiwał głową na znak, że podziela to zdanie i już po chwili cała trójka nie myślała o tym, czy będą mieli okazję się wykazać, czy też nie i od razu wrócili do zabawy. Nawiasem mówiąc, nie mieli wtedy jeszcze ani cienia podejrzeń, że okazja do tego, aby się wykazać, nadarzy im się i to znacznie szybciej niż mogliby przypuszczać. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Dzieci bawiły się bardzo dobrze, biorąc udział w atrakcjach przygotowanych przez twórców tego wesołego przedsięwzięcia. Ash wykazał się podczas rzucania piłką do puszek, Ashley udało się rzucić obręcz na butelkę, Taylor sprawdziła się w łowieniu nagród na wędkę, a Kurt trafił do celu ze strzelby wiele razy i udało mu się wygrać pluszowego Teddyursę, którego zadowolony dał Taylor. Dziewczynka obdarzyła go za to promiennym uśmiechem i pocałunkiem w policzek, na co ten uroczy chłopiec niemowa zareagował rumieńcem.
- Widzicie? Wykazaliśmy się wszyscy! - zawołała radośnie Ashley.
- Tak, ale wiecie, że nie o takie wykazanie się mi chodziło - odparł Ash, jakby niezbyt zadowolony z tego powodu, że jego siostra nieco spłyca tak poważny dla niego temat.
- Spokojnie, jeszcze się wykażesz, zobaczysz - odpowiedziała Taylor.
Zadowolona zrobiła kilka kroków do przodu, kiedy nagle poczuła, że wpadła na kogoś. Na jakiegoś dorosłego. Upadła na ziemię, a jej pluszak wyleciał z jej rąk. Dziewczynka jednak szybko zerwała się na równe nogi i zaczęła szukać wzrokiem swego pluszaka. Gdy go dostrzegła, sięgnęła po niego ręką, ale wtedy stało się coś niespodziewanego. Zauważyła, że po pluszaka schyla się jakiś wysoki nastolatek o blond włosach, ubrany w białą koszulkę i niebieskie dżinsy. Na głowie miał czapkę z daszkiem z jakimiś znaczkami. Zadowolony popatrzył na pluszaka i powiedział:
- To chyba twoje, zgadza się?
Po tych słowach, lekko pochylił się w kierunku Taylor i podał jej maskotkę. Dziewczynka odebrała swoją własność i odpowiedziała:
- Dziękuję. Tak, to mój Teddyursa. Wygrał go dla mnie Kurt.
To mówiąc, wskazała dłonią na swojego przyjaciela, który uśmiechnął się do nastolatka przyjaźnie. Ten odwzajemnił ów uśmiech i powiedział:
- Widzę, że masz naprawdę talent, jeżeli udało ci się wygrać tego pluszaka dla swojej dziewczyny.
Kurt zachichotał, rozbawiony tym, co właśnie usłyszał, zaś Taylor lekko się tak jakby zmieszała i pospieszyła z wyjaśnieniami:
- Nie, nie, nie! To nie tak! - odpowiedziała wesoło - My nie jesteśmy parą!
- Jaka szkoda. Wyglądacie na bardzo zakochanych - odezwał się nagle czyiś przyjazny głos.
Słowa te wypowiedziała dziewczyna, również nastolatka, prawdopodobnie w wieku chłopaka, który ich zagadał. Była to śliczna blondynka o niebieskich oczach i kształtnym nosku, ubrana w niebieską sukienkę, w której tak nawiasem mówiąc, było jej bardzo do twarzy. Podeszła ona do blondyna i powiedziała:
- Widzę, że trochę uprzedzasz fakty, Gancham. Ta oto urocza dziewczynka nie jest jeszcze dziewczyną tego uroczego chłopca.
- Jeszcze! To bardzo dobre słowa, Janet - odpowiedział dziewczynie chłopak - „Jeszcze” to słowo, które nie oznacza, aby nie miało to nastąpić.
Taylor chciała już coś powiedzieć, ale znowu się zarumieniła i nic na to nie odpowiedziała. Rzuciła tylko wesoło:
- Ja teraz nie myślę o chłopaku. Ja tylko chcę się dobrze bawić.
Janet popatrzyła na nią wesoło i odparła:
- I bardzo dobrze. Masz rację, że jeszcze nie myślisz o chłopakach. Uwierz mi, że z takiego myślenia rzadko kiedy wychodzi coś dobrego.
- A ty masz chłopaka? - zapytała Ashley, podchodząc nieco bliżej.
Janet zarumieniła się lekko i spojrzała z uwagą na Ganchana, który delikatnie się zaśmiał i złapał ją czule za rękę. Dziewczyna była nieco zaskoczona tym, co on właśnie zrobił, ale nie protestowała. Uśmiechnęła się i powiedziała:
- Oczywiście, że mam. I uwielbiam przebywać w jego towarzystwie, bo nie ma nikogo tak uroczego, jak on.
- No, ja tam znam paru uroczych chłopaków - zauważyła Taylor - Chociażby Ash Ketchum, mój starszy brat.
Jej towarzysze skinęli głowami, potwierdzając jej słowa. Janet jednak lekko zdumiona spojrzała na dzieci i zapytała:
- Ash Ketchum? A kto to taki?
Taylor wyglądała tak, jakby ktoś właśnie jej powiedział, że nie wie, iż Ziemia jest okrągła, a nie płaska. Jej zdumienie sięgało zenitu i już miała coś powiedzieć, kiedy nagle zrozumiała, że najwidoczniej ich rozmówcy nie zdają sobie sprawy z tego, kim jest Ash Ketchum, ponieważ mogą pochodzić z zupełnie innego terenu niż region Kanto, dlatego mogli zadać takie pytanie. Dlatego nie powiedziała nic, choć początkowo chciała to zrobić. Jednak mały Ash zupełnie inaczej podszedł do całej tej sytuacji, gdyż głośno powiedział:
- Jak to?! Jak możecie nie wiedzieć, kim jest Ash Ketchum?! Przecież to jest największy na świecie detektyw, a do tego rewelacyjny trener Pokemonów! To jest bohater, który ocalił świat i to kilka razy! Mówię wam! W całym Kanto nie ma za wielu ludzi sławniejszych od niego.
Janet uśmiechnęła się do chłopca życzliwie i powiedziała:
- Wybaczcie, proszę. Nie jesteśmy stąd i nie wiemy wszystkiego o tym, jacy są wasi bohaterowie i jak bardzo są tu znani.
- Wiedziałam. Oni nie są stąd - powiedziała w myślach sama do siebie Taylor, a głośno dodała: - W porządku, ale powinniście poprawić ten błąd i dowiedzieć się czegoś więcej na jego temat. Bo widzicie, to mój brat.
- Twój brat? - zapytał zainteresowany Ganchan.
Taylor zadowolona uśmiechnęła się do nastolatka i już miała coś mu na ten temat odpowiedzieć, kiedy pierwsza zrobiła to Ashley.
- No, tak nie do końca. Ash Ketchum jest jedynie przybranym bratem naszej przyjaciółki, ale traktuje ją jak młodszą siostrę.
Taylor spiorunowała ją wzrokiem, a dziewczynka rozłożyła zdumiona ręce na znak, że nie wie, o co chodzi jej przyjaciółka. Ta zaś była lekko obruszona faktem, iż ktoś ujawnił ten fakt, który wszystko jej utrudniał. Ona sama zdecydowanie o wiele bardziej cieszyłaby się, gdyby wszyscy widzieli w niej autentyczną siostrę słynnego detektywa. Wtedy w oczach tych nieznajomych zdecydowanie bardziej by urosła i mogłaby się nieco popisać, co jak już wiemy, bardzo lubiła. Tak więc Ashley niestety, o czym nie miała pojęcia, pomieszała jej szyki.
Ganchan i Janet jednak uśmiechnęli się życzliwie do dzieciaków i wyraźnie zachowywali się tak, jakby uznali, że to nie ma żadnego znaczenia, czy Ash był rzeczywiście bratem Taylor, czy tylko tytularnie. Ważne było to, że dziewczynka go zna i że ów Ash Ketchum musiał być kimś w rodzaju miejscowego celebryty i to nie takiego, który się popisuje i nic specjalnie nie robi, aby na to miano sobie zasłużyć, a takim posiadającym nie tylko sławę, ale również powody do tego, aby tą sławą się cieszyć. A to było już wystarczające do tego, aby sobie zasłużyć na wyraźne zainteresowanie.
- No, prawdziwą siostrą czy przybraną, to nie ma znaczenia - powiedziała na rewelację Ashley Janet - Liczy się jedynie to, że jest on bratem jednej z was i to, że wszyscy tu bardzo dobrze go znacie, a my nie.
- I bardzo chcielibyśmy to nadrobić, jeśli jest taka możliwość - dodał wesoło Ganchan - No właśnie. Jest taka możliwość?
- Możliwość jest, ale chwilowo utrudniona - powiedział Ash - Bo jego teraz nie ma w Alabastii.
Ganchan i Janet wyglądali na poważnie zasmuconych tym faktem.
- Och, jaka szkoda - powiedziała Janet - Bo bardzo chętnie byśmy go poznali, ale skoro teraz to niemożliwe, będziemy musieli odłożyć to na inny czas.
- Zupełnie jak my wykazanie się - mruknął Ash.
Nikt nie zwrócił na niego uwagi.
- A nie wiecie, kiedy będzie znowu w Alabastii? - zapytała Janet.
- Niestety, tego nie wiemy - odpowiedziała Ashley.
- Ale jak coś, to chwilowo przebywa on w Wertanii, stolicy Kanto - wyjaśniła nowo poznanej parze Taylor - Możecie się tam wybrać, jeśli chcecie.
Ganchan i Janet uśmiechnęli się przyjaźnie i mieli już coś odpowiedzieć na tę propozycję, kiedy nagle coś innego przykuło ich uwagę. Tym czymś było stoisko z ustawianymi w różne piramidki butelek, do których można było rzucać piłeczkami. Przy stoisku tym stali dwaj osobnicy. Jeden z nich to był wysoki chudzielec o dość dużym nosie, cienkich wąsikach, dużych dwóch przednich zębach wystających mu z ust, czarnych włosach i nieco mizernej postaci. Miał on na sobie strój biały w czerwone paski, a jego głowę zdobił słomkowy kapelusik. Drugą osobą był kolejny mężczyzna, ale mający fioletowe włosy i podobnego koloru oczu. Jego strój różnił się w niewielkim tylko stopniu od stroju jego współpracownika, ale miał pod szyją zawiązaną zieloną muszkę w zielone grochy. Obaj stali obok siebie i nawoływali głośno klientów do swojego stoiska.
- Zapraszamy serdecznie! Tylko u nas niesamowita okazja! Możecie wygrać różne nagrody dla siebie lub swoich bliskich w rzucaniu do celu piłeczką! Tylko u nas dziś taka okazja! Podchodźcie śmiało! Próbujcie, niewiele to kosztuje!
Obaj mężczyźni wołali na przemian i zachęcali kolejnych gości do swojego stoiska. Ganchan i Janet popatrzyli na nich uważnie, po czym oboje zrobili miny pełne zdumienia oraz lekkiego niepokoju, co oczywiście nie umknęło uwagi naszej uroczej czwórki. Jednak Ganchan i Janet szybko otrząśli się z tego lekkiego szoku i spojrzeli na swoich rozmówców przepraszająco.
- Wybaczcie, ale musimy już iść - powiedział Ganchan - Chcemy wziąć udział w zabawie i może coś uda nam się wygrać.
- Życzymy powodzenia - odpowiedział im Ash i spojrzał na przyjaciół - My też mamy jeszcze sporo miejsc tutaj do zobaczenia i wiele atrakcji do odhaczenia.
Kurt skinął głową i pokazał dłonią na Dom Strachu, który najwyraźniej chyba najbardziej ze wszystkich go zainteresował. Jego przyjacielu przyznali, że to jest ciekawy pomysł, więc udali się tam, pożegnawszy wcześniej właśnie poznanych przez siebie znajomych. Gdy już stanęli przed wejściem do tej atrakcji, to od razu ich przywitali dwaj dziwacy. Jednym z nich był mało atrakcyjny grubas z zarostem na twarzy i sporymi mięśniami, dość głupkowato się uśmiechający, ale starający się wyglądać naprawdę sympatycznie. Drugim był jakiś karzeł z wielką brązową szopą na głowie i okularach, mówiący nieco cienkim głosem.
- Chcecie pozwiedzać Dom Strachów? - zapytał jeden z nich.
- Uprzedzamy, tam jest naprawdę strasznie, a jak raz się tam wejdzie, to nie ma bata i trzeba przejść przez wszystkie atrakcje, które tam są - dodał drugi.
Dzieciaki oczywiście w żaden sposób to nie zniechęciło, podobnie zresztą też, jak ich Pokemony, dlatego od razu kupili bilety i weszli do środka Domu Strachów, a w jego wnętrzu zmierzyli się z najróżniejszymi strachami, jakie tylko były tam przygotowane. Wymienić je wszystkie jest niemożliwe, ale myślę, że śmiało by można powiedzieć, iż było ich dużo i każde z nich jeszcze bardziej przerażające niż poprzednie. Dzieciaki jednak nie były żadnymi strachami przerażone. Były już nieco zahartowane, jeżeli chodzi o różne strachy i niepokoje. Widzieli już podczas swoich przygód, przeżytych u boku Asha Ketchuma takie rzeczy, że te wszystkie dosyć zwariowane atrakcje Domu Strachów wydawały się być dosyć dziecinnymi igraszkami. Bo niby jak to wszystko miało się równać z walką z wiedźmą Morganą czy zetknięciem z tą mięsożerną rośliną króla Edgara na Lapucie, nie mówiąc już o tych wszystkich przestępcach, jakich pokonał Ash Ketchum, a czego świadkami byli od czasu do czasu właśnie nasi bohaterowie? Biorąc to wszystko pod uwagę, to atrakcje Domu Strachów, chociaż były naprawdę ciekawe, nie były w stanie ich porządnie przestraszyć. Raczej ich rozbawiły, ale dzięki temu też cieszyły.
Po wyjściu z Domu Strachów, cała czwórka udała się do kolejnej atrakcji, a tą był Namiot Wróżki Jessieliny. Namiot ten był wielki i koloru czerwonego, a przed nim znajdowała się wielka tablica z napisem „Wróżka Jessielina prawdę ci powie”. Tuż koło owej tablicy stała elegancka blondynka w seksownej sukience i z dosyć dużymi czerwonymi okularami zdobiącymi jej twarz. W zasadzie, to nie były tak naprawdę okulary, co bardziej maska zakrywająca sporą część twarzy, ale dodająca jej uroku.
- Zapraszam serdecznie do wróżki Jessieliny! Zapraszam serdecznie! Prawdę wam ona powie! Wszystko wie, wszystko widzi i wszystko przepowie!
- Wszystko przepowie? - zainteresował się tym, co właśnie usłyszał Ash.
Widać było po jego twarzy, że bardzo go to ciekawi i jest tym zainteresowany. Zapewne wciąż chodziła mu po głowie chęć dowiedzenia się tego, czy on i jego przyjaciele będą mieli możliwość wykazać się i udowodnić swojego bohaterstwa i czy to im się uda? Dlatego niemalże od razu napalił się na pomysł, aby odkryć ten aspekt swojej przyszłości. Co do jego przyjaciół, nie byli oni aż tak zainteresowani tym wszystkim, uważając, że nie ma to większego znaczenia, ponieważ co ma być, to będzie i oni sobie jakoś z tym poradzą. Ale skoro Ash się uparł, to trudno było go przekonać do zmiany zdania. Pod tym względem bardzo przypominał on Asha Ketchuma, choć jego upór był raczej cechą pozytywną i raczej prowadził do tego, że ostatecznie, pomimo różnych trudności, w końcu osiągał cel. Co do jego małego imiennika, to trudno było jak na razie powiedzieć, czy upór młodego człowieka był pozytywną cechą, czy może raczej negatywną.
Tak czy siak, cała czwórka uroczych dzieciaczków ostatecznie zdecydowała się wejść do namiotu wróżki Jessieliny. Zastali ją tam w środku. Siedziała ona na krześle przed stolikiem, na której stała kryształowa kula, a także zestaw kart. Sama wróżka wyglądała dość niezwykle. Była to wysoka, ruda młoda kobieta ubrana w strój Cyganki i z wielkimi okularami o zielonych szkłach na nosie.
- Witajcie, kochani! Witajcie! - powiedziała do dzieci uroczystym tonem.
Ton ów był dość patetyczny i wzniosły, niemalże nienaturalny, dodatkowo też dzieciom wydawał się być nieco nienaturalny i przesadzony, ale również na swój sposób zabawny. Tym bardziej ten ubaw wzrósł jeszcze bardziej, kiedy tylko owa tajemnicza wróżka zaczęła mówić dalej:
- Chcecie poznać swoją przyszłość, moi kochani! Zapraszam was więc! Nie bójcie się! Podejdźcie do mnie, a wszystko, czego chcecie się dowiedzieć, już nie będzie miało dla was tajemnic. Pytajcie śmiało, a się dowiecie!
Teraz kobieta mówiła o wiele bardziej doniośle i podniośle, jednak dzieciom to nie przeszkadzało, a wręcz ich to bawiło, dlatego usiedli oni naprzeciwko swojej gospodyni, która uśmiechnęła się do nich życzliwie i zapytała, które z nich chce się dowiedzieć jako pierwsze swojej przyszłości. Oczywiście pierwszym był Ash. Był on ciekawy tego, czy się będzie miał okazję wykazać i udowodnić, że wart jest on swojego imienia. Ledwie tylko zapytał o to i poprosił o odpowiedź na to pytanie, wróżka zajrzała w kulę, pomruczała coś i uśmiechnęła się, a potem chwyciła karty do ręki i podała ją chłopcu mówiąc, aby wybrał jedną z nich. Ten bez wahania, od razu niemal wyjął z podanych mu kart jedną, a wróżka Jessielina obejrzała ją i już po chwili powiedziała:
- Widzę, że bardzo chcesz się wykazać i że pragniesz tego ponad wszystko na tym świecie. Młody człowieku, mogę ci obiecać, iż wkrótce twojemu życzeniu się stanie zadość. Będziesz mógł to zrobić i udowodnisz wszystkim, jaki jesteś dzielny i waleczny, ale tylko pod warunkiem, że nie zabraknie ci odwagi wtedy, kiedy już staniesz przed obliczem zagrożenia.
Ash uśmiechnął się dumnie i powiedział:
- Mnie odwagi nigdy nie brakuje!
- A więc wykażesz się.
Chłopak pisnął z radości i spojrzał na swoich przyjaciół, którzy jednak byli nie do końca przekonani do słów wróżki Jessieliny. Szczególnie Kurt patrzył na nią dość podejrzliwie, tak jakby wychodził z założenia, iż kobieta mówi przyjacielowi jego jedynie to, co ten chce usłyszeć, aby mu sprawić przyjemność. Nie wiedział jednak, czy ma rację, dlatego swoją uwagę zachował dla siebie. Choć oczywiście, nawet gdyby miał ochotę wyrazić głośno swoje niezadowolenie, to by i tak nic by z tego nie wyszło, bo nie mógł mówić, jak to już zaznaczyliśmy.
Tymczasem pozostali przyjaciele też zadali wróżce różne pytania, oczywiście poza Kurtem, który nie mógł go zadawać z powodu już przez nas podanych, ale też zdołał powiedzieć, co chce się dowiedzieć za pomocą języka migowego, który to potem przyjaciele przetłumaczyli. Wróżka więc zrozumiała, o co chłopcu chodzi i na jego pytanie także odpowiedziała. Gdy już wykonała swój obowiązek, dzieci się z nią pożegnały i wyszły z namiotu, mając jednak różne uczucia na temat tego, co właśnie usłyszały. Ash był podniecony i zachwycony, Ashley zaskoczona, Taylor negatywnie nastawiona (wprost nazwała ona wróżkę oszustką wyłudzającą kasę od naiwnych), a Kurt pokazał na migi, iż jej nie dowierza, ale być może coś jednak powiedziała zgodnie z prawdą i może niektóre z tych rzeczy naprawdę się spełni. Taylor prychnęła na to śmiechem i powiedziała:
- Daj spokój, Kurt! Ja ci mówię, że jak ta zakichana wróżka powiedziała nam całą prawdę i to, co ona nam przepowiedziała się spełni, to ja się bardzo zdziwię!
- A żebyś się nie zdziwiła! - zawołał wciąż podniecony słowami wróżki Ash - Jeszcze zobaczysz, że wszystko to, co ona nam powiedziała spełni się, a my sami zostaniemy bohaterami i wykażemy się!
- Och, braciszku! Fajnie by było, ale nie wiem, czy to się stanie, chociaż jeśli to jest prawdziwa wróżka, to kto wie? - powiedziała Ashley.
Taylor parsknęła śmiechem.
- Prawdziwa wróżka? Niby kto? Ta pani przebieraniec, która odegrała przed nami przedstawienie? Błagam was! To zwykła oszustka i nikt więcej! Ale dobrze, niech wam będzie. Uwierzmy w jej przepowiednię i czekajmy na okazję, żeby się wykazać. Coś mi tylko mówi, że sobie długo poczekamy.
Dziewczynka oczywiście nie miała pojęcia, bo i skąd miała je mieć, że czekać na to nie będzie znowu aż tak długo, a sama przyszłość, która dopiero co się przed nimi zaczęła rysować, jeszcze ich wszystkich zaskoczy.
Nie zdawała sobie również sprawy z tego, że Ganchan i Janet, czyli ta urocza para zakochanych, poznana przez nich przed godziną lub dwiema, obecnie bardzo uważnie obserwuje namiot Jessieliny i przygląda się zapraszającej na seansie wizji przyszłości kolejnych klientów.
- Myślisz, że to może być ona? - zapytała Janet Ganchana.
Chłopak skinął głową i powiedział:
- Jestem tego pewien. Tak jak i tego, że znowu coś knuje. Ona i jej gang. Ale chyba tym razem dobrali sobie wspólników wśród miejscowych.
- To co robimy?
- Spróbujemy się dowiedzieć, co oni knują.
***
Wróżka Jessielina odczekała do momentu, w którym miała przerwę od swoich obowiązków jasnowidzącej kobiety i otarła mocno dłonią pot z czoła, mówiąc:
- Och, to wciskanie kitu frajerom jest strasznie męczące.
- Weź nie narzekaj, Jessie. Nie robisz tego pierwszy raz - odpowiedział jej na to karzeł z wielką szopą na głowie.
- Owszem, ale pierwszy raz robię to jako wróżka Jessielina - odparła kobieta - Nie jestem w stanie wymyślać tak na doczekaniu bajeczek, w które ludzie uwierzą na dzień dobry.
- Jak dotąd, radziłaś sobie nieźle.
- Tak, ale jak tak dalej pójdzie, to w końcu skończą mi się pomysły i nie będę w stanie dalej tak improwizować.
- Spokojnie, twoja improwizacja jak dotąd była genialna - powiedział wysoki, młody mężczyzna o niebieskich włosach, wchodząc do namiotu.
- Dziękuję, że tak uważasz - powiedziała na to wróżka Jessielina, uśmiechając się w sposób wskazujący ewidentnie na to, że jest z siebie bardzo zadowolona, a te wszystkie komplementy miłe łechczą jej ego - Ale i tak muszę nieco odpocząć, aby naładować akumulatory.
- Słusznie, bo jak je porządnie naładujesz, to będziemy w stanie wyciągnąć o wiele więcej kasy od tych wszystkich frajerów - powiedział młody mężczyzna, z wyraźnym zadowoleniem zacierając ręce.
- Weź się tak nie ciesz - rzucił w jego stronę karzeł - Zarobioną kasą i tak się musimy podzielić z tymi naszymi kochanymi wspólnikami. Tak jak było ustalone.
Mężczyzna o niebieskich włosach oraz wróżka jęknęli załamani, jakby sobie dopiero teraz o tym szczególe przypomnieli.
- Wiesz, ty to zawsze umiesz popsuć człowiekowi humor - rzuciła Jessielina.
- Właśnie! - dodał mężczyzna z pretensjami w głosie - Ja tutaj zaczynałem się już zastanawiać, na co wydamy nasz zarobek, a ty musiałeś sprowadzić nas oboje na ziemię?
- I to jeszcze tak brutalnie? - dodała wróżka.
- Ktoś tutaj musi myśleć logicznie, kiedy wy bujacie w obłokach - odparł na to karzeł - Ale spokojnie, nie przejmujcie się. Dostajemy przecież połowę kasy z tego całego biznesu, a to też nie mało.
- Tak, ale zawsze pół miliona to nie milion - powiedziała Jessielina.
Wtem do namiotu weszła blondynka z maską na twarzy i widząc malujący się na twarzach swoich wspólników wyraz załamania, zapytała dowcipnie:
- Hej! A co macie takie skwaszone miny, co? Wyglądacie, jakbyście wygrali w totka milion dolarów, ale zgubili kupon i nie mogli go odebrać.
- A z czego mamy się cieszyć? - zapytała ją wróżka - Kasy mamy sporo z tych wszystkich frajerów, ale co nam z tego, skoro musimy jej połowę wam oddać?
- Tak się przecież umawialiśmy - zauważyła blondynka - Poza tym, połowa tej kasy to i tak dużo.
- To samo właśnie jej mówiłem, ale oni nie chcieli mnie słuchać - powiedział złośliwym tonem karzeł.
Chwilę później, do namiotu weszli dwaj pracownicy wesołego miasteczka, a byli to grubas i chudzielec, już przez nas poznani.
- Słuchajcie, w tym mieście jest także sporo frajerów - zauważył chudzielec - Może nawet więcej niż tych, których widujemy tam, skąd pochodzimy.
- Wszystkie nasze atrakcje cieszą się olbrzymią popularnością, a nasz zarobek z nich coraz bardziej rośnie - dodał Grubas.
- Szkoda, że będziemy musieli zwinąć szybko interes.
- Racja, w tym mieście można by jeszcze więcej zarobić.
Blondynka w masce spojrzała na nich z lekką złością i powiedziała:
- Nie bądźcie głupi ani zachłanni. Nie zapominajcie, że nasze atrakcje może i nie są nielegalne, ale wyraźnie naciągamy z ich pomocą wszystkich frajerów z tej okolicy. I grozi nam to, że w końcu zorientują się, że są robieni w konia. A wtedy możemy mieć problemy. Lepiej więc, żeby nas wtedy nie złapali.
- Słuszna uwaga - odezwał się karzeł - Poza tym, pamiętajcie o tym, że nie da się w jednym mieście bez przerwy przeprowadzać jakieś oszustwa i nie zostać na tym ani razu przyłapanym.
- No właśnie - odezwał się chudzielec - Trzeba się cieszyć z tego, co mamy, a mamy przecież naprawdę dużo. Swoją drogą...
To mówiąc, nagle przybrał bardzo konspiracyjny ton, a jego przebiegłe oczka przybrały formę jeszcze bardziej przebiegłą i chytrą niż wcześniej.
- Nasz szef powinien się już odezwać, ale skoro się nie odzywa, to może już się nie odezwie i cała kasa wtedy zostanie przy nas?
Widać było, że karzeł i niebieskowłosy facet byli bardzo podekscytowani taką propozycją, jednak zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć na ten temat, odezwał się jakiś mroczny głos:
- Zapomnij o tym, żałosny wieszaku!
- Hej! Kto to powiedział?! - zapytał chudzielec, rozglądając się dookoła.
- Ja to powiedziałem!
Cała szóstka zwróciła swój wzrok w kierunku sporej czaszki, która leżała tuż obok innych rekwizytów do wróżenia, z jakich korzystała Jessielina. Warto tu przy tym zaznaczyć, że czaszka nie wywierała bynajmniej mrocznego wrażenia ani na dzieciach, ani na dorosłych, którzy przyszli do tego namiotu po wróżby, gdyż dość skutecznie wydała się ona być jedynie drobnym rekwizytem i nie znajdowało się w niej nic niepokojącego. Teraz jednak ten stan rzeczy uległ zmianie, ponieważ ta oto czaszka zaczęła lekko się mienić jakimś blaskiem, a z jej oczodołów biły wielkie czerwone blaski. Widać było aż nadto wyraźnie, że nie jest to zwykła czaszka, lecz przedmiot o magicznych właściwościach, za pomocą którego ktoś skontaktował się z naszą szóstką.
- O nie! Gadająca czaszka! - wrzasnął przerażony karzeł, któremu oto nagle z szoku spadła peruka z głowy.
Wyszło wówczas na jaw, że ów karzeł nie jest tak naprawdę karłem, a dosyć niezwykłym Pokemonem kotem, który z jakiegoś powodu bardzo dobrze stał na dwóch tylnych łapach, a do tego jeszcze umiał mówić ludzkich głosem.
- To dość dziwaczne - powiedział facet w niebieskich włosach.
- I zatrważające - dodała Jessielina.
- Dziwaczne, tak? - zapytał złośliwym tonem głos dobiegający z czaszki - A ten gadający ludzkim głosem Pokemon, to niby nie jest dziwaczne?
- Ale do tego już zdążyliśmy przywyknąć - odpowiedział młodzieniec mający niebieskie włosy.
- Więc do mnie też przywykniecie - rzucił złośliwie głos wydobywający się z czaszki.
- Może przywykniemy, może nie - odparł Pokemon kot - Ale tak po prawdzie, to kim ty niby jesteś, przerośnięta piszczelo?!
Grubas, chudzielec i dziewczyna w masce zrobili przerażone miny, po czym próbowali pokazać na migi Pokemonowi, aby siedział cicho. Było jednak już za późno na to. Czaszka lekko podskoczyła, a głos dobiegający z niej przybrał o wiele bardziej surowy ton.
- Piszczelo?! A czy piszczel umie robić tak?!
Po tych słowach, czaszka znowu podskoczyła i z jej oczu poleciały nagle na Pokemona dwa wielkie promienie, które poraziły go tak mocno, że aż cały szkielet znajdujący się w nim, stał się nagle widoczny, a po chwili stworek skończył cały w sadzy, ku wielkiemu przerażeniu swoich kompanów.
- Wiecie, doszedłem właśnie do niezwykle konstruktywnego wniosku - rzucił Pokemon - Powstrzymanie się od obrażania potężnych, magicznych duchów, które są ukryte w najróżniejszych przedmiotach domowego użytku, pozwala spokojnie kontynuować życie, bez obrażeń fizycznych.
To mówiąc, upadł na ziemię, a kompani podbiegli do niego i zaczęli go cucić.
Chudzielec uśmiechnął się złośliwie i spojrzał w kierunku widzów siedzących właśnie przed telewizorem i powiedział:
- Spokojnie, ten stworek nie zginął. W naszym serialu nikt nie ginie nigdy, a to dlatego, że to serial dla dzieci. Choć niektóre jego elementy mogą pozornie temu przeczyć. A przy okazji, może was zaskoczyło, że tym razem nasz skład jest nieco większy niż zwykle, ale co poradzić? Trafiliśmy przypadkiem do nieznanego nam świata Pokemonów i aby się w nim dobrze poruszać, musimy mieć sojuszników. Stąd też pomysł wynajęcia sobie do pomocy miejscowych złodziejaszków, którzy są tu powszechnie znani jako Zespół R.
Nagle czaszka poraziła chudzielca takim samym promieniem jak ten, którym porażony został Pokemon kot.
- Zamilcz, głupcze! Nie wyraziłem zgody na łamanie czwartej ściany! A poza tym, psujesz element zaskoczenia.
- Wybacz, szefie - wyjęczał chudzielec.
- Szef ma rację - powiedziała blondynka w masce - Widzowie sami powinni się wszystkiego domyślać podczas trwania odcinka. To pomaga im rozwijać swoje umysły, które dzięki temu mogą być równie bystre, co umysł szefa.
Nagle ją też poraziła moc bijąca z czaszki.
- Nie wyraziłem też zgody na lizusostwo!
- Wybacz, szefie - jęknęła kobieta.
- A w ogóle, to co wy tu jeszcze robicie na nogach, kiedy wasz szef do was przemawia? - spytała ze złością czaszka - Zapominacie, jak to powinno wyglądać. Skoro tak, to przypomnę wam.
Następnie przybrała niezwykle wzniosły głos i zawołała:
- To ja, Dokurobei! Na kolana!
Cała szóstka bandytów od razu upadła na kolana, oddając pokłon swojemu pryncypałowi, a ten zadowolony powiedział:
- Jak miło popatrzeć na wasze poniżanie się przede mną. Może nie jestem aż nazbyt wielkim fanem pustych gestów, to jednak wpatrywanie się w to, że nie jest wam obca czołobitność, sprawia mi dużą przyjemność.
- Czy tylko po to, aby patrzeć na nasze poniżenie, pojawił się pan tu? - spytał Pokemon kot.
- Przymknij się - warknęła na niego blondynka.
- Ależ skąd - odpowiedział dowcipnym tonem głos w czaszce - Mam o wiele poważniejsze powody. Chcę was poinformować, że wpadłem oto na trop kolejnej już części kamienia Dokuro. Wszystko wskazuje na to, iż znajduje się on gdzieś w tej okolicy, w jednym z miejscowych muzeów.
- A czy wolno spytać, w którym konkretnie? - zapytał grubas.
- Wolno, ale nie poznacie i tak odpowiedzi, bo sam jej nie znam - odparł na to głos z czaszki - Moje dane nie sięgają aż tak daleko. Wiem jedynie tyle, że kamień ten znajduje się wśród drogocennych kamieni, które są eksponatami w muzeach z tej okolicy. Musicie po prostu wykraść kamienie z tych muzeów i przywieść je do mnie, a ja już sam ustalę, który z nich jest właściwy.
- Wybacz mi, że mówię niepytany, o wielki i potężny Dokurobei - odezwał się nagle chudzielec - Ale czy jeżeli już znajdziesz kamień Dokuro, o którym tutaj jest mowa, to czy będziemy mogli zatrzymać sobie pozostałe kamienie szlachetne? W końcu, nie oddamy je ponownie do muzeum, a panu nie będą potrzebne, to chyba możemy je sobie zatrzymać, prawda?
Mroczny głos czaszki zachichotał złośliwie, zanim odpowiedział.
- Jesteś niezwykle zachłanny, drogi Boyakki. Ale w zasadzie, dlaczego nie? Mnie pozostałe kamienie nie będą do niczego potrzebne. Możecie więc je sobie zachować jako nagrodę za lojalną służbę.
Chudzielec nazwany Boyakkim uśmiechnął się zadowolony z tej odpowiedzi i zatarł ręce w sposób dowodzący jego zachłanności. Podobnie zrobił stojący obok niego grubas, jednak w tej samej chwili odezwał się ponownie głos z czaszki:
- A ty z czego się śmiejesz, Boyakki? A ty, Tonzler?
Grubas, gdyż to on się nazywał Tonzler, od razu przestał się śmiać. Reszta tej mrocznej paczki złoczyńców od razu spojrzała zaniepokojona na czaszkę, która po chwili milczenia i uważnego ich obserwowania, przemówiła dalej:
- Radzę wam potraktować sprawę poważnie. Jak dotąd, nigdy nie zdołaliście zrealizować powierzonego wam zadania, a jeśli nawet, to nie umieliście zrobić to w sposób pełny i dokładny. To dotyczy również was, Zespole R.
Te słowa skierował do wróżbitki, mężczyzny o niebieskich włosach, a także do gadającego Pokemona kota. Cała trójka skuliła się ze strachu, kiedy tylko to do nich wyrzekł.
- Nie wykazywaliście się jak dotąd skutecznością i trudno mi uznać was za osoby kompetentne. Jeśli chodzi o wyłudzanie pieniędzy lub też zdobywanie ich dzięki naprędce przygotowanemu biznesowi, to zgoda. To umiecie sobie radzić. Ale poważne misje zdają się was przerastać. Dlatego nie jestem pewien, czy moi ludzie zrobili dobrze, werbując właśnie was do pomocy. Ale niech tam już będzie. Zobaczymy, co z tej współpracy wyniknie.
- Obiecujemy, że damy z siebie naprawdę wszystko! - zawołał mężczyzna w niebieskich włosach.
- Skupimy wszystkie swoje siły na realizacji tego zadania - dodała kobieta, która udawała wróżkę.
- Milczeć! - wrzasnęła czaszka i strzeliła im pod nogi promieniem - Wcale nie oczekiwałem od was deklaracji! Ja chcę efektów i to prędkich!
Następnie spojrzała na swoich podwładnych i powiedziała:
- Dronio!
- Tak, panie Dokurobei? - zapytała kobieta w masce.
- Przygotujcie robota i rozpoczynajcie akcję. Muzea same się nie obrabują. I postarajcie się, aby wasi nowi wspólnicy nie lenili się i też mieli sporo pracy. Liczę na to, że dowiodą swojej wartości, podobnie jak i wy. I pamiętajcie... Jeżeli mnie znowu zawiedziecie, ukażę was surowo. Znacznie surowiej niż dotychczas!
- Dlaczego surowiej? - jęknęła Dronio.
- Ponieważ tym razem jest was dwa razy więcej niż zwykle, dlatego też kara będzie w razie porażki podwójna - odpowiedziała czaszka - A teraz żegnam się z wami i czekam na raport o wykonaniu zadania.
Po tych słowach, czaszka nagle zaczęła dymić i syczeć, co zapowiadało dość prędką eksplozję. Cała szóstka złodziejaszków wrzasnęła ze strachu, kiedy tylko to sobie uświadomiła. Następnie Tonzler i Boyakki wskoczyli za plecy Dronio i od razu wypchnęli ją przed siebie. Kobieta próbowała zaprotestować, ale zanim coś w tej sprawie zdążyła zrobić, czaszka wybuchła i kobieta skończyła pokryta w kilku miejscach swojej osoby sadzą, a ubranie, które miała na sobie, rozleciało się w pył i pozostała na niej jedynie bielizna. Pokemon kot i facet w niebieskich włosach z zachłannością i śliną na ustach zaczęli się wpatrywać w ten widok, ale ich wierna wspólniczka, wróżka Jessielina walnęła obu po głowie pięścią i warknęła:
- A co to za gapienie się?! Nie macie co robić, tylko się gapić?!
- No co? Gapimy się tylko na ładne widoki, których nie mamy na co dzień - odpowiedział jej mężczyzna w niebieskich włosach.
- Nie macie na co dzień? - spytała zdumiona wróżka - A ja to co? Nie jestem dla was ładnym widokiem?
- Ładnym widokiem jest dla nas jedynie krajobraz pozbawiony twojej jakże uroczej osoby - zachichotał złośliwie Pokemon kot.
Żart ten przypłacił kolejnym ciosem pięścią w głowę od swojej koleżanki, ale tym razem znacznie mocniejszym.
- Zapomniałeś, że niezbyt lubiany widok może zrobić ci krzywdę, jak rzucisz o jeden żart za dużo? - warknęła kobieta.
Dronio również nie miała powodów do radości. Spojrzała najpierw na siebie i jęknęła zrozpaczona, jak teraz ona wygląda. A następnie popatrzyła na Boyakkiego i Tonzlera, wołając ze złością:
- Parszywi żałośni pomocnicy! Tak traktujecie swoją szefową?! Osłaniacie się mną jak tarczą?!
- Ale panno Dronio, to przecież jest normalna sprawa, że szef zawsze jest na pierwszym miejscu - zauważył Boyakki.
- Poza tym, to pokazuje, że bardzo ci ufamy - dodał Tonzler - I jeżeli mamy się za kimś skryć, to tylko za tobą.
- Milczeć, żałosne tchórze! - wrzasnęła Dronio - Nie mamy czasu na jakieś głupkowate pogaduszki! Musimy się zbierać! Wielki Dokurobei oczekuje na to, że powiadomimy go o pozytywnym wykonaniu zadania. Im szybciej się weźmiemy do roboty, tym lepiej!
Boyakki i Tonzler zasalutowali kobiecie, a ta uśmiechnęła się zadowolona, po czym spojrzała na Zespół R i powiedziała:
- Was też to dotyczy, jełopy! Do roboty!
- Tak jest! - zawołał Zespół R, salutując pannie Dronio.
Normalnie by tego nie zrobili, a jeśli już, to z pewnością nie tak ochoczo, ale popis siły, jaką właśnie dał tajemniczy Dokurobei był na tyle potężny i tak mocno przemówił do ich wyobraźni, że odechciało im się jakiegokolwiek pyskowania lub upominania się o swoje prawa. Nastawili się więc na posłuszne wykonywanie im powierzonych zadań.
Cała szóstka złoczyńców nie miała jednak pojęcia o tym, że ktoś właśnie z wielką uwagą ich obserwuje. Byli to Ganchan i Janet. Kiedy tylko zobaczyli oni to, czego właśnie my byliśmy świadkami, szybko owa parka odskoczyła na bok, po czym zaczęła omawiać zaistniałą sytuację.
- Niedobrze, Janet. Gang Drombo tym razem wziął sobie posiłki w postaci bandy miejscowych złodziejaszków - powiedział Ganchan.
- Kojarzysz ten cały Zespół R? - zapytała Janet.
- Tak, słyszałem coś niecoś o nim - odpowiedział jej chłopak - Wszędzie jest o nich głośno. To miejscowe złodziejaszki. Dziewczyna to Jessie. To ta, co dzisiaj udawała wróżkę Jessielinę. Ten chłopak z nią to James. A ten gadający Pokemon to Meowth. Cała trójka walczyła kiedyś w szeregach organizacji przestępczej Rocket. Ale obecnie organizacja ta już nie istnieje, więc oni sobie dorabiają prywatnie. Z tego, co zdążyłem się o nich dowiedzieć, nie są zbyt bystrzy i nie mają za dużo szczęściach w wykonywaniu powierzonych im zadań. Ale są dość pomysłowi, a jeżeli połączyli siły z panną Dronio i jej gangiem, może wyjść z tego dość groźna mieszanka.
- Co więc powinniśmy zrobić? - zapytała Janet.
- Właśnie sam się zastanawiam - odpowiedział Ganchan - Powinniśmy chyba im przeszkodzić w okradzeniu tych wszystkich muzeów, ale z drugiej strony, jeżeli wśród tych kamieni znajduje się kamień Dokuro, to powinniśmy się o tym jakoś dowiedzieć. Ale jak to zrobimy, jeżeli sam Dokurobei tego nie powie? A przecież nie powie bandzie Drombo, który z tych klejnotów, które oni chcą ukraść jest tym, czego on szuka, jeżeli nie skradną tych kamieni.
- Więc co mamy zrobić? Proponujesz pozwolić im okraść muzea i poczekać, co powie Dokurobei, a potem dopiero interweniować?
- To dość ryzykowne, ale chyba nie mamy innego wyjścia. Musimy przecież się dowiedzieć, który z tych kamieni jest właściwym. Jeżeli nie pozwolimy im na dokonanie kradzieży, to Dokurobei wynajmie kogoś innego albo spróbują jeszcze raz i tym razem skuteczniej.
- Więc pozwalamy im okraść muzea, a potajemnie cały czas ich obserwujemy i wkraczamy do akcji w odpowiednim momencie?
- To ryzykowne, ale chyba nie mamy innego wyjścia.
Janet ewidentnie miała wątpliwości, co do skuteczności tego planu, ale sama nie miała żadnego lepszego pomysłu, dlatego nie zostało jej nic innego, jak tylko zaakceptować ten, który właśnie powstał w głowie jej partnera.
Tymczasem Gang Drombo i Zespół R wyskoczyli z namiotu i ogłosili, że oto nastąpił koniec atrakcji w wesołym miasteczku i pora się zbierać do domów. Było to tym łatwiejsze do przeprowadzenie, gdyż nadszedł już wieczór i większość ludzi była zmęczona braniem udziału we wszystkich atrakcjach, które nasza banda im przygotowała.
Kiedy ludzie zaczęli się rozchodzić do domów, gang Drombo zadowolony się upewnił, że już są sami, a następnie udali się do jednej wielkiej szopy, na której to znajdował się właśnie wielki znak czerwonej czaszki. Tam trzymali jeszcze nie w pełni dokończonego robota w kształcie wielkiego kota. Teraz mogli go dokończyć i opłacić wszystkie rachunki, które dotąd nie mogły zostać przez nich opłacone z powodu braku funduszy.
- Wreszcie mamy dość pieniędzy - powiedział zadowolony Boyakki - Już się bałem, że komornik wsiądzie nam na kark, bo nie opłaciliśmy producentów tych części i tego wszystkiego. Na szczęście, dzięki temu wesołemu miasteczku mamy już dość kasy, aby spłacić wszystkich wierzycieli.
- Ale na razie bierzmy się za tego robota - powiedziała Dronio, zapalając przy tym długą fajkę.
- A jak pracować, to tylko z pieśnią na ustach - dodał Tonzler.
Już po chwili, cała trójka zaczęła śpiewać hymn swojej bandy i pracować nad dokończeniem swojej wynalazku. Zespół R pomagał im w tym, ale nie omieszkał okazać swojego niezadowolenia z piosenki, którą musieliśmy śpiewać razem ze swoimi wspólnikami.
- Nie obraźcie się, ale hymn naszej bandy jest dużo lepszy - rzekł Meowth.
- Może i tak, ale to my wam płacimy, a więc my dyktujemy warunki - odparła na to Dronio.
- No oczywiście. Kto płaci, ten wymaga i ten narzuca swoje normy i uciska przy tym ciężko pracującą klasą robotniczą - mruknął Pokemon kot.
- Witaj w świecie kapitalizmu - rzucił mu złośliwie Boyakki.
C.D.N.






