niedziela, 13 stycznia 2019

Przygoda 120 cz. II

Przygoda CXX

Najpotężniejszy wróg cz. II


Pamiętniki Sereny c.d:
Tej nocy spało mi się naprawdę dobrze, choć miałam dość dziwny sen. Byłam w nim na jakiejś dużej polanie, na której rosło mnóstwo kwiatów. To miejsce było bardzo piękne i czułam w nim się tak, jakbym była w jakiejś kolorowej bajce. Wszystko dookoła było w jasnych, przyjemnych barwach, nic tylko wesoło biegać i skakać albo też po prostu położyć się na trawie w ciepłych promieniach słońca, zamknąć oczy i marzyć. Zapewne właśnie to bym zrobiła, gdybym nagle nie usłyszała dobiegających z dość daleka jakiś głosów. Kierowana ciekawością postanowiłam udać się w stronę z której one dochodziły. Gdy tylko to zrobiłam, to ujrzałam samotne drzewo, a obok niego jakąś parę. Składali się na nią chłopak o ciemnych blond włosach, w czarnej bluzie, ciemno czerwonych spodniach i ciemnych butach, a także urocza dziewczyna. Miała długie, czarne włosy, niebieską sukienkę, czarne rajstopy i tenisówki tej samej barwy. Oboje trzymali się za ręce i patrzyli sobie w oczy, jakby świat wokół nich nie istniał. Owa scena wydawała mi się bardzo romantyczna i przypominała mi moje chwile z Ashem. Nie chcąc im przeszkadzać postanowiłam odejść, lecz oboje nagle zwrócili wzrok w moja stronę i zaczęli mi się przyglądać. Zanim jednak ja zdążyłam im się lepiej przyjrzeć, obudziłam się.
Swoją drogą, ten sen był naprawdę bardzo dziwny. Nigdy przecież nie widziałam tych dwojga, więc skąd nagle wzięli się w moim śnie? Z drugiej jednak strony oboje mieli w sobie coś znajomego. Ech! Nie ma co, życie detektywa jest pełne zagadek i to nawet w wydawałoby się tak prozaicznej sprawie, jak ludzki sen. A przy okazji ciekawe, jak taki sen wytłumaczyłby sennik egipski?
Moje rozmyślania na ten temat musiały jednak zejść na dalszy plan, bo ważniejsze teraz było to, gdzie się znajdowałam. Nie był to pokój w domu Asha, w którym już od dawna razem mieszkamy. To był mój pokój w moim rodzinnym domu w mieście Vaniville! W każdym razie tak się wydawało na pierwszy rzut oka, bo kiedy mu się bliżej przyjrzałam, to zauważyłam, że jest on do niego jedynie podobny, ale posiadał wręcz dość poważne różnice. Przede wszystkim był on większy i miał mniejsze okno, zaś widok za nim ostatecznie przekonał mnie, że nie znajdowałam się w rodzinnym Kalos. W oddali widziałam bowiem morze, a przecież w najbliższej okolicy mojego rodzinnego domu był las i to na niego miałam widok z okna. Wniosek więc był oczywisty: znowu ktoś mnie porwał.
Szczerze mówiąc, to nie czułam w tym momencie strachu ani złości. Raczej znużenie i spore zażenowanie. Bo naprawdę miałam już serdecznie dość bycia ciągle porywaną przez nieznanych sprawców. Poza tym czułam się źle, że przeze mnie Ash musi wciąż narażać życie, aby mnie ocalić z rąk jakiegoś świra. Kiedyś moim najczęstszym porywaczem był, jak zapewne wam dobrze wiadomo, Arlekin vel Kevin McBrown, kuzyn Asha ze strony matki, będący przy okazji szalonym geniuszem pracującym dla Giuseppe Giovanniego. Starał się za wszelką cenę mnie zdobyć, gdyż przypominałam mu jego zmarłą ukochaną Renę. No i nienawidził też Asha, ponieważ (jak to uparcie twierdził Kevin) ten zniszczył mu życie oraz odebrał miłość ojca. Dobrze wiemy, że to była nieprawda, sam zaś Arlekin w końcu pogodził się z Ashem i zrozumiał, że nie jestem jego Reną. Niestety, niedługo po tym zginął, naprawiając ostatecznie wszystkie swoje błędy.
Porwała mnie także podła kapłanka Kali, która chciała mnie złożyć w ofierze swej imienniczce, czyli hinduskiej bogini śmierci. W pewnym sensie uprowadził mnie też ten psychol Cary Grenet. Chociaż, gdybym nie poznała jego sekretu, to może wtedy nie zrobiłby mi krzywdy. Ale czy wiadomo, co byłoby później? No i ostatnio porwał mnie Zodiak - jak na razie najgorszy psychol z nich wszystkich. To były najważniejsze porwania mojej osoby w ciągu ostatnich kilku lat, że nie wspomnę tutaj o innych, sporadycznych przypadkach mojego porwania, jak chociażby wtedy, kiedy razem z Misty przeszkodziłyśmy w misji jednemu kłusownikowi, a ten za to uwięził nas i na polecenie Giovanniego miał zabić i pewnie by to zrobił, gdyby nie to, że w ostatniej chwili przyszedł nam z pomocą Ash.
Krótko mówiąc, byłam w ciągu naszych detektywistycznych przygód kilka razy porywana i czasami czułam się jak ta księżniczka z całej serii gier o braciach hydraulikach Mario i Luigim, która ciągle była porywana i ciągle obaj główni bohaterowie musieli rzucać swoje obowiązki i ratować tę durną dziewuchę, która pomimo bycia księżniczką (i to oczywiście bogatą) jakoś nie potrafiła zainwestować w porządną ochronę i ciągle dawała się porywać, przez co obaj bracia jako hydraulicy raczej niewiele zarabiali, bo przecież ciągle ją ratowali z rąk wrogów, zamiast siedzieć w warsztacie i zarabiać na życie w zawodzie, którego się wyuczyli.
Podsumowując więc, wtedy właśnie poczułam się przez chwilę jak ta księżniczka, bo przecież kolejny raz zostałam porwana i kolejny raz Ash był zmuszony mnie ratować. Tym razem jednak byłam zupełnie swobodna i to jeszcze w całkiem miłym pokoju, podobnym (jak już mówiłam) do mojego. Ktoś, kto go tak przygotował, musi mnie dobrze znać i wiedzieć, co lubię, pomyślałam sobie. Tylko kto to taki? Czyżby kolejny Arlekin? Nie ma co, trzeba było to sprawdzić i dlatego też postanowiłam lepiej rozejrzeć się po miejscu, w którym się znalazłam. Tylko tak mogłam zdobyć odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Dostrzegłam drzwi, które na szczęście były otwarte, jednak zamiast wyjścia na korytarz, znalazłam ładnie urządzoną łazienkę z wszystkim niezbędnymi przyborami. Było też wiele lubianych przeze mnie kosmetyków. Czułam się coraz bardziej niespokojna i jak sami przyznacie, miałam ku temu coraz więcej powodów, jednak nie ma co szukać śladów mając na sobie tylko piżamę, więc postanowiłam najpierw skorzystać z tej, bądź co bądź, bardzo ładnej łazienki.



Odświeżona wróciłam szybko do pokoju i tu czekała na mnie kolejna niespodzianka. Zastałam elegancko zastawiony stół, na którym czekało na mnie śniadanie. Chrupiące świeże rogaliki, marmolada, a do tego jeszcze i gorące kakao. Innymi słowy moje ulubione śniadanie z dzieciństwa. Ponad to przygotowane było także jedzenie dla moich Pokemonów, które (jak to zdążyłam zauważyć) mój porywacz zabrał wraz ze mną. Uznałam wówczas, iż nie będę przecież szukać śladów z pustym żołądkiem, a poza tym też nie chciałam urazić mojego, dość uprzejmego porywacza. Wypuściłam zatem swoje Pokemony i zabraliśmy się do jedzenie. Oczywiście przeszło mi przez myśl, że to jedzenie może być czymś nafaszerowane i dlatego poprosiłam Braixena, aby swoim węchem sprawdził, czy nie wyczuwa w nim czegoś podejrzanego. Gdy jednak mój drogi przyjaciel nic nie wyczuł, to uznałam, że jedzenie jest w porządku i takie też było. Prócz tego smakowało wręcz bajecznie. Jedząc je coraz bardziej czułam, że mam teraz do czynienia z naśladowca Arlekina, z tą tylko różnicą, iż tamten zostawiał mi za każdym razem jakieś liściki z wiadomością, a ten gość nie zrobił tego.
Gdy już skończyliśmy śniadanie zauważyłam, że w pokoju pojawiły się kolejne drzwi. Teraz już musiały prowadzić na zewnątrz. Schowałam swoje Pokemony do ich pokeballi, zostawiając przy sobie jedynie Braixena, po czym razem ruszyliśmy do wyjścia.
- Bądź lepiej bardzo czujny, Braixen! Nie wiadomo w czyjej gościnie się znaleźliśmy. To wszystko wygląda bardzo pięknie, jak w baśni o Pięknej i Bestii, ale życie to przecież nie jest baśń i ktoś, kto bawi się w takie hece musi chcieć czegoś w zamian za swój trud i coś mi mówi, że forma zapłaty, jakiej z pewnością ode mnie zażąda, raczej mi się nie spodoba. Dlatego w razie czego bądź gotowy do walki.
- Brai-brai-xen! - odpowiedział mi mój starter i wziął do łapki swój kijek, na którym pojawił się płomień.
Tak zabezpieczeni wyszliśmy oboje z pokoju. Wówczas zobaczyliśmy dość długi korytarz. Gdy wahałam się, w którą stronę mam iść, usłyszałam w głowie głos mówiący mi, żebym poszła w prawo. Wskazywało to na to, że mój porywacz był telepatą. Nie wiedziałam, czy powinnam go słuchać, ale ostatecznie postanowiłam posłuchać tajemniczego głosu, jednocześnie zachowując przy tym wszelkie środki ostrożności. Ja i Braixen poszliśmy więc w prawo i szliśmy tak długo, aż doszliśmy do schodów prowadzących w górę. Nie mając przed sobą innej opcji, zaczęliśmy po nich iść. W końcu ukazały nam się dość spore drzwi bez żadnych zdobień. Wystarczyło lekkie pchnięcie, aby je otworzyć. Pchnęłam je więc i już po chwili ja oraz mój Pokemon znaleźliśmy się w pomieszczeniu, które już znałam z moich snów. Była to ta sama Wielka Sala, w której trzy lata temu Nieznajomy Chłopak ukazał mi wizje mojej przyszłości. Dostrzegłam w niej znajome mi lustro, w którym widziałam tamte obrazy. Chwilę później drzwi od sali zamknęły się i chociaż przerażona próbowałam je otworzyć, to niestety, nie dało się tego zrobić.
- No i jesteśmy w pułapce. Po prostu wspaniale - westchnęłam.
- Brai-brai! - zapiszczał mój starter.
- Hmm... Możemy spróbować. Dobrze, Braixen! Użyj...
Nie dane mi było dokończyć, gdyż usłyszałam znajomy mi już głos, który grzecznym tonem powiedział:
- Witaj, Sereno. Cieszę się, że tutaj przyszłaś. Czekałem na ciebie. I za pozwoleniem, mój drogi Braixenie, ale atak nie będzie konieczny.
Obejrzałam się i dostrzegłam postać Mrocznego Chłopaka, który nie tak dawno ocalił mnie przed Zodiakiem, a wcześniej ukazał mi wizje mojej przyszłości, co przypomniał mi niedawno we śnie. Ale czemu teraz mnie uwięził?
- Bardzo przepraszam, Sereno, że zabrałem cię tu wbrew twojej woli, ale niestety, to było konieczne.
- Serio? - spytałam bardzo ironicznie - A czemuż to? Trzy lata temu przyprowadziłeś mnie tu w podobny sposób. Z tą tylko różnicą, że wtedy byłam tego świadoma. W jakim celu zrobiłeś to tym razem?
- Czas, żebyś poznała odpowiedzi na wiele pytań Sereno. Chcę ci ich udzielić, abyś wszystko dobrze zrozumiała. Te tajemnicze wydarzenia, jakie miały ostatnio miejsce, zostaną dziś wyjaśnione.
- Tak? - spytałam zaciekawiona - Powiesz mi, dlaczego tak ci zależało na rozwoju mojego związku z Ashem? I czemu niedawno uratowałeś mnie przed Zodiakiem? Choć tak prawdę mówiąc, to za to ostatnie chciałam ci podziękować. Gdyby nie ty, to ten wariat...
- To był mój obowiązek, Sereno. Musiałem czuwać nad tobą i Ashem, żeby żadne niespodziewane zdarzenie nie zniszczyło waszego szczęścia - odpowiedział mój gospodarz i dodał już czulszym głosem: - Cieszę się, że nic ci się nie stało, Sereno. Nie darowałbym sobie tego nigdy, gdyby ten świr cię skrzywdził.
Prawdę mówiąc, to jego ton nieco mnie zaskoczył. Ten gość był wobec mnie bardzo uprzejmy, uratował mnie przed Zodiakiem, ale teraz cieszy się z tego tak, jakby czuł do mnie coś więcej niż tylko uczucie przyjaźni.
- Kiedy opowiem ci moją historię, to wszystko stanie się jasne. Wiedz jednak, że od czasu naszego spotkania w Kalos nadal pilnie obserwowałem ciebie i Asha. Jakiś czas po ukazaniu ci wizji przyszłości, podobną wizję ukazałem Ashowi. Oczywiście, droga jego kariery różniła się od twojej i to sporo, bo ty dokonałaś już swego wyboru, zaś on wtedy się jeszcze wahał.
- Kiedy dokładnie ukazałeś mu te wizje?
- Wtedy, kiedy Ash leżał w szpitalu po tym, jak uratował cię przed Sharpedo.
- Zaraz! To było wtedy, kiedy ja...
- Zgadza się, Sereno - odpowiedział mi chłopak z wielkim uśmiechem na twarzy - Choć prawdę mówiąc, to nawet po zobaczeniu obu wizji Ash się jeszcze wahał, ale to ty pomogłaś mu podjąć właściwą decyzję. Ty i twoja miłość do niego.
Muszę przyznać, że poczułam w sercu przyjemne ciepło. Przypomniało mi to sytuację zaraz po zobaczeniu przeze mnie tych wizji. Wtedy właśnie Ash swoją troską o mnie pomógł mi się zdecydować. Teraz okazuje się, że ja podobnie zmotywowałam jego.
- To wszystko było możliwe tylko dlatego, że oboje darzycie się tak wielkim uczuciem - powiedział po chwili chłopak - Gdyby jedno z was nie odwzajemniało go, to moja rola tutaj byłaby zbędna. Oczywiście, mógłbym sztucznie pobudzić uczucie u Asha, ale to nie zdałoby się na nic.
- Wybacz, ale teraz nie rozumiem o czym mówisz - powiedziałam zdumiona - Możesz mi powiedzieć o co w tym chodzi?
- Tak, Sereno. Otóż wasze uczucie ma tak wielką siłę tylko dlatego, że jest prawdziwe, naturalne. Oboje rozwijaliście je i pielęgnowaliście pomimo przeciwności losu.
- To prawda, tylko powiedz, czemu tak ci zależy na naszym szczęściu? To znaczy jeden powód już mi wyjawiłeś. Ale czy są jakieś inne?
- Owszem, jest jeszcze jeden powód.
- A jaki?
- A taki, że wasze uczucie przypomina mi to, które łączyło mnie i moją ukochaną. Jest tak samo silne, głębokie i bardzo piękne. I tylko ono może mi pomóc.
- Ale w czym może ci pomóc miłość moja i Asha?
- W pokonaniu Złam, oczywiście - powiedział poważnie chłopak.
Te słowa naprawdę mnie zamurowały. Więc ów gość zadał sobie cały ten trud po to, abyśmy teraz pomogli mu zniszczyć tego potwora. Ale w jaki niby sposób mieliśmy to zrobić? Już miałam zadać mu to pytanie, gdy nagle coś mnie tknęło. Skoro ten chłopak mówi, że chce pokonać Zło, to znaczy, że... To musi być On.


- Powiedz mi, proszę, czy odpowiesz mi na wszystkie moje pytania?
- Tak, Sereno. Poznasz odpowiedzi na wszystkie swoje pytania.
- Dobrze - postanowiłam zagrać otwarcie - Więc powiedz mi najpierw, kim naprawdę jesteś... Maćku. Bo domyślam się, że to ty jesteś Maciek z Łeby, prawda?
Słysząc to imię chłopak uśmiechnął się lekko, po czym otoczyła go jasna poświata. Jednocześnie zniknęła panująca wokół niego ciemna aura, jego oczy stały się fioletowe, zaś twarz nabrała trochę innych rysów, dzięki czemu już nie miałam żadnych wątpliwości, że oto stał przede mną Maciek, którego ja i Ash poznaliśmy w Łebie.
- Dobrze się domyśliłaś, Sereno. To ja jestem Maćkiem, którego tak się obawiałaś w Łebie. Jestem także tym tajemniczym przyjacielem Mewtwo, który pomagał wam w Bitwie o Kanto oraz podczas ostatnich dwóch intryg Malamara. Tych w które zamieszane było Zło.
- I tym, który wypuścił wiedźmę Morganę - warknęłam, a po chwili dodałam łagodniej - Ale przy okazji też ratując mi przy tym życie.
-  I ostatnio jeszcze ocaliłem cię przed Zodiakiem, ale to tylko szczegół - dodał Maciek, mrugając przy tym okiem.
- Ja i Ash podejrzewaliśmy to od jakiegoś czasu, że Maciek i nasz tajemniczy nieznajomy ze snów to jedna i ta sama osoba, ale w obu swoich wcieleniach wyglądałeś inaczej, co nas trochę zmyliło.
- Gdy spotkałem was w Kalos, a potem odwiedziłem w waszych snach, to przybrałem trochę inną postać niż ta, którą tu widzisz.
- Dobrze, a więc teraz uporządkujmy fakty - powiedziałam - Najpierw ukazałeś mnie i Ashowi wizje naszej przyszłości, potem obserwowałeś nas cały czas, aż wreszcie, kiedy Zło skumało się z Malamarem, to wyszedłeś z ukrycia i pomagałeś nam w walce z nimi.
- Tak, ponad to pomogłem Mewtwo chronić wasze Pokemony przed mocą Malamara i brałem też udział w Bitwie jako jeden z trenerów.
Po tych słowach Maciek ponownie dokonał transformacji swojej osoby i przez chwilę ukazał mi się jako czarnowłosy chłopak, w typowym stylu trenera Pokemon. Gdy tylko mu się bliżej przyjrzałam, to przypomniał mi się pewnie typek, który wciągnął nas w pułapkę Malamara.
- Red!
Na widok owego osobnika przeraziłam się nie na żarty. Właśnie wtedy, gdy Beehyam pod kontrolą Malamara uśpił Asha, Red udając przyjaciela wciągnął mnie i moich przyjaciół w pułapkę. Owszem, doprowadził nas do Pokemona odpowiedzialnego za stan Asha, ale też ujawnił swoje prawdziwe plany i tożsamość. To właśnie ów straszny upiór, czy też demon nazywający siebie Złem był odpowiedzialny za wzrost mocy Malamara oraz pośrednio za jego intrygę z upiorem Kali, że nie wspomnę o chaosie jaki spowodował podczas Bitwy o Kanto. I oto Maciek, jak się okazuje, potrafi przybrać tę samą postać.
- Więc to ty jesteś tym potworem! - krzyknęłam po części ze złości, a po części ze strachu - Chciałeś zabić moich przyjaciół! Skrzywdziłeś Asha i chciałeś zabić nas oboje!
- Tak, Sereno, masz rację - przyznał Maciek smutnym tonem, wracając do swej poprzedniej postaci - Jestem potworem, ale to nie ja chciałem was zabić, tylko Zło.
- I mówisz to tak spokojnie?! Przecież, przecież...
- Sereno, Zło jest teraz uwięzione i nic ci już nie zrobi. Ale to moja wina, że wtedy omal was nie zniszczyło.
Miałam już naprawdę dość tej całej pokręconej historii. Emocje szalały w mojej głowie i chciałam po prostu uciec z tego miejsca. Jak najdalej od tego gościa, Zła i w ogóle jak najdalej stąd. Chciałam być razem z Ashem. Poczułam jednak, że wbrew zdrowemu rozsądkowi powoli zaczynam się uspokajać i przestają targać mną te wszystkie negatywne emocje. Czułam jedynie spokój i znów mogłam zebrać myśli.
- Co ty mi zrobiłeś? - spytałam zdumiona - Bo to na pewno jest twoja robota, mam rację?
- Tak. Umiem wpływać na emocje, uspokajać i wyciszać te negatywne oraz pobudzać pozytywne. Ale to nie jest zasługa mrocznych mocy, tylko moje własne umiejętności. Takie posiadają wszyscy moi rodacy.
- Dobrze więc, chociaż nadal mi się to wszystko nie podoba, to jednak wysłucham twojej historii. Ale uważaj! Jeśli coś mi się stanie, to Ash nigdy ci tego nie daruje!
- Wiem o tym dobrze i doskonale rozumiem i to lepiej niż myślisz. Ja też nie miałem skrupułów, aby pomścić swoją ukochaną.
- Pomścić? Czy to znaczy, że ktoś ją zabił?
- Tak - powiedział cicho Maciek - To było zabójstwo.
- Boże, ja naprawdę...
- Spokojnie, Sereno. Wszystko ci i tak opowiem. Zasługujesz na to, aby poznać całą prawdę o mnie. Wtedy i tylko wtedy zrozumiesz w pełni moje motywy. Ash i jego towarzysze też usłyszą tę historię.
- Więc mamy tu na nich zaczekać?
- Tak, lecz zacznę opowiadać już teraz. Dzięki laleczkom od Latias twoi przyjaciele wszystko usłyszą od razu.
- Ale jedynie Ash za pomocą tych laleczek może usłyszeć to, co ja słyszę - powiedziałam zdumiona - Chyba, że potrafisz jakoś wzmocnić czar laleczek.
- Dobrze rozumujesz, Sereno - odparł z uśmiechem na twarzy Maciek - Wzmocnię ich moc, dzięki czemu Dawn i Josh też wszystko usłyszą.
- Josh i Dawn? Więc to oni towarzyszą Ashowi?
- Tak, Sereno i uwierz mi, dzięki nim Ash zdoła łatwo przejść przez wszystkie próby, jakie czekają go w mojej wieży. A kiedy już to zrobi, to czeka go walka ze mną. I kiedy mnie pokona, to Zło zostanie pokonane.
- Ech, nadal mało z tego rozumiem - westchnęłam - Ale skoro i tak odpowiesz na moje pytania, to wtedy wszystko będzie miało sens.
- Dokładnie tak, Sereno. Pytaj więc śmiało.
- Dobrze. A zatem powiedz mi, proszę, kim naprawdę jesteś i jak masz naprawdę na imię?
- Tak jak ci mówiłem, pochodzę z innego świata. Jest on niezwykle piękny, a moi rodacy posiadają pewien przywilej, że jeżeli zechcą, to mogą śmiało odwiedzać inne światy. Zawsze też mogą wrócić, kiedy tylko tego zapragną. Później zaś opowiadają reszcie swoje przygody.
- A ten twój świat, jaki dokładnie jest? - spytałam zaciekawiona.
- Można powiedzieć, że jest to kraina wyciągnięta z najpiękniejszych marzeń sennych. Bardzo przypomina raj, a moi rodacy są charakterystyczni, bo nie ma w nich śladu zła czy negatywnych emocji. Oczywiście wiedzą, czym one są, lecz nie są w stanie ich odczuwać.
- To brzmi bardzo ciekawie - stwierdziłam - A jak wyglądają?
- W sumie podobnie do ludzi, tyle tylko, że nasze ciała są stworzone w połowie z materii a w połowie z ducha.
- Czy twoja zmarła ukochana też pochodzi z tego świata?
- Tak, oboje pochodzimy stamtąd. Wiesz, jest jeszcze jedna ciekawa cecha nas oraz naszych rodaków, cecha dotycząca miłości i związków: otóż przeznaczone sobie osoby rodzą się w tym samym momencie. Dosłownie w tym samym.
- Naprawdę? Nigdy o czymś takim nie słyszałam - byłam naprawdę zdumiona tą rewelacją.
- U nas to normalne. Przeznaczeni sobie chłopak i dziewczyna rodzą się dosłownie w tej samej chwili. I potem łączą się ze sobą na całe życie. Jak mówiłem, każdy posiada swoją druga połówkę i to od chwili swoich narodzin. Potem są już na zawsze razem, a kiedy tylko nasz czas w tamtym świecie dobiega końca, to nie umieramy tak jak wy, tylko w pewien sposób się odradzamy. Trudno mi teraz wyjaśnić ten proces.
- Mówiłeś, że twoi rodacy podróżują po różnych światach. Lubicie tak bardzo podróżować?
- Tak, po prostu jesteśmy ich ciekawi. Po powrocie zaś opowiadamy reszcie naszych rodaków swoje przygody, ale w moim przypadku wszystko wypadło inaczej - odpowiedział Maciek, po czym posmutniał.
- Wiem, bardzo mi przykro z powodu twojej ukochanej - powiedziałam ze współczuciem - Ale jak do tego doszło?
- Złośliwość oraz zawiść ludzka. Można by powiedzieć, że to jest dość powszechna historia w tym świecie - powiedział Maciek beznamiętnym głosem, choć w jego oczach widać było łzy.
- Bardzo mi przykro. Rozumiem, że mówienie o tym sprawia ci ból - powiedziałam przepraszającym tonem - Jak wiesz, sama przez pewien czas myślałam, że straciłam Asha już na zawsze.
- Tak, czułem twój ból. Był bardzo podobny do mojego. Ból po stracie prawdziwej miłości, ale w moim przypadku ma on jeszcze szerszy zasięg. Jako pierwszy z mojej rasy mogłem się o tym przekonać.


- Co masz na myśli?
- Chodzi o to, że cierpi nie tylko nasze ciało oraz psychika, ale także i dusza. Czujemy, jakbyśmy umierali w potwornych męczarniach, lecz nie mogli umrzeć - powiedział Maciek siląc się na spokój - Ból, jaki zadaje mi Zło jest niczym wobec bólu po stracie Natalie.
- Natalie? Tak miała na imię twoja ukochana?
- Tak - odparł takim dość rozmarzonym głosem Maciek - To dla mnie najpiękniejsze imię na całym świecie. Drugim, niezwykle dla mnie ważnym imieniem jest twoje imię, Sereno.
- Moje? - spytałam zdumiona i zarumieniłam się delikatnie - To bardzo miłe, ale czemu jestem dla ciebie aż tak ważna? A Ash i jego towarzysze? Bo mówiłeś, że mamy ci pomóc pokonać Zło, ale czuję, że to nie wszystko.
- Tak, to prawda. Ty i Ash jako jedyni możecie mi pomóc pokonać Zło. Ale masz rację - dodał Maciek - Jest jeszcze jeden powód dla którego mi na tobie zależy.
- Wiedziałam. Pytanie tylko, czy to jest to, o czym myślę? - rzekłam niepewnie.
- No cóż... Spójrz lepiej w kryształowe lustro, a zobaczysz, o co chodzi - powiedział Maciek.
Zobaczyłam, że lustro znów jest aktywne i spojrzałam na ukazujący się obraz. Była nim scena z mojego snu. To wszystko naprawdę mnie zdumiało, co oczywiście nie uszło uwadze Maćka.
- Widzę, że ta scena cię zaskoczyła. Nie rozumiem tylko, dlaczego - powiedział.
- Bo śniła mi się dzisiaj, kiedy spalam w pokoju znajdującym się tutaj.
- Naprawdę? Ale jak to możliwe? - Maciek był naprawdę zdumiony i w tym zdumienie nie było nic sztucznego.
- Nie wiem, ale śniła mi się ta piękna polana, a w oddali widziałam właśnie tę zakochaną parę. Nie mogłam jedynie zobaczyć ich twarzy.
- Więc zobacz je teraz, a zrozumiesz czemu aż tak się tobą interesuję - powiedział Maciek z uśmiechem na twarzy.
Obraz się przybliżył i wtedy dostrzegłam twarze tej parki. W chłopaku rozpoznałam Maćka, z tym tylko, że różnił się nieznacznie rysami twarzy, oczy zaś miał nie fioletowe, a niebiesko szare. Wydał mi się on całkiem przystojny. Gdy jednak zobaczyłam twarz jego czarnowłosej ukochanej o imieniu Natalie, to wtedy wszystko stało się jasne. Ona miała moją twarz! Dosłownie. Uśmiechała się wręcz w identyczny sposób, a do tego też miała te same duże, niebieskie oczy. Różniła się ode mnie tylko kolorem włosów. Nie wiedziałam, co o tym wszystkim sądzić, ale wiedziałam już doskonale, czemu Maciek zainteresował się moją osobą. On także pod tym względem przypominał Arlekina, ale przynajmniej nie nazywał mnie uparcie imieniem swojej ukochanej.
- Teraz rozumiem - odparłam zszokowana - A więc Natalie była aż tak podobna do mnie?
- Dużo bardziej niż myślisz - odparł Maciek - Chociaż ona i ja nie potrafimy okazywać pewnych zachowań, które dla was ludzi są normalne.
- Co masz na myśli?
- Na przykład chodzi mi o wasze dziwne zachowania, kiedy okazujecie sobie uczucia. Te wszystkie bardzo dziwne zagrywki, udawane złośliwości, droczenie się itd.
- No cóż... Ludzie po prostu tak mają, to zupełnie normalne - odparłam z uśmiechem.
- Dla nas jest to niezrozumiałe. My i nasi rodacy okazujemy sobie uczucia bezpośrednio bez takich głupich zagrywek. Bo w sumie, niby po co komplikować to, co jest oczywiste? Poza tym wspomniane zachowania zbyt mocno mi się kojarzy z ludźmi, przez których zginęła Natalie. Ale o tym ci zaraz opowiem. Muszę, aby wszystko było dla was zrozumiałe.
- Dobrze, wysłucham cię, ale jeśli jakieś wspomnienie będzie sprawiać ci ból...
- Spokojnie, Sereno. Ja i tak żyję z tym bólem już od czterech lat, choć tak właściwie to od pięciu. Ale dzisiaj opowiem ci moją historię i to jako prawdziwy ja.
Po tych słowach Maciek ponownie zaczął zmieniać postać. Tym razem jednak transformacja była nieco inna: wokół niego zgęstniała czarna aura, pojawiły się wyładowania czarnych iskier. Maciek wydał z siebie jęk bólu i po chwili opadł na ziemię. Gdy zaś wstał, to aura powoli zniknęła, a jego oczy przybrały taki sam kolor, jak w owym obrazie, czyli niebiesko szary. Na jego twarzy widać było przeżyte cierpienie, a w jego oczach widać było smutek i ból.


- Od długiego czasu znów przybrałem swój prawdziwy wygląd. Mamy mało czasu, więc opowiem ci wszystko najszybciej, jak tylko się da. Jeśli na twarzy pojawi mi się grymas bólu, to się nie przejmuj. To tylko znak, że Zło dopomina się swojego pokarmu.
- Zaraz! Jak to?! Czy to oznacza, że Zło jest... W tobie?
- Tak, moje ciało jest więzieniem dla Zła. Choć właściwie powinienem powiedzieć Negaforce’a.
- Negaforce? Tak Zło się naprawdę nazywa?
- Właściwie to jest nazwa ogólna dla całej rasy tych podłych istot. Są to najpotężniejsze personifikacje czystego Zła. Bezcielesne oraz naprawdę potężne demony, będące osobową formą Chaosu. Prócz tego musisz chyba przyznać, że Negaforce brzmi lepiej jako imię, niż Zło.
- Hmm... Teraz to brzmi jak historia z „Czarodziejki z Księżyca”. Tam główny wróg, Królowa Metalia był potworem podobnego gatunku, co ten cały Negaforce.
- Dobrze znam to anime. Oglądaliśmy je kiedyś razem z Natalie - rzekł Maciek - Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że spotkam w swoim życiu podobne monstrum.
- Jak to się stało, że spotkałeś Zło, czy też raczej Negaforce’a? Czy ma to związek ze śmiercią Natalie?
- Owszem i to bardzo ścisły. Jak się w końcu dowiedziałem, to właśnie Negaforce pośrednio odpowiada za śmierć mojej ukochanej, a co najgorsze, to sami go do tego sprowokowaliśmy. Uznał nas za zagrożenie.
- Nie rozumiem, jak wy niby mogliście zagrażać takiemu potężnemu potworowi?
- Tak samo, jak ty i Ash. Wasze czyste, piękne uczucie, wasza miłość są dla Negaforce’a śmiertelnym zagrożeniem. Jedyną siłą, która może go pokonać i wypędzić z tego świata jest właśnie prawdziwa miłość. Brzmi to może banalnie i oklepanie, ale zapewniam cię, że to sama prawda. Zresztą durnie oraz ignoranci, którzy śmialiby się z tego, w momencie spotkania ze Złem straciliby swoją butę.
- Wiem o tym aż za dobrze. W końcu już raz spotkałam tego potwora. Był przerażający, niezwykle podły i wręcz okrutny - wzdrygnęłam się na samo wspomnienie Zła pod postacią Reda.
- To prawda, choć widziałaś zaledwie mały ułamek jego mocy. Ale i to wystarczyło, żebyście ty, Ash i wasi towarzysze przeżyli piekielne chwile.
- To mało powiedziane, ten potwór chciał, aby moi przyjaciele stali się niewolnikami jego i Malamara. Torturował Asha strasznymi koszmarami, mnie chciał zabić od razu, a Asha po dalszych torturach - wzdrygnęłam się na samo wspomnienie tego koszmaru.
- Ale ocalił was Mewtwo z moją pomocą, choć powinienem to przeze mnie spotkała was ta okropna przygoda.
- Jak to? - spytałam przerażona - Co ty masz z tym wspólnego?
- I tego się dowiesz, kiedy dojdę do tego momentu mojej opowieści. Wtedy wszystko stanie się jasne.
- Oby, bo nie muszę chyba mówić, że to wszystko naprawdę mocno mi się nie podoba. Boje się, że za chwilę ten potwór gdzieś się tu zjawi.
- Dopóki jestem świadomy, on nie może działać samodzielnie. Może jedynie zadać mi okrutny ból, kiedy dopomina się o swój pokarm. A jego pożywieniem są moje negatywne emocje: przede wszystkim gniew. Ale nie dostane go już więcej.
- Zaraz! To wtedy, gdy Negaforce wciągnął nas w pułapkę Malamara, to ty byłeś pozbawiony świadomości? - spytała zdumiona i przerażona.
- Tak, przez cały ten czas, od kiedy przyjąłem Zło do swego ciała, nie spałem w ogóle. Mając teraz takie moce nie musiałem tego robić. Ale też czułem potworne zmęczenie. Zmęczenie spowodowane bólem, cierpieniem i ciągłą tęsknotą za Natalie. Ale musiałem czuwać oraz obserwować ciebie i Asha. Osoby, które są moją nadzieję na uwolnienie się od Zła, a co za tym idzie ponownego złączenia z Natalie. Ale w końcu zasnąłem ze zmęczenia i wówczas część Negaforce’a się uwolniła. To wystarczyło, żeby zgotować wam piekielne chwile, jednak dzięki impulsowi od Mewtwo obudziłem się na czas, aby powstrzymać tego potwora. Od tego momentu nie pozwoliłem sobie już na chwile słabości.
- Rozumiem. Ale czekaj, bo coś sobie właśnie przypomniałam! Czy to ty pomogłeś Ashowi wtedy, kiedy to Malamar sprowadził upiora Kali, który przejął moje ciało?
- Tak, lecz nie chcąc się jeszcze ujawniać tylko przemówiłem do niego telepatycznie.
- Ale niby w jaki sposób Ash potem zdołał się skontaktować ze mną? - spytałam zaciekawiona - Bo przecież słyszałam jego głos, ale żadne z nas nie ma mocy telepatycznej.
- Macie za to coś innego, wasze serca - odparł Maciek z uśmiechem.
- Nasze serca? Ash coś wspominał, ale tak prawdę, to mówiąc on sam za bardzo nie wiedział, na czym to polega. I ja też nic z tego nie rozumiem.
- To bardzo proste - wyjaśnił Maciek - Dwoje zakochany ludzi, których uczucie jest tak głębokie i silne jak wasze są w stanie wyczuwać sercem stan swojego partnera/partnerki. Nieliczni zaś wśród nich, naznaczonych przez przeznaczenie, może rozmawiać ze sobą za pomocą głosu serc.
- Czyli Ash i ja możemy zrobić coś takiego? - moje zdumienie nie miało granic.
- Owszem, jesteście jednymi z nielicznych ludzi, którzy posiadają tę zdolność. W gruncie rzeczy jest troszkę podobna do telepatii, tyle tylko, że to wasze serca przesyłają myśli. Jest to też bardzo dobra metoda do walki z przeciwnikiem, który jest telepatą. On umie tylko czytać myśli płynące z umysłu, serce zaś jest poza jego zasięgiem.
- A czy ty i Natalie też tak umieliście? - spytałam.
- Tak, z tym, że w naszym świecie ta zdolność jest dość powszechna, wszyscy nasi rodacy to potrafią - odpowiedział Maciek.
Wtem chłopak spojrzał w kierunku wiszącego na ścianie zegara, lekko zamknął oczy i powoli zaczął oddychać, jakby próbował się skupić i coś wyczuć, tak w każdym razie ja to sobie tłumaczyłam.
- Co się stało? - zapytałam.
- Obawiam się, że będziemy musieli chwilowo przerwać naszą jakże przyjemną rozmowę - odpowiedział mi Maciek.
- A co się stało?
- Nasi drodzy goście przybyli po ciebie.
- Ash?! Przybył tutaj?!
- Tak i to w towarzystwie, tak jak na to liczyłem. Wybacz mi, proszę, ale będę musiał do nich wyjść. Ale spokojnie, wrócę tu jeszcze i będziemy mogli dokończyć naszą rozmowę.
Po tych słowach Maciek zaczął znikać, powoli stając się coraz bardziej przeźroczystym, aż w końcu całkowicie przestałam go widzieć.

***


Uzupełnienie pamiętników Sereny - opowieść Asha c.d:
Podróż przez Atlantyk przebiegała bardzo spokojnie, nasz przewodnik zaś sprawiał wrażenie niezniszczalnego. Miałem chwilami wrażenie, że to maszyna, a nie żywe stworzenie, bo żeby lecieć tak długo i to jeszcze bez zmęczenia, to naprawdę wyczyn i nie każdy ptak tak potrafi. Tata mówił mi, że jastrzębie są niezwykle silne oraz wytrzymałe, jednak ten musi być chyba niezwykle ponadprzeciętny, żeby potrafić lecieć tak długo i to bez chwili odpoczynku. Ale biorąc pod uwagę, że jego przyjacielem był posiadający potężne moce gość, to w sumie nie było niczym niezwykłym, iż ów ptaszek posiadał tak mnóstwo sił fizycznych, które przekraczają umiejętności wielu przedstawicieli jego gatunku.
Lecieliśmy bardzo długo, aż w pewnym momencie jastrząb zawrócił do nas i lądując na grzbiecie Laprasa zaskrzeczał kilka razy. Pikachu zaś starał się przekazać mi, co ten chciał nam powiedzieć.
- Tato! Siostrzyczko! Teraz musimy być bardzo czujni, bo za chwilę wpłyniemy w mgłę - powiedziałem.
- W takim razie musimy być już blisko - odparł mój ojciec.
- Dlaczego tak uważasz, tato? - zdziwiłem się jego pewnością.
- Też jestem ciekawa, bo w końcu mgła to dość naturalne zjawisko - stwierdziła Dawn.
- Możliwe, ale na pewno nie taka - powiedział ojciec i wskazał palcem na coś, co było przed nami.
Istotnie, mgła którą widzieliśmy nie miała w sobie nic normalnego, już sam jej kolor był bardzo nienaturalny i trudny do określenia. Co ciekawe, wydawało mi się chwilami, że rozstępuje się przed nami, tworząc jakby wąski korytarz. Trochę jak fale Morza Czerwonego przed Mojżeszem i jego kompanią.
- Coś mi mówi, że miałeś rację, tato. Wygląda na to, że ta mgła jest niezwykła i wiesz co? Wcale bym się nie zdziwiłbym się, gdyby stanowiła coś w rodzaju specjalnej ochrony.
- Ochrony? Ciekawe przed czym lub przed kim - zdziwiła się Dawn - Ten wasz znajomy raczej nie wygląda na takiego gościa, który miałby się czegokolwiek obawiać.
- W sumie to prawda, Serena widziała go w akcji i z tego, co mówiła, to on jest bardzo groźny.
- Właśnie, braciszku! Więc niby czego ten gość miałby się obawiać?
- Może ta mgła jest po to, żeby go nikt nie znalazł - powiedział nasz ojciec.
- Myślisz, tato, że on po prostu nie chce być odnaleziony? To ma sporo sensu - zamyśliłem się chwilę - Bardzo możliwe, że ów chłopak nie chce, aby ktoś dowiedział się o jego działaniach.
- Tylko po co to wszystko, Ash? Czego on może od was... A właściwie to od NAS chcieć? - spytała Dawn.
- Trudno powiedzieć. Gość twierdzi, że nie chce zrobić krzywdy ani Serenie, ani mnie. I czuję, że mówi prawdę. Tylko nie wiem, skąd we mnie to przeczucie.
- Cóż... Jedno jest pewne, moi kochani - powiedział pogodnie ojciec - Cokolwiek kombinuje, to nie damy mu się tak łatwo. Ale swoją drogą mnie też ciekawi, czego on może tak naprawdę chcieć od ciebie i Sereny.
- Jak wam już mówiłem, gdy spotkałem go pierwszy raz, to powiedział mi, że chce mnie prosić o pomoc i poprosi o nią wtedy, kiedy ponownie się zobaczymy - odparłem - I zależało mu bardzo na tym, żebyśmy ja i Serena byli razem. Twierdził nawet, że wyczuł łączące nas uczucie i nie chce, aby ono przepadło.
- Czyżby więc to był jakiś nadprzyrodzony świat? - zaśmiała się Dawn - A tak swoją drogą, to coś mi mówi, że dogadałby się z Bonnie. Ona też bardzo często gada, że wyczuwa łączące kogoś więzi i takie tam.
- Cóż... Coś w tym jest, ale prawda jest taka, że gość nie pochodzi z naszego świata. Twierdzi też, że uczucie jakie łączy mnie i Serenę bardzo przypomina to, które łączyło go z jego ukochaną. Ale niestety, ona nie żyje - dodałem smutno.
- Hmm, a może ta sprawa ma jakieś drugie dno? - zamyślił się ojciec.
- O czym myślisz, tato? - spytaliśmy razem ja i Dawn.
- Cóż... Gość posiada jakieś nadprzyrodzone moce i co do tego nie ma żadnych wątpliwości.
- To prawda i co dalej?
- To może ten gość chce posłużyć się wami, aby odprawić jakiś rytuał - kontynuował tata.
- Myślisz, że chce przy pomocy magii i naszego życia ożywić swoją ukochaną? - spytałem zdumiony.
- Wiem, synku, że to brzmi nieco mrocznie i absurdalnie, ale pamiętaj, co się działo podczas twoich wcześniejszych przygód.
Muszę przyznać, że słowa ojca, jak dziwnie by nie brzmiały, to miały sporo sensu. Mieliśmy już z Sereną do czynienia z różnymi magicznymi stworami oraz istotami, które chciały zrobić z nami porządek: oryginalna Wampirzyca Noivern, kapłanka Kali i wiedźma Morgana, Malamar z mocą od Zła i samo Zło. No właśnie, Zło!
- Tato, Dawn! Coś mi mówi, że chyba zaczynam rozumieć, o co w tym chodzi - powiedziałem.
- Wiesz już, co kombinuje ten gość? - spytała Dawn.
- Owszem, domyślam się, że ową przysługą, o jaką mnie chce prosić, to pomoc w pokonaniu Zła.
- W sumie to ma sens, Ash, bo przecież cały czas ty oraz twoja drużyna walczycie o to, żeby tego zła mniej było na świecie - powiedział ojciec - Ale chyba tym razem chodzi o coś więcej niż łapanie przestępców, czyż nie?
- O tak, tato. Dawn zresztą dobrze wie, o co mi chodzi - zwróciłem się do siostry.
- Aż za dobrze wiem - odparła ponuro Dawn - To znaczy, że ponownie spotkamy tego potwora, który pomagał Malamarowi cię tak urządzić.
- Zaraz! Czy masz na myśli tego upiora czy też demona, który najpierw ukazał się wam jako Red? - spytał ojciec - I to wtedy, kiedy Ash zapadł w śpiączkę przez Beehyama pracującego dla Malamara?
- Tak, dokładnie tego samego, tato - mruknęła Dawn - I naprawdę nie mam ochoty znów spotykać tego monstrum. Omal wtedy nie zginęliśmy.
- Spokojnie, to na razie tylko przypuszczenia - starałem się ją uspokoić - Ale jeżeli mam rację, to nasz tajemniczy nieznajomy, który nas tu wezwał, to nie kto inny, jak Maciek, przyjaciel Mewtwo.

***


W końcu dotarliśmy do lądu, którym okazała się być średniej wielkości wyspa. Przed nami znajdował się las i wąska ścieżka biegnąca na wprost od wybrzeża. Nie widząc innej drogi, postanowiliśmy iść ścieżką. Nasz ptasi przewodnik umocnił nas w tym postanowieniu, kiedy tylko zaczął lecieć w wybranym przez naszą trójkę kierunku. Poszliśmy więc za nim.
Sam las, który musieliśmy przebyć, nie wydawał się jakoś szczególnie mroczny, czy niebezpieczny. Zauważyliśmy też coś niezwykłego: mieszkały w nim zarówno zwykłe zwierzęta, jak i Pokemony. Żyły one tutaj razem, nie wchodząc sobie w drogę. Ten widok sprawił mi niezwykłą przyjemność. Co prawda w regionie Kanto też występują zwykłe zwierzęta i to najliczniej ze wszystkich innych regionów, ale nie wchodzą w kontakty z Pokemonami, a jeśli już, to nie tak często, jak w tym właśnie miejscu. Oczywiście rozsądek nakazywał nam zachowanie ostrożności, ale podróż przez las nie obfitowała w żadne niespodzianki. Kiedy już z niego wyszliśmy, to dostrzegliśmy dość rozległą przestrzeń, pośrodku której górowała samotna wieża. Jej wygląd był dość osobliwy, od swej podstawy przypominała zwykłą skałę, w której ktoś rzeźbił budowlę, ale im dalej wzwyż, tym bardziej przypominała dzieło człowieka. W paru miejscach widzieliśmy pojedyncze okna, zaś na samym szczycie zauważyliśmy solidny balkon.
- No, nie powiem, dość okazała budowla - mruknąłem - Ciekawe tylko, co nas tam czeka?
- Z pewnością tam czyhają jakieś pułapki, bo jak na razie, to idzie nam zbyt łatwo - stwierdził tata.
- A tak swoją drogą, to czemu oni wszyscy mają jakiegoś takiego fioła na punkcie wież? - spytała Dawn.
- Jacy wszyscy? - spytałem zaciekawiony.
- No, chodzi mi o tych różnych złych czarowników - wyjaśniła moja siostra - Z tego, co widziałam w bajkach oraz filmach, a także i z tego, co wyczytałam z książek, większość takich typów mieszka w wieżach.
- Może to jest jakiś niepisany zwyczaj - mruknął nasz ojciec - Ale tak swoją drogą, ja także jestem tego ciekaw, choć o wiele bardziej interesuje mnie teraz to, co też kombinuje nasz drogi gospodarz, kimkolwiek on jest.
- Racja, zresztą powinien zaraz do nas wyjść i powiedzieć co i jak - odparłem.
- Tak przynajmniej mówił, ale szczerze mówiąc, to ja mu nie ufam - mruknęła Dawn.
- Spokojnie, siostrzyczko. Jak na razie gra z nami fair i choć musimy być ostrożni, to jednak sądzę, że wyjaśni on nam zasady swojej gry i to bez żadnych sztuczek.
- Czy to zwykłe przeczucie, czy też może detektywistyczny instynkt? - spytała Dawn.
- Nazwij to jak chcesz - odparłem - Ale czuję, że ten przeciwnik, jak groźny by nie był, nie chce nas skrycie zabić w jakiejś perfidnej zasadzce.
- Obyś się nie pomylił, Ash - odparł mój ojciec - Bo przecież Delia, Johanna i Grace nigdy mi nie darują, jeżeli coś wam się stanie.
- A Cindy nie daruje nam, jeżeli coś stanie się tobie, tato - powiedziała Dawn.
- Otóż to, więc jest jeden-jeden - dodałem wesoło.
Naszą rozmowę przerwaliśmy, gdy doszliśmy do wspomnianej wieży. Nasz przewodnik poleciał wówczas w górę i wylądował na balkonie, który widzieliśmy. My natomiast zatrzymaliśmy się tuż przed bramą wejściową i próbowaliśmy ją otworzyć, oczywiście bez rezultatu. Wtedy zauważyliśmy blask światła i znów ukazało się widmo naszego przeciwnika.
- Cieszę się, że dotarliście tu tak szybko, przyjaciele - zawołał do nas uprzejmie - Mój jastrząb was polubił i prędko znaleźliście wspólny język.
- Owszem, swoją drogą to bardzo mądry ptak - zauważyłem - Zna nie tylko nasz język, ale i język Pokemonów. Czy to zasługa twojej magii?
- Nie, tego nauczył się sam, choć ja mu nieco pomogłem. Dużo z nim rozmawiałem, a kiedy tu zamieszkaliśmy, to często spotykał się z żyjącymi tu Pokemonami.
- A długo tu już mieszkacie? - spytałem zaciekawiony.
- Około czterech lat, czyli nieco dłużej, niż obserwuję was, to znaczy ciebie i Serenę.
- Pamiętam, mówiłeś mi o tym - odparłem - Powiedz w końcu, jakie to wyzwanie nas czeka w tej wieży. Finału się domyślam.
- Jak już mówiłem - mówił chłopak - Masz się zmierzyć ze mną i mnie pokonać, wtedy wypuszczę Serenę. Ale nim do tego dojdzie, wasza trójka musi przejść serię prób, dzięki którym ty, Ash, będziesz mógł się ze mną zmierzyć.
- A nie możemy od razy z tobą walczyć, bez tych całych ceregieli?! - zawołała Dawn - Chyba, że chcesz nas najpierw zmęczyć, czy może raczej przetestować.
- Ta druga opcja jest już bliższa prawdy, moja droga Dawn - odparł z uśmiechem nieznajomy - Swoją drogą cieszy mnie twoja bojowa postawa. Taką samą miałaś w Bitwie o Kanto.
- Obserwowałeś mnie wtedy? - zdziwiła się Dawn - Ja myślałam, że obserwujesz jedynie Asha i Serenę.
- Obserwuję nie tylko ich, ale także inne ważne dla mnie osoby, choć niekonieczne związane z tym wyzwaniem. Ale wtedy widzieliśmy się na polu walki.
- Serio? Nie przypominam sobie. Chociaż... - moja droga siostrzyczka zamyśliła się chwilę - Czy to ty byłeś może tym gościem, który zagrzewał wszystkich do walki i kazał nam wierzyć w Asha?
- Dokładnie tak - potwierdził nieznajomy - To byłem ja. I to ja także pomogłem Mewtwo chronić wasze Pokemony przed hipnozą Malamara.
- A więc jednak! - zawołałem tryumfalnie - Więc to ty jesteś tym jego tajemniczym przyjacielem. I oczywiście też tym samym przyjacielem, przed którym ostrzegała nas Sybilla, prawda... Maciek?
- Masz rację, Ash - widmo zmieniło nieco postać, w której poznałem Maćka, znajomego z Łeby.
- Ale tak, jak mówił Mewtwo, nie mam wobec was złych zamiarów, a Sybilla, no cóż...
- Nie powiem, solidnie ją wystraszyłeś - powiedziałem - Nigdy jej nie widziałem w takim nastroju. Zawsze jest taka spokojna i opanowana, a tu nagle, z twojego powodu...
- Nie chciałem po prostu, aby zbyt wiele osób dowiedziało się o moich planach - powiedział Maciek - Przedwieczni wiedzą o moim istnieniu oraz o tym, że mam z wami jakieś powiązanie. Ale nawet wasz przyjaciel Chronos nie mógłby wam zdradzić moich zamiarów.
- Nawet on, a to ciekawe - mruknąłem zaintrygowany - To masz aż tak wielką moc?
- Tak - odparł smutno Maciek - To jest moje przekleństwo. Cena, jaką musiałem zapłacić.


- Wybacz, ale my nie jesteśmy aż tak wtajemniczeni jak Ash! - zawołał mój ojciec - Możesz więc mówić trochę jaśniej?
- Było by nam bardzo miło, gdybyś to zrobił - dodała Dawn.
- Cóż... Prawdę mówiąc, to ja wiem niewiele więcej niż wy, kochani - dodałem nieco zmieszany.
- Spokojnie przyjaciele. W trakcie czekających was wyzwań, dowiecie się wszystkiego - powiedział Maciek - Dzięki laleczce Latias.
- Ale tylko ja mogę dzięki niej odbierać myśli Sereny - powiedziałem - Tata i Dawn nic nie usłyszą.
- Dzięki mojej mocy laleczki ukażą pełnię swojej siły - odparł Maciek - A więc zarówno twoja siostra, jak i pan Ketchum usłyszą całą tę historię. Pomoże wam ona zrozumieć moją osobę oraz sens czekającej cię walki ze mną, Ash.
- No dobrze, to jakie czekają nas wyzwania w tej wieży? - zapytała Dawn - I czy miałam rację, że chcesz nas przetestować.
- W pewnym sensie tak - odpowiedział Maciek - Chodzi mi konkretnie o to, aby sprawdzić łączącą wasza trójkę więź.
- Naszą więź? - zdumiał się nasz ojciec - Czy ja dobrze rozumiem? Chcesz wiedzieć, czy jesteśmy naprawdę kochającą się rodziną?
- Dokładnie tak, panie Ketchum i proszę mi wierzyć, to będzie miało wpływ na moją walkę z Ashem.
- Robi się coraz ciekawiej, ale niech ci będzie. Zaraz się przekonasz, że tworzymy naprawdę zgraną drużynę! - zawołała bojowo Dawn.
- Bardzo mi się podoba twój entuzjazm, moja droga - powiedział z uśmiecham Maciek - Ale czekające was próby będą trudne, bo każde z was tu obecnych będzie musiało zmierzyć się z własnymi słabościami. Pozostali zaś mają wspierać osobę poddawaną próbie.
- A jaka to próba? - spytałem zaciekawiony.
- Już wam mówię. Najpierw wszyscy razem zmierzycie się z czymś, co będzie zagrażało wam wszystkim. Potem na każdego z was będzie czekać przeciwnik, z którym musicie się zmierzyć. Jeżeli uda się wam pokonać, to wtedy ukaże się wam przejście na wyższe piętro.
- Hmm... To ciekawe - mruknąłem zaintrygowany - Jeszcze nigdy nie brałem udziału w takim wyzwaniu. I wszyscy mamy się nawzajem wspierać, dobrze zrozumiałem?
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
- Tak. Tyle tylko, że kiedy już każde z was znajdzie się sam na sam ze swoim przeciwnikiem, to będzie zdane tylko na siebie. Żadnej pomocy od pozostałych nie otrzyma. Każde z was więc będzie musiało pokonać swego przeciwnika, który przede wszystkim będzie chciał zniszczyć waszą więź emocjonalną. Nie możecie mu na to pozwolić. Musicie walczyć z nim i za nic nie wolno wam podporządkować się swoim przeciwnikom ani też nie możecie zrezygnować z walki i zawrócić lub też bez walki pójść do miejsca, gdzie będą czekać na was pozostali. Musicie cały czas iść na przód i nie dać się oraz walczyć zaciekle. Wtedy i tylko wtedy udowodnicie swoją więź.
- Zatem zaczynajmy! - zawołałem - Zrobię wszystko, żeby odzyskać Serenę. Pokonamy wszystkie przeciwności, mam rację, kochani?
- Pika-pika-chu! - zapiszczał bojowo Pikachu.
- Oczywiście, braciszku! - zawołała Dawn - Po tym wszystkim, co już przeszliśmy, nie damy się pokonać.
- Zrobimy to razem, całą trójką - dodał mój ojciec - Zobaczysz, kolego, że Ketchumów nie tak łatwo pokonać, zwłaszcza, gdy działają razem.
Ostatnie słowa tata zwrócił do Maćka. Ten zaś uśmiechnął się znowu i gestem otworzył nam drzwi.
- Mam taką nadzieję, panie Ketchum. Mam taką nadzieję - odparł żywo Maciek i wprowadził nas do środka.
- Jak mówiłem, czekają was tu ciężkie próby, ale wierzę, że wyjdziecie z nich zwycięsko. Ale zanim do tych prób dojdzie, to zapraszam państwa na ucztę.
- Jaką ucztę? - spytała Dawn.
- Na mały poczęstunek, który pomoże wam zregenerować siły i łatwiej zmierzyć się z tym, z czym będziecie musieli tutaj walczyć. Wybaczcie, że nie będę wam towarzyszył, ale lepiej będzie, jeśli ucztą uraczycie się sami. Ja zaś zaczekam na was na ostatnim piętrze wieży, w głównej Sali. Ash ją już zna.
- A co z Sereną? - spytałem zaniepokojony.
- Będzie tam razem ze mną i opowiem jej całą historię, która jest też przeznaczona dla was.
- A czy nie przeszkodzi nam to w tych wyzwaniach? - zaciekawiła się Dawn.
- Nie, ponieważ usłyszycie ją podczas uczty, czyli zanim przystąpicie do wyzwań. A tak gwoli ścisłości, to ta uczta jest głównie po to, żebyście zdołali usłyszeć wszystko, o czym powinniście wiedzieć.
- No, to ruszajmy! - zawołałem, lecz Maciek zatrzymał mnie ręką.
- Jest coś jeszcze! - powiedział.
- Co takiego? - spytałem.
- Pika-pika? Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Jak mówiłem, każdy z was musi się zmierzyć ze swoją słabością.
- Zgadza się, już to mówiłeś - powiedziałem zdumiony - Chodzi ci o coś konkretnego?
- Tak. Chodzi o to, że twój najlepszy przyjaciel Pikachu również musi przejść pewną próbę
- Pika? - zapiszczał zdumiony Pikachu.
- A jaką próbę on musi przejść? - spytałem.
- Dość prostą, musi po prostu wejść do swego pokeballa i siedzieć tam tak długo, jak będzie to konieczne.
Pikachu oczywiście skrzywił się na te słowa, ponieważ bardzo nie lubił wchodzić do pokeballa. Swoją drogą nie pamiętam, żebym go kiedykolwiek tam schował. Ani tym bardziej by sam do niego wszedł.
- Czy to na pewno jest konieczne? - spytałem - W końcu Pikachu nie przepada za nim i woli siedzieć mi na ramieniu.
- Cóż... Tym razem jednak Pikachu będzie musiał to zrobić, aby twoja misja zakończyła się sukcesem.
- Ale czemu?
- Bo podczas prób może dojść do ciężkich chwil, a Pikachu chcąc nie chcąc, będzie się starał ci pomóc, a przez to nie będzie w pełni sił, kiedy już dojdzie do naszego finałowego starcia. Oczywiście możesz go wypuścić na czas uczty, ale po niej musi wrócić do pokeballa i będziesz mógł go uwolnić dopiero po naszym starciu.
- Rozumiem - westchnąłem i spojrzałem na swego partnera - Co o tym myślisz Pikachu?
Pikachu przez chwilę siedział zamyślony, po czym spojrzał na widmo Maćka. Ten zaś nadal stał spokojnie z dość poważną miną. Pikachu przez chwilę mu się przyglądał i widać było, że ocenia całą sytuację. Następnie zwrócił się do mnie i zapiszczał przyjaźnie:
- Pika! Pika-pi! Pika-chu!
- Na pewno? - spytałem - Zrobisz to?
Pikachu zapiszczał ponownie na znak zgody, a więc wyjąłem pokeball należący do niego.
- Pikachu, wracaj! - zawołałem i już po chwili mój starter znalazł się w pokeballu.
- Dziwne uczucie - mruknąłem - Pikachu nigdy do tej pory się na to nie zdecydował. No nic, czy teraz możemy już ruszać?
- Tak. Ruszajcie i powodzenia - odpowiedziało widmo i zniknęło.


C.D.N.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Przygoda 120 cz. I

Przygoda CXX

Najpotężniejszy wróg cz. I

Trzecia część Trylogii Matii. Dedykuję ją pomysłodawcy tej historii: Lokiemu27


Pamiętniki Sereny:
- Drodzy i wielce szanowni goście! A teraz jedna z naszych pracownic chciałaby zaśpiewać coś dla swojego narzeczonego - powiedziała radośnie do mikrofonu Melody - Jest to piosenka o prawdziwej miłości, którą oboje czują do siebie i której już wkrótce dadzą piękny dowód wchodząc ze sobą w związek małżeński.
Goście restauracji spojrzeli zdumieni najpierw na Melody, a potem na siebie nawzajem, zadając sobie liczne pytania w tej sprawie. Widać bardzo byli ciekawi, o kim tu mowa. Nasza droga przyjaciółka z Shamouti lekko zachichotała, gdy zobaczyła tę reakcję i zaraz zaczęła kontynuować swoją przemowę.
- Tak, dobrze państwo słyszą! Jedna z naszych pracownic wychodzi za mąż i to nie za byle kogo! Za syna naszej szefowej i zarazem też wielkiego i genialnego detektywa! Za człowieka, którego chyba wszyscy tutaj bardzo dobrze znają, lubią i szanują! Za Asha Ketchuma!
Wszyscy goście restauracji zaczęli bardzo głośno klaskać, jednocześnie okazując swoją radość z powodu tego, co właśnie zostało tu obwieszczone. Choć tak właściwie, to prawie wszyscy to robili, ponieważ jedna z dwóch dziewczyn siedzących przy stoliku w pobliżu orkiestry zaraz po oficjalnym ogłoszeniu zaręczyn moich i Asha zaczęła płakać i to w taki sposób, jakby chciała zwrócić na siebie uwagę, co (biorąc pod uwagę jej charakterek) było bardzo możliwe.
- Och, nie! Dlaczego on mi to robi?! Dlaczego?! - zawodziła w bardzo głośny sposób.
Oczywiście tą zwariowaną dziewuchą była Macy, bo któż by inny mógł rozpaczać wtedy, kiedy wszyscy cieszą się szczęściem moim i Asha? Tylko ona i tylko dlatego, że jak widać wciąż nie wybiła sobie mojego ukochanego z głowy i wciąż liczyła na to, iż jednak się z nim zwiąże.
- Spokojnie, moja droga. Spokojnie - powiedziała wesoło Miette, która wraz z Lionelem siedziała tuż obok Macy - Pamiętaj, że istnieją jeszcze na tym świecie rozwody.
Głupkowata fanka Asha zaraz się uspokoiła, a jej twarz ozdobił dość tajemniczy uśmiech, zaś Miette spojrzała na Melody i dała jej ręką znać, aby kontynuowała swoją wypowiedź. W duchu podejrzewałam, że jej pociecha zastosowana wobec Macy wcale nie miała na celu ofiarowanie nadziei tej wariatce, tylko przerwanie tej dosyć groteskowej sceny oraz umożliwienie kontynuowania przemowy przez Melody.
- Dzięki, Miette - rzuciła dziewczyna z Shamouti i zaczęła dalej mówić - Pragnę tu zaznaczyć, że tą pracownicą, która to zdołała, że tak powiem usidlić naszego kochanego rzeźnika serc niewieścich...
Zewsząd dało się słyszeć głośne chichoty.
- Tą oto pracownicą jest nie kto inny, tylko partnerka Asha Ketchuma z pracy detektywa, panna Serena Evans, która teraz właśnie zaśpiewa bardzo uroczą i bardzo wzruszającą piosenkę, zadedykowaną specjalnie dla swego narzeczonego. Powitajmy ją zatem gromkimi brawami. Oczywiście Serenę, a nie piosenkę. Tę zaś nagrodzimy oklaskami dopiero po wszystkim. Panie i panowie, panna Serena Evans!
Melody ustąpiła mi miejsca na scenie, ja zaś przy wielkim aplauzie ze strony publiczności podeszłam do mikrofonu, lekko dygnęłam kilka razy i czułym głosem powiedziałam:
- Tę oto piosenkę dedykuję dla mojego przyszłego męża.
Po tych słowach zwróciłam się w kierunku Asha i dodałam:
- Ash, to dla ciebie.
Chwilę później światło w całej sali wyłączono i zamiast tego włączono jedynie oświetlenie sceny, które zostało nakierowane w taki sposób, żeby dobrze widziano mnie i zespół The Brock Stones, ten natomiast zaczął grać bardzo romantyczną melodię, a ja poczekałam na najdogodniejszy dla siebie moment i zaśpiewałam:

Księżyc gwiazdom szepcze srebrne sny,
A wokół nas cisza gra.
Głęboko chowasz naszą wspólną myśl.
Obojgu nam odwagi brak.
Gdy patrzysz tak - odwracam wzrok...

Chcę powiedzieć ci, co czuję,
Lecz od czego zacząć mam?
Tak bardzo serce moje drży
Na myśl, że razem ty i ja.
Dlaczego rzecz najprostsza w słowach
Nie pozwoli zamknąć się?
Chcę powiedzieć ci, co czuję.
Chcę powiedzieć - Kocham cię.

Tańczący wokół mnie Sylveon i Pancham wystrzelili w powietrze kilka iskierek, które zderzyły się lekko ze sobą i opadły na mnie w formie deszczu uroczych gwiazdek. Zadowolona z efektu, jaki w ten sposób osiągnęłam, lekko zachichotałam i śpiewałam dalej:

Po stokroć składam w słowa swoją myśl.
Wszystkie z nich dobrze znam.
Codziennie marzę, że to właśnie dziś,
Lecz znowu mi, odwagi brak!
Gdy patrzę tak - odwracasz wzrok...

Chcę powiedzieć ci, co czuję,
Lecz od czego zacząć mam?
Tak bardzo serce moje drży
Na myśl, że razem ty i ja.
Dlaczego rzecz najprostsza w słowach
Nie pozwoli zamknąć się?
Chcę powiedzieć ci, co czuję.
Chcę powiedzieć - Kocham cię.


Po tej zwrotce chór złożony z wszystkich żeńskich członkiń zespołu, czyli Misty, Melody i Bonnie dołączył do mnie i układ śpiewania przez nas tej piosenki wyglądał następująco:

JA:
Powiedz, czemu odwracasz wzrok?
Pewnie ci też odwagi brak.

CHÓR:
Ja chcę!

JA I CHÓR:
Chcę, lecz nie potrafię dłużej tak
Udawać, że nie czuję nic.
Pozwól mi!

JA:
Chcę powiedzieć ci, co czuję...

CHÓR:
Powiedzieć ci!

JA:
Lecz od czego zacząć mam?
Tak bardzo serce moje drży
Na myśl, że razem ty i ja.

CHÓR:
Ty i ja!

JA:
Dlaczego rzecz najprostsza...

CHÓR:
Najprostsza!

JA:
W słowach
Nie pozwoli zamknąć się?
Chcę powiedzieć ci, co czuję
Chcę powiedzieć - Kocham cię.

CHÓR:
Chcę powiedzieć ci, co czuję...

JA:
Tak bardzo chcę.

CHÓR:
Lecz od czego zacząć mam?
Tak bardzo serce moje drży...

JA:
Tak serce drży.

CHÓR:
Na myśl, że razem ty i ja.
Dlaczego rzecz najprostsza w słowach...

JA:
Kocham cię.

CHÓR:
Nie pozwoli zamknąć się?
Chcę powiedzieć ci, co czuję.
Chcę powiedzieć - Kocham cię.

JA:
Tak bardzo chcę.

Piosenka dobiegła końca i została przez publiczność nagrodzona wręcz gromkimi brawami. Oczywiście najgłośniej ze wszystkich ludzi klaskał Ash, który sprawiał wrażenie bardzo zachwyconego słowami piosenki kierowanej przecież wprost do niego. Radość i wzruszenie malujące się na jego twarzy były mi najmilszą ze wszystkich pochwał na świecie.

***


Przyjęcie, podczas którego zaśpiewałam piosenkę dla Asha, odbyło się w niedzielę w restauracji „U Delii“, gdzie jak dobrze wiadomo w weekendy wieczorami zwykle odbywają się takiego rodzaju zabawy. Ta zaś zabawa była szczególnie wyjątkowa, w każdym razie dla mnie, ponieważ byłam już wtedy narzeczoną Asha, a dwa tygodnie później miałam zostać jego żoną. Wówczas to każda chwila była dla mnie po prostu przepiękna, a zwłaszcza taka jak występ wokalny przy moim ukochanym.
Oczywiście zdziwić może kogoś fakt, że tak szybko ustaliliśmy termin ślubu, ale Ash tak bardzo chciał nazywać mnie już swoją żoną, iż jakoś nie potrafiłam mu tego odmówić. Tym bardziej, że przecież ostatnie wydarzenia pokazały nam, jak ludzkie życie potrafi być kruche oraz to, jak wielką rację miał ten poeta, który pisał, aby spieszyć się kochać ludzi, gdyż tak szybko odchodzą. Dlatego postanowiliśmy się pospieszyć i kochać siebie nawzajem i to tak bardzo, jak tylko się da, ale już jako mąż i żona.
Wydaje się, że przygotowanie wesela w ciągu zaledwie dwóch tygodni jest niemożliwe, ale wbrew pozorom było to bardzo proste. Zabawa miała być jedynie dla prawdziwych przyjaciół i wartościowych członków naszej rodziny oraz jeszcze paru naprawdę fajnych znajomych, a ich wszystkich razem było mniej niż stu, choć i tak była ich spora liczba, lecz do każdego mieliśmy kontakt i łatwo było ich zaprosić na czas. Jedzenie w hurtowej ilości załatwiło się bez problemu, zespół muzyczny był cały czas na miejscu, załatwić termin w urzędzie stanu cywilnego oraz dostarczenie wszystkich niezbędnych papierów także nie stanowiło trudności, dlatego zadanie było o wiele łatwiejsze, niż by się to mogło wydawać.
Co ciekawe, tego samego dnia, co my, czyli 14 sierpnia pobrać się też postanowili także Steven Meyer i Delia Ketchum. Na ten pomysł wpadła Delia uważając, że w ten sposób wiele oszczędzimy. Pan Meyer zauważył, iż koszta to przecież dla niego żaden problem, ale jego przyszła żona była zdania, że praktyczniej będzie zaprosić gości na dwa wesela naraz niż na dwa z osobna. Ostatecznie po co niby dla tych samych gości urządzać aż dwie zabawy, skoro można zrobić jedną, za to porządną?
- Trzeba tu uwzględnić nie tylko koszta, ale też i fakt, że wielu naszych przyjaciół może przecież nie mieć tyle czasu, aby się bawić aż na dwóch weselach - zauważyła Delia Ketchum i na tym cała rozmowa się zakończyła.
Ponieważ za argumentami kobiety przemawiał zdrowy rozsądek oraz praktyczne podejście do życia, to przyjęliśmy jej argumenty i ustaliliśmy, że tego samego dnia odbędzie się ślub mój i Asha oraz Delii i Stevena. Prawdę mówiąc, to ja nie tylko nie miałam nic przeciwko temu, ale wręcz uznałam ten koncept za bardzo ciekawy i romantyczny zarazem. Dlatego też nic nie stało na przeszkodzie w jego realizacji.
Przygotowania do uroczystości szły pełną parą i to do tego pomyślnie, dlatego byłam bardzo dobrej myśli. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że krótko przed ślubem los przygotuje dla mnie wręcz niesamowitą niespodziankę i to taką, która wzbudzi we mojej osobie mieszane uczucia.
Wszystko zaczęło się w chwili, gdy odbył się wieczór kawalerski Asha i Stevena. Tego samego dnia też odbywał się wieczór panieński mój i Delii, które to uroczyści chcieliśmy odbyć w bardzo przyjemny sposób. Ze strony przyszłych panien młodych organizacją zajęły się Cindy oraz Alexa, zaś ze strony przyszłych panów młodych zabawę zorganizowali Josh i Gary.


- To będzie genialna zabawa! - powiedziała podekscytowana Cindy - Mówię wam, będziemy się wszystkie pysznie bawić.
- I to koniecznie dobrze, bo to przecież ostatni raz, gdy sobie możecie tak poswawolić jako panie stanu wolnego - zauważyła Alexa.
- Nie wątpię, że obie wszystko przygotowałyście jak należy - rzekła na to Delia Ketchum.
- Już niedługo będą w domu dwie panie Ketchum - zauważyłam.
- Raczej wątpię, przecież Delia przyjmuje nazwisko męża - sprostowała mnie Alexa.
Uderzyłam się dłonią w czoło i zawołałam zła sama na siebie:
- Ano jasne! Rzeczywiście! Przepraszam, całkiem o tym zapomniałam!
- Ależ nic nie szkodzi, kochanie - powiedziała bardzo czule Delia - A tak swoją drogą, to będzie nam chyba trochę trudno przywyknąć do naszych nowych nazwisk, gdy tak długo posiadałyśmy te stare.
- Mnie tam trudno nie będzie, bo już od dawna na to czekam, aby stać się panią Ketchum.
- He he he. Nie wątpię - zachichotała Delia.
Przygotowania do obu ślubów szły praktycznie pełną parą i gdy tylko nadszedł dzień zabawy, to pożegnałam Asha całując go bardzo czule w usta i mówiąc:
- Baw się dobrze, mój kochany. I żebyś mi tam nie podrywał żadnych lasek!
- Ty też się baw dobrze, skarbie. I żadnych flirtów z facetami - odciął mi się zadziornie Ash.
Zachichotałam czule i pocałowałam go jeszcze raz, po czym dodałam bardzo zmysłowo:
- A tak przy okazji, to chyba dobrze wiem, jak sprawić, żebyś zechciał pozostać mi wierny podczas wieczoru kawalerskiego.
- Doprawdy? Czyli jak chcesz to zrobić?
- Zaraz zobaczysz.
To mówiąc zabrałam Asha do łazienki, zamknęłam szybko drzwi na zasuwkę i całując dziko mojego ukochanego, powiedziałam:
- Już się domyślasz?
- Oczywiście. I wiesz co? Bardzo mi się podoba ten sposób.
Chwilę później oboje oddaliśmy się czemuś, co z szykowaniem się na zabawę nie miało wiele wspólnego. To było bardzo przyjemne, choć krótkie, ale obiecaliśmy sobie potem o wiele więcej i jeszcze bardziej zadowoleni z tego wszystkiego doprowadziliśmy się jakoś do porządku i zeszliśmy na dół, gdzie czekały na mnie: Delia, Cindy, Kasandra, Gerda, Caroline, Johanna, Misty, Mallow, Melody, Maggie, Alexa, Aria oraz moja mama.
- Gotowa na zabawę życia? - spytała wesoło Aria.
- Jeszcze jak! - zawołałam.
- To idziemy! - zarządziła moja rodzicielka.
- Ale będzie zabawa! - powiedziała Maggie, chichocząc przy tym jak mała dziewczynka.
- Trzymajcie się! - zawołał za nami Ash.
- Ty też się trzymaj, zięciu! - rzuciła za nim dowcipnie moja mama.
W tak doborowym towarzystwie poszłyśmy do wynajętego wcześniej klubu, aby się zabawić. Rzecz jasna podczas zabawy się podzieliłyśmy i w jednej sali zasiadły kobiety po trzydziestce (czyli Delia z Cindy, Kasandrą, Gerdą, Caroline, Johanną i moją mamą), a w drugiej tzw. młode pokolenie (czyli cała reszta naszej babskiej zgrai). Ale pomimo tego podziału zabawa była po prostu doskonała, a do tego też strasznie zwariowana i niegrzeczna. Z obawy, aby nasi drodzy i kochani panowie o niczym się nie dowiedzieli, wolę pominąć większość z tych zabaw całkowitym milczeniem. Ot tak, na wszelki wypadek.

***


Uzupełnienie pamiętników Sereny - opowieść Asha:
Niedługo po wyjściu pań do domu przyszedł Steven Meyer, aby wraz ze mną czekać na delegację, która miała po nas przybyć.
- Będę się trochę dziwnie zabawiając się w towarzystwie przyszłego ojczyma - powiedziałem dowcipnie.
- Spokojnie, szybko się przyzwyczaisz - odpowiedział wesoło Steven.
Wkrótce potem przyszli mój tata oraz wujek Ulisses w towarzystwie Normana Hamerona, Gary’ego, Clemonta, Brocka, Tracy’ego i Ritchiego.
- Witaj, przyjacielu - powiedział ten ostatni - Jesteś gotowy na zabawę?
- Też pytanie! - zawołałem.
- Super! A ty jesteś? - zapytał mój tata Stevena.
- Jak najbardziej - odpowiedział Meyer.
- A więc do dzieła! - ucieszył się tata - Pora rozpocząć męski wieczór!
- A co dokładnie przygotowaliście z okazji tego wieczoru? - zapytałem.
- To, co się zwykle szykuje w takich przypadkach - odparł Gary.
- To znaczy co?
Gary spojrzał na mnie jak na kosmitę.
- Gdzieś ty się chował, Ash, że nie wiesz takich prostych rzeczy?! - zawołał - Przecież wieczór kawalerski, to wiadomo, co to jest: bania-bania-bania-bania-w miacho-bania-bania-bania-bania!
- Phi! To chyba raczej nuda-nuda-nuda-nuda-nuda-nuda-nuda-nuda! - zaczął go lekko przedrzeźniać wujek Ulisses - Taki utarty szlak, to jest dla amatorów.
- Przypominam, że niektórzy z nas to są właśnie amatorzy - zauważył Clemont.
- Mów za siebie - rzucił złośliwie Gary.
- Dobra, on może nie jest - mruknął Clemont - Ale dla reszty przydałby się jakiś dobry szlak, choćby utarty.
- Ważne, żeby był ciekawy - powiedział Tracey.
- Przy takich doświadczonych facetach raczej musi być ciekawy - rzekł wesoło Brock.
- Zgadza się - powiedział równie wesoło Norman Hameron.
- Synu, jeśli nie wiesz, co to jest męski wieczór, to pozwól, że ja cię w tej sprawie oświecę - rzekł mój tata.
- Tylko weź go nie oślep podczas tego oświecenia - zachichotał wujek Ulisses.
Tata nie zwrócił na niego uwagi i mówił swoje:
- Męski wieczór, mój drogi synu, to jest prawdziwa zabawa. To jest szlajanie się do białego rana, picie dobrego piwka, podrywanie panienek, a także kapelusze, cygara i w ogóle pełen luz. Jednym słowem wszystko, co jest rozrywką dla prawdziwego faceta.
- Już mi się podoba - powiedział Brock.
- To Ashowi ma się to podobać, nie tobie - przypomniał mu Gary.
- Mnie też się podoba - powiedziałem wesoło.
- Mnie również - dodał Meyer.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu, wskakując mi na ramię.
- Super! A zatem, moi kochani, robimy wyskok! - zawołał tata, który został wodzirejem naszej zabawy - Sporządziłem już nawet listę najbardziej męskich miejsc w całej Alabastii, które dzisiaj warto odwiedzić.
To mówiąc podał mnie oraz Meyerowi do ręki kartkę, której zawartość lekko nas zdziwiła.
- Ale tu jest tylko pięć pozycji wymienionych - zauważyłem.
- Dobra, lista jest trochę krótkawa, ale przecież nie liczy się ilość, tylko jakość - powiedział mój tata - Przynajmniej zazwyczaj.
Spojrzałem na Stevena, który wyglądał na zadowolonego, dlatego też bez wahania przyjąłem propozycję mojego taty i ruszyliśmy razem zabawić się miejscach przez niego wybranych.
Humor dopisywał nam wszystkich i to tak bardzo, że tata oraz wujek Ulisses zaczęli śpiewać wesołą piosenkę, do której szybko dołączyła reszta naszego towarzystwa. Piosenka szła następująco:

Kiedy byłem jeszcze mały i spadały mi sandały,
Najpiękniejszą mą z przedszkola była Ola.
Teraz jestem trochę większy i spotkałem Olę wczoraj.
Nie wiedziałem, czy to duch, czy inna zmora.

Ach, dziewczynki! Byłyście takie zgrabne!
Ach, dziewczynki! Byłyście takie ładne!
Ach, panienki! Miałyście takie wdzięki!
A teraz, jak was widzę, to się wstydzę.

Kiedy byłem trochę starszy i kończyłem chyba szkołę
Podobały mi się już panienki gołe.
Znałem wtedy taką Kasię, rozbierała się przy klasie,
Lecz jak wczoraj ją ujrzałem, to zemdlałem.

Ach, dziewczynki! Byłyście takie zgrabne!
Ach, dziewczynki! Byłyście takie ładne!
Ach, panienki! Miałyście takie wdzięki!
A teraz, jak was widzę, to się wstydzę.

Kiedy będę całkiem stary, już nie będzie tyle pary
I podobać mnie się będzie, co się rusza.
Pewnie wtedy każda baba może brzydsza być od nocy,
A ja i tak chętnie wlezę z nią pod kocyk.

Ach, dziewczynki! Byłyście takie zgrabne!
Ach, dziewczynki! Byłyście takie ładne!
Ach, panienki! Miałyście takie wdzięki!
A teraz, jak was widzę, to się wstydzę.

Tak oto się bawiliśmy, gdy szliśmy do miejsc wybranych przez mojego tatę do odbycia wieczoru kawalerskiego. A kiedy już dotarliśmy do nich, to było jeszcze weselej, ale sam opis zabawy lepiej sobie daruję, bo nie wiem, czy spodobałby się on naszym paniom i przejdę od razu do opowiedzenia tego, co się stało następnego dnia po zabawie.

***


Poranek po suto zakrapianej zabawie zazwyczaj bywa bolesny i w tym wypadku też tak było. Gdy tylko zszedłem rano zjeść śniadanie, to prawie wszyscy uczestnicy wczorajszej zabawy siedzieli w salonie skacowani i to na całego, a kilka przytomnych osób (które piły wczoraj bardzo mało lub też wcale) robiły im kompresy oraz ziółka. Tymi osobami były Alexa (nie pijąca alkoholu ze względu na swój stan), Clemont i Tracey (którzy pili bardzo mało), a także Dawn, Bonnie i Max, którzy przyszli rano i pomagali reszcie w opiece nad ich podopiecznymi Mister Mime i Latias.
- Cześć wszystkim - powiedziałem wesoło.
Zewsząd odezwały się głosy czy też raczej syczenie próbujące mnie uciszyć.
- Weź ścisz odbiornik! Łeb mi pęka! - jęczała Misty.
- A ty zamknij buzię, bo twoje słowa jeżdżą mi po głowie jak pociąg i to jeszcze z węglem - rzuciła w jej stronę Melody.
- Boże, jeszcze w życiu tak się nie upiłem! - jęczał Brock.
- Witaj w moim świecie - rzucił Gary.
- Czy bylibyście tak uprzejmi i choć spróbowali rozmawiać szeptem? - spytała pani Evans - Przynajmniej przez najbliższy tydzień?
Zachichotałem lekko, widząc całą tę sytuację.
- Patrzcie, jak mu jest wesoło - jęknęła Mallow - Ciekawe, że on nie ma kaca!
- Ciszej mów z łaski swojej - rzuciła ciocia Kasandra - Pewnie mało pił i dlatego teraz jest taki rześki.
- A pewnie, że mało pił - powiedział wujek Ulisses - Cwaniaczek jeden mało pił i teraz sobie chodzi zadowolony po domu.
- Lepiej ich nie drażnij - rzekł do mnie Tracey - W południe poczują się lepiej i wtedy sobie z nimi pogadasz.
- W porządku, zjem tylko coś szybko i idę. A gdzie moja mama?
- Śpi - odpowiedziała Dawn.
- A Serena? Nie widzieliście jej może?
- Dzisiaj jeszcze nie.
- Problem polega na tym, że ja też jej nie widziałem, a praktycznie rano zawsze łatwo się oboje tu znajdujemy, a teraz nigdzie jej tu nie widzę.
- Pewnie gdzieś wyszła - stwierdziła Bonnie, która właśnie zbierała się do apteki po nowe leki dla naszych choruszków.
- Właśnie, szefuńciu - dodał Max, który wychodził razem z nią - I zaraz pewnie wróci. Nie ma co się martwić.
- Możecie ściszyć głośniki?! - jęknęła Misty.
- A ty zamknąć krzykliwą buzię? - mruknęła Melody.
- Max ma rację, braciszku - powiedziała pocieszająco Dawn - Serena pewnie gdzieś wyszła i zaraz wróci. Nie ma więc co się martwić.
Ja jednak martwiłem się i to bardzo, dlatego dla pewności zajrzałem chyba do wszystkich pokoi i nigdzie jej nie było, a już na pewno nie było jej tam, gdzie być powinna, czyli w naszym łóżku. Wszystko więc wskazywało na to, że gdzieś wyszła, tylko dokąd i po co? To było podejrzane. Serena przecież nigdy nie wychodziła z domu tak wcześnie, w dodatku nie mówiąc nic nikomu. Ani moja siostra, ani Latias czy Mr. Mime, którzy wstali dość wcześnie jej nie widzieli. Postanowiłem więc wrócić do pokoju, ubrać się i poszukać jakiś śladów. Po niedawnej sprawie Zodiaka miałem podejrzenia, że Serena mogła znów zostać porwana. Ale wiedziałem, że nie mogę teraz panikować. W końcu panika nie mogła mi pomóc, a wręcz przeciwnie, tylko by wszystko pogorszyła. Dobrze wiedziałem, iż tylko spokój był w stanie mnie uratować, dlatego próbowałem go jakoś zachować, co wcale nie było łatwe.
Pomyślałem sobie, że być może w pokoju znajdę jaką informację od Sereny, której po prostu nie zauważyłem. Albo też, jeżeli została naprawdę porwana, to odnajdę jakiś ślad. Okazało się, że nie musiałem długo szukać. W pokoju nie było ani codziennego ubrania, ani plecaka, ani też pokeballi należących do Sereny. I co ciekawe, brakowało również jej piżamy oraz (co jeszcze dziwniejsze) należącej do niej laleczki od Latias.


- Co się tu, do licha, dzieje? - mruknąłem zdenerwowany - Jak myślisz, Pikachu?
- Pika-pika-chu! - odpowiedział mój partner.
- To więcej niż dziwne, mały - odparłem - Wygląda to tak, jakby ktoś porwał Serenę podczas snu. I w dodatku zabrał przy okazji jej rzeczy.
Byłem naprawdę zdezorientowany, wściekły i zarazem także bezsilny. Normalnie to był jakiś koszmar, przeklęte fatum, bo jak inaczej nazwać to,że kiedy tylko zaczynamy być z Sereną szczęśliwi, to zaraz los boleśnie sprowadza nas na ziemię i sprawia, że ktoś porywa moją ukochaną? Fatum jak nic! Tylko kto porwał Serenę i dlaczego?
- Mogę odpowiedzieć ci na pytanie, które cię dręczy Ash - rzekł nagle jakiś głos.
Obróciłem się natychmiast i zauważyłem przed sobą jakąś świecącą, przezroczystą zjawę, przypominającą znajomą mi postać.
- To ty! - zawołałem, rozpoznając w nim tajemniczego nieznajomego od wizji przyszłości mojej i Sereny - Nasz wybawca ze sprawy Zodiaka!
- Tak i wasz przyjaciel z Łeby.
Jego odpowiedź wcale mnie nie zdziwiła. No, może i w sumie trochę zdziwiła, ale tylko trochę. Tak prawdę mówiąc, to spodziewałem się jej.
- A więc to ty byłeś Maćkiem? Tak coś czułem, że to ty, ale nie miałem pewności. Jako Maciek wyglądałeś trochę inaczej.
- Odrobina ułudy zmyli nawet najlepszego detektywa.
- Schlebiasz mi.
- Bo zasługujesz na pochlebstwa. Jak również na prawdę o tym, co się stało z Sereną.
- Wiesz, co się z nią stało?
- Owszem, bo w końcu to ja ją porwałem - odparł nieznajomy.
Słysząc te słowa, wypowiedziane w dodatku bardzo spokojnym tonem, jakby koleś wyrażał swoją opinię o pogodzie, myślałem, że wyjdę z siebie i stanę obok. Bo jak można było porwać moją narzeczoną, a potem jeszcze przyjść tutaj i oznajmić mi to w taki sposób, jakbyśmy obaj toczyli rozmowę przy porannej herbatce?! Z największą chęcią wówczas walnąłbym go w tę jego uśmiechniętą buźkę, ale musiałem jakoś pohamować swoją wściekłość, co było piekielnie trudne. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu czułem jednak, że zaczynam się powoli uspokajać.
 - Czego ty chcesz od mojej narzeczonej? W jakim celu ją porwałeś? - zapytałem gościa złym, ale też bardzo spokojnym tonem.
- No cóż, Ash... Jak ci już wspominałem podczas naszego pierwszego spotkania, chciałem w stosownym momencie poprosić cię o pomoc. I ten oto stosowny moment właśnie nadszedł.
Jego słowa bardzo mnie zdumiały, lecz faktycznie, podczas pierwszego spotkania mówił coś, że kiedyś poprosi mnie o pomoc. Nie miałem jednak pojęcia, co z tym wszystkim ma wspólnego Serena.
- Możesz być spokojny, Ash. Serenie nie grozi z mojej strony żadne niebezpieczeństwo - powiedział chłopak.
- A niby skąd ja mam mieć pewność, że mówisz prawdę? - spytałem, ponownie się denerwując - I wciąż nie powiedziałeś mi, czemu ją porwałeś.
- Po to, żeby zmotywować cię do działania - odpowiedział Maciek.
- Zmotywować do działania? - zdziwiłem się.
- Tak, ponieważ osoba Sereny zawsze najmocniej dopingowała cię do każdego przedsięwzięcia. Zwłaszcza dla twojej obecnej pracy.
- Dobra, obaj doskonale wiemy, że bardzo lubię rozwiązywać zagadki. W końcu dlatego zostałem detektywem. Ale do licha ciężkiego, człowieku! Istnieją chyba pewne granice!
- Granice czasami trzeba przekroczyć.
- Zacznij może mówić jaśniej, dobrze?!
- Zgoda - odparł poważnie mój rozmówca - A więc zagramy w otwarte karty.
- Byłoby mi miło - rzuciłem złośliwie.
Maciek (jeżeli faktycznie tak się nazywał) nie zwrócił uwagi na moją złośliwość i rzekł spokojnym tonem:
- Chcę, żebyś ze mną walczył, Ash.
- Że co? Ja mam z tobą walczyć? Ale dlaczego? - spytałem zdumiony - Przecież podobno nie jesteśmy wrogami.
- Ale mimo to musimy walczyć.
- Nie rozumiem tego.
- I chwilowo nie musisz rozumieć. Poza tym, chcesz przecież odzyskać ukochaną, prawda?
- Oczywiście, że tak, tylko wciąż nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi.
- Obiecuję ci, Ash, że poznasz odpowiedzi na wszystkie pytania w tej sprawie - odparł Maciek - Tylko musisz stanąć ze mną do walki, a potem jeszcze mnie pokonać.


Wiedziałem, że ciągnięcie tej rozmowy jest pozbawione sensu, dlatego przeszedłem do rzeczy.
- No dobrze, to gdzie i kiedy mam się stawić? I przy okazji, czy mam rozumieć, że jeśli zawiadomię policję, to się nie zjawisz?
Na te słowa nieznajomy lekko zachichotał.
- Co w tym śmiesznego? - spytałem zdumiony.
- Nic, Ash. Tylko, że to zabrzmiało jak cytat z filmów sensacyjnych - odparła Maciej wyraźnie ubawiony - A tak na poważnie, to policja na nic ci się nie przyda w walce ze mną.
- Więc mam się stawić sam?
- Otóż nie. W tej misji, która cię czeka będziesz potrzebował wsparcia. Muszą ci towarzyszyć dwie osoby.
- Tylko dwie, czy może aż dwie?
- Raczej aż dwie.
- W porządku. A kto konkretnie to ma być?
- Osoby, które bardzo kochasz i które bardzo kochają ciebie.
- Kogo masz na myśli?
- Osoby, przez które kiedyś mocno cierpiałeś, choć właściwie nie było to całkowicie z ich winy. W każdym razie nie zranili cię oni specjalnie i z premedytacją, a w skutek złych kolei losu.
- Więc jak rozumiem, mam zgadywać, bo sam mi tego nie powiesz?
- Przecież jesteś detektywem. Rozwiązywałeś już trudniejsze zagadki.
- Być może. Tylko po czym poznam, że wybrałem właściwie?
- Po tym, że kiedy zbierzesz już właściwe osoby, to zjawię się znowu i udzielę wam dalszych wskazówek. Wiem jednak, że nie będę musiał czekać długo. Z pewnością szybko się wszystkiego domyślisz.
Po tych słowach zjawa powoli zniknęła, a ja zostałem w pokoju sam, za towarzystwo mając tylko Pikachu oraz własne myśli.
- O jakie osoby może mu chodzić? - zapytałem swojego startera.
Ten tylko zapiszczał i rozłożył łapki bezradnie.
- Spokojnie, stary - powiedziałem pocieszająco - Jak pomyślimy, to na pewno to odgadniemy.

***


- Poczekaj synu, bo nie wiem, czy aby dobrze wszystko zrozumiałem - rzekł mój ojciec - Czy ty chcesz mi powiedzieć, że jakiś typek posiadający nadprzyrodzone moce porwał Serenę?!
- Dokładnie tak, tato - odpowiedziałem mu - I teraz wyzwał mnie do walki, a ty i Dawn musicie mi w tym pomóc.
- O ile oczywiście to my jesteśmy osobami, których potrzebujesz, a które upatrzył sobie ten typek - odparła moja siostra.
- A tak w ogóle, Ash, to skąd wy, do licha znacie z Sereną tego typka?
- No cóż, to wygląda tak...
W miarę zwięźle i dość porządnie opowiedziałem im, w jaki sposób ja i Serena spotkaliśmy tego gościa w Kalos, jakie wizje nam ukazał oraz jak uratował Serenę przed Zodiakiem.
- Jak tak o nim mówisz, to przypomina mi się... - zaczęła mówić Dawn, lecz nie dane jej było dokończyć myśli, gdyż przerwał jej dobrze mi znany głos.
- Witam wszystkich.
Chwilę później ukazało się nam widmo owego chłopaka. Tym samym potwierdziło to słuszność mojego wyboru. Dziwne, ale zacząłem być coraz bardziej optymistycznie nastawiony do sprawy, ale wolałem nie zapeszać.
- No pięknie - mruknął mój ojciec - Niezłych masz znajomych, synu.
- Cóż... Był czas przywyknąć - odparłem dość wesoło, chociaż sytuacja nie zachęcała do śmiechu.
- Wiedziałem, że nie każesz mi zbyt długo czekać, Ash - powiedziało widmo, uśmiechając się przy tym lekko.
Dawn wzięła się pod boki i zawołała hardo:
- Słuchaj, koleś! Ja nie wiem kim ani czym jesteś, ale jeśli skrzywdzisz moją przyszłą bratową albo Asha, to ja cię...!
Tata położył jej rękę na ramieniu i powiedział:
- Spokojnie, córeczko! Lepiej go nie denerwuj, bo w obecnej sytuacji może to się dla nas źle skończyć. I weź trochę ścisz swój odbiornik. Tatusia jeszcze trochę boli głowa po wczorajszym.
- Ale ja mam już powyżej uszu tego, że ktoś ciągle próbuje skrzywdzić kogoś z nas!
- Wybaczcie mi, przyjaciele - widmo mówiło spokojnym głosem, jakby w ogóle nie zwracało uwagi na wszelkie gniewne słowa pod swoim adresem - Ale pozwólcie mi wreszcie wyjaśnić, jakie intencje mnie tu sprowadzają.
- Dobrze - zacząłem, zanim Dawn znów zdążyła wybuchnąć - Powiedz nam wreszcie, jak i gdzie mamy z tobą walczyć.
- Czekam na was w mojej wieży, znajdującej się na wyspie położonej na Atlantyku. Dokładne szczegóły walki poznacie na miejscu, teraz powiem wam tylko ogólnie, o co chodzi.
Słuchaliśmy bardzo uważnie i z słów Nieznajomego (zwanego w Łebie Maćkiem) wynikało, że mamy zabrać ze sobą tylko kilka swoich najbardziej wypróbowanych i najmocniej zaprzyjaźnionych z nami Pokemonów, w tym po jednym typu latającego, zdolnego unieść pasażera.
- Potrzebny wam będzie odpowiedni środek transportu, a dzięki nim dotrzecie najszybciej - wyjaśnił Maciek - Z moja małą pomocą, oczywiście.
- I co dalej? Skąd mamy wiedzieć, gdzie dokładnie znajduje się wyspa z twoja wieżą? - spytałem.
- Po tej rozmowie zjawi się tutaj mój wysłannik. On was zaprowadzi - odpowiedziało widmo.
- Zaraz! Wszystko fajnie i pięknie, ale skąd my mamy mieć pewność, że aby nie wciągasz nas wszystkich w pułapkę? - zapytał mój ojciec - Bo jeśli tak i spróbujesz skrzywdzić moje dzieci i synową, to wiedz, że odnajdę cię choćby na krańcu świata, a wtedy to żadne magiczne sztuczki cię przede mną nie uchronią!
Muszę się przyznać, że naprawdę bardzo ucieszyły mnie słowa mojego ojca. Co prawda czułem, iż nieznajomy postępuje wobec nas uczciwie, ale mój ojciec zareagował na jego propozycję w taki sposób, w jaki powinien zareagować każdy kochający rodzic, czyli z dużą dożą podejrzliwości oraz ojcowską troską.
- Spokojnie, panie Ketchum - odparł na to Maciek - To nie jest żadna pułapka, choć przyznaję, że czekają was trudne i niebezpieczne wyzwania. Ale jak już mówiłem, wszelkie szczegóły poznacie dopiero wtedy, gdy całą trójką dotrzecie na miejsce.
- No dobrze. Powiedzmy, że ci wierzymy - odparła Dawn - Ale jaką my niby mamy gwarancję, że wypuścisz Serenę, kiedy już się tam zjawimy i staniemy z tobą do walki?
- Dawn ma rację - tu zgodziłem się z siostrą - Zanim przyjmiemy twoje wyzwanie, chcę zobaczyć Serenę. Chcę wiedzieć, czy jest cała i zdrowa, a także to, czy jej jednak nie skrzywdziłeś.
- A powiedz mi, co czujesz w sercu, Ash? - spytało widmo.
- W sercu? Czuję, że Serena jest cała i zdrowa. Tylko nie wiem, skąd ja to wiem.
- Spokojnie, dowiesz się tego. A na razie patrzcie - rzekł nieznajomy.
Po tych słowach ukazał nam się obraz: ujrzeliśmy wówczas duży i dość przytulnie urządzony pokój, do złudzenia przypominający pokój Sereny z jej rodzinnego domu. W znajdującym się tam łóżku leżała moja ukochana i najwyraźniej spała sobie smacznie, jakby nieświadoma sytuacji, w jakiej się znalazła.
- Pozwoliłem jej spokojnie spać, choć już niedługo się obudzi. Będzie miała oczywiście sporo pytań, ale na wszystkie otrzyma prędko odpowiedź, wy zresztą też. Ash...
- Tak?
- Jeszcze jeden przedmiot musisz wziąć ze sobą - powiedział poważnie Maciej - Jest nim twoja laleczka od Latias. Wiem, jaką ona ma moc, a dzięki niej wasza trójka usłyszy wszystko, co opowiem Serenie.
- I jak rozumiem, poznamy też odpowiedzi na nasze pytania - bardziej stwierdziłem, niż spytałem.
- Tak, bo to wszystko co powiem, jest przeznaczone dla całej waszej czwórki. Dzięki temu poznacie moją historię i wszystko stanie się jasne. Do zobaczenia zatem.
Po tych słowach Nieznajomy vel Maciek zniknął, a na parapecie okna, które znajdowało się tuż za nim dostrzegliśmy coś niezwykłego. To znaczy niezwykłego u nas, w regionie Kanto. Był to dosyć duży ptak o brązowym upierzeniu, haczykowatym dziobie oraz ostrych szponach. Ptak nie będący wcale Pokemonem.
- A niech mnie! To przecież jastrząb! - zawołał mój ojciec - Dawno ich tu nie widziałem!
- Tu raczej dawno ich nie widziano - zauważyłem.
- Racja, synu. W końcu tutaj one nie występują - rzekł mój tata.
- Na terenach bez Pokemonów są dość pospolite - powiedziałem - W sumie w Polsce widziałem raz jednego.
- A ja jeszcze nigdy - odparła zdumiona Dawn - A ten jest naprawdę piękny.
- I coś mi mówi, że to jest nasz przewodnik, o którym mówił Maciek. Mam rację?
Ostatnie słowa skierowałem do ptaka. Ten zaś w odpowiedzi delikatnie skinął głową, co pewnie znaczyło potwierdzenie.
- Jastrzębie mają nie tylko świetny wzrok, ale są też inteligentne, a ten to chyba nawet rozumie naszą mowę - powiedział mój ojciec, przyglądając się naszemu gościowi.
Ten ponownie skinął głową i wydał z siebie delikatny skrzek. Pikachu podszedł do niego i zaczął go o coś pytać. Najwyraźniej ptak rozumiał także mowę Pokemonów, bo zaraz mu odpowiedział.
- I co on mówi, Pikachu? - spytałem mojego druha.
Ze słów mojego Pokemona wynikało, że jastrząb potwierdził, że to on jest posłańcem Mrocznego Chłopaka i zaczeka tutaj do czasu, aż będziemy gotowi do drogi. Wtedy też mamy lecieć za nim.
Nie było na co czekać. Wzięliśmy ze sobą nasze najlepsze Pokemony (to znaczy ja i Dawn wzięliśmy, bo tata oddał swoje profesorowi Oakowi na kilka dni, na jakieś tam badania kontrolne), nieco prowiantu na drogę, a ja dodatkowo szpadę i pistolet. Z tego, co się domyślałem, to pistolet na nic by mi się nie zdał w walce z takim przeciwnikiem jak Maciek, ale ostrożności nigdy za wiele. Zanim wyruszyliśmy, przywołałem jeszcze do siebie moje Pokemony, ale choć nie miałem określonego limitu, chciałem wziąć siedem. Po pierwsze dlatego, iż siódemka jest liczbą szczęśliwą (a szczęście bardzo było mi potrzebne), a po drugie coś tak czułem, że Maćkowi spodoba się mój sposób myślenia w sprawie siódemki, zaś w sytuacji, w jakiej się wtedy znalazłem było mile widziane to, żeby porywacz Sereny miał jak najlepszy humor. Dlatego wybrałem siedem Pokemonów, które wiedziałem, że mnie w żadnym wypadku nie zawiodą. Były to Pikachu, Greninja i Charizard, a także Pidgeot (jako środek transportu był najszybszy), Sceptile, Krookodile i Butterfree. W głębi serca czułem, że dokonałem właściwego wyboru. Nie miałem jeszcze wtedy pojęcia, jakie też wyzwanie czeka nas, gdy dotrzemy na miejsce. Jednego jednak byłem pewien: troje Ketchumów nie da się tak łatwo pokonać, nawet tak bardzo nieprzewidywalnemu przeciwnikowi, jak ów Mroczny Nieznajomy.


C.D.N

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...