sobota, 13 stycznia 2018

Przygoda 105 cz. IV

Przygoda CV

Ostatnia jednorogini cz. IV


Szli tak przez około pół godziny przez las rosnący nieopodal zamku króla Giovanniego, rozglądając się przy tym uważnie dookoła. Starali się wypatrzeć jakiekolwiek osoby będące podobnie ubrane do Maxa, ale nikogo takiego nie zauważyli. Clemont zaczął więc już podejrzewać, iż ich nowy znajomy zamierza wywieść ich w pole i być może wyda ich królowi lub też okradnie. Jeśli jednak zamierzał zrobić to drugie, to bardzo się rozczaruje, kiedy zobaczy, iż niczego nie mają.
- Daleko jeszcze do tej waszej kryjówki? - spytała Bonnie.
- Spokojnie, już blisko - odpowiedział jej wesoło Max - Nie musicie się też niczego obawiać. Pilnują nas uważnie.
- Niby kto?
- Straże.
Wtem dało się słyszeć głuchy łoskot i na ziemię z drzew zeskoczyło kilku ludzi ubranych na zielono.
- Stać! Kto idzie?! - zawołał jeden z nich.
- Nie poznajecie starego przyjaciela? - zapytał wesoło Max.
Banici spojrzeli na niego uważnie, po czym zaśmiali się oni radośnie i pochwycili go mocno w objęcia.
- Maxiu, mój przyjacielu! A już się baliśmy, że złapali cię żołdacy! - rzekł jeden z nich.
- Tak by się stało, gdyby nie ci oto dzielni ludzie - rzekł na to chłopak, wskazując dłonią swoich nowych przyjaciół.
Banici spojrzeli na nich uważnie i uśmiechnęli się do nich przyjaźnie. Ten zaś, który bardzo mocno uściskał Maxa, wysoki oraz młody mężczyzna w brązowych włosach i czarnych oczach, rzekł serdecznie:
- Przyjaciele moich przyjaciół są moimi przyjaciółmi. Witajcie w tym lesie. Jestem Kapitan Gary, przywódca tych oto łotrzyków.
Nasi podróżnicy przywitali się z nim, a następnie zauważyli oni, jak podbiega do Maxa jakaś dziewczyna i obejmuje go mocno.
- Max, braciszku! Tak się o ciebie bałam! Co ty wyprawiasz?! Chcesz, żebym kiedyś umarła ze strachu o twoje życie?! - wołała zrozpaczonym i załamanym głosem, z którego biła wyraźna troska.
- Spokojnie, siostrzyczko. Nic mi nie jest. Podziękuj za to tym ludziom.
Dziewczyna ta, będąca posiadaczką brązowych, pięknych włosach oraz niebieski oczu spojrzała na naszych wędrowców, po czym poprawiając sobie lekko swoją zieloną suknię podeszła do nich, mówiąc:
- Dziękuję wam z całego serca za ocalenie mojego brata. Nie wiecie nawet, ile jego życie dla mnie znaczy.
- Jeśli tyle samo, co dla mnie życie mojej siostry, to jestem pewien, że nie ma skarbów, które by ci go zastąpiły - odpowiedział Clemont.
- Tak - rzekła wzruszona dziewczyna - Pięknie to powiedziałeś. Jestem May, a z kim mam przyjemność?
- Jestem Clemont, a to jest moja siostra Bonnie. A to jest...
- To jest jednorożec! - przerwała mu dziewczynka - Tylko chwilowo jest ona pod ludzką postacią, abyśmy mogli ją chronić przed Czerwonym Taurosem.
- Czerwonym Taurosem?! - zapytała May przerażonym głosem - Tym samym, który służy królowi Giovanniemu?
- A więc jednak mu służy - rzekła Jednorogini - Plotki mówiły prawdę.
May spojrzała na nią uważnie i podeszła doń bliżej.
- Twoje szaty, jak widzę są bardzo skąpe. Chodź, moja droga. Pomogę ci dobrać jakiś odpowiedni strój. Co prawda nie mam wiele, ale podzielę się z tobą tym, co posiadam.
- Wszyscy się podzielimy - rzekł Gary uroczystym tonem - A przy tej okazji opowiecie nam dokładnie, w jaki sposób ocaliliście mojego szwagra, gdyż jestem tego niezmiernie ciekaw.
Każdy z jego ludzi, którzy zaczęli się zbierać wokół nich, poparł jego decyzję.

***


Clemont, Bonnie i Jednorogini zostali zaraz zaprowadzeni do kryjówki banitów, którzy ugościli ich swoimi zapasami. Jednorogini miała wówczas możliwość spróbować po raz pierwszy posiłku ludzi i musiała przyznać, iż jest on bardzo smaczny i w pełni odpowiada jej ludzkiemu żołądkowi, który chwilowo posiadała. Prócz tego otrzymała skromną, aczkolwiek bardzo, ale to bardzo uroczą różową suknię od May, więc mogła się swobodnie pokazać męskim kompanom.
Po posiłku Max opowiedział dokładnie, w jaki sposób został ocalony przez naszych bohaterów, a ci z kolei opowiedzieli swoje koleje losu oraz powód, dla którego tutaj przybyli.
- Na wszystkich bogów tego świata! To ci dopiero historia! - zawołał Gary, gdy skończyli swoją opowieść.
- Słyszałam opowieści o jednorożcach, a przed laty, gdy byłam jeszcze dziewczynką widziałam jednego - powiedziała May - Potem jednak zaczął tutaj grasować Czerwony Tauros, a jednorożce jeden po drugim znikały z całego Kalos i od dziesięciu lat nikt ich nigdy nie widział.
- To prawda - dodał Max - Jeśli więc król je przetrzymuje, to musicie je uwolnić. Żadne stworzenia na tym świecie nie powinny być więzione, a już szczególnie nie tak wspaniałe i piękne jak jednorożce.
- Podzielam twoje zdanie - stwierdziła jego siostra - Ale w jaki sposób chcecie im pomóc? Przecież nawet nie wiecie, gdzie on je przetrzymuje.
- Dowiemy się tego - odpowiedział jej Clemont.
- Dobrze, ale jak?
- Musimy dostać się do zamku. Gdy już tam będziemy, przeszukamy każdy jego zakamarek. Musimy odkryć prawdę. Z pewnością zajmie nam to trochę czasu, ale nie wycofamy się.
- Nie, nie wycofamy się - poparła go Jednorogini, patrząc smutno w ziemię - Nie teraz. Za daleko zaszliśmy, aby teraz zawracać.
- Obawiam się, że król nie zechce wam pozwolić zwiedzać swojego zamku tak po prostu - stwierdził Gary.
- Raczej nie, lecz jeśli będziemy jego dworzanami, to będziemy mogli swobodnie się po nim poruszać - zauważyła Bonnie.
Twarz Clemonta rozjaśnił radosny uśmiech.
- Tak! To jest myśl! Pochwalam taki pomysł! Bonnie, jesteś genialna! Tak! Tak właśnie zrobimy! Zatrudnimy się na zamku jako dworzanie.
- Nie wiem, czy to aby dobry pomysł, ale wiem, że was od niego nie odwiodę - powiedziała smutno May - Obyście tylko wiedzieli, co robicie.
- My wiemy, co robimy - rzekła przygnębiona Jednorogini - Problem w tym, że nie wiemy, co z tego wyniknie.
- Kłopoty - stwierdził Max - Większe lub mniejsze, ale zawsze kłopoty.
- Raczej większe niż mniejsze - powiedział Clemont - Jednak jest już za późno, żebyśmy się mieli wycofać.
- Skoro tak, to przyjmij w takim razie ode mnie ten oto dar - rzekł Gary, po czym wstał i podał czarodziejowi róg, który odpiął od swego pasa - To jest róg o niezwykle potężnej sile dźwięku. Jeśli będąc w pobliżu lasu zadmiesz w niego, to zawsze go usłyszymy, a kiedy go usłyszymy, to zaraz przybędziemy ci z pomocą.
- I oddamy za was życie, jeśli będzie trzeba - dodał Max - Choć mam nadzieję, że nie zajdzie taka konieczność.
Clemont wstał i wziął róg od Gary’ego bardzo wzruszony.
- Dziękuję ci. Będę go bardzo cenił. Masz na to moje słowo.
- A ja chcę ofiarować dar tobie - powiedziała May do Jednorogini - Chcę, abyś posiadała imię i nawet już wiem, jakie to będzie imię.
Przyjrzała się ona naszej bohaterce i dodała:
- Jesteś łagodna, spokojna, czysta oraz taka delikatna. Przyjmij więc imię Serena, które doskonale do ciebie pasuje.
Jednorogini spojrzała w jej kierunku i uśmiechając się odparła:
- Serena... Jestem Serena...

***


Rozbójnicy ugościli u siebie naszych bohaterów, a następnego dnia o świcie pożegnali ich życząc im powodzenia w ich misji.
- Pamiętajcie o rogu! - zawołał do nich na pożegnanie Gary - Jeżeli tylko w niego zadmiecie, zjawimy się!
- Będziemy pamiętali! - odkrzyknęła radośnie Bonnie.
Nasi podróżnicy z wyraźnym żalem w sercu powoli opuścili gościnny las i ruszyli w kierunku skał, które majestatycznie majaczyły nad brzegiem pięknego morza. Szli oni powoli i spokojnie, a ich serca biły wręcz dziko z niepokoju. Nie wiedzieli bowiem, co ich czeka ani jak sobie z tym poradzą.
Bez pośpiechu zbliżali się coraz bardziej do zamku, a kiedy już stanęli pod jego bramę, to spotkali tam dwóch strażników, których rozpoznali jako Jessie i Jamesa. Ci na szczęście nie widzieli ich, kiedy polowali na Maxa, gdyż zbytnio byli zajęci wtedy polowaniem na kłusownika, aby patrzeć na cokolwiek, co znajdowało się wówczas na polanie.
- Stać! Kto idzie?! - zawołał James.
- Wybaczcie mi, dostojni państwo - rzekł Clemont, kłaniając się nisko - Jestem Clemont, wielki magik. A to są moja młodsza siostra Bonnie i moja wychowanica, lady Serena.
- Chcemy rozmawiać z królem - dodała Bonnie.
- A czego chcecie od króla? - spytała Jessie.
- Powiemy to tylko królowi - odparła na to dziewczynka.
- Król nie rozmawia z nieznajomymi - warknęła Jessie - Wynoście się stąd!
- Chwileczkę! - zawołał nagle jakiś młody głos.
Brama się otworzyła i przez nią wyszło dwóch rycerzy w zbrojach, hełmach i z purpurowymi płaszczami. Na ich widok Jessie i James stanęli na baczność, okazując im szacunek.
- Skoro chcą rozmawiać z królem, to powinniśmy im na to pozwolić - rzekł jeden z rycerzy tym samym, młodym głosem.
- Zgadzam się - dodał drugi, którego głos był stary i wyraźnie bardzo schorowany - Niechaj wejdą. Chodźcie z nami!
Nasi wędrowcy spojrzeli na siebie niespokojnie, nie do końca wiedząc, co powinni zrobić, ale poszli za rycerzami w purpurze. Weszli do środka zamku, który niestety (zgodnie z obawami Clemonta) wewnątrz był równie ponury, co na zewnątrz, jeśli nie bardziej. Potem zostali oni wprowadzeni do wielkiej i ciemnej sali, w której stał wielki tron i nic poza tym. Sama sala była ponura oraz zakurzona, a do tego na świat wychodziło z niej tylko jedno okienko, co tylko potęgowało mroczną atmosferę tego pomieszczenia.
- Cóż to za miejsce? - spytał Clemont.
- Sala tronowa króla Giovanniego - odpowiedział rycerz z ochrypłym głosem.
- Sala tronowa?! - zdziwił się czarodziej - To raczej cela więzienna. A gdzie jest król Giovanni?
- Ja nim jestem - rycerz powoli zdjął hełm, odsłaniając swoją ciemną, ponurą twarz z siwymi włosami, licznymi zmarszczkami i niewielką brodą - To zaś jest mój syn, książę Ash.
Jego rozmówca powoli zdjął hełm i odsłonił przed naszymi bohaterami twarz wysokiego młodzieńca o czarnych oczach i brązowych oczach.
- Witajcie - powiedział przyjaźnie.
- Co was tutaj sprowadza? - zapytał Giovanni.
- Chcemy ci służyć, o panie - rzekł Clemont, kłaniając się królowi.
- Nie potrzeba mi waszych służb - odpowiedział ponuro król - Mój dwór to tylko moja wierna gwardia oraz kucharz i kucharka.
- Jakże to? - spytał czarodziej - A gdzie rozrywki? Sztuczki magiczne? Bale? Maskarady? Polowania?
- Nie potrzeba mi tego - władca machnął lekceważąco ręką - Nic z tego, co mi tu wymieniasz, nie jest w stanie mnie zachwycić.
- Ależ panie...
- Prócz tego przestajesz mnie już powoli interesować, a to niedobrze. W tym miejscu jest to wręcz bardzo niebezpieczne. Gdy ktoś przestaje mnie interesować, to przestaje mnie zajmować również jego los, a wtedy mogę rozkazać go stracić w najbardziej brutalny sposób i nie będzie mnie w ogóle obchodzić, jak wielkiego cierpienia zazna zanim skona.
Clemont zadrżał ze strachu, ale wiedział, że nie może się teraz wycofać i dlatego próbował kontynuować rozmowę.
- Ależ Najjaśniejszy Panie. Chyba sam przyznasz, że dobrych magików nie codziennie się spotyka.
- To prawda, ale ja mam już swojego maga.
- Poważnie?
- Tak.
- Naprawdę to ciekawe. A czy wolno wiedzieć, jak mu na imię?
- Nazywają go Potężny Oak i nie ma sobie równych - rzekł król, powoli siadając na tronie.
Nie zwrócił on uwagi, iż jego syn wyraźnie nie może oderwać oczu od rzekomej lady Sereny, która to z kolei wpatrywała się uważnie w widok za niewielkim oknem.
- Oak jest znany w szerokich kręgach jako magik magików i nie widzę żadnego powodu, aby go zastępować kimś innym - mówił dalej Giovanni.
- A ja przeciwnie, widzę powód! - zawołała pyskatym głosem Bonnie - Ten mag nie jest w stanie cię uszczęśliwić!
- Doprawdy? - zachichotał król - A niby skąd taki wniosek?
- Dość spojrzeć na ciebie, aby to wiedzieć.
Clemont próbował uciszyć Bonnie, jednakże ta rozkręciła się i zaczęła mówić o zaletach swojego brata, jednocześnie podkreślając, że nie ma on sobie równych w tym, co robi. Czarodziej przerażony zaczął się pocić ze strachu jak mysz obawiając się, iż król zaraz każe ich wszystkich stracić za bezczelność Bonnie, jednakże ten nie uczynił tego, tylko z uwagą słuchał dziewczynki, a gdy skończyła parsknął śmiechem i zawołał:
- Doprawdy?! To bardzo ciekawe. Słyszałeś to wszystko, Oaku?!


Chwilę później coś błysnęło, a obok tronu pojawiła się jakaś mgiełka, która następnie przeistoczyła się w postać niskiego, zgarbionego mężczyzny około sześćdziesięciu lat, z długą, siwą brodą i siwymi włosami. Jego małe, szare oczy uważnie przyglądały się całej sali.
- Wasza Królewska Mość wzywał mnie? - spytał starszy człowiek, po czym dostrzegł nagle Clemonta, na widok rozpromienił się - Clemont, drogi chłopcze! Jak miło cię widzieć! Co tutaj porabiasz?!
- On jest twoim następcą - odpowiedział mu król Giovanni - Teraz on będzie moim nadwornym magiem.
- Doprawdy? - zapytał ironicznie mag i zmierzył Clemonta wzrokiem - No cóż... Muszę przyznać, Wasza Królewska Mość, że to znakomity wybór. Ciekawi mnie tylko, czy mój czcigodny następca zdążył się już pochwalić, że będąc na szkoleniu u mego dobrego kolegi, maga Sycamore’a, był dość często nazywany fajtłapą oraz niedorajdą? I nie czyniono tego bez powodu, gdyż legendarny Clemont...
- Tak... Ta dziewczyna ma rację - przerwał mu król, wskazując ręką na Bonnie - Mój nadworny mag nie jest w stanie mnie rozbawić ani sprawić, że będę zadowolony. Dlatego też muszę znaleźć następstwo. Skoro więc magik magików mnie zawiódł, to wobec tego zobaczę, jak poradzi sobie fajtłapa i niedorajda. Możesz więc sobie już iść, Oaku.
- Nie zamierzam sobie stąd iść na twój rozkaz, królu! Nie jestem twoim Pokemonem, abym miał słuchać twych poleceń!
Następnie uniósł on ręce w górę i zaczął mruczeć pod nosem jakieś zaklęcie. Z jego dłoni poleciały iskry, zaś wokół całej jego osoby wiał silny wiatr. Książę Ash podbiegł szybko do lady Sereny i zasłonił ją, kładąc dłoń na rękojeści swego miecza. Był gotów walczyć za nią, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Clemont zaś mocno objął do siebie Bonnie, aby ją uchronić od szykującego się nieszczęścia.
Wtem nagle wzrok maga spotkał się ze wzrokiem Jednorogini zaklętej w piękną kobietę. Oak wówczas opuścił ręce i przestał wymawiać zaklęcie, a zamiast tego bardzo zadowolony zaczął wręcz dusić się ze śmiechu.
- Och, biedny królu Giovanni! - zawołał mag, nie przestając się przy tym śmiać - Głupi, naiwny władco! Twoje przeznaczenie właśnie wkroczyło do tego zamku, a ty nie masz najmniejszej nawet możliwości, aby przed nim uciec. Tak, mój królu! Za żadne skarby tego świata nie chciałbym być na twoim miejscu! Twoje przeznaczenie już wkrótce się wypełni! Żegnaj więc, biedny głupcze! Żegnaj!
Następnie Oak wypowiedział zaklęcie i już po chwili zniknął z oczu swoim rozmówcom.
Giovanni tymczasem zwrócił uwagę na lady Serenę, uważnie ją przy tym obserwując. Powoli wstał z tronu i podszedł do niej.
- Stój! - zawołała przerażona Serena.
- Nie zrobię ci krzywdy - odpowiedział jej spokojnie król - Powiedz, czemu tak wpatrywałaś się w morze?
- Sama nie wiem. Jest takie piękne.
- Och, tak - westchnął Giovanni - Ono jest nad wyraz piękne. Lubię się w nie wpatrywać. To jedna z niewielu rzeczy, które dają mi radość.
Po tych słowach zaczął uważnie przyglądać się swojej rozmówczyni i dostrzegł w jej postaci coś, co go zaniepokoiło.
- Kim jesteś? - zapytał.
- Wasza Królewska Mość przecież już wie - odpowiedział Clemont - To jest moja wychowanica.
- Niech ona mówi sama za siebie - mruknął gniewnie król i spojrzał ponownie na dziewczynę - Kim ty jesteś? Twoje oczy... Są bardzo dziwne. Dlaczego nie widzę w nich swojego odbicia?
- Ojcze, proszę cię - rzekł proszącym tonem Ash - Czy to ważne, kim ona tak naprawdę jest? Ważne, że tutaj jest.
Król nie wyglądał na przekonanego, mimo wszystko uznał, iż należy chwilowo odpuścić, po czym odparł:
- Tak, masz rację. Ważne, że tutaj jest. To jest najważniejsze. A więc, moja urocza nieznajoma damo, możesz tu zostać. Albo odejść, jeśli chcesz. Ty i twoi towarzysze zostajecie przyjęci na mój dwór.
- Słuchaj, mamy tu suknie z pięknego jedwabiu. Z pewnością będą na ciebie pasować - powiedział do Sereny czułym tonem książę Ash.
Serena obdarzyła go tajemniczym spojrzeniem, którego to młodzieniec nie potrafił w żaden sposób sobie zinterpretować, choć wyczuwał, że owo spojrzenie posiada coś na kształt ciepła pomieszanego z wyraźnym lękiem o swoje dalsze losy.

***


Pamiętniki Sereny c.d:
Po dokonaniu wszystkich spraw, o jakich wcześniej pisałam Agathe zaproponowała nam, żebyśmy odwiedzili jej kuzyna. Co prawda była już u niego dzisiaj, ale mimo wszystko w takim wypadku wizyt nigdy nie za wiele. Dlatego też udaliśmy się do szpitala, a tam John i Agathe pogadali z pielęgniarkami i ta (dowiedziawszy się, że jedno z nas jest znanym pisarzem kryminałów) wpuścili nas do sali, w której przebywał nasz biedny Hans.
Kiedy go tylko zobaczyłam, byłam bardzo przygnębiona. Był wysokim, młodym mężczyzną w wieku około dziewiętnastu lat, blondynem o jasno-niebieskich oczach, typ raczej nordycki, niewielki nos i lekko przystrzyżona grzywka delikatnie opadające na władcze czoło. Był ubrany w szpitalną piżamę, a przy nim stał mężczyzna bardzo do niego podobny, wyglądający w pewnym sensie niczym jego starsza wersja.
- To mój wuj, Helmut - powiedziała do mnie Agathe.
- Jego ojciec - szepnęłam zasmucona.
Rodzic wraz ze swoim synem rozmawiali uważnie ze sobą w języku niemieckim, którego niestety nie znałam, ale mimo wszystko nie byłam z tego powodu zbyt zmartwiona, ponieważ widziałam wyraźnie po sposobie, w jakim ze sobą rozmawiali, iż nie jest to zbyt miła rozmowa. Hans zaś bez najmniejszej wątpliwości coś miał do zarzucenia swojemu ojcu, a ten ze smutkiem w oczach go słuchał i tłumaczył się z czegoś.
- Co oni mówią? - spytałam.
- Chyba synek zarzuca tatusiowi coś bardzo niemiłego - rzekł na to mój chłopak.
- A i owszem, zarzuca - powiedziała Maggie, który znała niemiecki - Ale nie wiem, czy powinnam wam to mówić.
- A może ja powiem? - zaproponował Agathe - Hans zarzuca mojemu wujowi, że po śmierci matki odsunął się od niego i dodaje, iż zawsze tylko jego firma była dla niego bardzo ważna, a nie on. Mój wuj próbuje się jakoś tłumaczyć, ale coś kiepsko mu to wychodzi.
- To widać - powiedział John ironicznie.
Helmut po jakimś czasie załamany uznał, iż przekonywanie swojego syna do zmiany zdania jest bez sensu, dlatego też powoli i bardzo załamany wyszedł z sali, mijając nas bez słowa. Hans zaś spojrzał na kuzynkę i rzekł coś po niemiecku. Agathe uśmiechnęła się lekko i dodała:
- Spokojnie, to są moi przyjaciele. Mojego chłopaka już znasz. A to są Ash, Serena, John i Maggie.
Hans patrzył na nas uważnie, przetarł sobie lekko oczy dłonią, znowu się nam przyjrzał i rzekł:
- Pana to chyba ja znam, prawda? Jest pan tym słynnym pisarzem, mam rację?
- Z tym słynnym, to nie wiem, czy się mogę zgodzić, bo nie jestem zbyt słynny, w każdym razie nie wszędzie, ale pisarzem to i owszem, ja jestem - odpowiedział mu pozornie skromnym tonem John Scribbler, niesamowicie zadowolony z faktu posiadania kolejnego fana swojej twórczości.
- Tak. Znam pana książki, a przynajmniej te, które wydał pan niedawno - odrzekł powoli Hans, lekko się uśmiechając - Dotarły nawet tutaj, poza tereny z Pokemonami.
Następnie popatrzył na mnie i na Asha.
- No proszę... Mamy tutaj dwa urocze Pokemony. Wiele słyszałem o tych stworkach, ale jeszcze nigdy nie miałem okazji ich poznać osobiście. Oba są bardzo urocze.
Pikachu i Buneary zapiszczeli przyjaźnie, natomiast Ash uśmiechnął się i powiedział:
- Dziękuję w imieniu swoim i naszych Pokemonów. Jak się czujesz?
- Lepiej nie pytać - odpowiedział Hans i zakaszlał, dopiero po chwili odzyskując normalny oddech - A jak ma się niby czuć człowiek, który to właśnie się dowiedział, że został mu miesiąc życia, ewentualnie troszeczkę więcej?
- Wiesz, iż miałbyś znacznie więcej czasu przed sobą, gdyby nie to, że nie dbałeś o siebie - zauważyła Agathe karcącym tonem - Wujek mówił, iż nie przejmowałeś się niczym i nie stosowałeś się do zaleceń lekarzy.
- Tak? A wiesz, jak wyglądały te ich zalecenia? - warknął na nią jej kuzyn gniewnym tonem - Leżeć w domu, najlepiej nigdzie nie wychodzić i codziennie ta przeklęta chemia! Już dość jej zaznałem! Powylatywały mi przez nią wszystkie włosy!
- Wiesz dobrze, że to ci może pomóc - zauważył Michael.
- Tak? I niby w czym? Chyba w przedłużeniu agonii, bo w powrocie do zdrowia to na pewno nie - rzucił ze złością młodzieniec i opadał powoli na łóżko - Powiedzcie mi, na co mi niby to wszystko? Na co mi ta cała chemia i wszystkie inne, nic nie warte paskudztwa? Po co mi ta sala i pobyt w tym szpitalu, skoro i tak mam zdechnąć?
- Lekarze chcą przedłużyć ci życie, bo spodziewają się mimo wszystko jednak cię wyleczyć - rzekła Agathe.
Hans parsknął śmiechem i spojrzał na nią ze złością.
- Nie udawaj. Nie okłamuj mnie. Albo jesteś głupia, albo też po prostu mnie okłamujesz. Myślisz może, że nie słyszałem o tym, co lekarze mówią o tym, co mi dolega? Przeciwnie. Ja wszystko słyszałem i wszystko bardzo dobrze wiem. Dla mnie nie ma już nadziei na wyzdrowienie.
- Też tak uważałem, ale twoja kuzynka przywróciła mi nadzieję - rzekł Michael.
- Wiem, opowiadałeś mi już o tym. Stary, poszczęściło ci się, że ona cię chce i że ją spotkałeś. Nie każdy ma takiego farta.
- A ty niby nie masz? - spytałam - W końcu dostajesz listy miłosne od jakiegoś wielbicielki.
- Już o tym wiecie? - zaśmiał się lekko Hans - Jak widzę moja kuzynka zdążyła was o wszystkim poinformować. Chyba niepotrzebnie mówiłem jej o tych listach. Chociaż z drugiej strony może to i lepiej? Przecież nie jest to żaden wstydliwy sekret.
- Właśnie - zgodziła się z nim Agathe - Mogę zobaczyć ten list?
- Jasne - Hans podał jej list, który miał położony na nocnym stoliku tuż przy swoim łóżku.
Dziewczyna wzięła go do ręki i odczytała, a potem pokazała go nam. Ponownie list był niezwykle patetyczny i pełen niesamowicie wyszukanych słów. Tak samo, jak wszystkie inne listy do Hansa poza tym jednym, który zwrócił na nas szczególną uwagę.
- Piękne - powiedziałam z uśmiechem na twarzy - Dzisiaj go dostałeś?
- Tak. Moja wielbicielka przyszła tutaj i dała mi go, a potem wyszła.
- To miałeś dzisiaj więcej gości niż my, prawda? - spytał Ash.
- A i owszem, miałem, ale każdy jest mile widziany w moich niskich progach - zaśmiał się lekko chłopak.


Ash powoli podszedł do niego i usiadł na krześle obok łóżka.
- Wiesz, Hans... To naprawdę przykre, że musisz tutaj leżeć. Ja jestem osobiście uważam, że najlepiej by lekarze zrobili, jakby pozwolili ci żyć tak, jakbyś tego sobie życzył.
- Nawet gdyby to miało mnie wykończyć?
- Nawet wtedy. Ostatecznie przecież każdy ma prawo żyć po swojemu. A jeśli masz spędzić gdzieś resztę życia, to nie gnijąc w szpitalnym łóżku.
- Właśnie! Widzę, że mnie rozumiesz.
- Rozumiem... W miarę możliwości staram się wszystkich rozumieć.
To mówiąc Ash poklepał go lekko po ramieniu i dodał:
- Wiesz co? Zapisz sobie numer telefonu domku, w którym ja i Serena się zatrzymaliśmy i zadzwoń do nas czasem. Chyba masz komórkę, prawda?
- A tak, mam. A ty masz?
- Ja mam tylko numer domowy, ale mogę zapisać twój. Masz coś może do pisania?
- Jasne.
To mówiąc Hans wyjął powoli zeszyt z szuflady swojej nocnej szafki, a także długopis, po czym zaczął pisać na kartce podyktowany mu przez Asha numer domowego telefonu w naszym tymczasowym domku.
- Możesz przy okazji zapisać mi swój numer? - spytał mój ukochany, masując sobie prawą dłoń - Wiesz, ręka mnie trochę boli. Chyba mi ścierpła.
- Nie ma sprawy. A może chcesz jeszcze przy okazji mój autograf? Za miesiąc będzie na wagę złota.
- W sumie czemu nie? Daj też autograf.
Nie wiedziałam, do czego Ash zmierza, jednak doświadczenie kazało mi się nie wtrącać, tylko obserwować wraz z innymi dalszy bieg wypadków. Ash zaś wziął od chłopaka kartkę i zadowolony rzekł:
- Dzięki, stary. Jesteś naprawdę bardzo miły. Zachowam go sobie na pamiątkę.
- Nie ma sprawy. Dla kumpli mojej kuzynki wszystko.
Ash uśmiechnął się do niego i podszedł do nas. Potem chwilę jeszcze porozmawialiśmy z pacjentem, aż przyszła pielęgniarka i poprosiła, abyśmy już poszli i nie męczyli pacjenta. Chciałam jej rzucić, że to oni bardziej męczą biednego Hansa niż my, ale dałam sobie spokój wiedząc, iż to i tak nic nie da. Wyszliśmy więc powoli z sali.
- Po co prosiłeś go o numer komórki? - spytała Agathe - Przecież sama mogłam ci go dać.
- Chciałem przyjrzeć się jego zeszytowi i czemuś jeszcze - odparł Ash.
- I co? Przyjrzałeś się? - zapytał Michael.
- Owszem. Sami zobaczcie.
To mówiąc Ash pokazał nam kartkę z napisanym na niej numerem i nazwiskiem Hansa.
- Czy ta kartka nie mówi wam niczego?
Przyjrzeliśmy się jej uważnie, ale początkowo nie rozumieliśmy, o co chodzi, aż nagle coś mi się zaczęło przypominać. Przecież w ciągu ostatniej godziny już widzieliśmy taką kartkę. I jeszcze to pismo...
- Nie... To chyba niemożliwe - powiedziałam zdumiona.
- Co jest niemożliwe? - spytała Agathe.
- To pismo... Ta kartka... Ash, ty chyba nie chcesz nam powiedzieć, że on... że Hans...
- Nie mam żadnej pewności - odpowiedział mi mój chłopak - Ale bez obaw. Pokażemy to pannie Trapp i porównamy z listami. Ciekawe, co wtedy się okaże.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu, wskakując mu na ramię.
- Ty to umiesz skomplikować sprawę, stary - rzekł John Scribbler.
- Taki mam fach - zaśmiał się mój luby - Poza tym, jak jest za łatwo, to się szybko robi nudno.
- Zależy od punktu widzenia - stwierdziła Maggie.

***


Ponieważ był już wieczór, to nie chcieliśmy się narzucać pannie Trapp swoim towarzystwem, dlatego poszliśmy każde do siebie, aby następnego dnia spotkać się w oberży, w której to zaczęła się całą nasza przygoda, a stamtąd pójść do naszej nauczycielki. Wychodząc ze szpitala spotkaliśmy Mako, która przyszła tam odwiedzić kogoś.
- Moja koleżanka tutaj leży i chciałam ją zobaczyć i trochę podnieść na duchu - powiedziała do nas dziewczyna, kiedy zapytaliśmy, do kogo tutaj przyszła.
Nie chcieliśmy być bynajmniej wścibscy, ale po prostu bardzo nas to ciekawiło, dlatego pozwoliliśmy sobie zadać jej to pytanie, choć musiałam potem w rozmowie z Ashem przyznać, że odpowiedź Mako jakoś nie do końca mnie przekonała.
- Myślisz, że ona odwiedziła koleżankę? - spytałam.
- Tak... Oczywiście, że koleżankę - zaśmiał się mój luby w sposób co najmniej ironiczny - Taką, która jest kuzynem Agathe.
Parsknęłam śmiechem, słysząc tę odpowiedź.
- Więc domyśliłeś się tego?
- Tak, oczywiście, ale przecież możemy się mylić. Poza tym to nie jest nasza sprawa. My mamy jedynie sprawdzić, kto pisze te listy i dlaczego to robi. Nasza klientka bardzo chce się tego dowiedzieć.
Miał on oczywiście na myśli Agathe.
- W sumie racja. Ale tak czy siak myślisz, że to Mako napisała te listy? Albo chociaż jeden z nich? Ten pisany w inny sposób?
- Bardzo możliwe, bo te pozostałe to... Wiesz, jakie mam podejrzenia.
- Wiem, ale wszystko sprawdzimy i wtedy to się dowiemy, czy mamy rację.
- Dokładnie tak. Jutro postaramy się tego dowiedzieć.
Następnego dnia, zgodnie z naszym planem udaliśmy się do gospody, w której spotkaliśmy naszych przyjaciół i z nimi poszliśmy do panny Trapp. Kobieta miała wówczas lekcje, więc nie było jej w domu, ale my rzecz jasna doskonale o tym wiedzieliśmy, dlatego też z miejsca skierowaliśmy swoje kroki w kierunku szkoły. John i Agathe, jako że doskonale znali niemiecki, pomogli nam odnaleźć gabinet panny Martiny Trapp, gdy ta miała akurat przerwę. Kobieta radośnie się z nami przywitała.
- Witajcie! - powiedziała przyjaźnie - Wiem dobrze, w jakim celu tutaj przyszliście, ale chyba będę musiała was rozczarować, ponieważ wciąż nie wiem, czyje to pismo. Wiem, że je znam, ale mam tylu uczniów, więc jakoś nie potrafię dopasować pisma do jakiekolwiek ucznia. Porównuję to pismo z wypracowaniami uczniów, ale cóż... Wciąż nic.
- Myślę, że ułatwię pani poszukiwania - rzekł Ash, uśmiechając się lekko i podając nauczycielkę kartkę od Hansa - Ja nie jestem grafologiem, dlatego mogę się mylić, ale czy to pismo nie jest aby takie samo, jak w tych listach?
Kobieta wzięła kartkę i w szoku na nią spojrzała. Potem zaś wzięła z biurka jeden z tych listów (który wzięła ze sobą, aby kontynuować podczas przerw poszukiwania) i zaczęła uważnie oglądać obie kartki.
- A niech mnie! - jęknęła, opadając na krzesło - To przecież... Tak, nie ma najmniejszych wątpliwości. Tak, przecież to jest to samo pismo! Trochę może zmienione, ale to jest to samo! Boże kochany...
- A więc jednak - rzekł John Scribbler.
- Coś tak czułam - dodała Maggie.
Agathe załamana popatrzyła na nas wszystkich kolejnego, po czym zawołała:
- Chwileczkę! Bo ja chyba nie do końca zrozumiałam. Czy wy chcecie mi powiedzieć, że... że to mój kuzyn sam...
- Tak, wszystko na to wskazuje - rzekł smutno Ash - On sam pisał te listy do siebie.
- Ale... ale po co? Ash, do licha! Po co on miałby to robić?!
- Nie wiem, Agathe. Nie wiem, ale fakty mówią same za siebie.
- Teraz jeszcze musimy wyjaśnić, kto napisał ten jeden list? - rzekł po chwili Michael - Chyba, że Hans też go sam do siebie napisał, ale jakimś innym charakterem pisma.
- Mało prawdopodobne - rzekła panna Trapp - Nie wierzę w to, aby to było to samo pismo, co z tych listów. Przyjrzałam się temu dokładnie. To jest zupełnie inny charakter pisma! Nie ma dwóch zdań! I jestem pewna, że to pismo także znam. Ale nie wiem jeszcze, czyje ono jest. Nie wiem, ale się tego dowiem. Dowiem się tego, bo i mnie ta sprawa bardzo intryguje.
- Miło mi to słyszeć - powiedział Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Będziemy więc liczyć na panią w tej sprawie - uśmiechnęłam się do niej delikatnie - Bardzo nam na tym zależy.
- Spokojnie, moja droga - odpowiedziała mi kobieta - Mnie również bardzo zależy, więc możesz być pewna, że włożę w to jak najwięcej wysiłku się da z mojej strony.
Uśmiechnęliśmy się i pożegnaliśmy ją, a potem wyszliśmy powoli z gabinetu kobiety.

***


Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że Hans wyszedł ze szpitala. Jego ojciec załatwił mu domową opiekę i pielęgniarzy, którzy mieli dbać o jego zdrowie. Oczywiście wiedzieliśmy, podobnie jak i on sam, że to już tylko opóźnianie tego, co jest nieuniknione, ale czy można było postąpić inaczej? Agathe powiedziała nam, że gdyby to od Hansa zależało, to by już dawno podano mu jakiś środek na wieczny sen i biedak odszedłby z tego świata. Mimo wszystko jednak nikt nie potrafił się na to zdobyć, a już z pewnością nie Helmut, jego ojciec.
- Naprawdę żal mi na to wszystko patrzeć - rzekła Agathe załamanym głosem, gdy rozmawialiśmy o tym w karczmie - Po prostu żal ściska serce. Żal i rozpacz. Najgorsza zaś jest moja własna niemoc. Moja bezsilność w tym wszystkim. Chcę zrobić coś, aby mu pomóc. Bardzo tego chcę, a mimo to mogę tylko stać i patrzeć. Co najwyżej jeszcze mogę go tylko w miarę możliwości podnosić na duchu. Ale Hans jakoś nie bardzo tego chce. Gdy dzisiaj próbowałam z nim porozmawiać, to tylko wyśmiał mnie i kazał mi sobie iść.
- To prawda, sam to widziałem - rzekł Michael smutnym głosem - Ale ja go doskonale rozumiem. Sam tak miałem, zanim odnalazłem swój sens życia. A znalazłem go dzięki mojej dziewczynie.
- Więc może, gdybyśmy tak i jemu znaleźli dziewczynę...
- Agathe, daj spokój. Chcesz mu teraz szukać dziewczynę? Teraz? W jego ostatnich dniach, które ma przed sobą? I co mu to niby da? Poczuje się lepiej? A jeśli nawet, to co z tego?
- Jak to, co z tego? Przecież dzięki temu poczuje się lepiej.
- I co dalej? Odzyska radość życia i jego sens. I powiedz mi, co dalej? Uświadomi sobie, że musi umrzeć, a mimo to będzie teraz chciał żyć. Co wówczas się stanie? Będzie chciał walczyć, lecz przecież jego los jest już przesądzony. Cokolwiek nie zrobi, to nie zmieni tego. I powiedz mi sama, Agathe... Co mu da chęć walki o swoje życie? Fałszywą nadzieję, która to potem, gdy nie będzie mogła zostać spełniona zada mu największy ból na świecie. Dobijesz go tym tylko zamiast mu pomóc.
Agathe wyraźnie wyglądała na przekonaną jego argumentami, chociaż miłość do kuzyna nie pozwoliła jej całkowicie porzucić nadziei.
- Więc twoim zdaniem nic nie mogę zrobić? - spytała po chwili.
- Możesz mu pomóc pogodzić się ze śmiercią i spróbować umilić mu życie - odpowiedział jej chłopak - Tyle możesz zrobić ty i tyle może zrobić każde z nas.
- Tak, to prawda - powiedział John Scribbler, kiwając lekko głową - On ma rację. Inaczej nie pomożemy Hansowi.
- Mimo wszystko jakaś dziewczyna mogłaby mu pomóc lepiej niż my wszyscy - dodała Maggie.
John spojrzał na nią ironicznie.
- I co? Spędzi z nim miesiąc, zakocha się w nim, a potem on umrze, zaś ona już na zawsze będzie cierpieć z tego powodu.
Maggie załamana pokiwała lekko głową i rzekła:
- O tym nie pomyślałam. Masz rację, John. To tylko pogorszy sytuację.
- Już pogorszyło - powiedziała Agathe.
- Jak to? - zdziwiłam się.
- No, bo widzicie... Jak wychodziłam z domu Hansa, to stała przed nim jakaś grupka wyrostków. Śmiali się i kpili z mojego kuzyna i pytali, czy to prawda, że on dostaje listy miłosne. I pytali, czy on naprawdę jest chory, czy po prostu boi się kolejnego meczu. Mieli ubaw po pachy i chcieli koniecznie rozmawiać z Hansem. Miałam ochotę rozerwać ich na kawałki, ale pojawił się wuj Helmut i wygonił ich.
Jej słowa zaskoczyły nas wszystkich. Byliśmy nimi bardzo zdumieni i nie rozumieliśmy, co się tutaj dzieje.
- Zaraz! A skąd oni wiedzą o tych listach? - spytałam.
- Może Hans sam się tymi listami chwalił? - zasugerował Ash - Skoro, jak wiemy, on sam je do siebie pisał, to widocznie chciał, aby ludzie o tym wiedzieli. Poza tym nie krył tego przed nami.
- A tak, tylko widzicie... - Agathe przybrała konspiracyjny ton - Oni już wiedzą, że Hans je sam do siebie pisał.
To już całkowicie nas zdziwiło i to chyba tak, że gdybyśmy się nagle dowiedzieli, iż narodził się drugi Hitler, to nie zdziwiłoby nas to bardziej niż to, co właśnie usłyszeliśmy.
- Jak to?! - zawołałam - A skąd te łajdaki o tym wiedzą?!
- Nie wiem. Ja tego im nie mówiłam - odpowiedziała Agathe.
- Ja także nie - dodał Michael.
John, Maggie i Ash zapewnili, że nie powiedzieli o tym nikomu spoza naszego grona. Ja również byłam całkowicie tego pewna, iż poza naszą kompanią nikt się o tym ode mnie nie dowiedział. Pikachu i Buneary też nic nie mogli nikomu powiedzieć, a zresztą niby kto by ich zrozumiał?
Ash zaczął powoli myśleć i po chwili rzekł:
- Uważam, że ktoś był pod drzwiami gabinetu panny Trapp i usłyszał zbyt wiele.
- To by miało sens, ale kto? - spytałam.
- Tego nie wiem, choć podejrzewam, że to jeden z tych śmieszków.
- Tak, to bardzo możliwe - rzekła Agathe i rozejrzała się za siebie - O! Zobaczcie! To Mako!
Pomachaliśmy dziewczynie ręką i po chwili ona podeszła do nas. Była wyraźnie przygnębiona.
- Cześć - powiedziała do nas smutno - O czym rozmawiacie?
- O tym, jakie plotki krążą o Hansie - odpowiedziałam jej - Słyszałaś już pewnie o nich.
- A tak, słyszałam - odparła przygnębiona Mako - Naprawdę to jest po prostu ohydne. Jak oni mogą mówić, że on sam pisał do siebie listy miłosne udając, że kogoś ma? Przecież, gdyby chciał udawać, to chyba rozgłaszałby to wszem i wobec, nie sądzicie?
- Niekoniecznie - rzekł Ash - Równie dobrze mógł on tylko podnosić siebie samego na duchu. Oszukiwać sam siebie.
- Tak, to ma sens - poparł go Scribbler, kiwając lekko głową - O takich sprawach też słyszałem, więc mogę potwierdzić, że takie rzeczy się na tym świecie dzieją.


Mako powoli dosiadła się do naszego stolika i powiedziała:
- To naprawdę przykra sprawa. Biedny Hans. Jest sławny w całej naszej szkole, więc teraz wszyscy mu dokuczają widząc jego słabość. Naprawdę, nie rozumiem ich. Jego choroba ani trochę ich nie wzrusza, a może nawet przeciwnie. Powiedziałbym, że mają oni obecnie z niego jeszcze większy ubaw. Prócz tego niektórzy to nawet uważają, że on udaje, iż ma raka, żeby wzbudzić litość do siebie lub wymigać się od kolejnego, międzyszkolnego meczu. To mówili już ostatnio, ale teraz powtarzają jeszcze bardziej zaciekle i do tego... Boże drogi... Nie będę wam powtarzać wszystkiego, co o nim się dzisiaj nasłuchałam w szkole. Straszne rzeczy tam mówią.
- Ano właśnie, szkoła - powiedziałam, patrząc na nią uważnie - A ty dlaczego nie jesteś w szkole, co?
Mako westchnęła głęboko i odparła:
- Byłam, ale kiedy tylko usłyszałam, jakie rzeczy tam wygadują, to po prostu nie mogłam dłużej tam zostać.
- Czyli po prostu zwagarowałaś? - zaśmiał się John.
- A pan by nie zwagarował na moim miejscu? - spytała dziewczyna - Cała ta sytuacja bardzo mnie dobija.
- Nas także - dodał Ash - Bardzo mnie niepokoi, skąd ludzie w szkole już o tym wiedzą. Poza naszym gronem, z którego to nikt o tym nie mówił nikomu, jeszcze tylko jedna osoba o wszystkim wiedziała. To twoja ciotka, panna Trapp.
Mako zasmucona opuściła głowę i nic nie powiedziała.
- Tylko po co ona miałaby rozgłaszać tę plotkę? - spytałam.
- Powiedziałem, że nie musiała nic nikomu mówić, bo równie dobrze ktoś mógł podsłuchiwać pod drzwiami, kiedy my o tym rozmawialiśmy - zauważył mój chłopak - Ale przecież też jest możliwość, że twoja ciocia Mako mogła o tym powiedzieć komuś, komu nie powinna tego mówić, a ta osoba rozniosła to po szkole.
- Tak, to prawda... Tak właśnie było - powiedziała Mako coraz bardziej załamanym głosem.
Spojrzeliśmy na nią zaintrygowani, oczekując dalszych informacji w tej sprawie.
- A skąd niby to wiesz? - spytałam.
Pikachu i Buneary zapiszczeli pytająco, również nie odrywając wzroku od dziewczyny.
- Proszę, nie miejcie pretensji do mojej ciotki - rzekła po chwili bardzo przygnębiona Mako - Ona nie wiedziała, że coś takiego się stanie. Prawdę mówiąc to wszystko moja wina.
- A możesz mówić składniej? - spytał ironicznie Michael.
- Składniej? Ależ nie ma sprawy - odpowiedziała smutno Mako - A więc, gdy wychodziliście od mojej ciotki, to spotkaliście mnie. Pamiętacie?
- Tak... Właśnie szłaś do panny Trapp w jakieś sprawie - rzekł Ash - Podsłuchiwałaś pod drzwiami, prawda?
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Nie chciałam tego, ale niechcący usłyszałam więcej niż powinnam - odrzekła przygnębiona dziewczyna - Potem zaś, kiedy wy zmierzaliście do wyjścia, to udałam, że dopiero co przyszłam i cóż... Weszłam do gabinetu i porozmawiałam z ciocią. Przy okazji zapytałam ją o te listy i dodałam, co usłyszałam. Ciocia poprosiła mnie, abym nikomu nie mówiła. Ale później w rozmowie z moją przyjaciółką zaczęłam rozmawiać o Hansie i cóż... Tak samo w rozmowie wyszło to wszystko.
- Wygadałaś się swojej przyjaciółce?! - zawołała oburzona Agathe.
Zwykle była ona miła i sympatyczna wobec innych, ale tym razem jej oczy ciskały błyskawice w kierunku dziewczyny.
- Przepraszam... Ja naprawdę nie chciałam... Ja... To samo tak wyszło - jęknęła załamana Mako - Poza tym skąd ja miałam wiedzieć, że ona... To w końcu była moja przyjaciółka.
- Domyślam się, że już nie jest - rzucił Ash.
- Po tym, co zrobiła już nie - odparła na to przygnębiona dziewczyna - Ale wiem, że to niczego nie zmieni.
- Dlatego uciekłaś z lekcji - powiedziałam karcącym tonem - Chciałaś się wypłakać.
- Raczej poprosić nas o wybaczenie - dodał Ash - Bo przecież po to tu przyszłaś, prawda?
Pikachu i Buneary zapiszczeli gniewnie w kierunku Mako, łypiąc na nią groźnym okiem.
- Tak. Chciałam wyjaśnić wszystko Agathe... Proszę cię, wybacz mi. Ja naprawdę nie chciałam... Nie wiedziałam, że...
Agathe popatrzyła na nią przygnębiona i odparła:
- Przepraszaj lepiej mojego kuzyna, jeśli oczywiście on zechce z tobą rozmawiać, w co wątpię.
Mako załamana rozpłakała się i uciekła z płaczem.
- Biedna dziewczyna - rzekła Maggie.
- Biedna? Raczej głupia - rzuciłam poirytowana - Przez nią tylko same problemy.
- Panna Trapp też niewiele mądrzejsza - stwierdził Michael - W końcu po co wygadała się siostrzenicy o takich faktach?
- Baby to gaduły, a samotne tym bardziej - powiedział John.
- Dobra, panie mądralo - mruknęła Maggie wyraźnie niezadowolona z jego komentarza - Skoro jesteś taki mądry, to może teraz powiesz nam, jak powinniśmy postąpić w takiej sytuacji?
- Najlepiej by było zamknąć usta plotkarzom - odpowiedział jej luby - Tylko ja nie wiem, jak to zrobić.
Ash zamyślony popatrzył przed siebie, gdyż właśnie kogoś dostrzegł. Uśmiechnął się lekko i rzekł:
- A ja chyba wiem.

***


Opowiadanie Maggie Ravenshop c.d:
Książę Ash po kolei odprowadził wszystkich nowych domowników zamku swego ojca do ich komnat. Pokazał im, gdzie będą przebywać oraz w jakich miejscach pracować. Bonnie została przydzielona do kuchni, w której poznała miejscowego kucharza, Mulata Brocka oraz jego żonę, rudowłosą Misty, osobę dosyć zrzędliwą, ale o dobrym sercu. Oboje szybko polubili dziewczynkę i z wielką przyjemnością przyjęli ją w swoje szeregi.
- Wiem, że królewska kuchnia nie jest szczytem marzeń, jednak chyba lepsze takie miejsce pracy jak żadne - rzekła Misty, gdy już się rozgadała - Nie ma co, tutaj nie jest zbyt ciekawie. Powiem wam nawet, że i w grobie bywa weselej.
- Nie przesadzaj, moja droga - uśmiechnął się do niej czule jej mąż - Ostatecznie przecież i tutaj bywają radosne chwile.
- Powiedz raczej, że bywały - mruknęła jego ruda małżonka i spojrzała na Bonnie, właśnie obierającą ziemniaki - Sprawa ma się tak, moja droga, że kiedyś ten zamek tętnił życiem, ale obecnie daleko mu do takiego miejsca, w którym można cieszyć się z czegokolwiek. A wszystko przez to, że nasz król stracił żonę. Wspaniałą i szlachetną królową Delię. Dopóki ona tu była, to wszyscy się cieszyli, jak również mieli ku temu powód. Gdy jej zabrakło, zapanowała powszechna żałoba, a nasz król kompletnie postradał zmysły.
- Misty, proszę cię! - skarcił ją jej mąż - Nie tak głośno. Jeszcze ktoś usłyszy.
- A niech mnie usłyszy! - zawołała jego małżonka - Wcale mnie to nie obchodzi! Niech król Giovanni się dowie, co jego poddani o nim myślą! Po śmierci żony odsunął się od wszystkich, oszalał kompletnie i teraz bawi go tylko czyjeś cierpienie!
Wtem do kuchni weszli Jessie i James. Brock przerażony wrócił do swojej pracy, a jego żona spojrzała na żołdaków, pytając:
- A wy czego tu chcecie?
- Król posyła nas po swój posiłek - odpowiedział James.
- Lepiej więc dla ciebie, żebyś już go miała - dodała Jessie.
Misty prychnęła pogardliwie i wzięła do ręki tacę z posiłkiem, który potem wcisnęła obojgu żołdakom.
- Macie! Niech wasz władca napcha sobie swój brzuch! Tylko tyle on potrafi! Żreć, pić i krzywdzić innych!
- Uważaj lepiej, ruda mądralo, bo jeszcze możesz za te słowa włożyć głowę w pętelkę! - pogroziła jej Jessie.
Misty jednak parsknęła ironicznym śmiechem.
- Czyżby? Ależ proszę bardzo. To ciekawe, gdzie on potem znajdzie drugą taką głupią, która by mu szorowała gary?! Lepiej już się wynoście, bo podobno waszemu władcy się spieszy.
Żołdacy chcieli jej coś powiedzieć, ale dali sobie spokój i odeszli z tacą dla króla, a tymczasem kucharz i jego żona powrócili powoli do swoich obowiązków.
- Musiałaś ich tak drażnić? - zapytał Brock.
- To moja jedyna rozrywka w tej zabitej dechami dziurze - mruknęła Misty i spojrzała na Bonnie - Coś mi się chyba należy od życia, nieprawdaż?
Bonnie się tylko uśmiechnęła i powróciła do strugania ziemniaków. Czuła jednak, że już lubi Misty i Brocka, a Misty to już szczególnie.
Nie wszyscy mieli jednak tak wesoło, jak ta urocza dziewuszka. Jej starszy brat bowiem został nadwornym czarodziejem króla Giovanniego, który to codziennie kazał mu się przed sobą popisywać w sposób niekiedy mocno ubliżający prawdziwemu magowi. Jedną z takich czynności było żonglowanie za pomocą magii piłkami i zastawą do herbaty jednocześnie. Król Giovanni najbardziej był jednak zadowolony wtedy, kiedy to podczas takiego występu mag się potykał lub choć na chwilę tracił koncentrację, a wówczas wszystkie przedmioty, jakie unosił w powietrzu spadały na głowę czarodzieja. Czasami też Giovanni celowo czymś rzucił w Clemonta, aby ten stracił koncentrację i na jego głowę z miejsca posypały się wszystkie unoszone przez niego przedmioty.
Najbardziej jednak cierpiała biedna lady Serena. Co prawda nikt jej nie krzywdził, a wręcz przeciwnie, gdyż książę Ash starał się w miarę swoich możliwości nadskakiwać jej i spełniać wszystkie zachcianki, jednak mimo wszystko cierpiała z jednej, prostej przyczyny. Chodziło o to, że im dłużej tutaj siedziała, to tym dłużej skazywała swoich pobratymców na cierpienia i więzienie u króla Giovanniego. Wiedziała o tym, jednak też miała pojęcie o tym, że nie może zrobić nic dopóki nie znajdzie sposobu na uwolnienie swoich rodaków. Ale jak miała ona cokolwiek wymyślić, skoro nawet jej opiekun i przyjaciel Clemont nie miał w tej sprawie żadnego konceptu?
Musiała więc siedzieć w tym ponurym zamku i spędzać bezczynnie dni, mając przede wszystkim za towarzyszy swoje własne, ponure myśli. Książę Ash, który to wyraźnie był nią zachwycony, próbował jej w jakiś sposób umilić czas, ale lady Serena, choć bardzo doceniała jego starania, nie umiała przestać myśleć o tym, co ją tu sprowadziło, a czego ona wciąż nie mogła dokonać. Jej bezsilność była dla niej tak straszna, niczym najgorsze tortury świata.
W zamku lady Serena miała codziennie możliwość rozmawiać ze swoją przyjaciółką Bonnie, która to pocieszała ją na wszelkie możliwe sposoby. Prócz tego jeszcze zdołała się zaprzyjaźnić z księżniczką Dawn, uroczą i niebieskowłosą, młodszą siostrą księcia Asha. Dziewczyna była niezwykle miłą i przyjazną osobą, podobnie zresztą, jak i jej brat, chociaż w złości potrafiła mówić wprost to, co jej leży na sercu. Serena była świadkiem, jak pewnego razu Dawn wybuchła gniewem na swego ojca, gdy ten rzucił piłką w kierunku Clemonta żonglującego przed nim magią różnymi piłeczkami i zastawa jednocześnie. Wskutek tego ciosu biedny mag stracił koncentrację, a przedmioty wirującego nad jego głową spadły na niego. Król Giovanni wówczas wybuchł gromkim śmiechem, ale księżniczka Dawn bynajmniej nie była tym wszystkim zachwycona.
- Jak możesz to robić, ojcze?! - krzyknęła, podbiegając do Clemonta i pomagając mu podnieść się z ziemi - Dlaczego tak go krzywdzisz?
- Bo mnie to bawi - mruknął jej ojciec, uśmiechając się podle - A co? Zabronisz mi tego?
- A tak, zabraniam ci! - wrzasnęła oburzona księżniczka - Czy ty nie widzisz, jak bardzo się poniżasz, zachowując się w taki sposób?! Jesteś po prostu żałosny! Gdyby tylko matka żyła...
- MILCZ! - wrzasnął król, zrywając się z tronu i patrząc nań groźnie - Więcej mi nie przypominaj tej zdrajczyni, która pozbawiła mi swej osoby i odeszła z tego świata, zostawiając mnie samego na świecie! Nie kochała mnie nigdy, bo gdyby kochała, to nigdy by mnie nie zostawiła!
- Jesteś chory, ojcze!
- Wynoś się! Do końca dnia nie chcę cię widzieć!
Dawn załamana rozpłakała się i wybiegła szybko z komnaty, a Clemont poszedł za nią.
- Księżniczko...
- Zostaw mnie!
- Księżniczko Dawn... Jest mi bardzo przykro z powodu zachowania twojego ojca. Uważam, że to było niesprawiedliwe.
- Życie nie jest sprawiedliwe, nawet jeśli jest się księżniczką - rzekła załamanym głosem Dawn, powoli ocierając sobie oczy dłonią - Musiałam to pojąć szybciej niż bym tego chciała.
- Niestety... Życie jest właśnie takie, jak mówisz, księżniczko. Nie jest sprawiedliwe, ale przecież można wyciągnąć z niego choć odrobinę radości. Wystarczy tylko się postarać.
- Do tego trzeba mieć bliską sobie osobę, a ja takiej nie mam.
- A twój brat, pani?
- Mój brat? Tak, to prawda. Ash zawsze mnie wspierał w ciężkich dla mnie chwilach, ale on także cierpi. Oboje widzimy to, co robi nasz ojciec, ale nie możemy nic zrobić. Próbujemy więc wykorzystać nasze wpływy do pomagania poddanym ojca, ale niewiele to daje, bo Jessie i James, te nędzne szpicle donoszą mu o każdym naszym kroku, kiedy tylko opuścimy zamek i gdy tylko mogą, udaremniają nasze działania lub niweczą ich skutki. Mimo wszystko czasami udaje nam się pomóc komuś z biednych mieszkańców najbliższych okolic, ale w dalsze nie udaje nam się pojechać, gdyż Jessie i James z rozkazu mojego ojca dbają o to, żebyśmy nie pomagali poddanym.
- Dlaczego?
- Ojciec jest zdania, że poddanych należy trzymać krótko, bo inaczej się zbuntują przeciwko niemu. On jest zdania, że tylko strach może zrodzić szacunek.
- Być może jest w tym trochę prawdy, ale mimo wszystko naprawdę jestem zdania, że nie postępuje wobec ciebie fair.
Dawn spojrzała na niego i uśmiechnęła się doń delikatnie.
- Jesteś dobrym człowiekiem. Widzę to w twoich oczach. Ale nie mów zbyt wiele o moim ojcu i nie na głos. Tutaj ściany mają uszy. Ja tam mogę mówić o ojcu, co mi się żywnie podoba, jednak ty i twoja siostra możecie zapłacić głową za coś takiego. Dlatego też uważaj i dla swojego własnego dobra nie wdawaj się więcej ze mną w takie rozmowy.
- Jeszcze chyba nie powiedziałem nic, za co mógłbym stracić głowę.
- Być może... Ale lepiej nie kusić losu. Jesteś zbyt sympatyczny, abym ci tego życzyła, dlatego proszę... Nie rozmawiajmy o tym więcej. I wybacz mi, że zaczęłam rozmowę na ten temat. Czasem i ja zapominam, czym może to grozić.

***


Clemont i Dawn dość szybko po tej rozmowie zyskali do siebie dużo sympatii, także zwyczajnym widokiem stał się widok ich obojga chodzących po zamku i rozmawiających na najróżniejsze tematy. Zgodnie jednak ze wcześniejszym postanowieniem, jakie oboje zawarli nie poruszano nigdy w tych rozmowach tematów grożących utratą głowy.
Ash bardzo zazdrościł siostrze tak dobrych relacji z czarodziejem, bo sam czuł, iż lady Serena nie darzy go taką samą sympatią, jąka on darzył ją. Próbował zdobyć jej względy na najróżniejsze sposoby. Przede wszystkim wyjeżdżał kilka razy z zamku na wieść o potworach grasujących w okolicy i powracał bardzo zadowolony ze skórami owych bestii, które to przynosił Serenie, chcąc pokazać jej, iż nie boi się niczego i jest gotów walczyć w jej obronie, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. Nie wiedział jednak, iż niestety odnosi w ten sposób skutek odwrotny od zamierzonego, gdyż lady Serena patrzyła na to wszystko jak na zwykłe popisywanie się, a prócz tego, choć doskonale wiedziała, że zabite przez księcia bestie zagrażały ludziom, to mimo tego czuła dziwny żal do niego za to, że je uśmiercił. Nie umiała sobie tego wyjaśnić, jednak wychodziła z założenia, iż każde żywe stworzenie zasługuje na życie, zaś ich zabijanie jest zbrodnią. Sama nigdy nikogo nie zabiła, chociaż czuła w sercu żal do siebie, iż przyczyniła się do śmierci Mamy Domino i jej pomagiera Surge’a. Tym bardziej niechętnie patrzyła więc na księcia Asha, gdy ten przynosił jej swoje zdobycze.
- Nic z tego nie rozumiem, Misty - powiedział zasmuconym tonem Ash, gdy po kolejnej porażce zasiadł w kuchni, aby zjeść posiłek z osobami, przy których mógł się swobodnie wygadać - Przyniosłem jej skórę tego smoka... Wiecie, tej jakże podłej bestii mającej na swoim sumieniu wiele spalonych wiosek i wielu zabitych ludzi. Przyniosłem jej ją i rzuciłem pod nogi, a ona co? Najzwyczajniej w świecie po prostu odsunęła się ode mnie patrząc na mnie w taki sposób, jakbym popełnił morderstwo. A wtedy ja żałowałem, że zabiłem tego smoka. Rozumiesz to, Misty? Ja żałowałem, że zabiłem bestię niszczącą okoliczne wioski.
- Ze smokiem postąpiłeś słusznie, ale moim zdaniem pokazywanie jego skóry lady Serenie nie było dobrym pomysłem - powiedział Brock - To wyglądało tak, jakbyś się przed nią popisywał.
- Zgadzam się z nim - rzekła Misty - Wyglądało to tak, jakbyś chciał zdobyć jej względy przez bohaterskie czyny.
- Wiesz dobrze, że to nieprawda! - zawołał Ash.
- Ja to wiem i ty to wiesz, ale ona już nie - odpowiedziała rudowłosa, siadając przy stole - Uwierz mi, takiej kobiety jak ona nie zdobędziesz w taki sposób. To jest bardzo delikatna kobieta i z tego, co zdążyłam zauważyć również zamknięta w sobie.
- To prawda - wtrąciła się Bonnie, również obecna w kuchni - Ona jest skryta. Nie lubi się zwierzać. Ale jest naprawdę kochana. Musisz tylko do niej odpowiednio podejść.
- Dobrze, ale jak? - spytał Ash - Próbowałem już wszystkiego, czego rycerz może spróbować. Smoki, potwory bagienne, różne pułapki...
- A nie czy pomyślałeś o tym, żeby spróbować zbliżyć się do niej w sposób bardziej romantyczny? - spytała Misty.
- Romantyczny?
- Ano tak. Romantyczny. Wystarczy, że postarasz się ukazać jej swoją czulszą stronę natury, którą mniej osób zna. Ale przede wszystkim już nie popisuj się przed nią i bądź sobą.

***


Książę Ash zaczął poważnie rozważać to wszystko, co usłyszał od Misty i postanowił zmienić swoje podejście do lady Sereny. Zaczął pisać do niej wiersze, a prócz tego jeszcze pozwolił jej iść z nim poza zamek, kiedy wraz z Dawn wybrał się incognito do kilku wsi, aby tam wspomóc po cichu chłopów. Musieli się przy tym dobrze przebrać, ponieważ Jessie i James bacznie obserwowali całą okolicę i książęce rodzeństwo wolało nie zostać przez nich rozpoznane. Wymknęli się więc z zamku w skromnym stroju, a potem wspomogli kilkunastu ludzi z najbliższej wsi. Lady Serena poszła tam z nimi i była pod wrażeniem ich dobroci, chociaż mogło to sprawiać wrażenie chęci popisania się przed nią, ale ci ludzie, którym pomogli zbyt wielką miłością ich darzyli, aby można było posądzić rodzeństwo o coś takiego. Poza tym dla pewności Serena spytała kilku ludzi, czy Ash i Dawn odwiedzili ich tu pierwszy raz, czy też wcześniej już to robili. Dowiedziała się, że kiedyś odwiedzali ich oni codziennie, ale potem z powodu zakazu ojca musieli ograniczyć wszelkie swoje wizyty do minimum, co bynajmniej nie sprawiało im przyjemności. Lady Serena była pod wielkim wrażeniem tego, z jaką anielską cierpliwością księżniczka Dawn pomaga jednej chorej wieśniaczce, a książę Ash opatruje nogę jednego staruszka. Nie patrzył przy tym ani razu na lady Serenę, co najwyżej czasami poprosił ją o pomoc, ale pomijając ten fakt ani razu nie wydawał się kimś robiącym coś na pozór. Serena więc czuła, że Ash może naprawdę chcieć pomagać tym ludziom. Bo przecież, gdyby chciał się przed nią popisać, to zerkałby na nią co chwila i sprawdzał, czy patrzy na jego dobroć, a tak nie było. Poza tym jego twarz miała w sobie za wiele dobroci, aby można było posądzić o pokazówki.
- Nie chciałem, żebyś tu przychodziła - powiedział do niej Ash, kiedy już wracali do zamku.
- Dlaczego? - spytała Serena.
- Widok tych ludzi i ich cierpienia nie jest czymś przyjemnym. Poza tym mierzi mnie to, że póki co mogę dla nich zrobić tylko tyle.
- Często tutaj bywasz?
- Mniej niż bym tego chciał.
- Dlaczego zainteresował cię los tych nieszczęśników?
- Moja matka, kiedy jeszcze żyła, roztaczała nad tymi ludźmi opiekę. Uczyła mnie, że zawsze należy pomagać tym, którym możemy pomóc, bo człowiek, którego serce nie wzruszy się na ludzkie cierpienie nie jest wcale człowiekiem, ale bestią o sercu z kamienia.
- Pomagasz im więc z poczucia obowiązku?
- Nie. Ja pomagam im, bo chcę. Bo czuję, że jestem dzięki temu choć trochę potrzebny. Bo kiedy widzę, iż moja pomoc coś im daje, to czuję się znacznie lepiej. Może to egoizm, ale lubię wiedzieć, że moje życie na tym świecie ma jakiś sens.
- Nawet nie wiesz, jak niewiele egoizmu posiada twój sposób myślenia - stwierdziła Serena i dodała: - Twoja matka musi być z ciebie dumna, jeśli widzi cię stamtąd, gdzie teraz jest.
- Nie dla dumy to robię, ale chciałbym, aby wiedziała, że kontynuuję jej misję pomagania innym.
- Bardzo kochałeś matkę, prawda?
- Tak, bardzo. I bardzo mi jej brakuje. Dzięki niej poznałem wszystko, co jest najpiękniejsze na tym świecie. A jako dziecko widziałem dzięki mej matce raz jednorożca.
Serena spojrzała na niego zaintrygowana.
- Widziałeś jednorożca?
- Tak. Byłem dzieckiem i wędrowałem po jednym z lasów w Kalos razem z mamą. I tak spotkałem uroczego, białego źrebaka jednorożca. To było przepiękne stworzenie. Pozwolił mi się pogłaskać, choć bałem się, że tego nie zrobi.
- I co? - spytała Serena, wzdychając radośnie.
- I bawiliśmy się oboje razem, ale niestety potem musiałem wrócić i już nigdy więcej jej nie spotkałem.
Serena złapała się za serce i westchnęła zachwycona. Wiedziała teraz, kim był tajemniczy chłopiec, którego poznała kiedyś, jako źrebię w swoim rodzinnym lesie. To był on, jej Ash! Jej słodki, kochany Ash! Serce biło jej bardzo mocno, a radość rozpalała ją od środka. Jaka szkoda, że nie mogła mu tego powiedzieć. Tak bardzo tego chciała, ale nie mogła.
Tak czy inaczej wizyta w ubogiej wiosce pomogła Serenie zrozumieć wiele spraw. Zrozumiała, że źle oceniła księcia i on naprawdę jest dobrym człowiekiem, tylko rozkazy jego ojca nie pozwalają mu rozwinąć skrzydeł. Czuła też, że mimo początkowego złego podejścia do niej, to od początku darzy ją prawdziwą sympatią. Także w końcu zaproponowała mu kolejny wypad w celu wsparcia wioski. Nie chciał się początkowo na to zgodzić w obawie, iż jeśli ich złapią, to może ja spotkać coś złego.
- Mnie nic nie grozi, ale tobie... Wolę nie myśleć, co cię spotka, jeśli mój ojciec wpadnie w gniew.
- Spokojnie, książę - odparła Serena - Nie lękam się gniewu twojego ojca. Bardziej lękam się cierpienia, które ujrzałam tam, w tej biednej wiosce oraz bezczynności w tej sprawie.
Wzruszony jej postawą Ash zgodził się na jej warunek i zabrał wraz z nią kosz pełen jedzenia uszykowanego przez Brocka i Misty, żeby dać go kilku głodującym rodzinom, cierpiącym największą biedę w całej wiosce. Musieli przy tym jednak uważać na wiecznie patrolujących te tereny Jessie i Jamesa, którzy wyraźnie dążyli oni do przyłapania nieznajomej na czymś niezgodnym z rozkazem króla.
- Miałaś rację, Bonnie - powiedziała pewnego dnia do swojej małej przyjaciółki lady Serena - Książę Ash nie jest wcale egoistą, który pragnie mi zaimponować. On naprawdę troszczy się o tych ludzi.
- A widzisz? A nie mówiłam ci - uśmiechnęła się wesoło dziewczynka - Zobaczysz, jeszcze trochę i będziesz go kochać tak mocno, jak on ciebie.
- Uważasz, że on mnie kocha?
- Czy sama tego nie zauważyłaś, Sereno? A te wszystkie skóry smoków przywiezione przez niego i rzucone ci do stóp? A te jego wiersze? A te jego rozmowy z Misty o tym, jak do ciebie trafić, aby nie ranić twoich uczuć? To niby co?
- Tak, masz rację. On mnie kocha. To nie ulega kwestii.
- A ty jego kochasz?
- Niestety tak.
- Dlaczego „niestety“?
- Ponieważ nie wolno mi go kochać.
- Dlaczego?
- Ponieważ mam misję do spełnienia. Misję, o której to niestety, powoli zaczynam zapominać. Muszę ocalić moich rodaków z niewoli. Niestety, przebywamy tutaj już tak długo, a zamiast odnaleźć jakiś ślad tylko tracimy czas na bezczynności.
- Przecież wciąż nie wiemy, gdzie są uwięzione jednorożce.
- Wiem o tym. I w tym właśnie sęk.
- Spokojnie, Clemont coś wymyśli.
- Clemont? - prychnęła lekko Serena - On nic nie może zdziałać. Teraz już nie jestem magikiem, ale biednym królem błaznów. Co on niby może zdziałać?
- Wygłupia się dla ciebie przed królem, żeby odwrócić jego uwagę od twoich poszukiwań! A ty obrażasz go w taki sposób? Jak możesz?!
Serena spojrzała na nią w przepraszający sposób i przytuliła do siebie dziewczynkę.
- Wybacz mi. Nie mam prawa oceniać twojego brata. Zwłaszcza, że on naprawdę dla mnie i dla mojej misji, która przecież nie jest jego, poniża się przed królem. Im szybciej więc odnajdziemy jednorożce i je uwolnimy, tym lepiej.
Zasmucona Bonnie nie wiedziała, co ma zrobić, dlatego powoli odeszła przed siebie, aż nagle cały zamek zatrząsł się od głośnego ryku. Już wiele razy miało to miejsce, ale za każdym razem było to równie okropne, co za pierwszym.
- Spokojnie, panienko - rzekł jakiś tajemniczy głos.


Bonnie rozejrzała się i zauważyła przed sobą Meowtha, pupila króla. Kot ów miał przepaskę na oku, a także jedną łapkę drewnianą, chociaż jak dziewczynka zdążyła zauważyć, oba te narządy miał w pełni zdrowe. Czemu więc nosił coś takiego, nie wiedziała.
- Spokojnie, nie musisz się bać, panienko - mówił dalej Pokemon - To tylko Czerwony Tauros okazuje swoje niezadowolenie.
- Dlaczego jest niezadowolony? - spytała Bonnie.
- Ponieważ wciąż nie znalazł ostatniego jednorożca dla swojego pana - uśmiechnął się złośliwie kot - A ja wiem, gdzie go powinien szukać.
- Ty wiesz?
- A tak, wiem o tym, panienko, jednakże nikomu o tym nie powiem. Spokojnie, panienko. Wasz sekret pozostanie moim sekretem.
- O czym ty mówisz? - zapytała zaniepokojona Bonnie.
- Nie udawaj. Przecież widzę wyraźnie, kim jest twoja przyjaciółka, ta rzekoma lady Serena - zachichotał Meowth.
Bonnie westchnęła przerażona, słysząc te słowa.
- A niby skąd to wiesz?
- My, Pokemony, mamy zmysły lepiej wyostrzone niż ludzie - zaśmiał się Meowth - Poza tym wystarczy spojrzeć. Te włosy, te oczy, ten sposób poruszania się. To wszystko nie jest naturalne dla ludzi. To wszystko może mieć tylko istota przemieniona w człowieka, która wszakże człowiekiem się nie urodziła. Do tego ta istota podbiła serce biednego księcia Asha. Wielka szkoda, że tak bardzo chce wypełnić swoją misję i nie chce za niego wyjść.
Meowth powoli ruszył przed siebie, a Bonnie poszła za nim.
- Więc wiesz o jej misji?
- Ależ oczywiście, że wiem - zaśmiał się Meowth - Mam dobry słuch i słyszę więcej niż byście chcieli. Ale spokojnie. Żaden kot nigdy nie zdradził czyjeś tajemnicy.
- Czy wiesz, gdzie są jednorożce?
- Wiem, ale dostać się do tego miejsca nie będzie łatwo.
- Więc gdzie? Gdzie one są?
- Są w morzu. Zostały uwięzione w morskich falach.
- Jak to? W jaki sposób je tam uwięziono?
- O to już zapytaj wielkiego Oaka, a nie mnie. Ja na magii się nie znam, panienko.
Bonnie wzięła go na ręce i zaczęła głaskać.
- A czy wiesz, jak można uwolnić jednorożce?
- Owszem, wiem - zamruczał zadowolony Meowth - To jest prostsze niż myślicie. Musicie dostać się do Czerwonego Taurosa i pokonać go. Jego pokonanie będzie równoznaczne z uwolnieniem jednorożców, których on nie wypuszcza z ich morskiego więzienia.
- Więc musimy dostać się do Czerwonego Taurosa?
- Dokładnie.
- Ale jak mamy to zrobić?
- To nie jest takie proste, panienko - rzekł Meowth, po czym zeskoczył na stół i rzekł: - Posłuchaj mnie uważnie...

Gdy wino samo się wypije,
Kiedy czaszka przemówi,
Gdy zegar wybije właściwy czas,
Tylko wtedy można odnaleźć tunel,
Który do zwycięstwa poprowadzi was.

Bonnie załamana spojrzała na Pokemona i jęknęła:
- Czemu nie chcesz nam pomóc? Dlaczego mówisz zagadkami?
- Ponieważ jestem, kim jestem - powiedział Meowth poważnym tonem - Powiedziałem ci już wszystko, co chciałaś wiedzieć, panienko, jednak nie zapominaj, że jestem kotem, a żaden kot nigdy nikomu nie udzielił jasnej odpowiedzi.
Następnie Pokemon zamiauczał lekko i zniknął w ciemnym korytarzu, mrucząc przy tym z zadowolenia.


C.D.N.



Przygoda 105 cz. III

Przygoda CV

Ostatnia jednorogini cz. III


Agathe oraz jej ukochany opowiedzieli naszym przyjaciołom dokładnie wszystko, co już wcześniej nam mówili. Gdy opowieść dobiegła końca, to John i Maggie bez wahania oznajmili nam, że z wielką przyjemnością nam pomogą w tej sprawie. Dlatego też razem poszliśmy do domu pana Rusla, w którym Agathe i Michael się zatrzymali. Ponieważ wuja naszej przyjaciółki nie było, to mieliśmy swobodę działania.
Rudowłosa zaprowadziła nas do pokoju Hansa. Pokój był dość duży, na ścianach wisiały plakaty różnych sportowców, a także stał taki niewielki regał z kilkoma książkami, a także biurko z laptopem.
- Bardzo mnie ciekawi, kto też pisze do niego listy - rzekła Agathe - Ja wiem, że to może wścibstwo, ale jeżeli mojego kuzyna ktoś zamierza gnębić lub zakpić sobie z niego w takiej ciężkiej dla niego sytuacji, to chyba sami rozumiecie, że nie mogę siedzieć bezczynnie.
- Ja osobiście jestem przeciwny realizacji takich pomysłów - odezwał się Michael.
- A to niby czemu? - spytał Scribbler.
- Ponieważ jestem zdania, że to zwykłe wścibstwo i z tego mogą wyjść tylko same problemy. Ale oczywiście ja doskonale wiem, iż wy mnie nie posłuchacie i zrobicie po swojemu, więc zostaje mi tylko wam pomóc.
- On zawsze jest takim marudą? - spytałam cicho Agathe.
- Nie... Tylko ostatnio taki się stał - zaśmiała się moja przyjaciółka - Jak sam mówi, czuje się za mnie odpowiedzialny i chroni mnie przed moimi zwariowanymi pomysłami.
- A masz zwariowane pomysły?
- Oczywiście. W jednym z nich właśnie uczestniczycie.
Zaśmiałam się delikatnie.
- Ano tak. Wybacz, zapomniałam o tym.
Głośno zaś dodałam:
- Dobra, to co robimy?
- Najlepiej sprawdźmy te listy do Hansa - zaproponował Ash - Być może ich przeczytanie coś nam powie.
- Co prawda to prywatna korespondencja Hansa, ale cóż... Detektyw nie przejmuje się takimi sprawami - zachichotał John.
- A ja przez ten czas sprawdzę komputer naszego kuzynka - rzekła Maggie - Być może w historii stron, jakie odwiedzał znajdziemy coś, co nas naprowadzi na trop jego tajemniczej fanki.
- Obawiam się, że jest on zabezpieczony hasłem - zauważyła Agathe.
- Szkoda, że nie ma z nami Maksa - rzekł smutno Ash - On jest takim bystrzakiem w tych sprawach, iż bez większego wysiłku poradziłby sobie z naszym problemem.
- Spokojnie, nasz drogi haker jest nam tutaj niepotrzebny - stwierdziła bardzo pewnym siebie tonem Maggie - W końcu ja też się trochę na tym znam. Poza tym tu się chyba przyda więcej logika niż hakerstwo.
Już po chwili włączyła ona laptopa, który był rzeczywiście ustawiony na hasło. Maggie wpisała kilka opcji i za każdym razem były one błędne, jednak po chwili pomyślała i już wiedziała, co ma wpisać i wpisała coś, po czym hasło okazało się być prawidłowe i uruchomiło komputer.
- Jak ty to zrobiłaś?! - zapytał zaszokowany John.
- Normalnie. Stukałam palcami w klawiaturę - odparła dowcipnie jego dziewczyna.
- Nie o to mi chodziło. Pytałem, jak ty odgadłaś właściwe hasło?
- To było proste. Z opowieści Agathe wywnioskowałam, że być może hasłem może być ostatnie słowo, jakie mógłby dać na hasło. I miałam rację.
- A co to za słowo? - spytałam.
- Pewnie Helmut - rzekł Ash.
Maggie Ravenshop spojrzała na niego zdumiona i tym razem to ona była w niemałym szoku.
- Zgadł, jak Boga kocham! Skąd wiedziałeś?
- Też drogą dedukcji przyszło mi to do głowy. Mówiłaś nam, że Hans ze swoim ojcem nie ma najlepszych relacji, to uznałem, iż ostatnim słowem, które mógł uczynić hasłem w laptopie, jest imię jego ojca. No, a poza tym patrzyłem ci na palce, jak wklikujesz hasło.
Wszyscy się zaśmialiśmy, a Maggie rzuciła ironicznie:
- Tak, to było spore udogodnienie. Nie sądziłam, że detektywi chodzą na łatwiznę.
- Jakbym nie chodził czasem na łatwiznę, to wielu rzeczy bym nie odkrył, możesz być tego pewna - zaśmiał się mój luby - A tak na poważnie, to co spodziewasz się znaleźć w tym komputerze?
- Prawdę mówiąc sama nie wiem. Przede wszystkim chcę się o nim więcej dowiedzieć. Historia pamięci jego komputera, jeśli oczywiście jej jeszcze nie wykasował, może mi bardzo wiele powiedzieć o nim.
- Oby tak było, a my tymczasem zajmiemy się listami - powiedział Ash - Gdzie one są?
- Pika! Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu, wskazując na regał z książkami, na którym siedziała właśnie Buneary, trzymając w łapkach plik listów.
- Ach tak, rzeczywiście - uśmiechnęła się Agathe - Tutaj je położyłam zanim wyszłam. Poczytajmy sobie te listy i spróbujmy coś z nich wyciągnąć.


Listów było kilkanaście, więc rozdzieliliśmy je między sobą i podczas czytania uważnie analizowaliśmy wszystko, co tam jest napisane, a prócz tego jeszcze wymienialiśmy się własnymi doświadczeniami w tej sprawie.
- I co o tym sądzisz? - spytałam Asha, gdy skończył on czytać kolejny list.
- Agathe miała rację, gdy mówiła, że te listy są naprawdę patetyczne - odpowiedział mi mój chłopak.
- Dość patetyczne? To bardzo dyplomatyczne wyjaśnienie - zaśmiała się ironicznie rudowłosa - Przecież chyba sami widzicie, że te listy aż kapią od przesady! Może w dobie romantyzmu były one piękne, ale teraz są raczej kiepskim sposobem wyrażenia swoich uczuć. Chociaż nie powiem, niektóre z tych porównań są całkiem piękne. Mimo wszystko ja tam bym wolała, aby mnie wyznawano miłość w sposób mniej wzniosły, a bardziej uczciwy.
- Uważasz więc, że te listy dowodzą nieszczerość jej autorki? - spytał Michael.
- Oczywiście - odpowiedziała jego luba, delikatnie głaszcząc po łebku swego Espurra - Nie mów mi, że ty tego nie widzisz. Tu jest za dużo słów, a za mało serca. No, a wiele tych zdań przypomina różne frazesy z powieści doby romantyzmu. Naprawdę, wyglądają tak, jakby je ktoś wyrwał żywcem z tych starych książek.
Ash wziął kolejny list i przyjrzał mu się uważnie.
- Ten jest inny. Tutaj jest mnie patetyczności, jeśli w ogóle ją mamy. Za to mamy naprawdę urocze i miłe słowa, proste i przyjemne. Być może płyną one prosto z serca.
- Czemu nie? - spytałam, przyglądając się listowi - Mogę?
Ash podał mi list, a ja uważnie go przeczytałam.
- Wiesz, masz rację. Ten list wygląda tak, jakby pisała go zupełnie inna osoba. W sumie pismo też jest jakby trochę inne.
Mój chłopak wyjął lupę z plecaka, wziął ode mnie list i zaczął mu się przyglądać przez ów atrybut każdego, porządnego detektywa.
- Wiesz, Sereno... Grafologiem to ja tam nie jestem, ale mimo wszystko masz rację, że ten list jest trochę takim innym pismem pisanym.
John Scribbler wziął od niego kartkę i porównał ją z innymi.
- Moim zdaniem nawet długopis, którym pisano ten list jest inny. Tak, zdecydowanie jest inny.
- To jeszcze niczego nie dowodzi - stwierdził Michael - Przecież ta osoba mogła po prostu zmienić długopis, bo tamten jej się wypisał.
- To może mieć sens, ale mimo wszystko lepiej będzie to sprawdzić - odezwała się Maggie, odwracając się do nas.
- Dobrze, tylko jak? - spytałam.
Nasze Pokemony zapiszczały smętnie, ponieważ też nie były w stanie niczego sensownego wymyślić.
- Ja chyba wiem! - zawołała po chwili Agathe.
Zamieniliśmy się wszyscy w słuch i zaczęliśmy słuchać tego, co mówi do nas rudowłosa.
- Widzicie... Hans chodził wcześniej do szkoły. Wychowawczyni klasy, do której on chodzi bardzo go lubi. Może ona pozna pismo z tych listów?
- Albo też sama je pisała - zaśmiał się Michael, jednak szybko pojął, że jego żarcik nikogo nie rozbawił, więc umilkł.
- Tak, jasne. Sama je napisała - mruknęła Maggie - Brzmi jak historia rodem z kiepskiej telenoweli.
- Co chcesz? Życie jest telenowelą, której to nigdy nie masz dosyć, jak śpiewał taki jeden koleś - zaśmiał się Scribbler - No, a tak z innej beczki, to znalazłaś coś może?
- Niewiele. Głównie wchodził na strony o sporcie i takie tam inne, ale prawdę mówiąc coś mnie zaintrygowało.
- Co takiego? - spytała Agathe.
- Widzicie... Według historii pamięci komputera... czy jak się fachowo to nazywa, to Hans wchodził dość często na stronę z pewnym blogiem z opowiadaniami.
- A to ciekawe - powiedziałam zaintrygowana - A jaki to blog?
- Pewnie coś o sportowcach - stwierdził Michael.
- Właśnie nie! - zaprzeczyła Maggie - To jest blog z opowiadaniami o miłości.
- O miłości? - zdziwił się Michael.
- O miłości?! - dodaliśmy zdziwieni my wszyscy.
- Pika-pika?! Bune-bune?! Espu-espu? - zapiszczały nasze Pokemony.
- A tak. Blog z opowiadaniami o miłości - potwierdziła Maggie - Sami zobaczcie.
Podeszliśmy do komputera, a nasza przyjaciółka pokazała nam na nim jakiegoś bloga. Czarna strona z kilkoma serduszkami, a także kilkanaście różnych opowiadań, a jak już same ich tytuły wskazywały, były to historie o miłości.
- Ciekawe... Po co sportowiec i to jeszcze taki twardziel, jak mój kuzyn czyta takiego bloga? - spytała zaintrygowana Agathe.
- Może ma romantyczne usposobienie? - zasugerował John.
- Być może. Tak czy siak wyraźnie jest on zainteresowany tą stronę - powiedziała Maggie poważnym tonem - Wiele razy na nią wchodził. Musi wzbudzać jego zainteresowanie.
- A cała ta sytuacja wzbudza też i nasze zainteresowanie - zaśmiał się Ash, poprawiając sobie lekko czapkę na głowie - Gdzie teraz przebywa ta nauczycielka?
- Martina Trapp? Pewnie jeszcze w szkole albo już w domu - odparła na to Agathe - Domyślam się, że chcesz ją odwiedzić?
- Dokładnie. Bardzo chciałbym wiedzieć, czy może pismo z tych listów coś jej mówi - rzekł Ash tonem prawdziwego śledczego.

***


Poszliśmy razem do miejscowej szkoły, gdzie dowiedzieliśmy się, że panna Trapp wyszła przed godziną z pracy i pewnie poszła do domu. Bardzo zadowoleni poszliśmy do niej. Mieszkała ona w niewielkim domku na przedmieściach. Gdy tylko się tam znaleźliśmy, to zapukaliśmy do drzwi, a gospodyni zaraz nam otworzyła. Była to wysoka blondynka o niebieskich oczach, ubrana w ciemno-niebieską sukienkę i pantofle. Przypominała mi bardzo Julie Andrews w filmie „Dźwięki muzyki“ z 1965 roku.
- O! Panna Agathe! - zawołała z delikatnym uśmiechem na twarzy - I panicz Michael. Miło was widzieć.
Na szczęście kobieta mówiła do nich po angielsku, dlatego wszystko zrozumieliśmy. Najwidoczniej wiedziała ona, że Agathe niemieckiego w ogóle ni ugryzie, więc przemawianie do niej w tym języku było bez sensu. Dzięki temu szczególikowi byliśmy w stanie się z nią porozumieć.
- Dzień dobry, panno Trapp - powiedziała Agathe przyjaznym tonem - Ja przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale mamy pewną sprawę i tylko pani może nam pomóc.
- Tylko ja? Cóż... Jeśli tylko zdołam, to oczywiście zrobię, co w mojej mocy - uśmiechnęła się kobieta  i wpuściła nas do środka.
Weszliśmy, a Agathe po kolei nas przedstawiła. Jak się można było tego domyślać, panna Martina nie słyszała nigdy o Sherlocku Ashu, ale za to dość sporo słyszała o Johnie Scribblerze, dlatego tym bardziej zgodziła się ona nam pomóc w naszym małym problemie.
- Mówcie zatem, kochani, co was tutaj sprowadza - odparła kobieta, próbując jakoś wysilić się na radosny uśmiech - Wybaczcie mi, że jestem taka ponura, ale wiecie... Ta sprawa z Hansem... Biedny chłopak. Dopiero wczoraj się dowiedziałam, że on...
- Większość ludzi dowiedziała się dopiero wczoraj - zauważyła Agathe - On sprytnie to przed wszystkim ukrywał poza ojcem, który jako jedyny o wszystkim wiedział, ale spełnił życzenie syna, aby nic nie mówić. Mnie się przyznał dopiero wczoraj w nocy, zanim poszedł spać.
- I właśnie my w sprawie Hansa - rzekł Ash płynną angielszczyzną - O ile tylko zechce nam pani pomóc, panno von Trapp.
Kobieta uśmiechnęła się lekko.
- Jaka ja tam von Trapp? Dajże spokój, chłopcze. „Von“ to mój dziadek przestał być zaraz po II wojnie światowej, a ja i mój ojciec zawsze byliśmy tylko Trapp.
- Aha... Ale jest pani spokrewniona ze słynną baronową Marią Augustą von Trapp? - spytałam.
- Czy tam słynną, to ja nie wiem, ale wiem, że tak, jestem potomkinią jej i jej syna, którego urodziła baronowi Georgowi Ritterowi von Trappowi. Ale jak już powiedziałam, „von“ nigdy nie byłam, ale „Trapp“, to i owszem.
Byłam podniecona świadomością, że oto mam przed sobą potomkinię znakomitego rodu von Trapp, a przede wszystkim słynnej rodziny, którą tak bardzo rozsławił ten słynny film „Dźwięki muzyki“. Nigdy nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek kogoś takiego spotkam i to jeszcze na żywo. To było dopiero coś.
Tymczasem panna Martina von Trapp podała nam herbatę i ciastka oraz wysłuchała nas bardzo uważnie. Kiedy tylko dowiedziała się ona, z czym przychodzimy, to z miejsca postanowiła nam pomóc, choć z góry przy tym zaznaczyła, iż nie może nam ona zagwarantować, że wynik będzie taki, jaki chcemy osiągnąć.
- Prawda jest taka, że mam wielu uczniów i trudno mi poznać pismo każdego z nich, ale mimo wszystko postaram się to zrobić - rzekła do nas kobieta spokojnym i smutnym tonem - Porównam pismo z tych listów z najnowszymi wypracowaniami, które mam dziś do sprawdzenia. Być może zdołam dzięki temu odkryć autorkę bądź też autora, ale mimo wszystko nie oczekujcie ode mnie cudów. Nie jestem mistrzynią w grafologii.
- Spokojnie, cudów nie oczekujemy. Co najwyżej pomocy - zaśmiał się do niej Ash - Jeśli tę zdoła nam pani zaoferować, to najważniejsze.
- Masz małe wymagania, chłopcze - zachichotała kobieta.
- Przeciwnie, mam wielkie, zwłaszcza wobec siebie samego, ale mimo wszystko jestem również realistą i wiem, że nie mogę oczekiwać zbyt wiele od świata i ludzi, dlatego więc staram się mieć oczekiwania tylko w miarę możliwości rozsądne.
- No i bardzo dobrze - powiedziała z uśmiechem na twarzy panna von Trapp - A więc jak? Macie te listy?
- No oczywiście, proszę pani - to mówiąc Agathe wyciągnęła z kieszeni listy i podała je kobiecie - Proszę. Oto one.
Kobieta wzięła je i rzekła:
- Bardzo chętnie je sobie przeczytam i spróbuję odkryć tożsamość tego, kto je pisał. Mam tylko nadzieję, że naprawdę wam to coś pomoże. I oby to nie był jakiś głupi żart. Ostatnie, czego teraz temu biedakowi potrzeba, to są kpiny z jego osoby.
- Też tak uważam, dlatego właśnie chcę to sprawdzić - odrzekła moja przyjaciółka - Kiedy możemy spodziewać się odpowiedzi?
- Nie mogę wam tego zagwarantować... To może zająć mi nawet kilka dni. Porównanie próbek pisma nie jest wcale proste. Wymaga skupienia oraz pełnej koncentracji.
- Tak samo, jak praca detektywa - zaśmiał się Ash - Ale proszę być spokojnym. Jak powiedziałem, nie oczekujemy cudów.
- Pika-pika! - zapiszczał wesoło Pikachu.


Wtem dał się słyszeć dźwięk otwieranych drzwi, a potem przyjazny, dziewczęcy głos, który zawołał coś po niemiecku. Chwilę później do pokoju weszła wysoka dziewczyna w brązowych włosach i takich samych oczach, mająca delikatny nos oraz bardzo kształtne, różowe usta. Ubrana ona była w bawarską, zieloną sukienkę i czarne buty z białymi podkolanówkami.
- O! Widzę, że mamy gości, ciociu! Cześć, Agathe! - przywitała się po angielsku dziewczyna.
- Witaj, Mako - odpowiedziała jej moja przyjaciółka i spojrzawszy na nas dodała - To jest Mako, siostrzenica panny Trapp. Znamy się od chwili, gdy tu przyjechałam.
- Tak, właśnie - potwierdziła Mako, uśmiechając się przyjaźnie - Witaj, Michael. Jak się czujesz?
- Ja bardzo dobrze, a jak ty? - odpowiedział zapytany.
- Ech, nie najlepiej - odparła dziewczyna smutno - Jak tylko przypomnę sobie, co spotkało tego biedaka Hansa, to ogarnia mnie taka rozpacz, że po prostu żyć mi się odechciewa.
- Nie tylko tobie - rzekła smutno Agathe - Odwiedziłaś go dzisiaj?
- Tak, ale nie był zbyt rozmowny. Zresztą ja mu się nie dziwię. Sama bym pewnie była załamana i ostatnia do rozmowy, gdyby mnie to spotkało. A jeszcze ci podli plotkarze w szkole...
- Jacy plotkarze?
- A tacy kretyni, którzy to opowiadają, że Hans tylko udaje chorobę, bo boi się grać w następnym meczu. Twierdzą, iż poprzedni wygrał tylko przez przypadek i boi się przegranej, dlatego woli symulować.
Poczuliśmy wszyscy gniew, gdy to usłyszeliśmy.
- No nie! - zawołałam - To już jest po prostu chamstwo! Człowiek jest chory, wręcz umierający, a tacy łajdacy takie coś opowiadają?!
- Co chcesz, moja droga? - rzekł Michael - Sława rodzi zazdrość, zaś zazdrość rodzi zawiść. Tak było zawsze na tym świecie i tak zawsze będzie.
- Właśnie. Sama bym tego lepiej nie ujęła.
To mówiąc Mako usiadła w fotelu i popatrzyła na nas.
- A wy kim jesteście?
Przedstawiliśmy się jej i za zgodą Agathe opowiedzieliśmy Mako, co nas tu sprowadza. Dziewczyna słuchała nas bardzo uważnie i dodała:
- No cóż... To wszystko jest naprawdę przykre. Jeśli to żart, to możecie być pewni, że ten dowcipniś gorzko tego pożałuje! Odechce mu się głupich żartów, kiedy go wezmę w obroty!
- Będziesz musiała ustawić się w kolejce, ponieważ ja będę pierwsza - zaśmiała się Agathe.
- A ja druga po tobie - dodała zabawnie panna Trapp i spojrzała na zegar wiszący na ścianie - Och, wybaczcie mi, proszę, ale muszę wracać do swoich zajęć. Ale spokojnie. Macie moje słowo, że sprawdzę te listy. Jak na razie przyjrzałam się im i jestem pewna, iż już gdzieś widziałam to pismo. To z pewnością pismo kogoś ze szkoły.
- To zawęża krąg podejrzanych - powiedział Ash.
- Tak, do około setki osób z hakiem - zażartował sobie John Scribbler, ale Maggie trąciła go lekko w ramię.
- Spokojnie, może nie będzie tak źle - zaśmiała się lekko nauczycielka - Ja wam obiecałam zbadać tę sprawę i dotrzymam słowa. Ale musicie mi wybaczyć, mam jeszcze sprawdziany do sprawdzenia. Muszę się w końcu tym zająć. Mako, dotrzymasz towarzystwa naszym gościom?
- Z chęcią, ciociu - odpowiedziała dziewczyna.
Powoli nauczycielka przeszła do innego pokoju, aby zająć się swoją pracą, a z kolei my zostaliśmy sami z Mako, która popatrzyła na nas smutno i powiedziała:
- Wiecie... Bardzo bym chciała wiedzieć, czy te listy miłosne naprawdę są wyznaniami miłosnymi, czy też może głupi dowcip. Obawiam się jednak, że mogą być głupim dowcipem.
- Dlaczego tak sądzisz? - spytałam.
- Bo widzicie... Miałam jakiś czas temu pewne dziwne wydarzenie - odparła Mako smutnym tonem - Szłam sobie ze szkoły z moją koleżanką. Poszłam razem z nią za miasto, aby pogadać o naszych babskich sprawach, ale nagle zaczepiło nas takich kilku wyrostków ze szkoły. Chcieli się z nami, jak to sami powiedzieli, zabawić... I wtedy właśnie pojawił się Hans. Ocalił nas. Stanął przed nami i kazał tym kolesiom się wynosić. Jeden z nich wyjął nóż i zagroził, że potnie nim go, jeśli sobie nie pójdzie. Ale on zrobił coś bardzo dziwnego.
- Co takiego? - spytał Ash.
- Pika-pika? - dodał Pikachu.
Wszyscy wpatrywaliśmy się uważnie w dziewczynę, a ta rzekła:
- On zamiast się przestraszyć lub ich zaatakować, po prostu powiedział do nich coś takiego: „Chcecie mnie zabić? Śmiało! Uderzajcie bez wahania! Ale mierzcie prosto w serce, bo jeśli dostanę słabiej, nie umrę“.
- A oni co na to?
- A oni się zmieszali i wyraźnie byli w szoku po tym, co usłyszeli, a on dodał do nich z wyraźną złością: „No?! Na co czekacie?! Mam pięknego rolexa na ręce i kilkaset guldenów w portfelu! Bronić się nie będę! NO!“. A oni szybko odbiegli od niego krzycząc, że jeszcze tego pożałuje.
- A on co?
- Stał w miejscu jeszcze chwilę i wysyczał coś jakby: „Nędzne tchórze“ i sobie poszedł. A parę dni później jeden z tych wyrostków, przed którymi nas ocalił, to zaszedł go podstępem od tyłu, gdy Hans po szkole rozmawiał z jakąś dziewczyną i cóż... Złapał go od tyłu za włosy i pociągnął za nią. No, ale wtedy okazało się, że Hans wcale nie ma włosów. Jest łysy i nosi perukę. Byliśmy w szoku, kiedy to zobaczyliśmy, a Hans wyrwał mu perukę i rzekł, że się goli na łyso i niech nas to nic nie obchodzi, zabrał swoją perukę, po czym poszedł sobie.
- Ile osób to widziało?
- Tylko ja, ta dziewczyna i ten wyrostek.
- I nikomu tego nie powiedzieli?
- Nie.
Ash zastanowił się przez chwilę.
- Czy myślisz, że to ten podły drań mógłby teraz chcieć zakpić sobie z Hansa?
- W jaki sposób? - zdziwiła się Agathe.
Ja jednak zaczęłam powoli rozumieć.
- To by miało sens. Jeśli ten koleś wie od dawna, że Hans jest chory, to może chcieć teraz sobie zakpić z Hansa.
- Kiedy to miało miejsce? - spytała Agathe.
- Kilka tygodni temu.
- Czyli mniej więcej wtedy, gdy zaczęły przychodzić listy.
- Naprawdę? Jeśli tak, to związek przyczynowo-skutkowy istnieje, jak to mawiają detektywi.
- A co ty o tym myślisz? - spytała Maggie Johna.
- Mnie się o to nie pytaj. Ja nie jestem detektywem. To Henry Willow rozwiązuje zagadki. Ja jedynie je opisuję. Jeżeli ktoś jest geniuszem, to na pewno nie ja.
- Ten trop jest warty zbadania - powiedziałam i spojrzałam na Asha - Co o tym sądzisz?
- Myślę, że masz rację, Sereno - zgodził się ze mną mój chłopak - Z pewnością warto go zbadać.

***


Opowiadanie Maggie Ravenshop c.d:
Jednorogini nie spała. Pamiętała ona bowiem doskonale, że tej nocy Clemont obiecał jej przyjść z pomocą. Nie miała ona wprawdzie, co do tego żadnej pewności, że on dotrzyma danego słowa, ale przecież chciała w to wierzyć. Chciała wierzyć, iż jakiś człowiek jest wobec niej uczciwy, jednak rozum i wrodzona intuicja doradzały jej, aby była ostrożna w relacjach z innymi, a już zwłaszcza z ludźmi. Zbyt dobrze wiedziała, do czego są oni zdolni, czego najlepszym dowodem było to, co zrobiła Mama Domino oraz jej pomagier Surge. Czy mogła mieć zatem pewność, że Clemont jest inny i przyjdzie jej pomóc, jak wcześniej to obiecał? Jednorogini nie bardzo w to wierzyła.
Jednak okazało się, że przyszedł. Było to około o północy, a księżyc, będący wówczas w pełni oświetlał swoim blaskiem ciemności panujące dookoła.
- Witaj, moja piękna - rzekł przyjaznym tonem czarodziej - Czekałaś na mnie?
- Tak, ale prawdę mówiąc nie miałam wcale pewności, że przyjdziesz - odpowiedziała mu smutnym tonem Jednorogini - Cieszy mnie jednak twoja obecność. To oznacza, że ktoś jeszcze traktuje mnie poważnie i uczciwie. A więc chcesz mi pomóc? Jak?
- Chcę cię uwolnić - odpowiedział jej Clemont.
- W jaki sposób? Te kraty są zaczarowane. Wiem, bo sama próbowałam jakoś je wyważyć. Parzą przy każdym dotyku.
- Spokojnie, moja droga. Tylko bez rozpaczy. Pamiętaj, że na każde zaklęcie znajdzie się jakieś inne, które nad nim zapanuje. Możesz być tego pewna. Zrób tylko krok lub dwa w tył i sprawdzimy, co potrafi wielka moc.
Następnie podwinął rękawy i wypowiedział słowa zaklęcia. Jakoś tak chwilę później z krat poszedł dym, ale nic poza tym się nie stało.
- Wybacz - westchnął Clemont - Miałem nadzieję, że to otworzy klatkę, ale muszę spróbować inaczej.
Po tych słowach czarodziej wypowiedział kolejne zaklęcie, jednakże wskutek niego klatka zaczęła maleć i Jednorogini groziło zmiażdżenie przez nią. Piękna ta istota zarżała przerażona, a Clemont szybko cofnął zaklęcie.
- Och, wybacz mi - jęknął załamany młodzieniec - Widać nie nadaję się do poważniejszego czarowania.
- Proszę... Spróbuj jeszcze raz - błagała go Jednorogini - Mam swoją misję do wykonania. Nie mogę jej przerwać!
- Spokojnie... Spróbuję jeszcze raz.
- A czy nie lepiej spróbować w tradycyjny sposób? - odezwał się jakiś dziewczęcy głosik.
Jego posiadaczką była dziewczynka w kolorowym stroju akrobaty, nad wyraz podobna do młodzieńca w szatach czarodzieja.
- Witaj, moja śliczna - rzekła przyjaznym tonem dziewczynka - Jestem Bonnie, siostra tego dziwaka. Też chcę ci pomóc.
- Bonnie, prosiłem cię już milion razy! Nie mieszaj się do nie swoich spraw! - syknął na nią Clemont.
- Poważnie? No dobra, jak tam chcesz. To mam odłożyć te klucze na miejsce?
Clemont spojrzał na nią w szoku. Dziewczynka faktycznie trzymała w ręku klucze i uśmiechała się przy tym ironicznie.
- Czary są super, braciszku, ale czy nie sądzisz, że pora już zastosować nieco bardziej proste i prozaiczne metody działania?
Czarodziej popatrzył na nią i uśmiechnął się lekko, po czym wziął od siostry klucze i wsadził je do kłódki klatki. Pokręcił nim kilka razy i zamek ustąpił. Już po chwili klatka była otwarta, a Jednorogini wolna.
- Udało się! - zawołała głucho Bonnie, klaszcząc przy tym w dłonie - A teraz uciekaj do lasu!
- Jeszcze nie! Muszę uratować innych! - odpowiedziała Jednorogini.
Następnie podbiegła ona do jednej z klatek, przyłożyła róg do kłódki, pomruczała coś, róg się zabłyszczał i kłódka odpadła, a uwięziony wewnątrz Pokemon był wolny.
- Nie! Wracaj! To niebezpieczne! - syknął na nią Clemont - Uciekaj! Nie trać czasu!
Jednorogini wcale nie zwróciła na niego uwagi, ponieważ zajęta była otwieraniem kolejnych klatek, aż w końcu podbiegła do klatki z Noivern, która szczerzyła do niej zęby.
- Nie! Czy ty zwariowałaś?! - zawołała Bonnie, zupełnie zapominając o dyskrecji - Ona cię zabije!
Jednorogini jednak jej nie posłuchała i otworzyła klatkę. Wówczas to siedząca w niej Noivern wystrzeliła w powietrze, rycząc przy tym okrutnie. Następnie zaczęła krążyć po całej polanie, wydając ze swojego gardła dzikie wrzaski. Jednorogini podeszła do Clemonta i Bonnie, którzy wraz z nią wręcz przerażeni patrzyli na całą tę sytuację.
- Ha ha ha! - odezwał się głośny, dziki śmiech.
To była Mama Domino, stojąca na polanie i zanosząca się śmiechem.
- Nie uciekniesz przede mną! To miejsce chronią moje czary! Nigdy nie zdołasz się stąd uwolnić! Przecież dobrze o tym wiedziałaś! Nie mogłaś tego nie wiedzieć! Będziesz moja już na zawsze!
Noivern zaryczała groźnie w jej stronę, po czym runęła w dół prosto w jej stronę. Clemont i Bonnie w szoku patrzyli, jak potwór skacze na kobietę, powala ją na ziemię, po czym przegryza gardło. Bonnie wtuliła się mocno w brata, którzy przytulił ją do siebie i sam zamknął oczy, aby na to nie patrzeć.
- Chodźcie! Uciekajcie stąd! - zawołała Jednorogini - Noivern zaraz zakończy swoją ucztę i rzuci się na nas! Uciekajmy!
Cała trójka ruszyła biegiem przed siebie. Clemont jako jedyny odwrócił się i zobaczył, że na ziemi zamiast pięknej kobiety leży ohydna starucha cała pomarszczona na twarzy i odpychająca pod każdym względem. A więc tak naprawdę wyglądała Mama Domino odmładzająca się swoimi czarami.
Wszyscy troje biegli przed siebie, aż tu nagle przed nimi wyrósł Surge, lekko przy tym rozmasowując mięśnie.
- Nigdzie nie pójdziesz, ty głupi złodziejaszku! - warknął - Ty i twoja królowa zostaniecie tutaj!
Jednorogini zaświeciła jednak swym rogiem tak mocno, że jego blask oślepił mężczyznę. Wykorzystała to, aby potem uciec mu z rąk, podobnie jak Clemont z Bonnie. Kątem oka tylko dostrzegli, jak Noivern skacze na tego nędznika i jego też zabija.
To były ostatnie chwile z życia dwojga największych łajdaków w tej okolicy.

***


Clemont, Bonnie i Jednorogini biegli przed siebie bardzo długo, aby mieć całkowitą pewność, że Noivern nie zdoła ich dopaść. W przypadku dzielnego czarodzieja było to dość trudne, gdyż był raczej słaby fizycznie i zwykle bieg źle na niego działał, mimo wszystko jednak tym razem wytężył on wszystkie siły, aby móc pognać przed siebie w miarę możliwości równo z przyjaciółmi. Biegł kilka metrów za nimi. Nie był to zbyt długi dystans, lecz pomimo tego Bonnie co jakiś czas odwracała się do niego i poganiała go słowami:
- Clemont! Ruszaj się! Ona może nas zaraz dopaść!
- Przecież biegnę jak mogę najszybciej! - zawołał do niej Clemont, dysząc przy tym niczym miech kowalski.
W końcu opadł na ziemię i powiedział:
- Błagam, już nie mogę! Odpocznijmy trochę! Może ona wcale nas nie goni.
- Goni, goni! Pewnie, że goni! - odpowiedziała mu ironicznie Bonnie, także się zatrzymując - Mówię ci, ona tylko czeka, aby nas dopaść. Jak tylko pomyślimy, że jesteśmy bezpieczni, to ona wtedy skoczy i... Zostanie z nas tylko mokra plama.
- Ale wiesz, że nikomu w ten sposób nie pomagasz, prawda? - warknął na nią Clemont wściekłym tonem - A mnie to już na pewno nie.
- Spokojnie, nie musicie się bać - powiedziała do nich Jednorogini, powoli zbliżając się do swoich przyjaciół - Nie ma jej tutaj. Najwidoczniej zadowoliły ją te ofiary, które zabiła.
- Czyli możemy odpocząć bez lęku o swoje życie? - spytał Clemont.
- Odpocząć możemy, ale czy bez lęku o swoje życie, to ja nie jestem pewna - odpowiedziała mu Jednorogini dość ponurym tonem - Ostatecznie przecież nie wiemy, co może na nas czyhać w tym lesie.
- Spokojnie, jakby co, to mój brat to coś zaczaruje i będzie po sprawie - rzekła Bonnie dumnym tonem.
- Dziękuję za wiarę w moje możliwości, ale muszę was uprzedzić, że gdy się denerwuję, to nie zawsze czary mi wychodzą - powiedział Clemont.
- Tak, widziałyśmy - rzuciła ironicznie jego siostra.
- I tak dobrze sobie poradziłeś - powiedziała Jednorogini przyjaznym tonem - Po prostu za mało w siebie wierzysz i za bardzo pozwalasz, aby strach przejął nad tobą kontrolę.
- Tak, to jego częsta wada - stwierdziła Bonnie - On często się boi i lubi na siebie narzekać.
- Wiem, ale trudno jest zwalczyć swoje kompleksy. Zwłaszcza, jeśli się je miało tak długo, jak ja je miałem.
- Spokojnie... Najważniejsze, że zdołaliśmy stamtąd uciec - rzekła do niego przyjaznym tonem Jednorogini - Tylko musimy teraz ustalić, co mam dalej zrobić.
- Ty? Sama? - spytała Bonnie - Chyba nie chcesz sobie teraz iść bez nas? Przecież ocaliliśmy ci życie, a ty nam. Staliśmy się więc dzięki temu przyjaciółmi na wieki. Musimy już zawsze trzymać się razem.
- Ona ma rację - powiedział Clemont, powoli odzyskując normalny oddech - Sama możesz sobie nie dać rady. Zwłaszcza w walce z Czerwonym Taurosem.
- A skąd o nim wiesz? - spytała zdumiona Jednorogini.
- Słyszałam, jak Mama Domino z tobą o nim rozmawia... Mówiła, że cię ściga, co by się zresztą zgadzało z tym, co mówią o tym stworze.
- A co o nim mówią?
- Mówią, że służy królowi Giovanniemu - rzekła Bonnie - Tyranowi, którzy rządzi Kalos. Był on zawsze władcą surowym, ale po śmierci żony całkowicie oszalał.
- Tak, to prawda - zgodził się z nią jej starszy brat - Zamknął się on w swoim zamku i siedzi w nim przez cały czas, praktycznie w ogóle go nie opuszczając. Jego poddani nie widzieli swojego króla już od bardzo dawna. Wielu uważa, że on zmarł, a ktoś w jego imieniu rządzi krajem. Mówią też, iż to ponoć jemu służy Czerwony Tauros. Nie wiem, czy to prawda, wiem jednak, iż od około dziesięciu lat ludzie zaczynają mówić o tym stworzeniu. Wielu twierdzi, iż widziało go osobiście.
- Czerwony Tauros istnieje. Sama go widziałam - odezwała się Bonnie - Zanim jeszcze zaczęliśmy pracować dla Mamy Domino. Szłam wtedy z Clemontem przez las, zrobiliśmy postój i zasnęliśmy. W nocy zaś coś mnie obudziło, jakiś hałas. Rozejrzałam się dookoła i wówczas go zobaczyłam. Chodził po lesie, jakby czegoś szukał. Powoli wstałam i podeszłam w jego stronę. On jednak popatrzył tylko na mnie, lekko prychnął i sobie poszedł.
- A więc ludzi nie krzywdzi - powiedziała Jednorogini - Ale jednorożce i owszem. Mama Domino mówiła mi coś o tym, że Czerwony Tauros służy królowi. Widocznie mówiła prawdę.
- Tak... Tylko co dalej? - spytał Clemont - Chcesz przed nim uciec?
- Nie... Ja chcę go znaleźć.
Czarodziej popatrzył załamanym wzrokiem na Jednorogini.
- A więc jednak... Spodziewałem się tego po tym, co usłyszałem od ciebie podczas rozmowy, którą odbyłaś z Mamą Domino. Miałem wszak nadzieję, że się przesłyszałem lub źle zrozumiałem to, co mówisz.
- Ty naprawdę chcesz go szukać? Ale dlaczego? - zdziwiła się Bonnie - Przecież to bez sensu! Powinnaś raczej go unikać.
- Wiem, ale mimo wszystko, jeśli nie znajdę Czerwonego Taurosa, to nigdy nie dowiem się, co też spotkało moich rodaków. A ja muszę się tego dowiedzieć. Muszę wiedzieć, dlaczego oni zniknęli. Wśród nich byli także moi rodzice. Zrozumcie mnie... Muszę ich znaleźć.
Clemont i Bonnie popatrzyli na nią zaintrygowani, po czym lekko westchnęli załamanym tonem.
- Widzę, że nie zdołamy cię przekonać - powiedział Clemont - Skoro jednak, jak słusznie zauważyła moja siostrzyczka, zostaliśmy przyjaciółmi na dobre i złe, to musimy sobie pomagać nawzajem. Skoro więc tak się sprawy mają, zaś ty i tak, cokolwiek byśmy nie zrobili, to będziesz szukać Czerwonego Taurosa, to nie możemy cię zostawić samej.
- Nie, moi kochani - rzekła smutno Jednorogini - Jesteście wspaniałymi ludźmi i bardzo miło mi słyszeć wasze piękne słowa, ale mimo wszystko nie mogę się na to zgodzić. To jest tylko i wyłącznie moja sprawa i nie wolno mi was w nią mieszać.
- My już się w nie wmieszaliśmy - zauważyła Bonnie - Nie chcę być wredna, ale pragnę ci przypomnieć, że przecież to dzięki tobie nie mamy już źródła utrzymania.
- W sumie racja - zaśmiał się Clemont - Straciliśmy dzisiaj pracę i to raczej na dość długi czas. Lepiej więc, żebyś teraz była tak miła i raczyła nam zrekompensować tę stratę.
- Właśnie. Cokolwiek byś teraz nie powiedziała, nie uwolnisz się od nas tak łatwo - dodała siostra czarodzieja buńczucznym tonem - Idziemy z tobą, czy tego chcesz, czy nie.
Jednorogini popatrzyła na rodzeństwo i uśmiechnęła się do nich bardzo przyjaźnie.
- Tacy przyjaciele to jest prawdziwy skarb. Dziękuję wam bardzo, moi kochani. Mam tylko nadzieję, że nie narażę was na kłopoty.
- Kłopoty? To dla nas nie pierwszyzna - zaśmiała się Bonnie ironicznie.

***


Dwoje ludzi i Jednorogini zasnęli zmęczeni w lesie, potem zaś zjedli śniadanie (w przypadku jednorogini była to trawa, zaś w przypadku jej przyjaciół jagody), a gdy już napełnili oni swoje brzuchy, to powoli ruszyli w dalszą drogę.
Wędrowali przez wiele godzin w kierunku zamku króla Giovanniego. Chociaż zmęczenie i głód im dość mocno doskwierały, to jednak woleli oni trzymać się lasów, a potem polan, łąk i innych miejsc, w których nie było wielu ludzi albo nie było ich wcale. Woleli nie rzucać się w oczy nikomu uważając, iż może to być zbyt niebezpieczne.
Żywili się tym, co tylko znaleźli na swojej drodze. Clemont z wielkim trudem zdołał kilka razy wyczarować jakieś porządne jedzenie i przetrwali tę wędrówkę. Mimo wszystko zmęczenia czarami nie zdołał im odebrać, a zbyt częstych postojów nie mogli zrobić, dlatego też wędrowali i wędrowali.
W ten sposób minęły im dwa dni, a trzeciego powoli zaczęli się zbliżać do celu swojej podróży. Szli już bardzo zmęczeni, kiedy nagle zauważyli przed sobą las, a za nim ogromne wzgórze, na którym stał potężny i bardzo mroczny zamek.
- Spójrzcie! - zawołała Jednorogini, kiedy go zobaczyła - To chyba cel naszej podróży.
Clemont i Bonnie powoli podeszli do niej i uśmiechnęli się lekko.
- O tak, to jest właśnie zamek króla Giovanniego - rzekł czarodziej - Widać już go doskonale. Jutro powinniśmy tam dotrzeć.
- Ponure zamczysko, co? - spytała dowcipnie Bonnie - Ja tam bym nie chciała mieszkać w takim miejscu.
- Widocznie jednak król lubi takie zamczyska - zaśmiał się delikatnie jej starszy brat - Chociaż przyznaję, że jeżeli wewnątrz jest tak samo, jak na zewnątrz, to raczej też nie chciałbym w takim miejscu mieszkać.
- A więc już jutro będziemy na miejscu - powiedziała Jednorogini i głęboko westchnęła - Tylko, co dalej? Co my zrobimy, jak już będziemy na miejscu?
- Domyślam się, że jeszcze nie obmyśliłaś sposobu, w jaki możemy uwolnić twoich pobratymców - zauważyła Bonnie.
- Ano nie obmyśliłam i obawiam się, że raczej nie wymyślę - rzekła smutno Jednorogini - Ale skoro już tutaj jesteśmy, to damy radę wymyślić jakiś dobry plan.
- Owszem, jak pomyślimy, to coś z pewnością wymyślimy - stwierdził Clemont - Ale póki co lepiej zróbmy sobie gdzieś jakiś postój. Ta polana, na której teraz się znajdujemy będzie chyba w sam raz.
Ponieważ jego towarzyszki podróży były tego samego zdania, to tam właśnie cała kompania zrobiła sobie miejsce do spania.
- Miejmy nadzieję, że nie będzie burzy - powiedziała Jednorogini.
- Coś mi mówi, iż może jednak być, bo już nieźle zaczyna grzmieć - stwierdziła Bonnie.
Clemont spojrzał w niebo i pomyślał przez chwilę.
- Dziwne... Na niebie nie ma ani jednej chmurki. Nie będzie burzy.
- To niby czemu grzmi?
- Tego nie wiem.
Jednorogini poderwała się ze swojego miejsca i zarżała przerażona, spoglądając w kierunku lasu przed nimi.
- Co się stało? - spytała zaniepokojona Bonnie.
- Czuję coś... coś złego - jęknęła jej przyjaciółka.
- Co takiego? - zapytał Clemont.
- Coś niedobrego... Coś strasznego... Coś...
Jednorogini popatrzyła przerażona na dziewczynkę i zawołała:
- On tu jest!
- Ale kto?!
Clemont spojrzał w las i zauważył, o kim to mówi jego towarzyszka podróży. Osobą, która tak bardzo przeraziła Jednoroginię był przeogromny Pokemon tur. Właśnie wypadł on z lasu i zaczął parskać w groźny sposób. Był cały czerwony, a do tego z jego postaci buchały płomienie, na szczęście nie będące w stanie podpalić niczego wokół. Oczy stwora były całe czarne, wyglądały tak, jakby był on ślepy, ale ktoś, kto by tak pomyślał z pewnością doznałby wielkiego rozczarowania, gdyby tylko zobaczył, jak ten stwór go atakuje posiadając w pełni sprawny narząd wzroku. Tym właśnie narządem wypatrzył on swój cel, po czym skoczył w jej stronę.
- Czerwony Tauros - jęknął Clemont.
W tej samej chwili Jednorogini rzuciła się do ucieczki, a straszny stwór pognał za nią.
- Nie! Zostaw ją! - wrzasnął czarodziej, stając przed nim z rozłożonymi szeroko rękami.
Czerwony Tauros bez najmniejszego trudu odrzucił go rogami na bok, po czym pognał szybko za swoim celem. Zastąpił mu drogę, a następnie parskając ogniem i dymem zaczął iść w jej stronę. Jednorogini zaś powoli, cała przerażona zaczęła ostrożnie stawiać kroki do tyłu.
- Clemont! - wrzasnęła przerażona Bonnie, pomagając bratu wstać z ziemi - Żyjesz, braciszku?
- Spokojnie, tylko czuję się obolały - odpowiedział jej czarodziej - Ale ona ma się pewnie znacznie gorzej.
- Proszę cię, braciszku! Zrób coś! - zawołała dziewczynka błagalnym tonem, patrząc przerażona na Czerwonego Taurosa i jego ofiarę.
- Nie mogę! Nie wiem, jak!
- Ale on ją zaraz zabije!
- Nie! Czy nie widzisz?! On nie chce jej zabić, tylko osaczyć i zagnać do zamku króla!
- Musimy ją ocalić!
- Tylko jak?! Gdybym tylko umiał, zamieniłbym ją w jakąś bestię, która potrafiłaby stawić czoło Taurosowi!
- Ale przecież jesteś czarodziejem! Przecież umiesz czarować! Proszę, braciszku! Uwierz w siebie! - Bonnie złapała go za rękę - Proszę cię! Zrób coś! On ją zaraz uwięzi!
Clemont przerażony patrzył na to wszystko, co się działo wokół niego, a tymczasem Czerwony Tauros powoli zaczął spychać w kierunku lasu Jednoroginię, która rżała ze strachu i próbowała jakoś się bronić wierzgając nogami, lecz nic to jej nie dawało.
- Zrób coś! - wrzasnęła Bonnie do brata.
Przerażony Clemont wiedział, iż musi coś zrobić, dlatego też podwinął powoli rękawy i wypowiedział zaklęcie:
- Hai-hoi-hagi-hogana! HOGANA!


Następnie machnął rękami w kierunku Jednorogini. Wówczas coś błysnęło, wielki blask oślepił na chwilę rodzeństwo, a gdy minął, to Bonnie i jej brat zauważyli, iż Czerwony Tauros bucha ze wściekłości ogniem oraz parą ze swoich nozdrzy, a przed nim leży naga, kobieca postać. Przerażający stwór spojrzał na nią, lekko trącił ją rogami, a potem pognał przed siebie w kierunku zamku.
Clemont i Bonnie powoli podeszli do ludzkiej postaci leżącej na ziemi w miejscu, w którym przed chwilą jeszcze stała Jednorogini. Tym razem jednak znajdowała się tam nieprzytomna, naga kobieta o pięknych i długich włosach barwy dojrzałego miodu, a także wielkiej gwieździe na czole w miejscu, gdzie jednorożce mają róg.
- To ona? - spytała Bonnie.
- Tak - odpowiedział jej brat.
Dziewczynka zaczęła płakać i podbiegła do młodej kobiety, powoli ją dotykając za ręce.
- Co ty zrobiłeś?! Co ty zrobiłeś?!
- Co ja zrobiłem?! Ocaliłem jej życie - odpowiedział jej brat, ocierając sobie lekko pot z czoła.
- Ale w jaki sposób?! Zobacz tylko, coś narobił! Miałeś ją ocalić, a nie krzywdzić!
- Czy ty czegoś nie rozumiesz?! Bałem się wtedy strasznie, ale mimo tego udało mi się jej pomóc. Jestem jednak naprawdę wielkim czarodziejem! Ona miała rację! Jeśli zdołam zwalczyć strach, zdołam naprawdę czarować! Jestem jednak czarodziejem!
- Jesteś idiotą! - wrzasnęła na niego oburzona Bonnie - Posłuchaj mnie! Nie rozumiesz, co zrobiłeś?! Skrzywdziłeś ją! Uwięziłeś w ludzkim ciele! Ona oszaleje! Nie rozumiesz tego?!
- A czy ty nie rozumiesz, że nie miałem innego wyjścia?! - spytał ją Clemont - Niby co twoim zdaniem mogłem wtedy zrobić? Czerwony Tauros ścigał jednorożca, a nie ludzką kobietę. Tylko w ludzkim ciele będzie od niego bezpieczna.
Jednorogini tymczasem powoli otworzyła oczy, która miała piękne, duże i błękitne niczym niebo w pogodę. Rozejrzała się i spojrzała na swoje dłonie, po czym na resztę ciała.
- Co się tutaj stało?! Gdzie ja jestem?! Dlaczego ja mam ludzkie ciało? Boże! O nie! Czemu ja mam ludzkie ciało?!
- Wybacz mi, ale naprawdę nie miałem innego wyjścia - odpowiedział jej smutnym tonem Clemont - Musiałem to zrobić, gdyż tylko w ten sposób mogłem cię ocalić. Musisz to zrozumieć. Nie miałem innego wyjścia.
Jednorogini powoli stanęła na nogach, ale szybko opadła na nie, bo nie umiała się na nich poruszać. Clemont zdjął pelerynę i otulił nią kobietę, a Bonnie przytuliła ją, gdy ta ponownie opadła na ziemię.
- Pewnie zastanawiasz się, czy zdołam przywrócić jej dawną postać - rzekł Clemont do swojej siostry - Oczywiście, że tak. Ale to musi nastąpić w swoim czasie.
- Dlaczego nie teraz? - spytała Bonnie - Czemu nie możesz tego zrobić już teraz?
- A co będzie, jeśli ponownie spotkamy Czerwonego Taurosa? - spytał czarodziej - Pomyśl tylko. Jak pokonamy go ponownie, jeżeli znów stanie nam na drodze?
- Wolałabym, żeby on mnie porwał niż żebym musiała teraz żyć w tym strasznym ciele - rzekła smutnym tonem Jednorogini, po czym upadła na ziemię i zaczęła płakać.
Bonnie objęła ją mocno do siebie i głaskała czule po głowie.

***


Noc podróżnicy spędzili w miarę swoich możliwości spokojnie, a rano obudziły ich jakieś dziwne głosy, jakby krzyki i to bynajmniej nie były one przyjazne. Powoli Clemont, Bonnie i Jednorogini podnieśli się z ziemi i zauważyli, iż rosnące na zajmowanej przez nich polanie samotne drzewo jest okupowane przez dwoje ludzi w strojach żołdaków. Krzyczeli oni oraz wymachiwali rękami w kierunku kogoś, kto teraz siedział na owym drzewie. Jedno z nich było mężczyzną o fioletowych, krótkich włosach, a z kolei drugie kobietę o ciemno-czerwonych, długich kudłach.
- No, dosyć już tego, nasza droga wiewióreczko! Złaź na dół, ale już! - krzyczał mężczyzna.
- Nie masz szans, aby nam zwiać! - dodała towarzysząca mu kobieta - Złaź, póki jeszcze nie jesteśmy wściekli, bo za chwilę już nie będziemy mieli dla ciebie litości!
Siedzący na drzewie chłopak o seledynowych włosach oraz czarnych oczach, ubrany w zielony, skromny strój pokazał im tylko język, wyraźnie nie mając najmniejszego nawet zamiaru spełniać ich żądania.
- No dobra, kolego! Dość tego dobrego! - zawołała oburzona kobieta - Zobaczymy, co powiesz, bratku, jak ci przypieczemy pięty!
- Doskonały pomysł! Podłóżmy drwa! Ciekawe, co wówczas ten nasz kłusownik powie!
Następnie zebrali oni chrust i podłożyli go pod drzewo, po czym jedno z nich wyjęło krzesiwo z zamiarem wzniecenia ognia. Na całe szczęście byli zbyt zajęci, aby rozejrzeć się po okolicy i zobaczyć naszych podróżników. Ci jednak wszystko widzieli.
- Kto to? - spytała Jednorogini.
- To Jessie i James, żołdacy króla Giovanniego - rzekł Clemont - Znani są w całej okolicy jako najgorsze męty, jakie kiedykolwiek tutaj żyły.
- Oni zaraz spalą tego chłopca żywcem!
- Właśnie! - poparła przyjaciółkę Bonnie - Musimy więc coś zrobić! Nie możemy przecież na to pozwolić.
Clemont powoli wstał, podwinął rękawy i wymruczał zaklęcie.
- Hai-sui-suraj-sugaj! SUGAJ!
Jessie i James nie usłyszeli go zbytnio zajęci rozpalaniem ognia, jednak wtedy stało się coś, czego oni nie przewidzieli. Drzewo za sprawą magii Clemonta ożyło, po czym złapało ich gałęziami niczym rękami i zawołało:
- Co wy robicie?! Chcecie mnie spalić, nędznicy?!
- O nie! To drzewo ożyło! - wrzasnął James.
- I broni tego kłusownika! - dodała Jessie.
- Oczywiście, a co sobie myśleliście?! - zawołał siedzący na drzewie chłopak, śmiejąc się przy tym aż do rozpuku - Mam przyjaciół dosłownie wszędzie! Lepiej ze mną nie zadzierać.
- Wynoście się stąd, nędzne kreatury! Wynocha! - wrzasnęło drzewo i cisnęło Jessie i Jamesem niczym dwiema szmacianymi lalkami.
Żołdacy przerażeni upadli na ziemię, po czym szybko (w miarę swoich możliwości) pozbierali się i wskoczyli na Rapidashy stojące nieopodal i uciekli. Drzewo i siedzący na nim chłopiec śmiali się z tego radośnie, zaś Clemont z towarzyszącymi mu osobami zrobił to samo, po czym uznawszy, że już dość się naśmiał cofnął zaklęcie i drzewo ponownie było drzewem pozbawionym zdolności poruszania się oraz mówienia.
- Niesamowite! - zawołał chłopiec, zeskakując ze swojej kryjówki na ziemię i podbiegając do naszych podróżników.
Dostrzegł on ich bowiem, ledwie tylko się oni obudzili i widząc strój czarownika na Clemoncie resztę bez trudu sam sobie dopowiedział.
- To ty?! - zawołał - Czy to ty obudziłeś to drzewo?! To dzięki tobie ono ożyło?
- Nie inaczej, właśnie on - powiedziała z dumą w głosie Bonnie - To jest wielki Clemont, mój brat.
- Zaiste jest on wielki, gdyż zdołał dokonać tego, czego nigdy jeszcze nie widziałem, a widziałem już naprawdę bardzo wiele na tym świecie. A ty kim jesteś, moja ty słodka piękności?
Słowa te skierował do Bonnie, która słysząc je delikatnie zachichotała i odparła:
- Jestem Bonnie, jego siostra.
- Czy siostra wielkiego czarodzieja również posiada jakieś magiczne talenty poza niewątpliwie wielką urodą? - rzekł chłopiec, całując ją czule w rękę.
Dziewczynka zarumieniła się lekko i odpowiedziała:
- Niestety, nie umiem czarować. Ale z innymi sprawami sobie radzę. A ty kim jesteś, podrywaczu?
- Ja jestem Max, szwagier wielkiego Kapitana Gary’ego, którego banda grasuje w tych lasach!
- Szwagier? - spytał Clemont.
- A tak. Moja starsza siostra May jest żoną Gary’ego. Oboje sprawują tu władzę w tych lasach.
- Jakoś ciebie nie zdołali obronić.
- Trudno, aby byli oni wszędzie. A poza tym sam przez nieostrożność oddaliłem się od kompani szukając jedzenia. Udało mi się upolować jelenia i gdyby nie to, że Jessie i James mnie nakryli, z pewnością zabrałbym go ze sobą do naszej kryjówki.
To mówiąc spojrzał na swoich nowych przyjaciół i rzekł:
- Ale jak widzę wam także przydałby się dobry posiłek. Chodźcie ze mną do naszej siedziby! Zapraszam was na ucztę!
- Uczta?! MNIAM! - zawołała Bonnie, oblizując się.
- Prawdę mówiąc, to powinniśmy już iść dalej w kierunku celu naszej podróży - powiedział Clemont i złapał się za brzuch - Ale jeśli zapraszasz na dobre jadło, nie odmówię. Zbytnio jestem głodny, aby ci odmówić.
- Tym lepiej - uśmiechnął się chłopiec i spojrzał na Jednoroginię - A ta przeurocza panna, tak skromnie ubrana, to kto?
- To jest jednorożec... To znaczy ona była jednorożcem, tylko mój brat zamienił ją w piękną kobietę, żeby ją ocalić przed Czerwonym Taurosem - wyjaśniła Bonnie.
Clemont spojrzał na nią groźnie, a ona rzekła:
- Co, braciszku? Przecież on nie należy do żołdaków króla. Możemy mu powiedzieć prawdę.
Max tymczasem spojrzał na Jednoroginię i rzekł:
- Naprawdę, gdybym nie widział na własne oczy tak potężnej magii, jaką zademonstrował mi twój brat, to pomyślałbym, że zwariowałaś mówiąc mi takie rzeczy. Alem widział ją na własne oczy i dalibóg... Już chyba nic w życiu mnie nie zaskoczy!
Następnie radośnie machnął on ręką na swoich nowych przyjaciół i zawołał wesoło:
- Chodźcie, proszę! Czas coś zjeść! Zapraszam was na ucztę na waszą cześć!
Zgłodniali wędrowcy z wielką chęcią przyjęli jego zaproszenie i udali się w kierunku, który im wskazał.


C.D.N.



Przygoda 131 cz. I

Przygoda CXXXI Do boju młodzieży cz. I - Cześć, kochanie! Co robisz przed... OJEJ! Tymi słowami, mój najdroższy małżonek, powitał nowy dzień...