piątek, 13 lipca 2018

Przygoda 115 cz. II

Przygoda CXV

Uciekający narzeczony cz. II


Zabawa trwała do późna, a następnego dnia wszystko powoli wróciło do normy na tyle, na ile to tylko było możliwe, czyli każdy zajął się swoimi obowiązkami w restauracji „U Delii“, a ci, którzy obowiązków nie mieli, ci zajęli się innymi sprawami. Ja i Ash zaś zajęliśmy się kolejną sprawą, która niespodziewanie na nas spadła.
Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy następnego dnia po przyjęciu na cześć Asha ja i mój ukochany siedzieliśmy w salonie i jedliśmy śniadanie. Wraz z nami robili to Delia, Meyer, moja mama i Latias w ludzkiej postaci.
- Szkoda, że Clemont i Bonnie nie zaczekali na nas, tylko pognali do restauracji - powiedziałam - Powinniśmy jeść wszyscy razem.
- Tak, ale znasz Clemonta. Obowiązki przede wszystkim - zaśmiał się do mnie Ash - Bardzo długo tu nie był, to teraz chce nadrobić zaległości.
- To prawda - potwierdził Meyer - Mój syn taki właśnie jest. Zawsze chce być odpowiedzialny i podchodzi do wszystkiego na poważnie. Ale nie sądziłem, że Bonnie również pójdzie z nim. Sądziłem, że będzie wolała się wyspać.
- Widocznie chce być z bratem - zauważyła wesoło Delia - Podobnie jak Dawn chce być ze swoim chłopakiem.
- No tak, to dlatego właśnie cała trójka wstała wcześniej, zjadła szybko śniadanie i poszła do pracy - powiedział Ash - Ale dobrze, mamo, że się w tym samym czasie obudziłaś, bo inaczej nie weszliby do restauracji.
- Słusznie, bez kluczy by nie dali rady - zaśmiała się Delia - Ale o tym zapomnieli i już wychodzili, kiedy ich dogoniłam i dałam im klucze. Skoro tak bardzo chcą wszystko przygotować na przyjmowanie gości, to ich prawo i ja nie mogę im tego odmówić.
- Ale pracować w trójkę tylko, to nie jest wcale przyjemnie - zauważyła moja mama.
- A gdzie tam w trójkę - zaśmiała się Delia - Założę się, że zadzwonili po resztę ekipy i zaraz wszyscy się zbiorę i będzie tam wrzało jak w ulu. Gdy przyjdzie godzina otwarcia, to restauracja będzie aż błyszczeć.
Latias pokiwała głową potakująco i zaczęła nieco szybciej jeść swoje śniadanie.
- Kochanie, nie spiesz się tak, bo się udławisz. Pracy dzisiaj tam będzie dość dla ciebie. Poza tym jeszcze nie ma godziny otwarcia.
Latias jednak widocznie chciała jak najszybciej dołączyć do innych i zadbać o to, aby restauracja aż się błyszczała, a słowo Delii tylko ją do tego zachęcały.
- Niektórzy to są pracowici - powiedziała moja mama z delikatnym wyrzutem w głosie - Wielka szkoda, że z innymi to już różnie bywa.
- Słucham? - spytałam gniewnie - Że niby ja nie jestem pracowita?
- A tak... Nie jesteś. Od kilku miesięcy tylko się włóczysz z Ashem nie wiadomo gdzie, a tutaj praca czeka - stwierdziła Grace Evans - Ja bym tam jeszcze zrozumiała, gdybyście rozwiązywali zagadki w różnych częściach świata i dlatego ciągle was tu nie ma, ale nie... Wy ostatnio rozwiązaliście może jedną czy dwie zagadki, a poza tym bawiliście się w najlepsze, kiedy inni pracowali.
- Mamo, co cię ugryzło? - spytałam ze złością - Czemu się mnie tak nagle czepiasz?
- No właśnie, Grace - skarciła ją Delia - Przecież Serena i Ash robią bardzo wiele dla nas wszystkich. Oni walczą o to, żeby... Jak ty to mówisz, synku?
- Żeby tego zła mniej było na świecie - dopowiedział Ash.
- Ach tak, rzeczywiście - uśmiechnęła się kobieta - Tak właśnie jest i uważam, że czepianie się ich z tego powodu, to po prostu niegrzeczność.
- Jak uważasz - stwierdziła moja mama - Ja tam osobiście uważam, że o wiele lepiej by było, gdyby oboje trzymali się Alabastii i pomagali ci w pracy. W końcu Ash kiedyś obejmie tę restaurację, jak sama mówiłaś, więc powinien się oswajać ze swoimi nowymi obowiązkami.
- Jak dla mnie, to jeszcze długo zamierzam żyć, więc mój syn ma sporo czasu na naukę biznesu - zaśmiała się Delia - Tak czy inaczej uważam, że o wiele więcej pożytku ma nasz świat z takich detektywów jak on i Serena niż z takich restauratorów jak ja.
- Co racja, to racja - stwierdził Meyer - Ale naprawdę, Grace, czepiasz się swojej córki i przyszłego zięcia bez żadnego powodu. Masz humorki jak kobieta w ciąży. A właśnie, może ty w ciąży jesteś?
Moja mama zakrztusiła się herbatą, którą właśnie piła i musiałam ją strzelić przez plecy dłonią, aby zapanowała nad kaszlem.
- Dzięki, Serena. Steven, ja nie wiem, skąd ci takie głupie pomysły do głowy przychodzą, ale nie jestem w ciąży.
- Szkoda. Zawsze chciałam mieć siostrę - powiedziałam dowcipnie.


Moja mama spojrzała na mnie ironicznie, ale po chwili uśmiechnęła się lekko i rzuciła:
- Daj spokój, córeczko. Ja na to za stara jestem, żeby się znowu bawić w macierzyństwo. Poza tym ja za rok czy dwa zostanę babcią, więc wiesz... Miałabym teraz jeszcze rodzić dziecko, które to notabene będzie w wieku twoich dzieciaków? To by dopiero był śmiech na całą okolicę.
- Tu się z tobą zgadzam - powiedziała wesoło pani Ketchum - Dlatego ja też nie planuję obecnie mieć więcej dzieci. Ja teraz czekam na wnuki.
- Postaram się ciebie nie zawieść w oczekiwaniach, ale pamiętaj, że ja sam nie mogę podjąć decyzję w tej sprawie - zaśmiał się Ash.
- No właśnie. Ja też mam tu wiele do powiedzenia - zachichotałam.
Pikachu siedzący na środku stołu i wcinający jabłko, zapiszczał wesoło i został czule pogłaskany po łebku przez Latias, która uśmiechała się do niego przyjaźnie.
- A więc miej dużo do powiedzenia w tej sprawie i postaraj się, moja kochana, abym nie została babcią dopiero w wieku sześćdziesięciu paru lat - zaśmiała się Delia - A teraz podaj mi marmoladę, proszę.
- Nie ma sprawy. Proszę, Delio - powiedziałam, podając jej słoik z marmoladą i dopiero wówczas spostrzegłam się, że nazwałam przy innych kobietę po imieniu.
- Co? Delio? - zapytała lekko oburzonym tonem moja mama - Sereno, kochanie, chyba się zapominasz. Pani Ketchum przecież nie jest jeszcze twoją teściową, a nawet wtedy, gdy już nią będzie, to powinnaś się do niej zwracać „mamo“, nie zaś „Delio“.
- A mnie to wcale nie przeszkadza - zauważyła wesoło Delia - A poza tym my z Sereną już od dawna jesteśmy na „ty“.
- Serio?! - zdziwiła się moja mama.
- Serio?! - zdziwił się Ash - A od kiedy?
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Właściwie, to od pierwszej chwili, gdy tutaj przyjechała - wyjaśniła Delia wesołym głosem - Ale Serena upierała się, aby publicznie mówić do mnie „proszę pani“, a ja nie chciałam się z nią kłócić, więc wyraziłam swoją zgodę na jej propozycję, ale cieszę się, że w końcu się przemogła.
- Przepraszam, ja nie planowałam tego. To przejęzyczenie - rzekłam przepraszająco.
- Liczę na to, że częściej będziesz to robić - zaśmiała się moja przyszła teściowa.
Mama z kolei pokiwała delikatnie głową z lekką dezaprobatą.
- Delio, ona ci już wchodzi na głowę, a ty tego nie widzisz.
- Serena? Skądże. Dave i Megan mi wejdą na głowę, gdy już przyjdą na świat - zaśmiała się wesoło pani Ketchum.
- Dave i Megan?
- Moje przyszłe wnuki.
- No proszę, widzę, że już wybraliście im imiona - zaśmiała się nieco ironicznie moja mama - Nie powiem, całkiem niezłe.
- Cieszę się, że ci się podobają - powiedziałam dowcipnie.
- Co się podoba? - usłyszeliśmy czyjś zaspany głos.
To był Max, który właśnie wszedł do salonu. W dłoni trzymał on jakąś kopertę.
- Słuchajcie, nie wiecie może, gdzie są pozostali? Ja się budzę, a tu w domku na drzewie nikogo nie ma. Gdzie wszystkich wcięło?
- Są już w pracy - odpowiedziałam mu.
- Co?! Już są w pracy?! - jęknął Max i spojrzał na zegar wiszący na ścianie - Przecież jeszcze nie pora.
- Postanowili nieco posprzątać w restauracji przed otwarciem - odparł Ash - Siadaj i jedz, zanim wszystko ci zjemy.
Max zaśmiał się i usiadł przy stole.
- Nie ma mowy, stary. Jesteś żarłok, ale nie egoista. A tak przy okazji... Spotkałem przed domem listonosza, kiedy tu szedłem z domku na drzewie. Dał mi list do ciebie.
To mówiąc młody Hameron powoli kopertę Ashowi. Mój luby wziął ją do ręki i obejrzał ją dokładnie.
- Ciekawe od kogo to? - spytałam zainteresowana.
Ash powoli obejrzał kopertę wzrokiem znawcy i powiedział:
- Koperta wygląda na nową...
Powąchał ją.
- Zapachowa do tego. Takie dość sporo kosztują. Autor listu musi mieć kosztowny gust, czyli to raczej ktoś zamożny. Adres zaś zapisano różowym atramentem... Ładny charakter pisma. Stawiam na kobietę.
- List od innej kobiety? Oj, to nie wróży nic dobrego - zażartował sobie Steven Meyer i spojrzał na mnie dowcipnie.
Parsknęłam śmiechem.
- Spokojnie, ja mojemu chłopakowi ufam. To mów, Ash, co tam jest napisane.
Ash powoli otworzył kopertę, wydobył z niej list zapisany na całkiem ładnym papierze i zaczął czytać:

Drogi panie Ketchum,

Od kilku dni czekam na Pana powrót i wiem, że wczoraj Pan wrócił do Alabastii z wyprawy do Lumiose. Jestem z tego faktu bardzo, ale to bardzo zadowolona, ponieważ mam do Pana niezwykle pilną sprawę. Rzecz jasna doskonale wiem, że Pana czas jest dla Pana bardzo cenny, ale proszę się nie bać, jestem gotowa Panu za niego zapłacić tyle, ile tylko Pan zechce. Moja sprawa jest nad wyraz pilna, dlatego też proszę Pana bardzo uprzejmie, aby zechciał Pan się ze mną spotkać i pomóc mi w rozwiązaniu mego problemu. Jeżeli jest Pan zainteresowany, to proszę uprzejmie czekać na mnie u siebie w domu o godzinie 12:00 w południe.

Szczerze oddana,
Jessica Oleson

- Jessica Oleson? - spytałam zdumiona, kiedy Ash przeczytał list - Nie znam takiej osoby. A ty?
- Ja także jej nie znam - odpowiedział mi Ash - Ale to brzmi bardzo ciekawie.
- Oho... Widzę, synku, że zainteresowała cię ta sprawa - powiedziała z uśmiechem na twarzy Delia.
- Nie sprawa, tylko ten list - wyjaśnił mój luby - Przecież jeszcze nie wiem, jaka to sprawa. Ale bardzo chętnie spotkam się z tą osobą i dowiem się, czego też ona chce ode mnie.
- Czyżbyś, stary, zamierzał rzucić emeryturę? - spytał wesoło Max.
- Jak to ci już mówiłem, rozważam taką opcję, ale nie mogę ci jeszcze niczego w tej sprawie obiecać.
Max westchnął załamanym głosem.
- Ech... Ale z niego uparciuch.
- Dopiero teraz to zauważyłeś? - zaśmiałam się do niego ironicznie.
- Pika-pika-chu! - pisnął dowcipnie Pikachu.

***


Po zjedzeniu śniadania poszliśmy wszyscy na miasto. Max, Latias i Delia po to, aby zająć się swoimi obowiązkami w restauracji, zaś Meyer i moja mama zaoferowali im swoją pomoc. Odprowadziliśmy ich na miejsce, jednocześnie obiecując, że opowiemy im o wszystkim, gdy już będziemy po rozmowie z tajemnicą Jessicą. Gdy już nasi kompani zniknęli w restauracji, my powoli poszliśmy się przejść.
- Mamy jeszcze trochę czasu, więc możemy pochodzić po okolicy - powiedział do mnie Ash.
- Dobry pomysł. Przy okazji chciałabym ci coś powiedzieć.
- Tak? A co do takiego?
- Pika? - pisnął pytająco Pikachu, siedzący na ramieniu Asha.
- Wiesz... Moją uwagę przykuło wczoraj coś, z czym chciałabym się tobą podzielić.
- Chodzi ci o spotkanie z Sybillą? Już mi to wczoraj mówiłaś, zanim poszliśmy spać.
- Nie, nie o tym mówię. Chodzi o coś innego.
Ash i Pikachu przyjrzeli mi się uważnie, a ja opowiedziałam im o tym, co zaobserwowałam w zachowaniu Alexy. Obaj wysłuchali mnie bardzo uważnie, nie przerywając mi, a potem Ash powiedział:
- Wiesz... Nie jestem jakimś znawcą, ale chyba oboje dobrze wiemy, co to wszystko oznacza, prawda?
- Tak, ale nie mamy pewności, czy dobrze myślimy. Przecież równie dobrze możemy się mylić.
- Możemy, ale nie sądzę. Bo zobacz, przecież wszystko się zgadza. Jest nieco rozdrażniona, wymiotuje, rozmawia głośno z kimś przez telefon, a do tego jest też wyraźnie bardzo niezadowolona, kiedy to robi... Chyba sama przyznasz, że to nie może oznaczać nic innego, jak tylko...
- Dobrze, ale z kim? Z Rene?
- Podejrzewam, że tak. Chyba, że moja cioteczka ma innych facetów na boku.
- Nie podejrzewam jej o to.
- Ja także nie i dlatego stawiam na Rene.
- Ale dlaczego ona jest taka zdenerwowana?
- Może nie planowała tego?
- Pewnie i nie, ale żeby zaraz tak się spinać?
Przechodziliśmy akurat obok zakładu fryzjerskiego Rene Artoisa. Nie wiem, czy trafiliśmy tam przypadkiem, czy też celowo (choć zupełnie tego nieświadomi) skierowaliśmy swoje kroki właśnie w tamtą stronę, ale tak czy inaczej właśnie tam dotarliśmy.
- O! Zakład Rene - powiedziałam.
- To ciekawy zbieg okoliczności - uśmiechnął się mój luby - Zajrzymy tam może?
- W sumie... To czemu nie?
Weszliśmy razem do środka, uruchamiając jednocześnie dzwonek przy drzwiach, który dzwoni, gdy drzwi się otwierają. Naszym oczom wówczas ukazał się Pokemon Jolteon, który to wylegiwał się na poduszce, ale widząc nas wstał ze swego miejsca i podbiegł do nas przyjaźnie.
- Cześć, Jolteon! - powiedziałam, głaszcząc go delikatnie za uszami - Jest może twój trener?
Pokemon zapiszczał delikatnie, a tak chwilę później do pomieszczenia wszedł właściciel zakładu fryzjerskiego, Rene Artois.
- Och, la bella Serena oraz jej narzeczony! Jakże miło mi was znowu widzieć! - zawołał radośnie fryzjer - Cieszę się, że jesteście.
- Witaj, Rene - powiedziałam przyjaźnie - Jest może Alexa?
- Nie, jeszcze nie miałem dzisiaj żadnego klienta, ale jest dopiero rano, więc trzeba trochę poczekać - odpowiedział Rene.
- Wiesz, Alexa nie musi cię odwiedzać jako klientka - zauważył Ash  dowcipnym tonem - O ile mnie pamięć nie myli, to wy chodzicie ze sobą, prawda?


Rene uśmiechnął się delikatnie i odpowiedział:
- Tak, a w każdym razie do wczoraj na pewno tak było, gdyż dzisiaj Alexa jest na mnie wściekła i nie odbiera moich telefonów, więc nie wiem, jak to będzie dalej wyglądać.
- Nie odbiera twoich telefonów? A czemu? Co się stało? - spytałam.
- Pika-pika? - dodał pytająco Pikachu.
- Wiecie... Wolałbym o tym nie rozmawiać - odparł Rene Artois, który wyraźnie się zmieszał.
Ash i ja popatrzyliśmy na fryzjera poważnym wzrokiem.
- Słuchaj, Rene... Niechcący usłyszałam, jak Alexa rozmawia z kimś przez telefon wczoraj wieczorem, kiedy to odbywała się zabawa na cześć Clemonta. Domyślamy się, że to byłeś ty.
- To prawda, rozmawiałem z nią wczoraj wieczorem, ale... No, jakby to ująć... Rozmowa się nie kleiła.
- Też tak sądziłam po sposobie, w jaki z tobą rozmawiała. Powiedz mi, co jej jest? Dlaczego jest na ciebie taka wściekła?
- Nie jest tyle wściekła na mnie, co na nas oboje... Choć może to brzmi nieco głupio...
- Ona jest w ciąży, prawda?
Rene zmieszał się lekko i przez chwilę wyraźnie widziałam, że chce zaprotestować, ale szybko zrozumiał, iż nic to nie da, więc delikatnie skinął głową na znak potwierdzenia.
- Tak też myślałam - powiedziałam - Jest w ciąży i do tego z tobą, mam rację?
- Oczywiście. Ani przez chwile nie wątpiłem, że to ja będę ojcem.
- I domyślam się, że jesteś bardzo zadowolony z tego faktu - bardziej stwierdził niż zapytał Ash.
- Pika-pika-chu! - pisnął lekko Pikachu.
- Oczywiście, że tak. A dlaczego nie miałbym być zadowolony?
- Ale Alexa nie sprawiała wrażenia osoby zadowolonej - odparłam na to - Czy wiesz może, dlaczego tak jest?
- Twierdzi, że nie jest jeszcze na to gotowa. Jest wściekła na mnie i  na siebie. Na mnie za to, że nie byłem dość ostrożny, jak to się raczyła wyrazić, a na siebie za to, iż ona nie zachowała dosyć ostrożności.
- Ale to przecież nie koniec świata.
- To samo jej powiedziałem, ale ona uważa, że dla niej i owszem, bo chce jeszcze podróżować po świecie, zwiedzić go, poznać, a poza tym... Nie czuje się na siłach, aby być matką. Powiedziała, że chciała się do tego na spokojnie przygotowywać, a nie stanąć przed faktem dokonanym.
- Jestem w stanie ją zrozumieć, ale mimo wszystko to będzie wasze dziecko, owoc waszej miłości - powiedziałam - To chyba nie jest wielka tragedia, że szybciej zostaniecie rodzicami niż byście to planowali.
- Ja tego za tragedię nie uważam, ale ona jest zła i sama nie wie, co ma o tym myśleć, więc cóż... Póki co muszę czekać na wiadomość od niej, bo jak próbowałem się do niej dodzwonić, to mi się nie udało.
- Słusznie, nie ma co się narzucać - stwierdził Ash.
Chwilę później wszedł do salonu fryzjerskiego pierwszy klient. Rene musiał się nim zająć i nie mogliśmy kontynuować tej rozmowy, dlatego też pożegnaliśmy Rene, obiecaliśmy jeszcze do niego wpaść i wyszliśmy.
- To już wyjaśniła się tajemnica - zażartował sobie Ash - O ile rzecz jasna można to nazwać tajemnicą.
- Słuszna uwaga - zaśmiałam się, ale zaraz spoważniałam - Smutna sytuacja. Żal mi Rene. W końcu wyraźnie widać, że mu zależy.
- Spokojnie. Pamiętasz, jak Chronos pokazał nam wizję przyszłości naszą i naszych przyjaciół? Oni będą razem, to pewne.
- Pamiętam o tym, ale pamiętaj też o tym, że Chronos wyraźnie nam mówił o tym, że przyszłość jest w ciągłym ruchu i może jeszcze się zmienić, jeśli zmienią się osoby, których ta przyszłość dotyczy, a Alexa wyraźnie się zmieniła. Zobacz sam... Przecież jeszcze nigdy tak się nie zachowywała.
- Może po prostu ma gorsze dni? Spokojnie, każdy tak może mieć, ale jestem pewien, że ona dalej jest tą samą fajną Alexą, którą znamy.
- Obyś miał rację, bo naprawdę żal mi Rene. Szkoda go. Wyraźnie się zaangażował, a mam obawy, że Alexa to raczej nie.
- Nie przesadzaj, Sereno. Może nie jest tak źle? Może wystarczy tylko poczekać na rozwój wypadków i...
- Daj już mi lepiej spokój, Drew! Naprawdę nie rozumiesz, co do ciebie mówię?! - usłyszeliśmy nagle pewien dziewczęcy głos.
Spojrzeliśmy przed siebie i zauważyliśmy, że niedaleko nas stoi May i to wyraźnie poirytowana. Rozmawiała ona właśnie z jakimś chłopakiem nieco wyższym od niej, ubranym w czarny podkoszulek, fioletową bluzę na zamek błyskawiczny z postawionym w górę kołnierzem, zielone spodnie i czarne buty. Miał jasno-zielone włosy i oczy takiej samej barwy, a na twarzy tkwił mu nieco złośliwy uśmieszek. W dłoni trzymał różę, którą delikatnie dotykał May, co wyraźnie ją drażniło.
- Och, proszę cię... Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że wierzysz w zapewnienia tego bawidamka - mówił chłopak ironicznym tonem.
- Ten bawidamek, jak raczyłeś go nazwać, to jest mój chłopak i ja go kocham. Życzę więc sobie, abyś wyrażał się o nim z szacunkiem - rzuciła gniewnym tonem May.
- Ty go kochasz? Ja w to wierzę, May... Wierzę w to, jednak z całym do ciebie szacunkiem, to ja nie wierzę w jego szczere intencje. Pamiętaj, że on przed tobą miał wiele dziewczyn.
- A niby skąd to wiesz? - rzuciła ironicznie dziewczyna.
- A bo to trudno wiedzieć? - zaśmiał się złośliwie chłopak - Przecież Gary Oak to dość znana osobistość i nie tylko dlatego, że jest wnukiem tego słynnego uczonego. Znają go powszechnie jako Don Juana. Uwierz mi, on od dziecka uwodził dziewczyny, a te jadły mu z ręki. A kiedy skończył piętnaście lat, to już...
- Dobrze wiem o przeszłości Gary’ego... Sam mi o niej powiedział i nie uważam, aby to było coś, co mogłoby go przekreślić w moich oczach. W końcu jego przeszłość minęła, więc nie ma co o niej gadać. Odkąd jesteśmy razem, to on nie lata za innymi. A zatem jego przeszłość nie ma dla mnie żadnego znaczenia.
- Szkoda - chłopak o zielonych włosach powąchał różę, którą miał w dłoni i uśmiechnął się ironicznie - Jego przeszłość mogłaby ci wiele o nim powiedzieć.
- Drew, proszę cię... Mam dość tego tematu. A w ogóle, to powiedz mi lepiej, po co mi to wszystko mówisz? Sam masz może jakieś plany wobec mojej osoby?


- Być może - uśmiechnął się ironicznie chłopak, który najwidoczniej miał na imię Drew - Ale przede wszystkim kieruje mną uczucie przyjaźni do ciebie. May, chcę po prostu, abyś zrozumiała, że tacy faceci jak on nigdy się nie zmieniają.
- To twoje zdanie. Ja mam inne i pozwól, aby tak zostało.
- Jak chcesz. Czas pokaże, czy miałaś rację, czy też może była ona po mojej stronie. A na razie, to pamiętaj, że jakby co, to ja zatrzymałem się na kilka dni w Alabastii, więc możesz śmiało odwiedzić w tutejszym Centrum Pokemon.
- Zastanowię się nad tym. Jeżeli będziesz ciągle nawijać mi o moim chłopaku i o tym, jaki to on rzekomo jest podły, to ja raczej nie zechcę cię odwiedzić.
- Dobrze, postaram się już więcej o nim nie mówić - uśmiechnął się do dziewczyny Drew, po czym podał jej różę - To do zobaczenia.
Po tych słowach powoli poszedł on przed siebie, znikając pomiędzy ludźmi. My zaś podeszliśmy do panny Hameron.
- Ash... Serena... - uśmiechnęła się May, gdy nas zobaczyła - Jak długo tu jesteście?
- Dopiero co - odpowiedział Ash - Słuchaj, czy to był Drew? Ten twój rywal z zawodów koordynatorów?
- Tak, właśnie on. Rywal i zarazem dobry znajomy - odparła na to May ze smutnym uśmiechem - Choć co do tego drugiego, to mam pewne obawy. Jak dalej tak będzie ze mną rozmawiał, to długo moim dobrym znajomym nie będzie.
Po tych słowach westchnęła i zapytała:
- Ash, powiedz mi... Jak długo znasz Gary’ego?
- Gary’ego? Obaj znamy się od dziecka. A czemu pytasz?
- Bo wiesz... Ciekawi mnie, czy on mógłby... będąc w związku... latać za innymi spódniczkami?
Ash parsknął śmiechem, gdy usłyszał jej słowa.
- Daj spokój, May. Dawny Gary może by tak zrobił, ale obecny, to na pewno nie. Gary nie był nigdy aniołkiem, a swego czasu był wręcz dupkiem do kwadratu, ale zmienił się na lepsze. A odkąd zakochał się w tobie, to już nie lata za innymi dziewczynami, możesz być tego pewna.
- A skąd ty masz taką pewność?
- Bo go dobrze znam i wiem, że Gary nie byłby do tego zdolny i ja mu ufam. Uważam, iż ty także powinnaś.
- Ufam mu, ale Drew zrobił mi z mózgu sieczkę i teraz sama nie wiem, co mam o tym myśleć.
- May, kochanie - uśmiechnęłam się do niej - Skoro Ash, który zna doskonale Gary’ego mówi ci, że możesz mu zaufać, to ty z całą pewnością możesz to zrobić.
- Och, Sereno! - May odwzajemniła mój uśmiech - Jesteś naprawdę bardzo kochana. Ty także, Ash.
Objęła kolejno nas oboje i pogłaskała lekko Pikachu po główce.
- Poprawiliście mi humor. Dziękuję wam.
Po tych słowach May poszła w swoją stronę.
- Mam tylko nadzieję, że masz rację, co do Gary’ego - powiedziałam do Asha ponurym tonem - Nie chciałabym, abyś się co do niego mylił.
- Ja też bym tego nie chciał, ale spokojnie. Znam Gary’ego. Zależy mu na May, to więcej niż pewne.
- Mam nadzieję, kochanie. Mam nadzieję.

***


Powróciliśmy do domu, aby przygotować się do rozmowy z naszą tajemniczą klientką, czy też może raczej powinnam powiedzieć potencjalną klientką, ponieważ nie mieliśmy wtedy jeszcze pewności, że Jessica Oleson nią zostanie, czy też może Ash odprawi ją z kwitkiem. To wszystko zależało od tego, jaka okaże się ta kobieta i jaką prośbę będzie wobec nas miała.
Z pomocą Mister Mime’a posprzątaliśmy nieco salon, aby można w nim było przyjmować gości, a gdy już zapanował w nim porządek, to bardzo zadowoleni podziękowaliśmy Pokemonowi i usiedliśmy sobie na kanapie w oczekiwaniu naszego gościa.
W chwili, gdy wybiła godzina 12:00 na zegarze, to rozległo się pukanie do drzwi. Ash uśmiechnął się wówczas delikatnie.
- Jak widać nasz gość jest punktualny. Tym lepiej - powiedział.
Mister Mime poszedł otworzyć drzwi i zapiszczał lekko.
- Dzień dobry. Jest może pan Ketchum? - odezwał się kobiecy głos.
- Mime-mime! Mime-mime! - odpowiedział Pokemon i chociaż go nie widzieliśmy, to domyśliłam się, że musiał pokiwać głową na znak tego, iż osoba, z którą rozmawia nie myli się i Ash jest w domu.
- To doskonale. Zaprowadź mnie do niego, proszę - rzekła ponownie kobieta spokojnym tonem.
Pokemon zaprowadził ją do salonu, a wówczas ujrzeliśmy przed sobą jakąś kobietę. Na twarz miała ona zarzuconą cienką woalkę, przez co jej fizjonomia nie była tak widoczna, jakbyśmy tego chcieli, jednak wyraźnie widzieliśmy, iż jest to osoba młoda, nie zaś stara. Jej ubiór przypominał nieco ubiór studentki, ale takiej bogatej, która może sobie pozwolić na jak najlepsze ciuchy.
- Pan Ketchum, mam rację? - spytała kobieta.
- Tak, to ja - odpowiedział Ash - A pani to Jessika Oleson?
- Dokładnie - potwierdziła kobieta, lekko przy tym kiwając głową - To właśnie ja. Czekałam od kilku dni na pana przybycie. Bardzo się cieszę, że jest już pan na miejscu. Dałam dzisiaj rano listonoszowi list do pana z nadzieją, iż pan go otrzyma na czas. Jak widzę, dostał go pan.
- Owszem - odparł Ash i wskazał na mnie - To moja narzeczona, panna Serena Evans. Oboje rozwiązujemy zagadki.
- Wiem, słyszałam o państwa dokonaniach i jestem pod ich wielkim wrażeniem - rzekła kobieta, delikatnie się przy tym uśmiechając, co było ledwie widoczne przez jej woalkę - Dlatego właśnie chcę państwa prosić o pomoc w mojej sprawie, która jest dla mnie niezwykle ważna.
- Co to za sprawa? - spytał Ash.
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Możemy tu swobodnie rozmawiać? - spytała kobieta.
- Oczywiście - potwierdził mój luby.
Usiedliśmy wszyscy przy stoliku, a Mister Mime na polecenie Asha przyniósł butelkę lemoniady i kilka szklanek, abyśmy mogli się napić.
- A zatem słucham, pani Oleson... Co to za sprawa?
- Chodzi o to, że... skradziono mi coś niezwykle dla mnie cennego. Coś, co ma dla mnie ogromną wartość emocjonalną.
- Co to takiego? - spytałam.
- Naszyjnik od mojej babci - odpowiedziała Jessica Oleson - To jest bardzo piękny przedmiot. Naszyjnik z pereł, a na ich końcu znajduje się rubin.
- Niezłe cacko - powiedział Ash z uśmiechem - A wolno wiedzieć, jak ono wygląda?
- Wygląda tak - Jessica Oleson wyjęła powoli ze swej torebki zdjęcie i pokazała je nam.
Na zdjęciu widniał naszyjnik dokładnie taki, jaki nam opisywała przed chwilą nasza rozmówczyni.
- Rzeczywiście niezłe cacko. A kto go pani ukradł? - spytał Ash.
- Pika-pika? - dodał pytająco Pikachu.
- Pewien złodziejaszek i jego kompani. Powszechnie są oni znani jako Zespół R.
Bardzo nas zdziwiła ta odpowiedź. Zespół R co prawda nigdy nie należał do aniołków, a wręcz przeciwnie, niejeden raz dowiedł tego, że są czystej klasy złodziejaszkami, ale zwykle kradli tylko Pokemony. Raczej sobie nie przypominałam sytuacji, w której kradli oni coś innego - Annie i Oakley to już prędzej, ale to nasze złodziejskie trio? Jakoś trudno mi było sobie ich wyobrazić jako pospolitych złodziejaszków wszystkiego, co jest drogocenne.
- Piękny naszyjnik - powiedziałam, oglądając zdjęcie - Nie dziwię się, że stanowił on pokusę dla złodzieja. Nosiła go pani na co dzień?
- Nie, tylko na specjalne okazje. Ostatnio był w moim rodzinnym domu wielki bal i niestety, wśród gości wkradł się Zespół R. Byli przebrani za porządnych obywateli i cóż... Ukradli mi ten naszyjnik i uciekli, recytując przy okazji swoje motto.
- Naprawdę? - zapytałam z lekkim niedowierzaniem - Jest pani tego całkowicie pewna, że to był Zespół R?
- Całkowicie - odpowiedziała nasza rozmówczyni - Choć tak prawdę mówiąc, to tylko jedno z nich ukradło mi naszyjnik. Pozostali tylko ukradli gościom moich rodziców ich Pokemony i kosztowności, ale jedno z nich zabrało mi mój naszyjnik i dołączyło do pozostałych.
- Ciekawe - powiedział Ash, lekko masując sobie palcem podbródek - Które z nich to było?
- Młodzieniec o ciemno-niebieskich włosach. Chyba wołali na niego James, jeśli dobrze pamiętam.
- A więc to James go ukradł - powiedziałam, chociaż wciąż jeszcze miałam pewne wątpliwości.
Ash musiał podzielać moje obawy, ponieważ dodał:
- Chwileczkę... A skąd pewność, że to był na pewno Zespół R?
- Ponieważ widziałam już ich raz w akcji i dobrze im się wówczas przyjrzałam. No, a poza tym, to oni zawsze się przedstawiają, recytując to swoje durne motto.
- Tak, to akurat bardzo do nich podobne - powiedziałam ponuro - A jak dokładniej wyglądali członkowie Zespołu R?
- Młodzieniec o ciemno-niebieskich włosach, młoda dziewczyna o długich, ciemno-różowych włosach i mówiący Pokemon kot Meowth.
- A więc to oni - powiedział Ash, a Pikachu zapiszczał gniewnie - Jak dokładniej doszło do tej kradzieży?
- Podczas balu nagle coś jakby wybuchło, zrobił się wielki dym i potem z niego wyłoniła się ta trójka, a zaraz potem przez okna wpadła do całego pomieszczenia masa ludzi ubranych na czarno i z bronią w ręku. Zaczęli nas ograbiać z Pokemonów, a to trio nim kierowało, same też nam zabierając Pokemony. Gdy już mieli uciekać, to ten młodzieniec... James bodajże... podbiegł do mnie, zerwał mi z szyi naszyjnik, schował go sobie do kieszeni i uciekł z resztą.


- Czy zgłaszała to pani na policji?
- Tak, ale niewiele mi to pomogło. Złodziei wciąż nie złapano, a ja jestem zrozpaczona... Ten naszyjnik wiele dla mnie znaczył. To pamiątka po mojej nieboszczce babci. Bardzo go sobie cenię.
- Rozumiem - pokiwał lekko głową Ash - I czego pani ode mnie i od mojej narzeczonej oczekuje?
- Chcę państwa prosić, abyście państwo schwytali Jamesa z Zespołu R i zmusili go do powiedzenia, co zrobił z moim naszyjnikiem.
- Zapewne go już sprzedał - powiedziałam.
- Mam nadzieję, że nie - odparła Jessica Oleson - Jest spora nadzieja na to, iż jeszcze go nie sprzedał.
- Kiedy dokonano kradzieży? - spytałam.
- Trzy dni temu.
- Gdzie?
- W posiadłości mojej rodziny na przedmieściach Wertanii.
- Aha... Czyli mogą jeszcze tam być - odpowiedział Ash i lekko sobie pomasował podbródek - Działają w pobliżu... To oznacza, że mogą czekać na okazję, aby...
Przerwał i zamyślił się przez chwilę.
- Trzy dni temu, mówi pani?
- Tak.
- Czyli jest nadzieja, że jeszcze nie zdążyli go sprzedać.
- Myślę, że sprzedać tak drogocenną rzecz byłoby raczej bardzo trudno. Policjant, który mnie przesłuchiwał w sprawie tej kradzieży pocieszał mnie mówiąc, że ten naszyjnik to tzw. trefny przedmiot. Ponoć jest zbyt mocno rozpoznawalny i żaden paser go nie tknie. Chyba, żeby wydłubać z niego kamień i perły, a potem sprzedawać je pojedynczo, ale to też wielkie ryzyko, bo zarówno perły, jak i sam kamień są rzadkością, wyjątkową rzadkością i dość łatwo je rozpoznać.
- Rozumiem - rzekł Ash, kiwając głową - Czyli mamy odzyskać pani naszyjnik?
- Tak, ale coś mi mówi, że nie mają go przy sobie i będzie trzeba ich zmusić do gadania - powiedziała Jessica Oleson.
- Z tym zmuszeniem może być ciężko - zauważyłam.
- Wiem, ale proszę im przekazać, kiedy ich złapiecie, że policja jest gotowa pójść z nimi na układ, byleby tylko oddali mi naszyjnik. W zamian za niego... i może za parę informacji nie pójdą do więzienia.
- To może ich przekonać, chociaż nie mam pewności, że tak będzie - odpowiedział Ash, zastanawiając się - Czyli mamy ich złapać i zmusić do wydania naszyjnika, a gdy go oddadzą, przekazać pani?
- Tak. Dokładnie tak. Ale nawet jeżeli nie uda się wam złapać całą trójkę, to proszę uprzejmie pamiętać o tym, że to właśnie James zabrał mój naszyjnik. Nie inni, ale właśnie on. Dlatego też... Nie chcę państwu tutaj niczego sugerować, lecz sądzę, że jego trzeba przede wszystkim złapać.
- To się rozumie samo przez się - powiedział Ash - Skoro on ukradł, to on na pewno wie, co zrobił z łupem.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał potakująco Pikachu.
Jessica Oleson pokiwała delikatnie głową.
- Widzę, że rozmawiam z prawdziwymi profesjonalistami. Pragnę jednak o coś zapytać.
- O co takiego?
- Czy to możliwe, aby James ukradł naszyjnik i nie powiedział o tym swoim kompanom? W końcu, gdy go ukradł, ich w sali balowej już nie było, bo właśnie zaczęli uciekać. James później do nich dołączył, gdy zabrał mi mój naszyjnik.
- Skoro było tak, jak pani mówi, to rzeczywiście Jessie i Meowth mogą nie wiedzieć o naszyjniku, choć osobiście w to wątpię.
- Ale nie można tego wykluczyć - stwierdziłam.
- A zatem przede wszystkim trzeba złapać Jamesa - powiedział Ash - Choć nie zaszkodzi, jeśli w nasze ręce wpadną też jego kumple. Cała ich trójka chętnie zostanie przyjęta przez policję w Wertanii.
- Czyli biorą państwo tę sprawę? - spytała kobieta.
Ash spojrzał na mnie, a ja powiedziałam:
- Dobrze, ale proszę uprzejmie spełnić jedną naszą prośbę.
- Jaką?
- Proszę zdjąć woalkę.
Spodziewałam się, że kobieta odmówi lub zacznie się wykręcać w jakiś sposób, ale byłam w błędzie, ponieważ Jessica Oleson bez żadnego wahania spełniła moją prośbę i odsłoniła swoją twarz. Zobaczyliśmy wówczas, że była to posiadaczka ciemno-niebieskich oczu, całkiem kształtnego nosa, włosów barwy kasztanów, a także bardzo przyjemnego uśmiechu. Na oko miała tak dwadzieścia lat, może trochę więcej.
- Czy wszystko w porządku? - spytała pani Oleson.
- Tak... Przepraszam za moją podejrzliwość, ale... - zmieszałam się lekko - Po prostu, rozumie pani... Ostrożności nigdy za wiele.
- Ależ nic nie szkodzi - odparła kobieta z uśmiechem - Pewnie pani się bała, że jestem jakąś znaną przestępczynią, mam rację?
Zachichotałam lekko, a Ash położył czule dłoń na mojej dłoni i rzekł:
- Musi pani zrozumieć... Spotykaliśmy się już z różnymi osobami, nie zawsze uczciwymi i...
- Ależ rozumiem i się nie gniewam - odpowiedziała na to przyjaźnie kobieta i wyjęła ze swojej torebki książeczkę czekową - Ile wynosi pańskie honorarium, panie Ketchum?
- Wie pani... Nigdy nie biorę zapłaty z góry... - zmieszał się Ash.
- Pika-chu! - pisnął Pikachu.
- A więc to będzie tylko zaliczka - odpowiedziała kobieta, biorąc pióro do ręki - Ile to wynosi?
Ash nie wiedział przez chwilę, co ma powiedzieć, ale podał taką sumę, jaką zawsze płacił nam kapitan Rocker za rozwiązanie zagadki. Jessica Oleson zapisała sumę, podpisała czek, wydarła go z książeczki i podała go Ashowi.
- Proszę. Jeśli schwyta pan Jamesa i zmusi go do gadania, dostanie pan trzy razy tyle. A jeśli prócz tego odzyska pan także mój naszyjnik, to wtedy dostanie pan cztery razy tyle, ile jest na tym czeku. Nie jestem skąpa, jak pan widzi i w sprawie swojej pamiątki rodzinnej nie będę się targować.
Ash spojrzał na kobietę ze zdumieniem. Jak dotąd tylko jedna nasza klientka, Wielka Księżna Rosenbaum szastała wręcz ogromnymi sumami pieniędzy, aby nas przekonać do współpracy. Co prawda panna Oleson nie proponowała nam aż tak wielkiej sumy, co Wielka Księżna, ale zawsze to była spora suma.
- To... To naprawdę niepotrzebne, droga pani - powiedział Ash, gdy już odzyskał mowę.
- Potrzebne, mój drogi panie. Potrzebne - stwierdziła nieco ironicznie Jessica Oleson, powoli zakładając woalkę na twarz - Ostatecznie jest pan profesjonalistą, pana narzeczona także samo. No, a profesjonalistów należy opłacać w sposób godny. Proszę, oto mój numer telefonu. Proszę dzwonić, gdy już będziecie państwo coś wiedzieć.
Wypowiedziawszy te słowa kobieta uśmiechnęła się do nas delikatnie i powoli wyszła z domu.

***


Ponieważ posiadaliśmy pewne wątpliwości, to od razu poszliśmy do banku, aby podjąć z niego pieniądze, na jakie opiewał podarowany nam czek. Spodziewaliśmy się (czy może bardziej ja się spodziewałam), że jest on nieważny albo ma fałszywy podpis, albo też, iż taka osoba jak Jessica Oleson po prostu nie istnieje, a więc, co za tym idzie jej czek nie jest ważny. Bardzo się więc zdziwiliśmy, kiedy odkryliśmy, że wszystko z tym czekiem jest w porządku, nazwisko Oleson jest jak najbardziej szanowane, a podpis pani (lub raczej panny) Jessici zgadza się jak najbardziej z tym, jaki ma bank w swoim archiwum i pieniądze z miejsca zostały nam wypłacone. To rozwiało całkowicie nasze (a właściwie to bardziej moje) wątpliwości, a przynajmniej ich część.
- Jak widać, panna Jessica Oleson istnieje naprawdę, a jej podpis jest honorowany przez banki - powiedział Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Wiesz, to jeszcze przecież nie dowodzi tego, że ta paniusia nie jest jakąś podstępną oszustką, która chce nas wykorzystać do jakiś swoich celów - stwierdziłam.
- To prawda - pokiwał smutno głową Ash - Ale jeśli to oszustka, to jakie ma cele? Nie wiem, naprawdę nie wiem.
- Ja również nie wiem, ale tak czy inaczej to wszystko wydaje mi się co najmniej niezwykłe - powiedziałam - Ostatecznie Zespół R wcześniej nie zajmował się kradzieżą biżuterii.
- Wiesz... Ostatnio wspominali o tym, że mają nowego szefa, a więc może zmienili pewne obyczaje.
- To możliwe. Tylko jak my ich teraz znajdziemy?
- Spokojnie, mam pewien plan, jak się do tego odpowiednio zabrać - powiedział z uśmiechem Ash - Ale mimo wszystko chciałbym sprawdzić jeszcze pewne wątpliwości związane z tą osobą.
- Jakie?
- Sprawdźmy, czy ona mówi prawdę. Chciałbym się dowiedzieć, czy w sprawie tego napadu, to rzeczywiście było tak, jak ona nam to przedstawiła.
Uśmiechnęłam się delikatnie wiedząc doskonale, do czego mój luby zmierza.
- Chyba wiem, kogo chcesz poprosić o pomoc w tej sprawie.
- Miło mi to słyszeć - powiedział wesoło Ash - Jak Maxiu skończy swoją zmianę, będziemy mieli do niego zadanie.
- Oj, na pewno bardzo się z niego ucieszy - stwierdziłam dowcipnie - W końcu marzy on o tym, aby Sherlock Ash wrócił do gry.
- No, z tym wróceniem do gry, to wszystko wskazuje na to, że jest to bardziej niż prawdopodobne - zaśmiał się mój luby - Ale nie uprzedzajmy faktów. Na razie musimy wykonać powierzone nam zadanie, a potem...
Nagle Ash wpadł na kogoś, gdyż rozmawiając ze mną zagapił się na mnie i nie zauważył stojącej niedaleko osoby. Ta zaś spojrzała w jego stronę gniewnie i powiedziała:
- Mógłbyś uważać, jak chodzisz.
Ash i ja przyjrzeliśmy się tej osobie i ku swojemu ogromnemu wręcz zdumieniu zauważyliśmy, że to Jessie z Zespołu R, ale bardzo elegancko ubrana.
- Jessie! - zawołał wściekle Ash - Co ty tu robisz, ty złodziejko?!
- Jaka Jessie? O czym ty mówisz? - zapytała nieco urażonym tonem dziewczyna - Ja nie znam żadnej Jessie.
- Nie znasz, tak? A może powiesz, że mnie też nie znasz?!
- Oczywiście, że nie. A kto ty jesteś?!
Głos tej dziewczyny wydawał się co najmniej dziwny. To nie był głos Jessie, którą znamy. To był głos zupełnie innej osoby. Czyżby złodziejka z Zespołu R używała modulatora głosu? Ale po co, skoro nawet nie raczyła się przebrać tak, abyśmy jej nie poznali?
- Ty nie wiesz, kto ja jestem?! - zawołał gniewnie Ash - Na policji więc ci to przypomną, złodziejko!
To mówiąc złapał on dziewczynę za rękę i zaczął ją ciągnąć w swoją stronę.
- Puść mnie! Czego ode mnie chcesz?! - jęknęła dziwaczna osoba.
- Na posterunku się dowiesz! - warknął do niej Ash - A gdzie są twoi dwaj kumple, co?!


- Hej, kolego! Czego chcesz od mojej przyjaciółki Jessiebelle?!
Z pobliskiego sklepu wyszła jakaś młoda dziewczyna, kilka lat starsza od nas, mająca tak około dwadzieścia parę lat. Miała długie, brązowe włosy i oczy takiego samego koloru. Jej strój był bardzo podobny do szkolnego mundurka, a stanowiła go biała koszulka, zielona kamizelka, spódniczka tej samej barwy, białe podkolanówki i czarne buty. Osoba ta patrzyła na nas wzrokiem pełnym oburzenia.
- Można wiedzieć, czego chcecie od Jessiebelle? - spytała.
- Jessiebelle? To tak się nazywasz? - zapytałam zdumiona osoby, którą szarpał Ash.
- Tak, właśnie tak się nazywam. A wy to niby kto? - odparła mocno nadąsana dziewczyna.
Ash puścił rękę osoby i zachichotał nerwowo.
- Strasznie cię przepraszam. Wziąłem cię za kogoś innego.
- Pika-pika-chu! - pisnął przepraszająco Pikachu.
- Nic nie szkodzi, ale na przyszłość bądź łaskaw uważać.
- Panicz Ketchum na pewno będzie uważał na przyszłość. W końcu to jego branża, prawda? Uważać i myśleć o przyszłości całej ludzkości, a już zwłaszcza pod względem bezpieczeństwa. Mam rację, Ash?
- My się znamy? - zapytał mój luby.
- Oczywiście, nie poznajesz mnie? Jestem Giselle.
Ash spojrzał na nią uważnie i jęknął:
- O rany! Giselle? To rzeczywiście ty?!
- Tak, to właśnie ja - odparła ironicznie Giselle - Widzę, że mnie nie poznałeś od początku. I nic dziwnego. Ja ciebie też bym pewnie od razu cię nie poznała, gdybym nie widziała w gazetach i w Internecie twoich zdjęć. Od czasu tej akcji z organizacją Rocket jesteś sławny.
- Dziękuję, nie narzekam na brak sławy - odpowiedział Ash - Na brak zajęć także, więc wybacz, ale musimy oboje już iść. Mamy swoje sprawy do załatwienia.
- Rozumiem, ale jakby co, to wpadnijcie oboje do mnie. Chętnie z tobą powspominam dawne czasy. I weź ze sobą tego swego kumpla Brocka. Jego też chętnie znowu zobaczę.
- Zastanowię się - powiedział Ash i złapał mnie za rękę, odciągając mnie od tajemniczej dziewczyny.
- Co ci się stało, Ash? - spytałam zdumiona - Czemu tak szybko od niej odbiegłeś?
- Ponieważ bardzo dobrze ją znam i nie wspominam miło ostatniego z nią spotkania.
- Pika-pika! Pika-chu! - potwierdził Pikachu.
Uśmiechnęłam się delikatnie, coś sobie powoli przypominając.
- Chwileczkę, a czy to nie jest aby ta sama Giselle, do której ty i Brock mieliście raz słabość?
- Tylko tyle zdołałaś zapamiętać z mojej opowieści? - rzucił nieco złośliwie Ash.
- Wiesz... Ten fragment tej opowieści najbardziej mnie zaciekawił - zaśmiałam się dowcipnie - Jak myślisz, co ona tu robi?
- Nie wiem, ale mam nadzieję, że nie podrywać Brocka.
Parsknęłam śmiechem.
- Wątpię, skarbie, aby właśnie tego chciała.
- Może i nie, ale za to ja wątpię, aby miała ona dobre zamiary wobec kogokolwiek. Zwłaszcza, jeśli zadaje się z sobowtórem Jessie. Swoją drogą, ta cała Jessiebelle...
- Co z nią nie tak?
- Pika-pika? - pisnął pytająco Pikachu, patrząc z niepokojem na swego trenera.
- Sam nie wiem. Ale wydaje mi się, że już gdzieś słyszałem to imię. I postać podobna do Jessie też nie jest mi obca. Tak, jestem tego pewien. Tak! Wiem dobrze, że gdzieś już taką osobę spotkałem, tylko nie potrafię sobie przypomnieć, gdzie i kiedy.
- Sądzisz, że to takie ważne? - zapytałam.
- Nie wiem, Sereno - Ash wzruszył ramionami - Być może nie.


C.D.N.

wtorek, 10 lipca 2018

Przygoda 115 cz. I

Przygody CXV

Uciekający narzeczony cz. I

Opowiadanie dedykuję moim dwóm wiernym czytelnikom:
1. Loki27 - współautorowi tego dzieła, który wymyślił większość scenariusza tej historii

2. Kkkkk - który wymyślił drugi główny wątek tej opowieści


- Jesteście gotowi?! - zawołałam wesoło.
Siedziałam właśnie wraz z Lillie, Arią, Maxem i Claudem na pomoście nad samym morzem na obrzeżach miasta Lumiose. Mieliśmy na sobie stroje kąpielowe, gdyż był upał, a do tego chcieliśmy sobie po wszystkim wesoło popływać w morzu, korzystając z nadarzającej się ku temu wręcz wspaniałej okazji oraz tego, że mamy wręcz wyśmienite humory.
Ash i Randall w kąpielówkach stali na okrągłych pojazdach wyglądem przypominających wielkie boje, do których były przywiązane ich wodne Pokemony. Do pojazdu Asha był przymocowany Totodile, z kolei Randall do swojego pojazdu miał przywiązanego Froakiego. Oba te stworki są co prawda małe, ale na całe szczęście pojazdy, pomimo swoich dość sporych gabarytów były lekkie, a i same Pokemony miały znacznie więcej siły niż na to wyglądały, dlatego też byliśmy całkowicie spokojni o to, że zarówno Totodile, jak i Froakie zdołają uciągnąć swoich trenerów oraz ich pojazdy. Zresztą stworek Asha już wcześniej brał udział w podobnych wyścigach, choćby podczas podróży mojego chłopaka po regionie Johto. Jak mi mówił Ash, gdy zatrzymali się w Alto Mare, to on i Misty wzięli udział w wodnych wyścigach bardzo podobnych do tych, jakie urządzali teraz on i Randall. I właśnie Totodile partnerował swojemu trenerowi w tym wyścigu, więc Ash był pewien, że i tym razem da sobie radę, a przy okazji też w grę wchodził jeszcze jeden aspekt - mianowicie taki, że mój luby chciał użyć do zawodów takiego Pokemona, który gabarytami, a także siłą dorównywał Froakiemu Randalla i nie przewyższał go pod żadnym względem.
- Oba Pokemony muszą mieć równe szanse. To podstawa - stwierdził Ash tonem godnym Mistrza Pokemonów, gdy omawialiśmy tę sprawę.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu.
Stworek siedział teraz na pomoście razem z nami i Buneary, wręcz nie odrywając wzroku od obu przeciwników.
- Jesteśmy gotowi! - zawołał wesoło Ash.
- Jak zawsze - dodał z uśmiechem Randall, ale po chwili lekko syknął i złapał się za pierś.
Ash spojrzał na niego z troską i niepokojem.
- Wszystko w porządku, Randall? - zapytał.
Chłopiec delikatnie pomasował sobie dłonią pierś, na której widniała niewielka blizna po gwiazdce ninja, którą to ranę otrzymał niedawno od Cleo Winter. Na szczęście rana zadana tą bronią, choć była bolesna i przez chwilę sprawiała ona wrażenie niebezpiecznej, to jednak nie zagroziła życiu Randalla i ten mógł dość szybko wyjść ze szpitala i kontynuować walkę o Symbol Przyjaźni. Ash oczywiście nie miał nic przeciwko temu, ale też zapowiedział wyraźnie, że jego przeciwnik musi czuć się dobrze i na siłach, aby móc z nim walczyć. Randall zapewniał go, że ma się doskonale, ale Ash miał co do tego poważne wątpliwości, a teraz wzrosły one i to znacznie.
- Słuchaj, jeśli czujesz się słabo, to możemy odłożyć nasz wyścig na później - powiedział Ash zaniepokojony.
- Właśnie. Przecież się nie pali - dodałam.
Randall jednak był uparty.
- Nie, nie po to tutaj przyszliśmy, żeby rezygnować. Poza tym chcę to mieć już za sobą.
Wszyscy próbowaliśmy go przekonać do zmiany zdania, ale nic to nie dało, więc daliśmy sobie spokój i postanowiliśmy już nie naciskać.
- No dobrze, niech ci będzie - powiedziałam - Ale proszę, uważajcie na siebie.
- Spokojnie, Sereno - uśmiechnął się do mnie czule Ash - Płyniemy do tej boi tam i zaraz wracamy.
- A więc nie potrwa to długo - odpowiedział Max - To jazda, chłopaki! Już się nie możemy doczekać.
- Uwaga! - zawołała Lillie wesołym tonem - Na miejsca... Gotowi... Start!
Ash i Randall wystartowali wraz ze swoimi Pokemonami, które zaczęły ciągnąć ich pojazdy z zawrotną szybkością.
- I ruszyli! - zawołał wesoło Max.
- Oby tylko temu chłopcu nic się nie stało - powiedział z niepokojem w głosie Claude, chłopak Arii - Wyglądał na trochę słabowitego.
- Nic dziwnego - odpowiedziała mu Aria vel Ariana - Przecież nie tak dawno oberwał i to bardzo mocno gwiazdką ninja od jakieś wariatki, która z jakiegoś powodu uwzięła się na Asha. Jak ona tam się zwie?
- To bez znaczenia - mruknęłam ponuro.
Nie chciałam rozmawiać o Cleo z Arią, bo uważałam, że Ash nie byłby z tego powodu zachwycony, zwłaszcza, iż był zawsze wobec panny Winter nad wyraz wyrozumiały. Uważał, że ta dziewczyna po prostu jest bardzo nieszczęśliwa i nie chciał, aby miała problemy i była ścigana przez policję, a prócz tego miał nadzieję, iż ona sobie odpuści lub przejrzy na oczy. Ta chęć wzrosła w nim znacznie mocniej, odkąd tylko miał okazję zetrzeć się z nią wtedy, na boisku w Lumiose. Ash mówił wtedy, iż zobaczył w oczach Cleo coś, co sprawiło, że nie był w stanie jej skrzywdzić ani pragnąć jej krzywdy.
- Nie umiem tego nazwać, ale to, co dostrzegłem w jej oczach, to było coś, co wcześniej zdawałem się już dostrzegać, jednak nie tak wyraźnie jak właśnie wtedy - mówił do mnie Ash niedługo po tym starciu - Ja ci mówię, Sereno, gdybyś i ty widziała wtedy jej oczy, to byś nie umiała życzyć jej źle.
- Ja tam nie życzę jej źle, tylko żeby wreszcie zrozumiała, kto jest jej wrogiem, a kto przyjacielem - odpowiedziałam mu na to - Domino nie żyje, a mimo to Cleo wciąż wierzy w to, co ona jej nagadała.
- Domino nie żyje, ale żyją jej kłamstwa.
- Właśnie. Ale sądzisz, że ona może jeszcze przejrzeć na oczy?
- Bardzo bym tego chciał. Żal mi jej. Starsza siostra wiele dla niej znaczyła, więc nic dziwnego, że chce ją pomścić.
- Dobrze, ale czy musi tak idiotycznie wierzyć w to, iż ty ją zabiłeś?
- Najwidoczniej musi. Pamiętaj, że przecież poza mną, tobą, Melody i Traceym nikt nie widział śmierci J, a jej ciało Zapdos spalił na wióry, więc nie było nawet komu jej zidentyfikować ani też zaświadczyć to, że ja nie odpowiadam za śmierć tej kobiety.
- Ale nie ma też dowodów na to, że ty masz z tym coś wspólnego.
- Może i tak, ale najwidoczniej Domino pokazała Cleo jakieś dowody mojej winy.
- Dowody? Phi! Pewnie takie, które sama sfabrykowała.
- Może i tak, ale weź to powiedz Cleo. Widziałaś sama, jak reaguje na wszelkie rozmowy na ten temat.
- Tak, widziałam. A ty za to widziałeś w jej oczach coś, czego ja nie zdołałam dostrzec, ale nie wiem, co to takiego może być.
- Ja sam jakoś nie potrafię tego nazwać po imieniu. Myślę, że to było coś na kształt rozpaczy, wielkiego bólu i zarazem... miłości.
- Miłości? Do kogo? Do siostry?
- Może i do siostry... A może do kogoś innego?
- Do kogo?
- Sam już nie wiem. Zresztą może ja wcale nie widziałem tego, o czym mówię? Może źle odebrałem to, co widziałem? Naprawdę sam już nie wiem. Ale wiem jedno... Nie chcę jej robić problemów i nie chcę, aby cierpiała. Chciałbym, aby wreszcie przejrzała na oczy i bardzo chcę jej w tym pomóc. Tylko, że nie mam pojęcia, jak to zrobić.
Z powodu tej oto rozmowy wolałam nie wypowiadać nazwiska Cleo Winter przy obcych ludziach, nawet jeśli nas lubią i my ich lubimy.


- Tak czy inaczej, Randall jest pełen zapału - stwierdziła Lillie, która zmieniła temat.
- Mam tylko nadzieję, że on wie, co robi - powiedziałam do moich przyjaciółek - Nie wyglądał najlepiej, gdy się tak zwijał z bólu.
- Sądzisz, że za wcześnie wyszedł ze szpitala? - spytała Aria.
- Wiesz... Lekarze uznali, iż nie musi już leżeć w szpitalu, więc może wyjść, ale mimo wszystko zaznaczyli także, że ma się nie przemęczać, a coś mi mówi, że takie coś to właśnie przemęczanie się.
- To prawda, ale sama go słyszałaś - powiedziała Lillie - Twierdził, że wszystko jest dobrze.
- Właśnie i w tym problem - jęknął zasmucony Claude - Bardzo się o niego niepokoję. Oby tylko nie miał problemów z powodu swojego uporu.
- Bądźmy dobrej myśli - odparła Aria i spojrzała w kierunku naszych ścigających, którzy byli już tylko malutkimi plamkami na horyzoncie.
- Właśnie, bez paniki. Musi być dobrze...
Obserwowaliśmy dalej naszych ścigających, aż dopłynęli oni do boi i po jej minięciu zawrócili i zaczęli płynąć w naszą stronę. Niestety, kiedy już to zrobili, to stało się coś bardzo dziwnego. Obie plamki (będące naszymi kochanymi zawodnikami) nagle przestały się poruszać, a właściwie tylko jedna plamka przestała się poruszać, a to dlatego, że wręcz zniknęła nam z oczu, a druga powoli zaczęła sunąć w naszą stronę, ale naraz przestała to robić i zawróciła w kierunku pierwszej.
- Co się tam dzieje? - spytał Claude - Przerwali wyścig?
- Nie wiem. Są za daleko i nie widzę - powiedział Max - Ma ktoś może lornetkę?
- Ash ma - zauważyłam i sięgnąłem do jego torby.
Mój luby miał lornetkę, którą często nosił ze sobą w plecaku, a którą otrzymał na swoje szesnaste urodziny. Parę razy nam się ona przydała i teraz także.
- Poczekajcie, zaraz zobaczę, co się tam dzieje - powiedziałam.
Spojrzałam przez lornetkę i zauważyłam, że Ash podpływa szybko wraz ze swym stworkiem do pojazdu Randalla, jednak samego Randalla nie było nigdzie widać.
- Chyba coś się stało Randallowi, bo nigdzie go nie widać.
- Co?! - jęknął Max, podbiegając do mnie.
- Pokaż - powiedziała Lillie i zabrała mi lornetkę.
Spojrzała przez nią i zawołała:
- Rzeczywiście! Nie ma Randalla! Musiał wpaść do wody!
- O Boże! - jęknęłam wraz z Arią.
Wzięłam ponownie lornetkę i zaczęłam przez nią patrzeć.
- Spokojnie... - powiedziałam po chwili - Już go widzę! Wynurzył się wraz z Froakiem. Ash pomaga mu wsiąść na pokład.
- Jest cały? - spytała zaniepokojona Lillie.
- Tak, wszystko jest z nim dobrze. Z Ashem zresztą też - dodałam - O czymś teraz rozmawiają, tylko nie wiem, o czym. Myślę, że Ash chce, aby Randall już dał sobie spokój z wyścigiem, a on nie.
- Ale obaj są cali?
- Na to wygląda.
- Uff... Dzięki Bogu - Lillie otarła pot z czoła - Ale co się stało?
- Dowiemy się na miejscu - odpowiedziałam - Zaraz tu będą.
- Widzę! Znowu suną w naszą stronę! - uśmiechnął się na to Claude - Ci chłopcy to mają dopiero zapał do działania.
- A co myślałeś? Taki typ - zaśmiała się wesoło Aria.
- Ale suną! - powiedział Max - Widzę ich coraz wyraźniej!
- Tak. Za chwilę tu dotrą! - zawołał wesoło Claude - Ciekawe, który będzie pierwszy.
- Chyba Ash. Jest na przedzie - odpowiedziałam, powoli opuszczając lornetkę.
Obaj przeciwnicy zbliżali się coraz bliżej do pomostu, idąc wręcz łeb w łeb. Randall chwilami wyprzedzał Asha, ale tylko po to, aby zaraz potem zostać przez niego wyprzedzonym i tak kilka razy, aż w końcu dopadli do pomostu i wskoczyli na niego, ale Ash był o kilkanaście sekund pierwszy.
- Wygrałeś! - zawołała radośnie Lillie, ściskając czule swego kuzyna - Wygrałeś, kuzynku!
- Brawo, Ash! Górą nasi! - dodał wesoło Max.
Wszyscy zaczęliśmy wiwatować na cześć zwycięzcy, również Randall to zaczął robić, choć przecież przegrał.
- A więc znowu jesteś lepszy - uśmiechnął się chłopiec, choć w jego uśmiechu widać było wyraźny smutek - Gratuluję ci. Zasługujesz na tytuł Mistrza Pokemonów. A ja nie zasługuję na Odznakę.
- Weź nie przesadzaj - odpowiedział mu Ash - Przecież wiesz, że gdyby nie twoja niedawna rana, to...
- A co się stało? - spytałam zaniepokojona.
- Zabolała mnie moja rana, gdy skręcaliśmy, nie zdołałem się utrzymać na kuli i wpadłem do wody - odpowiedział smutno Randall - Ale mój drogi Froakie zobaczył to i skoczył mi na pomoc.
- I jeszcze zaalarmował nas - zauważył Ash - A ja i Totodile z miejsca zawróciliśmy, aby pomóc, ale Froakie uwinął się doskonale. Dzielny z niego Pokemon.
Wyżej wzmiankowany stworek zapiszczał delikatnie i przyjął od nas z rumieńcem na pyszczku wszelkie gratulacje, których nie skąpiliśmy mu w żaden sposób, gdyż w pełni sobie na nie zasłużył.
- To mój prawdziwy przyjaciel - powiedział Randall z dumą w głosie i uściskał swego Pokemona za szyję - Co z tego, że nie wygrałem Symbolu Przyjaźni? Mam przyjaciela i to dla mnie prawdziwa wygrana.
- Myślę, że mogę sprawić, aby była jeszcze większa - uśmiechnął się do niego wesoło Ash.
To mówiąc podszedł on do swojego plecaka i wyjął z niego niewielki przedmiot i podszedł do Randalla.
- Profesor Oak przysłał mi to dzisiaj przez telefon w pokeballu. Byłem pewien, że bardzo mi się przyda, nawet jeśli ja wygram wyścig.
Po tych słowach podał on ów przedmiot chłopcu do ręki. Gdy Randall otworzył dłoń, to zobaczyliśmy leżący na niej Symbol Przyjaźni.
- Ale... Ash... - jęknął zdumiony Randall - Przecież ja... Ja przecież... Nie zasłużyłem.
- Przeciwnie, zasłużyłeś - odpowiedział z uśmiechem Ash - W końcu jako Ósmy Mistrz Strefy Walki posiadam przywilej, iż mogę dawać ten oto Symbol komu zechcę i nie musi to być osoba, która mnie pokona. To musi być przede wszystkim osoba, która wykazała się wielką przyjaźnią ze swoim Pokemonem, a ty się taką właśnie wykazałeś.
- Ja?
- A tak, ty. Przecież Froakie jest twoim prawdziwym przyjacielem, to widać aż nadto wyraźnie. Gdyby nim nie był, to nie ruszyłby ci z pomocą, gdy wpadłeś w tarapaty.
- I to mnie upoważnia do otrzymania Odznaki?
- No oczywiście - uśmiechnął się delikatnie Ash - Ja wiem, co mówię, stary. Zasługujesz na Symbol Przyjaźni i nie ma co gadać. Proszę więc, abyś go przyjął.
Randall trochę się wahał, ale ostatecznie przyjął Odznakę i to bardzo zadowolony z tego faktu.
Potem wszyscy radośnie wskoczyliśmy do wody i popływaliśmy sobie w morzu, śmiejąc się przy tym i chlapiąc delikatnie. Bawiliśmy się po prostu doskonale i żal nam było potem wychodzić z wody i wracać do miasta, co jednak w końcu musieliśmy zrobić, kiedy już nadszedł na to czas. Poza tym zgłodnieliśmy i chcieliśmy coś przekąsić, a więc cóż... Siła wyższa.
Tak czy inaczej mieliśmy wiele powodów do radości i okazywaliśmy tę radość bez najmniejszej krępacji, bawiąc się w najlepsze do bardzo późnego wieczoru.

***


To wydarzenie, od którego rozpoczęłam moją opowieść miało miejsce niedługo przed tym, jak Aria i Claude wyjechali razem na swoją wycieczkę. Bardzo nas wszystkich ta mała przygoda ucieszyła, dlatego też musiałam o niej wspomnieć w moich pamiętnikach. Cieszyło nas to, że Randall zdobył wymarzony przez siebie Symbol Przyjaźni, który był zarazem jego pierwszą Odznaką w jego karierze trenera Pokemonów. Miał dzięki temu sukcesowi nadzieję na to, że zdoła zdobyć inne Odznaki w regionie Kalos.
- Życzymy ci tego z całego serca - powiedział Ash, gdy Randall wyraził taką właśnie nadzieję.
- Wszyscy razem i każde z osobna - dodałam przyjaźnie, szczerze też mając nadzieję na to, że chłopakowi się uda.
- Kto wie? Może kiedyś dołączysz do szeregu Mistrzów Ligi Kalos - zaśmiał się wesoło Ash - Przyznam ci się szczerze, stary, że nie miałbym nic przeciwko temu, abyś dołączył do mnie i Dianthy.
- Nie myślałem jeszcze o tym, ale kto wie? Czas pokaże, jak to będzie - odparł na to wesoło Randall.
Nieco później chłopiec wyruszył w swoją dalszą podróż, a potem Aria wraz z Claudem odleciała. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o nią, to moim zdaniem dokonała ona słusznego wyboru. Claude okazał się być bardzo miłym oraz sympatycznym człowiekiem, na poważnie podchodzącym do przyjaźni i miłości, a jego charakter nie posiadał ani cienia zaborczości, dlatego byłam całkiem spokojna o przyszłość Arii. Wiedziałam, że z takim człowiekiem może ona się związać i to bez żadnych obaw. W zachowaniu Claude’a nie dostrzegłam ani odrobiny fałszu, którego to aż w nadmiarze widziałam w zachowaniu takich osób jak Francis Star lub Cary Grenet. Ich postępowanie miało naprawdę wiele fałszu, więc po zaznajomieniu się z tymi kolesiami mogłam rozpoznać, czym się taki fałsz charakteryzuje. Albo więc Claude był doskonałym aktorem, albo też zwyczajnie był uczciwy i jego uczucia wobec Arii były całkowicie szczere. Jak na razie, to wszystko wskazywało na to drugie i miałam nadzieję, że dalej tak będzie.
Nasz pobyt w Lumiose potrwał jeszcze kilka dni, podczas których mieliśmy okazję przyjrzeć się lepiej Palermo i jej właśnie rozpoczętemu na nowo związkowi z dawnym ukochanym. Z tego, co widzieliśmy oboje już zdołali się dogadać ze sobą i odnowić dawne uczucie, które pozostało wciąż takie samo jak wcześniej, tylko nieco zagasło przez te wszystkie lata, więc musiało uzyskać trochę paliwa, aby ponownie się rozpalić tak, jak kiedyś, co się na szczęście udało, a w każdym razie wiele na to wskazywało.
- Mam nadzieję, że jej także się ułoży - powiedziałam do Asha, gdy oboje spacerowaliśmy sobie ulicami Lumiose - I że ułoży się Arii. Bardzo chcę, aby obie były szczęśliwe w swoich związkach.
- Widzę, skarbie, że bardzo sprzyjasz obu tym związkom - zaśmiał się delikatnie mój ukochany.
- No, już taka ze mnie romantyczka - zachichotałam - Ale o ile dobrze wiem, to ty także masz w sobie sporo romantyzmu.
- A tak. Co to, to tak - Ash spojrzał na mnie wesołym uśmiechem i objął mnie czule do siebie - To sama prawda. Nie zaprzeczam, Sereno. Ale żeby zaraz tak wszystkich swatać?
- A czy ja ich swatam? - parsknęłam śmiechem - Mylisz pojęcia, mój kochany. Ja po prostu życzę im jak najlepiej i nic poza tym. Oni sami się ze sobą połączyli, a ja tylko im kibicuję. Trzymam za nich mocno kciuki i nic poza tym.
- I słusznie. Nie ma co się pchać między nich w roli swatów - zaśmiał się mój ukochany - Zakochani sami się najlepiej ze sobą dogadają.
- A żebyś wiedział. My się sami ze sobą dogadaliśmy wtedy w lesie, podczas postoju w nocy z 31 maja na 1 czerwca. Pamiętasz?
- Pamiętam i nigdy tego nie zapomnę. To były jedne z najpiękniejszych chwil w naszym życiu.
- A szykuję się nam następne w przyszłości, jestem tego pewna.
- Ja także i mam nadzieję, że nie tylko nam się one szykują. Liczę, że również Aria i Palermo ze swoimi ukochanymi także odnajdą szczęście.
- Właśnie. Wiesz... To zabawne. Nie tak dawno życzyłam Palermo, aby spadły na nią wszystkie plagi egipskie, a dzisiaj...
- A dzisiaj jest twoją przyjaciółką.
- No, z tą przyjaciółką to ja bym nie przesadzała. Chyba jeszcze minie trochę czasu, zanim obie będziemy mogły obdarzyć się takim tytułem. Ale to więcej niż pewne, że lubię ją i chcę, aby jej się powiodło.
- Poznałaś jej ludzkie oblicze i oceniasz ją inaczej niż poprzednio - stwierdził na to Ash.
- Właśnie.
Długo jeszcze spacerowaliśmy z Ashem, w towarzystwie idących tuż przy nas Pikachu i Buneary, jednocześnie rozmawiając o różnych bardzo dla nas przyjemnych spraw, nie przejmując się przy tym niczym, co może nam przynieść nowy dzień.


A nowe dni przyniosły nam to, że Max i Lillie po telefonie od Mallow polecieli do Alabastii, aby móc przygotować coś dla Clemonta z okazji jego oficjalnego powrotu do naszej paczki. Chłopak, co prawda był zdrowy już od paru tygodni, ale trochę zabawił ze swoją ukochaną i siostrą na wyspie Melemele, gdzie bardzo dobrze się czuł i szkoda było mu się rozstawać z tym miejscem. Poza tym znalazł bratnią duszę z panem Cheerfulem, który również był swego rodzaju wynalazcą (choć według Lillie zawsze zajmował się przede wszystkim mechaniką i naprawianiem wszelkiej maści urządzeń technicznych, w czym nie miał sobie równych). Obaj sympatyczni geniusze wyprodukowali kilka ciekawych urządzeń i dlatego nic dziwnego, że nie spieszno im było do tego, aby się żegnać, ale cóż... Clemonta wzywały jego obowiązki w restauracji „U Delii“, choć może powinnam powiedzieć, że nie tyle obowiązki, co ich poczucie, którym charakteryzował się Clemont. To właśnie wielkie poczucie obowiązku sprawiło, iż ostatecznie powrócił do Alabastii, a tam już czekało na niego przyjęcie niespodzianka, które Delia urządziła wraz z Meyerem, w czym pomogli im wszyscy nasi przyjaciele, a w każdym razie ci, którzy właśnie przebywali w mieście. My też chcieliśmy pomóc, ale otrzymaliśmy prośbę od mojej przyszłej teściowej, aby tego nie robić, ponieważ również i dla nas jest szykowana mała niespodzianka, więc cóż... Nie mogliśmy wrócić wcześniej aniżeli będzie ona gotowa. Dlatego też zostaliśmy w Lumiose jeszcze parę dni, spędzając czas na wszystkim, co tylko w tym mieście można robić. Chodziliśmy do kina, na plażę, do sauny, do teatru, a nawet udało się nam pójść do opery i to na „Traviatę“. Ash był wtedy w operze drugi raz w życiu, ponieważ pierwszy pobyt w tym miejscu zaliczyliśmy w Paryżu, podczas poszukiwań tajemnicy naszych snów. Ash wcześniej nie miał zbytnio możliwości odwiedzić operę, chociaż uwielbiał muzykę klasyczną, a i kilka arii znał na pamięć, ale operę miał możliwość odwiedzić dopiero w Paryżu. Co prawda już wcześniej mieliśmy nawet i kilka możliwość, aby iść na spektakl do opery, jednak zawsze trafialiśmy na uwspółcześnione wersje oper, czyli takie, gdzie bohaterowie są ubrani we współczesne ciuchy, co zdecydowanie raziło nasze oczy. Jak dla mnie, to teatr czy opera muszą być ukazywane w sposób tradycyjny, czyli aktorzy winni nosić tradycyjne stroje, aby w pełni oddać klimat czasów, w jakich opera czy sztuka powstała. Ash podzielił moje zdanie i uznał, że lepiej jest poczekać na przedstawienie, które będzie ukazane w sposób tradycyjny. No i doczekaliśmy się tego najpierw w Paryżu, a potem w Lumiose. A gdy już się tej pięknej chwili doczekaliśmy, to Ash był wyraźnie zachwycony i wiedział, że co jak co, ale opera będzie zawsze czymś, co będzie uwielbiał, podobnie zresztą jak ja.
Podsumowując, spędziliśmy bardzo miło czas w Lumiose, aż w końcu otrzymaliśmy wiadomość od Delii, że możemy oboje spokojnie wrócić do Alabastii, ponieważ ta oto piękna niespodzianka, którą dla nas szykowano już była przygotowana, więc mogliśmy spokojnie wracać, co też oczywiście zrobiliśmy.
- Ciekawi mnie, co też dla nas uszykowano - powiedziałam wesoło do mojego ukochanego.
- Czas pokaże, skarbie. Czas pokaże - odparł Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.

***


- Drodzy państwo, teraz oto przedstawię wam coś, do czego projekt przygotowałem jeszcze w Melemele! - zawołał wesoło Clemont w stronę ludzi zebranych w pomieszczeniu.
Muszę tutaj zauważyć, że tym pomieszczeniem była sala główna w restauracji „U Delii“, gdzie byli zebrani nasi najlepsi przyjaciele, będący też serdecznymi przyjaciółmi Clemonta. Wszyscy byli bardzo szczęśliwi widząc naszego kochanego wynalazcę całego i zdrowego, a do tego też ubranego w piękny, wieczorowy strój o ciemnym kolorze oraz z wielkim uśmiechem na twarzy. Ten widok był naprawdę miły naszym oczom i uwielbialiśmy mu się bardzo przyglądać, jakbyśmy się obawiali, iż ten widok może bardzo szybko zniknąć, co też było prawdą, gdyż takie obawy krążyły nam chwilami po głowie.
- Dzięki nauce przyszłość mamy dziś! Włączam zestaw Clemonta! - zawołał radośnie nasz drogi przyjaciel i zerwał ze stojącego obok niego przedmiotu wielką, białą płachtę, która zakrywała ów przedmiot.
Wówczas naszym oczom ukazało się coś, co wyglądało jak bieżna do biegania, ale z dodatkami kilku dziwnych dźwigni i jeszcze wielu guzików, które wyglądały co najmniej dziwacznie.
- Przedstawiam wam oto Specjalistyczny Masażer Nóg!
- Specjalistyczny Masażer Nóg? - zapytałam z politowaniem.
Jak zwykle nazwa była mówiąca sama za siebie i to aż nazbyt.
- No i mój brat wraca do formy we wszystkich aspektach - mruknęła złośliwym tonem Bonnie.
Ash i Josh bynajmniej nie ukrywali swego zachwytu wynalazkiem.
- Nauka jest niesamowita! - zawołali obaj jednocześnie.
- Pika-pika-chu! - pisnął zachwycony Pikachu.
- No tak... To u nas rodzinne - zaśmiała się Dawn, która właśnie stała obok mnie.
- Co takiego? - spytałam ją zainteresowana tym, co mi mówi.
- Zachwyt nauką - odparła panna Seroni.
- Czyli mówisz, że ty także jesteś zachwycona nauką? - zachichotałam.
- Nie tak, jak mój brat i ojciec, ale nie powiem... Jest w tym coś, co może budzić zachwyt, ale aż taka euforia wydaje mi się mocno przesadzona.
- Pewnie, że przesadzona - rzuciła stojąca po mojej drugiej stronie Misty - Ale cóż... Ash zawsze robi ze wszystkiego wielkie halo, a jego tata widać także lubi to robić.
- Cóż... To widać u nich rodzinne - zaśmiała się Melody, podchodząc do nas - Obaj są nieźle stuknięci.
- Ale pozytywnie - zauważyłam.
- A tak, pozytywnie. A kto mówi, że nie? - zachichotała dziewczyna z Shamouti - Podobnie jak Clemont, który wejdzie kiedyś do tej zwariowanej rodzinki. Więc cóż... Jak widać, swój do swego ciągnie.
- A żebyś wiedziała - zaśmiałam się.
Tymczasem Clemont, który wcale nie zdawał sobie sprawy z tego, jaką właśnie rozmowę prowadzimy, podszedł do swego wynalazku i powiedział:
- Ten wynalazek wygląda jak zwykła bieżnia, ale jest czymś o wiele lepszym od niej, ponieważ podczas chodzenia nogi użytkownika są lekko oplecione tymi oto kabelkami, które je rozmasowują za pomocą właściwie dopasowanych fal.
- Ekstra! To mi się podoba! - zawołał zachwycony Ash.
- To wynalazek z pewnością bardzo użyteczny! - uznał Josh.
Clemont lekko się zarumienił z zachwytu.
- Dziękuję. Miło mi to słyszeć. I postaram się zaraz tego wam dowieść za pomocą małego eksperymentu.
Następnie bardzo zadowolony stanął na bieżni, przymocował sobie do nóg małe kabelki od wynalazku i uruchomił je przyciskiem, po czym powoli zaczął iść na bieżni. Wszyscy przyglądaliśmy mu się z uwagą.
- Widzicie? Spaceruję sobie, a jednocześnie nogi moje są masowane właściwymi falami elektromagnetycznymi. Pozostałe zaś kabelki, które tutaj widzicie można podłączyć do brzucha i dzięki temu fale będą też masować brzuch i sprawiać, że gubi on tłuszcz.
- Ty to nie masz raczej czego gubić, chudzielcu - zaśmiał się Max.
- Wiem, ale innym może się przydać - powiedział wesoło Clemont - I co o tym sądzicie?
Wszyscy musieliśmy uczciwie przyznać, że naprawdę bardzo dobrze mu wyszedł ten wynalazek, dlatego szczerze i uczciwie powiedzieliśmy to naszemu wynalazcy, który wręcz płonął z dumy.
- Dziękuję, ale jeszcze nie wiecie, na co stać mój wynalazek - zaśmiał się Clemont i nacisnął kilka guzików na małej tabliczce umocowanej na cienkiej, podłużnej podstawce tuż przy jego rękach - Teraz nastawiłem moc na nieco wyższe obroty, aby się można było poruszać szybciej.
- Mam jakieś złe przeczucia - powiedziałam do Dawn.
- Ja także... Coś mi mówi, że zaraz coś się stanie i raczej coś niezbyt miłego dla Clemonta - odpowiedziała panna Seroni.
Miała rację, gdyż nagle tabliczka z guziczkami do ustawiania prędkości zaczęła lekko dymić, a Clemont biegł na bieżni dysząc coraz mocniej.
- Clemont, szybko! Wyłącz to! - zawołał przerażony Ash.
Wynalazca zaczął naciskać jeden po drugim guziki na tabliczce, ale nic mu to nie dało, gdyż ta zaczęła jeszcze mocniej dymić.
- Clemont, złaź stamtąd! - zawołała Dawn, równie mocno przerażona, co jej brat.
- Nie mogę się zatrzymać! - jęknął biedak.
Chwilę później, zanim ktokolwiek z nas zdążył cokolwiek zrobić, mała tabliczka wybuchła i bieżnia się zatrzymała, zaś Clemont opadł na podłogę cały pokryty sadzą.
- No i kolejny badziewny złom dołączył do swoich kolegów - mruknęła Bonnie.
- Nie! Dlaczego?! Dlaczego?! Dlaczego?! - jęczał załamany Clemont.
- Biedak... Nie ma dzisiaj szczęścia do techniki - rzekł Steven Meyer, podnosząc powoli syna z podłogi.
- Oj tak, to widać - rzuciła Dawn, również podchodząc do chłopaka i pomagając mu się otrzepać z kurzu.
- Wiesz co, kochanie? - zaśmiał się Ash - Myślę, że właśnie poczułem, iż właśnie wszystko wraca do normy.
- Tak... Zdecydowanie wraca - zachichotałam lekko - I bardzo dobrze, bo brakowało mi tego.
- Mnie również, kochanie - odpowiedział mi Ash - Mnie również.

***


Musieliśmy otworzyć okna, aby dym spowodowany wybuchem jakoś wywietrzał i żebyśmy mogli normalnie znajdować się w tym pomieszczeniu, co na szczęście nam się udało, a prócz tego musieliśmy pomóc Clemontowi doprowadzić się do porządku. Gdy już to się stało, to bardzo zadowoleni powróciliśmy do zabawy. Sprzęt Clemonta został przeniesiony do innego pomieszczenia, aby tam przeczekać zabawę.
- Wynalazek wymaga jeszcze kilku poprawek, to pewne - zaśmiał się delikatnie Clemont - Ale jestem pewien, że będzie z niego użytek. Jeszcze zobaczycie.
- Nie śmiemy w to wątpić - odpowiedziała Dawn nieco zadziornie i czule przytuliła się do chłopaka - Ale spokojnie, kochanie. Na razie nie myśl o wynalazkach, tylko chodź i baw się z nami! Pamiętaj, że to zabawa na twoją cześć.
- I nie tylko na moją - stwierdził Clemont wesołym głosem - A propos chyba pora na to, aby zespół muzyczny The Brock Stones zaśpiewał to, co przygotował dla naszej pary detektywów.
- Poważnie? - spytałam zaintrygowana - A co takiego dla nas ten zespół przygotował?
- Zobaczysz - zaśmiała się Dawn - Ale powiem ci na razie tyle, że ma to bezpośredni związek z tym, dlaczego musieliście powrócić do Alabastii nieco po Maxie i Lillie.
Jej odpowiedź była bardzo intrygująca, więc tym chętniej czekaliśmy na rozpoczęcie przedstawienia, które nastąpiło bardzo szybko. Cały nasz uroczy zespół muzyczny stanął na scenie, a Melody radośnie zapowiedziała jego występ, mówiąc:
- A teraz pierwsza część niespodzianki dla naszej kochanej dwójki detektywów, którą przygotowano na specjalne zamówienie pana Clemonta Meyera i panny Dawn Seroni! A zatem panie i panowie... Oto zespół The Brock Stones!
Wszyscy zaczęli głośno bić brawa na cześć zespołu, a już chwilę potem członkowie owej wspaniałej muzycznej grupy, czyli Brock, Misty, Clemont, Bonnie, Melody, Tracey i Christian Adams zwany Chrisem zaczęli powoli grać piękną, jakże uroczą melodię, a na scenę wkroczyli także Max oraz trzy siostry Cheerful. Chwilę później nasi przyjaciele kolejno zaczęli śpiewać. Pierwszy zaśpiewał Max:

Jedzie, jedzie na Rapidashu,
Na Rapidashu
Detektywa strój.
Detektywa strój.
Hej, hej, detektywie!
Miły śledczy mój!

Cały zespół zaś zaśpiewał chórem:

Hej, hej! Hej, Sherlocku!
Miły wodzu mój!

Potem Mallow przejęła mikrofon i zaśpiewała:

Gdzie jest szpada twa ze stali? Twa ze stali?
Przecież idziem w bój!
Przecież idziem w bój!
Hej, hej, detektywie!
Miły śledczy mój!

A chór znów zaintonował:

Hej, hej! Hej, Sherlocku!
Miły wodzu mój!

Lana przejęła mikrofon i zaśpiewała wesoło:

Gdzie twój mundur generalski? Generalski?
Złotem wyszywany?
Złotem wyszywany?
Hej, hej, detektywie!
Śledczy kochany!

A chór dołączył do niej wtedy tak, jak do poprzednich osób:

Hej, hej! Hej, Sherlocku!
Wodzu kochany!

Potem zaśpiewały kolejno następne osoby i do każdej dołączył chórek całego zespołu.
Po Lanie zaśpiewała Lillie:

Idzie z tobą po zwycięstwo, po zwycięstwo,
Młodych śledczych rój.
Młodych śledczych rój.
Hej, hej, detektywie!
Miły śledczy mój!
Hej, hej! Hej, Sherlocku!
Miły wodzu mój!


Kolejną zwrotkę zaśpiewał znowu Max:

Idziem z tobą po zwycięstwo, po zwycięstwo!
Po tę krew i znój!
Po tę krew i znój!
Hej, hej, detektywie!
Miły śledczy mój!
Hej, hej! Hej, Sherlocku!
Miły wodzu mój!

Potem znowu zaśpiewała Mallow:

Masz wierniejszych niż stal chłodna, niż stał chłodna
Dzielnych druhów rój.
Dzielnych druhów rój.
Hej, hej, detektywie!
Miły śledczy mój.
Hej, hej! Hej, Sherlocku!
Miły wodzu mój!

Później znowu zaśpiewała Lana:

Nad lampasy i czerwienie i czerwienie
Wolisz ten swój strój.
Detektywa strój.
Hej, hej, detektywie!
Miły śledczy mój.
Hej, hej! Hej, Sherlocku!
Miły wodzu mój!

Następnie zaśpiewała Lillie:

Ale pod tą szarą bluzą, szarą bluzą
Serce ze złota.
Serce ze złota.
Hej, hej, detektywie!
Serce ze złota.
Hej, hej! Hej, Sherlocku!
Serce ze złota!

A ostatnią zwrotkę zaśpiewał cały zespół:

Ale błyszczą silną wolą, silną wolą
Królewskie oczy!
Królewskie oczy!
Hej, hej, detektywie!
Królewskie oczy!
Hej, hej! Hej, Sherlocku!
Królewskie oczy!


Po zaśpiewaniu tej jakże uroczej piosenki zespół został nagrodzony naprawdę wielką burzą oklasków, na którą w pełni zasłużył. Ash zaś patrzył wzruszony na zespół, mówiąc:
- Naprawdę, moi kochani... Dziękuję wam. Bardzo wam dziękuję. To było naprawdę piękne.
- Ale to jeszcze nie koniec - zaśmiała się Melody ze sceny - Mamy jeszcze przygotowaną drugą część przedstawienia. Orkiestra, tusz!
Zespół The Brock Stones zmienił nutę i zaczął teraz grać zupełnie inną piosenkę, którą zaśpiewała Dawn. Dziewczyna wzięła mikrofon do ręki i rozpoczęła swój występ.

Wiem! Wiem! Ciągle wszystkim opowiada.
Nie! Nie! Z nikim nigdy się nie zgadza.
Tak! Tak! Zawsze wszystko dobrze zbada.
Ty też nazwiesz go Ash-dobra rada.
Lecz cóż, że trochę mądraliński dla nas jest?
Ty polubisz gościa, bo...

Jest tutaj potrzebny Ash-mądrala,
Gdy nawet za dużo trochę gada. Tak, tak!
Jest tutaj potrzebny Ash-mądrala.
Na pytanie odpowiedzi poda sto.
Tak, dla nas zrobi to!

Bach, bach! On na duchu nie upada.
Co tam! Na kłopoty odpowiada.
Znam, znam! To właściwie bufon gada.
Ty też wiedzieć chcesz, czym mądra rada.
Bo cóż, że trochę mądraliński dla nas jest?
Ty już lubisz gościa, bo...

Jest tutaj potrzebny Ash-mądrala,
Gdy nawet za dużo trochę gada. Tak, tak!
Jest tutaj potrzebny Ash-mądrala.
Na pytanie odpowiedzi poda sto.
Tak, dla nas zrobi to!

Zespół grał dalej, a Dawn wesoło podrygiwała pod rytm melodii i po chwili zaśpiewała:

Detektyw potrzebny jest od zaraz!
Niech tylko za bardzo się nie stara
Najlepszym być!
Detektyw potrzebny jest od zaraz!
Niech nie chodzi z nudów tylko z kąta w kąt,
Bo potrzebny jest on!

Piosenka dobiegła końca, a wszyscy nagrodziliśmy ją wręcz gromkimi brawami, na które zespół w pełni sobie zasłużył. Muszę przyznać, że występ ten bardzo mnie wzruszył, podobnie zresztą, jak i Asha, który patrzył wręcz wzruszony na zespół.
- Ach, moi kochani - powiedział wzruszony - A więc to jest ta urocza niespodzianka, którą dla mnie szykowaliście?
- Nie inaczej - zaśmiała się Dawn, schodząc na sceny - Wraz z moim chłopakiem wymyśliliśmy coś takiego dla ciebie.
- Tak! To jest swego rodzaju nasza manifestacja - dodała Mallow, która do nas właśnie podeszła.
- Manifestacja? - zaśmiał się Ash.
- A tak, manifestacja - odpowiedziała mu kuzynka - Chcemy, żebyś rzucił tę głupią emeryturę i wrócił do branży jako detektyw. Te piosenki zaś wyrażają to lepiej niż tysiąc innych słów.
- Mówisz jak aktorka z reklamy czekolady - zaśmiał się Ash - Ale miło mi to słyszeć. Piosenki były po prostu genialne, podobnie jak i wy.
- Właśnie - poparłam go - A jeśli chodzi o tę waszą manifestację, to bardzo mi się ona podobała.
- Mnie również, ale jeszcze muszę przemyśleć to, o czym mówicie - dodał Ash - Ostatnim razem, gdy prowadziliśmy śledztwo, to jakoś niezbyt wykazałem się intelektem. Moje szare komórki nie miały zbyt wiele pracy.
- O ja cię piko! Panie, daj mi siłę, bo go tu uduszę! - zawołała Dawn, wręcz załamując ręce - A czy to takie ważne?! Nie jest ważne to, że jednak sobie poradziłeś?!
- Może i tak, ale mimo wszystko mam wciąż wątpliwości, czy moje szare komórki pracują tak, jak pracowały wcześniej.
Dawn spojrzała na mnie załamana i powiedziała:
- Sereno... Pogniewasz się, jak kopnę mojego brata w tyłek?
- Nie, bo sama mam na to ochotę - zaśmiałam się.
- Dobra, braciszku. To wypnij cztery litery, a ja cię kopnę raz, a dobrze i to tak, że wylądujesz na księżycu, a kiedy już wykombinujesz, jak stamtąd wrócić, to będzie dowód na to, iż jednak jesteś dobrym śledczym!
- A może tak bez rękoczynów, co?! - zachichotał Ash wiedząc, że jego siostra żartuje - Albo raczej bez nogo-czynów. Umiem myśleć bez tego.
- Jakoś nie sądzę.
- Spokojnie, siostrzyczko. Na chwilę obecną mogę ci powiedzieć, że wasza manifestacja bardzo mi się spodobała i nie odejdzie ona w ogóle z mojej pamięci. To więcej niż pewne.
- No, chociaż tyle dobrego - rzuciła Dawn.
- Zawsze dobre i to - zaśmiała się Mallow, nie tracąc dobrego humoru.


Ja również miałam naprawdę dobry humor, kiedy odeszłam do jednego ze stołów, aby napić się ponczu.
- Jak widać, nasz detektyw wciąż ma wątpliwości - usłyszałam dobrze mi znany kobiecy głos.
Obejrzałam się za siebie i zauważyłam, że stoi za mną Madame Sybilla, jak zwykle w swoim kolorowym, niemalże cygańskim stroju.
- O! No proszę! To ty - uśmiechnęłam się do niej - Widzę, że przyszłaś wraz z nami świętować powrót Clemonta.
- Tak właściwie, to wpadłam tu tylko na chwilę - odparła kobieta z delikatnym uśmiechem na twarzy - Chciałam popatrzeć, jak wygląda nasz wynalazca w pełnym zdrowiu.
- Jak widać, doskonale się czuje. Ash zresztą też.
- I nic dziwnego. Tak bardzo przejął go wypadek przyjaciela.
- No właśnie. Mam nadzieję, że teraz, gdy Clemont wrócił zdrowia, to i Ash wróci do pracy.
- Wkrótce do niej powróci, choć nastąpi to w dramatycznych dla was wydarzeniach - odpowiedziała mi kobieta.
Spojrzałam na nią z zainteresowaniem w oczach.
- W jakich dokładniej?
- Jeszcze nie czas, aby o tym mówić, ale wszystko w swoim czasie - odparła na to kobieta enigmatycznym tonem - Wszystkiego się dowiesz, gdy nadejdzie czas. Na razie mogę ci powiedzieć tyle, że wokół was krąży dość groźna moc.
- Jaka moc? - spytałam zdumiona.
- Moc otaczająca człowieka, który pomagał wam w Bitwie o Kanto - odparła Sybilla - Budzi on mój niepokój, bo nie wiem, kim on jest.
- Ty nie wiesz? To ciekawe.
- Wiem, że to dziwne, ale to prawda. Nie umiem odczytać jego myśli, gdy mi się udaje go już spotkać.
- Co to za osoba? Jak wygląda?
- Różne postacie potrafi przybrać, ale moc, z której korzysta, nie jest mocą dobrą, pozytywną. Czuję niejeden raz jego obecność. Nawet tutaj, w tym pomieszczeniu.
Rozejrzałam się przerażona dookoła siebie, ale nie zauważyłam na sali nikogo, kogo bym nie znała. Nie było tu żadnej nieznanej mi twarzy.
- Kto to jest? - spytałam.
- Istota nie z tego świata - odpowiedziała Sybilla - Podejrzewam, choć mogę się mylić, że ta osoba ma wobec was pewne plany, ale nie wiem, jakie to plany.
- Przerażasz mnie trochę.
- Wybacz mi, nie chciałam tego robić, ale wolę cię ostrzec. Miej się zawsze na baczności, Sereny i lepiej trzymaj się blisko Asha i zważaj na to, co może ci się śnić.
Gdy to powiedziała, zaraz mi się coś przypomniało.
- Ano właśnie, sen! Powiedz mi... Czy Hypnos odpowiada za ludzkie sny?
- On i jego synowie. A czemu pytasz?
- Bo ciekawi mnie pewien sen, który mi się przyśnił pewnego razu, gdy wahałam się, czy porzucić drogę karierę, czy nie. Widziałam wtedy wizję drogę kariery, która kończy się samotnością oraz drogę związku z Ashem, która przynosi mi wiele radości i szczęścia. Ten oto sen pozwolił mi podjąć właściwą decyzję, ale ciekawi mnie, czy był przypadkową wizją, czy też nie.
- Sny rzadko są przypadkowymi wizjami, Sereno.
- Więc Hypnos mi go zesłał?
- Nie... Ten sen, o który mówisz zesłał ci ktoś inny.
- Kto taki?
- Nie wiem, ale jako Przedwieczna i krewna trzech braci dobrze znam ich pracę, a także sny, jakie zsyłają celowo na ludzi, którymi się opiekuję. Wiem więc, że tego snu ci nie zesłali.
- A więc kto mi go przysłał?
- Tego nie wiem i mnie o to nie pytaj. Ja nie jestem władczynią snów.
- Więc może Hypnos mi powie? Albo Chronos?
- Wątpię. Jeśli żadne z nich nie odpowiada za ten sen, to nie jest on ich tajemnicą, a Przedwieczni nigdy nie zdradzają tajemnic, które nie należą do nich.
Byłam zawiedziona tą odpowiedzią, bo nie takiej się spodziewałam.
- Więc co mam robić, Sybillo?
- Nie myśleć o tym i skupić się na innych rzeczach. Dość ich będziesz niedługo miała na głowie. Bądź więc na nie przygotowana i nie myśl o tym, czego dowiedzieć się i tak nie możesz.
Po tych słowach Sybilla zniknęła w tłumie i więcej jej już tego dnia nie zobaczyłam. Przygnębiona całą tą rozmową poczułam, że robi mi się trochę słabo. Poszłam więc do toalety i lekko przemyłam sobie twarz zimną wodą, co poprawiło mi troszkę nastrój. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze, oddychając przy tym przygnębiona. W milczeniu westchnęłam i już miałam wyjść, gdy nagle usłyszałam znajomy głos dobiegający z jednej z kabin:
- Rene, nie chcę o tym z tobą teraz rozmawiać! To nie jest najlepsza pora na to! I z czego się niby cieszysz, co?! Dla mnie to nie jest powód do radości?! Co, dlaczego?! Mówiłam ci już przecież, że do takiej roli to ja się nie nadaję! Wiem, że to nie koniec świata, ale... Wiem też, iż nie zrobiłeś tego specjalnie, ale posłuchaj... Mam dosyć gadania o tym! Nie, to jest tylko mój problem i ja się nim będę przejmować! Nie, nie dzwoń do mnie! Sama zadzwonię, ale jutro! Dzisiaj jakoś nie mam do tego głowy! Porozmawiamy innym razem! I bądź uprzejmy nie okazywać takiej radości z tego powodu!
Poznałam ten głos, należał on do Alexy, która zaraz po zakończeniu rozmowy wyszła z kabiny. Po jej twarzy widziałam wyraźnie, że płakała. Miała na sobie czerwoną sukienkę i torebkę tej samej barwy na ramieniu, do której schowała komórkę.
- O, Serena! - zawołała zdumiona na mój widok - Nie wiedziałam, że ktoś tu jest.
- Witaj, Alexa - powiedziałam do niej zasmucona - Coś się stało?
- Nie, tylko... Rene mnie trochę wkurzył.
- A co takiego ci zrobił?
Alexa wyraźnie się zmieszała, zanim mi odpowiedziała, a kiedy już to zrobiła, to z jej głosu biło lekkie przerażenie.
- Nic ważnego. To tylko... drobiazg. Poradzę sobie.
- Czy aby na pewno? - zapytałam z niepokojem - Wyglądasz, jakby właśnie świat ci się zawalił.
- Wcale mi się nie zawalił. Czemu miałby się zawalić? - uśmiechnęła się sztucznie Alexa.
- Bo płakałaś? Bo wyraźnie coś ci dokuczyło?
- Och, Sereno... Życie jest czasami tak pokręcone, że szkoda słów.
- Wiem o tym. Sama przecież miewam problemy.
- Na pewno nie takie, jak moje.
- A jakie ty masz problemy?
- Nieważne. To bez znaczenia.
- Proszę, powiedz mi. Chciałabym ci pomóc.
- Nie możesz mi pomóc. Nie możesz.
- Ależ, Alexo...
- Sereno, proszę...
Nagle dziennikarka złapała się za usta i pobiegła do kabiny, zamykając mocno za sobą drzwi. Chwilę później dało się słyszeć z tego pomieszczenia dźwięki wymiotowania.


C.D.N.

Przygoda 131 cz. II

Przygoda CXXXI Do boju, młodzieży cz. II W miasteczku Alabastia odbywała się właśnie wielka uroczystość. Do tego pięknego miasta w regionie ...