wtorek, 2 sierpnia 2022

Przygoda 125 cz. II

Przygoda CXXV

Druga kula cz. II


Zastrzelenie kandydata partii liberalnej było czymś niespotykanym jak dotąd w Wertanii, a przy okazji niesamowicie wstrząsającym. Ludzie przerażeni, że być może zaraz snajper zacznie i do nich strzelać, uciekali na wszystkie strony i szukali za wszelką cenę schronienia przed kulami zamachowca. My zaś, kiedy już chociaż częściowo otrząsnęliśmy się z szoku, w jaki popadliśmy po tym, co tutaj się stało, ruszyliśmy w kierunku podium, na którym przemawiał zastrzelony. Ochroniarze, już całkiem zbyteczni, otoczyli jego ciało, jeden z nich wzywał karetkę, inny zaś policję, paru z nich próbowało jeszcze ratować swego klienta, jednak wszystkie ich starania w tym kierunku były bezcelowe. Trask zmarł od postrzału prosto w serce. Nic nie było w stanie go już ocalić. Zostało tylko czekać na policję i pogotowie.
Jak to chyba nietrudno się domyśleć, na wyżej wspomniane służby nie trzeba było długo czekać. Te zjawiły się bardzo szybko. Miejscowa oficer Jenny wraz ze swoimi ludźmi z trudem zapanowała nad całą sytuacją i ułatwiła przyjazd lekarza i karetki pogotowia. Zbadania zabitego było jednak tylko formalnością. Zginął na miejscu, ledwie otrzymał postrzał. Należało tylko stwierdzić to oficjalnie, wypisać akt zgonu i wysłać go do kostnicy.
- Uspokójcie się! Proszę nie panikować! - wołała inspektor Jenny do ludzi, którzy wciąż jeszcze panikowali z powodu tego, co tu właśnie zaszło.
Przedarliśmy się jakoś przez tłum i dotarliśmy do policjantki. Dobrze ją już znaliśmy z kilku poprzednio prowadzonych w tym mieście spraw, dlatego oboje mieliśmy nadzieję na to, że zdołamy się czegoś od niej dowiedzieć. Nie wiem, czy już wtedy planowaliśmy poprowadzić śledztwo w tej sprawie, ale z racji naszego zawodu, jak i wrodzonej ciekawości, musieliśmy się dowiedzieć jakiś szczegółów w tej sprawie.
- Proszę się nie pchać! Proszę się odsunąć! - wołali policjanci, gdy dość spora grupa ludzi próbowała przedostać się do zamordowanego i zobaczyć, czy aby na pewno on nie żyje.
Funkcjonariusze nikogo do ciała nie dopuszczali. Nam też zagrodzili drogę, ale na szczęście zaczęliśmy głośno wołać w kierunku Jenny, która na szczęście nas usłyszała i gdy tylko spojrzała w naszą stronę, od razu nas rozpoznała i obdarzyła nas serdecznym, przyjacielskim uśmiechem.
- Przepuśćcie ich! - zawołała do swoich ludzi.
Ci wyraźnie zdumieni, wykonali jednak polecenie, najwidoczniej uznając, że w tej branży nie zadaje się zbędnych pytań. Przeszliśmy zatem do Jenny, która nie ukrywała swojej radości.
- Ash, Serena... Witajcie. Dawno was tu nie było - powiedziała życzliwie - Jak miło mi was tu spotkać, choć szkoda, że w takich okolicznościach.
- Witaj, Jenny. Niezła rozróba, co nie? - zapytał dowcipnie Ash.
- Pika-pika - zapiszczał Pikachu.
Policja westchnęła głęboko i odparła na to:
- Rozróba to mało powiedziane. W życiu bym nie pomyślała, że takie coś się tutaj stanie. W Stanach to podobno co drugiego prezydenta zabijają, ale tutaj nigdy jeszcze nie zabito żadnego burmistrza. Ani nawet kandydata na niego. Do czego ten świat zmierza? Ale nieważne. Nie widzieliście może, skąd strzelano?
- Nie, wszystko stało się tak szybko - odpowiedziałam - Ale wydawało mi się, że jeden z ochroniarzy coś wypatrzył i pobiegł w kierunku jednego z budynków.
- Bystrzak z niego, że w ogóle w tym zamieszaniu coś zauważył - powiedziała Jenny - Sprawa narobi niezłego szumu w mediach, że o zamieszaniu w mieście nie wspomnę.
- Pani inspektor!
Jenny spojrzała w kierunku, z którego ktoś ją wołał. Tym kimś był pewien młody mężczyzna, jeden z ochroniarzy. Ciągnął on w kierunku policjantki jakiegoś sporych rozmiarów Monferno, ściskając go lewą ręką za kark i popychając przed siebie. W prawej dłoni trzymał snajperkę.
- Mam tego cwaniaka. Próbował uciec, ale wypatrzyłem go.
- Pokemon?! - zawołaliśmy w szoku ja, Ash i Jenny.
Pikachu i Buneary spojrzeli na siebie bardzo zdumieni, po czym zapiszczeli niepewnie, najwidoczniej nie wiedząc, co mają o tym wszystkim myśleć, chociaż tak na dobrą sprawę, my także tego nie wiedzieliśmy.
- Ale co? Chcecie powiedzieć, że to Pokemon zabił Traska? - spytałam, nie posiadając się ze zdumienia.
- Wszystko na to wskazuje - odpowiedział mi ochroniarz - Wypatrzyłem go dosłownie chwilę po tym, jak strzelił. Chciał uciekać, ale zatrzymałem go.
- Dobra robota, kolego - powiedziała Jenny i spojrzała na Pokemona - A co on jest taki śnięty?
- Dostał z pistoletu ze środkami uspokajającymi. Inaczej bym go nie złapał.
- Skujcie go i zabierzcie na komisariat. Osobiście go przesłucham.
Policjanci natychmiast zakuli w kajdanki Pokemona, po czym zabrali go do najbliższego radiowozu.
- O ile w ogóle cokolwiek się od niego dowiem - dodała po chwili Jenny dość ponurym tonem.

***


Jenny nakazała policjantom zbadać dokładnie cały teren, sama z kolei zaraz pojechała na komisariat, aby wziąć udział w przesłuchiwaniu Pokemona. Rzecz jasna, przesłuchanie takiego rodzaju podejrzanego jest niesamowicie trudna, gdy się nie zna języka Pokemonów. W tym wypadku jednak ofiarowaliśmy swą pomoc naszej przyjaciółce. Co prawda, nie znaliśmy języka Pokemonów, ale mieliśmy ze sobą Pikachu, który znał język migowy i był w stanie nam wszystko potem na migi pokazać. Jenny ucieszyła się, gdy jej to oznajmiliśmy i bez żadnych dodatkowych próśb, wpakowała nas do radiowozu i pojechała z nami na sygnale na komisariat. Dojechaliśmy tam bardzo szybko, nie łamiąc jednak po drodze żadnych przepisów drogowych, co w zasadzie byłoby całkiem ciekawym przypadkiem, gdyby tak oto  miejscowa inspektor policji złamała wszystkie przepisy ruchy drogowego, aby jak najszybciej wypełnić swoje obowiązki. Uśmiechnęłam się w duchu, kiedy tylko o tym pomyślałam, ale nim zdążyłam to sobie dobrze poukładać w głowie, byliśmy już na miejscu.
- Dobra, kochani. Idziemy przesłuchać tego małpiszona - powiedziała do nas inspektor Jenny - Oby tylko wasz Pikachu się z nim dogadał.
- Pikachu umie przekonywać innych - odparł na to wesoło Ash - Na pewno go przekona do mówienia.
- Oby tak było, bo naprawdę bardzo chciałabym się dowiedzieć, kto też kazał temu Monferno zastrzelić Traska - rzekła policjantka.
- A więc jesteś pewna, że ktoś mu kazał to zrobić? - zapytałam.
- Oczywiście. A co? Uważam, że on tak sam z siebie?
- Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale...
- Pokemony nie zabijają ludzi, a jeśli nawet, to nie z broni palnej. Jeśli już to robią, to za pomocą swoich własnych mocy. Nigdy nie używają do tego karabinu snajperskiego. Jeśli to robią, to na polecenie swojego trenera.
- Ja też tak uważam, Sereno - powiedział do mnie Ash - Naprawdę nie wierzę w to, że Pokemon by tak po prostu zastrzelił człowieka. Oczywiście pewnie i jest taka możliwość, ale jakoś trudno mi w nią uwierzyć.
- Sama więc widzisz, Sereno - powiedziała nieco ironicznie Jenny - Słuchaj się swojego męża, a dobrze na tym wyjdziesz. To mądry facet.
- Słyszałaś to, kochanie? - zapytał dowcipnie Ash, lekko się przy tym pusząc.
Westchnęłam nieco zirytowana jego słowami i rzuciłam:
- Świetnie, chwal go dalej. W ogóle wszyscy wpędzajcie go w poczucie bycia najmądrzejszym facetem na świecie. Naprawdę świetnie nam tym wyjdziemy.
Ash popatrzył na mnie z lekkim wyrzutem.
- Serenko, kochanie. O co ci chodzi? Przecież sama lubisz mnie chwalić.
- Tak, ale wtedy, gdy sobie zasłużysz - zauważyłam.
- Owszem, a że często zasługuję na pochwały, tak więc...
Westchnęłam lekko i popatrzyłam na mego ukochanego groźnym wzrokiem, a  on rozłożył ręce i zapytał:
- No co? Przecież ja się nie chwalę. Ja po prostu stwierdzam oczywiste fakty.
- Jakoś bardzo lubisz stwierdzać te fakty - zauważyłam ironicznie.
- Z tego też powodu zostałem detektywem. Ty zresztą też.
- Tak, to fakt.
- Widzisz? Ty też stwierdzasz oczywiste fakty.
Chciałam już mu coś odpowiedzieć, kiedy to nagle Buneary poklepała mnie po przyjacielsku łapką, jakby chciała mi powiedzieć, że teraz ja przesadzam. Nie mogłam się nie zgodzić, więc westchnęłam tylko i dodałam:
- Tak, masz rację. Nie ma co marudzić. Są teraz ważniejsze sprawy niż jakieś tam problemy mojego męża ze skromnością.
- Ej, ja nie mam z tym żadnych problemów! - zawołał do mnie Ash - Ja po prostu stwierdzam fakty, a fakty są takie, że jestem dobry w tym, co robię.
- Wiem i właśnie dlatego tutaj jesteśmy - powiedziałam życzliwie, czując przy tym, że złość na niego mi przechodzi - Zajmijmy się więc tą sprawą. Im szybciej, tym lepiej.
Weszliśmy do środka i od razu udaliśmy się w towarzystwie inspektor Jenny do pokoju przesłuchań. Tam już siedział Monferno, wciąż skuty kajdankami, który siedział na krześle przy stoliku i patrzył na nas dość ponurym wzrokiem. Tuż przy nim stało kilku policjantów, pilnując go, aby nie zrobił niczego głupiego.
- Dobra, pora sobie z nim teraz porozmawiać - powiedziała Jenny.
Usiedliśmy przy stoliku i popatrzyliśmy z uwagą na Pokemona. Pikachu zaś zeskoczył zwinnie z ramienia Asha i podszedł do zamachowca, po czym zapiszczał pytająco w jego kierunku. Ten jednak nie odpowiedział. Pikachu zatem zadał mu jeszcze raz to samo pytanie, ale znowu otrzymał w zamian jedynie milczenie.
- Chyba wasz przyjaciel nie ma daru przekonywania - stwierdziła Jenny.
Następnie wstała z krzesła, uderzyła pięścią w stół i krzyknęła:
- Gadaj mi tu zaraz, bydlaku, bo mi puszczą nerwy! Kto ci kazał to zrobić?!
Pokemon chyba się przestraszył, bo zaczął coś mówić w swoim własnym języku, który od razu Pikachu zaczął nam tłumaczyć na migi. Zapiszczał jeszcze w swojej mowie do Monferno, ten mu coś odpowiedział, a nasz przyjaciel miganiem nam wszystko przetłumaczył.
- Pikachu mówi, że on nie chce powiedzieć, kto mu kazał - tłumaczył z języka migowego na nasz mój mąż - Ale podobno nie miał nikogo zabić. Strzelał tylko tak sobie, aby postraszyć.
- Postraszyć, tak? - zakpiła sobie Jenny - I on niby myśli, że ja w to uwierzę?
Pikachu zaczął ponownie tłumaczyć wypowiedź Monferno, a Ash pospieszył z tłumaczeniem języka migowego.
- Podobno jego trener chciał po prostu zrobić figla Traskowi i kazał Monferno do niego strzelić, ale chybić celowo. Monferno nie wiedział, że ktoś będzie w tym samym czasie strzelał z innego miejsca i zabije tego gościa.
- Ja mu wierzę - powiedziałam, kiedy sobie to wszystko zaczęłam układać w głowie.
- Dla mnie to też brzmi całkiem sensownie, ale powinniśmy to porządnie, ale to porządnie zbadać - powiedziała Jenny - Jeżeli jednak mówi prawdę, to gdzie w takim razie uderzyła kula, którą wystrzelił ten małpiszon?
Monferno zaczął nam coś tłumaczyć, a Pikachu natychmiast tłumaczyć.
- Podobno strzelał pod nogi tego gościa - powiedział Ash, uważnie patrząc na Pikachu, aby wyjaśniać jego słowa - Jeśli to prawda, powinna tam być kula z tego karabinu, z którego strzelał Monferno.
- Dowiemy się tego - odpowiedziała Jenny - Jeśli mówi prawdę, to znaczy, że wciąż jest tam kula. Dodatkowo patolog stwierdzi, spod jakiego kąta padł strzał i czy padł on z tego miejsca, gdzie stał małpison. Wszystkiego się dowiemy. A na razie, zabierzcie go!
Ostatnie słowa skierowała do dwóch policjantów stojących tuż za Monferno, którzy wykonali jej polecenie i wyprowadzili go z sali przesłuchań. Jenny zaś, nie kryjąc swojej złości, zaczęła chodzić nerwowo po pokoju i mówić:
- Ale jeśli nawet małpiszon mówi całą prawdę, to co z tego? Nas to w żaden sposób nie ustawia. Trzeba ustalić, kto i dlaczego kazał Pokemonowi to zrobić i jak się to wiąże z morderstwem? Bo może się wiązać, ale może też nie mieć z tym w ogóle nic wspólnego, choć w to ostatnie nie wierzę. Bo niby jakim cudem w tej samej chwili dwóch zamachowców, z czego jeden dla żartu, strzela do człowieka, w ogóle ze sobą tego nie ustalając? To oczywiście jest możliwe, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć.
- Obstawiasz więc wersję, że to wszystko zostało ukartowane i nie mamy tu do czynienia z żadnym zbiegiem okoliczności? - zapytał Ash.
- Tak właśnie uważam - odpowiedziała Jenny - W ogóle, to ja nie wierzę w takie zbiegi okoliczności. Moim zdaniem są one po prostu niemożliwe.
- Też nam jakoś trudno w to uwierzyć - powiedziałam - A zatem mamy już pewną hipotezę. To wszystko jest zorganizowanym zamachem.
- Jak na razie, jest to tylko hipoteza i dlatego warto, żeby ją zbadać - odparła na to inspektor Jenny - Chodźcie, wracamy na miejsce zbrodni. Musimy poszukać tropu, który potwierdzi tę hipotezę lub jej zaprzeczy.
Nagle do pokoju wszedł jakiś wysoki mężczyzna w średnim wieku, mający na sobie mundur wyższego oficera policji. Początkowo nas nie zauważył, ponieważ zwrócił się bezpośrednio do Jenny:
- Słuchaj, Jenny... Dzwonił do mnie rzecznik partii liberalnej. Domaga się jak najszybszego wykrycia sprawcy zamachu na ich lidera. Nie wiem, co oni sobie w ogóle wyobrażają. Myślą chyba, że to piekarnia. W parę minut chcą rozwiązanie. Ja nie wiem, co oni mają w tych swoich głowach, ale mózgu chyba nie.
Nagle dostrzegł nas, a zły humor z miejsca mu przeszedł, gdyż rozpoznał nas i twarz jego rozjaśnił radosny uśmiech.
- Ash! Serena! Witajcie, przyjaciele!
My oczywiście też go rozpoznaliśmy, choć początkowo jego obecność w tym miejscu wywołała nasze zdumienie. Dopiero po chwili przypomnieliśmy sobie, że przecież ten człowiek został oddelegowany z awansem właśnie tutaj, do Wertanii, a zatem jego obecność jest tu zupełnie uzasadniona. Widocznie nadmiar spraw, jakie prowadziliśmy ostatnio zaćmił nieco naszą pamięć dotyczącą spraw osobistych i życia naszych przyjaciół. Rzecz jasna, owo wyżej wspomniane zdumienie oboje z Ashem zachowaliśmy dla siebie. Raz z tego powodu, że było ono tylko chwilowe, a dwa, że nie chcieliśmy w ten sposób urazić naszego przyjaciela.
- Pan komisarz! - zawołałam radośnie na widok policjanta.
- Komisarz Jasper Rocker! - dodał Ash, również nie kryjąc tego, że cieszy go widok mężczyzny - Miło pana znowu widzieć.
- Pika-pika! - zapiszczał wesoło Pikachu.
Tak, to był on sam, nasz serdeczny przyjaciel, Jasper Rocker, niegdyś kapitan i komendant policji w Alabastii, obecnie zaś komisarz i szef policji w Wertanii, a przy okazji człowiek, który powinien być już na emeryturze, ale zamiast tego, ku wielkiej radości wszystkich, zgodził się przyjąć awans i stanowisko w stolicy tego regionu. Dzięki temu mógł jeszcze popracować w pracy, którą tak kocha, a przy okazji teraz spotkać się z nami.
- Ale miła niespodzianka! - zawołał wesoło komisarz Rocker - Przyznam się, że nie spodziewałem się was tutaj.
- Nie słyszał pan, że mamy wstąpić do akademii policyjnej? - zapytał Ash.
- Słyszałem, ale nie wiedziałem, że będziecie tutaj w czasie wyborów - odparł na to komisarz Rocker - Nie wiem zresztą, czy w porę tutaj przybyliście. Jak sami widzicie, jedno wielkie zamieszanie w tym mieście. Stolica Kanto zamieniła się w wariatkowo. Jak zresztą zawsze podczas wyborów. Ale teraz jest jeszcze gorzej, bo zamordowali jednego z kandydatów na burmistrza. Oj, teraz to dopiero się rozpęta piekło. Wszystkie stronnictwa skoczą sobie do gardeł. Liberałowie oskarżą teraz konserwatystów o zamordowanie ich kandydata, a konserwatyści liberałów o to, że ci sieją o nich plotki niczym nie sprawdzone, a ci w centrum oberwą od obu stron, bo obu im nie są przychylni. Sami widzicie. Jedno wielkie wariactwo się teraz rozpocznie.
- A ja naiwna myślałam, że ono już się dawno zaczęło - powiedziałam na to z ironią.
- O nie, moja droga. Ono dopiero teraz się rozpoczęło - stwierdził na to pan komisarz - W tej chwili jeszcze jest w miarę spokojnie, ale zobaczycie, że już za niedługo dojdzie do zamieszek, a wtedy lepiej dla was, żebyście siedzieli w domu i nie wychylali z niego nosa.
- Sądzisz, że dojdzie aż do tego? - zapytałam przerażona taką perspektywą.
- Obawiam się, że tak - odpowiedział mi komisarz Rocker - Oczywiście moje oddziały będą pilnować porządku w mieście i zrobią wszystko, co w ich mocy, aby  uspokoić to szaleństwo. Ale zanim to zrobimy, to może dojść do tragedii. Dlatego bardzo was chcę prosić, żebyście nie łazili za dużo po mieście. Nie dziś, to jutro tu się zrobi gorąco i wtedy... Boję się o wasze życie.
- Spokojnie, panie komisarzu. Nie wierzę, żeby miało być aż tak tragicznie - stwierdził z ufnością w głosie Ash - Niejeden nas chciał wykończyć, a jak dotąd ja i Serena jeszcze żyjemy.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał potakująco Pikachu.
Jego słowa dodawały mi odwagi, ale nie mogłam się niekiedy oprzeć pokusie, że te jego wypowiedzi brzmią niczym kiepska fanfaronada. Rzecz jasna doskonale wiedziałam, że Ash jest bardzo odważny oraz pomysłowy, a dzięki tym cechom niejeden już raz wyciągnął nas wszystkich z tarapatów. No, ale przecież, ile razy można igrać z ogniem i wciąż wychodzić niepoparzonym? Kapitan Rocker chyba również posiadał w tej sprawie pewne obawy, gdyż popatrzył na Asha wzrokiem pełnym ironii i rzucił:
- Jak zawsze ten sam. Pewny siebie i odważny aż do przesady. Brawura, ale też niesamowicie bystry umysł. Rewelacyjne połączenie. Tylko nie przesadź, mój drogi. Nie zawsze te cechy wystarczą, aby ciebie i Serenę wyciągnąć z tarapatów.
- Serena we mnie wierzy. Pikachu zresztą też - odparł Ash, a Pikachu od razu zapiszczał na znak, że się z nim zgadza.
- Wiara czyni cuda, tak mówią, ale ja tam wolę polegać na czymś więcej niż tylko wiara we własne lub twoje siły - odpowiedział na to Rocker - Poza tym, jak dotąd macie niesamowite szczęście, a zwłaszcza ty, Ash. Ale mimo to wyświadcz mi przysługę, przyjacielu i nie ryzykuj niepotrzebnie. A już zwłaszcza nie szafuj bezmyślnie życiem swojej ukochanej żony, bo inaczej twoja droga teściowa, która teraz cię uwielbia, zamieni ci życie w piekło.
- Co tam teściowa? Wyrzuty sumienia będą mi większym piekłem, jeżeli się Serenie coś przeze mnie stanie - odpowiedział Ash poważnym tonem, znacznie już poważniejszym niż jego poprzednia wypowiedź.
Delikatnie ścisnęłam dłoń mojego ukochanego i popatrzyłam na niego czule. Wiedziałam, że może on sobie ryzykować swoim życiem na wiele sposobów, ale moim nigdy nie chciał i nie będzie chciał niepotrzebnie szafować. To była jedna z tych cech, za które tak bardzo go kochałam.
- No i tego się właśnie trzymaj, mój młody przyjacielu - powiedział, wyraźnie z tej odpowiedzi zadowolony kapitan Jasper Rocker - A co do sprawy morderstwa, to jestem pewien, że na pewno doskonale ją w trójkę rozwiążecie.
- W trójkę? Czyli pozwala pan, abym pracowała razem z Ashem i Sereną? - zapytała wyraźnie zachwycona Jenny.
- Oczywiście, że tak. Wiele razy już z nimi współpracowałem i dlatego jestem pewien, iż teraz również doskonale sobie poradzą z tą sprawą. Możesz na nich bez wahania polegać. Możesz im wszystko powiedzieć i całkowicie zaufać.
Taka rekomendacja sprawiła nam obojgu naprawdę ogromną przyjemność. Miło było usłyszeć, że wspólna współpraca od tak dawnego czasu sprawiła, że pan komisarz wierzył w nas i w nasze umiejętności. Komplementy te były dla nas tym bardziej miłe, że przecież początki owej współpracy nie były wcale takie proste. Nasz drogi komisarz, wtedy jeszcze kapitan lubił nas i okazywał nam to, ale przy okazji niejeden raz dostawał niezłych ataków złości z naszego powodu, bo naszym śledztwem i wnioskami z niego wynikającym odbieraliśmy sens jego sposobowi myślenia, a cały świat jego myśli wywracaliśmy do góry nogami. Minęło trochę czasu, kiedy ostatecznie nie tylko do tego przywykł, ale jeszcze zaczął nas cenić i z coraz większym przekonaniem korzystał z naszej pomocy podczas prowadzenia kolejnych spraw. To wszystko miało dla nas ogromne znaczenie, bo przecież nie ma na tym świecie niczego bardziej przyjemnego dla człowieka niż to, że zostanie on doceniony przez tych, którzy na początku byli do niego sceptycznie nastawieni.

***


Po rozmowie z komisarzem Rockerem, inspektor Jenny zabrała nas ponownie na miejsce zbrodni. Jak się tego domyślaliśmy, wciąż kręcili się po nim policjanci. Zebrali oni różne w tej sprawie poszlaki, zbadali dokładnie miejsce, z którego to strzelano do Traska, ale Jenny uważała, że nie zaszkodzi, abyśmy my sprawdzili tu wszystko. Być może byliśmy w stanie odnaleźć to, czego jej ludzie odnaleźć nie byli w stanie. Co prawda, słabo w to wierzyłam, ale przecież i takie rzeczy są na tym świecie możliwe. Dlatego podjęliśmy się tego zadania.
Pokój, z którego strzelano do Traska, znajdował się w jednym z biurowców. Znajdował się w nim gabinet szefa jakieś małej firmy, nie pamiętam jednak, jaka to firma, ale nie ma to żadnego znaczenia dla tej sprawy. Gabinet był w remoncie, dlatego też nikogo w nim nie było w chwili, kiedy Monferno strzelał. Za pomocą dedukcji i logicznego myślenia zdołaliśmy odtworzyć przebieg wydarzeń, które do tego doprowadziły.
- Uważam, że zamachowiec doskonale wiedział, że Trask będzie przemawiał tutaj o tej porze i tego dnia - powiedział Ash - Wiedział także to, że w tym miejscu będzie miał miejsce remont i nikt nie zdoła mu przeszkodzić w realizacji jego celu. Dlatego właśnie przyszedł tutaj wraz ze swoim Monferno, aby przeprowadzić ten rzekomy żart, jak go nazwał ten Pokemon.
- Ale skoro tak, to musi być osoba bardzo dobrze obeznana zarówno z tym, co się dzieje w tej firmie, jak i z grafikiem zajęć Traska - zauważyła Jenny.
- Otóż to. Bardzo dobrze się przygotował do tego wszystkiego. Na pewno też jakoś pozbył się ekipy remontowej, aby mu nie przeszkadzała.
- Pozbył się ich? - spytałam.
- Oczywiście. No przecież przy nich by nie strzelał - odpowiedział mi Ash - A więc musiał ich jakoś stąd wygonić. Może ich przekonał, aby sobie zrobili przerwę albo co.
- Dzisiaj nie było tu ekipy remontowej - wtrąciła Jenny - Moi ludzie zdążyli już przesłuchać babkę z recepcji. Nie przychodziła tu dzisiaj ekipa. Wypadło im na dzisiaj jakieś inne zlecenie. Mieli przyjść dopiero jutro dokończyć robotę.
- A więc morderca nie mógł tu przyjść przebrany za robotnika - mówił dalej Sherlock Ash - Gdyby tak było, to zwróciłby na siebie uwagę. Podejrzewam, że musiał przyjść tutaj w stroju kogoś z zespołu tej firmy albo innej. Pamiętajmy, w tym budynku ma siedzibę kilka firm.
- Firma, której szef ma gabinet w tym miejscu ma wolne. Wszystkie pokoje w tej firmie są remontowane - wyjaśniła Jenny - Nikt z tej firmy nie miał prawa ani możliwości się tutaj zjawić.
- Więc udawał pracownika innej firmy znajdującej się w tym budynku - rzekł na to Ash - Jestem pewien, że poszło mu to bardzo łatwo. Przyszedł elegancko ubrany, w garniturze i na pewno z teczką lub walizką.
- Teczką lub walizką? Skąd ta pewność? - zapytałam.
- Przecież w czymś musiał tu przynieść broń. W ręku jej nie przyniósł. Zaraz by to zauważono i by go zwinęli.
- Racja, faktycznie. I co twoim zdaniem było dalej?
- Moim zdaniem, dalej było tak, że przyszedł tutaj, wyjął broń, przeładował ją i wypuścił Monferno, któremu podał dał do ręki tę broń. Sam z kolei ustawił się w nieco innej części tego pokoju z własną bronią i kiedy Monferno strzelił, on strzelił także. Monferno chybił, bo takie miał polecenie. Morderca nie chybił.
- Skąd pewność, że strzelał w tym miejscu, a nie w innym pomieszczeniu?
- Nie mam pewności w tej sprawie, ale uważam, że ten gabinet jest dość szeroki i to dla kilku strzelców. A on nie mógł szukać kolejnego pokoju, z którego by mógł strzelać do Traska. Poza tym musiał strzelić w tej samej chwili, co jego Pokemon i musiał wiedzieć, kiedy on dokładnie pociągnie za spust, aby mógł zaraz zrobić to samo.
- Skąd wniosek, że strzelali obaj w tej samej chwili?
- Trask padł dosłownie sekundę po strzale. Zamachowiec musiał mieć zatem całkowitą pewność, że Monferno strzelił, aby samemu strzelić w tej samej chwili. Niemal dosłownie po tym, jak padł strzał, Trask dostał w serce. Wszystko zostało doskonale zgrane w czasie.
- Wszystko fajnie, ale po co ta cała szopka? - zapytała Jenny.
- Aby wszyscy zauważyli Monferno i nie zauważyli jego, czyli prawdziwego zamachowca - odpowiedział jej Ash.
- Ale jakim cudem nikt nie słyszał drugiego strzału? - spytałam.
- Bardzo możliwe, że prawdziwy zamachowiec posiadał karabin z tłumikiem - odparła Jenny - Monferno na swej broni na pewno nie miał tłumika, bo wszyscy słyszeli jego strzał, ale zabójca na swojej broni już mógł go mieć. Monferno strzela w tej samej chwili, co jego trener, ale broń Monferno wydaje z siebie huk, wszyscy go słyszą, rozglądają się, ochrona zauważa Pokemona z karabinem i zaraz go łapie. A zamachowiec, zanim ludzie tu dotrą, bez trudu stąd wychodzi i znika w jednym z pokoi. Ochrona bezmyślnie łapie Monferno, nie rozglądając się po sąsiednich pokojach, a morderca jakby nigdy nic, gdy już się tylko upewni, że może to zrobić, zabiera się stąd i znika w tłumie niewinnych ludzi.
- Uważam, że tak właśnie było - powiedział Ash, zachwycony jej sposobem myślenia, a Pikachu poparł go piskiem.
- Ale skąd zamachowiec wziął drugi karabin? - spytałam zaintrygowana tym zagadnieniem - Skoro on i Monferno strzelali w tym samym czasie, nie mogli tego robić z tej samej broni. Musiał być drugi karabin. Skąd zamachowiec go wziął?
- Musiał go tu gdzieś ukryć. Możliwe, że jest tu jakieś tajne przejście, jakaś tajna szafka lub coś w tym stylu. Gdy zabił Traska, nie miał czasu rozkręcać broni i w kawałkach chować ją do walizki. Za duże ryzyko. Dlatego musiał ją szybko tu gdzieś umieścić. Pewnie ona nadal tu jest, tylko trzeba jej poszukać.
Chwilę później do pokoju przyszedł jeden z policjantów Jenny. Pokazał on nam w woreczku na dowody jakiś niewielki, prostokątny przedmiot.
- Pani inspektor. Znaleźli to na podium, z którego przemawiał Trask.
- Aha. Druga kula - powiedział zadowolony Ash - A więc wszystko jest jasne.
- Guzik tam jasne - mruknęła niechętnie Jenny - Nadal nie wiemy, kto strzelał i po co? I obawiam się, że łatwo tego nie odkryjemy.
- Ale to już zawsze krok do przodu. To chyba coś - stwierdziłam, bez jednak wyraźnego przekonania.
Jenny popatrzyła na mnie z ironią w oczach i mruknęła:
- Coś... No pewnie, że coś. Tylko wciąż za mało. Potrzeba nam więcej tropów, a wciąż ich nie mamy.
Po tych słowach, potarła sobie nerwowo dłonią po głowie i dodała:
- Podejrzanych też mamy sporo. Szef partii konserwatywnej, jacyś prywatni wrogowie z tej samej partii, szef partii centralnej...
- Jego też podejrzewasz? - zapytałam zdumiona.
- Muszę podejrzewać każdego, kto posiada choćby najmniejszy motyw. A ci, którzy rywalizowali z Traskiem mieli motywy większe niż ktokolwiek inny.
- Ale przecież Oliver Farge to porządny człowiek - zauważył Ash.
- Pika-pika! - zapiszczał Pikachu.
- A skąd niby to wiesz? - zapytała z ironią Jenny - O ile dobrze wiem, to ty go widziałeś kilka ładnych lat temu. Jego córeczkę tak samo. Co ty niby o nich wiesz? Że kiedyś byli w porządku? Może kiedyś tacy byli, ale jaką ty masz pewność, że nadal tacy są? Nie masz takiej pewności. A przy ocenianiu, kto jest winien, a kto nie, musimy mieć całkowitą pewność. A tej nie posiadasz.
- Ale i ty nie masz pewności, że oni są winni - zauważyłam, a Buneary lekkim piskiem poparła moje zdanie.
- Owszem, ale to nie czyni ich wolnymi od podejrzeń - mruknęła policjantka.
Zaczęła chodzić po pokoju, minęła biurko i zbliżyła się do regału. Wszystkie te przedmioty były przykryte wielkimi, białymi płachtami, aby nie zabrudziły się podczas remontu. Policjantka obejrzała je sobie z ciekawości i powiedziała:
- Będzie trzeba powiedzieć szefowi tej firmy, że remont się przedłuży i póki co, nie będzie mu wolno tutaj przychodzić. To wszak miejsce zbrodni. Robotnicy też raczej powinni póki co trzymać się od tego pokoju z daleka. Będą opóźnienia, wszyscy będą wściekli. I oczywiście na nas, na policję spadnie odpowiedzialność za to całe zamieszanie.
Po tych słowach, kopnęła ze złością regał, wołając:
- A niech to szlag!
Regał się zatrząsł, po czym nagle coś zadudniło i wypadło zza płachty, która przykrywała ów przedmiot. Jenny zdumiona spojrzała na to, pochyliła się na nim i powiedziała:
- A to ci znalezisko.
Podeszliśmy bliżej, aby się owemu znalezisku lepiej przyjrzeć, a tymczasem Jenny założyła na dłonie gumowe rękawiczki, po czym powiedziała:
- Nie dotykajcie. Chyba, że przez coś. Nie możecie zatrzeć odcisków palców.
To mówiąc, podniosła z podłogi ów tajemniczy przedmiot, który okazał się być karabinem snajperskim, znacznie lepszego jednak modelu niż ten, z którego strzelał Monferno.
- Czy to z tej broni strzelał prawdziwy zamachowiec? - zapytałam.
- Podejrzewam, że tak - odpowiedziała Jenny - Zresztą jeszcze sprawdzimy. Badania wykażą, czy to z tej broni strzelał zamachowiec.
- Ale jak on ją tu wniósł i kiedy? Przecież kiedy przyszedł dzisiaj, miał ze sobą walizkę z bronią dla Monferno - zdziwiłam się.
- Widocznie przyniósł tu ją wcześniej, przebrany za robotnika, kiedy pracował z innymi robotnikami - odpowiedział Ash, uważnie przyglądając się broni - Jestem bardzo ciekaw, kto ją wyprodukował i kto ją kupił.
- Przyznam się, że nigdy nie widziałam takiej broni - powiedziała Jenny, z uwagą patrząc na karabin snajperski - Uczono nas w szkole policyjnej o różnych rodzajach broni, ale nie pamiętam, aby taka była na zajęciach.
- Może nie pamiętasz, a może to nowy model - zasugerowałam.
- Może - odpowiedziała niespecjalnie przekonana Jenny - A może jest to coś stworzonego na specjalne zamówienie? Tylko dla konkretnej osoby?
- Ale po co zadawać sobie tyle trudu? Nie łatwiej kupić broń w sklepie?
- Łatwiej i owszem, ale takie coś rzuca się w oczy. W Kanto, podobnie jak w Stanach, każdy może mieć broń, jednak musi być ona zarejestrowana. Nie można tak po prostu kupić sobie broń w sklepie i liczyć na to, że umknie to uwagi policji. Chyba, że kupujesz ją ze źródeł nielegalnych, ale wtedy też nieraz przychodzi nam dość łatwo namierzyć, gdzie i od kogo ją kupiono. O wiele trudniej jest namierzyć broń wyprodukowaną prywatnie na specjalne zamówienie. Zwłaszcza, że powstało ostatnio sporo nowych rodzajów broni palnej, tworzonych właśnie w taki sposób. Nie są one w naszych rejestrach, a pociski z nich nie da się dopasować do innych broni. Podejrzewam, że to jest właśnie taki przypadek. Zresztą zbadamy to bardzo dokładnie.
To mówiąc, wyjęła krótkofalówkę i wezwała do pokoju swoich ludzi, którym dała do ręki karabin snajperski z nakazaniem zabezpieczenia go oraz dokładnego zbadania.
- Trzeba będzie uruchomić nasze kontakty i dowiedzieć się, kto i dla kogo to wyprodukował - powiedziała do nas Jenny - To trochę potrwa, ale jestem pewna, że wpadniemy na właściwy trop.
- Być może potrwa to szybciej niż myślisz - stwierdził Ash, uśmiechając się przy tym szelmowsko.
Spojrzeliśmy na niego zaintrygowani, ale ponieważ znałam mojego męża już chyba doskonale, dość szybko odgadłam, o co mu chodziło.
- Chyba wiem, do czego zmierzasz, Ash - powiedziałam - Chcesz poprosić o pomoc najlepszego specjalistę od przestępczego półświatka regionu Kanto.
- Zgadłaś, Serenko - odpowiedział wesoło Ash - Właśnie jego. Jestem pewien, że on będzie wiedział, kto wyprodukował to cacko.
- Macie na myśli jakiegoś informatora? - zapytała Jenny.
- Nie jakiegoś tam informatora, ale najlepszego z możliwych - odparł na to mój mąż, wciąż się szelmowsko uśmiechając.

***


- Witajcie, kochani. Jak się czujesz, synku? A moja synowa? Wszystko u was dobrze? - zapytał Josh Ketchum, patrząc na nas z ekranu telefonu, znajdującego się na miejscowym komisariacie policji.
- Dziękuję, całkiem nieźle - odpowiedział mu Ash - Właśnie powróciliśmy z podróży poślubnej, przeżywając wcześniej kilka naprawdę ciekawych przygód.
- Jakoś wcale mnie to nie dziwi - stwierdził wesoło Josh.
- U nas zatem wszystko dobrze, a co u ciebie, tato? - zapytałam.
- Dziękuję, jak dotąd całkiem nieźle. Cindy i ja nieźle sobie żyjemy, Taylor także. A Alexa... Ano właśnie, ona przyjechała do Wertanii stworzyć artykuły na temat obecnych wyborów. Spotkaliście ją może?
- Owszem, ale chwilowo nie ma jej z nami - wyjaśniłam - Ale nie uwierzysz, tato, co się tutaj wyprawia w tym mieście.
- Niech zgadnę. Kogoś zamordowali i wy znowu angażujecie się w śledztwo w tej sprawie - odpowiedział mi żartobliwie Josh.
Pikachu i Buneary zapiszczeli zdumieni, gdy to usłyszeli. Z kolei ja i Ash nie umieliśmy się powstrzymać od parsknięcie śmiechem.
- Tato, wiesz co? Jesteś naprawdę prawdziwym geniuszem, bo właśnie to się stało - powiedział do ojca Ash.
- E tam, dajcie spokój. To nie była wcale żadna bystrość. Po prostu doskonale was znam i wasze szczęście do wszelkiego rodzaju niesamowitych zdarzeń, które mają miejsce tam, gdzie akurat jesteście - odparł na to ironicznie Josh Ketchum.
- Aha, no tak. To wiele wyjaśnia. A już się bałem, tatusiu, że zechcesz nam tu robić konkurencję - powiedział złośliwie Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Spokojnie, kochani. Nawet mi to do głowy nie przyszło - powiedział wesoło mój teść - Poza tym mam inne, ciekawsze rzeczy do roboty niż ganianie za jakimiś rabusiami czy innymi takimi. To już wasza działka. Ja jedynie mogę wam w tym pomagać, ale nie wykonywać robotę za was.
- No właśnie o pomoc tutaj chodzi, tato - wtrącił Ash, przechodząc do sedna sprawy - Bo widzisz, mamy do ciebie małą prośbę.
Po tych słowach, mój ukochany opowiedział ojcu o całej sprawie, oczywiście nie zapominając o żadnym ważnym szczególe, jak bowiem każdy rasowy detektyw ma w zwyczaju, tak i Ash uważa, że nawet najmniejszy szczegół może być dla sprawy, którą on prowadzi istotny. Josh wysłuchał nas bardzo uważnie, nie kryjąc przy tym swojego naprawdę sporego zainteresowania.
- No i chodzi o to, abyś nam powiedział, czy może kojarzysz kogoś, kto jest w stanie wyprodukować taki karabinek snajperski. Jak chcesz, to możemy ci przesłać faksem zdjęcie tego cacka.
- Nie trzeba. Wiem dobrze, kogo poszukujecie - powiedział Josh.
- Kogo zatem? - zapytałam.
- Kiedy byłem w waszym wieku, ta profesja była bardzo popularna. Obecnie nie jest to takie modne, bandyci wolą kupować broń pokątnie i po dokonaniu tego, czego chcą, pozbyć się jej jak najszybciej. Ale bywają jeszcze tacy, którzy składają takie zamówienia jak to, o którym mi opowiadaliście. To są zwykle członkowie dobrze zorganizowanej grupy przestępczej. Oni wolą zawsze działać z klasą, bo nie są pospolitymi bandytami. A poza tym zamachów dokonują ze swego rodzaju finezją, a przynajmniej oni tak to nazywają. Dlatego potrzebują najlepszej broni, którą specjalni rusznikarze dla nich produkują. Mój kochany braciszek niejeden raz zamawiał od nich broń, jak jeszcze żył. Obecnie, po rozbiciu organizacji Rocket, trudno znaleźć dobrego fachowca od tworzenia broni. Większość poszła siedzieć, a inni uciekli za granicę. Na chwilę obecną, to znam tylko jednego gościa, który nie tylko potrafiłby stworzyć taką broń, ale dodatkowo mieszka w Kanto. To niejaki Zemner, Niemiec z pochodzenia. Jest już stary i ma swoje lata, ale praktycznie nie ma sobie równych. Jeżeli zatem kogoś bym obstawiał, to tylko jego.
- Gdzie go możemy znaleźć? - zapytał Ash.
- Całkiem niedaleko. Mieszka w małym domku na odludziu, na obrzeżach Wertanii - odpowiedział Josh - Ale uważajcie na niego. To niezły drań. Nie poszedł siedzieć po upadku Giovanniego tylko dlatego, że nie posiadano na niego żadnych dowodów. Umiał się wybronić przed więzieniem, więc jak widzicie, nie jest z nim łatwo. Trudno będzie go przekonać do gadania.
- Spróbujemy mimo wszystko to zrobić - powiedział Ash, a Pikachu wskoczył mu na ramię i zapiszczał bojowo.
- W porządku, ale uważajcie na siebie. On tylko na pozór jest niepozornym staruszkiem - stwierdził mój teść.
- W porządku. Weźmiemy ze sobą jakieś wsparcie, tato - odpowiedział na to mój mąż - I dziękujemy ci za pomoc. Mam nadzieję, że to on rzeczywiście stoi za produkcją tej snajperki.
- Jest małe prawdopodobieństwo, że jest to ktoś inny. Ale dajcie mi znać, co odkryjecie. Jeśli się pomyliłem, to trudno. Poszukamy innego, jednak stawiam, że to on. Moja wiedza wskazuje właśnie na niego.
- Jak dotąd, nie zawiedliśmy się na twojej wiedzy, tato.
- I postaram się, aby zawsze tak było. Tylko pamiętaj, nie będzie łatwo, żeby z niego cokolwiek wyciągnąć. Jest bardzo uparty.
- To ma pecha, bo trafi na większych uparciuchów niż on.
- Zobaczymy. Życzę wam powodzenia, kochani.
Po tych słowach, zakończyliśmy rozmowę z Joshem i od razu poszliśmy do Jenny, aby jej opowiedzieć o wszystkim. Policjantka była bardzo zainteresowana naszymi informacjami.
- Bardzo interesujące. Stary Zemner nie zakończył działalności? W zasadzie, to nie powinno mnie to dziwić. Tacy kolesie rzadko idą na emeryturę. Ale przecież nie mamy pewności, że twój ojciec ma rację, Ash.
- Wiem o tym, doskonale, ale przecież mój ojciec to znawca. Jego bratem był Giuseppe Giovanni - zauważył mój ukochany - Mimowolnie zatem i to od swoich najmłodszych lat przebywał on pomiędzy najgorszymi mętami na świecie. Trochę ich poznał i może nam teraz służyć swoją wiedzą.
- Zobaczymy, czy ta wiedza jest rzeczywiście na coś użyteczna - powiedziała Jenny, wstając od swojego biurka - Jedziemy do Zemnera. Przyciśniemy go i niech zacznie gadać.
- Tata Asha uprzedzał, że może być trudno się z nim dogadać - zauważyłam.
- Spokojnie, nie przejmuj się tym, Sereno - odpowiedziała mi bardzo pewnym siebie tonem Jenny - W takim wypadku wygrywa ten, kto jest bardziej uparty.
- Czyli my - zażartował sobie Ash.

***


Inspektor Jenny zabrała nas ze sobą do domu Zemnera od razu, po rozmowie, którą wcześniej odbyliśmy na jego temat. Jadąc tam, oczywiście spodziewaliśmy się mniejszych lub większych trudności, jednak prawdę mówiąc to, co zastaliśmy na miejscu, zdecydowanie przerosło nasze oczekiwania i to nawet te najśmielsze. I przy okazji, mocno zagmatwało nam całą sprawę. Ale najlepiej zrobię, jeżeli będę opowiadać po kolei, bez uprzedzania faktów.
Dojechaliśmy na miejsce bez żadnych trudności. Tam zaś od razu weszliśmy na teren domku Zemnera i zapukaliśmy do jego drzwi. Nie usłyszeliśmy jednak żadnej odpowiedzi.
- Panie Zemner, jest pan tam? - zapytałam.
Nie otrzymałam jednak odpowiedzi.
- Odejdź, Sereno. Pozwól, że ja to zrobię - powiedziała Jenny, zajmując moje miejsce pod drzwiami - Otwieraj, Zemner! Policja!
Oczywiście, ponownie nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Z tego powodu Jenny uznała, że czas już zastosować środki radykalne. Wyjęła broń, odsunęła się delikatnie od drzwi i z całej siły kopnęła w zamek. Drzwi wówczas ustąpiły, a my mogliśmy wejść do środka.
- Zbyt delikatna, to ty nie jesteś - rzucił złośliwie Ash.
- Nie mam na to ani czasu, ani ochoty - odparła na to kobieta.
Weszliśmy do środka. Wewnątrz domu panował, jak na mój gust, względny porządek. Wszystko leżało na swoim miejscu, a przynajmniej tak się zdawało. Co ważniejsze, nic nie wskazywało na to, aby ktoś opuścił w pośpiechu ten dom. Przy dokładniejszym rozejrzeniu się Jenny szybko uznała, że nikogo tu nie ma, ale sam dom wyraźnie został ledwo co opuszczony. Zwykle bowiem tak jest, że przestępca w momencie, gdy opuszcza swoją kryjówkę, pakuje rzeczy, robiąc przy tym sporo bałaganu i pali w kominku to, co mu mogłoby w jakikolwiek sposób zaszkodzić. Nic takiego tu jednak nie miało miejsca. W kominku w salonie niczego nie palono od dawna, na biurku leżały jakieś papiery, nad którym wyraźnie Zemner pracował, a szafki były pełne jego rzeczy osobistych.
- Może opuścił dom w pośpiechu? - zasugerowałam.
- Albo po prostu wyszedł na zakupy i niedługo wróci - dodał Ash.
- Nie wiem, trudno powiedzieć. Rozejrzyjmy się jeszcze - powiedziała Jenny.
Rozdzieliliśmy się i ponownie zaczęliśmy z wielką uwagą oglądać wszystkie kąty w tym miejscu. Ja z Buneary poszłam do sypialni Zemnera. Zajrzałyśmy tam dosłownie wszędzie, nawet pod łóżko, ale niczego nie znaleźliśmy. Początkowo nic w tym pokoju nie wzbudziło moich podejrzeń. Dopiero po chwili, przy nieco bliższych oględzinach zauważyłam, że stojąca w jednym kącie sporych rozmiarów szafa jest zamknięta na klucz. Wzbudziło to moje ogromne zainteresowanie, więc postanowiłam to sprawdzić. Na stoliku leżał klucz od interesującego mnie miejsca. Otworzyłam je i rozwarłam szeroko drzwi. Wówczas o mało nie umarłam z szoku oraz przerażenia, ponieważ z szafy wypadł jakiś człowiek, martwy i z podciętym gardłem. Wyleciał on z szafy i wpadł prosto w moje ramiona. Przerażona tym dość okropnym doświadczeniem, jakim było ściskanie nieboszczyka, odepchnęłam go od siebie i z wielkim przerażeniem, niemalże sparaliżowana ze strachu, stanęłam jak wryta, nie odrywając wzroku od tej trupiobladej twarzy, wpatrując się we mnie martwymi oczami. Byłam w tak wielkim szoku, że nie wiedziałam, co mam zrobić. Chociaż widziałam już na tym świecie niejedną przerażającą rzecz, teraz niemalże straciłam ze strachu głos. Ręką złapałam się za serce, usiadłam na łóżku i zaczęłam głęboko oddychać. Buneary, widząc ten stan rzeczy, podeszła do mnie, delikatnie dotknęła mnie łapką, po czym zapiszczała coś po przyjacielsku. Ponieważ jednak nie zareagowałam na to w żaden sposób, zaniepokojona pognała w kierunku Asha, Pikachu i Jenny. Powróciła po chwili do pokoju z całą tą trójką, najwyraźniej tym wszystkim zaniepokojoną. Ash zaś podbiegł do mnie i złapał moją dłoń, przy okazji dostrzegając leżącego na podłodze trupa.
- Sereno, nic ci nie jest? - zapytał z troską, po czym spojrzał na zwłoki - A ten sztywniak, to kto taki?
Nie wiedziałam, a nawet, gdybym wiedziała, nie byłabym w stanie w tamtej chwili wypowiedzieć ani jednego słówka. Ash zrozumiał to i usiadł na łóżku tuż przy mnie, Jenny zaś przyjrzała się nieboszczykowi.
- Spokojnie, Sereno. Szok ci zaraz przejedzie. A przy okazji, dziękuję ci za to odkrycie. Znalazłaś naszą zgubę.
Spojrzałam zdumiona na leżące na podłodze zwłoki i wówczas zrozumiałam, że mam oto przed sobą ciało Zemnera.
- Twój tata miał jednak rację - powiedziałam ironicznie - Trudno będzie nam go namówić do gadania.
Chciałam sobie tym, dosyć głupim żartem, poprawić nieco humor, ale chyba mi coś nie wyszło, bo bynajmniej nie poczułam się przez to lepiej. Musiało minąć sporo minut, podczas których do domu przyjechała wezwana przez Jenny policja, aby zabezpieczyć miejsce kolejnej zbrodni. Z funkcjonariuszami przyjechali tutaj komisarz Rocker oraz Alexa, która właśnie przeprowadzała z nim wywiad, kiedy mężczyzna otrzymał wiadomość o jeszcze jednym nieboszczyku.
- Dwa trupy w ciągu jednego dnia. Nawet jak na stolicę Kanto to trochę za dużo, nie sądzicie? - zapytał nieco kpiącym tonem pan komisarz i spojrzał na mnie i Asha - Jak to jest, że ilekroć coś złego się dzieje, ludzie giną albo mają jakieś wypadki, to wy dwoje z kumplami lub bez nich, zawsze jesteście w pobliżu?
- Panie komisarzu, ja zadaję sobie to pytanie już od kilku lat - odpowiedział mu na to Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał niepewnym głosem Pikachu.
Rocker pokręcił tylko głową z niedowierzaniem i powiedział:
- Po prostu cudownie. Prasa i opinia publiczna zjedzą nas żywcem. Jedyny człowiek, mogący mieć dla nas pożyteczne informacje, został zabity. No, po prostu rewelacyjnie.
Ja i Ash, w towarzystwie Pikachu i Buneary wyszliśmy z sypialni Zemnera i poszliśmy do salonu, aby pozwolić policji i patologowi zbadać ciało. Alexa razem ze swym wiernym Helioptilem dosiadła się do nas. W przeciwieństwie do naszej dwójki, była w doskonałym nastroju.
- Niesamowite, moi kochani - powiedziała dowcipnie - Macie używanie i to naprawdę mocne. Ludzie padają jak muchy. Ledwo przyjeżdżacie, a już w mieście są dwa trupy. Po prostu niesamowite.
- Ciebie to bawi, tak? - warknęłam ze złością w jej stronę - Ciekawe, czy byś była taka wesoła, gdyby to tak na ciebie wypadł z szafy nieboszczyk?
- Oj weź, Sereno. Nie gniewaj się. Przecież nie chciałam cię rozdrażnić.
- Ale to zrobiłaś.
- Masz rację, przepraszam. To było głupie z mojej strony. Jak się czujesz?
- A jak mam się czuć? W szafie był trup, który wyleciał prosto na mnie, gdy tylko otworzyłam drzwi. Ma mi być z tego powodu wesoło?
Do pokoju weszła Jenny, ocierając sobie lekko pot z czoła i mówiąc:
- Patolog zbadał ciało. Gość nie żyje od kilku dni. Nie zabito go dzisiaj.
- A więc został zabity przed Donaldem Traskiem? - zapytała Alexa.
- Na to wychodzi - odparła Jenny.
- Zatem nie powie nam już, czy zbudował ten karabin snajperski, czy też nie - powiedział ponuro Ash.
- No, nie do końca - stwierdziła Jenny - W tej sprawie możemy być pewni, że twój ojciec się nie mylił, Ash. To ten gość zbudował ten karabin.
- Skąd ta pewność?
- W jego biurku znajdowały się plany tego karabinu. Ktoś, kto go zabił, chyba zapomniał je zabrać.
- Albo celowo je tu zostawił, aby nas naprowadzić na fałszywy trop.
- Nie sądzę, Ash. Zresztą mamy w swoich archiwach próbki jego pisma, bo gość był już notowany. Sprawdzimy zatem, czy te plany to jego dzieło. Grafolog bez trudu to odkryje.
Ash zastanowił się przez chwilę nad tym, co właśnie usłyszał. Jenny, jak tylko to dostrzegła, zapytała:
- Rozumiem, że masz wątpliwości, co do mojej teorii. Ale nie sądzisz, że to jednak jest możliwe?
- Być może, ale chyba sama przyznasz, że to bardzo dziwne. Ktoś zadał sobie tyle trudu, aby zamówić u Zemnera snajperkę, potem go zabija i zostawia w biurku plany, które bez wątpliwości wskazują na to, że Zemner miał z tym wszystkim coś wspólnego. Nie sądzicie, że to trochę podejrzane?
- Ja chwilowo nie umiem o niczym sądzić - powiedziałam przygnębiona.
- A ja się zgadzam z Ashem. Coś tu jest nie tak - stwierdziła Alexa, która to nagle przybrała niesamowicie poważny ton.
- Być może, ale póki co, mamy wreszcie jakiś trop. I to szybciej niż byśmy się mogli spodziewać - powiedziała bardzo z siebie zadowolona Jenny - A to wszystko dzięki wam, moi drodzy. Możecie być pewni, że jak tylko odkryjemy coś nowego, zaraz was o tym powiadomimy.
- Będziemy wdzięczni - powiedziałam, wciąż jednak czując się słabo.

***


Powróciliśmy do Wertanii, gdzie wstąpiliśmy do pobliskiej apteki, aby kupić coś na wzmocnienie. Wciąż niezbyt dobrze się czułam po tym bliskim, a zarazem bardzo nieprzyjemnym spotkaniu z nieboszczykiem. Na całe szczęście, zakupiony przeze mnie lek, połączony z niezwykłą troskliwością ze strony Asha, Pikachu oraz Buneary sprawił, że mimo początkowych trudności poradziłam sobie z tym.
- Lepiej ci, kochanie? - zapytał zaniepokojony o mnie Ash.
- Tak, skarbie. Na szczęście już mi lepiej - odpowiedziałam mu.
- To dobrze. Bo wyglądałaś fatalnie.
- Nie wątpię. To nieco dziwne, prawda? Widzieliśmy już przecież oboje nie takie rzeczy, a mimo to nieboszczyk w moich ramionach wywołał we mnie szok. Głupia jestem, co nie?
- Wcale nie. Widzieliśmy co prawda różne rzeczy, nawet bardzo groźne, ale jak dotąd żaden nieboszczyk nie leżał w twoich ramionach. Ale spokojnie, Sereno. Na pewno poczujesz się lepiej, jak tylko przestaniesz o tym myśleć.
- Trudno mi o tym nie myśleć, kiedy prowadzimy tę sprawę. Swoją drogą, to był pełen wrażeń dzień.
- Owszem. Zdecydowanie to było za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Muszę koniecznie się wzmocnić. Mam nadzieję, że u pana Farge’a jest dzisiaj jakiś dobry obiad.
- Obiad? Raczej kolacja, biorąc pod uwagę, jaka jest pora dnia.
Ash uśmiechnął się do mnie dowcipnie, ścisnął czule moją dłoń i rzekł:
- Cieszy mnie, że już ci lepiej, kochanie.
- Skąd taki wniosek? - zapytałam.
- Bo sobie dowcipkujesz ze mną. To bardzo dobry znak.
Obdarzyłam go uśmiechem najbardziej radosnym, jaki tylko zdołała stworzyć moja twarz, po czym mocno ścisnęłam jego dłoń. Kątek oka dostrzegłam, że tuż przy naszych nogach Buneary zaczęła się tulić do Pikachu, który był lekko tym zmieszany, ale bynajmniej nie odepchnął jej od siebie.
Powróciliśmy do domu pana Farge’a, w którym zastaliśmy już pana Olivera, Margo i Cleo. Wszyscy oni byli bardzo niespokojni, domyślaliśmy się doskonale, z jakiego powodu. Kiedy tylko nas zobaczyli, od razu do nas podbiegli, aby z nami porozmawiać.
- Och, jesteście wreszcie! - zawołała Margo - Martwiłam się o was.
- Usłyszeliśmy, że w mieście zastrzelono jakiegoś człowieka - dodała Cleo - Przez chwilę się baliśmy, że to chodzi o któreś z was.
- Tak, to prawda - potwierdził pan Farge - Ale potem dowiedzieliśmy się, że chodzi tu o Donalda Traska. To niewiarygodne. Po prostu niewiarygodne. Jestem w szoku. Nie sądziłem, że dojdzie do czegoś takiego.
- Miałaś rację, Margo. To miasto zamieniło się w jedno wielkie wariatkowo - powiedziałam ironicznie.
- Ale dlaczego was tak długo nie było? - zapytała Cleo.
Margo zaśmiała się dowcipnie, jakby pytanie to było niesamowicie naiwne i każdy powinien znać na nie odpowiedź.
- Przecież to oczywiste. Pomagali miejscowej policji w śledztwie i coś mi tak mówi, że chyba odkryli już pewne fakty. Mam rację?
- Owszem, masz rację. Ale chyba nawet ty nie jesteś w stanie przewidzieć, co też odkryliśmy.
- Może nam opowiecie? - zaproponował pan Farge.
- Bardzo chętnie, ale może po kolacji - powiedział Ash, łapiąc się za brzuch - Jestem trochę głodny. Nie pamiętam, kiedy ostatnio dzisiaj coś jedliśmy.
- Za bardzo rzuciliśmy się w wir śledztwa - wyjaśniłam.
- W takim razie, zapraszam na kolację - rzekł uroczystym tonem pan Farge.
Jego gosposia przygotowała dla nas bardzo smakowitą kolację, którą wszyscy zjedliśmy z prawdziwą przyjemnością. Na krótko przed nią przyszedł do nas też Hector, który wrócił z miasta z informacjami na temat zamachu na Traska.
- Nie uwierzycie, co się teraz dzieje w Wertanii - powiedział do nas - Ludzie po prostu szaleją. Część pozamykała się w domach i boi się wyjść z obawy, żeby i do nich nie zaczęto strzelać. Inni z kolei biegają, krzyczą i domagają się złapania tego, kto zabił Traska. Jeszcze inni urządzili sobie właśnie pikietę pod miejscowym komisariatem i domagają się od nich działań. Naprawdę, to miasto oszalało.
- A dziwi cię to? - zapytał pan Farge - Ludzie są przerażeni, boją się o swoje życie. W ich dotąd bezpieczne życie wkradł się lęk o jego utratę. Drżą ze strachu, a strach odbiera niekiedy rozum.
- Zakładając, oczywiście, że ktoś go w ogóle ma - zauważyła złośliwie Margo - A nie sądzę, żeby pewne osoby rywalizujące z naszym ugrupowaniem go miały.
- Z naszym ugrupowaniem. Jak to brzmi - zażartował sobie Hector - Mówisz tak, jakbyś sama była liderem partii.
- Skąd wiesz, że kiedyś nie będę? - zapytała dowcipnie Margo - Uważam, że to bardzo dobry pomysł. Będę pierwszą kobietą liderem partii centralnej. No co? W końcu mamy XXI wiek.
- A jak nazwiesz swoją partię? - zapytał Ash.
- PLZW.
- A co to znaczy?
- Partia Ludzi Zdrowo Wkur... Wkurzonych.
Wszyscy ryknęliśmy śmiechem, rozbawieni tą dowcipną nazwą, która bardzo nam się spodobała.
- Coś mi mówi, że należeć do niej będzie z dziewięćdziesiąt procent regionu, jeśli nie więcej - stwierdziłam, ocierając łzy ze śmiechu.
- Dobrze, dosyć już tych żartów. Lepiej nam opowiedzcie o śledztwie - rzekł po chwili pan Farge.
Opowiedzieliśmy więc, co się wydarzyło i czego oraz w jaki sposób się oboje z Ashem dowiedzieliśmy, w jaki sposób odnaleźliśmy broń zamachowca, potem w jaki sposób znaleźliśmy rusznikarza i do jakich wniosków w tej sprawie doszliśmy. Wszyscy nas słuchali z ogromną uwagą, a zwłaszcza Margo, która zadawała nam w tej sprawie najwięcej pytań.
- Więc mówicie, że ten morderca był przebrany za robotnika?
- Tak, malował z innymi robotnikami ten gabinet, wykorzystał okazję i ukrył w pokoju karabin, z którego potem zastrzelił Traska - odpowiedział jej Ash.
- I posłużył się Monferno, aby odwrócić uwagę od siebie?
- Zgadza się.
- A na jaki kolor malowali oni ten gabinet?
- Na taki kremowy. Całkiem ładny, muszę powiedzieć.
Margo nagle dziwnie się zmieszała, kiedy usłyszała odpowiedź mojego męża. Nie uszło to oczywiście naszej uwadze.
- Wszystko w porządku? - zapytałam jej.
- Tak, po prostu źle się poczułam - odpowiedziała wymijająco Margo.
Z jakiegoś powodu przestała nam wówczas zadawać pytania. Bardzo to nas wszystkich zdziwiło, a zwłaszcza mnie i Asha, chociaż staraliśmy się tego jej nie okazywać.
- A dlaczego pytałaś o kolor farby? - zapytał Hector.
- A tak sobie, bez powodu. Lubię wiedzieć, kto na jaki kolor maluje pokoje - odpowiedziała wymijająco Margo.
Hector udawał, że jej wierzy, wzruszył tylko ramionami i powrócił do swojej kolacji. Ja zaś uważnie przyglądałam się naszej przyjaciółce, nie bardzo wiedząc, co mam o tym wszystkim myśleć. Kiedy tylko zostaliśmy sami, podzieliłam się z Ashem swoimi spostrzeżeniami. Jak na detektywa przystało, potraktował je bardzo poważnie.
- Nie wiemy, co to może oznaczać, ale lepiej będzie ją obserwować - rzekł do mnie - Poproszę Cleo, aby miała na nią oko wtedy, gdy my będziemy szukać tego zamachowca.
- Sądzisz, że ona wie coś na ten temat?
- Nie jestem pewien, ale chyba tak. Ale dlaczego pytała o kolor pokoju? O co jej chodziło? To bardzo dziwne.
Chwilę później do pokoju, który dzieliliśmy z Ashem, ktoś zapukał. Kiedy ta osoba usłyszała od nas „Proszę”, weszła do środka i wówczas okazało się, że jest to Cleo. Wyglądała na niespokojną.
- Nie chcę wam przeszkadzać, ale chciałam wam coś powiedzieć.
- Co takiego? - zapytał Ash.
- Chodzi o Margo - odpowiedziała Cleo.
- Co z nią? - spytałam zaniepokojona.
- Gdy szłam do pokoju, usłyszałam, jak z kimś się kłóci w gabinecie swojego ojca. Nie wiem, kto to był. Chyba jej ojciec. Mówił ściszonym głosem, ona za to mówiła dość głośno. Powiedziała, że ją okłamał, że tak nie powinno być i żądała od niego, aby się przyznał. On na to, żeby się nie wygłupiała, bo to przecież jest polityka i ona zawsze wymaga ofiar. I dodał, że przecież nikt o tym nie wie. A ona na to rzuciła: „Ja wiem i nie wiem, czy będę umiała z tym żyć”. A potem wyszła. Na szczęście mnie nie zauważyła.
Cleo westchnęła głęboko, jakby zmęczyło ją opowiadanie i dodała:
- Nie wiem, czy to ma coś wspólnego z tym zabójstwem, ale pomyślałam, że wam o tym powiem.
- Bardzo dobrze zrobiłaś, Cleo - odpowiedział jej Ash - To bardzo cenna dla nas informacja.
- Ale o co jej mogło chodzić, Ash? Czyżby wiedziała, kto zabił? - zapytałam bardzo niespokojna - Czyżby to był...? Nie, to przecież niemożliwe. Nie on! Cleo, czy ta osoba, z którą kłóciła się Margo, to był jej ojciec?
- Nie mam pojęcia. Chyba tak, w końcu to był jego gabinet - odparła Cleo.
- To jeszcze niczego nie dowodzi - powiedział poważnym tonem Ash - Nie mamy pewności, że to jej ojciec. A nawet jeżeli to był on, równie dobrze mogło tu chodzić o coś innego niż morderstwo. Może dowiedziała się o jakiś machlojkach w polityce swojego ojca i wyraziła swoje oburzenie z tego powodu? Sam nie wiem, co mam o tym myśleć. Dlatego nie mówmy jej, że wiemy o jej kłótni z tym kimś, kimkolwiek on jest. Zachowajmy to na razie w tajemnicy, a przynajmniej do czasu, aż nie wyjaśnimy tej sprawy. A co do ciebie, Cleo... To dziękuję, że powiedziałaś nam, co odkryłaś, ale chciałbym cię zapytać, czy zrobisz dla nas coś jeszcze?
- Oczywiście, Ash. Co tylko zechcecie - odpowiedziała mu życzliwie Cleo - Co więc mam zrobić?


C.D.N.

czwartek, 16 czerwca 2022

Przygoda 125 cz. I

Przygoda CXXV

Druga kula cz. I


- A zatem, jesteśmy w Wertanii - powiedziałam wesoło, kiedy stanęliśmy na pagórku, z którego mieliśmy idealną panoramę na wyżej wspomniane miasto.
- No, tak gwoli ścisłości, to jeszcze w nim nie jesteśmy - zauważył dowcipnie Ash, stając tuż obok mnie.
- Ale przecież zaraz w nim będziemy. Zostało nam tylko kilka kroków i zaraz wkroczymy do stolicy regionu Kanto.
- Owszem, chociaż nie bardzo się palę, żeby tam iść.
Pikachu zgodził się ze swoim trenerem, piszcząc delikatnie i dosyć smętnie jednocześnie. Buneary złapała go delikatnie za łapkę, popatrzyła na niego czule, po czym powiedziała coś w swoim języku, a jej ukochany obdarzył ją promiennym uśmiechem na znak, że bardzo jest jej wdzięczny za wsparcie.
- Tak, Buneary ma rację - powiedziałam wesoło - Chociaż tak po prawdzie, to ja nie wiem, co ona przed chwilą mówiła.
- Też nie wiem, ale na pewno coś miłego - stwierdził Ash i lekko poprawił sobie plecak na plecach - A co do tego miasta, jakoś po wizycie w Alabastii nie umiem przestawić się na to, co nas tam czeka.
- A co nas tam niby czeka? - spytałam.
- Domek na kółkach spadający z pagórka - odpowiedziała dowcipnie Margo, która właśnie do nas podeszła w towarzystwie swego Teddiursy - I wywalający się prosto na zbity łeb.
- A na czyi? - zapytała wesoło Cleo, zbliżając się do niej - Czy tego, kto ten domek prowadzi, czy może tego, kto z nim jedzie tym domkiem?
- Jedno i drugie, ale mam takie wrażenie, że więcej sobie łeb obija ten, kto jest pasażerem niż ten, kto jest kierowcą. Kierowca w takiej sytuacji zwykle bez trudu wyskakuje przez okno i ucieka bez żadnych konsekwencji dla siebie.
- Ty chyba masz niezbyt dobre zdanie o politykach - bardziej stwierdziłam niż zapytałam.
- Owszem, dla mnie w większości to pasożyty. A co?
- To trochę dziwne, skoro twój ojciec sam jest politykiem.
- Mój ojciec to inna bajka - odpowiedziała poważnym tonem Margo - To jest bardzo uczciwy człowiek, przywódca partii centralnej, jeden z najbardziej dobrych i porządnych ludzi na świecie, nie mówiąc już, że uczciwych.
- Wybacz, jeśli cię uraziłam - powiedziałam przepraszająco - Nie chciałam cię obrazić, Margo. W żadnym razie nie było to moim celem.
- Wiem o tym, Sereno i nie jestem na ciebie zła - odparła Margo - Ale skoro jesteś ciekawa, to wyjaśnię ci to. Nie lubię polityków, ale sama polityka jako taka mnie bardzo interesuje.
- A to się wzajemnie nie wyklucza? - zapytał ironicznie Ash.
- W żadnym razie - stwierdziła Margo - Można nie lubić jakiś sportowców, ale nie oznacza to, żeby człowiek miał nie lubić z tego powodu sportu. Można też nie lubić niektórych gatunków Pokemonów, ale nie znaczy to, że ma się od razu nie lubić wszystkich Pokemonów na świecie.
- No, w zasadzie brzmi logicznie - odpowiedział jej wesoło mój mąż - A jak to wygląda z politykami?
- A to już trochę inna sprawa. Bo widzicie, polityków to ogólnie rzecz biorąc bardzo, ale to bardzo nie lubię. Ale istnieją w tej kwestii wyjątki.
- Takie jak twój tata?
- Owszem. Zresztą znasz go już i na pewno możesz potwierdzić, że to dobry człowiek i uczciwy polityk.
- Że dobry człowiek, to wiem, bo znam go od strony prywatnej. Ale w kwestii polityki muszę już zaufać twojemu osądowi, bo nie widziałem go nigdy w akcji jako burmistrza i ogólnie polityka.
- Wobec tego, dobrze się składa, że idziemy do Wertanii, bo będziesz miał ku temu okazję. I to jest plus całej tej naszej sytuacji. Nie jestem tylko pewna, czy nie jedyny.
- Oj, weź nie przesadzaj - wtrąciła się do rozmowy Cleo - Przecież tam jest jeszcze twój chłopak, Hector. Jest zatem dla ciebie jeszcze jeden plus tej sytuacji.
- Tak, ale dla mnie. Nie wiem, czy to plus dla was - odpowiedziała Margo - A poza tym boję się, że w czasie wyborów będzie on miał naprawdę bardzo dużo roboty na głowie.
- Ale na pewno znajdzie dla ciebie czas i to tyle, żebyście mogli się nacieszyć sobą - powiedziałam, mając w duchu nadzieję, że tak właśnie będzie.
- Lepiej, żeby go miał, bo inaczej w przyszłości powiem mu, aby się żenił z moim tatą, skoro on jest dla niego ważniejszy niż ja - rzuciła ironicznie Margo.
Cleo i Ash parsknęli śmiechem, słysząc ten argument, a ja pomyślałam sobie przez chwilę, czy byłabym w stanie tak samo powiedzieć mojemu mężowi, jeszcze kiedy prosił mnie o rękę, gdyby przedkładał pracę detektywa ponad mnie. Chyba nie, bo po pierwsze Ash nigdy tego nie robił, ja byłam dla niego najważniejsza i to zawsze, a rozwiązywanie zagadek i wykonywanie naszej misji walki o to, aby tego zła mniej było na świecie nigdy nie stanowiło dla niego priorytetu. To znaczy, to był dla niego priorytet, w pewnym sensie, ale nie tak ważny, aby z jego powodu nie mieć czasu dla bliskich. To po pierwsze. A po drugie sama za bardzo zdołałam już pokochać ten fach, abym miała potępiać Asha za to, że tak mocno się angażuje w wykonywane przez siebie obowiązki. Poza tym... Czy nie kochałam go m.in. za to, jak poważnie podchodził do tego, co robił, a zwłaszcza do rozwiązywania przez nas zagadek kryminalnych?
- Spokojnie, Margo. Nie przesadzaj i nie popadaj w skrajności - powiedziałam do niej życzliwie tonem starszej siostry - Poza tym nie zapominaj o tym, że jeśli on dużo pracuje z twoim tatą, to dlatego, że poważnie traktuje jego i ciebie i na pewno chce wam obojgu zapewnić byt na przyszłość. Nie powinnaś go za to potępiać.
- Wcale go nie potępiam - odpowiedziała mi Margo - Po prostu wiem, jakie są realia, a już zwłaszcza w czasie wyborów i zdecydowanie nie jestem nimi wcale zachwycona. I mam naprawdę wielką nadzieję, że pomimo swoich obowiązków będzie tak, jak mówisz i Hector znajdzie dla mnie czas.
- Jestem pewna, że tak będzie.
- Chciałabym tego. Przecież planujemy kiedyś się pobrać i być ze sobą już na zawsze.
- O ho ho! To poważne plany - zaśmiał się Ash - Nie za wcześnie na nie?
- A wy? Wy to już jesteście po ślubie, a ile macie niby lat? - spytała Margo.
- My to co innego. Znamy się z Sereną od dzieciństwa i oboje jesteśmy już dorośli. A o ile dobrze pamiętam, to ty nie jesteś jeszcze pełnoletnia.
- Wiem i jeszcze teraz nie planuję ślubu, ale w przyszłości...
- O przyszłości to sobie porozmawiamy w przyszłości, moja droga. A teraz to powinniśmy dotrzeć do miasta, bo jeszcze wybory nam przepadną, chociaż nie wiem, czy to byłaby taka wielka strata.
- Żadna strata, mogę was zapewnić. Chyba, że lubicie widoki rodem z domu wariatów, bo takie nas tutaj czekają.
- Nie szkodzi - stwierdziła wesoło Cleo - Przynajmniej coś się będzie działo.
- O, to ci mogę obiecać - rzuciła ironicznie Margo - Atrakcji to zdecydowanie w mieście nam nie zabraknie.
- Na co więc jeszcze czekamy? - zapytał wesoło Ash - Ruszajmy ku nowej przygodzie!
- Pika-pika-chu! - zapiszczał radośnie Pikachu.

***


Nowa przygoda, ku której z taką radością ruszał teraz Ash, rozpoczęła się zaraz po tym, gdy zeszliśmy na ląd po przybyciu statku do brzegów regionu Kanto. Tam też rozstaliśmy się z Anabel, Ridleyem i Nową Meloettą, którzy ruszali ku swoim sprawom w nieco innym kierunku niż my. Podziękowaliśmy im za pomoc podczas naszych ostatnich przygód, za towarzystwo podczas rejsu i życzyliśmy im dużo szczęścia. Sami z kolei ruszyliśmy w kierunku Wertanii. Ponieważ Alabastia była bliżej, wstąpiliśmy do niej na chwilę, aby spotkać się z bliskimi i trochę się nimi nacieszyć. Wszystkich tam nie było, ponieważ Max i Bonnie wybrali się we dwoje na podróż po regionie Kanto z nadzieją na zdobycie wszystkich odznak w miejscowej Lidze Pokemon, Clemont pojechał z Dawn do Kalos na konkurs dla młodych wynalazców ze swoim nowym dziełem, a kapitan Jenny wyjechała gdzieś na jakieś tam szkolenie. Pozostali jednak byli na miejscu i chętnie nas powitali w naszym ukochanym mieście. Do tego stopnia ucieszyli się z naszego przybycia, że aż nie chcieli nas wypuścić. Niestety, ponieważ wzywały nas obowiązki i to już od dawna ustalone, nie mogliśmy pozostać w Alabastii dłużej niż jeden dzień. Tak więc spędziliśmy go najprzyjemniej, jak to tylko było możliwe, a następnego dnia wyruszyliśmy w dalszą podróż. W ciągu kilku godzin dotarliśmy do Wertanii, ale ledwie tylko przekroczyliśmy bramy miasta, a zaraz przekonaliśmy się, co miała na myśli Margo, gdy kpiła sobie, iż atrakcji nam nie zabraknie.
Byliśmy już nieraz świadkami wyborów na osobę burmistrza. Swego czasu prowadziliśmy nawet śledztwo podczas takiej uroczystości, która miała miejsce właśnie w Alabastii. Teraz zaś przenosiliśmy nasze działanie na Wertanię i ledwie do niej weszliśmy, a zrozumieliśmy, jak bardzo spokojne były wybory w Alabastii. Bo o ile, chociaż ten okres był jednym wielkim wariactwem w rodzinnym mieście Asha, to w stolicy Kanto wybory stawały się po prostu nie do zniesienia. Ludzie biegali niczym Meowth z pęcherzem z kąta w kąt, od jednego wiecu politycznego do drugiego, od jednej publicznej debaty do drugiej. Do tego jeszcze, co chwila po miastach jeździły samochody, w których ludzie z megafonów wykrzykiwali hasła polityczne i zachęcali w nich do głosowania na konkretnego kandydata, który to, ich zdaniem oczywiście, był jedynym odpowiednim kandydatem na stanowisko burmistrza Wertanii. Transparenty miały do nóg przyczepiony latające Pokemony, fruwające nad miastem i starające się zachęcić innych do tego, aby spojrzeli na owe transparenty, przeczytali zawarte w nich sentencje i być może z ich pomocą przekonali się do konkretnego kandydata i oddali na niego głos.
Ale o ile to wszystko jeszcze można wybaczyć, uznając za zwykłą praktykę wyborczą, o ile już prowadzona usilnie przez każdą ze stron negatywna kampania już pozostawiała wiele do życzenia. Muszę powiedzieć, że ta oto część działań w czasie wyborów, chociaż powszechnie uznawana i zgodna z prawem, budziła nasze obrzydzenie. Wykrzykiwanie obrzydliwych haseł, jak też najgorszych z możliwych zarzutów pod adresem przeciwników politycznych urągało godności ludzkiej oraz honorowi polityka, jeśli rzecz jasna założyć, że politycy mieli kiedykolwiek coś na kształt honoru. Z naszego detektywistycznego doświadczenia wiem, że polityka i honor nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego, jeżeli cokolwiek. A ponieważ nasza drużyna to takie zwariowane dzieciaki o dość romantycznej naturze, to woleliśmy zawsze zajmować się naszą działalnością zamiast bawić się w politykę, do której czuliśmy wrodzoną niechęć. A to, co widzieliśmy podczas pobytu w tym mieście, po prostu utwierdzało nas w tym przekonaniu, że od czego jak od czego, ale od polityki to lepiej się trzymać z daleka.
Ponieważ po przybyciu do Wertanii ja i Ash powinniśmy zgłosić się do osoby generała policji, który miał nam wystawić polecenie do szkoły policyjnej, to oboje mieliśmy co robić w mieście. Nie zamierzaliśmy tracić czasu na angażowanie się w jakieś polityczne i wyborcze sprawki. Poza tym, wcale nas to nie interesowało. My chcieliśmy jedynie wykonać to, po co tutaj przyjechaliśmy. Nie zamierzaliśmy jednak zostawiać Cleo i Margo w mieście samych. Postanowiliśmy odwlec nieco wypełnienie naszych obowiązków i spędzić trochę czasu z naszymi przyjaciółkami i pokazać im stolicę regionu Kanto. Poza tym uznaliśmy, że będzie bardzo nie w porządku, jeżeli będąc tu nie odwiedzimy ojca Margo. Ash mówił, iż to niezwykle miły oraz serdeczny człowiek. Jego córka również wyrażała się o nim w samych superlatywach, więc tym bardziej chciałam go poznać. Poza tym uznałam, że to by było bardzo nieuprzejme, nie poznać ojca naszej przyjaciółki i nie odwiedzić go wtedy, kiedy mamy taką możliwość. Nie chcieliśmy zaś być nieuprzejmi ani też ranić uczuć Margo, dlatego postanowiliśmy odprowadzić ją do taty i odwiedzić go przy okazji. Co do Cleo, to nie bardzo wiedzieliśmy, co mamy z nią począć. Póki co, nie odzyskała ona jeszcze pamięci i nie pamiętała tego, że była nam wrogiem. Baliśmy się choć na chwilę spuścić ją z oczu, aby nie odzyskała wspomnień i przestała być naszą przyjaciółką. Niezbyt to uczciwe z naszej strony, ale chwilami marzyliśmy o tym, aby nigdy nie odzyskała pamięci i dalej pozostała taka, jaka była w tamtej chwili, czyli miła, ciepła oraz serdeczna, pozbawiona jakichkolwiek złych myśli na nasz temat. Wiedzieliśmy, że jest to możliwe, chociaż nie było na to wielkich nadziei, ale cóż... Ostatecznie cuda na tym świecie się zdarzają.
- To co? Idziemy do taty? - spytała nas Margo, gdy szliśmy w kierunku domu jej ojca.
- No pewnie, że tak. Jeszcze pytasz? - odpowiedziałam wesoło.
- Ciekawe tylko, czy mnie pozna - zażartował sobie Ash - Wiesz, tak dawno mnie nie widział. Może jeszcze pomyli mnie z kimś innym.
- Ciebie pomylić? Z kimś innym? - zachichotała Margo - Nie żartuj sobie. Jak można niby ciebie z kimkolwiek pomylić?
- Racja, jesteś przecież Sherlock Ash - dodałam dowcipnie.
- Akurat nie to miałam na myśli, chociaż rzeczywiście to prawda - stwierdziła serdecznie nasza przyjaciółka - Przede wszystkim chodziło mi jednak o to, że Ash jest jedyny w swoim rodzaju. Kto go raz bliżej pozna, na pewno go nie zapomni.
- To prawda. Ash jest jeden jedyny - stwierdziła Cleo.
Nie wiedziałam jednak, czy powinniśmy to traktować jako komplement. Bo jak tylko Cleo odzyska wspomnienia, to przypomni sobie wszystko na temat Asha. Również i te swoje chore domysły na jego temat. Ale szybko odepchnęłam. Cleo nie sprawiała wrażenia osoby, która gwałtownie wszystko sobie przypomina i w jednej chwili zmienia swoje uczucia do nas o sto osiemdziesiąt stopni.


Przechodziliśmy akurat koło dość sporej grupki ludzi zebranej wokół jakiegoś człowieka stojącego na mównicy. Ów jegomość, chudy jak szczapa drągal o nieco spiczastym nosie, czerwonych policzkach i zdecydowanie niesympatycznej gębie przemawiał właśnie do swoich słuchaczy w następujący sposób:
- Wszystko to jest wina lewaków! Ta pandemia na Wyspach Oranżowych i to, jak nisko upadliśmy my, jako społeczeństwo. To wszystko ich wina. Pandemia jest wynikiem ich intryg, ich zabaw w Boga, ich eksperymentów, przez które powstały nowe wirusy zagrażające nam wszystkim! Przez niego umierają ludzie. Co prawda tu jeszcze nie, ale to tylko kwestia czasu, kiedy wirus tu dotrze i wybije nas i tych, którzy będą z nami wtedy przebywać. Wszyscy wymrzemy, a wiecie dlaczego? Bo to wszystko kara Boża! Tak! Kara z niebios za to wszystko, co oni robią. Dla nich, że złamali przykazania, że próbują oni zalegalizować każdą z nielegalnych praktyk medycznych, że mordują niewinne, nienarodzone jeszcze dzieci, zezwalając na to, aby prawo do aborcji istniało choćby w najmniejszym nawet stopniu.
Zatrzymaliśmy się zainteresowani, aby posłuchać, co też ten oszołom będzie jeszcze wygadywał. A on tymczasem krzyczał dalej:
- Chcą zabijać nienarodzone dzieci. Chcą uśmiercać ludzi starych i chorych. Chcą, aby dzieci w probówkach się rodziły. Łamią wszystkie prawa Boskie. Bawią się sami w Boga! I za to zesłały na nich niebiosa pomstę w postaci pandemii! Ale to nie koniec. Cały świat odpowie za ich winy. Oni złamali wszystkie przykazania, po kolei! Nie możemy im zatem pobłażać, bo jeżeli zaczniemy to robić, to wtedy nigdy nie skończy się ta apokalipsa. Oni nas wszystkich wymordują. Wszystkich, bez wyjątku, co do jednego. Jeśli nie wykończy nas pandemia, którą sami w tych swoich grzesznych laboratoriach stworzyli, to zabiją nas oni osobiście. Przecież już na nas nastają! Już próbują nam odebrać godność i szacunek do siebie! Dybią na nasze życie, na naszą osobowość, na naszą tożsamość duchową i płciową...
- Przepraszam bardzo, ale teraz to chyba pan przesadza - odezwał się głośno Ash, przerywając tę całą tyradę.
Wszystkie oczy skierowały się od razu w naszą stronę. Jegomość na mównicy popatrzył uważnie na mojego ukochanego, a wzrokiem próbował go chyba zabić. Gdyby te obrzydliwe gały były w stanie ciskać gromami z jasnego nieba albo też laserami, to na pewno Ash leżałby już martwy na ziemi. Na całe szczęście, koleś nie posiadał takiej zdolności. Za to posiadał cięty język i zamierzał go użyć.
- Doprawdy, młody człowieku? - spytał ironicznie - Twoim zdaniem zatem ja przesadzam, tak?
- Oczywiście, że pan przesadza - odpowiedział mu dowcipnie Ash - Dybią na pana tożsamość płciową? Z całym do pana szacunkiem, ale to przecież niemożliwe i niesmaczne. Nie jest pan przecież tak przystojny, żeby ktokolwiek się chciał na tę pana płeć połakomić.
Zebrani ludzie ryknęli śmiechem, a mężczyzna poczerwieniał ze wściekłości na twarzy, która zrobiła się niemalże purpurowa. Patrzył z niechęcią na tego oto bezczelnego młodzika, nie mającego nawet dwadzieścia lat, ale dosyć rozumu, aby mu dogadać i wytknąć idiotyzmy jego sposobu myślenia.
- Tak ci się wydaje, młody człowieku? - zapytał mówca zjadliwie - Jeszcze bardzo niewiele wiesz o tym świecie. Jeszcze chyba niewiele na nim widziałeś. Ale zobaczycie jeszcze, co oni potrafią, ci lewaccy dranie. Zobaczycie, przyjdzie tutaj pandemia i to będzie tylko ich wina, tych wariatów.
- Pandemia nie przyjmie, bo już przyszła - odpowiedział mu złośliwie Ash.
- Jak to? - zdziwił się polityk.
- A tak to. Pandemia wywołana najgorszą chorobą tego świata. A nazywa się ona „ludzka głupota”. I obawiam się, że nie ma na nią lekarstwa.
Przyznam, że niewiele brakowało, abym turlała się po ziemi ze śmiechu, gdy to usłyszałam. Rozbawiona złapałam się za brzuch i zaczęłam chichotać jak mała dziewczynka. Wszyscy ludzie zebrani przy mównicy mieli nie mniejszy ubaw z tego powodu, podobnie zresztą jak Cleo i Margo, które to, podobnie jak ja, wręcz się zwijały w pół ze śmiechu.
Oczywiście politykowi się ta mowa nie spodobała, gdyż warknął:
- Jeszcze zobaczymy, czy będzie wam tak wesoło, gdy was ten cholerny wirus pozabija, jednego po drugim.
- Wariat skończony - powiedział Ash, gdy odchodziliśmy.
- Ech, to jeszcze nic. Ten jest jeszcze nieszkodliwy - stwierdziła Margo - Już o wiele gorzej sprawa się przedstawia z jego przełożonym, szefem ich partii. Ten to dopiero jest pokręcony. Tak mi opowiadał tata.
- A co koleś wygaduje? - spytałam.
- Różne dosyć skrajne hasła jak np. że już niedługo zamiast liści na drzewach zawisną komuniści.
- Ładnie się rymuje. Ale sensu w tym za grosz.
- A czego oczekiwać po nieuku i chamie? On już taki jest. I nie on jeden. Ta cała partia konserwatywna jest idiotyczna. A liberalna niewiele lepsza. Jedni idą w skrajności na prawo, drudzy na lewo. A ci pośrodku obrywają od obu stron naraz.
- Ech, co za czasy - powiedział Ash, kręcąc z niedowierzaniem głową - Gdzie my w ogóle trafiliśmy? Do stolicy Kanto, czy do domu wariatów?
- Stawiam na to drugie.
Po tych słowach, Margo zachichotała dowcipnie i powiedziała:
- No cóż... Witajcie w Świrolandii... Tutaj głupota jest królem. Lepiej dla was, jak przyzwyczaicie się do takich widoków. Zobaczycie tutaj jeszcze gorsze.
- Jeszcze gorsze? - spytał Ash - To może być jeszcze gorzej?
- Pika-pika-chu? - pisnął Pikachu, równie zdumiony, co jego trener.
- Zawsze może być jeszcze gorzej - odpowiedziała mu Margo - Ale jestem pewna, że może być też lepiej. I wierzę, że tak będzie, jak już mój tata wygra te zwariowane wybory i zostanie burmistrzem. Wtedy wszystko powróci do normy, a mój tata weźmie się za tych oszołomów. Może sprawi, że wróci im rozum, który stracili.
- Nie sądzę. Nie można odzyskać czegoś, czego się nigdy nie miało - rzekłam na to dowcipnie.
Margo i Cleo zachichotały, patrząc na mnie wesoło.
- Brawo, Sereno. Wyrabiasz się. Masz coraz lepszy dowcip - powiedziała po chwili pierwsza z nich - Ale to tym lepiej. Tu warto mieć poczucie humoru. Dzięki niemu nie zwariujesz w tym miejscu.

***


Kilkanaście minut później dotarliśmy wreszcie do domu ojca Margo. Nie była to, jak się spodziewaliśmy, jakaś ogromna willa na obrzeżach miasta, tylko bardzo ładny, spory domek z ogródkiem, otoczony bramą, za którą czuwali ochroniarze w towarzystwie kilku Pokemonów psów. Dostrzegliśmy pośród nich kilka groźnie szczerzących na nas kły Arcanine’ów. Pieski owe jednak uspokoiły się, gdy tylko zobaczyły Margo, doskonale im wszak znaną. Ochrona bez trudu nas wpuściła, jak tylko przekonała się, że wśród nas jest córka ich szefa.
- Długo na panienkę czekaliśmy, panienko Margo. Pani ojciec spodziewał się pani dzisiaj - powiedział jeden z ochroniarzy.
- To dobrze, a więc nie będzie zaskoczony, że przyszłam - odpowiedziała mu dziewczyna - Czy tata jest teraz w domu?
- Tak, ale nie sam. Ma teraz spotkanie z dziennikarzami.
- Rozumiem. To poczekamy, aż się ono skończy.
Margo wprowadziła nas do środka i zaprowadziła do gabinetu swojego ojca. Po drodze mieliśmy okazję zobaczyć, że osoba mieszkająca w tym domu posiadała naprawdę bardzo dobry gust w kwestii sztuki. Na ścianach wisiało bowiem kilka bardzo pięknych obrazów, w kilku miejscach na postumentach stały zdobione w różne wzorki wazy i popiersia, a do tego ściany wymalowane były w przyjemne kolory. Widać było zatem, że mamy do czynienia z osobą bogatą, ale nie specjalnie się obnoszą ze swoim bogactwem, która lubi otaczać się pięknymi przedmiotami i nie uważa tego za powód do wstydu.
Kiedy dotarliśmy do gabinetu, usłyszeliśmy dobiegające z niego stłumione nieco z powodu zamkniętych drzwi głosy. Margo położyła sobie wówczas palec na ustach i dała nam znać, abyśmy byli cicho, po czym nacisnęła delikatnie klamkę i rozwarła lekko przed nami wejście do siedziby swego ojca. Ostrożnie i w miarę możliwości bardzo cicho weszliśmy za nią. W pokoju, w którym wszyscy właśnie się znaleźliśmy, dostrzegliśmy stojącego dumnie za biurkiem mężczyznę w wieku tak około czterdziestu lat, wysokiego i bardzo postawnego, o beżowych włosach, niebieskich oczach, gładko ogolonego i niezwykle skupionego na tym, co robi. Tuż obok niego stał jakiś chłopak, najwyżej tak osiemnastoletni, zielonooki o czarnych włosach, trzymający w dłoniach jakąś skórzaną teczkę. Obaj panowie byli ubrani w ciemnoszare garnitury, zdecydowanie dodające im uroku. Starszy z nich, będący najwyraźniej ojcem Margo, przemawiał właśnie do kilku dziennikarzy, stojących przed jego biurkiem, robiących mu zdjęcia i zadających masę pytań.
- Proszę państwa, zapewniam was, że jeżeli zostanę wybrany na burmistrza miasta Wertania, to dołożę wszelkich starań, aby poprawić panujące tutaj warunki życia. Jak zapewne dobrze wiecie, poprzedni burmistrz i mój przeciwnik, Andrew Douda niestety zaniedbał wiele spraw. Jego partia, chociaż obiecywała jednoczyć ze sobą wszystkich mieszkańców tych okolic, nieszczęśliwie podzieliła ich jeszcze bardziej. Uważam taki stan rzeczy za bardzo szkodliwy dla naszego miasta i z tego też powodu moim najważniejszym hasłem jest wspólna integracja wszystkich, ale to wszystkich jego mieszkańców.
- W jaki sposób zamierza pan tego dokonać? - zapytał jeden z dziennikarzy.
Sami byliśmy tym zainteresowani, dlatego usiedliśmy wygodnie z boku na stojącej pod oknem sofie i uważnie zaczęliśmy przysłuchiwać się tej rozmowie.
- Przede wszystkim zamierzam powołać nową Radę Miasta, w której znajdą się przedstawicieli wszystkich partii regionu Kanto, także i z tych, które na chwilę obecną pozostają z naszym stronnictwem w dość ostrym konflikcie - odpowiedział ojciec Margo - Uważam bowiem, że wszyscy musimy pracować dla wspólnego dobra naszego miasta. Jak dobrze wiecie, potrzebuje ono tego obecnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
- Czy nie uważa pan, że obsadzanie stanowisk w Radzie Miasta członkami, że tak powiem, wrogich panu partii, nie spowoduje ostrych konfliktów w Radzie i nie opóźni starań o naprawdę naszej sytuacji? - zapytała jedna z dziennikarek.
- Ej, to przecież Alexa - szepnął do mnie Ash.
- Pika-pika! - zapiszczał delikatnie Pikachu, jak na potwierdzenie tych słów.
- Rzeczywiście, to ona - odpowiedziałam wesoło - Ciekawe, jaką to sensację teraz tropi?
- Same wybory są niezłą sensacją - zauważyła Cleo.
- Cii...! - syknęła na nas lekko Margo, gdyż zagłuszaliśmy wypowiedź jej ojca i kolejne pytania dziennikarzy.
- Jak dobrze wszyscy wiecie, mój poprzednik zanadto zmierzał w prawo, w ten sposób drażniąc wszelkie grupy postępowe. Próba wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji na terenie Wertanii i rozszerzania jej na całe Kanto zdecydowanie nie pomogła mu, a pozwalanie na istnienie bojówek, które w ich imieniu i z ich błogosławieństwem bili na ulicy opornych takim planom, to było już ostatecznym strzeleniem sobie w kolano. Dlatego nie jestem zdania, aby pan Douda był w stanie wygrać tym razem i pozostać na drugiej kadencji. Miastu trzeba zmian, jednak nie za wszelką cenę, dlatego nie jestem w stanie zgodzić się z moim drugim rywalem, panem Donaldem Traskiem, który oponuje za całkowitym zniszczeniem wszelkiej świętości i tabu. To miasto potrzebuje zmian, ale nie rewolucyjnych. Zmiany, jakie próbowali wprowadzić liberałowie za swojej kadencji mocno zadłużyły miasto, a próby naprawienia tego przez konserwatystów podczas ich ostatniej kadencji były już ostatecznym dobiciem tego miasta. To dowodzi tylko, jak bardzo złe jest takie zmierzanie z jednej skrajności w drugą. Dlatego proszę wszystkich wyborców, aby zagłosowali na nas, partię centralną, ponieważ jak każdy chyba mieszkaniec tego miasta, pragnie ona zmian, jednak te muszą zostać wprowadzone na spokojnie, bez żadnego przymusu ani z lewa, ani z prawa.
- Czy nie obawia się pan taką kompromisowością utracić wielu wyborców na rzecz kandydatów z partii konserwatywnej? - spytał kolejny z dziennikarzy.
- Nie, proszę pana. Ich program nie zmienił się od ostatniej kadencji, a jak wiemy, nie był on już wtedy najlepszy, a w obecnej sytuacji bynajmniej nie jest wcale lepszym rozwiązaniem. Zresztą wystarczy sobie ten program poczytać, aby się tego dowiedzieć. Ludzie to wiedzą i odsuwają się od nich. Obecnie ich poparcie w społeczeństwie nie jest zbyt wielkie.
- Prawica rzeczywiście słabnie z dnia na dzień, ale przecież ma pan przeciw sobie zblokowaną lewicę - zauważyła kolejna dziennikarka - Uważają pana za zbyt ugodowego, zwłaszcza wobec prawicy.
- Nie obawia się pan ich programu? Oferują bardzo ciekawe zmiany - dodała Alexa.
- Nie, w żadnym razie się tego nie obawiam, ponieważ ich zmiany są bardzo, ale to bardzo radykalne - powiedział ojciec Margo - A zmiany radykalne, mogę o tym zapewnić, nigdy nie przynoszą niczego dobrego. Ocierają się one o rewolucję, a tej musimy za wszelką cenę uniknąć. Jestem zwolennikiem zgody narodowej i wspólnej pracy na rzecz naszego rejonu. Uważam, że to miasto potrzebuje reform, ale nie stosowanych w sposób brutalny czy też rewolucyjny. Musimy wszystko, co robimy, robić z głową. Inaczej wszystko przepadnie. Wierzę w to, że ludzie w tym mieście są tego świadomi i dlatego proszę ich o to, aby nigdy nie zapomnieli o tak istotnych dla nas wszystkich faktach.
Zadano jeszcze kilka pytań ojcu Margo, po czym stojący obok niego chłopak, prawdopodobnie będący jego sekretarzem, oznajmił uroczyście koniec spotkania i wszyscy dziennikarze zaczęli zmierzać ku wyjściu. Wśród nich była Alexa. Od razu, gdy tylko ruszyła ku drzwiom, dostrzegła nas i podeszła ku nam zadowolona, mając na twarzy pełen radości uśmiech.
- Cześć, kochani. Miło was tu spotkać - powiedziała serdecznie, a siedzący na jej ramieniu Helioptile zapiszczał przyjaźnie.
- Cześć, Alexa! Miło cię znowu widzieć - odparł równie życzliwie Ash.
- Pika-pika! Bune-bune! - zapiszczeli Pikachu i Buneary.
- Co tutaj robisz? - zapytałam.
- No właśnie. Myślałam, że twoją specjalnością są raczej artykuły na temat Pokemonów i kryminalnych zagadek - zauważył Ash.
- Zasadniczo tak, ale widzicie... Cindy bardzo chciała, żebym napisała artykuł na temat wyborów i ich wyników, dlatego tu jestem - wyjaśniła Alexa - Ale wiecie co? Im dłużej tu muszę siedzieć, tym bardziej mi brakuje normalnych tematów. Polityka to naprawdę brudny interes.
- Ech, niestety - westchnęła Margo - Coś o tym wiem. Niekiedy wolałabym, żeby mój tata już się nie zajmował polityką.
- To twój tata jest politykiem? - zapytała Alexa.
- Oczywiście. Właśnie przez chwilą z nim rozmawiałaś.
Alexa spojrzała zdumiona na żegnającego się właśnie z dziennikarzami ojcem Margo, po czym zarumieniła się delikatnie, jakby zawstydzona i rzekła:
- Wybacz, że cię poznałam. Na zdjęciach u twojego ojca wyglądasz nieco inaczej niż obecnie.
- Bo to zdjęcia sprzed kilku lat. Swoją drogą, przydałyby mi się nowe.


Alexa uśmiechnęła się do nas, a potem spojrzała na Cleo, a uśmiech jakby jej zniknął z twarzy. Dobrze wiedziała, że panna Winter była naszym wrogiem, zatem widok dziewczyny z nami wywołał u niej zdumienie i lekki szok.
- Ty też tu jesteś z nimi? - spytała.
- Tak, jestem Cleo. A ty, to chyba Alexa, zgadza się? Wybacz, nie pamiętam za dobrze wszystkich nazwisk. Twarze pamiętam, nazwiska niekoniecznie. To wina tego wypadku, który ostatnio miałam.
- Wypadku? Jakiego wypadku? - spytała Alexa.
- Długo by o tym opowiadać. Opowiemy ci innym razem - powiedział Ash - Na razie musimy porozmawiać z ojcem Margo, a potem jeszcze mamy kilka spraw do załatwienia.
- Rozumiem. Mam jednak nadzieję, że naprawdę wszystko mi opowiecie.
- Oczywiście, że opowiemy. A ty się nie przemęczaj za bardzo, Alexa. Nie zapominaj, w jakiej obecnie jesteś sytuacji.
- Dobra, dobra, Ash. Ty nie bądź taki mądry. To nie jest choroba ani żadne tam ubezwłasnowolnienie, dlatego nie zamierzam się ograniczać z powodu mojego stanu, przynajmniej póki jeszcze nie muszę tego robić. Za jakiś czas będę miał brzuch jak bęben i wtedy przystopuję z aktywnością zawodową, ale póki co mam zamiar nacieszyć się swobodą ruchu tak długo, jak tylko to możliwe. Dobra, to ja już idę.
Ostatnie słowa dodała, kiedy zauważyła, że dziennikarze już prawie wyszli z gabinetu. Pożegnała więc nas serdecznie i poszła w kierunku wyjścia, wymieniając jeszcze kilka uprzejmych słów z ojcem Margo. W końcu drzwi się zamknęły już za ostatnim przedstawicielem prasy, a my zostaliśmy sam na sam z gospodarzem i jego towarzyszem.
- Margo, kochanie! Tak bardzo się cieszę, że przyjechałaś! - zawołał radośnie mężczyzna na widok swojej jedynaczki.
- Cześć, tatusiu. Miło cię znowu widzieć - powiedziała Margo i wpadła ojcu w ramiona - Świat jest piękny, ale zdecydowanie najmilej mi z wami.
Po tych słowach, wypuściła z objęć ojca i uściskała mocno chłopaka.
- Hector! Tak się cieszę, że tu jesteś. Opiekujesz się tatusiem, kiedy mnie nie ma w pobliżu?
- Oczywiście, Margo. Jestem lepszy od zawodowej niani - zażartował sobie Hector - No, co tak patrzysz? Nie wierzysz mi? Twój tata może to potwierdzić.
- To prawda. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego pomocnika niż Hector - stwierdził życzliwym tonem ojciec Margo - Dba o moje interesy i wykonuje swoje obowiązki lepiej niż ktokolwiek inny. Nie wiem, czy nawet nie lepiej niż ja sam.
- Jak zwykle pan przesadza - powiedział skromnie Hector - Ja po prostu robię swoje i staram się to robić jak najlepiej.
- I doskonale ci to wychodzi - odparł na to ojciec Margo i spojrzał na nas - Ale wybaczcie, chyba o was na chwilę zapomnieliśmy.
- Tato, pamiętasz Asha Ketchuma? - zapytała wesoło Margo.
- Oczywiście, że pamiętam. Trudno zapomnieć tak sympatycznego chłopaka, chociaż teraz to już raczej chyba młodzieńca - stwierdził przyjaźnie polityk - Miło mi cię znowu widzieć, Ash.
- Pana również, panie Farge - odpowiedział mu Ash - Cieszę się, że mnie pan pamięta.
- Trudno by mi było zapomnieć, zwłaszcza po tej przygodzie w mieście Fula podczas Festiwalu Wiatru. Nigdy nie zapomnę, jak nas wszystkich zmobilizowałeś do działania, kiedy pojawiły się problemy i do tego jeszcze uratowałeś życie mojej córce.
- Trochę pan przesadza. Ja wtedy nic takiego nie zrobiłem. Po prostu bardzo chciałem pomóc. A z tym uratowaniem życia, to przede wszystkim Margo uratował Zoruara. Ja tam tylko trochę pomogłem.
- Teraz ty jesteś za bardzo skromny - stwierdził pan Farge i spojrzał na mnie - A ta młoda dama, to zapewne Serena, mam rację?
- Tak, proszę pana. Jestem Serena Ketchum, żona Asha - powiedziałam, lekko przed politykiem dygając.
- A zatem pobraliście się? Miło mi to słyszeć - rzekł z uśmiechem pan Farge - W zasadzie nie było to znowu takie trudne do przewidzenia. Jesteście piękną parą i razem potraficie dokonać tego, co dla innych jest niemożliwe. Gazety rozpisują się co chwila o waszych sukcesach, a odkąd złapaliście Zodiaka, to już chyba każdy w Wertanii wie, kim jesteście. Lepiej przygotujcie się na to, że i was będzie chciała prasa przemaglować.
- To dla nas nie pierwszyzna - stwierdził Ash, a Pikachu zapiszczał wesoło, jakby na potwierdzenie.
- Pewnie nie - powiedział ojciec Margo i spojrzał na Cleo - Wybacz, my się chyba jeszcze nie znamy. Oliver Farge jestem.
- Bardzo mi miło pana poznać. Cleo Winter - odpowiedziała Cleo i delikatnie, idąc w moje ślady, dygnęła przed politykiem.
- Witam was wszystkich serdecznie w swoim domu. Mam nadzieję, że jeszcze nie wynajęliście nigdzie pokoju w Wertanii, ponieważ chciałbym was zaprosić do siebie w gościnę.
- Nie, jeszcze nie wynajmowaliśmy nigdzie pokoju - odpowiedział Ash.
- Nie zdążyliśmy jeszcze tego zrobić - dodała Cleo.
- No to bardzo dobrze się składa, bo ja mam dość wolnego miejsca w swoim domu i dlatego bardzo bym chciał, abyście zatrzymali się u nas.
- To bardzo miłe z pana strony, ale naprawdę nie chcemy się narzucać - rzekł Ash, lekko drapiąc się przy tym po karku.
- Ależ to żadne narzucanie się, ani tym bardziej żaden dla mnie kłopot, moi mili. Naprawdę będzie mi bardzo miło was wszystkich ugościć. Przyjaciele Margo są moimi przyjaciółmi. Poza tym, po co macie się tułać po hotelach, skoro możecie zatrzymać się u nas?
- Ash, nawet nie próbuj odmawiać. Tatuś jest bardzo uparty i jak już raz się na coś uprze, to nie ma mowy, aby odpuścił - powiedziała żartobliwym tonem Margo.
Mój ukochany rozłożył tylko bezradnie ręce, uśmiechając się przy tym lekko i powiedział tonem człowieka uznającego swoją porażkę:
- No, skoro tak się sprawy mają, to nie ma sprawy. Zostajemy.
Margo zaklaskała radośnie w dłonie i spojrzała na Hectora, rzucając mu się na szyję i ściskając go serdecznie.
- Tak się cieszę, że Ash, Serena i Cleo zostają. Będziecie mieli okazję lepiej się poznać. Mówię ci, Hectorze, to wspaniali ludzie. A zwłaszcza Ash.
- Nie śmiem w to wątpić - odpowiedział jej Hector i spojrzał ponuro na nas.
Gdyby wzrok mógł zabijać, to z całą pewnością Ash leżałby już trupem na tym eleganckim dywanie zdobiącym gabinet pana Farge’a. Mówię tak dlatego, że w oczach Hectora dostrzegłam coś bardzo nieprzyjemnego, jakąś złość połączoną z wyraźną niechęcią, którą próbował jednak ukryć pod maską dobrego wychowania i sympatycznie wypowiadanych słów. Naprawdę bardzo się starał ukryć swoją złość, ale ja zdołałam ją zauważyć i lekko mnie ona zaniepokoiła. Dlaczego niby Hector patrzył na Asha tak, jakby chciał go zabić wzrokiem bazyliszka, o jakim zapewne w tamtej chwili marzył? Bardzo szybko jednak przyszło mi do głowy rozwiązanie tej zagadki. Z pewnością widział on, że jego ukochana jest wyraźnie zachwycona Ashem i poczuł tę samą okropną przypadłość, która wykończyła biednego Otella, czyli zazdrość.
- Biedny chłopak - powiedziałam po cichu sama do siebie - Chyba nie wie o tym, że Ash jest zawsze wierny swojej ukochanej, czyli mnie.
Nie powiedziałam jednak tego na głos, ponieważ do gabinetu weszła nagle gosposia z informacją, że obiad jest już gotowy. Wszyscy powitaliśmy tę wieść z radością, a już zwłaszcza Ash, któremu jak na zawołanie nagle zaburczało głośno w brzuchu. Mój ukochany złapał się szybko rękami za owo miejsce wydające z siebie taki odgłos i powiedział lekko zażenowany:
- Przepraszam bardzo. Nie chciałem. Po prostu jesteśmy strasznie głodni i to z pewnością dlatego.
- Pika-pika! - zapiszczał smętnie Pikachu.
Przyznam się, że gdy tak na nich patrzyłam, sama poczułam w brzuchu lekkie skurcze na znak, iż u mnie także kiszki domagają się jakiegoś posiłku, grożąc mi przy tym niezgorszym koncertem od tego, który właśnie słyszeliśmy w wykonaniu mojego ukochanego Asha.
- W porządku, przecież nic się nie stało - powiedział życzliwie Oliver Farge - Zapraszam was wszystkich do jadalni. Jestem pewien, że będzie wam smakować. Mamy najlepszą gosposię w całym regionie.
- Na całym świecie - powiedziała serdecznie uradowana Margo.
Jej chłopakowi tymczasem przeszła już, a przynajmniej chwilowo, niechęć do Asha i powiedział życzliwym tonem:
- Zapraszamy na salony.

***


Obiad u pana Farge’a był naprawdę bardzo smaczny i żadne z nas nie miało żadnego powodu ku temu, aby narzekać. Margo wyjaśniła nam, że sekretem tego jest fakt, iż posiadają naprawdę wyśmienitą gosposię, która doskonale gotuje i jak dotąd nigdy nie dawała im powodu, aby narzekać na jej kuchnię. Ash powiedział wówczas, że jest pod wrażeniem talentu owej gosposi i chętnie złoży jej gratulacje, czego oczywiście nie omieszkał uczynić, ledwie tylko znalazł ku temu dogodną okazję. Gosposia, osoba nieco tęga, ale niezwykle sympatyczna, odpowiedziała mu na to, że zawsze miło jej się słyszy, jeśli komuś smakuje jej kuchnia i że z wielką przyjemnością jeszcze nieraz nam coś ugotuje.
- Słuchajcie, a gdzie się zatrzymacie w Wertanii? - zapytała mnie, Asha i Cleo Margo, kiedy już skończyliśmy posiłek.
- Na razie skorzystamy z gościny pana Farge’a, a potem pewnie w Centrum Pokemon - odpowiedział Ash.
- Chętnie zobaczymy kampanię pana Farge’a, ale mamy tu też swoje sprawy do załatwienia - dodałam.
- Czy będzie niedyskrecją, jeśli zapytam, jakie to sprawy? - spytał pan Farge.
- To nie żadna tajemnica - odpowiedziałam serdecznie - Ja i Ash wstępujemy do Akademii Policyjnej.
- O, to ciekawe! - Oliver Farge wyglądał na bardzo zainteresowanego tym, co właśnie powiedziałam - Chcecie zostać policjantami?
- No, nie do końca - odparłam - Chcemy zostać detektywami konsultantami.
- Będziemy pracować oficjalnie, legalnie i formalnie dla policji - dodał Ash - Ale zdaniem pana generała policji, jeśli chcemy w ogóle to robić, powinniśmy też przejść odpowiednie szkolenia policyjne, mogące nam z czasem pomóc podczas kolejnych śledztw.
- Tak, jakbyście bez nich nie byli już genialnymi detektywami - stwierdziła z lekką ironią Cleo.
- Może i jesteśmy, ale sprawa wygląda tak, że po prostu nie zaszkodzi nieco sobie poszerzyć zakres wiedzy i umiejętności - odpowiedział jej na to Ash.
- Jestem tego samego zdania - powiedział Oliver Farge - Moim zdaniem oboje  postępujecie słusznie. Akademia Policyjna w Wertanii będzie z pewnością dumna, mając takich kadetów jak wy. Potrzeba nam takich bystrzaków, którzy doskonale wiedzą, co powinni robić i korzystać nie tylko ze sprzętu policyjnego, ale przede wszystkim ze swojego rozumu. Nie, żebym sugerował, że wszyscy policjanci to są idioci, ale powiedzmy sobie uczciwie. Za wielu geniuszy wśród nich nie ma.
- Och, chyba trochę pan przesadza - powiedziałam - Przecież osobiście znamy bardzo dobrych policjantów i policjantki. Oficer Jenny w każdym mieście są dosyć bystre, a wiele z nich to naprawdę rewelacyjne policjantki.
- Nie mówię, że tak nie jest. Obawiam się jednak, że za wiele jest w policji osób zbyt mocno trzymających się paragrafów i za mało korzystających podczas pracy ze swoich szarych komórek. Przypominam, że to wy, a nie policja z Wertanii i okolic, złapaliście Zodiaka.
- No, w zasadzie, to bez pomocy naszego przyjaciela kapitana Rockera oraz jego stryja, to by nam mogło się to nie udać.
- Ale mimo wszystko go złapaliście i to się liczy.
- Owszem, złapaliśmy go. Chociaż nie było to łatwe.
Mówiąc to, wzdrygnęłam się przerażona na myśl o tym psycholu, o tym, jak mnie ten wariat porwał i jak mogłam skończyć, gdyby Mattia nam nie pomógł i gdyby Ash nie zdążył w ostatniej chwili.
- Ryzyko mamy wpisane w nasz zawód, ale mimo wszystko czasami nasza praca wydaje się nas przerastać - powiedział po chwili Ash - Dlatego nie zaszkodzi mieć dodatkowe umiejętności.
- Moim zdaniem wy już wszystko umiecie - stwierdziła życzliwie Cleo.
- Cieszę się, że tak mówisz, ale prawda jest taka, że brakuje nam kilku takich umiejętności, które mogą się nam przydać, jak choćby poznawanie rodzaju pocisku czy kilka sztuk walki. To wszystko może nam się bardzo przydać.
- Rozumiem. Dlatego będę wam kibicować. Wiecie, sama rozważam pójście do Akademii Policyjnej.
- Poważnie? - spytał zaskoczony Ash.
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Owszem, właśnie tak. Przeszłam swego czasu szkolenie w Szkole Ninja i sporo już wiem na temat sztuk walki.
- Tak, wiemy o tym - burknęłam z lekką niechęcią.
Zbyt dobrze pamiętałam, jak wykorzystywała te swoje umiejętności do próby zabicia Asha przez zafundowanie mu dekapitacji. Gdyby nie to, że straciła pamięć na wskutek pojedynku z moim mężem, to dalej by chciała to zrobić.
- No właśnie, a zatem wiecie, że jestem w tych sztukach walki całkiem dobra - mówiła dalej Cleo, najwyraźniej nie dostrzegając niechętnego tonu mojego głosu - I chciałabym móc wykorzystywać te umiejętności w tym... No... Jak wy to oboje nazywacie?
- Co nazywamy? - spytał Ash.
- To, czym wy się zajmujecie.
- Walczymy o to, aby tego zła mniej było na świecie.
- O, otóż to! Właśnie o tym mówię. Bardzo mi się podoba ta idea. Walka o to, aby tego zła mniej było na świecie. Czy jest jakaś piękniejsza idea?
- Idee zazwyczaj są piękne. Gorzej z ich realizacją - powiedział Hector.
- To prawda - zgodził się z nim Oliver Farge - Wszystkie ideały wymagają od swoich twórców stopniowego realizowania. Problem polega na tym, że nie każdy jest w stanie wcielać w życie swoje idee. Zwłaszcza, kiedy przygniecie go proza życia.
- Pana przygniotła? - zapytała Cleo z troską w głosie.
- Owszem. Wiecie chyba o mojej żonie, prawda? - spytał mężczyzna.
- Tak, wiemy. Margo nam powiedziała - odpowiedziałam.


Margo pokiwała smutno głową, po czym odparła:
- Nie było nam na początku łatwo z tatą sobie z tym poradzić, kiedy mama nas zostawiła. Ale cóż... Jest jak jest. Czas biegnie, a życie toczy się dalej. Nie jest nam źle. Zawsze mogło być gorzej. Ważne, że nie jesteśmy sami. Mamy siebie i mamy Hectora.
To mówiąc, ścisnęła delikatnie dłoń swojego chłopaka, który uśmiechnął się do niej serdecznie.
- A co do idei, tata realizuje piękne idee pracy od podstaw dla dobra całego miasta - powiedziała po chwili Margo.
- To prawda - zgodził się z córką pan Farge - Uważam, że to najpiękniejsza i zarazem najbardziej rozsądna ze wszystkich idei politycznych na tym świecie. To miasto ostatnio bardzo mocno ucierpiało z powodu głupoty pewnych ludzi i nie będę ukrywał, że trudno będzie naprawić to, co oni zrobili. Zwłaszcza, że osoby, o których mowa, nie poczuwają się do żadnej odpowiedzialności za swoje czyny.
- Przeciwnie. Oni są zdania, że wszystko zrobili jak należy i tylko miasto ich nie umie docenić - dodał złośliwie Hector - A przywódca tej partii konserwatywnej jest po prostu beznadziejnym megalomanem. Do tego beznadziejnie zakochanym w tym swoim sierściuchu.
- Sierściuchu? To on ma kota? - zapytałam.
- Tak, Meowtha. Wiecznie się z nim pokazuje. Nawet go nazwali Gargamelem z Wertanii.
Wszyscy parsknęliśmy śmiechem, ubawieni tym żartem. Margo zaś, którą to stwierdzenie chyba najbardziej rozbawiło, dodała złośliwie:
- Ogólnie rzecz ujmując, nasze miasto zaczyna przypominać wioskę Smerfów.
- Jak to? - zapytałam.
- Bo zagraża mu stary kawaler mieszkający z kotem - odpowiedziała Margo.
- Z przyczyn politycznych, nie komentujemy - dodał Hector.
Przez dłuższą chwilę, śmialiśmy się wszyscy do rozpuku z tego żartu, ale w końcu jakimś cudem zdołaliśmy się opanować i powrócić do tematu rozmowy.
- Nie uważam jednak, aby ten człowiek naprawdę stanowił dla pana Farge’a jakieś poważne zagrożenie - rzekł po chwili Hector - To tylko głupi, stary i bardzo ograniczony człowieczek, mający się za miejscowego kacyka i zbawcę świata. Nie umie przyjąć do wiadomości, że chce zamknąć nasz świat w epoce średniowiecza. A to miasto potrzebuje iść naprzód. Tylko to jest w stanie mu pomóc.
- Nie zapominaj, że z kolei drugi rywal taty, ta ruda menda, jak go większość przeciwników nazywa, jest właśnie człowiekiem postępowym - zauważyła Margo.
- To prawda i z jego strony możemy obawiać się poważnej konkurencji. Ale na pewno nie ze strony tego starego dziwaka. O nie, jego w żadnym nie musimy się obawiać. A co do tego rudego oszołoma Traska, to nie musicie się nim martwić. Owszem, jest zdecydowanie poważniejszym przeciwnikiem, ale co z tego? Tylko partia centralna jest w stanie zapewnić miastu odpowiedni rozwój prowadzony w odpowiedni sposób. Bez rewolucji i bez żadnych szalonych, natychmiastowych i dzikich zmian. Miastu trzeba reform, ale nie prowadzonych gwałtownie. Ludzie to doskonale wiedzą i dlatego nie będą głosować na niego, tylko na nas.
- Widzisz to wszystko bardzo idyllicznie, Hectorze - odpowiedział mu Oliver Farge - Nie mogę się w tej sprawie z tobą zgodzić. O ile ze strony konserwatystów raczej nic nam nie grozi, o tyle liberałowie stanowią poważne zagrożenie w tych wyborach dla mojej kandydatury.
- Panie Farge, przecież ten Trask to tylko zwykły krzykacz.
- Ten krzykacz, jak go nazywasz, posiada naprawdę spore poparcie pośród mieszkańców Wertanii. Ludzie odsuwają się stopniowo od konserwatystów, czują potrzebę zmian i chcą wiedzieć, kiedy zostaną one wprowadzone. Nie będą zatem myśleć logicznie. Chcą zmian natychmiast, dlatego popierają tych, co obiecują im te zmiany w trybie natychmiastowym. My im tego nie możemy obiecać.
- Bo my myślimy rozsądnie.
- My tak, ale obawiam się, że wyborcy już niekoniecznie. Mimo to, będę dalej kandydować na stanowisko burmistrza. Bo chcę zrobić coś dobrego dla Wertanii i nie zamierzam się wycofywać z powodu trudności. Poza tym... Jestem zdania, że odrobina zdrowej konkurencji nikomu nie zaszkodzi. Nawet politykowi.
Po tych słowach, Oliver Farge zwrócił się do mnie i do Asha.
- Ale my tu ciągle o polityce, a przecież mieliśmy mówić o was. Jak to jest z tym waszym przyjęciem do Akademii?
- Musimy iść do generała policji - odpowiedział Ash - On zaś pomoże nam wypełnić wszystkie niezbędne dokumenty i potem poleci nas do Akademii.
- Musimy te formalności załatwić jak najszybciej - dodałam - Tylko wtedy ja i Ash możemy rozpocząć szkolenie.
- Rozumiem, ale zajmie wam to troszkę czasu. Proponuję, abyście spędzili go w naszym domu i zatrzymali się u nas do chwili, aż wszystko załatwicie.
- Ale to może trochę potrwać - zauważył Ash - A my z radością zatrzymamy się u pana, skoro pan tak nas serdecznie zaprasza, ale wypełnienie wszystkich tych formalności może trochę potrwać.
- Tym lepiej! - zawołał radośnie Oliver Farge - Zostaniecie u nas, spędzicie miło czas, odpoczniecie i nabierzecie sił przed kolejnymi obowiązkami.
Margo ten pomysł bardzo przypadł do gustu i zaczęła nas prosić, abyśmy się zgodzili. Cleo odparła na to, że nie ma nic przeciwko, ale nie wie, co sądzą o tym jej przyjaciele, czyli Ash i ja. Oczywiście my nie chcieliśmy się narzucać i jasno to zaznaczyliśmy, jednak kiedy Farge powiedział, że to nie tylko żaden problem, ale też z przyjemnością nacieszy się naszą obecnością, odpowiedź moja i Asha mogła być tylko jedna.

***


Ponieważ generała policji chwilowo nie było w mieście, nie mieliśmy jak z nim załatwić wszystkich niezbędnych formalności. Z tego powodu tym milsza nam była gościna Olivera Farge’a, który wraz z Margo i Hectorem dokładał wszelkich starań, abyśmy byli zadowoleni podczas pobytu u niego. Przyznam, że ani ja, ani Ash, ani też towarzyszące nam Pokemony nie mieliśmy najmniejszego powodu ku temu, aby narzekać na cokolwiek w tej sprawie i dlatego tym milej było zostać u nich na noc, a rano zjeść porządne śniadanie, przygotowane przez naszą jakże miłą i uroczą gosposię, która nie żałowała nam niczego, a już na pewno nie łakoci ani też uśmiechów, często zdobiących jej twarz.
Po śniadaniu, nie mając chwilowo nic innego do roboty, ja i Ash poszliśmy sobie na spacer po mieście. Towarzyszyli nam Pikachu i Buneary. Cleo została z Margo, aby z nią się nieco lepiej poznać. Rana po szpadzie Asha już jej prawie nie dokuczała, ale miewała chwilami jeszcze lekkie zawroty głowy i czasami rana ją bolała, nie na tyle mocno jednak, aby musiała leżeć cały dzień w łóżku. Jednak tego ranka wolała pozostać w domu i posiedzieć z Margo, a wyjść dopiero później, gdy poczuje się lepiej. Dlatego poszliśmy bez niej. Tym bardziej, że pan Farge oraz Hector byli zajęcia ustalaniem szczegółów kampanii wyborczej i nie mieli teraz chwilowo czasu, aby się nami zająć. A poza tym, oboje nie nudziliśmy się, dlatego nikt nie musiał się nami zajmować.
Chodziliśmy zatem po mieście i rozmawialiśmy o obecnie panującej w tym mieście sytuacji. Musiałam przyznać, że nie wyglądała ona ostatnio zbyt dobrze, ale ostatecznie wybory nieraz działają destrukcyjnie na ludzi i ich relacje z innymi osobami, które dotąd w ogóle im nie przeszkadzały, a obecnie były ich wrogami z powodu poglądów politycznych. Również z tego powodu ja i Ash jakoś nigdy nie byliśmy miłośnikami wyborów i pomimo posiadania już przez nas prawa głosu, jakoś nie mieliśmy ochoty z niego korzystać i brać udział w tym durnym wyścigu krzykaczy i demagogów. Ostatecznie same wybory nas nie bardzo ciekawiły i przy okazji uważaliśmy je za prawdziwą pożywkę dla tych wszystkich mataczy, którzy próbują nami rządzić i jeszcze uważać, że powinniśmy na nich głosować, bo jest to nasz moralny obowiązek jako obywateli. Wielki mi obowiązek, myślałam sobie. Wybierać między jednym mataczem a drugim. Trochę tak, jakby miała wybierać, których z nich będzie okradał moją kieszeń i ze zdobytych w ten sposób funduszy będzie wywracał ten kraj do góry nogami. Osobiście, mnie tam było naprawdę w tej sprawie wszystko jedno.
Mimo to, kibicowaliśmy z Ashem panu Farge, gdyż wywarł na nas bardzo, ale to bardzo pozytywne wrażenie, a do tego byliśmy przyjaciółmi jego córki i dlatego czuliśmy, że kiedy ona mówi, iż jej ojciec chce naprawdę dobra tego miasta, to tak rzeczywiście jest i pan Farge nie tylko może, ale i chce zrobić coś dla Wertanii. Wielka szkoda, że jako obywatele innych miast nie mieliśmy w tym miejscu prawa głosu, bo choć zwykle woleliśmy nie brać udziału w wyborach, w tym wypadku byliśmy gotowi uczynić wyjątek.
Z naszej rozmowy na ten temat, wyrwał nas nagle bardzo wesoły dźwięk. To był dźwięk gitary ulicznego muzyka, który w towarzystwie swego Mister Mime’a, imitującego pewne rzeczy, o jakich śpiewał jego trener, dawał popisy wokalne dla miejscowej ludności. Wokół niego zabrało się kilku ludzi, podeszliśmy zatem, aby go posłuchać. A on tymczasem grał na gitarze i śpiewał:

Tam, gdzie społem miało jatkę
Dziś jest burger salon.
W Białym Domu Żyd i komuch
Dziś na giełdzie grają.
Znowu zaszczyt być bogatym,
Synem polityka.
Spółka w zoo, osioł w banku.
Taka Ameryka.

Iwan stoi na stadionie,
Bombę ma na sprzedaż.
A pod rządem kosynierzy
I świnia w konserwach.
Święcą działa, znika gwiazda
Z dawnego pomnika.
Baby rodzą, leżąc krzyżem.
Taka Ameryka.

Taka Ameryka,
Plastikowa kicha.
Zaszkodzić nam może.
Chroń nas, dobry Boże.


Mafia kradnie samochody.
Szmugiel jak cholera.
A w gazetach co dzień nowa,
Legalna afera.
Policjantów za kratami
Na noc się zamyka.
Złodziej też ma swoje prawa.
Taka Ameryka.

Klecha z flaszki się uśmiecha,
Chwali mercedesa.
Hamlet robi za kelnera,
Prasa straszy mieszczan.
Męskie piersi zakazane,
Za to na ulicach
Łysi leją kolorowych.
Taka Ameryka.

Taka Ameryka,
Plastikowa kicha.
Zaszkodzić nam może.
Chroń nas, dobry Boże.

Lecą suki na sygnałach,
W SAMIE była kradzież.
Zwinął dziadek kostkę masła,
Chleb i czekoladę.
Kominiarze biznesmena
Skuwają jak byka.
Tu się trzeba równo dzielić.
Tu nie Ameryka.

Taka Ameryka,
Plastikowa kicha.
Zaszkodzić nam może.
Chroń nas, dobry Boże.

Gdy piosenka dobiegła końca, posypały się gromkie brawa i wszyscy zaczęli rzucać do kapelusza grajka monety lub banknoty. Ponieważ jego występ i nam się bardzo spodobał, postanowiliśmy nie być gorsi i też dorzuciliśmy mu kilka nieco większych banknotów. Zasłużył sobie, w końcu poprawił nam znacznie humor, a przy okazji jeszcze śpiewał i grał z prawdziwą pasją. Podziwialiśmy go za to, że tak doskonale potrafił bawić się wtedy, gdy tutaj miał miejsce istny dom wariatów.
Podziękowaliśmy grajkowi i jego Pokemonowi za występ, a potem poszliśmy dalej, przechadzając się ulicami Wertanii. Gdy przechodziliśmy koło głównego rynku, usłyszeliśmy głośny krzyk wzmocniony mocą mikrofonów, dobiegający z tego właśnie miejsca. Szybko zorientowaliśmy się, że mamy do czynienia z czymś, co w świecie polityki zwie się politycznym wiecem, czy jakoś tak. Przemawiał właśnie, jak wynikało z ustawionych na tym placu transparentów, że mamy tutaj do czynienia z przemową polityczną kandydata partii liberalnej. Nie wiem czemu, ale poczuliśmy ogromną ciekawość, aby zobaczyć, jak wygląda taka przemowa i posłuchać, co ów kandydat ma do powiedzenia. Podeszliśmy więc tak blisko, jak tylko było to możliwe. Na placu nie było za wiele miejsca, ludzi bowiem zebrało się mnóstwo, ale zdołaliśmy się zbliżyć do tego krzykacza na tyle, aby przyjrzeć mu się uważnie.
Był to wysoki i rudy niczym dojrzała marchew jegomość. Chudy jak szczapa, z nosem zakręconym na czubku, elegancko ubrany i gładko ogolony, mający tak około pięćdziesiąt lat. Stał właśnie na trybunie przed mikrofonem, przemawiając przy tym w sposób co najmniej ostentacyjny.
- Partia konserwatywna uważa, że wszystko jest w porządku tak, jak jest i że wszelkie niedogodności i problemy są tylko chwilowe. Z kolei partia centralna ma jeszcze gorsze podejścia do sytuacji. Powtarzają stereotypowe hasełka o tym, jak to trzeba na spokojnie wszystko wprowadzać. Ale prawda jest taka, że nam... Nam, mieszkańcom Wertanii kończy się już cierpliwość. Nie ufajcie konserwatystom, ale również nie ufajcie centralistom. Nie mają nam nic nowego do powiedzenia poza starym i mocno już wyświechtanym hasłem: „Jakoś to będzie”. Nie umieją nam obiecać niczego, ale to niczego konkretnego, oczekując tego, abyśmy wierzyli w ich obietnice, że ten świat będzie lepszy, jeśli oczywiście będziemy spokojnie od podstaw wszystko naprawiać. Ja jednak uważam, że nie mamy na to tyle czasu. Konserwatyści wepchnęli miasto w jedno wielkie pasmo kłopotów i co gorsza, nie zamierzają nic z tym zmieniać. A to miasto potrzebuje natychmiastowych zmian. I dlatego nalegam, aby zostały one wprowadzone i to jak najszybciej.
Z zebranego tłumu posypała się burza oklasków. Rudy mężczyzna uśmiechnął się zadowolony i kiedy ludzie przestali klaskać, powiedział:
- Wertania jest naszym wspólnym dobrem i nie wolno nam w żadnym razie zapominać, że...
Nie dokończył, ponieważ nagle padł głośny strzał. Ludzie zaczęli gwałtownie rozglądać się dookoła, żeby wypatrzeć osobę odpowiedzialną za ten huk, ale nie zauważyli nikogo. My również zaczęliśmy patrzeć z przerażeniem na wszystkie strony, a zaraz potem nasz wzrok skupił się na osobie Donalda Traska, na którego koszuli, gdzieś tak chyba na wysokości serca, pojawiła się plama krwi, najpierw niewielka, potem znacznie większa. Mężczyzna jęknął i upadł na trybunę. Ochrona prędko doskoczyła do niego, znalazł się też jakiś lekarz, ale szybkie sprawdzenie, czy oddycha, nie przyniosło oczekiwanych wyników. Wręcz przeciwnie, te wyniki były straszne.
- Nie żyje! Donald Trask nie żyje! - zaczęli krzyczeć ochroniarze.
Ludzie, słysząc to, zaczęli biegać przerażeni dookoła siebie, jakby się bali, że tajemniczy zamachowiec, kimkolwiek on był, zacznie strzelać i do nich. Tylko ja i Ash w towarzystwie naszych wiernych Pokemonów staliśmy w miejscu, niemalże sparaliżowani ze strachu, szoku i niedowierzania. Przez chwilę chyba nie docierało do nas, co się stało, a już zwłaszcza do mnie, potem jednak zrozumieliśmy, że oto na naszych oczach doszło do morderstwa z premedytacją. Ochrona już rzuciła się szukać sprawcy, a my tylko staliśmy w miejscu i umieliśmy wpatrywać się tępym wzrokiem w trybunę. Gwar i hałas wokół nas przybierał na sile. Mimo to zdołałam usłyszeć słowa wypowiedziane przez stojącego obok mnie Asha:
- Alexa... Coś mi mówi, że masz właśnie materiał na pierwsze strony gazet.


C.D.N.

Przygoda 131 cz. I

Przygoda CXXXI Do boju młodzieży cz. I - Cześć, kochanie! Co robisz przed... OJEJ! Tymi słowami, mój najdroższy małżonek, powitał nowy dzień...