sobota, 8 marca 2025

Przygoda 129 cz. IV

Przygoda CXXIX

Tytani, wio! cz. IV


Ponieważ prowadzenie rozmowy w miejscu, w którym panna Serena musiała awaryjnie lądować, nie miało większego sensu, dlatego trzeba było przenieść się gdzie indziej, aby kontynuować konwersację. Zostawienie jednak statku na terenie poza miastem, gdzie co prawda nikt nie mieszkał, ale gdzie każdy mógłby łatwo go znaleźć, nie wchodziło w grę. Serena musiała go ukryć, co okazało się o tyle proste dla niej, że miała do niego specjalnego pilota, który po wciśnięciu odpowiedniego guzika sprawiła, iż statek zmniejszył się do wielkości breloczka i można było go schować do kieszeni. Widząc szok na twarzach swoich nowych znajomych, lekko się zaśmiała i powiedziała:
- No co? Nie macie takiej technologii na swojej planecie?
Była zaskoczona, kiedy się dowiedziała, że nie. Ponieważ należała jednak do osób taktownych, nie skomentowała tego, tylko poprosiła ich, aby poprowadzili ją w miejsce, gdzie można swobodnie porozmawiać. Początkowo drużyna nie miała za bardzo pewności, jakie to mogłoby być miejsce, ale ostatecznie Clemont rzekł:
- Proponuję, żebyśmy poszli do mnie. Tam możemy całkowicie swobodnie ze sobą rozmawiać. Moi rodzice nie będą podsłuchiwać, poza tym są bardzo dyskretni i można im zaufać.
- To dobrze - odpowiedziała mu Serena, patrząc na niego i na resztę kompanii śmiertelnie poważnym wzrokiem - Bo naprawdę wolałabym, żeby moja obecność tutaj pozostała niezauważona.
- No, to raczej ci się nie uda - zachichotał Max - Chyba pół miasta widziało, jak tutaj lądowałaś.
- Poprawka. Widziało, jak lądował tu jakiś statek kosmiczny. A nie, kto w nim siedział - zauważył Ash.
- Pika-pika! - zapiszczał wesoło Pikachu, rozumiejąc bardzo dobrze, do czego jego trener zmierza.
- A jaka to niby różnica? - zapytał Max.
Ale Dawn zrozumiała doskonale, o co chodzi Ashowi. Uśmiechnęła się lekko   i powiedziała:
- Tak! To ma sens! Wszyscy widzieli lądowanie statku, ale nie widzieli, że ty byłaś w jego wnętrzu, Sereno. Możesz więc bez trudu udawać, że jesteś stąd. I nikt się nie zorientuje, jaka jest prawda.
- Pod warunkiem, że się nie wygadasz - dodał Clemont.
- Nie wydaje mi się, aby to jej groziło - odparła Dawn i spojrzała uważnie na Serenę, mówiąc: - Jeżeli nie będziesz mówić za dużo przy obcych, to niczego się nie musisz obawiać.
- Poza osobami, przed którymi uciekasz - stwierdził Max i zaczął się bardzo podejrzliwie przyglądać kosmitce - Bo zakładam, że przed kimś uciekasz.
- Niby skąd takie podejrzenie? - zapytał Ash.
- Przecież wystarczy na nią spojrzeć, aby wiedzieć, że mam rację - odparł na to zadowolonym tonem Max, wskazując dłonią na dziewczynę - Ona jest bardzo, ale to bardzo zaniepokojona. Poza tym, prosi o pomoc przypadkowe osoby i nie chce o tym rozmawiać w miejscu publicznym. Co to niby ma oznaczać, jeśli nie to, że ona woli zachować swoją obecność tutaj w tajemnicy? A czemu? Bo się przed kimś ukrywa.
- Mówisz, jak jakiś znawca - rzuciła złośliwie Dawn - Pewnie sam się nieraz przed kimś ukrywałeś.
- Może tak, może nie - odparł enigmatycznie Max - No, ale jeśli się mylę, to niech nasza znajoma zaprzeczy temu wszystkiemu.
Serena zmieszała się lekko, nie wiedząc, co ma na to odpowiedzieć. Chciała co prawda prosić o pomoc miejscowych, a ci stali się świadkami jej lądowania na Ziemi i dodatkowo jeszcze wydawali się być bardzo mili. Czuła, że powinna im o wszystkim powiedzieć, jednak czy na pewno to był dobry pomysł? W końcu, nie znała ich, widziała ich pierwszy raz na oczy, nie mówiąc już o tym, że tak na dobrą sprawę, to nic o nich nie wiedziała. Jednak, co miała niby zrobić? Przecież i tak potrzebowała pomocy, zaś proszenie o nią osób przypadkowo spotkanych na ulicy raczej nie było dobrym pomysłem. Poza tym, oni i już tak wiedzieli, że jest z innej planety i na swój sposób zostali wtajemniczeni, przynajmniej częściowo w jej losy i co? Miałaby szukać kolejnych osób, które mogłyby jej pomóc? To nie miałoby sensu. Ponadto i tak nie miała żadnego innego planu w głowie, kiedy tu lądowała. Chciała prosić o pomoc przypadkowo spotkane osoby, które wydadzą się jej na tyle sympatyczne, że mogą jej okazać wsparcie. Bo i niby co miała zrobić? Nawet nie znała, lądując tutaj ich języka, dopiero przed chwilą udało się go jej opanować, wykorzystując do tego swoje umiejętności. Co zatem miała robić?
Prawdę mówiąc, jej plany były w kwestii ucieczki na Ziemię raczej mgliste. Ani nie miała planu na temat tego, co powinna zrobić, ani nie miała pewności, że tutaj osoba, przed którą ucieka jej nie znajdzie. Nawet nie chciała być zauważona podczas lądowania, ale jak widać, tego uniknąć się nie dało. Ale może to nawet lepiej się stało? Przynajmniej ściągnęło to uwagę naprawdę sympatycznych ludzi, więc oszczędziło jej to rozglądania się po mieście i wybieranie na chybił trafił tych osób, których mogłaby poprosić o pomoc. Musiała im więc zaryzykować i zaufać im. W końcu, jeżeli tego nie zrobi, to jak może oczekiwać od nich pomocy? Tej się nie ofiarowuje komuś przypadkowemu, kto nam nie ufa.
- On ma rację, nie będę zaprzeczała - powiedziała po chwili milczenia Serena - Rzeczywiście, ukrywam się przed kimś. Uciekłam przed kimś z mojej rodzinnej planety. Ale daję wam słowo, nie jest to nic związanego z łamaniem prawa. Mnie nie goni policja, tylko ktoś inny. To pewien prywatny pościg.
- Prywatny? Nie rozumiem - powiedziała zdumiona Dawn.
- Możesz nam wszystko wyjaśnić? - zapytał Ash.
- No właśnie. Wszystko i to absolutnie wszystko - dodał Max.
- Wybacz, ale jeżeli mamy ci pomóc, powinniśmy wiedzieć, kto cię ściga i jaki ma w tym cel - zauważył Clemont.
Serena skinęła głową na znak, że się zgadza z tymi słowami i powiedziała:
- Tak, wiem o tym, że muszę być z wami szczera, jeżeli chcę, żebyście mi w czymkolwiek pomogli. Obiecuję, powiem wam wszystko. Tylko nie tutaj. Tu nie jest chyba zbyt dobrze rozmawiać.
Jej Fennekin zapiszczał potakująco i spojrzał zaniepokojony w kierunku Jump City. Przyjaciele obejrzeli się za siebie i zauważyli, że w ich stronę zmierza jakaś grupka ludzi, którzy podobnie jak oni także zainteresowali się tym, co wylądowało niedaleko miasta. Na szczęście, kiedy przybyli, nie było już statku Sereny, gdyż ta zmniejszyła go do wielkości breloczka i schowała sobie do kieszeni kilka minut wcześniej. Nie zdążyli go więc zauważyć i zdziwili się, że oprócz grupki młodych ludzi nie było w miejscu lądowania niczego. Może jedynie ziemia mocno zryta w wyniku ostrego upadku z nieba, ale nic poza tym.
- Masz rację, lepiej nie rozmawiać o poważnych sprawach tutaj - powiedział po chwili Ash - Chodźmy więc do ciebie, Clemont. Im mniej uszu i oczu będzie obecnych podczas naszej rozmowy, tym lepiej.
Pikachu zapiszczał wesoło na znak, że się z nim zgadza, po czym zadowolony podbiegł do Fennekina Sereny i powiedział w pokemonim języku, żeby poszli za nim i za jego trenerem. Chespin, Piplup i Mudkip uczynili to samo. Kosmiczny stworek przyjrzał im się uważnie, jakby chciał się upewnić, czy aby na pewno im można zaufać, a kiedy już się w tym upewnił, spojrzał na swoją trenerkę i pisnął do niej wesoło.
- Tak, Fennekin. Masz rację, możemy im zaufać - powiedziała Serena.
Dawn zauważyła jednak, jako bardzo dobra obserwatorka, że mówiąc słowo „im”, ich nowa znajoma nie patrzy na nich wszystkich, a jedynie na Asha. Lekko się uśmiechnęła, gdy to sobie uświadomiła. Czuła, że znajomość, jaka właśnie się w tym momencie rozpoczęła, może stać się podstawą do bardzo ciepłych uczuć, o ile oczywiście wszystko pójdzie we właściwym kierunku.

***


Przyjaciele zabrali Serenę do domu Clemonta, gdzie poczęstowali ją jakimś dobrym posiłkiem. Nie było akurat tam państwa Meyer, dlatego nic nie ograniczało naszych bohaterów i mogli oni całkowicie swobodnie ze sobą rozmawiać. Serena przyjęła tę wiadomość z prawdziwą ulgą, bo nie była do końca pewna, czy rodzice Clemonta byliby równie pozytywnie do niej nastawieni, co jej nowi znajomi. W tej sprawie wolała zachować ostrożność.
- Robotami nie musisz się przejmować, bo i tak nikomu nic nie powiedzą - rzekł do niej uspokajającym tonem - Tak są zaprogramowane. Przeze mnie.
- Na jego wynalazkach można polegać - powiedział wesoło Ash.
Serena uśmiechnęła się do niego delikatnie, po czym usiadła wygodnie na krześle, a na kolana wzięła swojego Fennekina, którego zaczęła delikatnie i czule głaskać po grzbiecie.
- To mów, proszę! Jesteśmy strasznie ciekawi! - zawołał Max.
Wszyscy usadowili się na krzesłach naprzeciwko kosmitki, po czym zaczęli ją uważnie słuchać, gdy ta rozpoczęła swoją opowieść.
- Moi kochani, pochodzę z planety Tammaran. To w innej galaktyce niż wasza i znajduje się ona daleko stąd. Nie wiem dokładnie, jak daleko, ale to nieważne. Ja i moja starsza siostra jesteśmy córkami króla i królowej, władców tej planety. Nie tak dawno osiągnęłam pełnoletność i moi rodzice postanowili mnie wydać za mąż. Znaleźli mi nawet męża. Został nim książę Paul, następca tronu jednej z sąsiednich planet.
- Czy kochałaś go? - zapytał Max.
- Nie, nie kochałam go i nie kocham - odpowiedziała Serena - On też jakoś nie umiał zdobyć mojego serca. Kiedy tylko pojawił się na mojej planecie, od razu wiedziałam, że to zarozumiały dupek. Otaczał się wielką świtą, która praktycznie we wszystkim mu usługiwała. Popisywał się swoją hojnością, rzucał pieniądze w tłum ludzi. To było żałosne. Chciał mnie zdobyć za pomocą pokazówek. A to był dopiero początek. Potem było jeszcze gorzej. Rodzice urządzili bale i zabawy na jego cześć. A ten zaczął się podczas nich popisywać jeszcze bardziej. Pokazywał podczas różnych zabaw i konkursów, jak świetnie włada szpadą, jak umie strzelać z broni palnej i takie tam inne. Do tego pokazywał innym, jak wspaniale tańczy, choć w tym wypadku naprawdę świetnie sobie radził. Ale co z tego, skoro czułam, że nie umiem go pokochać? Był zarozumiały i we wszystkim, co on robił, był po prostu fałszywy. Ale może, mimo tego byłabym w stanie go polubić, gdyby nie to, że zauważyłam, jak pewnego dnia, myśląc chyba, że nikogo nie ma w pobliżu, bez wahania pobił jednego ze swoich służących za to, iż ten mu w czymś podpadł. To mnie zmroziło. To było po prostu straszne.
Nikt nie zdziwił się tym, że tak właśnie zareagowała na tę sytuację. Oni sami, gdy tylko zaczęła im opowiadać, w jaki sposób zachował się Paul, wyglądali na przerażonych. Szczególnie Dawn, która była niezwykle wrażliwa, choć próbowała to niekiedy ukryć nawet przed przyjaciółmi, wyglądała na zszokowaną tym, co im właśnie opowiedziała Serena. Nigdy nie akceptowała tego, aby ktokolwiek bił lub w inny sposób poniewierał osoby podległe sobie i słabsze od siebie. Podobnie jak i Ash, który to nie ukrywał, że jest oburzony, co wyraził poprzez zaciśnięcie dłoni w pięść. Najchętniej by wpakował tę pięść w głupią gębę Paula, gdyby tylko miał go okazję spotkać. Serena, która dostrzegła ten gest, domyśliła się, co mu chodzi po głowie i uśmiechnęła się zadowolona, że chłopak w taki sposób reaguje na coś tak podłego, jak bicie bezbronnego i podległego sobie służącego. Pomyślała sobie, że reaguje on prawidłowo na niesprawiedliwość, nawet jeżeli tylko o nim słyszy.
- Oczywiście w takiej sytuacji chyba sami rozumiecie, że nie mogłam nawet myśleć o tym, aby go poślubić - kontynuowała po chwili księżniczka Tammaranu - Powiedziałam o wszystkim moim rodzicom i poprosiłam ich o to, aby zerwali te głupkowate zaręczyny. Ale chociaż mama przejęła się moim losem, ojciec nie był jakoś tym wszystkim specjalnie zaniepokojony. Przeciwnie, zachowywał się tak, jakby to, co opowiadałam nie było niczym niezwykłym. Ponadto jeszcze wyjaśnił mi, że nie mam co liczyć na zerwanie zaręczyn, ponieważ polityka to jest znacznie poważniejsza sprawa niż mi się wydaje. Powiedział jeszcze, że od dawna obiecał już ojcu Paula, że wyda jedną ze swoich córek za jego syna. Dodał także, iż jego słowo jest ważne i nie może go tak po prostu sobie cofnąć. Ponadto planeta Paula ma o wiele silniejszą flotę niż nasza i co prawda nie grozi nam wojną, ale to nie wiadomo, jak się dalej sprawy potoczą, kiedy ja odmówię mu swojej ręki. Mówił mi, że to polityka i ona wymaga poświęceń i takie tam inne bzdury. Nie chciałam tego słuchać, ale ostatecznie przekonał mnie, że muszę się poświęcić dla dobra mej ojczyzny. Co prawda, mam siostrę i równie dobrze ona mogłaby się poświęcić, ale cóż... Naprawdę nie rozumiem go. On wybrał mnie, zamiast niej. Uparł się na mnie i to mimo tego, że charakterem o wiele lepiej ona by do niego pasowała. Naprawdę to wszystko mnie dziwi. Czemu on wybrał mnie? Dlaczego uparł się na mnie?
- A ja chyba wiem, dlaczego - powiedział w myślach sam do siebie Ash, nie odrywając przy tym wzroku od Sereny.


Musiał powiedzieć, że ta dziewczyna niesamowicie mu się podobała. Była po prostu piękna. Co prawda, wciąż miała na sobie zbroję i niewiele było widać pod nią, a właściwie to prawie nic, ale wyobraźnia pracowała chłopakowi na pełnych obrotach i wydawało mu się, że to dziewczyna naprawdę piękna. Poza tym, jej buzia była przesłodka. Delikatna, gładka i słodka. I jeszcze te włosy. Te cudowne, długie włosy barwy dojrzałego miodu. Cudownie było na nie patrzeć. A zwłaszcza wtedy, kiedy one falowały podczas każdego ruchu głową dziewczyny. Ash poczuł, że serce mu mocniej bije, gdy to ma miejsce. Ponadto jeszcze ten głosik. Ten jej przesłodki głosik, który brzmiał niczym dźwięk dzwoneczków. I jeszcze ten boski pocałunek, jaki od niej otrzymał na powitanie. Był taki słodki i uroczy. Nie umiał o nim zapomnieć, nie umiał przestać o nim myśleć.
- No i co było dalej? - zapytał po chwili milczenia Clemont.
Serena westchnęła delikatnie, jakby zaczęła przechodzić do najmniej miłej części swojej opowieści i kontynuowała swoją historię:
- Ponieważ Paul nie zamierzał zrywać zaręczyn i dalej uważał się za mojego narzeczonego, postanowiłam z nim porozmawiać. Uznałam, że skoro muszę wyjść za mąż z powodów politycznych, to chociaż trochę sobie umilę życie. Dlatego też poszłam spotkać się z Paulem sam na sam i powiedziałam mu, co myślę o tym jego beznadziejnym zachowaniu. On początkowo udawał, że nie rozumie, o co mi w ogóle chodzi, a potem jeszcze zaczął się śmiać i powiedział mi, iż on zamierza tak traktować swoją służbę, jak uzna to za stosowne, a mnie nic do tego. Ponadto, to jest zachowanie godne króla i nie można cackać się z podwładnymi, ponieważ jak im się tylko pozwoli na za dużo, to zaraz wchodzą władcy na głowę. A potem już, zanim się obejrzymy, zrobią rewolucję. No cóż... Nie wiedziałam, jak mam z nim na ten temat rozmawiać, on nie przyjmował ode mnie żadnych argumentów, ale w końcu powiedziałam mu stanowczo, że jeżeli zamierza być takim draniem, to niech nie liczy na to, iż zostanę jego żoną. On wtedy się wściekł i złapał mnie mocno w ramiona, mówiąc, żebym nie pozwalała sobie na zbyt wiele z nim, ponieważ to go nie rusza i nie zamierza ulegać moim kaprysom. Ponadto, że kupił mnie sobie, bo mnie tata sprzedał za pokój i sojusz polityczny dla swojej planety, więc lepiej bym zrobiła, gdybym nie podskakiwała. No i jeszcze dodatkowo próbował mnie dziko całować wbrew mojej woli. Chciał jeszcze czegoś więcej, ale mu się wyrwałam i zrozumiałam, że nie mogę tutaj dłużej zostać. Na rodziców nie mogłam liczyć, w tej sytuacji byłam zdana jedynie na siebie. Skorzystałam więc z okazji, kiedy tylko zostałam sama i przygotowałam się do ucieczki. Spakowałam jedynie to, co było mi niezbędne, zabrałam swojego wiernego Fennekina i uciekliśmy razem statkiem kosmicznym. Moim własnym i prywatnym statkiem. Długo leciałam, aż trafiłam na Ziemię i wylądowałam w waszym mieście.
- No i spotkałaś nas - dokończył jej opowieść Ash.
- Dokładnie tak - potwierdziła Serena - I bardzo bym chciała was prosić o to, abyście mnie przechowali u siebie, przynajmniej na jakiś czas, póki nie wymyślę coś innego.
- A co z twoją planetą? - zapytała Dawn - Czy Paul nie wypowiedział jej teraz wojny z zemsty za twoją ucieczkę?
- Mam nadzieję, że nie - odpowiedziała ponuro Serena, opuszczając głowę w dół - Wiem, uciekłam i ryzykuję w ten sposób, że moja planeta zostanie przez to zaatakowana przez Paula i jego wojska. Ale co miałam zrobić? Czy naprawdę mam się poświęcać za moją planetę? Czy naprawdę muszę pozwalać na to, aby ten drań mnie tak traktował? Czy naprawdę nie ma innego wyjścia?
Po tych słowach, opuściła głowę, ukryła ją w dłoniach i zaczęła płakać. Ash ze smutkiem obserwował ją i nie wiedział, co ma powiedzieć i co zrobić, aby jakoś ją podnieść na duchu. Pozostałym członkom drużyny także zrobiło się przykro i z miejsca zaczęli myśleć nad tym, w jaki sposób poprawić dziewczynie humor, kiedy nagle Serena przestała płakać, podniosła głowę i spojrzała na swoich przyjaciół, po czym powiedziała:
- Ale dość! Nie mogę płakać nad sobą! Sytuacja nie jest za wesoła. Jestem i to całkowicie pewna, że Paul nie odpuści i będzie chciał mnie znaleźć. Czuję, że nie zajmuje go teraz planowanie wojny przeciwko mojej planecie, tylko poszukiwanie mnie. Jestem tego pewna. Poznałam go na tyle dobrze, aby wiedzieć, że to mściwa bestia. Mógł zaatakować moją planetę w odwecie za to, że uciekłam, nie mam w tej sprawie pewności, czy on tego nie zrobił. Ale... Ale coś mi mówi, że kierując się urażoną dumą, to najpierw poleci mnie szukać, a potem dopiero weźmie odwet na mojej planecie.
- Może się mylisz? Może odpuści sobie ciebie i twoją planetę? - zasugerował Max, choć tak naprawdę sam w to nie wierzył.
Serena pokręciła przecząco głową i odpowiedziała:
- Niestety. Byłabym szczęśliwa, gdyby tak było, ale znam go zbyt dobrze. On nie odpuści. Na pewno teraz mnie szuka i zastanawia się, gdzie ja mogłam uciec i gdzie ma mnie znaleźć. Dlatego właśnie tak się boję. Obawiam się, że on mnie tu znajdzie i zechce mnie zabrać z powrotem.
- Spokojnie, mała! Niech tylko spróbuje! - zawołał Max, przyjmując bojową pozę gotowego do walki wojownika.
- Otóż to! Nie pozwolimy mu cię porwać! - dodał równie bojowo Clemont, mocno ściskając przy tym dłoń w pięść i machając nią groźnie.
- Możesz na nas liczyć. Nie zostawimy cię samej w potrzebie - rzekła Dawn.
- Dokładnie! Kto prosi nas o pomoc, ten zawsze może na nią liczyć, a my mu jej nie odmówimy - powiedział Ash życzliwym tonem, kładąc dłoń na dłoniach Sereny.


Ta spojrzała na niego uważnie i widząc w jego oczach całkowitą szczerość i to, że naprawdę może na nim polegać, obdarzyła chłopaka pięknym i promiennym uśmiechem. Ten zaś odwzajemnił się jej tym samym, czując jednocześnie, że serce mu mocno bije w piersi. Nie rozumiał, dlaczego właśnie przy niej tak się stało, ale nie chciał tego teraz analizować. Nie miał na to czasu ani ochoty.
- Dziękuję wam - powiedziała po chwili Serena - Naprawdę, bardzo wam za to wszystko dziękuję. Ale nie wiem, czy nie popełniłam błędu.
- Jakie błędu? - zapytał Ash.
- Takiego, że proszę was o pomoc. Jeżeli Paul się dowie, że mi pomagacie, to nie daruje wam tego. Skrzywdzi was, a na to nie mogę pozwolić. Nie powinnam wam niczego mówić. Nie powinnam prosić was o pomoc.
- Dlaczego nie powinnaś prosić nas o pomoc? - zdziwiła się Dawn.
- Ponieważ, jeżeli on się dowie, że mi pomagacie, nie zawaha się skrzywdzić nie tylko mnie, ale i was - odpowiedziała na to Serena - Mniejsza tutaj o mnie, ale się boję o was. Nie chcę, żebyście cierpieli z mojego powodu.
- Chwila, moment! Co to za bajanie? - zapytał złośliwie Max - Dziewczyno, przecież my się tego Paula nie boimy i nie zamierzamy się bać! Może tam u was jest on jakąś wielką szyszką, ale nie tutaj. Tu na Ziemi są inne zasady. Tutaj trafi on na równych sobie i zobaczymy, czy będzie dalej taki mądry.
- No właśnie! Nie damy mu cię skrzywdzić, a sami też umiemy się obronić - powiedział Ash.
Pikachu, Chespin, Piplup i Mudkip zapiszczeli bojowo na znak, że się z nim zgadzają i nie pozwolą na to, aby taki bezczelny drań jak Paul miał im grozić. Ani im, ani ich przyjaciołom.
- Poza tym, pomyśl przez chwilę. On musiałby najpierw się dowiedzieć, gdzie jesteś, na jaką planetę uciekłaś, a to już nie będzie takie proste - rzekł po chwili Clemont - A jeśli nawet, to niby jak cię znajdzie na tak wielkiej planecie? Tutaj jest mnóstwo krajów, a każde z nich ma mnóstwo miast. Odnaleźć więc jedną osobę w szerokim świecie nie jest takie proste i zapewniam cię, że Paul będzie miał bardzo twardy orzech do zgryzienia, żeby cię znaleźć.
- A nawet jeżeli cię znajdzie, to i co z tego? - zapytał Ash - On jest jeden, a nas jest pięcioro. Niech spróbuje walczyć z nami wszystkimi. Zobaczymy, czy mu się to uda.
Serena uśmiechnęła się do chłopaka delikatnie, nie bardzo wiedząc, co może mu odpowiedzieć na tak piękne słowa. Z jednej strony była zachwycona, kiedy się dowiedziała, iż może polegać na tym uroczym młodzieńcu, który od początku jej przypadł do gustu, a także na jego przyjaciołach. Z drugiej niepokoiła się, czy aby na pewno sobie poradzą z Paulem. No, z nim to i może tak, ale nie z jego flotą. A jeżeli on zechce sprowadzić całą flotę wojenną na Ziemię, grożąc jej zniszczeniem, jeśli ona mu się nie podda? To było bardzo w jego stylu. Serena miała wielką, ale to wielką nadzieję, że obecnie nie grozi czymś podobnym jej rodzicom. Zaczęła powoli żałować swojej ucieczki pod wpływem impulsu. Ucieczka była z jej strony nieprzemyślana i może mieć poważne konsekwencje. Do tego proszenie o pomoc przypadkowych osób, które wydały się jej sympatyczne i życzliwe, nie było chyba nazbyt dobrym pomysłem. Teraz również i ich naraziła na niebezpieczeństwo. To było głupie. Niepotrzebnie pod wpływem desperacji zrobiła to wszystko. Ale cóż teraz ma robić? Jej nowi przyjaciele ofiarowują jej pomoc, a ona jej potrzebuje, bo sama na obcej planecie sobie nie poradzi. Potrzebuje środków do życia, musi mieć dom i swoje miejsce, w którym będzie przebywać. Musi więc przyjąć pomoc od Asha i reszty ekipy, czy tego chce, czy nie. Tym bardziej, że już ich wtajemniczyła w swoje sprawy. Nie ma więc wyboru. Dlatego wyraziła zgodę na to, aby zostać z nimi w Jump City, co jej nowi znajomi przywitali z prawdziwą radością.
- Doskonale! - zawołał wesoło Clemont, wstając z krzesła - Porozmawiam z moimi rodzicami. Na pewno będziesz mogła z nami zostać.
- I wszystko fajnie! - dodał radosnym tonem Max - A tak przy okazji, to mam jedno pytanko. Bo coś mi nie daje spokoju.
- A co takiego? - zapytała Serena.
- Bo widzisz, jak nas pierwszy raz dziś zobaczyłaś, to zaczęłaś do nas mówić w jakimś obcym języku. A potem niespodziewanie pocałowałaś Asha i zaczęłaś tak nagle mówić w naszym języku. No i chodzi mi o to, czy ty wygłupiałaś się wtedy, gdy cię pierwszy raz zagadaliśmy? Czy musiałaś poznać, w jakim języku mówimy, aby z nami móc rozmawiać?
Serena zaśmiała się delikatnie, rozbawiona tym zagadnieniem i odparła:
- Nie, to bardziej skomplikowane. Widzicie, ja nie umiałam mówić w waszym języku, ale po tym pocałunku nauczyłam się waszego języka.
- Jak to, po pocałunku? - zapytał Ash.
- Bo nasza rasa posiada taką moc, że jeżeli kogoś pocałują, to umieją mówić po chwili w jego języku - wyjaśniła Serena.
- To wy się całujecie, żeby poznać języki innych ludzi? - zapytał Max.
- Nie, na naszej planecie całujemy się normalnie, z miłości - odpowiedziała na to wesoło Serena - Ale czasami, na obcej planecie, kiedy nie umiemy mówić w innym języku, musimy właśnie tak zdobywać wiedzę w tej sprawie.
- Aha, rozumiem. To ciekawe - powiedział Max i spojrzał dowcipnie na Asha, który wyglądał na nieco smutnego.
Rzeczywiście, uczeń Batmana nie był wcale zadowolony z odpowiedzi, którą przed chwilą usłyszał. Myślał, że dziewczyna pocałowała go, bo jej się spodobał, a tymczasem powód jej pocałunku był zupełnie inny. Jaka szkoda.
Poprawiłby mu się na pewno humor, gdyby usłyszał, co było dalej, kiedy już wszyscy wyszli z pokoju, poza Sereną i Dawn, które zostały same w pokoju. W tej właśnie chwili Dawn spojrzała z uwagą na swoją nową przyjaciółkę i zapytała:
- Sereno, a tak przy okazji... To mówisz, że w wyniku pocałunku z Ashem, zaczęłaś dobrze mówić w naszym języku?
- Tak. Tak właśnie było - potwierdziła Serena.
- A możesz mi powiedzieć, dlaczego właśnie Asha pocałowałaś? Czemu na ten przykład, nie Clemonta ani Maxa?
Serena uśmiechnęła się delikatnie, spłonęła rumieńcem i powoli opuściła w dół głowę, mówiąc:
- Bo widzisz... On... On mi się wydawał najładniejszy z nich wszystkich.
Dawn parsknęła śmiechem, gdy to usłyszała.
- I tylko dlatego?
- A to nie jest dobry powód?
Dawn uśmiechnęła się do niej przyjaźnie i odpowiedziała tajemniczym nieco tonem:
- W sumie... To jest najlepszy z możliwych powodów, aby kogoś pocałować.

***


Państwo Meyer nie byli specjalnie zaskoczeni obecnością Sereny w swoim domu. Ponieważ przywykli już do dość niezwykłych wydarzeń w swoim życiu, to i spotkanie z kosmitką z innej planety nie było dla nich czymś, co by ich mogło w jakikolwiek sposób zaskoczyć. Kiedy dowiedzieli się, że nie ma ona miejsca, gdzie by mogła się zatrzymać, zgodzili się na to, aby zatrzymała się u nich. Nie mieli w końcu sumienia, aby ją wyrzucić, a poza tym przeczuwali, że dziewczyna jest jak najbardziej uczciwa i nie narobi im problemów. Ponadto Dawn zgodziła się, aby mogła mieszkać w jej pokoju, więc wszystko zostało ułożone pomyślnie.
Jedyne, co musiano zmienić, to wygląd Sereny, w którym za bardzo się ona rzucała w oczy. Zamiast więc zbroi, zaczęła ona nosić przygotowany dla niej przez panią Meyer i Dawn ładny strój w postaci krótkiej bluzeczki bez ramion, ślicznej spódniczki mini i zgranych kozaczków, wszystkie w kolorze ciemno-niebieskim, który był ulubionym kolorem Sereny. Dziewczyna z przyjemnością go założyła i długo przyglądała się w lustrze swojemu odbiciu, nie umiejąc ukryć zachwytu.
- Wyglądam wspaniale. Ten strój jest cudowny! Dziękuję wam! Naprawdę tak bardzo wam dziękuję!
Po tych słowach, rzuciła się mocno na szyję pani Meyer i Dawn, mocno je uściskała i wycałowała, a potem pobiegła do Asha, Clemonta i Maxa, aby pokazać im się w nowym stroju. Trzej chłopcy zgodnie stwierdzili, że wygląda w nim po prostu oszałamiająco i uroczo, a szczególnie uważał tak Ash, który nie umiał wręcz chwilami oderwać oczu od Sereny. Clemont i Max zdawali się to dostrzegać, gdyż spojrzeli na siebie wymownie i zachichotali rozbawieni.
- Co was tak bawi? - zapytał zdumiony Ash.
- A nic - powiedział z miną niewiniątka Max.
- Nic takiego - dodał w podobny sposób Clemont.
Serena nie wiedziała, co tak rozbawiło chłopców, ale nie zajmowała się tym za bardzo, ponieważ bardzo interesowało ją to, aby móc pójść na miasto w tym oto pięknym stroju i móc się nim w pełni nacieszyć. Propozycja przypadła wszystkim do gustu i dlatego nie dyskutując nad tym wszystkim zbytnio, cała piątka udała się do pobliskiej dyskoteki. Tam zamierzali się zabawić. Dla Sereny obecność takiego miejsca na Ziemi nie była specjalnie zaskakująca, gdyż na jej planecie posiadano podobne budynki, choć muzyka w nich była nieco inna. To stanowiło dla kosmitki zupełną nowość.
- U nas są trochę inne piosenki i nieco inna muzyka - powiedziała Serena do Asha, kiedy ten, widząc jej zdumienie, zapytał, o co chodzi.
Chłopak uśmiechnął się do niej przyjaźnie i odparł:
- Tutaj mamy bardzo wiele piosenek i wiele rodzajów muzyki. Ta, co ją teraz słuchamy, to się nazywa disco.
- To ciekawe - powiedziała Serena i zaczęła się wsłuchiwać w rytm melodii, która właśnie leciała.
Zauważyła, że jej Fennekin wesoło podryguje sobie pod rytm muzyki wraz z Pikachu, Chespinem, Piplupem i Mudkipem, więc uznała, że ona nie może być od niego gorsza i sama rozpoczęła taniec. Nie wiedziała co prawda, w jaki sposób na tej planecie młodzi tańczą, ale wystarczyło jej tylko poobserwować przez chwilę wiele dziewczyn bawiących się niedaleko niej, aby już wiedzieć, w jaki sposób ma to robić. Zadowolona naśladując ich ruchy, rozpoczęła wesoły taniec i odkryła, że bardzo jej się to podoba. Pomyślała sobie przy okazji, iż jeżeli kiedykolwiek wróci jeszcze na swoją planetę, to musi wprowadzić na niej takie właśnie utwory.
Na dyskotece wszyscy dobrze się bawili. Wszyscy tańczyli ze sobą lub tylko tak dowcipnie podrygiwali obok siebie, a niejeden z nich wykonywał czasami dość dziwne ruchy, które nazywał swoim własnym indywidualnym tanecznym krokiem, a który dziwił innych uczestników zabawy tylko przez pewien czas, a potem dosyć szybko był akceptowany i przyjmowany jako coś normalnego. Niektórzy nawet w taki sposób tworzyli nowe trendy taneczne, w czym szczególnie przodował Max. Jego wygibasy, zdaniem Dawn, nie miały zbyt wiele wspólnego z tańcem, ale on się tym nie przejmował, ponieważ doskonale się bawił, kiedy tak wyginał śmiało ciało, jak to nazywał. A że inni wokół niego nie tylko to akceptowali, a wręcz się potrafili tym nawet zachwycać, nic sobie nie robił z kilku słów krytyki, jakie pod jego adresem rzucała niebieskowłosa panna.
Jak wspominano, wszyscy doskonale się bawili. Nawet Clemont nie czuł się na dyskotece wyobcowany z powodu posiadania rąk i nóg w formie mechanicznej, gdyż jak się okazało, te wcale mu nie przeszkadzały dobrze się bawić. Podobnie przyjemnie było na dyskotece także i Dawn, choć dotąd unikała ona takich miejsc i wolała zawsze spokojnie się wyciszyć w swoim miejscu odosobnienia. Ku swemu wielkiemu zaskoczeniu odkryła, że wyprawa na dyskotekę bynajmniej nie jest dla niej czymś uciążliwym, ale całkiem przyjemnym i warto się poddać atmosferze tej dobrej zabawy, jaka tu panowała. Oczywiście w głębi ducha postanowiła sobie, że nie będzie tutaj przychodzić zbyt często. Bo za dużo razy bywać w tym miejscu i słuchać tego głośnego bębnienia, to nie dla niej. Ale od czasu do czasu, oczywiście w towarzystwie swoich przyjaciół, to chętnie się wybierze.
Najlepiej się chyba jednak bawił Ash. Tańczył niedaleko Sereny i patrzył, jak ona słodko podryguje w swoim nowym stroju. Musiał przyznać przed samym sobą, że wygląda ona cudownie w tej bluzeczce odsłaniającej jej brzuch i bez ramion, a także spódniczce mini i tych zgrabnych kozaczkach. A do tego te jej piękne blond włosy, mające barwę dojrzałego miodu i powiewające swobodnie podczas każdego jej ruchu na parkiecie. To był niesamowicie ujmujący widok. Jego serce w każdym razie ujmował niesamowicie. Mógł na niego patrzeć i patrzeć.
Tymczasem na dyskotece rozpoczęła się nowa zabawa. Zaproponowano, aby rozpocząć konkurs karaoke. Kierowano wielkie światło reflektorów na kogoś z tak dobrze się bawiących nastolatków i wybierano ich, aby zaśpiewali jakąś piosenkę disco, jaką tylko sobie wybierze. Warunkiem było jedynie to, aby nikt nie śpiewał tego samego utworu, jaki wykonywał ktoś przed nim. Wszyscy ściśle trzymali się tej zasady i dzięki temu zabawa była naprawdę udana.
- A teraz na scenę poprosimy kolejnego uczestnika! - zawołał wesoło DJ, gdy następny występ dobiegł końca - A będzie nim...
Reflektor zaczął szukać kolejnego uczestnika karaoke i nagle zatrzymał się na Ashu, który rozmawiał właśnie z Sereną.
- Ten oto czarnowłosy chłopak! Zapraszamy na scenę! Zapraszamy!
Ash był zdumiony, kiedy został wybrany. Nie spodziewał się tego i chciał już się jakoś z tego wymigać, ale widząc, że jego przyjaciołom spodobał się pomysł, aby on śpiewał publicznie, a sama Serena niczym mała dziewczynka chichotała radośnie i wesoło klaskała w dłonie, ustąpił i wstąpił na scenę. DJ podał mu zaraz mikrofon i zapytał:
- Denerwujesz się, co?
- Owszem, to mój pierwszy raz - odpowiedział mu Ash.
- Nie martw się. Za pierwszym razem zwykle jest trudno. Ale nawet jeśli się wygłupisz, niczym się nie przejmuj. Towarzystwo i tak nie będzie o tym pamiętać.
Ash nie miał pewności, czy aby na pewno ktokolwiek z tu zebranych byłby w stanie zapomnieć o jego ewentualnej porażce, gdyby ją poniósł. Na jego szczęście jednak zjawił się obok niego wierny Pikachu, który zapiszczał wesoło i uśmiechnął się delikatnie na znak wsparcia dla swojego trenera.
- Myślisz, że dam sobie radę? - zapytał go Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu.
Ash popatrzył z uwagą na swoich przyjaciół, którzy czekali na jego występ i już się go nie mogli doczekać. Chłopak pomyślał sobie, że ich obecność dodaje mu otuchy i skoro wszyscy na niego liczą, to nie może ich zawieść. Nie, nie może, a już na pewno nie Sereny, która wpatruje się w niego z taką nadzieją w oczach, że gdyby tak teraz zszedł ze sceny i powiedział jej, iż nie wystąpi, chyba złamałby jej serce i doprowadził ją do łez, a czego jak czego, ale tego nie chciał. Dlatego też, pomimo pewnych wątpliwości, postanowił:
- A więc zaśpiewam. Panie DJ, poproszę „Gwiazdkę”!


DJ wiedział, o jaką piosenkę chodzi i nastawił właściwy utwór w formie bez słów, które miał wyśpiewać nasz bohater. A ten zadowolony czując już, że coraz bardziej go bierze, zaczął wesoło podrygiwać, trzymając w dłoni mikrofon, a gdy nastąpił czas na śpiew, rozpoczął występ od takich oto słów:

Nocą spadają gwiazdy, a dniem
Po horyzoncie noc spływa jak sen

Jedna gwiazdka na niebie
Świeci tylko dla ciebie.
To ja! To ja!

Jedna gwiazdka na niebie
Świeci tylko dla ciebie.
To ja! To ja!

Ash wziął pauzę przed kolejną zwrotką, jednocześnie patrząc czule na Serenę, która uśmiechała się do niego delikatnie. Chłopak poczuł się tak, jakby nagle cała sala zniknęła i zostali jedynie oni dwoje: ona słuchająca jego piosenki, a on czule ją dla niej śpiewający.
A po chwili nastąpiła druga zwrotka, która szła tak:

A kiedy przyjdzie rozstania już czas,
Gwiazdy pobledną i zacznie się wrzask.

Jedna gwiazdka na niebie
Świeci tylko dla ciebie.
To ja! To ja!

Jedna gwiazdka na niebie
Świeci tylko dla ciebie.
To ja! To ja!

Piosenka leciała dalej. Ash uśmiechnął się delikatnie do Sereny, która dobrze już wiedziała, że on śpiewa wyłącznie dla niej. Zarumieniła się lekko, a tymczasem Ash śpiewał dalej:

Może zobaczę... Zobaczę cię znów.
I przyjdzie pora powrócisz bez słów.

Jedna gwiazdka na niebie
Świeci tylko dla ciebie.
To ja! To ja!

Jedna gwiazdka na niebie
Świeci tylko dla ciebie.
To ja! To ja!

Kiedy Ash zakończył swój występ, wszyscy zaczęli głośno bić mu brawo, ale najgłośniej biła go Serena. Chłopak delikatnie skłonił się widowni i wesoło oddał mikrofon DJ-owi, a potem zszedł ze sceny i już miał podejść do przyjaciół, kiedy nagle stało się coś strasznego.


Do wnętrza dyskoteki nagle wpadło kilku ludzi. Wszyscy oni byli ubrani na czarno i mieli broń w rękach. Tuż przy nich kroczyło parę groźnie wyglądających Pokemonów. Cała ta grupka nie wyglądała na osoby, które przybyły się bawić. A to tym bardziej stało się jasne, kiedy to jedna z nich zaczęła strzelać w powietrze, co wywołało ogromny szok u wszystkich zebranych. Przyjaciele Asha obejrzeli się za siebie i zaczęli z niepokojem przyglądać się napastnikom. Ash zaś zaniepokojony spojrzał na Pikachu i dał mu jakiś znak ręką, a następnie sam zaczął się wycofywać w kierunku łazienki. Jego Pokemon zrozumiał, o co mu chodzi, ponieważ szybko doskoczył do Sereny, a z policzków poleciały mu iskry.
- Wybaczcie, że przeszkadzamy wam w zabawie - powiedziało jedno z nich, dziewczyna o ciemnoczerwonych włosach - Ale obawiam się, że musimy wam na chwilę przerwać.
- Mamy pewien interes, ale nie chcemy za długo wam czasu zajmować - rzekł na to drugi z napastników, młody mężczyzna o ciemnoniebieskich włosach - Tak więc, dajcie nam tylko swoją kasę, a my sobie za chwilę pójdziemy i więcej nas nie zobaczycie.
- Tak, ponieważ wyjedziemy z miasta, a to niestety kosztuje. Teraz wycieczki są takie drogie.
- No właśnie, dlatego nie przedłużajcie. Dawajcie kasę, bo inaczej będziemy musieli użyć swoich Pokemonów i naszych pukawek.
Ich stworki zaczęły groźnie warczeć na uczestników dyskoteki, a bandyci na dowód na to, że nie żartują, wymierzyli w kilku z nich pistolety. Jeden z nich zaś niemalże przyłożył broń do nosa Sereny, mówiąc:
- No co, ślicznotko? Powiesz tej bandzie, żeby łaskawie oddali nam wszystkie kosztowności, ponieważ trochę nam się spieszy?
Serena spojrzała na niego groźnie, a Pikachu i Fennekin stanęli obok niej, nie kryjąc swojej wściekłości. Byli gotowi zaatakować bandytów, ale widok ich broni sprawiał, że woleli niepotrzebnie nie ryzykować zarówno życia swojego, jak i też życia tej biednej dziewczyny.
- No, dalej! Dawajcie forsę, ale już! - dodała kobieta bandyta.
Wtem niespodziewanie w powietrzu coś świsnęło i uderzyło napastnika, który mierzył z broni w Serenę, w dłoń. Bandyta jęknął z bólu, upuścił pistolet i spojrzał ze wściekłością w kierunku, z którego wyleciał tajemniczy pocisk. Ten natomiast okazał się być dużym żółtym bumerangiem, wypuszczonym przez sprawną rękę w zielonej rękawiczce. Jej właściciel, młodzieniec ubrany w czarno-żółty strój, dość spore zielone rękawiczki i maskę na twarzy, stał właśnie z boku sali i złapał bez trudności w dłoń swoją własność, po czym powiedział:
- Tylko bez nerwów, proszę. Nie lubimy tutaj agresji. Tu ludzie przyszli się dobrze bawić, a wy im przeszkadzacie.
- Hej, to ty nam przeszkadzasz! - zawołała kobieta bandyta.
- Dość już tego dobrego! Koleś, wynocha! - dodał jej kompan i wymierzył w zamaskowanego napastnika.
Nie zdążył jednak do niego strzelić, ponieważ Serena złapała go szybko za ręce i zaczęła się z nim szarpać. Chwilę później skoczył na niego Pikachu, który jednym potężnym ciosem Stalowego Ogona powalił go na ziemię.
To dało znak Clemontowi, Dawn oraz Maxowi. Natychmiast rzucili się oni na bandytów, nie dając im czasu zorientować się, co się właściwie dzieje. Max jako pierwszy skoczył na jednego z napastników, który co prawda wymierzył w niego broń, ale zamurowało go, kiedy na jego oczach chłopak o zielonej skórze zamienił się w wielkiego Charizarda i zaryczał na niego groźnie. Bandyta upuścił pistolet i chciał uciec, lecz tymczasowy Pokemon powalił go na ziemię ogonem i przygniótł go łapą do ziemi, nie dając mu uciec.
Naprzeciwko drugiego stanęła Dawn. Ten popatrzył na nią groźnie i rzucił:
- Nie próbuj nawet ze mną walczyć, jeżeli cenisz sobie swoją śliczną buzię.
- Próbujesz mi grozić, co? - wysyczała do niego przez zęby ze złości Dawn - Taki jesteś odważny, bo masz broń i wydaje ci się, że masz przewagę? Popełniłeś wielki błąd sądząc, że masz przewagę. AZRA-MENTOR-ZINTOS!
Na dłoniach Dawn pojawiły się nagle wielkie, czarne kule, które wystrzeliły z siebie spore błyskawice. Te uderzyły w bandytę z ogromną siłą, po czym rzuciły go na ścianę i pozbawiły przytomności.
- Tak się kończy zadzieranie z niewłaściwymi dziewczynami - rzuciła Dawn.
Kątem oka dostrzegła, jak Clemont walczy z dwoma przeciwnikami naraz, tajemniczy obrońca w stroju superbohatera, w którym od razu rozpoznała Asha, raz za razem okłada pięściami głównego bandytę (tego samego, który mierzył bronią do Sereny), a Serena z kolei toczy walkę z jego wspólniczką. Zauważyła także, że ich dzielne Pokemony nie pozostają bierne i walczą zaciekle z Pokemonami ich przeciwników, odnosząc stopniowo nad nimi zwycięstwo, poprzez powalanie na ziemię jednego po drugim.
Walka trwała w najlepsze, bandyci nie dawali tak łatwo za wygraną, jednak w końcu musieli ulec przewadze Asha i jego kompanów, którzy powoli jednego po drugim na łopatki. Na przypieczętowanie tego wszystkiego, Clemont wycelował w nich jedną ze swoich metalowych rąk i wystrzelił z niej wielką sieć, która opadła na wszystkich bandytów i owinęła na tyle mocno, że nie byli w stanie się z niej wydostać. Serena i Dawn z kolei wykorzystały swoje moce, aby unieruchomić na dobre znokautowane Pokemony bandytów.
- No, to by było chyba na tyle - powiedział Ash, podchodząc do przyjaciół.
Ci uśmiechnęli się do niego wesoło, oczywiście bez trudu go rozpoznając w jego przebraniu. Jedynie Serena miała przez chwile pewne wątpliwości, z kim ma teraz do czynienia, ponieważ nie znała ona jeszcze sekretu Asha na temat tego, jak walczył on w Gotham City jako Robin u boku samego Batmana. Ale i ona dosyć szybko rozpoznała przebranego przyjaciela, kiedy tylko podszedł do niej i spytał:
- Nic ci nie zrobił, Sereno?
Tego głosu pełnego czułości i wielkiej troski kosmitka nigdy by nie pomyliła z żadnym innym głosem. Wiedziała już bez żadnych wątpliwości, z kim ma teraz do czynienia i powiedziała wesoło:
- Nie, na szczęście nie. Ale to dzięki tobie. Świetnie walczyłeś.
- Ty też bardzo dobrze sobie poradziłaś. Gdzie się tego nauczyłaś?
- Na naszej planecie uczymy się takich rzeczy. Musimy być przygotowani na każdą ewentualność. Kosmos nie jest niestety zbyt bezpieczny.
- Jak widzisz, ta planeta też nie. Ale mimo wszystko, mając takie moce, chyba łatwo ci będzie pokonać każdego bandytę.
- Tylko wtedy, gdy będę miała u boku takich przyjaciół jak wy.
To mówiąc, chwyciła ona dłonie Asha delikatnie i spojrzała na niego czule. Ten zaś chyba chciał coś powiedzieć, gdy nagle za oknem rozległy się głosy syren policyjnych. To dzielni stróże prawa raczyli wreszcie przybyć na miejsce.
- No tak, a oni jak zwykle na gotowe - rzucił złośliwie Max - My odwalamy za nich całą robotę, a tacy sobie przyjadą spić po wszystkim całą śmietankę.
- Co chcesz, stary? Taka już bywa praca bohatera - powiedział na to Clemont - Nie możesz liczyć na to, że okażą ci wdzięczność. Musisz po prostu robić swoje i za jedyną nagrodę mieć satysfakcję z dobrze wykonanego zadania.
- No tak, niestety - rzekł nieco rozczarowany Max, po czym wesoło dodał: - Ale chyba przyznacie, że fajna była zabawa.
- A to akurat prawda - zgodził się z nim Clemont - Czekam na kolejną.
Dawn pokręciła załamana głową, słysząc ich wypowiedź, a potem podeszła do Asha i Sereny, mówiąc:
- Nieźle walczyliście. Naprawdę fajnie było was oglądać w akcji.
- Nam ciebie także - powiedziała Serena.
Dawn skinęła jej głową na znak podziękowania, a potem spojrzała na Asha i zapytała go:
- A tak przy okazji, to jak ty tak szybko się przebrałeś, co?
Ash lekko podrapał się dłonią za karkiem, aby ukryć zmieszanie, przez chwilę nie wiedział, co powinien zrobić, aż w końcu powiedział:
- Tak prawdę mówiąc, to miałem ten kostium pod ubraniem. Zawsze go mam na sobie, odkąd miała miejsce ta awantura w supermarkecie. Wolę być gotowy na każdą ewentualność, a nie chcę walczyć w swoim normalnym stroju.
- Tożsamość Robina musi pozostać tajemnicą, prawda?
- Dokładnie tak.
- Robina? - zapytała zdumiona Serena.
- Później ci powiem - odpowiedział jej niemalże szeptem Ash.
Nie chciał, aby ktoś obcy to usłyszał, a zwłaszcza teraz, kiedy do dyskoteki weszło kilka kolejnych osób. Byli to policjanci, którzy przybyli zabrać bandytów do aresztu, a także dziennikarze, na czele których stała wysoka dziewczyna o dość ciemnych włosach i niebieskich oczach, z Helioptilem na ramieniu. W dłoni miała mikrofon, który zaraz podsunęła Ashowi, gdy tylko się do niego zbliżyła i rzekła:
- Czy to wy powstrzymaliście tych bandytów przez odebraniem ludziom ich pieniędzy?


Ash nieco zmieszany, bo mimo bycia od dawna już bohaterem, jeszcze nie był zbyt mocno przyzwyczajony do wywiadów z dziennikarzami, po czym odparł:
- Tak, to my. Cała nasza piątka.
To mówiąc, wskazał dłonią na Serenę, Dawn, Clemonta i Maxa, którzy zaraz podeszli do niego słysząc, że tu o nich mowa. Obok nich stanęły wierne Pokemony i zapiszczały wesoło na znak swojego zachwytu całą sytuacją.
- Ryzykowaliście swoje życie, aby ocalić wszystkich wokół - mówiła dalej dziennikarka, nie kryjąc swojego podniecenia.
- Tak, ale to przecież normalne dla bohaterów - powiedział dumnie Max.
- Każdy inny na naszym miejscu, zrobiłby to samo - dodał Clemont.
- A jednak nikt inny tego nie zrobił, tylko wy - rzekła dziennikarka, z uwagą patrząc na całą drużynę - Jesteście bardzo waleczni. Czy kiedyś już to robiliście?
- On tak i to dość często - powiedział Max, wskazując dłonią na Asha.
- Naprawdę? - zdziwiła się dziennikarka.
- No tak, przecież to jest Robin - mówił dalej zielonoskóry, aż dostał mocną sójkę w bok od Dawn.
Dziewczyna nie była pewna, czy ich przyjaciel chciał, aby wszyscy się o tym dowiedzieli, ale swoich słów już nie mógł cofnąć. Dziennikarka podłapała słowa chłopaka i spojrzała na Asha z wyraźnym zainteresowaniem.
- A więc ty jesteś Robin, pomocnik Batmana? - zapytała zaintrygowana.
Dawn spojrzała groźnym spojrzeniem na Maxa, który zachichotał wesoło, w ten sposób próbując czasami ukryć swoje zmieszanie. Ash jednak uznał, że nie ma sensu ukrywać tego, co wyszło na jaw i powiedział:
- Tak, to właśnie ja. Przyjechałem tutaj odpocząć nieco do walki ze złem, ale jak się okazuje, od tego się tak łatwo nie uwolnię. Najwyraźniej walka ta jest już chyba częścią mego życia.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu, wskakując mu na ramię.
Dziennikarka uśmiechnęła się wesoło i powiedziała:
- A zatem mamy do czynienia z twoją własną dzielną drużyną bohaterów, mój drogi Robinie. Czy możemy liczyć na to, że ta drużyna jeszcze nieraz pomoże nam w potrzebie?
Ash popatrzył bardzo uważnie na swoich przyjaciół, a ponieważ nie widział w ich spojrzeniach dezaprobaty, odpowiedział:
- Jeżeli zajdzie taka potrzeba, to tak.
Dziennikarka ucieszyła się, bo na taką właśnie odpowiedź liczyła. Następnie z radością spojrzała na resztę ekipy i powiedziała:
- A zatem Robin, pomocnik Batmana będzie w imieniu jego i swoim własnym będzie nas bronił. A wraz z nim jego przyjaciele o imionach... No właśnie, a co z wami? Jak mamy was nazywać?
Przyjaciele Asha zmieszali się lekko na to pytanie, po czym Max wesoło jako pierwszy zawołał:
- Bestia!
Dawn spojrzała na niego zdumiona i spytała:
- A dlaczego Bestia?
- Bo jak jestem na parkiecie, wychodzi ze mnie zwierzę - zachichotał Max.
- Cyborg - przedstawił się Clemont.
Dawn pomyślała przez chwilę, a kiedy dziennikarka i jej podłożyła pod nos swój mikrofon, odpowiedziała:
- Raven.
Teraz przyszła pora na Serenę. Znalazła się ona wówczas w kropce. Nie była w stanie sama wymyślić żadnego konkretnego przydomku, jak jej przyjaciele, zaś swojego prawdziwego imienia nie zamierzała podawać. Zastanawiała się, które to może przedstawić, gdy nagle przypomniała sobie, jak jej słodki Ash śpiewał jej nie tak znowu dawno, bo zaledwie przed pół godziną, może trochę wcześniej bardzo piękną piosenkę. Tak, bo śpiewał ją przecież tylko dla niej. Nie dla innych, tylko dla niej. Co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Przypomniała sobie ten utwór i zadowolona, że już wie, co ma powiedzieć, odparła:
- Gwiazdka. Jestem Gwiazdka.
Dziennikarka wyglądała na bardzo zadowoloną tymi odpowiedziami. Zaraz też spojrzała na swojego pomocnika z kamerą w dłoni, upewniając się, że nagrał on to wszystko, po czym zadowolona powiedziała:
- Robin, Bestia, Cyborg, Raven i Gwiazdka. Dzielna drużyna, która nie boi się żadnego przestępcy i na którą nasze miasto będzie mogło zawsze liczyć. Dzielni i nieustraszeni niczym jacyś bogowie, waleczni jak bohaterowie sprzed lat i mocni jak tytani. Tak, to jest dobre! To jest super nazwa!
- Tytani? - zapytała zdumiona Dawn.
- Nie! Młodzi Tytani! - zawołał wesoło Max, podłapując tę nazwę, która od razu spodobała się dziennikarce.
- Tak! To jest idealna nazwa dla gazety i dla świata! Jesteście Młodzi Tytani!

***


W dalekim kosmosie, w zupełnie odległym miejscu niż Jump City, powoli sunął przez bezkresną dal statek kosmiczny. Na jego pokładzie siedział pewien dość wysoki, postawny młody mężczyzna o ciemnoniebieskich włosach i ponurej twarzy. Wprowadzał on do statku parametry, które zdołał niedawno ustalić, a które były niezbędne do namierzenia pewnej ważnej dla niego osoby.
- Komputer, sprawdź współrzędne, które ci wpisałem.
- Już wykonuję.
Komputer zaczął w swoim wnętrzu mielić i sprawdzać dane wpisane do niego i już po chwili powiedział:
- Współrzędne wskazują na planetę Ziemia w Układzie Słonecznym.
- Tak coś czułem - powiedział z mściwą satysfakcją w głosie młodzieniec - Ona zawsze interesowała się tą głupią planetą i jej tradycjami. Ale o ile wiem, to dosyć duża planeta, znajduje się tam wiele krajów i wiele narodów. Gdzie mam ją szukać? Komputer!
- Tak, panie?
- Ustal mi dokładne miejsce jej pobytu.
- Już sprawdzam.
Komputer zaczął badać dokładnie wpisane wcześniej w niego dane, po czym po jakieś minucie lub dwie, powiedział:
- Współrzędne sprawdzone. Planeta Ziemia, kraj Stany Zjednoczone, miasto Jump City.
Młodzieniec uśmiechnął się zadowolony, gdy to usłyszał.
- A więc to tam się ukryłaś, moja ptaszynko. Myślisz, że zdołasz mi uciec? Nic z tego! Będziesz jeszcze moja, czy ci się to podoba, czy nie. Ja nie pozwolę z siebie robić durnia i ośmieszać się przed całą galaktyką. Zapłacisz mi za zniewagę, jaką przez ciebie doznałem. Najpierw ty, a potem twoja planeta. Ale najpierw ty.
Następnie wcisnął kilka przycisków na panelu sterowania i powiedział:
- Komputer, przygotować się do skoku w nadświetlną.
- Wykonuję.
Już po chwili statek był gotów do lotu i gdy tylko sprawdzanie terenu zostało zakończone, a komputer nie wykrył na drodze statku żadnych czarnych dziur ani pola asteroid, pojazd ruszył w drogę, uruchamiając wcześniej prędkość światła. I nim minęła sekunda, zamiast statku i jego właściciela, w kosmosie pozostała tylko czerwona podwójna smuga zawieszona w miejscu, w którym przed chwilą jeszcze statek ten stał.


C.D.N.

poniedziałek, 13 stycznia 2025

Przygoda 129 cz. III

Przygoda CXXIX

Tytanio, wio! cz. III


W jakieś dwadzieścia minut nasi bohaterowie dotarli do szpitala, gdzie już się zajęto Clemontem. Ponieważ jego obrażenia były niezwykle poważne, a do tego pan Meyer należał do ludzi wysoko usytuowanych w tych stronach, wypadek jego syna potraktowano niezmiernie poważnie. Tym bardziej, że chwilowo w szpitalu nie było żadnej innej poważnej operacji i najlepsi chirurdzy w tym budynku mogli się zająć chłopakiem. Niestety, ordynator, który podszedł do pana Meyera ledwie tylko go zobaczył na szpitalnym korytarzu, nie miał dobrych nowin.
- Nie będę przed panem ukrywał, sytuacja jest niezmiernie poważna - rzekł do mężczyzny, kiedy tylko obaj wymienili się grzecznościami - Pana syn doznał tak poważnych obrażeń, że nie wiem, ile zdołamy z niego ocalić.
- Słucham? Ile zdołacie z niego ocalić?! - zawołała ze złością pani Meyer - Co to ma niby znaczyć?
Ordynator spojrzał na kobietę ze smutkiem w oczach i poczuł, jak mu się w gardle pojawia nagle jakaś wielka kula, która blokuje mu mowę. Nie był w stanie powiedzieć jej tego, co musiał powiedzieć. Wiedział, że musi to uczynić, czy tego chce, czy też nie, ale nie wiedział, jak zdoła tego dokonać. Pomimo tego, że już nie było to dla niego pierwszyzną i niejeden raz w swojej karierze musiał podobne wiadomości przekazywać rodzicom lub bliskim swoich pacjentów, to poczuł, że to zadanie, które właśnie stało przed nim, przerasta jego możliwości. Wiedział jednak dobrze, iż musi to zrobić, więc powiedział:
- No cóż... Nie mogę ukrywać przed państwem, bo i tak się państwo w końcu tego dowiecie... Państwa syn ma poszarpane ręce i nogi. Doznał także poważnych obrażeń na piersi. Został także ranny w oko. Wybuch poważnie mu zaszkodził i nie mogę dać państwu gwarancji, ile jego ciała zdołamy ocalić.
Delia Meyer złapała się za serce, kiedy to usłyszała, a do tego zachwiała się tak mocno, że gdyby Dawn z Maxem jej nie podtrzymali, to prawdopodobnie by upadła na podłogę i zemdlała zrozpaczona. To wszystko było zdecydowanie ponad jej siły. Drżała na całym ciele, czuła się tak, jakby była w jakimś amoku i musiała z pomocą swojej przybranej córki i nowego znajomego usiąść na krześle.
- Jak to? Chce pan powiedzieć, że będziecie musieli mu amputować rękę lub nogę? A może wszystkie kończyny?
Ordynator nie wiedział, co odpowiedzieć, westchnął zrozpaczony i zaczął się rozglądać wzrokiem dookoła siebie, mówiąc:
- To jeszcze nie jest nic pewnego, proszę pani. Wszystko w rękach lekarzy, a mogę pani zagwarantować, że potraktowaliśmy sprawę pani syna niezmiernie, ale to niezmiernie poważnie i w tej chwili zajmują się nim najlepsi nasi lekarze...
- Ale nie może mi pan zagwarantować, że on z tego wyjdzie, prawda?
- Zapewniam panią, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby ocalić mu życie i wierzę, że to się nam uda.
- Ale nie widzi pan do tego wielkich nadziei?
- Życie pani syna ocalimy, wierzę w to.
- Ale jego kończyny już nie, tak?
Ordynator westchnął głęboko, znowu czując, że odpowiedź na to pytanie go przerasta. Wiele by dał za to, aby teraz ktoś go zastąpił na tym stanowisku. Tego jednak nie mógł dokonać, wiedział o tym i dlatego uznał, że musi w końcu wziąć się w garść i powiedzieć Delii prawdę. Zrobił więc to, choć z rozpaczą w głosie i to z rozpaczą całkowicie szczerą.
- Wolę nie rozstrzygać niczego z góry, bo póki nic nie jest jeszcze pewne, to nie chcę ustalać już wszystkiego teraz, póki nic się nie rozstrzygnie.
- Ale na chwilę obecną, jak pan to widzi? - zapytał Meyer, z trudem przy tych słowach zachowując spokój, choć w głębi serca miał ochotę wyć z rozpaczy.
- Na chwilę obecną, to obawiam się, że nie da się ocalić jego kończyn. Jego obrażenia na nich są tak wielkie, iż naprawdę trudno mi jest powiedzieć, co z tego wyniknie. Być może będziemy musieli to zrobić, aby móc uratować jego życie.
Delia, słysząc to, rozpłakała się na całego i ukryła twarz w dłoniach. Dawn zaś, pomimo zachowania kamiennej twarzy, nie umiała ukryć w pełni tego, jak ją bardzo to poruszyło. Ash wyczuł to wszystko, obserwując dziewczynę. Czuł, że tak dobrze jej idzie skrywanie emocji przez większość czasu, ale w tej sytuacji, mimo usilnych starań nie jest w stanie tego dokonać. Nie dziwił się jej, ponieważ sam też się czuł okropnie z tym wszystkim. Clemonta serdecznie polubił i taki wypadek, jaki go spotkał, był dla niego czymś przygnębiającym i to w taki sposób, jakby ten chłopak, którego znał zaledwie od kilku dni, był mu rodzonym bratem. Max zaś, chociaż nie znał jeszcze Clemonta, widząc rozpacz malującą się na twarzy swoich nowych znajomych, poczuł się przygnębiony i uznał, że jego problemy są wprost śmiesznie małe w porównaniu z problemami tych biednych ludzi.
Pani Meyer płakała dalej z rozpaczy w dłonie, po czym nagle spojrzała na męża i zawołała do niego groźnie:
- To wszystko przez ciebie! To przez ciebie i te twoje głupie wynalazki! Tak, nie udawaj, że nie wiesz, o co mi chodzi. Wiele razy ci już mówiłam, żebyś mi nie wciągał Clemonta w te wszystkie bzdury, ale ty nie! Ty mnie nigdy nie słuchałeś! Ty zawsze wiedziałeś wszystko lepiej! I proszę, masz teraz tego konsekwencje!
Pan Meyer spojrzał na nią oburzony i zawołał:
- Przestań się już mnie czepiać! Kto mógł niby przewidzieć, że stanie się coś takiego?! Myślisz może, że ja tego chciałem?! Myślisz, że to dla mnie jest miłe, co się stało naszemu synowi?!
- Ale ja już wiele razy cię prosiłam! Wiele razy mówiłam, żebyś nie wciągał Clemonta w te wszystkie szaleństwa! Prosiłam cię wiele razy! I zobacz, co mu się stało! Zobacz sam, co się dzieje, kiedy mnie nie słuchasz! Dlaczego ty nigdy mnie nie słuchasz?!
- Delio, opanuj się! Nie rozumiesz, że on sam tego chciał?!
- Czego chciał? Stracić kończyny chciał?!
- Nie, chciał badać wraz ze mną technikę i tworzyć wynalazki! Tego po prostu się nie dało przewidzieć! Dotąd wszystko szło dobrze, nigdy nie było wypadku w tym laboratorium! Skąd miałem wiedzieć, że coś takiego będzie miało miejsce?!
- Gdybyś miał rozum w głowie, to byś przewidział i do niczego by nie doszło!
- Jak ty możesz, co?! A ty niby przewidziałaś to, tak?!
- Niczego nie przewidziałam! Ja tylko miałam obawy! I gdybyś raczył mnie w tej sprawie słuchać...!
- DOSYĆ! - krzyknęła na nich Dawn.
Wszyscy spojrzeli zdumieni na dziewczynę. Ona i stojący u jej boku Piplup, jak dotąd zawsze spokojni, choć wyraźnie przygnębieni, teraz wybuchli. Dawn ze wściekłością krzyknęła na przybranych rodziców, a jej Pokemon zaćwierkał, dziko machając przy tym skrzydełkami. Zachowanie to zaszokowało wszystkich, a już na pewno państwo Meyer, którzy nigdy nie widzieli dziewczynę w takim stanie. Jej gniew, jaki wręcz kipiał z niej, stanowił niezwykły i zarazem przerażający widok. Ta dziewczyna i jej Pokemon zazwyczaj byli prawdziwą oazą spokoju, dowodem na to, że można zachować całkowity spokój i nie okazywać emocji bez względu na to, co się wokół nas dzieje. Teraz jednak i jej udzieliło się powszechnie panujące napięcie i nie wytrzymała, musiała wybuchnąć, co też nastąpiło. Wszyscy patrzyli na nią zdumieni, a ona wówczas dodała:
- Przestańcie wreszcie! Oboje! Czy nie widzicie, że tymi kłótniami nikomu nie pomagacie? Tylko możecie zaszkodzić.
Powiedziała to spokojnym, aczkolwiek niezwykle stanowczym tonem i to tak bardzo stanowczym, że już sam ton, w jakim wypowiedziała dane słowa sprawił, iż wszyscy poczuli przed nią respekt. Tak wielki, że nawet Pikachu i Piplup zadrżeli lekko pod wpływem jej głosu. Ash zaś spojrzał na dziewczynę z podziwem oraz wielkim szacunkiem, nie mogąc ukryć swojego zachwytu w danej sytuacji. Cieszył się, że Dawn uspokoiła swoich przybranych rodziców i nakazała im się uspokoić, na co i on miał wielką ochotę, ale nie odważył się tego zrobić. Jak tylko spojrzenie jego i dziewczyny się spotkały, obdarzył ją delikatnym i serdecznym uśmiechem. A ona, co najbardziej go zaskoczyło, odwzajemniła mu się tym samym.


- Dawn ma rację - powiedział pan Meyer po długiej chwili ciszy - Te nasze sprzeczki do niczego nie prowadzą i nikomu one nie pomogą. A już na pewno nie pomogą one Clemontowi.
- Co możemy więc zrobić? - zapytała załamanym głosem pani Meyer.
- Jak na razie, tylko czekać - odpowiedział na to ordynator - Najlepsi lekarze się zajmują państwa synem. Jest on zatem w dobrych rękach. Nie należy zatem w tej sytuacji tracić nadziei. Proszę wierzyć, że wszystko będzie dobrze.
Ash wyczuwał w jego głosie niepewność, jakby ten człowiek sam nie wierzył w to, co mówił i pomyślał sobie, że zapewne tak właśnie jest. Lekarz jest już tego pewien, iż Clemontowi nie pomoże ta operacja, a jeżeli nawet to zrobi i ocali mu życia, to tylko za cenę jego kończyn. Na samą myśl o tym, chłopak poczuł, jak coś go ściska mocno w żołądku. Biedny Clemont. Nie zdążył go poznać nazbyt dobrze, a mimo to czuł się okropnie na samą myśl o tym, że spotkał go taki los. Przecież to młody człowiek, niewiele chyba młodszy od niego. Nie zasłużył na to, aby zostać w takim wieku kaleką. To niesprawiedliwe.
Ordynator odszedł do swoich obowiązków, a Ash myślał o tym wszystkim, co się dzisiaj stało. Poczuł, że niestety nie na wszystkie problemy jest w stanie pomóc superbohater. Przygnębiony tą myślą usiadł na krześle tuż koło Maxa, a wierny Pikachu usadowił się wygodnie obok niego, nie odrywając od chłopaka wzroku. Siedzieli tak obaj przez chwilę, nic do nikogo nie mówiąc, reszta zaś była im wdzięczna za tę chwilę tak bardzo błogosławionej teraz ciszy, jaką im w ten sposób ofiarował. Nagle jednak Ash spojrzał na Maxa i poczuł, że coś sobie przypomina. Coś, co miał powiedzieć państwu Meyer, zanim stało się to nieszczęście.
- Ach, prawda. Zupełnie zapomniałem o twojej sprawie, Max.
- Nie ważne, Ash. Teraz to nie jest takie ważne - odparł na to chłopak, lekko machając przy tym ręką na znak, że nie przywiązuje do tego, o czym mowa jakieś większej wagi.
- Co nie jest ważne? - zapytał pan Meyer, zaintrygowany ich wymianą zdań.
- Nic takiego, proszę pana - powiedział Max obojętnym tonem.
- Nie, nie. Powiedzcie nam - rzekła na to Delia Meyer - Przyszliście tu do nas obaj bardzo zaaferowani czymś. Pewnie to coś bardzo ważnego.
- W tej chwili najważniejsze dla nas jest życie i zdrowie Clemonta - odparł na to Ash - Choć oczywiście sprawa Maxa też ma swoje znaczenie, jednak skoro on sam nie uważa jej za tak ważną, to...
Pan Meyer przerwał mu jednak, robiąc wymowny ruch ręką.
- Nie, nie możecie tak mówić. Żadna sprawa nie jest ważniejsza ani też mniej ważna dla nas. Owszem, Clemont to nasz priorytet, ale to przecież nie znaczy, że mamy zapominać o innych sprawach. Mówcie zatem, o co chodzi.
Max dalej lekko się wzbraniał, ale kiedy Pikachu i Piplup zaczęli piszczeć i tymi piskami zachęcać go do mówienia, a i Dawn poprosiła, aby powiedział, o co mu chodzi, odpowiedział:
- No dobrze. Skoro tak wam zależy, powiem.
I zaczął opowiadać wszystko o dręczącym go problemie. Ash z kolei ze swej strony uzupełnił tę historię o dodatkowe niezbędne informacje. Państwo Meyer i ich przybrana córka ze swoim Pokemonem uważnie ich obu słuchali. Kiedy zaś już opowieść dobiegła końca, pan Meyer westchnął delikatnie i odparł:
- No cóż... Nie powiem, żeby sytuacja twoja była wesoła, mój chłopcze. Ale nie widzę powodów do paniki. Na pewno bez większych trudności policja dojdzie do tego, że to ty stoisz za tą sprawą z supermarketem. Ale spokojnie. Miejscowy komendant to mój dobry znajomy. Pogadam z nim. Może uda się ugłaskać władze i dostaniesz tylko prace społeczne. Myślę, że to da się załatwić. A co do ciebie...
To mówiąc, spojrzał na Asha i dodał nieco surowym tonem:
- Nie wiem, czy powinien cię zganić, czy pochwalić. Z jednej strony jestem pełen podziwu dla ciebie za to, że bez wahania skoczyłeś pomóc ludziom i że w dodatku nie wahałeś się walczyć z poważnym przeciwnikiem, którego nie miałeś wcale pewności pokonać. Z drugiej jednak strony, naprawdę wiele ryzykowałeś. Nie pamiętasz, jakie są zasady? Nikt nie może znać twojej drugiej tożsamości. A tą swoją brawurową akcją ryzykowałeś zdemaskowanie.
- Miałem maskę. Nikt mnie nie rozpoznał - zauważył Ash.
- Pika-pika-chu! - poparł go Pikachu.
- Maskę! Phi! Też mi maska - mruknął pan Meyer - Jakaś chusta z otworami na oczy. Bawisz się w Zorro, fajnie, ale może bez ryzyka ujawnienia twojej drugiej tożsamości? Poza tym, przypominam ci, że przybyłeś tutaj studiować, a nie znowu walczyć ze złem.
Zaraz potem, kiedy już wziął głęboki wdech, uśmiechnął się do niego i dodał:
- Ale nie mogę udawać, że nie odwaliłeś kawałka dobrej roboty. Ja tam nie wiem, kto by dał radę Maxowi z tymi jego mocami. A tobie się udało.
- Powalił mnie na łopatki i to tak, że nawet teraz ledwie zipię - dodał Max i to dość wesołym tonem - Nie ma co, to niezły twardziel.
- Z ciebie także - powiedział Ash i uśmiechnął się do niego przyjaźnie - Tak sobie myślę, że moglibyśmy razem grać w jednej drużynie. Gdybyś tylko chciał.
- A to akurat nie jest kwestia tego, czego ja chcę, a czego nie - odparł Max, który z miejsca stracił dobry humor - Przecież jestem poszukiwany za to, co dzisiaj narozrabiałem. Jeżeli pan Meyer mi nie pomoże, to nie wiem, co ja zrobię i jaki los mnie czeka.
- A o to się nie musisz martwić - odparł pan Meyer, kładąc mu przyjaźnie dłoń na ramieniu - Pomogę ci. Wstawię się za tobą u komendanta. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze.
Max uśmiechnął się serdecznie do mężczyzny i spojrzał na niego wzrokiem pełnym wdzięczności. Dawn natomiast westchnęła smutno, jakby nie wierzyła, aby cokolwiek jeszcze mogło się potoczyć dobrze.

***


Kilka godzin później przyszła wiadomość od ordynatora. Operacja się udała i pacjent wyzdrowiał. Niestety, wbrew wcześniejszym pozytywnym przekazom, nie udało się ocalić jego obu rąk i nóg. Aby uratować chłopakowi życie, operujący go lekarze musieli amputować mu niemal całe nogi i ręce przy łokciach. Delia, kiedy tylko to usłyszała, rozpłakała się tak mocno, że trzeba było jej prędko podać leki na uspokojenie z obawy, aby nic złego się jej nie stało. Dawn zasmucona patrzyła na ordynatora z rozpaczą w oczach, nie wiedząc, co powiedzieć. Max i Ash oraz Pikachu nie byli w stanie z szoku wydusić z siebie nawet jednego słowa. Z kolei zaś Steven Meyer patrzył zszokowany na ordynatora, czując, że tylko cud chyba go podtrzymuje przy życiu z tego szoku, w jaki popadł. Następnie, kiedy już się z niego ocknął, powiedział:
- Jestem wynalazcą. Jestem pewien, że mojemu synowi można zrobić jakieś skuteczne protezy, które pomogą mu normalnie żyć.
- Też jestem tego pewien, proszę pana - odpowiedział mu na to ordynator - To jest jak najbardziej możliwe, lecz musiałby pan sam wyprodukować je, ponieważ obawiam się, że szpital takowych nie posiada. Mamy protezy, ale nie wiem, czy są one takie, o jakich pan mówi.
- Nieważne, czy takie są, czy też nie - stwierdził pan Meyer - Zamierzam sam je stworzyć i chcę, abyście potem je założyli mojemu synowi. A właśnie, co z nim teraz? Czy już wie o swoim położeniu?
- Jeszcze nie. Po wszystkim został wprowadzony, przynajmniej chwilowo w stan głębokiego snu regeneracyjnego. Stracił tak wiele sił, że nieprędko się obudzi i będziemy go w tym stanie podtrzymywać do czasu, aż jego protezy będą gotowe. Wtedy zamontujemy mu je w jego ciele.
Pan Meyer uśmiechnął się zadowolony. Właśnie na taką odpowiedź czekał. Z radością i nową nadzieją w sercu, natychmiast wybiegł ze szpitala i ruszył od razu w kierunku swojego domu, a gdy tylko tam dotarł, natychmiast zabrał się do pracy nad swoim dziełem. Gdy jego żona i reszta wrócili do domu i zobaczyli, co on robi i jak wielką wagę do tego przywiązuje, poczuli się bardzo smutni. Z jednej strony cieszyło ich, że Steven poważnie traktuje całą sprawę i ma zajęcie, które pomaga mu nie myśleć o cierpieniu, jakie czuje z powodu tragedii syna. Z drugiej jednak strony było im okropnie na myśl o tym, że Steven poświęca się tak mocno czemuś, co nie daje mu przecież gwarancji zwycięstwa. Nie miał przecież żadnej, ale to żadnej pewności, że zdoła pomóc synowi tymi właśnie protezami. To z jego strony było tylko i wyłącznie przypuszczeniem. Nie mógł wiedzieć, czy to się uda, czy nie. Co prawda, jego bliscy byli pewni, że mu się uda, to jednak oni wszyscy, a zwłaszcza Delia zdawali sobie również sprawę z tego, iż mogą się mylić. Dobrze też wiedzieli, co będzie, jeżeli ich obawy okażą się prawdą. Steven załamie się już kompletnie w takiej sytuacji i nic mu już wtedy nie pomoże. Potem może nawet zwariować z rozpaczy i oprócz tragedii syna, Delia dozna jeszcze tragedii męża, a tego już chyba by nie zdołała znieść. Dlatego wszyscy mocno trzymali kciuki za biednego pana Meyera, kibicując mu w duchu, aby jego praca nie okazała się w żaden sposób bezużyteczna. Nie przeszkadzali też mu, pozwalając mu spokojnie pracować w jego gabinecie. Z ulgą przyjmowali również fakt, że wychodził od czasu do czasu z niego na posiłki.
Należy przy tym zaznaczyć, że pan Meyer pracował w swoim gabinecie, gdyż nie mógł tego robić w przeznaczonym dla tego celu laboratorium. To bowiem w większej części spłonęło w wyniku pożaru, do jakiego tam doszło, a który z kolei był wynikiem eksplozji, niechcący spowodowanej przez Clemonta i jego ojca. Na szczęście dom w niewielki sposób ucierpiał z powodu pożaru. Spłonęło jedynie laboratorium i sąsiedni pokój, inne były jedynie brudne od dymu i kurzu, który to przez niego powstał. Sytuacja domu nie wyglądała zatem tragicznie, a to głównie z tego powodu, że od razu zadziałały zraszacze uruchomione na suficie w każdym pokoju, które zaczęły rozpryskiwać wodę na wszystkie strony i w ten sposób nie dopuściły do tego, aby ogień przeszedł na inne pomieszczenia. Nie zdołały one co prawda, ugasić pożaru w laboratorium, ale mimo wszystko powstrzymały go przed rozprzestrzenieniem się na cały dom. A kiedy przyjechała straż pożarna, która to niesamowicie prędko przybyła na miejsce, strażacy przy sporym wsparciu swoich wodnych Pokemonów prędko ugasili pożar. Niestety, eksplozja, od której wszystko się zaczęło, mocno poraniła Clemonta, a efekty tego tragicznego wydarzenia są już nam znane.
Nadchodziła powoli noc, a pan Meyer dalej pracował nad wynalazkiem, który miał mu pomóc choć częściowo przywrócić jego synowi możliwość życia między ludźmi. Nikomu z obecnych w domu nie przyszło do głowy, aby mu w tym choćby w najmniejszym nawet stopniu przeszkadzać. Jedynie Delia delikatnie zapukała do jego drzwi i powiedziała mężowi, że zostawia mu pod drzwiami talerz kanapek i coś do picia, aby nie opadł z sił przy dalszej pracy. Steven podziękował jej i jak na razie nie wyszedł z pokoju, na co żona jednak jego zareagowała zrozumieniem i nie naciskała na niego, aby to zrobił. Jakieś kilkanaście minut później zauważyła, że jej mąż jednak zabrał kanapki i napój do pokoju, ponieważ nie było ich, kiedy w tamtym momencie przechodziła obok jego samotni.


Potem pani Delia, jak na prawdziwą gospodynię przystało, zadbała o to, aby jej goście mieli zapewnione wszystko, co potrzebują, a przede wszystkim miejsce do spania. Dawn i Ash je mieli od dawna, ale Max, który był tu nowy już nie i w tej sprawie dość szybko się zorientował. Ponieważ jednak nie chciał być ciężarem dla swoich nowych przyjaciół, powiedział:
- Dobra, to może lepiej będzie, jak już sobie pójdę.
- Czekaj! - zawołał Ash zaniepokojonym tonem - A dokąd chcesz iść? I czy w ogóle masz gdzie spać?
Max pokręcił przecząco głową i odpowiedział:
- Nie, dopiero co tutaj przybyłem. Nie zdążyłem jeszcze znaleźć tutaj miejsca, w którym mógłbym się zatrzymać na noc. A po tym, co dzisiaj wywinąłem, chyba nie będzie mnie nikt chciał przyjąć.
- My cię przyjmiemy - powiedziała Delia, podchodząc do chłopaka i z wielką serdecznością uśmiechając się do niego - Możesz zatrzymać się na chwilę obecną w pokoju Clemonta. Mam takie jakieś obawy, że jeszcze długo nie będzie mógł do niego powrócić.
Max poczuł, że zrobiło mu się na sercu niezwykle ciepło. Nie wiedział przez chwilę, co ma odpowiedzieć. Propozycja pani Meyer była mu miła, ale też nie był pewien, czy powinien ją przyjąć. Poczuł się przy tym okropnie głupio, kiedy sobie przypomniał, że nie tak dawno uważał, iż wszyscy ludzie są do niego niemili i nie ma absolutnie żadnej szansy na to, aby ktokolwiek tutaj go polubił. Jakże głupie się teraz wydawały jego obawy. Ale czy miał prawo prosić o nocleg tych ludzi i to po tym, co narobił w ich rodzinnym mieście? Wyraził na głos swoje obawy, ale nie okazały się one istotne ani dla pani Meyer, ani dla Ash i jego Pikachu. Dawn nic w tej sprawie nie powiedziała, ale kiedy pozostali spojrzeli na nią pytająco, delikatnie skinęła głową na znak, że i ona nie ma nic przeciwko temu. W takiej sytuacji już sprawa była załatwiona i Max mógł swobodnie pozostać na noc w domu państwa Meyer. Pani Delia odprowadziła go tam i życzyła mu, aby dobrze mu się spało, po czym odeszła życzyć tego samego pozostałym domownikom.
Tej nocy wszyscy spali na tyle spokojnie, na ile było to możliwe. Myśl o tym, co spotkało Clemonta i obawy na temat jego przyszłości bynajmniej nikomu w tej zaśnięciu nie pomagały, ale jakoś udało się wszystkim na tyle je opanować, aby w sposób ostateczny zasnąć i spać spokojnie do białego rana, nastawiając się na całą tę sprawę w sposób pozytywny. Oczywiście, na rano wróciły wszelkie obawy oraz wątpliwości, ale wszyscy starali się w miarę możliwości nad nimi zapanować i nie mówić o nich nikomu z pozostałych członków grupy, wiedząc doskonale, że ani im, ani reszcie to nie pomoże.
Pan Meyer nie spał części, kontynuując swoją pracę. Zdrzemnął się chyba tak z cztery godziny, a potem, po szybko zjedzonym śniadaniu, natychmiast powrócił do przerwanego zajęcia. Nikt nie miał o to do niego pretensji, a już na pewno nie jego żona, która doskonale wiedziała, czemu on to robi i po cichu w duchu wręcz modliła się o to, aby starania ukochanego nie poszły na marne. Potem oznajmiła reszcie, że chciałaby pójść odwiedzić Clemonta w szpitalu. Dobrze wiedziała, że jego widok sprawi jej ból i chłopak póki co jest cały czas pogrążony w sztucznie wymuszonym śnie, więc nawet nie dowie się o jej wizycie, ale chęć zobaczenia go była w niej silniejsza od wszystkich argumentów przeciwnych tej decyzji. Ani Ash, ani Max, ani nawet Dawn nie próbowali jej przekonać do zmiany zdania, dobrze o tym wiedząc, że to bezcelowe. Postanowili więc pójść z nią, aby ją wesprzeć, jeśli zajdzie taka konieczność (a czuli, że może zajść).
Kiedy szykowali się do wyjścia, nigdzie nie było Dawn. Musiała ona wrócić do swojego pokoju w jakimś niezrozumiałym dla nich celu. Kiedy tylko zostało to odkryte, Ash zaproponował, że pójdzie po nią. Jak powiedział, tak zrobił i już po chwili stał przed drzwiami pokoju Dawn i zapukał do w nie delikatnie.
- Dawn! Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale mieliśmy wszyscy razem iść do Clemonta, do szpitala. Nie wiemy, czy idziesz z nami, czy też nie.
Przez krótką chwilę nie usłyszał żadnej odpowiedzi, ale potem nastąpiła ona jednak. A brzmiała tak:
- Spokojnie, już do was idę. Musiałam się tylko trochę zrelaksować.
Ash zaintrygowany tym, w jakiż to sposób dziewczyna może się relaksować, zaintrygowany uchylił lekko drzwi do pokoju Dawn, choć doskonale wiedział, że nie powinien tego robić, po czym wszedł do środka. Zobaczył wówczas naprawdę niezwykły dla siebie widok. Zobaczył Dawn siedzącą na środku pokoju z nogami ułożonymi po turecku, jak medytuje i mruczy sobie jednocześnie pod nosem jakieś  zaklęcia. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że ta dosyć osobliwa dziewczyna robiła to wszystko... Unosząc się w powietrzu jakiś metr nad podłogą. Ash widział już na tym świecie wiele, nawet bardzo wiele, ale nigdy nic tak niesamowitego i tajemniczego jednocześnie. Nie wiedział przez chwilę, co ma powiedzieć, kiedy nagle usłyszał głos Dawn skierowany do siebie.
- Nie uczyli cię, że kiedy dziewczyna nie powie „Proszę”, to nie należy nigdy wchodzić do jej pokoju?
Te słowa wypowiedziała Dawn, Ash był tego pewien. Poznał jej głos i był też całkowicie pewnym tego, że ona wie, iż to właśnie on tu wszedł. Oczywiście, tego nie mógł wiedzieć, gdyż dziewczyna była odwrócona do niego plecami, ale coś mu mówiło, że to Dawn wypowiedziała te słowa i jakimś cudem wiedziała, iż wszedł do jej pokoju bez pozwolenia. Zmieszany więc podrapał się lekko dłonią po karku, a jego Pikachu zapiszczał przepraszająco.
- Wybacz, nie chciałem naruszać twojej prywatności, ale twoja mama, to jest pani Delia mówi, że chce już iść do Clemonta. Jeżeli więc chcemy iść razem z nią, powinniśmy się już zbierać.
Dawn dalej unosiła się w powietrzu, lewitując metr nad podłogą, ale powoli odwróciła się przodem do Ash i teraz chłopak zauważył, że dziewczyna ma w tej chwili zamknięte oczy, a dłonie ułożone w taki sposób, w jaki zwykle robi się to podczas medytacji. Mimo to, odpowiedziała mu i to tak, jakby prowadzili ze sobą zupełnie normalną rozmowę.
- Rozumiem i domyślałam się, że po to przyszedłeś. Zaraz będę gotowa.
- W porządku. To my już sobie pójdziemy. I bardzo cię przepraszamy za to, że naruszyliśmy twoją prywatność - rzekł Ash życzliwym, choć lekko zakłopotanym tonem.
Dawn nie otworzyła oczu, dalej medytując w trakcie lewitacji, jednak nagle na jej twarzy zajaśniał delikatnie uśmiech, a ona sama odpowiedziała:
- W porządku, ja się nie gniewam. Po prostu nie róbcie już tego więcej, a nie będzie między nami konfliktu. Zwłaszcza, że mnie na nim nie zależy.
- Miło mi to słyszeć, bo mnie też nie - odparł na to Ash i uśmiechnął się do Dawn, dodając szybko: - Bardzo chciałbym mieć tutaj przyjaciół i chciałbym, abyś i ty do nich należała.
- Dlaczego tak ci na tym zależy? - zapytała Dawn, wciąż nie otwierając oczu.
- Ponieważ wydajesz mi się bardzo miłą i życzliwą osobą - wyjaśnił Ash - No, może trochę wyobcowaną, ale rozumiem cię. Sam nie mam rodziców, straciłem ich przed kilku laty i żyłbym zapewne teraz Bóg raczy wiedzieć, w jakim to miejscu, gdyby nie dobry człowiek, który mi pomógł i wziął mnie pod opiekę. Może więc i nie wiem tak naprawdę, co czujesz i myślisz, ale domyślam się tego i dlatego też bardzo bym chciał, żebyśmy oboje zaprzyjaźnili się ze sobą.
Dawn dopiero teraz otworzyła oczy. Spojrzała uważnie na Asha, po czym z ostrożnością zaczęła osuwać się powoli na dół, aż usiadła na podłodze. Dopiero wtedy wstała na równe nogi i rzekła:
- Miło z twojej strony. Ale nie obiecuj mi czegoś, czego nie będziesz w stanie dotrzymać.
- Niby czemu uważasz, że nie zdołam się z tobą zaprzyjaźnić? - zapytał Ash, bardzo zdumiony tym pytaniem.
- Nie o tym mówię - odparła Dawn - Jeżeli chcesz być moim przyjacielem, to i mnie to odpowiada. Ale nie składaj przy zawieraniu przyjaźni ze mną żadnych, ale to żadnych obietnic, dobrze?
- Hej! Przecież jeszcze żadnych nie złożyłem!
- I bardzo dobrze. I nie składaj ich. Bo jeżeli byś jakąś złamał, to byś także i mnie złamał jednocześnie serce. A przecież nie o to chodzi w przyjaźni.
To mówiąc, podeszła do Asha i uśmiechnęła się do niego delikatnie.
- Nie wiem, czy dobrze robię, ale chętnie zostanę twoją przyjaciółką, Ash. Ale nie zapomnij, proszę, że to słowo oznacza wiele. Bardzo wiele. Zobowiązania oraz liczne obowiązki. Jeżeli nie czujesz się na siłach, aby im podołać, to lepiej weź to pod uwagę już teraz. Aby potem żadne z nas nie musiało mieć nigdy do drugiego żadnych pretensji.
Po tych słowach, skinęła lekko Ashowi głową, naciągnęła na głowę kaptur od swojego płaszcza i wyszła, pozostawiając trenera i jego Pokemoniego przyjaciela ich własnym myślom.

***


Minęło kilka dni, zanim Steven Meyer zdążył przygotować protezy dla swego syna. Przygotował oprócz tego jeszcze pancerz na jego piersi oraz kask delikatnie zakrywający mu uszkodzone oko, który zawierał w sobie mechanizm wspierający jego organ widzenia, aby jeżeli będzie miał problemy z patrzeniem przez nie, był w stanie sobie poradzić w życiu i widzieć z jego pomocą to, czego zobaczenie mu może sprawić trudność. Naradzał się w tej sprawie z ordynatorem szpitala, który bardzo dokładnie przekazywał mężczyźnie wszystkie niezbędne informacje o jego synu i stanie jego zdrowia. Choć mówienie o zdrowiu w przypadku Clemonta było zdecydowanie przesadą, gdyż biedny chłopak miał być kaleką do końca życia i nic nie było w stanie sprawić, aby odrosły mu stracone kończyny ani to, aby w wyniku pożaru uszkodzone części ciała odzyskały pełną sprawność. To nigdy nie miało nastąpić i załamany pan Meyer wiedział o tym doskonale. Jednak nie zamierzał się z tego powodu poddawać. Uważał, że jest winien tego wszystkiego, co się stało Clemontowi i musi w jakiś sposób zrekompensować to mu, na tyle, na ile będzie to możliwe.
Poczucie winy przygnębiało go, ale też i motywowało do działania. Pracował nad swoim nowym wynalazkiem niemalże bez przerwy, jedynie pozwalając sobie na zjedzenie jakiegoś posiłku, aby całkowicie nie opaść z sił. Wiedział doskonale, jak wiele od tego zależy. Cierpiał ze świadomością swojej winy i wiedzy, że co by nie zrobił, w pełni nigdy nie zdoła jej naprawić. Podnosiło go jednak na duchu to, że żona nie robiła mu już wymówek z powodu tego, co się stało, tak jak czyniła to w chwili największej rozpaczy w szpitalu, w dniu wypadku. Delia zresztą bardzo żałowała swojego wybuchu i robiła, co tylko mogła, aby odciążyć chociaż trochę swojego męża. W ramach tego nie tylko robiła mu posiłki i dbała o to, aby miał co jeść, ale także zajęła się w zastępstwie Stevena zajęła się sprawą Maxa. Kiedy pod ich drzwiami stanęli funkcjonariusze policji, którzy już odkryli, że to zielonoskóry chłopak, mieszkający u nich obecnie, odpowiada za zdemolowanie supermarketu, zrobiła wszystko, aby chłopak nie został aresztowany. Powołując się na pozycję swojego męża i swoją własną, powiedziała, iż ręczy za to, iż chłopak nie wywinie żadnego numeru i wstawi się na proces sądowy, jeżeli do takiego dojdzie. Policji to na szczęście wystarczyło, dlatego jedynie spisała zeznania Maxa i puścili go bez żadnego zatrzymania w areszcie, żądając jedynie tego, aby chłopak nie próbował opuszczać miasta do czasu procesu i na ten wstawił się, o czym zresztą zostanie powiadomiony. Max obiecał tak właśnie zrobić i dziękował z całego serca Delii za to, że poręczyła za niego i nie dopuściła w ten sposób do tego, aby siedział teraz w areszcie.
- Obiecuję z całego mojego serca, że nie zawiodę was - powiedział radośnie do Delii i całej reszty domowników - Obiecuję więcej nie rozrabiać i być bardzo, ale to bardzo dobrym obywatelem. Zobaczycie, będzie dobrze.
- Obyś miał rację - powiedziała Dawn, myślami będąc cały czas przy swoim przybranym bracie.
- Spokojnie, musimy być dobrej myśli - stwierdził Ash - Ostatecznie chyba nie mamy innego wyjścia. Nie możemy dobijać się ponurymi myślami.
- To prawda, nie możemy - zgodziła się z nim Delia.
Kobieta zrobiła to trochę wbrew samemu sobie, ponieważ głowę miała w tej chwili jedynie zapełnioną ponurymi myślami. Pomimo tego, że uśmiechała się do wszystkich, było to robienie dobrej miny do złej gry. Nie chciała mówić tego na głos, jednak obawiała się, co zrobi Clemont, kiedy się obudzi i zrozumie, że już na zawsze będzie kaleką z metalowymi częściami ciała. Wiedziała, iż zachwycony z tego powodu nie będzie. Ale czy zdoła z tym żyć?
W końcu jednak mechaniczne protezy były gotowe. Steven Meyer był z tego powodu naprawdę uradowany. Jego umysł wreszcie był przepełniony pozytywną myślą o tym, że pomoże swojemu synowi. Oczywiście nachodziły go obawy tak bardzo podobne do tych, jakie żywiła Delia, ale podobnie jak i ona, starał się tego głośno nie mówić. Odrzucił wszelkie obawy i postanowił skupić się jedynie na tej pozytywnej myśli, że pomoże synowi i sprawi, że będzie on w stanie normalnie żyć, a przynajmniej na tyle normalnie, na ile będzie to możliwe.
Gdy tylko efekty jego ciężkiej i intensywnej pracy były zadowalające, Steven pojechał z nimi do szpitala i pokazał je ordynatorowi oraz kilku lekarzom. Każdy z nich uważnie je obejrzał, sprawdził, jak one mają działać i czy nadają się do tego, aby dopasować je do ciała ludzkiego, po czym wszyscy zgodnie uznali, że nie mają nic im do zarzucenia. Należało zatem przejść do operacji. Pan Meyer osobiście w niej brał udział, pomagając lekarzom zamontować je na ciele swojego syna, choć nie sprawiło mu to wcale przyjemności. Patrzenie na okaleczoną postać swojego dziecka przepełniała jego serce rozpaczą. Mimo tego, wziął się w garść i zrobił, co tylko mógł, aby Clemont obudził się z ciałem, które zostało uzupełnione o części, które mu brakuje. Kiedy już praca nad osiągnięciem tego celu, trwająca całe cztery  godziny, dobiegła końca, Meyer otarł sobie pot z czoła i spojrzał na syna smutnym wzrokiem, nie bardzo wiedząc, co ma powiedzieć. Obie nogi i ręce Clemont miał mechaniczne, posiadał na piersi pewien pancerz i jeszcze dodatkowo kask, który lekko mu zasłaniał prawe oko. Nie był to widok cudowny ani radosny, ale co niby innego mógłby zaofiarować biedakowi w obecnej sytuacji? Tylko, czy biedne jego dziecko będzie potrafiło żyć w taki sposób, okaleczone i kalekie? Tego nie mógł wiedzieć, choć przeczuwał, jak Clemont zareaguje na to wszystko, kiedy tylko się obudzi i zobaczy, co go spotkało.


Clemont spał spokojnie snem nieświadomego człowieka, ale następnego dnia już się ocknął i doznał niemałego szoku. Z przerażeniem zobaczył, że obie jego ręce aż do łokci są mechaniczne, podobnie ma się miejsce z nogami, które były od kolan w dół również całkowicie cybernetyczne. Do tego prawe oko prawie nic nie było w stanie zobaczyć i musiał patrzeć przez mechanizm umieszczony w jego kasku, a do tego jego pierś była zaopatrzona w metalową zbroję. Załamany patrzył na to, nie potrafiąc wymówić ani jednego słowa. Serce biło mu w piersi jak szalone i podchodziło do gardła, a potem zrozpaczony wydał ze swoich ust dziki krzyk rozpaczy. Na jego krzyk zbiegło się kilka osób, wśród nich lekarz i pielęgniarka, a także czuwający na korytarzu przed jego pokojem Delia, Dawn i Ash, ostatni ze swoimi Pokemonami. Widok Clemonta przytomnego ucieszył ich, ale widok jego rozpaczy dobił ich kompletnie.
- Widzę, że pan się wybudził. Jak to dobrze - powiedziała pielęgniarka.
Clemont spojrzał na nią z rozpaczą w oczach. Wściekłość ogarnęła go jeszcze mocniej niż myślał, że to jest możliwe.
- Dobrze? Dobrze?! Co niby jest dobrego?! To, że ja jestem maszyną, to jest takie dobre?
- Konkretnie rzecz ujmując, nie jest pan maszyną. To znaczy, nie w całości, a tylko w części - powiedział lekarz i zaczął wyjaśniać młodzieńcowi, na czym też polegają jego obrażenia i w jaki sposób zostały one zastąpione protezami.
- Twój tata zrobił je osobiście - powiedziała Delia do syna, próbując jakoś go podnieść na duchu - Pracował przez kilka dni pod rząd i prawie bez przerwy, żeby ci pomóc.
- Naprawdę bardzo się przy tym namęczył - dodał Ash - Wiem, to nie jest dla ciebie radosna nowina, ale przynajmniej żyjesz, a protezy są naprawdę dobre.
Clemont popatrzył na niego groźnym wzrokiem, przez co chłopak zamilkł w pół słowa, czując, jak głupio zabrzmiały jego słowa.
- Protezy są dobre? Niech będzie, może są i dobre. A może ja bym wolał nie mieć protez, ale własne kończyny, co?! - zawołał wściekle Clemont.
- Przykro mi, synku - rzekła na to Delia czując, jak po policzkach spływają jej łzy - Naprawdę nie dało się inaczej ci pomóc.
Po tych słowach, podbiegła do niego i mocno go uściskała, mówiąc:
- Nawet nie wiesz, jak się baliśmy o twoje życie. Tak bardzo się o nie baliśmy. Wiem, synku, że to dla ciebie nie jest radość, mieć mechaniczne protezy, jednak ja, jako twoja matka nie umiem myśleć inaczej niż tak, że cieszę się, że żyjesz. I nie tylko ja, twoi przyjaciele także się cieszą.
- No właśnie, Clemont - powiedziała Dawn poważnym głosem.
Usiadła na krześle przy łóżku przybranego brata i powiedziała:
- Posłuchaj, nie jest najlepiej, ale nie jesteś z tym wszystkim sam. Pamiętaj o tym, proszę. Nie jesteś sam.
To mówiąc, delikatnie dotknęła jego dłoń i wpatrywała się uważnie w twarz swojego przybranego brata, który widząc jej zachowanie oraz zachowanie swojej mamy, poczuł, jak gniew stopniowo go opuszcza. Zrozumiał, że nie powinien się czepiać swoich bliskich i krzyczeć na nich z powodu swojego nieszczęścia, nawet jeżeli jest ono dla niego przytłaczające. Wiedział jednak, iż nie będzie w stanie tak łatwo podejść do tego, co się stało na porządku dziennym. Jednak gniew całkiem go opuścił, a zamiast tego serce jego opanował smutek i rozpacz. Wiedza o tym, co mu się stało, a ponadto widok swoich bliskich zrozpaczonych przygnębiły go.
Nagle zobaczył, że na jego łóżko wskoczył Chespin. Zapiszczał on delikatnie w kierunku swojego trenera, który uśmiechnął się lekko na jego widok i pogłaskał go czule po główce.
- Chespin, przyjacielu. Co ty tu robisz? - zapytał.
- Czuwał nad tobą cały czas - odpowiedziała mu Delia - Praktycznie cały czas nie ruszał się stąd, odkąd tylko tu trafiłeś.
- Tak, to prawda - potwierdziła pielęgniarka - Musieliśmy go dokarmiać, bo nie chciał powrócić do domu nawet po to, żeby się najeść. Tak bardzo pana kocha.
Clemont spojrzał na wiernego Pokemona i pogłaskał go ponownie po główce i poczuł, że zbiera mu się na płacz. Zanim się obejrzał, łzy ciekły mu strumieniem z oczu na pościel szpitalną, a serce pękało mu z rozpaczy, jednocześnie nie mogąc pęknąć i dać mu ulgę raz na zawsze w postaci śmierci. Ta nie chciała bowiem go zabrać, każąc mu żyć i znosić pokornie los, który go spotkał.

***


Sytuacja Clemonta nie była zdecydowanie wesoła. Chłopak nie był w stanie się długo pogodzić z tym, że został w połowie maszyną. Gdy zostawał sam i żaden z jego bliskich go nie widział, załamany płakał i pomstował na cały świat i na swe już (według własnego mniemania) nic nie warte życie. Przy bliskich starał się być w pozytywnym nastroju, co jednak wbrew pozorom okazało się nie być wcale zbyt trudne, ponieważ obecność rodziców, przybranej siostry, wiernego Pokemona, jak i swoich dwóch nowych przyjaciół (Asha i Maxa) naprawdę mu pomagały i umiały sprawić, że chociaż na chwilę odzyskiwał pozytywne spojrzenie na rzeczywistość. Ponadto nie chciał ranić ich uczuć ani dołować kompletnie i dlatego, jeżeli płakał, to tylko prywatnie, kiedy nikt tego nie widział. Ale i ochota na płacz z czasem mu minęła. Kiedy już wychodził ze szpitala, a nastąpiło to wydarzenie kilkanaście dni po jego operacji, samopoczucie chłopaka zdecydowanie już było lepsze. Nadal co prawda nie można było mówić o tym, że już całkowicie wyszedł z chandry, ale też na jego twarzy wielokrotnie gościł uśmiech, a w sercu coraz więcej pozytywnych emocji. Mimo tego, dla pewności, że nie popadnie on w depresję, rodzice załatwili mu wizyty u psychologa, co nie spotkało się z pozytywną reakcją ze strony samego zainteresowanego. Clemont zdecydowanie nie miał najmniejszej ochoty na to, aby opowiadać obcemu człowiekowi o swoich uczuciach i wysłuchiwać o tym, jaki to świat jest cudowny i wspaniały, jak należy dostrzegać jego pozytywny, bo uważał, że w jego obecnej sytuacji gadanie tego typu jest co najmniej irracjonalne. Jednak ostatecznie dał się przekonać na spotkania z psychologiem i nie żałował tego, gdyż ku swojej wielkiej radości odkrył, że terapeuta okazał się być prawdziwym znawcą w swoim fachu. Podszedł do Clemonta profesjonalnie i z cierpliwością. W ten oto sposób przekonał do siebie swojego pacjenta i sprawił, że ten mimo wszystko się przed nim otworzył i zaczął nie tylko opowiadać mu o tym, co czuje oraz słuchać z uwagą jego rad, jak również stosować się do nich. Państwo Meyer przywitali ten fakt z ogromną ulgą, licząc na to, że w ten sposób ich syn z czasem powróci do w miarę normalnego życia.
Jeśli chodzi o wyżej wspomniane nadzieje rodziców Clemonta, to w tej oto kwestii można było liczyć na wiernych przyjaciół. Ash i Dawn, jak i również Max, który w międzyczasie bardzo polubił się z Clemontem, wspólnie i zgodnie robili, co tylko mogli, aby ich przyjaciel nie był przygnębiony. Początkowo szło im to nie za dobrze, jednak byli naprawdę uparci w realizacji swojego celu poprawy humoru Clemontowi i dowiedli tego, że ludzie z determinacją dążący do osiągnięcia swego celu w końcu go osiągną. Młody Meyer nie umiał bowiem długo być przygnębiony i kiedy wierni przyjaciele stawali wręcz na głowie, aby poprawić mu nastrój, ten nie umiał być na to wszystko obojętny. Ich pomoc zatem przynosiła skutek.
To za sprawą swoich przyjaciół, Clemont powoli również zaczął wychodzić na miasto w swojej nowej postaci. Długo wszakże opierał się przeciw temu, bo nie umiał przełamać wstydu z powodu swojego nowego wyglądu. Uważał, że widok tego rodzaju nie jest czymś, czym powinni być uraczeni mieszkańcy Jump City. Ponadto wstydził się tego, kim się stał i nie chciał, aby inni ludzie to widzieli. Ale w końcu przyjaciele tak wielką dziurę robili mu w brzuchu z tego powodu, że się wreszcie ugiął i wyszedł z nimi na spacer. Okazało się wówczas, iż widok młodego Meyera jako cyborga bynajmniej nie wzbudzał sensacji u ludzi. Co prawda, część przechodniów obracała się zaintrygowana na jego widok i przyglądała mu się dość uważnie, ale ich ciekawość prędko minęła, kiedy znaleźli sobie lepsze zajęcie. Tak więc, wbrew obawom Clemonta, nie stał się on wcale powszechną sensacją, co też zdecydowanie poprawiało mu humor. Ponadto, co prędko zauważył Max:
- Wiesz, stary... Masz zapewnioną anonimowość, bo w tej zbroi oraz w tym kasku nawet nie wyglądasz na dawnego siebie. Nikt na ulicy nie powiąże cię z tą osobą, którą kiedyś byłeś.
Clemont pomyślał nad tym wszystkim i uznał, że rzeczywiście jest to bardzo duży plus dla niego. Wolałby zdecydowanie, aby ludzie nie rozpoznawali go w tej przykrej dla niego postaci. Świadomość posiadania w tej kwestii anonimowości w stu procentach bez ryzyka, że ktoś go rozpozna, pocieszało go. Dlaczego go to tak cieszyło? Ponieważ mógł sobie w ten sposób oszczędzić kpin wobec siebie i swych rodziców, a także przesadnej litości ze strony znajomych, co było dla niego o wiele gorsze niż złośliwe żarty i kpiny.
Młody Meyer nie wiedział, jak będzie dalej wyglądać jego życie, ale nie był wcale już negatywnie nastawiony do niego jak wcześniej. Wsparcie ze strony jego rodziców, jak i również przyjaciół stanowiło dla niego bardzo pozytywny akcent i coś na kształt wielkiej nadziei. Ponadto miał okazję bardzo miło spędzać czas z Dawn, Ashem i Maxem oraz wiernymi pokemonimi kompanami, czyli Pikachu, Chespina i Piplupa. Każdy wspólnie spędzony dzień był miły i zanim się zdążył obejrzeć, Clemont dostrzegł, że nie patrzy już na samego siebie jak na jakiegoś dziwoląga, jak to robił wcześniej, ale na zupełnie normalną osobę. Wciąż bardzo mu brakowało normalnych kończyn i możliwości bycia tym, kim był kiedyś, ale nie umiał nie dostrzegać tego, że cieszy się z tego, że żyje i jeszcze ma u swojego boku wiernych przyjaciół, dla których jego kalectwo nie stanowi problemu ani też przeszkody do przyjaźnienia się z nim. Przyjaciół, którzy nie są wcale zgorszeni jego wyglądem, którzy zachowują się wobec niego zupełnie normalnie. A zatem takich właśnie przyjaciół, jakich każdy chciałby mieć.

***


Minęło już trochę czasu od wypadku Clemonta. Ash wiedział, że już wkrótce musi rozpocząć studia i nie będzie miał już tyle czasu dla przyjaciół, co obecnie. Bardzo go to zasmuciło, bo choć z jednej strony garnął się do wiedzy, ale też nie chciał całe dnie siedzieć na uczelni i nie przeżywać żadnych przygód. Walka z Maxem na terenie supermarketu rozbudziła w nim ponownie dawne zamiłowanie do łapania przestępców i walki ze złem. Myślał o tym, jak niesamowicie ciekawe życie wiódł jeszcze całkiem niedawno i jak nudne wiedzie teraz. Nie skarżył się, bo zdążył przez ten czas poznać i polubić Clemonta, Dawn i Maxa. Wiedział, że są to naprawdę wspaniali ludzie, na których może zawsze polegać i gdyby tylko się zdarzyła ku temu okazja, to na pewno pomogliby mu oni w walce ze złem. Tylko, raczej nie będzie takiej możliwości, kiedy on pójdzie na studia. Ani możliwości, ani tym bardziej czasu. A co, jeśli przez to wszystko zyska wiedzę, ale straci swych nowych przyjaciół? Jeśli nie będą chcieli spędzać czasu z kimś, kto prawie cały czas siedzi na uczelni i sam nie ma za wiele czasu dla innych? Poza tym, czy studia naprawdę była aż tak atrakcyjne? Czy nie lepiej było przeżywać przygody jako bohater broniący miasta przed złem? Czy on, Robin, wierny pomocnik Mrocznego Rycerza byłby w stanie teraz tak po prostu, jakby nigdy nic, porzucić to, co robił dotychczas i zająć się spokojnym życiem? Czy w ogóle spokojne życie było dla niego? Czy on w ogóle już potrafi tak żyć?
- Nad czym się tak zastanawiasz? - usłyszał nagle głos Dawn.
Ash wyrwany z własnych myśli, spojrzał na dziewczynę, która uważnie się w niego wpatrywała. Dopiero teraz zorientował się, że całą grupą zaszli do parku. A tam na jednej karuzeli wygłupiali się wesoło z innymi Pokemonami Pikachu oraz Chespin i Piplup. Towarzyszył im ich nowy kompan, Mudkip, którego Max wziął niedawno pod opiekę. Stanowili razem piękny widok. Ash wzruszył się, patrząc na tę scenę, a zaraz potem spojrzał kątem oka na Clemonta i Maxa, którzy właśnie stali przed budką z jedzeniem i zamawiali frytki z keczupem.
- Jesteś taki zamyślony, że chyba zapomniałeś nawet, gdzie jesteśmy, co nie? -zapytała Dawn.
Mimo tego, że mówiła poważnym tonem, słychać było aż nadto wyraźnie, że sili się ona na dowcip. Ash pomyślał, iż dziewczyna musiała dawno nie mówić ani jednego żartu, skoro teraz nie potrafiła przybrać odpowiedniego do żartu tonu. Nie rzekł tego jednak na głos, tylko uśmiechnął się i powiedział:
- Jakbyś zgadła.
- A co takiego tak cię oderwało od rzeczywistości?
- Myśli o przyszłości.
- A konkretnie?
- Konkretnie o tym, co nas czeka wkrótce, jak sobie wtedy poradzimy i czy sobie w ogóle wtedy poradzimy. Clemont już sobie coraz lepiej radzi, terapia mu pomaga. Znowu zaczyna się uśmiechać.
- To nie terapia - stwierdziła Dawn, patrząc uważnie na Clemonta - To znaczy, może to być i zasługa terapii, ale sama terapia nic by tu nie pomogła, gdyby on nie chciał, żeby mu pomóc. To prawdziwy twardziel. Zawsze sobie świetnie radził z każdym problemem. Kiedy miał jakiś kłopot z wynalazkiem, pracował nad nim tak długo, aż w końcu sobie z nim poradził.
- Jego problem to nie wynalazek, który może naprawić - zauważył Ash.
- Owszem - odparła Dawn - Ale podobnie jak z nieudanymi wynalazkami, tak i z tym, co go spotkało musi sobie poradzić. I poradzi sobie, choć tym razem może potrzebować naszej pomocy.
- Myślę, że mu ją dajemy.
- Owszem, Ash. Ale wydaje mi się, że nie wolno nam spocząć na laurach. On zasługuje na to, abyśmy byli jego najlepszymi przyjaciółmi i wspierali go w każdej sytuacji, w jakiej będzie nas potrzebować.
- A nie jesteśmy jego przyjaciółmi?
- Jesteśmy, zgadza się. Chodzi tylko o to, żebyśmy dalej nimi byli.
- Sugerujesz, że możemy przestać nimi być?
Dawn spojrzała na Asha poważnym wzrokiem, jakby nawet lekko surowym, po czym odpowiedziała:
- Nie udawajmy, Ash. Ty przyjechałeś tu jedynie na studia. Będziesz się tutaj uczyć i zdobywać wiedzę. Na uczelni poznasz na pewno wiele innych osób, dużo ciekawszych niż my. Możesz któregoś dnia zmienić nagle podejście do życia i już nie patrzeć na nas tak, jak kiedyś.
- Sugerujesz, że zacznę wami gardzić? - zapytał urażonym tonem Ash.
- Sugeruję jedynie to, że mogą ci się zmienić priorytety - odparła Dawn.
- Ludziom często zmieniają się priorytety. To normalne. Dorastamy i potem się zmieniamy. W taki czy inny sposób. To zupełnie naturalne.
- Nie wiem. Być może tak. Ale mnie zmiany nie kojarzą się z czymś dobrym i szczęśliwym. Lubię rzeczy stałe i pewne. A co tak naprawdę jest stałe i pewne w tym świecie? Nie wiem tego i to mnie niepokoi. Zobacz sam, co miało miejsce i to nie tak dawno. Nasz spokojny i poukładany świat wywrócił się do góry nogami. A to, co było kiedyś, już nigdy nie wróci. Clemont bez tego żelastwa już nigdy nie będzie funkcjonował jak dawnej. To, co było, nie wróci. On sprawia wrażenie, że się z tym już pogodził, ale ja wiem, ja to czuję w sercu, że tak nie jest. Ma problem i nie jest w stanie sobie z nim poradzić. Uśmiecha się, robi dobrą minę do złej gry, ale to tylko pozory. A ja nie umiem mu pomóc. Nikt nie umie. Jest mu lepiej, dużo lepiej niż do niedawna, ale nadal to nie jest to, co powinno mieć miejsce. Czy to w ogóle kiedykolwiek nastąpi? Nie wiem. I to mnie przygnębia.
Ash milczał przez chwilę, patrząc na zajadających się frytkami Clemonta oraz Maxa. Obaj śmiali się i żartowali sobie, ale słowa, które przed chwilą padły z ust Dawn sprawiły, że dawny uczeń Batmana nie wiedział, ile jest szczerości w tym śmiechu, a zwłaszcza ze strony młodego Meyera. Jeśli w ogóle była w nich choćby namiastka szczerości.
- Jak sam widzisz, życie jest przerażające - kontynuowała po chwili Dawn - W jednej chwili masz wszystko, a za chwilę łubudu! Jeden dzień i całe życie ci się wywraca do góry nogami! Nie ma nic pewnego na tym świecie. I to mnie dobija. To, co się stało Clemontowi i to, co się może dalej stać, jeżeli nie będzie miał w nas należytego oparcia. Znowu może mu się zmienić wszystko i to na gorsze.
- Dlaczego mi to wszystko mówisz? - zapytał Ash ponuro - Czy podejrzewasz mnie o to, że mogę go odtrącić jako przyjaciela?
- Nie. Mówię to dlatego, że ty wiesz coś o tym, jak to jest stracić wszystko, co jest ci drogie. Mam rację? Wiesz, jakie to uczucie. I jak człowiek wtedy staje się przybity i nie potrafi żyć. Kto jak kto, ale ty jeden wiesz to doskonale, prawda?
Tak, Ash doskonale o tym wiedział. Stracił jednego dnia rodziców i całe swe dotychczasowe życie i gdyby nie Batman, nie wiedział, gdzie by teraz był i gdzie by się mógł znaleźć. Rzeczywiście, ta wiedza bynajmniej nie była mu obca. Lekko więc skinął głową na znak, że jego rozmówczyni ma rację.
- No właśnie. Ty doskonale to wiesz. I ja też wiem. A teraz wie również i ten biedak, Clemont. Częściowo też chyba wie o tym Max, choć próbuje ukrywać tę wiedzę pod maską beznadziejnych żartów.
- Oj, weź! Jakich znowu beznadziejnych? - zachichotał Ash - Niektóre jego żarty są naprawdę śmieszne.
Dawn mimowolnie uśmiechnęła się i skinęła głową.
- Dobrze, niech będzie. Niektóre. To słowo klucz. Niektóre jego żarty są dla mnie i dla reszty świata zabawne. Inne to już niekoniecznie. Jakby jednak nie było, to wydaje mi się, że my wszyscy powinniśmy się trzymać razem, ponieważ każde z nas już doskonale wie, co to znaczy, kiedy jednego dnia całe życie wywraca ci się do góry nogami i to bynajmniej nie w pozytywny sposób. A szkody zadane w takiej sytuacji naszej psychice nigdy się nie zdołają naprawić. Nie w pełni.
- Ale przecież trzymamy się razem, Dawn.
- Tak, teraz tak. Ale co będzie potem? Czy mimo studiów będziesz dalej tutaj? Czy będziesz naszym przyjacielem? Czy nawet jeżeli opuścisz Jump City, wciąż będziemy mogli na ciebie liczyć? Bo ty na nas będziesz zawsze mógł.
Ash popatrzył zaintrygowany na Dawn i zapytał:
- Więc o to chodzi? Obawiasz się, że przestanę być waszym przyjacielem, gdy poznam inny, lepszy świat?
- Tak, właśnie tego się najbardziej obawiam. A obawiam się tego dlatego, że cię polubiłam. Bardzo cię polubiłam, Ash.


Chłopak spojrzał na nią, zaintrygowany jej słowami. Dziewczyna natomiast lekko opuściła głowę w dół i nie patrząc na niego, powiedziała:
- Tak, polubiłam cię, Ash. Początkowo nie ufałam ci. Nikomu nie ufam tak od razu. Ale poznałam cię bliżej i wiem już, jaki jesteś. Jesteś podobny do mnie. Tak jak i ja straciłeś wiele w życiu. Jesteś naprawdę do mnie podobny. A ja jestem... Jestem inna.
- Chyba rzeczywiście można tak powiedzieć. Oboje nie mamy rodziców i nie umiemy w pełni się z tym pogodzić. Mamy swoje tajemnice i nie do końca chyba sobie z tym radzi. Masz rację, Dawn. Jestem taki sam jak ty. Jestem inny.
Dziewczyna delikatnie dotknęła jego ramienia, po czym obdarzyła go bardzo przyjaznym uśmiechem.
- Ale mam nadzieję, że wiesz dobrze o tym, iż „inny” nie znaczy „gorszy”. A w każdym razie, nie w naszym przypadku.
- Nie, na pewno to nie znaczy „gorszy” - zgodził się z nią Ash.
Następnie spojrzał na Clemonta i Maxa, pomyślał przez chwilę nad czymś i dodał:
- Jesteśmy chyba wszyscy grupką naprawdę niezłych dziwolągów. Każdy z nas w tej naszej paczce jest z tego czy innego powodu inny. Może to sprawia, że tak nam dobrze w swoim towarzystwie?
- Dziwolągi garną się do dziwolągów?
- Można tak to ująć.
Po tych słowach, Ash spojrzał ponownie na Dawn i zapytał:
- A przy okazji, jak zginęli twoi rodzice? O moich już wiesz, zresztą nie jest to żadna tajemnica. A co z twoimi rodzicami? Jak z nimi było?
Dawn opuściła głowę w dół, tracąc swój dobry humor. Ash zrozumiał, że oto poruszył temat, który nie sprawia jego przyjaciółce przyjemności i szybko dodał:
- Jeżeli nie chcesz o tym mówić, nie musisz. Nie naciskam.
Dziewczyna pokręciła przecząco głową i powiedziała:
- Widzisz, to bardziej skomplikowane. I chcę i nie chcę jednocześnie. Z jednej strony bardzo bym chciała ci powiedzieć. Tobie i im.
To mówiąc, wskazała na podchodzących powoli w ich kierunku Clemonta i Maxa.
- Ale z drugiej, jeszcze nie czuję się na siłach, aby to zrobić. To jeszcze nie czas i nie miejsce na to.
- Rozumiem - odpowiedział ponuro, choć ze zrozumieniem Ash - Wiesz, jeśli będziesz gotowa, sama powiesz, dobrze?
Dawn spojrzała na niego uważnie, jakby chciała odczytać z jego oczu to, jakie to intencje nim kierują, po czym odpowiedziała:
- Kiedyś ci to opowiem. Wszystko ci opowiem, obiecuję. Ale jeszcze nie dziś. Jeszcze nie teraz.
- O czym tak sobie rozmawiacie? - zapytał Max, kiedy on i Clemont byli już blisko obojga przyjaciół.
- A takie tam nasze własne tajemnice - odpowiedział mu wesoło Ash.
- Tajemnice? A to ciekawe - zachichotał Max - Ja bardzo lubię tajemnice.
- Ale chyba nie powinniśmy o nie pytać, prawda? - zapytał Clemont.
Dawn pokręciła przecząco głową i dodała:
- Na razie jeszcze nie, ale spokojnie. Jeszcze wszystko wam powiemy.
- A kiedy?
- A w swoim czasie. A coś ty taki ciekawy?
- Kiedy dwoje moich przyjaciół flirtuje sobie na boku, to lubię wiedzieć, co jest grane.
Ash i Dawn spojrzeli na siebie zdumieni tym, co usłyszeli, po czym pierwsze z nich parsknęło śmiechem, a drugie lekko pokiwało głową, po czym oboje niemal jednocześnie zaczęli wyjaśniać, że Clemont i Max źle to interpretują, a oni dwoje są jedynie przyjaciółmi i nie rozumieją, skąd takie podejrzenia wobec nich. Jednak niewiele to dało, bo Clemont i Max zerkali na siebie nawzajem wymownie i jakby z trudem powstrzymywali się od śmiechu i sugerowali im, że Ash i Dawn mogą im mówić, co chcą, ale oni i tak swoje wiedzą. Dawnego pomocnika Batmana zaczęło już to powoli irytować, gdyż zawołał:
- Słuchajcie, to naprawdę...
Nie zdążył jednak dokończyć, gdyż nagle zobaczył coś dużego i błyszczącego na niebie, co kieruje się w kierunku ziemi i to z dość dużą szybkością. Wskazał na to palcem przyjaciołom, a ci spojrzeli we wskazanym kierunku i też to ujrzeli.
- Rany Pikachu! - zawołał zdumiony Max.
- Co to jest? - dodał równie zdziwiony Clemont.
- Nie wiem, ale nie jest z tego świata - odparła Dawn.
Przyjaciele nie zapytali jej, dlaczego tak uważa. Sami czuli podobnie, a do tego z jakiegoś względu zaczęło ich to niepokoić. Obserwowali dalej tajemniczy pojazd, zmierzający w kierunku terenów poza miastem i nie tylko oni, bo teraz już cały park z uwagą obserwował niezidentyfikowany obiekt latający. Wzbudził on we wszystkich ludziach zebranych w tym miejscu powszechne zainteresowanie, ale też i zarazem wielki niepokój, jak chyba w każdym, kto nagle by zauważył na niebie pojazd spadający prosto z nieba na ziemię. Pojazd, który w żaden sposób nie przypomina żadnego znanego ludziom wynalazku.
- Chyba zbiera się do lądowania - zauważył Clemont.
- Chodźmy lepiej to sprawdzić - zaproponował Ash.
Przyjaciele zgodzili się z nim i już po chwili cała czwórka wraz ze swoimi czterema Pokemonami pognali przed siebie, w kierunku, w którym zmierzał statek. Biegli tak kilkanaście minut, zbliżając się do obrzeży miasta, a pojazd tak jakby zwolnił nieco, aby wolniej osiąść na ziemi. Ale nie udało mu się zwolnić całkiem, bo już po chwili dało się słyszeć głośny huk i ziemia w całej okolicy zadudniła, jakby coś w nią walnęło z rozpędu. Przyjaciele nie widzieli, w jakim dokładniej miejscu wylądował tajemniczy pojazd, ale dostrzegli, jak znika za horyzontem, a tam następnie ukazuje się widoczna na wiele metrów smuga dymu, która ciągle się powiększa.
- Tędy! Ruszajmy! - zawołał Ash i pierwszy pognał do przodu.
Pikachu biegł tuż przy jego nodze. Reszta przyjaciół ze swoimi stworkami też nie stała w miejscu, pędząc tuż za nim. Biegli tak z kilkanaście kolejnych minut, a smuga dymu unosząca się z ziemi stawała się coraz bardziej wyraźna. Wreszcie cała czwórka ludzi i czwórka Pokemonów dotarła na miejsce, czyli na obrzeża Jump City. Tam, gdzie nikt nie mieszkał. To tam właśnie zauważyli ów tajemniczy pojazd, który właśnie zaliczył awaryjne lądowanie. Był on dosyć sporej wielkości, okrągły i pomalowany na fioletowo z dodatkami żółtych odcieni. Przyjaciele, gdy tylko dostrzegli go na tyle wyraźnie, aby móc mu się dobrze przyjrzeć, zwolnili i zaczęli bardzo powoli zbliżać się w jego stronę.
- Ostrożnie, kochani! Tylko ostrożnie! - mówił zaniepokojonym głosem Max - Nie wiem, co to jest ani co jest w środku.
- Właśnie dlatego tam idziemy, żeby się tego dowiedzieć - zauważył Clemont.
Ash nie mówił nic. Szedł na czele, ostrożnie stawiając kroki. Nie był pewien tego, co go spotka i czego może się teraz spodziewać. Czuł jednak, że nie może tak po prostu teraz odejść. Zbyt mocno rozbudził swoją ciekawość, aby teraz miał się choćby o krok cofnąć przed poznaniem tego czegoś nowego i nieznanego.
Tymczasem pojazd, który lądując mocno wbił się w ziemię i dymił cały czas, nagle dziwnie zasyczał. Coś, wyglądającego wyraźnie na szybę, podniosło się w górę i odsłoniło wnętrze pojazdu. Ash zaintrygowany stanął w miejscu, a wierni przyjaciele tuż za nim.
- Ash, lepiej uważaj! - jęknął zaniepokojony Max.
Młodzieniec podszedł jednak po chwili bliżej pojazdu, a Pikachu, choć drżał ze strachu na całym ciele, trzymał się dzielnie jego boku. Obaj podeszli bliżej, a gdy to się stało, zauważyli wreszcie osobę siedzącą w środku. A właściwie dwie osoby. Jedną z nich jakiś pilot, wyraźnie o kształtach człowieka, ubrany w zbroję i wielki kask. Drugą był siedzący na jego kolanach Fennekin. Ten ostatni wyskoczył zwinnie na zewnątrz i zawarczał w kierunku Asha, a Pikachu zapiszczał groźnie i z policzków wypuścił iskierki błyskawicy, gotowy do walki. Pilot jednak zawołał do Fennekina coś w nieznanym naszym bohaterom języku, po czym odpiął pasy, które wciąż trzymały go w fotelu, wstał i podszedł do Asha i jego przyjaciół. Wtedy też zdjął kask z głowy i odsłonił przed wszystkimi swoją twarz. Okazało się, że była to twarz ślicznej dziewczyny o długich miodowych włosach, które powiewały lekko na wietrze. Ten widok zaszokował wszystkich obecnych.
- Przecież to jest... To jest... - jęknął zdumiony Clemont.
- To jest dziewczyna! - zawołał Max.
- Z innej planety - dodała Dawn.
Chespin, Piplup i Mudkip uważnie obserwowali ten niezwykły widok, jakim się okazała być tożsamość pilota. Pikachu też był nią zaszokowany, ale mimo tego wciąż zachował ostrożność, na wypadek, gdyby mimo wszystko miało dojść do walki.
Tymczasem dziewczyna pilot spojrzała uważnie na Asha i uśmiechnęła się do niego przyjaźnie. Następnie powiedziała coś niezrozumiałego w swoim języku, a gdy zorientowała się, że chłopak jej nie potrafi pojąć, zrobiła coś dziwnego. Lekko się do niego zbliżyła, objęła go i pocałowała w usta. Clemont, Dawn i Max, o ile już dotąd byli tym wszystkim mocno zdumieni, teraz ich zdziwienie sięgnęło już zenitu. Nie rozumieli, czego właśnie są świadkami i czy aby na pewno pocałunek ten jest przyjacielski, czy też raczej odwrotnie. Pikachu zapiszczał zaintrygowany, a Chespin, Piplup i Mudkip wydawali odgłosy tonem pytającym, na które jednak nie otrzymali żadnej odpowiedzi.
Najbardziej jednak zdumiony tym wszystkim był Ash. Nieznajoma, chociaż była niezwykle śliczna i od razu mu się spodobała, pocałowała go od razu, ledwie tylko go zobaczyła, a on nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak jest. Zanim jednak zdążył cokolwiek zrobić, dziewczyna skończyła go całować, ponownie obdarzyła go czułym uśmiechem, po czym nagle powiedziała już w ich języku:
- Witajcie, moi drodzy Ziemianie. Jestem Serena. Czy możecie mi pomóc?


C.D.N.

Przygoda 131 cz. I

Przygoda CXXXI Do boju młodzieży cz. I - Cześć, kochanie! Co robisz przed... OJEJ! Tymi słowami, mój najdroższy małżonek, powitał nowy dzień...