wtorek, 1 sierpnia 2023

Przygoda 126 cz. III

Przygoda CXXVI

Zła macocha cz. III


Policjantka Jenny usiadła za biurkiem, kładąc przed nami teczkę zawierającą interesujące nas wiadomości.
- Proszę, to jest to, czego wam potrzeba. Chociaż osobiście, jeżeli mnie byście zapytali o zdanie...
- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale nie pytamy - burknął z lekką złością w głosie Ash, otwierając teczkę i zaczynając ja przeglądać.
Popatrzyłam na Jenny lekko przepraszającym wzrokiem, dodając przy tym o wiele łagodniejszym tonem:
- Wybacz, Jenny, ale oboje dobrze wiemy, do czego ty zmierzasz. Chcesz nas przekonać, że nasze śledztwo nie ma najmniejszego sensu i pani Gordon jest winna wszystkich zarzucanych jej czynów.
Jenny zrobiła nieco ironiczna minę i zapytała złośliwym tonem:
- Czy do swoich niesamowitych zdolności dołożyliście także może czytanie w myślach? Bo właśnie to chciałam powiedzieć.
Ash obdarzył Jenny bardzo nieprzyjemnym spojrzeniem, po którym to naszej nowej znajomej odechciało się głupich tekstów. Westchnęła głęboko i powiedziała:
- Dobrze, przepraszam was. Tak naprawdę, ja też nie wierzę w winę Rity, ale jej sytuacja nie jest najlepsza. Komisarz już dawno uznał te sprawę za zamkniętą i nie zamierza kontynuować śledztwa. A jak tylko się jeszcze o tym dowiedział, że wy dwoje przybyliście i są naciski z góry na to, aby wznowić śledztwo, to był po prostu wściekły.
- Naciski z góry? - zapytałam zdumiona.
- A tak. A co? Nie wiecie, że macie wysoko postawionych przyjaciół i ci już do nas dzwonili w tej sprawie? Kontaktowali się oni z naszymi szefami, ci zaś się skontaktowali z nami i przekazali nam, że mamy wam nie tylko nie przeszkadzać, ale wręcz pomagać.
Spojrzałam zaintrygowana na Asha, który miał na twarzy taką minę, jakby to, co nam właśnie przekazała Jenny nie było dla niego żadnym zaskoczeniem, a tylko czymś oczywistym. Pikachu zaś zapiszczał delikatnie w kierunku siedzącej mi na kolanach Buneary, wyraźnie rozmawiając z nią na ten temat. Nie miałam jednak za bardzo czasu, aby to zgłębiać, ponieważ bardziej nas teraz interesowała sprawa, do której się wynajęliśmy.
- A więc, jeżeli dobrze rozumiem, to masz ze swoim szefem obowiązek nam we wszystkim pomagać i to bez żadnego marudzenia? - spytał Ash, niezbyt udolnie przyjmując przy tym ton niewiniątka, który w tym wypadku miał być chyba z jego strony kpiną.
Jenny najwyraźniej pomyślała to samo, co ja, gdyż spojrzała na niego bardzo nieprzyjemnym wzrokiem i odparła:
- Owszem, ale za dużo, to sobie nie wyobrażajcie. Mamy za zadanie wam to śledztwo ułatwić, ale nie usługiwać wam. Dlatego macie te papiery i lepiej dla was by było, abyście coś z nich wyczytali. Coś, co was naprowadzi na właściwy trop. Bo jeśli mimo wszystko to nie nastąpi i wy niczego nie odkryjecie, to obawiam się, że partnerka waszego klienta trafi do wiezienia na resztę życia.
- Domyślam się, że twój szef nie miałby nic przeciwko temu - powiedziałam do Jenny z lekka złością.
Policjantka westchnęła delikatnie i odparła:
- Mój szef ma poważne wady i nie zawsze się z nim zgadzam. Nie wierzę też w to, w co on wierzy, czyli w winę waszej klientki. Ale postarajcie się zrozumieć jego podejście do całej sprawy.
- Jakie podejście? - zapytałam z kpiną - Z góry spisuje na straty kobietę, która mu nie pasuje w tym mieście, bo jest obca, a on nie lubi tu obcych? To niby mamy zrozumieć?
Jenny westchnęła głęboko i odpowiedziała:
- Wybaczcie mi, ale ja jestem funkcjonariuszką policji. Ja nie posiadam tego przywileju, co wy i nie mogę opierać się na wierze w osobę, której dotyczy sprawa i tym, co ona mi mówi. Ja muszę się opierać na faktach, mój szef również. A te oto faktu mówią mówią mu, że wasza klientka jest winna, bo tylko ona miała motyw, żeby próbować zabić Lizzy. W końcu sama jej groziła, czego się nawet nie wypiera i uczciwie się do tego przyznała. To świadczy przeciwko niej i mogę sobie wierzyć w jej niewinność, ale fakty mówią same za siebie, w każdym razie dla mego szefa.
- A dla ciebie? - zapytałam.
- Wierzę w to, że ona jest niewinna. Ale czasami mam wątpliwości. W końcu, obie panie kłóciły się i to ostro. Dodatkowo Lizzy odkryła, iż Rita zdradza jej ojca i to mogło przyczynić się do tej tragedii.
Spojrzeliśmy na siebie nawzajem zaszokowani tym odkryciem. Wiele się w tej sprawie spodziewaliśmy, ale na pewno nie czegoś takiego. Nie tej informacji. Zdumieni popatrzyliśmy na Jenny pytająco, ta natomiast zachichotała, widocznie rozbawiona tym, że dla odmiany teraz to ona wie coś, czego my nie wiemy.
- Niech zgadnę. Wasz drogi klient nie powiedział wam o tym, że jego córka mu doniosła o zdradach partnerki, prawda? To coś mi mówi, że będziecie musieli z nim poważnie porozmawiać. Bo skoro już na dzień dobry zaczyna okłamywać was i zatajać istotne fakty, to chyba nie wróży za dobrze waszej znajomości.
- Nie sądzę, żeby na okłamywał. Po prostu, nie powiedział nam wszystkiego na początku - stwierdziłam, choć prawdę mówiąc, to sama nie wierzyłam w to, co mówię, ale za nic nie chciałam dawać policjantce satysfakcji.
- To dość niezwykłe, nie sądzicie? - zapytała ironicznie Jenny - Pominął przy pierwszej rozmowie tak istotny szczegół? Ciekawe, co nie? Interesuje mnie, co też jeszcze przed wami zataił. Podejrzewam, że sporo.
- Mnie tam bardziej interesuje, skąd ty to niby wiesz - mruknął Ash, oglądając z uwagą akta sprawy.
- Przejrzyj je sobie dokładnie - odpowiedziała Jenny - W aktach odnajdziesz dowód w postaci liściku miłosnego od kochasia pani Rity. Liścik, który przyczynił się do poważnej kłótni pomiędzy naszą zakochaną parą i być może... Zaznaczam, być może... Pośrednio do zbrodni.
Ash zaczął uważnie przeglądać akta sprawy i faktycznie odnalazł niedługi, ale za to niesamowicie treściwy list miłosny do pani Gordon. Jego treść brzmiała tak:

Moja słodka Rito,

Nie jestem w stanie dłużej zapanować nad sobą. Cały czas o tobie myślę, moje serce bije mocniej przy Tobie, a ciało płonie niczym ogień. Marzę, o tym, aby na chwilę chociaż znowu złączyć się z Tobą i polecieć z Tobą do nieba. A jak wiesz, w tej sprawie wszystko zależy od Ciebie. Dlatego powiedz mi tylko TAK, a ja zaraz do Ciebie przypędzę, moja słodka. Czekam na znak, przypominając Ci, że bardzo nie lubię czekać.

Twój E.

Jenny spojrzała na nas nieco ironicznie i powiedziała:
- No i co wy na to? Czarno na białym widać tutaj, że ta paniusia go zdradzała. Może więc nie zaatakowała jego córki, ale swoje na sumieniu ma.
- A niby jaki to dowód, co? - zapytał z kpiną w głosie Ash - To, że jakiś durny uczniak jej wypisuje świńskie listy ze swoimi fantazjami, to jeszcze nie dowód.
- Skąd wiesz, że to uczniak? - zapytałam zaskoczona jego wnioskiem.
Ash pokazał list mnie, Pikachu i Bunery, mówiąc przy tym:
- No, bo sama zobacz. „Moja słodka”? I to, że on niby płonie jak ogień? Leci z nią do nieba? Błagam was! Kto tak niby pisze? Na pewno nie dorosły. To pewnie jakiś gówniarz, któremu wpadła w oko i próbował Ritę uwieść.
- Najwyraźniej mu się to udało, skoro Remberto zrobił jej awanturę - rzekła na to Jenny.
- A więc zrobił jej o to awanturę? - zapytałam - Zwątpił przez chwilę w to, że ona go kocha?
- Tego też wam nie powiedział? - spytała z kpiną Jenny - No cóż... Ładnie się wasza współpraca zaczyna, nie ma co.
- Wybacz, ale nawet jeśli zrobił jej awanturę, to jeszcze nie jest dowód na to, że Rita z zemsty zaatakowała jego córkę - odpowiedziałam, ignorując słowa Jenny - Mógł być zazdrosny, ale ona mogła być całkiem niewinna. Awantury nie robi się tylko osobom winnym. Nieraz ludzie je robią osobom całkowicie niewinnym.
- Nawet jeżeli tak jest, jak mówicie, to jakie to ma znaczenie? To są przecież nadal tylko i wyłącznie domysły. Ja tam mogę wam wierzyć, ale prokurator jest w tej sprawie innego zdania.
- Ja również jestem innego zdania!
Do gabinetu wkroczył mężczyzna w wieku około czterdziestu kilku lat, dosyć wysoki i bardzo postawny, o brązowych włosach i czarnych oczach, ponury i przy okazji niesamowicie sztywny, ubrany w mundur komisarza policji. Jenny od razu wstała z miejsca na jego widok i my zrobiliśmy to samo.
- Niech zgadnę. Komisarz Petri? - bardziej stwierdził niż zapytał Ash.
- Zgadza się - odpowiedział mu komisarz, podchodząc do nas - Bardzo miło mi poznać tak znakomitych detektywów, chociaż osobiście uważam, że oboje tylko tracicie czas. Ona jest winna jak dwa razy dwa i szybko się o tym przekonacie. Ale skoro tak bardzo tego chcecie tracić czas na walkę z wiatrakami, to już jest wasza sprawa. Swoją drogą, to będzie chyba pierwszy raz w waszej karierze.
- Jaki pierwszy raz? - zapytałam.
- Pierwszy raz, kiedy okaże się, że tym razem to głupia policja, a nie dzielni i jakże bystrzy detektywi mają rację. To będzie dla was chyba miła odmiana, co nie?
- A to niby czemu? - zapytał Ash.
- Nie jest przyjemnie mieć zawsze rację, prawda?
- Jestem innego zdania.
Uśmiechnęłam się, kiedy to mój mąż użył przeciwko komisarzowi jego słów, a nasz rozmówca to wyczuł, ponieważ lekko zazgrzytał zębami ze złości i spytał:
- Domyślam się, że chcecie rozmawiać z Gordonową?
- Podziwiam pana przenikliwość - odparł złośliwie Ash - I chcemy z nią jak najszybciej rozmawiać. Najlepiej jeszcze dzisiaj. Da się to załatwić?

***


Na szczęście okazało się, że nasze życzenie było bardzo łatwo spełnić. Całe szczęście, posiadanie znajomości wśród policji i to tej najwyższego szczebla było tą zaletą, którą posiadaliśmy. Generał policji z Kanto skontaktował się z generałem policji w Johto, a ten nakazał miejscowej policji pomagać nam w śledztwie, a także niczego nam przy tym nie odmawiać. Oczywiście z miejsca skorzystaliśmy z tego przywileju, najpierw prosząc inspektor Jenny o akta tej sprawy, a potem komisarza o spotkanie z panią Gordon. Bardzo chcieliśmy poznać jej wersję wydarzeń, a do tego jeszcze ciekawiło nas bardzo to, co dowiedzieliśmy się od Jenny, a czego nasz klient nie raczył nam w trakcie naszej rozmowy powiedzieć. O tym, jakoby pani Rita miała kochanka na boku, a Remberto dowiedział się o tym od swojej córki, która niedługo potem skończyła z rozbitą czaszką. Fakt ten zdecydowanie jeszcze bardziej niekorzystnie stawiał w oczach ludzi panią Gordon i tak między Bogiem a prawdą, trudno tego nie zrozumieć. Zdecydowanie nie przemawiało to na korzyść naszego klienta, a już na pewno nie na korzyść jego ukochanej, której nie tylko mieliśmy pomóc, ale w miarę swoich możliwości, również wybielić ją w oczach społeczeństwa. Gdy zabieraliśmy się za tę sprawę, byliśmy przekonani, że jedynie druga z tych dwóch spraw może być dla nas trudna, a pierwsza w porównaniu z nią będzie o wiele łatwiejsza. Teraz jednak przekonywaliśmy się, że obie są równie trudne i skomplikowane, a im bardziej się w tę sprawę zagłębialiśmy, tym bardziej widzieliśmy, jak trudna ona jest. Co prawda, nie oczekiwaliśmy, że sprawa będzie łatwa, ale liczyliśmy też na to, że osoby potępiające Ritę są jedynie ksenofobami nienawidzącymi obcych i cale to zamieszanie ma jedynie podłoże tego rodzaju, zaś odnalezienie sprawcy wszystko załatwi. Teraz to już nie byliśmy tego tacy pewni. Pani Rita nie miała tak czystego konta, jak nam się to wydawało na początku, a w dodatku naprawdę wiele okoliczności przemawiało przeciwko niej. Rzecz jasna, dalej wierzyliśmy w jej niewinność, ale świadomość, że w tej sprawie jest więcej tajemnic niż to na początku dostrzegaliśmy, mocno nam utrudniało ratowanie jej przed więzieniem. Pomimo to, ja i Ash nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy się mieli z tego powodu poddać i odpuścić sobie te sprawę. Za bardzo byliśmy uparci, aby to zrobić, ponadto mieliśmy oboje, a zwłaszcza Ash wielką ochotę zetrzeć tę pewną siebie minę z twarzy drogiego pana komisarza. Jego pewność siebie w tej sprawie działała nam na nerwy i wręcz ogromną przyjemność by nam sprawiło, gdyby tak okazało się, że się mylił i to my moglibyśmy to udowodnić. Satysfakcja murowana i przy okazji także triumf sprawiedliwości. Przyjemne z pożytecznym. Osiągniecie takiego stanu rzeczy stało się dla nas wtedy celem numer jeden.
Oczekując na rozmowę z Ritą, siedzieliśmy razem w gabinecie Jenny, gdzie bardzo uważnie czytaliśmy dokładnie akta sprawy pani Gordon. Fakty, który były tam zapisane, naprawdę na zaintrygowały. Okazało się, że w dniu ataku na Lizzy doszło do ostrej sprzeczki pomiędzy nią, a panią Gordon. Obie powiedziały sobie o wiele za dużo, a potem jakoś się uspokojono, zjedzono obiad w milczeniu, potem wszyscy zajęli się sobą. Lizzy wysłała komuś SMS o treści: „To dzisiaj. Wszystko tak, jak ustaliliśmy”. Nie wiadomo, czyi to był numer, bo karta SIM komórki już nie istnieje. Widocznie osoba, do której wysłała wiadomość zniszczyła kartę, aby nikt jej nie mógł namierzyć. Cwana bestia. Dodatkowo ta wiadomość nic nam nie mówiła. Była ona bardzo ogólna i enigmatyczna. Mogła ona oznaczać dosłownie, ale to dosłownie wszystko. Lizzy najwidoczniej coś ukrywała. Nie ona jedna, jak się niedawno dowiedzieliśmy. Tak czy inaczej, wszyscy poszli spać około godziny dziesiątej w nocy. W domu zapanowała wówczas kompletna cisza. Do czasu, aż tu nagle Stanley usłyszał skowyt Luxa. Chłopak leżał wtedy w łóżku ze słuchawkami na uszach i słuchał audycji w radiu, aż zmęczony przysnął. Pomimo tego, usłyszał skowyt, bo był on dosyć głośny. Wstał z łózka i poszedł do salonu, gdzie siedział ich pupil i rozejrzał się dookoła, ale nie dostrzegł on Pokemona. Chciał już wrócić, gdy nagle dostrzegł za szafą jakąś sylwetkę. Jakiś cień wysokiej osoby i to raczej kobiety, na co mogło wskazywać ułożenie włosów na głowie tajemniczej postaci. Zaniepokojony rzekł coś do tej osoby, ale ta się do niego nie odezwała. Pomyślał, że to może siostra robi sobie z niego żarty, jednak coś go tknęło, aby to sprawdzić. Zaszedł więc do pokoju Lizzy, ale kiedy tylko tam wszedł, zaniepokoiło go otwarte okno. Lizzy przecież nigdy nie spała przy otwartym oknie. Wszedł więc do środka, zapalił lampkę nocną i zobaczył tak przerażający widok, że o mało nie zemdlał. Jego starsza siostra leżała na swoim łóżku z wielką raną ciętą na czole. Przerażony zaczął krzyczeć i wezwał na pomoc ojca. Ten wparował szybko do pokoju razem z Ritą i próbowali reanimować Lizzy. A gdy to nie pomogło, wezwali szybko pomoc. Policja i pogotowie przybyły na czas, a po dość szybkim zbadaniu powiedzieli, że dziewczyna żyje, ale trzeba szybko ją zabrać do szpitala. Zabrano więc Lizzy do szpitala, jednak pomimo usilnych starań, lekarze nie byli jej w stanie wybudzić. Do dzisiaj tego nie zrobili.
Policjanci szybko zbadali cały dom. Odkryli, że w ogrodzie ktoś był i ten ktoś szybko stamtąd uciekł, nie zostawiając po sobie żadnych śladów, poza kilkoma, ale bardzo naciąganymi w postaci nieco połamanych liści i gałązek. Nic wielkiego, co mogłoby naprowadzić ich na jakikolwiek trop. Jednakże szybko policja doszła do wniosku, że ten intruz w ogrodzie to mocno naciągana sprawa. Żadnych innych dowodów na to, iż ktoś obcy wszedł do domu, nie znaleziono. Za to znaleziono na pogrzebaczu ślady krwi, a dodatkowo jeszcze w kominku świeży popiół. Coś w nim spalono, ale nie odkryto, co takiego. Szybko jednak zeznania Stanleya mocno się przysłużyły policji, bo zeznania o sylwetce widzianej w salonie sugerowały tej naszej jakże genialnej policji, że ta tajemnicza osoba, to musiała być Rita. Ponadto jeszcze koszula nocna Rity nie nosiła śladów użytkowania. Kobieta twierdziła, że to dlatego, iż tego wieczoru zmieniła koszulę i założyła nową, a w nocy spała tylko dwie godziny do czasu wyrwania jej przez krzyk Stanleya. Trudno zatem, aby na koszuli było widać, że była używana. Kolejnym problemem były pantofle kobiety, które miały na sobie ździebełka trawy, jakby ktoś w nich chodził po nocy. Rita twierdzi, że wyszła w nocy z domu, ale wyłącznie dlatego, iż przed snem Lizzy znowu rzuciła jej kilka przykrych słów i kobieta chciała ochłonąć, a najlepiej to robić, wdychając świeże powietrze na zewnątrz. Policja nie uznała jej tłumaczeń. Uznali, że słowa Lizzy tak ją zdenerwowały, iż odczekała, aż wszyscy pójdą spać, a następnie wzięła z salonu pogrzebacz, zakradła się do pokoju Lizzy i uderzyła ją w głowę, po czym otworzyła okno, wyszła przez nie do ogrodu, przebiegła przez niego tak, aby zostawić ślady i zasugerować policji, że ktoś obcy tam był i wkradł się do biednej Lizzy. Następnie powróciła tą samą drogą do pokoju Lizzy, a z niego poszła do siebie, jednak wtedy natknęła się na Luxa. Przerażona uderzyła go w łeb i to tak, że biedak zaskowyczał. Ten hałas od razu obudził Stanleya, który poszedł zobaczyć, co się stało. Rita schowała się za szafą, jednak jej sylwetka w postaci cienia odbijała się na ścianie i chłopak ją zobaczył. Poszedł potem do Lizzy i resztę już znamy.
Wiadomości te bynajmniej nie napawały nas optymizmem. Wydawało się, a w każdym razie naszej kochanej policji, że nie ma szans na to, aby Rita mogła być niewinna. Dodatkowo jeszcze zeznania Stanleya przemawiały przeciwko niej. Ale jakby tego było jeszcze mało, to dodatkowo za jej winą przemówiło jeszcze coś. Tym czymś stało się spostrzeżenie Stanleya propos ubioru Rity. Twierdził, że kiedy przyszła do pokoju jego siostry w momencie, w którym on i jego ojciec tam byli i próbowali Lizzy reanimować, miała na sobie szlafrok, spod którego widać jej było koszulę nocną koloru seledynowego. A kiedy przyjechała policja, to miała już na sobie inna koszulę, koloru białego. Dla policji wszystko było zatem oczywiste. Ich zdaniem Rita widząc, że ma na swojej koszuli ślady krwi, poczekała na chwilę, gdy będzie sama i szybko pobiegła do siebie, przebrała się w nową koszulę, a starą spaliła w kominku. Kiedy już się upewniła, iż zamieniła się ona w popiół, to udała, że to w tej nowej koszuli cały czas spała, ale zgubiło ją to, że koszula była nowa i dopiero co kupiona, jeszcze nie noszona.
Jak zatem odkryliśmy, policja ustaliła według swej opinii już całkowicie, ale to całkowicie wszystko i to wszystko wskazywało na winę Rity. Choć, kiedy to ja i Ash zabieraliśmy się za śledztwo, spodziewaliśmy się, że wnioski policji będą za daleko idące i raczej oparte na mało wnikliwym śledztwie oraz ksenofobii ludzi tu żyjących. Jednak po zapoznaniu się z raportami, nie byliśmy już tego tacy pewni. Z nich jasno można było wyciągnąć wnioski o winie Rity, a w każdym razie było to w stanie zrobić dziewięć osób na dziesięć. My chcieliśmy nie być tymi osobami z kategorii owych dziewięciu, tylko chcieliśmy być jak ta dziesiąta, która nie daje się zwieść pozorom. Nie było to jednak proste w natłoku tych wszystkich wieści o tym, jakie to dowody wskazują na winę Rity. Trzeba było wyciągnąć z tego o wiele więcej niż zrobiła to policja. A żeby to osiągnąć, potrzeba było nam zeznań samej Rity, tak na dobry początek.


Musieliśmy na nie nieco poczekać, ponieważ trzeba było załatwić kilka dosyć skomplikowanych formalności, nasz drogi komisarz zaś chyba nie za bardzo się do tego przykładał, co jednak nie powinno dziwić, skoro nie pochwalał on naszego śledztwa i też specjalnie się z tym nie ukrywał. Dla niego wszystko było jasne i nie wiedział, czego my jeszcze chcemy. Ponadto należy pamiętać o tym, że gdybyśmy tak rozwiązali te sprawę i odkryli, że on i jego zespół się mylili, to zdecydowanie postawilibyśmy go w niezbyt korzystnym świetle. Nie było zatem chyba niczego dziwnego w tym, że podchodził on niechętnie oraz bez zapału do pomocy naszym osobom. Ale ponieważ miał obowiązek nam ułatwić śledztwo, a rozkaz na ten temat pochodził z samej góry, to trzeba było go wykonać i w końcu pan komisarz raczył się zjawić z informacją, że wszystko jest już załatwione i może nas zabrać do Rity Gordon. Nie zwlekając ani chwili dłużej, wsiedliśmy z nim do samochodu i pojechaliśmy do miejscowego wiezienia dla kobiet, w którym to przebywała do czasu wydania wyroku Rita Gordonowa. Powodem, że przebywała w tym miejscu było chwilowe przepełnienie aresztu, jak również to, iż obawiano się, aby któryś z tych wariatów, mających obecnie ochotę zlinczować oskarżona, nie czekając nawet na wyrok sadu, postanowi zrealizować to jakże przerażające marzenie większości mieszkańców miasta. Co prawda, areszt jest miejscem dobrze strzeżonym, ale kto wie, co byliby w stanie zrobić ludzie, tak świecie przekonani o winie Rity, gdyby ta była wystawiona im niemal na talerzu? Być może mogliby nawet włamać się do aresztu i próbować ją zabić? Bo w końcu nie takie rzeczy już ludzie robili z chęci wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę. Lepiej było zatem nie ryzykować i trzymać ją w wiezieniu, gdzie była stale pilnowana i nikt z zewnątrz nie miał szans jej skrzywdzić.
Gdy byliśmy na miejscu, zabrano nas do pokoju widzeń, w którym mieliśmy zaczekać na przyprowadzenie Rity Gordon. Usiedliśmy wygodnie przy stoliku (o ile w takich miejscach siedzenie wygodne było możliwe) i czekaliśmy. Szczęśliwie nie musieliśmy tego robić długo, ponieważ już chwilę potem przyprowadzono do nas partnerkę naszego klienta. Kiedy tylko ja zobaczyłam, musiałam przyznać, że rozumiem doskonale Henry’ego Remberto. Na tyle, na ile jako dziewczyna umiem ocenić urodę innej przedstawicielki swojej płci, umiałam zwykle powiedzieć, czy dana kobieta jest ładna, czy też nie. W przypadku Margarity Gordonowej musiałam przyznać uczciwie przed sama sobą, że jest to kobieta niezwykle piękna i do tego też bardzo ponętna. Była ona wysoka i szczupła, jednak niepozbawiona kobiecych kształtów w odpowiednich proporcjach, rudowłosa i niezwykle szykowna, do tego też poruszała się zwinnie i sprawnie, niczym Sharon Stone w „Nagim instynkcie”. Zaczęłam w duchu dziękować, że ma ona na sobie więzienny strój, a nie taką kusą sukienkę jak Sharon w tej słynnej scenie w tym filmie, bo jakby miała taką kieckę, to pewnie Ash i Pikachu zaczęliby instynktownie sprawdzać, czy ma ona majtki na sobie i zapewne by odkryli... że ich nie ma. Na całe szczęście, nie musiałam się o to niepokoić, bo nasza oskarżona miała na sobie więzienne ciuchy, choć i w nich wyglądała niczego sobie i mogła przyciągać męskie spojrzenia. Dobrze, że Ash w trakcie śledztwa przede wszystkim zajmuje się śledztwem i nie podziwia on innych kobiet, a ponadto jest zajęty tylko jedną z nich, a konkretnie to mną. Dlatego nie muszę się niepokoić o jego wierność. Zresztą, nigdy nie musiałam tego robić.
- Dzień dobry - powiedziałam, wstając z krzesła na powitanie.
- Pani Rita Gordon, mam rację? - zapytał Ash, także wstając z miejsca.
Pikachu i Buneary przyłączyli się do naszego powitania, lekko piszcząc w jej stronę na powitanie.
- Tak, to ja - odpowiedziała nam kobieta, przyglądając się nam z uwagą - A wy dwoje, to ci detektywi, o których mi mówiła Gerda?
- Tak, to właśnie my - odpowiedział jej Ash - Nazywam się Ash Ketchum, a to moja żona, Serena Ketchum. A to są nasi przyjaciele, Pikachu i Buneary.
- Miło mi was poznać, chociaż bardzo żałuję, że w takich okolicznościach, a nie w jakiś lepszych - stwierdziła ponuro Rita.
- W lepszych nie wiem, czy byśmy mieli okazje się bliżej poznać, ponieważ jako detektywi głównie zajmujemy się naszą pracą - powiedział Ash.
- Czyli walczymy o to, aby tego zła mniej było na świecie - dodałam.
- I nie chwaląc się, jak dotąd naprawdę nieźle nam to idzie - rzekł Ash.
- Wiem, słyszałam o waszych dokonaniach - odpowiedziała Rita, siadając na krześle przy stoliku - Czytałam o waszych sukcesach, a prócz tego jeszcze dużo mi o was opowiedziała Gerda. Podobno jesteście najlepsi z najlepszych, czego chyba najlepszym dowodem jest zniszczenie przez was organizacji Rocket. Myślę więc, że Gerda ma co do was rację.
- A co takiego o nas mówiła? - zapytał Ash, siadając przy stoliku, a Pikachu od razu wygodnie usadowił mu się na kolanach.
- Powiedziała, że nie ma dla was zadań nie do rozwiązania - wyjaśniła Rita.
- To bardzo miły komplement z jej strony - powiedziałam, także siadając przy stoliku i biorąc na kolana Buneary.
- I jak dotąd zgodny z prawda - rzekł Ash - Ale nie ma co mówić tutaj o tym, jaką mamy reputację w świecie, choć milo nam, że pani w na wierzy. Wychodzę z założenia, iż wiara klienta w detektywa, to spora część sukcesu.
- A kolejna jej część, to posiadanie odpowiednich danych - dodałam - I z tego właśnie powodu tutaj jesteśmy. Chcemy dowiedzieć się od pani jak najwięcej tego, co nam pomoże wyjaśnić tę sprawę. Bo chyba łatwo domyśliła się pani, że w pani winę nie wierzymy.
- Miło mi, wreszcie ktoś całkowicie pewny mojej niewinności w tej sprawie - westchnęła ponuro Rita - Obawiam się, że nie ma tutaj wiele takich osób. Odnoszę wręcz wrażenie, że praktycznie wszyscy tutaj są przekonani o mojej winie.
- Spokojnie, wszyscy na pewno nie - odpowiedziałam jej - Pani ukochany tak nie uważa i dlatego nas wynajął, abyśmy odkryli, kto i dlaczego zaatakował Lizzy. Gdy tylko już to odkryjemy, od razu panią wypuszczą.
- Obawiam się, że będzie to nieco trudne. Raczej nikt nie będzie wam tego ułatwiał - stwierdziła ponurym tonem Rita.
- Trudności nas nie zniechęcają. Powiedziałbym nawet, że niekiedy nas wręcz motywują do działania - stwierdził na to Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał przyjaźnie Pikachu w kierunku Rity.
Kobieta uśmiechnęła się do niego delikatnie i powiedziała:
- Ciesze się, że tak mówicie. Ale powoli już tracę nadzieję na to, że mi się uda udowodnić moja niewinność. A wszystko przez mój niewyparzony język. Gdybym tak umiała panować nad emocjami i nie dała się sprowokować tej smarkuli, to być może teraz wszyscy wokół nie mieliby powodów do tego, aby być pewnymi mojej winy. A tak co? Sama im dałam na tacy dowody przeciwko sobie. No cóż... Mądry człowiek po szkodzie, jak to mówią. Chociaż... W przypadku niektórych, to i przed szkoda i po szkodzie są głupi. Obym tylko ja taka się nie okazała. Bo jak zostanę skazana, to jest wielkie prawdopodobieństwo, że będę głupia również po szkodzie.
- Nie zostanie pani skazana, ponieważ dowiedziemy pani niewinności - odparł na to przyjaznym tonem Ash.
Rita spojrzała na niego życzliwie i odpowiedziała:
- Doceniam wasz zapał do działania oraz wiarę w siebie. Wasza reputacja jest na tyle dobra, że jestem w stanie wam zaufać. Pytajcie zatem, odpowiem wam na wszystkie wasze pytania.
Zaczęliśmy zatem zadawać pytania o Ritę i jej życie. Uważaliśmy, że ma ono wielkie znaczenie dla całej sprawy, bo wielokrotnie przecież przeszłość odgrywała rolę w życiu człowieka i miała wpływ na jego obecne losy. Woleliśmy zatem punkt po punkcie poznać koleje losu pani Rity niż pominąć jakiś istotny szczegół. Rita to rozumiała i dlatego bardzo dokładnie opowiedziała nam o swoim życiu.
- Pochodzę z Meksyku. Mieszkałam w nim przez wiele lat do czasu, aż moi rodzice zmarli. Wtedy zostałam sama na świecie, ale miałam w głowie już pewien plan na moje życie. Postanowiłam zostać nauczycielką. Oczywiście, żeby tak się stało, musiałam najpierw zdać studia, a zostałam bez rodziny i środków do życia. Na szczęście, jako naprawdę dobrze rokująca studentka dostałam stypendium, więc jakoś sobie poradziłam. Po kilku latach skończyłam studia i poszłam do pracy. Tam poznałam swojego męża, nauczyciela historii Diego Gordona. Wyszłam za niego, jednak mimo początkowych wzlotów, nasz związek szybko zaczął zaliczać upadki. Szczególnie wtedy, kiedy nie byłam w stanie urodzić mu dziecka, mimo usilnych prób w tej sprawie. Wtedy mój mąż zaczął mnie zdradzać i zanim się obejrzałam, odszedł ode mnie i zniknął bez śladu. Długo próbowałam go szukać, ale w końcu przestałam. Zamiast tego, zebrałam dosyć pieniędzy i wyjechałam stamtąd. Potem zaś przybyłam do Johto, szukając pracy. Spotkałam wówczas Henry’ego Remberta. Przyjęłam od niego propozycję, żeby opiekować się jego dziećmi, a przy okazji pomoc im, aby sobie lepiej radziły w szkole, bo miały one pewne drobne, ale za to niesamowicie istotne problemy w nauce. Chętnie przyjęłam te pracę, bo po prostu kocham uczyć. Szybko okazało się, że doskonale sobie z tym radzę, bo Stanley i Lizzy poprawili znacznie swoje wyniki w nauce. Ich ojciec był na tyle ze mnie zadowolony, że od razu po tym, jak jego dzieci zaczęły sobie o wiele lepiej radzić, zaproponował mi, abym je dalej uczyła, oczywiście za o wiele wyższa gażę. Chyba nie muszę wam mówić, że od razu się na to zgodziłam. Była to po prostu praca dla mnie wprost wymarzona, a do tego dzieci były bardzo pojęte, uczyły się nie tylko łatwo, ale i chętnie. Pracodawca też mnie polubił i nie było w mojej nowej pracy niczego, na co mogłabym narzekać. Do czasu, aż ja i Henry Remberto zaczęliśmy spędzać ze sobą czas prywatnie. Zaczęło się to w taki sposób, w jaki zwykle każda taka sprawa się zaczyna, czyli dosyć niewinnie, od rozmów na temat jego dzieci i ich postępów w nauce, a potem to... Dobrze wiecie, co było. Wynikło to, żeby była jasność, całkowicie przypadkowo. Żadne z nas tego nie planowało, a już na pewno nie ja. Bo ja chciałam tylko spokojnie pracować i robić swoje. Skąd niby miałam wiedzieć, jakie to będzie miało efekty? Gdybym wiedziała, to zapewne nigdy bym sobie na to nie pozwoliła. Chociaż z drugiej strony nie mogę przecież powiedzieć, abym tego żałowała, bo pokochałam Henry’ego, a do tego też urodziłam mu Jane, naszego kochanego skarbeczka. Nigdy nie byłam bardziej szczęśliwa w miłości niż właśnie wtedy, kiedy poznałam Henry’ego.
- Jak zareagowały jego dzieci na wasz związek? - zapytałam.
- Początkowo bardzo dobrze. Nie wydawały się mieć nic przeciwko. Lizzy to się nawet ucieszyła, bo mnie polubiła i miała z kim pogadać o babskich sprawach, jak to ona je nazywa. Niestety, to się dosyć szybko zmieniło w chwili, kiedy to ja i Henry zaczęliśmy spodziewać się dziecka. Wtedy Lizzy przestała mi okazywać tak wiele sympatii, co kiedyś. A zasadniczo, to stopniowo zaczęła mnie nienawidzić.
- Przestała być jedyną i ukochaną córeczką tatusia i to ją tak drażniło?
- Wydaje mi się, żeby tak. A sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej, kiedy to Jane przyszła na świat. Lizzy dopiero wtedy zaczęła pokazywać, na co ja stać. Nie okazywała mi już nawet grama sympatii, że o już o szacunku nie wspomnę. A do tego wszystkiego jeszcze doszła wielka miłość mojej podopiecznej.
- Mówi pani o tym całym Peppino Luchini? - zapytał Ash.
- Owszem, właśnie o nim - potwierdziła Rita - Nieprzyjemny typek. Wciągał on Lizzy w jakieś podejrzane towarzystwo i przez niego Lizzy zaczęła być coraz bardziej chamska w stosunku do swojego ojca i do mnie. Doprowadziła również do kilku poważnych kłótni, podczas których życzyła mi śmierci, a ja jej. Bardzo teraz tego żałuję. Nie powinnam się była dawać prowokować smarkuli. A tak, atmosfera w domu stała się tak gęsta, że można było ją ciąć nożem. A już najgorzej było tego dnia, kiedy Lizzy wróciła do domu pijana. Henry zrobił jej wtedy awanturę, a ona uznała, że to wszystko jest moją winą i zapowiedziała mi, że jeszcze tego pożałuję.  Nieco później zaczęłam dostawać listy miłosnego od jakiegoś tajemniczego i dość dziecinnego pod względem osobowości wielbiciela. Sądziłam, że to może tylko i wyłącznie jakiś kolega Stanleya, któremu się spodobałam. Ale nie znalazłam na to dowodów, za to moja droga Lizzy odkryła te listy i uznała, że zdradzam jej ojca i oczywiście mu o tym powiedziała. Henry początkowo jej nie uwierzył, ale potem uznał, iż być może coś w tym jest. No i była kolejna awantura. Z trudem udało mi się wyjaśnić to wszystko, ale nadal nie miałam pojęcia, kto pisze te listy. Jednakże nie było mi dane to zbadać, bo po awanturze z powodu odkrycia listów, ja i Lizzy to już całkowicie stałyśmy się wrogami. Gdy skarciłam tę smarkulę za to, co robi, to powiedziała mi bezczelnie prosto w twarz, że nie jestem jej matką i nie życzy sobie, abym wydawała jej rozkazy. Powiedziałyśmy sobie wtedy parę słów i to z gatunku tych, które nigdy nie powinno się mówić publicznie. I które też obecnie mądry pan prokurator używa jako argumentu przeciwko mnie. Chociaż zasadniczo, wcale mnie to nie dziwi. Takim gadaniem zawiązałam sobie pętlę na szyi. Każdy inny na jego miejscu uznałby mnie za pierwszą podejrzaną. Trudno mi się zatem mu dziwić. Ale przysięgam wam, jestem niewinna. Nie uderzyłam Lizzy. Nie mam pojęcia, kto to zrobił, ale na pewno nie ja.
- Co pani pamięta z tamtej feralnej nocy? - zapytał Ash.
- Przede wszystkim to, że byłam w niesamowitym szoku - odpowiedziała Rita - Kiedy Stanley zaczął krzyczeć, że Lizzy została zaatakowana i chyba ją zabili, to najpierw pomyślałam, że to jakiś koszmarny sen. Pamiętam, że nawet w pierwszej chwili się uszczypnęłam, aby się wybudzić z tego koszmaru. Niestety, nic mi to nie dało. Wybudziłam się do końca, a koszmar dalej trwał. Pamiętam również to, jak reanimowano Lizzy, jak wezwano pogotowie, jak przyjechała policja i zaczęła od razu wszystkich przesłuchiwać, ale najbardziej to mnie, bo chyba od pierwszej już chwili to ja stałam się główną podejrzaną. A resztę wiecie pewnie z akt i z prasy.
- Czy może zauważyła pani tej nocy coś niepokojącego i podejrzanego?
- Nie przypominam sobie. Nic, co by wzbudziło mój niepokój, poza tym, że Lizzy zaczęła mnie traktować jak wroga. Ale cóż... To nie wnosi nic do sprawy.


- Czy pani mąż nie kontaktował się ostatnio z panią?
- Owszem, przed kilkoma dniami otrzymałam od niego list. Wie już, że tutaj jestem i za co i chce się ze mną jak najszybciej rozwieść. Pisze, że poznał kogoś i pragnie jak najszybciej tę relację zalegalizować. Dlatego też jest gotów zwrócić mi wolność i mogę przez swojego adwokata podjąć odpowiednie w tym celu kroki.
- Rychło w czas - mruknęłam z kpiną.
Rita skinęła głową na znak, że się ze mną zgadza. Ash natomiast popatrzył na kobietę z uwaga i zapytał:
- A więc pani mąż kontaktował się z panią dopiero niedawno, kiedy pani już została osadzona?
- Dokładnie tak.
- I nie miała pani wcześniej z nim kontaktu?
- Nie, choć przyznaję, że szukałam go.
- Dlaczego?
- Chcę się z nim rozwieść, aby moc poślubić Henry’ego. On mocno się wahał w tej sprawie, bo już jedno jego małżeństwo okazało się niewypałem, ale w końcu się zdecydował i poprosił, abym została jego żoną. Potem rozpoczął przez swojego adwokata odpowiednie starania, żeby unieważniono jego małżeństwo. Bo wiecie, jego żona jest szalona i zataiła ten fakt przed Henrym w dniu ślubu. Dlatego są tu podstawy do tego, aby unieważniono ich ślub. Mnie tam osobiście wszystko jedno, bo naprawdę nie ma to dla mnie znaczenia, czy poślubię rozwodnika, czy wolnego w oczach Kościoła człowieka. Poza tym, ja przecież i tak pozostanę rozwódką w takim wypadku, bo przecież mojego małżeństwa nikt nie unieważni. Rozwód tak, ale unieważnienie wymaga zdecydowanie większych podstaw niż porzucenie przez współmałżonka. Choć może oczywiście byłoby to możliwe, ale wymagałoby za to ogromnego nakładu pieniędzy i czasu, a tego nie mam. Zresztą, mnie naprawdę to nie robi różnicy: rozwód czy unieważnienie. Tak czy inaczej, drogi mój małżonek zgadza się na rozwód ze mną, chociaż nie wierzę w to, iż powodem takiego stanu rzeczy jest jego nagłą nowa miłość. Jak dla mnie, to on się boi konsekwencji bycia moim mężem. Doskonale wie, że może go spotkać za to coś w rodzaju ostracyzmu publicznego i dlatego woli się ode mnie odciąć, zanim będzie za późno. Jak szczur ucieka z tonącego okrętu, co zresztą naprawdę bardzo mi do niego pasuje.
- A więc jego jako podejrzanego by pani wykluczyła?
- Całkowicie. Zresztą, po co niby miałby atakować Lizzy?
- Z zemsty, bo pani sobie układa życie, a on nie. To wystarczy, żeby ktoś taki się chciał odegrać na byłej małżonce i narobić jej problemów.
- Ale przecież policja stwierdziła, że nikt nie włamał się do domu.
- To właśnie budzi mój największy niepokój. Moim zdaniem, doszło tutaj do poważnych zaniedbań i ktoś jednak wszedł do domu. Zamierzam zbadać ten trop. A na teraz mam jeszcze jedno pytanie. Te listy od tajemniczego wielbiciela... Czy naprawdę nie domyśla się pani, kto mógł je pisać?
Rita rozłożyła bezradnie ręce i westchnęła ponuro.
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Kilku przyjaciół Henry’ego chwaliło mnie i to czasami w sposób dwuznaczny, ale nie wydaje mi się, aby któryś z nich pisał do mnie takie listy. Przecież takie pismo może wpaść w niepowołane ręce, wszystko im w życiu zniszczyć, a oni mają raczej dużo do stracenia. Sądzę, że to raczej ktoś inny, ale nie mam pojęcia, kto taki. Chwilami podejrzewałam nawet jakiś kolegów Lizzy ze szkoły, bo te listy były jakieś takie dziwne i dziecinne, ale sama już nie wiem. Sądzicie, że to ważne?
- Moim zdaniem bardzo ważne. Ale spokojnie, do tego także dojdziemy. Mam już w tej kwestii pewne podejrzenia i rozmowa z panią potwierdza je. Zobaczymy więc, czy mam na ich temat rację.
Po tych słowach, Ash wstał i pożegnał uprzejmie Ritę, po czym wraz z wciąż siedzącym mu na ramieniu Pikachu, podszedł do drzwi pokoju i zastukał w nie na znak, że zakończyliśmy rozmowę i chcemy wyjść. Ja zaś uśmiechnęłam się bardzo serdecznie do kobiety i powiedziałam:
- Spokojnie, pani Rito. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby pani pomoc i udowodnić pani niewinność.
- Wierzę wam, kochanie, ale nie obiecuj za wiele - odpowiedziała mi smutno Rita Gordon - Nie wiem, jak się moje losy potoczą, ale powoli zaczynam już tracić nadzieję na to, że kiedykolwiek stąd wyjdę.
- Proszę być dobrej myśli. My się jej trzymamy i pani też powinna.
Pożegnałam kobietę i wyszłam wraz z Buneary, dołączając do mojego męża i jego pokemoniego partnera, a potem ruszyliśmy razem w kierunku wyjścia.
- To co? Wracamy do naszego klienta? - zapytałam.
- Jeszcze nie - odpowiedział mi Ash - Na razie, to pojedziemy do miejscowej szkoły. Tej, do której chodziła Lizzy przed wypadkiem. Musimy tam zadać kilka pytań paru osobom.
Jego odpowiedź bardzo mnie zaskoczyła, jednak uznałam, że pytanie go o to nie ma sensu, bo przecież i tak zaraz wszystkiego się dowiem. Poza tym, za dobrze go znałam, aby nie wiedzieć, że wzorem swojego idola, Sherlocka Holmesa lubi on niekiedy zachować najlepsze dla siebie i mówić to współpracownikom dopiero w odpowiednim dla siebie momencie. Dlatego, w takiej sytuacji lepiej nie pytać zbyt wiele, bo wszystkiego i tak się człowiek dowie, kiedy nadejdzie pora.

***


W liceum porozmawialiśmy z dyrektorką i wyjaśniliśmy jej dokładnie, co nas sprowadza. Pokazaliśmy na dowód list, który był w aktach sprawy i którym to ktoś próbował zaszkodzić relacjom Rity z jej partnerem.
- Podejrzewamy, że to ktoś zaprzyjaźniony z Lizzy napisał do pani Gordon ten wątpliwej jakości list miłosny - powiedział Ash.
Teraz wreszcie zrozumiałam, o co tak dokładniej mu chodzi, choć muszę się przyznać, że po drodze zaczęłam się już co nieco domyślać, jednak tak całkowitej pewności nie miałam i dopiero w tamtej chwili ją zyskałam. Pomyślałam sobie w duchu, iż mój ukochany jest naprawdę bystry, choć jednocześnie nie byłam pewna, co on chce w ten sposób osiągnąć i jakie informacje uzyskać. Uznałam jednak, że najlepiej będzie zapytać go o to dopiero wtedy, kiedy już będziemy sami, aby nikt z obecnych w szkole osób nie usłyszał tego, iż nie wiemy wszystkiego. Lepiej jest sprawiać wrażenie, że wie się więcej niż się wie naprawdę. Wtedy to osoby winne będą się na bać i mogą się czymś zdradzić, a o to przede wszystkim nam chodziło.
Ash podał dyrektorce list, ta zaś przeczytała go, pomyślała przez chwilę i po chwili go nam oddala i spytała:
- Czy sugerujecie państwo, że to napisał ktoś z naszych uczniów?
- W zasadzie, jesteśmy tego pewni - odpowiedział jej Ash, a Pikachu zaraz to potwierdził delikatnym piskiem - Musimy tylko wiedzieć, kto dokładniej.
- Obawiam się, że to będzie trudne zadanie. Ostatecznie przecież, mamy tutaj bardzo wielu uczniów i uczennic.
- To nie będzie znowu takie trudne. Moim zdaniem Lizzy poprosiła kogoś o to, aby napisał jej ten list i raczej na pewno była to osoba z jej najbliższego, ale to najbliższego otoczenia. Musimy więc wiedzieć, z kim ona się przyjaźni. Na pewno jest kilka takich osób i to o nie nam chodzi.
- To ma sens, panie Ketchum, ale czy wolno zapytać, skąd takie wnioski, że to ktoś napisał ten list dla Lizzy? A nie pomyślał pan o tym, że to ona sama mogła go napisać?
- Przyznam się pani, że na początku tak pomyślałem, ale szybko odrzuciłem tę możliwość.
- Dlaczego?
- Z prostej przyczyny. Pani Gordon doskonale znała charakter pisma Lizzy, bo dawała jej korepetycje. Wątpię, że nie rozpoznałaby pisma dziewczyny, a ojciec to już na pewno musiałby je poznać. A zatem, to było za duże ryzyko pisać osobiście list. Dlatego jestem pewien, iż to ktoś napisał go dla niej i na jej własne życzenie.
Dyrektorka pokiwała głową z wyraźną aprobatą dla sposobu rozumowania mojego męża i powiedziała:
- Chyba ma pan racje. W zasadzie, to by było logiczne. Proszę tutaj zaczekać, a ja zawołam wychowawczynię klasy Lizzy. Na pewno coś wie.
Wyżej wspomniana nauczycielka przyszła prędko do gabinetu dyrektorki, gdy ta ją wezwała do siebie. Okazała się ona być młodą kobietą około trzydziestu lat, ubraną skromnie, ale niezwykle subtelnie. Miała niebieskie oczy i brązowe włosy, a na nosie okulary o nieco grubych ramkach, które niestety zdecydowanie psuły jej wizerunek, odbierając mu nieco uroku.
- Wzywała mnie pani, pani dyrektor? - zapytała nauczycielka.
- Tak, panno Francesco - odpowiedziała jej przełożona i wskazała na nas ręką - To są państwo Ketchum, znani detektywi. Ash Ketchum i jego żona Serena.
Nauczycielka spojrzała na nas zaintrygowana i jednocześnie zachwycona.
- Ketchum? Ash Ketchum? Sherlock Ash? - zapytała.
- Nie inaczej, to właśnie ja - odpowiedział jej wesoło Ash - A to moja żona, Serena, a to nasi partnerzy w pracy, Pikachu i Buneary.
Nauczycielka zachwycona podeszła do nas i serdecznie uściskała nam ręce, po czym powiedziała:
- Wybaczcie, ale nie jestem w stanie zapanować nad sobą, bo wiecie, jestem wasza fanką i czytałam o waszych przygodach. Jestem pod wrażeniem, że mogę tu was widzieć i osobiście poznać.
Nauczycielka westchnęła głęboko, po czym zachichotała i dodała:
- Ale już... Już zbieram myśli. Co dokładniej was sprowadza?
- Państwo Ketchum chcą wiedzieć, czy może poznaje pani to pismo i czy wie pani, kto ten list napisał - odpowiedziała jej za nas dyrektorka i wskazała palcem na list, który przynieśliśmy.
Panna Francesca wzięła go od nas i zaczęła go bardzo uważnie czytać, lekko sobie poprawiła na nosie okulary, przyglądała się kartce przez chyba kilka minut, a potem spojrzała na nas i powiedziała:
- Chyba wiem, czyje to pismo. To uczennica z mojej klasy, Petra Voscatini.
- Jest pani tego pewna? - zapytałam.
- Bune-Bune? - dodała pytająco Buneary.
- Proszę się temu pismu przyjrzeć bardzo uważnie, bo wiele od tego zależy - rzekła dyrektorka, chociaż moim zdaniem nie było to potrzebne.
Francesca spełniła jej życzenie i z uwaga ponownie spojrzała na list, po czym odparła już całkowicie pewnym tonem:
- Nie mam najmniejszych wątpliwości. To musi być jej pismo. Zresztą, mam jej ostatnie wypracowania, jeszcze nie zdążyłam ich sprawdzić. Mogę przynieść do porównania pisma. Albo mogę też tu przyprowadzić sama Petrę.
- Jest jeszcze w szkole? - zapytałam.
- Tak, kończy niedługo zajęcia - odpowiedziała Francesca - Jeszcze zdążycie z nią porozmawiać.
- Proszę więc ją tu przyprowadzić - powiedział Ash.
- Pika-pika! - zapiszczał Pikachu, potwierdzając jego życzenie.
Nauczycielka skinęła głową wesoło, wyraźnie nie umiejąc ukryć faktu, że jest niesamowicie podniecona możliwością ofiarowania nam swojej pomocy i wyszła szybko z pokoju, a po kilku minutach wróciła, przyprowadzając ze sobą nastolatkę w brązowych włosach z różowymi pasemkami. Ubrana była w dżinsy podarte na kolanach, kolorowy podkoszulek i czarne glany. Nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia, podobnie jak i na Ashu. Nieprzyjemne wrażenie pogłębiło się zaraz po tym, jak się odezwała.
- Pani chciała ze mną rozmawiać, pani dyrektor? Co to za przebierańcy? Co ten koleś ma na sobie? Oni muszą tu być?
Mówiąc to, patrzyła na Asha i noszony przez niego strój Sherlocka Holmesa jak na powody do beki. Poczułam, że jeszcze chwila i chyba jej przywalę, jak dalej będzie się tak zachowywać, ale na całe szczęście oszczędzono mi poskromienia tej głupiej zołzy, bo dyrektorka odpowiedziała jej:
- Muszą, bo to oni chcą z tobą porozmawiać. Chodzi o Lizzy.
Dziewczyna spojrzała na nas zdumiona, jakby lekko przelękniona i spytała:
- A co chcą wiedzieć? I po co? Przecież wszystko jest już dawno jasne.
- O, doprawdy? - zapytałam z kpina w glosie - A czemu jesteś tego pewna?
- Przecież wszyscy to wiedzą - odparła na to Petra takim tonem, jakby to było coś oczywistego i o co nawet nie powinniśmy pytać.
- Wszyscy? A to ciekawe. A jacy wszyscy, twoim zdaniem? Pracownicy prasy brukowej, którzy zarabiają na rozdmuchiwaniu tej sprawy? Prokurator, w którego interesie jest skazanie pani Gordon, bo nie cierpi cudzoziemców i chce sobie przy okazji poprawić statystki?
Dziewczyna wzruszyła obojętnie ramionami i mruknęła:
- A co mnie do tego? Ja nie jestem tu po to, aby to oceniać. Ale wiem, że jak całe miasto mówi, że ona jest winna, to chyba to jest prawda.
- Naprawdę? A jakby tak cale miasto mówiło, że jesteś idiotką, to też byłaby prawda? - zapytałam z kpiną w głosie.
- Jak dla mnie, to jest prawda - powiedział Ash i wraz z Pikachu zachichotał.
Petra spojrzała ze złością na niego i warknęła:
- Po to mnie tu wezwaliście, aby sobie bekę ze mnie robić?
- Nie tylko - odpowiedział jej Ash - Chcemy przede wszystkim zadać ci kilka pytań. A przede wszystkim jedno. Poznajesz ten list?


Po tych słowach, Ash podał dziewczynie pismo do reki. Petra wyraźnie się na jego widok zmieszała, ale próbowała udawać, że jest inaczej i przerzucała oczami po podanej jej kartce, wyraźnie próbując stworzyć pozory czytania jej i rzekła:
- Nie, nie poznaję. A co ja mam z tym niby wspólnego?
- Podobno ty to napisałaś - odparł na to Ash.
Petra parsknęła wrednym śmiechem i odpowiedziała mu:
- Chyba sobie jaja robisz. Ja jestem normalna i nie lecę na inne babki. A już na pewno, nie na grubo starsze od siebie.
- Uważaj na słowa, młoda damo! - zawołała ze złością Francesca.
- Ma pani lepszy wzrok niż ja - odparł na to ironicznym tonem Ash - Ja jakoś przed sobą nie widzę żadnej młodej damy. Raczej zarozumiałą pannicę, która już za chwilę będzie miała poważne kłopoty z policją za składanie fałszywych zeznań i wprowadzanie w błąd śledczych policyjnych.
Petra zadrżała lekko na całym ciele i chociaż próbowała to przed nami ukryć, to nie zdołała tego dokonać z powodu naszej czujności i sporego doświadczenia w tego rodzaju rozmowach. Od razu dostrzegliśmy, że ta małpa ściemnia i próbuje tu nam opowiadać bujdy na resorach, jednak nie zamierzaliśmy dać się nabrać.
- O czym wy mówicie? - zapytała.
- O tym, co grozi takim panienkom jak ty, kiedy próbują oszukiwać policję i to w chwili, gdy ta prowadzi śledztwo - odpowiedział tej zołzie Ash - Chcesz mieć problemy za kłamstwa? Mogę zadbać o to, abyś je miała. Może więc zamiast mnie prowokować, to może zechcesz łaskawie odpowiedzieć mi na moje pytania? I nie próbuj mnie straszyć koneksjami rodzinnymi, bo nie robią one na mnie wrażenia. A mówię ci to, bo pewnie taki miałaś zamiar, prawda?
Petra chyba rzeczywiście chciała to zrobić, jednak wyraźnie zrezygnowała z tego i spuściła smutno głowę, mówiąc:
- Dobra, zgoda. To ja ten list napisałam. Lizzy mnie o to prosiła.
- A dlaczego? - zapytałam.
- Ponieważ chciała się pozbyć tej lafiryndy, która zamierzała zająć miejsce jej matki - mruknęła ze złością dziewczyna - Głupia baba przyłazi nie wiadomo skąd i wskakuje do łóżka jej ojca, a potem chce zostać nową matką dla Lizzy. Wy byście się nie wkurzyli na jej miejscu?
- Nie ma to znaczenia, co my byśmy zrobili. Ważne jest to, co ty zrobiłaś.
- Ja tylko pomogłam przyjaciółce. Czy to zbrodnia?
- Jeżeli ta pomoc nakazuje krzywdzić niewinną osobę, to tak.
Petra prychnęła ironicznie, kiedy to usłyszała.
- Niewinna osoba? Dobre sobie. Wepchnęła się i to na chama do kochającej się rodziny, której dobrze się dotąd żyło, potem ją rozbija i wszystko niszczy. A do tego jeszcze, jakby tego było mało, łapie starego Lizzy na dziecko, które wcale nie wiadomo, czy jest jego. I wreszcie donosi na moją przyjaciółkę, gdy ta spotyka się ze swoim chłopakiem. Naprawdę uważacie, że ona jest niewinna?
- Naciągasz fakty oraz przedstawiasz je tak, aby były wygodne tobie i twojej przyjaciółce - stwierdziłam - A poza tym, naprawdę uważasz, że Lizzy ma powody do tego, aby nienawidzić Ritę Gordon?
- A co mnie to obchodzi, czy naprawdę ma powody, czy nie? Skoro ona mi mówi, że je ma, to na pewno je ma. Jako przyjaciółka, nie rozstrzygam tych spraw.
- A może powinnaś?
Ash przerwał nam tę dyskusję, która mogła potrwać jeszcze bardzo długo.
- Zatem przyznajesz się do tego, że to ty napisałaś ten list?
- Tak - odpowiedziała niezadowolonym tonem Petra - Zrobiłam to i nie żałuję tego. Z przyjemnością pomogłam przyjaciółce rozwalić ten sielankowy obrazek tej małpie i staremu Lizzy. Może gościu powinien się wziąć za opiekowanie córką, a nie za nadskakiwanie tej głupiej rurze?
- Przypominam ci, że on ma dwie córki - zauważyłam - Jedną z nich urodziła mu ta głupia rura, jak ją nazwałaś.
Petra machnęła na to lekceważąco ręką.
- Może to jego, może nie jego. A kto to tam wie? Na jego miejscu, kazałabym tej latawicy zrobić badania DNA, żeby się upewnić, czyj to bachor.
- Uważaj na słownictwo, moja panno! - zawołała oburzona Francesca.
Dyrektorka westchnęła głęboko i powiedziała:
- Naprawdę bardzo państwa za nią przepraszam. Nie powinna ona się tak do was odzywać.
- Owszem. Co teraz sobie o nas pomyślicie? - jęknęła Francesca - Jak nasza szkoła wychowuje takie dziewczyny, to chyba niezbyt dobrze o nas świadczy.
- Szkoła nic nie poradzi, kiedy zawodzą rodzice - stwierdził Ash.
Dziewczyna spojrzała na niego oburzona i warknęła:
- A ty się lepiej odwal od moich starych, dobra?! Może nie dorównuję wam w kwestii wychowania, ale jestem, jaka jestem i nikogo nie udaję.
- A nieprawda, bo udawałaś zakochanego wielbiciela pani Rity.
Petra niemal kipiała ze złości, gdy tylko słyszała jego słowa, a jej wściekłość wzrosła jeszcze bardziej w chwili, w której zobaczyła, jak ja, Pikachu i Buneary z trudem panujemy nad tym, aby nie ryknąć śmiechem, poprzestając tylko na lekkim śmiechu.
- Czegoś jeszcze chcecie się dowiedzieć, czy to już wszystko? - spytała Petra.
- Jak na razie wszystko, ale bądź uprzejma nie wyjeżdżać z miasta, bo jeszcze mogą nam być potrzebne twoje zeznania. I na przyszłość, to sobie daruj te durne gierki, jak ta wymyślona przez Lizzy. Jak widzisz, nic dobrego z tego nie wynika.
Po tych słowach, Ash uśmiechnął się ironicznie do Petry, a gdy ta wyszła już z gabinetu dyrektorki, popatrzył na mnie bardzo z siebie zadowolony.
- I co? Dała państwu coś ta rozmowa? - zapytała dyrektorka.
- Dała i nie dała - odpowiedziałam ponuro, uświadamiając sobie, że pomimo naszych usilnych starań jak dotąd nie posunęliśmy się naprzód w śledztwie, które prowadzimy.
Mój ukochany był chyba jednak innego zdania, ponieważ powiedział:
- Wiemy to, co chcieliśmy wiedzieć. Lizzy była niezłym ziółkiem, jak widzę. Te jej intrygi niepotrzebnie teraz wszystko komplikują. Ale spokojnie, odkryjemy prawdę i to bez względu na to, jak wszyscy wokół ją zagmatwali.
- Wszyscy? Czy ktoś jeszcze to zrobił? - zapytała Francesca.
- Moim zdaniem kilka osób, tylko jeszcze nie wiem, kto dokładniej. Ale tego też się dowiem, prędzej czy później. Na razie zaś dowiedzieliśmy się kilku bardzo istotnych dla na faktów.
- Czy wolno spytać, jakich?
- Przede wszystkim to, że Rita Gordonowa nigdy nie miała kochanka, który to potem mógłbym się na tej rodzinie mścić. Te opcje zatem możemy wykluczyć.
- Z całym szacunkiem, ale to niewiele - zauważyła dyrektorka.
Trudno mi się było z nią nie zgodzić. Jak na takie wnikliwe śledztwo, bardzo dokładnie przez nas prowadzone, spodziewałam się dowiedzieć czegoś więcej, a jak dotąd, to tylko zdołaliśmy wykluczyć pewien i tak słaby trop. Niewiele.


Ash jednak sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie, ponieważ powiedział:
- Początki zwykle bywają trudne i to naturalne, że na porządne wnioski, to ja i Serena musimy jeszcze nieco poczekać. Ale spokojnie, wszystko w swoim czasie. Jeszcze odkryjemy prawdę. A na razie, dziękuję bardzo za pomoc.
Dyrektorka i Francesca powiedziały, że to żaden problem i że zasadniczo one są zdecydowanie bardzo zaszczycone, mogąc mieć swój udział w tej sprawie, a już zwłaszcza ten zaszczyt dotyczył Franceski, która nie kryła swojego zachwytu tym, że miała okazję nas poznać. Miło nam się zrobiło, gdy to odkryliśmy. W końcu, to chyba normalne? Każdy celebryta jest zadowolony w chwili spotkania ze swoimi wiernymi fanami.
Pożegnaliśmy obie życzliwe panie i powoli powróciliśmy do domu naszego klienta, układając w naszych głowach wszystko, co odkryliśmy. Nie mieliśmy jak dotąd za wiele wiadomości, ale dosyć, aby wiedzieć, że jeżeli nawet posiadaliśmy jakieś wątpliwości w sprawie niewinności Rity Gordon, teraz się one rozwiały. Nie mieliśmy żadnych obaw, czy stoimy po niewłaściwej stronie. Co prawda, żadne z nas nie miało jeszcze dowodów na to, że Rita jest niewinna, ale mimo to oboje już byliśmy tego pewni.
- To jaki jest nasz następny krok? - zapytałam Asha, kiedy oboje chodziliśmy po ogrodzie domu wraz z naszymi wiernymi kompanami.
Ci spojrzeli natomiast na niego uważnie, również oczekując odpowiedzi od tak bystrego i wybitnego detektywa, jakim on był. Ash zaś uśmiechnął się do nich i do mnie serdecznie, po czym odpowiedział:
- Znaleźć kolejny trop, którym będziemy podążać. Jeszcze nie jestem pewien, który powinniśmy podjąć, ale już mniej więcej wiem, jak to powinno wyglądać.
Westchnęłam załamana, kiedy to usłyszałam. No tak, oczywiście. Tradycyjnie mówi do mnie zagadkami. Nawet w chwili, w której coś mi wyjaśnia, na początek musi mnie uraczyć jakimiś enigmatycznymi stwierdzeniami. Niby powinnam już do tego przywyknąć, ale czasami wciąż to bywało dla mnie irytujące.
- Raz byś powiedział wszystko wprost, to nie - mruknęłam z lekką złością - Powiedz lepiej, że nie wiesz jeszcze, za co się teraz zabrać.
Ash popatrzył na mnie uważnie i zapytał:
- Wiesz, że jesteś bystrzejsza niż ci się wydaje?
Lekko trąciłam go w ramię i powiedziałam z przekąsem:
- Nie musisz mnie komplementować. Lepiej byś powiedział, co zamierzasz w tej sprawie zrobić?
- Tak szczerze mówiąc, to jeszcze sam nie wiem.
- Jak to, nie wiesz?
- Nie wiem, od czego teraz zacząć. Bo wiem, kogo chcę przesłuchać, tylko w tej chwili jeszcze nie wiem, w jakiej kolejności. Poza tym, niesamowicie zgrzyta mi w tym wszystkim jedna rzecz.
- Co takiego?
Pikachu i Buneary spojrzeli na Asha zaintrygowani, podobnie jak ja czekając na odpowiedź sławnego detektywa.
- Policja twierdzi, że nikt obcy nie mógł wejść do willi. Moim zdaniem, ktoś jednak do niej wszedł i narozrabiał tam bardzo mocno.
- Myślisz, że to ta osoba zaatakowała Lizzy?
- Nie wiem. Wydaje mi się, że tak, ale muszę dokładnie wszystko zbadać. Ale nie rozumiem, dlaczego policja tak uparcie twierdzi, iż nikt nie wszedł do willi.
- Może to zaniedbanie z ich strony?
- Być może. Ale nie bardzo w to wierzę. Moim zdaniem, ktoś z policji coś tu ukrywa. Ktoś raczej ważny, bo inaczej nie byłby w stanie tego tak dobrze robić.
- Ktoś z policji? Kto taki?
- Nie jestem pewien. Może nasz drogi komendant?
- On? Ale po co miałby zatajać ten fakt i zwalać wszystko na Ritę?
- Tego nie wiem, ale obawiam się, że może on nam nieco utrudnić śledztwo, aby dalej zatajać ten fakt. Musimy być na to przygotowani, Serenko.
Słowa Asha zaniepokoiły mnie. Nie byłam pewna, co do ich prawdziwości, a do tego jeszcze świadomość tego, że może to być prawda, stanowiło przerażającą perspektywę. W końcu przecież zwykle podczas naszych śledztw mieliśmy policję po swojej stronie. Świadomość, iż tym razem może być inaczej, wzbudzało wielki niepokój. Oczywiście Ash zaznaczał, że jest to jedynie teoria, jednak zwykle, kiedy tak mówił, to prawie zawsze okazywało się to prawdą. Poza tym, jeżeli faktycznie ktoś wszedł nocą do willi, jak uważał Ash, policja musiałaby to odkryć. Dlaczego zatem tak uparcie mówili coś innego?
Rozważając to wszystko, dotarliśmy powoli, idąc spokojnym i niespiesznym krokiem do domu pana Remberto. Weszliśmy na teren posesji, potem usiedliśmy na ławce w ogrodzie i zaczęliśmy w milczeniu układać dalszy plan. To znaczy, Ash go ustalał, a ja po prostu siedziałam spokojnie, nie przeszkadzając mu w tym. Nasi pokemoni przyjaciele zaczęli wesoło sobie biegać po całym ogrodzie. Nie wiem, jak długo to robili, ale po pewnym czasie Pikachu nagle podszedł do nas i wesoło zapiszczał w naszym kierunku.
- Nie teraz, Pikachu. Nie mam ochoty na zabawę - powiedział Ash, nawet na niego nie patrząc.
Pikachu jednak nie zniechęciły te słowa, bo nie przestawał piszczeć, a nawet pociągnął za nogawkę od spodni swojego trenera. Ten w końcu spojrzał na niego, zaś Pokemon wyciągnął wówczas w jego kierunku prawą łapkę. W niej znajdował się jakiś niewielki przedmiot. Ash wziął go do ręki i obejrzał dokładnie, a potem pokazał go mnie, mówiąc:
- Zobacz, co nasz przyjaciel znalazł.
Przyjrzałam się temu. To były dwie niewielkie, plastikowe kostki do gry na dość mocnym sznurku, urwanym na samym końcu.
- Co to jest?
Pikachu zapiszczał do nas, a gdy na niego spojrzeliśmy, zaczął nam szybko na migi pokazywać, że rozmawiał przed chwila z Luxem i ten mu to dał, zaznaczając, że to coś zgubił jakiś czas temu ktoś, kto tu wszedł potajemnie w nocy i to jeszcze tej samej nocy, w której zaatakowano Lizzy.
Ash od razu się ożywił, kiedy to usłyszał. Uśmiechnął się zadowolony, lekko pogłaskał Pikachu za uszami i powiedział:
- Widzisz? Miałem rację, ktoś tu jednak był. Lux to potwierdza. A powiedział ci, kto to był?
Pikachu zaprzeczył smętnie, wyjaśniając nam, że niestety jego nowy znajomy nie widział twarzy tej osoby. Wie tylko, iż zgubiła ona to coś i jednej z kolejnych nocy ktoś tu włamał się na posesję, aby to znaleźć, ale uciekł na widok Luxa. W tej sytuacji, nie mogło zatem być wątpliwości. Miejscowa policja coś ukrywa, a my w ich osobie nie znajdziemy raczej sojusznika. Musimy sobie więc radzić sami, jeżeli chcemy odkryć prawdę.
- Dobra, kochani. Dość już myślenia - powiedział Ash, wstając powoli z ławki - Wiemy już, co robić dalej. Pora zabrać się do dzieła!


C.D.N.

piątek, 31 marca 2023

Przygoda 126 cz. II

Przygoda CXXVI

Zła macocha cz. II


Ash nigdy nie należał do osób, które zostawiają na jutro to, co mają lub też po prostu mogą zrobić dzisiaj. Dlatego chyba nikogo nie zdziwi, kiedy powiem, że tak jak zapowiedział, tak od razu zadzwonił do Akademii Policyjnej, aby powiadomić kogo trzeba o tym, że nasz pobyt w Alto Mare i jego okolicach nieco się przedłuży z powodu sprawy kryminalnej, jakiej podjęliśmy się rozwiązać. Za to my wszyscy, a już zwłaszcza ja, byliśmy zaskoczeni i to jeszcze jak, kiedy władze uczelni nie tylko nie robili nam z tego powodu żadnych problemów, ale dodatkowo też odparli na to, że skoro tak się sprawy mają, to jesteśmy w pełni usprawiedliwieni i mamy w takiej sytuacji urlop dziekański, czy jak to tam się nazywa. Ale postawiono nam jeden warunek.
- Zamiast podzielenia się informacjami na temat wykładów i wiedzy, jaką w ten sposób zdobyliście, oczekujemy od was obojga bardzo szczegółowej relacji ze śledztwa - powiedział do nas pan dziekan.
- Tak jest, proszę pana. Złożymy panu go dokładnie i ze szczegółami - rzekł na to Ash, nie kryjąc swojego podniecenia.
- I liczę na to, że opowiecie o tym wszystkim przed całą uczelnią.
- Naturalnie. To będzie dla nas prawdziwy zaszczyt.
Dziekan zadowolony skinął głową i połączenie się zakończyło. Ash wesoło odłożył słuchawkę, po czym spojrzał na mnie, lekko zdumiony moją miną.
- A coś ty taka ponura, Serenko? - zapytał mnie.
- To po co ja robiłam te wszystkie notatki, skoro i tak to nie będzie potrzebne?
Ash i Pikachu wybuchli śmiechem, rozbawieni moimi słowami. Podobnie też postąpiła Buneary. Ja sama zaś po chwili, gdy już sobie uświadomiłam, jak bardzo głupio brzmią moje zarzuty, parsknęłam śmiechem i powiedziałam:
- Racja, co ja najlepszego wygaduję? Jakbym nie miała teraz poważniejszych problemów.
- Zasadniczo, to nie masz - odpowiedział Ash, lekko szczerząc przy tym zęby - Bo nie masz jako osoba prywatna, ale jako detektyw, to i owszem. Masz zagadkę do rozwiązania, który to problem dotyczy częściowo także i mnie.
- Oczywiście - zgodziłam się z nim - A powiedz mi, proszę, co sądzisz o tej sprawie? Myślisz, że pani Gordon jest winna, czy nie?
Ash przyjął pozę rasowego śledczego i odpowiedział:
- Moja kochana Serenko, na chwilę obecną wiem o tej sprawie za mało, aby w najmniejszym nawet stopniu wyrabiać sobie opinię na ten temat. Słyszałaś przecież wyraźnie, co opowiadali na wykładach, na które tu przyjechaliśmy. Rozpoczynając śledztwo nie możesz...
- Nie możesz nastawiać się na żadne rozwiązanie, ale mieć otwarty umysł na najróżniejsze nawet możliwości, jakie mogą się pojawić w trakcie dochodzenia - dokończyłam, przypominając sobie to, co niedawno nam mówili wykładowcy.
Ash skinął głową na znak potwierdzenia i powiedział:
- Dokładnie tak, kochanie. Nie mogę się zatem nastawiać ani na winę, ani też na niewinność pani Gordon, dopóki znam tę sprawę jedynie ogólnikowo. Gdybym tak spróbował nastawić się na jakiekolwiek rozwiązanie, wtedy zamykałbym sobie umysł na wszystko, co wychodzi poza mój sposób myślenia, a to przecież bardzo złe podejście. W ten sposób detektyw zaśmieca sobie umysł i uparcie trzyma się w trakcie śledztwa swojej hipotezy i niekiedy nie dostrzega tego, co oczywiste, a co by zobaczył w innej sytuacji, gdyby nie był uparcie przekonany, że już z góry wie, jaka jest prawda.
Popatrzyłam na Asha lekko zdziwiona. Przecież on w tamtej chwili cytował w swoich wypowiedziach słowa tego wykładowcy, którego słuchaliśmy niedawno na uczelni. Jak on to wszystko zapamiętał? Najwidoczniej słuchał znacznie uważniej niż ja. Albo po prostu robił o wiele więcej notatek. Jakby jednak nie było, mój mąż naprawdę wiele z tego wykładu zapamiętał, a co ważniejsze, także i zrozumiał.
- Widzę, Ash, że wykłady w Alto Mare nie poszły na marne - powiedziałam -  Sporo z nich zapamiętałeś. Pan dziekan będzie zachwycony.
- Dziękuję, ale dla mnie najbardziej ważne jest to, żeby moja żona była ze mnie dumna i była mną zachwycona - zażartował sobie Ash.
Pikachu, siedzący mu na ramieniu, delikatnie strącił mu czapkę z daszkiem na oczy, a ja zachichotałam i powiedziałam zadziornie:
- Ależ jestem zachwycona. Przede wszystkim tym, jaki ty jesteś skromny.
Ash parsknął śmiechem i szybko ustawił sobie czapkę jak należy, po czym z wesołością w głosie powiedział:
- Skromność to przecież też bardzo ważna cecha i cieszy mnie, że dostrzegasz ją we mnie. Zwłaszcza, że tę cechę zamierzam w sobie rozwijać.
- Jak dotąd, naprawdę nieźle ci idzie - rzuciłam z lekkim przytykiem.
Ash ponownie zachichotał, po czym podszedł do mnie i pocałował mnie czule w policzek, mówiąc:
- Możesz się śmiać, ale jeszcze zobaczysz. Będę najskromniejszym i zarazem też najbystrzejszym detektywem w całym Kanto. W tych dwóch cechach nikt mi nigdy nie dorówna. No, może poza tobą.
Zaśmiałam się, rozbawiona jego słowa, po czym wzięłam go za rękę i oboje, z towarzyszącymi nam Pikachu i Buneary, wyszliśmy z domu i podeszliśmy razem do kanału, gdzie w swojej motorówce, przy kierownicy siedziała właśnie Bianka. Dziewczyna poczekała, aż wejdziemy do środka, a gdy już to zrobiliśmy, odpaliła silnik i ruszyliśmy w podróż wzdłuż kanału.
- Podrzucę was do Centrum Pokemon. Tam czeka na was Gerda Sanderson ze swoim klientem - wyjaśniła nam Bianka - Sprawicie im miłą niespodziankę, jak im powiecie, że przyjmujecie tę sprawę.
- Przyjąć, to my ją z przyjemnością przyjmujemy - powiedział Ash - Ale też chyba rozumiesz, że nie możemy obiecać, jakie będą wyniki naszego dochodzenia.
- Nikt nie oczekuje od was talentów jasnowidzenia, choć biorąc pod uwagę to, jak bez trudu odgadłeś moje myśli, mam podejrzenia, że jednak posiadasz talent i w tej dziedzinie - zażartowała sobie Bianka.
- Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby tak było - powiedziałam żartobliwie - Bo przecież Ash to osoba o naprawdę wielu talentach, ale charakteryzuje go ogromna skromność i dlatego nie ma go co o to wypytywać. I tak nie powie, żeby nie wyjść na takiego, który się przechwala.
Ash zrobił zadziorną minę, a Pikachu i Buneary parsknęli śmiechem, bardzo tymi słowami rozbawieni.
- Możesz się śmiać, ale jeszcze będą mówić o mojej legendarnej skromności - powiedział do mnie wesołym tonem.
- To już jesteś legendarny? Niezła kariera w tak młodym wieku - rzuciła nie bez ironii Bianka.
Po chwili jednak spoważniała i szybko dodała:
- Mam tylko nadzieję, że wasz talent się nie wypalił przez ostatni czas. To jest naprawdę bardzo poważna sprawa i strasznie mi zależy na tym, aby udało się wam rozwikłać tę zagadkę.
- Wszystkie sprawy, które prowadziliśmy z Sereną były w ten czy inny sposób poważne - stwierdził Ash - I z każdą z nich sobie jakoś poradziliśmy. Uważam, że i z tą sprawą nie będzie inaczej.
- To dobrze, że tak mówisz, bo pani Gerda i jej klient wyglądali na naprawdę mocno przejętych tym wszystkim - odparła Bianka - Coś mi mówi, że to sprawa z gatunku tych nie cierpiących zwłoki.
- Chyba wiem, co masz na myśli - powiedziałam - Chodzi ci o to, że czas w tej sprawie nagli, a to nie sprzyja wcale rozwiązywaniu zagadek.
- Nie sprzyja niczemu, bo na wszystko, co chce się mieć dobrze zrobionym, to trzeba sobie dać odpowiednio dużo czasu - stwierdziła Bianka - Myślicie, że jak ja coś maluję, to maluję na akord? Nic z tego. Ja zawsze muszę wszystko bardzo, ale to bardzo spokojnie i powoli przygotować. A kiedy ktoś próbuje mnie poganiać, to nie tylko mnie to wkurza, ale jeszcze bardzo negatywnie wpływa na moją pracę. Z tego powodu mam pewne obawy, bo nie wydaje mi się, aby presja czasu mogła wam pomóc.
- Na pewno nam to nie pomoże, ale nie pierwszy raz wykonujemy zadanie, na karku czując poganiający nas czas - powiedział Ash.
- I nie pierwszy raz, pomimo takich trudności, poradziliśmy sobie - dodałam.
Bianka uśmiechnęła się do nas serdecznie, chociaż w tym uśmiechu było dość dużo smutku połączonego z pewnymi obawami, czy rzeczywiście będzie tak, jak to jej przedstawiamy. Wyraźnie nie była pewna tego, jak nam pójdzie. Zasadniczo nie mogliśmy mieć do niej o to pretensji. Sami przecież nie byliśmy wcale pewni tego, jak nam pójdzie. Ash co prawda był pewien sukcesu, ale nawet w jego głosie ja, bo znałam go doskonale, wyczuwałam, jak bardzo wiele obaw go dręczy. Nawet więc i on posiadał w tej sprawie obawy i cień niepewności wyraźnie nad nim krążył. Ale myliłby się ten, kto by uważał, że Ash był jedynie w tej sprawie zaniepokojony o swoją reputację detektywa. Zapewniam was, iż to był jego najmniejszy problem. Tej możliwości nie brał w rachubę, a jeżeli nawet, to nie traktował tego jako coś, czym powinien się zajmować. Przejmowało go tylko to, jak rozwiązać taką sprawę jak ta, która właśnie nam się trafiała, nie popełniając przy tym błędów, które mogą wszystko zniszczyć. Pomimo tego, że mój ukochany od dawna był niesamowicie zdolnym detektywem i posiadał prawdziwy talent do rozwiązywania zagadek, to i tak miał obawy, czy tym razem sobie poradzi, które to obawy lubił maskować pod pozorami pewności siebie i wielkiej odwagi. Tylko ktoś, kto go nie znał, byłby w stanie uznać, że to zachowanie jest przejawem megalomanii. Zapewniam was, iż ta cecha jest mu całkowicie obca, choć podczas rozmów z nim nieraz można odnieść inne wrażenie. Ja zaś, jako jedna z niewielu osób wtajemniczonych w sekrety jego metod działania, doskonale wiedziałam, że jest to tylko gra z jego strony, mająca na celu zmylenie przeciwników, aby nie traktowali go poważnie i popełniali w ten sposób błąd. Poza tym, Ash uwielbiał w swoim zachowaniu przypominać swoich ulubionych książkowych detektywów, a zwłaszcza Sherlocka Holmesa, który już od dawna był jego idolem i który przecież nigdy nie grzeszył skromnością.
Bianka podwiozła nas pod Centrum Pokemon, a gdy to się stało, wysiedliśmy z motorówki i pożegnaliśmy naszą przyjaciółkę, dziękując jej za przysługę.
- Powodzenia wam życzę - powiedziała Bianka - I pozdrówcie ode mnie panią Gerdę. Trzymajcie się!
Po tych słowach, pomachała nam ręką i odpłynęła, a my poszliśmy od razu do środka Centrum Pokemon. Ciekawi byliśmy, gdzie też czeka na nas Gerda, ale nie mogliśmy jej wypatrzeć w tłumie ludzi, głównie trenerów różnej maści i w różnym wieku. Tak wielu było tu gości, że trudno było kogokolwiek wypatrzeć w tym oto mrowiu. Na całe szczęście towarzyszące nam Pokemony okazały się bystrzejszymi od nas obserwatorami, ponieważ szybko wypatrzyły osobę, której szukaliśmy.
- Pika-pika! - zapiszczał Pikachu, wskazując łapką w jednym z kierunków.
Buneary kilka sekund później także dostrzegła panią adwokat i piskiem dała nam do zrozumienia, że ją wypatrzyła. Wtedy również i my ją zauważyliśmy i nie kryjąc radości, pomachaliśmy kobiecie rękami, po czym podeszliśmy do niej.
Gerda Sanderson siedziała przy jednym ze stolików, czytając uważnie gazetę, ale nie tracąc przy tym z uwagi tego, co się działo wokół niej. Najwidoczniej miała ona podzielną uwagę, co pozwalało jej czytać i jednocześnie uważnie obserwować wszystko dookoła. Kiedy nas zobaczyła, odłożyła na bok gazetę i pomachała nam ręką serdecznie, a gdy podeszliśmy, wstała z miejsca i powitała nas.
- Witajcie, kochani - powiedziała przyjaźnie, ściskając kolejno mnie i Asha - Jak widzę, Akademia Policyjna i małżeństwo dobrze wam służą. No i sukcesy, bo i tych wam chyba nie brakuje.
- Tobie też służy twoja praca - odpowiedział jej serdecznie Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał przyjaźnie Pikachu.
- Miło cię znowu widzieć - dodałam.
- Bune-bune! - pisnęła Buneary.
- Was też miło mi widzieć - powiedziała Gerda i pokazała nam dłonią miejsca wolne przy swoim stoliku - Siadajcie, kochani. Mamy przecież do pogadania.



Usiedliśmy wygodnie, bardzo zadowoleni w tej sytuacji, że wokół nas panuje całkiem niezły gwar. Nie od dzisiaj wiadomo, że najłatwiej jest ukryć się w tłumie, a w takim miejscu jak to, gdzie jest zawsze pełno ludzi, o wiele łatwiej jest zostać podsłuchanym. Co prawda, nie mieliśmy pojęcia, kto i po co miałby to robić, ale to nie miało dla nas żadnego znaczenia. Ważne było to, że lepiej było zachowywać w sprawie naszego nowego zadania jak najdalej posuniętą dyskrecję. Ostatecznie, nie wie się nigdy, kto i z jakiego powodu zechce przeszkodzić detektywom rozwiązać zagadkę. Poza tym, praca detektywa zmusza do tego, aby zachować ostrożność i to nawet wtedy, kiedy pozornie nie wydaje się ona być konieczna. Po pewnym czasie ta ostrożność staje się czymś na kształt nawyku i detektyw nawet instynktownie w trakcie swojej pracy zachowuje dyskrecję i ostrożność, co oczywiście bardzo mu pomaga podczas dalszej działalności. W przypadku mnie i Asha, można śmiało już mówić o instynktownej ostrożności, wynikającej z tego, jak długo pracujemy w tej branży i jakie sukcesy już osiągnęliśmy. I nic w tym dziwnego. W końcu to, co ja i Ash przeżyliśmy wspólnie podczas naszych przygód bardzo sprzyjało instynktowi wzmożonej ostrożności.
- Zakładam, że Bianka powiedziała wam już wszystko o tej sprawie - rzekła po chwili Gerda, aby zacząć rozmowę.
- Owszem, a przynajmniej tyle, ile tylko sama wie - odpowiedział jej Ash.
- A wydawała się wiedzieć bardzo dużo - dodałam.
Pikachu i Buneary piskiem potwierdzili moje słowa.
- Tak, opowiedziałam jej o wszystkim, co wiem, a poza tym jeszcze sama o tym wszystkim przeczytała w gazetach, stąd jej tak szeroka wiedza - odparła na to Gerda Sanderson - Ja sama raczej niewiele mam w tej sprawie do dodania. O wiele więcej może wam powiedzieć mój klient.
- No właśnie, a gdzie on jest? Nie powinien tu być razem z tobą? - spytał Ash, uważnie się wokół siebie rozglądając.
- Był ze mną, ale musiał wrócić do siebie. Ma swoje sprawy, a teraz jeszcze ich przybyło, odkąd jego ukochana siedzi w więzieniu - odpowiedziała Gerda - Ale spokojnie, zabiorę was do niego i on odpowie wam na wszystkie wasze pytania.
- Na razie mamy jedno pytanie do ciebie - powiedziałam - Podejrzewasz w tej sprawie kogoś? Kogokolwiek?
Gerda pokręciła przecząco głową.
- Przykro mi, Sereno, ale nie wiem, kto i dlaczego mógłby to zrobić. Ale jako adwokat pani Gordon, wynajęta przez jej partnera, muszę z góry zakładać to, że moja klientka jest niewinna. Nawet jeżeli wszyscy wokół mówią mi co innego.
- A mówią? - zapytał Ash.
Gerda spojrzała na niego uważnie i odparła ponuro:
- Powiedzmy, że nie wszyscy są przekonani, co do niewinności pani Gordon, a już na pewno nie miejscowa policja, ani pan prokurator. Dla nich wszystko jest jasne i nie ma rozgrzebywać tej sprawy.
- Czyli nie będą nam przychylni, kiedy zaczniemy prowadzić śledztwo?
- Raczej nie, choć nie wszyscy będą wam wrogami. Miejscowa oficer Jenny to osoba, na której możecie polegać, ale uważajcie na jej komendanta. To nie jest zbyt miły facet. Wierzy święcie w to, że pani Rita jest winna i nie ma dla niego w tej sprawie żadnych wątpliwości. Z jego zachowania wnioskuję też, że nie da sobie przetłumaczyć, że jest inaczej, nawet jeżeli zobaczy na własne oczy, jak złapiecie winnego i to na gorącym uczynku.
Ash zastanowił się nad tym, masując sobie delikatnie podbródek.
- Poważnie? To bardzo ciekawe - powiedział zaintrygowany - Ciekawe, czym twoja klientka nadepnęła mu na odcisk?
- A sądzisz, że to zrobiła? - zapytałam.
- To oczywiste, bo inaczej, dlaczego byłby święcie przekonany o jej winie?
- Może po prostu naprawdę wierzy w jej winę?
Ash jednak zdecydowanie nie był przekonany do tej teorii.
- Może - odpowiedział mi tonem wskazującym na to, że wątpi w to, co mówię - A może po prostu chce wierzyć w winę pani Gordon? Może jest mu ona na rękę z jakiegoś powodu?
- Wcale by mnie to nie zdziwiło - odparła na to Gerda - Komisarz Petri, czyli komendant miasta Jerento jest człowiekiem zdecydowanie niesympatycznym. Do tego, nie lubi cudzoziemców, ani ludzi przybywających z daleka do Johto, ani tych, którzy chcą tutaj zamieszkać. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby jego brak wiary w niewinność pani Gordon wynikała właśnie z takich pobudek. Niestety, obawiam się, że fakt, iż jest to ograniczona idiota, który stanowisko komendanta otrzymał po znajomości raczej nie pomoże naszej klientce.
- Wobec tego, musimy dostarczyć sądowi takie dowody, aby nie mieli nawet najmniejszych wątpliwości, że pani Gordon jest niewinna - powiedział Ash.
- Pika-pika! - zgodził się z nim Pikachu.
- To oczywiste, ale w jaki sposób chcesz to zrobić? - zapytała Gerda.
Ash spojrzał na nią i delikatnie się uśmiechnął, z taką jakby lekką ironią.
- Przede wszystkim, wszystko muszę przeprowadzić jak należy, czyli po kolei i we właściwy sposób - pospieszył z odpowiedzią - Na początek, to ja bym chętnie sobie porozmawiał z twoim klientem. Może więc zabierzesz nas do niego, abyśmy go mogli przesłuchać?
Gerda parsknęła śmiechem. Rozwiązanie tak proste z jakiegoś powodu jej nie przyszło do głowy. Tak to już bywa, że to, co jest najprostsze, rzadko tak po prostu nam przychodzi na myśl. Można powiedzieć, iż to, co jest najłatwiejsze, jest nam najtrudniej zrobić.
- Masz rację. Rozmawiamy tutaj bez celu, a przecież mamy poważną sprawę do rozwiązania - stwierdziła po chwili pani mecenas, lekko parskając śmiechem - To chodźmy. Pan Remberto czeka.

***


Henry Remberto okazał się być mężczyzną wysokim oraz postawnym, o dość miłej powierzchowności, mocno jednak przyćmionej z powodu tego, co się w jego życiu ostatnio działo. Miał czterdzieści kilka lat, czarne włosy, lekki wąs i mocno podkreślone przez naturę kości policzkowe, które chwilami sprawiały wrażenie, że człowiekowi temu spuchły wszystkie zęby, co oczywiście wcale nie miało miejsca. Ubrany skromnie, choć elegancko, powitał nas serdecznie na terenie swojej willi znajdującej się na obrzeżach miasta Jerento, które sąsiadowało z Alto Mare. Kiedy tylko Gerda nas do niego przyprowadziła, od razu powitał nas serdecznie i bardzo zadowolony zabrał do salonu.
- Bardzo się cieszę, że tu jesteście, moi państwo - powiedział do nas najmilej, jak tylko potrafił.
W jego oczach widziałam lekką wątpliwość, czy nadajemy się do wykonania zadanie, które chciał nam powierzyć. Widocznie nasz młody wiek doprowadził go do takich obaw. Należał jednak mu się od nas solidny plus, skoro zrobił wszystko, aby nam tego nie okazać. Najlepszym tego dowodem było to, że mówił do nas per „Pan” i „Pani” zamiast „Wy”. Oczywiście byliśmy już pełnoletni i należało się do nas zwracać w taki właśnie sposób, ale mimo wszystko, muszę to powiedzieć, było to dla nas coś nowego i przy okazji bardzo miłego.
- Mam nadzieję, że zdołamy panu pomóc w sprawie pani Rity - odpowiedział mężczyźnie po chwili Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał przyjaźnie Pikachu.
- Wiem, że nasz młody wiek może zniechęcać, ale mogę pana zapewnić, że w naszej pracy jesteśmy profesjonalistami - dodał po chwili mój mąż.
Najwyraźniej i on dostrzegł w oczach naszego rozmówcy wyraźne zwątpienie w to, że dwoje nastolatków ledwie co pełnoletnich jest w stanie mu pomóc. To nie tylko dowodziło jego spostrzegawczości, ale i tego, że moje spostrzeżenia nie były w tej kwestii jedynie moją wyobraźnią.
Remberto zmieszał się wyraźnie tym, co usłyszał. Chyba miał nadzieję na to, że żadne z nas nie spostrzeże jego wątpliwości na nasz temat. No cóż... Jeżeli tak było, to lepiej by zrobił, gdyby tak zainwestował on w dobre kursy aktorskie. Bo jak na razie, nie zdołał nas oszukać i ukryć przed nami swoje wątpliwości, chociaż uczciwie musieliśmy mu przyznać, iż zrobił naprawdę wszystko, aby to zrobić.
- Wybaczcie, państwo, ale ja naprawdę nie mam nic do waszego wieku - rzekł po chwili niezręcznej ciszy, podczas której nie wiedział, co ma powiedzieć.
- Och, naprawdę? - zapytał ironicznie Ash - Skoro tak, to czemu patrzy pan na nas w taki sposób, w jaki się patrzy na osoby, w których talenty się wątpi?
Mężczyzna zmieszał się jeszcze mocniej, a jego zażenowanie wzrosło, kiedy w naszej obronie przemówiła Gerda Sanderson.
- Zapewniam pana, że to jedni z najlepszych detektywów na całym świecie i to wcale nie jest przesada - powiedziała - Może i są młodzi wiekiem, ale są także prawdziwym postrachem przestępców i wszelkiej maści łotrów.
- Wiem, udało wam się zniszczyć organizację Rocket - rzekł na to Remberto - Wybaczcie, po prostu zdziwiło mnie, że jesteście jeszcze tacy młodzi. Ja po prostu instynktownie założyłem, że osoby o takiej sławie będą nieco starsze. Wybaczcie mi moją reakcję. Ja dobrze wiem, że pozory bywają mylące.
- Podobnie jak w tej sprawie - stwierdziła Gerda Sanderson - Pozornie winna jest pani Rita, pozornie wszystkie dowody na to wskazują, ale to tylko pozory. A w każdym razie, pan tak uważa.
Zasmucony Remberto pokiwał głową na znak, że się z nią zgadza, po czym pokazał nam ręką, abyśmy usiedli na kanapie. Usiedliśmy, a on usadowił się ciężko w fotelu naprzeciwko nam.
- Wybaczcie mi. W obecnej sytuacji powinienem szczególnie dbać o to, aby nie zwracać uwagi na pozory - powiedział załamany - Naprawdę bardzo was za to przepraszam, szanowni państwo.
- W porządku, my tam nie jesteśmy pamiętliwi - powiedziałam życzliwie.
- A więc, skoro już to sobie wyjaśniliśmy, może przejdziemy teraz do rzeczy? - zaproponowała Gerda Sanderson.
Pikachu i Buneary zapiszczeli na znak, że się zgadzają.
- Właśnie. Chcemy znać wszystkie szczegóły tej sprawy - powiedział Ash - A w każdym razie, wszystkie ważne szczegóły.
- Oczywiście nie zaszkodzi, jeśli poda ich pan nieco więcej, a my potem sami zweryfikujemy, które są ważne, a które nie - dodałam.
- Bune-bune! - zgodziła się ze mną Buneary.
Remberto skinął głową na znak zgody, po czym powiedział:
- Proszę pytać. Odpowiem na wszystkie pytania.
Ash spojrzał na mnie z uśmiechem, gotowy do rozpoczęcia śledztwo. Ja zaś w sercu poczułam jakieś niesamowite podniecenie. Kolejna nasza sprawa właśnie się rozpoczynała.
- Proszę nam powiedzieć o pana sytuacji. Jest pan żonaty, prawda? - zapytał Ash, przyglądając się uważnie naszemu klientowi.
Remberto skinął potakująco głową.
- Tak, ale to trochę tak, jakbym był wdowcem. Moja żona przebywa obecnie w szpitalu dla obłąkanych. Od dawna z jej psychiką było coś nie tak, ale w końcu jej zachowanie stało się niebezpieczne dla otoczenia, zwłaszcza najbliższego. W tej sytuacji, nie mogłem tak po prostu przymykać oczy na jej zachowanie. Musiałem więc ją tam zostawić.
Po tych słowach, pan Remberto zasmucony opuścił głowę w niemym akcie rozpaczy i nic przez chwilę nie mówił.
- Jak dawno temu miało to miejsce? - zapytałam.
- Siedem lat temu.
Zdziwiła mnie ta odpowiedź.
- Nie bardzo rozumiem, proszę pana. Przez siedem lat, odkąd pana żona jest w szpitalu dla wariatów, nie próbował pan się rozwieść? O ile wiem, prawo teraz w takiej sytuacji nawet załatwia unieważnienie małżeństwa.
- Dobre pytanie - dołączył do mnie Ash - Dlaczego nie zadbał pan o to, aby być wolnym i swobodnym?
Remberto spojrzał na niego uważnie nadal ponurym wzrokiem i rzekł:
- Wiem, że wydaje się to dziwne i prawdę mówiąc, jak o tym pomyślę, to sam się sobie dziwię. Ale po prostu, kiedy spotkał mnie taki cios od losu, nie miałem na to siły. Tak, wiem doskonale, jak to brzmi. Beznadziejnie pod każdym względem. Ale co ja poradzę? Naprawdę wtedy tak myślałem. Załamany pozostawiłem żonę w szpitalu dla obłąkanych i nie próbowałem unieważniać mego małżeństwa. Poza tym, było jeszcze coś.
- Co konkretnie? - zapytałam.
- Może głupio to zabrzmi, ale przez pewien czas jeszcze wierzyłem naiwnie, że choroba żony jest jedynie tymczasowa, że jakoś zostanie ona wyleczona i wróci do nas. Dzieci bardzo za nią tęskniły. Niestety, minął cały rok i nic się nie stało. A niedługo potem pojawiła się Rita.
- Jak pan ją poznał? - zapytał Ash.
- Potrzebowałem opieki do dzieci - odpowiedział Remberto - Moje pociechy, Elizabeth i Stanley byli jeszcze wtedy bardzo młodzi. Zwłaszcza Stanley. Bardzo potrzebował opieki i pomocy w poradzeniu sobie z tym, co spotkało jego matkę. Lizzy bardzo mi w tym pomagała, ale przecież sama jest dzieckiem, nie może w tej sprawie robić to, co powinni robić dorośli. Trochę pomagała mi moja siostra, ale to nie jest to samo, co opiekunka przebywająca codziennie w domu. A kogoś takiego mi było potrzeba. Dałem więc ogłoszenie do gazety i to właśnie wtedy zgłosiła się do mnie Rita. Odpowiedziała na ogłoszenie, bo szukała właśnie pracy. Miała przy sobie bardzo dobre referencje od poprzedniego pracodawcy. Uznałem, że idealnie pasuje i przyjąłem ją.
Ash uśmiechnął się delikatnie, tak jakby z ironią i powiedział:
- Proszę wybaczyć to pytanie, ale... Czy oprócz tego, że pani Rita okazała się być kompetentna, coś innego też wpłynęło na pana decyzję?
Gerda lekko skarciła Asha wzrokiem, jakby chciała powiedzieć w ten sposób, że to do rzeczy nie należy. Jednak mój ukochany wychodził z innego założenia, a ja przyznać muszę, iż byłam tego samego zdania. Remberto natomiast spojrzał na nas uważnie i odpowiedział:
- Nie będę państwa okłamywał i powiem wprost: jej uroda niewątpliwie miała w tej sprawie ogromne znaczenie.
- A więc jednak - uśmiechnął się zadowolony Ash, jakby właśnie takiej, a nie innej odpowiedzi oczekiwał - Proszę powiedzieć, jak przebiegała praca pani Rity w pana domu?
- Początkowo wszystko było w porządku. Dzieci bardzo ją polubiły, a chyba szczególnie polubiła ją Lizzy. Wydaje mi się, że potrzebowała kobiecej obecności, bo wiecie, ona dorasta i ma swoje sprawy, takie kobiece, a ja się do tego w ogóle nie nadawałem. Dlatego obecność Rity była dla mnie jak wybawienie.
- Kiedy pomiędzy panem, a panią Ritą pojawiło się coś więcej niż praca?
- Mnie ona od początku się podobała. Od roku nie było przy mnie żony, a ja nie jestem z drewna. Potrzebowałem bliskości. Poza tym, Rita była ciepła i bardzo serdeczna.
- I oczywiście piękna - dodałam żartobliwie.
- Owszem, bardzo piękna - potwierdził Remberto - Od początku mi się ona podobała, ale nie od razu umiałem jej dać o tym znać. Dlatego minęło tak z kilka miesięcy, zanim oboje zbliżyliśmy się do siebie.
- Pani Rita zatem nie miała nic przeciwko romansowi?
- Ależ nie. Nie miała nic przeciwko. Ja też jej się podobałem. Oboje byliśmy samotni i dodatkowo w podobnej sytuacji.
- W podobnej sytuacji? Co ma pan na myśli?
- Chodzi o to, że ona też nie jest tak do końca wolna.
- Aha, rozumiem. Ma męża, tak?
- Tak, choć nie żyją ze sobą od lat. Jej mąż odszedł od niej i włóczy się teraz nie wiadomo, gdzie. A ona nie może się tak normalnie rozwieść, dlatego wciąż jest mężatką. Dlatego powiedziałem, że jesteśmy w podobnej sytuacji. To nas do siebie zbliżyło. Nie pamiętam dokładnie, kiedy to ostatecznie się stało, ale ona i ja...
- Zostaliście kochankami?
- Tak, zgadza się.
Uśmiechnęłam się delikatnie, a Buneary zapiszczała słodko, jakby chciała mi powiedzieć, że uważa tę opowieść za romantyczną. Co do mnie, trudno mi było w tej sprawie przyznać, iż mam tu do czynienia z opowieścią romantyczną, czy też może jednak nie. Wolałam jednak nie oceniać, tylko skupić się na faktach.
- Czy pana dzieci szybko się domyślili, co was łączy? - zapytał Ash.
- Tak, dosyć szybko - odpowiedział Remberto - To bardzo bystre dzieciaki. A zresztą ja i Rita nie specjalnie się z tym kryliśmy.
- Rozumiem. Jak zareagowały, kiedy się dowiedziały o waszym romansie?
- Były one zmieszane i na początku nie wiedziały chyba, co o tym wszystkim mają myśleć. Ale chyba ostatecznie zaakceptowały to. Ostatecznie polubiły bardzo Ritę i nie miały do niej nic. Matki z kolei się bały, widziały niejeden raz jej napady szału i zdecydowanie nie mają powodów do tego, aby za nią tęsknić. A Rita była dla nich jak matka.
- Była? To znaczy, że teraz już nie jest?
Remberto zmieszał się lekko pod wpływem tego pytania, które mu zadał mój mąż. Jednak Ash nie zamierzał mu odpuszczać i patrzył na niego poważnym i nad wyraz nieustępliwym wzrokiem, który sprawiał, że mężczyzna musiał przestać się kryć z tym, co się stało i musiał powiedzieć, jak się sprawy miały naprawdę.
- No cóż... Początkowo sytuacja w domu była bardzo pozytywna. Moje dzieci nie miały nic przeciwko naszemu romansowi. Zasadniczo, czuliśmy się jak jedna wielka i szczęśliwa rodzina. Wszystko się zmieniło w chwili, kiedy Rita zaszła w ciążę i urodziła mi córeczkę Jane. Wtedy zaczęły się problemy.
- Niech zgadnę. Dzieci były zazdrosne o nową siostrzyczkę? - zapytałam.
Chociaż bardziej adekwatnie byłoby powiedzieć, że raczej to stwierdziłam niż o to spytałam.
- Owszem, dokładnie tak właśnie było - potwierdził Remberto - Zwłaszcza to wszystko bardzo mocno przeżywała Lizzy. Wiecie, jak dotąd była moim oczkiem w głowie, jedyną córeczką tatusia, a teraz? Musiała ten tytuł dzielić z kimś innym. I uprzedzając kolejne pytanie, które pewnie chce pani mi właśnie zadać, ja sam nie doszedłem do takich wniosków. Niestety, aż tak bystry nie jestem. To moja siostra mi to uświadomiła.
Rzeczywiście, chciałam zadać mu to pytanie. Nie wiem, jak ten człowiek się tego domyślił. Możliwe, że zdradziło mnie ironiczne spojrzenie, kiedy tak bardzo precyzyjnie i fachowo wyraził problem swojej nastoletniej córki. Ponieważ jednak sam odgadł, co chciałam powiedzieć, to postanowiłam nie zadawać tego pytania, a zamiast tego spytałam:
- Czyli rozumiem, że ma pan siostrę?
- Tak, młodszą o dwa lata. Jesteśmy sobie bliscy. Siostra pomaga mi teraz z dziećmi, bo w obecnej sytuacji jestem chwilowo zdany na siebie.
Pomyśleliśmy przez chwilę, po czym Ash zadał kolejne pytanie:
- Jak Lizzy reagowała na młodszą siostrzyczkę?
- Stała się wobec mnie niezwykle opryskliwa i nieprzyjemna. Do tego zaczęła mi robić na złość. Wracała późno do domu, dodatkowo raz wróciła niemal pijana. No, nie wiem tak do końca, czy była pijana, ale alkoholem od niej leciało i to jak. To była bardzo trudna sytuacja. Paula, to znaczy moja siostra i Rita próbowały mi jakoś pomóc w jej wychowaniu, ale to nie było takie proste. Mimo wszystko nam się udało, a przynajmniej na jakiś czas.
- Rozumiem. A czy pana córka w tej sytuacji nie postanowiła ruszyć w swoją podróż trenerki Pokemonów?
Remberto zdziwiony spojrzał na nas, jakbyśmy zapytali go o to, czy Ziemia jest okrągła, czy też płaska. Gerda musiała pospieszyć z wyjaśnieniami.
- W tym mieście i w kilku sąsiednich, w tym Alto Mare, dzieci bardzo rzadko ruszają w podróż trenerów - powiedziała - Tutaj raczej bardziej się ceni więź ze swoją rodziną i bliskimi.
- Aha, rozumiem. Przepraszam, nie wiedziałem - powiedział Ash, lekko przy tym zawstydzony.


Sama również czułam się zawstydzona z powodu swojej ignorancji. Jakby nie patrzeć, byliśmy w Alto Mare kilka razy i nigdy jakoś nie zapytaliśmy o takie dość ważne szczegóły, aby się dowiedzieć, dlaczego nasza przyjaciółka Bianka, zamiast podróżować po świecie, nadal mieszka z dziadkiem. Nie wiem, ale jakoś nigdy to pytanie nie przyszło nam do głowy. Po prostu przyjmowaliśmy ten fakt jako jej i tylko jej wyłączną decyzję. Nie pomyśleliśmy, że sprawa może być bardziej w tej sytuacji złożona.
- No dobrze, wobec tego inne pytanie - rzekł po chwili Ash - Co było potem z Lizzy? Bo zakładam, że były z nią nadal problemy.
- Delikatnie mówiąc - odpowiedział na to Remberto z goryczą w głosie - Ona stawała się po prostu coraz trudniejsza. Na początku wydawało się, że ustawienie jej do pionu przeze mnie, siostrę i Ritę odniosło skutek. Ale potem wyszło na jaw, że ten skutek był odwrotny od zamierzonego. Lizzy uznała, że skoro nagle stałem się bardziej wobec niej wymagający, to jest to wszystko wina Rity. Odnosiła się do niej coraz gorzej, była wobec niej chamska i opryskliwa, a niestety, moja ukochana nie pozostawała jej dłużna. To znaczy, Rita początkowo próbowała nad sobą jakoś panować i nie dawać jej satysfakcji, ale niestety, z każdym dniem sytuacja była już coraz gorsza. Tłumaczyłem to sobie burzą hormonów, która po prostu przejdzie i znowu wszystko będzie dobrze. Dlatego poradziłem Ricie, aby przestała zwracać uwagę na zachowanie Lizzy. Co ciekawe, uspokoiło to moją córkę. Widząc, że nikt nie reaguje na jej zaczepki, dała nam spokój. Stopniowo jakby się uspokoiła i już zacząłem mieć nadzieję na to, że wszystko będzie dobrze.
- Ale jak zgaduję, nie było, prawda? - zapytał Ash.
Remberto skinął głową potakująco i odparł:
- Niestety, to wszystko było jedynie ciszą przed burzą. Kiedy tylko wydawało mi się, że już jest lepiej i wszystko zmierza ku dobremu, nagle pojawiły się u nas kolejne problemy i to oczywiście z Lizzy. Zaczęła się nagle spotykać z pewnym chłopakiem, który nie wzbudził jednak ani we mnie, ani w nikim z moich bliskich, żadnych pozytywnych uczuć.
- Czy wolno wiedzieć, dlaczego? - zapytałam.
Spodziewałam się usłyszeć raczej banalną odpowiedź i się nie zawiodłam.
- Oczywiście, że wolno wiedzieć. Ten chłopak był po prostu beznadziejny. W ogóle pozbawiony ogłady i dobrego wychowania. Nie mówiąc już o braku gustu, jeśli chodzi o jego ubiór. Mówię wam, wygląda beznadziejnie. Nosi jakieś dżinsy z łańcuchami przy kieszeniach, dredy, kolczyk w nosie i takie tam. Mówię wam, po prostu ohyda.
- Rozumiem, ale widzi pan, gusta bywają różne.
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale jakoś pani umiała sobie wybrać porządnego męża, który i umie się zachować i porządnie ubrać.
Spojrzałam z uśmiechem na Asha i delikatnie dotknęłam jego ręki, a on czule i ciepło spojrzał na mnie, a ja poczułam w sercu, że lepszego wyboru w kwestiach matrymonialnych nie mogłam podjąć.
- Tak, to wszystko prawda - odpowiedziałam wesoło - Ale widzi pan, gusta są najróżniejsze. Mnie akurat podoba się mój mąż i jego styl. A komuś innemu się może podobać ten chłopak, o którym pan mówi. Poza tym, odniosłam wrażenie, że te mankamenty, o których pan mówi, nie przeszkadzają pana córce.
- Jej może i nie przeszkadzają, ale mnie tak i to bardzo - odpowiedział na to ze złością w głosie Remberto - A dla każdej kochającej córki zdanie jej ojca się zawsze powinno liczyć. Poza tym, jestem starszy i bardziej doświadczony, a więc wiem lepiej, co jest dobre dla mojego dziecka, a co nie.
- Lepiej pan wie, co jest dla niej dobre niż ona sama?
- Przecież ona ma dopiero siedemnaście lat. Co w tym wieku można wiedzieć o życiu i o miłości?
- No, nie wiem. Ja pokochałam mojego obecnego męża, gdy jeszcze byliśmy oboje dziećmi i z czasem to uczucie wzrosło i przemieniło się w piękny związek. A obecnie mamy oboje dziewiętnaście lat i jesteśmy szczęśliwym małżeństwem.
- Najwidoczniej była pani dojrzalsza od mojej córki. Poza tym, przynajmniej pani wybranek umie się zachować w towarzystwie i porządnie ubrać. I oczywiście, nie siedział w więzieniu, jak zakładam.
Ja i Ash, a także towarzyszący nam Pikachu i Buneary, od razu zwróciliśmy uwagę na jego słowa. O ile wcześniejsza jego wypowiedź i krytyka pod adresem chłopaka Lizzy wydawała nam się co najmniej śmieszna, teraz usłyszeliśmy z jego ust coś o wiele poważniejszego, czego wyśmiać ani zlekceważyć nie było można.
- To ciekawe - powiedział Ash, lekko masując sobie podbródek - A za co ten młody obywatel siedział?
- No i jak długo? - dodałam.
- Siedział dwa lata za bójkę w barze, podczas której dźgnął nożem swojego kolegę, z którym się o coś pobił. Tamten przeżył, dlatego Peppino dostał tylko dwa lata i wyszedł.
- Peppino? - zapytałam.
- Tak on ma na imię. Peppino Luchini.
- Rozumiem. Domyślam się, że to z tego powodu nie patrzył pan przychylnie na relacje jego i swojej córki.
Remberto lekko się obruszył i spojrzał na mnie gniewnym wzrokiem.
- A pani ojciec byłby zachwycony, gdyby zadawała się pani z kryminalistą?
Nie spodobał mi się jego atak na moją osobę, poza tym temat, który poruszył był dla mnie nadal drażliwy, dlatego odpowiedziałam:
- Nie mam pojęcia, z czego byłby, a z czego nie byłby zadowolony mój ojciec i co by na taki związek powiedział, bo mój ojciec nie żyje. Zginął w wypadku, do którego doszło w czasie wyścigów Rhyhornów, kiedy miałam pięć lat.
Remberto zmieszał się lekko, opuścił głowę w dół i powiedział skruszony:
- Bardzo przepraszam. Nie chciałem pani atakować.
- Nie gniewam się, ale może łaskawie przejdziemy do śledztwa, zamiast się zajmować rozważaniami na temat, co by było, gdyby mój ojciec żył, dobrze?
- Sereno, daj spokój - powiedziała do mnie po cichu Gerda.
- Nie, pani ma rację - odparł Remberto i zasłonił sobie oczy dłońmi - Bardzo panią przepraszam. Ma pani rację. Ani moje nastawienie do tego chłopaka, ani też rozważania na pani temat nie mają tu żadnego znaczenia.
Ash delikatnie dotknął mojej dłoni na znak, żebym się już uspokoiła, a poza tym chciał mi dać w ten sposób znak, że jest po mojej stronie i mnie wspiera. Ten jeden gest znaczył dla mnie bardzo wiele, dlatego uśmiechnęłam się do niego, a on to odwzajemnił. Dzięki tym prostym gestom poczułam się lepiej i mogliśmy teraz swobodnie kontynuować przesłuchanie.
- Proszę powiedzieć, jak pani Rita zapatrywała się na związek pana córki z tym całym Peppinem? - zapytał po chwili Ash.
- Podzielała w tej sprawie moje zdanie - odpowiedział Remberto - Uważała, że najlepiej będzie dla Lizzy, jeżeli zerwie z tym chłopakiem. Ale Lizzy nie chciała o tym słyszeć. Zaczęła się z nim potajemnie spotykać. Którejś nocy Rita zobaczyła ją, jak wraca przez okno do swojego pokoju po potajemnej schadzce z tym swoim ukochanym od siedmiu boleści. Pamiętam, że zrobiłem Lizzy piekielną awanturę z tego powodu, a nawet ją uderzyłem. Ona była wściekła. Patrzyła na mnie groźnie i krzyknęła, że nienawidzi mnie i tej mojej konkubiny i że to wszystko przez nią, że gdyby jej tu nie było, ona by mogła robić, co jej się żywnie podoba. Rita jak dotąd długo była spokojna, ale teraz nie wytrzymała i próbowała coś powiedzieć mojej córce, ale ta nie pozwoliła na to, bo zaczęła na nią krzyczeć, Rita nie pozostała jej dłużna i skończyło się na tym, że obie życzyły sobie nawzajem śmierci.
- Jak to? - spytałam zdumiona.
- Lizzy wrzasnęła do Rity, że życzy sobie, aby ta zdechła. Dosłownie tak jej właśnie powiedziała. A Rita odpowiedziała jej, że życzy jej tego samego. A potem Lizzy miała pretensje do mnie, iż pozwalam na to, aby moja kochanka tak do niej  mówiła. Kazała mi wybierać: albo ona, albo Rita. Nie zamierzałem jednak ulegać tej smarkuli i kazałem jej się uspokoić. No i uspokoiła się. W końcu. Tylko potem, następnego dnia wzięła małą Jane na ręce i zaczęła się z nią bawić w taki sposób, że Jane się uderzyła o stół, a Lizzy zachowywała się tak, jakby ją to bawiło. Kiedy Rita zrobiła jej o to awanturę, to niestety Lizzy zaczęła z niej kpić. Rita wtedy o mało jej nie rozerwała na strzępy. Ja sam z trudem się od tego powstrzymałem. To było po prostu straszne. Rita powiedziała mi, że muszę coś wreszcie zrobić z tą moją córeczką, bo inaczej ona wykończy i ją i Jane. Zagroziła, że odejdzie, jeżeli nie utemperuję Lizzy, bo nie pozwoli na to, aby jej dziecko było narażone na jakieś niebezpieczeństwo w tym domu. Powiedziałem jej, że Lizzy przejdzie i sama ją za to wszystko przeprosi, ale Rita nie chciała mnie słuchać. Powiedziała, że skoro tak się sprawy mają, to ona sama utemperuję tę gówniarę. No i tej nocy właśnie doszło do tragedii w naszym domu.
Po tej opowieści, cała sprawa nabrała o wiele większego sensu. Teraz ja i Ash o wiele lepiej zrozumieliśmy zarzuty policji względem Rity Gordonowej. A zatem powiedziała na kilka godzin przed dokonaniem zbrodni, że ona utemperuje swoją pasierbicę, to znaczy córkę swego partnera, bo przecież ślubu jeszcze nie mają. Ale tak czy inaczej, wypowiedziała te słowa i co? I tej samej nocy dziewczynę ktoś w jej własnym pokoju zaatakował i próbował zabić, w wyniku czego Lizzy jest teraz w śpiączce w szpitalu. Tak, teraz wszystko nabierało sensu. Oczywiście, wcale to nie oznaczało, że pani Rita jest winna. Ale dla kochanej policji jak najbardziej już wszystko było jasne i prawdę mówiąc, choć nie powiedziałam tego na głos, dobrze wiedziałam, dlaczego tak jest. Dobrze ich w tej sprawie rozumiałam. Rita miała w tej sprawie faktycznie największy motyw, aby pozbyć się Lizzy. Dotychczas jej zachowanie, chociaż skandaliczne, nie zagrażało życiu małej Jane. Teraz jednak ta sytuacja się zaogniła, a sama Lizzy naraziła na szwank zdrowie przyrodniej siostry. W takiej sytuacji każda matka mogłaby się wściec, a raczej prawie na pewno by to zrobiła i mogły w takiej sytuacji paść nieprzyjemne słowa. Ale wypowiedzieć złe i nieprzyjemne słowa to jedno. Zrealizować je, to drugie. Czy Rita była zdolna do jednego i drugiego? Tego nie wiedzieliśmy i nie chcieliśmy pochopnie wyciągać w tej sprawie wniosków. Poza tym, praca detektywa między innymi na tym polega, aby wierzyć klientowi, że jest niewinny lub że niewinna jest osoba, którą on uważa za niewinną. Trzeba wierzyć klientowi, a przynajmniej do czasu, aż nie udowodni mu się wprost kłamstwa. A tego, póki co, nie zrobiliśmy. Musieliśmy zatem w tej sprawie uwierzyć panu Remberto, nawet jeżeli to wszystko, co nam przed chwilą mówił, jasno przemawiało przeciwko jego partnerce.
- No dobrze, a co było dalej? - zapytał po chwili Ash - Może pan opowiedzieć nam, jak przebiegała ta feralna noc?


Remberto skinął potakująco głową i zaczął mówić:
- Po kolacji obejrzeliśmy razem jakiś film, a potem poszliśmy spać. Rita była na mnie wciąż zła i dlatego poszła spać do swojego dawnego pokoju, choć odkąd już jawnie zostaliśmy parą, sypialiśmy razem. Według policji, to jawny dowód na to, że planowała zamordować Lizzy. Bo gdyby spała ze mną, o wiele trudniej by się jej było wymknąć niepostrzeżenie z łóżka, w którym oboje śpimy. Oczywiście, dla mnie to żaden dowód. Rita po prostu była na mnie zła, że nie umiem ukrócić chamskiego zachowania mojej córki i dlatego poszła spać oddzielnie. Ja zaś wtedy naprawdę nie wiedziałem już, co mam robić, dlatego poszedłem spać sam. W nocy, tak około drugiej, może nieco po niej, obudził mnie krzyk Stanleya, mojego syna.
- Ano właśnie, pana syn - przerwał mu Ash - Nic pan nam o nim nie mówił poza tym, że istnieje.
Remberto wzruszył ramionami, jakby na znak, że to jego zdaniem nie ma nic do rzeczy i odparł:
- Nie było o czym opowiadać. Stanley łatwo zaakceptował Ritę. Więcej, on ją bardzo polubił. Nigdy nie sprawiał mi problemów. Był zawsze grzecznym i bardzo ułożonym chłopcem. No, może trochę wyobcowanym.
- Wyobcowanym? W jakim sensie? - zapytałam.
- Kiedy jego rówieśnicy chodzili na zabawy, na deskorolkę i na inne rzeczy, jakie zwykle zajmują chłopców w jego wieku, on zwykle siedział w domu z nosem w książkach lub komputerze. Ma najlepsze wyniki w nauce i zawsze bardzo dobrze sobie radzi ze wszystkimi obowiązkami szkolnymi. Tylko w relacjach z innymi, a konkretniej z rówieśnikami już mu nieco gorzej idzie.
- Rozumiem. Pana zdaniem, to coś złego, że jest wzorowym uczniem?
- Nie, przeciwnie. Przynajmniej nie mam z nim problemów, tak jak z Lizzy. Ale to nieco dziwne, jak dla mnie. Ja w jego wieku nie paliłem się do nauki, bo tylko zabawa i dziewczyny mi były w głowie. A on nie. Zupełnie jest inny niż ja. Z jednej strony to mnie bardzo cieszy, ale z drugiej nieco niepokoi. Bo czy takie coś jest zupełnie normalne?
Lekko się obruszyłam. Czy takie coś jest normalne? A co to za pytanie? Ja w wieku Stanleya była taka sama, też tylko mi były książki i nauka w głowie, nigdy nie szukałam w szkole przyjaciółeczek, ani młodzieżowych rozrywek. Oczywiście, moja mama też uważała, że jestem z tego powodu lekko wyobcowana. No pewnie. Wyobcowana. Dziwni są ci rodzice. Jak im dziecko po nocy do domu wraca, bo mu dyskoteki i melanż w głowie, to jest źle. Ale jak dziecko jest posłuszne, jest w książkach zakochane i nie szuka sobie znajomych wśród tzw. popularnych dzieci ze szkoły i osiedla, to też źle, bo wtedy jest ono odludkiem i odmieńcem. Po prostu żal ściska serce. I kto tam za nimi trafi?
- Mniejsza o to - odpowiedziałam, nie chcąc wszczynać kłótni - Po prostu z Ashem chcieliśmy coś wiedzieć o pana synu. Ale proszę mówić dalej.
- Stanley zaczął krzyczeć przerażony. Zrozumiałem, że coś się stało, dlatego szybko wyskoczyłem z łóżka, założyłem kapcie, zapaliłem świeczkę i niechcący przy tym strąciłem szklankę na podłogę, po czym pobiegłem do mojego syna. Ten stał na korytarzu i zaczął krzyczeć, że Lizzy ktoś zaatakował. Natychmiast szybko pobiegliśmy do jej pokoju. Po drodze minąłem pokój Rity, która zarzucała właśnie szlafrok na siebie i dołączyła do nas. Zobaczyliśmy potem coś strasznego. Lizzy leżała w swoim łóżku z wielką raną na głowie. Byliśmy przerażeni. Ja i Stanley szybko zaczęliśmy ją reanimować, a Rita pobiegła po wodę do basenu, który jest na zewnątrz, przed naszym domem.
- Do basenu? - zdziwiłam się - Dziwne. Dlaczego nie wzięła wody z kranu?
- Bo hydrofor się popsuł i nie mieliśmy wody w kranach. Wezwałem w tym celu hydraulika, ale miał on przyjść dopiero następnego dnia, dlatego musieliśmy sobie w tamtym czasie radzić, jak tylko mogliśmy najlepiej. Chociażby za pomocą basenu i wody w nim.
- Rozumiem - powiedział Ash - Co było dalej?
- Rita przyniosła wodę, a potem na moją prośbę, poleciała po doktora Tzalę, który mieszka po sąsiedzku - odpowiedział Remberto - Ja z pomocą wody myłem mojej córce policzki i skronie. Woda w basenie była czysta, ponieważ basen na noc zawsze okrywamy płachtą, przez co nie wpadają do niego liście ani nic takiego. Tak więc, ja myłem córce twarz, chcąc ją ocucić, Rita pobiegła po doktora, a mój syn zadzwonił na policję. Pierwszy przyszedł Tzala z Ritą. Doktor zbadał Lizzy i odkrył, ku mojej ogromnej uldze, że ona żyje, ale jest nieprzytomna. Jakoś tak w międzyczasie, przyjechała tu karetka pogotowia i policja wraz z inspektor Jenny i komisarzem Petri. Zbadali sprawę przez kilka godzin, przesłuchali nas wszystkich i dokonali bardzo ciekawych odkryć.
- Jakich konkretnie?
- Odkryli, że nasz pies, to znaczy nasz Arcanine Lux jest ranny w głowę. Ktoś go czymś uderzył i została mu ranka. Policja uznała, że morderca z obawy, że nasz drogi Lux go zdemaskuje, uderzył Pokemona, ten zaskowyczał i to właśnie miało obudzić mojego syna. No właśnie, bo zapomniałem powiedzieć. Stanley, kiedy był w swoim spokoju, słuchał przed snem radia przez słuchawki. Potem zasnął i nagle wyrwał go ze snu skowyt Luxa.
- Chwileczkę! - zawołał nagle Ash - Pan powiedział, że Stanley miał wtedy na uszach słuchawki i słuchał radia. Jak mógł zatem usłyszeć skowyt psa, skoro w tej samej chwili do jego uszu docierała muzyka z radia?
- Wtedy już ona nie leciała. Audycja skończyła się o północy, a mój syn po prostu zasnął zmęczony ze słuchawkami na uszach. Miał je co prawda na uszach, ale wszystko wokół siebie słyszał, bo muzyka w radiu już nie leciała.
- Aha, rozumiem. Proszę kontynuować.
- A więc policja odkryła ranę na głowie Luxa, potem odkryli jeszcze, że na pogrzebaczu, który stał przy kominku, znajdują się ślady krwi. To widocznie tym narzędziem zaatakowano Lizzy. Ale ślady były widoczne na tępym końcu, nie zaś na ostrym, co oznacza, że sprawca tą częścią uderzył moją córkę. Dlatego tylko ten cios przeżyła. Nie chcę sobie wyobrażać, co by było, gdyby użył ostrego końca.
- Rozumiem. A proszę powiedzieć, dlaczego policja uznała, że to pani Rita jest sprawcą tej tragedii?
- Ponieważ uznali, że tylko ona musiała to zrobić. Ich zdaniem, tylko ona była do tego zdolna i tylko ona miała motyw. Ponadto jeszcze, Stanley usłyszał skowyt psa i gdy to się stało, wyszedł do salonu, aby zobaczyć, co się stało. Pies jednak na jego widok uciekł. Stanley zaś zauważył w pokoju jakiś kształt. Ktoś się ukrył za kredensem i jego cień padał na ścianę. Potem właśnie pobiegł niespokojny do swej siostry i zobaczył ją ranną. Policji powiedział potem, że to była sylwetka wysokiej kobiety. Mojej siostry wtedy nie było z nami w domu, ona nocowała u siebie, a jak zbadali policjanci, do domu nikt się nie włamał. Uznano więc, że to musiała być Rita, jedyna dorosła kobieta w tym domu. I oczywiście ją aresztowano. Ale ja nie wierzę, żeby to mogła być ona. Nie wierzę w to i już. Dlatego też poprosiłem panią Sanderson, aby ją broniła przed sądem. Na razie, sprawa została odroczona, ale to tylko chwilowe. Wiem, że niedługo znowu stanie przed sądem. Wolę nie myśleć, na co ją skażą, kiedy znowu będą ją sądzić.
Po tych słowach, mężczyzna spojrzał na nas uważnie i powiedział niemalże błagalnym tonem:
- Proszę was, ratujcie ją! Ona jest niewinna! Nie wiem, kto zaatakował Lizzy i dlaczego, ale to na pewno nie była ona. Proszę, zróbcie wszystko, co tylko jest w waszej mocy, aby ją uratować. Pieniądze nie grają roli. Możecie państwo nawet nimi palić w piecu, jeżeli to może wyświetlić prawdę.
Chociaż pan Remberto budził w nas chwilami dosyć mieszane uczucia, a jego niektóre uwagi zdecydowanie nam dokuczyły, to w tamtej chwili nie miało to już dla nas żadnego znaczenia. To był nasz klient i musieliśmy mu pomóc. Poza tym, widok błagającego go o pomoc dla Rity był naprawdę poruszający. Wiedzieliśmy, że on musi ją naprawdę kochać. Wzruszyło to nas i jeszcze bardziej zachęciło do pomocy.
- Spokojnie, panie Remberto - powiedział Ash życzliwym tonem - Ja i Serena stawki mamy zawsze takie same i zawsze bierzemy zapłatę dopiero po wszystkim. Także na razie, nie przewidujemy żadnych kosztów i nie musi nam pan płacić od razu. Póki co, jedynie potrzebujemy akt tej sprawy, wyników śledztwa i zeznań od wszystkich świadków w tej sprawie.
- Oczywiście, naturalnie. Pani Sanderson ma akta, użyczy je wam. To znaczy, użyczy je państwu.
- Och, nie musi nas pan tytułować panem i panią - powiedziałam życzliwie i zarazem lekko rozbawiona - Wystarczy mówić nam po imieniu.
- I wystarczy, że da nam pan wolną rękę do działania - dodał Ash.
Pan Remberto powiedział, iż jak najbardziej daje nam całkowicie wolną rękę, a do tego jeszcze raz przypomniał, że Gerda Sanderson posiada akta tej sprawy, a sama Gerda skinęła lekko głową, jakby chciała nam powiedzieć „To prawda”.
- A co do zeznań, to będziecie musieli przesłuchać osobiście świadków w tej sprawie - mówił dalej Remberto - Nie wiem tylko, czy wszyscy będą chcieli wam mówić o tej sprawie. Muszę też was uprzedzić, że komisarz Petri nie bardzo jest w tej sprawie obiektywny.
- Dlaczego? - zapytałam.
- Po prostu z góry założył sobie, że moja ukochana jest winna i potem tylko się tej wersji trzymał podczas śledztwa. A dodatkowo prokurator jest tego samego zdania. Nie wiem, dlaczego obaj się uwzięli na biedną Ritę, ale nie chcą nawet o tym słyszeć, aby wznowić śledztwo. Dla nich wszystko jest jasne.
- W przypadku prokuratora, to wiem, dlaczego tak jest - powiedziała Gerda - To zatwardziały konserwatysta i ksenofob. Tutejsza społeczność to głównie Włosi i ludzie mieszkający tu od lat. Wszyscy nowi emigranci, którzy się tutaj osiedlają, nie są w jego oczach godni tego, aby to robić. Ponadto uważa, że wszystko, co złe na tym świecie pochodzi właśnie od obcokrajowców. No i nie zapominajmy o jego fanatyzmie religijnym. Dla jego katolickiego wychowania fakt, że ktokolwiek chce się rozwieść albo żyje w nieformalnym związku jest największym grzechem, a on jest biczem Bożym, który musi smagać takich grzeszników. Dziwne, że nie został z takimi poglądami duchownym, bo moim zdaniem minął się z powołaniem.
- A więc to takie buty - powiedział Ash - Rozumiem więc, że nie będzie łatwo się z nim dogadać.
- Z nim i z komisarzem - odparła Gerda - Sama nie wiem, który z nich jest w tym przypadku gorszy.
Chwilę potem, do domu pana Remberto weszły trzy osoby. Była to kobieta i dwójka dzieci. Kobieta była wysoka, szczupła i bardzo sympatyczna, szatynka w wieku tak około czterdziestu lat, ubrana w czerwoną sukienkę, posiadającą ładny i kształtny nos oraz z niebieskie oczy. Dzieci jej towarzyszące to byli chłopiec tak około czternastoletni oraz dziewczynka mająca może cztery latka. Chłopak był z wyglądu niezwykle podobny do swojego ojca, w zasadzie przypominał jego kopię, tylko młodszą. Ubrany był w niebieskie dżinsy, białą koszulkę i białe adidasy, a na nosie miał okulary. Dziewczynka z kolei była śliczną brunetką, jej włosy posiadały wręcz mocno czarny kolor. Ubrana była w niebieską sukienkę i białe buciki. Na widok Remberto, podbiegła do niego radośnie i wpadła w jego ramiona.
- Tatuś! - zawołała słodkim głosem.
Mężczyzna podniósł ją na ręce i mocno przytulił ją do serca, pogłaskał czule jej włoski i ucałował delikatnie jej policzek. Następnie uśmiechnął się do kobiety i do chłopca, a gdy ten podszedł do niego, objął go czule drugą ręką i powiedział:
- Przyjaciele, poznajcie moje dzieci. To są Stanley i Jane. A to moja siostra, Julia Remberto. Julio, dzieciaki... To są Ash oraz Serena Ketchumowie, prywatni detektywi. Poprosiłem ich o pomoc w rozwiązaniu sprawy Rity.
- A więc to są ci detektywi, o których mówiła pani, pani Sanderson? - spytała Julia i uśmiechnęła się do nas przyjaźnie - Nie obraźcie się, ale kiedy pani mecenas o was mówiła, to myślałam, że jesteście nieco starsi.
- Nie ty jedyna - stwierdził dowcipnie Remberto - To nie świadczy o mnie za dobrze, ale ja również tak myślałem.
- Och, Henry. Mniejsza już o ich wiek, jeżeli są najlepsi z najlepszych, jak to mówiła o pani Sanderson, to mniejsza już o ich wiek, choć mnie on zdziwił. Ale no cóż... Skoro są naszą jedyną nadzieją, to zostaje nam tylko w nich wierzyć. To ich tylko zmotywuje do działania.
Remberto skinął delikatnie głową na znak, że się zgadza z siostrą. Stanley zaś z uwagą przyglądał się nam, a jego twarz wyrażała niemały szok.
- Ash Ketchum? Ten Ash Ketchum? - zapytał po chwili.
- Jest tylko jeden Ash Ketchum - odpowiedział mu dowcipnie Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu.
- A skąd znasz Asha? - zapytałam.
- Jak to? Przecież jest Mistrzem Pokemon Ligi Kalos, a do tego jeszcze także prywatnym detektywem - odpowiedział mi Stanley takim tonem, jakby to nie tylko było oczywiste, ale powinno być oczywiste dla wszystkich.
- No proszę, chociaż jedna osoba nas tutaj zna - odpowiedział wesoło Ash - Poza Gerdą, oczywiście. To bardziej nas zmotywuje do odnalezienia sprawcy.
- Na pewno go znajdziecie. Wierzymy w was - powiedział Stanley.
Jego słowa oczywiście, sprawiły nam niemałą przyjemność. I przy okazji też zachęciły nas do działania. Bo skoro wszyscy tutaj, a zwłaszcza ten sympatyczny chłopiec wierzyli w nasze możliwości, musieliśmy zrobić wszystko, co się tylko da, aby ich nie zawieść.
- A przy okazji, to bardzo dobrze, że cię spotykamy, Stanley - powiedział po chwili Ash - Bardzo byśmy chcieli z tobą porozmawiać o tym, co się stało tamtej nocy. To, co nam powiesz, może się okazać niezwykle ważne dla całej sprawy.
Chłopak wyglądał na zaskoczonego naszą propozycją, a Remberto zdumiał i powiedział:
- Nie jestem pewien, czy ma to sens wypytywać o wszystko mojego syna. Już wszystko wam powiedziałem, co się wydarzyło tamtej nocy.
- Na pewno, ale być może Stanley zdoła wnieść coś nowego do tej sprawy - odpowiedział mu Ash.
Stanley natomiast popatrzył najpierw na mojego męża, a potem na mnie, a po chwili dodał:
- Chętnie odpowiem wam na wasze pytania, ale czy możemy zrobić to potem, bo teraz jestem trochę zmęczony? Miałem dziś trochę zajęć w szkole i mam lekcje do odrobienia, także...
- Nie ma sprawy, porozmawiamy więc później - powiedział życzliwie Ash.
- Dziękuję - odpowiedział Stanley, po czym uścisnął serdecznie dłoń mojego męża - Chętnie opowiem wam wszystko, jak mnie zechcecie przesłuchać. Bycie przesłuchiwanym przez takich detektywów, to będzie zaszczyt. Chętnie pomogę w rozwiązaniu tej zagadki, jeżeli tylko zdołam.
- Stanley, chyba masz lekcje do zrobienia, prawda? - zapytała ciotka chłopca.
Ten zmieszał się lekko, wyszczerzył zęby w przepraszającym uśmiechu, a po chwili odpowiedział:
- Tak, ciociu. Masz rację. Przepraszam, tylko gadam i gadam. Nie gniewajcie się na mnie, proszę. Ja to normalnie nie jestem gadułą. Po prostu czasami tak mam, że jak znajdę kogoś, z kim mogę sobie porozmawiać, to...
- W porządku, nic się nie stało - odparł na to mój ukochany życzliwym tonem - Idź spokojnie robić swoje, a my będziemy robić swoje. Przesłuchamy cię potem.
- Z przyjemnością wam wszystko opowiem, co wiem - zadeklarował Stanley - Pomaganie takim sławom to sama przyjemność.



C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...