niedziela, 7 stycznia 2018

Przygoda 080 cz. IV

Przygoda LXXX

Uczennica detektywa cz. IV


Ponieważ w domu Delii Ketchum były nasze rowery, więc mogliśmy bez większych trudności dojechać do Melastii. Clemont i Dawn jechali na swoim tandemie, a ja pojechałam na starym rowerze Asha, którego mój luby dawno już nie używał, ponieważ częściej poruszał się na motorze od ojca, na tandemie ze mną, albo po prostu o własnych nogach. Całe szczęście, że ten jakże uroczy środek transportu, który mój ukochany dostał od swojej matki, gdy miał czternaście lat, był wciąż sprawny i do tego nadawał się do tego, aby mogła na nim jeździć siedemnastolatka.
- A niektórzy mówią, że rowery to przeżytek, a tu proszę, ile jeszcze usług nam one mogą oddać - powiedział Clemont, gdy jechaliśmy razem w kierunku Melastii.
- Jeszcze posłużą one naszym dzieciom - dodała wesoło Dawn.
Jej chłopak o mało nie wjechał do rowu, kiedy to usłyszał.
- Czy ty zwariowałeś, człowieku?! Chcesz nas zabić?! - zawołała moja przyjaciółka, mając na twarzy mieszankę gniewu i śmiechu.
Zachichotałam delikatnie, widząc tę sytuację, która po prostu rozbawiła mnie do łez.
- Naprawdę zwariowani jesteście, wiecie? - spytałam, śmiejąc się.
- Możliwe, ale tak czy inaczej Dawn, jak jeszcze będzie mi mówić o zakładaniu rodziny, to wpakuje nas oboje do najbliższego rowu - zaśmiał się Clemont.
- A niby czemu? Nie chcesz w przyszłości zostać tatusiem? - zapytała niewinnym tonem panna Seroni.
- W sumie to bym nawet chciał, ale przecież nie od razu.
- A kto mówi, że od razu? Choć nie miałabym nic przeciwko, gdybym mogła zobaczyć nasze dzieci z przyszłości.
- Nawet mnie nie kuś! - zawołał do niej jej chłopak - Nie zamierzam używać przenośników w czasie, aby zobaczyć naszą przyszłość.
- A niby dlaczego? - zdziwiła się Dawn.
- Właśnie! Niby czemu? - dodałam wesoło.
- Ponieważ nikt nie powinien znać swojej przeszłości, moi kochani. Z tego wychodzą tylko same problemy.
- Mówisz, jak bohaterowie jakiś filmów sf, ale w sumie coś w tym jest - odparła żartem panna Seroni - Tak czy siak ja zdania nie zmienię. Bardzo chciałabym się dowiedzieć, jak będą wyglądać nasze dzieci. Ash i Serena już znają wygląd swoich przyszłych pociech. Ja chciałabym poznać wygląd naszych.
- Być może kiedyś będziemy mogli poznać odpowiedzi na wszystkie dręczące nas pytania, a póki co jedźmy już, bo czekają na nas w Melastii - przypomniałam im.
Moi przyjaciele zgodzili się ze mną i przestali tracić siły na dysputy, a zebrali je w sobie, żeby móc swobodnie pojechać rowerem przed siebie w kierunku miasta będącego celem naszej podróży.
Nie wiem, jak długo tam jechaliśmy, ale nie trwało to długo, bo nim się obejrzeliśmy, to byliśmy na miejscu. Pojechaliśmy z miejsca domu Cindy Armstrong. Zostawiliśmy pod nim nasze rowery, po czym zapukaliśmy do drzwi. Otworzyła nam Taylor.
- Cześć! - zawołała wesoło dziewczynka - Dawn! Clemont! Serena! Wy do mamy i Josha? A gdzie jest Ash? Czemu nie przyjechał?
Uśmiechnęliśmy się do niej wesoło, słysząc jej pytanie. Pamiętaliśmy doskonale, jak swego czasu nie cierpiała ona Asha i była zazdrosna o to, że jej zdaniem próbował jego ojciec próbował zabrać Cindy tylko dla siebie, ale tak czy inaczej naprawdę się zmieniła na lepsze i obecnie żyła z nami w serdecznej przyjaźni.
- Widzisz, skarbie... Ash rozwiązuje właśnie zagadkę w innym mieście - powiedziała Dawn z uśmiechem.
- Pip-lu-pip! - zaćwierkał Piplup.
- Ale przysłał nas tutaj, abyśmy rozwiązali sprawę kradzieży pewnego rubiny - dodałam.
- Poważnie?! - Taylor klasnęła w dłonie zachwycona.
- Eee... W sumie to tak - uśmiechnął się Clemont.
Chłopak bardzo nie lubił kłamać, ale tym razem uznał, że nie ma co zaprzeczać moim słowom, chociaż minęłam się z prawdą, bo przecież Ash wcale nas tutaj nie przysłał. To ja, z własnej oraz nie przymuszonej przez nikogo woli postanowiłam nagle, że po prostu przyjadę do Kanto i spróbuję rozwiązać zagadkę bez pomocy mego chłopaka. Dlaczego? Chyba dlatego, że dwie sprawy naraz wymagały szybkiego rozwiązania, zaś ja chciałam odciążyć mojego chłopaka od jego obowiązków. Być może też pragnęłam w jakiś sposób się wykazać i pokazać innym, a także sobie samej, że jestem równie dobra, co Sherlock Ash? A może chciałam połechtać nieco swoje ego? Sama nie wiem. Tak czy inaczej zachowałam się wtedy tak, jak uczeń czarnoksiężnika, który pod nieobecność swego mistrza, do wykonania prac domowych zaczął stosować zaklęcia mimo zakazu i zaczarował miotłę, aby nosiła wodę do domu, ale potem nie umiał on zapanować nad stworzonym przez siebie monstrum noszącym wodę i tylko powrót jego mistrza ocalił mu życia. Czy ja byłam taka sama? Kto wie, ale podobieństwo naszych historii było spore. Byłam jak uczennica czarnoksiężnika albo raczej jak uczennica detektywa. Ale przecież nie musiałam wcale mieć aż tak niemiłe przygody jak bohater tej historii, którą właśnie przytoczyłam.
 W każdym razie nie czułam się najlepiej z tym, że okłamywaliśmy Taylor, jednak jakoś brakowało mi innych możliwości tego, co mogliśmy powiedzieć naszej małej przyjaciółce w sprawie mego zachowania. Gdybym wyjawiła jej prawdę, że zwyczajnie zabrałam bez pytania płaszcz Asha oraz wręcz wymusiłam na nim zgodę, aby mnie tutaj puścił, to by poczuła do mnie niechęć, jeśli nie gorzej. W końcu odkąd znalazła ona w swoim sercu sympatię do swojego „brata“ (jak go czule nazywała), to wszystkie osoby robiące mu na złość na pewno nie były przez nią lubiane, a ja chciałam mieć z nią jak najlepsze relacje.
- Dobrze, nieważne. Ash musi zająć się teraz swoimi sprawami, a my swoimi - przerwałam w końcu swoje rozważania - Powiedz mi więc, proszę, gdzie są twoja mama i Josh?
- Są w domu, niedawno wrócili - wyjaśniła dziewczynka, wpuszczając nas do środka - Wejdźcie. Czekają na was.
Weszliśmy więc i po chwili byliśmy w salonie, gdzie siedzieli właśnie Josh i Cindy. Oboje byli pogrążeni w rozmowie, którą jednak przerwali, gdy nas ujrzeli.
- Witajcie, kochani! - zawołał wesoło pan Ketchum, podchodząc do nas - Cześć, córeczko! Miło cię znowu widzieć, Clemont!
- Cześć, tato! - zaśmiała się Dawn, po czym wpadła w objęcia swojego ojca, który objął ją czule i pogłaskał ją po włosach.
- Pana również nam miło widzieć - odpowiedział mu jego przyszły zięć - Przyjechaliśmy, aby zbadać sprawę śmierci Douglasa Sonnera.
- Podejrzewamy, że ma ona wiele wspólnego ze sprawą tego rubinu - dodałam - Przy okazji, czy przeszukano dobrze dom tego złodzieja?
- Aż za dobrze - powiedziała Cindy, kiedy skończyła się z nami widać - Jenny jednak podejrzewa, że mogli coś przeoczyć, dlatego wezwała ekipę i postanowiła z nią dobrze przejrzeć ten dom.
- Dlatego właśnie wróciliśmy tutaj - mówił dalej Josh - Niestety, nasza droga Jenny po prostu traktuje swoją pracę aż nazbyt poważnie i uważa, że moglibyśmy jej przeszkadzać podczas rewizji.
- Aha, czyli raczej mała nadzieja, że tam się dostaniemy i z nią sobie porozmawiamy na temat zabójstwa? - spytała Dawn.
- Raczej nie, ale ma do nas zadzwonić w tej sprawie - odpowiedziała nam Cindy - Więc na razie siadajcie i porozmawiamy sobie.
- Przyda się nam taka rozmowa - poparł ją jej partner - Prócz tego jest jeszcze coś. Dowiedzieliśmy się kilku naprawdę ciekawych rzeczy na temat poszukiwanego przez was rubinu.
- Poważnie? - zapytałam zdumiona - A kiedy pan miał na to czas?
- Ja zawsze znajdę czas na sprawy, które traktuję poważnie - rzekł pan Ketchum, uśmiechając się przy tym lekko.
Miał wówczas na twarzy taką samą zawadiacką minę, jaką miał Ash, kiedy próbował nam wcisnąć te swoje jakże genialne plany. Nie było więc żadnych wątpliwości, że obaj panowie są ze sobą spokrewnieni.


Cindy z pomocą Taylor uszykowała dla nas pyszny posiłek, po czym usiedliśmy sobie przy stole i zaczęliśmy jeść. Podczas wcinania tych jakże pysznych frykasów Josh wyjaśnił nam, czego się dowiedział:
- Nie wiemy wciąż, kto stał za Douglasem, ale mamy już wniosek na to, po co komuś ten cały rubin. Widzicie, naszym błędem było uważanie, że złodziej chciał się jedynie wzbogacić.
- A nie jest tak? - spytała Dawn.
Josh pokręcił przecząco głową.
- W żadnym razie - zaśmiał się mężczyzna - Cindy to odkryła.
- Właśnie - potwierdziła kobieta - Widzicie... Ten rubin jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Żaden paser go nie tknie. Sprzedanie go byłoby więc niemożliwe.
- Chyba, że ktoś chciałby mieć go w prywatnej kolekcji - zauważyłam.
Josh zrobił gest palcami oznaczający, że mam rację.
- Słuszna uwaga, istnieje taka możliwość, ale mamy równie dobrą, jeśli nie lepszą hipotezę.
- Jaką? - spytałam.
- Widzicie... Mówią, że każdy kamień posiada w sobie ukrytą moc, o której nikt nie wie, ale jeśli się ją odkryje, to może ona służyć właścicielowi tego kamienia.
- No właśnie - skinęła głową Cindy - Ten rubin z kolei jest jednym z najstarszych kamieni na świecie. Ponoć został stworzony przez pierwszego na świecie Pokemona i zawiera wiele mocy, które ten, kto je odkryje, może wykorzystać we własnym celu.
- Piękna bajeczka - zaśmiał się ironicznie Clemont.
Dziennikarka spojrzała na niego uważnie i spytała:
- Naprawdę uważasz, że to tylko bajka?
- A niby co innego? Rubiny nie mają w sobie żadnych mocy!
- Poważnie? A syreny i duchy nie istnieją, mam rację?
Wynalazca zarumienił się lekko na twarzy, gdy usłyszał jej pytanie.
- Wybacz, ale to zupełnie co innego.
- Jak dla mnie, nie ma tu żadnej różnicy - stwierdziła kobieta - Na tym świecie są zjawiska, które wykraczają poza to, co może się nam mieścić w głowie. Wiem, że czasami trudno jest nam w nie uwierzyć, ale nasze umysły nie powinny być ograniczone przez cokolwiek.
- A zwłaszcza przez naukę - mruknęła Dawn.
Clemont zarumienił się jeszcze bardziej, a Josh dodał:
- Cindy pomogła mi poznać historię rubinu i odkryła fakt, że nikt go nie sprzeda na czarnym rynku, więc z takiej kradzieży nikt nie będzie miał żadnego pożytku.
- Poza prywatnym kolekcjonerem - zauważyłam.
- Też o tym myśleliśmy - zaśmiała się Cindy - I mamy jednego takiego podejrzanego.
- Nazywa się on Ulisses Grey i jest kolekcjonerem sztuki - powiedziała Cindy - W dodatku wiemy, że bardzo zależało mu na tym, żeby kupić od hrabiny Morcado rubin. Był niesamowicie zdeterminowany, żeby osiągnąć swój cel.
- A więc mógłby go ukraść - uśmiechnęłam się - Chyba warto byłoby z nim porozmawiać?
- Chyba nie sądzisz, że się przyzna - mruknęła Taylor, odzywając się po raz pierwszy podczas tej rozmowy.
Miała przy tym buzię ubrudzoną od czekolady. Cindy wzięła chustkę i wytarła jej twarz, co małej w ogóle się nie spodobało, co okazała poprzez gniewne burczenie na matkę.
- Nie sądzę, aby on się przyznał, ale warto by było się dowiedzieć, czy on coś ma z tym wspólnego - rzekła po chwili partnerka pana Ketchuma.
- Nie liczyłbym na zbyt wiele - zauważył Clemont - A czy policja już z nim rozmawiała?
- Oczywiście, ale niczego nie znaleźli - odpowiedział mu Josh.
- Wobec tego musimy zastosować jakiś podstęp, żeby odkryć prawdę - zaproponowałam.
Zaczęliśmy rozmawiać na temat planu, jaki to mogliśmy zastosować w dalszym działaniu. Po długich rozważaniach końcu go wymyśliliśmy.

***


Josh i Clemont udając elektryków poszli do willi pana Greya, aby pod pretekstem przejrzenia instalacji elektrycznych mieli możliwość przyjrzeć się piwnicy, gdzie były te instalacje. Udało im się także dokładnie zobaczyć inne pokoje, w których sprawdzali światło.
- Trochę nam to zajęło, ale przejrzeliśmy wszystkie pokoje na tyle, na ile było to możliwe - powiedział Josh Ketchum, kiedy już obaj powrócili ze swojej akcji - Wszystko wydaje się być w porządku, ale... Jest coś, co nas bardzo zaintrygowało.
- A co konkretnie? - spytała Dawn.
- Pip-lu-li? - zaćwierkał Piplup.
- Mianowicie pewne pomieszczenie w piwnicy - powiedział Clemont, czyszcząc sobie okulary chusteczką - Ochrona pana Greya nie pozwoliła nam się nawet do nich zbliżyć, a kiedy próbowaliśmy to zrobić, to o mało nas nie zastrzelili.
- Nie przesadzaj, mój drogi chłopcze, choć rzeczywiście nie byli z tego powodu zachwyceni - uśmiechnął się do niego jego przyszły teść - Tak czy siak mamy podejrzenie, że on tam trzyma coś, co nie jest do końca legalne.
- Coś jak nasz rubin? - zapytałam.
- Bardzo możliwe - uśmiechnął się ojciec Asha - Nie wiemy tylko, co to jest, ale gdyby Jenny zdobyła nakaz rewizji, to...
- Lepiej zapomnij o tym - pokręciła przecząco głową Cindy - Ten drań jest zbyt wielką szychą, aby mogła go tknąć bez dowodów.
- Morderca twojej kuzynki również taki był, a jednak go pokonaliśmy - zauważyłam.
- Ale wtedy był z nami Ash - przypomniała nam Dawn.
Spojrzałam na nią groźnie.
- Uważasz więc, że jestem takim głąbem, iż nie umiem go zastąpić?
Moja przyjaciółka wyglądała na zdumioną moimi słowami.
- Nie rozumiem, czemu nagle wysuwasz takie wnioski. Dziewczyno, ja nawet niczego takiego nie sugerowałam!
Westchnęłam załamana, gdy sobie uświadomiłam, jak żałośnie właśnie się zachowałam.
- Przepraszam, ale czasami naprawdę to jest irytujące.
- Niby co takiego?
- To, że Asha wszyscy pamiętają, a mnie jakoś nie.
Słysząc to Dawn popatrzyła na mnie z ironią i powiedziała:
- Coś mi mówi, że zaraziłaś się od Maxa kompleksem niższości.
- W żadnym razie, Dawn. Po prostu jego zachowanie zmusiło mnie do myślenia. Nie chcę się zachowywać tak, jak on, ale mimo wszystko czasami chciałabym poczuć, że jestem ważna i mnie też ludzie poznają na ulicy, a nie tylko mojego ukochanego. No, a poza tym mam legitymację detektywa. To chyba mnie zobowiązuje do prowadzenia śledztw.
- Coś w tym jest - uśmiechnął się Josh - A więc co planujesz, Sereno?
- W sumie nie wiem... Byłoby jedno wyjście, żeby to sprawdzić, ale... Nie wiem, czy to w ogóle się uda.
Moi przyjaciele bardzo chcieli się tego dowiedzieć, więc powiedziałam im swoją koncepcję. Ich reakcja była właśnie taka, jak się spodziewałam. Wszyscy zareagowali na nią oburzeniem i stwierdzili, że nieźle mi odbiło. Każde z nich uważało mnie za niezłą szajbuskę. Każde poza Joshem, który powiedział:
- Pewien mądry człowiek nazwiskiem Machiavelli powiedział kiedyś, że cel uświęca środki i coś mi mówi, iż najwyraźniej to prawda. Jeśli więc zrealizujesz swój plan, to ja pójdę z tobą, moja droga.
- Poważnie? - zapytałam zaintrygowana, patrząc na niego z ogromną uwagą - Pochwala pan mój plan?
- Niekoniecznie. Po prostu nie chcę zostawiać przyszłej synowej bez opieki. Ash nigdy by mi tego nie darował - zaśmiał się mężczyzna.
- Skoro tak, to ja także pójdę z wami - powiedziała Dawn - Serena jest moją najlepszą przyjaciółkę. Nie zamierzam więc puścić jej samej na taką samobójczą misję.
Uśmiechnęłam się do niej radośnie i objęłam ją mocno do siebie.
- Dziękuję ci, Dawn. Bardzo dziękuję. Zobaczysz, damy sobie radę.
- O tak... Jeżeli przeżyjemy, to z pewnością damy - zaśmiała się panna Seroni.
Clemont i Cindy nadal uważali, że mi odbiło, ale nie zamierzali więcej mnie pouczać, na całe szczęście, bo nie zniosłabym kolejnych wykładów.

***


Mój plan był rzeczywiście szalony, polegał on bowiem na tym, żeby wkraść się do willi pana Greya, aby móc przeszukać jego tajemniczy pokój. Tylko nie wiedzieliśmy, w jaki niby sposób mamy to zrobić. Ostatecznie tej willi pilnowali nie tylko strażnicy, ale grupa bardzo groźny Arcanine’ów, które najpierw gryzły, a dopiero potem zadawały pytania (o ile oczywiście je zadawały, co biorąc pod uwagę to, że nie potrafią się posługiwać ludzkim językiem, raczej było mało możliwe). Groziło nam zatem to, iż zostaniemy rozszarpani na kawałki przez te groźne Pokemony, a nasze szczątki zostaną spopielone na wiór. Jednak mieliśmy przecież możliwość wdarcia się do środka. Wystarczyło tylko postąpić tak, jak w filmach akcji, które tak bardzo uwielbia Max, czyli wejść w nocy na teren posesji i się włamać. Zrobiliśmy małą burzę mózgów i dzięki temu wiedzieliśmy, jaki plan przeprowadzić.
Gdy już wszystko mieliśmy gotowe i zaplanowane, to Josh wypuścił z pokeballa swojego Pokemona, którym był zielony stworek przypominający zieloną jaszczurkę ze skrzydłami ważki oraz długim ogonem.
- To Flygon! - zawołał Clemont.
Zaintrygowana powoli wyjęłam swój Pokedex, aby sprawdzić, co to za stworzenie.
- Flygon, Pokemon typu smoczego i ziemnego, zwany często duchem pustyni. Ewoluuje z Vibravy i jest także ostateczną formą Trapincha. Potrafi bardzo szybko latać oraz unosić się w powietrzu, będąc w bezruchu. Lubi tereny pustynne. Jest oddanym przyjacielem dla tego, kto go złapie.
- Interesujące - uśmiechnęłam się zadowolona i schowałam do kieszeni komputerek - Nie wiedziałam, że ma pan takiego Pokemona.
- Jeszcze dużo rzeczy o mnie nie wiesz - zaśmiał się dość zawadiacko mężczyzna.
Jakże był teraz podobny do swojego syna.
- Owszem, choćby tego, że pozwalasz przyszłej synowej na takie akcje - mruknęła złośliwie Cindy - Ja bym nie pozwoliła Taylor przeprowadzać takie akcje.
- Taylor jest na takie akcje jeszcze za młoda, a prócz tego jest twoją córką - odpowiedział kobiecie Josh - A Serena nie jest moim dzieckiem. Nie mam prawa jej niczego zabraniać.
- Powiedzmy - Cindy nie brzmiała na zbyt przekonaną tym sposobem myślenia - Tylko co ty powiesz Ashowi, jeżeli nie daj Boże coś się stanie jego dziewczynie?
Poczułam w tamtej chwili wielki niepokój. Wiedziałam, że kobieta ma rację, a prócz tego zadałam sobie inne pytanie: co ja powiem Ashowi, jeżeli coś mi się stanie? Wolałam o tym nie myśleć.
Na szczęście wszyscy mieliśmy bardzo dobry pomysł. Ja, Josh i Dawn poszliśmy powoli niedaleko posesji Greya, a następnie Flygon złapał w swoje łapki Piplupa mojej przyjaciółki, która sama także wskoczyła na jego grzbiet. Pokemon powoli uniósł się w górę i przeleciał przez mur posesji tak wysoko, że strażnicy go nie zauważyli.
- Dobra, kochana... A teraz zgodnie z planem - powiedziałam do mojej przyjaciółki przez krótkofalówkę.
Dawn powoli przewiązała Piplupa sznurkiem i opuściła go powoli w dół. Tam zaś jej ulubieniec zaatakował bąbelkami jednego z Arcanine’ów. Ten zawarczał groźnie i wystrzelił w niego ogromnym strumieniem ognia. Piplup jednak został podniesiony w ostatniej chwili przez swoją trenerkę, a płomień wystrzelony przez jego przeciwnika trafił w kolejnego Arcanine’a. Ten odpowiedział ogniem w tego, który go zaatakował. Wówczas dzielny pingwinek znowu się zniżył i strzelił szybko bąbelkami w kolejne wrogie nam Pokemony, ale tak, żeby zaczęły one warczeć na siebie nawzajem i nawzajem się atakować.
- Idzie nam nieźle - zachichotał Josh - Naprawdę całkiem nieźle.
- A i owszem - odpowiedziałam mu.
Patrzyliśmy, jak Piplup raz za razem, wykorzystując ciemność i swoją pozycję atakuje co chwila Arcaniny, ale tak, że strażnicy go nie widzieliśmy i myśleli, że ich Pokemony atakują się nawzajem. Zaczęli je więc uspokajać, a o to nam chodziło.
- Dobra, Sereno... Teraz nasza kolej! - powiedział pan Ketchum.
Wskoczyliśmy na grzbiet pożyczonego od Cindy Fearowa, po czym polecieliśmy za Dawn. Wylądowaliśmy przed drzwiami willi. Strażnicy nie zwrócili na nas uwagi, ponieważ byli zbyt zajęci rozdzielaniem walczących Pokemonów. Byliśmy pod drzwiami, więc teraz wystarczyło tylko tu wejść, co oczywiście zrobiliśmy. Następnie zaś Josh poprowadził mnie szybko w kierunku piwnicy.
- Dawn da sobie radę? - zapytałam przerażona.
- Spokojnie, będzie dobrze - uśmiechnął się do mnie mężczyzna - W końcu to moja córka. Musi być dobra w tym, co robi, podobnie jak jej brat.
- Oby miał pan rację. Nie chcę, aby coś jej się stało.
- Spokojnie, będzie dobrze.
- Chciałabym w to wierzyć.
W tej chwili czułam, że żałuję swojego pomysłu, jednak nie mogliśmy się już wycofać. W tamtej chwili było na to za późno. Prócz tego wspierał mnie mój przyszły teść, który był wobec mnie niczym rodzony ojciec, a to również miało ogromne znaczenie, w każdym razie dla naszej współpracy. Dzięki temu czułam, że jestem w towarzystwie osoby, której mogę w pełni zaufać.
Skradaliśmy się zatem, mijając kolejno wszystkich strażników, robiąc przy tym wszystko, co możliwe, aby nas nie zauważyli. W końcu dotarliśmy do tych ponurych i tajemniczych drzwi w piwnicy, których nie wolno było nikomu otworzyć. Josh Ketchum powoli wyjął wytrych z kieszeni i zaczął nim majstrować przy zamku. Ja stałam na czatach, ale na szczęście nikt nie zbliżał się, więc byliśmy póki co bezpieczni. W końcu mężczyzna otworzył drzwi, po czym weszliśmy do środka.
- Strasznie tu ciemno. Nic nie widzę - powiedziałam.
- Spokojnie, to żaden problem - uśmiechnął się lekko mężczyzna.


Następnie wyjął latarkę i zaczął nią świecić dookoła. Wówczas naszym oczom ukazał się niezwykły widok. W całym pokoju było pełno dzieł sztuki - obrazów, rzeźb, popiersi i innych takich. Wszystkie piękne i wyjątkowe, a co najważniejsze, wyjątkowo rzadkich.
- To wygląda mi na kradzione - powiedział Josh.
- Jest pan tego pewien? - zapytałam.
- Owszem. Poznaję to popiersie. Było o nim jakiś czas temu w gazecie. Pisano, że zostało skradzione. Albo ten obraz. Też go skradziono z muzeum w Melastii.
- Grey kradnie dzieła sztuki? I jest na tyle głupi, aby trzymać je tutaj, w swojej piwnicy?
- To wcale nie jest takie głupie, Sereno. Nie wiesz, że najciemniej jest pod latarnią? Kto by pomyślał, że te wszystkie dzieła są tutaj? Raczej nikt. To daje mu przewagę. Nikt ich nie będzie tu szukał.
- Mamy dość dowodów, aby go przymknąć. Dzwonimy do Jenny!
- Nie ma takiej potrzeby!
Odwróciliśmy się za siebie i zauważyliśmy wysokiego mężczyznę, łysego, grubego, z binoklami na nosie, ubranego w elegancki garnitur. Obok niego stało dwóch jego ochroniarzy.
- No proszę, pan elektryk - uśmiechnął się podle mężczyzna.
- Ulysses Grey... Powiedziałbym, że miło nam pana znowu widzieć, ale nie lubię kłamać - odparł złośliwie Josh Ketchum.
- Ja również tego nie lubię, dlatego też nie będę was oszukiwał mówiąc bajki o tym, że jeśli nie piśniecie pary z ust, to was nie zabiję. Przeciwnie, cokolwiek mi teraz obiecacie, to i tak zginiecie.
- Jakoś sami się tego domyśliliśmy, wie pan? - mruknęłam złośliwie.
Grey parsknął śmiechem, po czym powiedział:
- Jesteś pyskata... Zupełnie jak twoja koleżanka.
To mówiąc odsunął się, a za nim stał kolejny ochroniarz ze związanymi Dawn i Piplupem.
- Wielka szkoda, że nie umiecie nie być wścibscy, tylko wtykacie nosy w nieswoje sprawy - powiedział mężczyzna podłym tonem - Wolałbym tego uniknąć, gdyż jako miłośnik sztuki nie pochwalam takich metod, ale cóż... Skoro muszę, to muszę.
Poczułam się okropnie. Przez moje głupie pomysły cała nasza trójka mogła teraz zginąć. Nie wolno mi było do tego dopuścić. Jednak nie miałam pojęcia, co mogę zrobić. Gdyby tak Ash był tu z nami, to na pewno takie coś byłoby dla niego kaszką z mleczkiem, a ja... Ja mogłam jedynie stać bardzo przerażona tym wszystkim, co się właśnie działo. Być może przesadzam i po prostu zwyczajnie wtedy spanikowałam z powodu braku obecności Asha u mego boku i dlatego nie byłam w stanie niczego rozsądnego wymyślić, ale i tak w tamtej chwili daleko mi było do tego, aby ratować sytuację za pomocą jakiegoś dobrego fortelu.
Na całe szczęście Josh Ketchum nie stracił głowy i wiedział, co należy zrobić.
- Stójcie! Nie ruszajcie się! - zawołał, łapiąc szybko jeden z obrazów, który leżał obok ściany, przy której staliśmy.
Następnie oparł je o swoje kolano, dając w ten sposób do zrozumienia naszym przeciwnikom, że go zniszczy, jeśli oni to zrobią. Grey na poważnie wziął groźby mężczyzny, ponieważ jęknął przerażony, krzycząc:
- Nie! Błagam! Nie rób tego! To jest bezcenne dzieło sztuki! Zostaw je! - krzyczał przerażony.
- Spokojnie... Nie zrobię tego, jeżeli spełnisz moje żądania - odrzekł Josh Ketchum.
- A jakie to żądania?
- Po pierwsze, puść moją córkę!
- To twoja córka? Nawet nie jest do ciebie niepodobna.
- Powiedziałem, PUŚĆ JĄ! I jej Pokemona też!
Ludzie Greya musieli puścić Dawn i rozwiązać ją oraz Piplupa.
- Po drugie, broń na podłogę! Kopnijcie ją w moją stronę! - rozkazał Josh Ketchum.
Bandyci nie mieli wyboru i musieli spełnić jego żądania.
- A teraz na kolana i ręce na karki!
Ponownie polecenie zostało wypełnione.
- Dawn... Ci panowie ochroniarze mają jakieś kajdanki przy paskach. Bądź tak uprzejma skuć nimi ich oraz ich pryncypała. A wy nie próbujcie sztuczek, bo inaczej zniszczę obraz!
Greyowi wyraźnie zależało na ocaleniu tego dzieła sztuki, dlatego też pokornie pozwolił na to wszystko.
- Sereno... Weź mój telefon i zadzwoń na policję. Niech tutaj szybko przyjadą, bo właśnie złapaliśmy szajkę złodziei dzieł sztuki - rzekł Josh.
Oczywiście ja również spełniłam jego żądanie i to nie bez satysfakcji.

***


Uzupełnienie pamiętników Sereny - opowieść Asha c.d:
Ponieważ nie mieliśmy już nic specjalnego do roboty tego dnia, to po przeprowadzeniu rozmowy z Shizuku Tano poszliśmy wszyscy do domu państwa Hameron, gdzie wszyscy spędziliśmy naprawdę bardzo miło czas, rozmawiając o najróżniejszych sprawach, choć Max mówił głównie o tym, jak to strasznie się cieszy, że może być detektywem. Zaznaczał przy okazji wszystko, co odkryliśmy i robił to tak, jakby rozwiązanie przez nas sprawy było już tylko kwestią czasu i to bardzo krótkiego.
- Mówię wam, naprawdę doskonale nam to poszło. Jeszcze tylko jeden dzień, góra dwa, a cała sprawa będzie jasna jak słońce.
- Jasna jak słońce... Uważaj, bo uwierzę - mruknęła May.
Najwidoczniej była już zmęczona wiecznym gadaniem o tym naszym rzekomym sukcesie w wykonaniu swojego brata, co musiała okazać poprzez złośliwość i bycie zgryźliwą osóbką. Gary z kolei miał już nieco inne zdanie w tej sprawie, ponieważ również uważał, że Max zdecydowanie za mocno się chwali, to jednak nie był ani trochę złośliwy.
- Myślę, że Ash powinien sam ocenić, jak to pracuje nasz wspólny przyjaciel - powiedział pojednawczym tonem, gdy jego dziewczyna zaczęła już nieco przesadzać w swojej krytyce.
May zgodziła się z nim i uznała, że za dużo już chyba narzeka, dlatego też powoli wzięła głęboki wdech, uspokoiła się, pokiwała potakująco głową, po czym spojrzała na mnie i zapytała:
- A więc, co powiesz o pracy mojego kochanego brata?
- Powiem, że naprawdę bardzo dobrze mu idzie, chociaż czasami zbyt szybko wyciąga wnioski - odpowiedziałem szczerze.
- No właśnie... Czasami za szybko ocenia innych - mruknęła Bonnie.
Max zarumienił się lekko.
- No co? Każdemu przecież może się to zdarzyć, ale to przecież wcale nie oznacza, że należy się zaraz zniechęcać.
- Stary, przecież nikt nie próbuje cię zniechęcać - zaśmiał się Gary.
- Mów za siebie - mruknęła May.
Popatrzyłem na nią załamanym wzrokiem.
- Proszę cię... Daj szansę Maxowi. Śledztwo się jeszcze nie skończyło.
- Niestety, jeszcze nie - odparła moja przyjaciółka - Wiadomo już, jak to było z tym całym Asherem?
- Oficer Jenny uważa, że zdradził on profesora Bircha i chciał sprzedać plany jego wynalazku konkurencji, ale zażądał za dużo, przez co zginął.
- A ty w to wierzysz, Ash?
- Sam nie wiem, May. To się wydaje mieć sens, ale... Mimo wszystko mam pewne wątpliwości.
- Dlaczego?
- Jak dla mnie to wszystko wydaje się być o wiele za proste, kochani. Zdecydowanie za proste.
- Cały nasz Ash. Zawsze musi skomplikować proste sytuacje - zaśmiał się wesoło Gary, a potem dodał już poważniejszym tonem: - Mnie również to wszystko wydaje się być nieco za łatwe. Tak czy inaczej warto by było dowiedzieć się czegoś więcej o tym Asherze.
- Jenny powiedziała, że to zrobi - wyjaśniłem mu - Myślę, że doskonale da sobie z tym radę, a my będziemy mogli nieco odpocząć i zregenerować siły przed ostatecznym wyjaśnieniem tej sprawy.
- No właśnie, Ash! - zawołał wesoło Max - Prawdziwy detektyw musi mieć przecież możliwość odpoczynku i to porządnego, bo inaczej jego szare komórki nie będą należycie pracować, bo nie zostaną należycie naładowane energią.
- Tu się z tobą zgadzam, a więc odpoczywaj i przestań się już mądrzyć, braciszku - powiedziała dowcipnie May.
Chłopak spojrzał na nią w urażony sposób. Widział wyraźnie, że siostra nie traktuje poważnie ani jego, ani jego podejścia do pracy detektywa. Ja zaś wolałem oszczędzić sobie i innym oglądania kolejnych kłótni, dlatego też szybko zmieniłem temat.
Do następnego dnia nie mówiliśmy już w ogóle o śledztwie.
Rano zaś otrzymaliśmy telefon od profesora Bircha. Był on wyraźnie załamany i przerażony, kiedy z nami rozmawiał.
- Stała się straszna rzecz! Treeco uciekł z laboratorium!
To oczywiście nas również bardzo przeraziło. Przecież ten Pokemon był wyraźnie bardzo przygnębiony z powodu tego wszystkiego, co ostatnio miało miejsce. Jak dobrze wiedzieliśmy, Treeco miał naprawdę bardzo, ale to bardzo przyjazne relacje z Asherem, a więc nic dziwnego, że jego śmierć tak mocno obeszła tego uroczego stworka. Musieliśmy go jak najszybciej znaleźć, zanim doszłoby do najgorszego. Problem w tym, że nie mieliśmy pojęcia, jak to zrobić.
Norman Hameron na cała szczęście szybko podjął męską oraz bardzo stanowczą decyzję w tej sprawie:
- Idziemy wszyscy do laboratorium profesora, a tam podzielimy się i będziemy szukać grupami!
- Doskonały pomysł, kochanie! Jestem za nim. A co wy o tym sądzicie? - zapytała nas Caroline Hameron.
Wszyscy byliśmy zgodni, że ten plan ma szanse na powodzenie, a więc bez zbędnych słów ruszyliśmy, aby go wykonać.

***


Pobiegliśmy wszyscy do laboratorium, gdzie czekali już na nas Birch oraz Lucius.
- Cieszę się, że już jesteście! - zawołał uczony zachwyconym głosem - Musimy znaleźć Treeco. Bardzo mnie niepokoi jego zachowanie.
- Jeszcze z tej rozpaczy zrobi sobie coś złego - dodał Lucius.
- Biedny Treecko - jęknął Max.
- Ash, nie możemy pozwolić na to, aby coś mu się stało! - zawołała do mnie May, łapiąc mnie za rękę.
- I nie pozwolimy, oczywiście! - odpowiedziałem jej, zaciskając swoją dłoń w pięść.
- Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Doskonale! A więc teraz tak, jak proponował mój tata, podzielmy się w pary! - zarządził Max głosem prawdziwego przywódcy.
May westchnęła głęboko, widząc jego zachowanie, które wyraźnie już ją drażniło, choć zachowała to dla siebie, jednak jej mina mówiła mi więcej niż nawet tysiąc słów.
Szybko podzieliliśmy się na grupy. Profesor i Lutius pobiegli w jedną stronę, Norman i Caroline w drugą, Gary i May w trzecią, zaś ja, Max oraz Bonnie w czwartą. Oczywiście towarzyszyli nam Pikachu i Dedenne.
Wołaliśmy zaginionego stworka bardzo głośno, aby nas usłyszał.
- Treecko! Gdzie jesteś?! Pokaż się! Nie bój się, proszę! Nie chcemy cię skrzywdzić! Proszę, wróć do pana profesora!
- Pika-pika! De-ne-ne! - wołali razem z nami Pikachu i Dedenne.
Długo nawoływaliśmy i szukaliśmy Treccko, kiedy nagle usłyszeliśmy jakiś pisk. Szybko pobiegliśmy w tamtą stronę pewni, że gdzieś tutaj dzieje się coś niedobrego. Gdy już przedarliśmy się przez krzaki, zauważyliśmy Treecko przypartego do drzewa. Tuż przed nim stało spore stado groźnie na niego warczących Poochyenów, najwyraźniej mających zamiar zrobić temu biedakowi krzywdę.
- O nie! To Treecko! - krzyknęła przerażona Bonnie - Ash, musimy coś szybko zrobić!
- Musimy mu jakoś pomóc! - dodał równie przestraszony Max.
- Spokojnie, zaraz mu pomożemy! Pikachu, atakuj piorunem!
Mój Pokemon szybko skoczył do przodu i poraził prądem Poochyeny, które odskoczyły od stworka, a potem natychmiast zwróciły uwagę na nas, na czym zresztą bardzo nam zależało.
- Trzymaj się, Treecko! Uratujemy cię! - zawołał Max - Mudkip, pokaż im! Wodny Puls!
Dzielny zastępczy detektyw wypuścił swojego startera, który z miejsca zaatakował Poochyeny swoją mocą. Te oczywiście rozjuszone zawarczały w naszym kierunku i wściekle ruszyły na nas.
- My się nimi zajmiemy! Ratuj Treecko! - krzyknąłem do Maxa.
- Dobrze, Ash! - odparł chłopak i ruszył biegiem w kierunku stworka korzystając z tego, że nasi napastnicy na niego nie patrzą.
- Dedenne! Szok Elektryczny! - krzyknęła Bonnie do swego jedynego Pokemona.
Ten wyskoczył szybko z torby i zaatakował te paskudztwa swoją mocą, połączoną z mocą Pikachu oraz wodnym atakiem Mudkipa. Nasi napastnicy nie mieli z nami najmniejszych szans, zwłaszcza, kiedy do walki posłałem jeszcze Bulbasaura i Totodile’a. Zmasowany atak tych przeciwników zmusił stado Poochyenów do wycofania się w głąd lasu. Przez cały ten czas Max podbiegł szybko do Treecko, wziął go mocno w objęcia i szybko odbiegł z nim na bezpieczną odległość. Było to tak na wypadek, gdyby te paskudztwa uznały, że chcą dalej atakować podopiecznego profesora Bircha.
- Uff... Było gorąco - powiedziałem, ocierając sobie pot z czoła.
- Ale dobrze nam poszło, prawda, Ash? - zapytała Bonnie, patrząc na mnie wzrokiem pełnym radości.
- Owszem, nawet bardzo dobrze. Nasze Pokemony dały im radę. Dobra robota, chłopcy!
Pikachu, Totodile, Bulbasaur oraz Mudkip zapiszczały wesoło i lekko zmieszane moimi komplementami. Bonnie natomiast mocno przytuliła do siebie Dedenne, głaszcząc go po główce i chwaląc jego umiejętności.
- Uciekły? - spytał Max, wychodząc powoli zza drzew.
W objęciach trzymał wyraźnie zmęczonego i wykończonego ucieczką przed tymi paskudztwami Treecko.
- W porządku. Uciekły - powiedziałem.
- To dobrze. Biedny Treecko. Jest strasznie zmęczony.
- Hej, kochani! - usłyszeliśmy za sobą głos May.
Odwróciliśmy się i zauważyliśmy ją, jak biegnie w naszym kierunku, a obok niej daje susy Gary Oak.
- Usłyszeliśmy odgłosy walki i przyszliśmy wam pomóc! - zawołała dziewczyna, dysząc przy tym zmęczona.
Przypomniło mi się wtedy, że ona nigdy nie lubiła biegania.
- Chociaż, jak widzę, spóźniliśmy się nieco - zaśmiał się wesoło Gary, rozglądając się dookoła - Szkoda... Taka fajna rozróba, a nas przy tym nie było. Życie nie jest fair.
- Weź już przestań - mruknęła May - Widzę, że znaleźliście Treecko.
- No tak, a jakże - zachichotał Max, dotykając w dumny sposób swoich okularów - A co myślałaś, siostro? Że nie damy sobie rady? Chyba wyraźnie mnie nie doceniasz. Nie, nie „chyba“. Ty „na pewno“ mnie nie doceniasz, a to poważny błąd, ponieważ ja tam może jestem niski i okularnik, ale jak się rozkręcę...
- To nie ma przebacz! Tak, wiemy! - jęknęliśmy chórem ja, May, Gary i Bonnie.
- Pika-chu! - pisnął załamanym głosem Pikachu.
Max wcale nie przejął się naszą reakcją, ponieważ mówił dalej:
- No właśnie. Jak widzisz, moja kochana siostrzyczko, udało mi się już znaleźć zaginionego Treecko. Jeżeli więc jego znalazłem, to znajdę również odpowiedź na to, jak naprawdę wyglądało zabójstwo Ashera. Możesz być tego pewna.
- Oby tylko nastąpiło to w miarę możliwości szybko - mruknęła May - Mam już dość ciebie w roli detektywa. Ash przynajmniej się tyle nie chwali.
- No właśnie, bo to inni chwalą jego - zażartował sobie Gary.
Parsknęliśmy wszyscy śmiechem, który jednak zszedł nam z twarzy, kiedy zobaczyliśmy osłabionego Treecko, jak piszczy z bólu.
- Oj, chyba biedaczka strasznie coś boli - powiedziała Bonnie.
- De-ne-ne! - pisnął smętnie Dedenne.
- Lepiej skończmy te nasze dyskusje i zabierzmy biedaka do profesora Bircha - zaproponowała May.
- Słusznie. On wymaga natychmiastowej opieki - dodał Gary.
Nie dało się temu zaprzeczyć, dlatego od razu zrobiliśmy to, co było konieczne, aby pomóc Pokemonowi, czyli zabraliśmy Treecko do profesora Bircha. Po drodze spotkaliśmy Normana, Caroline oraz uczonego i Luciusa. Wszyscy byli bardzo przejęci tym, co się stało, a ich przejęcie tym wzrosło, kiedy po drodze do laboratorium opowiedzieliśmy im, w jaki to sposób uratowaliśmy Treecko.
- Oj, moje małe biedactwo! Obyśmy tylko zdążyli mu pomóc! - jęknęła pani Hameron załamanym głosem.
- Spokojnie, kochanie. Pan profesor wszystkim się zajmie - próbował ją uspokoić jej mąż.
Mieliśmy nadzieję, że ma on rację.
- Spokojnie, Treecko. Tylko spokojnie. Wytrzymaj jeszcze troszkę. Już niedaleko - Max podnosił na duchu stworka.
Ten popatrzył mu w oczy, po czym mocniej wtulił się w jego pierś.

***


Zanieśliśmy Treecko do laboratorium profesora Bircha, a tam stworek został podłączony do specjalnej aparatury, która miała mu pomóc odzyskać siły utracone przez walkę z Poochyenami.
- Panie profesorze, czy on wyjdzie z tego? - zapytał Max niesamowicie przejętym głosem.
- Tak, czy on wyjdzie z tego? - pisnęła zaniepokojona Bonnie.
- Spokojnie, wszystko będzie z nim dobrze - uśmiechnął się do nich uczony - Nie musicie się niczym przejmować.
- Dzięki Bogu - westchnęła May, łapiąc się za serce - A już myślałam, że te podłe Poochyeny go wykończyły.
- Poochyeny bywają bardzo agresywne, gdy bronią swojego terytorium - rzekł Lucius - Ale spokojnie, on wyjdzie z tego.
To mówiąc pogłaskał główkę Pokemona, ten jednak wściekły ugryzł go w palec. Młodzieniec zaczął się z nim szarpać, aby wyswobodzić rękę, aż w końcu mu się to udało, po czym odszedł na bezpieczną odległość.
- Dziwne, Treecko nigdy się tak nie zachowywał - powiedział profesor Birch - Odnosiłem wręcz wrażenie, że zawsze lubił obu moich asystentów.
- Może załamało go to, co spotkało Ashera? - zasugerował Gary.
- Tak, w sumie to bardzo możliwe - zgodził się z nim Norman Hameron - Pokemony często stają się agresywne po śmierci kogoś sobie bliskiego i nieraz bardzo długo dochodzą do siebie po takim wydarzeniu.
- Biedny Treecko - jęknęła Caroline - Oby tylko wyszedł z tego cało.
- Co do gryzienia, to nie zgodzę się z tym stwierdzeniem - rzekł Max przemądrzałym tonem - Mnie dziabnął w palec na dzień dobry, chociaż nic złego mu nie zrobiłem.
- Ugryzł cię, bo mu się narzucałeś i nie reagowałeś na jego ostrzeżenia, abyś tego nie robił - zauważyłem.
- No tak... W sumie racja. Ale mam nadzieję, że poczuje się lepiej.
Nagle usłyszeliśmy, jak ktoś bardzo mocno hamuje przed laboratorium, po czym drzwi się otworzyły i usłyszeliśmy znajomy głos:
- Dzień dobry, panie profesorze! Jest pan tutaj?!
- To oficer Jenny! - zawołałem.
- Super! Może wie już coś na temat Ashera! - dodał Max.
- Tutaj jestem! - odkrzyknął profesor.
Policjantka weszła do pokoju i uśmiechnęła się.
- No proszę. Są też nasi dwaj detektywi. Tym lepiej. Mogę was prosić na słówko?
- Nas? - zdziwiłem się - A nie przyjechałaś do profesora?
- W sumie to przyjechałam tu do niego, ale też chciałam zaraz jechać do was, skoro jednak już tutaj jesteście, to oszczędziliście mi trudu. Tak czy inaczej, możecie ze mną na chwilę wyjść?
- Dobrze - powiedziałem.
Max też nie miał nic przeciwko temu, dlatego też poszliśmy za Jenny do osobnego pokoju. Towarzyszył nam mój wierny Pikachu.
- No i czego się dowiedziałaś o Asherze? - spytałem.
- Asher nie miał problemów finansowych - zaczęła mówić policjantka - Wręcz przeciwnie, bardzo dobrze mu się powodziło. Odłożył on na koncie sporą sumę pieniędzy. Prócz tego wykupił nawet wycieczkę dookoła świata ze swoją narzeczoną. Mieli za trzy miesiące brać ślub i ruszać w drogę.
- Czyli kanał - jęknął załamanym głosem Max.
- Właśnie... Nie tędy droga - dodałem.
- Pika-pika! - pisnął Pikachu.
- No dokładnie - powiedziała policjantka coraz bardziej złym głosem - Sama nie wiem, co ja mam z tym wszystkim zrobić. Sprawdziłam razem z moimi ludźmi bardzo dobrze wszystkie możliwości, jakie mi się rysowały. Przesłuchaliśmy jego znajomych. Nic. Żadnego motywu, do którego byśmy mogli doczepić zabójstwo Ashera.
- A więc nie tędy droga - powiedziałem.
- Ale przecież miał on kartę pamięci w kieszeni - zauważył Max - Czyli na coś była mu potrzebna.
- Właśnie... A więc skoro nie miał on problemów finansowych, to niby czemu chciał zdradzić profesora po tylu latach pracy u niego? - spytałem.
- A może był szantażowany? - zasugerował mój przyjaciel.
- Możliwe, ale czym?
- Tego nie wiem.
Jenny jęknęła załamana i spojrzała na mnie z wyrzutem, mówiąc:
- Po co ja wtedy zadzwoniłam do ciebie, Ash?! Po co?! Wszystko było takie proste, ale oczywiście ty musiałeś przyjść i z miejsca skomplikować całe śledztwo.
- Ach tak?! - zawołałem oburzonym tonem - Było proste?!
- No pewnie, że było - broniła swego zdania dzielna policjantka - Drań zdradził dla pieniędzy swojego szefa, znaczy profesora, potem zginął zabity przez wspólnika, którego pewnie już nigdy nie znajdziemy.
- No właśnie, a propos! - przypomniałem sobie nagle - Skąd pochodzi ta broń, z której strzelano do Luciusa?
- Właśnie! Sprawdziliście ją? - dodał Max.
- Sprawdziliśmy. Została skradziona z miejscowego sklepu militarnego - odpowiedziała nam policjantka - Nie wiadomo, kto ją ukradł. Nie jest na nikogo zarejestrowana.
- I oddano z niej trzy strzały w laboratorium profesora Bircha, z czego jeden, jak wydaje się, nie miał prawa zaistnieć - powiedziałem.
- Widzisz, Ash?! O tym właśnie mówię! Komplikujesz wszystko, za co się weźmiesz! - jęknęła Jenny załamanym głosem.
Następnie opuściła głowę w dół, a ja zacząłem myśleć. To prawda, że cała sprawa zaczęła być coraz bardziej skomplikowana, ale istniało na nią rozwiązanie. Trzeba było je tylko znaleźć. Ale w jaki sposób?

***


Pamiętniki Sereny c.d:
Na rano po tych jakże dramatycznych wydarzeniach, inspektor Jenny wezwała nas do siebie, aby nam powiedzieć coś bardzo ważnego. Poszliśmy więc tam ja, Dawn, Clemont i Josh (Cindy została w domu z Taylor, aby napisać artykuł na temat wydarzeń z ostatniej nocy), po czym usiedliśmy w gabinecie policjantki, która zaczęła nam wyjaśniać przyczyny, dla których nas tutaj wezwała.
- Muszę wam powiedzieć, kochani, że za to, co zrobiliście, powinnam was wszystkich aresztować. Powiedzcie mi tylko, co wam w ogóle strzeliło do głowy, aby bawić się w coś takiego?!
- To wszystko moja wina, pani inspektor - powiedziałam, kajając się przed nią - Oni nie mają z tym nic wspólnego.
- Poza tym, że ci pomogli.
- Po prostu nie chcieli puścić mnie tam samej. Proszę, jeżeli już musisz kogoś za to ukarać, ukaż tylko mnie, a ich wypuść.
Jenny na szczęście uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie i dodała:
- No, już dobrze, moja droga. Nie musisz się niczego bać. Musiałam cię nieco postraszyć za tę samowolkę, Sereno. Ale w porządku. Nie zamierzam cię potępiać. Rozumiem doskonale, dlaczego tak postąpiłaś i chociaż nie pochwalam twoich metod, to jednak najważniejsze jest to, że odniosły one efekty.
- A nie mówiłem? Cel uświęca środki - zaśmiał się Josh, jednak widząc ponurą minę policjantki zamilkł w pół słowa.
- Tak czy inaczej lepiej więcej tak nie łamcie prawa, bo inaczej będę musiała was w końcu aresztować - rzuciła w jego kierunku Jenny.
- A propos aresztowania, to jak się mają nasi panowie? - zapytała nie bez złośliwości Dawn.
Jenny uśmiechnęła się do niej wesoło.
- Z wielką przyjemnością mogę powiedzieć, że dzięki wam złapałam złodziei dzieł sztuki i to takich, które już dawno zaginęły. Muszę przyznać, że naprawdę wykonaliście kawał dobrej roboty.
- No, to chyba wszystko w porządku, prawda? - spytał Clemont.
- Niezupełnie - odparła policjantka - Widzicie... Ten rubin, o który jest ostatnio takie zamieszanie, nie został ukradziony przez nich.
- Nie?! - zdziwiłam się.
- Jesteście tego pewni? - spytał Josh.
- Jak najbardziej - potwierdziła Jenny - Przeszukaliśmy dokładnie willę tego drania Greya. Nie znaleźliśmy niczego. Prócz tego koleś przyznaje się do wszystkich kradzieży, ale do tej nie. Jeżeli byłby winny, to niby czemu miałby tej jednej sprawy się wypierać?
- To właśnie pytanie wymagające odpowiedzi - powiedziałam, masując sobie podbródek - Nie wiem jednak, jak to zrobić.
Nikt z nas nie wiedział i to było naprawdę skomplikowane. Od razu poczułam, jak strasznie brakuje mi Asha. Czułam, że gdyby on był teraz ze mną, to łatwiej bym sobie ze wszystkim poradziła, a zamiast tego tylko błądziłam niczym dziecko we mgle. Pomyślałam sobie, że chyba naprawdę wzięłam na swoje barki zbyt wiele niczym uczeń czarnoksiężnika. Podobnie jak on ściągnęłam na siebie kłopoty, które wczoraj udało mi się pokonać tylko i wyłącznie dlatego, że drogi pan Ketchum w porę wpadł na właściwy pomysł. Gdyby nie on...
- Muszę jednak powiedzieć, że być może znaleźliśmy odpowiedni trop - powiedziała Jenny, wyrywając mnie z zamyślenia.
Spojrzałam na nią uważnie.
- Jaki? - spytałam.
- Widzicie... Przesłuchałam już wszystkich sąsiadów Douglasa Sonnera i dowiedziałam się czegoś bardzo ciekawego. Otóż w tym dniu, w którym go zabito, widziano w pobliżu jego domu pewnego młodzieńca.
- Młodzieńca? - spytał Josh.
- Tak. Oto jego portret pamięciowy.
Po tych słowach Jenny podała nam kartkę papieru, na której widniała twarz pewnego młodego człowieka mającego około dwadzieścia parę lat, niewielki zarost, ciemne włosy i równie ciemne oczy.
- Ten człowiek kręcił się w pobliżu domu Sonnera w dniu, w którym go zabito. Pytał nawet jednego z sąsiadów, gdzie mieszka Douglas Sonner. Co więcej, nikt w Melastii nigdy wcześniej go nie widział, a jak wiecie, to nie jest jakieś wielkie miasto. Sąsiad tu wie wszystko o sąsiedzie, nawet takie szczegóły, w jakiej bieliźnie on chodzi. No, może trochę przesadzam, ale tak właśnie jest. Ludzie tu się znają, choćby tylko z widzenia. Obcy więc łatwo rzucają się w oczy.
- Czyli to ktoś spoza miasta? - zapytał Clemont.
- Raczej tak - potwierdziła policjantka.
Nie widzieliśmy nigdy twarzy ukazanej na tej kartce, ale uznaliśmy, że być może warto by było ją pokazać hrabinie Morcado. Być może ona będzie znała tego jegomościa.
Wróciliśmy więc do domu Cindy i stamtąd zadzwoniliśmy do hrabiny. Kobieta była wciąż załamana.
- Ten rubin to moja pamiątka rodowa - powiedziała - Ma on dla mnie szczególne znaczenie. To ostatni prezent, który podarował mi mój zmarły mąż. Tak bardzo mi go brakuje... On mi go przypominał.
- Rozumiem pani uczucia, ale jeżeli pani pozwoli, chcielibyśmy zadać pani kilka pytań - przerwałam szybko ten monolog w obawie, żeby się nie przedłużył.
- Proszę... Pytajcie śmiało - zgodziła się łaskawym tonem hrabina.
Stojąca obok mnie Dawn pokazała kobiecie portret pamięciowy.
- Czy poznaje pani tego człowieka? - zapytała.
Hrabina Morcado jęknęła przerażona.
- Boże! Justin!
- Słucham?! - zdziwiła się Dawn - To jest pani syn?
- No tak! To jest mój syn, Justin Morcado! Skąd wy macie ten szkic? I co on znowu zmajstrował?
Popatrzyłam na Dawn w szoku, po czym powiedziałam:
- Proszę nic nie mówić synowi. Wszystko wyjaśnimy, gdy wrócimy do Alabastii.
Kobieta chciała koniecznie wiedzieć już teraz, co takiego odkryliśmy, ale ostatecznie dała nam spokój i przestała zadawać pytania. Pożegnaliśmy ja, po czym odłożyliśmy słuchawkę na widełki i powróciliśmy do naszych przyjaciół.
- No i co? Wyjaśniło się coś? - spytała mała Taylor, która co prawda nie była zbyt wtajemniczona w nasze sprawy, jednak wiedziała, że prowadzimy śledztwo w sprawie kradzieży i zabójstwa.
- Owszem, wyjaśniło się coś, a jednocześnie przybyły nam też kolejne zagadki do rozwiązania - odpowiedziałam dziewczynce.
Josh, Cindy i Clemont spojrzeli na nas wyraźnie zaintrygowani.
- Co odkryliście? - spytała pani Armstrong.
- Być może rozwiązanie zagadki, ale niestety wciąż nie wiemy jeszcze wszystkiego - odpowiedziała jej Dawn.


C.D.N.



Przygoda 080 cz. III

Przygoda LXXX

Uczennica detektywa cz. III


May wychodziła z założenia, że jej brat będzie fatalnym detektywem. Dość szybko mieliśmy się wszyscy przekonać, iż... niestety miała ona rację. Mój serdeczny przyjaciel posiadał w sobie owszem, bardzo wiele zapału i wiedzy, jednak naprawdę na pracy detektywa raczej mało się znał, co może nieco dziwić, skoro od dawna rozwiązujemy już zagadki. Najwidoczniej jednak bycie hakerem naszej kompanii o wiele lepiej mu wychodziło, niż zastąpienie mnie na stanowisku detektywa. Jednak nie tracił zapału i muszę przyznać, że podziwiałem go za to. Prócz tego przypominał mi on mnie samego, kiedy miałem tyle lat, co on. Dlatego mimo wszystko postanowiłem kontynuować tę zabawę mając nadzieję, iż wyniknie z niej dla nas jednak coś dobrego.
Ale wracając do fabuły, to muszę powiedzieć, że gdy wszystkie sprawy formalne zostały załatwione, to poszliśmy do laboratorium profesora Bircha, dokąd wezwała nas oficer Jenny. Kobieta liczyła na to, że pomożemy jej rozwiązać tę zagadkę. Oczywiście bardzo się zdziwiła, gdy zobaczyła Maxa z lupą w dłoni i usłyszała, jak ten mówi:
- Wybacz mi, moja kochana, ale tym razem to ja prowadzę tę sprawę! Ash jest jedynie moim pomocnikiem.
- Słuchajcie, to naprawdę zabawne i pomysłowe, ale nie mam teraz ani czasu, ani ochoty na żarty, a więc jeżeli będziecie tak uprzejmi, to lepiej mi pomóżcie zamiast się wygłupiać - odpowiedziała nam policjantka.
- Widzisz, Max? Nikt nie traktuje cię poważnie, gdy się tak wygłupiasz - mruknęła Bonnie.
Dziewczynka przyszła bowiem razem ze mną, Maxem oraz Pikachu zobaczyć postępy w śledztwie. May z Garym darowali sobie wycieczkę z nami głównie z tego powodu, iż panna Hameron wychodziła z założenia, że jej brat robi z siebie widowisko, a ona nie chce na to patrzeć.
- On nas wszystkich tylko ośmieszy! Uprzedzam was, że jeśli to zrobię, to nigdy więcej nie będę się więcej przyznawać do pokrewieństwa z tym gamoniem - mruknęła załamana, gdy ruszałem z Maxem do profesora.
Gary Oak i ja uznaliśmy, że podobnie jak nasz wspólny przyjaciel, ona również zdecydowanie mocno przesadza w swoim zachowaniu, ale cóż... Widocznie u Hameronów to rodzinne. Ciekawe tylko, po kim oni to mają, bo jakoś u ich rodziców tego nie dostrzegłem. Chociaż może jako młodzi byli zupełnie inni.
- Widzisz, Jenny, ja mówię zupełnie poważnie - rzekł Max, wyrywając mnie z zamyślenia - Ja naprawdę dzisiaj jestem detektywem.
Policjantka popatrzyła na niego zaszokowana i poirytowana zarazem, mówiąc:
- Słucham? Że niby ty detektywem?! Chyba sobie żartujesz!
Następnie spojrzała w moim kierunku i powiedziała:
- Ash... Mógłbyś mi to wyjaśnić?
Uznałem za stosowne uzasadnić jakoś zachowanie mojego przyjaciela, dlatego wziąłem policjantkę na stronę, tłumacząc jej w naprawdę wielkim skrócie, o co w tym wszystkim chodzi. Kobieta była tym wyraźnie bardzo ubawiona, a złość szybko jej przeszła i została zastąpiona radością.
- Nie mów mi, że poszedłeś na taki układ - powiedziała do mnie, kiedy już skończyłem swoje wyjaśnienia.
- A dlaczego nie? Przecież to mój przyjaciel, a poza tym miał niedawno urodziny. Powinien coś ode mnie otrzymać z tej okazji.
- A nie mogłeś kupić mu normalny prezent? Jakąś książkę czy coś?
- Kupiłem mu, ale to bez znaczenia. Tu chodzi o coś innego.
- A niby o co?
- O to, że to jest mój przyjaciel i muszę go wspierać. Ostatnio miał on niezbyt ciekawe przygody sercowe, a ja chcę, aby poczuł się jak najlepiej.
- Aha... I właśnie dlatego możesz swobodnie narażać na szwank nasze śledztwo?
- Śledztwu nic się nie stanie, bo ja będę koordynował je po cichu.
- Aha... No... Chyba, że tak. To co innego. Tylko powiedz mi, jak długo potrwa ta kretyńska maskarada?
- Tak szybko, jak rozwiążemy tę zagadkę.
- No, to zostaje się modlić, abyśmy ją rozwiązali jak najszybciej, bo ja długo z tym wariatem nie wytrzymam.
To mówiąc spojrzała na Maxa, który za pomocą lupy oglądał właśnie praktycznie każdy kąt w pokoju.
- Wolno wiedzieć, co ty robisz, Max? - spytałem.
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
- Jak to, co? Badam sprawę, nie widzisz? - mruknął zdziwiony moim pytaniem tymczasowy detektyw - Szukam odcisków palców.
- Nie sądzisz, że to nieco bezcelowo, skoro to laboratorium profesora i praktycznie wszędzie są odciski jego i jego pracowników? - spytała Jenny.
- Wiem o tym, ale być może jednak jest tam jeszcze choć jeden odcisk przestępcy - wytłumaczył kobiecie swój sposób rozumowania Max - A więc lepiej go znaleźć, bo może on nam się przydać.
Nie sądziłem, aby to było najmądrzejsze z jego strony, ale siedziałem cicho i nic nie mówiłem pozwalając mojemu przyjacielowi się wykazać.
- Przestępca strzelił dwa razy do Luciusa, ale chybił, tak? - spytał nagle Max policjantki.
- Tak - odpowiedziała mu Jenny - W ścianie są wciąż dziury po kulach, jak widzisz.
Tymczasowy pan detektyw obejrzał je sobie dokładnie przez lupę, a następnie powiedział:
- Wygląda na to, że Lucius mówił prawdę.
- Owszem - odpowiedziałem - Tylko skąd wobec tego wzięła się tutaj ta dziura w suficie?
- Gdzie?
Max popatrzył szybko w górę, podobnie jak Jenny, która już po chwili zaczęła sama na siebie pomstować, że wcześniej ten fakt umknął jej uwadze.
- Ktoś tu niedawno strzelił w sufit - powiedziałem.
- Tak, to racja - odpowiedział mi Max, patrząc na sufit - Najwidoczniej strzelono trzy razy, a nie dwa.
- Ale przecież Lucius powiedział nam tylko o dwóch strzałach - rzekła zdumiona policjantka.
- Lucius powiedział, że obudził go jakiś dziwny dźwięk - stwierdziłem - Być może to właśnie to.
- Możliwe, ale czemu ktoś strzelał w sufit? - spytała Jenny.
- Właśnie! Co to oznacza, Ash? - spytała mnie Bonnie.
Miałem już jej odpowiedzieć, gdy nagle przerwał nam Max.
- To rzeczywiście ciekawa sprawa, ale z Ashem jako moją prawą ręką na pewno błyskawicznie rozwiążemy tę zagadkę!
Następnie zrobił bardzo zadowoloną z siebie miną i rzucił:
- Dobra, to teraz pogadajmy z profesorem Birchem. Chcę się czegoś od niego dowiedzieć!

***


Profesor Birch był naprawdę załamany, kiedy go przesłuchiwaliśmy.
- Nie mam pojęcia, jak mogło do tego dojść - powiedział załamanym głosem uczony - Naprawdę to mnie dobija. W moim własnym laboratorium, pod moim własnym dachem ktoś zabił mojego pracownika.
- Proszę się o to nie obwiniać, bo to przecież nie jest pana wina - rzekł Lucius, podsuwając swemu pracodawcy kubek z herbatą.
Mężczyzna wziął go w obie dłonie, po czym zaczął pić gorący napój.
- Dziękuję ci, przyjacielu. Naprawdę bardzo dziękuję. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.
Następnie powoli spojrzał w naszą stronę.
- Nie rozumiem, jak mogło do tego dojść.
- Mamy pewne podejrzenia w tej sprawie - powiedziała oficer Jenny ponurym tonem.
Uczony spojrzał na nią uważnie.
- O czym pani mówi?
- Panie profesorze... Nie chcę pana dobijać, ale obawiam się, że muszę to powiedzieć.
- Proszę więc mówić.
Policjantka wyjęła z kieszeni niewielki woreczek na dowody, w którym znajdował się mały, czarny, prostokątny przedmiot.
- Co to takiego? - spytała Bonnie.
- Wygląda jak karta pamięci - odpowiedział jej Max.
Jenny uśmiechnęła się do niego ponuro.
- Masz rację, mój chłopcze. To jest właśnie karta pamięci. Moi ludzie sprawdzili, co się na niej znajduje.
- I co tam jest? - spytałem.
- Pika-pika? - pisnął Pikachu.
- Znajdują się tam dane na temat różnych pana wynalazków.
Uczony wyglądał tak, jakby właśnie uderzono go obuchem po głowie: przerażony i zdumiony jednocześnie, a jego twarz wyrażała ogromny ból.
- No nie... To niemożliwe... To jest niemożliwe! Asher miał w kieszeni kartę pamięci z danymi na temat moich wynalazków?!
- Niestety... - potwierdziła smutnym głosem Jenny.
- Przepraszam, ale czy pani nam właśnie sugeruje, że mój przyjaciel... - zaczął Lucius, ale policjantka mu nie dała dokończyć wypowiedzi.
- Przykro mi, ale to niestety wszystko na to wskazuje. To by tłumaczyło obecność obcej osoby w laboratorium oraz brak śladów włamania. Wygląda na to, że nasz drogi Asher z jakiegoś powodu postanowił sprzedać plany pana wynalazków konkurencji. Przedstawiciel tej konkurencji przyszedł tu w nocy, Asher go wpuścił, po czym obaj posprzeczali się na temat ceny za to cacko. Być może pana pracownik domagał się więcej niż złodziej mógł mu zaoferować, więc ten go zabił.
- I zostawił kartę pamięci z danymi? - zapytałem.
Jenny jednak i na to miała wyjaśnienie.
- Nie zdążył jej zabrać. Lucius ich przyłapał w chwili, gdy jeden z nich zabił drugiego. Zabójca uciekł nie mając możliwości zabrać ze sobą karty pamięci.
- To by miało sens - powiedział Max, masując sobie podbródek.
Z miejsca przypomniała mi się Serena, która często też tak robiła, aby się w ten sposób do mnie upodobnić. Od razu poczułem, jak ogarnia mnie tęsknota po wyjeździe mojej ukochanej. Miałem wielką nadzieję, że szybko się znowu zobaczymy.


- To by wszystko miało sens... - mówił dalej mój przyjaciel.
Nie wiedziałem, czy rzeczywiście to wszystko się zgadza, zwłaszcza, że zarówno profesor Birch, jak i Lucius byli zupełnie innego zdania.
- A co z tą kawą? - zapytałem Jenny.
Policjantka zerknęła do swojego notatnika i powiedziała:
- Moi ludzie już ją zbadali.
- I co?
- Znaleziono w niej ślady środków nasennych.
Profesor Birch słuchał tego uważnie, po czym jęknął:
- Czy to możliwe? On mnie uśpił, abym mu w niczym nie przeszkadzał i nie wszedł mu w drogę?
- Wszystko na to wskazuje - odparła policjantka - Tylko jedno pytanie. Czemu nie uśpił też Luciusa?
Młodzieniec popatrzył na nas, po czym rzekł:
- Prawdę mówiąc to... Asher i mnie proponował, że zrobi mi kawę, ale ja przed snem niczego nie chciałem pić. Gdy piję cokolwiek na chwilę przed snem, to nie mogę zasnąć.
- Aha... Rozumiem - kiwnęła głową Jenny - No dobrze, a co z panem, panie profesorze? Zawsze pan pije kawę przed snem?
- Sęk w tym, że tej nocy nie zamierzałem spać - odparł uczony.
Ja i Max parsknęliśmy śmiechem, gdyż słowa mężczyzny zabrzmiały dosyć dwuznacznie. Ten szybko pojął, o co nam chodzi, ponieważ z miejsca zaczął się tłumaczyć.
- Wybaczcie! Ja nie to miałem na myśli! Wcale nie! Po prostu miałem sporo pracy na głowie i dlatego wypiłem kawę, żeby pokonać zmęczenie, które mnie wtedy ogarnęło, a musiałem je zwalczyć, przynajmniej do czasu, aż skończę swoją pracę.
- Sam ją pan sobie przygotował? - spytałem.
- Nie...
- Czy poprosił pan kogoś, aby to zrobił?
- Tak.
- Czy to był... Asher? - spytała Bonnie.
Kolejne potwierdzenie.
- A więc już wszystko jasne - stwierdziła dziewczynka ponurym tonem - Asher był zdrajcą i dostał to, na co zasłużył.
- Nie mogę w to uwierzyć. Naprawdę nie mogę - powiedział Lucius, masując sobie dłońmi skroń - Przecież on był moim przyjacielem! Jak mógł coś takiego zrobić?
- Obawiam się, że przyjaźń nie ma tutaj nic do rzeczy - powiedział dość ponurym tonem profesor Birch, opuszczając smętnie głowę w dół - W takich sprawach liczą się przede wszystkim pieniądze.
- Tylko pytanie, po co Asher miałby pana okradać? - spytałem.
- Właśnie, Ash! Zadajesz bardzo dobre pytania! - pochwalił mnie Max - Jeszcze trochę i będziesz równie dobry, co ja!
Bonnie spojrzała na niego z kpiną, podobnie jak jej Dedenne, który to pisnął gniewnie, a ja zachichotałem tylko ironicznie, mówiąc:
- Tak dobry jak ty, to na pewno nigdy nie będę.
- Pika-chu! - poparł mnie Pikachu.
- To zbytek skromności, mój serdeczny przyjacielu - zaśmiał się Max - Odrobina skromności oraz wiele umysłowych treningów, a będziesz nie do pokonania!
- Tak jak ty? - spytała złośliwie Bonnie.
- A żebyś wiedziała - zachichotał syn państwa Hameron, poprawiając sobie na nosie okulary.
Widziałem, że Bonnie aż kipi z gniewu na chłopca, więc postanowiłem nie rozwijać tej rozmowy, bojąc się jej konsekwencji.
- Po co Asher miałby zdradzać pana profesora i sprzedawać plany jego wynalazków konkurencji? - spytałem - Nie zarabiał dość pieniędzy? A może miał jakieś problemy finansowe?
- Przeciwnie. Dobrze mu się powodziło - odpowiedział mi Birch - Miał naprawdę dużo dobrych planów na przyszłość. Nawet chciał się żenić.
- Żenić? - spytała Bonnie.
- A z kim? - dodał Max.
- Ne-ne-ne? Pika-chu? - zapiszczały nasze Pokemony.
- Nie pamiętam dokładnie, jak ona się nazywa. Wybaczcie, nie mam do tego głowy - powiedział profesor Birch - Naprawdę więcej pamiętam nazwy swoich wynalazków niż imiona ludzi, poza swoimi pracownikami.
- Czemu mnie to nie dziwi? - mruknęła Bonnie.
Uśmiechnąłem się lekko, gdy usłyszałem te słowa. No cóż, było w tym coś na rzeczy. Ostatecznie uczeni bardzo często są tak przejęci swoją pracą, że nawet nie zwracają większej uwagi na to, co się dzieje wokół nich.
- Ja pamiętam, jak ona się nazywa - rzekł Lucius.
Spojrzeliśmy na niego uważnie.
- Tak? A jak? - spytała Jenny.
- Nazywa się Shizuku Tano i mieszka w tym mieście, niedaleko stąd.
- To doskonale, bo chętnie złożymy jej wizytę! - zawołał podnieconym głosem Max.
Był wyraźnie nakręcony na możliwość prowadzenia własnego śledztwa i nic nie mogło stanąć mu na drodze, żeby dokończyć całą sprawę i to tak, aby zostać bohaterem w oczach bliskich i swoich własnych.
- Gdzie ona dokładnie mieszka? - spytała oficer Jenny.
Lucius podał nam adres dziewczyny, zaś my pożegnaliśmy jego oraz pana profesora, po czym razem ruszyliśmy w kierunku wyjścia. Po drodze zauważyliśmy siedzącego na jednej szafce Treecko.
- Czy to aby nie jest ten sam Treecko, którego niedawno widzieliśmy? - spytałem zaintrygowany.
- Pewnie tak - uśmiechnął się Max.
Następnie podszedł on do Pokemona i powiedział:
- Cześć, mały. Co u ciebie?
Widząc jego ponurą minę, dodał:
- Tęsknisz za Asherem, prawda? Rozumiem cię. To naprawdę przykra sytuacja. Spokojnie. Wyjaśnimy tę sprawę, obiecuję ci to.
Stworek zapiszczał smutno, patrząc przy tym ponuro na podłogę i nie racząc zaszczycić swojego rozmówcy nawet spojrzeniem.
- Max, daj mu spokój. On potrzebuje czasy, aby sobie z tym poradzić - powiedziała Bonnie, podchodząc do chłopca.
- Taaak... Może i masz rację - zgodził się z nią tymczasowy detektyw - Ale mimo wszystko bardzo mi go żal.
- Nie tylko tobie - odpowiedziała mu dziewczynka.
- Nam wszystkim jest go bardzo żal - dodałem smutno.
Pikachu zeskoczył z mojego ramienia, po czym zapiszczał smutno, dotykając ramienia Treecko. Ten jednak odsunął się od niego gniewnie. Jak widać nie chciał o tym z kimkolwiek rozmawiać.
- Chyba najlepiej zrobimy, jak damy mu spokój - powiedziałem smutno - To jest raczej problem, z którym sam musi sobie poradzić, przynajmniej chwilowo.
- Może masz rację - zgodziła się ze mną Bonnie.
- Na pewno ma rację, a choćby z tego powodu, że mamy teraz śledztwo do przeprowadzenia i nie mamy czasu na to, aby bawić się w pokemonich psychologów - mruknęła Jenny, niezbyt zachwycona całą tą sytuacją.
W jednym musiałem jej przyznać rację. Traciliśmy tylko niepotrzebnie czas na to, żeby pomóc Treecko (który wcale tego nie chciał) zamiast zająć się tym, co ma sens, czyli przesłuchaniem panny Shizuku.
- Jenny ma rację. Chodźmy już stąd - powiedziałem.
Max spojrzał smutno na Treecko, który wciąż nie raczył zaszczycić nas tym samym, ponieważ wpatrywał się tępo w podłogę. Zasmucony chłopiec powoli odsunął się od szafki, na której siedział Pokemon.
- Idę już. Narka, mały - rzekł tymczasowy detektyw.
Nagle do pokoju weszli profesor Birch oraz Lucius.
- Wszystko w porządku? - spytał pierwszy z nich.
- Tak, tylko zauważyliśmy tego Treecko - odpowiedziałem mu.
- Biedny stworek. Żal nam go - rzekł Max ze smutkiem w głosie.
- Rozumiem. Nam również bardzo jest go żal - skinął smutno głową Lucius.
Treecko, słysząc jego głos, podniósł powoli głowę, po czym zawarczał groźnie i nagle, zupełnie niespodziewanie skoczył na młodzieńca i zaczął go atakować swoimi piąstkami i pazurami.
- Auu! Złaź ze mnie, wariacie jeden! - krzyczał przerażony Lucius, bez efektu próbując go z siebie zrzucić.
- Treecko, przestań! Zostaw go! Co ci się stało?! - zawołał przerażony profesor Birch zachowaniem stworka.
Uczony z naszą pomocą szybko zdjął Pokemona z twarzy młodzieńca, jednak stworek wciąż wił się i szarpał gniewnie, okazując swoją wściekłość.
- Co tu się dzieje? - spytała Jenny - Czemu on cię zaatakował?
- A diabli go wiedzą! - mruknął ze złością w głosie pracownik Bircha - On naprawdę nieźle zbzikował od chwili, gdy Asher zginął.
- Tak, to prawda - skinął głową profesor Birch - Niestety, tak właśnie jest. Treecko zawsze był inny niż wszystkie Pokemony, ale teraz naprawdę przeszedł samego siebie. Nie wiem, co się z nim dzieje.
Max, który trzymał mocno w objęciach Treecko, powoli postawił go na ziemi, zaś Pikachu podszedł do niego i zapiszczał smutno, dotykając jego ramienia swoją łapką. Obaj zaczęli rozmawiać ze sobą w swoim języku, ale niewiele z tego zrozumieliśmy, jeśli cokolwiek.
- Chodźmy już stąd... Dajmy mu lepiej spokój - powiedziała po chwili Jenny - Tutaj jest potrzebny jakiś psycholog od Pokemonów, a nie policjanci oraz detektywi amatorzy.
- Może i amatorzy, ale za to niezwykle utalentowani, Jenny - zaśmiał się wesoło Max, czyszcząc sobie okulary o koszulkę.
- Powiedzmy - mruknęła policjantka, niezbyt przekonana jego słowami.
Kobieta wyraźnie nie była zadowolona z tego pomysłu, że ów chłopiec mnie zastąpił na stanowisku detektywa. Gdy szliśmy do domu panny Tano powiedziała mi po cichu, iż ma wielką nadzieję, że cała ta zabawa szybko się skończy, bo inaczej ona zwariuje.
- Max ma wielki talent i moim zdaniem jest doskonały w tym, co robi - powiedziałem do niej - Ale mimo wszystko jego bajka to są komputery, a nie zagadki.
- Więc czemu się z nim zamieniłeś?
- Bo robię to w imię naszej męskiej przyjaźni.
Jenny parsknęła śmiechem, słysząc te słowa.
- Daj spokój, Ash. Przecież wyraźnie widzę, że masz już dość tej całej sytuacji. Pamiętam doskonale, jak poprowadziłeś ze swoimi przyjaciółmi tę sprawę prześladowania tej aktorki z miejscowego teatru. Dałeś sobie wtedy świetnie radę, ale obawiam się, że twój drogi kompan raczej nie zdoła tego dokonać. Ma w sobie bardzo dużo zapału, jednak za mało umiejętności w tej dziedzinie.
- Może i nie jest zbyt utalentowany w rozwiązywaniu zagadek, ale nie chcę go z góry przekreślać. On naprawdę ma talent.
- Owszem, do pakowania się w kłopoty. Co ty myślisz, Ash? Że ja go nie znam? Pamiętam jego i May z czasów, jak każde z nich biegało jeszcze w pieluchach i wiem doskonale, co oni umieją, a co nie.
- Ja ich znam nieco krócej niż ty, ale chcę wierzyć w ich umiejętności, zwłaszcza w umiejętności Maxa.
- Proszę bardzo, ale obiecaj mi, że po tej sprawie zakończysz tę całą błazenadę i wszystko wróci do normy.
- To ci mogę obiecać.

***


Shizuku Tano okazała się być całkiem uroczą, dwudziestoparoletnią dziewczyną o jasnym kolorze skóry, nieco skośnych oczach brązowej barwy oraz długich, czarnych włosach spiętych w długi warkocz. Ubrana była w żółtą sukienkę, biała pończochy i czarne buty. Jej humor nie dało się nazwać przyjemnym i trudno się dziwić: w końcu jej narzeczony zginął, więc czego mogliśmy oczekiwać? Że będzie z tego powodu skakać z radości? Mimo wszystko mieliśmy nadzieję, że mimo roztrzęsienia będzie ona w stanie nam wyjaśnić pewne sprawy na temat swego ukochanego.
- Proszę nam wybaczyć to najście, jednak musimy panią przesłuchać w sprawie śmierci pani narzeczonego - powiedziała Jenny.
- Rozumiem to doskonale - uśmiechnęła się bardzo smutno dziewczyna - Prawdę mówiąc czekałam tylko, kiedy to nastąpi. Proszę, zadawajcie mi pytania i miejmy to już za sobą.
- A więc zacznijmy od początku. Jak długo znała pani Ashera, panno Tano? - spytałem.
- Pika-pika? - dodał Pikachu.
- Mówcie mi Shizuku - odparła dziewczyna - Jaka tam ze mnie pani?  A co do waszego pytania, to już wam mówię. Znam Ashera od dwóch lat. Oboje bardzo się kochamy... Znaczy kochaliśmy... Boże, to jest okropne! Ja naprawdę nie mogę do teraz wyjść z szoku po tym wszystkim.
Dziewczyna zasłoniła sobie twarz dłońmi i zaczęła płakać. Było nam bardzo żal panny Tano, choć wiedzieliśmy też, że cokolwiek teraz powiemy, nie będzie miało najmniejszego sensu i z pewnością nie pomoże jej. Mimo wszystko musieliśmy coś powiedzieć.
- Bardzo nam przykro z tego powodu - odezwała się po chwili Bonnie.
Max podał jej chusteczkę, a dziewczyna powoli wytarła sobie nią oczy, po czym odparła:
- Dziękuję ci. Jesteś naprawdę miły.
- Nie ma sprawy, Sepuku.
- Shizuku.
- Przepraszam cię, Shizuku. Wybacz, te zagraniczne imiona... Czasami trudno mi je odpowiednio wymówić.
Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie, gdy to usłyszała. Widać słowa naszego przyjaciela rozbawiły ją chociaż trochę.
- Nie mam do ciebie żalu, Max. Asher też początkowo mylił moje imię, ale potem nauczył się go na pamięć.
Po tych słowach dziewczyna rozpłakała się, więc musieliśmy odczekać kilka minut, aż ona odzyska siły na dalsze prowadzenie rozmowy w jakiś normalny sposób.
- Wybaczcie mi... Płaczę jak małe dziecko, a przecież powinnam wam pomóc prowadzić sprawę śmierci mojego narzeczonego. Tyle tylko, że ja naprawdę nie wiem, co wam powiedzieć.
Max uśmiechnął się do niej delikatnie.
- Spokojnie, my wszystko dobrze rozumiemy, Shikuntu... Przepraszam, Shizuku. Nie myśl, proszę, że mylę twoje imię celowo.
- Ja nic złego nie myślę o żadnym z was - odparła kobieta z uśmiechem na ustach - Pytajcie mnie zatem śmiało.
- Co robiłaś wczoraj wieczorem? - spytała Jenny.
- Byłam w domu. Asher odwiedził mnie i spędził ze mną sporo czasu. Potem jednak musiał wrócić do laboratorium. Profesor Birch miał się zająć jakąś pracą i oni chcieli mu pomóc.
- O której wyszedł od ciebie? - spytałem.
- Około godziny 20:00.
- A potem nie kontaktował się z tobą?
- Nie.
Max pomyślał przez chwilę, po czym dodał:
- Powiedz nam... Czy Asher powiedział ci może o tym, że ma problemy finansowe?
- Nie... Nie miał żadnych problemów, a przynajmniej nic mi o tym nie mówił.
- Mówiliście sobie wszystko?
- Jak najbardziej. W końcu się kochamy. Osoby, które się kochają, a w dodatku planują wspólną przyszłość powinni mówić sobie wszystko i nie mieć przed sobą tajemnic. W każdy razie nie tak poważnych jak problemy finansowe. Na tym m.in. polega prawdziwa miłość. Nie sądzicie?
Musieliśmy się z nią zgodzić, więc potwierdziliśmy jej słowa, a potem Bonnie zapytała ją o to, czy może Asher nie spotykał się ostatnio z jakimiś podejrzanymi osobami? Pytanie było wprost naiwne, co nawet nasz drogi Max zauważył, choć jako detektyw nie miał wielkiego doświadczenia.
- Wiesz, kochanie... Ja nie śledziłam swego narzeczonego dwadzieścia cztery godziny na dobę, więc trudno mi cokolwiek w tej sprawie powiedzieć - odparła Shizuku.
- A co planowaliście po ślubie? - spytał Max - Jakaś wycieczka lub też kupno lepszego domu?
Panna Tano pokiwała smutno głową na znak potwierdzenia.
- Owszem. Planowaliśmy wyjechać w podróż poślubną dookoła świata.
- A taka sporo kosztuje.


Shizuku spojrzała na Maxa groźnym wzrokiem.
- Sugerujesz, że mój narzeczony się sprzedał, żeby mieć pieniądze na spełnienie moich zachcianek?!
- Ależ nie! No, coś ty?! Ja wcale nie to miałem na myśli! - zaczął się tłumaczyć Max, rumieniąc się przy tym ze wstydu.
- Po prostu musimy sprawdzić każdy trop - powiedziałem, chcąc jakoś załagodzić sytuację.
O ile Maxa był dosyć naiwny i mało delikatny w zadawaniu pytań, to Jenny okazała się być jeszcze mniej delikatna, żeby nie powiedzieć, wręcz okrutna.
- Słuchaj no, Shizuku... Bardzo mi przykro z powodu śmierci twojego narzeczonego, ale dowody wyraźnie wskazują nam na to, że planował on sprzedać plany ważnego wynalazku profesora Bircha.
- To nieprawda! - krzyknęła na nas dziewczyna, zrywając się z miejsca - On by go nigdy nie zdradził! Nie znaliście go, to opowiadacie bzdury!
- Tak? A więc skąd karta pamięci z ważnymi danymi w jego kieszeni? - spytała ze złością w głosie Jenny.
- Nie wiem, ale na pewno nie on ją zabrał! To są zwykłe kłamstwa lub jakaś nędzna intryga! Ja w to nigdy nie uwierzę, rozumiecie?! NIGDY!
Następnie padła ona na krzesło i rozpłakała się. Jenny stwierdziła, że nic więcej już się od niej nie dowiemy, więc zabrała nas ze sobą i wyszliśmy z domu panny Tano.
- No i co o tym myślicie? - zapytała nas, gdy już byliśmy na zewnątrz.
- Jak dla mnie, to ta cała panna Sepuku... - zaczął Max.
- SHIZUKU! - ryknęła na niego Bonnie.
- Nieważne. Jak dla mnie, to ona coś tu kręci. To oczywiste, że miała zwariowane zachcianki, jak podróż dookoła świata i dlatego jej narzeczony chciał zdobyć szybko sporą sumę pieniędzy, aby móc je spełnić.
- Uważasz więc, że to jednak prawda z tą kradzieżą planów profesora Bircha? - spytałem.
- Oczywiście, że tak. A co, ty uważasz inaczej?
- Jasne. Dla mnie cała ta sprawa jest zdecydowanie zbyt prosta i zbyt szybko się ona toczy.
- Ech... Mówisz tak, bo nie chcesz przyznać, że jestem równie dobry w rozwiązywaniu zagadek, co ty.
Max jeszcze nigdy tak do mnie nie mówił, nie licząc oczywiście chwil, gdy pierwszy raz się poznaliśmy i wyraźnie kpił sobie ze mnie, ponieważ był zazdrosny, że ja mogę być trenerem, a on jeszcze nie. Jego zachowanie wzbudziło więc we mnie zdziwienie i to ogromne. Czyżby ostatnie emocje związane z Cleo tak mocno na niego wpłynęły, żeby zaczął on traktować w taki sposób wiernych przyjaciół?
- Nie chcę się z tobą na ten temat kłócić - odparłem złym tonem.
- Tak, trudno jest się przyznać do porażki, prawda? - zachichotał Max, poprawiając sobie okulary na nosie.
- Zamknij się, zarozumiały głupku! - wrzasnęła na niego Bonnie - Nie ma lepszego detektywa na świecie niż Ash!
- Ne-ne-ne! - zgodził się z nią Dedenne.
- Dziękuję ci za te słowa. Są naprawdę bardzo miłe - powiedziałem z lekkim uśmiechem na twarzy - Ale tak czy inaczej jakoś nie wierzę w winę Ashera. W dodatku ta dziura w suficie po trzeciej kuli nie daje mi spokoju.
- A ty ciągle musisz szukać dziury w całym? - zapytał Max - Na pewno Jenny ma na to racjonalne wyjaśnienie.
- Właśnie, że nie mam - odparła policjantka.
Chłopak spojrzał na nią zdumiony.
- Nie masz?
- Ano nie mam. Wiem jedynie tyle, że kula pochodzi z tej samej broni, z której napastnik dwa razy strzelił do Luciusa. Moi technicy już ją zbadali. Nie ma wątpliwości. To jest kula z tej samej broni.
- Ale Lucius uważa, że ten drań strzelił dwa razy i trafił w ścianę obok niego - powiedziałem.
- Wiem o tym. Albo się więc z nerwów pomylił, albo drań szarpiąc się z Asherem miał broń w dłoni, ta wypaliła i kula trafiła w sufit. Ten strzał zaś mógł obudzić Luciusa.
- Lucius nie widział trzeciego strzału.
- Zgodnie z teorią, o której mówimy, to wcale nie musiał tego widzieć. Mógł wejść do pokoju w chwili, gdy już było po wszystkim.
- Ech... Brzmi całkiem sensownie. Nie zaszkodzi jednak sprawdzić stan finansów Ashera, aby się dowiedzieć, czy rzeczywiście miał on powód, aby zdradzić profesora.
- To w sumie strata czasu, ale dlaczego nie? - zgodził się ze mną Max.
Jenny uważała podobnie i postanowiła spełnić moją prośbę.

***


Pamiętniki Sereny c.d:
Hrabina Morcado zatrzymała się w pięknej posiadłości na obrzeżach miasta, której to właścicielem był dobry przyjaciel zmarłego męża naszej klientki. Mężczyzna nazywał się Jack Mordredson i miał niewiele ponad pięćdziesiąt lat oraz ciemno-niebieskie włosy lekko przyprószone siwizną, jak również szare oczy, niewielki nos oraz niewielkie wąsy pod nimi. Ze względu na dawną przyjaźń z mężem hrabiny, ugościł ją teraz u siebie wraz z jej synem, Justinem. Teraz zaś powitał on mnie, Clemonta i Dawn, kiedy przyszliśmy w towarzystwie porucznik Jenny, aby porozmawiać z jego jakże dostojnym gościem.
- Miło mi was poznać - powiedział zadowolony z uśmiechem, po czym dodał: - Chciałbym jednak się dowiedzieć, które z was to słynny Sherlock Ash, prywatny detektyw.
- Obawiam się, że żadne z nas - odpowiedział Clemont.
- Ale jest tu z nami jego dziewczyna i wierna asystentka - dodała Dawn z uśmiechem.
- Pip-lu-li! - zaćwierkał Piplup, trzymający się mocno ramion swojej trenerki.
- Dokładnie tak - dodałam z uśmiechem na twarzy - To właśnie ja nią jestem. Jestem Serena Evans.
Mordredson popatrzył na mnie uważnie, po czym rzekł:
- No cóż, nie wyglądasz zbyt okazale, ale w sumie to nie powinno się nigdy oceniać po pozorach, dlatego i ja nie będę tego robić. Wielka jednak szkoda, że nie ma tu z wami Sherlocka Asha. Hrabina Morcado szczególnie nalega, aby właśnie on poprowadził tę sprawę.
- Wiemy o tym, ale przykro mi bardzo. Mój chłopak prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa w zupełnie innym miejscu niż to - powiedziałam.
- Zapewniam pana, panie Mordredson, że Serena jest naprawdę bystrą i pomysłową dziewczyną, a jej umiejętności nie są wiele gorsze od talentów Sherlocka Asha - wtrąciła się porucznik Jenny, próbując mnie jakoś bronić - Prócz tego pamiętajmy też, że w tej kompani jest też panna Dawn Seroni, rodzona siostra naszego dzielnego detektywa.
- To prawda, nie zaprzeczam - rzekła moja serdeczna przyjaciółka.
Mordredson uśmiechnął się zadowolony.
- Doskonale! A więc mogę liczyć na to, że rozwiążecie tę zagadkę?
- Tak, nie inaczej - potwierdził Clemont - W każdym razie mamy taką nadzieję.
Dawn lekko nadepnęła mu na nogę, po czym dodała:
- Więcej optymizmu, proszę cię. Damy sobie radę NA PEWNO i bądź uprzejmy to sobie zapamiętać.
- No dobrze, już dobrze, kochanie. Nie ma sprawy - zaśmiał się wesoło słynny wynalazca, masując sobie obolałą stopę.
Uśmiechnęłam się lekko, podobnie jak i nasz gospodarz. Mężczyzna zabrał nas ze sobą do pokoju, w którym leżała na kanapie całkiem sporych rozmiarów i dość dużej tuszy kobieta. Była ona ubrana w elegancką, różową suknię. Miała fioletowe oczy, czerwone włosy i wygładzoną chirurgicznie twarz niemal całkowicie pozbawioną zmarszczek. Obok niej stała młoda dziewczyna w wieku około dwudziestu lat. Blondynka, ubrana w niebieską sukienkę, mająca zielone oczy oraz niezwykle szczupłą figurę. Dziewczyna założyła kobiecie na czoło mokrą chusteczkę, służącą za kompres.
- Witam, pani porucznik. Witaj, mój przyjacielu - powiedziała kobieta na widok swego gospodarza oraz policjantki - Miło mi was znowu widzieć. Widzę, że przyprowadziliście gości.
- Ich również miło nam widzieć - powiedziała dziewczyna.
Gospodarz tego domu uśmiechnął się delikatnie, a następnie rzekł:
- Pozwólcie, że wam przedstawię... To są członkowie słynnej ostatnio detektywistycznej drużyny: panna Serena Evans oraz jej przyjaciele.
- Clemont Meyer - ukłonił się nasz wynalazca.
- Dawn Seroni - dodała moja przyjaciółka - A to mój wierny Piplup.


Hrabina popatrzyła na uważnie, po czym przymrużyła ona lekko oczy. Najwidoczniej nie widziała ona zbyt dobrze, gdyż poprosiła dziewczynę, aby dała jej binokle. Gdy dziewczyna to zrobiła, kobieta przyjrzała się nam uważnie.
- Wyglądacie dość niepozornie, choć słyszałam o was naprawdę bardzo wiele ciekawych rzeczy. Nawet bardzo ciekawych. Rozwiązaliście niejedną zagadkę, chociaż nie macie jeszcze wcale osiemnastu lat. Naprawdę bardzo intrygujące i ciekawe z was osoby. Tylko nie wiem, czemu nie ma tu z wami samego Sherlocka Asha.
- Niestety, jego przybycie do Alabastii jest, że tak powiem, chwilowo niemożliwe - powiedziałam ze smutkiem w głosie.
Smuciło mnie to, że nikt nie traktuje mnie poważnie jako detektywa pomimo tego, iż miałam na sobie strój mego ukochanego. To było naprawdę dla mnie niezrozumiałe. Czemu Ash w stroju Sherlocka Holmesa sprawiał poważne wrażenie, a kiedy mnie widziano w tym kostiumie, to już uważano mnie za osobę raczej śmieszną? To było po prostu niesprawiedliwe.
- Dlaczego? - przerwała nagle moje rozmyślania kobieta - Dlaczego nie przybył tutaj z wami Sherlock Ash? Czy nie mówiłaś mu, Jenny, że jestem gotowa zapłacić mu tyle pieniędzy, ile tylko zapragnie, aby tylko raczył on rozwiązać zagadkę zleconą przeze mnie?
- Mówiłam mu to wszystko, ale to nic nie dało - odparła Jenny - Ash ma teraz inne sprawy do załatwienia.
- Doprawdy? - kobieta wyraźnie jej nie dowierzała - A niby jakie to są sprawy, moja droga przyjaciółko?
- A choćby śledztwo w sprawie morderstwa - odpowiedziała jej na to pytanie policjantka - I to jeszcze prowadzone w dalekim Petalburgu.
- Aha... Rozumiem... A zatem już wszystko przepadło - kobieta opadła głową na poduszki - Bez niego jestem całkowicie bezbronna wobec tego okrutnego losu.
Poczułam, że hrabina zaczyna mnie już nieco irytować. Niby dlaczego uważała, iż nie jesteśmy w stanie czegokolwiek dokonać? Co jej kazało tak myśleć? Czemu po prostu nam nie zaufała, skoro już wiele o nas słyszała i wiedziała, że możemy dokonać więcej niż jacyś przeciętni nastolatkowie? Jej zachowanie stawało się naprawdę irytujące. Byłam urażona tym brakiem wiary w nasze siły i gdyby nie chęć pokazania się od jak najlepszej strony, jak również ciekawość, która pchała mnie do poznania sekretu zaginionego rubinu, pewnie dałabym sobie z miejsca spokój z tą sprawą. Ale cóż... Nie umiałam tego zrobić.
- Pani hrabino... Nie chcę być nieuprzejma, ale dlaczego z góry pani przekreśla taką możliwość, że możemy pani pomóc? - zapytałam.
Kobieta machnęła lekceważąco ręką, po czym powiedziała:
- To po prostu niemożliwe. Tylko Sherlock Ash mógłby mi pomóc. Ty nim nie jesteś, więc nie możesz mi pomóc.
- Aha... A wie pani, kim jestem?! Jestem Serena Evans!
- Wiem... Dziewczyna Sherlocka Asha. Jenny już mi opowiadała o całej waszej drużynie. Prócz tego czytałam w gazetach o tym, czego dokonaliście. Naprawdę macie wiele talentów, ale waszym liderem jest Sherlock Ash i to on rozwiązuje zagadki, nieprawdaż? Nie wy, tylko on. Może zaprzeczycie?
- Nie zamierzamy temu zaprzeczać, bo to prawda - powiedział Clemont - Jednak też nie uważamy za mądre takie ocenianie nas po pozorach.
- Właśnie! Powiem więcej! To jest bardzo głupie! - zawołała już nieźle rozgniewana Dawn - Być może żadne z nas nie jest Sherlockiem Ashem, ale jesteśmy w stanie rozwiązać tę zagadkę!
- Nie wątpię, że w to wierzycie, ale wasza wiara to trochę za mało, aby cokolwiek osiągnąć - powiedziała kobieta dość ponurym tonem - Nie będę ukrywać, że czuję się nieco zawiedziona. Chciałam pomocy Sherlocka Asha, a przecież jego tutaj nie ma, zaś wy nim nie jesteście. Wy jesteście trójką uroczych nastolatków o wielu umiejętnościach, ale niestety daleko wam do wielkiego detektywa. Żadne z was nie jest Sherlockiem Ashem. A ty, moja panno, jesteś jedynie bardzo miłą i bardzo uroczą dziewczyną w płaszczu detektywa. Wyglądasz całkiem imponująco, ale nie możesz mi pomóc.
Zdenerwowały mnie jej słowa jeszcze bardziej niż przedtem.
- Tak pani uważa?! - zawołałam - A ja myślę, że gdyby tylko raczyła mi pani dać szansę, to mogłabym pokazać, ile jestem warta! Ale nie! Pani woli rozczulać się nad sobą zamiast choćby spróbować przyjąć pomoc od kogoś, kto chce ją pani ofiarować!
Wszyscy patrzyli mnie wyraźnie zaszokowani tym moim wybuchem gniewu, ale ja nie przejęłam się tym i mówiłam dalej, co naprawdę myślę o zachowaniu tej kobiety. Zrzuciłam z siebie wszystkie moje myśli, a hrabina wysłuchała mnie bardzo uważnie, nie przerywając mi ani na chwilę, po czym wybuchła śmiechem, mówiąc:
- Muszę przyznać, że naprawdę bardzo urocza z ciebie dziewczyna! W dodatku masz charakterek, co również mi się podoba. Dobrze, a więc dam wam szansę! Pokażcie, na co was stać!
Ucieszyła nas jej decyzja, jednak czuliśmy, że hrabina może w każdej chwili zmienić zdanie, więc postanowiliśmy szybko przejść do rzeczy.
- Czy może nam pani powiedzieć, w jaki sposób został pani skradziony ten rubin? - spytał Clemont.
Kobieta pokazała nam dłońmi miejsca naprzeciwko swojej kanapy, po czym zaczęła mówić:
- To się stało dwa dni temu, podczas przyjęcia u pana burmistrza. To było wspaniałe przyjęcie, naprawdę bardzo wystawne. Pełne niesamowicie smakowitych potraw oraz wielu wspaniałych gości. Pan burmistrz dowiódł wtedy, że ma doskonały gust zarówno co do jedzenia, jak i ludzi.
- Możemy to sobie wyobrazić - mruknęła złośliwie Dawn, głaszcząc po głowie swego Piplupa - Ale czy może pani już przejść do rzeczy?
Hrabina parsknęła śmiechem, słysząc jej wybuch gniewu.
- Wybacz mi, kochanie. Nie chciałam was denerwować swoim głupim gadaniem. No dobrze, a więc już wam mówię. Podczas tego przyjęcia nagle zgasło światło, a ja poczułam, jak ktoś zrywa mi z szyi naszyjnik z moim rubinem. Krzyknęłam przerażona, a światło chwilę później samo się zapaliło i rubinu już nie było. Nie wiem, kto mógł mi go zabrać, a policja nie potrafi wpaść na jego trop.
- Czy nikt nie zwrócił uwagi pani hrabiny podczas przyjęcia? - zapytała Dawn.
- Pip-lu-li? - zaćwierkał Piplup.
Popatrzyliśmy uważne na kobietę, a ta odparła:
- Przypomina mi się, że moją uwagę przykuł pewien uroczy człowiek, tak około czterdziestoletni. Rozmawialiśmy razem, a potem tańczył ze mną podczas balu i cóż... Podejrzewam, że to on właśnie mógł mi ukraść mój rubin, korzystając z ciemności.
- Dlaczego właśnie jego pani podejrzewa? - zapytałam.
- Ponieważ zniknął zaraz po tym, jak zgasło światło. Był też najbliżej mnie wtedy, gdy to się stało.
- Rozumiem - powiedziałam i pomasowałam sobie podbródek - A więc drań musiał dobrze to wszystko sobie zaplanować.
- Dużo wart był ten pani rubin? - zapytał Clemont.
Hrabina i Jenny parsknęły śmiechem, słysząc jego słowa.
- Proszę cię! - zawołała policjantka - Jak możesz zadawać takie naiwne pytania? Ten rubin był kilka milionów dolarów, jeśli nie więcej.
- Nie znam jego pełnej wartości, bo też nigdy mnie ona jakoś specjalnie nie interesowała - odparła na to hrabina Morcado - Dostałam ten kamień od swojego męża. To był prezent urodzinowy. Jest mi on bardzo bliski. Proszę, odzyskajcie go! On ma da mnie wielką wartość.
- Pomożecie cioci? To dla niej naprawdę bardzo ważne - dodała nagle dziewczyna.
- Kochanie, nie wtrącaj się - skarcił ją nasz gospodarz - Wybaczcie jej, proszę... Moja córka czasami naprawdę nie grzeszy dobrym wychowaniem.
- Daj już jej spokój - odezwała się hrabina - Niby co widzisz złego w zachowaniu Molly?
- No, niby nic, ale mimo wszystko mogłaby się nie mieszać do takich poważnych rozmów i przeszkadzać im.
- Dobrze, nieważne. To teraz bez znaczenia - rzekł Mordredson - Tak czy inaczej liczymy na was, przyjaciele. Jeśli jesteście równie doskonale, jak mówicie o sobie, to liczę na waszą pomoc.
Po takich słowach wiedzieliśmy doskonale, że musimy odnaleźć rubin, choćby po to, aby zachować swoje dobre imię.


Rozmowa toczyła się jeszcze przez jakiś czas, a po jej zakończeniu ja, Dawn, Clemont i Jenny wyszliśmy do osobnego pomieszczenia.
- Hrabina podała nam dokładny rysopis złodzieja - powiedziała nasza droga pani porucznik - Zanim wy tutaj przybyliście, ja nie próżnowałam i co nieco sprawdziłam naszą bazę danych. Tylko trzech mężczyzn pasuje do tego rysopisu, gdyby oczywiście wcześniej dodać im sztuczny zarost oraz wąsy. Są to: Jack Ruber, Alan Finner i Douglas Sonner. Z tych trzech tylko ten ostatni przebywa obecnie w Kanto, jak donoszą o tym moi informatorzy.
- A więc trzeba będzie go znaleźć - powiedziałam.
- Gdyby to było takie proste - jęknęła policjantka - Niestety, nawet nie wiemy, gdzie on dokładnie jest. Wiemy jedynie, że jest w Melastii, ale to miasto ma swoje rozmiary. Niby jak go w nim znajdziemy?
- W Melastii? - spytała Dawn - To tam, gdzie przebywa tata?
- Dokładnie tam - uśmiechnęła się do nas porucznik Jenny - Nawiasem mówiąc rozmawiałam z nim, zanim was tutaj sprowadziłam. Liczyłam, że może mi nieco pomóc w tej sprawie.
- Niby w jaki sposób? - zapytałam.
- Cindy oraz on mają wielu znajomych. Niektórzy z nich nie pochodzą wcale z tzw. dobrego towarzystwa, ale za to sporo wiedzą. Tak czy inaczej Josh i Cindy mają tu zadzwonić, na wypadek, gdyby czegoś się dowiedzieli.
Ledwie to powiedziała, a do pokoju weszła panna Molly. Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie i rzekła:
- Przepraszam, że wam przeszkadzam, ale dzwoni jakiś człowiek i pyta o porucznik Jenny. Przełączyłam go tutaj. Możecie państwo odebrać.
Policjantka zadowolona podeszła do wiszącego na ścianie telefonu, po czym odebrała go, a wtedy na ekranie ukazała się dobrze nam znana postać Josha Ketchuma.
- Witaj, Jenny - powiedział na powitanie mężczyzna.
Następnie zauważył nas i cały się rozpromienił.
- Dawn, córeczko! Miło cię znowu widzieć! Clemont! Serena! Cieszę się, że was widzę! A gdzie zgubiliście Asha?
- Rozwiązuje zagadkę zabójstwa w Petalburgu - odpowiedziałam.
Mężczyzna westchnął głęboko, kiedy to usłyszał.
- Ach, morderstwo... Czy teraz już nic innego ma na tym świecie, tylko same zabójstwa?
- O czym ty mówisz? - zdziwiła się Jenny - Znalazłeś Douglasa?
- Tak, znalazłem. Musiałem ożywić moje niezbyt przyjemne kontakty, ale udało mi się to. W trymiga znaleźli mi oni tego waszego złodziejaszka, tyle tylko, że... Rubinu tam nie odnalazłem.
- A więc w domu złodzieja nie było rubinu?
Josh pokręcił przecząco głową.
- Rubinu nie ma, ale za to jest trup.
- Trup?! - pisnęła przerażona Dawn.
- Czyi trup? - dodał Clemont.
- Tego waszego złodzieja - odpowiedział jego przyszły teść - Douglas Sonner nie żyje.
- Nie żyje?! - krzyknęliśmy jednocześnie.
- Zgadza się - skinął głową mężczyzna - Zadzwoniłem już po Jenny z Melastii. Mam nadzieję, że wyjaśni tę sprawę.
Spojrzałam na moich przyjaciół i zawołałam do nich tonem Asha:
- Do Melastii, przyjaciele!
- TAK! - zawołali Dawn i Clemont.
- Pip-lu-li! - zaćwierkał Piplup.


C.D.N.




Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...