środa, 19 czerwca 2019

Przygoda 121 cz. V

Przygoda CXXI

Domek na wsi cz. V


Policja zaczęła badać całą tę sprawę i bardzo dokładnie przesłuchała zarówno właścicieli, jak i pracowników stadniny. Okazało się, że parę razy rzeczywiście doszło do sytuacji, w której jakiś koń miewał swoje humorki i zdołał albo zrzucić z siebie jeźdźca, albo też złośliwie go kopnąć lub walnąć łbem, ale to dotyczyło tylko dwóch dość narowistych ogierów, na których ludzie rzadko chcieli jeździć i jedynie tylko kilka osób próbowało z nimi swoich sił, co przypłaciło siniakami i zadrapaniami.
- Nigdy nie dochodziło tutaj do poważnych wypadków - powiedział właściciel - Nie mam pojęcia, dlaczego ludzie opowiadają, że tu dochodziło do ciężkich wypadków, które trzeba było tuszować za pomocą łapówek. To zwykłe brednie. A co do Blanki, to zawsze była bardzo spokojna i pani Ellie pożyczała ją parę razy do jazdy po okolicy i jakoś nigdy dotąd nie doszło tu do wypadku. Nie wiem, co teraz się mogło stać.
- W porządku - inspektor wpatrywał się w niego z uwagą i wyraźnie nie dowierzał słowom właściciela stadniny - Czyli, że nie miałby pan nic przeciwko temu, abyśmy przepadali Blankę?
- Ależ oczywiście - właściciel zrobił gest rękami, który dowodził, że nie zamierza się sprzeciwiać tej decyzji - Róbcie państwo to, co uważacie za słuszne.
Jego słowa zabrzmiały bardzo przekonująco, dlatego też dość szybko doszliśmy do wniosku, że najwidoczniej właściciel stadniny jest całkowicie niewinny, ale i tak policjanci woleli sprawdzić ten trop. Z tego też powodu zabrali Blankę na badanie i przeszukali dokładniej jeszcze raz miejsce, w którym zginęła Ellie, ale niczego nie znaleźli - to znaczy nie znaleźli do czasu, aż Arthur nie wkroczył do akcji. A zrobił to wypuszczając swojego Pokemona, który wyglądał jak spory, czerwony pies o czarnych prążkach i białych dodatkach na sierści.
- Po co ci ten kundel? - zapytał zdumiony jeden z policjantów.
- Jeżeli ten koń jest zdrowy, to nie spłoszyło go byle co - odpowiedział Arthur - Chcę przeszukać z pomocą Mai całą tę okolicę.
- I co się spodziewasz znaleźć? - spytał policjant.
- Coś, co jest w stanie spłoszyć konia - odparł młody lekarz - Coś, co się mogło ukryć w tej trawie i przerazić Blankę. Szukaj, Maju! Szukaj!
Jego wierny pokemoni druh zaczął z uwagą węszyć po całej ziemi z bardzo dużym zaangażowaniem, ale początkowo niczego nie znalazł, aż do chwili, gdy przeszliśmy trochę dalej od miejsca śmierci Ellie i ku naszemu zdumieniu zobaczyliśmy coś, co bardzo nas zaintrygowało. A właściwie dwie rzeczy. Pierwszą z nich był kamień z wyraźnymi śladami krwi. To nas bardzo zaskoczyło.
- Widzicie? - powiedział Artur, wskazując palcem kamień - To dowód rzeczowy w tej sprawie.
- Skąd krew na tym kamieniu? - zapytał zdumiony inspektor.
- Ponieważ to tutaj musiała upaść Ellie - powiedział Ash, z uwagą oglądając kamień za pomocą lupy.
- To by tłumaczyło, dlaczego w miejscu, gdzie ją znaleźliśmy prawie nie było krwi - powiedziała Serena.
- Ale jeżeli Ellie zginęła właśnie tutaj, to dlaczego jej ciało zostało przeniesione w inne miejsce i to nie tak znowu dalekie? - spytałem.
Wszyscy zaczęliśmy się nad tym zastanawiać, a tymczasem Arthur z pomocą Mai dalej przeszukiwał teren, choć nie trwało to zbyt długo, gdyż szybko odnalazł cel swoich poszukiwań, a właściwie nie on, tylko Buneary, która niespodziewanie zaczęła dziko piszczeć, jakby zobaczyła ducha. To jednak nie duch się jej objawił, a jakieś niewielkie, acz groźne stworzenie, na widok którego króliczka zapiszczała i uskoczyła szybko do tyłu. Pikachu prędko do niej podbiegł i od razu strzelił piorunem w kierunku tego czegoś, a zaraz potem z pomocą przybiegła im Maja, która od razu zaatakowała to przerażające coś ogniem. Arthur, Ash i Serena prędko dobiegli do swoich Pokemonów i zaczęli sprawdzać, co też stało się przyczyną tego całego zamieszania. Chwilę potem Arthur podniósł z ziemi coś bardzo długiego i osmalonego.
- Widzicie? - powiedział z satysfakcją w głosie - To żmija!
- A tutaj coś jest, jakby gniazdo z jajami - powiedział Ash, który z lupą w dłoni właśnie klęczał na ziemi i z uwagą oglądał coś w trawie.
- A więc to dlatego moja siostra zginęła... - powiedziała załamanym głosem Leslie - Blanka musiała przebiegać w pobliżu tego gniazda, wtedy żmija ją zaatakowała i Blanka stanęła dęba, a Ellie...
- Zleciała z konia i uderzyła się głową o ten kamień - dokończyłem jej wypowiedź - Tak! Wygląda na to, że tak właśnie było.
- Ale dlaczego wobec tego ktoś potem przeniósł ciało z tego miejsca kilkadziesiąt metrów dalej i dlaczego tak niedaleko? - zapytał inspektor.
Jeden z policjantów przerwał nagle te rozważania mówiąc, że znalazł coś interesującego. Szybko podeszliśmy do niego, a on pokazał nam swoje znalezisko. Był nim mały, kolorowy pierścionek z zielonym kamieniem.
- Co to takiego? - spytał inspektor.
- Wygląda jak pierścionek - odpowiedział policjant.
- I to raczej żeński - dodała Serena.
- Skąd on się tu wziął? - spytał Arthur.
- I do kogo on należy? - dodał Ash.
Przyjrzałem się pierścionkowi i po chwili już wiedziałem, do kogo to należy.
- To pierścionek Guduli. Tej starej Cyganichy.
- Jest pan pewien? - zapytał inspektor.
- Oczywiście. Całkowicie pewien.
- A więc tu była! Musimy ją koniecznie przesłuchać!

***


Stara Cyganicha jeszcze tego samego dnia została znaleziona przez policję i sprowadzona na posterunek, gdzie policjanci przesłuchali ją bardzo dokładnie. Wrażenie, jakie ten stary babsztyl wywołał wśród stróżów prawa było jednak dalekie od pozytywnego. Powiedziałbym nawet, że sprawiła na nich wrażenie idiotki i to do entej potęgi, ale też osoby raczej nieszkodliwej. Co więcej Gudula przyznała się do tego, że była obecna przy śmierci Ellie i przeniosła jej ciało, ale twierdziła przy tym uparcie, że nic jej nie zrobiła. Powiedziała, że widziała, jak Ellie spada z konia, który przeraził się węża, zlatuje z niego i uderza głową o kamień. Potem Gudula miała podbiec do niej i sprawdzić, czy jeszcze żyje, a kiedy się przekonała, że nie, to wzięła jej ciało i chciała je zabrać do miasteczka, ale przeraziła się słysząc odgłos naszych kroków i moje krzyki nawołujące Ellie, więc puściła ciało i uciekła. Dlaczego się przestraszyła i uciekła? Bo dobrze wiedziała, że jej nie cierpię i jeśli ją zobaczę z ciałem swojej żony, to zaraz ją o coś posądzę. Wolała tego uniknąć, więc rzuciła ciało na ziemię i uciekła. Uciekając potknęła się i upadła, ale szybko się pozbierała i zniknęła między drzewami. To właśnie wtedy zgubiła pierścionek.
Historia wydawała się być podejrzana i bardzo naciągana, ale też mimo wszystko trudno było policji uwierzyć w to, że Gudula zabiła Ellie. Z całą pewnością była stuknięta i odpowiadała za te żałosne próby wystraszenia nas i wyrzucenia z Drozdowego Gniazda (choć do tego też się nie chciała przyznać), to jednak zabicie kogoś z zimną krwią według policji wcale do niej nie pasowało. Ja osobiście uważałem, że z całą pewnością maczała w tym palce i zrobiła to na zlecenie Orsona, ale policja podchodziła do tego podejrzenia z wielką ostrożnością i to większą niż powinna. Dlatego też nie postawiono Guduli żadnych zarzutów i chwilowo puszczono ją wolno, choć policjanci postanowili dla pewności lepiej przyjrzeć się jej i jej działalności.
O tym wszystkim ja i Leslie dowiedzieliśmy się wieczorem jeszcze tego samego dnia, kiedy Ash i Serena przyszli nas odwiedzić i przy okazji też przekazali nam dokładną relację z tego, co Gudula opowiedziała podczas przesłuchania.
- Policja pozwoliła nam być obecna podczas przesłuchania, ponieważ jak widać nasza sława detektywów nawet i tutaj dotarła - powiedział Ash, gdy już zrelacjonował nam wszystko, co wyżej przytoczyłem - Dlatego też wiemy, co ta stara Cyganka wygadywała.
- Zgadza się, a wygadywała chwilami bardzo dziwne rzeczy - dodała Serena.
- Jakie na przykład? - zapytałem.
- Pytała się, czy wierzymy w Boga, a jeśli tak, to czy wiemy, jaki kolor posiada ludzka dusza i czy może ona być zielona.
- Zielona? - zdziwiłem się - A co to znowu za brednie?
- Sami chcielibyśmy wiedzieć - odpowiedziała Serena - Wiesz, Gudula co chwila gadała o ludzkiej duszy. Twierdziła, że widziała duszę Ellie, która powoli opuszczała jej ciało i że ta dusza była w jej oczach zielona i pytała ciągle, dlaczego właśnie zielona i czy to ma związek z ziemią i tym, że z niej pochodzimy i wszyscy w niej wylądujemy?
- Wszyscy za wyjątkiem tych, których skremuje się albo pochowa w morzu - rzuciła złośliwie Leslie.
Nikogo w ten sposób nie rozbawiła.
- Gudula to wariatka lub udaje wariatkę - powiedział Ash - Warto by ją przesłuchać jeszcze raz, ale tym razem bez udziału policji.
- Gudula to jest tylko pionek! - zawołałem ze złością - Czy policja nie widzi, że prawdziwą osobą odpowiedzialną za to wszystko jest ten bydlak Orson?! To przez niego Ellie nie żyje!
- Ale przecież śmierć twoje żony to był tylko nieszczęśliwy wypadek - powiedziała Serena.
- Założę się z tobą o co tylko chcesz, że Orson tak to wszystko sobie zorganizował, aby to wyglądało na wypadek! Jestem pewien, że to Gudula spłoszyła konia celowo, a ten wąż tylko przypadkiem miał tam gniazdo!
- Policja ma przesłuchać Orsona w tej sprawie i dokładnie zbadać ten trop - rzekł po chwili Ash - Dowiedzą się, z kim się ostatnio kontaktował i o czym z tymi osobami rozmawiał. Być może masz rację, a być może nie. Tak czy siak policja sprawdzi wszystkie tropy. Ty zaś póki co bądź spokojny.
- Sam sobie bądź spokojny, Ash! Ellie nie żyje, a ja nie jestem w stanie sobie z tym poradzić! - zawołałem ze złością.
- Musisz zachować spokój i nie robić nic głupiego.
- Łatwo ci mówić. Przecież to nie twoją żonę zabili!
Ash westchnął głęboko i ze smutkiem w głosie powiedział:
- Mimo wszystko spróbuj.
Z trudem opanowałem nerwy oraz zgodziłem się zapanować nad sobą (choć to wcale nie było takie proste), a także nie robić nic głupiego, choć to było jeszcze trudniejsze. Przy okazji obiecałem zachowywać się rozsądnie do czasu wyjaśnienia tej sprawy i nie podejmować żadnych najmniejszych nawet prób rozwiązania zagadki śmierci Ellie. Tę rzecz zostawiłem policji i dwójce dzielnych detektywów amatorów, choć wątpiłem w ich możliwości w tej sprawie.

***


Minęły całe trzy dni od śmierci Ellie, a ja wciąż nie byłem w stanie uwierzyć w to, że już jej nie ma. Bardzo dziwnie się czułem, kiedy nie było jej przy mnie i kiedy nasz dom już nie dźwięczał jej wesołym śmiechem i jej obecność w nim całkowicie zanikła. To było bardzo dziwne uczucie, tak jak i to, że Leslie nagle w jakiś sposób zaczęła się ze mną dogadywać. Jak dotąd ta głupia gówniara czepiała się mnie o byle czego i szukała zaczepki z byle powodu, a teraz ona i ja zaczęliśmy się rozumieć i to w wielu sprawach. Widocznie potrzeba było tragedii, aby do tego doszło.
Policja przez ten czas zbadała dokładnie Blankę i dość szybko odkryła, że nie była chora ani nie objadła się czegoś, co wywołało w niej szaleństwo, więc teoria o tym, że przestraszył ją wąż wydawała się bardzo sensowna. Koń został więc zwrócony właścicielom, a policja dalej badała sprawę, bo wątek, który im zasugerowałem wydał się dość sensowny, w każdym razie na tyle, aby jeszcze nie zamykać sprawy. Do tego też podejrzenia policji względem Orsona wzrosły, kiedy znaleziono martwą Gudulą i to dwa dni po jej przesłuchaniu. Ktoś rozbił jej głowę kamieniem w lesie, uciszając ją na dobre, aby już nic nie powiedziała w tej sprawie.
- Tym razem nie ma żadnych wątpliwości, że to zabójstwo - powiedział Ash, kiedy opowiadał mi o tym zdarzeniu - W świetle tego zdarzenia śmierć Ellie nabiera innego znaczenia. Być może więc miałeś rację, że ją zabito.
- To był wypadek, ale jak widać przez kogoś sprowokowany - dodała Serena, która wraz z mężem prowadziła prywatne śledztwo w tej sprawie - Zabójstwo Guduli tylko potwierdza tę teorię. Chyba jednak miałeś rację, co do Orsona.
- Oczywiście, że miałem rację i mam nadzieję, że policja weźmie ten trop na poważnie - powiedziałem na to dość ponuro - Ellie co prawda mi to nie zwróci, ale zawsze będzie satysfakcja z triumfu sprawiedliwości. Trochę to marna pociecha, jednak chyba lepsza taka niż żadna.
Takimi właśnie słowami próbowałem się podnieść na duchu i tak też pocieszała się Leslie, której zachowanie wyraźnie pokazywało, jak bardzo przeżyła śmierć siostry i jak bardzo jej brakowało Ellie. Zresztą ja też za nią tęskniłem. Aby nas wesprzeć w tej tęsknocie przyjechała do Drozdowego Gniazda moja mama, którą Leslie powiadomiła o śmierci mojej żony. Co prawda jej obecność wcale nie sprawiła mi przyjemności z powodów, które już wcześniej podawałem, ale w takiej sytuacji jakoś potrafiłem tolerować jej osobę w swoim domu. Przyznaję też, że matka mimo wszystko potrafiła podnieść nas oboje na duchu.
- Spokojnie, moi kochani - mówiła moja mama zasmuconym głosem - To wszystko jest rzeczywiście bardzo przykre, ale przecież nie możecie się załamywać. Nie wolno wam się poddawać. Musicie oboje żyć dalej, choć oczywiście nie będzie to łatwe. Musicie to jednak zrobić, bo Ellie bardzo by tego chciała. Nie wolno więc wam się poddawać.
- Ciekawe, że właśnie ty mówisz o tym, aby się nie poddawać, mamo - powiedziałem z kpiną w głosie.
Moja matka załamana opuściła głowę w dół, bardzo dobrze wiedząc, że zasługuje na takie przytyki, po czym westchnęła głęboko i powiedziała:
- Dobrze wiem, że jestem chyba ostatnią osobą, która powinna was w tej sprawie pouczać, ale robię to właśnie z powodu tego mojego błędu, który kiedyś popełniłam. Nie chcę, żebyście wy popełnili podobny. Dlatego też proszę was, abyście się nie poddawali i żyli dalej. Chociaż spróbujcie to zrobić. I oczywiście wspierajcie się nawzajem w każdy możliwy sposób.
- Może być pani spokojna, będziemy się oboje wzajemnie wspierać - powiedziała Leslie.
To samo i ja obiecałem mojej matce, chociaż ta obietnica była dla mnie dość trudna do wypowiedzenia, bo w końcu jak można było wypowiedzieć tę obietnicę tak po prostu, po tym wszystkim, co się stało?

***


Ze względu na tajemniczą śmierć Guduli i moje przypuszczenia policja zaczęła brać na poważnie Orsona jako głównego podejrzanego. Zaczęli też dokładnie sprawdzać, kto ostatnio odwiedzał tego drania w więzieniu oraz z kim ze świata zewnętrznego posiadał kontakt. Ja zaś z jakiegoś powodu poczułem, że muszę się z nim rozmówić. W sumie nie wiedziałem, czego po takiej rozmowie mogę się spodziewać, bo przecież chyba nie tego, że łajdak przyzna się do tego, co zrobił. Ale chciałem wiedzieć, co mi powie. Czułem, że jego reakcja powie mi bardzo wiele.
Załatwiłem więc sobie możliwość rozmowy z Orsonem, co udało mi się dość łatwo. Gdy już więc załatwiłem sobie widzenie z tym łajdakiem, to poszedłem do więzienia i przeszedłem do pokoju widzeń wraz z Ashem i Pikachu, którzy uparli się, aby mi towarzyszyć. Chwilę później strażnicy wprowadzili Orsona i posadzili go na krześle przy stole naprzeciwko mnie. Ash stał w kącie pokoju i z uwagą obserwował to wszystko, podobnie jak i stojący przy drzwiach strażnik. Pikachu zaś siedział wygodnie na ramieniu swego pana i cały czas czuwał, gotów uderzyć w Orsona piorunem, gdyby ten próbował mnie zaatakować.
- No proszę, kogo ja tu widzę? - zapytał z kpiną w głosie Orson - Mój drogi przyjaciel Roger. Co cię sprowadza do mojego zacisza?
- Dobrze wiesz, dlaczego tu przyszedłem. Policja musiała powiedzieć ci o moich podejrzeniach względem ciebie - odpowiedziałem mu.
- Tak, coś mi się już obiło o uszy - zachichotał podle Orson, nie kryjąc przy tym satysfakcji - Ktoś podobno sprzątnął tę twoją laleczkę i policja podejrzewa, że to ja.
- A to byłeś ty? - spytałem.
Słysząc moje pytanie Orson parsknął śmiechem i powiedział:
- Nawet gdybym to był ja, to chyba nie myślisz, żebym ci się do tego przyznał.
- A więc to twoja robota?
- Uwierz mi, stary. Bardzo chciałbym ci teraz powiedzieć, że to ja za to odpowiadam, ale niestety muszę cię rozczarować. To nie ja. Liczę jednak na to, że policja prędko się tego dowie. Chciałbym wiedzieć, do kogo wysłać list z gratulacjami.
Wściekle złapałem go za jego więzienny ciuch, przyciągnąłem jego twarz do swojej i zawołałem:
- Gadaj, kogo wynająłeś, żeby zabił moją żonę!
- Już nie pamiętam, kto to był. Może Bonnie i Clyde?
Uderzyłem go pięścią z całej siły w twarz. Zrobiłbym to jeszcze raz, gdyby nie Ash, który złapał mnie od tyłu i odciągnął od tego bydlaka. Prócz tego strażnik pomógł wstać Orsonowi (masującemu sobie właśnie obolałą szczękę) i powiedział:
- Dobrze, już wystarczy! Koniec widzenia!
- Jeszcze pożałujesz! Zobaczysz! Znajdziemy dowody przeciwko tobie i dostaniesz dożywocie!
- Gadaj zdrów, przybłędo! Nic na mnie nie masz i nie będziesz mieć! - zawołał ze złością Orson.
Wyszliśmy z sali widzeń, a następnie skierowaliśmy się ku wyjściu z więzienia.
- Widzisz, Ash? To jednak on! - zawołałem z satysfakcją - To on zlecił zabójstwo Ellie! Praktycznie się do tego przyznał!
- Wyciągasz zbyt daleko idące wnioski, przyjacielu - powiedział na to Ash bardzo spokojnym tonem - On wcale się do niczego nie przyznał. Kpił tylko z ciebie, aby cię sprowokować i czerpać z tego satysfakcję.
- I niestety to mu się udało - powiedziałem zły sam na siebie - Wybacz mi, Ash. Dałem się podejść jak dziecko.
- Spokojnie, jeszcze nie wszystko stracone - rzekł wciąż spokojny Ash - Wystarczy tylko poszukać dokładniej i znajdziemy zabójcę.
- Sądzisz, że to Orson?
- Nie sądzę. Wyglądał na bardzo zdziwionego, kiedy powiedziałeś mu o śmierci Ellie.
- Mógł przecież udawać. To prawdziwy aktor z powołania. Potrafił się tak dobrze zgrywać, że gdyby nie twarde dowody, to sąd nigdy by go nie skazał.
- Być może, ale jeszcze nie mam pewności, czy to on stoi za śmiercią Ellie. Równie dobrze może tu chodzić o kogoś innego.
- Ale o kogo?
- Jeszcze nie wiem. Ale dowiem się tego.


Wyszliśmy z budynku więzienia, przed którym czekały już na nas Serena i Leslie. Obie rozmawiały o czymś z wielkim zainteresowaniem, ale gdy tylko nas zobaczyły, to zaraz przerwały swoją dyskusję i spojrzały w naszą stronę.
- I jak wam poszło? - spytała Serena.
- Bune-bune? - zapiszczała stojąca tuż przy niej Buneary.
- Tak sobie - odpowiedział ponuro Ash.
- Orson udawał, że o niczym nie wie - dodałem równie ponuro - A Ash sądzi, że może mówić prawdę.
- Więc jeśli nie on, to kto? - spytała Leslie.
- To na pewno on, bez dwóch zdań - powiedziałem - Trzeba go tylko odpowiednio przycisnąć i wtedy...
- Jak na razie obejdzie się bez ściskania - przerwał mi Ash - Ja tam wolę bardziej wysublimowane metody działania.
- To znaczy jakie? - zapytała Leslie.
- Różne, ale głównie opierające się na sztuce dedukcji - odpowiedział jej Ash - Zobaczycie jeszcze, że te metody są bardzo skuteczne.
- Wcale w to nie wątpię - rzuciła trochę złośliwie moja szwagierka, po czym wyjęła z torebki perfumy i popsikała się nimi - Kiedy wydadzą ci ciało Ellie, Roger? Trzeba by wreszcie przeprowadzić pogrzeb.
- Tak, to już właściwa pora - odpowiedziałem jej - Ale policja jeszcze tam przeprowadzić jakieś swoje procedury i trochę to chyba potrwa. A co? Tak ci się spieszy, aby ją pochować?
- Nie, tylko że... Wolałabym już mieć to za sobą - wyjaśniła Leslie.
- Właściwie to ja też - stwierdziłem ponuro.
Serena spojrzała z uwagą na Leslie z uwagą, jak ta chowa perfumy do swojej torebki i spytała:
- Co to za perfumy?
- „L’Amore“. Ellie też takich używała. Tylko nie myślcie sobie, że to są jej perfumy. Te sama sobie kupiłam za kieszonkowe, które dostawałam od Ellie.
- Znam tę markę. Nie używają piżma, więc nie kicham jak opętana, gdy je wącham. Ale to dość droga marka.
- Za to warta swojej ceny.
- Ale trochę sobie musiałaś na nie odkładać.
- Tak, ale mi się udało.
Chwilę później Leslie dostrzegła przechodzącą ulicą swoją koleżankę i jej chłopaka, którzy wesoło do niej pomachali, a moja szwagierka zaraz nas przeprosiła i mówiąc, że wróci później do domu podeszła do nich i od razu zaczęła z nimi rozmawiać.
- Niezła z niej kłamczucha - powiedziała po chwili Serena.
- Dlaczego tak sądzisz? - zdziwiłem się.
- Bo kłamie jak z nut - odpowiedziała mi Serena - Ellie opowiadała mi o niej trochę i dobrze wiem, że nigdy nie dostawała od niej zbyt wysokiego kieszonkowego, a prócz tego zawsze wszystko prędko wydawała hulając z kumpelami po barach. Niby kiedy więc miałaby odłożyć na te perfumy?
Ash zastanowił się nad tym zagadnieniem, lekko masując sobie przy tym podbródek. Pikachu zaś z uwagą przyglądał się odchodzącej w swoją stronę Leslie.
- To rzeczywiście dość podejrzane - powiedział po chwili Ash - Warto by się temu lepiej przyjrzeć.
- Zaraz, chwileczkę! - przerwałem im ten wywód - Czy wy sugerujecie teraz, że moja szwagierka coś kombinuje?
- Tak i to może mieć związek ze śmiercią Ellie - odpowiedziała Serena - Lepiej się mieć na baczności.
- Skoro tak mówicie - powiedziałem, całkowicie załamany - Choć jest mi trudno w to uwierzyć, ale też prawdę mówiąc, po tym wszystkim, co się stało jestem gotów uwierzyć nawet w to, że Ellie zabili kosmici.
- Wątpię, to raczej robota człowieka z krwi i kości i już my go dla ciebie znajdziemy - powiedział Ash.
- Mam nadzieję, że wam się to uda - odparłem ponurym głosem.
Cała ta sytuacja dobijała mnie z każdą chwilą coraz bardziej i coraz gorzej się z tym wszystkim czułem.

***


Następny dzień nie przyniósł nam niczego dobrego, a tylko kolejne problemy i trudności. Słusznie powiedziała Serena, że trzeba się mieć na baczności, ale niestety chyba powiedziała to niewłaściwej osobie. Trzeba było to powiedzieć Leslie, a nie mnie. Chociaż to było raczej niemożliwe do przeprowadzenia, bo moja szwagierka wróciła do domu bardzo późno w nocy. Prócz tego bardzo zmęczona i jakoś nie chciała z nikim rozmawiać, a już najmniej ze mną, co też jawnie mi okazała wtedy, kiedy próbowałem ją zagadać. Co prawda bardzo chciałem z nią wtedy porozmawiać, ale matka odradziła mi to.
- Daj spokój, Roger - powiedziała - Teraz nie ma co z nią rozmawiać. Jest zbyt zmęczona, a do tego chyba jest pijana. Lepiej niech się wyśpi i może wtedy będziecie mogli spokojnie porozmawiać. Teraz i tak niczego z niej nie wydobędziesz.
Przyznałem jej rację i postanowiłem pogadać sobie z Leslie dopiero następnego dnia, ale ten następny dzień był po prostu przygnębiający. Leslie zjadła prędko śniadanie i zaraz wyszła, a więc znowu nie było możliwości, aby się z nią rozmówić, choć tak przy okazji też już więcej się ona nie miała pojawić, gdyż tak jakieś kilka godzin później zadzwonili do mnie policjanci, którzy prowadzili śledztwo w sprawie Ellie i przekazali mi przerażającą wiadomość. Okazało się, że znaleziono Leslie martwą w lesie. Ktoś ją tam udusił i porzucił bez życia między drzewami. Musiałem przyjść rozpoznać ciało, co rzecz jasna zrobiłem. Przyszedłem, zobaczyłem i potwierdziłem, że to rzeczywiście było ciało Leslie. Jej szyję zdobiły wielkie ślady siniaków. Oczywiście dobrze wiedziałem, czyja to jest sprawka.
- Orson! To znowu on! To wszystko jego robota! - wołałem ze złością do matki, chodząc wściekle po salonie, gdy już wróciłem do domu - Widać moja wizyta w więzieniu go tak bardzo przestraszyła, że postanowił pozbyć się Leslie! I w ten właśnie sposób pozbył się jedynej osoby, która mogła coś wiedzieć w tej sprawie.
- A więc sądzisz, że Leslie była w to wszystko zamieszana? - spytała moja matka.
- No oczywiście. Już Ketchumowie coś podejrzewali w tej sprawie, o czym ci wczoraj mówiłem. Z tego powodu chciałem z nią porozmawiać, ale nie zdążyłem tego zrobić.
- Wiem, ale z drugiej strony zastanawia mnie, co niby chciałbyś w ten sposób osiągnąć - powiedziała matka - Jej przyznanie się do winy?
- Sam nie wiem. To chyba była taka wiesz, nadzieja tonącego, który się brzytwy potrafi schwytać - odpowiedziałem - A teraz i tak się już niczego od niej dowiem.
Chwilę później rozległo się głośne pukanie do drzwi. Otworzyłem je i zobaczyłem, że w progu stoją Ash i Serena, którym towarzyszą Pikachu oraz Buneary. Cała czwórka miała bardzo ponure miny.
- Cześć, Roger - powiedział Ash - Bardzo nam przykro.
- Już wiemy od Arthura o tym, co się stało - dodała Serena - To bardzo komplikuje całą sprawę. A do tego jakie to smutne. W ciągu kilku dni obie siostry...
- Tak, okropna sytuacja - przerwałem mu - Wejdziecie?
Weszli do środka i poprosiłem ich do salonu, gdzie usiedli wygodnie i zaczęli rozmawiać z moją mamą, a ja po chwili do nich dołączyłem.
- Bardzo nam przykro z powodu tej tragedii - powiedziała Serena.
- A przy okazji też przykre jest to, że Leslie z pewnością coś wiedziała w tej sprawie - dodał ponuro Ash - Bo to więcej niż pewne, że posiadała jakąś wiedzę w tej sprawie.
- A to naprawdę jest pewne? - zapytała moja matka.
- Zdecydowanie i jej dzisiejsze zabójstwo tylko to potwierdza - odrzekł Ketchum - Gdyby była niewinna, to by nie posiadała nagle bardzo dużo pieniędzy i nie zostałaby dzisiaj uduszona i to już wkrótce po tym, jak ja i Roger złożyliśmy wizytę Orsonowi w więzieniu. Wszystko to wydaje się więc potwierdzać naszą teorię.
- Tak, prawdopodobnie tak - potwierdziła moja matka, kiwając ponuro głową - Tylko co teraz? Jak sobie z tym poradzimy?
- Trzeba będzie lepiej przycisnąć Orsona - powiedział Ash - A tak przy okazji, Arthur Rocker wreszcie przekonał patologa i będą dziś robić sekcję zwłok Ellie.
Matkę bardzo ta wiadomość poruszyła, podobnie jak i mnie.
- A więc wreszcie ją przeprowadzą? - spytałem.
- Tak, w świetle ostatnich wydarzeń sprawa jej śmierci nie jest już w ogóle w żadnej sprawie oczywista - odpowiedział Ash - Trzeba więc bardzo dokładnie wszystko zbadać, aby zyskać całkowitą pewność, co do tego, w jaki sposób zginęła Ellie.
- I kiedy będą wyniki? - zapytała moja matka.
- Jutro rano bądź w południe - powiedział Ketchum - Tak czy siak już wkrótce wszystko się wyjaśni.
- Nie sądzę, żeby to od razu wszystko wyjaśniło.
- No, od razu może i nie wszystko, ale z pewnością bardzo wiele.
Moja matka miała co do tego pewne wątpliwości, ale ja tak coś czułem, że jeśli detektywi tak mówią, to tak właśnie będzie. Ostatecznie to nie byli głupi gliniarze, którzy mimo swoich potężnych możliwości wciąż jakoś nie potrafili dowieść Orsonowi jego winy, ale profesjonaliści wiedzący, w jaki sposób się zabrać do sprawy. W każdym razie tak powiedział o nich Arthur Rocker, a ja nie miałem powodu, żeby mu nie wierzyć. Tylko co nawet prawdziwi profesjonaliści potrafią zdziałać przeciwko temu tajemniczemu zabójcy, który atakuje niespodziewanie i którego tożsamości nikt nie zna?

***


Ranek przyniósł nam kolejną bardzo przykrą sytuację, która sprawiła, że Drozdowe Gniazdo stało się niemalże tak samo ponure, jak ta rezydencja z historii autorstwa Emily Bronte, która na swój sposób przyniosła swoim właścicielom same nieszczęścia. Właściwie to nie „niemalże takie same“, co „dokładnie tak samo“ ponure.
Wszystko się zaczęło rano, kiedy przyszliśmy do kuchni zrobić sobie śniadanie. Matka długo nie schodziła, co wcale nas nie zdziwiło, bo lubiła się nieraz długo wysypiać, ale też stwierdziłem, że co za dużo, to przecież nie zdrowo i postanowiłem ją obudzić.
- Poślę Pikachu i Buneary - zaproponował Ash - My zaś dokończmy szykować sobie śniadanie.
Uznałem, że to bardzo dobry pomysł i dlatego oba Pokemony szybko pognały po schodach do pokoju, w którym spała moja matka. Szybko jednak powróciły piszcząc przy tym ze strachu i pokazując coś łapkami. Chyba Ash coś z tego zrozumiał, bo przeraził się bardzo, podobnie zresztą jak Serena, która spojrzała na mnie blada jak ściana i powiedziała:
- O nie! Twoja mama!
- Co moja mama? - zapytałem.
- Pikachu i Buneary mówią, że coś jej się stało!
- Jak to?! - zawołałem ze strachem w głosie - A co jej się stało?
- Nie wiedzą, ale nie da się jej dobudzić - wyjaśniła Serena.
- Chodźmy to sprawdzić! - zaproponował Ash.
Pobiegliśmy szybko na pierwsze piętro i od razu wparowaliśmy do pokoju mojej matki, a gdy to zrobiliśmy, to zrozumieliśmy, o co chodziło Pokemonom. Moja matka leżała na łóżku pozornie w takiej pozie, w jakiej zwykle spała, ale przy dokładniejszym przyjrzeniu się można było dostrzec, że tym razem poza ta jest nieco inna, a moja biedna matka jest jakoś dziwnie powyginana i ma szeroko otwarte usta. Nie trzeba było być lekarzem, aby wiedzieć, że nie żyje. Dla pewności jednak Serena powoli podeszła do niej, wyjęła z torebki lusterko i przyłożyła je do ust mojej matki. Sprawdziła też jej puls, ale nie przyniosło to oczekiwanych wyników. Właściwie jedyne, co nam przyniosło, to tylko potwierdzenie wręcz oczywistego faktu śmierci mojej matki.
Opadłem na stojący w pobliżu fotel, łapiąc się za serce i mamrocząc przy tym:
- Boże drogi! Co się tutaj dzieje? To jest dom czy trupiarnia? Co się tutaj w ogóle wyprawia? I dlaczego?
- Pika! Pika-pi! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu, który właśnie siedział na nocnej szafce i trzymał w łapkach jakaś kartkę papieru.
Ash zaintrygowany powoli podszedł do niego, wziął z jego łapki kartkę i zapoznał się z jej treścią.
- To do ciebie, Roger - powiedział i podał mi kartkę.
Wziąłem ją od niego i w szoku zacząłem głośno czytać to, co było na niej napisane.

Mój drogi synku,

Bardzo żałuję, że wszystko w taki sposób musiało się potoczyć. Nie chciałam, aby do tego doszło, ale sytuacja potoczyła się w bardzo przykry sposób i nie mogłam postąpić inaczej. Jakiś czas temu wykryto u mnie raka i niewiele życia mi już pozostało na tym świecie. Postanowiłam więc w jakiś sposób zabezpieczyć cię na przyszłość. Co prawda posiadam dość duży majątek, ale to trochę za mało, aby dać ci szczęście, którego jesteś wart. Ty zasługujesz na to, żeby posiadać o wiele więcej. Zasługujesz na majątek Ellie.
Ta głupia gęś nie zasługiwała na te pieniądze ani na Ciebie. Była po prostu beznadziejna, a do tego jeszcze zdradzała Cię na prawo i lewo. Wiem o tym, bo wynajęłam detektywa, aby ją sprawdzić i niestety wyniki tego śledztwa były po prostu straszne. Ta dziewucha ciągle Cię zdradzała i to jeszcze z kim popadnie. Początkowo chciałam Ci powiedzieć o wszystkim, ale zmieniłam zdanie. Uznałam, że skoro i tak umieram, to lepiej będzie pomóc Ci w lepszy sposób. Dlatego też przybyłam tu i zabiłam ją. W jaki sposób? Jak wiesz Twoja żona brała specjalne leki na alergię, która jej dokuczała. Ponieważ już kiedyś (zaraz po waszym ślubie) wpadłam do was na parę dni, to wiedziałam, gdzie je trzyma. Te leki to są kapsułki, łatwo więc było je otworzyć i wypełnić fosforem, a potem je zamknąć i odłożyć na miejsce. Plan wprost idealny.
Niestety, ta głupia smarkula Leslie widziała mnie, jak majstruję przy lekach jej siostry i chociaż początkowo to zlekceważyła, to teraz zdołała skojarzyć fakty. Ukryła leki i kiedy przyjechałam do was, to powiedziała, że wie, iż podczas ostatniej wizyty dodałam do kilku kapsułek jakieś świństwo, które zabiło jej siostrę. Powiedziała mi też, że otwierała te kapsułki i każdą sprawdzała i w kilku znalazła jakąś zawartość, której nie było w pozostałych kapsułkach. Domyśliła się, że to zabiło Ellie i zażądała zapłaty za milczenie. Zapłaciłam jej, ale kiedy Twoi przyjaciele detektywi zorientowali się, że ta idiotka kupiła sobie bardzo drogie perfumy, na które przecież nie było jej wcześniej stać, to zrozumiałam, że muszę działać. Było za duże ryzyko, że policja oraz Twoi przyjaciele ją przycisną i się wygada, co wie, dlatego też zabiłam ją w lesie.
W międzyczasie pozbyłam się tej głupiej Guduli, której płaciłam za zrobienie zamieszania wokół waszego domu. To ona z moją pomocą dostała się do domu i napisała ten złowrogi napis na lustrze, a potem powiesiła te rzekome zwłoki na drzewie i straszyła was parę razy. Musiałam ją zabić. Ta stara wiedźma widziała, jak Ellie umiera i wydobywa się z jej ust jakiś zielony dym, który uznała za jej duszę, która opuszczała ciało. Bardzo nie chciałam, aby ktoś pojął, co naprawdę zobaczyła i dalej ją przesłuchiwał w tej sprawie, więc ją zabiłam.
Nie jestem jednak w stanie dłużej tego znieść. Ciągle czuję na sobie wzrok Twoich przyjaciół - z pewnością mnie podejrzewają. Prócz tego też choroba prędzej czy później i tak mnie zabije i to w bardzo powolny sposób, wolę więc odejść na swoich warunkach. A poza tym w ten sposób wymierzę sobie sprawiedliwość za swoje czyny. Tak chyba będzie uczciwie.
Nie wiem, czy uda Ci się zachować spadek po Ellie, ale jeśli tak, to go zachowaj i wykorzystaj mądrze. I daję Ci jeszcze ostatnią dobrą radę przed śmiercią: bądź lepszym człowiekiem niż ja. Długi trzeba spłacać i ja to teraz robię wobec Ciebie, ale Ty długów staraj się nie zaciągać. I dbaj o ludzi, którzy są Ci bliscy. Dbaj o nich lepiej niż ja. Wszystko w porządku, synku. Wszystko dobrze. Bądź szczęśliwy i nie popełniaj moich błędów. Cieszę się, że choć trochę mogłam Ci pomóc za życia. Kocham Cię.

Twoja niegodna tego tytułu matka.


Załamany odłożyłem list na bok i powiedziałem:
- To po prostu okropne. A więc to była ona! Moja matka! Moja własna matka odpowiada za to wszystko?! Nie mogę w to uwierzyć!
- A ja nie mogę uwierzyć w to, że potrafiła tak dobrze kłamać - rzekł na to Ash.
- Co masz na myśli? - zapytałem zdziwiony - Kiedy niby moja matka skłamała?
- W tym liście - odpowiedział Ash.
- Chcesz powiedzieć, że skłamała w tym liście? Że wszystko, co tutaj napisała to kłamstwo?
- Przeciwnie. Prawie wszystko, co tutaj napisała jest prawdą, ale też skłamała w jednej sprawie świadomie, a w drugiej to właściwie chyba sama nie znała prawdy, więc ją przypisała osobie, która do tego pasowała.
- Obawiam się, że nadal nie rozumiem.
- Już ci wszystko wyjaśniam - Ash przybrał pozę rasowego detektywa z klasycznych kryminałów i chodząc po całym pokoju wzdłuż i wszerz zaczął opowiadać: - Cała ta sytuacja jest niewątpliwie niezwykła i przez długi czas ja sam nie miałem pewności, co do kilku jej aspektów i dopiero wczoraj w nocy ostatecznie wszelkie wątpliwości się rozwiały. Dzięki temu wiem, że twoja matka nikogo nie zabiła.
- Jak to? Więc to ona nie zabiła Ellie i jej siostrę? - zdziwiłem się.
- Oczywiście, że nie ona. Guduli zresztą też nie zabiła - odpowiedział mi Ash.
- To dlaczego wzięła winę na siebie? Kto zabił Ellie, Leslie i Gudulę? I co się tu dzieje wokół mnie?
- Wszystko ci opowiem, ale po kolei. Zacznijmy od upiornego napisu na lustrze oraz manekinie powieszonym na drzewie. Twoja matka uważała, że to sprawka Guduli. Myliła się. To była sprawka Leslie.
- Leslie?
- Tak. Smarkula sama się z tym zdradziła. Powiedziała przychodząc tu rano, gdy znaleziono manekina coś, co od razu wzbudziło moje podejrzenia. Zapytała: „Co? Ktoś napisał coś krwią na waszym lustrze?“. Tyle tylko, że to wydarzenie miało miejsce w nocy, kilka ładnych godzin wcześniej, czego ona nie mogła widzieć, skoro była u koleżanki, a do tego Ellie szybko zmyła napis i nie mówiła o nim siostrze, gdy ta tutaj przyszła. Wspomniała tylko o mrocznym napisie z krwi na lustrze w waszym domu. Ale nie powiedziała, które to było lustro. Skąd więc Leslie to wiedziała? Bo sama zrobiła ten napis. Wraz ze swoją kumpelą wkradła się tu przez gałąź na drzewie, która sięga okna waszej sypialni. Okno było otwarte, wystarczyło jej więc tylko wejść, zrobić swoje i wyjść tą samą drogą. A potem rano przyjść, powiesić rzekome zwłoki na drzewie i udawać, że się właśnie wróciło i przeraziło ich widokiem.
- Nieźle - powiedziałem - Tylko po co to wszystko?
- Żeby wam zrobić głupi kawał - odpowiedziała Serena - Leslie miała chyba do nich jakąś dziwną słabość.
- A więc wybijanie kamieniem szyb oraz napisy na ścianach, to też jej głupie kawały? - spytałem.
- Nie, to już dzieło mordercy - odpowiedział mi Ash - Szybko pojął, że te głupie dowcipy można wykorzystać do jego celów i kontynuował je na swój sposób. Również to głupkowate zachowanie Guduli było mu bardzo na rękę. Dzięki niemu skutecznie zdołał obarczyć winą ją oraz jej rzekomych szefów, których tak naprawdę nigdy nie było.
- Gudula więc nie była w to zamieszana? - zdziwiłem się.
- Nie. Gudula nie zrobiła nic złego w tej sprawie. Ale zapłaciła życiem za to, co widziała, a widziała jak Ellie umiera, a z jej ust wydobywają się opary fosforu - odpowiedział Ash.
- Leslie z kolei zginęła, bo szantażowała zabójcę - dodała Serena.
- Ale kto to jest? Kim jest ten zabójca? - spytałem.
- O! To ktoś wyjątkowy perfidny oraz wyrachowany - powiedział Ash, powoli przestając chodzić po pokoju - Łajdak bez serca i skrupułów, a przy okazji bardzo zdolny aktor. Potrafił wszystkich oszukać, przez chwilę nawet i mnie. To wyjątkowa kanalia, a przy okazji też osoba, dla której biedna pani Goodman zrobiłaby wszystko. Dosłownie wszystko.
- A więc moja matka wiedziała, kto jest zabójcą?
- Zgadza się i zrobiłaby wszystko, aby tę osobę ocalić. Nawet wzięła na siebie jej winy, byleby tylko policja nigdy nie brała tej osoby pod uwagę jako choćby w najmniejszym stopniu podejrzanego.
- Ale kto to taki?
- Zastanówmy się. Tylko jedną osobę chciała chronić za wszelką cenę i tylko jedną osobę skrzywdziła kiedyś tak bardzo, że obecnie była gotowa oddać życie, aby tylko ją ocalić od dożywocia w więzieniu. Tylko jedna osoba była tak bardzo przez nią kochaną i nie potrafiła w żaden sposób tego docenić.
To mówiąc Ash i Pikachu z uwagą spojrzeli w moją stronę, a Serena i Buneary zrobiły to samo.
- Że co? - zapytałem i parsknąłem śmiechem - O co wam chodzi? Że to niby ja zrobiłem? Że to mnie matka chciała chronić i dlatego się zabiła?
- Zgadza się - odpowiedział mi ponuro Ash - Tylko ciebie tak bardzo kochała, że była gotowa oddać za ciebie życie i wziąć na siebie twoje winy. Kochała cię nad życie i nie potrafiła sobie wybaczyć, że przed laty tak cię skrzywdziła. Dlatego też, gdy tylko zorientowała się, że to ty jesteś zabójcą, postanowiła cię ratować. Przeszukała dobrze pokój Leslie i znalazła te leki, do których dodałeś fosfor i je zażyła, przedtem pisząc list, w którym wzięła całą winę na siebie i próbowała cię ratować. Opisała w liście wszystko, co ty zrobiłeś, ale przypisała to sobie. Prócz tego, aby lepiej uzasadnić motywy swego rzekomego postępowania kłamała twierdząc, że ma raka i że Ellie cię zdradzała, choć w tej sprawie nie mam pewności, czy to rzeczywiście były kłamstwa. Tego już się chyba nigdy nie dowiemy. Ale za to wiem i to z całą pewnością, że nieświadomie skłamał przypisując Guduli wszystkie żałosne figle, jakie miały tu miejsce, takie jak napisy krwią czy manekin na drzewie. To już, jak wiemy sprawka twoja i Leslie. Ale twoja matka tego już nie wiedziała. W każdym razie nie wiedziała o postępkach Leslie, bo o twoich chyba jednak wiedziała.
Serena wzięła leżące na szafce nocnej leki i powiedziała:
- Policja zbada ten kapsułki, chociaż Ash podejrzewa, że twoja matka zażyła wszystkie, które zawierały fosfor. W końcu nie mogło tu zostać nic, co mogłoby cię obciążyć, a prócz tego większa dawka trucizny szybciej i skuteczniej zabija. A ona przecież chciała umrzeć. W ten oto sposób spłaciła dług sprzed wielu lat, jaki miała wobec ciebie. Pisze zresztą o tym w liście.
- Zgadza się - potwierdził Ash - Ale w treści tego listu przypisała sobie twoje zbrodnie. A to ty zabiłeś Ellie, a potem też Gudulę i Leslie. Zrobiłeś to tak, jak zostało tu opisane. Za późno się w tym zorientowaliśmy, bo przecież nie miałeś żadnego motywu, aby zabić Ellie. Zacząłem jednak rozumieć, że Gudula zginęła wkrótce po tym, jak powiedziała o „zielonej duszy“, a Leslie niedługo po rozmowie o jej podejrzanie drogich perfumach. Ja i Serena przeanalizowaliśmy wiele aspektów tej sprawy i tylko ta wydawała się nam sensowna. Dlatego w nocy postawiliśmy na czatach Greninję i Frogadier, nasze dwa wodne Pokemony, które czuwały ukryte pod łóżkiem i w szafie w pokoju twojej matki. Czuwały i przyłapały cię na tym, jak przyszedłeś zabić lub zastraszyć swoją matkę pistoletem z tłumikiem, ale ta już nie żyła. Szybko więc wyszedłeś, ale nie wiedziałeś, że w pobliżu czają się dwie pokemonie żaby, z których jedna zrobiła ci to oto zdjęcie.
To mówiąc detektyw pokazał mi swoją komórkę, która ukazywała moją postać w pokoju matki z pistoletem w dłoni.
- Po rozjaśnieniu widać wyraźnie twarz zabójcy, choć bez rozjaśnienia także można cię rozpoznać - powiedział Ash - Greninja i Frogadier mieli cię zatrzymać, gdybyś zaatakował matkę, ale ta już nie żyła. Wyszedłeś więc, a oba Pokemony zaraz sprowadziły nas do tego pokoju. A my przeczytaliśmy list do ciebie i wszystko stało się jasne.


- Dręczy mnie tylko jedno pytanie - wtrąciła Serena - Dlaczego zabiłeś Ellie? Dla pieniędzy? Miałeś ich przecież dosyć. A może Ellie naprawdę cię zdradzała?
- Nigdy mnie nie zdradziła. W tej sprawie moja matka także kłamała - odpowiedziałem.
- Więc dlaczego? Czemu ją zabiłeś? - dziwiła się Serena.
Spojrzałem na nią z wściekłością, uznając przy tym jednocześnie, że nie ma sensu dłużej już skrywać prawdy, dlatego powiedziałem:
- Chcesz wiedzieć, to ci to powiem! Zabiłem ją, bo reprezentowała wszystko, co kiedyś mnie zniszczyło! Bogactwo, luksusy oraz piękno! Tacy ludzie jak ona zawsze pomiatali takimi jak ja! Zamienili całe moje życie w piekło! To przez nich już nie potrafię być sobą! Bogacze i jaśnie państwo chodzą sobie po świecie obdarzając łaskami tylko tych, których zechcą, a cała resztę pozostawią samym sobie. Sądzą, że za pieniądze mogą wszystko! Ich dobre imię jest dla nich o wiele więcej warte niż sprawiedliwość! Aby zachować to dobre imię są gotowi wszystko poświęcić, a zwłaszcza takich szaraczków jak ja! Uważasz mnie za zabójcę?! Za łajdaka bez serca?! A jak nazwiesz tych, którzy dla zabawy katowali mnie w szkole?! Jak nazwiesz Orsona, który całe moje życie zamienił w piekło?! O nie! Ty nie masz prawa mnie potępiać, bo ja tylko się stałem kimś, w kogo bogacze mnie zamienili! Tak, zabiłem Ellie! I sprawiło mi to wielką przyjemność! Tak jak utopienie tego gnoja w mojej nowej szkole, który ciągle nazywał mnie przybłędą! I jak rozwalenie łba innemu, którego złoty zegarek bardzo mi się spodobał!
- Co?! Zabiłeś kiedyś człowieka dla złotego zegarka? To przerażające! - jęknęła Serena.
Parsknąłem śmiechem, słysząc jej wypowiedź.
- Dla ciebie tak, ale dla mnie nie. Poza tym zbrodniarz zawsze zabija z jakiegoś powodu mniej lub bardziej błahego. Dlaczego więc ja miałbym być inny? Dlaczego mój powód jest od razu gorszy od powodu kogoś, kto zabija swoją żonę za jej zdradę?
Zachichotałem wesoło i dodałem:
- Nie byłem zabójcą przez długi czas i równie długi czas tolerowałem to wszystko, co mnie spotkało. Ale kiedy trafiłem dzięki mojej matce do tej nowej szkoły i pewien jaśnie paniczyk nazwał mnie przybłędą, poczułem się tak samo wściekły jak wtedy, gdy Orson i jego kumple mnie prześladowali. Ale długo to tolerowałem, aż wreszcie raz nad jeziorem gość zaczął znowu mi dokuczać. Próbowałem go olać, ale dalej rzucał te swoje podłe uwagi, więc straciłem cierpliwość i rzuciłem się na niego. Złapałem go, wsadziłem mu siłą łeb pod wodę i utopiłem. Ale nie chciałem tego. Po prostu za późno się zreflektowałem. Na szczęście nikt mnie tam nie widział, więc bez trudu uciekłem. Policja nawet przez chwilę nie podejrzewała, że to moja sprawka. A ja przez długi czas się bałem, że wszystko się wyda, ale nic takiego się nie stało. Poczułem więc ulgę i wielką radość, a potem także i satysfakcję. Taką samą, jaką czułem wtedy, kiedy utopiłem tego gnoja. Czułem się cudownie, kiedy już złapałem ten jego podły łeb i wsadziłem mu go pod wodę. Czułem satysfakcję oraz ogromne uczucie zachwytu z samego siebie. Wreszcie to nie ja byłem ofiarą. Teraz byłem górą. Teraz to mnie się bano. To uczucie dodało mi skrzydeł i sprawiło, że odnalazłem w sobie wewnętrzną siłę. Była ona tak wielka i tak upajająca jak narkotyk i równie mocno uzależniająca. I z tego też powodu chciałem ją poczuć jeszcze raz, ale bałem się iść siedzieć. Dlatego zaatakowałem gościa, który miał bardzo ładny złoty zegarek i który trochę wcześniej mnie w jakiś sposób zirytował. Udało mi się i znowu nikt mnie nie powiązał z tą zbrodnią. Dlatego nabrałem odwagi i spróbowałem swoich sił z Ellie. Jak widzicie, udało mi się bez trudu ją załatwić.
Zachichotałem złośliwie i mówiłem dalej:
- A Leslie nie tylko mnie szantażowała, ale też wskoczyła mi do łóżka. Od dawna jej się podobałem, zwłaszcza odkąd poznaliśmy się na plaży podczas wakacji, na które wyjechałem przed wyprowadzką z domu. Oboje wtedy mieliśmy romans i Leslie była wściekła, gdy mnie zobaczyła razem z Ellie.
- To dlatego okazywała ci taką niechęć - powiedziała Serena.
- Tak i dlatego potem z radością wskoczyła na miejsce swojej siostry, ale chyba zapomniała, że niebezpiecznie jest szantażować kogoś, kto już raz zabił - odpowiedziałem z ironią - No i za tę głupotę Leslie zapłaciła życiem. Ale ta moja głupia mamuśka zaczęła coś podejrzewać i wczoraj wieczorem porozmawiała ze mną w tej sprawie. Przyznałem się do tego, co zrobiłem, a także bardzo dobrze udawałem skruchę. Dlatego mamuśka mnie uratowała. Obiecała mi, że mnie ocali i tak też zrobiła.
- Wielka tylko szkoda, że jej trud poszedł na marne - powiedział Ash i powoli podszedł do drzwi pokoju, które zaraz otworzył.
Do środka weszli inspektor policji, paru funkcjonariuszy oraz Arthur Rocker.
- Sekcja zwłok Ellie wykazała, że zabito ją za pomocą fosforu - rzekł ten ostatni - Biedaczka nie żyła już w chwili, gdy upadła głową na kamień, bo wcześniej zabił ją fosfor, który z całą pewnością znajdziemy też w ciele twojej matki.
- Ja jej nie zabiłem! - zawołałem oburzony, zrywając się z fotela - Ta głupia krowa sama się zabiła!
- To chociaż w tej jednej sprawie będziesz posiadał czyste sumienie - powiedział inspektor - Ale za trzy pozostałe zbrodnie tak czy siak wkrótce odpowiesz przed sądem.
Policjanci podeszli do mnie i zakuli mi ręce w kajdanki, recytując przy tym standardową procedurę. Gdy już to zrobili, to spojrzałem w stronę Asha i powiedziałem załamanym głosem:
- Och, ty żałosny szpiclu! Coś ty najlepszego zrobił?
Detektyw ze złością spojrzał na mnie i zawołał:
- Co ja zrobiłem?! A co ty zrobiłeś?! Zabiłeś trzy niewinne osoby, aby się odegrać na całym świecie za swoje wcześniejsze niepowodzenia!
- Ty nic nie rozumiesz - odpowiedziałem mu ponuro - Cierpiałem przez większość życia i doznane cierpienia oraz brak wsparcia nauczyły mnie, że tylko silni przetrwają na tym świecie. Nie chciałem już nigdy więcej być słaby! Chciałem być silny! A silny zawsze uderza zanim zostanie uderzony!
- Ale Ellie cię nie skrzywdziła! Ellie cię kochała! - zawołała ze łzami w oczach Serena - Naprawdę musiałeś ją zabić?
- Ellie rzeczywiście mnie kochała, ale problem polega na tym, że ja nie kochałem jej. Dlaczego więc miałbym jej nie zabić? Bo ona się we mnie zakochała jak ostatnia idiotka? Jej pech!
Chwilę później policjanci wyprowadzili mnie z pokoju i z domu, po czym wsadzili do radiowozu i zabrali z sobą na komisariat.
Tak kończy się moja opowieść. Spisałem ją w więzieniu oczekując na proces, który ma mnie osądzić za moje zbrodnie. Proces już wkrótce i czas pokaże, co będzie dalej. Ale i tak czeka mnie wielka sława i świat o mnie tak łatwo nie zapomni. Kto wie? Może kiedyś nakręcą film o moim życiu? Czas pokaże, co się stanie po procesie. Czas wszystko pokaże.
Przy okazji ci, którzy to czytacie i zapewne teraz mnie potępiacie oraz rzucacie różne podłe epitety pod moim adresem, to wiedzcie jedno: wiele mi możecie zarzucić, ale z pewnością nie to, że kłamałem. Bo przecież bardzo dobrze przeczytałem swoje zapiski i przekonałem się, jak dobry jest ze mnie pisarz. W moich zapiskach nie ma ani jednego kłamstwa. Wszystko, co tutaj przeczytaliście jest prawdą - po prostu pomijałem swoje zbrodnie i to, jak ich dokonałem. Przyznacie chyba, że to właściwe podejście dla narratora będącego równocześnie zabójcą. Dobry jestem, prawda?

***


Pamiętniki Sereny c.d:
Lektura tej opowieści przypomniała mi dokładnie całą przygodę i to, jak bardzo uderzyła ona w moją wrażliwość i system wartości. Bo przecież człowiek, którego uważaliśmy za przyjaciela zabił szczerze kochającą go żonę i to tylko dlatego, że jej osoba przypominała mu jego osobiste porażki w życiu. Dlatego, że pochodziła ze świata, który kiedyś go skrzywdził. Ale czy to były wystarczające powody, aby kogoś zabić? Ash też posiadał spore wątpliwości w tej sprawie.
Ja i mój ukochany mąż chcieliśmy od razu wyjechać po tej przygodzie, ale zostaliśmy prawie tydzień dłużej, aby móc zeznawać jako świadkowie podczas procesu Rogera. Do tego procesu jednak nigdy nie doszło, gdyż Roger Goodman go nie doczekał. Podczas pobytu w więzieniu wdał się on w bójkę z Orsonem na stołówce. Orson wydobył skądś nóż i zaatakował nim Rogera, a ten broniąc się wyrwał mu ów nóż i zabił go, ale przedtem sam został bardzo ciężko ranny i wkrótce potem zmarł w szpitalu. Przed śmiercią poprosił o to, aby przysłać nam jego zapiski. Dlaczego? Tego już niestety nie wiedzieliśmy. Może oczekiwał z naszej strony zrozumienia? Jeśli tak, to się przeliczył.
Wieść o jego śmierci bynajmniej nas nie pocieszyła. Raczej wywołała jeszcze większe przygnębienie.
- W sumie sprawiedliwości stało się zadość, tylko co nam teraz po tym? - zapytał przygnębiony Ash - Ellie życia to nie wróci, Rogerowi życia nie naprawi. Co kto zyskuje na tym, że znowu rozwiązaliśmy zagadkę? Że tego zła mniej jest na świecie przez śmierć Rogera? Co to zmienia?
Nic mu nie odpowiedziałam, ale bardzo dobrze go rozumiałam. W tej sprawie nasze zwycięstwo niczego nie było w stanie naprawić. Gudula coś mówiła o diable, który krąży jak lew i szuka, kogo by tu pożreć. Pożarł teraz Rogera i jego biedne ofiary. A wszystko dlatego, że Roger wpuścił do serca zło i stracił całkowicie wiarę w dobro i chcąc poczuć się lepiej z ofiary stał się katem, za co aż kilka niewinnych osób zapłaciło życiem. I co Roger w ten sposób zdołał udowodnić? Chyba tylko tyle, że pod wpływem wielkiego cierpienia człowiek potrafi z dobrej istoty stać się bestią bez ludzkich uczuć, jeśli tylko całkowicie odrzuci dobro i wybierze ścieżkę zła i wiecznej zguby.
Zapiski Rogera zachowałam, aby ja zawrzeć w swoich pamiętnikach i dać z ich pomocą lekcję dla całego świata. Być może jego przykład pomoże wielu ludziom zrozumieć prawdziwą istotę zła wywołanego przez cierpienie i bezduszność ludzi. Być może kiedyś świat przestanie być obojętny wobec takich osób jak Roger i pomoże im zanim staną się tacy, jak ich oprawcy. Kto wie? Któż to może wiedzieć? Przykład tak czy inaczej pozostanie.
Po przeczytaniu zapisków Rogera ja i Ash spakowaliśmy się do końca i poszliśmy na cmentarz, na którym została pochowana Ellie. Złożyliśmy tam kwiaty na jej grobie i ze smutkiem przez długie minuty wpatrywaliśmy się w ciemną płytę, która pozostała po tak wspaniałej i uroczej osobie, jaką kiedyś była, a ja wspominałam jej poczucie humoru, dobroć i wielką miłość do jej nie wartego tejże miłości męża. Po głowie zaś krążyły mi słowa piosenki z bajki Disneya „Dzwonnik z Notre Dame“:

Kiedyś, gdy zmądrzejemy, gdy świat się zmieni,
Gdy nadejdzie dzień.
Modlę się, by kiedyś już umieć tak dobrze żyć,
By dać żyć innym.

Kiedyś, gdy będzie uczciwiej i dużo mniej już
Będziemy chcieć.
Będzie tak, że Bóg pozwoli nam,
By szybciej już nastał ten szczęścia dzień.

Kiedyś, gdy dobro zwycięży, gdy miłość
Jak słońce rozświetli nas.
Dopóki ten dzień nie odmieni nas,
Nadzieją swą dosięgniemy nawet gwiazd.

Mimo, że wokół ciemność
I na nadzieję nie ma szans,
Ale łączy nas modlitwa
O ten nowy, lepszy świat.
Kiedyś!

Kiedyś gdy zmądrzejemy, a świat zmieni,
Nadejdzie lepszy ten dzień.
Modlę się, byśmy umieli już lepiej,
Mądrzej, lepiej żyć.

Kiedyś, gdy świat będzie lepszy, 
Gdy miłość nas zmieni.
Zmieni nas, wszystko w nas.
Będzie tak, że Bóg pozwoli nam
By szybciej już
Nastał ten szczęścia czas.
Będzie taki dzień.
Niedługo już.
Kiedyś.

Tak! Kiedyś to nastąpi, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie nadszedł czas nadejścia tych radosnych chwil. Teraz bowiem panuje czas rozczarowań i goryczy takich jak moja. Myślałam, że wyjeżdżając na angielską prowincję zdołam oderwać siebie i Asha od przykrych czasami obowiązków detektywa i stróża sprawiedliwości. W końcu takie miejsca są przepiękne. Bo spójrzcie tylko: drzewa szumiące od wiatru, śpiewające ptaki, uśmiechnięci ludzie... Niestety, w takich oto miejscach najczęściej czai się zło. Bo przecież drzewa szumią do czasu, aż je zetnie drwal. Ptaki śpiewają, dopóki nie zastrzeli ich myśliwy. Wszyscy ludzie wokół nas miło się uśmiechają, ale tak naprawdę nigdy nie wiadomo, co kryją w swoich sercach.


KONIEC

niedziela, 26 maja 2019

Przygoda 121 cz. IV

Przygoda CXXI

Domek na wsi cz. IV


Następnego dnia po tej imprezie w barze, Ellie wpadła na pomysł, aby odwiedzić tę jakże uroczą parę małżeńską, która dała nam taki super popis poprzedniego wieczoru. Dowiedziała się od znajomej, że ta parka wynajęła posiadłość na wrzosowiskach niedaleko naszego miasteczka, a żeby było zabawniej, to przezwali tę posiadłość Wichrowe Wzgórza, co Ellie bardzo się spodobało, bo przecież to prawdziwa romantyczka i uwielbia wszystkich ludzi posiadających podobne upodobania w sprawie literatury czy filmu.
- A skąd twoja znajoma wiedziała o tym, że oni wynajęli tę posiadłość i jak ją nazwali? - zapytałem zainteresowany.
- Spotkała ich przed tą posiadłością - odpowiedziała wesoło Ellie - To bardzo mili i sympatyczni ludzie, choć wyglądają na bardzo młodych.
- Pewnie dopiero co stali się pełnoletni.
- Chyba tak, ale to przecież bez znaczenia. Może ich odwiedzimy?
- Właściwie to czemu nie? I tak nie mam dzisiaj nic ciekawszego do roboty - odpowiedziałem, lekko wzruszając przy tym ramionami - Ale mam tylko nadzieję, że nie są nasłani przez Orsona.
- I co? Będą czekać, aż sami do nich przyjdziemy zamiast spróbować dotrzeć do nas i spróbować nas wykończyć? - zaśmiała się Ellie - Chyba za dużo kryminałów oglądasz.
- Pewnie tak. To chodźmy do nich. Oby tylko byli w domu.
- Jak ich nie będzie, to przyjdziemy później.
Poszliśmy zatem do posiadłości nazwanej Wichrowymi Wzgórzami, choć ja osobiście miałem pewne wątpliwości, czy powinniśmy to robić. W końcu nic o tych ludziach nie wiedzieliśmy, więc nie mieliśmy pewności, czy powinniśmy się im narzucać. Równie dobrze oni mogli tego nie chcieć, a przy okazji jeszcze okazać się niezłymi draniami. Byłem zatem zdania, że lepiej jest nie zawierać tak pochopnie nowej znajomości, a już zwłaszcza z osobami poznanymi w barze, do którego przychodzą często różnego rodzaju ludzie i często są to męty. Kto wie, kim byli ci miłośnicy dzieł Tolkiena? Do tego wciąż w uszach dźwięczały mi pogróżki Orsona, że ja i Ellie jeszcze pożałujemy tego, że go wsadziliśmy do więzienia. Wolałem więc uważać na wszystkich nieznajomych kręcących się w pobliżu, bo pośród nich mógł się czaić zabójca przesłany przez Orsona. Tych dwoje też mogło być zabójcami wysłanymi w celu posłania nas do grobu. Ale skoro Ellie uparła się, aby do nich iść, to postanowiłem jej towarzyszyć, tak na wszelki wypadek.
Dotarliśmy do Wichrowych Wzgórz i zapukaliśmy do drzwi.
- Już idę! - usłyszeliśmy sympatyczny, dziewczęcy głos.
Chwilę później jego właścicielka otworzyła nam drzwi. Była to ta sama blondynka, która poprzedniego dnia śpiewała w barze piosenkę Froda.
- Dzień dobry. W czym mogę pomóc? - zapytała.
- Dzień dobry, pani Underhill - powiedziała wesoło Ellie - Jestem Ellie Goodman, a to jest mój mąż Roger. Widzieliśmy państwa występ wczoraj wieczorem.
- Występ? - zdziwiła się dziewczyna.
- Tak, śpiewała pani piosenkę, a pani mąż przygrywał pani wtedy na skrzypcach - wyjaśniła Ellie.
Blondynka uderzyła się dłonią w czoło i zawołała wesoło:
- Ach tak, racja! Ja i Ash daliśmy wczoraj niezły popis! I państwo tam byliście i widzieliście go?
- Tak, byliśmy tam i widzieliśmy go, ale po co zaraz tak oficjalnie do nas mówić? - zachichotała Ellie i wesoło podała rękę miodowłosej - Jestem Ellie Goodman. Ellie.
- A ja Serena Evans-Ketchum - odpowiedziała dziewczyna, ściskając jej dłoń - Ja i mój mąż jesteśmy tu w podróży poślubnej.
- O! To ciekawe! - zawołała Ellie wyraźnie zachwycona - A ja i Roger dopiero co powróciliśmy z podróży poślubnej. Byliśmy na Riwierze. Piękne miejsce.
- O tak! - zgodziłem się z nią - A swoją drogą, to bardzo dziwne, że wybraliście właśnie to miejsce na podróż poślubną. Zakochane pary zwykle wolą jakieś bardziej ciepłe miejsca z plażą i palmami.
- Zwykle tak, ale jestem romantyczką i namówiłam Asha, żebyśmy tu przyjechali i zobaczyli chociaż fragment ojczyzny Szekspira.
- Ale ten dom nazwaliście na cześć Emily Bronte, a nie Szekspira - zauważyła wesoło Ellie.
- A tak, Wichrowe Wzgórza - zachichotała Serena - Po prostu ten dom skojarzył mi się z... O rany! Ale gdzie moje maniery?! Trzymam was tu na progu zamiast zaprosić was do środka! Bardzo was przepraszam! Wejdźcie, proszę!


Dziewczyna wpuściła nas do środka i zamknęła za nami drzwi, aby nie wpuszczać zimna z zewnątrz, a chwilę potem zaprosiła nas do salonu i zaproponowała nam herbatę oraz ciastka. Oczywiście skorzystaliśmy z tego zaproszenia, a kiedy z niego korzystaliśmy, to dołączył do nas mąż uroczej miodowłosej, który przedstawił się nam jako Ash Ketchum. U jego boku dreptał dziwaczny stworek widziany już przez nas w barze. Prócz tego po domu kręciło się inne, równie dziwaczne stworzenie podobne do królika.
- Przepraszam bardzo, że zapytam, ale czy te stworzenia, które wam towarzyszą, to nie są aby Pokemony? - zapytała trochę nieśmiało Ellie.
Nie chciała wyjść na wścibską, dlatego jej pytanie było zadane takim dość niepewnym tonem.
- Ależ oczywiście - odpowiedziała jej wesołym tonem Serena - To są Pokemony. Ten żółty to jest Pikachu, a ta brązowa to Buneary. Pikachu jest Asha, a Buneary jest tymczasowo pod moją opieką.
- Rozumiem - powiedziała Ellie, wpatrując się z zachwytem w te dosyć dziwaczne zwierzaki - Coś mi mówi, że bardzo spodobałyby się one mojej młodszej siostrze.
- Masz siostrę? - zapytała zainteresowana Serena.
- Tak, ma na imię Leslie i mieszka z nami - wyjaśniła Ellie - Z chęcią was z nią zapoznam, jeśli oczywiście zechcecie przyjść do nas wieczorem na kolację.
- Z przyjemnością! - Serena aż klasnęła w dłonie z zachwytu i spojrzała na swego męża - Pójdziemy, Ash?!
- Oczywiście - odpowiedział jej wesoło małżonek - I tak przecież tego wieczoru nie mamy żadnych innych planów, więc dlaczego nie mielibyśmy go poświęcić naszym drogim sąsiadom?
- Doskonale! - Ellie była wręcz uradowana tą odpowiedzią - A zatem, czy siódma godzina wam odpowiada?
Odpowiadała im, dlatego też państwo Ketchum z radością przystali na propozycję mojej żony, która bardzo szybko ich pożegnała wyjaśniając, że chce wszystko przygotować na wieczór, aby goście czuli się jak u siebie w domu. Dlatego też dość szybko pożegnaliśmy naszych nowych znajomych i wróciliśmy do siebie, aby przygotować wszystko na ich przybycie.
- Jesteś pewna, że to rozsądne zapraszać pierwszy raz widziane przez siebie osoby do domu na kolację? - zapytałem Ellie.
Ta zachichotała delikatnie, położyła mi dłoń na ramieniu i powiedziała bardzo wesoło:
- Kochanie, daj już spokój. Czy ty aby nie przesadzasz trochę w swojej ostrożności?
- Ostrożności nigdy nie za wiele, skarbie, a poza tym nie zapominaj o groźbach Orsona, które rzucał w naszą stronę podczas procesu.
- To było zwykłe puste szczekanie i nic więcej. Orson chciał nas tylko nastraszyć. Poza tym, co on nam niby może zrobić z więzienia?
- Żebyś się nie zdziwiła, co on potrafi.
Ellie pocałowała mnie czule w policzek i powiedziała:
- Cieszę się, że jesteś taki ostrożny, ale możesz być spokojny. A poza tym, przy takim czujnym stróżu jak ty nic nam się nie może stać.
Objąłem ją lekko do siebie i zachichotałem czule.
- Boże, Ellie! Jakże ty bywasz uroczo naiwna. Żebyś się nie pomyliła, co do Orsona i co do mnie.
- Jestem pewna, że się nie mylę, a już na pewno nie wobec ciebie.

***


Wróciliśmy z Ellie do domu i rozpoczęliśmy przygotowania do kolacji, na którą to zaprosiliśmy naszych nowych znajomych. Chcieliśmy się im pokazać od jak najlepszej strony, dlatego też dołożyliśmy wszelkich starań, aby goście byli zadowoleni z kolacji u nas. Co prawda nie wiedzieliśmy, co Ash i Sereną lubią jeść, bo przecież nie zdążyliśmy ich jeszcze o to zapytać (ostatecznie dopiero co ich poznaliśmy), ale na tę okoliczność było bardzo proste rozwiązanie - po prostu uszykowaliśmy różnego rodzaju przysmaki, jakie sami lubiliśmy, mając przy tym wielką nadzieję, że coś z tego będzie smakowało Ashowi i Serenie.
Przygotowania zajęły nam trochę czasu, ale uwinęliśmy się z nimi na tyle, że jeszcze zdążyliśmy się przebrać w bardziej eleganckie stroje, które o wiele lepiej nadawały się do przyjmowania gości, niż te noszone przez nas cały dzień. A kiedy już byliśmy gotowi, zaś na zegarze wybiła godzina 7:00 wieczorem, wyszliśmy oboje z domu i zaczęliśmy czekać na naszych gości. Ci przybyli bardzo prędko i do tego punktualnie, ponieważ ledwie co oboje wyszliśmy, a w chyba zaledwie pół minuty później pojawili się państwo Ketchum. Oboje byli elegancko ubrani i uśmiechnięci od ucha do ucha, a do tego Ash trzymał w ręku jakąś siatkę.
- Witajcie! Mam nadzieję, że się nie spóźniliśmy - powiedział wesoło chłopak.
- Skądże! Przyszliście w samą porę - odpowiedziałem.
- To dobrze, bo się bałem, że się spóźnimy - dodał Ash.
- Byliśmy jeszcze na małych zakupach i było ryzyko, że nie zdążymy przyjść na czas - powiedziała Serena.
- Na zakupach? - spytała Ellie.
- A tak, na zakupach - potwierdziła wesoło miodowłosa - Bo przecież nie mogliśmy przyjść tutaj z pustymi rękami.
- Och, proszę was - powiedziała bardzo wzruszonym głosem Ellie - To my mamy was ugościć, a nie wy nas.
- Ale zawsze wypada przyjść w gości z czymś, a nie pustymi rękami.
- Ja tam bym się nie obraziła, gdybyście przyszli bez niczego.
- Ale ja bym się obraziła na samą siebie, gdybym coś takiego zrobiła.
Ellie zaśmiała się lekko i podeszła powoli do Sereny, biorąc ją za ręce, po czym powiedziała:
- Jesteś naprawdę urocza, moja droga. Bardzo chcę, żebyśmy obie się ze sobą zaprzyjaźniły.
- Myślę, że to da się zrobić - odpowiedziała jej wesoło Serena.
Spojrzała potem z wyraźnym zachwytem na nasz dom i dodała:
- A więc to jest Drozdowe Gniazdo? Bardzo ładne.
- Prawda? Nasze urocze, kochane gniazdko - powiedziała wzruszona Ellie.
- Przeklęty dom! - odezwał się nagle czyiś ponury głos.
Odwróciliśmy się za siebie i zauważyliśmy tę głupią staruchę, która już kilka razy łaziła w pobliżu naszego domu i ciągle opowiadała o nim wiele bredni. Baba ta miała tak z około sześćdziesiąt lat, ciemną karnację, czarne włosy, brązowe oczy i chodziła ubrana w dziwaczne, kolorowe szmaty. Z pochodzenia była chyba Cyganką, a nazywała siebie Gudulą.
- To przeklęty dom! W jego murach czai się zło! - krzyczała dalej ta walnięta starucha - Krew tej biednej dziewczyny już na zawsze wsiąkła w tę ziemię! Strzeżcie się! Diabeł krąży w pobliżu jak lew wygłodniały szukając tylko, kogo by tu pożreć! Opuśćcie ten dom, jeśli wam życie miłe!
- Ta, jasne! - zawołałem ze złością - To ty lepiej opuść teren naszego domu, jeśli nie chcesz, żebyśmy wezwali policję!
Starucha popatrzyła na mnie z uwagą i dodała ponuro:
- Strzeż się, mój młody człowieku! Strzeż się ducha samobójczyni! Jej nieodwzajemniona miłość może dopaść i ciebie! Może stać się twoją zgubą, jeśli nie będziesz uważał!
- Tak, tak! Znamy już te śpiewki na pamięć! Wynoś się!
Gudula pomruczała coś jeszcze pod nosem, po czym powoli odeszła w sobie tylko znanym kierunku.
- Kto to był? - zapytał Ash.
- Ach! To tylko Gudula, taka głupia stara Cyganicha - powiedziałem, machając lekceważąco ręką - Od dawna łazi po całej okolicy i narzuca się ludziom opowiadając brednie o tym domu i strasząc każdego, kto tylko chce ją słuchać.
- A to prawda z tą samobójczynią? - zapytała Serena.
- A kto to tam wie? - wzruszyłem ramionami.
- Chodzą takie plotki, że tak około sto lat temu taka jedna dziewczyna powiesiła się tutaj z rozpaczy po tym, jak odrzucił ją chłopak jej marzeń - wyjaśniła Ellie - Ludzie opowiadają, że jej duch krąży w pobliżu nie mogąc zaznać spokoju, ale to prawdopodobnie tylko taka romantyczna, miejscowa legenda.
- Jakoś mało w niej romantyzmu, ale za to dużo grozy - powiedział złośliwie Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Co chcesz? To jest posiadłość w stylu gotyckim. Takie historie tutaj bardzo pasują - stwierdziła dowcipnie Serena.
- Wolałbym, aby tu było bardziej przyjemnie.
- A co? Czy nie jest ci przyjemnie, kiedy wokół ciebie krąży taka lekka atmosfera grozy?
- Lubię lekką atmosferę grozy, ale jak dla mnie ta groza do „lekkiej“ się na pewno nie zalicza.
- Spokojnie, moi kochani. Spokojnie - powiedziała bardzo wesoło Ellie - Proponuję, abyśmy wszyscy chwilowo zapomnieli o wszelkich duchach i zjawach i zajęli się kolacją, na którą was zaprosiliśmy.
- Tak chyba będzie najlepiej - zgodziłem się z nią.
- Nie wiem, czy w takiej atmosferze zdołam zapomnieć o duchu tej samobójczyni, ale spróbuję - zaśmiał się Ash.


Weszliśmy więc do środka i usiedliśmy wszyscy przy stole. Ellie zaś z miejsca podjęła się roli gospodyni.
- Ponieważ nie wiedzieliśmy, co lubicie jeść, to przygotowaliśmy wiele możliwości do wyboru. Mam nadzieję, że coś z tego trafia w wasze gusta.
- Jeśli mam być szczery, to... - zaczął Ash, ale Ellie bardzo szybko mu przerwała.
- Nic z tego nie trafia w wasz gust? No nie! No wiedziałam! Normalnie wiedziałam! Trzeba było was zapytać o to zanim was zaprosiłam!
- Nie! Coś ty?! Wręcz przeciwnie - zawołał wesoło Ash - Przecież to są same smakowite danie! Praktycznie wszystko z tego nam smakuje!
- Naprawdę? - zapytała Ellie, oddychając przy tym z ulgą - To dobrze, bo już myślałam, że...
- Weź już tyle nie myśl, tylko dobrze się baw - powiedziałem do niej - I zaczynajmy wreszcie kolację, bo aż szkoda, żeby te wszystkie łakocie tutaj się zmarnowały.
- I teraz to mówisz moim językiem, chłopie! - zawołał do mnie wesoło Ash i sięgnął ręką po siatkę - A skoro już o łakociach mowa, to chyba się do nich nada?
To mówiąc wyjął z siatki butelkę dobrego wina, a także cztery butelki świetnego, angielskiego piwa. Widząc to ostatnie zadowolony aż oblizałem wargi i powiedziałem:
- A teraz ty mówisz moim językiem.
- Nie zapomnij jeszcze o tym - dodała wesoło Serena, wyjmując z tej samej siatki paczkę ciastek - Angielskiego łakocie najwyższego sortu.
- Doskonale się nadają! - zawołała wesoło Ellie.
Chwilę później rozpoczęła się prawdziwa uczta i cała nasza czwórka bawiła się doskonale, oczywiście w towarzystwie dwóch bardzo uroczych stworków towarzyszących Ashowi i Serenie, które to stworki nie pogardziły łakociami z naszego stołu, dzięki czemu z owych łakoci nawet okruszki nie zostały, bo wszystko zostało przez nas zjedzone.
Po uczcie zrobiło się jeszcze weselej, bo Ellie dostała SMS-a od Leslie, która napisała, że zostaje u swojej przyjaciółki na noc, co Ellie przywitała z radością. Moja droga szwagierka ostatnio trochę za bardzo jej dokuczyła i dlatego nawet była zadowolona z tego, że teraz zostaje ona u swojej drogiej psiapsiółki, a ponieważ Ellie dobrze tę psiapsiółę znała, to odpisała siostrze tylko, że wszystko w porządku i życzy jej dobrej nocy i sama zaczęła się z nami bawić. A bawiliśmy się bardzo dobrze, bo puściliśmy wesołą muzykę i tańczyliśmy do niej, a potem zrobiliśmy sobie seans oglądając „Wichrowe Wzgórza“ z 1992 roku, który był i jest chyba najlepszą ekranizacją powieści Emily Bronte. Ciekawie się oglądało lorda Voldemorta w roli Heathcliffe’a i tę przeuroczą Francuzeczkę w roli jego ukochanej. Widać było wiele pasji w ich grze i ta pasja bardzo mi się podobało. Dlatego seans sprawił mi wielką przyjemność, choć sama historia jakoś nie podbiła mojego serca, tak jak to zrobiła z sercami Ellie i Sereny, które tą opowieścią się wręcz zachwycały.
Po obejrzeniu filmu zaproponowaliśmy naszym gościom, aby zostali u nas na noc. Ash i Serena zgodzili się bez wahania, dlatego pościeliliśmy im  gościnnym, życzyliśmy dobrej nocy i poszliśmy spać.
- Widzisz? Tak się ich bałeś, a teraz zapraszasz ich do siebie na noc - powiedziała wesoło Ellie.
- To jest kwestia zdrowego rozsądku - odpowiedziałem jej dowcipnie - Przyjaciół trzymaj blisko siebie, a wrogów jeszcze bliżej. Jeżeli tych dwoje coś przeciwko mnie knuje, to wolę ich mieć na oku.
Ellie zachichotała wesoło i lekko się do mnie przytuliła.
- Ależ oczywiście, skarbie. Wiesz co? Ta twoja paranoja jest chwilami bardzo zabawna.
Weszliśmy powoli do naszej sypialni i wtedy nagle śmiech jej zamarł w krtani, ponieważ zobaczyła ona coś, co wcale nie było zabawne. Tym czymś było lustro wiszące tuż przy naszym łóżku, na którym ktoś czerwoną farbą napisał wielkimi literami słowo: PRZEZNACZENIE.
- O Boże! - zawołała przerażona Ellie i wtuliła się we mnie.
Powoli odsunąłem ją od siebie i podszedłem do lustra, dotknąłem jego tafli i powiedziałem:
- Już wyschło. Widać ktoś napisał te słowa przynajmniej godzinę temu.
- Ale kto? - zapytała przerażona Ellie - Nie sądzisz chyba, że to duch tej dziewczyny?
- Weź nie żartuj - powiedziałem poirytowaną taką propozycją - Założę się, że to ktoś z naszych drogich gości.
- Niby w jaki sposób mieliby to zrobić? Przecież cały czas byli z nami!
- Więc kto to zrobił?
Spojrzałem w stronę okna. Było ono otwarte, a prócz tego naprzeciwko niego rosło bardzo duże drzewo sięgające gałęziami aż do ściany naszego domu.
- Zostawiłaś okno otwarte? - spytałem.
- Tak. Chciałam tutaj na chwilę wywietrzyć i potem zapomniałam je zamknąć - odpowiedziała Ellie.
- A więc już wszystko jasne. Nasz dowcipniś wszedł tutaj po drzewie i zostawił ten napis.
- Ale po co? I kim on jest?
- To z całą pewnością robota Guduli! Przecież tylko ona chce nas stąd wykurzyć!
- Ale przecież sama by tu nie weszła! Jest za stare na takie wspinaczki.
- Więc wynajęła kogoś, kto zrobił to za nią. Ale niech sobie nie myśli, że w ten sposób nas wykończy! O nie! Nic z tego! Takie dziecinady nas stąd nie wypłoszą!

***


Z trudem (bo napis zdążył już zaschnąć) zmyliśmy farbę z tafli lustra, a potem poszliśmy spać, oczywiście mocno wstrząśnięci tym, co tu się stało. Ellie przy okazji postanowiła, że nigdy więcej nawet na chwilę nie zostawi otwartego okna w jakiekolwiek części domu, co najwyżej tylko lekko uchyli okno, żeby wywietrzyć konkretny na chwilę pokój i nic poza tym. Po tym postanowieniu położyliśmy się spać i choć to było raczej trudne (zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co nas spotkało), to jakimś cudem zasnęliśmy.
Rano zaś wstaliśmy zrobić śniadanie dla nas i dla naszych gości. Ci także wstali i po chwili dołączyli do naszej dwójki, rozmawiając wesoło o różnych sprawach. Co prawda trochę mnie dręczył ten głupi żart z lustrem i zastanawiałem się, kto też za to odpowiada. Starałem się jednak tego nie okazywać Ketchumom. Ci jednak, a już zwłaszcza Ash wyraźnie zaczęli się czegoś domyślać.
- Czy coś się stało, stary? - zapytał mnie Ash, kiedy obaj wyszliśmy na chwilę z kuchni, w której zostały nasze panie.
- Nie, wszystko w porządku - odpowiedziałem zupełnie nieszczerze.
Oczywiście Ash od razu wyczuł kłamstwo w moim głosie, a dał tego wyraz poprzez uporczywe przyglądanie mi się wraz z wiecznie drepczącym przy jego nogach Pikachu.
- Roger, weź już lepiej nie kręć, bo ze mną takie numery nie przejdą - powiedział do mnie Ash - Coś ci dolega i to z pewnością nie jest kac. Co się dzieje?
Spojrzałem na niego i widząc, że gość nie odpuści, póki nie dowie się prawdy, powiedziałem ponuro:
- Wczoraj ktoś się tu włamał przez okno w sypialni i zrobił nam bardzo głupi dowcip.
- A jaki, jeśli wolno wiedzieć?
Westchnąłem bardzo niechętnie, bo jakoś nie paliłem się do tego, aby opowiadać o swoich problemach, ale skoro już zacząłem mówić, to przecież musiałem dokończyć.
- Napisał czerwoną farbą na lustrze, które wisi w sypialni na ścianie słowo „przeznaczenie“.
- Przeznaczenie? - zdziwił się Ash, a Pikachu zapiszczał zdumiony.
- Tak, przeznaczenie.
- I to jeszcze czerwoną farbą?
- Tak. Chyba miała imitować krew.
- To ma sens - rzekł Ash, lekko masując sobie podbródek - A więc ten ktoś chciał was nastraszyć. Czy coś zginęło?
- Nie, to był tylko głupi dowcip - odpowiedziałem - I tak się składa, że bardzo dobrze wiem, kto za to odpowiada.
- Ta stara Cyganka?
- Oczywiście, a niby kto? Tylko ona miała powód, żeby to zrobić, ale sama jest za stara, że wspiąć się po drzewie do okna, więc ktoś jej musiał w tej sprawie pomóc. Komuś musiała to zlecić.
- Ale po co by miała to robić?
- Żeby nas stąd przepłoszyć, to oczywiste. Ponieważ jej groźby nas nie wystraszyły, to postanowiła użyć mocniejszych metod. Ale jeżeli sądzi, że takie głupie żarty nas przerażą, to się grubo myli.
- I bardzo dobrze, bo nie możecie dać się zastraszyć - powiedział Ash i dodał po chwili: - Zgłosicie to na policję?
- A po co? Przecież to tylko głupie wybryki i tyle, policja więc nic jej nie zrobi. Poza tym przeszedłem trochę w życiu i jak dotąd gliniarze nigdy mi nie zdołali pomóc. Nie mam więc do nich zaufania.
- A do detektywów? - spytał Ash.
- Słucham?
- Nieważne. Tak się tylko pytam.
Po chwili z kuchni dobiegły nas bardzo wesołe śmiechy obu naszych pań, które wyraźnie były czymś ubawione.
- Ciekawe, o czym tak rozmawiają? - zapytałem.
- Pewnie o nas, a już zwłaszcza o tym, jacy jesteśmy w tych sprawach - zachichotał wesoło Ash.
Skrzywiłem się lekko, słysząc jego słowa.
- Poważnie? To baby potrafią sobie takie rzeczy opowiadać?
- Oczywiście i to jeszcze z jakimi szczegółami - odpowiedział wesoło Ash i poklepał mnie po ramieniu - Ale spokojnie. Sądzę, że obaj nie mamy się czego w tej sprawie obawiać. Raczej kpić z naszych umiejętności nie będą.
- Oby tak było. Wolałbym nie być obiektem drwin.
Spojrzałem na Asha i dodałem o wiele poważniej:
- I wolałbym też, żeby wiadomości o tej sprawie z lustrem nie były przez nikogo wygadane.
- Spokojnie, ja i Serena jesteśmy wręcz wzorem dyskrecji.
- Mam nadzieję.
Chwilę później z kuchni wyszły Ellie i Serenie. Obie na ubranie miały narzucone białe fartuszki, a w dłoniach trzymały one spore tace, na których znajdowało się przepyszne śniadanie, na którego widok aż ślinka mi ciekła. Przy nogach dziewczyn kręciła się oczywiście ta cała Buneary, najwyraźniej będąca w bardzo dobrym humorze.
- Co wam tak wesoło? - zapytał Ash.
- A tak jakoś bez większego powodu - odpowiedziała mu Serena - Po prostu bardzo fajnie nam się ze sobą rozmawia.
- To świetnie - zachichotał jej mąż - Jeśli śniadanie jest równie dobre, co wasz humor, to z całą pewnością czeka nas prawdziwa uczta.
- Możesz się takiej spodziewać - powiedziałem.


Usiedliśmy przy stole i powoli zaczęliśmy jeść. Rzeczywiście, posiłek był równie smakowity, co humor naszych pań i dzięki temu poprawił mi się nastrój i choć na chwilę zdołałem zapomnieć o tym, że miał w ogóle miejsce ten incydent z lustrem. Niestety, to nie trwało zbyt długo, ponieważ jakieś parę minut po śniadaniu, kiedy zaczęliśmy rozmawiać o jakiś takich dosyć lekkich i przyjemnych sprawach, rozległ się nagle czyiś głośny, dziewczęcy krzyk. Ellie bez trudu go rozpoznała.
- To Leslie! - zawołała przerażona i rzuciła się przerażona w kierunku wyjścia z domu (bo to stąd dobiegł nas krzyk).
Ruszyliśmy za Ellie i po chwili zobaczyliśmy ją stojącą przed gankiem domu i tulącą do siebie mocno zapłakaną Leslie, która łkała zachłannie w jej ramię. Obok nich stała jedna z koleżanek mojej szwagierki, najwyraźniej bardzo zaszokowana.
- Spokojnie. Tylko spokojnie, siostrzyczko - mówiła czule Ellie, powoli gładząc dłonią włosy swojej siostry.
- Co się tu dzieje? - zapytałem koleżankę Leslie.
Ta była tak przerażona, że nie potrafiła z siebie wydusić ani jednego słowa. Zamiast więc coś powiedzieć, tylko wskazała dłonią przed siebie, na rosnące nieopodal drzewo. Ledwie spojrzałem w jego kierunku, a od razu zobaczyłem, co tak bardzo przeraziło oraz zaszokowało obie nastolatki. Tym czymś były zwłoki człowieka ubranego na czarno, które wisiały na jednej z gałęzi na mocnym sznurze.
- O Boże! - zawołała Serena, zasłaniając sobie usta dłońmi.
- To... To... To... - koleżanka Leslie próbowała coś z siebie wydusić, ale nie była w stanie tego zrobić.
- To jest... To jest to samo drzewo, prawda? - zapytała Leslie, wciąż łkając w ramię siostry - Na tym drzewie tamta się powiesiła, prawda?
- Tak, ale... - jęknęła Ellie - Kto teraz tu wisi?
Ash i Pikachu powoli podeszli do trupa i przejrzeli mu się z uwagą. Chwilę potem chłopak zachichotał lekko i powiedział:
- Pikachu, ściągnij tego denata.
Pikachu zapiszczał potakująco i podskoczył w górę, po czym wykonał cięcie ogonem i przeciął sznur, na którym był powieszony samobójca.
- Ash, co ty wyprawiasz?! - zawołała zdumiona Serena.
- Właśnie! Zwłok nie można ruszać do przyjazdu policji! - dodała Ellie.
- Jakie tam zwłoki? To tylko kukła! - odpowiedział wesoło Ash, lekko się przy tym uśmiechając.
Myślałem, że walnął mnie piorun, w tak wielkim byłem szoku, kiedy usłyszałem te słowa. Prócz tego w przeciwieństwie do Asha wcale nie było mi do śmiechu.
- Co takiego? Kukła?! - zawołałem.
- Chodźcie i sami zobaczcie! - Ash kiwnął ręką w naszą stronę.
Z lekkim wahaniem, bo przecież nie byliśmy pewni, czy to faktycznie tak jest podeszliśmy do rzekomego trupa i rzeczywiście okazało się, że to tylko kukła. Odetchnęliśmy z ulgą, choć oczywiście lekki szok jeszcze przez chwilę w nas pozostał.
- Ktoś tutaj powiesił kukłę! - powiedział Ash.
- Ale po co? - zapytała Serena.
- Z tego samego powodu, dla którego ktoś pomalował mnie i Rogerowi lustro farbą imitującą krew - powiedziała Ellie.
- Ktoś wam pomalował lustro w sypialni? - spytała Leslie.
- Tak, ale nie wiemy kto, choć Roger się tego domyśla.
- No oczywiście, że się tego domyślam - powiedziałem, zaciskając ze złością dłoń w pięść - Tylko jedna osoba miała powód, żeby to zrobić!
- Hej, zobaczcie! - zawołała nagle Serena - Co to za kartka?
Dopiero teraz zauważyliśmy, że do ciała ktoś przyczepił karteczkę, na której napisał następujące słowa:

Śmierć to wielka przygoda. Chcecie ją przeżyć?

Ash przez chusteczkę wziął tę karteczkę i pokazał ją nam.
- Trzeba sprawdzić odciski palców - powiedział.
- A po co? Chcesz zawiadomić policję? - spytała Leslie.
- Wątpię, żeby się tym zajęli. To tylko głupi żart - dodała jej koleżanka.
- Głupi czy nie, ja tak tego nie zostawię! - powiedziałem, wyrywając kartkę Ashowi - Ale obejdziemy się bez policji!
- Co chcesz zrobić? - spytała Ellie.
- Zmuszę tę staruchę, żeby zostawiła nas w spokoju! - zawołałem ze złością i pogniotłem kartkę - Pogadam sobie zaraz z Gudulą i to porządnie!
- Roger, proszę cię! Weź nie rób głupstw! - poprosiła Ellie - Jeszcze cię zamkną i co ci z tego przyjdzie?!
- Satysfakcja, że ta wiedźma zostawi nas w spokoju - powiedziałem ze złością i cisnąłem pogniecioną kartkę w krzaki.
Chwilę później pobiegłem przez siebie wściekły jak wszyscy diabli.
- Roger! Gdzie lecisz?! Co chcesz zrobić?! - krzyczała za mną Ellie.
Nie słuchałem jej jednak, bo byłem za bardzo wściekły, aby to zrobić.

***


Pędziłem przed siebie wściekły jak jeszcze nigdy w życiu. Choć przez chwilę jeszcze docierały do moich uszu dźwięki krzyków Ellie, to jednak byłem zbyt zły, aby w jakikolwiek sposób one na mnie wpłynęły. Po głowie krążyły mi tylko myśli o tym, że ta parszywa Cyganicha Gudula próbowała nas zaszczuć i zmusić do opuszczenia Drozdowego Gniazda. Jeśli chodzi o mnie, to moglibyśmy spokojnie sprzedać ten głupi domek na wsi i przenieść się z tej parszywej prowincji do centrum, ale przecież nie mogłem pozwolić na to, żeby ktokolwiek nas zastraszał. Byłem więc gotów walczyć o swoje i to bez względu na konsekwencje.
Gnałem tak przed siebie i nawet specjalnie się nie zastanawiałem nad tym, dokąd pędzę i czy to ma jakikolwiek sens. Ostatecznie przecież wcale nie wiedziałem, gdzie jest Gudula i czy w ogóle ją znajdę. W głowie tylko dudniła mi myśl, żeby ukarać tę żałosną staruchę. Za sobą słyszałem czyjeś kroki, jakby ktoś biegł za mną w odległości przynajmniej kilkudziesięciu metrów, ale jakoś nie chciało mi się wtedy obejrzeć za siebie i sprawdzać, czy rzeczywiście ktoś za mną biegnie i kto to taki. Patrzyłem tylko przed siebie i biegłem dalej, próbując wypatrzeć Gudulę. Biegłem w stronę miejsc, w których często ją widywano, mając przy tym nadzieję, że w jednym z tych miejsc krąży właśnie ta Cyganicha.
Nie wiem, jak długo trwały poszukiwania, ale w końcu wypatrzyłem tę jędzę. Stała ona gdzieś przy jakieś dróżce i próbowała wróżyć jakieś młodej dziewczynie z ręki.
- Aha! Tu jesteś! - powiedziałem ze złością do siebie i podbiegłem do staruchy.
Ta właśnie skończyła wróżyć swojej klientce, która jej podziękowała i odeszła. To był odpowiedni moment na atak.
- Słuchaj, ty stara wiedźmo! Sądzisz, że nas zastraszysz?! - krzyknąłem wściekle do Guduli - Sądzisz, że takimi żałosnymi sztuczkami wygonisz nas z naszego domu?!
- O czym ty mówisz? - zapytała Gudula.
Wyglądała na bardzo zdumioną, ale takie numery mnie nie zmyliły.
- Dobrze wiesz, żałosna Cyganicho! Sądzisz, że farba na lustrze i kukła powieszona na drzewie nas przestraszą?! Uważasz, że w ten sposób zdołasz cokolwiek osiągnąć?! Kogo na nas nasłałaś?! Ile mu za to zapłaciłaś?!
- Za co miałabym płacić i komu?
- Aha! Będziesz teraz udawać, że o niczym nie wiesz?! Ale mnie nie nabierzesz! Odczep się lepiej ode mnie i Ellie, bo inaczej pożałujesz!
- Ale ja naprawdę nie wiem, o co ci chodzi!
- Nie wiesz, o co mi chodzi, tak?! To ja ci to powiem, o co mi chodzi! Śmierć to wielka przygoda, tak?! Ja ci dopiero pokażę przygodę!
Zacząłem szarpać tę staruchę i krzyczeć na nią rozjuszony jak wszyscy diabli. Ta zaś wrzeszczała ze strachu i wołała o pomoc, ale choć w pobliżu było dość sporo ludzi, to jakoś żaden się nie kwapił przybiec jej z pomocą. Najwyraźniej Gudula nie cieszyła się tu popularnością i wielu ludzi chciało jej zrobić to samo, co ja teraz.
Nagle poczułem, jak ktoś mnie od tyłu łapie za pachy i ciągnie silnie w swoją stronę. Odwróciłem głowę i kątem oka dostrzegłem, że jest to Ash. Obok niego stał Pikachu, piszczący z przerażenia. W pobliżu była również Serena, która wraz z Buneary pomagała podnieść się z ziemi Guduli.
- Puszczaj mnie! - warknąłem ze złością do Asha - Puszczaj, mówię! Ubiję tę parszywą sukę!
- Uspokój się, Roger! - zawołał Ash, wciąż mnie trzymając - Przecież nie masz dowodu, że to ona!
- Nie potrzeba mi dowodów! Wycisnę z niej prawdę! - krzyczałem.
- Uspokój się, człowieku! - Ash ścisnął mnie za pachy i powiedział w kierunku mojego ucha - Nie w taki sposób! Tak nic nie zyskasz!
Powoli zacząłem się uspokajać, z kolei zaś Serena pomogła Cygance podnieść się z ziemi. Gudula zaś popatrzyła na nas z uwagą, otrzepała się z kurzu i powoli odeszła w swoją stronę.
- Zwariowałeś czy co?! - zapytała mnie ze złością w głosie Serena - Co chciałeś w ten sposób osiągnąć?!
- Sam nie wiem. Nie myślałem.
- Właśnie, nie myślałeś i w tym sęk!
Ash puścił mnie, a ja popatrzyłem ze złością w kierunku Sereny i jego, po czym zawołałem:
- A w ogóle, co was to obchodzi?! Dlaczego wtrącacie się w nieswoje sprawy?!
- Bo taki mamy zawód - odpowiedział Ash.
- Ciekawe! Bardzo interesujący to musi być zawód!
- A żebyś wiedział, że interesujący.
Warknąłem coś ze złością i powoli poszedłem w kierunku domu. Chęć walki i zemsty mi przeszła. Na razie.

***


Ellie nie chciała zgłaszać całej sprawy na policję uważając, że to jest tylko jakaś głupia dziecinada i żałosne żarciki, które mają na celu zastraszyć nas i spróbować przekonać do tego, abyśmy opuścili nasz dom. Oczywiście takie coś nie wchodziło w grę. Żadne z nas nawet o tym nie pomyślało. Co prawda te figle, których ofiarą padliśmy były dość groźne, ale nie na tyle, abyśmy przez nie tracili własny kąt.
- To chyba oczywiste - powiedziałem do Ellie - Moglibyśmy sprzedać ten dom, ale tylko i wyłącznie z własnej woli. Z przymusu zaś nigdy! Ja już dość w swoim życiu ulegałem presji i przymusowi i więcej tego robić nie będę!
- Dobrze cię rozumiem, kochanie, choć z bólem serca przyznaję ci, że jednak miałeś rację w sprawie bycia ostrożnym. Teraz widzę, że zbyt lekko do tego podchodziłam.
- Sądzisz, że to sprawka Orsona?
- Sama nie wiem. Ty go lepiej znasz. Powiedz mi, czy on byłby do tego zdolny?
- Wątpię. To bydlak i o wiele bardziej brutalnie atakuje. Gdyby chciał nas wykończyć, to wybrałby sobie znacznie lepszy sposób, aby to osiągnąć. Ta rzekoma krew na lustrze i rzekomy trup na drzewie po prostu nie pasują do niego. To są takie dosyć szczeniackie wybryki. Jego działania zaś były zawsze o wiele bardziej podłe i okrutne.
- Więc kto to robi? Gudula?
- Tylko ona mi tutaj pasuje do tego schematu. Sądzę więc, że to ona. Tylko nie mamy na nią żadnych dowodów.
- Spokojnie, kochanie. Wszystko będzie dobrze. Jak sam powiedziałeś, nie możemy się dać zastraszyć.
- Nie damy się zastraszyć, masz na to moje słowo!
- I bardzo dobrze, kochany. Także więc nie dajmy się zastraszyć i nie róbmy niczego głupiego.
- Więc co? Nic nie będziemy robić?
- Po prostu ignorujmy to. To jest jedyne wyjście z sytuacji.
- Naprawdę? - zapytałem ze złością - Każda krzywda, która na mnie spadła była straszna, ale zamiast walczyć musiałem to wszystko cierpliwie tolerować! Rozumiesz to? Musiałem cierpliwie tolerować wszystkie ataki ze strony ludzi! I co?! Teraz też mam to robić?!
- Och, Roger! Proszę cię! - Ellie objęła mnie mocno do siebie i płacząc powiedziała: - Wszystko będzie dobrze, skarbie! Zobaczysz! Jeśli będziemy reagować na to wszystko, to wtedy Gudula tym bardziej będzie chciała nas atakować. Jedyny więc sposób, żeby sobie z tym jakoś poradzić, to w miarę możliwości ignorować te wszystkie głupie numery.
- I uważasz, że to naprawdę jedyny sposób?
- Nie widzę innego.
Decyzja Ellie wcale mi się nie podobała, ale oczywiście bardzo dobrze wiedziałem, że nie mam innego wyjścia, jak tylko się z nią zgodzić i zrobić tak, jak radzi. Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie zdołamy tej głupie Cyganichy niczego udowodnić i jędza w żaden sposób nie odpowie przed sądem za swoje czyny. A zresztą za co policja miałaby ją aresztować? Za jakieś głupie i żałosne figle? Za to przecież nie dostanie kary więzienia.
Rozważałem wiele spraw i możliwości w głowie, choćby też i taką, że Orson przez swoich ludzi opłacił jakoś Gudulę, aby nas zastraszyć. Takiego rodzaju wytłumaczenie oczywiście na swój sposób miało sporo sensu. Bo przecież dzięki temu, gdyby potem coś się stało, to wszystko by spadło na klątwę samobójczyni. Tak! Taka teoria posiadałaby sporo sensu, ale wobec tego dlaczego poprzestał tylko na takich szczeniackich wybrykach? Czemu nie posunął się jeszcze dalej w swoich planach? A może dopiero się posunie i to wtedy, kiedy się nie będziemy tego spodziewać?
Takie właśnie myśli krążyły mi po głowie tego dnia, kiedy o mały włos nie udusiłem tej starej wiedźmy Guduli.

***


W ciągu kilku następnych dni miało miejsce parę przykrych wydarzeń, które sprawiły mi wielką przykrość. Najpierw ktoś wybił nam szyby w kilku oknach, potem jeszcze wymalował pod naszą nieobecność czerwoną farbą na ścianie przy drzwiach wejściowych wielkimi literami słowa „Śmieć to wielka przygoda“. Potem jeszcze usłyszeliśmy za oknem w nocy podczas burzy jakieś jęki potępieńcze, choć oczywiście to mogło się nam już tylko wydawać. Ale tak czy siak to wszystko nie było najgorsze, gdyż najgorsze dopiero miało się wydarzyć.
Stało się tak, że po kilku dniach takiej zawieruchy Ellie poszła z Leslie na lekcje jazdy konnej, na które ta smarkula jakieś miesiąc temu uparła się chodzić. To oczywiście było jak dla mnie kolejną jej fanaberią, ale też nie wtrącałem się w te sprawy z prostej zasady, że nie moja siostra, to nie moja sprawa. A prócz tego trzeba dodać jeszcze fakt, iż dziewczyna podczas tej całej sprawy z rzekomym duchem naszego domu wykazała się prawdziwym wsparciem dla mnie i swojej siostry. Wszelkie złośliwości sobie darowała, a prócz tego jeszcze wspierała Ellie w dobrym słowem i przestała wracać do domu po nocach, a nawet zaczęła się nas słuchać. Gdyby ktoś mnie zapytał o zdanie w tej sprawie, to powiedziałbym, że gówniara zwyczajnie w jakiś sposób narozrabiała i chciała w ten sposób odwrócić naszą uwagę od tego faktu. Ale nie wnikałem w to wszystko. Wolałem spróbować znaleźć jakiś sposób na to, aby się dobrać do Guduli i zmusić ją do tego, żeby przestała nas nękać. Z tego też powodu nie przejmowałem się tym, co też robi Leslie i jakie to sekrety próbuje przed nami ukryć.
Tak czy inaczej Ellie jak zwykle odprowadziła siostrę na jej lekcje i jak zwykle zostawiała ją pod opieką instruktorów i sama pożyczyła sobie konia, aby pojeździć po okolicy. Jeździła zwykle godzinę, czasami dłużej i tego dnia też tak robiła. Ja z kolei poszedłem na spacer, bo podczas chodzenia na świeżym powietrzu lepiej mi się myślało, a miałem bardzo dużo rzeczy do przemyślenia. Chciałem w końcu znaleźć sposób na Gudulę oraz Orsona, bo byłem aż nadto pewien tego, że to przez nich to wszystko się stało. Co prawda Orson wolał bardziej brutalne metody działania, a to tutaj wyglądało na wybryki gówniarzy, ale przecież to było zawsze bydlę i to kute na cztery nogi, więc mógł chcieć w ten sposób nas zmylić, a potem dopiero, gdy już przestaniemy go podejrzewać, przejść do bardziej radykalnych działań. A lepiej było sobie nie wyobrażać, jakie to mogły być działania. Dlatego też należało podjąć stosowne kroki w tym celu i to od razu.
Gdy tak szedłem przed siebie i rozważałem to wszystko, co się ostatnio działo w moim życiu, spotkałem nagle Asha i Serenę, którzy także sobie spacerowali po lesie, oczywiście w towarzystwie swojej parki stworków, choć tym razem było ich nieco więcej, bo oprócz żółtej, wielkiej myszy oraz królika z białymi dodatkami puszku w pobliżu biegały jakieś dwie sporej wielkości niebieskie żaby, a także latały dwa wielgachne, kolorowe motyle. W normalnej sytuacji taki widok bardzo by mnie zdziwił, ale to oczywiście nie była wcale normalna sytuacja, dlatego też wcale się nie zdziwiłem.
- O! Witamy nowego przyjaciela! - zawołał wesoło Ash, machając do mnie przyjaźnie ręką.
- Co tam nowego słychać? - zapytała Serena.
- Wszystko, co tylko potrafią ludzie powiedzieć - odpowiedziałem mu dowcipnie i powoli podszedłem do obojga - A zazwyczaj opowiadają same bzdury i plotki o sąsiadach.
- Czyli tak, jak wszędzie - zachichotał Ash - Gdzie by człowiek nie pojechał, tam ludzi zawsze zajmują bardziej cudze problemy niż ich własne.
- Co chcesz? Z czegoś się muszą pośmiać, a ze swoich problemów to jakoś nie potrafią się śmiać - odpowiedziałem złośliwie.
- Takie życie. Ze swoich problemów ludzie nie potrafią się śmiać, ale za to z cudzych to już bardzo chętnie się pośmieją.
- Tak. A propos problemów, to powiedz mi, proszę, czy poradziliście już sobie z waszym?
- Z jakim naszym problemem mielibyśmy sobie radzić?
Ash spojrzał na mnie z ironią w oczach i powiedział:
- Weź już nie udawaj. Dobrze wiesz, o czym ja mówię. O tych głupich numerach z duchami, których byliśmy świadkami.
Uderzyłem się lekko dłonią w czoło i powiedziałem zły sam na siebie:
- Wybaczcie, przecież wy tam wtedy byliście. Widzieliście wszystko i dobrze wiecie, o co chodzi.
- Poprawka. Wiemy tylko tyle, ile raczyliście nam powiedzieć, a tego zbyt wiele nie było - poprawił mnie Ash.
- A gdzie jest Ellie? - spytała Serena, rozglądając się dookoła.
- Ellie jeździ konno po okolicy - wyjaśniłem i spojrzałem na zegarek - Ale chyba już powinna skończyć, choć oczywiście często przedłuża swoje jazdy nawet o godzinę lub dwie.
- Szkoda, chciałam z nią pogadać - powiedziała Serena.
- Pogadacie jak wróci - rzuciłem.
- A może teraz przy okazji my pogadamy ze sobą? - zapytał Ash dość złośliwym tonem - Chyba, że dalej będziesz udawać, że nie wiesz, o co nam chodzi.
- Przepraszam was bardzo, ale ja niczego nie udaję, słowo! Po prostu nie widzieliśmy się przez kilka dni, więc zdążyłem już zapomnieć o tym, że byliście świadkami tych wszystkich wydarzeń.
- Wszystkich nie, tylko tego rzekomego trupa widzieliśmy - wyjaśnił Ash - Bo napisu na lustrze, to już nie.
- Napis i rzekomy trup to był tylko początek zabawy - powiedziałem i westchnąłem ponuro.
- Zabawy? Czyli było więcej takich hecy? - spytała Serena.
- Hecy. Dobre słowo - parsknąłem ironicznym śmiechem - Uwierz mi, tyle było tutaj hec, że proszę siadać.
- Dziękuję, postoję - rzucił Ash - A więc o co chodzi?
Opowiedziałem im krótko i dość treściwie o wszystkim, co ostatnio się wydarzyło, a także jakie są moje podejrzenia w tej sprawie. Oboje z wielką uwagą mnie wysłuchali i przy okazji zapytali się, czy zgłaszałem już może sprawę na policję.
- No co wy? - zachichotałem z ironią, czy raczej kpiną - Przecież my nie mamy żadnych dowodów na winę Guduli, że o Orsonie to już nawet nie będę wspominać.
- A może by tak poprowadzić małe prywatne śledztwo w tej sprawie? - zaproponowała Serena.
- Prywatne śledztwo? - parsknąłem śmiechem - Wy chyba za dużo się naczytaliście Holmesa czy Poirota. Nie każda brytyjska wieś to jest miejsce dla prywatnego detektywa. A poza tym skąd ja takiego wytrzasnę?
- Być może jest taki bliżej niż myślisz - powiedziała wesoło Serena.
- A nawet i dwóch - dodał równie wesoło Ash - To jest dwoje, chciałem powiedzieć.
- Dwoje, tak? - zapytałem złośliwie i spojrzałem na nich, lekko mierząc ich wzrokiem - I rozumiem, że mówicie o sobie?
- A co? Twoim zdaniem to niemożliwe, żebyśmy byli detektywami? - zapytał Ash.
Spojrzałem na brykające w ich pobliżu Pokemony i powiedziałem:
- Właściwie, jak tak o tym myślę i jak sobie przypomnę, skąd jesteście, to przestaję się czemukolwiek dziwić.
- I bardzo dobrze robisz - powiedział Ash, delikatnie klepiąc mnie po ramieniu - W naszym świecie już widzieliśmy takie rzeczy, że właściwie to trudno jest, aby nas cokolwiek zdziwiło.


- Ash? Serena? - usłyszeliśmy nagle za sobą czyiś męski głos.
Należał on do wysokiego, dwudziestoparoletniego mężczyzny o rudych włosach i zielonych oczach, gładko ogolonego i ubranego w strój raczej elegancki, ale dostosowany do chodzenia po lesie.
- A jednak coś potrafi mnie jeszcze zdziwić - powiedział wesoło Ash - Spotkanie z dobrym znajomym i to jeszcze daleko od Alabastii! Hej, Arthur! Jak się masz?!
- No proszę! Arthur Rocker! - zawołała wesoło Serena, kiedy rudzielec do nas podszedł - Nie spodziewałam się ciebie tutaj!
- A ja was tutaj - odpowiedział jej wesoło Arthur - Jak widać świat jest bardzo mały, skoro nawet tak daleko od Alabastii oraz regionu Kanto można was spotkać.
- Jak widać - uśmiechnął się Ash, ściskając rudzielca po przyjacielsku - Co tu robisz?
- Skończyłem studia i trochę podróżuję sobie po świecie, szukając w nim swojego miejsca. Ale wiecie co? Rozważam powrót do Alabastii i pracę w tamtejszym środowisku medycznym.
- O! To ciekawe - powiedział Ash - Czyli dalej chcesz być patologiem, czy coś się w tej sprawie zmieniło?
- Nic się w tej sprawie nie zmieniło, przyjacielu. A wy dalej chcecie pracować w swojej branży?
- Oczywiście! W tej sprawie też się nic nie zmieniło.
- Wobec tego być może będziemy się często spotykać w pracy.
- Och! Bardzo bym tego chciał - Ash był wręcz zachwyconym tym pomysłem - No! Ale daj już lepiej pyska, stary! Ostatecznie dawno się już nie widzieliśmy!
- Tak! Bardzo dawno. Parę tygodni temu, kiedy oboje braliście ślub, a ja byłem na nim gościem - zachichotał Arthur.
- No i widzisz, jak dawno to było? - Asha nie opuszczał dobry humor, najwidoczniej wywołany spotkaniem z przyjacielem.
Arthur uradowany przytulił mocno do siebie małżeństwo Ketchumów, ściskając radośnie ich oboje, a potem spojrzał na mnie i powiedział bardzo przepraszająco:
- Och, proszę wybaczyć. Nie zauważyłem pana.
- Ach, jaki tam ja tam „pan“?! - zaśmiałem się i podałem mu rękę na powitanie - Jestem Roger Goodman.
- Arthur Rocker - przedstawił się rudzielec, ściskając mi wesoło dłoń - Przyjaciele Asha i Sereny, jak już pewnie zdążyłeś zauważyć.
- Bardzo mi miło cię poznać - powiedziałem - Zakładam, że znacie się z waszej rodzinnej Alabastii.
- Zgadza się, stary - odpowiedział mi Arthur - Ash i Serena dość często współpracowali z moim ojcem, kapitanem Jasperem Rockerem, który swego czasu był szefem policji w Alabastii. Poprowadzili wspólnie wiele spraw.
- Spraw? - zdziwiłem się - Czy to oznacza, że oni są detektywami i to jeszcze sławnymi?
- Przed chwilą ci to mówiliśmy, a ty nie wierzyłeś - powiedziała Serena z nieukrywaną satysfakcją w głosie.
- Bardzo was przepraszam, ale trudno mi było w to uwierzyć. W końcu w tym kraju ludzie raczej nie zostają detektywami w tak młodym wieku jak wasz - powiedziałem.
- Widzisz, a w Kanto wiele spraw jest inaczej, dlatego też ja i Serena zostaliśmy detektywami - stwierdził wesoło Ash - Oczywiście początkowo nasza współpraca z policją nie układa się najlepiej. Czy może raczej nie tyle z policją, co po prostu z ojcem Arthura, który wcale nie palił się do tego, aby chcieć z nami współpracować.
- Ale po jakimś czasie zmienił do nas podejście i z chęcią zaczął z nami współpracować i wynajmować nas do kilku spraw - powiedziała Serena - A do tego jeszcze za jego sprawą zostaliśmy parę razy odznaczeni.
- To prawda, mogę to potwierdzić - wtrącił Arthur Rocker - A do tego jeszcze swego czasu Ash i Serena uratowali mi życie. A właściwie nie tylko mnie, ale też i moich rodziców wtedy ocalili.
- Jak to? - spytałem zaintrygowany.
- Bo widzisz, poznałem kiedyś taką jedną Rosalie, którą pokochałem, a która związała się ze mną tylko dlatego, że chciała zemścić się na moim ojcu.
- A za co?
- A za to, że mój ojciec zastrzelił w obronie własnej jej ojca, znanego gangstera. Za to chciała otruć mnie i moich rodziców, ale nic z tego jej nie wyszło, bo Ash i Serena w porę wkroczyli do akcji.
- Mieliśmy po prostu dużo szczęścia i tyle - powiedział Ash.
- Szczęście sprzyja odważnym - stwierdził wesoło Arthur.
- I bystrym przy okazji też - dodała dowcipnie Serena.
- Jak widzę posiadacie obie te cechy - powiedziałem z uśmiechem na twarzy - A one są bardzo przydatne w życiu.
- W każdym razie im jak dotąd bardzo się przydawały - stwierdził na to Arthur Rocker - Także więc, gdybyś posiadał jakieś problemy, zwłaszcza natury kryminalnej, to zaraz zgłaszaj się do nich. Oni z całą pewnością ci pomogą i kto wie? Może nawet odmienią twoje życie na lepsze?
- Wątpię, aby komukolwiek się to udało, bo żeby to zrobić, ktoś przy okazji musiałby jeszcze wymazać z pamięci moją przeszłość albo w jakiś sposób ją zmienić. Inaczej nie będzie możliwe zmienić moje życie na lepsze.
- Podczas swoich dotychczasowych przygód wiele razy przekonaliśmy się z Sereną, że w życiu praktycznie wszystko jest możliwe - powiedział z powagą w głosie Ash.
- Właśnie, także nie wykreślaj możliwości pomocy ci - dodała Serena - Kto wie, może jednak w jakiś sposób ci pomożemy?
- Jeśli tak bardzo chcecie mi pomóc, to pozbądźcie się jakoś tej mojej kochanej szwagierki - powiedziałem złośliwie - To z nią mam największe kłopoty i jakbyście tylko się jakoś jej pozbyli, to odmienilibyście moje życie na lepsze.
- Masz problem ze swoją szwagierką? - spytał Arthur.
- A tak, to młodsza siostra mojej żony - odpowiedziałem - Smarkula wredna, a do tego jeszcze chamska. Krótko mówiąc: męcząca jędza.
- Oj, w tej sprawie ci nie pomożemy - zachichotał lekko Ash - W końcu pozbywanie się szwagierek to nie jest nasza specjalizacja.
- Na młodsze siostry to jest bardzo prosta metoda - rzucił Arthur.
- Tak? A jaka?
- Wsadzić je do piwnicy i wypuścić dopiero wtedy, kiedy staną się na tyle dojrzałe, aby żyć w społeczeństwie.
Parsknęliśmy wszyscy śmiechem, kiedy to usłyszeliśmy.
- To dość radykalne podejście - powiedziałem wesoło.
- Ale za to niesamowicie skuteczne - zachichotał Arthur - A zresztą nie ma chyba lepszego wyjścia z sytuacji, przyjacielu. Ja na szczęście jestem jedynakiem, ale gdybym miał młodszą siostrę, to bym ją chyba zamknął w piwnicy i to za każdym razem, gdyby mnie wkurzyła.
- Czyli dość często - zażartował sobie Ash.
- Właśnie - potwierdził Rocker.
- Wiesz co? Sadysta z ciebie i tyle! - zachichotała Serena, trącając przy tym Arthura w ramię - Czyli kochaną i uroczą siostrzyczkę też byś wsadzał do piwnicy?
- Nie każdą siostrzyczka jest urocza i kochana - powiedziałem.
- Ale to tylko taki przykład - zauważyła Serena.
- Mogłaby sobie być najukochańsza i najbardziej urocza, ale tak czy siak z pewnością by mnie potrafiła zdenerwować, a wtedy piwnica pewna - mówił dalej Rocker.
- Weź go nie słuchaj, Roger - wtrąciła wesoło Serena - Odkąd spotkał go zawód z Rosalie jest strasznie cięty na płeć piękną.
- To wielka strata, zwłaszcza dla płci pięknej - zaśmiałem się.
- Ale za to wielki spokój dla mnie - powiedział Roger - Serena jednak lekko przesadza sugerując, że jestem cięty na płeć piękną. Ja po prostu nie chcę więcej dopuścić do tego, aby jakakolwiek kobieta mnie owinęła sobie wokół palca i tyle. No, a młodsze siostry potrafią swoje starsze rodzeństwo bardzo mocno sobie podporządkować.
- A skąd ty to wiesz? - spytała Serena.
- Przykład Rogera oraz jego żony mówi sam za siebie - odpowiedział wesoło Arthur - Bo gdyby było inaczej, to żona Rogera nauczyłaby siostrę moresu i nie byłoby więcej z nią problemu.
- To dość daleko idące wnioski, zwłaszcza, że Ellie... - zacząłem mówić i nagle przerwałem swoją wypowiedź widząc coś, co mnie przeraziło.
Tym czymś był osiodłany koń, ale bez jeźdźca, gnający prędko przed siebie i to w pełnym galopie.
- Przecież to koń, na którym Ellie lubi jeździć po okolicy - zauważyłem przerażony - Co on robi tutaj i to jeszcze sam?
- Chyba nie sądzisz, że...? - powiedziała Serena i zamilkła w pół słowa, jakby bała się dokończyć swoją myśl.
Nie chciałem słuchać dalszego ciągu tych słów, więc prędko pognałem przed siebie w stronę miejsca, z którego wybiegł, a moi przyjaciele pobiegli za mną. Nie musieliśmy biec zbyt daleko, bo dość prędko znaleźliśmy to, co spodziewaliśmy się znaleźć - leżącą na ziemi nieprzytomną Ellie.
- O nie! - jęknąłem i podbiegłem do niej.
Padłem na ziemię i zaraz zacząłem ją klepać po policzkach, wołając z przerażeniem:
- Ellie, proszę, obudź się! Ellie! Co się stało?! Ellie!
Arthur sprawdził mojej żonie puls i przystawił jej lusterko do ust, ale wynik tego wszystkiego nie był zadowalający. Wręcz przeciwnie.
- Nie żyje - powiedział przyszły patolog.
- O nie! - jęknęła przerażona Serena, zasłaniając sobie usta dłonią.
Buneary zapiszczała i Pikachu przytulił ją czule do siebie. Ja zaś dziko przytuliłem głowę żony do swego serca i zacząłem tak mocno płakać, że aż krztusiłem się swoimi łzami.

***


Prędko wezwaliśmy policję oraz pogotowie, nie ruszając się przy tym z miejsca, aby od razu złożyć zeznania. Jak się okazało dobrze zrobiliśmy, bo od razu po przybyciu policjanci zaczęli nas przesłuchiwać w tej sprawie. Niestety, bardzo niewiele mogliśmy im powiedzieć, bo przecież nie byliśmy świadkami wypadku, o ile oczywiście to był wypadek, bo Ash i Serena mieli ku temu poważne wątpliwości.
- Biorąc pod uwagę wszystkie dotychczasowe wydarzenie raczej trzeba się liczyć z tym, że to mógł nie być wypadek - powiedział Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - poparł go Pikachu.
Trudno mi było się z tym nie zgodzić, bo przecież rzeczywiście taka możliwość istniała, zwłaszcza w sytuacji takiej jak moja.
- Co pan o tym sądzi? - zapytał Arthur patologa.
- Wygląda to na zwykły wypadek i rozbicie głowy o kamień podczas upadku z konia - odparł na to lekarz - Takie rzeczy się tutaj zdarzają, choć jak dotąd taki upadek nie kończył się śmiercią.
- Czyli co? Ludzie często tutaj spadali z koni? - spytała Serena.
- Pewnie, że spadali - odpowiedział lekarz, powoli podnosząc się znad zwłok - Zdarzało się i to już nieraz, że konie z pobliskiej stadniny potrafiły kogoś ponieść i zrzucić, choć to były raczej rzadkie przypadki i kilka z nich bardzo szybko zatuszowano, aby nie robić właścicielowi stadniny kłopotów. Właściciel płacił odszkodowanie i ofiary siedziały cicho.
- To ciekawe - powiedziałem zainteresowany - A więc to możliwe, aby właściciel tej stadniny odpowiadał za śmierć mojej żony?
- To jeszcze się ustali - rzucił jeden z policjantów, którym był inspektor z pobliskiego posterunku - Póki co jeszcze za to ręczyć nie mogę.
- Na pewno sekcja coś wykaże - powiedział Arthur.
- A po co sekcja? Przecież widać bardzo wyraźnie, że śmierć nastąpiła na wskutek upadku z konia - odpowiedział patolog.
Arthur sprawiał wrażenie oburzonego takim właśnie podejściem do tej sprawy.
- Jak to?! - zawołał ze złością - Przecież trzeba zrobić sekcję zwłok! Trzeba dokładnie sprawdzić, co jest przyczyną śmierci!
- Przecież wiemy, co jest przyczyną - rzucił z ironią w głosie lekarz - Po co jeszcze to weryfikować? Trzeba się skupić na sprawdzeniu, czy to był wypadek, czy też może ktoś tego konia spłoszył celowo.
- Nie zaszkodzi jednak dobrze sprawdzić ciało.
- Nie zaszkodzi też i to, aby młodzi ludzie okazywali więcej szacunku starszym.
Arthur zacisnął pięść ze złości i powiedział:
- Uczono mnie w szkole medycznej, że ciało zawsze trzeba badać, aby zyskać całkowitą pewność w sprawie przyczyny zgonu.
- A mnie uczono, że kiedy starszy wiekiem coś ci mówi, to trzeba to uszanować, młody człowiek - rzucił złośliwie patolog.
- To zaściankowe podejście. Tam, skąd ja pochodzę, na szacunek trzeba sobie zawsze zasłużyć i wiek tutaj nie ma nic do rzeczy.
- A tam, skąd ja pochodzę jest tak, że kiedy patolog coś powie, to się to szanuje jego zdanie.
- I co? Ilu zabójców już wam przez to uciekło?
- Ty bezczelny szczeniaku! - patolog był wręcz oburzony - Jak ja ci tu zaraz...!
- Dosyć tego! - wrzasnął wściekle inspektor - Ja tutaj dowodzę i to ja będę decydował, co robimy, a czego nie!
- Bardzo przepraszam, panie inspektorze - rzekł przepraszająco patolog i spojrzał ze złością w kierunku Arthura.
- Trzeba przesłuchać właścicieli tej stadniny - powiedział inspektor - I przy okazji sprawdzić tego konia, czy jest na coś chory i czy już wcześniej sprawiał jakieś problemy.
- I oczywiście odprowadzić go do właściciela - dodała Serena, lekko się przy tym uśmiechając.
- O tak! To też - potwierdził inspektor.
Ja zaś przypomniałem sobie, że przecież Leslie wciąż jest w stadninie, gdzie pobierała lekcje jazdy konnej. Trzeba było ją odebrać i przekazać jej tę straszną nowinę.
- Nie wiem tylko, jak ja jej to powiem - powiedziałem ponuro.
Los oszczędził mi jednak tego bardzo bolesnego doświadczenia i ktoś inny wziął na swoje barki tę odpowiedzialność. A wyglądało to tak:
Gdy udaliśmy się do stadniny, aby przesłuchać jej właściciela, to Leslie była pierwszą osobą, która wyszła nam naprzeciw i widząc mnie szybko do nas podbiegła, wołając:
- No, jesteście nareszcie! Już myślałam, że zapomnieliście, że istnieję. Zaraz, a gdzie jest Ellie? Ciągle jeszcze jeździ?
Wtem dostrzegła konia siostry i nasze ponure miny. Powoli zaczęło do niej docierać to, co oczywiste.
- Roger, co się tutaj dzieje? - zapytała mnie przerażona - Co tu robi ten koń? I dlaczego jest sam, bez niej? A gdzie jest Ellie? Chyba nic się jej nie stało, prawda?
Jedno spojrzenie na nasze zasmucone twarzy dało jej do zrozumienia, co się stało. Wtedy przerażona zasłoniła sobie usta dłonią i jęknęła:
- Nie! To przecież niemożliwe! To nieprawda! Błagam, powiedzcie mi, że to nieprawda!
- Przykro mi, ale to niestety jest prawda - powiedział inspektor bardzo ponurym tonem - Twoja siostra nie żyje.
- Spadła z konia i uderzyła się głową o kamień - dodał patolog.
Leslie przerażona znowu zasłoniła sobie usta dłonią.
- O nie! Tylko nie to! Roger, powiedz mi, że to nieprawda! Proszę cię, powiedz mi, że to nieprawda!
Po tych słowach podbiegła do mnie, złapała mnie za ręce i zawołała:
- No co tak stoisz?! Powiedz mi, że to nieprawda! Powiedz, że to jest kłamstwo! Że ona żyje! No powiedz mi to! Powiedz mi to, Roger! Powiedz mi to! Powiedz mi! Powiedz! Powiedz! Powiedz!
Ostatnie słowa wręcz wykrzyczała, okładając jednocześnie pięściami mój tors i płacząc z rozpaczą. Przygnębiony nie wiedziałem, co mam zrobić i w jaki sposób podnieść ich na duchu, ale ostatecznie Serena mnie od tego wybawiła, odciągając Leslie i czule ją do siebie przytulając.
- Musimy przesłuchać właściciela tej stadniny - powiedział inspektor - Chcemy wiedzieć, czy ten koń, na którym jeździła denatka bywał narowisty i zrzucał jeźdźców.
- Pytacie o Blancę? - spytała zdziwiona Leslie - Przecież ona zawsze była spokojna. Nigdy nikogo z siebie nie zrzuciła.
- Skąd to wiesz? Jeździłaś na niej? - zapytał inspektor.
- Parę razy, ale najwięcej jeździła na niej Ellie - odpowiedziała Leslie - Często brała ją na krótkie wycieczki po okolicy, ale zawsze wracała cała i zdrowa.
- Tym razem nie wróciła - powiedział patolog - Ciekawe więc, co się stało? Podejrzewam, że Blanca zrzuciła twoją siostrę z grzbietu i to dlatego ona nie żyje. Ale dlaczego to zrobiła? Czemu ją z siebie zrzuciła, skoro jak twierdzisz jeszcze nigdy tego nie zrobiła?
- A może Blanca przestraszyła się czegoś? Jakiegoś węża albo psa? - zasugerowała Leslie.
- A może ktoś ją celowo spłoszył? - powiedziałem na głos swoje myśli.
Wszyscy spojrzeli na mnie z uwagą. Widać to, co powiedziałem bardzo ich zainteresowało.
- Co ma pan na myśli? - zapytał inspektor.
- Jest taki gość, który obecnie siedzi za narkotyki, a ja i moja żona się do tego znacznie przyczyniliśmy. Podejrzewam, że już od paru ładnych dni ludzie opłacani przez niego nas prześladują i teraz zabili Ellie.
Policjantów zaciekawiło to, co powiedziałem i chcieli się dowiedzieć czegoś więcej, dlatego im opowiedziałem i o wszystkim, co ostatnio miało miejsce w Drozdowym Gnieździe. Inspektor z ogromną uwagą słuchał tych wszystkich rewelacji, a po ich wysłuchaniu powiedział:
- Zbadamy ten trop, choć prawdę mówiąc to wszystko nie do końca do siebie pasuje. Ostatecznie wszystkie te dotychczasowe ataki (jeśli można je tak nazwać) trochę mi wyglądają jak szczeniackie wybryki mające na celu wypędzenie państwa z waszego domu. To zaś, co dzisiaj się stało wygląda jak bezpośredni atak na wasze osoby. Sądzę więc, że sprawa śmierci pana żony nie wiąże się w żaden sposób z tymi żałosnymi próbami wystraszenia państwa z waszego domu. Ale wszystko sprawdzimy. Na razie trzeba się przyjrzeć tej stadninie i koniom, które się tu znajdują. I oczywiście zbadać tę klaczkę, która zrzuciła z siebie pańską żonę. Musimy też przesłuchać tę całą Gudulę. Być może jest w jakiś sposób w to wszystko zamieszana.
- Z całą pewnością jest w to zamieszana - powiedziałem.
- Możliwe, ale wszystko sprawdzimy po kolei - rzekł inspektor.


C.D.N

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...