sobota, 3 listopada 2018

Przygoda 118 cz. III

Przygoda CXVIII

Udane wakacje cz. III


Niedługo potem siedzieliśmy wszyscy razem w pobliskiej lodziarni i wcinaliśmy lody z kawałkami owoców i ciastkami. Najbardziej łakomi na te przysmaki byli Ash, Pikachu i mała Sara, którzy zajadali się tym tak bardzo, że aż im się uszy trzęsły. Ten widok był niesamowicie zabawny, ale też i wyjątkowo uroczy. Oczywiście dzielne Pokemony Asha również otrzymały nieco łakocie, które bardzo im smakowały, czego najlepiej dowodził fakt, że pałaszowały je z wielkim apetytem.
- Naprawdę nie wiem, jak mam wam dziękować za ocalenie Sary - rzekła po chwili pani Katarzyna - Nie ma dla matki większej straty niż utrata swego dziecka i dlatego jestem wam wdzięczna za to, że nie dopuściliście do tego.
- Proszę pani, to naprawdę nic wielkiego - powiedział z uśmiechem na twarzy Ash - Naprawdę zrobiłem wraz z moimi Pokemonami to, co każdy inny zrobiłby na moim miejscu.
- Wiesz, wielu ludzi było na tej plaży, a jakoś poza tobą i tym bardzo odważnym ratownikiem nikt nie zareagował w potrzebie.
- Fakt, coś w tym jest - powiedziałam.
- Pika-pika! - poparł mnie Pikachu.
- No właśnie. Wszyscy widzieli, co się dzieje, ale tylko ty się rzuciłeś na ratunek - zauważyła Kala.
- I ratownik - poprawił ją Ash.
- Tak, ale dla ratownika to jest po prostu praca, ratować tonących ludzi. A dla ciebie nie. On miał obowiązek coś zrobić, ty nie, a jednak zrobiłeś.
- Wiesz, to nie zmniejsza wcale zasługi ratownika.
- Ale mimo wszystko sprawia, że ty zasługujesz na więcej pochwał.
- Fakt, Kala ma rację - poparł ją po chwili Gabryś - Przecież nie każdy by się na to zdobył.
- Ash już tak ma - powiedziałam z uśmiechem - Jak tylko widzi takie sytuacje jak ta dzisiejsza, to zaraz musi wkroczyć do akcji. Pamiętam, jak miał zaledwie piętnaście lat i doszło do bardzo niebezpiecznej sytuacji, że jego Pikachu znalazł się na szczycie takiej ogromnej wieży. Ash tam też był i obaj razem ratowali przed śmiercią innego Pokemona. I kiedy to robili, to nagle Pikachu się podłoże usunęło spod nóg i biedak spadł. Wtedy Ash bez wahania skoczył za nim, żeby go złapać i ustawił się tak, aby zamortyzować jego upadek i go ocalić.
- O Boże! - zawołała pani Katarzyna - Przecież to było niebezpieczne!
- I głupie - mruknęła złośliwie Kalina - Sam mogłeś tam zginąć.
- A tak, mogłem, ale myślisz, że ja wtedy umiałem myśleć racjonalnie? - odpowiedział jej na to Ash - Ja wtedy myślałem tylko o tym, żeby ocalić mojego przyjaciela Pikachu i nic innego mnie nie obchodziło.
- Ale mimo wszystko przeżyłeś - zauważył Gabryś.
- Pewnie, że przeżyłem, ale przeżyłem tylko dlatego, iż uratował mnie taki jeden Pokemon, Blaziken, wysłany mi na pomoc przez tajemniczego człowieka, który później okazał się być ojcem mojego przyjaciela Clemonta.
- Rozumiem. A więc miałeś więcej szczęścia niż rozumu - rzuciła dość zgryźliwie Kala.
- Kala! - skarcił ją jej chłopak.
- W sumie można by to tak określić - powiedział z uśmiechem Ash - To stwierdzenie ma w sobie wiele prawdy, bo przecież naprawdę miałem wtedy więcej szczęścia niż rozumu. Ale myślicie, że mnie tak po prostu łatwo jest myśleć logicznie w sytuacji tak kryzysowej? Wtedy, gdy nie da się szybko ustalić jakiegoś choć troszkę sensownego planu działania?
- Coś w tym jest - zgodził się z nim Gabryś - Dobry pomysł jest raczej taki, że trudniej przychodzi do głowy niż beznadziejny.
- Ale tak czy siak widzę, że Ash jest prawdziwym bohaterem - rzekła na to z uśmiechem na twarzy Kasia - Przecież nie każdy w podobnej sytuacji instynktownie rzuciłby się na ratunek.
- Nie licząc ratownika, który ma taki zawód - zażartowała sobie Kalina.
- W sumie to Ash też ma taki zawód - zauważyłam dowcipnie.
Katarzyna spojrzała z zainteresowaniem na mojego chłopaka.
- Jak to? Też jesteś ratownikiem?
- No, nie do końca - uśmiechnął się Ash - Jestem z nieco innej branży, choć powiązanej z ratownictwem. Jestem detektywem.
- Detektywem? - zdziwiła się Kasia.
- A i owszem, detektywem - potwierdziłam - Choć niestety przy okazji także i na emeryturze.
- Na emeryturze? - zapytała zdumiona kobieta - Nie za młody jesteś na emeryturę, mój chłopcze?
- Już druga osoba w ciągu ostatnich kilku dni mi to mówi - zaśmiał się dowcipnie Ash.
- Pika-pika! - pisnął wesoło Pikachu.
- A wcześniej więcej osób mówiło ci podobne słowa, ale ty nie byłeś łaskaw ich posłuchać - zauważyłam dość ironicznie, a Buneary poparła mnie lekkim piskiem.
- Tak, w sumie coś w tym jest - pokiwał ponuro głową Ash - Ale cóż... Miałem swoje powody dla których porzuciłem swój fach.
- Fach detektywa? - zapytała Kasia.
- Właśnie.
- A dlaczego odszedłeś?
- Było wiele powodów i długo by można o nich mówić. Ale wszystkie one sprowadzają się do tego, że straciłem wiarę w swoje umiejętności oraz w to, iż wszystko, co robię ma jakiś większy sens.


- Wiesz co? Jakbyś był moim bratem, walnęłabym cię w ten twój pusty czerep, abyś wreszcie zmądrzał - rzuciła gniewnie Kalina.
- Kala! - skarcił ją Gabryś.
- No co?! Wygaduje głupoty, które mnie drażnią i chyba nie tylko mnie - powiedziała złośliwie dziewczyna - John Scribbler wiele nam opowiadał o Ashu, kiedy mieliśmy okazję ostatnio z nim rozmawiać. I wiesz, co mówił? Że z nim jest tak, jak z tym malarzem Henryka VIII. Jak mu było?
- Hans Holbein Młodszy.
- A tak, rzeczywiście. Dziękuję ci. No i według Johna, z Ashem jest tak samo, jak z tym malarzem.
- To znaczy? - zapytałam.
- Już mówię, o co chodzi - powiedziała Kala - John Scribbler mówił nam, że Henryk VIII stwierdził kiedyś, iż z dziesięciu chłopów może zrobić dziesięciu lordów, ale z dziesięciu lordów nie zrobi jednego Holbeina.
- Tak i co w związku z tym?
- W związku z tym, zdaniem Johna tak samo jest z Ashem.
- To prawda, tak było - potwierdził Gabryś - Pamiętam, jak to mówił. To chyba było tak rok temu, prawda? Przyjechał tu z jakimś odczytem czy coś i zatrzymał się u twojego dziadka. Miałaś wtedy okazję nieźle się z nim nagadać.
- Tak, ty również, bo przecież dołączyłeś do nas - wyjaśniła Kala - Bo przyjechałeś odwiedzić Łebę z okazji właśnie tego odczytu i proszę, miałeś okazję spotkać tego znakomitego pisarza.
- Tak, John to znakomity pisarz - powiedziałam - Czytaliście już jakieś jego książki?
- Oczywiście. Wyszły one tak jakoś półtora roku temu w Warszawie i z miejsca stały się bestsellerami - odpowiedział Gabryś z radością.
- Pewnie to z powodu tego filmu nakręconego przez tę aktorkę Dianthę - dodała Kala - To znaczy ona go nie nakręciła, ale zagrała w nim i miała duży wpływ na obsadę, o ile dobrze słyszałam. A potem jeszcze ten film zrobił wielką furorę i to ledwo wszedł do kin.
- Tak, wiemy o tym. U nas również tak było i z miejsca wszystkie jego książki stały się sławne. A potem powstało parę jeszcze filmów o Henrym Willow i proszę, sława naszego przyjaciela wzrosła - zauważyłam.
- Tylko, że u nas zyskał sławę wcześniej niż dopiero półtora roku temu - rzekł Ash.
Pikachu i Buneary zapiszczeli na znak potwierdzenia tych słów.
- Wiecie, jak to jest. W Polsce wszystko zawsze wolniej się rozwija i później dociera do niej wszystko, co jest naprawdę fajne - powiedziała Kala z lekkim wyrzutem w głosie.
- Co chcesz? Taki kraj - uśmiechnęła się ironicznie Kasia - Trzeba z tym sobie jakoś radzić. Ale powiedzcie mi, czy to oznacza, że osobiście znacie tego świetnego pisarza?
- Tak, mieliśmy tę przyjemność - odpowiedział Ash - John Scribbler to wspaniały człowiek i podobno wychował się właśnie w tych stronach.
- Tak, jego dziewczyna także - wtrąciła Kala.
- Jego dziewczyna? A kto jest jego dziewczyną? - spytała Kasia.
- Maggie Ravenshop - odpowiedziałam.
- Córka tego biznesmena?
- Ta sama.
- O rany! Ja nie wiedziałam, że jego córka związała się tym słynnym pisarzem. To dość ciekawe. Ja pamiętam jeszcze, jak parę ładnych lat temu właśnie tutaj mieszkał i tutaj prowadził on swoje interesy. Było o nim dość głośno. A potem nagle przeniósł się w inne strony i rzadko tutaj bywał. Ale jego dzieci to chyba czasami tu jeszcze przybywają, skoro jak mówicie, Maggie była tutaj razem ze Scribblerem.
- A wracając do tematu - powiedział Ash - To ja w pewnym sensie mam wpisane w zawód ratowanie innych. Bo widzicie, kiedyś mottem moim i Sereny była walka o to, aby tego zła mniej było na świecie.
- Piękne motto i szkoda, że je porzuciliście - rzekła Kasia.
- A w każdym razie jedno z was je porzuciło - dodała złośliwie Kala.
- Spokojnie, jeszcze nic straconego - dodał Gabryś - Być może jeszcze wszystko się zmieni na lepsze i Sherlock Ash powróci do gry.
- Sherlock Ash? Tak się nazwałeś? - zdziwiła się Kasia.
- Tak. Wiem, trochę pretensjonalnie, ale...
Kobieta przerwała jednak Ashowi.
- Daj spokój, to nie brzmi wcale pretensjonalnie ani kiepsko, ani nic z tych rzeczy.
- Dla mnie jest super - pisnęła mała Sara.
Dziewczynka miała całą buzię umazaną lodami. Jej matka z uśmiechem wytarła powoli chusteczką twarz córeczki i powiedziała:
- W sumie, to dla mnie też. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdybym przeczytała takie nazwisko w gazecie w związku ze znakomicie rozwiązaną sprawą w tym mieście.
- Ja też - wtrąciła wesoło jej córeczka.
Ash uśmiechnął się lekko i pogłaskał dziewczynkę po głowie.
- Zobaczymy, jak to będzie. Jak na razie niczego nie mogę obiecać, ale i tak miło mi słyszeć takie słowa.


Rozmowa toczyła się dalej w podobnie przyjemnym tonie, gdy nagle zobaczyłam, jak obok naszego stolika przechodził jakiś młody człowiek. Patrzył na nas z taką jakby pozorną obojętnością, jeśli można to tak nazwać, ponieważ odnosiłam takie wrażenie, że próbuje przed nami ukryć fakt, że jest zainteresowany naszymi osobami. Rzecz jasna mogłam się w tej sprawie mylić, ale coś mi mówiło, że widoczna na jego twarzy obojętność jest tylko udawana.
Młody człowiek minął nas bez słowa i poszedł w swoją stronę, jednak robił to na tyle powoli, że miałam okazję mu się przyjrzeć. Nie tylko jego pozorna obojętność mnie zaskoczyła, ale również sama jego twarz, którą już wcześniej widziałam. A mianowicie widziałam go wtedy na plaży, kiedy się nam przyglądał, aby zaraz potem najzwyczajniej w świecie zniknąć.
- Widzieliście go? - zapytałam.
- Kogo? - zapytała Kalina.
- Tego gościa, co właśnie nas mijał - wyjaśniłam - Tego tam, co właśnie idzie w tamtą stronę.
Wskazałam go dyskretnie palcem, a moi towarzysze spojrzeli w jego kierunku.
- Widzicie go? - zapytałam.
- Tego chłopaka z ciemno-blond włosami, w niebieskich dżinsach oraz białej koszulce? - spytała Kala.
- Tak, jego.
- To widzimy go.
- Uff... Jak to dobrze - uśmiechnęłam się, ocierając sobie z ulgą pot z czoła - To znaczy, że nie zwariowałam.
- A niby czemu miałabyś zwariować? - zapytał zdziwiony Gabryś.
- Ponieważ wydawało mi się, że widziałam go na plaży, jakby się nam przypatrywał, a potem nagle zniknął - wyjaśniłam.
- Był spory tłum ludzi. Trudno w nim nie zniknąć - powiedziała Kala.
- Jak dla mnie trochę za bardzo panikujesz - dodał jej chłopak.
- Może i tak, ale jestem nieco niespokojna - powiedziałam.
- Wiesz, co ci powiem? Ja też - stwierdziła nagle Kasia.
Spojrzeliśmy na nią bardzo zdumieni tymi słowami.
- Dlaczego? - spytałam.
- Bune-bune? - dodała Buneary.
- Sama nie wiem, ale... ten młody człowiek... wydaje mi się jakiś taki dziwnie znajomy - Kasia z ogromną uwagą wpatrywała się w tajemniczego nieznajomego, który właśnie powoli znikał w tłumie ludzi na ulicy - Ale być może mi się wydaje. Może to takie głupie deja vu.
- Może... - powiedział Ash z powagą - A może wcale nie? Uwierzcie mi, widzieliśmy z Sereną już takie rzeczy, że takie przypadki jak ten, to nie jest dla nas nic nowego.
- No nieźle - rzuciła Kala ironicznie - Z detektywa przerzuciłeś się na bycie gościem od straszenia ludzi swoimi przepowiedniami.
- Niczego nie przepowiadam, tylko mówię, że mieliśmy już nieraz takie przygody z Sereną, więc takie przypadki jak ten, to przy nich pikuś.
- Interesuję stwierdzenie. Czyżby odzywały się dawne zainteresowania zagadkami i niewyjaśnionymi sprawami?
- Moja droga, te zainteresowania nie są dawne, bo one są wciąż obecne i nic tego nie zmieni. Nawet moja emerytura - stwierdził Ash.
- Pika-pika-chu! - zgodził się z nim Pikachu.

***


Rozmowa na szczęście zeszła na znacznie przyjemniejsze tematy, ale w końcu musiała ona się zakończyć, bo Kasia postanowiła zabrać Sarę do domu i wrócić do swoich spraw. Jeszcze raz więc nam bardzo podziękowała i wyraziła ogromną nadzieję, że jeszcze nas tutaj spotka podczas naszego pobytu w Łebie, potem zabrała córkę ze sobą i wróciła z nią do domu, zaś my wszyscy wskoczyliśmy na rowery i powróciliśmy nimi do stadniny pana Rossa, który właśnie wraz z Alexą patrzył na to, jak Seiyi i Shizuku jeżdżą konno po wybiegu dla Rapidashów. Oboje wyglądali na dość zadowolonych tym, co robili.
- Nieźle jeździsz konno - powiedziała z uśmiechem Shizuku.
- Owszem, niczego sobie - odpowiedział jej Seiyi - Ale też mam bardzo miłe towarzystwo.
- Od jak dawna oni tak sobie słodzą? - zaśmiała się Kala, pochodząc powoli do dziadka i Alexy, opartych o płot.
- O! Witajcie, kochani - powiedział wesoło Włodzimierz Ross - Od jak dawna? Od jakieś godziny, może dwóch.
- Chyba raczej pięciu - rzuciła ironicznie Alexa.
- Co? Jeżdżą tak po tym wybiegu już całe pięć godzin? - zapytałam ze zdumieniem.
- Nie, aż tyle to nie, bo wcześniej karmiliśmy konie, czyściliśmy je i w ogóle - wyjaśniła dziennikarka - A jeżdżą tak dopiero od niedawna.
- Aha, jak tak, to w porządku - uśmiechnęła się Kala - Bo szkoda by było męczyć tak długo te biedne konie.
- Koni ci żal, a ich zadków to nie? - zachichotała Alexa - Uwierz mi, po kilku godzinach w siodle może tyłek nieźle rozboleć.
- Widzę, że coś o tym wiesz.
- Owszem, co nieco wiem. Jako dziennikarka jeździłam już na różnych Pokemonach, więc Rapidashe też nie są mi obce.
- To może chciałabyś się jednak przejechać? - zapytał pan Ross.
- O nie! Nic z tego! W moim stanie nie mogę sobie na to pozwolić - powiedziała Alexa.
Starszy pan pokiwał głową ze zrozumieniem, a ja spytałam:
- A tak z ciekawości... Który to miesiąc?
- Trzeci.
- I wiesz już, jaka to będzie płeć?
- A guzik mnie to obchodzi. Ja tam nie palę się do macierzyństwa ani do zakładania rodzin i tym podobnych bzdur.
Spojrzeliśmy na nią zaszokowani jej słowami. Nie spodziewaliśmy się bowiem usłyszeć coś podobnego.
- Nie rozumiem, czemu tak mówisz, Alexa - powiedziałam - Przecież nie usunęłaś ciąży, więc chcesz urodzić dziecko, mam rację?
- Tak, chcę, ale czy je wychowam, to inna kwestia.
- Na pewno je wychowasz. Mówię ci, gdy tylko zobaczysz to słodkie maleństwo, na pewno nie będziesz go chciała oddać. I wychowacie je razem z Rene i będziecie oboje bardzo szczęśliwi...
- A skąd ty to niby wiesz, co?! - warknęła na mnie gniewnie Alexa - Może sama rodziłaś kiedyś dzieci i wiesz, jakie uczucia temu towarzyszą?!
- No nie, ale...
- Więc nie dawaj mi porad, jak mam postępować!
- Ja ci nie daję porad, tylko mówię, co myślę.
- A pytałam cię o to?!
- Właściwie, to nie.
- Więc przestań mi mówić, co o tym myślisz! Nie pytałam cię o to i nie interesuje mnie to!
- Alexa, co cię ugryzło? - zapytał zaniepokojony Ash.
- Och, dajcie wy mi wszyscy święty spokój! - krzyknęła Alexa i uciekła do domu.
- Co je się stało? - zapytał Gabryś.
- A takie babskie humory - rzuciła Kala - Moja mama miała podobne, jak miała urodzić mojego brata. Dobrze to pamiętam. Dała się wtedy mnie i ojcu we znaki.
- Wszystkie kobiety w ciąży tak mają - zaśmiał się wesoło Włodzimierz Ross - Tak to z nimi jest. Twoja świętej pamięci babcia również tak miała, Kalinko. A potem urodziła twojego tatę i pokochała go całym sercem. Do tego strasznie go rozpieszczała.
- Tata twierdzi, że to ty go rozpieszczałeś.
- Ja? Nigdy w życiu! Ja zawsze starałem się być dla niego autorytetem w każdej sprawie. Rozpieszczałem za to ciebie i to tak bardzo, że aż mi na głowę weszłaś.
Kala parsknęła śmiechem, gdy to usłyszała.
- Tak, to prawda. Ale za to tym bardziej cię kocham, że mnie zawsze rozpieszczałeś.
- Taka rola dziadków, co nie? Rozpieszczać swoje wnuki, nawet jeśli to się potem obraca przeciwko nim - zachichotał pan Ross.
Potem spojrzał na nas i powiedział:
- Nie bójcie się, wasza przyjaciółka jeszcze dojrzeje do myśli, że już wkrótce będzie matką i będzie się z tego cieszyć. Mogę wam to obiecać.
- Dziadku, nigdy nie obiecuj niczego, za co nie możesz ręczyć. Sam mnie tego uczyłeś - zwróciła mu uwagę Kala.
- Może i nie mogę ręczyć, ale ja jestem pewien, że mam rację.
- To niewiele.
- Zależy od punktu widzenia.
Shizuku i Seiyi powoli zeszli z koni, a potem razem z panem Rossem odprowadzili je do stajni i nakarmili je, okazując im ogromną wdzięczność za to, że zechciały one ich wozić po tym niewielkim wybiegu. Potem wraz z nami poszli coś zjeść. Pan Ross przygotował razem z Kalą i Gabrysiem przepyszne naleśniki, które wszyscy razem wcinaliśmy z uporem maniaków. Potem jeszcze doszły do tego grzanki z miodem i pyszne kakao, więc sama nie wiem, jak to w ogóle było możliwe, że mieliśmy siłę ustać na własnych nogach po takim posiłku.
- Ależ to było pyszne - powiedział Ash, klepiąc się lekko po brzuchu.
Jego wierne Pokemony, które także skosztowały tych pyszności, leżały na podłodze z wywalonymi do przodu brzuchami i lekko piszcząc zgodziły się z nim w tej sprawie.
- Tak, przepyszne. Dziadek to świetny kucharz - powiedziała Kala z uśmiechem na twarzy.
- Nauczyłem się tego w wojsku - rzekł na to pan Ross - Miałem nieraz dyżury w kuchni. Mówię wam, to była najlepsza z możliwości, bo w kuchni zawsze można było coś po cichu podjeść, oczywiście w małych ilościach, żeby się nie zorientowali, a przy okazji można się było niejednego nauczyć.


- Ja nie jestem za dobra w gotowaniu, ale za to dosyć dobrze piekę - powiedziałam - Od gotowania, to zawsze mieliśmy u swego boku naszego wiernego przyjaciela Clemonta.
- Tak, jego dania są po prostu rewelacyjne - potwierdził Ash - A jak podróżowaliśmy po Kanto, to dzięki niemu zawsze mieliśmy ciepłe posiłki.
- Ciepły posiłek to podstawa. Moja mama tak mówi - rzekł Gabryś.
- I ma całkowitą rację - zgodziła się z nim Kala - Poza tym lubię jej kuchnię.
- A ona bardzo lubi ciebie, zwłaszcza, odkąd znowu jesteśmy razem - zaśmiał się wesoło Gabryś.
- Tak, widzi we mnie swoją przyszłą synową. W sumie, to ja nie mam nic przeciwko temu, aby tak mnie traktowała - zachichotała Kala.
- Ja mam podobnie z mamą Asha. Ona z miejsca mnie polubiła i bardzo się ze sobą zaprzyjaźniłyśmy - powiedziałam radośnie.
- Widać mamy tak mają - stwierdziła Shizuku.
- Oj, nie zawsze - nie zgodził się z nią Seiyi - Niektóre z nich nie są zbyt miłe do partnerów swoich dzieci.
- Rozumiem, że wiesz to z autopsji?
- Można tak to ująć. Mama mojej zmarłej dziewczyny nigdy nie pałała do mnie wielką sympatią, a jej niechęć do mnie wzrosła w chwili jej śmierci.
Wszyscy posmutnieliśmy, ledwie wypowiedział te słowa.
- A niby czemu wzrosła jej niechęć do ciebie? - zapytała Kala.
- Właśnie - dodała Shizuku - Przecież to nie ty zabiłeś jej córkę.
- Jak dla niej, to ja jestem za to odpowiedzialny - odparł Seiyi.
- Ale jak to?
- Bo uważa, że gdybym wtedy pojechał po jej córkę i zabrał ją z tamtej imprezy, zamiast zajmować się tymi swoimi bzdurami, to do niczego by nie doszło, a Minako nadal by żyła.
- Oj, proszę cię, Seiyi. Przecież to nie była twoja wina - rzekł Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Właśnie - zgodziłam się z nimi - Ja ci powiem, że niepotrzebnie się o to obwiniasz.
- A wiesz, co ja ci powiem? - zapytała ironicznie Alexa - To, że mam już powoli serdecznie dość tego twojego ciągłego głupiego gadania o tym, jak bardzo tęsknisz za swoją ukochaną. To po prostu irytujące i głupie!
- Alexa! - zawołałam na nią ze złością.
- Co Alexa?! A może ja nie mam racji?! - mruknęła dziennikarka - Ma tu u swego boku naprawdę super dziewczynę, wcale nie gorszą od tamtej, a nawet nie raczy jej pocałować. Shizuku też w ogóle nie lepsza, bo co jakiś czas wspomina tego swojego Ashera, zamiast spróbować sobie ułożyć życie z tym fajnym chłopakiem, jakiego teraz ma u swego boku. Naprawdę, ja was chwilami nie rozumiem. Umiecie żyć tylko przeszłością zamiast spróbować pomyśleć o przyszłości!
- I kto to mówi, co? - mruknęłam ze złością - Ta, co Rene wrzuciła do jednego worka z tym swoim ex, który powiedział: „Bardzo cię lubię, ale nie poślubię“. Co to niby twoim zdaniem jest, jak nie życie przeszłością?
- Ale ja przynajmniej nie opłakuję nikogo cały czas - rzuciła złośliwie Alexa.
Shizuku i Seiyi spojrzeli na dziennikarkę niemiłym wzrokiem, po czym powoli wstali od stolika i wyszli z jadalni.
- No, bardzo ci dziękuję, Alexa - powiedział ze złością Ash - Ty to na serio potrafisz podnieść człowieka na duchu.
- A co, Ash? Zamierzasz im wiecznie pobłażać? Bo ja nie zamierzam - broniła się Alexa.
- Przecież oni dopiero co się poznali! Weź może ich jeszcze nie swataj! - rzuciłam z lekką złością.
- Ja nikogo nie swatam - mruknęła Alexa - Po prostu widzę, że oboje się polubili i uważam, że warto to rozwijać zamiast wiecznie tylko jęczeć z powodu straconej utraconej miłości.
Helioptile zapiszczał niechętnie, wyrażając w ten sposób dezaprobatę wobec zachowania swojej trenerki, którą to dezaprobatę podzielali wszyscy obecnie przy stole.
- Myślałem, że masz w sobie więcej empatii - rzekł Ash.
- Mam, ale mam też swoją cierpliwość, która właśnie została przez nich nadwyrężona - odparła ze złością Alexa.
- Uważaj lepiej, żebym ja ci czegoś zaraz nie nadwyrężył, jak ze złości rozbiję ci talerz na głowie, cioteczko!
- Nazwij mnie jeszcze raz, cioteczką, a wsadzę ci tę łyżkę w tyłek i to tak, że dopiero chirurg będzie mógł ci ją wyjąć!
Helioptile zeskoczył szybko ze stołu i schował się pod nim, zaś Alexa wyszła z pokoju, tupiąc przy tym gniewnie.
- Nieźle to załatwiłeś - rzuciła ironicznie Kala do Asha.
- Przepraszam, wkurzyła mnie - jęknął Ash - Przez tę ciążę zachowuje się chwilami irracjonalnie. Ja nie wiem, jak Rene z nią wytrzymuje.
- Bo ją kocha, a miłość zmusza do wielu poświęceń i każe nam wiele wytrzymać - powiedziałam - A przynajmniej ja tak myślę.
- A ja myślę, że masz rację, moja droga Sereno - uśmiechnął się pan Ross.

***


Na całe szczęście po około godzinie Alexie przeszło i przeprosiła nas wszystkich za swoje zachowanie mówiąc, że po prostu hormony jej buzują i wcale nie chciała nas w żaden sposób urazić. Oczywiście wybaczyliśmy jej te nieprzyjemne słowa, choć mimo wszystko widziałam bardzo wyraźnie, iż Shizuku i Seiyi mieli naprawdę zasmucone miny, co oznaczało, że słowa dziennikarki musiały poważnie ich zranić. Poprosiłam zatem Asha, żeby porozmawiał ze Seiyim, a sama postanowiłam pogadać z Shizuku. Zabrałam potem dziewczynę na stronę i powiedziałam do niej:
- Mam nadzieję, że nie gniewasz się na Alexę za jej słowa. Wiesz, ona jest w ciąży i ma swoje humorki. Normalnie taka nie jest.
- Spokojnie, ja tam się na nią wcale nie gniewam - powiedziała na to dziewczyna ponurym tonem - Ale w jednym ma rację... Tyle czasu minęło już od chwili, w której zginął mój biedny Asher, a ja wciąż tylko umiem o nim myśleć i go wspominać.
- No, nie wiem, czy tylko o tym umiesz myśleć. W końcu przyjechałaś tutaj, a to oznacza, że próbujesz normalnie żyć, a to już coś.
- Może i tak, ale mimo wszystko wyjechałam z Hoenn i porzuciłam rodzinne strony, żeby nie musieć widzieć tych miejsc, które odwiedzałam wraz z Asherem, gdy jeszcze żył.
- Ja tam ci się nie dziwię. Jak myślałam, że Ash nie żyje, to też nie byłam w stanie chodzić tymi samymi ulicami, którymi kiedyś chodził mój ukochany i na pewien czas musiałam opuścić region Kanto, bo ciągle mi się on kojarzył z Ashem.
- Ale mimo wszystko Ash żyje i wrócił do ciebie, kiedy już mógł to zrobić. A mój Asher przecież umarł i już nigdy nie wróci.
Pokiwałam ponuro głową, zgadzając się z tym, co mi mówiła, ale mimo wszystko chciałam ją jakoś pocieszyć, dlatego powiedziałam:
- Ale mimo wszystko nie sądzisz, że skoro Kala i Gabryś zdołali jakoś stworzyć szczęśliwy związek i to pomimo całej masy trudności, jakie przed nimi stały, to może i tobie by się udało? Trudności oczywiście są przed tobą, bo trudno tak po prostu sobie poradzić ze złymi wspomnieniami, ale mimo wszystko zawsze jest nadzieja na lepszy los. Skoro zaistniała dla Gabrysia i Kali, to czemu nie dla ciebie?
- Może i jest nadzieja, ale jakoś ja jej nie widzę.
- A może to tylko chwilowa sytuacja? Słyszałam, że dzisiaj bardzo miło spędziłaś czas z Seiyim. Może więc byś tak z nim spróbowała?
- Seiyi? Daj spokój. To niemożliwe.
- A to dlaczego? Przecież to fajny chłopak.
- Wiem i do tego też w moim wieku, więc oboje na pewno byśmy się dogadali. Ale sądzę, że mogłabym być dla niego tylko i wyłącznie pociechą w tej ciężkiej sytuacji, w jakiej się znalazł.
- A skąd to niby wiesz?
- Bo zawsze tak jest. Już ja coś wiem o życiu.
- Ja również wiem coś o życiu i dlatego też uważam, że za szybko go spisujesz na straty. Poza tym sama powiedz... Czy on ci się podoba?
Shizuku uśmiechnęła się delikatnie.
- Troszeczkę. W sumie, to nawet więcej niż tylko troszeczkę.
- No i super. A ja jestem pewna tego, że ty podobasz się jemu. Czego jak czego, ale tego jestem pewna.
- No i co z tego?
- Jak to, co z tego? Przecież to dla was obojga może być szansa na choć odrobinę szczęścia w życiu. Wiem, że będzie wam dość trudno tak po prostu odrzucić przeszłość i spróbować jakoś żyć, ale to jest możliwe.
- Ja bym może i chciała, ale czy on by chciał?
- Zapytaj go, to sam ci powie.
- Ale jak ja mam to niby zrobić?
- Zwyczajnie. Idź do niego, pogadaj i zapytaj się.
- Tak po prostu?
- A niby jak inaczej to sobie wyobrażasz?
Shizuku jednak nie paliła się do tego.
- Daj spokój, Sereno. Ile ja go znam? - powiedziała - Ledwie dzisiaj się poznaliśmy i co? Już mam się w nim zakochiwać?
Parsknęłam śmiechem, słysząc jej wątpliwości.
- A kto ci każe się od razu zakochiwać? Po prostu spróbuj go może lepiej poznać, spędzaj z nim dużo czasu i w ogóle... Naprawdę, to nie jest wcale takie trudne. Nie musicie oboje sobie deklarować miłości aż po grób, ale możecie spróbować się na początek zaprzyjaźnić. To takie proste, że aż trudne do wymyślenia, wiem o tym. Ale chociaż spróbujcie.
Shizuku zdawała się być choć trochę przekonaną argumentacją, gdyż powiedziała:
- Cóż... Zobaczymy, jak to będzie. Może i masz rację? Nawet jeśli nie wyjdzie z tego żadna miłość, to przecież może z tego wyjść przyjaźń, a to już jest coś, czym trudno pogardzić. Poza tym, jeśli chcę się jakoś pogodzić ze śmiercią Ashera, to cóż... To muszę żyć między ludźmi, a nie ukrywać się przed nimi. Poza tym wiem, że Asher by tego chciał. Z pewnością chciałby, żebym normalnie żyła.
- Właśnie i tego się trzymaj!
- Ja mogę się trzymać, ale co z Seiyim? On też będzie się tego trzymać?
- Nie wiem, o to już jego zapytaj.


Shizuku uśmiechnęła się do mnie delikatnie i powoli odeszła, zaś do mnie podszedł Ash.
- I co? Rozmawiałeś z nim? - zapytałam.
- Tak, rozmawiałem - potwierdził mój luby.
- I jak?
- Uparty i to bardzo, ale postanowił spędzić więcej czasu z Shizuku i chociaż spróbować ją poznać. Niczego nie obiecuje, jednak powiedział, że nie wyklucza takiej możliwości, aby coś wyszło z tych relacji.
- Mnie Shizuku powiedziała coś podobnego. Widzę, że oboje nadają na tych samych falach.
- A przynajmniej bardzo podobnych.
- Zdecydowanie podobnych.
Powoli wróciliśmy do salonu, gdzie pan Włodzimierz Ross opowiadał wesołe historie, aby rozbawić wszystkich swoich rozmówców.
- Mówię wam, jak mój syn się ożenił, to lubił sobie iść ze mną czasem na takie męskie piwko i śpiewać różne dowcipne pioseneczki. A jak sobie nieco popił, to zaraz wesoło śpiewał:

Mam taką teściową, co jak puści bąka,
Cały tydzień śmierci, a teściu się jąka.

Wszyscy wybuchliśmy śmiechem, słysząc te słowa, a już najgłośniej to śmiała się chyba Kalina.
- Poważnie? Tata tak śpiewał? Nigdy nic o tym nie mówił.
- Bo chce wypaść w twoich oczach jak najpoważniej - zaśmiał się jej dziadek - Ale na serio śpiewał takie rzeczy. John Scribbler podobnie.
- A pamięta pan Johna z czasów, gdy był dzieckiem? - zapytał Ash.
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
- Pewnie, że pamiętam - uśmiechnął się Włodzimierz Ross - Co ja mam go nie pamiętać? Przecież już jako taki mały berbeć do mnie przychodził jeździć konno. Już wtedy miałem własne konie i udzielałem na nich lekcji jazdy, ale wtedy to jeszcze nie były Pokemony konie, tylko zwykłe konie. John był naprawdę uroczym chłopcem. Bardzo sympatycznym i miłym, ale dość nieszczęśliwym.
- Dlaczego? - zapytałam.
- A bo koledzy mu nie dawali spokoju w szkole. Zrobili sobie z niego kozła ofiarnego. Obrywało mu się od nich parę razy, dlatego bardzo często wymykał się ze szkoły i uciekał do mnie.
- A co na to jego rodzice? - spytałam.
- Jego rodzice interweniowali, ale niewiele na tym zyskali. Wszyscy tak bali się tych chuliganów i jeszcze tych ich parszywych rodziców, którzy czynili ich bezkarnymi, że nikt nic nie widział i nikt nic nie chciał widzieć. Takie to były buty. I cóż... W końcu ja któregoś dnia nie wytrzymałem i mówię wam, raz się zaczaiłem na tych łobuzów. John raz mi ich pokazał, dlatego wiedziałem, jak wyglądają. Przyszli tutaj, do lasu, żeby pić piwo i jeszcze obrzucać zwierzęta kamieniami. To zaczaiłem się na nich, miałem strzelbę na śrut i jak wygarnąłem z niej każdemu w tyłek, to uciekali tak, że aż się za nimi kurzyło. Mówię wam. Ich rodzice oczywiście z pretensjami próbowali do mnie startować, ale prawo było po mojej stronie, bo te gnojki weszły na teren mojej posesji i miałem prawo potraktować ich tak, jak to zrobiłem. Dlatego sąd mi nic nie zrobił, a rodzice zabrali tych smarkaczy z miejscowej szkoły i przenieśli ich gdzie indziej. Oczywiście wszyscy na tym skorzystali, a zwłaszcza John. Od tego czasu zaczął być radosny, wesoły i w ogóle, a do tego mówił mi, że kiedyś zostanie sławnym pisarzem. I udało mu się. Fajny z niego chłopak. Bardzo go lubię.
- Wszyscy go lubimy - powiedziała Kala - Jego po prostu nie da się nie lubić.
- I tu masz rację, wnusiu - uśmiechnął się pan Ross - Masz świętą rację. Jego po prostu nie da się nie lubić. Taki on właśnie jest.
Rozmowa miała jeszcze miejsce przez jakiś czas, a potem wszyscy zaczęliśmy się zbierać do spania.
- Tylko proszę was, kochani, nie wychodźcie już z domu, bo podobno ma padać, więc szkoda, żeby miało was zmoczyć - powiedział pan Ross.
- A po co mielibyśmy wychodzić? Nie rozumiem - powiedział Gabryś.
- No, no, wy młodzi macie te swoje zachcianki - zaśmiał się lekko nasz gospodarz - Także nie próbujcie mi tu mydlić oczu. Myślicie może, że ja nie wiem, że ty i Kala już to robicie?
Kala i Gabryś zarumienili się lekko, a pan Ross powiedział:
- Spokojnie, kochanie. Spokojnie, ja nie jestem waszymi rodzicami. Wy jesteście mądrzy i wiecie, od czego są zabezpieczenia, dlatego nie zrobicie mnie za szybko pradziadkiem. Poza tym, myśląc logicznie, to nawet gdybym wam tego zabronił, czy posłuchalibyście? Oczywiście, że nie! A jak nie tu, to gdzie indziej byście to robili, ja was młodych znam. Tylko proszę, wręcz zaklinam was, nie róbcie tego nigdy w stodole między końmi. Oszczędźcie biednym konikom takiego widoku. Poza tym ma padać, a podczas deszczu łatwo się zaziębić na sianie.
- Dziadku, proszę - jęknęła Kalina, rumieniąc się przy tym - Nie przy obcych.
- Jakich obcych? Sami swoi - zaśmiał się jej dziadek - Poza tym ja tu tylko z troski o was. Nie chcę, abyście mi się zaziębili lub dostali, co gorsza zapalenia płuc. Ja tylko z życzliwości do was wszystkich to mówię. U mnie w domu jest duża swoboda, kochani, ale proszę was, uważajcie na siebie. Tu nie jest świat Pokemonów, o przygody nie jest może zbyt łatwo, ale ryzyko zaziębienia się na śmierć istnieje zarówno tam, jak i tutaj. Dlatego proszę was, nie wychodźcie dzisiaj z domu. Nie zniósłbym myśli, że pod moim dachem wam coś się przytrafiło.
Obiecaliśmy siedzieć grzecznie w nocy w swoich pokojach i nigdzie się nie włóczyć, więc na tym stanęło i poszliśmy wszyscy do siebie, aby się przespać. Ja zaś zapytałam dowcipnie Kalinę:
- Kala, słuchaj... A ty z Gabrysiem naprawdę...
- Sereno - pisnęła dziewczyna, mocno się przy tym rumieniąc.
- No co? Ja również miałam szesnaście lat, kiedy zaczęłam to robić z Ashem.
Kala spojrzała na mnie z zainteresowaniem.
- Poważnie? I jak było?
- Szczerze?
- Jak najbardziej.
- Po prostu bosko.
- U nas także - powiedziała Kala i nagle zasłoniła sobie usta dłońmi - Znaczy ja... tego no... zmieńmy lepiej temat.
Zachichotałam lekko, widząc jej zawstydzenie, choć przy okazji także byłam bardzo zdziwiona, że pan Ross pozwala wnuczce na takie ekscesy. Co prawda ja miałam dokładnie tyle samo lat, co Kala, gdy zaczęłam sypiać z Ashem, ale przecież w regionach nastolatki potrafią szybciej dojrzewać dzięki podróżom i przeżytym w nich przygodom, dlatego często poważniej podchodzą do tych spraw i ja z Ashem też tak mieliśmy. Czy Kala i Gabryś również? Gabryś wydawał się dość dojrzały i odpowiedzialny, aby jeszcze nie zostać rodzicem, ale Kala z tym swoim temperamentem? Trudno było mi stwierdzić, czy również jest dość odpowiedzialna.
A jeśli chodzi o pana Włodzimierz Rossa i powody jego pobłażliwości wobec wnuczki, to w tej sprawie odpowiedzi udzielił mi Ash, który zapytał o to naszego gospodarza, na co ten rzekł:
- To akurat jest bardzo proste. Po prostu dobrze znam Gabrysia i wiem, że mogę mu ufać. Kala bywa niekiedy zwariowana, ale ten chłopak ma na nią dobry wpływ.
Cóż... Jak dla mnie ta odpowiedź wyjaśnia w tej sprawie praktycznie wszystko.

***


Następnego dnia po wyżej opisanych wydarzeniach Shizuku i Seiyi postanowili obejrzeć enklawę, z kolei zaś ja i Ash w towarzystwie wiernych Pikachu i Buneary poszliśmy pozwiedzać najbliższą okolicę. Kala i Gabryś służyli nam za przewodników, dlatego też mogliśmy liczyć u nich na bardzo profesjonalne poznanie wszystkich atrakcji w całej okolicy.
Poszliśmy najpierw nad jezioro Sarbsko, w którym istnieje możliwość popływania rowerami wodnymi. Skorzystaliśmy z okazji i popływaliśmy nimi, a potem, kiedy już nacieszyliśmy się tą rozrywką, to wybraliśmy się do miejscowego Parku Dinozaurów. Nie ukrywam, że widoki w tym parku były naprawdę imponujące i było na co popatrzeć. Nie żałowałam zatem, że się tam wybraliśmy i cieszyłam swoje oczy tym, co można było tam obejrzeć.
Atrakcje były naprawdę wspaniałe, a do tego jeszcze pochłaniające bardzo wiele czasu, dlatego też nie mieliśmy po zapoznaniu się z nimi jakoś ochoty na to, aby zwiedzić całe miasto. To zostawiliśmy sobie na następny dzień, a kiedy ten nadszedł, to zaraz poszliśmy do Łeby. Tym razem Kala i Gabryś nie mogli nam towarzyszyć, ponieważ mieli jakieś swoje sprawy do załatwienia, dlatego odprowadzili nas tylko na ulicę Turystyczną, która była najbardziej atrakcyjnym miejscem do zwiedzenie. Znajdowała się ona za pewnym całkiem sporym mostem i była godna poznania i to pod każdym względem, ponieważ wszystko tam było warte uwagi. Idąc nią mijaliśmy kolejno różne bary, stoiska z pamiątkami, domy wczasowe oraz ośrodki. Było więc na co popatrzeć, było można też kupić sobie kilka drobiazgów na pamiątkę, a my z tej oto możliwości skorzystaliśmy i to skwapliwie, kupując sobie kilka pamiątek. Po ich nabyciu wybraliśmy się razem do wielkiej tablicy, na której wisiały ogłoszenia na temat różnych rozrywek, jakie miały mieć miejsce w Łebie. Bardzo byliśmy ciekawi, jakie to mogą być rozrywki. Spodziewaliśmy się samych najlepszych i się nie zawiedliśmy.
- Popatrz tylko, Ash - powiedziałam do mojego ukochanego - To brzmi całkiem ciekawie. Dziś po południu jest konkurs poezji śpiewanej, a jutro pierwszy etap szant i piosenek morskich.
- Ciekawe - uśmiechnął się lekko Ash, masując sobie przy tym palcami podbródek - To naprawdę brzmi ciekawie.
- Zdecydowanie ciekawie - odezwał się czyiś męski głos.
Odwróciliśmy się za siebie i zauważyliśmy tego samego tajemniczego nieznajomego, który nie dawno rzucił nam się w oczy swoim dość dziwnym zachowaniem. Młodzieniec tym razem uśmiechał się do nas przyjaźnie i nie udawał już, że na nas nie patrzy, gdyż postąpił wręcz przeciwnie: podszedł do nas i zagadał przyjaźnie.
- Nie chciałbym się narzucać, ale uważam, że naprawdę bardzo dobrze państwo postępują, że interesujecie się tymi występami.
- A dlaczego to jest takie dobre? - zapytałam zainteresowana.
- Ponieważ sam biorę w nich udział i mam wielką nadzieję na bardzo dużą publiczność.
- Aha, to zupełnie zrozumiałe - uśmiechnął się do niego Ash - W końcu każdy, kto występuje na scenie liczy na dobrą publiczność. Wiem coś o tym.
- O! Czyżbym miał tutaj do czynienia z kolegą po fachu? - zapytał z wielkim uśmiechem na twarzy nieznajomy.
- No, z tym kolegą po fachu to bym nie przesadzał - zaśmiał się lekko mój ukochany - Ja i moja dziewczyna tylko czasami występujemy na scenie, bo moja mama ma restaurację i czasami wystawiamy w niej różne drobne pokazy muzyczne dla gości.
- O! No proszę! To bardzo ciekawe - powiedział z coraz większym zainteresowaniem w głosie nieznajomy - A więc coś mi mówi, że takie oto amatorskie występy w konkursie szant są w sam raz dla was. Oczywiście za słowo „amatorskie“ bardzo państwa przepraszam.
- Spokojnie, przecież dobrze wiemy, że to nie jest konkurs dla ludzi będących zawodowymi piosenkarzami - odpowiedział wesoło Ash.
- No tak, rzeczywiście. Ale pozwólcie, że się wam przedstawię. Jestem Maciej, a wy?
- Jestem Ash, a to jest moja dziewczyna Serena, a to są nasi pokemoni przyjaciele Pikachu i Buneary - Ash dokonał prezentacji naszych osób.
Nieznajomy, który nazywał siebie Maćkiem, uśmiechnął się przyjaźnie w naszą stronę i powiedział:
- Bardzo mi miło was poznać. A przy okazji, po obecności tych jakże uroczych stworków domyślam się, że pochodzicie z terenów zamieszkałych przez Pokemony.
- To było dosyć łatwe do odgadnięcia - zachichotał mój luby - Ale tak czy siak miło nam cię poznać.
Chciałam powiedzieć to samo, ale obecność tego tajemniczego Maćka była dla mnie dość niepokojąca. Chłopak był jakiś dziwny, bo w końcu za pierwszym razem, gdy go zobaczyłam, niemalże rozpłynął się w powietrzu, a za drugim uważnie nam się przyglądał, chociaż udawał, że jest inaczej. A teraz co? Nagle, zupełnie niespodziewanie zaczął z nami rozmawiać i to tak po prostu, jakby znał nas już od dawna. To budziło mój niepokój, chociaż starałam się w miarę swoich możliwości tego nie okazywać. Bo w końcu to, co robił ten chłopak nie było ani zakazane, ani groźne dla nas. Owszem, było podejrzane i to bardzo, ale w końcu miał prawo się tak zachowywać, a jeśli był groźny, to lepiej było mieć się na baczności. A jeśli nie był groźny, to nie powinien wiedzieć, że go o coś podejrzewam, bo jeszcze zraniłabym go mymi podejrzeniami, na które on prawdopodobnie wcale nie zasługiwał. Dlatego też w miarę możliwości starałam się zachować spokój i uprzejmy uśmiech na twarzy.
- Mnie również bardzo miło jest was poznać - powiedział po chwili Maciek, wciąż przyjaźnie się uśmiechając - I wiecie co? Skoro nie jesteście stąd, to pewnie chcielibyście zwiedzić miasto, mam rację?
- Tak, ale nie mamy przewodników - powiedziałam.
- A raczej byli, ale się zmyli - dodał Ash.
- Pika-pika-chu! - dodał Pikachu.
- Och, to nic nie szkodzi. Ja sam chętnie służę wam za przewodnika po mieście. Bywałem tu wiele razy w czasie wakacji i znam Łebę jak własną kieszeń. To jak? Oprowadzić was?
Nie bardzo wiedziałam, czy powinniśmy się na to zgodzić, dlatego też spojrzałam na Asha oczekując na jego decyzję w tej sprawie. Ponieważ jednak mój luby wyraził zgodę, to i ja to zrobiłam i już po chwili Maciek oprowadzał nas po mieście.
- Tu, jak widzicie, mamy rozwidlenie dróg z ulicy Turystycznej - mówił Maciek tonem prawdziwego przewodnika - Po lewej mamy drogę na Rabkę, dzielnicę Łeby, a wraz z nią Wydmy Ruchome. Naprawdę warto zobaczyć to miejsce, gwarantuję. Po drodze mamy wyrzutnię, gdzie III Rzesza swego czasu prowadziła badania nad bronią rakietową, ale tę zobaczymy dopiero wtedy, gdy już prawie będziemy na wydmach. Chcecie zobaczyć?


Byliśmy ciekawi tego miejsca, dlatego też tam poszliśmy i cóż... Choć żadne z nas nigdy specjalnie interesowało się wojskowością, to jednak ta cała wyrzutnia wyglądała naprawdę imponująco. Spędziliśmy tam trochę czasu, ale nie za wiele, bo byliśmy jeszcze ciekawi innych miejsc. Maciek zaś oprowadzał nas w sposób godny wręcz profesjonalnego przewodnika, przy okazji opowiadając sporo o miejscach, które mijamy.
- Tutaj jest Plac Rybaka, jedno z najlepszych miejsc w tym mieście - mówił dalej nasz nowy znajomy - Musicie przyznać, że jest naprawdę nad wyraz imponujący.
- O tak, to prawda - powiedziałam z zachwytem w głosie.
- Z jednej strony, wychodząc z tego placu dojdziemy do Kina Rybak, a w jego okolicy znajduje się kilka naprawdę świetnych lodziarni, lokali gastronomicznych oraz stoisk z pamiątkami, które to ciągną się przez całą ulicę.
- Wiemy, już tu wczoraj byliśmy - zauważyłam - Nawet jedliśmy tam lody z naszymi znajomymi. Ale ty chyba dobrze o tym wiesz, bo nas wtedy widziałeś. Przechodziłeś w pobliżu, gdy tam byliśmy.
Maciek zaśmiał się delikatnie.
- No tak, rzeczywiście. Widziałem was wtedy, ale wybaczcie, jakoś nie specjalnie wam się wtedy przyglądałem.
- Odniosłam inne wrażenie - powiedziałam cicho sama do siebie.
Maciek na całe szczęście nie usłyszał tego i oprowadzał nas dalej, przy okazji wciąż opowiadając o tym, co właśnie widzimy.
- Na końcu ta ulica główna skręca w prawo, ale idąc nią dalej prosto wyjdziemy na Plażę A. Idąc w prawo zaś dojdziemy do kolejnej drogi nad morze, przebiegającej obok Hotelu Neptun. Na prawo od niego mamy Plażę C. Z Placu Rybaka, kierując się w stronę portu mamy możliwość zejścia do niego. Nawiasem mówiąc port jest podzielony na dwie części przez kanał łączący ujście rzeki Łeby do morza i z Jeziorem Sarbsko.
Kierując się od Placu Rybaka poszliśmy przez most i trafiliśmy na drogę prowadząca do głównego deptaku w mieście, a po obu stronach tego mostu mieliśmy zejścia do portu.
- Czy widzicie te zejścia? - zapytał po chwili Maciek - Możemy przejść nimi do portu, a po drodze mamy wiele smażalni ryb.
- Jakoś nie jestem wielkim miłośnikiem ryb - rzekł Ash - Mają za dużo ości, zwłaszcza tutejsze ryby.
- Ale spokojnie, w portach nie są tylko smażalnie ryb - uśmiechnął się Maciek wesoło - Tam też cumują kutry oraz statki wycieczkowe, w tym dwa stylizowane na okręty pirackie. Uważam, że do tego miejsca szczególnie warto się wybrać, a już zwłaszcza wtedy, gdy się szykujesz na jakąś zabawę.
- A to czemu? - spytałam.
- Bo na takim pirackim okręcie możesz wypożyczyć sobie jakiś fajny kostium na konkurs. Możesz rzecz jasna wystąpić w swoim stroju, który obecnie nosisz, ale mimo wszystko zawsze lepiej to wygląda dla jury, jeśli nosisz jakiś kostium piracki, gdy śpiewasz szanty.
- Jeszcze nie wiemy, czy weźmiemy udział w tym konkursie - rzekł Ash z uśmiechem - Ale wiesz co? Im więcej o nim mówisz, tym bardziej się do niego przekonuję.
Zachichotałam lekko, kiedy to usłyszałam. Dobrze wiedziałam, że Ash zawsze wyrywał się do takich fajnych występów, podczas których może się nieco powygłupiać przed publiką i dać im wielką radość, że o radości, jaką on sam z tego czerpał nie wspomnę.
- No, tak czy inaczej te pirackie statki warto zobaczyć. Podobnie jak wesołe miasteczko - powiedział Maciek.
- Wesołe miasteczko? - zaśmiałam się radośnie - To jest dobry pomysł. Ash, może byś dla mnie wygrał misia w strzelaniu do celu?
- W sumie... To czemu nie? A mamy czas? - zapytał mój luby, patrząc przy tym na Maćka.
- Tak, występ poezji śpiewanej jest dopiero wieczorem, a więc cóż... Mamy jeszcze sporo czasu. Więc skorzystajmy z okazji i skoczmy choć na godzinkę do wesołego miasteczka. Jest tam całkiem sporo atrakcji i można też wygrać pluszaka w strzelaniu do kaczek.
- Ale chyba nie prawdziwych? - zażartowałam sobie.
Pikachu i Buneary zachichotali, podobnie jak Ash.
- Pewnie, że nie. Ale jesteś dowcipna, Sereno.
Propozycja pójścia do wesołego miasteczka była bardzo przyjemna, dlatego też skorzystaliśmy z tej okazji i poszliśmy tam, potem oboje razem skorzystaliśmy z wielu atrakcji. Razem rzucaliśmy piłkami do butelek i do tarczy, Ash próbował swoich sił w uderzanie młotkiem w takie jedno coś, co podskakuje w górę do wiszącego dzwonka - im mocniej się uderzy, tym mocniej wyskoczy w górę. Nie pamiętam, jak to się nazywa, ale tak czy siak naprawdę doskonale sobie z tym poradził, bo trafił prosto w dzwonek i wygrał kilka kuponów, dzięki którym mogliśmy skorzystać z paru atrakcji. Wybraliśmy więc przejażdżkę na diabelskim młynie, kupiliśmy sobie watę cukrową, jechaliśmy na karuzeli i takimi samochodzikami, którymi trzeba się ze sobą zderzać, a potem Ash spróbował swoich sił w strzelaniu do takich przesuwających się na taśmie kaczek. Miał trafić pięć i trafił pięć bez jednego pudła. Wygrał dzięki temu pluszowego misia, którego to z miejsca podarował mnie.
- Och, Ash... Ja z tym misiem to żartowałam. Nie musiałeś, skarbie - powiedziałam wzruszonym głosem.
- Musiałem, bo chciałem ci tym sprawić przyjemność, kochanie moje - uśmiechnął się do mnie mój luby - W końcu miłość to nie tylko cała masa wielkich poświęceń. To także różne piękne drobiazgi, takie jak ten.
Uściskałam czule Asha i pocałowałam go delikatnie w usta.
- Kocham cię, mój ty słodki wariacie!
- Ja ciebie też, moja ty urocza wariatko!
- Ładnie się o mnie wyrażasz, wiesz?
- Ty też o mnie ładnie się wyrażasz.
Maciek parsknął śmiechem, widząc nasze wygłupy. Pikachu i Buneary także byli nimi zachwyceni, a po chwili drugie z nich zaczęło czule ściskać to pierwsze, a pierwsze zarumieniło się mocno na całym pyszczku.

***

  


Po wyjściu z wesołego miasteczka, w którym razem spędziliśmy tak miło czas, wyszliśmy na ulicę Turystyczną, tam natomiast Maciek ponownie wcielił się w rolę przewodnika, opowiadając nam o tym, co widzimy.
- Po prawej stronie mamy Pole Campingowe, a po lewej las. W tym lesie znajdują się ruiny kościoła św. Mikołaja oraz taka mała kapliczka z figurką Matki Boskiej, ale to już jest atrakcja dla tych, którzy są wierzącymi katolikami.
- My nimi nie jesteśmy, więc to nas specjalnie nie interesuje - rzekł na to Ash - Chociaż Serena wychowała się w katolickiej rodzinie, więc może ona by chciała...
- Nie ma mowy. Nie będę przed tym fetyszem klęczeć i modlić się - rzuciłam z ironią w głosie - Ja nie jestem katoliczką z przekonania. Nie po tym, co oboje widzieliśmy podczas naszych przygód. Poza tym jakoś zawsze dziwiło mnie to, że Kościół potępia bałwochwalstwo, a także jednocześnie sam do niego zachęca. Bo czym się niby różni modlitwa do figurki Matki Boskiej od modlenia się do pogańskiego bożka?
- Tym, że Matka Boska istniała naprawdę - zauważył Maciej.
- Ale nigdy nie prosiła, aby jej stawiać pomniki i modlić się do nich, mam rację? Chyba, że czytając Biblię coś przeoczyłam.
- Nie, niczego nie przeoczyłaś. Tak właśnie było, jak mówisz. Ludzie stworzyli sobie różne odmiany kultu tego samego Boga, jakie im samym pasowały, a efektem tego było odejście od podstawowych zasad tejże wiary. Cóż... Samo życie.
- Tak... Ale pomijając tę kapliczkę, to co jeszcze jest tu ciekawego do zobaczenia? - przerwałam tę do niczego nie zmierzającą dyskusję.
- Och, cała masa ciekawych rzeczy. Z ulicy Turystycznej, niedaleko za mostem można odbić w lewo, na ulicę Jachtową. Na jej końcu znajduje się dość ładny port Jachtowy i dwa wyjścia na plażę, z czego jedno jest obok Kanału Portowego, gdzie stoi Krzyż Poświęcony Ludziom Morza. Ale ta część plaży jest niestrzeżona, a ta, gdzie kończy się Turystyczna jest z kolei strzeżona. A w zachodniej części miasta, na której się znajdujemy, najlepsza jest Plaża B. Tam będzie odbywał się ów konkurs, w którym biorę udział, a jutro odbywa się kolejny, do którego udziału namawiam was, moi drodzy.
- A jak trafić na Plażę B? - zapytał Ash - Bo my, o ile dobrze pamiętam, byliśmy nie tak dawno na Plaży A, ale na B, to jeszcze nie.
- Już mówię. Ulica Turystyczna jest w tej części miasta główną ulicą i z niej łatwo dotrzeć na Plażę B. Wystarczy przejść przez most, w którego stronę właśnie idziemy. To most nad rzeką Łebą, będącą tu też jednocześnie kanałem portowym. Jest w nim trochę budynków, a głównie kilka sklepów i restauracji, ale tylko po prawej stronie, ponieważ po lewej stronie mamy pola namiotowe i campingowe. Mamy też skręt w ulicę Jachtową, o której już wam mówiłem. Przy niej są ośrodki wczasowe (trzy, będąc ścisłym), a na jej końcu zaś jest ładny Port Jachtowy z tawerną. Stamtąd zaś mamy aż dwa wyjścia na plażę, jedno prowadzi przez kawałeczek lasu, drugie biegnie koło Kanału Portowego. W sumie też można tam przejść się po falochronie. Tak czy inaczej z tej ulicy, na której właśnie jesteśmy, musimy przejść po moście na Jachtową, a z niej już idziemy na Plażę B. A przy okazji, przy wejściu na plażę jest kilka restauracji oraz ładny bar z drinkami. Jeśli lubicie jakieś dobre napoje, to zapraszam was serdecznie.
- Jeśli chodzi o mnie, to ja się chętnie napiję martini z wódką - rzucił żartobliwie Ash.
- Wstrząśnięte, nie mieszane - dodałam dowcipnie.
- Masz je u mnie - zachichotał Maciej, chyba rozumiejąc żart.
Tak czy inaczej poszliśmy zgodnie z planem na Plażę B, mijając po drodze najróżniejsze atrakcje, o których opowiadał nam nasz przewodnik. Potem zadowoleni, gdy tylko tam się znaleźliśmy, to poszliśmy do takiego jednego budynku, który był ogromną sceną. Tam zaś parę zespołów miało właśnie próbę swoich występów. Maciek, kiedy tam trafiliśmy, poszedł do jednego z ludzi stojących pod sceną, po czym porozmawiał z nim, a zaraz potem powrócił do nas, mówiąc wesoło:
- Rozmawiałem z gościem, który urządza te konkursy. Możecie się u niego zapisać na jutrzejszy konkurs szant i piosenek morskich. Oczywiście, jeśli chcecie w nim wystąpić.
- Ale my jeszcze nie mówiliśmy, że chcemy w nim wystąpić - zauważył Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu wesoło.
Ash spojrzał na niego zainteresowany, a jego starter zaczął mu zaraz pokazywać na migi, że bardzo chce wystąpić na scenie i Buneary także by tego chciała, a poza wie doskonale, iż jego trener również tego chce. Mój luby pod wpływem tej argumentacji, uśmiechnął się bardzo zadowolony i powiedział:
- Tak, przyjacielu. Znasz mnie doskonale i wiesz, że ja wręcz się palę do tego konkursu i to od pierwszej chwili, gdy o nim usłyszałem.
To mówiąc pogłaskał powoli po głowie swojego Pokemona i dodał:
- Doskonale. A więc chodźmy się zapisać, kochani.
Maciek zaprowadził nas do ludzi, którzy prowadzili zapisy do udziału w konkursie. Zapisaliśmy się u nich, jednocześnie też wypytując o to, jakie są zasady konkursu.
- Są one bardzo proste - powiedział gość, który nas zapisał - Musicie zaśpiewać w konkursie jakąś piosenkę związaną z morzem. Nie musi to być koniecznie utwór należący do tradycyjnych szant, bo to może być zwyczajna piosenka z bajki czy filmu, ale musi w jakiś sposób wiązać się z morzem.
- Aha, takie buty - uśmiechnął się delikatnie Ash, lekko sobie przy tym masując podbródek - Brzmi ciekawie. W sumie to rozszerza zakres naszych możliwości.
Uśmiechnęłam się zadowolona, gdy ujrzałam jego minę. Bardzo dobrze bowiem wiedziałam, że mój luby zaangażuje się w ten konkurs i nie tyle dla wygranej, co dla samej zabawy, z której zamierza tak samo, jak i ja czerpać prawdziwą przyjemność.


Tak czy siak zapisaliśmy się do udziału w konkursie, a potem bardzo zadowoleni udaliśmy się do miejsca pod sceną, w którym właśnie zaczęli się zbierać widzowie. Bardzo chcieliśmy być obecni wtedy, gdy nasz przyjaciel Maciek będzie występował, a że występował jako pierwszy w konkursie poezji śpiewanej, to bardzo chcieliśmy zobaczyć, jaki on utwór zaśpiewa i jak mu się to uda.
- A teraz, kochani, rozpoczynamy konkurs poezji śpiewanej! - zawołał wesoło przez mikrofon ten sam gość, z którym nieco wcześniej rozmawiał Maciej - Mam nadzieję, że będziecie się państwo dobrze bawić! A zatem zaczynamy! Jako pierwszy wystąpi pewien znakomity młody artysta, który już nieraz występował na scenie, a przynajmniej tak twierdzi...
Te słowa publiczność powitała wesołym chichotem.
- Tak czy inaczej, to znakomity artysta, nawet jeśli tylko według swego własnego mniemania i zaraz udowodni nam to. Oto teraz przed państwem wystąpi wspaniały Maciej Kabrocki w piosence Marka Grechuty „Chodźmy tam“!
Po tych słowach nastąpiła ogromna burza oklasków, zaś nasz nowy przyjaciel powoli wszedł na scenę, wziął do ręki mikrofon, a kiedy orkiestra zaczęła grać, powiedział:
- Piosenkę tę dedykuję komuś, kogo bardzo kochałem i kogo teraz nie ma pośród nas, ale ten ktoś zawsze będzie w moim sercu i pamięci. Jeśli ta osoba mnie teraz słyszy, to niech wie, że ta piosenka jest właśnie dla niej.
Po zakończeniu tej dedykacji Maciek zaczął śpiewać:

Chodźmy tam, gdzie nas oczy poniosą.
Chodźmy tam, gdzie niełatwy jest czas.
Czas zieleni, łez i rosy.
Czas innego, nowego dnia.
Zabierz wszystkie własne myśli.
Zabierz swego szczęścia łut.
Tam, gdzie wszystko jeszcze dla ciebie.
Czekaj dnia, przyjdzie znów.

Chodźmy tam szukać swego dnia.
Noc ucieka, światło woła nas.
Chodźmy tam szukać swego dnia.
Noc ucieka, światło woła nas.
Chodźmy tam szukać swego dnia.
Noc ucieka...

Zawierz tylko takim słowom,
Które niosą z sobą sen.
O nieznanym, szklanym domu,
Gdzie nadejdzie dzień za dniem.
Siądziesz tam przy wspólnym stole.
Znajdziesz w winie wiatru szum.
Tam, gdzie wszystko jeszcze dla ciebie.
Czekaj dnia, przyjdzie znów.

Chodźmy tam szukać swego dnia.
Noc ucieka, światło woła nas.
Chodźmy tam szukać swego dnia.
Noc ucieka, światło woła nas.
Chodźmy tam szukać swego dnia.
Noc ucieka...

Gdy piosenka dobiegła końca, to wszyscy zaczęliśmy głośno klaskać na cześć naszego nowego znajomego, który delikatnie się uśmiechnął, lekko ukłonił publiczności, po czym spokojnie zszedł ze sceny.
Więcej tego dnia go nie zobaczyliśmy, co nas bardzo zdziwiło, ale pomyśleliśmy, że widocznie Maciek musi mieć swoje powody, dla których poszedł w swoją stronę i nie próbowaliśmy go szukać, biorąc sobie do serca radę Szekspira, który był zdania, że próżno jest szukać tego, kto wcale nie chce być odnaleziony.

***


Wróciliśmy do domu pana Rossa, gdzie czekali na nas nasi przyjaciele. Każde z nich było w wyśmienitym humorze, nawet Alexa, która ponownie przeprosiła nas za swoje wczorajsze zachowanie.
- Naprawdę nie wiem, co mi wtedy odbiło, żeby tak na was naskoczyć - powiedziała Alexa załamanym tonem.
- Spokojnie, kobiety w ciąży podobno tak mają, a więc niczym się nie przejmuj - odpowiedziałam jej - Ale wiesz co? Aż się boję, co będzie, gdy ja będę oczekiwać dziecka Asha.
Alexa parsknęła śmiechem, słysząc jej słowa.
- Och, Sereno... Teraz o tym nie myśl. Masz jeszcze na to dużo czasu, a poza tym... Poza tym każda kobieta inaczej reaguje na taką sytuację. Ja tam jestem zdania, że tobie na pewno nie odbije. Jakoś wcale nie wierzę w to, że byłabyś do tego zdolna.
- Tak sądzisz?
- Jestem tego pewna.
- A ja nie bardzo. Nie widziałaś mnie w akcji, gdy raz miałam TE DNI. Tak mi wtedy odbiło, że na własne życzenie wpakowałam się w naprawdę niezłe tarapaty i to na własne życzenie.
- Każdy ma swoje gorsze dni, a więc się niczym nie przejmuj. Ważne, żeby jakoś przez nie przebrnąć. Ja też muszę to zrobić.
- A masz gorsze dni?
Alexa rozejrzała się dookoła.
- Chodźmy gdzie indziej pogadać.
Spełniłam jej życzenie i obie usiadłyśmy sobie w ustronnym miejscu, którym były schody przed domem pana Rossa, aby spokojnie porozmawiać bez zbędnych świadków.
- I jak się dzisiaj czujesz? - zapytałam po chwili.
- Lepiej niż wczoraj. Przeprosiłam Seiyiego i Shizuku, ale cóż... Mimo wszystko wciąż dręczy mnie to, jak się wczoraj zachowałam. Nie powinnam była tak do nich mówić. Mam nadzieję, że więcej mi tak nie odbije.
- A myślałaś o swoim dziecku?
- Myślałam wiele, ale wciąż nie wiem, czy jestem na to gotowa. Wciąż się boję, że nie sprawdzę się jako matka, nie mówiąc już o tym, że nie wiem, co mam sądzić o Rene. Zależy mi na nim i to bardzo.
- A jemu zależy na tobie.
- Skąd to wiesz? Bo on tak mówił? Mówić można wiele.
- Ja tam mu wierzę.
- Ja także chcę mu wierzyć, ale nie znamy się aż tak długo jak ty i Ash, aby można było tu mówić o wielkiej i prawdziwej miłości.
- Ale go kochasz?
Alexa uśmiechnęła się delikatnie i powiedziała:
- Tak, kocham go. I chcę, aby on kochał mnie.
- I myślę, że on cię kocha.
- Być może... Ale już raz pokochałam bardzo mocno i co? Złamano mi serce. A co, jeśli znowu tak będzie? Jeśli zostanę sama z dzieckiem? A poza tym nie wiem, czy się sprawdzę jako rodzic. Czy taki włóczykij jak ja, który ciągle za czymś goni, może być dobrą matką?
Pomyślałam przez chwilę o tym, o czym nieraz rozmawiałam z Ashem i o jego sztuce dedukcji polegającej na wyciąganiu wniosków z tego, co się widzi i słyszy. Nie byłam pewna, czy myślę słusznie, ale w końcu niczym nie ryzykowałam, więc postanowiłam spróbować.
- Dlatego zaczęłaś wędrować po świecie? - zapytałam - Bo tamten facet cię porzucił? I chciałaś uciec od miejsc, które ci się z nim kojarzą?
Alexa spojrzała na mnie z uwagą i lekko się uśmiechnęła.
- Wiesz, Sereno... Praca z Ashem przynosi efekty.
- Czyli mam rację?
- Tak, choć też nie do końca. Pamiętasz zapewne, że moja babcia była Cyganką, prawda?
- Tak, pamiętam.
- Więc można powiedzieć, że mam włóczęgę we krwi. Lubię wędrować po świecie, zbierać informacje, przeżywać przygody... Ale tak sobie myślę, że tego nie można robić cały czas. Nie można tak bez końca wędrować po świecie. Trzeba kiedyś w jakiś sposób ustabilizować swoje życie. Problem w tym, że nie mam pojęcia, jak to zrobić. Związek z Rene jest cudowny, ale czy tak zawsze będzie? A jeśli się nie uda?
- A ja sobie myślę, że problem tkwi w czymś jeszcze. Ty wciąż możesz kochać tamtego dupka.
Alexa lekko się obruszyła, kiedy to usłyszała.
- Co ty wygadujesz?! Ja go nienawidzę.
- Wątpię. Ty nie jesteś zdolna do nienawiści - powiedziałam.
- Być może, ale co to ma znaczenie? Widmo tego drania wciąż mnie prześladuje. Kocham Rene i zależy mi na nim, ale boję się, że on również mnie porzuci. Strach przed tym jest zbyt wielki, abym mogła tak po prostu z nim być, ale nie umiem też odejść od niego. No, a poza tym... A poza tym widzę, że on się stara i zależy mu na byciu ojcem. Jestem pewna, że będzie doskonałym ojcem, ale czy ja będę dobrą matką? Mam w tej sprawie bardzo poważne wątpliwości.
Westchnęłam głęboko, nie wiedząc, co mam powiedzieć.
- A co sądzisz o naszej parze nieszczęśliwców? - zapytałam po chwili.
- Chodzi ci o Shizuku i Seiyiego? - spytała Alexa - Widziałam ich dziś, jak miło spędzali czas we dwoje. Więcej ci powiem, oni nawet uśmiechali się do siebie, ale nie mam żadnej pewności, co z tego wyjdzie. Może coś, a może nic.
- Spokojnie, nie załamuj się tak. Przede wszystkim na spokojnie. Czas leczy wszystkie rany.
Alexa prychnęła z pogardą.
- Guzik prawda. Tak naprawdę czas tylko je pogłębia, zwłaszcza, kiedy jest się samemu.
- Ale ty nie jesteś sama. Masz przyjaciół, którzy cię kochają i nigdy nie zostawią cię samej z twoimi problemami - zauważyłam.
- Ale jak długo jeszcze oni ze mną wytrzymają, skoro sama siebie mam chwilami serdecznie dosyć? - spytała Alexa, po czym wstała i odeszła.
Ja zaś siedziałam przez chwilę w milczeniu na schodach, aż podeszli do mnie Ash z Kalą i Gabrysiem.
- Wiesz, czego się dowiedziałem? - zapytał mój chłopak - Nasi drodzy przyjaciele także biorą udział w tym jutrzejszym konkursie, w którym i my bierzemy udział.
- Poważnie?! - zawołałam radośnie - To doskonale! A czy występujecie w duecie, czy każde z osobna?
- W duecie, tak jak wy - odpowiedziała wesoło Kalina.
- A w jakiej piosence? - spytałam.
- A to już niespodzianka - odparł na to Gabryś, uśmiechając się przy tym enigmatycznie - Mogę wam tylko obiecać, że to będzie naprawdę super piosenka, jestem tego pewna.
Nie wątpiłam, że tak właśnie będzie i już nie mogłam się doczekać ich występu, równie mocno, co naszego własnego.

***


Następnego dnia odbyły się na Plaży B zawody windsurfingowe, na których chłopaki i dziewczyny popisywały się swymi umiejętnościami jazdy na desce po falach morza. Odbywały się one tuż przed pierwszym etapem konkursu szant i piosenek morskich. Nie będę ukrywać, że naprawdę to był świetny widok, gdy ci młodzi ludzie pokazywali, co potrafią w tej raczej dość trudnej dziedzinie sportowej. Ash też myślał o tym, aby spróbować swoich sił podczas tych zawodów, ale darował sobie to, żeby oszczędzić siły na konkurs. Przed jego rozpoczęciem Kalina z Gabrysiem, Ashem oraz mną poszła na statek piracki, o którym to poprzedniego dnia wspominał nam Maciek. Tam też wypożyczyliśmy sobie kilka pirackich kostiumów. Gabryś wyglądał jak kapitan Jack Sparrow, Kalina natomiast założyła strój, w który wyglądała jak żeńska wersja kapitana Haka z bajki Disneya. Ja natomiast założyłam na siebie różową sukienkę piracką, fioletową chustę na głowę, a w dłoń chwyciłam szablę. Ash z kolei, aby lepiej wystąpić w piosence, którą postanowił zaśpiewać, dał jednemu piratowi narysować na swoim torsie i plecach kilka fajnych rysunków mających imitować tatuaże. Założył potem marynarską czapkę, koszulkę w biało-niebieskie paski oraz szare spodnie. Pikachu założył chustę i przepaskę na oko, zaś Buneary ubrała się podobnie. Po tych wszystkich czynnościach byliśmy gotowi do występów i mogły się one odbyć.
Gdy zaczął się konkurs, najpierw zaśpiewały te osoby, które zapisały się wcześniej, czyli m.in. Kala i Gabryś. Tych dwoje zaśpiewało starą, dobrą piosenkę, będącą chyba hymnem wszystkich piratów na całym świecie, przy czym zaśpiewali ją w dość nietypowy sposób, bo do rytmu remixu melodii z filmu: „Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły“. Powiem szczerze, nawet nieźle im wyszło zaśpiewanie pod rytm tej wręcz kultowej już melodii z disneyowskiego filmu następujących słów:

Piętnastu chłopa na Umrzyka Skrzyni...
Hej, ho, ho! I butelka rumu!
Pij za zdrowie, resztę czart uczyni.
Hej, ho, ho! I butelka rumu!

Z całej załogi jeden został zuch,
Choć wypłynęło ich czterdziestu dwóch.
Hej, ho, ho! I butelka rumu!

Tom Evry dostał nożem po policzku...
Hej, ho, ho! I butelka rumu!
A monsieur Tessain zadyndał na stryczku.
Hej, ho, ho! I butelka rumu!

Z całej załogi jeden został zuch,
Choć wypłynęło ich czterdziestu dwóch.
Hej, ho, ho! I butelka rumu!

Nóż dostał w grdykę Francuz i padł trupem...
Hej, ho, ho! I butelka rumu!
Grosz zaśniedziały był ich całym łupem.
Hej, ho, ho! I butelka rumu!

Z całej załogi jeden został zuch,
Choć wypłynęło ich czterdziestu dwóch.
Hej, ho, ho! I butelka rumu!

Trup Bellamy’ego sczerniały i suchy...
Hej, ho, ho! I butelka rumu!
Wisi pod Kingston, aż brzęczą łańcuchy.
Hej, ho, ho! I butelka rumu!

Z całej załogi jeden został zuch,
Choć wypłynęło ich czterdziestu dwóch.
Hej, ho, ho! I butelka rumu!

Trzeba przyznać, że występ im się udał i to bardzo dobrze. Oboje byli po prostu rewelacyjni. Na tyle rewelacyjni, iż przez chwilę obawiałam się o to, że nasz występ nie odniesie zbyt wielkiego sukcesu. Na całe szczęście myliłam się.


Wodzirej, czy jak on się tam zwie, zapowiedział nasz występ w typowy dla siebie, wesoły sposób, a potem na scenę wpadliśmy ja, Ash, Pikachu i Buneary. Orkiestra zaczęła grać piosenkę „Tatuaż Tango“ z filmu „Podróże pana Kleksa“, natomiast Ash zdjął koszulkę, po czym dumnie prężąc pierś zaśpiewał:

Niedaleko Cieśniny Złych Przeżyć,
Na przylądku, w portowej tawernie,
Moi drodzy, zechciejcie mi wierzyć,
Ja spisałem się bardziej niż dzielnie.

Latający Holender to ja!
Obejrzyjcie mój tors gladiatora!
To jest Lucy, to Mary, a ta...
Ośmiornica jest siostrą potwora.

Wówczas do akcji wkroczyłam ja i skacząc bardzo wesoło wokół Asha zaśpiewałam:

Latający Holender to on!
Obejrzyjcie ten tors gladiatora!
To jest Lucy, to Mary, a ta...
Ośmiornica jest siostrą potwora.

Pikachu i Buneary skakali wokół nas, piszcząc przy tym wesoło, a Ash i ja, mając z tego ubaw po pachy, tańczyliśmy przez chwilę razem z nimi. Po zakończeniu tych zwariowanych pląsów, mój luby zaśpiewał:

W każdym porcie, wiadomo, dziewczyna.
Każda młoda i zgrabna i ładna,
Lecz potwierdzi to każdy marynarz.
Zimna jolka, to ryba jak żadna!

Latający Holender to ja!
Mnie nie straszne są szczęki rekina.
Ten kaszalot to Betty, a ta...
Hej, kochani! Nalejcie mi wina.

Zimna jolka, przepraszam, nie dla mnie.
Kiedy ją poprosiłem do tanga,
To się zaraz zrobiło upalnie.
Cztery noce trwała balanga!


Po tych słowach Ash porwał mnie do wesołego tańca i skacząc wraz ze mną po scenie zaśpiewał krzykliwie i wesoło:

Niedaleko Cieśniny Złych Przeżyć,
Na przylądku, w portowej tawernie,
Moi drodzy, zechciejcie mi wierzyć,
Ja spisałem się bardziej niż dzielnie.

Latający Holender to ja!
Obejrzyjcie mój tors gladiatora!
To jest Lucy, to Mary, a ta...
Ośmiornica jest siostrą potwora.

Po tej zwrotce delikatnie i wesoło dygnęłam przed Ashem, wskazałam go publiczności i zaśpiewałam czule:

Latający Holender to on!
Obejrzyjcie ten tors gladiatora!
To jest Lucy, to Mary, a ta...
Ośmiornica jest siostrą potwora.

Po tych słowach nastąpił koniec piosenki i występu. Publiczność biła gromkie brawa, zaś my ukłoniliśmy się jej grzecznie i zeszliśmy, aby ustąpić miejsca jeszcze kilku innym osobom.
- Ale to był występ - powiedział wesoło Ash.
- Tak, bawiłam się doskonale - zaśmiałam się, ocierając sobie ręką pot z czoła - Ale czemu, co jakiś czas zerkałeś w kierunku publiki?
- Wiesz... Wiem, że to głupie, ale wydawało mi się, że widziałem wśród ludzi zebranych pod sceną Adelę i Nika.
Zdziwiły mnie jego słowa i to bardzo. Bo co? Najpierw ja mam dziwne zwidy w sprawie Maćka, które potem okazały się nie być zwidami, a teraz jeszcze coś takiego?
- Ale widziałeś ich tylko raz czy kilka razy? - zapytałam.
- Kilka razy. Podejrzewam, że mogą tu gdzieś być - odparł Ash.
- Ale dlaczego? Co by tutaj robili?
- Nie mam pojęcia.
Tymczasem występy trwały dalej, aż w końcu pierwszy etap konkursu dobiegł końca i jury zaczęło naradzać się w sprawie tego, kto go wygrał. W tym celu mierzono na takim specjalnym urządzeniu, kto wzbudził większy entuzjazm u publiczności. Dosyć szybko wytypowano dzięki temu kilku uczestników mających najlepsze wyniki, a w tym duet Kali i Gabrysia oraz mój i Asha. Oczywiście cieszyliśmy się i to strasznie z takiego obrotu spraw.
- Dziękujemy wszystkim uczestnikom za wzięcie udziału w pierwszym etapie konkursu, a tym, którzy przeszli do drugiego etapu radzimy, żeby porządnie wypoczęli, gdyż już jutro będą śpiewać przed nami swoje kolejne utwory - powiedział wodzirej, kończąc jednocześnie ten etap konkursu.
Niestety, ani on, ani też ja i Ash nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, że następnego dnia będziemy mieli znacznie poważniejsze problemy niż to, jak oboje wypadniemy na konkursie. Nad naszymi głowami zbierały się bowiem czarne chmury, a my nie zdawaliśmy sobie w żaden sposób z tego sprawy.


C.D.N.

niedziela, 28 października 2018

Przygoda 118 cz. II

Przygoda CXVIII

Udane wakacje cz. II


Statkiem dopłynęliśmy do Niemiec, skąd potem przesiedliśmy się do autokaru podróżnego, którym dojechaliśmy na miejsce, czyli do Łeby. To była naprawdę bardzo przyjemna podróż i to wbrew temu, co opowiadał nam John Scribbler, chociaż Ash zauważył, że to dotyczyło podróży po całej Polsce, a nie tylko podróży z jednego kraju do Polski, więc cóż... Mieliśmy wielkiego farta, że nam się udało trafić na jakiś porządny pojazd i godziwe warunki podróży.
Tak czy inaczej naprawdę mieliśmy bardzo przyjemną podróż, a potem też dotarliśmy do bardzo przyjemnego miejsca, którym była Łeba. Nie będę ukrywać, to miasto było rzeczywiście zachwycające i wręcz od pierwszej chwili, kiedy tylko je zobaczyłam, poczułam do niego ogromną sympatię. Te piękne widoki, te wszystkie budynki, połączone z piękną, słoneczną pogodą dodającą uroku ulicom oraz ludziom, które po nich chodzą... Tak, John nas zdążył uprzedzić, abyśmy nie liczyli na to, iż w tym miejscu będzie ciepło, bo w Polsce bywa często chłodno i to nawet latem, ponieważ zimny prąd skandynawski idzie na ten kraj z północy, a prócz tego należy też pamiętać o prądzie syberyjskim, który idzie ze wschodu.
- Mówię wam, ten kraj po prostu miał pecha w ustawieniu się i to od samego początku. A to wszystko dlatego, że jak Lech, Czech i Rus oraz ich przyrodni brat Deutschland zakładali swoje kraje, to poszli każdy w swoją stronę, a Lech leniuch pozostał na miejscu, mając wszystkich braci z każdej strony - pomijając stronę północną, skąd miał morze i prądy skandynawskie. Ale cóż, Lech zawsze był leniem, a do tego jeszcze nigdy też nie grzeszył inteligencją, bo postanowił, głupek jeden, usiąść sobie na swojej miedzy, gdzie znalazł się pomiędzy Ruskimi a Niemcami, nie mówiąc już o tym, że na południu miał Pepiczków, to znaczy Czechów. No i efekty tego mamy do dzisiaj, a objawiają się one m.in. poprzez kiepski klimat. Więc w Polsce jest albo upał jak na pustyni, albo zimno jak na Syberii. Także nie liczcie na zbyt wiele w sprawie klimatu, moi kochani. Ale jeśli chodzi o widoki i atrakcje, to cóż... W tej sprawie, to ja mogę was zapewnić, że nie będziecie niczego żałować. Wiem, co mówię, bo się tam wychowywałem od najmłodszych lat. To jest jedno z najpiękniejszych miejsc na całym świecie i chętnie czasami tam wracam, choć nie chciałbym tam znowu mieszkać na stałe. Za dobrze mi w Kalos, abym miał je opuszczać. Ale cóż... Pojechać tam od czasu do czasu, to co innego. I dlatego tym chętniej polecam wam Łebę jako miejsce godne zwiedzenia.
Tak właśnie mówił nam John na niedługo przed naszym wyjazdem i nie będę ukrywać, że po zobaczeniu Łeby poczułam, że miał on rację, to miasto jest zdecydowanie jednym z najpiękniejszych miejsc na całym świecie, choć pierwszego dnia podróży nie mieliśmy okazji niczego zwiedzać. W końcu nie wiedzieliśmy, co mielibyśmy konkretnie zwiedzić, a poza tym bardzo się spieszyliśmy do miejsca, w którym to byliśmy umówieni z naszym drogim gospodarzem, a tym miejscem był Nowęcin, dzielnica Łeby, zawierająca w sobie niesamowitą atrakcję w postaci enklawy Pokemonów koni. Bardzo byliśmy jej ciekawi, a poza tym nie chcieliśmy, żeby jej właściciel musiał na nas czekać dłużej niż to było konieczne.
Gospodarz, pan Włodzimierz Ross okazał się być wysokim i starszym panem w wieku sześćdziesięciu-kilku lat, posiadaczem niebieskich oczu, gładko ogolonej twarzy i przyjemnego nosa, a także siwych włosów, które miał ostrzyżone na krótko i uczesane z lekkim przedziałkiem. Ubrany był elegancko, w czarny strój, białą koszulę na guziki oraz czerwony krawat. Czekał na nas w swoim domu, do którego bardzo łatwo trafiliśmy, ponieważ enklawa Pokemonów koni była tylko jedna w całym Nowęcinie, więc każdy umiał wskazać nam do niej drogę. A poza tym mieliśmy mapę od Johna, dlatego nie było szans na zabłądzenie.
Krótko mówiąc, dotarliśmy na miejsce bez najmniejszego trudu, a gdy już to zrobiliśmy, to zobaczyliśmy enklawę, która była pięknym miejscem, pełnym drzew, roślin i uroczych zwierząt typowych dla tych terenów. Prócz nich biegały tam także stada pięknych Pokemonów koni. Nie był to dla nas jakiś niezwykły widok, bo Rapidashe i Ponyty były nam dobrze znane, ale ich widok w Łebie sprawił nam ogromną przyjemność, gdyż poczuliśmy się dzięki temu w pewnym sensie jak w domu.
- Pięknie tutaj! - powiedziała Alexa, kiedy już dotarliśmy do enklawy i zobaczyliśmy Pokemony - Naprawdę pięknie.
- Oj tak... Piękna nie można temu miejscu odmówić - zauważył dość ponurym tonem Seiyi.
Młodzieniec najwidoczniej nie był zbytnio zadowolony, ale tak prawdę mówiąc, jakoś nie mieliśmy mu tego za złe. Przecież wciąż bardzo mocno przeżywał on stratę ukochanej, która była najważniejszą istotą w jego życiu, dlatego też nie umiał tak po prostu zapomnieć o tym, że jej nie ma i czerpać radości z czegokolwiek, nawet z tak pięknego widoku jak ten.
- Och, stary - powiedział do Seiyiego Ash - Rozumiem, że taki widok cię nie rusza. Nie w sytuacji, w jakiej się znalazłeś. Ale chyba nie żałujesz, że wtedy zamieniłem ci truciznę na sodkę?
- Nie, w żadnym razie tego nie żałuję - odpowiedział mu Seiyi - Wiem doskonale, że Minako by tego nie chciała. Ale też trudno mi jakoś to tak po prostu przetrwać.
- Wiem, co czujesz - powiedziałam ponuro - Sama przez pewien czas myślałam, że Ash nie żyje i uwierz mi, wtedy także chciałam się zabić z tego powodu. Ja jednak nie miałam nikogo, kto by mnie ocalił i przeżyłam chyba tylko dlatego, że tam na górze ktoś mnie lubi.
- No widzisz. Sama więc rozumiesz, że nie można tak łatwo zapomnieć o tym, że nigdy więcej nie zobaczysz osoby, którą kochasz i która tak wiele dla ciebie znaczyła. Nigdy nie usłyszysz jej głosu, nigdy nie zobaczysz jej uśmiechu... To jest trudniejsze niż można to sobie wyobrazić.
- Wiem, ale mimo wszystko na swój sposób ja cię rozumiem, bo sama przeżywałam coś podobnego.
- Ale twój ukochany jednak przeżył i żyje dalej. A Minako nie żyje i nikt mi jej nie przywróci do życia, bo ono się skończyło i to na zawsze.
- Zaraz nam się skończy życie na zawsze, jeśli nie zejdziemy gdzieś na jakieś ubocze - powiedziała nagle Alexa.
Zaintrygowani jej słowami rozejrzeliśmy się i zauważyliśmy, że oto w naszym kierunku gna właśnie stado Rapidashów, więc szybko zeszliśmy im z drogi, aby nie skończyć pod ich kopytami.


- O rany! Było blisko! - jęknął Ash.
Pikachu przytulił mocno do siebie Buneary i zapiszczał z niepokoju, lekko ocierając sobie łapką pot z czoła.
- Nie ma co, było faktycznie blisko - powiedziałam - A myślałam, że tylko Rhyhorny mogą człowieka stratować na śmierć. A tu proszę, co się dzieje.
- Mimo wszystko musisz przyznać, że pięknie wyglądają te Rapidashe galopujące całym stadem - rzekł mój luby.
- Nie będą takie piękne, jak cię stratują - rzuciłam złośliwie.
- No, w takim wypadku, to rzeczywiście ich piękno może ulecieć jak powietrze z balonika - zaśmiała się Alexa.
- Zamiast tak stać i gadać, to lepiej znajdźmy dom pana Rossa - rzekł nagle Seiyi - Pewnie już na nas czeka.
- Nie inaczej - Ash spojrzał na zegarek i uśmiechnął się lekko - Już najwyższy czas na obiad.
- Och, Ash - zaśmiałam się - Czy ty ciągle myślisz tylko o jedzeniu, gdy sprawdzasz godzinę?
- A o czym mam myśleć? - zachichotał mój luby.
- Pika-pi! Pika-chu! - zapiszczał nagle Pikachu ostrzegawczo.
Spojrzeliśmy w kierunku, skąd przygalopowało przed chwilą całe stado Rapidashów i zauważyliśmy, że oto właśnie z tego samego miejsca pędzi kolejny Pokemon koń, a na jego grzbiecie siedzi jakaś dziewczyna w stroju do konnej jazdy. Była wyraźnie przerażona, bo próbowała ciągnąć za lejce i zatrzymać swego wierzchowca, ale nic jej to nie dało, gdyż ten dalej dawał susy przed siebie.
- Na pomoc! Niech mi ktoś pomoże! Kala, gdzieś ty jesteś?! Gabryś! Ratunku! - krzyczała przerażona kobieta.
Rapidash, na którym siedziała gnał przed siebie z zawrotną szybkością i nie chciał się zatrzymać, pomimo usilnych prób, które to podejmowała biedna dżokejka. Byliśmy tym widokiem przerażeni i rzecz jasna chcieliśmy pomóc, ale jako pierwszy z szoku ocknął się Seiyi, który podbiegł szybko do Rapidasha, wskoczył mu na grzbiet tuż za tajemniczą dziewczyną, złapał szybko za lejce i szarpnął je mocno, aż Pokemon stanął dęba i zaczął mocno wierzgać kopytami.
- Skacz! - zawołał Seiyi do dziewczyny.
Ta była w niezłym szoku i przez chwilę nie wiedziała, co ma zrobić, ale w końcu posłuchała go i zeskoczyła z konia korzystając z faktu, że akurat stoi on w miejscu. Potem Ash szybko dobiegł z Pikachu do Rapidasha, który wciąż stawał dęba, bo Seiyi szarpał go za lejce i nie dawał mu galopować, a jednocześnie z trudem utrzymywał się w siodle. Ash zaś złapał zwierzę za wędzidło przy pysku i próbował jakoś go przytrzymać.
- Spokojnie, ty ognisto-grzywa chabeto! - zawołał mój luby - Weź się przestań tak rzucać!
- Pika-pika! Pika-chu! - piszczał Pikachu.
Chwilę później dało się słyszeć tętent kopyt i podjechała do nas kolejna osoba. Była nią jakaś młoda szesnastolatka w białej koszulce, niebieskich dżinsowych spodenkach odsłaniających jej całkiem zgrabne i wydepilowane nogi (widać lubiła dbać o siebie), jak również i brązowe buty. Dziewczyna miała ciemno-brązowe włosy, a prócz tego dwoje oczu o niebieskiej barwie, w których to widać było wyraźny niepokój.
- Shizuku, czy nic ci nie jest?! - zapytała przerażona w kierunku osoby, którą właśnie ocaliliśmy.
- Nie, nic... Trochę się poobijałam, ale przede wszystkim najadłam się strachu - odpowiedziała jej dziewczyna, podnosząc się z ziemi.
Teraz dopiero miałam okazję się jej przyjrzeć. To była Azjatka o nieco żółtawej twarzy, brązowych oczach i czarnych włosach spiętych w kitkę, ale nie to było dla mnie najbardziej niezwykłe, bo bardziej od tego zaszokował mnie fakt, że doskonale znałam tę dziewczynę. No, może nie tak doskonale, ale zawsze znałam.
- Shizuku? - zapytałam zdumiona.
Azjatka spojrzała na mnie wyraźnie zaintrygowana moim pytaniem.
- A tak, Shizuku. Tak mam na imię - odpowiedziała mi - A co? Nie podoba ci się?
Nagle ją również schwycił niezły szok. Widać teraz i ona mnie poznała.
- O rany... Serena!
- Witaj, Shizuku! - zawołałam wesoło.
Już po chwili obie wpadłyśmy sobie w objęcia i uściskałyśmy się czule.
- Niesamowite! Serena Evans tutaj, w tym odległym od Hoenn miejscu - mówiła wesoło dziewczyna - Co ty tu robisz?
- Jestem na wakacjach, razem z Ashem. A ty?
- Ja też jestem na wakacjach, ale nie spodziewaliśmy się ciebie tutaj.
- Ani ja ciebie, Sereno.
- Widzę, że się znacie - powiedziała do nas nieznajoma dziewczyna, która właśnie zeskoczyła ze swego konia.
- Tak, to jest moja dobra znajoma z regionu Hoenn - odpowiedziała jej Shizuku - Dziewczyna wielkiego detektywa, który jak widzę, też tutaj jest wraz ze swoim wiernym Pikachu.
- Tak i właśnie znęca się nad biednym Huraganem - rzuciła ironicznie nieznajoma, patrząc w kierunku Asha, który to w towarzystwie Seiyiego (już stojącego na ziemi) z trudem uspokajał narowistego konia.
- Znęca? On ocalił twoją przyjaciółkę, którą ten wariat próbował zabić. Więc nie wiem, kto się tu nad kim znęca - zauważyła Alexa z dość kpiącym tonem w głosie.
Dziewczyna nie zwróciła na nią uwagę, tylko powoli wyjęła z kieszeni spodenek kostkę cukru, powoli podeszła do Rapidasha i podała mu ją. Koń powąchał ów przysmak zadowolony, po czym pochłonął go zaciekle.
- Mam nadzieję, że nie uszkodziliście Huragana podczas swojej akcji ratunkowej - powiedziała dziewczyna.
- Słucham?! - zapytał ze złością w głosie Seiyi - Słuchaj no, mała! To twoje bydlę o mały włos nie uszkodziłoby na zawsze twojej przyjaciółki! A ty zamiast się nią zająć, interesujesz się losem tego wariata?!
- Spokojnie, ja się tam wcale nie gniewam o jej brak zainteresowania - odparła na to Shizuku ironicznie - Dla Kaliny Ross konie są więcej warte od ludzi.
- Tak, przynajmniej nie gadają i nie wypominają mi niczego - burknęła dziewczyna nazwana Kaliną, po czym pogłaskała Rapidasha po łbie i dodała już spokojniejszym tonem: - Dobrze, że go nie biliście. On nie jest wcale zły. To wałach o duszy ogiera, który ciągle chce wszystkim pokazać, na co go stać. Ale jak dotąd nigdy nie traktował tak jeźdźców. Widać wyczuł, że Shizuku się go boi i postanowił to wykorzystać przeciwko niej.
- Oczywiście! Weź teraz jeszcze powiedz, że to moja wina! - rzuciła ze złością Shizuku.
- Nic takiego nie mówię, więc po co się złościsz?
- Bo mnie ktoś wkurza! Tych dwóch ocaliło mi życie, a ty nawet im za to nie podziękujesz!
- Sama przecież możesz to zrobić, prawda? W końcu to ciebie ocalili, nie mnie.


Shizuku spojrzała na chłopców przepraszającym tonem i dodała:
- Przepraszam was za kłopot i bardzo dziękuję. Uratowaliście mi życie.
- Cóż... Byliśmy w okolicy - uśmiechnął się lekko Seiyi.
- Taka nasza misja, pomagać każdemu w potrzebie - dodał Ash.
- Pika-pika-chu! - zgodził się z nim Pikachu.
- O tak, zdecydowanie. Ty chyba masz to we krwi, Ash. Już drugi raz mi pomagasz w problemach - zaśmiała się Shizuku.
- Wy się znacie? - zapytał zdumiony Seiyi.
- Tak, znamy się - odpowiedział mu Ash - To jest Shizuku, nasza dobra znajoma z regionu Hoenn. Prowadziłem kiedyś sprawę jej chłopaka, Ashera, którego zamordował jego rzekomy przyjaciel.
Kalina spojrzała z ironią na Asha i powiedziała:
- Prowadziłeś sprawę? Ty?! Weź mnie nie rozśmieszaj. Jak ty możesz niby prowadzić jakąś sprawę? Przecież nie jesteś wiele starszy ode mnie.
- Ale za to bardziej wychowany, to na pewno - powiedziałam ze złością - Ash jest detektywem i to doskonałym, trzykrotnie odznaczonym za swoje zasługi dla policji i wymiaru sprawiedliwości!
- Ulala... To w waszym świecie dzieciuchów biorą do policji? Nieźle - powiedziała ironicznie Kalina.
- Ona mówi prawdę. Ash Ketchum jest znany w szerokim kręgach jako Sherlock Ash, detektyw nad detektywami - powiedziała Shizuku.
Nazwisko mojego chłopaka sprawiło, że panna Kalina nagle przestała się głupio uśmiechać i z miejsca spoważniała.
- Sherlock Ash? Ale chyba nie ten słynny Sherlock Ash ze sprawy tych anonimowych listów i aktorki Dianthy?
- Znasz tę sprawę? - zapytał zdumiony Ash.
- Oczywiście, John Scribbler mi o niej opowiadał - wyjaśniła Kalina podnieconym tonem - To była naprawdę niesamowita przygoda. A jak raz byłam na wakacjach w Kalos z moim chłopakiem, to poszliśmy razem do kina na film z Dianthą, który powstał na podstawie powieści Scribblera. I tam też spotkałam przypadkiem Dianthę. Dała mi autograf, a ja zapytałam ją o to, czy ta sprawa, o której opowiadał mi John, to prawda. Potwierdziła i mówiła, że ocaliłeś jej wtedy życie.
- Ocaliłem życie? Gruba przesada. Bardziej Serenie ocaliłem życie, bo to ją wtedy o mało nie zabili - wyjaśnił Ash.
- Serena?! - Kalina spojrzała teraz na mnie - Ale chyba nie ta Serena z Kalos, dziewczyna Sherlocka Asha, którą John Scribbler nazywał Watsonem w spódnicy?
- Obawiam się, że jednak ta sama - zaśmiałam się delikatnie - Jestem Serena Evans, dziewczyna Asha Ketchuma alias Sherlocka Asha.
- A ja jestem Ash Ketchum alias Sherlock Ash - dodał mój luby - A to są Pikachu, Buneary, Seiyi Amasau oraz Alexandra Marey alias Alexa, moja ciotka.
- Przypomnij mi o tym jeszcze raz, a wsadzę cię tyłem na tego konia i klepnę go przez zad - rzuciła dowcipnie Alexa, która bardzo nie lubiła, jak Ash nazywał ją swoją ciocią (co ją podobno postarzało).
- Daj spokój, Alexa. Tak mi się tylko powiedziało - zaśmiał się Ash.
Kalina spojrzała uważnie na mojego chłopaka, uważnie go lustrując wzrokiem od stóp do głów.
- Wyglądasz tak, jak cię opisywał John. To naprawdę wielka dla mnie przyjemność cię poznać.
Dziewczyna wyciągnęła do Asha rękę na powitanie.
- Jestem Kalina Ross, ale możesz mi mówić Kala. Wszyscy tak na mnie mówią.
- Miło mi cię poznać - odrzekł Ash, ściskając jej dłoń - Kala? To ładne zdrobnienie. Czy to na cześć księżniczki Kali z „Gumisiów“?
- Nie, raczej na cześć przybranej matki Tarzana, bo mój tata po prostu uwielbia książki Edgara Rice’a Burroughsa. W ogóle on uwielbia literaturą klasyczną, a ja mam to po nim. Zresztą ja jestem molem książkowym. Jak mnie wciągnie jakaś książka, to po prostu mogę ją czytać i czytać całymi godzinami. Oczywiście lubię też całą masę innych rzeczy, ale książki, to ja wręcz kocham i mogę je czytać godzinami.
- Znam to uczucie. Serena zresztą też.
- O tak - potwierdziłam - Jak mamy razem z Ashem czas, to lubimy sobie poczytać, a czasami też obejrzeć jakiś ładny film.
- Ja tam filmy rzadko oglądam, wolę dobrą książkę albo jazdę konną - odpowiedziała Kalina - Czasami chodzimy z Gabrysiem do kina, ale tylko na naprawdę dobre filmy, bo bardziej niż filmy wolę książki. I oczywiście też konie. Książki i konie, to są moja wielkie pasje. Choć ostatnio to nawet zainteresowała mnie koszykówka, ale to ze względu na mojego chłopaka, który gra w szkolnej drużynie koszykarskiej.
- A właśnie, gdzie ten powsinoga? - zapytała Shizuku, rozglądając się dookoła - Myślałam, że jechał razem z tobą.
- Bo jechał, ale jego Rapidash nadepnął nagle nogą na kretowisko i się wywrócił, więc musiałam jechać sama ci na ratunek - wyjaśniła Kala - Tylko się upewniłam, że nic Gabrysiowi nie jest, a potem bardzo szybko za tobą pojechałam. Zresztą on sam mnie o to prosił mówiąc, że z nim wszystko jest w porządku.
- Mam tylko nadzieję, że rzeczywiście jest - powiedziała z niepokojem w głosie Shizuku - Nie chciałabym, żeby przeze mnie coś mu się stało.
- Spokojnie, tylko lekko się poobijał, nic więcej - odpowiedziała Kala - Zresztą już nie pierwszy raz spada z konia. Swego czasu, to nieraz zaliczył glebę. Ja również, skoro już o tym mowa. Mówię wam, te Rapidashe oraz Ponyty są wspaniałe i piękne, a do tego też bardziej inteligentne niż zwykłe konie. Bo konie są bardzo inteligentne, ale Pokemony konie jeszcze bardziej inteligentne, tylko problem z nimi jest taki, że mają swoje humory. Choćby Huragan, który zgrywa ogiera, a tak naprawdę daleko mu do niego. Dziadek sądził, że jak mu się przytnie to i owo, to się uspokoi, ale jak widać pomylił się w tej kwestii.
- Dziwi cię to? A gdyby tak tobie przycięli to i owo, też byś skakała z radości? - rzuciła ironicznie Alexa.
- Ale zaraz... Niby co mieliby jej przycinać? - zapytał zdumiony Seiyi - Ona chyba nie ma niczego takiego, co można jej przyciąć.
- Spokojnie, każdemu można coś przyciąć, jeśli się tylko chce - rzekła na to dowcipnie Alexa.
- Tak, na przykład palce szufladą - zaśmiałam się.
Po chwili wszyscy zaczęliśmy się śmiać, a atmosfera zrobiła się o wiele przyjemniejsza.
- Wybaczcie mi to niegrzeczne powitanie, ale nie chciałam uwierzyć w to, że taki młody chłopak jak ty może być detektywem - rzekła po chwili Kalina do Asha - John mówił wprawdzie, że jesteś w wieku Gabrysia, ale nie chciało mi się w to wierzyć. Poza tym nie miałam pojęcia, że to ty. Tutaj niejeden gamoń się kręci i popisuje, co to on nie umie i wyrywa na to laski.
- Spokojnie, ja tam nikogo wyrywać nie zamierzam. Mam już swoją dziewczynę i ona mi wystarczy do końca życia - uśmiechnął się Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - pisnął wesoło Pikachu.
Kalina spojrzała na niego zachwycona.
- A to jest ten słynny Pikachu? Twój wierny towarzysz na dobre i na złe? John o nim też sporo mówił.
- Tak, Pikachu to mój wierny kumpel. Przeżyliśmy razem niejedną przygodę. Dzięki jego pomocy nieraz wyszedłem cało z opresji i to jeszcze takich, w których sam nigdy nie dałbym sobie rady.
- Oj, weź nie bądź taki skromny. Jestem pewna, że dałbyś sobie radę z każdym problemem sam jeden, choć oczywiście z przyjaciółmi zawsze jest raźniej, zwłaszcza z przyjaciółmi wypróbowanymi w biedzie.
Po tych słowach dziewczyna westchnęła głęboko.
- Właśnie, przyjaciele wypróbowani w biedzie... Niestety, nie wszyscy potrafią być w biedzie tacy sami jak w dobrobycie, jak mawia mój dziadek.
- Ciebie zawiedli przyjaciele? - zapytałam smutno.
- Tak, kilku z nich - odpowiedziała ponuro Kala - Ale za to pomógł mi wtedy ktoś, kogo z kolei ja zawiodłam. Ironia losu, co nie?
- Tak, ironia. Nawet nie wiesz, jak często się z nią stykamy - rzekł Ash filozoficznym tonem.
- Pika-pika - potwierdził Pikachu.
Wtem z lasu wyszedł jakiś wysoki dziewiętnastolatek. Był to uroczy i sympatyczny, ciemny blondyn o niebieskich oczach, ubrany w niebieskie dżinsy, czarną, skórzaną kurtkę i białą koszulę. Prowadził za uzdę jakiegoś Rapidasha, który lekko utykał na nogę.
- Gabryś! Wszystko dobrze? - zapytała z niepokojem Kalina, szybko do niego podbiegając.
Dziewczyna rzuciła się chłopakowi na szyję i delikatnie go uścisnęła. Ten zaś jęknął z bólu, a ona szybko przeprosiła go za swoje zachowanie, po czym dodała:
- Mój biedaku, boli cię jeszcze?
- Spokojnie, to nic. Ale znam innego biedaka, którego powinien zaraz obejrzeć weterynarz - to mówiąc chłopak wskazał ręką na Rapidasha - Mam nadzieję, że nie okulał.
- Na pewno nie, w końcu ma na imię Twardziel - zachichotała Kala i spojrzała na nas - Ale zobacz, mamy gości i nie zgadniesz, kto to taki.
- Kto? Elvis Presley? - zachichotał chłopak.
Kala przewróciła oczami w złośliwy sposób.
- Stać cię na coś lepszego.
- To nie wiem, kto to taki.
- Nigdy nie zgadniesz.
- Skoro nigdy, to nawet nie będę próbował tego zrobić.
- Weź już przestań sobie żartować. Ja mówię poważnie. Nasi goście to nie byle kto. To są sami Ash Ketchum i Serena Evans.
Chłopaka wyraźnie zamurowało, gdy tylko usłyszał nasze nazwiska. W wielkim szoku spojrzał na nas pytająco.
- Niemożliwe... Ash Ketchum? Sherlock Ash? I jeszcze do tego Serena Evans? Doktor Watson w spódnicy?
- Oni sami - potwierdziła wesoło Kala i spojrzała na nas - A to jest mój chłopak, Gabriel Makowski.
- Gabryś, do usług - przedstawił się chłopak, lekko uchylając głowę na znak szacunku i podszedł powoli w naszą stronę - To dla mnie zaszczyt was poznać. John Scribbler i Diantha opowiadali wam o nas. Zawsze chcieliśmy się z wami kiedyś spotkać.
- No proszę, gdzie byście nie poszli, to zaraz znajdujecie swoich fanów - zażartowała sobie Alexa.
- Oj, żeby tylko nie było z nimi tak, jak z Macy - zaśmiałam się.

***


Na szczęście, nie było tak samo jak z Macy. Było o wiele lepiej, bo Kala nie zachowywała się jak wariatka na widok Asha i nie planowała zaraz przyszłości z nim i to po pięciu minutach znajomości, tylko była bardzo podekscytowana możliwością spotkania swojego wielkiego idola, ale mimo tego zachowywała się normalnie, a prócz tego jeszcze zabrała nas do domu swojego dziadka, którym to był oczywiście Włodzimierz Ross, człowiek, u którego mieliśmy się zatrzymać podczas naszego pobytu w Łebie. Bardzo się on ucieszył z naszego przybycia, podobnie jak i z tego, że ocaliliśmy od nieszczęścia Shizuku.
- Naprawdę to dla mnie wielki zaszczyt gościć was u mnie - rzekł pan Włodzimierz, gdy w końcu się zjawiliśmy u niego - John Scribbler niejeden raz tu bywał i o was opowiadał. Cieszę się, że mogę wreszcie poznać.
- My także się z tego cieszymy, panie Ross - powiedziałam.
- To dla nas prawdziwa przyjemność - dodał Ash.
Pikachu i Buneary zapiszczeli potwierdzająco.
Ponieważ opisałam już nieco wcześniej wygląd starszego pana, to nie będę tutaj się silić na powtarzanie go. Powiem więc jedynie tyle, że już sam wygląd tego człowieka budził naszą sympatię, a co dopiero jego charakter, który także był nad wyraz przyjemny. Pan Włodzimierz Ross okazał się być bowiem człowiekiem miłym, sympatycznym i przyjaźnie nastawionym do ludzi. Prócz tego bardzo kochał konie, zarówno te zwykłe, jak i pokemonie, co też wyraźnie odziedziczyła po nim jego wnuczka.
- Mówię wam, Kala zawsze kochała konie - powiedział pan Ross, gdy już siedzieliśmy w jego domku przy kominku i jedliśmy obiad - Odkąd tylko nauczyła się chodzić, to zaraz nauczyła się jeździć. Kochała konie i to tak bardzo, że potem rodzice kupili jej konia, którego nazwała Blue Lady. Do dzisiaj zresztą ta klacz żyje i ma się dobrze, tylko nie ma jej tutaj, bo jest trzymana w stadninie znajomych mojego syna, a ojca Kali.
- A ta stadnina, to gdzie jest? - zapytałam.
- Niedaleko Warszawy. To tam mieszkam na co dzień - odpowiedziała Kala z uśmiechem - A tutaj przyjechałam na wakacje. Gabryś przyjechał wraz ze mną, bo chcemy razem się sobą nacieszyć, a przy okazji też mamy blisko do Trójmiasta.
- Trójmiasta? - zdziwił się Seiyi.
- To są trzy miasta nad Bałtykiem połączone ze sobą tak, że niemalże tworzą jedną całość - wyjaśniła Alexa - Nazywają się one Gdańsk, Gdynia i Sopot. Pamiętam je bardzo dobrze, chociaż ostatnim razem widziałam je prawie dwadzieścia lat temu. Ale wiecie, tak ogromnego wrażenia jak to, którego doznałam wtedy nigdy nie zapomina. Zapamiętuje się je świetnie, a już zwłaszcza, gdy jesteś małym dzieckiem.
- Rozumiem - powiedziała Kala - A więc byłaś tutaj ostatni raz jakieś dwadzieścia lat temu.
- Tak. Byłam wtedy w Łebie, ale nie tylko, bo prócz tego zwiedziłam także i Trójmiasto. Byłam na tej wycieczce z dziadkiem. Mój dziadek był znakomitym pisarzem i wielkim artystą scenicznym. Pisał książki, a prócz tego występował na scenie. Śpiewał piękne piosenki różnych znakomitych wykonawców, ale robił to tak fenomenalnie, że proszę siadać.
- Dziękuję, postoję - zaśmiał się Włodzimierz Ross.
- A wiecie, że tutaj też niedługo będzie urządzany koncert? - zapytał Gabryś podnieconym tonem.
Kalina uśmiechnęła się z lekkim politowaniem i dodała:
- To akurat żadna nowość. Tutaj co chwila urządzane są koncerty lub występy kabaretowe, więc to nic nowego.
- O! To ciekawe - powiedziała z uśmiechem Alexa - Pamiętam występ mojego kochanego dziadka na koncercie w Sopocie. To był jeden z jego ostatnich występów i dlatego też postarał się, żeby był jak najlepszy. I taki też był. Pamiętam go bardzo dobrze, bo sama też brałam w nim udział.
- Serio? - zapytałam zdumiona - Nigdy nam tego nie mówiłaś.
- A co zaśpiewaliście? - spytał Ash.
- Pika-pika-chu? - zapiszczał Pikachu.
- Oj, różne piosenki, ale jedną szczególnie pamiętam.

***


Konferansjer stanął przed mikrofonem zapowiedział, że oto za chwilę wystąpi znakomity artysta z regionu Sinnoh, Hubert  Marey alias Kronikarz. Publiczność powitała tę wiadomość gromkimi brawami, a ów geniusz słowa pisanego i śpiewanego po chwili wyszedł na scenę ubranego w elegancki strój, a towarzyszyła mu ośmioletnia dziewczynka o brązowych włosach i w zielonej sukience. Była przeurocza, zwłaszcza w oczach swojego dziadka, który puścił jej oczko, a potem dał znak, aby siedząca przy pianinie z boku sceny Ambipom o imieniu Chiquita, który zaczęła walić swoimi łapkami w klawiaturę, aż poleciała z niej melodia. Wtedy to Kronikarz zaczął śpiewać wesołym głosem:

Raz Noe wypił wina dzban
I rzekł do synów: Oto
Przecieki z samej Góry mam.
Chłopaki, idzie potop!
Widoki nasze marne są
I dola przesądzona.
Rozdzieram oto szatę swą.
Chłopaki, jest już po nas!

Jego wnuczka zwana Alexą szybko przejęła po tych słowach pałeczkę i zaśpiewała:

A jeden z synów - zresztą Cham,
Rzekł: Taką tacie radę dam:

Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje!
Póki jeszcze ciut się chce.
Skromniutko, ot, na własną miarkę
Zmajstrujmy coś, chociażby arkę!
Tatusiu: Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da? Kto wie?

Ambipom wesoło przygrywała na pianinie, podczas śpiewania przez Alexę tych słów, a tymczasem dziewczynka z wielkim uśmiechem na twarzy kontynuowała występ:

Raz króla spotkał Kolumb Krzyś,
A król mu rzekł: Kolumbie,
Pruj do lekarza jeszcze dziś,
Nim legniesz w katakumbie!
Nie ciekaw jestem, co kto truć
Na twoim chce pogrzebie.
Palenie rzuć, pływanie rzuć
I zacznij dbać o siebie!

Kronikarz delikatnie ukłonił się wnuczce, mówiącej do niego wyraźnie rozkazującym tonem, po czym zaśpiewał:

A Kolumb skłonił się jak paź,
Po cichu tak pomyślał zaś:

Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje,
Póki jeszcze ciut się chce!
I zamiast minę mieć ponurą,
Skromniutko, ot, z Ameryk którą odkryjmy...
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da? Kto wie?

Napotkał Nobla kumpel raz
I tak mu rzekł: Alfredzie,
Powiedzieć to najwyższy czas,
Że marnie ci się wiedzie!
Choć do doświadczeń wciąż cię gna,
Choć starasz się od świtu,
Ty prochu nie wymyślisz,
A tym bardziej dynamitu!

Alexa zachichotała wesoło i zaśpiewała:

A Nobel spłonił się jak rak,
Po cichu zaś pomyślał, jak?

Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje,
Póki jeszcze ciut się chce!
W myśleniu sens, w działaniu racja.
Próbujmy więc, a nuż fundacja wystrzeli?
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da? Kto wie?

Ukształtowała nam się raz
Opinia, mówiąc: Kurczę!
Rozsądku krzyny nie ma w was,
Inteligenty twórcze!
Na łeb wam wali się ten kram,
Aż sypią się zeń drzazgi,
O skórze myśleć czas, a wam?
Wam w głowie wciąż drobiazgi!


Kronikarz udawał przygnębionego tymi słowami, po czym zaśpiewał:

Opinia sroga to, że hej,
Odpowiadając przeto jej:

Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje!
Bo jeżeli ciut się chce,
Drobiazgów parę się uchowa:
Kultura, sztuka, wolność słowa.
Kochani!
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da? Kto wie?

Alexa zachichotała i patrząc w kierunku publiczności zaśpiewała:

Rodacy!
Róbmy swoje!
A ty, widzu, brawo bij!
Róbmy swoje!
A ty nasze zdrowie pij!
Niejedną jeszcze paranoję
Przetrzymać przyjdzie robiąc swoje!
Kochani!
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Żeby było na co wyjść!

Kronikarz zaśmiał się wesoło i patrząc na publiczność zaśpiewał:

Suplement:
Minęły lata, proszę pań,
I chmurzy lico moje,
Że dziś wczorajszy byle drań
Też śpiewa „Róbmy swoje!”.
I w mądrych ludziach przygasł duch,
Choć ciągle im tłumaczę,
Że gdy to samo śpiewa dwóch,
To nie to samo znaczy!

Alexa przybrała władczy oraz strofujący ton, po czym delikatnie grożąc dziadkowi palcem zaśpiewała:

Inteligencie, wstydź się waść!
Nie pozwól sobie śpiewki kraść!

Następnie dziadek i wnuczka jednocześnie zaśpiewali:

Róbmy swoje!
Kładźmy zbroje pełne wgięć!
Róbmy swoje!
Wróćmy słowom sens i chęć!
Twarz wróćmy słowu, bo bez twarzy
Największe słowo nic nie waży!
Rodacy!
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Na tym dziś się skupmy
I z uporem róbmy swoje 95!

Występ ten zakończyła ogromna burza oklasków, które artyści przyjęli z wielką radością, kłaniając się swojej publiczności, bardzo zadowoleni z tego, że publiczność jest uradowana.

***


Alexa opowiedziała nam o słynnym występie swojego dziadka, który to występ tak mocno zapadł jej w pamięć, zwłaszcza dlatego, że był ostatnim występem, w którym osobiście brała udział, a zarazem również jednym z ostatnich występów Kronikarza, gdyż człowiek ten umarł jakiś rok później, pozostawiając swoich bliskich w ogromnej żałobie, a już szczególnie Alexę, która kochała dziadka nad życie. Dlatego cieszyła się, że może teraz tu być i znowu zobaczyć miejsce, w którym to swego czasu ona i jej dziadek dali popis swoich artystycznych umiejętności, sprawiając w ten sposób ogromną radość sobie i innym.
Po zakończeniu opowieści Alexy, korzystając z faktu, że oto właśnie skończyliśmy jeść obiad, poszliśmy razem z naszym gospodarzem zobaczyć jego gospodarstwo. A było na co popatrzeć, było. Piękny drewniany domek zarówno z zewnątrz, jak i z wewnątrz piękny, a do tego stajnia z kilkoma Rapidashami i Ponytami, a także piękny i bardzo duży wybieg dla owych Pokemonów, na którym to młodzi i zazwyczaj także niedoświadczeni ludzie trenowali jazdę. Wybieg ten był, rzecz jasna, otoczony sporym ogrodzeniem, które miało pilnować, aby żaden podopieczny pana Rossa się nie wymknął podczas treningu. Przyznaję, że gdy oglądałam ten wybieg, to przypomniało mi się moje dzieciństwo i czasy, kiedy to na podobnym wybiegu ćwiczyłam jazdę na Pokemonach, choć to nie były Rapidashe, a Rhyhorny.
- Jak tu pięknie - powiedział Ash z zachwytem w głosie.
Pikachu i Buneary, którzy usadowili się na ogrodzeniu tuż obok niego, poparli Asha wesołymi piskami.
- Przypomina mi to wybieg u mojej mamy - dodałam.
Kalina i Gabryś spojrzeli na mnie z zainteresowaniem.
- Chcesz powiedzieć, że też jeździłaś na Rapidashach od najmłodszych lat? - zapytała panna Ross.
- No, nie do końca - odpowiedziałam wesoło - Ja uczyłam się jazdy od najmłodszych lat, ale nie na Rapidashach, tylko na Rhyrhonach. To są takie jakby Pokemony nosorożce.
- Nosorożce?! - jęknął Gabryś - Chyba strasznie trudno na nich jeździć.
- Oj, uwierz mi, strasznie trudno - potwierdziłam - Ja to ciągle z nich zlatywałam i lądowałam nosem w ziemi. Ale w końcu jakoś nauczyłam się na nich jeździć, choć nie było to łatwe.
- Ja też się uczyłem jeździć od dziecka na Pokemonach, ale bardziej na Ponytach i Rapidashach - wyjaśnił Ash - Moi wujek i ciocia mieli kilka takich Pokemonów i użyczali je dzieciakom chętnym do treningów. No i ja byłem jednym z chętnych.
- Ja tam nigdy nie miałem okazji jeździć na Rapidashach - powiedział Seiyi.
- Poważnie? - zdziwiła się Shizuku - A dzisiaj to niby co zrobiłeś, gdy mi pomogłeś?
- To była wyjątkowa sytuacja. A poza tym, to miałem już do czynienia z Taurosami oraz Rhyhornami, dlatego wiedziałem, co robić, gdy zdziczeją i poniosą razem z jeźdźcem. Ale tak poza tym, to na Rapidashach nigdy nie jeździłem.
- To może byś spróbował?
- Właśnie! To świetny pomysł! - zawołała wesoło Kalina - Jeśli chcesz, chętnie cię nauczę! Gabrysia nauczyłam, więc ciebie też nauczę.
- Jasne, uczyłaś mnie - zaśmiał się Gabryś - Sam się nauczyłem i to w podobnym czasie, co ty. W sumie to chyba oboje zaczęliśmy w tym samym czasie trenować jazdę konną.
- Tak, ale potem ty ją porzuciłeś na rzecz koszykówki.
- Czego ty potem nie mogłaś mi darować, jakbym popełnił straszną zbrodnię.
Kala pokiwała smutno głową na wspomnienie tego faktu, który raczej nie przynosił jej chluby.
- Tak, pamiętam i bardzo teraz tego żałuję. To było strasznie głupie i szczeniackie. No, ale potem ponownie zacząłeś trenować, choć i tak zawsze wolałeś grę w kosza od jazdy konnej.
- No proszę, to z ciebie musi być niezły koszykarz - rzekła wesoło Alexa, a jej Helioptile zapiszczał przyjaźnie, z zaciekawieniem przyglądając się chłopakowi.
- Jest świetny - potwierdziła Kala - A ostatnio też bardzo dobrze radzi sobie w siodle. I wiecie co? Z chęcią oboje was wszystkich podszkolimy w tej dziedzinie. To znaczy wszystkich poza Ashem i Sereną, bo oni podobno umieją jeździć.
- Jakie znowu „podobno“? Na pewno! - zawołałam wesoło.
- Niech będzie, że na pewno - uśmiechnęła się dowcipnie Kala - Ale gadać to sobie każdy może. Jak zobaczę was w siodle, to uwierzę. A Seiyi mógłby się podszkolić.
- Ja go chętnie poduczę - zaproponowała Shizuku.
- A dziękuję ci bardzo za takie lekcje - rzucił trochę złośliwie Seiyi - Jak będziesz jeździć tak, jak dzisiaj, gdy się poznaliśmy, to obawiam się, że wiele mnie nie nauczysz.
Dziewczyna zarumieniła się mocno na twarzy, ale Kala szybko wzięła ją w obronę.
- Weź się jej tak nie czepiaj, Seiyi. Na Huraganie to każdy mógłby mieć problemy, bo to niezły bzik i drań!
- No właśnie! A propos, Huragan od pierwszego idzie do zaprzęgu! - rzucił gniewnym głosem Włodzimierz Ross, patrząc przy tym uważnie na wyżej wzmiankowanego Pokemona, który właśnie biegał po wybiegu wraz z innymi Rapidashami - Słyszałeś, ty wredna chabeto?! Skończyły się żarty, a zaczęły się schody! Nie będziesz mi więcej wstydu przynosić!
- Ty też chciałabyś się nauczyć jeździć? - zapytała Alexę Kala.
Dziennikarka pokręciła przecząco głową.
- Nie ma mowy. Ja umiem jeździć konno, a poza tym w moim stanie, to mi raczej nie wolno uprawiać takich ekscesów.
- A co? Jesteś chora?
- Można tak powiedzieć. I muszę o siebie dbać, więc sama rozumiesz... Jak na razie niewskazane jest, abym jeździła konno. Może innym razem, ale jeszcze nie teraz.
Kala pokiwała głową ze zrozumieniem, po czym oparła się o barierkę wybiegu dla koni i zaczęła sobie nucić piosenkę:

Może kiedyś innym razem,
Dziś na razie nie.
Dzisiaj głowa jest pod gazem
I nie wie, czego chce.

Ash zachichotał, gdy usłyszał ten utwór i dośpiewał jego dalszy ciąg, który szedł tak:

Dni się robią coraz krótsze.
Może jutro czy pojutrze
Będze lepiej. Dziś jest jeszcze źle.

Kala spojrzała na niego zaintrygowana i powiedziała:
- Nie wiedziałam, że znasz ten utwór.
- Dużo jeszcze o mnie nie wiesz. Tego, że jestem Sherlockiem Ashem też nie wiedziałaś.
Dziewczyna opuściła smutno głowę w dół, kiedy tylko usłyszała ten przytyk ze strony Asha.
- Przepraszam za tamto. Po prostu nie miałam pojęcia, że jesteś tylko trochę starszy ode mnie - powiedziała Kala po chwili - John Scribbler nigdy mi nie powiedział, ile ty i Serena macie lat. Sądziłam, że jesteście w jego wieku. W końcu tacy sławni detektywi jak wy mieliby być nastolatkami?
- A widzisz, a jednak nimi jesteśmy. Życie jest pełne niespodzianek - odpowiedział nie bez złośliwości Ash.
- To prawda - wtrąciłam się do rozmowy - Sami co jakiś czas na takie trafiamy. Choćby zobacz sobie kwestie języka wspólnego dla regionów. Czy uwierzyłabyś, że jest on tak podobny do waszego?
- A to akurat nie jest nic niezwykłego - powiedział Włodzimierz Ross - Regiony zawsze były zamieszkałe przez ludzi, ale tworzyli oni w nich tylko takie drobne państewka, które bardzo szybko upadały. Dopiero emigranci w epoce wielkich odkryć geograficznych zaczęli je zaludniać i tworzyć w nich królestwa oraz silne państwa. Wśród tych emigrantów było wielu Polaków, dlatego też, kiedy tak w XIX wieku regiony wpadły na pomysł stworzenia wspólnego języka dla świata z Pokemonami, to przeważył tutaj polski, bo okazało się, że Polaków jest tam najwięcej i to oni mieli tu najwięcej do powiedzenia. Oczywiście polski język jest dość trudny, dlatego usunięto z niego wiele słów i sporą część gramatyki, na której cudzoziemcy potrafią sobie połamać język. To wszystko zastąpiono słowami i gramatyką reszty języków, które występują w regionach. Powstało z tego takie pokemonie esperanto, ale oczywiście z przewagą polskiego.
Dobrze znałam historię regionów oraz powstania języka wspólnego dla nich, więc potwierdziłam słowa pana Rossa kiwnięciem głowy i dodałam:
- Zgadza się, chociaż i tak w regionach większość gada po angielsku, a duża część też po francusku i niemiecku, reszta zaś jak chce. Bo po prostu języka wspólnego wszyscy od dziecka się uczą, ale uczą się także zawsze jakiegoś drugiego języka (najczęściej angielskiego, choć to wiele zależy od tego, kto bliżej jakiego kraju się wychowuje) i zazwyczaj wolą posługiwać się tym drugim.
- Czyli krótko mówiąc, nauka wspólnego języka jest obowiązkowa, ale posługiwanie się nim już nie - zauważyła ironicznie Kala.
- Dokładnie tak - potwierdziłam.
- Paranoja - zachichotała dziewczyna i pokręciła lekko głową na znak niedowierzania.

***


Seiyi dał się przekonać do odbycia choćby próbnej nauki jazdy konnej, dlatego Shizuku razem z panem Rossem postanowili zacząć go uczyć, a ja i Ash chcieliśmy bardzo pójść na plażę, więc Kalina i Gabryś zabrali nas tam. Cała nasza czwórka pojechała do tego jakże pięknego miejsca na rowerach, a w podróży tej oczywiście towarzyszyli nam Pikachu i Buneary, którzy z piskami pełnymi zachwytów obserwowali całą okolicę, nie tylko nową dla nich, ale też i bardzo miłą. Poza tym było naprawdę na co popatrzeć.
Dość łatwo i prędko dotarliśmy do celu naszej podróży, czyli na plażę. Zostawiliśmy rowery w miejscu do tego przeznaczonym, przypinając je do owego miejsca klamrami, aby nikt nam ich nie ukradł, po czym poszliśmy wszyscy razem nacieszyć się morzem. Było już co prawda popołudnie, ale pogoda była ciepła i przyjemna, więc uznaliśmy, iż żal jest nie skorzystać z tego korzystnego dla nas warunku atmosferycznego i oddaliśmy się wszyscy bardzo przyjemnej zabawie.
Gdy tylko znaleźliśmy się na plaży, to zrzuciliśmy z siebie ubrania, pod którymi mieliśmy kostiumy kąpielowe i usiedliśmy wesoło na kocu.
- No! I takie wakacje, to ja rozumiem! - zaśmiał się Gabryś - Słońce, plaża, morze...
- I piękne widoki - dodałam wesoło.
Gabryś obejrzał się na dwie zgrabne laseczki przechadzające się opodal i mające na sobie dość skąpe bikini.
- Tak... Zdecydowanie piękne - powiedział.
Kalina, która miała na sobie czerwone bikini i wcale też nie wyglądała na brzydką osobę, trąciła go lekko w ramię i mruknęła:
- Piękne widoki to masz w pobliżu, więc nie musisz się uganiać za nimi po całej plaży.
- Tak, masz rację. Wybacz - zachichotał Gabryś.
Ash parsknął śmiechem, po czym powiedział:
- Wiecie... A propos pięknych widoków, to dobrze, że nie ma z nami Brocka i Misty.
- To wasi przyjaciele? - spytała Kalina.
- Tak. Brock to genialny kucharz, lekarz Pokemonów, a zarazem też posiadacz ogromnej wiedzy na ich temat. Ma on tylko jedną słabostkę... do ładnych dziewczyn, najlepiej skąpo ubranych.
- To nie grzech. Taki problem to ma cała masa facetów - zaśmiała się z ironią w głosie Kala - No, a ta cała Misty? To jego dziewczyna?
- Jeszcze nie, jednak wszystko jest na dobrej drodze, aby nią została - odparłam wesołym tonem - Zwłaszcza, że kiedy Brock wariuje na widok ładnych dziewczyn, to Misty zaraz go ciągnie za ucho, aby go uspokoić.
- Ciekawe. A więc to musi być miłość - stwierdził wesoło Gabryś.
- Też tak uważam - poparła go Kala - A wiecie co? Miłość przychodzi w najmniej spodziewany sposób. Ja i Gabryś znamy się od dziecka i zawsze się przyjaźniliśmy. Potem zerwałam z nim relacje, kiedy on zamiast wraz ze mną trenować jazdę konną, wybrał koszykówkę.
- Tak, wspominałaś nam o tym - powiedziałam - Ale w końcu się oboje dogadaliście, skoro jesteście parą, prawda?
Kala pokiwała smutno głową na znak potwierdzenia moich słów i zaraz potem dodała:
- Zgadza się, ale najpierw musiałam strzelić focha i śmiertelne się na niego obrazić. Teraz wiem, że to było żałosne i debilne z mojej strony. Ale wtedy to ja byłam głupim, trzynastoletnim dzieciuchem, a więc co ja tam wiedziałam o życiu i miłości? Za to byłam obrażona na niego i nie chciałam się już z nim zadawać, uważając go za największego zdrajcę wszechczasów, który zdradził nasze ideały.
- Zupełnie jak w jakieś powieści historycznej.
- Tak, bo się naczytałam ich i potem zachowywałam się niby dorośle, ale mimo wszystko żałośnie. W sumie, to im bardziej na siłę próbowałam udawać dorosłą, tym żałośniej wyglądałam. Wszyscy potrafili mnie z byle powodu rozdrażnić. Moja najlepsza przyjaciółka Iga drażniła mnie tym, że broniła ciągle Gabrysia w moich oczach, a do tego była też taka beztroska, niczym się nie przejmująca, a ja tak nie umiałam. Mój młodszy brat też mnie drażnił i to tym, że w ogóle istnieje. Rodzice zaś drażnili mnie tym, że nie potępili Gabrysia i nie zerwali relacji z jego rodzicami zaraz po tym, jak on zerwał z jazdą konną. Ech, to było żałosne i dopiero teraz to widzę. Ale wiecie co? Potem stało się nagle coś niespodziewanego. Gabryś przyszedł do mnie mówiąc, że jego mama dostała w Sopocie bardzo dobrą pracę i chce się przeprowadzić do tego miasta i zabrać go ze sobą. Jego ojciec zaś miał jeszcze pozostać w Warszawie, ale tylko do chwili, w której sam znajdzie w Sopocie pracę. Wtedy to przeraziłam się i to na poważnie, bo zrozumiałam, że jeszcze trochę i nigdy więcej nie zobaczę Gabrysia na oczy, a jakoś nie byłam w stanie się z tym pogodzić. Gabryś poprosił mnie, abym pogadała z rodzicami, a oni z jego, żeby on mógł zostać. Ale niewiele to dało, rodzice uważali, że to żadna tragedia, a ja byłam na nich wściekła, do tego Iga mnie wkurzała, bo zapisała się do cheerleaderek i przebywała przez to częściej z Gabrysiem niż ja, co mnie irytowało, chociaż wtedy jeszcze nie rozumiałam, dlaczego. Wymyśliłam potem plan, żeby drużyna Gabrysia podczas jednego meczu zaczęła celowo przegrywać i aby Gabryś (przeniesiony z powodu planowanej przeprowadzki rodziców do rezerwy) okazał się ostatnią deską ratunku dla drużyny. Plan ten Iga opowiedziała cheerleaderkom, one zaś drużynie i tak właśnie się stało. Plan ten się powiódł i proszę, Gabryś stał się jedynym filarem drużyny, a trener zaczął przekonywać jego rodziców, aby nie zabierali go do Sopotu, ale cóż... Niewiele to pomogło. Załamana więc napisałam list do Gabrysia, w którym to wyraziłam, jak bardzo mi na nim zależy i ile on dla mnie znaczy i że jeśli wyjedzie, to będzie mi go bardzo brakować. Chciałam mu dać ten list, ale zapomniałam, potem wypadł mi on z torby, a jakiś debil go znalazł i odczytał w radiowęźle. Byłam załamana i chciałam się schować przed całym światem. Udawałam chorą, aby nie iść do szkoły i przez jeden dzień mi się to udało, ale mama została wezwana do dyrektorki w sprawie tego listu i tam całą sprawę wyjaśniono i odkryto przy okazji, jak mnie i Gabrysiowi zależy na tym, aby on nie wyjeżdżał. Rodzice Gabrysia wreszcie wzięli wszystko na poważnie i znaleźli wyjście - Gabryś zamieszkał z nami.
- O! I zostaliście wtedy parą? - zapytałam wesoło.
Kala zachichotała w odpowiedzi i pokręciła przecząco głową.
- No, nie od razu. Początkowo Gabryś mówił mi, że jestem dla niego jak młodsza siostra, a mnie to pasowało. Do czasu, aż się zabujał w jednej takiej lasce (chyba było jej na imię Patrycja) dla której wariował i to tak mocno, że gdy wyjechał na święta do swoich rodziców, to potajemnie zwiał z domu, aby pojechać pociągiem do Warszawy i ją zobaczyć.
- Serio?! - zaśmiał się Ash i spojrzał na Gabrysia - Tak było?
- Jakie to romantyczne - powiedziałam.
- Ech, raczej głupie - odparł na to Gabryś - Ta dziewucha nie była tego warta, ale za późno to zrozumiałem.
- Zwłaszcza, że prędko ze sobą zerwaliście, zaś ja się zabujałam w tym dupku Kamilu - powiedziała smutno Kalina - Ech, to było strasznie głupie. Kochałam się w Gabrysiu, a zauroczył mnie Kamil. Jakie to żałosne.
- Daj spokój, każdemu się to może zdarzyć, zwłaszcza w tym wieku - rzekłam w jej obronie - Ja sama nie byłam wiele inteligentniejsza od ciebie i to mając szesnaście lat, a nie trzynaście.
- Może i tak, ale i tak wiem, jaka byłam wtedy głupia. A  Kamil był taki uroczy i miły, nowy w szkole, a do tego jeszcze pracował w wolontariacie, gdzie pomagał zwierzętom w schronisku. Tam zresztą nasza miłość (jeżeli można ją tak nazwać) rozkwitła.
- Pracowałaś w wolontariacie? - zapytałam.
- Tak, ale nie z własnej woli. To przez panią wicedyrektor, która się na mnie uwzięła, bo spóźniłam się pewnego dnia do szkoły, a to przez to, że rodzice zapomnieli mi wykupić nowy bilet miesięczny i dostałam mandat za jazdę na gapę. Parszywe kanary. Nie mają się już kogo czepiać?
- Taki ich zawód - zaśmiał się Ash.
- Pewnie, ale czepialiby się dorosłych, a nie dzieci. No, tak czy inaczej dostało mi się za spóźnienie oraz za to, że powiedziałam o wicedyrektorce kilka niemiłych rzeczy Idzie, a ta jędza to usłyszała. No i dostała mi się za to uwaga oraz praca społeczna w wolontariacie przez cały tydzień. Ale cóż... Tydzień minął, a ja dalej chciałam tam chodzić i to tylko ze względu tego dupka Kamila. W końcu oboje zostaliśmy parą, a Gabryś nawet się z nim zakolegował, choć widać było, że jest zazdrosny. A potem... Potem Kamil pokazał, na co go stać.
- A na co było go stać? - zapytałam.
- Bo widzicie, pewnego razu podczas gry w piłkę na boisku szkolnym Kamil i Gabryś grali w jednej drużynie, ale potem przyszłam ja, Gabryś zaczął na mnie patrzeć czułym wzrokiem, a Kamil ze złości rzucił piłką w Gabrysia tak mocno, że go zranił w nos aż do krwi. Oczywiście twierdził, że to przypadek i Gabryś sam mu się nawinął, ale prawda była taka, że Kamil to zrobił z zazdrości, do czego zresztą potem się przyznał. W sumie nawet schlebiała mi jego zazdrość, ale mimo wszystko agresywnej zazdrości nigdy nie popierałam.


- Kala... Mała poprawka. To ja walnąłem Kamila piłką do kosza w nos, a nie on mnie - zaśmiał się Gabryś - Ale to naprawdę nie było specjalnie. On się zagapił na ciebie, gdy graliśmy i nie zauważył podawanej mu piłki.
- Rzeczywiście, tak to się odbyło - uśmiechnęła się Kala - Ale potem on po chamsku rzucił piłką w ciebie, mając bezpośredni zamiar zrobienia ci krzywdy, prawda?
- A tak, to akurat prawda. Tak faktycznie było.
- No właśnie, a ja takich zagrywek bardzo nie lubię. Zerwałam więc z Kamilem, a niedługo potem ja i Gabryś zostaliśmy parą, bo zrozumieliśmy, że bardzo się kochamy.
- I co dalej? Żyliście razem długo i szczęśliwie? - zapytałam z ogromną wręcz nadzieją na takie zakończenie w głosie.
- Oj, to tylko w filmach tak jest. Tu tak nie było - powiedziała smutno Kalina - Niestety, tutaj los zakochanej pary potoczył się inaczej. Gabryś w wakacje zaprosił mnie do Sopotu, miło razem spędziliśmy czas, ale potem... Potem stało się tak, że on poszedł do liceum, a ja wciąż byłam jeszcze w gimnazjum. Mieliśmy dla siebie coraz mniej czasu, zwłaszcza, że on wstąpił do szkolnej drużyny koszykówki i cóż... I miał do tego kolegów i koleżanki, spędzał z nimi czas, do domu wracał późno itd. A ja miałam swoje pewne problemy, zwłaszcza z jedną taką, która pochodziła z biednej rodziny i była nowa w szkole i pewnego razu mi zabrała złośliwie parasolkę, zastępując ją swoim szmelcem. Z jakiegoś powodu, choć byłam na nią zła, to uparłam się też, żeby jej pomóc i dowiedzieć się o niej czegoś, a Gabryś mi pomagał, a ja co? Nie tylko nie byłam mu za to wdzięczna, ale wyżywałam się na nim, zwłaszcza wtedy, kiedy uszkodzeniu uległa stadnina, w której to trzymałam moją klacz Blue Lady. Uważałam, że Gabryś jest temu wszystkiemu winien swoim brakiem czasu. Wyżyłam się na nim i zaproponował, abyśmy dalej byli dla siebie tylko przyjaciółmi. Gabryś załamany zgodził się na to, a ja się jakoś zaprzyjaźniłam z tą nową koleżanką ze szkoły. Razem z nią, Igą oraz jeszcze taką jedną dziewczyną, którą poznałam wcześniej na takim jednym obozie jeździeckim, założyliśmy sobie klub miłośników jeździectwa. Nasza czwórka miała być takimi polskimi czterema muszkieterkami. Dzielnymi dziewczynami, które poza naszymi wspólnymi spotkaniami i jazdą konną do szczęścia nie potrzebują niczego, a już zwłaszcza facetów. Szybko jednak przekonałam się, jakie to było dziecinne i żałosne.
- No, zerwanie z Gabrysiem było żałosne z twojej strony, ale w sumie czemu cię to dziwi? W końcu miałaś wtedy... ile dokładnie? Trzynaście lat?
- Tak, trzynaście lat.
- No właśnie. Ile dziewczyn w tym wieku ma rozum w głowie? Ja go nie miałam.
- I ja go nie miałam, to pewne. I co? I potem obróciło się to przeciwko mnie. Gabryś zaczął udawać, że ja nie istnieję, odzywając się do mnie tylko sporadycznie. Nie robił scen ani nic, ale też unikał mojego towarzystwa jak tylko mógł. Nie znalazł sobie jednak żadnej innej dziewczyny, natomiast ja zaczęłam rozumieć, że bardzo mi go brakuje, ale duma nie pozwalała mi to powiedzieć. Ale potem raz zleciałam z roweru i sobie zdarłam kolano i kto mi wtedy pomógł? Właśnie on.
- Byłem w pobliżu i tyle - powiedział Gabryś - Każdy inny na moim miejscu by tak postąpił.
- Ale to ty mi pomogłeś. Nie inni, tylko właśnie ty - rzekła na to Kalina - Po tym wydarzeniu bardzo się do siebie zbliżyliśmy i wyjaśniliśmy sobie kilka spraw. Zrozumieliśmy też, że tak dalej być nie może i postanowiliśmy się na nowo spotykać tak, jak dawniej. Razem więc jeździliśmy przy każdej okazji konno, chodziliśmy na basen, a do tego we dwoje graliśmy w kosza. Muszę się wam przyznać, że od tego czasu bardzo polubiłam ten sport. Jest całkiem fajny. Ale cóż... Moje tzw. przyjaciółki zaczęły mieć mi to za złe, że sprowadzam Gabrysia na spotkania naszego klubu i do jazdy na Blue Lady. Szczególnie zła była ta, co to ją poznałam na tym obozie jeździeckim. Och, ta jędza, to już po prostu przechodziła samą siebie.
- W jakim sensie? - zapytałam.
- Zachowywała pewną wrogość wobec Gabrysia, a do tego jawnie mu ją okazywała. Choć potem się okazało, że po prostu się w nim bujała i była zwyczajnie zazdrosna o moje relacje z nim.
- A pozostałe przyjaciółki? Też takie były?
- Nie, były bardziej tolerancyjne, choć ta, co to była nowa w szkole, to jakoś też okazywała niechęć Gabrysiowi za to tylko, że jest chłopakiem, ale nie zawsze. W najlepszym razie po prostu się do niego nie odzywała, a w najgorszym mu dogadywała, choć to ostatnie miało miejsce raczej rzadko.
- A Iga?
- Iga jako jedyna zachowywała się normalnie, chociaż czasami też mi lekko dogadywała, że to miał być żeński klub, a ja wprowadziłam do niego chłopaka. Ale też Iga najlepiej rozumiała, dlaczego to zrobiłam. I prawdę mówiąc nie ma w tym nic dziwnego, bo przecież obie doskonale się znamy i to od najmłodszych lat. Zawsze byłyśmy jak siostry, nawet wtedy, gdy były pomiędzy nami jakieś spięcia. Trudno więc, żeby Iga mnie nie rozumiała. Ale niestety, również tylko ona jedna rozumiała, co jest grane i po cichu kibicowała mnie oraz Gabrysiowi mając nadzieję, że się znowu zejdziemy. A potem cóż... Doszło do tego, że ja i Gabryś znaleźliśmy małego koteczka z ranną łapką. Tak nas wzruszył jego los, że wzięliśmy go do mojego domu i postanowiliśmy się nim zaopiekować. Moi rodzice nie mieli nic przeciwko temu, więc został z nami na stałe. Potem jednak kiciuś nam nagle zniknął. Nie wiedzieliśmy, co się stało, ale byliśmy bardzo niespokojni. Zaczęłam go szukać i muszę wam tutaj szczerze i to z ręką na sercu powiedzieć, że tylko Gabryś mi wtedy pomagał. Żadna z moich przyjaciółek jakoś nie chciała tego zrobić. Jedna powiedziała, że ma inne sprawy na głowie, a poza tym, skoro mi towarzyszy Gabryś, to ona jest mi niepotrzebna. Druga z kolei mi powiedziała, że nie cierpi kotów i ma w nosie mojego kociambra, jak go nazwała. Iga z kolei by mi pomogła, gdyby nie to, że była wtedy chora. Życzyła nam tylko powodzenia i prosiła, żeby jej potem dać znać, czy kotek się znalazł. A więc ja i Gabryś go szukaliśmy tylko sami we dwoje (bo moi rodzice byli w pracy i nie mogli nam pomóc).
- No i co? Znaleźliście go?
- Oczywiście, że tak. Znaleźliśmy go zagubionego i przemarzniętego. Zabraliśmy go z powrotem do siebie i teraz ten biedaczek siedzi w domu i nie chce już wychodzić na zewnątrz, tak jakby się bał, że znowu nam się zgubi i już nie zdoła wrócić do domu. Wyrósł z niego taki uroczy leniuszek domowy, którego wszyscy bardzo kochamy. I on nas połączył ze sobą, bo dzięki niemu zrozumiałam, kto mi naprawdę jest oddany i kto tak naprawdę najmocniej mnie wspiera w każdym problemie - czyli Gabryś. Od tego czasu wiele zrozumiałam, a opieka nad tym naszym małym dzieciątkiem, jak go dowcipnie nazywamy, nauczyła nas wielkiej odpowiedzialności. Nawet nie wiecie, ile może nauczyć człowieka opieka nad zwierzątkiem.
Po tych słowach Kala westchnęła delikatnie i patrząc na mnie zapytała:
- No, a jak to było z tobą i z Ashem?
Ja i Ash opowiedzieliśmy jej na zmianę, w jaki sposób się poznaliśmy i jak powoli się do siebie zbliżyliśmy. Nasza opowieść bardzo zaintrygowała zarówno Kalinę, jak i Gabrysia, którzy byli wyraźnie nią zadowoleni.
- Wasza historia jest jeszcze ciekawsza niż nasza - powiedziała Kala - To jest naprawdę niesamowita opowieść. I widzę, że was szybciej do siebie ciągnęło niż nas do siebie.
- Bo widzisz, ja się wcześniej zakochałam w Ashu niż ty zakochałaś się w Gabrysiu, ale musiałam nieco poczekać, żeby on odwzajemnił to uczucie - wyjaśniłam - Tak czy inaczej naprawdę byliśmy zawsze zgranym duetem i nadal nim jesteśmy.
Spojrzałam na Asha czule, a ten położył dłoń na mojej dłoni i rzekł:
- Nawet nie wiedziałem, że takie anioły jak Serena mogą chodzić po tym świecie.
- Weź już przestań - zarumieniłam się lekko - Ja i anioł? Kto ci niby w to uwierzy?
- Nikt nie musi wierzyć. Ważne, że ja to wiem. Reszta świata nie musi.
W odpowiedzi na także jakże urocze słowa uśmiechnęłam się do niego czule.
- Raz mi mówiono, że są tu na ziemi białe anioły z skrzydłami jasnymi - wyrecytował nagle Gabryś.
- Narcyza Żmichowska - rzuciłam wesołym tonem, od razu rozpoznając autorkę tych słów.
- Znasz polską poezję? - zapytał ze zdumieniem Gabryś.
- Trochę - odpowiedziałam.
- A co cię tak nagle na poezję wzięło, Gabryś? - zaśmiała się Kala.
- A sam nie wiem. Tak jakoś - zachichotał jej chłopak.
Już po chwili wszyscy wybuchliśmy wesołym śmiechem.
- A co z tym waszym przyjacielem, Seiyim? - zapytała nagle Kala - Czy on ma jakąś dziewczynę?
Posmutniałam, kiedy o tym wspomniała i już chciałam odpowiedzieć, ale nagle usłyszałam głośny krzyk pełen przerażenia.
- Ratunku! Pomóżcie nam! Moja córka!
Zerwaliśmy się szybko z koca i rozejrzeliśmy się, aby nas zobaczyć, skąd dobiega ten krzyk. Dość prędko odkryliśmy, że miejscem, z którego on się wydobywa jest przewrócona na bok żaglówka, przy której pływa jakaś kobieta. Była przerażona i szaleńczo rozglądała się dookoła i krzycząc przy tym ze strachu.
- Moje dziecko! Gdzie moje dziecko?! Sara?! Gdzie jesteś, Sara?!
Kątem oka zauważyłam, że do wody wbiega ratownik, ale Ash też nie zamierzał siedzieć na miejscu. Złapał szybko za dwa ze swych pokeballi, które miał przymocowane do pasa spodni i wypuścił z nich Totodile’a oraz Buizela. Bo muszę tu wyjaśnić, że mój luby na tę podróż postanowił wziąć poza Pikachu jedynie kilka wodnych Pokemonów uważając, że one bardziej mu się przydadzą nad Bałtykiem niż te, które zwykle przy sobie nosi. Teraz zaś okazało się, że miał rację.
- Idziemy, chłopcy! - zawołał szybko Ash.
Po tych słowach mój ukochany wskoczył prędko do wody, a jego dwaj wodni kompanii dołączyli do niego i razem bardzo szybko dopłynęli do wywróconej żaglówki. Przez ten czas kobieta próbowała znaleźć swą córkę, ale po pierwszym zanurkowaniu pod wodę w celu znalezienia jej wypłynęła na powierzchnię nieprzytomna. Ratownik szybko do niej dopłynął i zaczął ją wciągać na żaglówkę, aby nie poszła na dno. Ash zaś równie szybko znalazł się przy nim, krzyknął coś do niego, pomógł mu wciągnąć kobietę na żaglówkę, a następnie zanurkował pod wodą razem ze swoimi dwoma kompanami. Ratownik tymczasem upewnił się, że kobieta żyje i zaczął się rozglądać za Ashem. Gdy go nie dostrzegł, to szybko zanurkował pod wodą, aby szukać córeczki tej pani, którą właśnie ocalił, a tak po około minucie wypłynął na powierzchnię, trzymając w objęciach jakąś małą istotkę.
- To chyba córeczka tej pani - powiedział Gabryś.
- Mam nadzieję, że żyje - dodała przejętym głosem Kalina.
- A gdzie Ash? - jęknęłam przerażona.
- Pika-pi! Pika-pi! - piszczał zaniepokojony Pikachu.
Ratownik tymczasem wciągnął dziewczynkę na łódkę i położył ją tuż przy jej matce, a jednocześnie kilka osób zaczęło szybko płynąć motorówką w ich stronę, aby ich wesprzeć. Asha jednak ciągle nie było widać.
- Boże, co się z nim dzieje?! - jęknęłam z niepokojem.
- Pika-pi! Pika-pik! - krzyczał Pikachu.
Buneary ścisnęła go lekko za łapkę. Również była zaniepokojona.
Nagle z wody wynurzył się Ash, podtrzymywany przez Totodile’a oraz Buizela. Oba Pokemony szybko zaczęły holować swego trenera do brzegu. Ja i reszta podbiegliśmy do niego, aby sprawdzić, czy nic mu nie jest. Na całe szczęście Ash był przytomny, choć wyglądał na lekko oszołomionego.
- Ash! Wszystko dobrze?! - zapytał Gabryś.
Pikachu wskoczył Ashowi w objęcia i uściskał go czule.
- Skarbie, nic ci nie jest? - jęknęłam, łapiąc go za ramię.
- Wszystko dobrze... A co z tą małą? - zapytał Ash.
- Och, ty wariacie! - zawołałam, ściskając go mocno i czule - Boże drogi! Mogłeś tam zginąć!
- Spokojnie, wariaci mają więcej szczęścia niż rozumu - zaśmiał się na to mój ukochany.


Ucałowałam go kilka razy, a potem popatrzyłam mu w oczy z miłością i niepokojem zarazem.
- Co się stało, że siedziałeś pod wodą kilka minut? - zapytałam.
- I jak w ogóle udało ci się wstrzymać powietrze na tak długo? - dodał Gabryś z wyraźnym zachwytem w głosie.
- Sam nie wiem. Po prostu poczułem nagle, że mogę oddychać pod wodą, ale nie umiem wyjaśnić, jak to się stało - Ash lekko sobie pomasował głowę - To było naprawdę niesamowite. A przy okazji nie uwierzycie nawet, co ja tam ujrzałem.
- Co takiego? - spytała Kala.
- To było coś takiego... Nie, naprawdę. Nie ma sensu, żebym ci mówił, co tam widziałem. I tak byś nie uwierzyła. Ja sam ledwo w to wierzę.
- O czym ty mówisz? - zdziwiłam się - Co tam widziałeś?
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
Ash nie zdążył nam odpowiedzieć, bo chwilę potem podeszła do nas wysoka kobieta o blond włosach i brązowych oczach, ubrana w czerwone bikini i z niebieskim ręcznikiem lekko narzuconym na ramiona. Bez trudu rozpoznaliśmy w niej kobietę, której Ash ruszył na ratunek.
- Boże, mój ty odważny chłopcze! Uratowałeś moją córeczkę! Moje słodkie maleństwo!
Ash wstał z piasku i spojrzał na kobietę z uśmiechem, mówiąc:
- To nic takiego. Nie mogłem stać spokojnie, gdy to się stało.
- Ale przecież sam mogłeś zginąć!
- I co z tego? Życie pani dziecka jest ważniejsze. A właśnie, gdzie ona jest? Wszystko z nią dobrze?
- Tak, wszystko - powiedziała kobieta i wskazała na dziewczynkę w wieku około sześciu lat, blondyneczkę o niebieskich oczach, która ubrana była w różowy, dwuczęściowy kostium kąpielowy - To moja córeczka, Sara. Saro, to jest właśnie ten pan, który wraz z panem ratownikiem nam pomógł. Podziękuj mu, kochanie.
Ash uśmiechnął się do niej i kucnął przed nią, pytając:
- Wszystko z tobą dobrze?
- Tak... Dziękuję panu.
- Jaki ja tam pan? Jestem Ash. A ty? Sara, tak?
- Tak. Sara...
Po tych słowach mała rzuciła się Ashowi na szyję i to tak mocno, że aż go przewróciła, a potem pocałowała go czule w oba policzki i chichocząc podeszła do mamy. Ta zaś uśmiechnęła się czule i powiedziała:
- Jeszcze raz bardzo ci dziękuję, Ash. Jestem Katarzyna Marlow.
- Marlow? To nie polskie nazwisko - zauważyła Kalina.
- Bo nie jestem stąd, ale lubię to miejsce. I to bardzo. Dlatego właśnie tutaj zamieszkałam z małą i mężem. Kochamy to miejsce.
- My chyba też je pokochamy - powiedziałam wesoło - Tu jest bardzo pięknie.
- Tak, ale w jednym Scribbler miał rację - zaśmiał się do mnie Ash - Woda w Bałtyku jest bardzo zimna.
Wszyscy parsknęliśmy śmiechem, a potem podszedł do nas ratownik, aby podziękować Ashowi za pomoc w ocaleniu dziewczynki oraz jej matki. Mężczyzna jednak czymś wyraźnie zaniepokojony, dlatego zabrał Asha na stronę i obaj zaczęli o czymś rozmawiać. Rozmowa ta jednak nie przyniosła im niczego pomyślnego, bo ratownik po niej odszedł w jeszcze większym szoku, a Ash wrócił do nas także bardzo zaniepokojony.
- Wszystko dobrze? - zapytał Gabryś.
- Pika-pi? - pisnął Pikachu.
- O czym tak intensywnie rozmawialiście? - dodałam.
- Pytał mnie, czy obaj widzieliśmy to, co widzieliśmy, bo jemu się coś wydawało, ale nie był pewien, czy aby na pewno zobaczył to, co zobaczył i zapytał o to mnie.
- A ty co na to?
- Powiedziałem, że sam nie wierzę w to, co wtedy zobaczyłem i cóż... Nie mogę potwierdzić ani zaprzeczyć jego podejrzeniom.
- Czyli nie powiesz nam łaskawie, co tam widziałeś? - zapytała nieco złośliwie Kalina.
- Nie mogę, ponieważ sam nie wiem, czy w ogóle to widziałem. Bo w końcu równie dobrze mogłem mieć omamy z powodu ciśnienia albo co. A mam wam mówić o moich przywidzeniach?
- Mamusiu, może zaprosimy Asha i jego przyjaciół na lody i ciastka? - zaproponowała mała Sara.
Katarzyna uśmiechnęła się lekko, słysząc tę propozycję i patrząc na nas bardzo miłym wzrokiem, pełnym ciepła i miłości, powiedziała:
- To już tylko od nich zależy.
W brzuchach Asha i jego trzech Pokemonich kompanów zaburczało nagle jak na zawołanie, a mój luby zachichotał, mówiąc:
- Jeżeli chodzi o jakąś przekąskę, to ja nie mam nic przeciwko. Byleby tylko moje Pokemony też dostały jakieś łakocie.
- Oczywiście, że dostaną - powiedziała czule Katarzyna - I to tyle, ile tylko zechcą. Zasłużyły sobie, za takie bohaterstwo.
- Dobrze, to ja się przebiorę i możemy iść - rzekł Ash.
- W sumie my również powinniśmy się przebrać. Widzimy się więc tu za dziesięć minut, dobrze?
- Dobrze, proszę pani.
- Katarzyno. Za to, co dla mnie zrobiłeś nie mogłabym żądać od ciebie, abyś mi mówił „pani“.
Ash, podobnie jak też i Kasia z córką, poszli do przebieralni, żeby się przebrać, a gdy już wyszli, to mogliśmy ruszyć w drogę.
- Idziemy? - zapytał Ash.
- Też pytanie. Oczywiście! - zawołała wesoło Katarzyna.
Ruszyliśmy, ale gdy już poszliśmy w kierunku miasta, to nagle rzucił mi się w oczy pewien niespodziewany widok. Stanowił go jakiś mężczyzna, niewiele starszy ode mnie i Asha, ciemny blondyn o fioletowych oczach, ubrany w białą koszulkę i niebieskie spodenki. Przyglądał nam się uważnie i wyraźnie się uśmiechał. Co w tym niezwykłego, zapyta ktoś? Otóż to, że gdy chwilę później znowu spojrzałam w kierunku, w którym powinien był stać, to już go tam nie było. Zniknął bez śladu, a co najlepsze, nigdzie nie mogłam go wypatrzeć.
- Co się stało, Sereno? - zapytała Kalina, która szła obok mnie.
- A nic takiego. Przewidziało mi się - odpowiedziałam jej.
Zaczęłam myśleć nad tym, co właśnie widziałam, ale nie zdążyłam tego zrobić zbyt dobrze, ponieważ czynność tę przerwali mi Ash z Gabrysiem i Kasią. Cała ta oto wesoła trójka nagle zaczęła śpiewać:

Już za parę dni, za dni parę,
Weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów,
Pitagoras, bądźcie zdrów!
Do widzenia wam, canto cantare.

Lato, lato, lato czeka.
Razem z latem czeka rzeka.
Razem z rzeką czeka las,
A tam ciągle nie ma nas.

Lato, lato, nie płacz czasem!
Czekaj z rzeką, czekaj z lasem.
W lesie schowaj dla nas chłodny cień.
Przyjedziemy lada dzień.

Już za parę chwil, godzin parę,
Weźmiesz rower swój, no i dalej!
Polskę całą zwiedzisz wszerz.
Trochę rybek złowisz też,
Nie przyjmując się niczym wcale.

Lato, lato, mieszka w drzewach.
Lato, lato, w ptakach śpiewa.
W słońcu każe okryć twarz.
Lato, lato jak się masz?

Lato, lato, dam ci różę.
Lato, lato, zostań dłużej!
Zamiast się po krajach włóczyć stu,
Lato, lato, zostań tu.


C.D.N.

Przygoda 131 cz. I

Przygoda CXXXI Do boju młodzieży cz. I - Cześć, kochanie! Co robisz przed... OJEJ! Tymi słowami, mój najdroższy małżonek, powitał nowy dzień...