czwartek, 19 lipca 2018

Przygoda 115 cz. III

Przygoda CXV

Uciekający narzeczony cz. III


Ponieważ nadal mieliśmy pewne wątpliwości względem naszej klientki i jej zlecenia, to poprosiliśmy Maxa, aby sprawdził w Internecie, czy wieści o napadzie na jej dom są prawdziwe i czy w ogóle istnieje ktoś taki, jak Jessica Oleson. Max ochoczo zabrał się do pracy i dość szybko dostarczył nam niezbędnych informacji, z których jasno wynikało, że osoba o takim nazwisku rzeczywiście istnieje i mieszka na terenie Wertanii, a jej rodzice to bardzo bogaci ludzie udzielający się towarzysko. Również napad, którego dokonał Zespół R razem z bandą tajemniczych ludzi ubranych na czarno faktycznie miał miejsce, ale jak się okazuje nie tylko w domu panny Oleson, ale jeszcze w kilku innych bogatych domach. Czyli nasza klientka mówiła prawdę.
- To jednak bardzo dziwne - powiedziałam, gdy już odkryłam te fakty - Zespół R rzadko kiedy kradł kosztowności. Jedyna taka sytuacja, którą sobie przypominam, to ta, kiedy urządzono bal u burmistrza Alabastii i Zespół R na polecenie swego szefa próbował obrabować gości, a ciebie wrobił w to wszystko sugerując, że jesteś ich wspólnikiem i podrzucając ci dowód w postaci jakiegoś bodajże naszyjnika. No, ale to była wyjątkowa sytuacja, bo normalnie oni zawsze kradli tylko Pokemony. Od kosztowności Giovanni miał innych ludzi, jak choćby Annie i Oakley czy Gang Czarnego Tulipana.
- To prawda, jednak pamiętaj, że Zespół R zmienił szefa - powiedział na to Ash, chodząc po pokoju - Sami mi to powiedzieli, kiedy to ostatnim razem się spotkaliśmy. Giovanni nie żyje, a oni teraz pracują dla kogoś innego i podobno ja tego kogoś znam.
- Jak myślisz, kto to taki?
- Nie mam pojęcia, ale tak czy inaczej mamy kolejnego przeciwnika do pokonania. I być może nie jednego. Wciąż myślę o tych sprawach, przy których pozostawiono kartę Tarota z wizerunkiem Śmierci.
- Myślisz, że to ten ktoś wynajmuje obecnie Zespół R?
- Być może, choć nie jestem tego pewien. Ostatecznie ten ktoś nie był aktywny w sprawach ze skradzionymi Pokemonami, tylko raz w sprawie tego rubinu, którym mieli uruchomić laser, a potem drugi raz w sprawie tych diamentów, w którą wmieszały się też Annie i Oakley. Podejrzewam, że ten ktoś częściej daje o sobie znać, ale nie na terenach, na których ja działałem ostatnio. Prócz tego ten ktoś wydaje się być strasznie brutalny, a Zespół R nie sprawia jakoś wrażenia osób, które po doświadczeniu z Giovannim by chciały służyć komuś brutalnemu. Chociaż oczywiście mogę się mylić.
- Więc co robimy? - spytał Max zaintrygowany - Jak chcesz złapać Zespół R?
- W tym właśnie problem - powiedział na to Ash - Oni zawsze łapali nas w swoje zasadzki, a my próbowaliśmy ich uniknąć. Inaczej mówiąc, to oni zwykle byli myśliwymi, a my zwierzyną. Tym razem musi być jednak na odwrót.
- Czyli myśliwy staje się zwierzyną, a zwierzyna myśliwym - zaśmiał się lekko Max i zatarł zadowolony ręce - To mi się podoba.
- A mnie się podoba to, że Sherlock Ash wraca do gry - powiedziała bardzo wesołym głosem Bonnie, również biorąca udział w naszej rozmowie - Mam nadzieję, że po tej sprawie porzucisz emeryturę.
- Wszystko w swoim czasie, moja droga - zaśmiał się Ash - A póki co, jako sekretarka naszej drużyny, będziesz nam bardzo potrzebna.
Bonnie zadowolona stanęła na baczność i zawołała:
- Rozkazuj, detektywie!
- De-ne-ne! - zapiszczał Dedenne, wskakując jej na głowę.
Zachichotałam wesoło, widząc zapał dziewczynki do działania, który i mnie się udzielał. Ashowi również podobał się zapał przyjaciółki, ponieważ rzekł:
- Doskonale. A więc chodzi o Macy.
- O Macy? - zdziwiłam się.
Naprawdę czego jak czego, ale tego po Ashu się nie spodziewałam. Przecież on zawsze uciekał na widok tej pannicy lub dawał jej delikatnie do zrozumienia, że nie ma ochoty udzielać jej kolejnego wywiadu na bloga, który założyła w ramach działalności fanklubu jego osoby. Wydawało mi się więc, że rozmowa o Macy to jest ostatnia rzecz, jakiej mogę się po nim spodziewać, a tu proszę.
- Tak, właśnie o Macy - potwierdził Ash z uśmiechem na twarzy - Na pewno dobrze pamiętacie, że zdołała się jakoś wkręcić na przyjęcie z okazji powrotu Clemonta i prosiła mnie o wywiad w tej sprawie.
- Tak, a ty jej grzecznie odmówiłeś - powiedziałam.
- Wiem, ale tym razem nie odmówię.
Nie sądziłam, że mogę jeszcze bardziej się zdziwić, ale okazało się, że jednak jest to możliwe, bo właśnie teraz byłam jeszcze bardziej zdumiona niż przed chwilą. Na pociechę widziałam, że Max i Bonnie również byli w nie mniejszym szoku niż ja.


- Ale po co chcesz rozmawiać z Macy i udzielać jej wywiadu? - spytała zdumiona Bonnie.
- Chcę, aby wszyscy się dowiedzieli, że ja, Sherlock Ash wracam do gry i zamierzam złapać Zespół R i nie dopuścić do kolejnych kradzieży oraz odzyskać klejnot skradziony pannie Oleson. Chcę, żeby wszyscy się o tym dowiedzieli, w tym także Zespół R. Dlatego ty, Bonnie, sprowadzisz tutaj Macy, a ja udzielę jej wywiadu, który potem ona opublikuje na swej stronie. Ty zaś, Max, potem opublikujesz go na blogu, na którym często publikujesz wzmianki o moich sukcesach i niektóre filmiki ukazujące te sukcesy. Chyba wciąż prowadzisz tego bloga, prawda?
- Prowadzę, ale nadal nie rozumiem, do czego dążysz - rzekł Max.
- Chcę, aby Zespół R się o tym dowiedział - powiedział na to mój luby bardzo zadowolonym tonem - Z pewnością mają dostęp do Internetu, a jeśli nawet nie, to Macy i członkowie mojego fanklubu z pewnością będę ze sobą rozmawiać o tym wywiadzie. Spodziewam się, że Zespół R przebywa gdzieś w Kanto niedaleko Wertanii, gdzie dokonał ostatnio kilku włamań i może usłyszeć rozmów na temat tego wywiadu. Jestem pewien, że ten wywiad bardzo im się nie spodoba.
- Pewnie, że nie - powiedziałam - Pomyślą, że zidiociałeś do reszty, skoro chwalisz się na prawo i lewo o tym, iż chcesz ich złapać.
- Być może albo poczują się zagrożeni i zechcą do tego nie dopuścić, a znając ich zamiast uciec postanowią się na nas zaczaić i nas ukarać za te przechwałki, a wtedy wpadną w naszą zasadzkę.
Zaczęliśmy już powoli wszyscy rozumieć, do czego zmierza Ash.
- Hej! To jest myśl! - zawołał wesoło Max - Zespół R nie należy do zbyt inteligentnych, a do tego jeszcze ma wielkie ego, więc cóż... Jeśli je urazimy w sposób bardzo dotkliwy...
- To zechcą nas za to ukarać, a wtedy wpadną w naszą zasadzkę! - dokończyła jego wypowiedź Bonnie.
- Właśnie, już rozumiecie - uśmiechnął się Ash - O to właśnie chodzi.
- Ale co, jeśli nie usłyszą rozmów prowadzonych przez twoich fanów? - zapytałam - Mogą przecież na żadnego nie trafić.
- A i na to jest rada - mój luby wydawał się mieć wszystko dokładnie zaplanowane - Dla pewności, aby się o wszystkim dowiedzieli, mój wywiad z Macy trafi do gazet. „Kanto Express“ będzie się o nim rozpisywać i to tak, żeby wszyscy o nim wiedzieli. Będzie na pierwszych stronach, a gazety będą go reklamować jako coś nadzwyczajnego.
- Gazety na pewno wpadną w ich ręce - uśmiechnął się Max.
- Właśnie, a Cindy postara się już o to, aby wywiad ze mną był na pierwszych stronach jej gazety i wszyscy o nim usłyszeli - dodał Ash - A jak jeszcze ten wywiad będzie zawierał dość nieprzyjemne epitety pod adresem naszego tria złodziejaszków, to wtedy z pewnością zostaną sprowokuje on tych drani do działania.
- Ale co, jeśli podczas akcji stracisz Pikachu? - spytałam - Przecież dobrze wiesz, że oni wciąż chcą go złapać. Co będzie, jeśli im się uda?
- Pika-pika! Pika-chu! - pisnął Pikachu bojowo na znak, że nie boi się ewentualnego złapania.
- Pomyślałem i o tym, ale w tej sprawie potrzebny nam będzie Clemont - powiedział pełen entuzjazmu Ash.

***


Macy bardzo się ucieszyła, kiedy się dowiedziała, że jej idol chce z nią rozmawiać, dlatego bez żadnego wahania przyszła do domu Delii Ketchum, aby przeprowadzić wywiad, o którym wspomniał Ash.
- Wiedziałam! Normalnie wiedziałam, że się w końcu zgodzisz! Nawet nie wiesz, jak wielkie ma to dla mnie znaczenie! - wołała na wstępie, gdy tylko wparowała do środka.
Poczułam od razu na jej widok naprawdę wielką złość, którą jednak z trudem zdołałam zahamować. Co prawda Macy tym razem nie rzuciła w moją stronę na dzień dobry żadnej złośliwości, ale i tak była zła. Zawsze ta pannica strasznie działała mi na nerwy swoimi zalotami do Asha, których nawet nie próbowała przede mną i przed nim ukryć. Mój luby miał do nich mieszane uczucia - czasem go one bawiły, a czasem go irytowały równie mocno, co mnie. Tak więc ani on, ani ja nie mieliśmy powodu, aby chcieć z nią przebywać, chociaż też muszę gwoli uczciwości przyznać, iż ta pannica mimo wszystko nie zawsze była taka zła. Gdy Ash rzekomo zdradził nas i dał się zwerbować Giovanniemu, to właśnie Macy przekonała mnie, że ta sprawa z całą pewnością nie może tak wyglądać, jak się wydaje. Dlaczego tak uważała? Dlatego, że nie była w stanie uwierzyć w coś takiego i uważała przy tym, iż ja też nie powinnam w to wierzyć. Poradziła mi wtedy, abym poprowadziła śledztwo w tej sprawie. Posłuchałam jej i dobrze zrobiłam, bo to śledztwo pomogło mi odkryć prawdę, a ta była po prostu niezwykła pod każdym względem - Ash okazał się być podwójnym agentem zwerbowanym przez tajne służby Kanto w celu zinfiltrowania organizacji Rocket i zadania jej wręcz potężnego ciosu od środka. Ten cios pomógł nam potem pokonać Giovanniego i rozbić jego organizację raz na zawsze. Tak więc Macy mam do zawdzięczenia to, że zmobilizowałam się do odkrycia prawdy i mogłam znowu wierzyć bez obaw w mojego ukochanego. Można zatem powiedzieć, że miałam pewien powód, aby lubić tę pannicę, choć więcej miałam powód, aby mieć dość jej towarzystwa i to do końca życia.
Podsumowując zatem, nie byłam uradowana, kiedy do nas przyszła, ale wiedziałam, że muszę robić dobrą minę do złej gry, a poza tym częściowo uspokajało mnie to, iż Macy jest nieszkodliwa, bo niby co ona mi może zrobić? Asha mi i tak nie odbije, choćby nie wiem, ile razy by próbowała, a prócz tego, mimo całej gamy irytujących cech posiada też cechy pozytywne, jak choćby wielką wiarę w Asha i oddanie mu. Wszak walczyła wraz z nami w Bitwie o Kanto, nawet nie zastanawiając się przy tym, czy powinna to zrobić, czy też nie. Wraz z nami narażała swoje życie, nie oczekując niczego w zamian, więc może jednak nie jest taka zła? Nie, zła to ona nie jest, ale irytująca to z pewnością.
- Słuchaj, Ash... Ta twoja sekretareczka mówiła mi, że podobno chcesz przede wszystkim porozmawiać ze mną na temat tych ostatnich napaści na wille bogatych gości mieszkających w Wertanii - powiedziała Macy, gdy już usiadła naprzeciwko nas - Ale liczę na to, że opowiesz mi przy okazji także o tym, jak to było z Clemontem. Twoi fani bardzo chcą wiedzieć, jak twój przyjaciel wracał do zdrowia i jak go w tym wspierałeś.
- Wiesz, Macy... Mój udział w powrocie Clemonta do zdrowia był raczej niewielki - odpowiedział Ash z lekkim uśmiechem - Tak właściwie, to w tej sprawie najbardziej pomogła moja ciotka, Kasandra Cheerful, kuzynka mojej mamy i szefowa uzdrowiska na wyspie Melemele w regionie Alola.
- Wiem, słyszałam o tym - odparła radośnie Macy - To bardzo słynne uzdrowisko rehabilitacjo-biologiczne, w którym pracują najlepsi specjaliści z najlepszych. Ale nie powiesz mi, że nie wspierałeś swojego przyjaciela w tak ciężkiej dla niego sytuacji.
- To prawda, pomagałem mu, podobnie jak Serena i cała nasza paczka detektywistyczna.
- Ale założę się, że twój udział był tutaj największy.
- No, raczej nie.
- Oj, jesteś zbyt skromny, Ash.
- Być może. Tak czy siak, Macy, to przede wszystkim musimy ze sobą porozmawiać w innej sprawie. Masz dyktafon?
- Tak, zawsze go noszę przy sobie - zaśmiała się Macy i położyła wyżej wspomniany przedmiot na stole - Tak więc możesz śmiało mówić, co tylko chcesz.
- I to właśnie zamierzam zrobić, moja droga - odpowiedział jej Ash, wyraźnie zadowolony z tego wszystkiego - A więc zadawaj mi pytania, ale musisz przy tym pamiętać, żeby dotyczyły one przede wszystkim sprawy, w której cię tu wezwałem.
- Spokojnie, Ash. Pamiętam i nie zapomnę - zaśmiała się wesoło Macy i włączyła dyktafon - A zatem do dzieła!
W taki oto sposób rozpoczął się wywiad z Ashem w sprawie włamań, czy może raczej napaści na wille bogatych ludzi w Wertanii. Macy wbrew moim obawom zadawała naprawdę bardzo profesjonalne pytania Ashowi i rozmowa toczyła się tak, jakby z moim chłopakiem rozmawiała nie jego zwariowana fanka, ale profesjonalna dziennikarka, która wywiady takie jak ten przeprowadza codziennie. Pod tym względem Macy naprawdę bardzo mnie zaskoczyła, oczywiście w pozytywny sposób.
Wywiad potrwał kilkanaście minut, a Ash bez najmniejszych krępacji powiedział wprost, co myśli o Zespole R i że zamierza ich złapać i odzyskać naszyjnik skradziony pannie Oleson. Wyraził swoją opinię na temat naszego złodziejskiego trio, nie ukrywając przy tym tego, że ma o nich jak najgorsze zdanie. Rzecz jasna zdecydowanie bardzo mocno ubarwił tutaj swoją opinię, przedstawiając ich jako żałosnych patafianów, którzy to sami nie ukradliby nawet dziecku lizaka w biały dzień, a co dopiero naszyjnika, dlatego też potrzebują do wykonania takiego zadania całej masy pomagierów, co tylko dowodzi ich umiejętności, ale on ich dopadnie i radzi złodziejaszkom, aby oddali skradziony naszyjnik zanim wpadną w jego ręce, bo wtedy nie będzie dla nich litości.
Doskonale wiedziałam, że on wcale tak nie uważa, a jego słowa mają za zadanie sprowokować Zespół R do działania i byłam pewna, iż co jak co, ale oni na pewno zostaną sprowokowani, gdy poznają rzekomą opinię Asha na swój temat. Tak, ta opinia ich na pewno obrazi, a już zwłaszcza Jessie, która po jej usłyszeniu będzie z pewnością dyszeć żądzą zemsty.
- I co o tym sądzisz, kochanie? - spytał mnie wesoło Ash.
- Cóż... Jeśli planujesz ich wkurzyć tymi słowami, to jestem pewna, że ci się to uda - odpowiedziałam wesoło.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- I bardzo dobrze, bo taki właśnie mam zamiar - zachichotał mój luby w dowcipny sposób.

***


Wywiad za sprawą Macy, jak również i Maxa został opublikowany w Internecie, a prócz tego jeszcze ukazał się w gazetach „Kanto Express“ oraz w „Głosie Wertanii“. Ludzie w Alabastii mówili praktycznie tylko o tym i stawiali na Asha, czy uda mu się złapać złodziejskie trio, czy też poniesie porażkę. Nie wiem, jak to było w Wertanii, ale mogę się łatwo domyśleć, że tam działo się bardzo podobnie, jeśli nie tak samo. Tak więc Ash osiągnął swój cel i w ciągu kilku dni był wręcz na językach wszystkich ludzi, czego przecież pragnął.
- Bardzo dobrze - powiedział zadowolony - Udało mi się, a więc, skoro już ten etap mego planu zdołaliśmy zrealizować, to teraz możemy się zabrać za pozostałą jego część.
- Oby tylko ci się to udało - zauważyłam ironicznie - Bo przecież wiesz dobrze, że Zespół R może nie dać się sprowokować.
- Kochanie, ja za dobrze ich znam - zachichotał delikatnie mój luby z pewnością siebie w głosie - Możesz być pewna, że czego jak czego, ale obelg pod swoim adresem, zwłaszcza z moich ust oni nie zniosą. Na pewno zechcą mi na nie odpowiedzieć, a odpowiedzą mi działaniem i to niezbyt rozsądnym.
- Dobrze, kochanie. Obyś tylko miał rację - powiedziałam do niego, choć wciąż miałam poważne wątpliwości w tej sprawie.
Mimo tych wątpliwości zrealizowałam z Ashem jego plan i zgodnie z nim kilka dni po opublikowaniu artykułu ruszyłam w kierunku Wertanii pełna obaw i niepewności co do tego, co się może stać. Mój ukochany był zdania, że musi się udać, dlatego też szedł przed siebie bardzo zadowolony, uśmiechając się znacząco. Miał na ramieniu swego wiernego Pikachu, przy boku wierną szpadę, która już z niejednego kłopotu go wyciągnęła, a przy drugim boku mnie, jego wierną narzeczoną i asystentkę, która zamierzała trwać przy nim bez względu na wszystko, nawet jeśli jego plan wydawał się jej być dziwny i szalony.
- Kochanie, nie idź za szybko. Pamiętaj o tym, że nam się nie spieszy - szepnął do mnie mój luby.
Uśmiechnęłam się do niego delikatnie i zwolniłam kroku, jednocześnie uważnie obserwując teren dookoła siebie obawiając się, że zaraz wyskoczy przed nami Zespół R i nas zaatakuje. Tak się jednak nie stało, a my wręcz wlekliśmy się powoli w kierunku Wertanii, robiąc to chyba najwolniej, jak tylko to było możliwe. Nigdy jeszcze tak się nie wlekłam i mam nadzieję więcej tego nie robić, bo wcale nie jest to przyjemne uczucie.
Szliśmy więc powoli, jak to już wcześniej zaznaczyłam i śpiewaliśmy sobie po drodze różne piosenki, m.in. „Ty pójdziesz górą, a ja doliną“, a także parę innych, chociaż nie umiem sobie teraz wszystkich przypomnieć. Doszliśmy w ten sposób do celu naszej podróży, czyli Wertanii, ale kiedy ujrzeliśmy go na horyzoncie, to Ash wyraźnie był zawiedziony. Doskonale wiedziałam, dlaczego tak jest.
- No i co, panie mądry? - powiedziałam nieco ironicznie - Gdzie są ci dranie? Powinni już dawno być na miejscu, a tymczasem wciąż ich jakoś nie widać. Najwidoczniej są cwańsi niż myślałeś.
- Spokojnie, jeszcze nie jesteśmy w mieście. Mamy czas - odparł na to Ash, choć wyraźnie widziałam, że niezbyt w to wierzy - Prawda, stary?
- Pika-pika-chu! - zapiszczał jego Pokemon.
- Tak... Mamy czas. Z dobrych kilka minut - stwierdziłam złośliwie.
- Uwierz mi, wiele się może wydarzyć w ciągu kilku minut - rzucił zadziornie Ash, który jak to często miał w zwyczaju, próbował sprawić, aby to jego było na wierzchu.
No i oczywiście (ku mojej lekkiej irytacji) znowu Ash miał rację, gdyż wtedy, kiedy próbowaliśmy opuścić teren lasu, nagle coś głośno huknęło, zrobiło się sporo dymu, Pikachu pisnął przerażony, zaś ja i Ash usłyszeliśmy głośny śmiech.
- Kto tu jest?! - zawołałam, chociaż doskonale się tego domyślałam.
- A jak myślisz?! - odezwał się nagle złośliwy kobiecy głos - Te dwie niecnoty, panienko złota...
- Niosą kłopoty u boku swego kota - dodał złośliwy męski głos.
- By uchronić świat u dewastacji...
- By zjednoczyć wszystkie luby naszej nacji...
- Bezczelnym głabom nie przyznać racji...
- By gwiazd dosięgnąć, będziemy walczyć.
- Jessie!
- James!
- Zespół R wiernie walczy w służbie zła!
- Więc poddaj się lub do walki z nami stań!
- Miau! To fakt! - dodał trzeci głos, dołączając do nich.
Dobrze wiedziałam, z kim właśnie mieliśmy do czynienia, także nie byłam wcale zdziwiona tym, że kiedy tylko kurz opadł, to na jednej z gałęzi dostrzegliśmy dobrze nam znane trio, zaśmiewające się przy tym do łez. Jessie trzymała w ręku jakiś wielki klosz na kwiaty z podstawką i w tym oto przedmiocie znajdował się nasz Pikachu, piszczący ze strachu.


- Zespół R! - zawołałam gniewnie.
Ash uśmiechnął się delikatnie, patrząc na naszych złodziejaszków. W końcu przecież tego oczekiwał, a więc niby czemu miałby nie być bardzo zadowolony?
- A więc to wy! - dodał mój ukochany, z trudem powstrzymując się od uśmiechnięcia się.
- A coś ty sobie myślał, głąbie?! - zawołała wściekle Jessie - Myślałeś sobie może, że po tym, co o nas wygadywałeś będziemy spokojnie siedzieć na miejscu?!
- I będziemy nie reagować na twoje szyderstwa? - zapytał złośliwie James - Nie ma mowy! Musieliśmy zareagować!
- Właśnie! - dodał złośliwie Meowth - I co teraz powiesz, kochasiu? Chciałaś nas złapać, a my złapaliśmy twojego Pikachu!
Ash nie mógł się już powstrzymać i parsknął śmiechem, tym samym wzbudzając zdumienie naszych przeciwników.
- Z czego rżysz, głąbie?! - zawołała wściekle Jessie - Tak cię bawi to, że złapaliśmy twojego startera?
- Nie... Tak mnie bawi to, że wpadliście w moją zasadzkę - zaśmiał się dowcipnie Ash.
- Jaką zasadzkę? - spytał zdumiony James.
- Moją zasadzkę - odpowiedział na to Ash i wyjął zza pasa pistolet, który wymierzył w kierunku naszego trio - Tak się składa, że celowo dałem do gazet ten artykuł. Wiedziałem, że zechcecie mi dowieść, iż się mylę i nie zdołam was pokonać. Wiedziałem doskonale, co zrobicie i czekałem tylko na to, aż mnie zaatakujecie, aby was złapać, a szczególnie jednego z was.
To mówiąc spojrzał na Jamesa i uśmiechnął się do niego złośliwie.
Zespół R tymczasem zaczął wyraźnie rozumieć wszystko, co się wokół nich działo. Zaczął rozumieć, że właśnie dali się nam załatwić i oszukać jak dzieci. Wciąż jednak nie zamierzali się poddać.
- Lepiej opuść pukawkę, głąbie, bo inaczej twój Pikachu może zapłacić za twoją brawurę! - zawołał Meowth.
Ash znowu parsknął śmiechem.
- Mój Pikachu? Ty głupi sierściuchu! Uważasz, że używałbym swojego Pikachu jako przynęty?! To jest robot zbudowany przez Clemonta!
Złodziejaszkowie spojrzeli przerażeni na trzymanego pod kloszem Pokemona i zauważyli, że ten zaczyna dymić i syczeć, a po chwili, zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć wybuchł, okrywając ich twarze sadzą. Cała trio wskutek tego wybuchu zleciało z drzewa prosto na ziemię.
- Dobra, kochani. Fajerwerki już skończone, więc pora na to, żebyście poszli z nami - powiedział Ash i wymierzył do nich z pistoletu.
Oczywiście był on na kule paraliżujące, a nie na ostre naboje, ale nasi dranie tego przecież nie wiedzieli i byli wyraźnie przerażeni.
- Hej, głąbie! Opuść lepiej broń, bo jeszcze zrobisz komuś krzywdę! - zawołał Meowth.
- Spokojnie, to samo nie wypali. Musiałbym pociągnąć za spust - rzekł z wyraźną satysfakcją w głosie - A ja tego nie zrobię, jeśli mnie do tego nie zmusicie.
Całe trio powoli podniosło się z ziemi, trzymając jednocześnie ręce w górze.
- A teraz pójdziecie z nami - rzekł rozkazującym tonem Sherlock Ash - Ktoś bardzo chce sobie z wami porozmawiać.
- Ale my nie chcemy z nim rozmawiać - rzuciła Jessie.
- Zresztą dobrze wiemy, kogo masz na myśli. Kolesia, na którego oboje mówicie „pan prokurator“ - dodał James.
- Zwykle mówimy do niego Jake - zażartował sobie Ash - Ale nie o niego mi teraz chodzi. Tu chodzi o...
Ash jednak nie dokończył, ponieważ nagle usłyszeliśmy za sobą jakieś dziwne, dziewczęce chichoty. Odwróciliśmy się oboje i zauważyliśmy, że to dwie nastolatki właśnie idą w naszą stronę, rozmawiając sobie przy tym o czymś bardzo wesołym. Obie jednak umilkły, kiedy tylko zobaczyły w dłoni mojego ukochanego pistolet i stanęły jak wryte, nie bardzo wiedząc, co mają zrobić.
- Spokojnie, to sprawy policyjne - powiedział mój luby do obu pannic.
- Właśnie. Nie macie się czym przejmować - dodałam i spojrzałam w kierunku Zespołu R.
Zobaczyłam wówczas, że oto nasze złodziejskie trio właśnie biegnie w kierunku miasta, próbując nam uciec.
- Hej, oni uciekają! - zawołałam.
- Spokojnie, nie zwieją nam! - odpowiedział mi wesoło Ash i rzucił przed siebie pokeball.
Z kuli wyskoczył Bulbasaur, który natychmiast na polecenie swojego trenera wystrzelił z cebuli na swoim grzbiecie długi, jasny promień, który uderzył w ziemię tam, gdzie właśnie stanął uciekający Zespół R. Wskutek tego doszło do wybuchu, a całe trio wyleciało w górę, krzycząc:
- Zespół R znowu błysnął!
- Łap Jamesa! - krzyknął Ash.
Bulbasaur wypuścił ze swojego grzbietu dwa pnącza, którymi mocno pochwycił Jamesa i nie pozwolił mu zniknąć nam z oczu razem ze swymi kompanami. Zamiast tego opuścił go powoli na ziemię, a mój luby spojrzał na niego groźnie, mówiąc:
- No i co, panie złodziejaszku? Chciałeś odejść bez pożegnania?
Sposób, w jaki się wyrażał i w jaki zachowywał wyraźnie dawał mi do zrozumienia, że jest on niechętny Zespołowi R. Podejrzewam, że było to wywołane faktem, iż ci wredni dranie podczas naszego ostatniego spotkania sprowadzili Cleo, która zaatakowała go i próbowała zabić. Co prawda Ash nie żywił do panny Winter jakiegoś żalu za to, iż ta chciała załatwić mu dekapitację, ale za to miał wielki żal do Zespołu R za to, że ci jej to ułatwili. Oczywiście mogę się mylić, bo jakoś nie umiałam Asha o to zapytać, ale znałam mojego ukochanego na tyle dobrze, aby wiedzieć, co on może czuć i dlaczego, a w każdym razie tak właśnie wtedy myślałam i sądzę, że raczej się nie myliłam.
- No dobrze, kochasiu - uśmiechnął się złośliwie Ash - Teraz sobie pogadasz z naszą klientką. Bardzo chciałaby się ona dowiedzieć, co zrobiłeś z jej naszyjnikiem.
- Jakim naszyjnikiem? - spytał zdumionym tonem James.
- Weź nie udawaj. Ile naszyjników ukradłeś, że już ci się wszystkie one mylą? - zakpił sobie ironicznie Ash - Chodzi o Jessicę Oleson. Mówi ci coś to nazwisko?
Oczywiście ono bardzo wiele mu mówiło. Jego mina wyraźnie nam to powiedziała.
- Tak, mówi - jęknął załamanym głosem James - Ale przysięgam, ja jej nie zabrałem naszyjnika! Owszem, obrobiliśmy jej willę podczas tego balu! Obrobiliśmy ją z Pokemonów oraz kosztowności, ale ja nie brałem żadnego naszyjnika panny Jessici!
- Doprawdy? - spytał złośliwie Ash - Ona mówi co innego.
- Więc ona kłamie.
- Naprawdę?
- Spokojnie, jeszcze się dowiemy, kto tutaj kłamie, a kto mówi prawdę - przerwałam tę pogaduszkę i dodałam: - Ash, chyba pora na to, żebyśmy wezwali naszą klientkę.
- Słuszna uwaga - zgodził się ze mną mój luby - Bulbasaur, trzymaj go mocno! Nie może nam uciec.
- Bulba-bulba-saur! - odpowiedział mu Pokemon bojowym tonem.
Ash tymczasem wyjął komórkę i wybrał na niej numer.

***


Bardzo szybko w miejscu, w którym się znajdowaliśmy pojawiła się Jessica Oleson. Dziewczyna przybyła samochodem nad wyraz wypasionym i bardzo dźgającym w oczy swoim przepychem. Było to auto czarne, dość eleganckie, ale przede wszystkim szybkie, o czym świadczyło nie tylko to, jak pędziła do miejsca, w którym przebywaliśmy, ale także tumany kurzu, jakie się wzniosły, gdy tylko panna Oleson zjawiła się na miejscu.
- O! A więc pan nie żartował, drogi panie Ketchum! - zawołała wesoło dziewczyna, wysiadając z samochodu - Miałam wielką nadzieję, że pan nie kłamie ani nie żartuje, ale posiadałam pewne obawy. W końcu słynie pan nie tylko ze swoich wielkich umiejętności, ale też i poczucia humoru.
- Spokojnie, tym razem to nie jest żart - odpowiedział Ash z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Właśnie widzę - uśmiechnęła się Jessica i spojrzała na Jamesa - No proszę... A wiec znowu się spotykamy.
- Dzień dobry, panno Jessico - powiedział grzecznym tonem James, lekko kłaniając się swoją głową dziewczynie.
- A zatem Sherlock Ash cię złapał - stwierdziła Jessica ironicznie - Pewnie tego się nie spodziewałeś, prawda?
- Prawdę mówiąc, to nie.
- Doskonale. A teraz powiedz mi, kochany, gdzie jest mój naszyjnik, a ja obiecuję ci, że jeśli to zrobisz, to puścimy cię wolno.
Jej słowa mnie nieco zdziwiły. Czy po to dziewczyna kazała nam go złapać, abyśmy potem mieli go puścić wolno? Ale też z drugiej strony nie jestem pewna, czy umiałabym wydawać tego cwaniaczka policji, aby zgnił w więzieniu. Ostatecznie James był wręcz najsympatyczniejszy z całego złodziejskiego trio, zresztą całe to trio było zawsze całkiem sympatyczne i jakoś bardzo trudno mi było sobie wyobrazić ich wszystkich za kratkami. Nie sądzę, abym chciała tę trójkę tam widzieć, podobnie jak i Ash. Mimo wszystko jednak słowa naszej klientki bardzo nas zdziwiły.
- Ale ja nie wiem, o jaki naszyjnik chodzi. Ja żadnego naszyjnika ci nie zabrałem! - bronił się James.
- Widzę, że jesteś strasznie uparty - mruknęła gniewnie Jessica - No dobrze, jak sobie życzysz, kochany. Będziemy więc musieli zastosować inne metody rozwiązywania języka.
Po tych słowach spojrzała na nas i powiedziała:
- Czy możecie państwo mi towarzyszyć do domu? Tam byśmy razem go przesłuchali, a przy okazji należy się państwu zapłata.
- Słusznie - powiedział Ash i spojrzał na mnie - W końcu swoje zadanie wykonaliśmy. Chyba powinniśmy odebrać zapłatę i nie mieszać się więcej do tego.
- W sumie racja - poparłam go - A więc chodźmy.
- Raczej jedźmy - uśmiechnęła się delikatnie Jessica i zaprosiła nas do swego auta - Proszę, wsiadajcie.
Poczułam nagle dziwne uczucie niepokoju, jakby miało się zaraz stać coś bardzo nieprzyjemnego. Spojrzałam na Asha, który także wyraźnie się lekko zawahał, zanim to zrobił. Ostatecznie jednak wsiedliśmy do środka samochodu razem z Jamesem wciąż skrępowanym przez pnącza Bulbasaura, który usiadł obok niego i nas na tylnym siedzeniu. Jessica zaś zapakowała się wesoło za kierownicę i pojechaliśmy przed siebie.


Ponieważ willa państwa Olsen znajdowała się na obrzeżach miasta, to nie jechaliśmy do niej długo. Gdy tylko przybyliśmy na miejsce, to zaraz wysiedliśmy i podbiegł do nas kamerdyner, aby nam się ukłonić.
- Alfredzie, bądź tak uprzejmy i każ służbie uszykować w salonie jakąś przekąskę dla naszych gości, a prócz tego sprowadź pozostałych gości z ich pokoi. Bardzo chciałabym z nimi porozmawiać.
- To my może nie będziemy przeszkadzać? - zapytałam z delikatnym zawstydzeniem czując, że jakoś nie ciągnie mnie do takiego przepychu pełnego nie tylko pieniędzy, ale i snobizmu.
- Spokojnie, w żadnym razie nie będziecie przeszkadzać - zaśmiała się delikatnie Jessica Oleson.
- Ale sama pani mówi, że ma pani gości, więc...
- W żadnym razie państwo mi nie przeszkadzacie, a poza tym bardzo chcę tego, żebyście poznali moich pozostałych gości. Być może spodobają się oni państwu. No, tobie to już na pewno powinni się oni spodobać.
Ostatnie słowa skierowała do Jamesa, który prowadzony przez wciąż trzymającego go pnączami Bulbasaura zrobił bardzo zdumioną minę, nie do końca rozumiejąc, co też ona ma na myśli.
Powoli weszliśmy do środka. Willa była urządzona z przepychem i to wyraźnie rzucającym się w oczy. W każdym kącie znajdowała się rzeźba czy popiersie, a na każdej ścianie piękny obraz. Widać było aż nadto wyraźnie, że właściciele tego domu chcą pokazać innym, jak są bogaci i jak umieją z tego bogactwa korzystać. Zdecydowanie snobizm i tyle.
Usiedliśmy w salonie, gdzie służba podała nam ciastka i zimne napoje, za które z chęcią się zabraliśmy. James nie dostał nic do jedzenia, zresztą wciąż był skrępowany i raczej nie miałby jak jeść, a prawdę mówiąc, to nie wyglądał on na kogoś, kto miałby apetyt i ochotę do jedzenia.
Jessica wyszła na chwilę twierdząc, iż zapomniała książeczkę czekową, ale gdy wróciła nie miała jej w dłoni. Nie miała zresztą w dłoniach nic, co by wyglądało na czek lub też książeczkę pełną czeków. To wzbudziło nasze lekkie podejrzenia.
- Proszę państwa - powiedziała panna Oleson dość uroczystym tonem - Bardzo chciałabym państwa przeprosić za to, co zrobiłam.
- A co takiego pani zrobiła? - spytał Ash.
- Przepraszam bardzo za to, że musiałam użyć państwa do realizacji pewnych projektów, które... jakby to ująć... Nie są wcale mojego autorstwa, ale mają wielkie znaczenie dla nas wszystkich.
Ton, w jakim mówiła do nas te słowa bynajmniej nie dowodził tego, aby było jej żal z jakiegokolwiek powodu, a już na pewno nie z takiego, jaki nam podała. Ze słów, które to wypuszczała ze swoich ust bił wyraźny fałsz ubrany w najpiękniejsze stroje mające pozorować bycie miłym i uprzejmym.
- O czym pani mówi? - spytałam gniewnie.
- To już najlepiej wyjaśnią moi pozostali goście - odparła Jessica.
Chwilę później do pokoju weszła dziewczyna, którą widzieliśmy na mieście i która była łudząco podobna do Jessie z Zespołu R. Na jej widok James jęknął przerażony i zawołał:
- O nie! Tylko nie ona!
- Znasz ja? - spytałam zdumiona.
- No oczywiście, że on mnie zna! - zawołała dziewczyna, która (jeśli dobrze pamiętałam) miała na imię Jessiebelle - Trudno, żeby nie znał swojej narzeczonej.
- Narzeczonej?! - krzyknęłam zdumiona.
Ash zaś popatrzył na Jessiebelle w lekkim szoku, łapiąc się za głowę i jęcząc lekko.
- O rany! Teraz już wiem, gdzie cię widziałem! - zawołał, zrywając się z krzesła - Jesteś Jessiebelle! Ta wariatka, która chciała zmusić Jamesa do ślubu!
- Tylko nie wariatka! - zawołała gniewnie Jessiebelle, czerwieniąc się ze złości - Lepiej uważaj na to, co mówisz, plebejuszu! Pochodzę z rodziny lepszej niż ty, więc nie próbuj mnie nazywać wariatką!
- To ty ją znasz? - spytałam Asha.
- O tak, miałem już nieprzyjemność ją spotkać w dawnych czasach - odpowiedział mi Ash, patrząc gniewnie na dziewczynę - Teraz dopiero sobie to przypominam. Widziałem ją, kiedy podróżowałem po Kanto z Misty i Brockiem, a potem w Sinnoh, gdy podróżowałem z Dawn i Brockiem. Teraz sobie przypominam!


Ponieważ willa państwa Olsen znajdowała się na obrzeżach miasta, to nie jechaliśmy do niej długo. Gdy tylko przybyliśmy na miejsce, to zaraz wysiedliśmy i podbiegł do nas kamerdyner, aby nam się ukłonić.
- Alfredzie, bądź tak uprzejmy i każ służbie uszykować w salonie jakąś przekąskę dla naszych gości, a prócz tego sprowadź pozostałych gości z ich pokoi. Bardzo chciałabym z nimi porozmawiać.
- To my może nie będziemy przeszkadzać? - zapytałam z delikatnym zawstydzeniem czując, że jakoś nie ciągnie mnie do takiego przepychu pełnego nie tylko pieniędzy, ale i snobizmu.
- Spokojnie, w żadnym razie nie będziecie przeszkadzać - zaśmiała się delikatnie Jessica Oleson.
- Ale sama pani mówi, że ma pani gości, więc...
- W żadnym razie państwo mi nie przeszkadzacie, a poza tym bardzo chcę tego, żebyście poznali moich pozostałych gości. Być może spodobają się oni państwu. No, tobie to już na pewno powinni się oni spodobać.
Ostatnie słowa skierowała do Jamesa, który prowadzony przez wciąż trzymającego go pnączami Bulbasaura zrobił bardzo zdumioną minę, nie do końca rozumiejąc, co też ona ma na myśli.
Powoli weszliśmy do środka. Willa była urządzona z przepychem i to wyraźnie rzucającym się w oczy. W każdym kącie znajdowała się rzeźba czy popiersie, a na każdej ścianie piękny obraz. Widać było aż nadto wyraźnie, że właściciele tego domu chcą pokazać innym, jak są bogaci i jak umieją z tego bogactwa korzystać. Zdecydowanie snobizm i tyle.
Usiedliśmy w salonie, gdzie służba podała nam ciastka i zimne napoje, za które z chęcią się zabraliśmy. James nie dostał nic do jedzenia, zresztą wciąż był skrępowany i raczej nie miałby jak jeść, a prawdę mówiąc, to nie wyglądał on na kogoś, kto miałby apetyt i ochotę do jedzenia.
Jessica wyszła na chwilę twierdząc, iż zapomniała książeczkę czekową, ale gdy wróciła nie miała jej w dłoni. Nie miała zresztą w dłoniach nic, co by wyglądało na czek lub też książeczkę pełną czeków. To wzbudziło nasze lekkie podejrzenia.
- Proszę państwa - powiedziała panna Oleson dość uroczystym tonem - Bardzo chciałabym państwa przeprosić za to, co zrobiłam.
- A co takiego pani zrobiła? - spytał Ash.
- Przepraszam bardzo za to, że musiałam użyć państwa do realizacji pewnych projektów, które... jakby to ująć... Nie są wcale mojego autorstwa, ale mają wielkie znaczenie dla nas wszystkich.
Ton, w jakim mówiła do nas te słowa bynajmniej nie dowodził tego, aby było jej żal z jakiegokolwiek powodu, a już na pewno nie z takiego, jaki nam podała. Ze słów, które to wypuszczała ze swoich ust bił wyraźny fałsz ubrany w najpiękniejsze stroje mające pozorować bycie miłym i uprzejmym.
- O czym pani mówi? - spytałam gniewnie.
- To już najlepiej wyjaśnią moi pozostali goście - odparła Jessica.
Chwilę później do pokoju weszła dziewczyna, którą widzieliśmy na mieście i która była łudząco podobna do Jessie z Zespołu R. Na jej widok James jęknął przerażony i zawołał:
- O nie! Tylko nie ona!
- Znasz ja? - spytałam zdumiona.
- No oczywiście, że on mnie zna! - zawołała dziewczyna, która (jeśli dobrze pamiętałam) miała na imię Jessiebelle - Trudno, żeby nie znał swojej narzeczonej.
- Narzeczonej?! - krzyknęłam zdumiona.
Ash zaś popatrzył na Jessiebelle w lekkim szoku, łapiąc się za głowę i jęcząc lekko.
- O rany! Teraz już wiem, gdzie cię widziałem! - zawołał, zrywając się z krzesła - Jesteś Jessiebelle! Ta wariatka, która chciała zmusić Jamesa do ślubu!
- Tylko nie wariatka! - zawołała gniewnie Jessiebelle, czerwieniąc się ze złości - Lepiej uważaj na to, co mówisz, plebejuszu! Pochodzę z rodziny lepszej niż ty, więc nie próbuj mnie nazywać wariatką!
- To ty ją znasz? - spytałam Asha.
- O tak, miałem już nieprzyjemność ją spotkać w dawnych czasach - odpowiedział mi Ash, patrząc gniewnie na dziewczynę - Teraz dopiero sobie to przypominam. Widziałem ją, kiedy podróżowałem po Kanto z Misty i Brockiem, a potem w Sinnoh, gdy podróżowałem z Dawn i Brockiem. Teraz sobie przypominam!
- Masz niezwykle bystry umysł - zaśmiała się ironicznie Jessiebelle - Bardzo szybko sobie o mnie przypomniałeś. Pogratulować pamięci. A ty myślałaś, że będzie z nim trudno.
Te słowa skierowała do Jessici Oleson, która uśmiechnęła się lekko i powiedziała:
- Proszę wybaczyć mojej przyjaciółce jej niezbyt miłe zachowanie, ale cóż... W triumfie nie zawsze ludzie przestrzegają dobrych manier.
- Właśnie widzę - mruknął Ash, zaciskając ze złości pięść.
- A więc tu nie chodziło wcale o żaden naszyjnik! - zawołał James - Chciałaś złapać mnie, prawda?!
- Oczywiście, mój kochany - uśmiechnęła się Jessica Oleson - Gdy tylko powiedziałam Jessiebelle, że jesteś w pobliżu, to zaraz poprosiła mnie, abym jej pomogła, a ja nie umiałam jej odmówić. Wykorzystałam więc fakt, że Zespół R napadł mój dom podczas balu, dzięki czemu miałam pretekst do wynajęcia państwa. Liczyłam, że złapiecie Jamesa i celowo to podkreślam w rozmowie z państwem. A państwo się nie zorientowaliście w niczym, nawet kiedy to spotkaliście przypadkiem Jessiebelle na ulicy. A podobno jesteście państwo tacy bystrzy.
Poczułam wówczas w sercu nie tylko ogromną złość na naszą klientkę, ale jeszcze pewne uczucie, że wiem już doskonale, co musiał poczuć Zespół R, kiedy Ash im wyjawił, iż zrobił ich na szaro.
- Tak czy inaczej jesteście jednak państwo bystrzy i bardzo zaradni, bo przecież udało się wam złapać Jamesa - mówiła dalej Jessica Oleson - I za ten czyn oczywiście zostaniecie nagrodzeni.
- Błagam was, nie oddawajcie mnie jej! - krzyknął przerażony James w naszą stronę - Proszę was! Wiem, że nie jesteśmy przyjaciółmi, ale chyba nie wydacie mnie tej wariatce, prawda?!
- James, mój najdroższy - powiedziała czułym tonem Jessiebelle - Jak możesz tak o mnie mówić? Przecież bardzo dobrze wiesz, że ja to chcę tylko twojego dobra.
- On dobrze o tym wie i zapewnia cię, że to docenia - odezwał się czyiś męski głos.
Należał on do wysokiego mężczyzny elegancko ubranego, raczej w średnim wieku, który był dość podobny do Jamesa, ale miał wąsy i delikatną bródkę. Towarzyszyła mu jakaś elegancko ubrana kobieta w wieku bardzo podobnym, posiadaczka ciemnoróżowych włosów i fioletowych oczu.
- Mama?! Tata?! - jęknął James na ich widok - Co wy tu robicie?
- Ratujemy cię, mój synu - odpowiedziała mu matka smutnym głosem - Twoja działalność przysparza ci samych problemów.
- Do tego przynosi całej naszej rodzinie hańbę - rzekł ojciec Jamesa.
- Mniejsza już o hańbę - odparła jego żona z przygnębieniem w głosie - Chodzi o życie naszego syna. James, kochanie... Przecież dobrze wiesz, że narażasz się na aresztowanie oraz dożywocie w więzieniu. To jest po prostu okropne. Chcesz, żeby mi pękło serce z rozpaczy?
- Mamo, to jest moje życie i moja sprawa, co z nim robię! - zawołał James gniewnym tonem.
- Jak śmiesz tak mówić do matki?! - warknął groźnie jego ojciec - Ona tak cię kocha, chce dla ciebie jak najlepiej, a ty tak ją traktujesz?!
- Nie krzycz na niego, kochanie. On nie wie, że robi źle, ale my mu to wytłumaczymy - powiedziała matka Jamesa, zaczynając ronić łzy - A ślub z Jessiebelle odwiedzie go od złej drogi.
- Słucham?! - zawołał przerażony James - Przecież mówiłem wam już wiele razy, że jej nie poślubię! Ja jej nie kocham!
- Miłość przyjdzie z czasem, synku. Poza tym ktoś musi odwieźć cię od drogi, którą obrałeś. Skoro my tego nie możemy zrobić, zrobi to twoja żona.
- Właśnie, mój najdroższy! - zawołała Jessiebelle uradowanym tonem - Zobaczysz, jak oboje będziemy jeszcze szczęśliwi!
Cała grupa przez chwilę zapomniała o naszej obecności, potem jednak zwróciła wzrok w naszą stronę. Pierwszy przemówił ojciec Jamesa.
- Dziękujemy wam bardzo za doprowadzenie tego naszego kochanego nicponia do domu. Najwyższy czas na to, aby w końcu dopełnił on swojego obowiązku.
- Dzięki wam, nareszcie będzie mógł odbyć się jego ślub z Jessiebelle - dodała matka Jamesa wzruszonym tonem - Już zbyt długo odkładaliśmy tę ceremonię. Teraz wreszcie się ona odbędzie, a nasz syn wróci na właściwą drogę.
- Oby tylko ceremonia była piękna - powiedziała Jessica Oleson.
- Oczywiście, że będzie - rzuciła Jessiebelle takim tonem, jakby to było coś oczywistego - Zjawią się na niej wszyscy przyjaciele naszych rodzin i to z wyższych sfer.
Następnie spojrzała na mnie i Asha, dodając:
- Niestety, wy się do nich nie zaliczacie, dlatego też nie możecie wziąć udziału w uroczystości.
- Nawet byśmy tego nie chcieli - powiedział Ash gniewnym tonem.
- Widzisz, jaki mądry z niego człowiek? - spytał wesoło ojciec Jamesa - Dobrze wie, gdzie jest jego miejsce i nie pcha się tam, gdzie nie pasuje. Bardzo dobra postawa, młody człowieku. Dobra i godna pochwały.
To mówiąc wyjął z kieszeni zegarek na łańcuszku, tzw. cebulę, zerknął na owo urządzenie i rzekł:
- Mamy jeszcze przed sobą bardzo wiele przygotowań. Jeszcze tyle do zrobienia. Przede wszystkim musimy teraz przywrócić naszemu biednemu Jamesowi wygląd prawdziwego dżentelmena. Co za tym idzie, nie chcemy zatrzymywać was tu dłużej, bo jak widzę, nasze towarzystwo nie jest wam miłe, a i wasze nie sprawia nam zbytniej przyjemności. Należne honorarium wyślemy pocztą.
- Właśnie, a teraz żegnajcie, kochani - rzuciła Jessiebelle - Vileplume, Usypiający Proszek!
Zanim zdążyliśmy zareagować, to jej Pokemon, który nagle wyskoczył nie wiadomo skąd, prysnął nam w oczy usypiającym proszkiem. Ogarnęła nas wówczas senność i padliśmy nieprzytomni na podłogę.

***


Gdy odzyskaliśmy przytomność, to zobaczyliśmy, że oboje leżymy na trawie niedaleko miasta. Nie było nawet śladu po domu panny Oleson, w którym przed chwilą byliśmy.
- No, to nieźle nas urządzili, dranie - powiedziałam wściekła - Okazuje się, że oboje byliśmy tylko narzędziem w ich ręku.
- Właśnie. Sam bym tego lepiej nie ujął - rzekł Ash gniewnym tonem - Czuję się po prostu okropnie. Daliśmy się oszukać jak dzieci, a w każdym razie ja dałem się oszukać.
- Skąd mogłeś wiedzieć, kochanie, co naprawdę knuje nasza klientka?
- Wiem, nie mogłem tego wiedzieć, ale powinienem przypomnieć sobie Jessiebelle. Powinienem był sobie o wiele wcześniej przypomnieć, gdzie ją widziałem. Gdybym to zrobił, to nie pozwoliłbym się tak załatwić.
Położyłam mu ze smutkiem dłoń na ramieniu i powiedziałam:
- Kochany... Nie zawsze możemy sobie przypomnieć wszystko na czas.
- To prawda, skarbie - odpowiedział mój luby przygnębionym tonem - To sama prawda. Ale czuję się fatalnie.
- Więc co teraz zrobimy?
- Szczerze? Nie chcę się już dłużej mieszać do intryg ludzi z wyższych sfer. Wracajmy do domu.
- I zostawimy tam Jamesa?
- A co niby mielibyśmy zrobić, Sereno? Uratować go przed ślubem? Może powinniśmy, ale... jakoś niezbyt mnie do tego ciągnie. No, a poza tym niby jak mielibyśmy to zrobić?
Nie posiadaliśmy żadnego pomysłu na to, jakie to kroki moglibyśmy podjąć, żeby uratować Jamesa od obowiązku niechcianego ślubu. Nic nie wiedzieliśmy, więc postanowiliśmy dać sobie spokój i powoli, bez żadnego pośpiechu powróciliśmy do Alabastii. Szliśmy tam tak samo, jak szliśmy do Wertanii, ale niestety, już nie było nam tak wesoło jak poprzednim razem. Wróciliśmy do miasta dopiero pod wieczór, a gdy już się tam znaleźliśmy, to zaczęliśmy powoli iść w kierunku domu Delii Ketchum.
- Jak myślisz, czy przyślą nam oni honorarium? - spytałam, kiedy już szliśmy ulicą.
- Prawdę mówiąc, to dla mnie jest bez znaczenia - odparł Ash ponuro - Czuję się teraz po prostu fatalnie. Oszukano mnie i wykorzystano do jakiś podłych celów. To nie jest przyjemne uczucie.
- Wiadomo, ale może coś można z tym zrobić?
- Może i można, ale co?
- Nie wiem.
- Ja również nie wiem.
Szliśmy dalej w milczeniu, nie bardzo wiedząc, o czym moglibyśmy mówić, kiedy nagle natknęliśmy się na May i Gary’ego. Oboje wyraźnie się ze sobą sprzeczali.
- Mówię ci, nic między nami nie zaszło! - wołał Gary.
- Widziałam was! Widziałam, jak się całowaliście! - odpowiedziała mu wściekle May.
- To ona mnie całowała, a nie ja ją!
- Ale jakoś się nie wzbraniałeś, kiedy ona cię całowała!
- May, ja nie chciałem, aby ona mnie całowała!
- Ale się z nią całowałeś!
- Nie całowałem jej! To ona całowała mnie! Zaskoczyła mnie, to było niespodziewane dla mnie!
- Oczywiście, najdroższy. Oczywiście - zakpiła sobie May.
Gary załamany spojrzał na swoją dziewczynę i powiedział:
- Proszę... Zaufaj mi. Ja nie mam teraz z tą dziewczyną nic wspólnego. Przyznaję, kiedyś ona ja i byliśmy razem, ale to było dawno. Już nas nic nie łączy. To było na długo przed tobą.
- Jak widać stara miłość nie rdzewieje.
- May, proszę cię... Jaka znowu miłość? Przecież ja nie jestem i nigdy nie byłem w niej zakochany!
- No proszę. Całujesz się i broisz z dziewczyną, do której nie czujesz miłości. Gratuluję!
- May, to nie tak!
- A niby jak?!
- Proszę, zaufaj mi! Ja kiedyś byłem taki, ale zmieniłem się! Ja bym cię nigdy nie zdradził!
- Daruj sobie te swoje kłamstwa! Nie chcę ich słuchać. I najlepiej także zapomnij o mnie, bo nie chcę cię więcej widzieć!
Po tych słowach May odbiegła od swego ukochanego, mijając nas. Gdy to zrobiła, to zobaczyliśmy, że ma łzy w oczach.
- May, co się stało?! - zawołał Ash.
- May, o co chodzi?! - dodałam zaniepokojona.
Dziewczyna jednak odbiegła w swoją stronę i zniknęła nam z oczu bez słowa wyjaśnień.
- Widzieliście? - spytał Gary, podchodzą do nas.
- Trudno było nie widzieć - odpowiedział mu Ash - Co jej zrobiłeś?
- W tym właśnie sęk, że nic - odparł młody Oak.
- Poważnie? - Ash spojrzał na niego ironicznie.
Nasz przyjaciel zmieszał się lekko.


- No dobra, prawie nic. May zobaczyła mnie z tą idiotką Giselle na ulicy i pomyślała sobie Bóg wie co.
- Naprawdę? - zapytałam z kpiną w głosie - Widziała cię z Giselle, jak sobie niewinnie rozmawiacie i już sobie coś pomyślała?
- No, w sumie to nie była niewinna rozmowa - zarumienił się Gary - Ta głupia Giselle zaczepiła mnie nagle na ulicy i zaczęła ze mną rozmawiać o dawnych czasach. Niezbyt byłem zadowolony z tej rozmowy, ale w końcu zacząłem z nią gadać, a ta zaczęła mi mówić, że bardzo nam było ze sobą dobrze i wielka szkoda, iż z nią zerwałem...
- Moment! Ty miałeś romans z Giselle?! - spytał zdumiony Ash - Z tą samą Giselle, którą ja i Brock poznaliśmy podczas mej pierwszej podróży? Tej samej, która kumpluje się z Jessiebelle?
- Tą samą - odpowiedział mu Gary - A swoją drogą nie wiedziałem, że znasz Jessiebelle.
- A ja nie wiedziałem, że ty znasz Giselle.
- Znam ją bliżej niż bym tego chciał.
- Rozumiem. Mały romansik, co?
- Lepiej. To ona była moją... że tak powiem... pierwszą.
- Aha... Takie buty - powiedziałam, przyglądając mu się - A ile miałeś wtedy lat?
- Piętnaście, a co?
- Bo ja i Ash zaczęliśmy to robić dopiero, kiedy skończyliśmy oboje szesnaście.
- A co to ma do rzeczy?
- Nie, nic... Mów dalej.
Gary westchnął załamany i powiedział:
- Giselle zaczęła ze mną rozmawiać na temat dawnych czasów, nie dawała mi spokoju i wspominała, jak to nam było fajnie... Ja jej mówię, że to bez znaczenia, bo to przeszłość, która już nie wróci. Rozmawiamy, a ona nagle łapie mnie w objęcia i całuje w usta. Byłem w takim szoku, że przez chwilę stałem jak zamurowany i nie rozumiałem, co się dzieje. Nie umiałem jej od siebie odepchnąć, a wtedy nagle słyszę krzyk May. Odwracam się i co widzę? Moją dziewczynę, która stoi tuż za mną i płacze z rozpaczy. Próbuję jej to wszystko wyjaśnić, a Giselle uśmiecha się do mnie podle i odchodzi mówiąc, żebym sam się tłumaczył.
- No nieźle - powiedziałam - Naprawdę nieźle. To się wpakowałeś i to po uszy.
- Ty także będziesz mi teraz robić wymówki?! - syknął gniewnie Gary - Mówię przecież, że nie chciałem się z nią całować. Zaskoczyła mnie!
- Ja ci wierzę i Serena też ci wierzy - powiedział Ash - Trzeba jeszcze zrobić tak, żeby May ci uwierzyła.
- Ale jak to zrobić?
- Spokojnie, będzie dobrze, stary - mój luby położył przyjacielowi dłoń na ramieniu - Daj jej czas, aby przemyślała sobie to wszystko. Być może po prostu musi ochłonąć, a wtedy zrozumie, że mówisz prawdę.
- Oby tak było... Nie chcę jej stracić. Naprawdę ją kocham.
- Spokojnie, stary. Będzie dobrze.
Gary nie wyglądał na specjalnie pocieszonego. Uśmiechnął się do nas delikatnie, a potem odszedł w swoją stronę.

***


Następnego dnia ja, Ash i Pikachu (ten prawdziwy, który opiekowała się Dawn pod naszą nieobecność) poszliśmy do Centrum Pokemon, aby porozmawiać z May, ale nigdzie jej nie było. Postanowiliśmy jej poszukać, ale zamiast tego natrafiliśmy na kiosk, przed którym wisiała gazeta „Kanto Express“, a tam na pierwszej stronie widniał napis „PLANOWANY ŚLUB STULECIA“. Zaintrygowani kupiliśmy gazetę i przeczytaliśmy artykuł, ale jego treść bardzo nam się nie spodobała. Pisało tam o tym, że pochodzący z bogatej i bardzo wpływowej rodziny James ma poślubić swoją przyjaciółkę z dzieciństwa, pannę Jessiebelle, wychowanicę swoich rodziców, w której od dawna jest zakochany. Dobrze wiedzieliśmy, o kim mówi artykuł.
- No proszę... A więc to już zaplanowane... - powiedziałam.
- Tak... I pomyśleć, że to moja zasługa - syknął Ash.
Po tych słowach pogniótł gazetę i wyrzucił ją do najbliższego kosza, a następnie pobiegł w kierunku domu. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Ten durny artykuł popsuł mu cały nastrój i wcale nie byłam tym zdziwiona, bo sama również byłam absolutnie zdenerwowana tym wszystkim. Ostatecznie oboje zostaliśmy oszukani i wykorzystani przez bandę snobów do realizacji ich własnych celów. To nie było wcale przyjemne.
Zasmucona wróciłam powoli do domu i nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, kiedy nagle usłyszałam jakieś strzały z tyłu domu. Bardzo tym zaintrygowana wyszłam tylnym wyjściem i zauważyłam Asha stojącego do mnie plecami, który strzela z pistoletu do puszek ułożonych kilkadziesiąt metrów od niego na płaskich kamieniach. Trafił wszystkie i to bez trudu, a Pikachu powoli ustawił wszystkie puszki ponownie na kamieniach, a Ash przeładował broń i strzelał do nich tak samo, jak poprzednio.
- Co robisz? - spytałam.
Ash odwrócił się do mnie przodem i powiedział:
- Wyładowuję złość.
- Jesteś wkurzony?
- Nie, jestem wściekły. Ten artykuł to dowód na to, że dałem się zrobić w konia i jeszcze ciebie w to wciągnąłem.
- Kochanie, jeśli już, to sama się w to wciągnęłam, więc chociaż o to się nie obwiniaj.
- Więc o to nie muszę - powiedział Ash, przeładowując pistolet - Ale za to się obwiniam o to, co zrobiłem. Po prostu czuję się okropnie. Byłem tylko narzędziem w czyimś ręku. To okropne uczucie.
Po tych słowach Ash spojrzał na Pikachu, który to ułożył ponownie puszki i widząc, iż Pokemon się odsuwa, aby nie dostać kulką, wycelował powoli broń i zaczął strzelać, trafiając każdą z nich.
- Masz celne oko - powiedziałam uśmiechnięta.
- Tak... Miałaś okazję się o tym przekonać podczas sprawy Pyroarów - zauważył mój luby.
- Właśnie... Jack Hunter był niezłym strzelcem - zaśmiałam się lekko - A tak swoją drogą... Nigdy cię o to nie zapytałam. Gdzie ty się nauczyłeś tak dobrze strzelać?
- Jak musiałem się ukrywać u profesora Oaka, zanim jeszcze zacząłem udawać Williama, a potem Jacka Huntera, to siedziałem sobie w domu pana profesora i jego kamerdyner Jenkins mnie tego nauczył. Całe dnie rąbaliśmy razem do tarczy.
- Jenkins tak dobrze strzela?
- A pewnie. Był kiedyś żołnierzem i jednym z najlepszych strzelców w całym swoim oddziale.
- No, to nieźle - zaśmiałam się lekko, ale zaraz spoważniałam - I co zamierzasz teraz zrobić? Rąbać cały dzień do tych puszek?
- W ten sposób się uspokajam.
- Dobrze, ale co dalej? Co zamierzasz zrobić potem?
- Sam nie wiem. A co powinienem zrobić?
- Może walczyć dalej? - usłyszeliśmy za sobą czyjś głos.
To była Macy, która to właśnie wyszła przez tylne drzwi i stanęła przy nas.
- Jak tu weszłaś? - spytałam.
- Mister Mime mnie wpuścił.
- Aha, no tak. To wiele wyjaśnia - odpowiedziałam jej, patrząc uważnie w kierunku naszego niespodziewanego gościa - Czego sobie życzysz?
- Chciałam z wami porozmawiać.
- Niby o czym?
- Widziałam was na ulicy i słyszałam niechcący część waszej rozmowy.
- Założę się, że bardzo chcący - rzuciłam ironicznie.
Macy nie zwróciła na mnie uwagi.
- I zrozumiałam z tego, że ty i Ash daliście się wykiwać jakieś babie, która wykorzystała was do swoich celów.
- Świetnie. I co? - spytałam złym tonem - Zamierzasz teraz rozgłosić to wszystko na swoim blogu?
- Nie, skądże - odpowiedziała ponuro Macy - Nie wiem, jak mogło ci to przyjść do głowy.
- Więc po co tu przyszłaś?
- Chciałam się dowiedzieć, dlaczego to słynny Sherlock Ash w takiej sytuacji chce się poddać i zostawić sprawę własnemu losowi.
- A niby co miałbym zrobić? - spytał Ash.
- Walczyć! Pomścić swoją krzywdę! Wyrównać rachunki! - zawołała bojowym tonem Macy - Przecież nie możesz im tego tak po prostu darować!
- A niby dlaczego nie? - spytał ironicznie Ash - Mam walczyć, żeby zrobić z siebie jeszcze większego idiotę?
- Mówisz tak, bo jesteś zły - powiedziałam - Założę się jednak, że jak ochłoniesz, to sam zrozumiesz, iż nie możesz tego tak zostawić.
- Doprawdy? Naprawdę tak sądzisz? - rzucił gniewnie Ash - A ja jakoś nie. Bo po co ja mam niby interweniować? Co mnie w końcu cała ta sprawa obchodzi?


- Ciebie może nie obchodzi, ale nas i owszem - dało się słyszeć kolejny głos, który dobiegł nas nie wiadomo skąd.
Rozejrzeliśmy się dookoła, ale nikogo nie zauważyliśmy. Przez chwilę myśleliśmy, że może nam się przesłyszało, lecz zaraz potem zeskoczył przed nas jakiś kształt, a zaraz potem kolejny. Bez trudu rozpoznaliśmy te osoby.
- Jessie! Meowth! - zawołałam.
- Czego tu chcecie?! - spytała gniewnie Macy.
- Spokojnie, nie przyszliśmy tu kraść - odpowiedział Meowth, robiąc przy tym łapami znak, że nie ma złych zamiarów.
- Chcemy cię prosić o pomoc, głąbie - powiedziała Jessie do Asha.
Widać nawet w takich sytuacjach nie umiała mówić innym sposobem niż właśnie takim.
- O jaką pomoc? - spytał Ash.
- Czytałeś gazetę?
- Czytałem. No i co?
- No i to, że jesteś odpowiedzialny za to nieszczęście, jakie spotkało naszego kumpla - powiedział Meowth - Masz więc moralny obowiązek nam pomóc.
- Że niby co? Moralny obowiązek? - prychnął z kpiną Ash - Wy mi tu będziecie mówić o moralności? Odkąd tylko was znam, to próbujecie mnie okraść i przy okazji okradacie innych ludzi z ich Pokemonów. Wy będziecie więc mówić o moralnym obowiązku?
Jessie kipiała ze złości i chciała już coś powiedzieć, jednak Meowth ją powstrzymał. Westchnął ponuro i powiedział:
- Słuchaj... Wiem doskonale, że nie masz powodu, aby nam pomagać ani nam ufać, ale pamiętaj o tym, iż nigdy nie chcieliśmy cię zabić. Nigdy, w przeciwieństwie do innych. Nie jesteśmy twoimi wrogami. Dlaczego więc nie możemy choć chwilowo zostać sojusznikami? Przecież to nie pierwszy raz, kiedy łączymy swoje siły.
- To prawda... Nie pierwszy raz - potwierdził Ash - Ale czego wy ode mnie oczekujecie? Kiedy spotkaliśmy się niedawno w Kalos, przywieźliście ze sobą Cleo, która o mały włos mnie nie zabiła.
- Wiem, ale kibicowaliśmy ci, kiedy z nią walczyłeś.
- Jakże to miło z waszej strony.
Meowth i Jessie widzieli, że są w kiepskiej sytuacji, więc próbowali jakoś ją ratować.
- Nie znasz Jessiebelle - powiedział Meowth - Nie wiesz nawet, co to za wariatka i do czego jest zdolna. Ona zniszczy Jamesa. Będzie przez nią cierpiał przez całe życie, które nawiasem mówiąc nie potrwa długo, bo przy tej wariatce nie pożyje długo.
- Chcesz mieć go na sumieniu? - dodała Jessie - Przecież Sherlock Ash to detektyw, który pomaga każdemu w potrzebie.
- To prawda - poparła ją nagle Macy - Sherlock Ash, którego znam i którego tak podziwiam nigdy nie pozwoliłby na to, aby biedny człowiek cierpiał katusze z jakąś jędzą wymuszoną mu na żonę. I przy okazji ten Ash, którego uwielbiam i którego fanklub założyłam nie mógłby tak po prostu się poddać, a gdyby ktoś go oszukał, to by go surowo ukarał i nie pozwoliłby mu siedzieć bezkarnie i czerpać zyski z tego oszustwa.
- Jak raz się z nią zgadzam - powiedziałam - Ash, kochanie... Jesteś w końcu Sherlock Ash genialny detektyw. Nie możesz bezczynnie siedzieć, kiedy Jessiebelle próbuje zmusić Jamesa do ślubu. Nawet jeśli Zespół R to nasi przeciwnicy i chcą nas okraść, to jednak nie możemy ich zostawić samych z tym problemem. W końcu pomogli nam pokonać Giovanniego i nigdy nie byli nam wrogami. Niejeden raz wyciągali do nas pomocną dłoń.
- Tak, kiedy mieli z tego własne korzyści - rzucił Ash.
- To bez znaczenia. James jest w niebezpieczeństwie i nie możemy go zostawić samego.
- Masz rację - powiedział Ash, masując sobie lekko podbródek - Tak, muszę mu pomóc. To kwestia męskiej solidarności. A poza tym Macy też ma rację. To też chodzi o mój honor. Jessiebelle i Jessica Oleson muszą się dowiedzieć, że nie można mnie bezkarnie oszukiwać.
Po tych słowach Ash przeładował ponownie broń, a Pikachu ustawił znowu puszki na kamieniach. Następnie jego trener strzelił do każdej z nich, bez trudu trafiając wszystkie.
- No, masz celne oko - powiedział Meowth zadowolonym tonem - A więc pomożesz nam?
- Za to, co mi ostatnio zrobiliście nie powinienem wam pomagać, ale cóż... Serena i Macy mają rację. Nie mogę siedzieć bezczynnie, kiedy coś takiego ma miejsce. Poza tym wiem, że prędzej czy później bym miał żal do samego siebie za to, że stałem bezczynnie, gdy Jessiebelle zmusi do ślubu Jamesa. Dziś byłem naprawdę wściekły na was, na tę nędzną oszustkę i jej przyjaciółkę i było mi obojętne, co się będzie dalej działo... Ale wiem, że w końcu bym musiał wziąć się do dzieła. Nie dziś, to jutro lub pojutrze bym to zrozumiał, ale wtedy mogłoby być za późno.
- Dobrze więc, że się zreflektowałeś na czas - rzucił Meowth - Ale co robimy, głąbie... Znaczy Ash? Co mamy robić?
- Właśnie! Rozkazuj nam! Pójdziemy za tobą choćby w ogień, jeśli tylko będzie trzeba, ale musimy ocalić Jamesa! - zawołała Jessie - Nie mogę pozwolić, aby ta jędza go poślubiła! Przecież ja go ko... ko...
- Że co? Może mi powiesz, że go kochasz? - miauknął złośliwie jej kumpel - Przecież ty ciągle się niego drzesz i kpisz z niego.
- Ty także sobie urządzasz z niego kpiny, a jednak dałbyś się za niego posiekać - mruknęła złośliwie Jessie - A co do tego, co ja do niego czuję, to... To nie ma to teraz znaczenia. Muszę go uratować i jestem gotowa...
- Skoczyć w ogień, tak, to już słyszeliśmy - zachichotał Meowth, ale szybko spoważniał - Ale prawdę mówiąc ja także jestem na to gotów. W końcu to mój kumpel. Nawet jeśli jest najmniej inteligentny z nas, to jednak kumpel. Musimy mu pomóc.
- Miło mi to słyszeć - powiedziałam z uśmiechem - I naprawdę oboje jesteście gotowi pójść za nami w ogień, jeśli będzie trzeba?
- Nawet do samego piekła, żeby tylko ocalić go od piekła, w którym on się może znaleźć - rzekł Meowth.
Ash odzyskał już całkowicie dobry humor, bo zaśmiał się i rzekł:
- To piękne, ale myślę, że obejdzie się tu bez skakania w ogień i bez wędrówki do piekła. Coś mi właśnie przyszło do głowy, ale będzie mi miło, jeśli wszyscy mi w tym pomożecie.
Ja, Macy, Pikachu, Jessie i Meowth stanęliśmy przed nim oczekując na jego rozkazy. Czuliśmy zachwyt widząc, jak po dłuższej chwili załamki znowu wraca do nas nasz stary, dobry Sherlock Ash.

***


Ponieważ do ślubu Jamesa mieliśmy jeszcze trochę czasu, dlatego też mieliśmy możliwość przygotować się do akcji ratunkowej. Wiedzieliśmy doskonale, że nie będzie łatwo, co jednak wcale nas nie zniechęcało, bo w końcu nie pierwszy raz przychodziło nam się zmierzyć z naprawdę trudnymi wyzwaniami. Ostatecznie przecież czym było ratowanie Jamesa od ślubu z Jessiebelle w porównaniu z walką z Giovannim czy Malamarem albo też z pokonaniem Widma? W porównaniu z tamtymi misjami uwolnienie Jamesa wydawało się być dziecinnie proste.
Jak już mówiłam, mieliśmy trochę czasu, dlatego też mogłam zająć się również sprawą May, która także bardzo mnie zaintrygowała. Byłam bardzo ciekawa, czy pogodziła się ona z Garym, choć coś mi mówiło, że raczej nie. Chciałam więc ich pogodzić, a przy okazji dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego rzekomej zdrady młodego Oaka, w którą jakoś nie chciało mi się wierzyć.
Kiedy więc Ash przedstawił nam swój plan działania, a my wszyscy wyraziliśmy na niego zgodę, to rozeszliśmy się, aby potem w odpowiednim momencie wkroczyć do akcji, ja natomiast poszłam do Centrum Pokemon, aby porozmawiać z May. Miałam nadzieję, że tym razem ją zastanę i na całe szczęście tak się stało, ponieważ panna Hameron była w swoim pokoju, choć wyraźnie jej humor nie należał do najlepszych. Siedziała ona na swoim łóżku i patrzyła bez celu w ścianę.
- Cześć, May - powiedziałam przyjaźnie.
- Zostaw mnie! Idź sobie! - syknęła gniewnie dziewczyna.
Ja jednak nie zamierzałam tego robić. Bez słowa weszłam do środka, zamknęłam za sobą drzwi i usiadłam wygodnie obok May, także zaczynając wpatrywać się w ścianę.
- Powiedziałam, żebyś sobie poszła - rzuciła panna Hameron, nawet nie zaszczycając mnie spojrzeniem.
- Ale ja powiedziałam „Cześć, May“ i nie otrzymałam odpowiedzi - odcięłam się jej.
- Cześć, Serena - mruknęła May i wreszcie spojrzała na mnie - To jak? Jesteś teraz zadowolona? Pójdziesz już sobie?
- Nie, ponieważ chcę z tobą porozmawiać o Garym.
- A o czym chcesz rozmawiać? Zapewniał mnie, ten drań jeden, że z Giselle to już przeszłość, a potem co? Najzwyczajniej w świecie całował się z nią na ulicy.
- Gwoli ścisłości, to ja słyszałam, że to ona całowała jego.
- I co z tego? Widzisz jakąś różnicę?
- Owszem... Widzę i to całkiem sporą. Bardzo mi to przypomina moją przygodę z intrygą Miette, aby rozdzielić mnie z Ashem. Ona też raz go pocałowała w taki sposób, żebym to widziała, lecz żeby on nie widział mnie stojącej za nim.
- I jaki z tego wniosek?
- Taki, że kobiety wyraźnie przez lata stosują te same, wypróbowane sztuczki, aby pozbyć się swoich rywalek i sądzę, że padłaś ofiarą właśnie jednej z takich sztuczek.
May popatrzyła na mnie z uwagą i spytała:
- Naprawdę tak sądzisz?
- Tak, właśnie tak uważam - odpowiedziałam jej - A ty nie?
- Uważałabym tak samo, gdyby nie dowody mówiące mi coś wręcz przeciwnego.
- A jakie to dowody?
- Chcesz wiedzieć? Proszę bardzo. Zaraz ci pokażę.
To mówiąc May wstała z łóżka, podeszła do swojego plecaka, wyjęła coś z niego i podała mi.
- Proszę, sama zobacz. To chyba mówi samo za siebie.
Wzięłam do ręki podaną mi rzecz i zauważyłam, że jest to brązowa koperta. Otworzyłam ją, po czym zerknęłam do jej wnętrza. W środku było kilka zdjęć.
- O! To zdjęcie dostałam jako pierwsze - powiedziała May, stając przy mnie i pokazując palcem na fotografię, która to ukazała Gary’ego z Giselle obejmujących się czule.
- Ale tu Gary wygląda jakiś taki... Jakby młodszy - zauważyłam.
- Bo to zdjęcie sprzed paru lat. Tak w każdym razie mówił mi Gary, a ja nie mam powodów, żeby mu nie wierzyć. Znaczy nie miałam do tej pory, bo teraz...
- Kiedy dostałaś to zdjęcie?
- Kilka dni temu. Ktoś mi je podrzucił w tej oto kopercie. Zostawił je w szparze pod moimi drzwiami. Początkowo zlekceważyłam to, ponieważ uwierzyłam Gary’emu, że to tylko i wyłącznie przeszłość, która się nie liczy. Ale jak widać stara miłość nie rdzewieje.
- Jaka tam miłość? Czy ty myślisz, że on ją kochał? Po prostu był nią zauroczony i tyle.
- A ty skąd to niby wiesz? Gary ci mówił? Ja bym uważała na to, co on mówi. Zresztą zobacz sobie pozostałe zdjęcia, a dowiesz się, co mam na myśli.


Zrobiłam tak, jak mi powiedziała i zobaczyłam, że na zdjęciach jest Gary, ale wyglądający kropka w kropkę tak, jak obecnie. Obejmował się on z Giselle i całował z nią. Zdjęcia musiał im zrobić ktoś z ukrycia, ponieważ osoby na fotografii były widoczne, lecz z pewnej odległości, także widać było ich całe postacie, a nie tylko część postaci, jak to zazwyczaj bywa w zdjęciach robionych z bliska.
- Wiesz... To może być tylko fotomontaż - zauważyłam.
- Gary też tak mówił i na początku mu uwierzyłam - odpowiedziała mi May - Z trudem, bo z trudem, ale jakoś mu uwierzyłam. Ale potem dostałam ostatnie zdjęcie i to już przelało czarę goryczy.
To mówiąc May wyjęła zdjęcie z kieszonki swoich getrów i podała mi je. Zdjęcie było nieco pogniecione - widać May musiała się na nim nieco ze złości poznęcać, ale i tak postacie można było łatwo poznać.
- No... To już rzeczywiście poważniejsza sprawa.
Na zdjęciu widniała Giselle cała naga siedząca na kolanach chłopaka, również nagiego. Tym chłopakiem był Gary Oak. Oboje siedzieli bokiem do aparatu, a twarz Gary’ego była widoczna jedynie z profilu, ale było widać wyraźnie, że to on. Nie ma co, takiego czegoś się nie spodziewałam.
- Wiesz... To także może być fotomontaż.
- Doprawdy? - prychnęła May z kpiną - A czy to, że tego samego dnia, kiedy dostałam to zdjęcie Gary całował się na ulicy z Giselle, to też niby był fotomontaż?
- May... To wszystko nie musi być takie, na jakie wygląda.
- Bronisz go, Sereno?
- Nikogo nie bronię, ale po prostu... Ja nie wiem, czy to naprawdę musi być takie, na jakie wygląda. Pamiętaj, że pozory mylą.
- Pozory mylą... Oczywiście - westchnęła May załamanym głosem - Co ty opowiadasz? To mówi samo za siebie.
- Owszem, ale... Pożyczysz mi te zdjęcia?
- A bierz je sobie. Mnie one na nic.
- Dzięki. Chciałabym coś sprawdzić, bo coś mnie w tych zdjęciach niepokoi.
- Mnie niepokoi to, że w ogóle one powstały.
Chwilę później ktoś zapukał do drzwi, a następnie do pokoju wszedł Drew. Od razu go poznałam, choć widziałam go tylko raz i to parę dni temu.
- Hej, May! Jesteś już gotowa? Masz dzisiaj spotkanie z burmistrzem. Pamiętasz?
May pokiwała lekko głową i otarła powoli łzy.
- Tak, pamiętam o tym. Spokojnie, nie zapomniałam o tym. Możemy iść, Drew.
Chłopak uśmiechnął się lekko i spojrzał na mnie.
- O! Widzę, że masz gościa. Miło mi poznać, Drew jestem.
- Serena - odpowiedziałam mu i uśmiechnęłam się przyjaźnie.
- Widzę, że oglądacie jakieś zdjęcia. Może przeszkadzam?
Zaśmiałam się nerwowo i schowałam szybko zdjęcia do koperty.
- Nie, wcale. Ja właśnie wychodziłam. Nie będę przeszkadzać. A tak z ciekawości, May, to w jakim celu się spotykasz z burmistrzem?
- Urządza on bal z charytatywny na rzecz dzieci z domu dziecka i ja mam mu zadbać o zorganizowanie przyjęcia w najlepszy sposób - odparła May z lekkim uśmiechem.
- Ach, no tak, przecież jesteś słynną organizatorką imprez, kochana - odpowiedziałam jej wesoło i nagle mnie coś tknęło - Hej! To dlatego tutaj przyjechałaś z Hoenn na dzień przed powrotem moim i Asha z Kalos! To nie tęsknota cię tu sprowadziła, ale sprawy zawodowe.
May zachichotała delikatnie.
- Raczej jedno i drugie, kochana. A przy okazji... Czy dostaliście już z Ashem zaproszenia?
- Tak, ledwie powróciliśmy, a burmistrz je nam przysłał. Ale ani ja, ani Ash nie mieliśmy pojęcia, że to właśnie ty organizujesz tę zabawę.
- Ja nie organizuję, tylko dbam o jego organizację. Rozstawiam ludzi, dbam o atrakcje na zabawę i o to, jakie będą przekąski itd. Wiesz, w świetle ostatnich wydarzeń to nawet dobrze, że mam takie zajęcie, bo inaczej bym zwariowała z rozpaczy.
- Spokojnie, May. Wszystko będzie dobrze - powiedział Drew bardzo pocieszającym tonem - Ale już chodźmy, burmistrz czeka.
- Racja, nie każmy mu czekać - odpowiedziała mu May i uśmiechnęła się lekko - Mam nadzieję, że przyjedziecie na ten bal.
- Wiesz, że Ash nie specjalnie lubi takie snobistyczne imprezki, zaś ja podzielam jego zdanie w tej sprawie... Ale skoro burmistrz nas zaprasza, a my go bardzo lubimy i szanujemy, to cóż... Zjawimy się na pewno.
- Doskonale. To do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
Pożegnałyśmy się, a następnie każda z nas ruszyła w kierunku swoich spraw, aby się nimi zająć.

***


Wkrótce potem odbył się bal dobroczynny w ratuszu. Ash niezbyt palił się do przybycia na tę uroczystość, którą w rozmowie ze mną nazwał wręcz snobistyczną szopką.
- Bo sama powiedz, Sereno, czy to wszystko to nie jest tylko jedna wielka pokazówka? Moja mama mówi (i ja się z nią całkowicie zgadzam w tej sprawie), że przecież taki bal kosztuje o wiele więcej niż suma, którą zbiorą na cele charytatywne. Sama pomyśl tylko, ile kosztuje biżuteria czy specjalne stroje do tańca? Ile dzieci z domu dziecka dostałoby za tę sumę ubrania czy choćby parę butów? Ale zanim takie biedne dziecko dostanie parę butów, to nasz pan burmistrz wyda na bal tyle kasy, że można by za nie kupić cały sklep obuwniczy.
- Trudno mi zaprzeczyć - odpowiedziałam smutno Ashowi, doskonale wiedząc, że on i jego mama mają rację - No, ale co poradzisz? Świat kocha takie snobistyczne szopki, jak je raczyłeś nazwać.
- To tylko dowodzi, że świat naprawdę bardzo nisko upadł. A ja w tym świecie snobów mam niby brylować? Jakoś niezbyt mi się chce to robić. Ale mimo wszystko zrobię to, bo lubię naszego pana burmistrza i nie chcę robić mu przykrości. Poza tym liczę na to, że na balu zjawią się rodzice Jamesa. Z największą chęcią zobaczę ich miny, kiedy mnie dostrzegą pośród członków najwyższej elity.
Uśmiechnęłam się delikatnie, bo również bardzo pragnęłam dostrzec taki właśnie widok. Ostatecznie uraziło mnie zachowanie rodziców Jamesa i ich określenie, że nie pasujemy do nich, do ich sfery. Ależ się zdziwią, gdy tylko zobaczą mnie i Asha pośród samych szych. O ile oczywiście zjawią się na tym balu, na co oboje z moim ukochanym mieliśmy ogromną nadzieję. Satysfakcja z tego powodu byłaby po prostu niesamowicie wielka i warta była wynudzenia się na snobistycznej szopce, jaka nam się szykowała.
Tak więc poszliśmy na bal, podobnie jak pozostali członkowie naszej drużyny. W końcu kompania Sherlocka Asha była znana jako pogromcy Giovanniego i organizacji Rocket, a więc wszyscy byli obecnie zaliczani do śmietanki towarzyskiej i każde z nich zostało zaproszone na bal, z którego zaproszenia skorzystali i każdy dał tyle, ile tylko mógł dać, aby wspomóc cele charytatywne. Najwięcej daliśmy ja i Ash, żeby chociaż trochę ta cała szopka opłaciła się potrzebującym.
Na balu zjawiła się także May jako organizatorka imprezy, z wielką przyjemnością doglądająca tego, czy wszyscy goście są zadowoleni z tego, co ma miejsce na tej zabawie. Towarzyszył jej Drew bardzo zachwycony tym, iż może towarzyszyć dziewczynie, która wyraźnie podobała mu się, co dostrzegłam bez większego trudu. Każdy jego gest i ruch, a także słowo mówiło mi to tak wyraźnie, jak wyraźnie mówiły o miłości Asha do mnie jego słowa, ruchy, gesty i w ogóle całe zachowanie. Sama May chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, że Drew wyraźnie smali do niej cholewki, czy też może (co było bardziej prawdopodobne) udawała, że tego nie dostrzega. Nie wiedziałam, ponieważ nie umiałam jakoś zapytać o to May, a ona sama nie paliła się do rozmowy na ten temat. Z moich obserwacji zaś wynikało, że panna Hameron wolała udawać, iż nie widzi wcale zalotów Drew i unikała wszelkich rozmów z nim na temat uczuć do wiadomo jakiej osoby. Tańczyła z nim tylko, rozmawiała na wiele innych tematów (głównie zabawnych), piła kilka kieliszków szampana jeden po drugim i trochę zagadywała mnie, uśmiechając się, choć w jej śmiechu było więcej bólu niż radości.
Gary Oak także zjawił się na balu, oczywiście wraz ze swoim jakże słynnym dziadkiem. Obaj nie byli specjalnie zadowoleni z obecnością tutaj. Profesor dlatego, że w ogóle nie lubił wszelkiego rodzaju bali, a już na pewno nie takich, z kolei Gary był wściekły widząc, jak May tańczy sobie wesoło z Drew. Być może się mylę, ale odniosłam wrażenie, że dziewczyna robiła to wszystko celowo, aby jej ex widział, jak dobrze ona się bawi i czuł z tego powodu zazdrość. Mogłam oczywiście się mylić, lecz coś mi mówiło, iż mam rację w tej sprawie.
- No proszę... Ty także tutaj? - spytała Giselle, podchodząc do Asha i mnie.
Miała ona na sobie zieloną sukienkę z dużym dekoltem i sięgającą jej zaledwie do połowy ud. W dłoni trzymała kieliszek szampana, a przy okazji wyglądała na mocno rozbawioną.


- A tak, jestem tutaj i moja dziewczyna także - odpowiedział jej nieco ironicznie Ash - A co w tym niby takiego dziwnego?
- W sumie nic... Po prostu nie sądziłam, że lubisz takie przyjęcia.
- Czy lubię, to ja nie jestem pewien, ale tak czy inaczej, kiedy mnie zapraszają, to nie zamierzam odrzucać zaproszenia.
Giselle pokiwała głową ze zrozumienia i odpowiedziała mu:
- Wiesz... Widziałam właśnie w tłumie Jessicę Oleson. Pewnie bardzo się zdziwi, gdy was zobaczy... Was, detektywów, których sama wynajęła do pomocy w sprawie tego jej naszyjnika. A propos... Znaleźliście go może?
- Jeszcze nie, ale to tylko kwestia czasu, kiedy to zrobimy - odparł z dumą Ash.
- Pika-pika-chu! - poparł go stojący obok niego Pikachu.
- A ty w ogóle skąd znasz Jessicę Oleson? - spytałam.
- Jak to, skąd? - zdziwiła się Giselle - Przecież to moja dobra kumpela.
- Podobnie jak Jessiebelle?
- Tak, a co? Coś ci nie pasuje?
- Nie... Tak się tylko pytam.
- Pytasz się... Niech ci będzie. A więc mówicie, że nie znaleźliście tego naszyjnika?
- Póki co nie, ale jak powiedziałem wcześniej, to tylko kwestia czasu - odparł na to Ash.
Giselle pokiwała delikatnie głową i powiedziała:
- Mam wielką nadzieję, że wam się uda. Ale przecież wam się zawsze wszystko udaje, nie może być inaczej, mam rację?
- A żebyś wiedziała - odparłam na to ironicznie.
- Skoro tak, to mam także nadzieję, że uda ci się kiedyś, Ash, dać mi satysfakcję za nasze ostatnie starcie, gdy cię zlekceważyłam i zapłaciłam za to przegraną. Pamiętasz to wydarzenie?
- Pamiętam, choć miało to wszystko miejsce dawno temu i dziwi mnie, że chcesz za tamtą bitwę brać satysfakcję - stwierdził Ash.
- Chcę ją brać, bo źle się czuję z tym, że z tobą przegrałam i chcę to naprawić - wyjaśniła mu Giselle.
- No dobrze, pogadamy o tym jeszcze - rzekł jej mój luby - A na razie bawmy się wszyscy dobrze i nie mówmy o walkach.
Giselle lekko pokiwała głową na znak zgody, a my odeszliśmy w swoją stronę, rozglądając się dookoła. Ciekawiło nas, czy dostrzeżemy gdzieś w tym wielkim tłumie także rodziców Jamesa, ale zamiast nich dostrzegliśmy spochmurniałą Alexę w niebieskiej sukni. Podeszliśmy do niej.
- Jak się miewa przyszła mamusia? - spytał wesoło Ash.
Jeśli chciał ją w ten sposób rozbawić, to zdecydowanie mu się to nie udało, gdyż kobieta spojrzała na niego groźnie i powiedziała:
- Przypomnij mi o tym jeszcze raz, a zrobię ci krzywdę.
- Coś ty taka podminowana? - zdziwił się Ash - Powiedziałem coś nie tak?
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Przypomniałeś mi o czym, o czym nie chcę myśleć - wyjaśniła Alexa już nieco spokojniejszym tonem - Wybacz mi, nie powinnam tak do ciebie mówić, ale naprawdę jakoś nie mam nastroju do takich rozmów.
- Nie cieszysz się, że zostaniesz matką? - spytałam.
- Jak widzisz, nie skaczę z radości - rzuciła Alexa.
- Widzę właśnie, ale powiedz mi lepiej, dlaczego jesteś taka ponura z powodu swojej ciąży?
- Bo nie mam powodu, aby się z tego powodu cieszyć. Wiem, Sereno... Ja dobrze wiem, że mogę ci się wydawać ostatnią świnią, ale uwierz mi... Ja mam swoje powody, aby nie radować się z tego powodu.
- Dlaczego?
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
- Ponieważ nie mam miłych wspomnień związanych ze związkami - odpowiedziała ponuro dziennikarka, głaszcząc siedzącego jej na ramieniu Helioptile’a - Jakieś parę lat temu byłam bardzo zakochana w takim jednym draniu, a on co? Nie dość, że mi zawrócił w głowie, to jak tylko zaczęłam coś mówić o ślubie, rzucił mi: „Bardzo cię lubię, ale nie poślubię“. No i tyle go widziałam. Ja zaś zostałam ze złamanym sercem i obiecałam sobie, że więcej się nie zakocham.
- A jednak zakochałaś się - powiedziałam z uśmiechem.
- Tak i dużo mi z tego przyjdzie - rzuciła gniewnie Alexa - Bo na co ty niby liczysz? Że on ze mną zostanie na zawsze? I będziemy sobie żyli razem długo i szczęśliwie?
- Alexa... On cię kocha.
- Tak? A skąd to niby wiesz? Bo ci to powiedział?
- Nie musiał. Ja widzę to wyraźnie. Poza tym cieszy się, że zostanie ojcem.
- Teraz się cieszy, ale potem już nie będzie się cieszył. Ja ich znam, tych facetów z Kalos. Francuska krew, francuski temperament i francuskie zamiłowanie do bab! Rene nie jest wcale lepszy!
- Skąd wiesz? Musisz wrzucać wszystkich do jednego worka?
- Może i źle robię... Ale nie mam jakoś zaufania do takich facetów.
- Doprawdy? - spytałam sarkastycznie - To po co z nim sypiałaś?
Alexa spojrzała na mnie groźnie.
- Bo mam do niego wielką słabość, ale nie obiecywałam mu niczego. Ani ślubu, ani rodziny, ani tym bardziej dzieci. On również mi niczego nie obiecywał i niech tak zostanie. Od obietnic się zaczyna, a potem kończy się na złamanym sercu. Weź zobacz May. Widziałaś, jak chodziła struta ostatnie kilka dni? A wszystko przez faceta i jego obietnice. Oni zawsze tak mają. Najpierw obiecują, a potem zdradzają i porzucają. Podła rasa i jaka skora do zdrady. Bez urazy, Ash.
- Ja się nie uraziłem - powiedział Ash, lekko się uśmiechając.
Widać cała ta przemowa go nieźle ubawiła, podobnie zresztą jak i jego wiernego Pikachu.
- A więc uważasz, że faceci skorzy do zdrady? - spytałam.
- A tak... Bardziej niż kobiety - pokiwała głową Alexa.
- Doprawdy? A przypomnij mi... Z kim niby zdradzają swoje ukochane faceci? Z Marsjanami? Czy może z innymi babami, które mają gdzieś to, że facet jest w związku z inną?
Alexa popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się lekko.
- Masz rację, gadam głupoty. Jestem w trzecim tygodniu ciąży, a już mam huśtawki nastrojów. Wolę nie myśleć, co będzie dalej.
- A ja bym pomyślała o tym na twoim miejscu - powiedziałam - Czy chcesz wychowywać swoje dziecko sama? A może oddać je do adopcji? A może planujesz...
- Nawet tak nie mów! Owszem, ja jestem nowoczesna i jestem także zdania, że to wyjście ostateczne uzasadnione w takich sytuacjach jak bieda czy bardzo ciężka choroba zagrażająca życiu matce dziecka. Jestem pod tym względem bardzo tolerancyjna, ale nie uważam też, aby należało robić coś takiego dla kaprysu, bo mamusi nagle nie chce się mieć dziecka i już. Ale też jestem ostatnią osobą, która by kogoś za to potępiła. Uwierz mi, jako dziennikarka widziałam już niejedno, także i takie przypadki, o jakich teraz mówimy, więc nauczyłam się nie potępiać bez poznania motywów oraz ich okoliczności.
- Tak? A Rene jakoś z miejsca potępiłaś?
- Nie potępiłam, tylko oceniam go racjonalnie. Teraz on się cieszy, ale potem będzie robił problemy i wmawiał mi, że go złapałam na dziecko.
- Widać kiepsko go znasz, skoro tak uważasz.
- Być może... Czas pokaże, że miałam rację.
Po tych słowach Alexa odeszła, a do nas podeszli Cindy i Josh.


- Znowu miała swoje humorki? - spytała Cindy.
- Jak to kobieta w ciąży - odpowiedziałam tonem znawczyni, chociaż wcale nic o tym nie wiedziałam.
- Tak... Jak miałam urodzić Taylor, to mi nieźle odbijało, więc wiem, co ona może czuć.
- Spokojnie, jestem pewien, że jej przejdzie - stwierdził Josh - A jak na razie, synku, to nie wiem, czy wiesz, ale rodzice tego waszego przyjaciela Jamesa zaprosili Cindy na jego ślub.
- Poważnie? - uśmiechnęłam się - Ash to przewidywał.
- W końcu jesteś redaktorką naczelną gazety „Kanto Express“. To coś w rodzaju elity - powiedział Ash - Poza tym z pewnością ci państwo będą chcieli mieć prasę po swojej stronie.
- Dokładnie tak - pokiwała głową Cindy - I możesz być pewien tego, że potem zrobimy tak, jak proponujesz. Wkręcę was na tę zabawę jako swoich pomocników i po sprawie.
- A wtedy zacznie się zadyma - zachichotał Josh - Pewnie nie możecie się tego doczekać.
- A żebyś wiedział - dodał Ash, a jego Pikachu zapiszczał bojowo.
Nagle z tłumu wyszli niespodziewanie rodzice Jamesa. Chcieli oni czegoś od Cindy, ale na nasz widok zamarli. Poczułam wówczas, że warto było czekać na tę chwilę, bo była ona po prostu rewelacyjna. Oboje zbierali szczęki z podłogi widząc Asha w galowym stroju, ze szpadą u boku i trzema odznaczeniami u piersi. To musiał być dla nich naprawdę niezły szok.
- Co ty tutaj robisz, młodzieńcze? - spytała zdumiona matka Jamesa.
- Zostałem tutaj zaproszony, więc jestem - odpowiedział jej Ash takim tonem, jakby to najoczywistsza rzecz na świecie.
- To syn mojego narzeczonego, Josha Ketchuma - wyjaśniła Cindy - Do tego nie tylko słynny detektyw, ale i Mistrz Pokemonów.
- Mistrz Pokemonów? - zdziwili się oboje rodzice Jamesa.
- Proszę uprzejmie nam wybaczyć, nie wiedzieliśmy tego - rzekł po chwili ojciec naszego znajomego - Nie interesujemy się zbytnio polityką ani sportem, więc nie wiemy, kto jest Mistrzem Pokemonów, a kto nie. A więc pan jest Mistrzem? W tak młodym wieku? To dla mnie bardzo, ale to bardzo zaskakujące. Jak pan osiągnął ten tytuł?
- Poświęceniem i ciężką pracą - rzuciłam ironicznie.
Ash potwierdził moje słowa, podobnie jak i Pikachu.
- No cóż... Mam więc nadzieję, że się państwo nie gniewają na nas za tamto - rzekła przymilającym się głosem matka Jamesa - Wtedy jeszcze nie mieliśmy pojęcia, jak ważne osobistości nas zaszczycają. Czy wobec tego możemy zrekompensować państwu tamten naprawdę nieprzyjemny incydent zapraszając was na wesele naszego syna?
- To będzie dla nas zaszczyt - rzekł Ash, lekko się kłaniając.
- Doskonale. A więc czujcie się zaproszeni... Oboje.
Następnie rodzice Jamesa odciągnęli Cindy, aby omówić z nią kilka kwestii.
- Jest jeszcze lepiej niż myślałem - rzekł zadowolony Ash - Cindy już nie musi nas jakoś wkręcać na imprezę. Wejdziemy na nią i to jeszcze z ich błogosławieństwem.
- Błogosławieństwem?
- Dokładnie tak. Jakby nie patrzeć, to przecież oni sami nas do siebie zapraszają. Można by powiedzieć, że owce zapraszają wilki do swego stada.
- I to my niby mamy być tymi wilkami?
- Dokładnie tak.
- A oni niby owcami? Wybacz, ale jakoś oni mi wcale nie wyglądają na owieczki.
- Nie szkodzi... Jak im zafundujemy naszą akcję, to wręcz zbaranieją ze zdziwienia.
Oboje parsknęliśmy śmiechem, a Pikachu zaraz do nas dołączył.


C.D.N.

piątek, 13 lipca 2018

Przygoda 115 cz. II

Przygoda CXV

Uciekający narzeczony cz. II


Zabawa trwała do późna, a następnego dnia wszystko powoli wróciło do normy na tyle, na ile to tylko było możliwe, czyli każdy zajął się swoimi obowiązkami w restauracji „U Delii“, a ci, którzy obowiązków nie mieli, ci zajęli się innymi sprawami. Ja i Ash zaś zajęliśmy się kolejną sprawą, która niespodziewanie na nas spadła.
Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy następnego dnia po przyjęciu na cześć Asha ja i mój ukochany siedzieliśmy w salonie i jedliśmy śniadanie. Wraz z nami robili to Delia, Meyer, moja mama i Latias w ludzkiej postaci.
- Szkoda, że Clemont i Bonnie nie zaczekali na nas, tylko pognali do restauracji - powiedziałam - Powinniśmy jeść wszyscy razem.
- Tak, ale znasz Clemonta. Obowiązki przede wszystkim - zaśmiał się do mnie Ash - Bardzo długo tu nie był, to teraz chce nadrobić zaległości.
- To prawda - potwierdził Meyer - Mój syn taki właśnie jest. Zawsze chce być odpowiedzialny i podchodzi do wszystkiego na poważnie. Ale nie sądziłem, że Bonnie również pójdzie z nim. Sądziłem, że będzie wolała się wyspać.
- Widocznie chce być z bratem - zauważyła wesoło Delia - Podobnie jak Dawn chce być ze swoim chłopakiem.
- No tak, to dlatego właśnie cała trójka wstała wcześniej, zjadła szybko śniadanie i poszła do pracy - powiedział Ash - Ale dobrze, mamo, że się w tym samym czasie obudziłaś, bo inaczej nie weszliby do restauracji.
- Słusznie, bez kluczy by nie dali rady - zaśmiała się Delia - Ale o tym zapomnieli i już wychodzili, kiedy ich dogoniłam i dałam im klucze. Skoro tak bardzo chcą wszystko przygotować na przyjmowanie gości, to ich prawo i ja nie mogę im tego odmówić.
- Ale pracować w trójkę tylko, to nie jest wcale przyjemnie - zauważyła moja mama.
- A gdzie tam w trójkę - zaśmiała się Delia - Założę się, że zadzwonili po resztę ekipy i zaraz wszyscy się zbiorę i będzie tam wrzało jak w ulu. Gdy przyjdzie godzina otwarcia, to restauracja będzie aż błyszczeć.
Latias pokiwała głową potakująco i zaczęła nieco szybciej jeść swoje śniadanie.
- Kochanie, nie spiesz się tak, bo się udławisz. Pracy dzisiaj tam będzie dość dla ciebie. Poza tym jeszcze nie ma godziny otwarcia.
Latias jednak widocznie chciała jak najszybciej dołączyć do innych i zadbać o to, aby restauracja aż się błyszczała, a słowo Delii tylko ją do tego zachęcały.
- Niektórzy to są pracowici - powiedziała moja mama z delikatnym wyrzutem w głosie - Wielka szkoda, że z innymi to już różnie bywa.
- Słucham? - spytałam gniewnie - Że niby ja nie jestem pracowita?
- A tak... Nie jesteś. Od kilku miesięcy tylko się włóczysz z Ashem nie wiadomo gdzie, a tutaj praca czeka - stwierdziła Grace Evans - Ja bym tam jeszcze zrozumiała, gdybyście rozwiązywali zagadki w różnych częściach świata i dlatego ciągle was tu nie ma, ale nie... Wy ostatnio rozwiązaliście może jedną czy dwie zagadki, a poza tym bawiliście się w najlepsze, kiedy inni pracowali.
- Mamo, co cię ugryzło? - spytałam ze złością - Czemu się mnie tak nagle czepiasz?
- No właśnie, Grace - skarciła ją Delia - Przecież Serena i Ash robią bardzo wiele dla nas wszystkich. Oni walczą o to, żeby... Jak ty to mówisz, synku?
- Żeby tego zła mniej było na świecie - dopowiedział Ash.
- Ach tak, rzeczywiście - uśmiechnęła się kobieta - Tak właśnie jest i uważam, że czepianie się ich z tego powodu, to po prostu niegrzeczność.
- Jak uważasz - stwierdziła moja mama - Ja tam osobiście uważam, że o wiele lepiej by było, gdyby oboje trzymali się Alabastii i pomagali ci w pracy. W końcu Ash kiedyś obejmie tę restaurację, jak sama mówiłaś, więc powinien się oswajać ze swoimi nowymi obowiązkami.
- Jak dla mnie, to jeszcze długo zamierzam żyć, więc mój syn ma sporo czasu na naukę biznesu - zaśmiała się Delia - Tak czy inaczej uważam, że o wiele więcej pożytku ma nasz świat z takich detektywów jak on i Serena niż z takich restauratorów jak ja.
- Co racja, to racja - stwierdził Meyer - Ale naprawdę, Grace, czepiasz się swojej córki i przyszłego zięcia bez żadnego powodu. Masz humorki jak kobieta w ciąży. A właśnie, może ty w ciąży jesteś?
Moja mama zakrztusiła się herbatą, którą właśnie piła i musiałam ją strzelić przez plecy dłonią, aby zapanowała nad kaszlem.
- Dzięki, Serena. Steven, ja nie wiem, skąd ci takie głupie pomysły do głowy przychodzą, ale nie jestem w ciąży.
- Szkoda. Zawsze chciałam mieć siostrę - powiedziałam dowcipnie.


Moja mama spojrzała na mnie ironicznie, ale po chwili uśmiechnęła się lekko i rzuciła:
- Daj spokój, córeczko. Ja na to za stara jestem, żeby się znowu bawić w macierzyństwo. Poza tym ja za rok czy dwa zostanę babcią, więc wiesz... Miałabym teraz jeszcze rodzić dziecko, które to notabene będzie w wieku twoich dzieciaków? To by dopiero był śmiech na całą okolicę.
- Tu się z tobą zgadzam - powiedziała wesoło pani Ketchum - Dlatego ja też nie planuję obecnie mieć więcej dzieci. Ja teraz czekam na wnuki.
- Postaram się ciebie nie zawieść w oczekiwaniach, ale pamiętaj, że ja sam nie mogę podjąć decyzję w tej sprawie - zaśmiał się Ash.
- No właśnie. Ja też mam tu wiele do powiedzenia - zachichotałam.
Pikachu siedzący na środku stołu i wcinający jabłko, zapiszczał wesoło i został czule pogłaskany po łebku przez Latias, która uśmiechała się do niego przyjaźnie.
- A więc miej dużo do powiedzenia w tej sprawie i postaraj się, moja kochana, abym nie została babcią dopiero w wieku sześćdziesięciu paru lat - zaśmiała się Delia - A teraz podaj mi marmoladę, proszę.
- Nie ma sprawy. Proszę, Delio - powiedziałam, podając jej słoik z marmoladą i dopiero wówczas spostrzegłam się, że nazwałam przy innych kobietę po imieniu.
- Co? Delio? - zapytała lekko oburzonym tonem moja mama - Sereno, kochanie, chyba się zapominasz. Pani Ketchum przecież nie jest jeszcze twoją teściową, a nawet wtedy, gdy już nią będzie, to powinnaś się do niej zwracać „mamo“, nie zaś „Delio“.
- A mnie to wcale nie przeszkadza - zauważyła wesoło Delia - A poza tym my z Sereną już od dawna jesteśmy na „ty“.
- Serio?! - zdziwiła się moja mama.
- Serio?! - zdziwił się Ash - A od kiedy?
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Właściwie, to od pierwszej chwili, gdy tutaj przyjechała - wyjaśniła Delia wesołym głosem - Ale Serena upierała się, aby publicznie mówić do mnie „proszę pani“, a ja nie chciałam się z nią kłócić, więc wyraziłam swoją zgodę na jej propozycję, ale cieszę się, że w końcu się przemogła.
- Przepraszam, ja nie planowałam tego. To przejęzyczenie - rzekłam przepraszająco.
- Liczę na to, że częściej będziesz to robić - zaśmiała się moja przyszła teściowa.
Mama z kolei pokiwała delikatnie głową z lekką dezaprobatą.
- Delio, ona ci już wchodzi na głowę, a ty tego nie widzisz.
- Serena? Skądże. Dave i Megan mi wejdą na głowę, gdy już przyjdą na świat - zaśmiała się wesoło pani Ketchum.
- Dave i Megan?
- Moje przyszłe wnuki.
- No proszę, widzę, że już wybraliście im imiona - zaśmiała się nieco ironicznie moja mama - Nie powiem, całkiem niezłe.
- Cieszę się, że ci się podobają - powiedziałam dowcipnie.
- Co się podoba? - usłyszeliśmy czyjś zaspany głos.
To był Max, który właśnie wszedł do salonu. W dłoni trzymał on jakąś kopertę.
- Słuchajcie, nie wiecie może, gdzie są pozostali? Ja się budzę, a tu w domku na drzewie nikogo nie ma. Gdzie wszystkich wcięło?
- Są już w pracy - odpowiedziałam mu.
- Co?! Już są w pracy?! - jęknął Max i spojrzał na zegar wiszący na ścianie - Przecież jeszcze nie pora.
- Postanowili nieco posprzątać w restauracji przed otwarciem - odparł Ash - Siadaj i jedz, zanim wszystko ci zjemy.
Max zaśmiał się i usiadł przy stole.
- Nie ma mowy, stary. Jesteś żarłok, ale nie egoista. A tak przy okazji... Spotkałem przed domem listonosza, kiedy tu szedłem z domku na drzewie. Dał mi list do ciebie.
To mówiąc młody Hameron powoli kopertę Ashowi. Mój luby wziął ją do ręki i obejrzał ją dokładnie.
- Ciekawe od kogo to? - spytałam zainteresowana.
Ash powoli obejrzał kopertę wzrokiem znawcy i powiedział:
- Koperta wygląda na nową...
Powąchał ją.
- Zapachowa do tego. Takie dość sporo kosztują. Autor listu musi mieć kosztowny gust, czyli to raczej ktoś zamożny. Adres zaś zapisano różowym atramentem... Ładny charakter pisma. Stawiam na kobietę.
- List od innej kobiety? Oj, to nie wróży nic dobrego - zażartował sobie Steven Meyer i spojrzał na mnie dowcipnie.
Parsknęłam śmiechem.
- Spokojnie, ja mojemu chłopakowi ufam. To mów, Ash, co tam jest napisane.
Ash powoli otworzył kopertę, wydobył z niej list zapisany na całkiem ładnym papierze i zaczął czytać:

Drogi panie Ketchum,

Od kilku dni czekam na Pana powrót i wiem, że wczoraj Pan wrócił do Alabastii z wyprawy do Lumiose. Jestem z tego faktu bardzo, ale to bardzo zadowolona, ponieważ mam do Pana niezwykle pilną sprawę. Rzecz jasna doskonale wiem, że Pana czas jest dla Pana bardzo cenny, ale proszę się nie bać, jestem gotowa Panu za niego zapłacić tyle, ile tylko Pan zechce. Moja sprawa jest nad wyraz pilna, dlatego też proszę Pana bardzo uprzejmie, aby zechciał Pan się ze mną spotkać i pomóc mi w rozwiązaniu mego problemu. Jeżeli jest Pan zainteresowany, to proszę uprzejmie czekać na mnie u siebie w domu o godzinie 12:00 w południe.

Szczerze oddana,
Jessica Oleson

- Jessica Oleson? - spytałam zdumiona, kiedy Ash przeczytał list - Nie znam takiej osoby. A ty?
- Ja także jej nie znam - odpowiedział mi Ash - Ale to brzmi bardzo ciekawie.
- Oho... Widzę, synku, że zainteresowała cię ta sprawa - powiedziała z uśmiechem na twarzy Delia.
- Nie sprawa, tylko ten list - wyjaśnił mój luby - Przecież jeszcze nie wiem, jaka to sprawa. Ale bardzo chętnie spotkam się z tą osobą i dowiem się, czego też ona chce ode mnie.
- Czyżbyś, stary, zamierzał rzucić emeryturę? - spytał wesoło Max.
- Jak to ci już mówiłem, rozważam taką opcję, ale nie mogę ci jeszcze niczego w tej sprawie obiecać.
Max westchnął załamanym głosem.
- Ech... Ale z niego uparciuch.
- Dopiero teraz to zauważyłeś? - zaśmiałam się do niego ironicznie.
- Pika-pika-chu! - pisnął dowcipnie Pikachu.

***


Po zjedzeniu śniadania poszliśmy wszyscy na miasto. Max, Latias i Delia po to, aby zająć się swoimi obowiązkami w restauracji, zaś Meyer i moja mama zaoferowali im swoją pomoc. Odprowadziliśmy ich na miejsce, jednocześnie obiecując, że opowiemy im o wszystkim, gdy już będziemy po rozmowie z tajemnicą Jessicą. Gdy już nasi kompani zniknęli w restauracji, my powoli poszliśmy się przejść.
- Mamy jeszcze trochę czasu, więc możemy pochodzić po okolicy - powiedział do mnie Ash.
- Dobry pomysł. Przy okazji chciałabym ci coś powiedzieć.
- Tak? A co do takiego?
- Pika? - pisnął pytająco Pikachu, siedzący na ramieniu Asha.
- Wiesz... Moją uwagę przykuło wczoraj coś, z czym chciałabym się tobą podzielić.
- Chodzi ci o spotkanie z Sybillą? Już mi to wczoraj mówiłaś, zanim poszliśmy spać.
- Nie, nie o tym mówię. Chodzi o coś innego.
Ash i Pikachu przyjrzeli mi się uważnie, a ja opowiedziałam im o tym, co zaobserwowałam w zachowaniu Alexy. Obaj wysłuchali mnie bardzo uważnie, nie przerywając mi, a potem Ash powiedział:
- Wiesz... Nie jestem jakimś znawcą, ale chyba oboje dobrze wiemy, co to wszystko oznacza, prawda?
- Tak, ale nie mamy pewności, czy dobrze myślimy. Przecież równie dobrze możemy się mylić.
- Możemy, ale nie sądzę. Bo zobacz, przecież wszystko się zgadza. Jest nieco rozdrażniona, wymiotuje, rozmawia głośno z kimś przez telefon, a do tego jest też wyraźnie bardzo niezadowolona, kiedy to robi... Chyba sama przyznasz, że to nie może oznaczać nic innego, jak tylko...
- Dobrze, ale z kim? Z Rene?
- Podejrzewam, że tak. Chyba, że moja cioteczka ma innych facetów na boku.
- Nie podejrzewam jej o to.
- Ja także nie i dlatego stawiam na Rene.
- Ale dlaczego ona jest taka zdenerwowana?
- Może nie planowała tego?
- Pewnie i nie, ale żeby zaraz tak się spinać?
Przechodziliśmy akurat obok zakładu fryzjerskiego Rene Artoisa. Nie wiem, czy trafiliśmy tam przypadkiem, czy też celowo (choć zupełnie tego nieświadomi) skierowaliśmy swoje kroki właśnie w tamtą stronę, ale tak czy inaczej właśnie tam dotarliśmy.
- O! Zakład Rene - powiedziałam.
- To ciekawy zbieg okoliczności - uśmiechnął się mój luby - Zajrzymy tam może?
- W sumie... To czemu nie?
Weszliśmy razem do środka, uruchamiając jednocześnie dzwonek przy drzwiach, który dzwoni, gdy drzwi się otwierają. Naszym oczom wówczas ukazał się Pokemon Jolteon, który to wylegiwał się na poduszce, ale widząc nas wstał ze swego miejsca i podbiegł do nas przyjaźnie.
- Cześć, Jolteon! - powiedziałam, głaszcząc go delikatnie za uszami - Jest może twój trener?
Pokemon zapiszczał delikatnie, a tak chwilę później do pomieszczenia wszedł właściciel zakładu fryzjerskiego, Rene Artois.
- Och, la bella Serena oraz jej narzeczony! Jakże miło mi was znowu widzieć! - zawołał radośnie fryzjer - Cieszę się, że jesteście.
- Witaj, Rene - powiedziałam przyjaźnie - Jest może Alexa?
- Nie, jeszcze nie miałem dzisiaj żadnego klienta, ale jest dopiero rano, więc trzeba trochę poczekać - odpowiedział Rene.
- Wiesz, Alexa nie musi cię odwiedzać jako klientka - zauważył Ash  dowcipnym tonem - O ile mnie pamięć nie myli, to wy chodzicie ze sobą, prawda?


Rene uśmiechnął się delikatnie i odpowiedział:
- Tak, a w każdym razie do wczoraj na pewno tak było, gdyż dzisiaj Alexa jest na mnie wściekła i nie odbiera moich telefonów, więc nie wiem, jak to będzie dalej wyglądać.
- Nie odbiera twoich telefonów? A czemu? Co się stało? - spytałam.
- Pika-pika? - dodał pytająco Pikachu.
- Wiecie... Wolałbym o tym nie rozmawiać - odparł Rene Artois, który wyraźnie się zmieszał.
Ash i ja popatrzyliśmy na fryzjera poważnym wzrokiem.
- Słuchaj, Rene... Niechcący usłyszałam, jak Alexa rozmawia z kimś przez telefon wczoraj wieczorem, kiedy to odbywała się zabawa na cześć Clemonta. Domyślamy się, że to byłeś ty.
- To prawda, rozmawiałem z nią wczoraj wieczorem, ale... No, jakby to ująć... Rozmowa się nie kleiła.
- Też tak sądziłam po sposobie, w jaki z tobą rozmawiała. Powiedz mi, co jej jest? Dlaczego jest na ciebie taka wściekła?
- Nie jest tyle wściekła na mnie, co na nas oboje... Choć może to brzmi nieco głupio...
- Ona jest w ciąży, prawda?
Rene zmieszał się lekko i przez chwilę wyraźnie widziałam, że chce zaprotestować, ale szybko zrozumiał, iż nic to nie da, więc delikatnie skinął głową na znak potwierdzenia.
- Tak też myślałam - powiedziałam - Jest w ciąży i do tego z tobą, mam rację?
- Oczywiście. Ani przez chwile nie wątpiłem, że to ja będę ojcem.
- I domyślam się, że jesteś bardzo zadowolony z tego faktu - bardziej stwierdził niż zapytał Ash.
- Pika-pika-chu! - pisnął lekko Pikachu.
- Oczywiście, że tak. A dlaczego nie miałbym być zadowolony?
- Ale Alexa nie sprawiała wrażenia osoby zadowolonej - odparłam na to - Czy wiesz może, dlaczego tak jest?
- Twierdzi, że nie jest jeszcze na to gotowa. Jest wściekła na mnie i  na siebie. Na mnie za to, że nie byłem dość ostrożny, jak to się raczyła wyrazić, a na siebie za to, iż ona nie zachowała dosyć ostrożności.
- Ale to przecież nie koniec świata.
- To samo jej powiedziałem, ale ona uważa, że dla niej i owszem, bo chce jeszcze podróżować po świecie, zwiedzić go, poznać, a poza tym... Nie czuje się na siłach, aby być matką. Powiedziała, że chciała się do tego na spokojnie przygotowywać, a nie stanąć przed faktem dokonanym.
- Jestem w stanie ją zrozumieć, ale mimo wszystko to będzie wasze dziecko, owoc waszej miłości - powiedziałam - To chyba nie jest wielka tragedia, że szybciej zostaniecie rodzicami niż byście to planowali.
- Ja tego za tragedię nie uważam, ale ona jest zła i sama nie wie, co ma o tym myśleć, więc cóż... Póki co muszę czekać na wiadomość od niej, bo jak próbowałem się do niej dodzwonić, to mi się nie udało.
- Słusznie, nie ma co się narzucać - stwierdził Ash.
Chwilę później wszedł do salonu fryzjerskiego pierwszy klient. Rene musiał się nim zająć i nie mogliśmy kontynuować tej rozmowy, dlatego też pożegnaliśmy Rene, obiecaliśmy jeszcze do niego wpaść i wyszliśmy.
- To już wyjaśniła się tajemnica - zażartował sobie Ash - O ile rzecz jasna można to nazwać tajemnicą.
- Słuszna uwaga - zaśmiałam się, ale zaraz spoważniałam - Smutna sytuacja. Żal mi Rene. W końcu wyraźnie widać, że mu zależy.
- Spokojnie. Pamiętasz, jak Chronos pokazał nam wizję przyszłości naszą i naszych przyjaciół? Oni będą razem, to pewne.
- Pamiętam o tym, ale pamiętaj też o tym, że Chronos wyraźnie nam mówił o tym, że przyszłość jest w ciągłym ruchu i może jeszcze się zmienić, jeśli zmienią się osoby, których ta przyszłość dotyczy, a Alexa wyraźnie się zmieniła. Zobacz sam... Przecież jeszcze nigdy tak się nie zachowywała.
- Może po prostu ma gorsze dni? Spokojnie, każdy tak może mieć, ale jestem pewien, że ona dalej jest tą samą fajną Alexą, którą znamy.
- Obyś miał rację, bo naprawdę żal mi Rene. Szkoda go. Wyraźnie się zaangażował, a mam obawy, że Alexa to raczej nie.
- Nie przesadzaj, Sereno. Może nie jest tak źle? Może wystarczy tylko poczekać na rozwój wypadków i...
- Daj już mi lepiej spokój, Drew! Naprawdę nie rozumiesz, co do ciebie mówię?! - usłyszeliśmy nagle pewien dziewczęcy głos.
Spojrzeliśmy przed siebie i zauważyliśmy, że niedaleko nas stoi May i to wyraźnie poirytowana. Rozmawiała ona właśnie z jakimś chłopakiem nieco wyższym od niej, ubranym w czarny podkoszulek, fioletową bluzę na zamek błyskawiczny z postawionym w górę kołnierzem, zielone spodnie i czarne buty. Miał jasno-zielone włosy i oczy takiej samej barwy, a na twarzy tkwił mu nieco złośliwy uśmieszek. W dłoni trzymał różę, którą delikatnie dotykał May, co wyraźnie ją drażniło.
- Och, proszę cię... Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że wierzysz w zapewnienia tego bawidamka - mówił chłopak ironicznym tonem.
- Ten bawidamek, jak raczyłeś go nazwać, to jest mój chłopak i ja go kocham. Życzę więc sobie, abyś wyrażał się o nim z szacunkiem - rzuciła gniewnym tonem May.
- Ty go kochasz? Ja w to wierzę, May... Wierzę w to, jednak z całym do ciebie szacunkiem, to ja nie wierzę w jego szczere intencje. Pamiętaj, że on przed tobą miał wiele dziewczyn.
- A niby skąd to wiesz? - rzuciła ironicznie dziewczyna.
- A bo to trudno wiedzieć? - zaśmiał się złośliwie chłopak - Przecież Gary Oak to dość znana osobistość i nie tylko dlatego, że jest wnukiem tego słynnego uczonego. Znają go powszechnie jako Don Juana. Uwierz mi, on od dziecka uwodził dziewczyny, a te jadły mu z ręki. A kiedy skończył piętnaście lat, to już...
- Dobrze wiem o przeszłości Gary’ego... Sam mi o niej powiedział i nie uważam, aby to było coś, co mogłoby go przekreślić w moich oczach. W końcu jego przeszłość minęła, więc nie ma co o niej gadać. Odkąd jesteśmy razem, to on nie lata za innymi. A zatem jego przeszłość nie ma dla mnie żadnego znaczenia.
- Szkoda - chłopak o zielonych włosach powąchał różę, którą miał w dłoni i uśmiechnął się ironicznie - Jego przeszłość mogłaby ci wiele o nim powiedzieć.
- Drew, proszę cię... Mam dość tego tematu. A w ogóle, to powiedz mi lepiej, po co mi to wszystko mówisz? Sam masz może jakieś plany wobec mojej osoby?


- Być może - uśmiechnął się ironicznie chłopak, który najwidoczniej miał na imię Drew - Ale przede wszystkim kieruje mną uczucie przyjaźni do ciebie. May, chcę po prostu, abyś zrozumiała, że tacy faceci jak on nigdy się nie zmieniają.
- To twoje zdanie. Ja mam inne i pozwól, aby tak zostało.
- Jak chcesz. Czas pokaże, czy miałaś rację, czy też może była ona po mojej stronie. A na razie, to pamiętaj, że jakby co, to ja zatrzymałem się na kilka dni w Alabastii, więc możesz śmiało odwiedzić w tutejszym Centrum Pokemon.
- Zastanowię się nad tym. Jeżeli będziesz ciągle nawijać mi o moim chłopaku i o tym, jaki to on rzekomo jest podły, to ja raczej nie zechcę cię odwiedzić.
- Dobrze, postaram się już więcej o nim nie mówić - uśmiechnął się do dziewczyny Drew, po czym podał jej różę - To do zobaczenia.
Po tych słowach powoli poszedł on przed siebie, znikając pomiędzy ludźmi. My zaś podeszliśmy do panny Hameron.
- Ash... Serena... - uśmiechnęła się May, gdy nas zobaczyła - Jak długo tu jesteście?
- Dopiero co - odpowiedział Ash - Słuchaj, czy to był Drew? Ten twój rywal z zawodów koordynatorów?
- Tak, właśnie on. Rywal i zarazem dobry znajomy - odparła na to May ze smutnym uśmiechem - Choć co do tego drugiego, to mam pewne obawy. Jak dalej tak będzie ze mną rozmawiał, to długo moim dobrym znajomym nie będzie.
Po tych słowach westchnęła i zapytała:
- Ash, powiedz mi... Jak długo znasz Gary’ego?
- Gary’ego? Obaj znamy się od dziecka. A czemu pytasz?
- Bo wiesz... Ciekawi mnie, czy on mógłby... będąc w związku... latać za innymi spódniczkami?
Ash parsknął śmiechem, gdy usłyszał jej słowa.
- Daj spokój, May. Dawny Gary może by tak zrobił, ale obecny, to na pewno nie. Gary nie był nigdy aniołkiem, a swego czasu był wręcz dupkiem do kwadratu, ale zmienił się na lepsze. A odkąd zakochał się w tobie, to już nie lata za innymi dziewczynami, możesz być tego pewna.
- A skąd ty masz taką pewność?
- Bo go dobrze znam i wiem, że Gary nie byłby do tego zdolny i ja mu ufam. Uważam, iż ty także powinnaś.
- Ufam mu, ale Drew zrobił mi z mózgu sieczkę i teraz sama nie wiem, co mam o tym myśleć.
- May, kochanie - uśmiechnęłam się do niej - Skoro Ash, który zna doskonale Gary’ego mówi ci, że możesz mu zaufać, to ty z całą pewnością możesz to zrobić.
- Och, Sereno! - May odwzajemniła mój uśmiech - Jesteś naprawdę bardzo kochana. Ty także, Ash.
Objęła kolejno nas oboje i pogłaskała lekko Pikachu po główce.
- Poprawiliście mi humor. Dziękuję wam.
Po tych słowach May poszła w swoją stronę.
- Mam tylko nadzieję, że masz rację, co do Gary’ego - powiedziałam do Asha ponurym tonem - Nie chciałabym, abyś się co do niego mylił.
- Ja też bym tego nie chciał, ale spokojnie. Znam Gary’ego. Zależy mu na May, to więcej niż pewne.
- Mam nadzieję, kochanie. Mam nadzieję.

***


Powróciliśmy do domu, aby przygotować się do rozmowy z naszą tajemniczą klientką, czy też może raczej powinnam powiedzieć potencjalną klientką, ponieważ nie mieliśmy wtedy jeszcze pewności, że Jessica Oleson nią zostanie, czy też może Ash odprawi ją z kwitkiem. To wszystko zależało od tego, jaka okaże się ta kobieta i jaką prośbę będzie wobec nas miała.
Z pomocą Mister Mime’a posprzątaliśmy nieco salon, aby można w nim było przyjmować gości, a gdy już zapanował w nim porządek, to bardzo zadowoleni podziękowaliśmy Pokemonowi i usiedliśmy sobie na kanapie w oczekiwaniu naszego gościa.
W chwili, gdy wybiła godzina 12:00 na zegarze, to rozległo się pukanie do drzwi. Ash uśmiechnął się wówczas delikatnie.
- Jak widać nasz gość jest punktualny. Tym lepiej - powiedział.
Mister Mime poszedł otworzyć drzwi i zapiszczał lekko.
- Dzień dobry. Jest może pan Ketchum? - odezwał się kobiecy głos.
- Mime-mime! Mime-mime! - odpowiedział Pokemon i chociaż go nie widzieliśmy, to domyśliłam się, że musiał pokiwać głową na znak tego, iż osoba, z którą rozmawia nie myli się i Ash jest w domu.
- To doskonale. Zaprowadź mnie do niego, proszę - rzekła ponownie kobieta spokojnym tonem.
Pokemon zaprowadził ją do salonu, a wówczas ujrzeliśmy przed sobą jakąś kobietę. Na twarz miała ona zarzuconą cienką woalkę, przez co jej fizjonomia nie była tak widoczna, jakbyśmy tego chcieli, jednak wyraźnie widzieliśmy, iż jest to osoba młoda, nie zaś stara. Jej ubiór przypominał nieco ubiór studentki, ale takiej bogatej, która może sobie pozwolić na jak najlepsze ciuchy.
- Pan Ketchum, mam rację? - spytała kobieta.
- Tak, to ja - odpowiedział Ash - A pani to Jessika Oleson?
- Dokładnie - potwierdziła kobieta, lekko przy tym kiwając głową - To właśnie ja. Czekałam od kilku dni na pana przybycie. Bardzo się cieszę, że jest już pan na miejscu. Dałam dzisiaj rano listonoszowi list do pana z nadzieją, iż pan go otrzyma na czas. Jak widzę, dostał go pan.
- Owszem - odparł Ash i wskazał na mnie - To moja narzeczona, panna Serena Evans. Oboje rozwiązujemy zagadki.
- Wiem, słyszałam o państwa dokonaniach i jestem pod ich wielkim wrażeniem - rzekła kobieta, delikatnie się przy tym uśmiechając, co było ledwie widoczne przez jej woalkę - Dlatego właśnie chcę państwa prosić o pomoc w mojej sprawie, która jest dla mnie niezwykle ważna.
- Co to za sprawa? - spytał Ash.
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Możemy tu swobodnie rozmawiać? - spytała kobieta.
- Oczywiście - potwierdził mój luby.
Usiedliśmy wszyscy przy stoliku, a Mister Mime na polecenie Asha przyniósł butelkę lemoniady i kilka szklanek, abyśmy mogli się napić.
- A zatem słucham, pani Oleson... Co to za sprawa?
- Chodzi o to, że... skradziono mi coś niezwykle dla mnie cennego. Coś, co ma dla mnie ogromną wartość emocjonalną.
- Co to takiego? - spytałam.
- Naszyjnik od mojej babci - odpowiedziała Jessica Oleson - To jest bardzo piękny przedmiot. Naszyjnik z pereł, a na ich końcu znajduje się rubin.
- Niezłe cacko - powiedział Ash z uśmiechem - A wolno wiedzieć, jak ono wygląda?
- Wygląda tak - Jessica Oleson wyjęła powoli ze swej torebki zdjęcie i pokazała je nam.
Na zdjęciu widniał naszyjnik dokładnie taki, jaki nam opisywała przed chwilą nasza rozmówczyni.
- Rzeczywiście niezłe cacko. A kto go pani ukradł? - spytał Ash.
- Pika-pika? - dodał pytająco Pikachu.
- Pewien złodziejaszek i jego kompani. Powszechnie są oni znani jako Zespół R.
Bardzo nas zdziwiła ta odpowiedź. Zespół R co prawda nigdy nie należał do aniołków, a wręcz przeciwnie, niejeden raz dowiedł tego, że są czystej klasy złodziejaszkami, ale zwykle kradli tylko Pokemony. Raczej sobie nie przypominałam sytuacji, w której kradli oni coś innego - Annie i Oakley to już prędzej, ale to nasze złodziejskie trio? Jakoś trudno mi było sobie ich wyobrazić jako pospolitych złodziejaszków wszystkiego, co jest drogocenne.
- Piękny naszyjnik - powiedziałam, oglądając zdjęcie - Nie dziwię się, że stanowił on pokusę dla złodzieja. Nosiła go pani na co dzień?
- Nie, tylko na specjalne okazje. Ostatnio był w moim rodzinnym domu wielki bal i niestety, wśród gości wkradł się Zespół R. Byli przebrani za porządnych obywateli i cóż... Ukradli mi ten naszyjnik i uciekli, recytując przy okazji swoje motto.
- Naprawdę? - zapytałam z lekkim niedowierzaniem - Jest pani tego całkowicie pewna, że to był Zespół R?
- Całkowicie - odpowiedziała nasza rozmówczyni - Choć tak prawdę mówiąc, to tylko jedno z nich ukradło mi naszyjnik. Pozostali tylko ukradli gościom moich rodziców ich Pokemony i kosztowności, ale jedno z nich zabrało mi mój naszyjnik i dołączyło do pozostałych.
- Ciekawe - powiedział Ash, lekko masując sobie palcem podbródek - Które z nich to było?
- Młodzieniec o ciemno-niebieskich włosach. Chyba wołali na niego James, jeśli dobrze pamiętam.
- A więc to James go ukradł - powiedziałam, chociaż wciąż jeszcze miałam pewne wątpliwości.
Ash musiał podzielać moje obawy, ponieważ dodał:
- Chwileczkę... A skąd pewność, że to był na pewno Zespół R?
- Ponieważ widziałam już ich raz w akcji i dobrze im się wówczas przyjrzałam. No, a poza tym, to oni zawsze się przedstawiają, recytując to swoje durne motto.
- Tak, to akurat bardzo do nich podobne - powiedziałam ponuro - A jak dokładniej wyglądali członkowie Zespołu R?
- Młodzieniec o ciemno-niebieskich włosach, młoda dziewczyna o długich, ciemno-różowych włosach i mówiący Pokemon kot Meowth.
- A więc to oni - powiedział Ash, a Pikachu zapiszczał gniewnie - Jak dokładniej doszło do tej kradzieży?
- Podczas balu nagle coś jakby wybuchło, zrobił się wielki dym i potem z niego wyłoniła się ta trójka, a zaraz potem przez okna wpadła do całego pomieszczenia masa ludzi ubranych na czarno i z bronią w ręku. Zaczęli nas ograbiać z Pokemonów, a to trio nim kierowało, same też nam zabierając Pokemony. Gdy już mieli uciekać, to ten młodzieniec... James bodajże... podbiegł do mnie, zerwał mi z szyi naszyjnik, schował go sobie do kieszeni i uciekł z resztą.


- Czy zgłaszała to pani na policji?
- Tak, ale niewiele mi to pomogło. Złodziei wciąż nie złapano, a ja jestem zrozpaczona... Ten naszyjnik wiele dla mnie znaczył. To pamiątka po mojej nieboszczce babci. Bardzo go sobie cenię.
- Rozumiem - pokiwał lekko głową Ash - I czego pani ode mnie i od mojej narzeczonej oczekuje?
- Chcę państwa prosić, abyście państwo schwytali Jamesa z Zespołu R i zmusili go do powiedzenia, co zrobił z moim naszyjnikiem.
- Zapewne go już sprzedał - powiedziałam.
- Mam nadzieję, że nie - odparła Jessica Oleson - Jest spora nadzieja na to, iż jeszcze go nie sprzedał.
- Kiedy dokonano kradzieży? - spytałam.
- Trzy dni temu.
- Gdzie?
- W posiadłości mojej rodziny na przedmieściach Wertanii.
- Aha... Czyli mogą jeszcze tam być - odpowiedział Ash i lekko sobie pomasował podbródek - Działają w pobliżu... To oznacza, że mogą czekać na okazję, aby...
Przerwał i zamyślił się przez chwilę.
- Trzy dni temu, mówi pani?
- Tak.
- Czyli jest nadzieja, że jeszcze nie zdążyli go sprzedać.
- Myślę, że sprzedać tak drogocenną rzecz byłoby raczej bardzo trudno. Policjant, który mnie przesłuchiwał w sprawie tej kradzieży pocieszał mnie mówiąc, że ten naszyjnik to tzw. trefny przedmiot. Ponoć jest zbyt mocno rozpoznawalny i żaden paser go nie tknie. Chyba, żeby wydłubać z niego kamień i perły, a potem sprzedawać je pojedynczo, ale to też wielkie ryzyko, bo zarówno perły, jak i sam kamień są rzadkością, wyjątkową rzadkością i dość łatwo je rozpoznać.
- Rozumiem - rzekł Ash, kiwając głową - Czyli mamy odzyskać pani naszyjnik?
- Tak, ale coś mi mówi, że nie mają go przy sobie i będzie trzeba ich zmusić do gadania - powiedziała Jessica Oleson.
- Z tym zmuszeniem może być ciężko - zauważyłam.
- Wiem, ale proszę im przekazać, kiedy ich złapiecie, że policja jest gotowa pójść z nimi na układ, byleby tylko oddali mi naszyjnik. W zamian za niego... i może za parę informacji nie pójdą do więzienia.
- To może ich przekonać, chociaż nie mam pewności, że tak będzie - odpowiedział Ash, zastanawiając się - Czyli mamy ich złapać i zmusić do wydania naszyjnika, a gdy go oddadzą, przekazać pani?
- Tak. Dokładnie tak. Ale nawet jeżeli nie uda się wam złapać całą trójkę, to proszę uprzejmie pamiętać o tym, że to właśnie James zabrał mój naszyjnik. Nie inni, ale właśnie on. Dlatego też... Nie chcę państwu tutaj niczego sugerować, lecz sądzę, że jego trzeba przede wszystkim złapać.
- To się rozumie samo przez się - powiedział Ash - Skoro on ukradł, to on na pewno wie, co zrobił z łupem.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał potakująco Pikachu.
Jessica Oleson pokiwała delikatnie głową.
- Widzę, że rozmawiam z prawdziwymi profesjonalistami. Pragnę jednak o coś zapytać.
- O co takiego?
- Czy to możliwe, aby James ukradł naszyjnik i nie powiedział o tym swoim kompanom? W końcu, gdy go ukradł, ich w sali balowej już nie było, bo właśnie zaczęli uciekać. James później do nich dołączył, gdy zabrał mi mój naszyjnik.
- Skoro było tak, jak pani mówi, to rzeczywiście Jessie i Meowth mogą nie wiedzieć o naszyjniku, choć osobiście w to wątpię.
- Ale nie można tego wykluczyć - stwierdziłam.
- A zatem przede wszystkim trzeba złapać Jamesa - powiedział Ash - Choć nie zaszkodzi, jeśli w nasze ręce wpadną też jego kumple. Cała ich trójka chętnie zostanie przyjęta przez policję w Wertanii.
- Czyli biorą państwo tę sprawę? - spytała kobieta.
Ash spojrzał na mnie, a ja powiedziałam:
- Dobrze, ale proszę uprzejmie spełnić jedną naszą prośbę.
- Jaką?
- Proszę zdjąć woalkę.
Spodziewałam się, że kobieta odmówi lub zacznie się wykręcać w jakiś sposób, ale byłam w błędzie, ponieważ Jessica Oleson bez żadnego wahania spełniła moją prośbę i odsłoniła swoją twarz. Zobaczyliśmy wówczas, że była to posiadaczka ciemno-niebieskich oczu, całkiem kształtnego nosa, włosów barwy kasztanów, a także bardzo przyjemnego uśmiechu. Na oko miała tak dwadzieścia lat, może trochę więcej.
- Czy wszystko w porządku? - spytała pani Oleson.
- Tak... Przepraszam za moją podejrzliwość, ale... - zmieszałam się lekko - Po prostu, rozumie pani... Ostrożności nigdy za wiele.
- Ależ nic nie szkodzi - odparła kobieta z uśmiechem - Pewnie pani się bała, że jestem jakąś znaną przestępczynią, mam rację?
Zachichotałam lekko, a Ash położył czule dłoń na mojej dłoni i rzekł:
- Musi pani zrozumieć... Spotykaliśmy się już z różnymi osobami, nie zawsze uczciwymi i...
- Ależ rozumiem i się nie gniewam - odpowiedziała na to przyjaźnie kobieta i wyjęła ze swojej torebki książeczkę czekową - Ile wynosi pańskie honorarium, panie Ketchum?
- Wie pani... Nigdy nie biorę zapłaty z góry... - zmieszał się Ash.
- Pika-chu! - pisnął Pikachu.
- A więc to będzie tylko zaliczka - odpowiedziała kobieta, biorąc pióro do ręki - Ile to wynosi?
Ash nie wiedział przez chwilę, co ma powiedzieć, ale podał taką sumę, jaką zawsze płacił nam kapitan Rocker za rozwiązanie zagadki. Jessica Oleson zapisała sumę, podpisała czek, wydarła go z książeczki i podała go Ashowi.
- Proszę. Jeśli schwyta pan Jamesa i zmusi go do gadania, dostanie pan trzy razy tyle. A jeśli prócz tego odzyska pan także mój naszyjnik, to wtedy dostanie pan cztery razy tyle, ile jest na tym czeku. Nie jestem skąpa, jak pan widzi i w sprawie swojej pamiątki rodzinnej nie będę się targować.
Ash spojrzał na kobietę ze zdumieniem. Jak dotąd tylko jedna nasza klientka, Wielka Księżna Rosenbaum szastała wręcz ogromnymi sumami pieniędzy, aby nas przekonać do współpracy. Co prawda panna Oleson nie proponowała nam aż tak wielkiej sumy, co Wielka Księżna, ale zawsze to była spora suma.
- To... To naprawdę niepotrzebne, droga pani - powiedział Ash, gdy już odzyskał mowę.
- Potrzebne, mój drogi panie. Potrzebne - stwierdziła nieco ironicznie Jessica Oleson, powoli zakładając woalkę na twarz - Ostatecznie jest pan profesjonalistą, pana narzeczona także samo. No, a profesjonalistów należy opłacać w sposób godny. Proszę, oto mój numer telefonu. Proszę dzwonić, gdy już będziecie państwo coś wiedzieć.
Wypowiedziawszy te słowa kobieta uśmiechnęła się do nas delikatnie i powoli wyszła z domu.

***


Ponieważ posiadaliśmy pewne wątpliwości, to od razu poszliśmy do banku, aby podjąć z niego pieniądze, na jakie opiewał podarowany nam czek. Spodziewaliśmy się (czy może bardziej ja się spodziewałam), że jest on nieważny albo ma fałszywy podpis, albo też, iż taka osoba jak Jessica Oleson po prostu nie istnieje, a więc, co za tym idzie jej czek nie jest ważny. Bardzo się więc zdziwiliśmy, kiedy odkryliśmy, że wszystko z tym czekiem jest w porządku, nazwisko Oleson jest jak najbardziej szanowane, a podpis pani (lub raczej panny) Jessici zgadza się jak najbardziej z tym, jaki ma bank w swoim archiwum i pieniądze z miejsca zostały nam wypłacone. To rozwiało całkowicie nasze (a właściwie to bardziej moje) wątpliwości, a przynajmniej ich część.
- Jak widać, panna Jessica Oleson istnieje naprawdę, a jej podpis jest honorowany przez banki - powiedział Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Wiesz, to jeszcze przecież nie dowodzi tego, że ta paniusia nie jest jakąś podstępną oszustką, która chce nas wykorzystać do jakiś swoich celów - stwierdziłam.
- To prawda - pokiwał smutno głową Ash - Ale jeśli to oszustka, to jakie ma cele? Nie wiem, naprawdę nie wiem.
- Ja również nie wiem, ale tak czy inaczej to wszystko wydaje mi się co najmniej niezwykłe - powiedziałam - Ostatecznie Zespół R wcześniej nie zajmował się kradzieżą biżuterii.
- Wiesz... Ostatnio wspominali o tym, że mają nowego szefa, a więc może zmienili pewne obyczaje.
- To możliwe. Tylko jak my ich teraz znajdziemy?
- Spokojnie, mam pewien plan, jak się do tego odpowiednio zabrać - powiedział z uśmiechem Ash - Ale mimo wszystko chciałbym sprawdzić jeszcze pewne wątpliwości związane z tą osobą.
- Jakie?
- Sprawdźmy, czy ona mówi prawdę. Chciałbym się dowiedzieć, czy w sprawie tego napadu, to rzeczywiście było tak, jak ona nam to przedstawiła.
Uśmiechnęłam się delikatnie wiedząc doskonale, do czego mój luby zmierza.
- Chyba wiem, kogo chcesz poprosić o pomoc w tej sprawie.
- Miło mi to słyszeć - powiedział wesoło Ash - Jak Maxiu skończy swoją zmianę, będziemy mieli do niego zadanie.
- Oj, na pewno bardzo się z niego ucieszy - stwierdziłam dowcipnie - W końcu marzy on o tym, aby Sherlock Ash wrócił do gry.
- No, z tym wróceniem do gry, to wszystko wskazuje na to, że jest to bardziej niż prawdopodobne - zaśmiał się mój luby - Ale nie uprzedzajmy faktów. Na razie musimy wykonać powierzone nam zadanie, a potem...
Nagle Ash wpadł na kogoś, gdyż rozmawiając ze mną zagapił się na mnie i nie zauważył stojącej niedaleko osoby. Ta zaś spojrzała w jego stronę gniewnie i powiedziała:
- Mógłbyś uważać, jak chodzisz.
Ash i ja przyjrzeliśmy się tej osobie i ku swojemu ogromnemu wręcz zdumieniu zauważyliśmy, że to Jessie z Zespołu R, ale bardzo elegancko ubrana.
- Jessie! - zawołał wściekle Ash - Co ty tu robisz, ty złodziejko?!
- Jaka Jessie? O czym ty mówisz? - zapytała nieco urażonym tonem dziewczyna - Ja nie znam żadnej Jessie.
- Nie znasz, tak? A może powiesz, że mnie też nie znasz?!
- Oczywiście, że nie. A kto ty jesteś?!
Głos tej dziewczyny wydawał się co najmniej dziwny. To nie był głos Jessie, którą znamy. To był głos zupełnie innej osoby. Czyżby złodziejka z Zespołu R używała modulatora głosu? Ale po co, skoro nawet nie raczyła się przebrać tak, abyśmy jej nie poznali?
- Ty nie wiesz, kto ja jestem?! - zawołał gniewnie Ash - Na policji więc ci to przypomną, złodziejko!
To mówiąc złapał on dziewczynę za rękę i zaczął ją ciągnąć w swoją stronę.
- Puść mnie! Czego ode mnie chcesz?! - jęknęła dziwaczna osoba.
- Na posterunku się dowiesz! - warknął do niej Ash - A gdzie są twoi dwaj kumple, co?!


- Hej, kolego! Czego chcesz od mojej przyjaciółki Jessiebelle?!
Z pobliskiego sklepu wyszła jakaś młoda dziewczyna, kilka lat starsza od nas, mająca tak około dwadzieścia parę lat. Miała długie, brązowe włosy i oczy takiego samego koloru. Jej strój był bardzo podobny do szkolnego mundurka, a stanowiła go biała koszulka, zielona kamizelka, spódniczka tej samej barwy, białe podkolanówki i czarne buty. Osoba ta patrzyła na nas wzrokiem pełnym oburzenia.
- Można wiedzieć, czego chcecie od Jessiebelle? - spytała.
- Jessiebelle? To tak się nazywasz? - zapytałam zdumiona osoby, którą szarpał Ash.
- Tak, właśnie tak się nazywam. A wy to niby kto? - odparła mocno nadąsana dziewczyna.
Ash puścił rękę osoby i zachichotał nerwowo.
- Strasznie cię przepraszam. Wziąłem cię za kogoś innego.
- Pika-pika-chu! - pisnął przepraszająco Pikachu.
- Nic nie szkodzi, ale na przyszłość bądź łaskaw uważać.
- Panicz Ketchum na pewno będzie uważał na przyszłość. W końcu to jego branża, prawda? Uważać i myśleć o przyszłości całej ludzkości, a już zwłaszcza pod względem bezpieczeństwa. Mam rację, Ash?
- My się znamy? - zapytał mój luby.
- Oczywiście, nie poznajesz mnie? Jestem Giselle.
Ash spojrzał na nią uważnie i jęknął:
- O rany! Giselle? To rzeczywiście ty?!
- Tak, to właśnie ja - odparła ironicznie Giselle - Widzę, że mnie nie poznałeś od początku. I nic dziwnego. Ja ciebie też bym pewnie od razu cię nie poznała, gdybym nie widziała w gazetach i w Internecie twoich zdjęć. Od czasu tej akcji z organizacją Rocket jesteś sławny.
- Dziękuję, nie narzekam na brak sławy - odpowiedział Ash - Na brak zajęć także, więc wybacz, ale musimy oboje już iść. Mamy swoje sprawy do załatwienia.
- Rozumiem, ale jakby co, to wpadnijcie oboje do mnie. Chętnie z tobą powspominam dawne czasy. I weź ze sobą tego swego kumpla Brocka. Jego też chętnie znowu zobaczę.
- Zastanowię się - powiedział Ash i złapał mnie za rękę, odciągając mnie od tajemniczej dziewczyny.
- Co ci się stało, Ash? - spytałam zdumiona - Czemu tak szybko od niej odbiegłeś?
- Ponieważ bardzo dobrze ją znam i nie wspominam miło ostatniego z nią spotkania.
- Pika-pika! Pika-chu! - potwierdził Pikachu.
Uśmiechnęłam się delikatnie, coś sobie powoli przypominając.
- Chwileczkę, a czy to nie jest aby ta sama Giselle, do której ty i Brock mieliście raz słabość?
- Tylko tyle zdołałaś zapamiętać z mojej opowieści? - rzucił nieco złośliwie Ash.
- Wiesz... Ten fragment tej opowieści najbardziej mnie zaciekawił - zaśmiałam się dowcipnie - Jak myślisz, co ona tu robi?
- Nie wiem, ale mam nadzieję, że nie podrywać Brocka.
Parsknęłam śmiechem.
- Wątpię, skarbie, aby właśnie tego chciała.
- Może i nie, ale za to ja wątpię, aby miała ona dobre zamiary wobec kogokolwiek. Zwłaszcza, jeśli zadaje się z sobowtórem Jessie. Swoją drogą, ta cała Jessiebelle...
- Co z nią nie tak?
- Pika-pika? - pisnął pytająco Pikachu, patrząc z niepokojem na swego trenera.
- Sam nie wiem. Ale wydaje mi się, że już gdzieś słyszałem to imię. I postać podobna do Jessie też nie jest mi obca. Tak, jestem tego pewien. Tak! Wiem dobrze, że gdzieś już taką osobę spotkałem, tylko nie potrafię sobie przypomnieć, gdzie i kiedy.
- Sądzisz, że to takie ważne? - zapytałam.
- Nie wiem, Sereno - Ash wzruszył ramionami - Być może nie.


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...