czwartek, 24 października 2019

Przygoda 122 cz. IV

Przygoda CXXII

Pieśń o zing cz. IV


Przejrzeliśmy i to bardzo dokładnie pokój profesora Stonera, jednak nie odnaleźliśmy w nim żadnych śladów, które mogłyby wskazywać na to, kto tu dokładniej zawitał bez wiedzy i pozwolenia jego właściciela. W pokoju oczywiście wszystko pozornie wyglądało tak, jakby nic się nie stało, poza tym, że był tu niezły bałagan, który jednak można by złożyć na karb ekscentryczności profesora, gdyby nie to, że nienawidził on bałaganu i nigdy by taki w swoim pokoju nie zostawić. A co do tegoż bałaganu, to widać było, że osoba, która przeszukiwała to miejsce bardzo dobrze wiedziała, w jaki sposób się za to zabrać i dlatego też może i pozostawiła po sobie bajzel, ale nie odciski palców.
- Wszedłem tu i od razu zauważyłem ten bałagan, ale najbardziej to przeraził mnie fakt, że szuflada w mojej szafce nocnej jest otwarta. Mam w niej bardzo ważne dla siebie papiery i bałem się, że ktoś je ukradł. Szybko sprawdziłem, czy coś nie zginęło, ale się okazało, że wszystko jest na swoim miejscu. Oczywiście wiedziałem, że nie mogę tego tak zostawić i zacząłem przeglądać cały pokój i co odkryłem? Pod łóżkiem ktoś siedział.
- Kto to był? - zapytałam.
- Nie wiem, nie zdążyłem mu się przyjrzeć, bo ten ktoś, kimkolwiek był, psiknął mi w twarz jakimś gazem pieprzowym albo czymś tego rodzaju, a potem uciekł. Tak przynajmniej sądzę, bo potem przez chwilę już nic nie widziałem, a kiedy już odzyskałem wzrok, to tego nieproszonego gościa go nie było. Nawet nie wiem, czy to był mężczyzna, czy kobieta.
- To bardzo zagadkowa sytuacja - powiedział Ash, delikatnie masując sobie palcami podbródek.
- Teraz wszystko zaczynam rozumieć - rzekła nagle Mavis - To dlatego on tu jest.
- Kto taki? - zapytał Jonathan.
Dziewczyna zorientowała się, że powiedziała więcej niż chciała powiedzieć w jego obecności, dlatego szybko uśmiechnęła się do chłopaka w sposób beztroski i odparła:
- A nieważne. To bez znaczenia. I tak kolesia nie znasz.
Jonathan wyraźnie chciał kontynuować ten temat, jednakże jego sympatia nie chciała tego robić i szybko ucięła rozmowę, prosząc tylko, aby pogadali o tym wszystkim nieco później. Potem zaś podeszła do ojca i poprosiła go o to, żeby porozmawiali na osobności. Profesor się zgodził i powiedział, że bardzo dziękuje nam za pomoc, ale teraz chce porozmawiać z córką i dlatego prosi, abyśmy wrócili już do siebie. Oczywiście w takiej sytuacji nie mogliśmy postąpić inaczej, jak tylko spełnić jego prośbę, co też oczywiście zrobiliśmy, wracając powoli do swoich pokoi.
- Dziwne rzeczy się tu dzieją - powiedział Jonathan, kiedy szliśmy przez korytarz do siebie - Mavis i jej ojciec dziwnie się zachowują.
- Dopiero teraz to zauważyłeś? - zapytał trochę złośliwie Ash.
- Oczywiście, że nie. Już dawno zdołałem to dostrzec, ale przecież sam jestem niezłym dziwakiem, dlatego specjalnie mnie to nie przejęło. A wręcz uznałem, że dziwaki powinny się trzymać razem i uważałem to za jeszcze jeden powód do tego, aby się spotykać z Mavis. No, a poza tym jak dotąd jej dziwactwa były wręcz urocze, ale teraz robią się przerażające. Sam już nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
- My też tego nie wiemy - powiedziałam - Wokół profesora Stonera oraz jego córki dzieje się coś dziwnego, tylko co takiego?
- Cokolwiek to jest, to z całą pewnością nie jest dla nich przyjazne i oni dobrze o tym wiedzą - powiedział Ash.
- Szkoda, że nie chcą nam tego powiedzieć - rzekł Jonathan.
- Ja to wcale się im nie dziwię. Ostatecznie to ich prywatne sprawy, a jakby nie patrzeć, my jesteśmy dla nich obcy - stwierdziłam ponuro.
- My? Obcy? - zdziwił się Jonathan - Daj spokój! Przecież my jesteśmy ich kumplami! Jacy z nas obcy?!
- Serena ma rację, stary. Przecież za krótko ich znamy, żeby się nam mieli z czegokolwiek zwierzać - powiedział Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Ale przecież Mavis mnie kocha, a ja bardzo kocham ją! - zawołał całkiem załamany rudzielec - Może powiedzieć mi wszystko i dobrze o tym wie!
- Widocznie jeszcze nie czuje się na siłach, aby to zrobić, ale weź się tym nie przejmuj - powiedziałam do chłopaka przyjaźnie - Jeszcze to zrobi i wszystko ci o sobie opowie. Wszystko ze szczegółami i to jeszcze o każdym z członków swojej rodziny, aż będziesz miał tego serdecznie dosyć.
- Wątpię, żebym miał kiedykolwiek dosyć Mavis, nawet wtedy, jeżeli zacznie nawijać o członkach swoich rodziny – zachichotał wesoło rudzielec - A co do tego ostatniego, to uwierz mi, ja potrafię w tej sprawie (i nie tylko tej) jeszcze bardziej nawijać i zanudzić człowieka na śmierć.
- Wobec tego chyba lepiej będzie, jeżeli nie będziemy się wdawać z tobą w dyskusje rodzinne - rzucił dowcipnie Ash.
- Jeżeli nie chcesz się pochlastać z rozpaczy, to zdecydowanie lepiej tego nie rób - odpowiedział mu równie żartobliwie Jonathan.
Po tych żartach od razu nam się poprawił humor, a przynajmniej na chwilę. Odprowadziliśmy więc naszego nowego znajomego do jego pokoju i wesoło go żegnając udaliśmy się do swojego. Gdy tylko się w nim znaleźliśmy, to Ash szybko odzyskał powagę i powiedział:
- Wiesz, nie chciałem tego mówić przy Jonathanie, ale coś tak czuję, że nasza panna i jej tatulek zechcą się stąd jutro zmyć i to jeszcze po angielsku.
- Tak sądzisz? - zapytałam, spoglądając na niego zdumiona i nagle coś mnie naszło, jakby takie oświecenie - Chociaż to miałoby sens. Przecież przestraszyła się tego gościa z baru i do tego jeszcze do pokoju jej ojca ktoś się włamał i go zaatakował. To raczej nie zachęca do tego, żeby tu zostać.
- Oczywiście i założę się, o co tylko zechcesz, że jutro lub najdalej w ciągu kilku najbliższych dni zechcą uciec ze Szkocji, najlepiej po cichu.
- To może nie być takie łatwe, bilety na samolot warto sobie kupić parę dni wcześniej, aby mieć pewność, że będą miejsca.
- Zgadza się i przy okazji chyba lepiej będzie, jeżeli nie zechcą uciekać tak prędko, tak zaraz po tej awanturze z włamaniem do pokoju profesora. Takie coś by wzbudziło podejrzenia, chociaż z drugiej strony, jeśli się boją o swoje życie, to zdecydowanie nie będą się przejmować żadnymi pozorami, tylko uciekać jak najdalej i jak najszybciej. Mogę się więc z tobą założyć, że wkrótce zechcą oboje opuścić Szkocję.
Parsknęłam śmiechem, gdy usłyszałam jego słowa i rzuciłam:
- Nawet nie będę się z tobą o to zakładać, kochanie. Za dobrze wiem, że masz rację. Tylko powiedz mi, co w takiej sytuacji zrobimy my, dzielni detektywi z Alabastii?
- Sam nie wiem - zasępił się Ash - Przecież zatrzymać ich tu nie mamy prawa ani podstaw, a poza tym jak byśmy to mieli zrobić? To wszystko jest bardzo trudne.
- O ile wiem, to Sherlock Ash nie gustuje wcale w sprawach bardzo łatwych, tylko właśnie bardzo trudnych i jedynie takie dają mu prawdziwą satysfakcję - powiedziałam zalotnie.
Ash uśmiechnął się do mnie wesoło i powiedział:
- A żebyś wiedziała! I wiesz co? Tak mi się wydaje, że doktor Serena Watson też gustuje w takich sprawach.
- Zgadza się, nie zaprzeczam - odpowiedziałam chichocząc.

***


Profesor Stoner nie zdecydował się wezwać policji. Ostatecznie nic mu nie zginęło, więc i tak włamanie do jego pokoju władze by uznały za małą szkodliwość społeczną czynu i z całą pewnością bardzo szybko straciłyby zainteresowanie tą sytuacją. A prócz tego odnieśliśmy z Ashem wrażenie, że profesorowi zależy na tym, aby nie nadawać zbyt wielkiego rozgłosu całej tej sprawie. Dlaczego? Tego niestety już nie wiedzieliśmy, ale czuliśmy, że wiąże się to z tym tajemniczym facetem z wyglądu podobnym do Jeana Reno. Jakkolwiek by nie było, to profesor po rozmowie z córką nagle przestał mieć pretensje do Franka Randalla o to, że ktoś włamał mu się do jego pokoju i tylko poprosił o posprzątanie w nim, a kiedy już to nastąpiło, to poszedł spać jakby nigdy nic.
Następnego dnia pozornie Mavis i jej ojciec zapomnieli o wszystkim, co się stało, jednak ja i Ash przeczuwaliśmy, że ich zachowanie raczej dalekie jest od prawdziwego i że oboje coś kombinują. Dlatego też byliśmy czujni i przygotowani na możliwość ich wczesnego wyjazdu. Jonathanowi nic nie mówiliśmy, ponieważ bardzo dobrze wiedzieliśmy, że chłopaka taka wieść by załamała, a prócz tego baliśmy się, iż opowie o wszystkim swojej lubej, a ta poczuje się z naszego powodu zagrożona i zechce uciec jeszcze szybciej i to z pewnością w taki sposób, abyśmy o niczym nie wiedzieli. A my woleliśmy wciąż czuwać i obserwować ewentualną ucieczkę Mavis. Dlaczego? Właściwie to jakoś nie specjalnie się nad zastanawialiśmy. Po prostu zaangażowaliśmy się w sprawę córki profesora Stonera i jej bardzo podejrzanego zachowania, które wciąż nie potrafiliśmy sobie w żaden racjonalny sposób wyjaśnić. To znaczy ja i Ash posiadaliśmy w tej sprawie aż dwa wytłumaczenia, jednak oba były dość niesamowite i to nawet jeśli wzięłoby się pod uwagę to wszystko, co dotychczas przeżyliśmy i z tego powodu woleliśmy o nich nie rozmawiać, licząc przy okazji na to, że być może znajdzie się wytłumaczenie bardziej z tego świata, choć nadzieja w tej sprawie była raczej płonna.
Ponieważ Jonathan i Mavis spędzili prawie cały dzień razem, a nam nie chciało się już za nimi łazić, zwłaszcza z tego powodu, że zobaczyliśmy już dosyć, to postanowiliśmy poszperać trochę w pobliżu jeziora Loch Ness. Wciąż bardzo nas ciekawiło, jaki to tajemniczy stwór wtedy się nam ukazał i czy to rzeczywiście był Nessie, czy może coś zupełnie innego. Oczywiście zbadanie głębin jeziora Loch Ness było dla nas niemożliwe z powodu braku właściwego sprzętu i w ogóle, a prócz tego już wielu ludzi je badało i jakoś niczego nie umieli znaleźć. A przecież posiadali znacznie lepsze zaplecze techniczne od nas. Dlaczego zatem my dwoje mielibyśmy osiągnąć sukces w tej sprawie? Z tego też powodu przybyliśmy nad Loch Ness w innym celu niż badanie jego głębin. Po prostu chcieliśmy rozejrzeć się w pobliżu i zobaczyć, jakie ślady są widoczne tuż przy jeziorze i czy być może któreś z nich pasują do Nessie. Oczywiście niczego takiego nie odnaleźliśmy, chociaż Ash chodził na czworaka po ziemi, którą oglądał przez lupę i porównywał ze sobą wszystkie ślady, jakie tylko znalazł. Żadne jednak ślady nie pasowały do jakiegokolwiek stwora, gdyż wszystkie były ludzkie.
- To oczywiście jeszcze nie świadczy o tym, że mieliśmy zwidy - zauważyłam - Bo przecież Nessie równie dobrze może siedzieć cały czas w jeziorze i w ogóle z niego nie wychodzić.
Pikachu i Buneary piszcząc zgodzili się ze mną, a Ash powoli podniósł się z klęczek, mówiąc:
- Tak, to prawda, kochanie i dlatego jeszcze niczego bym w tej sprawie nie przesądzał.
- Ja tam nie zamierzam niczego przesądzać i cieszę się, że ty też nie, skarbie - powiedziałam do Asha.
- Raczej niczego tu nie znajdziemy - rzekł po chwili Ash - Bez sprzętu do badania głębin drepczemy w miejscu.
- Ale takiego sprzętu raczej nie zdobędziemy.
- Wiem i dlatego najlepiej chyba zrobimy, jeśli poszukamy wiadomości gdzie indziej.
- Co proponujesz?
- Popytać u ludzi z okolicy, czy może ostatnio coś widzieli. Proponuję także zajrzeć do biblioteki i poczytać co nieco o Nessie, zwłaszcza relacje ludzi, którzy tego stwora widzieli. Być może coś w tych relacjach rzuci się nam w oczy.
- A co takiego miałoby nam się rzucić w oczy?
- No wiesz, wygląd Nessie, miejsce jej/jego pojawienia się, data i godzina, w których to miało miejsce. To może być niezmiernie ważne.
- Masz rację. Chodźmy więc to sprawdzić.
Ash uśmiechnął się do mnie przyjaźnie i powiedział:
- Jedno jest pewne, dzisiaj na pewno nie będziemy się nudzić.
- Tak, nudy zdecydowanie nam nie grożą - zachichotałam.
Pikachu zapiszczał nagle ostrzegawczo i osłonił prędko całym swoim ciałem Buneary, który zadrżała z niepokoju. Spojrzeliśmy w kierunku tego, co było przyczyną takiego stanu rzeczy i dość szybko zauważyliśmy, że jest nim ten sam mężczyzna, którego widzieliśmy już parę razy w tej okolicy. Przechadzał się tutaj jak gdyby nigdy nic, wyraźnie na kogoś czekając, ale kiedy tylko nas zauważył, to uśmiechnął się lekko i poszedł w swoją stronę. Przy okazji też wyjął komórkę i zaczął coś na niej pisać.
- Ciekawe, czego ten gość tutaj szuka? - zapytałam.
- I dlaczego jego obecność tak bardzo zaniepokoiła Mavis? - dodał Ash - Bo przecież to on wzbudził u niej taki niepokój wczoraj wieczorem.
- Sądzisz, że to on włamał się do pokoju profesora Stonera?
- Raczej nie. Jeżeli włamanie było niedługo przed tym, jak wróciliśmy do hotelu, to on był wtedy w barze.
- Racja! Przecież nie zdążyłby on tak szybko przedostać się z jednego miejsca do drugiego. Ale przecież mógł mieć wspólnika.
- Otóż to! Wspólnika albo wspólniczkę.
Słysząc te słowa spojrzałam na Asha z uwagą i spytałam:
- Wspólniczkę? Sądzisz, że to była kobieta?
- Ja nic nie sądzę, maleńka. Po prostu głośno myślę - odpowiedział Ash - Ale to przecież nie jest niemożliwe i warto rozważyć tę opcję.
Zgodziłam się z nim, bo przecież trudno było się w tej sprawie nie zgodzić. Ponieważ jednak koleś zniknął, a my jakoś nie mieliśmy wielkiej ochoty na to, aby go szukać i za nim chodzić, to poszliśmy do biblioteki miejskiej poszukać jakiś informacji na temat Nessie. Oczywiście odkryliśmy tam całą masę informacji, ale trudno jest mi tutaj wszystkie zacytować i nie zrobię tego choćby z tego powodu, że chociaż tych informacji było bardzo wiele, to praktycznie wcale nas nie przybliżyły do tego, aby odkryć prawdę o potworze z Loch Ness. Każda z relacji świadków, którzy widzieli tego stwora na własne oczy różniła się od siebie diametralnie i to nie tylko w kwestii tego, o której porze i w jakim czasie się on pojawił, ale także w kwestii jego wyglądu. Jedni widzieli go jako coś w rodzaju wielkiego węża potrafiącego stanąć pionem, inni natomiast jako wielkiego stwora o czterech łapach i długiej szyi, który wyglądał jak coś w rodzaju diplodoka lub innego dinozaura o podobnej proporcji ciała. Jedni opowiadali, że stwór pozostał w jeziorze, jeszcze inni, że wybiegł z jeziora i gonił ich przez chwilę. Rzecz jasna pozostawało pytanie, które z tych opowieści można traktować jako te prawdziwe, a które jako czyste fantazje lub też prawdę, ale za to znacznie wyolbrzymioną. To wszystko tylko utrudniało nam poszukiwania faktów na temat Nessie, dlatego też zaczęliśmy powoli tracić wiarę w to, że w ogóle zdołamy odkryć prawdę.
Na poszukiwaniach zeszło nam z kilka godzin i kiedy je zakończyliśmy, to przejrzeliśmy notatki, które poczyniliśmy w tej sprawie i chcieliśmy już wracać do hotelu, ale jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, coś popsuło nam nasze plany. Mianowicie zauważyliśmy, jak przy stoliku w czytelni (w której to przebywaliśmy) zasiada nagle dwoje ludzi. Byli to ten sam mężczyzna, który tak wielki wzbudził niepokój u Mavis oraz towarzysząca mu o dziwo blondynka, która nie tak dawno zamieszkała w hotelu. Oboje zaczęli ze sobą rozmawiać, ale robili to bardzo cicho, więc trudno nam było coś usłyszeć, a tego bardzo chcieliśmy. Obecność tej dwójki i to jeszcze razem wzbudziła nasze podejrzenia.


- Chyba już mamy naszą wspólniczkę - szepnęłam do Asha.
- Też tak sądzę - odpowiedział mój mąż.
Staraliśmy się nie zwrócić na siebie ich uwagi, co nie było łatwe, ale jakoś się nam usiąść przy jednym z pobliskich stolików, skąd udało się nam usłyszeć choć część rozmowy. Usiedliśmy oczywiście w taki sposób, aby znajdować się plecami do tej podejrzanej parki. W ten sposób było mniejsze ryzyko, że nas poznają, jeśli nas zobaczą i choć my też ich nie widzieliśmy, to jednak udało nam się usłyszeć choć część rozmowy.
- Sprawdziłam dokładnie, nawet bardzo dokładnie. W pokoju tego nie ma - powiedziała dziewczyna.
- Ale przecież przerwali ci poszukiwania. Mogłaś więc nie zdążyć zobaczyć wszystkiego - rzekł na to mężczyzna.
- To prawda, ale kiedy profesorek zaczął się zbliżać do pokoju, ja właśnie przeglądałam ostatnią szufladę. Nigdzie nie znalazłam żadnych notatek.
- Widać zostawił to w Rumunii albo w Irlandii. Dość ryzykowne, ale z drugiej strony to by nawet pasowało. Kto by przecież pomyślał, że taki ktoś jak Stoner będzie ważne dla siebie papiery zostawiał tak po prostu w domu, samemu ruszając za granicę? To raczej mało prawdopodobne, dlatego jest możliwe. A swoją drogą, to kiepsko się za to zabrałaś. Musiałaś mu robić w pokoju taki kipisz?
- Spieszyłam się i nie miałam czasu wszystkiego układać z powrotem na miejsce. A poza tym posprzątałabym, gdybym profesor nie wrócił.
- Jakbyś właściwie się za to zabrała, to nie trzeba by było sprzątać.
- Ale wtedy poszukiwania trwałyby dłużej, a przecież się spieszyliśmy.
- Tak czy inaczej, mogłaś to zrobić lepiej.
- Daj ty mi spokój! Ja nie zawodową złodziejką. Co ja niby wiem o takich rzeczach?!
- Może powinnaś?
Dziewczyna lekko westchnęła, chyba po to, żeby powstrzymać irytację i po chwili powiedziała:
- Tak czy siak, ja tam więcej nie wrócę.
- Zdecydowanie lepiej tam nie chodź - zgodził się z nią facet - Stoner będzie się teraz bardziej pilnował, a przy okazji mógł cię zobaczyć.
- Wątpię, dostał gazem po oczach zanim cokolwiek zdążył zauważyć.
- Obyś miała rację. Chociaż, gdyby gość cię rozpoznał, to byś tutaj teraz nie siedziała.
- Właśnie! Ta sprawa coraz mniej mi się podoba. Poza tym mam swoje własne porachunki i nie chcę ciągle zajmować się twoimi sprawami.
- Jeśli chodzi o te porachunki, to osobiście ci się dziwię. Dlaczego nie udusisz gościa poduszką, kiedy będzie spał, skoro tak go nie cierpisz?
- Bo ja chcę go zabić w lepszy sposób. Mam swoje własne metody, tak jak i ty. I będę według nich postępować.
- Jak wolisz, to nie moja sprawa. Ja chcę tylko wiedzę Stonera.
- Dobrowolnie ci jej nie odda.
- Wiem i dlatego trzeba będzie podjąć stosowne kroki. Domyślam się, że po tym, co się ostatnio stało, gość zechce szybko uciec ze Szkocji. Trzeba będzie go obserwować i dowiedzieć się, dokąd jedzie.
- To już twoja sprawa. Ja swoje zrobiłam. Zapłać mi i po sprawie.
- Jeszcze nie. Stoner niedługo stąd wyjedzie. Chcę wiedzieć, dokąd chce mi zwiać. Dowiedz się tego. Wtedy ci zapłacę.
- Nie na to się umawialiśmy! Miałeś mi zapłacić od razu!
- I zapłacę, jak tylko dostanę to, czego chcę. Wtedy ci zapłacę za obie twoje przysługi.
Dziewczyna zasapała ze złości i powiedziała groźnie:
- Tylko nie próbuj ze mną pogrywać. Ja potrafię się mścić.
- O tak! Zdecydowanie potrafisz - zachichotał z kpiną mężczyzna.
Dziewczyna dość dziko wstała od stolika, robiąc przy tym spory rumor, na co wszyscy zareagowali ostrym, uciszającym sykiem. Ta się jednak tym nie przejęła i zaraz potem wyszła z czytelni, bardzo głośno tupiąc nogami. Mężczyzna zaś lekko zachichotał i powoli także wyszedł, ale zachowywał się przy tym o wiele ciszej niż jego towarzyszka.
- O rany! Ale się porobiło - powiedział Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Mnie coś ta blondyna od początku wydawała się dziwna, tobie chyba zresztą też - powiedziałam do Asha.
- Tak, ale dlatego, że wydaje mi się dziwnie znajoma - odpowiedział mi mój mąż - Jestem pewien, że już gdzieś ją widzieliśmy i to nie była osoba przyjaźnie do nas nastawiona, Sereno.
- Więc co robimy? Trzeba chyba ostrzec profesora Stonera, prawda?
- Sądzisz, że on nie wie o zagrożeniu ze strony tego gościa? Przecież Mavis na pewno zdążyła już mu opowiedzieć o jego obecności tutaj.
- Ale mi chodzi o tę blondynkę. Trzeba ich ostrzec przed nią. Przecież o niej nie wiedzą.
- Skoro i tak oboje chcą stąd uciec, a na pewno tego chcą, to wszelkie nasze ostrzeżenia są tutaj zbędne.
- Więc co mamy robić? Siedzieć z boku i się nie wtrącać?
Ash parsknął śmiechem, gdy to usłyszał. Zachowywał się tak, jakbym powiedziała coś niesamowicie naiwnego, co było niesamowicie zabawne.
- Skądże! To nie jest w naszym stylu. Po prostu wkroczymy do akcji we właściwym czasie.
- Tylko skąd my niby będziemy wiedzieć, skarbie, kiedy ten czas nadejdzie? - zapytałam, a Buneary dołączyła do tego poprzez pisk również wyrażający pytanie w tej sprawie.
- Będziemy wiedzieli, jestem tego pewien - odpowiedział Ash.

***


Ponieważ odkryliśmy już praktycznie wszystko, co mogliśmy odkryć o potworze z Loch Ness, to postanowiliśmy zakończyć nasze poszukiwania i powrócić do hotelu. Prócz tego, po usłyszeniu tej przerażającej rozmowy, którą mieliśmy możliwość podsłuchać, jakoś straciliśmy chęć do tego, aby prowadzić dalsze poszukiwania w sprawie Nessie. Właściwie ta sprawa chwilowo całkowicie wyleciała nam z głów i zastąpiła ją sprawa Mavis i jej ojca. Przeczuwaliśmy, że zechcą wyjechać z tego miejsca i być może też zrobią to w sposób bardzo dyskretny, o ile oczywiście opuszczenie hotelu w taki sposób jest w ogóle możliwe. Chociaż pewnie jest, wystarczy tylko zapłacić dyskretnie rachunek u właściciela i po cichu wyjechać. Ja i Ash czuliśmy, że właśnie tak będzie w tym przypadku.
Powróciliśmy więc do hotelu i odkryliśmy, że nasza zakochana parka Mavis i Jonathan wybrali się do sali, w której był hotelowy basen. Była tam także część gości hotelowych, dlatego i my się tam wybraliśmy. Przebraliśmy się w kostiumy kąpielowe i ulokowaliśmy tuż przy basenie, gdzie miło spędzali czas najróżniejsi goście. Wśród nich byli także Jonathan w żółto-zielonych kąpielówkach typu spodenki oraz Mavis w czarnym, dosyć skąpym bikini. Jej strój o wiele więcej odsłaniał niż zasłaniał, dlatego większa część partii jej ciała była odkryta i nie zdziwiło mnie to, że Jonathan wpatrywał się w nią wzrokiem pełnym zachwytu. Było na co popatrzeć, a chociaż o wiele lepiej się znam na męskiej urodzie niż kobiecej, to muszę to całkowicie szczerze przyznać. Przez chwilę poczułam się w jej towarzystwie jak brzydula, ale na całe szczęście Ash okazywał mi zachwyt moją osobą w seksownym różowym bikini, a ów zachwyt był jak najbardziej szczery, więc bez trudu wierzyłam w jego prawdziwość.
Mavis po chwili dostrzegła nas i pomachała nam wesoło ręką, po czym wskoczyła do wody i radośnie podpłynęła w naszą stronę. Jonathan bardzo prędko zrobił to samo i zawołał:
- Jak się macie? Wycieczka się udała?
- A skąd wiesz, że wychodziliśmy? - zapytałam wesoło.
- Bo widzieliśmy, jak oboje wychodzicie z zamku - odpowiedziała mi Mavis - Kogoś tropiliście czy tak sobie chcieliście powłóczyć się po okolicy?
- Szukaliśmy potwora z Loch Ness - wyjaśnił Ash.
- Nessie? - spytał Jonathan - Ciekawe poszukiwania. I co? Udało się?
- Po jednym dniu poszukiwań? Coś ty!
- Czyli szykują się dłuższe poszukiwania?
- Zgadza się!
Mavis parsknęła śmiechem i usiadła wesoło na krawędzi basenu tuż obok mnie i powiedziała:
- Ciekawe zajęcia sobie znajdujecie na miodowy miesiąc.
- Co chcesz? Tyle czasu wykonywania pracy detektywa sprawiło, że po prostu nie potrafimy już żyć bez śledztw lub zagadek - odpowiedziałam jej dowcipnie - Taka to z nas para zwariowanych cudaków.
- To prawda. Dwa cudaki w spódniczkach w kratę - zachichotała Mavis - Żyć nie potraficie bez śledztw lub przebieranek.
- Przebieranek? - zdziwiłam się.
- A tak, przebieranek - pokiwała głową potakująco moja rozmówczyni - I weź mi tu nie udawaj zdumionej, bo dobrze wiesz, o czym ja mówię. Zakładacie sobie peruki, czasem inne ciuchy i próbujecie kogoś obserwować udając kogoś innego niż jesteście.
Słysząc to zarumieniłam się lekko zawstydzona.
- A więc wiesz?
- Oczywiście, że wiem. Zauważyliśmy was z Jonathanem kilka razy podczas naszej wczorajszej randki - odpowiedziała mi Mavis i lekko poprawiła sobie dłonią niesforny kosmyk mokrych włosów na czole - Ale spokojnie, to przecież nie jest zbrodnia łazić za nami. Choć przecież mogliście powiedzieć, że chcecie iść z nami. Poszlibyśmy na podwójną randkę.
- Właśnie! Przecież to żaden problem - potwierdził Jonathan i spojrzał na Asha wesoło - Chcesz spróbować się w wyścigu pływaniu?
- Ja? Zawsze i chętnie - odpowiedział mu Ash z głosem pełnym zapału do działania.
- To dawaj!
Po chwili obaj odbili się wesoło od brzegu basenu i zaczęli płynąć w kierunku drugiego brzegu basenu. Gdy tylko oddali się od nas, Mavis nagle spoważniała, przysunęła lekko głowę w moją stronę i powiedziała:
- Słuchaj, Sereno... Wiem, że ty i Ash z jakiegoś powodu wczoraj za mną łaziliście i robiliście to celowo. Trzymaliście dystans i staraliście się nie zbliżać za bardzo, ale i tak was zauważyliśmy. Ja wiem, że oboje jesteście detektywami i lubicie takie zabawy, jednak chcę was prosić, żebyście więcej tego nie robili. Nie mam nic do ukrycia i śledzenie mnie jest bezcelowe.
Wiedziałam, że nie ma sensu zaprzeczać temu, co oczywiste i dlatego też przyjęłam poważną minę i powiedziałam:
- Nic do ukrycia, tak? A ten facet z gębą Jeana Reno, który tak cię wczoraj przestraszył? A to włamanie do pokoju twojego ojca? To niby co jest? Skoro nie masz nic do ukrycia, to może opowiesz mi o tym?
Mavis się lekko zmieszała, a tymczasem chłopcy odbili się od drugiego końca basenu i zaczęli szybko płynąć w naszą stronę. Moja rozmówczyni zrozumiała, że dalsza dyskretna rozmowa jest niemożliwa, dlatego też tylko syknęła ze złością w moją stronę:
- Nie mieszajcie się do tego. Ani ty, ani Ash. O wiele lepiej dla was będzie, jeśli oboje będziecie się trzymać od tego z daleka.
- To groźba? - spytałam lekko poirytowana jej tonem.
- Przyjacielska rada - odparła Mavis.


Ash i Jonathan przybyli równocześnie do brzegu basenu, przy którym obie siedziałyśmy. Oboje dyszeli ze zmęczenia niczym miechy kowalskie, a prócz tego uśmiechali się radośnie, wyraźnie uradowani swoim wyścigiem.
- Remis! - zawołał Ash.
- Pika-pi! Pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu.
- Niezły jesteś - powiedział Jonathan, ocierając sobie ręką pot z czoła - Widać praca detektywa dobrze ci służy.
- A tobie podróże po świecie - odparł wesoło Ash - Niby taki chudy jak strach na wróble, a zasuwasz jak wiatr. Skąd się bierze w tobie tyle pary?
- Chyba miłość mi jej dodaje, stary - zachichotał rudzielec i czule spojrzał w kierunku Mavis, lekko dotykając jej ręki.
Dziewczyna spojrzała na niego z rozpaczą, a w jej oczach zaszkliły się łzy. Chwilę potem zerwała się ze swego miejsca i płacząc wbiegła do sauny, znikając za jej drzwiami.
- Mavis, co ci jest?! Co się dzieje?! O co chodzi?! - zawołał za nią Jonathan załamanym głosem.
Ponieważ nie otrzymał odpowiedzi, spojrzał w naszą stronę i zapytał:
- Czy ja powiedziałem coś złego?
Nie umieliśmy mu odpowiedzieć na to pytanie. Chłopak zatem wyszedł z wody i podszedł bardzo powoli do drzwi sauny, po czym wszedł do środka, aby swobodnie porozmawiać z dziewczyną.
- Robi się coraz ciekawiej - powiedział Ash.
- A żebyś wiedział - zgodziłam się z nim - Wiesz, że radziła nam się odczepić od siebie i jej tajemnic?
- Tak ci powiedziała?
- Może nie użyła dokładnie takich słów, jednak przekaz jej wypowiedzi był właśnie taki. I jeszcze nazwała to przyjacielską radą.
- Ciekawe.
Rozmyślania na ten temat przerwał nam nagle bardzo uroczy widok. Była nim scena ukazująca, jak to Frank Randall w kąpielówkach bawi się wesoło z Brianną i Colinem, a w tej zabawie towarzyszy im uśmiechnięta kobieta o kasztanowych włosach, brązowych oczach i niezwykle zgrabnej sylwetce w czerwonym bikini, które bardzo podkreślało jej urodę. Kobieta ta wyglądała na osobę w wieku czterdziestu lat lub też bardzo zbliżonym do niego. Zdecydowanie była wciąż młoda oraz urodziwa, choć pod jej oczami dostrzegłam lekkie zmarszczki, ale to w żaden sposób nie czyniło ją brzydką ani też nie odbierało jej urody. Bez trudu odgadliśmy, że jest to matka Colina.
Widok ten wzruszył mnie, Asha i towarzyszące nam Pokemony. Był on po prostu przeuroczy i prócz tego sprawiał, że w sercach się nam zrobiło ciepło, kiedy go widzieliśmy. To była scena niczym z filmu familijnego, którego celem jest przekazanie pięknych wartości, takich jak rodzina i szczęście z nią związane.
- Wyglądają teraz jak prawdziwa, szczęśliwa rodzina - powiedziałam do Asha cała wzruszona - Wielka szkoda, że nią nie są.
- Jeszcze nie są - zauważył mój mąż, lekko się przy tym uśmiechając - Ale z pewnością nią będą, jak tylko się w tę sprawę włączymy i przyjmiemy zlecenie naszego gospodarza.
- Ale przecież postanowiliśmy, że póki co zajmujemy się sprawą Mavis oraz sprawą Nessie w roli dodatku - przypomniałam mężowi.
- Wiem, ale spokojnie. Wszystko po kolei - rzekł Ash, wciąż nie tracąc przy tym dobrego humoru.

***


Następnego dnia wszystko niestety się skomplikowało i to dość mocno. Oczywiście muszę uczciwie przyznać, że nawet wyszło to nam na dobre, bo bez tego sprawa Mavis raczej prędko by nie ruszyła z miejsca, natomiast to, co się stało rano następnego dnia było tym, co wręcz naoliwiło mechanizm całej tej historii i sprawiło, że wreszcie uzyskaliśmy jakieś konkretne fakty i mogliśmy dzięki nim pomyślnie rozwikłać tę zagadkę. Ale jak do tego doszło i w jaki sposób zakończyła się ta przygoda? Już opowiadam.
Po wesołej zabawie na basenie jeszcze raz spotkaliśmy Mavis, która wreszcie odzyskała dobry humor i spacerowała sobie po całym zamku razem z Jonathanem, rozmawiając przy tym na bardzo wiele tematów. Gdy tylko nas zobaczyła, zaraz uśmiechnęła się wesoło i podeszła do nas, przepraszając za to, że tak bez słowa uciekła wtedy z basenu.
- Bardzo was przepraszam za moje wczorajsze zachowanie. Sama nie wiem, co mnie wtedy naszło. Chyba po prostu złe wspomnienia, każdy takie ma. Jak tylko dojdą one do głosu, to się człowiek potrafi okropnie poczuć. I mnie właśnie to spotkało.
- Aha, ale teraz już wszystko dobrze? - zapytał z troską w głosie Ash.
- Pika-pika-chu? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Tak, teraz już wszystko w porządku, cudaku w spódniczce - odparła wesoło Mavis.
Najwyraźniej fakt, że Ash nosił szkocki kilt był dla niej powodem do żartów i lubiła je rzucać tak często, jak się tylko dało, jednak zarówno mnie, jak i mojemu mężowi jakoś wcale to nie przeszkadzało. Ważne było dla nas to, że dziewczyna odzyskała wreszcie dobry humor i prócz tego miał go też i Jonathan.
Niestety, rano wszystko się popsuło. A odkryliśmy to od razu, kiedy tylko zeszliśmy do restauracji na śniadanie. Szybko wtedy zauważyliśmy w hotelowej restauracji brak profesora Stonera, jego córki oraz jej adoratora. Rzecz jasna cała trójka po prostu mogła zjeść swój posiłek wcześniej, ale też jakoś nie bardzo się nam chciało w to wierzyć, zwłaszcza z powodu tego, co się działo ostatnio. Aby zyskać pewność w tej sprawie, ja i Ash zeszliśmy do recepcji i zapytaliśmy o profesora Stonera i jego córkę. Kobieta siedząca w tym miejscu sprawdziła od razu te dwa nazwiska w hotelowej księdze gości, a zaraz potem potwierdziła nasze przypuszczenia: oboje wyjechali dzisiaj z samego rana  i wspomnieli coś, że jadą na lotnisko. Szukanie ich w zamku było więc pozbawione sensu, dlatego też darowaliśmy to sobie i zajęliśmy się sobą. Ciekawiło nas tylko, gdzie też przebywa teraz Jonathan, ale ta tajemnica też szybko się wyjaśniła i to w samo południe, kiedy tylko chłopak wszedł do zamku cały załamany. Głowę miał opuszczoną nisko w dół i powtarzał dość głośno do siebie samego następujące słowa:
- Boże, dlaczego to wszystko się stało?! Dlaczego los jest wobec mnie taki podły?! Co ja robię nie tak, żeby mnie to spotykało?!
Widok jego w takim stanie był dla nas strasznie dołujący, dlatego też powoli do niego podeszliśmy, żeby go jakoś pocieszyć. Oczywiście z góry wiedzieliśmy, jak trudne jest to zadanie, ale przecież czego się nie robi dla przyjaciół? Poza tym ja i Ash nigdy nie uchylaliśmy się od swoich zadań i misji tylko dlatego, że były trudne. Gdybyśmy tak robili, to nigdy byśmy nie zostali tym, kim jesteśmy.
- Przykro nam, stary - powiedział do chłopaka Ash.
- Tak, naprawdę nam przykro - dodałam.
Pikachu i Buneary zapiszczeli smutno na znak, że im również jest przykro.
Jonathan spojrzał na nas ponuro i zapytał:
- Już wiecie?
- Tak, dowiedzieliśmy się w recepcji, że oboje wyjechali - rzekł Ash.
- Przykro nam - dodałam, kładąc mu przyjaźnie rękę na ramieniu.
- I co ja teraz mam zrobić? Co ja mam zrobić? - pytał nas załamanym głosem rudzielec - Przecież ją kocham. Nieba bym jej przychylił. A ona co? Tak po prostu sobie wyjechała i to jeszcze bez słowa wyjaśnienia!
- Tak się czasem zdarza.
- Ale to podłe! Tak się po prostu nie robi! Nie znika się rano z mojego pokoju bez słowa i zostawiając tylko list i jakąś głupią paczkę!
- Zaraz, chwileczkę! Z twojego pokoju? To znaczy, że ty i ona...
- A tak, zgadza się - potwierdził chłopak i delikatnie pokiwał głową - Ja i Mavis wczoraj spędziliśmy razem noc i to bynajmniej nie na grze w bierki. A rano co się stało? Po prostu zniknęła, pozostawiając mi tylko liścik oraz jakąś paczkę.
- Co było w tej paczce? - zapytał Ash.
- A bo ja wiem? Nie otwierałem jej jeszcze - odpowiedział Jonathan - Ledwie tylko odczytałem list, a zaraz pognałem na lotnisko, żeby ją zatrzymać, ale już nie zdążyłem tego zrobić.
- To może warto by to zrobić? - zasugerowałam.
- I skąd wiedziałeś, żeby jej szukać na lotnisku? - dodał Ash.
- Mavis napisała mi to w liście, z którego jednak niewiele zrozumiałem - wyjaśnił Jonathan i spojrzał na nas z uwagą - Być może wy coś więcej z tego zrozumiecie.
- Pokaż nam ten list, a spróbujemy - odpowiedział Ash.
- Pika-pika-chu! - poparł go przyjaźnie Pikachu.


Jonathan zgodził się bez wahania na tę propozycję. Wyglądał przy tym tak, jakby wszystko wokół straciło dla niego jakiekolwiek znaczenie, gdyż twarz jego wyrażała rozpacz i całkowitą obojętność wobec tego, co ja i Ash zrobimy. Dlatego też bez zbędnych pytań oraz bez jakiegokolwiek protestu zaprowadził nas do swojego pokoju, a tam podał nam do przeczytania list, który zostawiła dla niego Mavis. Jego treść brzmiała następująco:

Drogi Jonathanie,

Bardzo przepraszam, że tak znikam bez słowa, ale sytuacja zmusiła do tego mnie i ojca, żeby jak najszybciej opuścić gościnne mury tego zamku. Nie sprawia mi to wcale przyjemności, ale tak to już czasami bywa na tym świecie, że zostajemy zmuszeni zrobić to, co sprawia nam przykrość, lecz jest konieczne. Być może kiedyś jeszcze się spotkamy, ale póki co muszę się z Tobą rozstać. Uwierz mi, okropnie się z tym czuję. Tak bardzo chciałabym Ci powiedzieć prawdę i tak bardzo chciałabym zostać z Tobą na zawsze, ale to jest niemożliwe. Prawda na mój temat jest bardzo trudna do uwierzenia i lepiej jej nie znać. Zbyt wiele cierpienia sprowadziła ona na mnie i mojego ojca, abym ją miała przekazywać komuś, kto tak wiele dla mnie znaczy. Uwierz mi, od tej sprawy najlepiej się trzymać z daleka. Przekleństwo dotknęło mnie i mojego ojca i nie chcę, żeby dotknęło ono kogokolwiek, a zwłaszcza Ciebie. Ponieważ jednak dobrze wiem, że może Cię dręczyć ciekawość, a prócz tego zasługujesz na prawdę, dlatego Ci ją ofiaruję. W paczce, którą dołączam do listu jest wszystko, co wyjaśni Ci wszystko na mój temat. Jeśli więc chcesz wiedzieć co i jak, to przeczytaj zawartość tej paczki. Osobiście radzę Ci, żebyś wrzucił ją do pieca i nie zagłębiał się w ten temat, ale jeżeli się uprzesz i zechcesz ją poznaj, to zrób to i znienawidź mnie do reszty. Tak, znienawidź mnie, bo dzięki temu będzie Ci łatwiej zapomnieć o tej głupiej miłości, która prowadziła donikąd.
W chwili, kiedy to czytasz, lecę już pewnie samolotem w kierunku swojej przyszłości, która jest dla mnie nieznana. Spróbuj więc o mnie zapomnieć i żyć dalej. I cokolwiek się stanie, proszę Cię, nie szukaj mnie. Z tego nic dobrego nie wyjdzie. Lepiej żyj własnym życiem i bądź szczęśliwy. Ze mną szczęście nigdy Cię nie spotka, tylko gorycz, a tego Ci nie życzę i dlatego liczę na to, że wyrzucisz mnie szybko ze swojej pamięci.

Na zawsze Twoja
Mavis


Jonathan westchnął załamany, kiedy tylko odczytaliśmy mu ten list na głos. Załamany opadł plackiem na łóżko, na którym to wcześniej siedział i rzekł bardzo zdołowanym głosem:
- I sami widzicie! O co też mogło jej chodzić? Dlaczego nie mogła mi tego powiedzieć wprost? Przecież razem znaleźlibyśmy jakieś dobre rozwiązanie! Mam rację, prawda?
- Wiesz... Czasem w życiu dzieją się takie rzeczy i tak wielkie problemy potrafią spotkać człowieka, że trudno jest znaleźć na nie jakieś rozwiązanie, choćbyś nie wiem, jak bardzo się nad tym głowił - zauważył Ash.
- Pika-pika-chu! - potwierdził piskiem Pikachu.
Jonathan westchnął jeszcze mocniej i rzekł załamanym głosem:
- Och! To jest po prostu okropne! Okropne! A pomyśleć, że mogliśmy być tacy szczęśliwi! Mogliśmy mieć dosłownie wszystko! Domek z ogródkiem, garaż na dwa samochody i w ogóle wszystko, co tylko sobie można wymarzyć! Zamiast tego zaś mam złamane serce oraz wielki mętlik w głowie! Bo przecież ja wciąż nie wiem, o co jej chodzi i dlaczego mnie opuściła!
- Dowiedziałbyś się, gdybyś otworzył paczkę - zauważyłam.
- Jakoś nie potrafię się na to zdobyć - odrzekł rudzielec i westchnął głęboko - Życie jest po prostu pokręcone. A było przecież tak fajnie, kiedy się poznaliśmy. Tak cudownie nam się ze sobą rozmawiało. Wyszło na jaw, że jesteśmy bratnimi duszami i bardzo wiele nas łączy.
Po tych słowach chłopak zaczął opowiadać i to chyba nawet nie specjalnie przejmując się tym, czy chcemy go słuchać, czy nie, choć oczywiście bardzo chcieliśmy go słuchać i słuchaliśmy.

***


Na pewno dobrze pamiętacie, jak poznałem Mavis. Nie był to raczej najlepszy sposób na to, żeby poznać fajną dziewczynę, ale tak się akurat złożyło, że właśnie w taki sposób się poznaliśmy. Wiecie co? Chyba oboje nas wtedy coś trafiło, ponieważ zamiast mnie skrzyczeć, Mavis uśmiechnęła się słodko do mnie, a miała ona taki uśmiech, że po prostu można w nim było utonąć z rozkoszy. Mogłem się w niego wpatrywać cały czas i dlatego z radością powitałem propozycję dziewczyny, abyśmy poszli razem do restauracji. Tam też poszliśmy i usiedliśmy przy jednym ze stolików.
- Naprawdę jeszcze raz bardzo cię przepraszam, za te moje durne wygłupy z wrotkami - powiedziałem, gdy już usiedliśmy.
Mavis zachichotała lekko i... Boże! Jak cudownie to ona robiła! W taki słodki i przyjemny sposób. Słuchanie jej śmiechu dawało mi wiele radości. Tak samo, jak i jej odpowiedź na moje pytanie.
- Ależ nic się nie stało. Przecież każdemu mogło się zdarzyć. Nawet nie wiesz, jakie głupie wpadki mnie się zdarzały.
- Jeśli gorsze niż mnie, to rzeczywiście moje nie są zbyt upokarzające.
- Z pewnością były gorsze. Ale po co my o tym rozmawiać? Są o wiele ciekawsze tematy. Choćby rozmowa o tym, kim jesteśmy i co lubimy.
- Bardzo ciekawa propozycja - powiedziałem wesoło - A więc co byś chciała wiedzieć?
- Jak najwięcej najważniejszych wiadomości - odpowiedziała Mavis.
- A więc już ci mówię. Jestem Jonathan Logan i pochodzę z Chicago. Mam kilku młodszych braci oraz jedną młodszą siostrę. Mój tata jest dentystą, a mama pielęgniarką. Mam dwadzieścia jeden lat i odkąd skończyłem szkołę, to podróżuję sobie po świecie. Zwiedziłem już kilka krajów. Lubię podróże, dobre książki oraz ciekawe filmy.
- O! To brzmi bardzo interesująco - powiedziała z uśmiechem na twarzy Mavis - Sądzę, że będę potrafiła ci dorównać w tej sprawie. Jestem Mavis Stoner. Ojciec pochodzi z Irlandii, a matka z Rumunii. Moja mama nie żyje. Zmarła, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Mój ojciec jest chemikiem i kiedyś uczył na uczelni, ale po śmierci mamy zaczął pracować tylko prywatnie. Prócz tego jest z zamiłowania lingwistą i nauczył mnie kilku języków obcych. Wraz z nim podróżowałam trochę po świecie. Lubię dobre książki oraz stare filmy. Lubię też się dobrze bawić i to w taki sposób, aby nigdy niczego nie musieć żałować.
- To także brzmi interesująco - odpowiedziałem jej wesoło i zaraz mnie coś tknęło - Czekaj! Mówisz, że twój tata jest lingwistą? I że ty znasz kilka języków obcych?
- A tak, znam je i to bardzo dobrze - zachichotała zadziornie Mavis, a w jej głosie zabrzmiało coś w rodzaju przekory - I domyślam się, że ty też.
- A tak, moja słodka - odpowiedziałem jej po francusku i czekając na jej odpowiedź.
Dziewczyna ponownie zachichotała i rzekła po francusku:
- Widzę, że język Dumasa i Hugo nie jest ci obcy.
Następnie dodała po niemiecku:
- A co sądzisz o języku ojczyzny Goethego?
- Bardzo ciekawy język - odpowiedziałem jej w tym samym języku.
Mavis uśmiechała się rozkosznie i przemówiła po włosku:
- A ciekawi mnie, jak podchodzisz do mowy papieży i Verdiego?
- Nie jest mi on obcy - odparłem w tym samym języku.
- Nieźle - stwierdziła po angielsku i powiedziała już po grecku: - No, ale język ojczyzny Homera, to już chyba nie znasz?
Zachichotałem wesoło i powiedziałem w tym samym języku:
- Zaśpiewać ci pierwsze strofy „Iliady“ w oryginale?
Mavis zrobiła minę osoby, która jest wyraźnie zadowolona z osoby, z którą rozmawiała i powiedziała coś do mnie w jakimś dziwnym bełkocie. Tym razem nie udzieliłem jej odpowiedzi. Dziewczyna dobrze wiedziała, co to znaczy.
- Czyżbyś nie znał rumuńskiego?
Słysząc to pytanie zachichotałem delikatnie i odpowiedzi na nie udzieliłem właśnie w mowie ojczystej jej matki:
- Rzadko go używam, ale on też nie jest mi obcy.
W ten sposób lekko zaskoczyłem Mavis, która najwyraźniej nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Jak widać moje udawanie braku znajomości tego języka było bardzo przekonujące i dlatego dziewczyna choć przez chwilę dała się na nie nabrać. Już po chwili oboje śmialiśmy się z tej całej sytuacji.
- Jesteś strasznie dowcipny - powiedziała wesoło Mavis - I jak widzę, znasz dużo języków.
- Jak na podróżnika po świecie przystało - zachichotałem - A czy znasz może irlandzki?
- Och, weź mi go nawet nie przypominaj! - jęknęła Mavis - Ja po prostu nie cierpię tej mowy! Można sobie na niej nieźle język połamać, a do tego jeszcze te głupkowate irlandzkie nazwy. Ich po prostu nie da się wymówić.
- To prawda, one są bardzo trudne - zgodziłem się z nią - Ale jak widać, dość dużo nas łączy.
- Tym lepiej - zgodziła się ze mną Mavis - Będzie nam się o wiele milej spędzało ze sobą czas.

***


Rzeczywiście spędzało się nam ze sobą bardzo miło czas. Sporo z tego widzieliście osobiście, bo przecież wcale się z tym nie kryliśmy. Jakoś nie czuliśmy takiej potrzeby, a właściwie to chcieliśmy pokazać wszystkim, jak bardzo jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Czuliśmy chęć, aby się tym wręcz przed wszystkimi afiszować, czy może po prostu pochwalić się faktem, jak bardzo jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Co dokładniej nami kierowało? Nie jestem tego pewien. Ale za to wiem, że wszystko było dobrze tylko do czasu. W pewnej chwili całe nasze szczęście zaczęło się walić.
Mavis podczas naszej niedawnej randki na mieście, której częściowo chyba byliście oboje świadkami, bardzo dziwnie się zachowywała. Najpierw jeżdżąc na deskorolce upadła w taki sposób, że poraniła sobie ręce i lekko kolana. Ale z jakiegoś powodu, kiedy podszedłem, aby jej pomóc, to te rany nagle zniknęły. Tak po prostu, jakby ich w ogóle nie było. To znaczy od początku tego nie zauważyłem, bo początkowo się zasłaniała i nie chciała pokazywać mi swoich ran, a potem uciekła, a kiedy już ją dogoniłem, to ran już nie miała. To było dziwne, ale nie chciała mi nic powiedzieć, dlatego nie naciskałem na nią. Ale potem jeszcze zaczęła świrować wtedy w dyskotece i już nic z tego nie rozumiałem, zwłaszcza kiedy potem zaczęła mi się dosyć mętnie tłumaczyć z tego wszystkiego. Gadała coś, że to wszystko zaczyna ją przerastać i że nie radzi sobie, że bardzo chce być ze mną, ale boi się tego, co powiem, gdy poznam jej przeszłość i takie tam. Niewiele z tego bełkotu rozumiałem, ale pokochałem ją i byłem gotów zaakceptować wszystkie jej dziwactwa, zwłaszcza, że przecież sam jestem niezły dziwak.
Ale wczoraj wszystko wydawało się być w porządku. Na tyle było nam dobrze, że zapomnieliśmy o tym, co działo się poprzednio i spędziliśmy ze sobą cudowne chwile. A pod koniec dnia oboje weszliśmy na dach zamku i razem obserwowaliśmy zachód słońca. Wiem, że to zwariowany pomysł, ale tak właśnie zrobiliśmy. Patrzyliście kiedyś oboje na zachód słońca? To po prostu przepiękny widok, a już zwłaszcza wtedy, kiedy robicie to we dwoje i jesteście w sobie zakochani. Te cudowne barwy, które się malują wtedy na niebie! To coś przepięknego i trudno jest oderwać od tego widoku wzrok, mówię wam!
Spędziliśmy dość długi czas na przyglądaniu się zachodzącemu słońcu, a potem powróciliśmy oboje do hotelu i tam Mavis pocałowała mnie bardzo słodko i oboje poszliśmy do mojego pokoju. To, co potem razem ze sobą robiliśmy, to było po prostu coś cudownego. Nie będę wdawał się tutaj w szczegóły, bo przecież to są tylko i wyłącznie sprawy moje oraz Mavis. Nie sądzę, żeby była zadowolona, gdyby się dowiedziała o tym, że opowiadam wam o tym. Choć właściwie, to ja już się chyba nigdy nie dowiem, co też ona by mogła pomyśleć lub co by uważała. Coś tak czuję, że nigdy się już tego nie dowiem, bo czy jeszcze kiedykolwiek ją zobaczę? Obawiam się, że nie. Bo przecież gdzie ja ją teraz znajdę? Świat jest wielki, jak więc można na nim odnaleźć jednego człowieka? Chyba można, ale przecież wszystkich zaginionych jakoś nie odnaleziono i to do dzisiaj. Wątpię więc, żeby można było odnaleźć moją ukochaną.
Tak czy inaczej, ta noc była po prostu cudowna i czułem się bosko i Mavis raczej nie miała powodu do narzekania. W każdym razie ja niczego takiego nie wyczuwałem w jej zachowaniu, więc chyba było dobrze. Ja, bądź co bądź, byłem wtedy chyba najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nie czułem jeszcze nigdy tak boskiej rozkoszy, tak wielkiej radości i poczucia szczęścia jak właśnie wtedy. Dlatego nie spodziewałem się tego, co spotka mnie rano. Oboje zasnęliśmy mocno w siebie wtuleni, a potem co się stało? Budzę się i Mavis nigdzie nie ma. Tylko ten list i tajemnicza paczka, której zawartości wcale nie jestem ciekawy. Właściwie to jestem, ale bardzo boję się poznać prawdę. Bardzo boję się tego, jak ta prawda będzie wyglądać i jak bardzo może mnie ona przerazić. Na tyle mnie przeraża, że już sam nie wiem, co mam robić.

***


Jonathan załamany opadł na łóżko, głęboko oddychając i patrząc tępo w sufit, przez chwilę nic nie mówiąc. Nie wiedzieliśmy, co mamy zrobić ani też, co powiedzieć, bo sytuacja była naprawdę przygnębiająca i trudno nam było w jakikolwiek sposób pocieszyć rudzielca. W końcu jednak Jonathan się odezwał, wypowiadając następujące słowa:
- Wiecie, jakiś czas temu byłem na terenie pewnego takiego starego zamku. Znajdował się on w... A zresztą nieważne, gdzie! No więc widziałem tam różne piękne obrazy, a jeden przedstawiał bardzo piękną parę. Przedstawiał pewnego człowieka w towarzystwie przeuroczej kobiety. Autor tego obrazu przedstawił za jego pomocą cudowną historię wielkiej miłości, która potrafi przetrwać wszystko. Chodziło w niej o to, że ów mężczyzna był przeklęty jako nieśmiertelny i zakochał się w śmiertelnej kobiecie. Mimo, że wszystko wydawało się sprzysiąc przeciwko nim, to potrafili być ze sobą, a on zdołał zrezygnować ze swojej nieśmiertelności po to, aby z nią być. Doczekali się dwóch synów i byli ze sobą szczęśliwi, a ów obraz uwiecznił uczucie tej pięknej pary.
Po tych słowach Jonathan ponownie westchnął głęboko i rzekł:
- Ale właściwie po co ja wam to opowiadam? Może dlatego, że to taka piękna historia o prawdziwej miłości, która potrafiła wszystko przetrwać? Sam nie wiem. To po prostu beznadziejne.
- A wiesz, skoro już o tej historii mowa, to chyba powinieneś wiedzieć coś o Mavis - powiedziałam.
- Właśnie, być może to pomoże ci wszystko lepiej zrozumieć - dodał Ash.
Opowiedzieliśmy więc dokładnie wszystko, czego się dowiedzieliśmy o jego ukochanej, a chłopak słuchał nas uważnie. Widać było, że bardzo go to wszystko interesuje i chociaż rewelacje, które mu przekazaliśmy, mogły się wydawać wręcz historią rodem z powieści fantasy, to jednak uwierzył w jej prawdziwość bez trudu. Powód ku temu był bardzo prosty.
- Gdybyście powiedzieli mi to wszystko w dniu, w którym ją poznałem, pewnie bym was wyśmiał. Teraz jednak, w świetle tego wszystkiego, co się tutaj działo czuję, że jest to aż nadto prawdziwe. Ale naprawdę uważacie, że to może być wampirzyca?
- Prędzej jakaś istota nieśmiertelna, chociaż niewykluczone, że to wampir - powiedział Ash - Ostatecznie posiada ona zdolność regeneracji ciała i w ogóle, a to przecież cecha każdego wampira.
- Ale kim są ci ludzie, którzy na nich polują? Kim oni są? Co to są za kolesie? Nieustraszeni pogromcy wampirów czy co? - zapytał Jonathan.
- Bo ja wiem? Podejrzewam, że chcą zdobyć coś, co stworzył profesor Stoner - odpowiedział mu Ash - Sądzę, że ma to bardzo duży związek z jego badaniami.
- Czy Mavis opowiadała ci coś o jego badaniach? - zapytałam.
- Właściwie to bardzo niewiele - odparł rudzielec - Tak tylko mówiła, że jest chemikiem i że prowadzi jakieś swoje badania, ale szczegółów mi nie podawała. Zresztą nawet nie byłem ich ciekawy.
- No jasne, oboje mieliście o wiele bardziej interesujące tematy do rozmowy - rzuciłam dowcipnie.
- A tak! A żebyś wiedziała! - potwierdził chłopak - Ale teraz bardzo żałuję, że nie podpytałem ją o to wszystko. Może coś by mi powiedziała.
- Powiedziałaby albo i nie - stwierdził Ash - Jak miała coś do ukrycia i to posiada związek z jej ojcem i nią, to siedziałaby cicho przez cały czas, choćbyś nie wiem, jak ją wypytywał.
Jonathan pokiwał potakująco głową i nagle zobaczył leżącą na nocnej szafce paczuszkę od Mavis. Uśmiechnął się lekko, wziął pakunek do ręki i powoli zaczął ją rozpakowywać.
- Mówiłeś, że zawartość tej paczuszki nic cię nie obchodzi - zauważył trochę złośliwie Ash.
- Zmieniłem zdanie - odparł Jonathan.
W paczuszce znajdowała się jakaś niezbyt duża książeczka w twardej oprawie i z białą okładką ze złotymi dodatkami.
- Co to takiego? - zapytał Ash.
- Wygląda jak jakiś pamiętnik - powiedziałam.
- Bune-bune! - zapiszczał potwierdzająco Buneary.
Jonathan obejrzał go powoli i po chwili otworzył go zaintrygowany.
- To pamiętnik Mavis - powiedział - Ale dlaczego mi go dała?
- Przeczytaj, to się dowiesz - stwierdziłam.
- Chyba to jedyne wyjście - zgodził się ze mną chłopak i z ogromną uwagą zaczął wpatrywać się w pierwsze strony pamiętnika.
Już po chwili zaczął go czytać na głos.

***


Uzupełnienie pamiętników Sereny - pamiętniki Mavis c.d:
Trudno jest mi powiedzieć, dlaczego postanowiłam pisać pamiętnik. Może po prostu czuję potrzebę wygadania się komuś? A może chcę kiedyś ten pamiętnik przekazać komuś innemu, kto później przeczyta moją historię i ją lepiej zrozumie? Sama właściwie nie wiem. Tak czy inaczej chcę pisać ten pamiętnik, mając przy tym wielką nadzieję, że być może kiedyś uda mi się przestrzec ludzi przed tym, co mnie spotkało. Zapewniam was, że nie ma czasami na tym świecie nic gorszego niż marzenia, które się spełniają.
Ponieważ pamiętnik ten jest o wiele za mały na to, aby móc opisać w nim wszystko i to jeszcze ze wszystkimi szczegółami, dlatego też poprzestanę tylko i wyłącznie na najważniejszych sprawach.
Zacznę od tego, że wszystko rozpoczęło się w chwili, kiedy to zmarła moja mama. Po jej śmierci, ojciec mój kompletnie zbzikował i prócz tego zamknął się w sobie. Przez długi czas nie był on w stanie sobie poradzić z tą tragedią, tak samo zresztą jak i ja, choć w przeciwieństwie do mnie mój ojciec wręcz się odseparował od całego świata. Całego, łącznie ze mną. Oczywiście wreszcie zaczął się do mnie odzywać i spędzać ze mną czas, ale to już nie było to samo. W każdej rozmowie z nim wyczuwałam, że ojciec cierpi i chociaż próbuje udawać przede mną twardego, to w rzeczywistości ma wielką ochotę wyć z rozpaczy. Nie miałam mu oczywiście tego za złe, ponieważ wiele razy ja sama chciałam nie tylko płakać, ale wręcz wrzeszczeć wniebogłosy z bólu, który to niczym rozżarzone do białości kleszcze rozrywał mi serce na kawałki. Bardzo mi brakowało mamy, dlatego ból ojca i jego tęsknota za nią wcale mnie nie denerwowały. Jedyne, co mnie denerwowało, to fakt, że mój ojciec przeżywał swój ból całkiem sam i nie chciał go ze mną dzielić. Bo przecież oboje taki sam ból odczuwaliśmy, a więc powinniśmy chyba się wspierać i spróbować w jakiś sposób we dwoje go przeboleć, a nie odsuwać się od siebie i przeżywać go każde osobno.
Po jakimś czasie ojciec popadł w prawdziwą paranoję. Był przekonany o tym, że istnieje możliwość uratowania człowieka od śmierci i to jeszcze nawet wtedy, gdy człowieka od śmierci dzielą zaledwie milimetry. Wierzył on święcie w to, że zdoła odkryć taką możliwość, a z czasem zaczął uważać, że opanuje też i zdolność przywracania ludzi do życia. Często zaczął wyjeżdżać z naszego rodzinnego domu, powierzając mnie opiece ciotek i prowadził jakieś dziwne poszukiwania. Wreszcie któregoś dnia powrócił z nich i to bardzo z siebie zadowolony. Przywiózł też coś ze sobą, co podobno było w jakimś sposób w stanie zapewnić mu możliwość odkrycia sekretu wiecznego życia. Byłoby lepiej, gdyby tak zniszczył to swoje znalezisko i nigdy z niego nie korzystał. Nie zrobił tego jednak i zgubił w ten sposób siebie i mnie.
Po powrocie z wyprawy, ojciec zamknął się w swoim laboratorium i przez kilka dni prawie z niego nie wychodząc. Pracował nad czymś, ale nie wiedziałam za bardzo nad czym. Gdy próbowałam go o to zapytać, ojciec zawsze mnie zbywał milczeniem lub zapowiedzią, że wszystkiego dowiem się w swoim czasie. Czas ten jednak wciąż nie przychodził i jego nadejście tylko się przeciągało. Wreszcie ojciec zdołał dokonać swojego odkrycia i był z niego bardzo zadowolony, ale oczywiście wciąż mi nic nie powiedział uważając, że jeszcze za wcześnie i chce wszystko dokładnie ustalić, odkryć i dowiedzieć się wszystkiego o właściwościach tego, co zdołał stworzyć. Nie wypytywałam o szczegóły wierząc, że i tak wreszcie powie mi wszystko o swoich badaniach. Zawsze tak robił, tylko to wymagało czasu.
Ale z jakiegoś powodu ojciec nagle, po kilku dniach wielkiej radości oraz sporego zapału nagle zaczął się zachowywać skrajnie inaczej. Przestał okazywać entuzjazm z powodu swojego odkrycia, a prócz tego jeszcze z jakiegoś powodu stał się bardzo przygnębiony, ale później było tylko gorzej. Zaczął zamykać na klucz swoje laboratorium i to również przede mną. Bardzo mnie to zdziwiło, gdyż jak dotąd zawsze mnie tam bez wahania wpuszczał. Teraz jednak z jakiegoś powodu, nie tylko przestał to robić, ale jeszcze do tego zabronił mi kategorycznie wchodzić do swojej pracowni. Oczywiście jego zachowanie wzbudzało mój niepokój, że nie wspomnę już o tym, iż zachęcało mnie również do tego, aby się dowiedzieć, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy. Przy okazji jeszcze rozbudziło to we mnie wręcz wrodzona ciekawość. Koniecznie chciałam odkryć, co też ukrywa przede mną mój drogi ojciec i dlaczego w ogóle to robi. Gdybym tylko wiedziała, jak straszne będą tego dla mnie konsekwencje, nigdy bym tego nie zrobiła i z daleka trzymałabym się od tego przeklętego laboratorium. Niestety, na moje własne nieszczęście, dar jasnowidzenia nigdy nie został mi dany, dlatego też wpakowałam się na własne życzenie prosto w największe kłopoty.
Pewnego razu, mój ojciec wychodząc zapomniał zamknąć drzwi od swojego laboratorium. To była po prostu idealna okazja dla ciekawskiej osoby takiej jak ja. Oczywiście wykorzystałam ją do tego, aby wejść do środka i bardzo dokładnie rozejrzeć się po laboratorium. Dobrze je znałam, bo już niejeden raz tutaj bywałam w czasach, kiedy jeszcze było mi wolno to robić. Dlatego też bez większych trudności odkryłam, co też jest w nim nowego. Było tutaj kilka probówek i flaszek pełnych nieznanych płynów, jednak moją uwagę przykuła przede wszystkim jedna buteleczka z doczepioną do niej karteczką z napisem „Ambrozja Życia“. Od razu skojarzyło mi się to z celem badań ojca. A zatem o to toczyło się całe zamieszanie. Zastanawiało mnie jednak, dlaczego ojciec nigdy mi tego nie pokazał? I dlaczego ukrywał to przede mną? Skoro znalazł on sposób na to, żeby ratować ludzi przed śmiercią i to nawet w sytuacjach krytycznych, to dlaczego schował go przede mną, swoją córką? I dlaczego nie opowiadał mi o tym z zachwytem, tylko próbował ten fakt ukryć? To wszystko było bardzo dziwne.
Niestety, choć wejście do tego laboratorium było szczytem głupoty, to jednak nie wyczerpałam w ten sposób jeszcze zapasu głupich zachowań na tamten dzień. Najgłupsze dopiero były przede mną. A jak one wyglądały? Otóż pierwsza z nich wyglądała tak, że wzięłam do ręki buteleczkę z Ambrozją Życia i zabrałam ją do swojego pokoju. Potem usiadłam i zacząłem z uwagą przyglądać się odkryciu ojca. Było bardzo niezwykłe i czułam, że przyniesie ojcu wielką sławę. Bo w końcu lek ratujący życie jest czymś niezwykłym i godnym wszelkich nagród naukowych.


Takie myśli krążyły mi wtedy po głowie, gdy oglądałam buteleczkę, a potem otworzyłam ją i postanowiłam wypróbować to lekarstwo na sobie. Był to szczyt głupoty, ale w tamtej chwili ciekawość odebrała mi rozum. Prócz tego kierowało mną jeszcze coś oprócz ciekawości. Tak bardzo chciałam znowu zobaczyć mamę, że przez chwilę przyszła mi do głowy głupia myśl o tym, iż ten eliksir jest trucizną dla wielu organizmów i dlatego ojciec go ukrywa. Co by więc było, gdybym tak nagle umarła? Wreszcie zobaczyłabym mamę! A prócz tego ojciec by już mógł się dalej pogrążać w świecie tajemnic, który przecież kochał bardziej ode mnie. Gdyby było inaczej, to na pewno nigdy by tego leku przede mną nie ukrywał. A skoro to zrobił, to jest żałosnym ojcem i należy mu się za to nauczka. To by dopiero była dla niego nauczka, jakbym tak nagle umarła. Dobrze teraz wiem, że to był idiotyzm myśleć w taki sposób, ale wtedy uważałam inaczej. W tamtej chwili byłam święcie przekonana, iż lek działa jak należy, ale gdyby tak nie zadziałał? Był cień szansy na to, więc warto było skorzystać z okazji i dokuczyć ojcu, który tak mnie uraził swoimi tajemnicami, a także skrzywdził moją mamę nie poświęcając jej tak wiele czasu, ile powinien, gdy jeszcze żyła. Już za samo to miałam prawo go ukarać, a co dopiero za całą resztę. Dlatego też otworzyłam buteleczkę i z nikłą nadzieją na śmierć łyknęłam z niej mały łyczek.
Jak się można domyślić, to oczywiście trucizna nie była. Nie powiem, byłam trochę zawiedziona, ale też z drugiej strony nawet ucieszyło mnie, że żyję i mam się dobrze. To dobrze wróżyło wynalazkowi ojca. Co prawda byłam wciąż na niego zła i to bardzo, ale mimo wszystko nadal kochałam go. Dlatego, gdy w końcu już ochłonęłam, to ucieszyłam się, że lek tatusia mnie nie zabił. Chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałam tego, iż jeszcze będę żałować tego, że wtedy nie umarłam.
Tymczasem ojciec wrócił do domu i bardzo szybko odkrył zniknięcie swojej buteleczki. Bez trudu też odnalazł złodzieja w mojej osobie, a kiedy tylko wbiegł do mojego pokoju i zobaczył mnie z buteleczkę w ręku, to krzyknął przerażony:
- Córeczko! Coś ty najlepszego zrobiła?!
Spojrzałam w jego kierunku, z uwagą obserwując na jego przerażoną postać i kpiąco mu odpowiedziałam, że chciałam się zabić tym jego eliksirem, ale mi nie wyszło. Ojciec patrzył na mnie zaszokowany i zapytał mnie, dlaczego chciałam to zrobić. Powiedziałam mu więc, że to wszystko przez jego głupie tajemnice. Gdyby tak ich nie miał, to bym nie czuła się gorsza. A prócz tego, że obiecał z pomocą tego leku wskrzesić mamę i co? Gdzie ona jest? Pomyślałam więc, jak cudownie byłoby ją znowu zobaczyć. A skoro to jego odkrycie nie przywróciło jej do życia, to może ten jego lek tak naprawdę uśmierca? To by było coś! Ale oczywiście jego lek wcale nie zabija, ale życia jakoś też nie potrafi dać.
Wiem, jak strasznie głupio i żałośnie to brzmiało, ale wtedy tak beznadziejnie sprzeczne uczucia krążyły we mnie. Przez mojego ojca i jego podejście do mnie, a także z powodu jego niedotrzymanych obietnic byłam wręcz rozgoryczona i przez głowę chodziła mi zarówno ogromna chęć zabicia się i równie ogromna chęć życia zarazem. Miałam wtedy osiemnaście lat, ale w głowie chyba siano zamiast mózgu. No cóż, tak to czasami bywa na tym świecie. A na efekty tego siana w miejscu, w którym powinien być mózg nie trzeba było długo czekać.
Gdy już się wyżaliłam i zrzuciłam z serca wszystko, co tylko mi na nim leżało, to ojciec powiedział mi wreszcie całą prawdę o Ambrozji Życia. Gdyby tylko był szczery ze mną od samego początku, to bym zdołała tego uniknąć. Nie zrobił tego i efekty były wręcz przerażające. Okazało się bowiem, że ojciec przez przypadek stworzył eliksir, który daje wszystkim żywym istotom nieśmiertelność. Osoba, która wypiła to paskudztwo sprawiała, że jej organizm i ciało się na swój sposób konserwowały. Były odporne na choroby i wszelkie trucizny, zaś wszelkie używki działały na nie o wiele wolniej i krócej niż normalnie. Wydaje się fajnie, prawda? W końcu kto nie chciałby tak żyć, czyż nie? Ale to wszystko posiadało niestety swoją cenę. Nieśmiertelność przecież skazuje człowieka na samotność. Twoi bliscy kolejno umierają, a ty wciąż żyjesz i musisz ich pochować. Oczywiście ich również możesz uczynić nieśmiertelnymi, ale czy posiadasz do tego prawo i czy oni tego będą chcieli? Poza tym ta tajemnica zawsze powinna być ukryta przed światem, więc im mniej ludzi o niej wie, tym lepiej. Wiąże się to też z faktem, że musisz wciąż zmieniać tożsamość i miejsce pobytu, inaczej ktoś zwróci uwagę na fakt, iż żyjesz o wiele dłużej niż żyć się powinno, a z takiego czegoś wychodzą tylko kłopoty. Przecież ludzi nieśmiertelnych każdy chce schwytać i poddać ich badaniom lub też w wykorzystać do podłych celów szpiegowskich itp. W końcu nieśmiertelny agent to prawdziwa gratka dla każdej szpiegowskiej organizacji i nie tylko dla nich. Jeżeli więc wiecznie żywi nie chcą się stać narzędziem zbrodni dla pozbawionych skrupułów łotrów, to muszą całe życie ukrywać swoją prawdziwą tożsamość przed światem. A całe życie oznacza całą wieczność. I takie oto życie nas czekało. Tak, czekało nas ono, bo przecież mój ojciec nie zdołał stworzyć antidotum na ów lek życia. Niezbyt miła perspektywa, prawda?
Ale to jeszcze nie jest koniec niespodzianek w tej sprawie. Nieśmiertelni są przecież bezpłodni. Nie mogą mieć dzieci. Nie zdołają więc dać ukochanej osobie tego, czego ta osoba potrzebuje do pełni szczęścia w związku. Nigdy nie zdołają mieć dzieci ani też poczuć tego błogosławieństwa bycia rodzicem. Krótko mówiąc, nieśmiertelni są przeklęci w każdy chyba możliwy sposób. I ja i ojciec to właśnie zyskaliśmy - każde z powodu swojej własnej głupoty.
Długo by można opowiadać o tym wszystkim, co razem przeżyliśmy przez te wszystkie lata, odkąd ja i on zostaliśmy przeklęci, ale zdecydowanie w tej sprawie najważniejsze jest to, co z tej historii wynika. A wynika z niej chyba jasno to, że nieśmiertelność wcale nie jest tak cudowna, jak się to może niektórym ludziom wydawać. Ci, którzy jej sobie życzą, tak naprawdę nie wiedzą, o co proszą. Lepiej już żyć tak, jak wszyscy życiem śmiertelnika niż przeżyć całą wieczność w samotności. Dobrze wiem, co mówię.
A co do nas, to być może kiedyś znajdziemy antidotum na nasz stan i jeszcze kiedyś będziemy w stanie jakoś normalnie żyć. Być może kiedyś tak będzie, ale póki co jest to niemożliwe i musimy jakoś żyć. Choć właściwie, co to za życie? Zwykła namiastka, żałosna egzystencja i nic poza tym. Co z tego wyniknie? I czy może coś z tego wyniknąć? Czas pokaże, o ile w ogóle to potrafi. Przyszłość maluje mi się w kiepskich barwach. Jest ona zamazana i raczej nie dostępna. Za to przeszłość wciąż mnie dręczy. Wszystko, co widziałam przez te lata i wszystko, co przeżyłam nie daje mi spokoju. A już zwłaszcza słowa ojca:
- Córeczko, coś ty najlepszego zrobiła?!
Co ja zrobiłam?! Dobre sobie! Co on zrobił?! Przecież to przez jego głupie pomysły stało się to wszystko! To przez niego teraz byliśmy skazani na takie życie, jakie obecnie wiedziemy. To jemu zawdzięczamy taką dolę. Jemu i tylko jemu. A jednak z jakiegoś powodu to właśnie do mnie ojciec miał w tej sprawie pretensje. Po prostu śmieszne! Chociaż nie, wcale nie! To zdecydowanie nie było śmieszne. To było po prostu okrutne. Los obszedł się z nami w sposób perfidny i odebrał nam wszystko, co mogło mieć dla nas znaczenie. W tamtej jednej chwili wiele spraw straciło znaczenie, zaś cała nasza przyszłość stanęła pod jednym wielkim znakiem zapytania. I co nas teraz czeka? Tego nikt nie wie.

***


Pamiętniki Sereny c.d:
Jonathan skończył czytać, po czym z wielką uwagą przeglądał dalsze strony pamiętnika Mavis. Tych już nam nie przeczytał, tylko wpatrywał się w nie z uwagą i zastanawiał nad ich treścią.
- Dalej jest coś jeszcze? - zapytał po chwili Ash.
- Tak, ale głównie jakieś tam dywagacje o sensie życia i takie tam - odparł rudzielec - Chyba chciała poprzestać na swoim pierwszym długim wpisie, ale jakoś nie mogła się powstrzymać, żeby co jakiś czas nie dopisać tutaj czegoś jeszcze ze swoich przemyśleń.
- Pamiętniki zwykle do tego służą - zauważyłam i spojrzałam na Asha - Teraz już wszystko jasne. Dlatego poznałeś ją dziesięć lat temu i wyglądała dokładnie tak samo, jak dzisiaj. I dlatego ciągle ten straszny facet za nimi łazi. Chce ich schwytać i wykorzystać ich umiejętności do swoich celów.
- Tak, teraz już wszystko rozumiem - powiedział smutno Ash - Wielka szkoda, że nie możemy im pomóc.
- Pika-pika! Bune-bune! - zapiszczeli smutno Pikachu i Buneary.
Jonathan dalej przeglądał pamiętnik Mavis i wpisy w nim zawarte, aż nagle coś przykuło jego uwagę. Przyjrzał się temu bardzo uważnie, lekko się uśmiechnął i powiedział:
- Posłuchajcie tego! To jest ciekawy wpis!
Następnie zaczął czytać:

Dzisiaj poznałam naprawdę super chłopaka. Ma na imię Jonathan i jest chłopakiem wprost wymarzonym dla mnie. Czuły, kochający, zabawny, a do tego przeuroczy pod każdym względem. Czuję się przy nim cudownie, to moja bratnia dusza i ktoś, z kim się doskonale rozumiem. Tak bardzo bym chciała, żeby coś z tego wyszło. Dobrze jednak wiem, że to jest niemożliwe, ale póki co nie chcę o tym myśleć. Teraz chcę tylko cieszyć się życiem w jego towarzystwie, jak długo się tylko da. I chcę uczynić chwile z nim jak najbardziej cudowne. Chociaż tyle mogę zrobić i zrobię to. Czuję, że to jest prawdziwa miłość, takie zing, jak to nazywała moja mama. Zing, czyli taka trochę zwariowana, ale prawdziwa miłość często od pierwszego wejrzenia. Taka bliskość dusz oraz doskonałe rozumienie się w każdy możliwy sposób. Takie uczucie, kiedy spotykasz kogoś, widzisz go pierwszy raz w życiu i po chwili rozmawiasz z nim jak z osobą, którą znasz od zawsze. A im dłużej z nią spędzasz czas, tym bliżsi sobie jesteście. To mama nazywała zing, a ja już po jednym dniu spędzonym w towarzystwie Jonathana czuję, że takie właśnie uczucie spotkało mnie i jego.

- Ciekawie to brzmi - powiedział Ash - Widać Mavis naprawdę cię pokochała i chciała być z tobą, ale jej sytuacja życiowa jej to uniemożliwiła.
- Tak i teraz już wiem, dlaczego tak wariowała w tym barze - rzekł po chwili Jonathan, zerkając okiem na dalsze wpisy - Chciała mnie do siebie w jakiś sposób zniechęcić, abym przestał ją kochać i żebym mniej cierpiał, kiedy ona odejdzie. Ale ta sytuacja ją przerosła i zrobiła to dość nieudolnie.
- Wielka tylko szkoda, że nie była z tobą od początku całkowicie szczera - powiedziałam - Może wtedy byłoby wam prościej?
- Co by było prościej? - zapytał Jonathan.
- Rozstać się, pożegnać ze sobą - wyjaśniłam.
Jonathan popatrzył na mnie z wielką uwagą i zacisnął ze złości zęby oraz pięści, którymi dziko uderzył w pościel i zawołał:
- Rozstać się?! Pożegnać?! Nic z tego! Przecież to jest miłość! Prawdziwe zing! A o prawdziwe zing się walczy! I ja będę walczył!
- Ale w jaki sposób chcesz to zrobić? - zapytałam.
- Odnajdę ją i jej pomogę!
- Ale jak chcesz ją znaleźć? Przecież nawet nie wiesz, gdzie ona jest!
- I co z tego? To się tego dowiem - odpowiedział Jonathan, zeskakując wesoło z łóżka - Przecież zaprzyjaźniłem się z parą najlepszych detektywów na świecie! Kto pomoże mi ją znaleźć, jeśli nie wy?
Ash zachichotał zadowolony, słysząc te słowa i delikatnie pomasował sobie palcami podbródek, po czym powiedział:
- Sądzę, że łatwo będzie ustalić, dokąd poleciała.
- Ale o wiele trudniej ustalić, dokąd potem się udała - zauważyłam.
- Spokojnie, to też ustalimy - odparł Ash z uśmiechem na twarzy.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu.
- Bune-bune! - dodała Buneary, radośnie przy tym podskakując.
- To na co jeszcze czekamy? Ruszajmy za nią! - zawołał Jonathan.


C.D.N.

piątek, 13 września 2019

Przygoda 122 cz. III

Przygoda CXXII

Pieśń o zing cz. III


Uzupełnienie pamiętników Sereny - pamiętniki Mavis c.d:
Ojciec jak zwykle niszczy mi życie. Komplikuje je chyba na wszelkie możliwe sposoby i do tego jeszcze nie pozwala mi się nim cieszyć w pełni. Rzecz jasna ja rozumiem wszelkie jego obiekcje wobec Jonathana i moich z nim relacji, ale przecież wszystko dałoby się jakoś przeprowadzić i to w taki sposób, aby nikt z tego powodu nie cierpiał. Ostatecznie przecież nie bez powodu mówią, że dla chcącego nie ma nic trudnego. W każdym razie ja tak słyszałam i jak dotąd tak uważałam.
Ale oczywiście, jakby nie patrzeć, motywy postępowania mojego ojca są dla mnie całkowicie zrozumiałe. Wiem dobrze, o co mu chodzi. Na swój sposób częściowo też podzielam jego zdanie. A właściwie podzielałam je przez jakiś czas i dopiero teraz to mi się nagle odwidziało. A dlaczego? Bo po prostu poczułam w sercu coś, czego już dawno w sercu nie czułam i co jest wręcz boskim uczuciem, które zachęca mnie do życia i do tego jeszcze czerpania z tego życia pełnymi garściami. Nie żebym wcześniej nie czerpała z życia garściami, ale co to było za czerpanie? Owszem, było cudowne, lecz daleko mu do tego, jak bosko moje życie mogłoby wyglądać, gdybym tak nie odrzuciła na zawsze miłości. Ale co ja innego niby mogłam niby zrobić? Przecież taka osoba jak ja raczej nie zasługuje na prawdziwą miłość. Bo w końcu kim ja jestem? Kim się stałam z powodu swojego ojca i jego głupich pomysłów? I czy po tym, kim zostałam teraz mogę spodziewać się, że będę kiedykolwiek szczęśliwa w miłości? To przecież jest tak samo możliwe, jak to, że kiedykolwiek Rumunia zostanie mistrzem świata w piłce nożnej, czyli raczej marne szanse.
A wszystko to z powodu ojca i jego miłości do nauki! Z powodu jego eksperymentów doszło do tego, że zostałam skazana na życie bez miłości i w samotności. Oczywiście trudno nazwać samotnością życie z ojcem, ale też chyba trudno jest nazwać prawdziwym życiem tę żałosną egzystencję, którą muszę wieść. Dlatego też miłość bardzo by ją urozmaiciła, a prócz tego też nadałaby mu o wiele więcej sensu. Ale zawsze bałam się jej poddać, gdyż bardzo dobrze wiedziałam, że w przeciwieństwie do innych kobiet tego świata, ja nie zdołam dać ukochanemu tego, czego z całą pewnością bardzo pragnie. A zatem jeżeli tego nie potrafię mu dać, bo jestem na swój sposób upośledzona, to czego ja niby oczekuję od życia? Cóż ja niby mogę dać ukochanemu? Każdy facet prędzej czy później to odkryje i wtedy albo mnie porzuci, albo też stracę go w inny sposób. A więc po co się starać, skoro z góry wiem, jaki będzie tego wynik?
Ale przecież wcale tak nie musiało być. Gdyby tylko dało się naprawić to wszystko, co nas spotkało, to by dopiero było coś! Wówczas to ja i ojciec bylibyśmy szczęśliwi i wcale nie skazani na życie tylko ze sobą. Tak, to by było dopiero coś! Tylko w jaki sposób doprowadzić do tak boskiej sytuacji? Jak dotąd okazywało się to niemożliwe. Oczywiście, gdyby każdy człowiek zasłaniał się słowem „niemożliwe“, to nigdy by niczego nie osiągnął, a cały świat nigdy nie poszedłby do przodu. Problem w tym, że ojciec już dawno się poddał, a ja nie posiadam jego umiejętności i z tego też powodu mogę całkowicie zapomnieć o tym, że w jakikolwiek sposób zdołam naprawić to, co się stało.
Człowiek często cierpi za swoje błędy bądź swoją głupotę i jest to jak najbardziej sprawiedliwe. Ale za to jawną niesprawiedliwością jest sytuacja, w której człowiek cierpi za winy niepopełnione. Przecież jak to możliwe, aby los karał kogoś za to, co on nie zrobił, tylko za to, co zrobił ktoś inny? A już najbardziej niesprawiedliwą i najbardziej okropnie dzieje się wtedy, kiedy tak los doprowadza do sytuacji, kiedy dziecko ponosi winę za głupotę rodzica. Co prawda ja oczywiście w tej sprawie też jestem winna, ale i tak to jest nic w porównaniu z winą mojego ojca. W Biblii zaś pisze, że za winy rodziców będą cierpieć dzieci do siódmego pokolenia. W tym przypadku tu chodziło tylko o jedno pokolenie, o mnie. Bo przecież z powodu mego jakże kochanego tatusia, to ja na swoich potomków nie mam co liczyć.
Nie mam również co liczyć na szczęście razem z Jonathanem. Strasznie zaczęło mi na tym chłopaku zależeć. To źle, tak jak i to, że się przez chwilę zapomniałam i pozwoliłam porwać uczuciom. Przecież mnie nie wolno! Ja jestem na zawsze przeklęta! Jakim to więc prawem zawracam mu głowę? On na to nie zasługuje! Jest o wiele więcej wart niż ja. To jest dobry i super facet! Coraz bardziej staje mi się bliski. Czuję, że to moja bratnia dusza. Ale co dalej? Ojciec powiedział, żebym powiedziała chłopakowi prawdę, tylko w jaki sposób ja to mam zrobić? Jeżeli to zrobię, stracę go! Jeżeli nie zrobię, to też go stracę! W każdym przypadku będę cierpieć i on też. Więc co mam zrobić? Trzeba wybrać mniejsze zło. Tylko jak? Który wybór będzie lepszy, a który będzie gorszy? Trudno się zdecydować.
Chociaż coś właśnie przyszło mi do głowy. Może coś z tego wyjdzie? Może to będzie mniejsze zło? Tak, warto spróbować! Zobaczymy jeszcze, jakie będą tego efekty.

***


Pamiętniki Sereny c.d:
Cały czas wahaliśmy się, czy przyjąć sprawę poszukiwań żony naszego gospodarza, gdyż nie chcieliśmy przerywać sobie swoich jakże przyjemnych wakacji i odpoczynku od wszelkiego rodzaju obowiązków, którym przecież zawsze powinna się charakteryzować podróż poślubna zakochanej w sobie pary. Oczywiście nie myślcie tu sobie, że mnie i Asha w ogóle nie obeszły problemy Franka Randalla. Przeciwnie, obeszły nas one i to bardzo, ale też na chwilę obecną ja i Ash o wiele bardziej przejęliśmy się sprawą Mavis, której zachowanie robiło się ostatnio nad wyraz podejrzane. Rozmowa tej dziewczyny z jej ojcem dawała nam wiele do myślenia i przy okazji w jakiś sposób też pokazywało, że podejrzenia Asha wobec niej w ogóle nie były bezpodstawne. Być może w tym właśnie tkwił klucz do całego problemu. Być może ta dziewczyna z jakiegoś powodu została przeklęta np. wiecznym życiem albo starzeje się dużo wolniej od zwykłych ludzi i z tego też powodu Ash widział ją dziesięć lat temu jako osiemnastolatkę i dalej nią jest? Ten fakt wiele by nam wyjaśnił. Przy okazji przypomniałam sobie, jaki kostium dziewczyna założyła na siebie podczas balu przebierańców z okazji swoich urodzin. Przebrała się za wampirzycę. Bardzo zatem możliwe, że wybór stroju nie był przypadkiem i wiąże się z tym, kim tak naprawdę jest.
Tak prawdę mówiąc, to taka możliwość sprawiała, że miałam ciarki na całym ciele. Od dawna wielkim przerażeniem potrafiły mnie napawać różne zjawiska paranormalne, a już szczególnie horrory i potwory pochodzące z nich, a dotyczyło to szczególnie wampirów, choć nigdy ich nie spotkaliśmy. Choć w sumie można powiedzieć, że spotkaliśmy je. Ostatecznie w trakcie naszych przygód trafiliśmy na groźnego Pokemona - Noiverna płci żeńskiej, który wskutek eksperymentów naukowych stał się potworem posiadającym pewne cechy wampirów. Co prawda Wampirzyca Noivern zginęła zabita przez Arlekina, który w ten sposób uratował mi życie, ale przecież została sklonowana, jej klon wciąż żył, a my mieliśmy w jego osobie wroga. Jednak oczywiście ta podła istota nie była typowym krwiopijcą z horrorów, a Mavis mogła taką być, na co wskazywało wiele aspektów. Co prawda potrafiła swobodnie chodzić po słońcu i jakoś nie sprawiała wrażenia osoby bojącej się krzyży czy czosnku, jak również raczej daleko jej było do przemiany w nietoperza albo spania w trumnie. Widziałam przecież wyraźnie, jak jadła potrawę z sosem czosnkowym i wcale od tego nie umarła, tylko miała lekkie gazy. Widziałam ją także raz na spacerze i przechodziła obok pobliskiego kościółka i jakoś wcale się nie bała ani nawet nie wzdrygnęła. W pokoju przecież trumny nie miała, choć tę oczywiście mogła gdzieś ukryć w jakimś bezpiecznym miejscu. Co do przemiany w nietoperze, to jakoś nie byłam świadkiem takowej, ale też to nie był żaden dowód. Przecież fakt, że czegoś nie widziałam wcale nie znaczy, iż tego nie ma.
W każdym razie po naradzie z Ashem oraz wymianie poglądów w tej sprawie oboje uznaliśmy, że o wiele lepiej będzie spróbować dowiedzieć się czegoś więcej o Mavis. Bo jeśli rzeczywiście była niebezpieczną dla innych istotą, to trzeba się było tego dowiedzieć zawczasu zanim dojdzie do czegoś złego. Bo przecież takie coś mogło mieć miejsce, dlatego też lepiej było się zawczasu przygotować. W tym oto celu postanowiliśmy zatem obserwować Mavis najczęściej, jak się tylko da i spróbować odkryć, jaki to sekret skrywa i dlaczego.
- Jeżeli jest wampirzycą, to trzeba się będzie dobrze przygotować do walki z nią - powiedziałam do Asha - Potrzebny będzie cały zapas srebrnych kul i jeszcze mocny, osikowy kołek.
Załamana uderzyłam się dłonią w czoło i jęknęłam:
- Boże! Co ja w ogóle wygaduję?! Przecież to wszystko bajki i wymysł ludzi o zbyt wielkiej wyobraźni! Wampiry wcale takie nie muszą być. I do tego wcale nie muszą być istotami z piekła rodem.
- Jeśli to w ogóle jest wampirzyca - powiedział Ash - Bo przecież w tej sprawie nie mamy żadnej pewności. Równie dobrze sekretem Mavis może być coś zupełnie innego, a my wyciągamy pochopne wnioski.
- Pochopne wnioski? Przecież ty sam mówiłeś mi, że to jakaś dziwna istota, która wciąż posiada osiemnaście lat pomimo upływu lat!
- To prawda i jestem tego całkowicie pewien, ale za to już nie jestem pewien tego, jakiego rodzaju istotą jest Mavis. Być może pochodzi z rasy Przedwiecznych.
- Sądzisz? - spytałam i zastanowiłam się nad tym - Ale wobec tego kim jest jej ojciec? I dlaczego ma on jakieś wątpliwości w sprawie jej związku z Jonathanem? To wszystko jakoś nie pasuje mi do teorii z Przedwiecznymi.
- Tak, masz rację - zgodził się ze mną Ash - To raczej kiepska teoria. Słuchaj, a pamiętasz może ten film „Nieśmiertelny“?
- Tak, a czemu pytasz?
Zanim jednak Ash zdążył odpowiedzieć, to zaraz przypomniałam sobie ten film i wątek głównego bohatera oraz problemów, z którymi się borykał. W obliczu tego wszystkiego już powoli zaczęłam rozumieć, do czego Ash zmierza.
- Czy sądzisz, że jest to możliwe, kochanie? To by wiele wyjaśniało. To by tłumaczyło zachowanie Mavis i jej ojca.
- Tak, choć oczywiście też wyjaśnieniem może tu być fakt, że po prostu dziewczyna jest ciężko chora i nie nadaje się z tego powodu do związku z kimkolwiek - mówił dalej Ash, delikatnie masując sobie podbródek - Ale też to w ogóle nie tłumaczy tego, że ją widziałem dziesięć lat temu i to jako nastolatkę, którą dalej ona jest.
- Tak czy siak chyba najlepiej będzie, jeżeli przyjrzymy się uważnie tej pannicy - powiedziałam.
Ash zgodził się ze mną całkowicie i oboje postanowiliśmy iść za Mavis i obserwować jej zachowanie licząc, że w nim będzie się kryć rozwiązanie. Ubraliśmy się więc (bo przecież wyżej przytoczoną rozmowę odbyliśmy ze sobą o poranku będąc jeszcze w piżamach) i zeszliśmy na dół, aby poszukać Mavis. Muszę tu jednak zaznaczyć, że oboje wdzialiśmy na siebie stroje bardziej szkockie, które bardzo nam się spodobały. Ja i Buneary założyliśmy szkockie spódniczki, a ja dołożyłam do tego uroczą, ciemną bluzkę. Z kolei Ash założył białą koszulkę, szkocki kilt i rzecz jasna swoją ulubioną czapkę z daszkiem. Pikachu również założył na siebie kilt i muszę powiedzieć, że zarówno on, jak i jego trener wyglądali w tych szkockich strojach po prostu fenomenalnie. W każdym razie mnie i Buneary chłopcy bardzo się w nich podobali.
- Wyglądacie jak prawdziwi Szkoci - powiedziałam zadowolona.
- Bune-bune! - zapiszczała wesoło Buneary.
- Cieszę się, że tak uważasz i że ci się podobam w tym stroju, Sereno - odpowiedział mi Ash.
Pikachu zapiszczał rozkosznie do swojej sympatii i delikatnie ukłonił się jej, wyciągając przed siebie łapkę, którą króliczka z radością przyjęła. Potem oboje dali nam znać, że już chcą iść.
- W porządku! Już idziemy - powiedziałam wesoło i spojrzałam czule na Asha - Mam tylko nadzieję, że w razie czego będziesz potrafił walczyć jak na prawdziwego Szkota przystało.
- Spodziewasz się jakiś awantur z Mavis? - spytał Ash.
- Niekoniecznie, ale wolę być na nie przygotowana i ty też lepiej bądź gotowy - odpowiedziałam mu.
- Na dobrą bijatykę każdy Szkot jest zawsze gotowy! - zawołał wesoło mój mąż, przybierając przy tym dumną pozę.
- Weź już się tak nie popisuj - zachichotałam.
- Popisuj? Kochanie moje, ty jeszcze nie widziałaś, jak ja się potrafię popisywać!
- Serio? A w jaki sposób potrafisz to robić?
- Choćby stając na rękach. O tak!
To mówiąc Ash wygiął się lekko, próbując wykonać skok na ręce, ale w porę go od tego powstrzymałam, łapiąc go szybko za ramiona.
- Hej, opanuj się lepiej, skarbie mój! Jeszcze ktoś wejdzie i zobaczy to, czego widzieć nie powinien! - zawołałam.
Ash zachichotał i trącił mnie lekko palcem w nos i powiedział:
- Spokojnie, skarbie. Pod kiltem mam bokserki.
- Serio? - spytałam, niezbyt dowierzając jego słowom.
- Oczywiście, kochanie. Czy sądzisz, że bez nich wyszedłbym z domu? Przecież w Szkocji bywa nieraz bardzo chłodno, a poza tym nigdy nic nie wiadomo i ja tam wolę nie ryzykować.
- Bardzo mądra decyzja.


Po tej oto rozmowie zeszliśmy powoli schodami do głównego holu, w którym znajdowała się recepcja. Przy niej stała właśnie jakaś dziewczyna i od pracowniczki hotelu odbierała klucz do swojego pokoju. Odwróciła się w naszą stronę i zauważyliśmy wówczas, że jest to jakaś wysoka blondynka o długich blond włosach i ciemnych oczach. Ubrana była w białą sukienkę i białe adidasy, a jej włosy zdobiła niebieska wstążka. Do tego nosiła okulary o grubych ramkach i co jakiś czas poprawiała je sobie, gdy zsuwała się jej z nosa. Przy nodze miała walizkę, którą po otrzymaniu klucza wzięła do ręki i zaczęła z nią powoli iść w kierunku schodów. Wtem jednak potknęła się o własne nogi i wywróciła jak długa. Ash i Pikachu szybko podbiegli do niej i pomogli się jej pozbierać.
- Wszystko dobrze? - zapytał ją mój mąż.
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Tak, wszystko ze mną dobrze. Bardzo panu dziękuję - odpowiedziała dziewczyna i przyjaźnie się do nich uśmiechnęła - Powinnam chyba częściej patrzeć pod nogi.
- Zdecydowanie - zgodziłam się z nią - Ale spokojnie, jak się nosi przy nodze bagaż, to łatwo się o niego potknąć. Sama już wiele razy też się tak rozłożyłam jak długa.
- Tak to już się zdarza - powiedziała dziewczyna.
Mówiła trochę dziwnie, bo co prawda po angielsku, jednak akcentując wiele razy słowa w sposób typowy dla Francuzek. Jej twarz wydała mi się z jakiegoś powodu dziwnie znajoma, ale nie byłam pewna, gdzie ją mogłam wcześniej widzieć. Ash też z bardzo dużą uwagą przyglądał się blondynce i widać podzielał moje uczucia w tej sprawie.
- Czy jest pani tu pierwszy raz? - zapytałam po chwili.
- Tak, wiele słyszałam o tym miejscu i bardzo chciałam je zobaczyć - powiedziała dziewczyna - Jak widzę dobrze zrobiłam, bo to jest naprawdę przyjemne miejsce i bardzo sympatyczni ludzie tu przebywają.
- Owszem, to miejsce jest urocze - zgodziłam się z nią i dodałam po francusku: - Ale zakładam, że o tej porze we Francji jest o wiele cieplej.
Ciekawiło mnie, jak na to zareaguje. W sumie to nie wiem, co chciałam w ten sposób osiągnąć lub też sprawdzić, ale ta sztuczka mi się nie udała, bo dziewczyna spojrzała na mnie i odpowiedziała po francusku:
- Owszem, o tej porze roku jest jeszcze dość ciepło w Saint-Tropes.
Mówiła w języku Dumasa i Hugo w sposób płynny, niczym prawdziwa Francuzka, a więc niewykluczone, że nią była. Oczywiście mogła udawać i taka myśl też przyszła mi do głowy, ale nie miałam w tej sprawie żadnych dowodów, więc odpuściłam sobie dalsze sprawdzanie jej osoby. Zwłaszcza, że mieliśmy wtedy co innego na głowie.
- Bardzo się cieszę - powiedziałam już po angielsku - Kiedyś muszę się tam wybrać. A póki co Szkocja też jest pięknym miejscem.
- To prawda i jak widzę nosicie narodowe stroje - odparła blondynka i uśmiechnęła się uroczo - W tej spódniczce wyglądasz uroczo.
- Dziękuję ci - uśmiechnęłam się zadowolona - W kratce jak widać mi do twarzy.
- Oj, zdecydowanie tak - zgodziła się dziewczyna i podniosła z podłogi swoją walizkę - Ale muszę już iść. Chcę zobaczyć, jak wygląda mój pokój. Życzę wam miłego dnia.
- My tobie też - odparłam przyjaźnie.
Dziewczyna powoli skierowała się na górę, a gdy tylko zniknęła nam z oczu, to Ash spojrzał na mnie i spytał:
- Dobra, skarbie. Powiesz mi, po co był ten sprawdzian?
- To było aż tak widoczne, że ją sprawdzałam? - zdziwiłam się.
- No przecież! Niby po co przeszłaś nagle na francuski? Co chciałaś w ten sposób osiągnąć? - zapytał Ash.
- Pika-pika-chu? - zapiszczał pytająco Pikachu.
Buneary z wielką uwagą mi się przyglądała, oczekując odpowiedzi, a ja poczułam, że muszę jej udzielić.
- Sama nie wiem, co chciałam osiągnąć. Chciałam się chyba upewnić, że potrafi gadać po francusku. I potrafi. Mówi jak rodowita Francuzka. Być może nią jest.
- Ale nie bardzo w to wierzysz, co? - spytał Ash.
- Rzeczywiście nie bardzo, bo równie dobrze mogła tylko udawać. Ale być może popadam w paranoję i wszędzie już węszę zdradę.
- Może i tak, a może i nie. Ale jedno jest pewne, jej twarz wydawała mi się dziwnie znajoma.
- Tobie też? Najpierw Mavis, a teraz ona. Czy w tym hotelu robią sobie zjazd sami nasi znajomi?
- Kto wie? Tak czy siak myślę sobie, że lepiej będzie być ostrożnym i nie ufać pierwszej lepszej osobie, która jest dla nas miła i się uśmiecha. No i oczywiście skupić się na sprawie Mavis. To teraz jest nasz priorytet.
- A sprawa Claire Randall? A sprawa Nessie? Liczę, że nimi również się zajmiemy.
- Tak jak ci obiecałem, ale wszystko po kolei. Najpierw Mavis, potem cała reszta. Zresztą teraz tylko ta sprawa mnie najbardziej pociąga.
Pikachu zapiszczał bojowo i wskoczył Ashowi na lewe ramię, piszcząc wesoło na znak, że jego także teraz interesuje jedynie ta oto tajemnicza pół-Rumunka, jeśli rzeczywiście nie była. Ja i Buneary musiałyśmy przyznać, że tak samo i my czujemy. Z tego też powodu ruszyliśmy szukać Mavis.

***


Nasze poszukiwania nie trwały długo. W hotelowej restauracji była już dziewczyna i jej ojciec, którzy siedzieli przy stoliku i jedli posiłek. Profesor Stoner próbował w jakiś sposób zagadać do swojej córki, ale ta w ogóle nie zwracała na niego uwagi. Wyraźnie słyszała to, co do niej mówił, jednak też bardzo skutecznie udawała, że jest inaczej. Jadła w milczeniu, spoglądając co jakiś czas na stolik, przy którym siedział Jonathan. Chłopak był po prostu zachwycony jej widokiem, więc prawie wcale nie odrywał od niej wzroku, choć jak się okazało, to wcale nie oznaczało, że nie widzi tego, co się wokół niego dzieje. Dostrzegł bowiem nas przechodzących niedaleko jego stolika i zawołał:
- Hej, ziomale! Jak się macie?! Panno Katarzyno! Paniczu Robie! Czy jeszcze mnie pamiętacie?!
Spojrzeliśmy na niego z uśmiechem, od razu zapominając o tym, że przez pewien czas mieliśmy wobec niego pewne podejrzenia, które to teraz przerzuciliśmy całkowicie na Mavis, ale oczywiście wobec niego woleliśmy zachować pewną ostrożność. Ostatecznie ledwie co chłopaka poznaliśmy, a biorąc pod uwagę poprzednią przygodę takie zachowanie ostrożności wobec osoby, z którą to niedawno zawarliśmy znajomość było wręcz wskazane. Co oczywiście nie znaczyło, że mieliśmy unikać chłopaka.
- Pewnie, że cię pamiętamy - odpowiedział mu wesoło Ash - Ciebie to raczej trudno jest zapomnieć, Johnnysteinie.
- Uznam to za komplement - zachichotał rudzielec i pokazał dłońmi na miejsca obok siebie przy stoliku - Proszę, siadajcie! Ja chętnie zjem razem z wami. Jeżeli oczywiście tylko towarzystwo takiego wariata jak ja wam nie przeszkadza.
Skorzystaliśmy z zaproszenia i usiedliśmy przy jego stoliku i tam też złożyliśmy zamówienie. Jonathan zaś cały uradowany zapytał:
- Daliśmy wczoraj niezłego czadu, prawda?
- Oj tak. Macarena po prostu rządzi! - odpowiedział mu wesoło Ash - Nieźle wczoraj tańczyliśmy.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu.
- To prawda! To jest piosenka, która potrafi każdego porwać do tańca - stwierdził wesoło Jonathan - A mnie zawsze chwyta za serce i sprawia, że chcę jak król Julian wyginać śmiało ciało.
- A powiedz, czy zwróciłeś uwagę na jej słowa? - spytałam wesoło - Bo wiesz, one nie są wcale takie zbyt godne śpiewania.
- A jakie to ma niby znaczenie? - odpowiedział wesoło rudzielec - Bo przecież nie liczą się tu słowa „Macareny“, tylko jej rytm! A to prawdziwie super rytm, który sprawia, że ciągle chce się tańczyć i tańczyć.
- Ja zawsze uważałam, że słowa są najważniejsze - powiedziałam.
- A nieprawda, bo możesz posiadać piękne słowa do piosenki, ale za to kiepską muzykę i od razu cały utwór jest już po prostu do niczego - wyjaśnił swój sposób myślenia Jonathan - Oczywiście najlepszy jest taki utwór, który posiada super muzykę i super słowa. Wtedy to jest najlepiej, ale przecież dzisiaj takich piosenek jest na lekarstwo i dlatego jak mam wybierać, to ja już wolę super rytm bez dobrych słów niż odwrotnie.
Po tych słowach chłopak zaczął znowu przyglądać się z uwagą Mavis, która delikatnie się do niego uśmiechnęła. W jej uśmiechu oraz w oczach czaił się jednak jakiś smutek, którego przyczyny nie były nam znane, choć oczywiście domyślaliśmy się ich. Jonathan chyba jednak tego nie dostrzegł, bo dalej nie odrywał wzroku od dziewczyny, po czym opierając łokcie na stole, a głowę o swoje otwarte dłonie, westchnął głęboko i zapytał:
- Czy to nie jest najlepsza dziewczyna na świecie?
- Trudno mi stwierdzić. Nie znam wszystkich dziewczyn na świecie - odpowiedział mu wesoło Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał dowcipnie Pikachu.
- Ale za to ja znam i wiem, że ta jest najlepsza - odpowiedział Jonathan i znowu westchnął.
- Kogoś chyba trafił tutaj grot Amora - zażartowałam sobie.
- Jakiego kondora? - zapytał rudzielec, wciąż nie odrywając wzroku od swojej sympatii i uśmiechając się w zwariowany sposób.
Wyglądał teraz jak postać z kreskówek, która właśnie się zakochała i to od pierwszego wejrzenia. Mina rudego chłopaka wyraźnie nam to mówiła, tak samo, jak i jego uśmiech i zamglone oczy z uwagą wpatrujące się tylko w jeden punkt, czyli w twarz Mavis. Twarz, która z jakiegoś powodu była bardzo smutna i do tego jeszcze jakby próbowała przestać patrzeć w stronę chłopaka, co kiepsko się jej udawało, bo przecież co chwila znów zerkała w kierunku rudzielca, choć zwykle wtedy, kiedy ten choć na chwilę odrywał wzrok od niej i spoglądał na nas, co oczywiście miało miejsce nad wyraz rzadko, gdyż Jonathanowi trudno było się nie przyglądać dziewczynie.
- Czy widzieliście, jak się ona uśmiecha? - zapytał po chwili - A czy widzieliście, jak bosko wygląda w czarnym bikini w hotelowym basenie?
- Jakoś się temu nie przyjrzeliśmy - odpowiedziałam wesoło, z trudem hamując parsknięcie śmiechem.
- Ja to wolę się przyglądać swojej żonie w bikini niż obcym laskom - dodał ze szczerością w głosie Ash.
Położyłam czule dłoń na jego dłoni i spojrzałam czule w te boskie oczy barwy orzechowej czekolady. Jego słowa bardzo mi się podobały i sprawiły mi wielką radość, a prócz tego też pokazały, że jako żona Asha wciąż jestem dla niego atrakcyjna, co mnie jako kobiecie bardzo się podobało.
Zjedliśmy powoli swoje śniadanie i już prawie w ogóle przy tym nie rozmawialiśmy z Jonathanem, który wpatrywał się ciągle w Mavis i jeśli coś mówił, to tylko o niej, a tymczasem dziewczyna powoli zjadła swój posiłek i odeszła od stolika w swoją stronę.
- Pójdę za nią - powiedziałam szeptem do Asha.
Ash skinął potakująco głową i zaczął zagadywać o czymś Jonathana. Chłopak zdołał wówczas wreszcie oderwać swój wzrok oraz swoje myśli od dziewczyny, która powoli wyszła już z restauracji i spytał o coś Asha. Nie skupiałam się jednak na tym, bo poszłam za Mavis. Obok mnie kroczyła wierna Buneary, która postanowiła towarzyszyć mi podczas tej mojej misji (jeśli oczywiście mogę ją tak nazwać) i w razie czego mnie wesprzeć, gdyby takie coś było potrzebne, choć miałam nadzieję, że tak się nie stanie.
Poszłam zatem za Mavis i bardzo szybko zauważyłam, że przeszła ona do salonu, w którym siedziało właśnie kilkanaście osób zajętych sobą oraz swoimi sprawami. W kącie pokoju stał fortepian chyba z końca XIX wieku, a przynajmniej na taki mi wyglądał. Mavis usiadła przy tym instrumencie, po czym zaczęła grać jakąś bardzo piękną melodię. Ten utwór był po prostu oszałamiający w swojej piękności. Każdy jego dźwięk przyjemnie pieścił moje uszy, a palce dziewczyny w delikatny i czuły wręcz sposób dotykały klawiszy fortepianu, tworząc w ten sposób kolejne dźwięki muzyki. Pięknej muzyki wygrywanej z talentem przez pannę Stoner. Wsłuchiwałam się w ten utwór wraz z Buneary, która także była nim zachwycona.
- Pięknie grasz - powiedziałam do Mavis, gdy ta skończyła swój piękny koncert.
- Dziękuję - odpowiedziała mi dziewczyna, lekko się do mnie przy tym uśmiechając - Ale ze słowami ten utwór jest jeszcze ładniejszy.
- To ta melodia ma dopisane słowa?
- Oczywiście. I są równie ładne, co sama melodia.
- A jakie to słowa?
- Z chęcią ci je zaśpiewam.
Mavis z uśmiechem delikatnie uderzyła dłońmi w klawisze fortepianu i zaczęła ponownie wygrywać ów prześliczny utwór, który tak bardzo mi się spodobał. Tym razem jednak prócz tego zaśpiewała następujące słowa:

Na coś właśnie się zanosi
No i wiem, że to ty.
Choćby nas cały świat dzielił
Nie martw się!
Wiem, że jesteś gdzieś.
Ciągle szukam i szukam, tu i tam.
Szukam i szukam i oto mam.
Marzenie spełnia się.

Kocham tylko ciebie.
Dlaczego by nie?
Przecież razem najlepiej nam jest.
Moje serce to wie.
Rytm wybija jak twe.
I ciebie wciąż kocham.



Po zaśpiewaniu tych słów Mavis przerwała grę na fortepianie i patrząc na mnie z uwagą powiedziała:
- Tyle na razie mam, ale chcę dopisać jeszcze drugą zwrotkę i refren.
- Dopisać? Zaraz! Czy ty chcesz powiedzieć, że sama napisałaś słowa tej piosenki? - zapytałam zdumiona.
- Oczywiście, tak jak i melodię. Nie wierzysz mi?
- Wiesz... Trochę trudno mi w to uwierzyć. W dzisiejszych czasach taki talent. Ja sama razem z Ashem napisałam kilka wierszyków, które potem posłużyły za tekst do piosenek wylansowanych przez zespół muzyczny The Brock Stones, który składa się z samych naszych znajomych. Ale żeby tak stworzyć i tekst i muzykę... To dopiero talent.
Mavis uśmiechnęła się lekko, dalej się we mnie wpatrując.
- Widzisz, niekiedy tak się trafia, choć jak na mój gust to żaden talent. Rozwiązywanie skomplikowanych zagadek kryminalnych... Och, to dopiero jest talent. Ja takiego nigdy nie będę posiadać.
- Za to posiadasz inne talenty. Ta melodia jest po prostu cudowna.
- A słowa?
- Słowa też, chociaż...
- Chociaż co?
- Chociaż ja osobiście dałabym w kilku miejscach trochę inne słowa.
- A gdzie konkretnie?
Mavis wyraźnie wyglądała na zainteresowaną tym, co powiedziałam, dlaczego z chęcią podzieliłam się z nią swoim zdaniem w sprawie piosenki.
- Chodzi o słowa „Kocham tylko ciebie“. To są bardzo urocze i piękne słowa, ale czy nie sądzisz, że są troszeczkę banalne?
- W jakim sensie?
- Ta melodia jest po prostu przepiękna, słowa też, ale zwrot „Kocham tylko ciebie“ jakby tu nie pasuje. Jest zbyt pospolity. Tutaj trzeba by dać coś bardziej pięknego i zarazem sprawiającego, że osoba, dla której te słowa są kierowane poczuje się wyjątkowo.
- A skąd pomysł, że ta piosenka jest dla kogoś kierowana?
Uśmiechnęłam się z lekką ironią i powiedziałam:
- W porządku, nie musi tak być, ale piosence takiego kalibru trzeba dać właściwe słowa. Może więc zamiast „Kocham tylko ciebie“ dać powiedzmy: „Wybieram więc ciebie“?
Mavis pomyślała przez chwilę nad moją propozycją i lekko podrapała się po głowie, po czym powiedziała:
- A wiesz co? To wcale nie jest takie głupie. Właściwie te słowa byłyby nawet lepsze. Poczekaj, sprawdzę to. Dziewczyna ponownie i zaczęła grać, po czym zaśpiewała:

Wybieram więc ciebie!
Dlaczego by nie?
Przecież razem najlepiej nam jest.
Moje serce to wie.
Rytm wybija jak twe.
Więc ciebie wybieram.


Po zaśpiewaniu tych słów Mavis zadowolona spojrzała na mnie, a na jej twarzy malowała się wielka radość.
- Tak! To jest to! Teraz rzeczywiście tekst brzmi o wiele lepiej! Sereno, jesteś po prostu wielka!
- Dziękuję, a ty bardzo miła - odpowiedziałam jej.
Mavis uśmiechnęła się przyjaźnie do mnie i po chwili rzekła:
- Wiesz... Może byś mi pomogła dopisać drugą zwrotkę piosenki?
- Jasne, nie ma sprawy. To kiedy bierzemy się do pracy?
- Teraz nie, bo umówiłam się z Jonathanem i idziemy na miasto, żeby sobie zaszaleć.
- Zaszaleć?
- A tak, zaszaleć. Będziemy się pysznie bawić.
- Tylko nie przesadź.
- Spokojnie, mnie to już nic nie może zaszkodzić.
Jej słowa zabrzmiały bardzo zagadkowo i nie wiedziałam, co mam o nich myśleć, ale też nie miałam czasu się nad nimi zastanawiać, ponieważ przyszedł Jonathan i Mavis uśmiechnięta od ucha do ucha wstała od pianina i powoli podeszła do chłopaka, całując go czule w policzek.
- Gotowa? - zapytał ją wesoło Jonathan.
- Jak nigdy przedtem - odpowiedziała Mavis.
Chwilę potem oboje wyszli z pokoju, a do mnie podszedł Ash wraz z wiernym Pikachu u boku.
- Idziemy za nimi? - zapytał mnie.
- Pika-pika? - dodał Pikachu.
Odpowiedź na to pytanie była aż nazbyt oczywista.

***


Poszliśmy za naszą parą zakochanych (o ile oczywiście można było ich tak nazywać) i wraz z nią skierowaliśmy swe kroki w kierunku pobliskiego miasteczka. Mavis i Jonathan nie zwrócili na nas uwagi, chociaż nie szliśmy zbyt daleko od nich, także łatwo nas mogli zauważyć, gdyby tylko odwrócili się za siebie. Tak się jednak nie stało. Zakochani bowiem nie spoglądali do tyłu ani na boku, tylko patrzyli przed siebie lub na siebie. To była bardzo dla nas korzystna sytuacja, ponieważ dzięki temu mogliśmy ich obserwować i to bez żadnych trudności.
Tymczasem Jonathan i Mavis szli dalej przez miasteczko, aż trafili do pobliskiego boiska, gdzie miejscowe dzieciaki trenowały grę w piłkę i jazdę na desce. Zatrzymali się tam i usiedli wygodnie na ławce, po czym zaczęli obserwować bawiące się dzieciaki. Usiedliśmy na jednej z sąsiednich ławek, zachowując przy tym bardzo bezpieczną odległość, żeby nie przeszkadzać zakochanym. Oczywiście odległość była na tyle dobra, abyśmy usłyszeli ich rozmowę. A była ona bardzo ciekawa.
- Zobacz, jakie słodkie dzieci - powiedziała po chwili Mavis - I jak się uroczo bawią.
- Tak, urocze dzieciaki - odpowiedział jej Jonathan - Wiesz, też kiedyś byłem takim dzieciakiem jak te tutaj. To były jedne z najpiękniejszych chwil mojego życia.
- Tak, wtedy miało się mniej problemów i wszystko szło jakoś łatwiej - powiedziała nagle dość ponuro Mavis - A potem pojawia się dorosłość, a z nią wszelkie problemy tego świata.
- Właśnie, ale nie jest też źle - stwierdził wesoło Jonathan - Chodzisz spać o której chcesz, wolno ci oglądać filmy od osiemnastu lat, podróżować po świecie bez rodziców.
- Tak, to wszystko posiada swój urok, ale i tak często spotyka nas taka jakby nostalgia za dzieciństwem.
- To prawda, dobrze znam to uczucie. Często mi ono towarzyszy. Czuję wtedy taką chęć powrotu do dziecinnych zabaw, które swego czasu dawały mi tak wiele radości.
- Też tak mam.
- A widzisz, to jak widać jest normalne. A wiesz, co ja robię w takiej sytuacji?
- Co takiego?
- Ulegam tej chęci.
Po tych słowach Jonathan zerwał się z ławki, podszedł do jednego z dzieciaków i poprosił go o pożyczenie mu deskorolki, a potem, kiedy już ją dostał, zaczął na niej śmigać niczym prawdziwy zawodowiec. Wygłupiał się przy tym, robiąc do Mavis zabawne i zwariowane miny, co sprawiało, że dziewczyna niemalże dusiła się ze śmiechu, tak ją to bawiło. Gdy Jonathan przestał jeździć, to dziewczyna okazała mu swój podziw poprzez głośne oklaskiwanie. Chłopak bardzo wesoło ukłonił się jej na znak wdzięczności za brawa.
- Widzisz? Jeszcze nie zapomniałem, jak się jeździ! - zawołał wesoło Jonathan - Talent w tej sprawie ciągle posiadam!
- Zakładam, że często go szlifujesz - powiedziała Mavis.
- Owszem, szlifuję go często i wcale się tego nie wstydzę. W końcu to, że mam dwadzieścia jeden lat nie oznacza, że nie wolno mi się wygłupiać na deskorolce!
- A mnie dasz spróbować?
- A potrafisz jeździć?
- Trochę potrafię. To co? Dasz spróbować?
Zadowolony Jonathan ustąpił swojej ukochanej deskorolkę i usiadł na ławce, żeby przyglądać się z uwagą, jak Mavis teraz będzie śmigać. Z całą pewnością oczekiwał z jej strony popisu prawdziwego talentu i na szczęście nie był zawiedziony. Mavis bowiem jeździła na deskorolce jak prawdziwy zawodowiec, wykonując przy tym zagrożone upadkiem dzikie zakręty, które jednak ani razu nie pozbawiły jej równowagi.
- Mówiłaś, że tylko trochę potrafisz jeździć! - zawołał do niej wesoło Jonathan.
- Bo ja naprawdę umiem jeździć tylko trochę... Tylko trochę lepiej niż przeciętny amator! - odpowiedziała mu rozbawiona Mavis.
Chwilę później dziewczyna niefortunnie ulokowała ciężar swego ciała na desce i zanim się spostrzegła, to ta się przekrzywiła, jej tylne koła lekko podskoczyły w górę i Mavis poleciała na boisko i rozłożyła się jak długa na nim. Jonathan szybko zerwał się z ławki i podbiegł do dziewczyny i pomógł się jej pozbierać.
- Boże drogi! Mavis, żyjesz? Bardzo cię boli? - dopytywał się jej.
Dziewczyna miała lekkie zadrapania na twarzy i rękach, ale z jakiegoś powodu nie chciała, aby chłopak jej pomagał.
- Nic mi nie jest. Naprawdę nic! - tłumaczyła przerażonym głosem.
- Trzeba ci to opatrzyć - powiedział Jonatan z troską w głosie.
- Nie trzeba! Naprawdę!
- Ale Mavis...
- Powiedziałam, że nie trzeba! Zostaw mnie!
Dziewczyna szybko odwróciła się od swojego ukochanego i uciekła z boiska wyraźnie przerażona. Jonathan zdumiony patrzył na nią przez chwilę i ruszył jej śladem.
- Jak myślisz, co się stało? - zapytałam Asha.
- Nie jestem pewien. Być może jej rany nie są długotrwałe i nie chciała, żeby to widział - odpowiedział mój mąż.
- Mówisz o wampirzej zdolności regeneracji ciała?
- Owszem, ale to właściwie ty powinnaś wiedzieć więcej w tej sprawie, moja kochana specjalistko od zjawisk paranormalnych.
Popatrzyłam na Asha z ironią i powiedziałam:
- Dobrze, dobrze. W końcu to ty uważasz, że Mavis to osoba, która od dziesięciu lat jest osiemnastolatką.
- Bo to prawda - odpowiedział Ash - A zresztą chodźmy za nimi i dalej ich obserwujmy. Może się czegoś dowiemy.

***


Bez trudu odnaleźliśmy Jonathana i Mavis, którzy miło spędzali czas zwiedzając całe miasteczko i prowadząc ze sobą jakieś rozmowy. Ich treści nie słyszeliśmy, ponieważ trzymaliśmy bezpieczną odległość, choć Ash nie był całkowicie pewien tego, czy zakochani nas nie widzą. Właściwie to oboje coś tak czuliśmy, że Jonathan i Mavis wiedzą o naszej obecności i tak tylko udają, iż jest inaczej. Ale nawet jeżeli tak było, to w ogóle nie dawali tego po sobie poznać. Szli i zwiedzali całe miasteczko, korzystając z jego atrakcji, także więc wstąpili do kawiarni, do kina i do jeszcze paru miejsc. Oczywiście cały czas szliśmy za nimi, ale na szczęście się nie nudziliśmy, a zwłaszcza, że film, na który poszli był ciekawy i wart tego, aby go obejrzeć, a prócz tego już od jakiegoś czasu oboje z Ashem przymierzaliśmy się do zobaczenia go. Tak więc ten oto dzień z całą pewnością do zmarnowanych nie należał.
Pod wieczór zaś nasza para wybrała się do baru i tam dopiero zaczęli się dziko bawić. W barze grała jakaś dzika muzyka, wiele par tańczyło, a gwar był wprost niewiarygodny. Baliśmy się, że nasza parka zakochanych gdzieś nam się zgubi, ale usiedli przy barze i łatwo ich było dostrzec. Też usiedliśmy przy kontuarze, lecz w taki sposób, aby zakochana parka nas nie dostrzegła. Peruki oraz trochę inne ciuchy, które to założyliśmy na siebie w toalecie baru (a które mieliśmy w swoich plecakach) z całą pewnością nam zmieniały nieco wizerunek. Dla jeszcze większej pewności, że wszystko dobrze pójdzie, Ash usiadł odwrócony plecami do siedzącej po jego prawicy zakochanej pary, a ja zerkałam na nich bardzo ostrożnie przez jego ramię. Dostrzegłam dzięki temu kilka ciekawych sytuacji. Najpierw zobaczyłam Jonathana i Mavis pijących przez dwie słomki drinka z jednej szklanki i wesoło przy tym chichocząc. Widać ta sytuacja bardzo ich bawiła.
- Mocne. Potrafi uderzyć do głowy - powiedział po chwili Jonathan.
- To ty jeszcze nie próbowałeś czegoś naprawdę mocnego - odparła na to Mavis.
Następnie powoli wyjęła coś z kieszeni, jakby jakiś woreczek, a także banknot o raczej dużej wartości, który podała barmanowi.
- Nic nie widziałeś, jasne?
Barman wziął kasę i zaraz poszedł w swoją stronę udając, że niczego nie widzi. A byłoby co zobaczyć. Ale chociaż barman niczego nie widział, to ja widziałam wszystko i potem powiedziałam o tym po cichu Ashowi, który wpatrywał się we mnie z uwagą i udawał, że jest zajęty moją osobą oraz swoim drinkiem. A co przez ten czas robiła Mavis? Po daniu łapówki barmanowi dziewczyna wysypała z woreczka biały proszek na ladę i wyjęła rurkę, którą zaczęła wdychać to parszywe świństwo. Udało się jej wepchnąć połowę proszku w swoje nozdrza, po czym odrzuciła głowę do tyłu i złapała powietrze w płuca.
- Ach! Jak cudownie! - powiedziała zachwycona i spojrzała na swojego towarzysza - Od razu wszystko się rozjaśnia. Chcesz może trochę?
- Nie, dziękuję - odpowiedział jej Jonathan.
Twarz chłopaka nie była dla mnie widoczna, ale ton jego głosu mówił sam za siebie. Zdecydowanie zachwycony z postępowania dziewczyny to on nie był. Prawdę mówiąc, to ja także nie byłam tym zachwycona. Zdziwiło mnie, że tak wrażliwa i dobra dziewczyna zachowuje się w taki sposób, jak jakaś nieodpowiedzialna smarkula. Nie, to mi do niej nie pasowało. Krótko mówiąc, Mavis zachowywała się tak, jakby była szalona. Ale też z drugiej strony sam wielki Szekspir już w XVI wieku napisał, że w szaleństwie jest metoda. Być może więc zachowanie naszej nowej znajomej posiadało jakiś powód i swoją przyczynę. Ale jaki to by miał być powód? Trudno mi było wtedy powiedzieć.
- Naprawdę nie wiesz, co tracisz - powiedziała Mavis i znowu zaczęła wdychać resztę proszku.
- Za to wiem, czego nie stracę, czyli zdrowia - powiedział na to z lekką złością w głosie Jonathana.
- Życie i tak mamy tylko jedno, a więc po co je marnować na życie w wiecznej nudzie zdrowia - rzuciła złośliwie dziewczyna - I tak kiedyś trzeba umrzeć, po co zatem się bawić w takie hece jak wieczne dbanie o swoje zdrowie? Idąc takim tokiem myślenia człowiek musiałby spędzić całe wieki w szpitalu.
Jonathan sapnął ze złością, gdy to usłyszał. Mavis zaś zaczęła się śmiać w taki sposób, jakby dostała jakieś głupawki. Prawdopodobnie z powodu tego, co właśnie wdychała. Nie wiem, co to było, ale z całą pewnością to nie były leki.
- Nie sądziłam, że jesteś taki sztywny - powiedziała po chwili Mavis - Podobno lubisz się dobrze zabawić na mieście.
- Lubię się bawić, to prawda, ale przecież nawet zabawa posiada swoje granice - odpowiedział na to Jonathan.
- Och! Teraz to trujesz tak, jak mój stary - rzuciła złośliwie dziewczyna - Ale jak tam chcesz! Ja się potrafię bawić za dwoje!
Po tych słowach Mavis zeskoczyła lekko ze stołka, na którym siedziała i wbiegła pomiędzy tańczące pary, po czym zaczęła swoje wygibasy, które wszak były dalekie od przyjemnych dla oczu. Wyglądały po prostu bardzo żałośnie i aż żal było na nie patrzeć.
- Boże, jakie to żałosne! - powiedziałam załamana do Asha.
- Az żal patrzeć - dodał mój luby równie przygnębionym tonem.


Rzeczywiście nie dało się na to patrzeć, dlatego odwróciłam wzrok w drugą stronę, ale wtedy zauważyłam coś, co mnie zaniepokoiło. Tym czymś był widok tego samego faceta, którego już wcześnie zauważyłam w pobliżu Loch Ness. To był ten gość ubrany na czarno i z fizjonomią Jeana Reno. Siedział przy jednym ze stolików i wpatrywał się z uwagą w podrygującą jak jakaś wariatka Mavis. Oczywiście w tamtej chwili praktycznie wszyscy przyglądali się dziewczynie, ale wyraźnie ich to bawiło lub też szokowało, z kolei w przypadku tego gościa takich uczuć nie można było dostrzec na jego twarzy. Wręcz przeciwnie, facet był nad wyraz spokojny, a do tego również wyraźnie zadowolony. Uśmiechał się delikatnie i zarazem dosyć złowrogo. Poza tym zaniepokoiło mnie to, że gdy już inni ludzie przestali poświęcać tyle uwagi Mavis i skupili się na czymś innym, ten gość wręcz nie odrywał wzroku od dziewczyny. To było bardzo niepokojące, podobnie jak i to, że potem odebrał telefon komórkowy i zaczął przez niego rozmawiać, wciąż cały czas przyglądając się Mavis. Przez chwilę naszło mnie, że to być może handlarz żywym towarem albo ktoś w tym rodzaju. Ale ktokolwiek by to nie był, to i tak lepiej było trzymać się od niego z daleka. Trzeba było tylko jakoś powiedzieć to pannie Stoner, ale w tej sytuacji raczej nie dało się tego zrobić. Zresztą nawet gdyby, w tamtej chwili ta wariatka nie kontaktowała.
Tymczasem Mavis cały czas się wydurniała i tym razem robiła to stojąc na stole, ale nie to było najgorsze. O wiele gorsze było to, że kilka minut później dziewczyna poślizgnęła się i spadła ona prosto w objęcia jakiegoś gościa, który wpatrywał się w nią w sposób dość obleśny, a w każdym razie nie świadczący o tym, że ma wobec niej niezbyt uczciwe zamiary.
- Hej, ślicznotko! Wspaniale tańczyłaś - powiedział koleś - A może tak zechcesz zatańczyć ze mną?
- Chętnie, a jaki taniec byś preferował? - zapytała Mavis.
- Taniec miłości, oczywiście.
- Szczerze mówiąc, to ja raczej w jego oczach nie dostrzegam miłości - powiedziałam do Asha.
- Zdecydowanie miłości tutaj brakuje - odparł mój mąż.
Pikachu i Buneary zapiszczeli przygnębieni na znak, że całkowicie się z nami zgadzają.
Przez ten czas gościu dalej próbował w sposób taki mało sympatyczny uwieść Mavis, a ta chyba mu uległa (choć to trudno było mi stwierdzić, bo prawie nic nie mówiła), więc facet zabrał ją ze sobą w kierunku, w którym to znajdowały się toalety. Zdecydowanie nie wróżyło to niczego dobrego.
- Słuchaj, może powinniśmy coś zrobić? - spytałam Asha.
- Chyba nie musimy - odpowiedział mój ukochany i wskazał dłonią na Jonathana.
Miał rację, ponieważ chłopak widząc, co się święci zerwał się szybko z taboretu, na którym siedział i pobiegł w kierunku toalet. Chwilę potem na salę powrócił ów jakże obleśny gość trzymając się za nos, z którego ciekła mu krew, a po chwili wyszedł też Jonathan trzymający opierającą się ręką o jego ramiona Mavis. Dziewczyna wyglądała na nieźle zaprawioną, ale nie opierała się chłopakowi, gdy wyciągał ją z baru i od dalszego staczania się na samo dno. Z kolei zaś koleś o fizjonomii Jeana Reno przyglądał się temu wyraźnie zadowolony. A gdy młodzi wyszło, zamówił piwo i powoli zaczął je pić.
Ja i Ash uznaliśmy, że dość już widzieliśmy i zapłaciwszy rachunek za nasze drinki wyszliśmy za Jonathanem i Mavis. Zauważyliśmy wówczas, że dziewczyna po wyjściu z baru nagle staje na nogi i zaczyna iść przed siebie zupełnie swobodnie i to w ogóle się nie zataczając, co było dość niezwykłe, bo przecież przed chwilą zażyła taką dawkę narkotyku, że powinna chociaż się chwiać podczas stawiania kroków. Tak się jednak nie działo i Mavis szła najnormalniej w świecie, jakby to było coś zwyczajnego - takie chodzenie po zażyciu takiej dawki narkotyków. To wszystko zaniepokoiło i zdziwiło też Jonathana, który podbiegł do swojej ukochanej i zapytał:
- Mavis, czy wszystko z tobą dobrze?
- Tak, w porządku. A co, nie widać? - zachichotała dziewczyna.
- Przed chwilą ledwie stałaś na nogach.
- Widać potrafię szybko regenerować swoje siły.
- Ale żeby tak szybko ci to wyszło? Nie wierzę!
- Nie musisz - Mavis zatrzymała się na chwilę i spojrzała uważnie w twarz swego chłopaka - Posłuchaj, Jonathan. Dziękuję ci za to, co dla mnie zrobiłeś, ale nie udawajmy, że potrafimy się zrozumieć. Każde z nas jest z innego świata, a prócz tego widzisz, jaka jestem.
- Widzę i to mnie bardzo dziwi. Poznałem cię jako super dziewczynę pełną uroku osobistego, która potrafi kochać i jest inna niż wszystkie. A to, co teraz widziałem w ogóle mi do ciebie nie pasuje. Jakbyś była zupełnie kimś innym.
- Może po prostu jestem inna niż sobie wyobrażałeś?
- Może, a może to wszystko, co mi dzisiaj zaprezentowałaś to jest tylko jakaś pokazówka, aby mnie do siebie zniechęcić?
Mavis westchnęła przygnębiona, kiedy to usłyszała, ale po sposobie, w jaki to zrobiła domyśliłam się, że Jonathan trafił w sedno. Najwidoczniej to było przyczyną zachowania dziewczyny, tylko pytanie, dlaczego próbowała do siebie zniechęcić chłopaka, który pokochał ją od pierwszego wejrzenia i to z wzajemnością? To było dopiero zagadką.
- Tylko nie rozumiem, dlaczego ty to robisz - mówił dalej Jonathan do swojej ukochanej - Przecież ja cię kocham, Mavis. Kocham cię naprawdę. Sądzisz, że takie pokazówki sprawią, że moje uczucie do ciebie wygaśnie? Na pewno nie! Powiedz mi, masz innego faceta?
- Nie, nie mam innego - odpowiedziała ponuro Mavis.
- Więc w czym problem?
- A czy ktoś mówi, że jest jakiś problem?
- Tak, twoja twarz mówi mi to aż nadto dokładnie. Powiedz mi, co cię trapi i dlaczego? Przecież mogę ci pomóc.
- Nie możesz mi pomóc, Jonathanie. Nie w tej sprawie.
- Dlaczego?
- Bo w tej sprawie nikt nie może mi pomóc.
- Ale dlaczego? Przecież z każdego problemu da się wyjść, trzeba tylko wiedzieć w jaki sposób. Jeżeli ty nie wiesz, w jaki, to porozmawiaj ze mną i spróbujmy razem odnaleźć wyjścia z sytuacji.
- Wątpię, żeby ci się to udało.
- Daj mi szansę. Spróbuj, a się przekonasz. No więc, co cię trapi?
Mavis westchnęła głęboko i już chyba miała coś powiedzieć, ale wtedy kogoś zobaczyła. Na całe szczęście to nie byliśmy my, bo ustawiliśmy się w bezpiecznym miejscu, skąd dobrze wszystko widzieliśmy, ale za to nas nie widziano. A zatem to nie nas zauważyła Mavis, tylko tego faceta z twarzą Jeana Reno. Wychodził on właśnie z baru i westchnął głęboko, wdychając w płuca świeże powietrze. W świetle lamp ulicznych widać było jego twarz bardzo wyraźnie, także Mavis również ją dostrzegła i skamieniała wręcz na jego widok.
- Wszystko dobrze? Mavis, wszystko gra? - zapytał Jonathan, który był bardzo zaniepokojony zachowaniem swojej sympatii.
- Przepraszam, źle się poczułam, ale już mi lepiej - odpowiedziała mu szybko Mavis, przybierając sztuczny ton radości - Wiesz co? Wracajmy już lepiej do hotelu.
- W porządku - zgodził się chłopak i podał jej rękę.
Oboje ruszyli w kierunku zamku, zaś facet z twarzą Jeana Reno tylko lekko zachichotał i poszedł w swoją stronę.
- Co robimy? - zapytałam Asha, gdy już wszyscy się oddalili.
- Wracamy do hotelu. Nic tu po nas - odpowiedział mój mąż.
- Nie będziemy ich śledzić?
- Po co? I tak wracają do hotelu. Przebierzmy się i zróbmy to samo.

***


Ponownie przebraliśmy się w swoje poprzednie ubrania i poszliśmy do hotelu. Wróciliśmy do niego akurat wtedy, gdy w recepcji profesor Stoner krzyczał na Franka Randalla, który patrzył na niego przygnębiony i zarazem zasmucony. Przyglądali się temu z uwagą oraz smutkiem zarazem Jonathan i Mavis, a także jeszcze kilka osób. Pośród nich była też ta blondynka, która dzisiaj się wprowadziła.
- Proszę pana, ale ja naprawdę nie mam pojęcia, jak to się mogło stać. Przecież klucze do pokoi w recepcji wydają tylko gościom, którzy te pokoje zajmują - próbował się jakoś tłumaczyć Randall - Nie rozumiem więc, jakim cudem ktoś inny mógł wejść do pańskiego pokoju bez pana wiedzy.
- Ale tak się stało! Ktoś wszedł do mojego pokoju i w nim grzebał! - zawołał ze wściekłością w głosie profesor Stoner - Takie coś jest po prostu niedopuszczalne, a już zwłaszcza w hotelu takiej klasy jak ten!
- Rozumiem pana i jest mi niewymownie przykro.
- I powinno być panu przykro! To jest po prostu niewiarygodne! Nie po to przecież płacę krocie za pobyt tutaj, żeby być narażonym na podobnego rodzaju nieprzyjemności!
- Naprawdę bardzo pana przepraszam i obiecuję panu, że to się więcej już nie powtórzy.
- Ja myślę - rzucił profesor i powoli skierował swoje kroki na górę.
- Tato! Muszę z tobą porozmawiać! - zawołała za nim Mavis.
- Chwileczkę, kochanie. Najpierw muszę sprawdzić, czy może w moim pokoju nie kręci się znowu jakiś złodziej.
Słysząc to Randall załamany rozłożył bezradnie ręce i spojrzał na nas, gdy do niego podeszliśmy.
- Co się stało? - zapytałam.
- Profesor Stoner twierdzi, że ktoś wlazł do jego pokoju i w nim szperał - odpowiedział mi właściciel hotelu - Chyba rzeczywiście ktoś tam był, bo w pokoju Stonera jest zawsze porządek, a tym razem był tam spory kipisz. Nie wyglądało to za dobrze.
- Ojej! To przerażające! - zawołała blondynka - Jeżeli można wejść do każdego pokoju bez trudu, to kto tu jest bezpieczny?
- Proszę się nie denerwować - powiedział do niej uspokajająco Frank Randall - Złapiemy tego kogoś i dowiemy się, kto to jest i dlaczego był on w pokoju profesora Stonera. Poza tym pamiętajmy, że mamy tutaj aż dwoje znakomitych detektywów, który na pewno się zajmą tą sprawą. Oczywiście jeśli znajdą dla nas trochę czasu.
- Trochę czasu zawsze znajdziemy - stwierdził dość dowcipnie Ash - Ale oczywiście nie mogę obiecać, że szybko rozwikłamy tę sprawę.
- Wcale tego od was nie oczekuję. Po prostu pogadajcie z profesorem i sprawdźcie jego pokój - powiedział Randall - Jeżeli złodziej zostawił jakieś ślady, to wy na pewno je znajdziecie.
- Zrobimy to, jeżeli oczywiście profesor Stoner zechce współpracować, bo jakoś przed chwilą nie sprawiał on raczej wrażenia kogoś, kto potrafi się z kimkolwiek dogadać - zauważyłam nie bez cienia ironii.



C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...