środa, 20 grudnia 2017

Przygoda 002 cz. I

Przygoda II

Skradzione notatki profesora Oaka cz. I


- Jak dobrze wstać skoro świt... Jutrzenki blask...
- Możesz tak nie krzyczeć?! - jęknęła Bonnie powoli podnosząc się z łóżka i spoglądając na mnie nieco zaspanym wzrokiem - Sereno, takie jęki to najgorszy rodzaj budzika, jaki możesz mi zafundować.
Popatrzyłam na dziewczynkę z delikatnym uśmiechem na twarzy, po czym zapytałam ją niewinnym tonem:
- Bonnie, czy ty właśnie sugerujesz, że ja fałszuję?
- Wcale nie! Jedynie proszę cię, żebyś tak nie wrzeszczała od rana, bo mnie głowa boli.
- Ja niby wrzeszczę? To ty jeszcze nie słyszałaś prawdziwego wrzasku.
- I wolę go nie słyszeć.
Zaśmiałam się, po czym podeszłam do dziewczynki i delikatnie pocałowałam ją w czoło. Naprawdę uwielbiam tego szkraba. Była mi ona zawsze jak młodsza siostrzyczka i przyłapywałam się na tym, że zazdrościłam Clemontowi tego, iż jest jej bratem.
- Bardzo cię lubię, Bonnie - powiedziałam z uśmiechem.
- Ja ciebie też, Sereno - odpowiedziała mi słodko dziewczynka, również się uśmiechając.
Pogłaskał ją po głowie i powoli rozejrzałam się dookoła.
Ash miał naprawdę bardzo pięknie urządzony pokój. Schludnie i elegancko, a w dodatku bez żadnego elementu tego słynnego, chłopięcego bałaganiarstwa, co było dla mnie prawdziwym i bardzo przyjemnym wręcz zaskoczeniem. Sądziłam bowiem, iż chłopcy to flejtuchy, którzy nigdy nie umieją zachować porządku w swoich pokojach, a tymczasem proszę... Taka miła niespodzianka mnie spotkała. Nie ukrywałam, że jestem nią przyjemnie zaskoczona. Żadnego nieładu ani nic z tych rzeczy.
Pokój Asha nie był może duży, ale za to bardzo wygodny. Ubrania były tu elegancko ułożone w szafie, w kącie stał duży kufer z przedmiotami bliskimi sercu mojego chłopaka, na ścianach zaś wisiały półki z pucharami i medalami za jego liczne zwycięstwa w różnych olimpiadach oraz mistrzostwach. Prócz tego do ścian były przyklejone zdjęcia Asha z jego przyjaciółmi, którzy to (jak sam mówił) byli obecnie rozrzuceni po całym świecie. Miałam nadzieję kiedyś ich poznać.
A skoro już mowa o moim chłopaku, to ten właśnie najspokojniej w świecie sobie spał, jakby w ogóle nie słyszał wymiany zdań pomiędzy mną a Bonnie. Z niego to jest naprawdę niezły śpioch. Oczywiście na jego korzyść przemawiał tu fakt, że Clemont także spokojnie sobie wtedy drzemał i to jeszcze w taki sposób, jakby w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, co się wokół niego dzieje (co było aż nadto prawdopodobne).
Chociaż Ash w czasie snu wyglądał jak aniołek, to jednak musiałam zrobić mu tę przykrość i obudzić go. Położyłam palec na ustach dając znać Bonnie, aby nie hałasowała, po czym podkradłam się i lekko połaskotałam mojego chłopaka piórkiem po nosie. Ten zaś zamruczał delikatnie przez sen, otworzył powoli oczy, a następnie powiedział:
- Dzień doberek, szanownej pani.
- Dzień doberek, szanownemu panu - zachichotałam lekko.
Ash szerzej otworzył oczy i lekko poruszył się na łóżku.
- W jakiej sprawie mnie pani budzi?
- A w takiej, że już najwyższa pora wstawać - zaśmiałam się radośnie - Czy szanowny pan zamierza to zrobić?
- A i owszem, szanowny pan zamierza to zrobić, ale osoby nie będące płci męskiej proszone są o opuszczenie tego pokoju.
- W celu?
- W celu, żebym ja się mógł ubrać.
Zaśmiałam się. Rozmowa z nim była naprawdę niesamowicie zabawna. Ash potrafił być nieraz tak uroczy, jak nikt.
- Nie ma sprawy. Przebierzemy się z Bonnie w łazience - powiedziałam do Asha - A ja przy okazji się wykąpię, o ile oczywiście mogę. Czuję, że sen do mnie wraca i mały prysznic dobrze mi zrobi.
- Spoko, załatwione - mruknął Ash i zamknął oczy.
- Och, ale z niego leń! - pisnęła niezadowolona Bonnie, kładąc sobie ręce pod boki.
- I do tego jeszcze śpioch. Ale spokojnie... On wstanie - powiedziałam wręcz wesołym tonem - Jak poczuje zapach śniadania, to od razu wstanie. Chodźmy już, Bonnie.
- Poczekaj! Musimy jeszcze obudzić mojego brata!
- No dobrze, a więc go obudźmy.
Podeszłyśmy obie do Clemonta i lekko nim potrząsnęłyśmy.
- Clemont...
- Braciszku...
- Tato, nie zabieraj mojego pluszaka! - wydarł się niespodziewanie Clemont, zrywając się ze swego posłania.
Obie z Bonnie popatrzyłyśmy na niego bardzo zdumione. Ash, którego krzyk przyjaciela ocucił całkowicie ze snu, również to zrobił. Clemont zaś, widząc nasze spojrzenia, zarumienił się na całej twarzy i zakłopotany wyjąkał:
- Ale chyba nie sądzicie, że ten pluszak to niby dla mnie... Co nie?
- Oj, weź lepiej się już nie tłumacz, braciszku, bo jakoś ci to nie wychodzi - powiedziała Bonnie przemądrzałym tonem.
- Tak, masz rację. Coś kiepsko mi to idzie - Clemont zawstydził się jeszcze bardziej niż przedtem.
Ja i Bonnie pokiwałyśmy z uśmiechem głowami, a zaraz potem poszłyśmy w kierunku łazienki. Tam natomiast Bonnie się ubrała i poszła do mamy Asha, żeby pomóc jej przygotować śniadanie. Uprzedził ją w tym jednak Clemont, który mimo zaspania dość szybko się przebrał i zszedł na dół do kuchni. Ja zaś wzięłam szybki prysznic, a następnie szczelnie owinięta ręcznikiem i z drugiem ręcznikiem na głowie wróciłam do pokoju Asha, aby się tam ubrać. W drzwiach pokoju wpadłam na mojego chłopaka, który lekko zachichotał na ten jakże uroczy dla niego widok, po czym wpuścił mnie do środka i wyszedł. Ja też zachichotałam zadowolona z tego, że mu się podobam, a potem ubrałam się i zeszłam na dół do reszty. Pani Ketchum powitała nas tam bardzo radosnym uśmiechem i z miejsca poczęstowała przepysznym śniadaniem, zrobionym na spółkę z Clemontem i Bonnie.
- Umm! To jest po prostu przepyszne! - zawołał Ash pożerając jedną grzankę z miodem za drugą.
- Pika-chu! - zaśmiał się Pikachu, który jadł obok swojego trenera ten sam, co on posiłek.
Pikachu jako jeden z niewielu Pokemonów Asha, potrafił jeść zwykłe ludzkie jedzenie. Przykładowo Fennekin, Chespin i Dedenne raczyli się tylko specjalnym pożywieniem dla Pokemonów, które nieco wcześniej przygotował dla nich nasz niezastąpiony Clemont.
- Cieszę się, że ci smakuje, synku - powiedziała Delia Ketchum - Ale musisz też podziękować swoim przyjaciołom za to, że mi w tym pomagali.
- Już im podziękowałem - zachichotał mój chłopak - Ale tak na serio, mamo, Clemont jest po prostu wspaniałym kucharzem.
- Potwierdzam ten fakt z całą przyjemnością - dodałam radosnym tonem - A zresztą mogliśmy w pełni docenić jego kunszt kulinarny podczas naszej podróży po regionie Kalos.
- He he he. No, już nie przesadzajcie. Ja po prostu robię, co tylko mogę, żeby wszyscy byli zadowoleni - zaśmiał się Clemont, chyba nieco zawstydzony naszymi komplementami.
- Tak, to cały mój brat. Genialny i skromny zarazem - powiedziała z dumą w głosie Bonnie.


Spojrzałam zachwycona na Asha i jego mamę, następnie zapytałam:
- Chciałam zapytać, proszę pani, czy nie znajdzie się może w Alabastii jakaś praca dla nas?
- Żartujesz sobie?! - zapytał mnie Ash zdumionym głosem - Chcesz pracować latem? W wakacje?
- Wiesz, wakacje wakacjami, ale zarabiać pieniądze na życie jakoś musimy - odpowiedziałam mu poważnym tonem.
- Właśnie. Jakby nie patrzeć, to nie podróżujemy już i nie możemy korzystać z darmowych odwiedzin w Centrum Pokemon - wtrącił się do rozmowy Clemont.
- Nie inaczej. Przez mojego brata przemawia teraz wielka mądrość - dodała Bonnie, a po cichu do mnie szepnęła: - Jak rzadko zresztą.
Obie zachichotałyśmy cicho pod nosem.
Ash zasępił się przez chwilę.
- W sumie macie rację - powiedział - Ale nie miejcie mi tego za złe, że o się tak zdziwiłem. Po prostu przywykłem do ciągłego podróżowania i jakoś trudno mi przerzucić się na inny tryb życia. Problem jednak jest w tym, gdzie my możemy znaleźć pracę?
- Pika-pika - rzekł smutno Pikachu.
Delia Ketchum jednak klasnęła radośnie w dłonie.
- To się da załatwić! - zawołała wesoło - Wy szukacie pracy, a tak się składa, że restauracja „U Delii“ ma obecnie parę wakatów na stanowiskach pomocniczych, więc gdybyście byli zainteresowani, to może...
Ash uśmiechnął się radośnie do mamy.
- Naprawdę moglibyśmy pracować u ciebie, mamo?
- Oczywiście, że tak, jeśli tylko chcecie - odpowiedziała mu Delia i spojrzała na nas uważnie.
- Ja nie mam nic przeciwko temu - powiedziałam szczerze.
- Ani ja - rzekł Clemont.
- Ja tym bardziej! - pisnęła radośnie Bonnie.
- Wspaniale. A więc sprawa załatwiona! - Delia popatrzyła na nas z radością - Zatem jako jedyna właścicielka restauracji „U Delii“ niniejszym oświadczam, że was zatrudniam.
- Super! - zawołałam, klaszcząc w dłonie - Kiedy zaczynamy?
- Możecie nawet od dzisiaj. Jeżeli oczywiście nie macie żadnych planów na dzisiejszych dzień.
Powiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że nie mamy i po śniadaniu zaczęliśmy od razu się szykować do pracy. Wcześniej jednak mój kochany Ash zaprowadził mnie do swego pokoju, żeby mi coś opowiedzieć:
- Wiesz, o ile się nie mylę, to bardzo cię zainteresowały moje zdjęcia, które mam powieszone na ścianie.
- Tak, to prawda - powiedziałam z uśmiechem na twarzy ciesząc się, że Ash odgadł moje myśli w tej sprawie, chociaż mu ich nawet nie zdradziłam.
On był chwilami naprawdę niesamowity, a także bardzo, ale to wręcz bardzo genialny. Wiem, iż pewnie teraz brzmię jak typowa zakochana nastolatka, jednak co poradzę na to, że go tak kocham?
- A więc zobacz sama...
To mówiąc, Ash pokazał mi najpierw zdjęcie, na którym znajdował się on w towarzystwie dość wysokiej, rudowłosej dziewczyny o zielonych oczach, ubranej w żółtą podkoszulkę i niebieskie spodenki, a także o kilka lat starszego od nich czarnoskórego chłopaka w zielonej kamizelce oraz szarych spodniach.


- To moi pierwsi przyjaciele, Misty i Brock. Towarzyszyli mi podczas mojej pierwszej podróży - po regionie Kanto. Misty poznałem, kiedy uciekałem razem z Pikachu przed stadem wściekłych Spearowów. Wpadliśmy wtedy do wody, a ona nas złowiła na wędkę. A potem pożyczyliśmy sobie obaj jej rower.
- Jak to, pożyczyliście? - zachichotałam delikatnie, domyślając się jednakże ukrytego sensu jego słów.
Zawstydzony Ash zarumienił się lekko na twarzy i powiedział:
- No, bo Spearowy nas wtedy ścigały i cóż... Nie wiedzieliśmy, jak im uciec, a pieszo byśmy nie dali rady, więc pożyczyliśmy sobie jej rower... Bez gwarancji zwrócenia go w nienaruszonym stanie.
- I pewnie bez pytania o zgodę, co? - zachichotałam lekko.
- No cóż... Sytuacja była nagląca i nie mogliśmy sobie zawracać głowy takimi formalnościami.
- Rozumiem. No i co było dalej? - zapytałam z zainteresowaniem, ponieważ opowieść Asha mocno mnie wciągnęła.
- Dalej było tak, że Pikachu ratując mnie i siebie strzelił piorunem pokonując Spearowy, ale niechcący zniszczył rower Misty, która od tego czasu podróżowała ze mną pod pretekstem, że muszę zebrać dość pieniędzy, aby jej zrekompensować tę stratę.
- He he he. Też sobie pretekst wymyśliła - zaśmiałam się, słysząc jego słowa - A jak poznaliście Brocka?
- Był Liderem Sali w mieście Marmoria, w której chciałem zdobyć Odznakę Kamienia. Udało mi się to, zaś Brock, będąc pod wrażeniem mojego zwycięstwa, zaczął nam towarzyszyć w podróży. Robił to bardzo długo. Potem jednak zakochał się w profesor Felinie Ivy...
- A kto to jest? - zapytałam z ciekawością.
Ash uśmiechnął się wesoło.
- To jest dawna uczennica profesora Oaka. Mądra i niezwykle urodziwa pani naukowiec...
Kiedy zrobiłam zazdrosną minę, Ash zachichotał lekko i zaraz pospieszył z wyjaśnieniem:
- To znaczy urodziwa dla niektórych, ale nie dla mnie. Bo jak na mój gust, to są o wiele ładniejsze dziewczyny na tym świecie. No, ale mniejsza z tym. Brock się w niej zakochał, dlatego też odłączył się od nas i został jej asystentem. Zaś do mnie i Misty przyłączył się Tracey.
To mówiąc, mój chłopak wskazał na kolejne zdjęcie, na którym obok niego i Misty stał czarnowłosy chłopak w zielonej koszulce, czerwonych spodenkach oraz w czerwonej opasce na głowie.
- To jest właśnie Tracey, pokemonowy naukowiec o duszy artysty. Potrafi on bardzo pięknie rysować. Ma on do tego wielki talent. Do tego świetnie zna się na Pokemonach. Podróżował z nami po Wyspach Oranżowych, później zaś odłączył się od nas, żeby zostać asystentem profesora Oaka, a do naszej drużyny powrócił Brock, któremu profesor Ivy złamała serce. Podróżowaliśmy w trójkę po regionie Johto, ale potem Misty trafiła z nami do swojego rodzinnego miasta Azurii, gdzie dowiedziała się, że jej trzy starsze siostry zamierzają ruszyć w świat i nie ma kto opiekować się tamtejszą Salą oraz sprawować funkcję jej Liderki. Misty musiała zatem objąć to stanowisko i zrobiła to tym chętniej, że jakoś tak w tym samym czasie miejscowa siostra Joy naprawiła jej rower.
- Ten, który zniszczył Pikachu? - zapytałam.
Ash pokiwał twierdząco głową.
- Nie inaczej. A zatem Misty już nie miała pretekstu, aby ze mną podróżować i opuściła naszą drużynę, zaś ja i Brock ruszyliśmy dalej sami. Naszym kolejnym celem był region Hoenn. Ja ruszyłem tam pierwszy, a nieco później przyłączyli się do mnie nowi podróżnicy. Oto oni.
To mówiąc, mój chłopak wskazał na zdjęcie, na którym byli on, Brock i jakaś dziewczyna o brązowych włosach oraz niebieskich oczach. Nosiła ona na głowie czerwoną chustę (tzw. bandamkę), czerwoną bluzkę z krótkim rękawem i białym zakończeniem, biało-granatowe rękawiczki, a do tego luźne, granatowe getry z krótką nogawką. Obok niej stał mały, zielonowłosy chłopiec o czarnych oczach i w okularach. Miał na sobie zieloną koszulkę oraz brązowe spodenki. Przypominał mi nieco młodszą wersję Clemonta.


- To są May i jej młodszy brat Max. Oboje są dziećmi Lidera Sali w mieście Petalburg w Hoenn. May również miała rower, który Pikachu niechcący zniszczył, choć tym razem bez mojego udziału.
Nie mogłam się oprzeć pokusie i musiałam lekko zachichotać, słysząc jego słowa.
- A więc już drugiej swojej przyjaciółce zniszczyłeś rower? Historia lubi się powtarzać - powiedziałam z uśmiechem na twarzy.
- Tak i to częściej niż myślisz - zaśmiał się Ash.
- Co masz na myśli?
- Później ci powiem. 
- A w jaki sposób Pikachu zniszczył rower May?
- Już ci mówię. To było tak, że wskutek ataku Zespołu R, Pikachu wpadł na jakieś diabelstwo pełne elektryczności i za bardzo naładował się prądem, przez co biedak dostał gorączki i zaczął tracić kontakt z rzeczywistością. Przerażony prędko zabrałem biedaka do miejscowego uczonego, profesora Nicodemusa Bircha, który próbował pozbawić go nadmiaru prądu, ale pod wpływem swojej choroby Pikachu zaatakował nas i uciekł do lasu. Ruszyliśmy więc obaj za nim w pościg, po drodze spotykając May, która jak tylko się dowiedziała, co się stało, to zaraz zaczęła nam pomagać. Razem odnaleźliśmy Pikachu, ale wtedy z lasu wyskoczył nagle Zespół R i złapał Pikachu. Dranie próbowali go osłabić odbierając mu za pomocą swojej maszyny siły elektryczne. Niechcący oddali nam w ten sposób wielką przysługę, ponieważ dzięki temu pozbawili Pikachu nadmiaru elektryczności i uleczyli go. Wówczas Pikachu ich zaatakował i prąd leciał na prawo i lewo, trafiając niechcący w rower May. Oczywiście wskutek tego ataku Zespół R został pokonany, zaś May pomimo początkowej złości na Pikachu polubiła go i poprosiła, żebym się zgodził na to, aby towarzyszyła mi w podróży. Zgodziłem się i wkrótce oboje trafiliśmy do Petalburga, gdzie miałem przyjemność poznać jej rodziców i jej brata Maxa, który początkowo mnie nie lubił, ale potem obaj się zaprzyjaźniliśmy i chłopak dołączył do nas. Wkrótce potem spotkaliśmy Brocka, który również przyłaczył się do naszej kompanii. Razem podróżowaliśmy po Hoenn i po Strefie Walk w Kanto. Po tych dwóch wyprawach, May nagle odeszła z mojej drużyny, aby zostać koordynatorką Pokemonów, zaś Max wrócił do domu przygotować się do bycia trenerem. A do mnie i do Brocka przyłączyła się ona.
To mówiąc, Ash pokazał mi kolejne zdjęcie, na którym był on w towarzystwie Brocka i dziewczyny, którą zdążyłam już osobiście poznać.
- To jest Dawn, prawda? - zapytałam z uśmiechem.
- Nie inaczej - zaśmiał się Ash - Uśmiejesz się, jak ci powiem, że jej Pikachu też niechcący zniszczył rower.
Zgodnie z zapowiedzią mojego chłopaka parsknęłam śmiechem.
- No nie... To już trzecia dziewczyna, której twój pokemoni przyjaciel niszczy piorunem rower.
Ash popatrzył na mnie z wesołymi ognikami w oczach.
- No cóż... Tym razem naprawdę nie miałem z tym nic wspólnego. Po prostu Zespół R porwał mi Pikachu, więc razem z Brockiem chciałem go uwolnić, jednak pierwsza trafiła na niego Dawn, która chciała go złapać myśląc, że jest on dzikim Pokemonem. Broniąc się przed nią, niechcący zniszczył jej rower. Dawn wówczas rzuciła w niego pokeballem, ale ten nie był w stanie go złapać, bo pokeball nigdy nie złapie Pokemona, który ma już trenera. Wtedy Dawn zrozumiała, że Pikachu należy już do kogoś i zamiast go złapać, zabrała go do profesora Jasona Rowana (miejscowego uczonego), aby go zbadał. Potem chciała mnie odnaleźć i oddać mi moją zgubę, ale przeszkodził jej Zespół R, który próbował odebrać dziewczynie mojego Pokemona. Na szczęście spotkała mnie i Brocka, połączyliśmy więc swoje siły i pokonaliśmy tych wrednych złodziejaszków. Wtedy właśnie się poznaliśmy z Dawn. Na całe szczęście, nie miała ona do mnie pretensji o swój rower, a nawet przyłączyła się do naszej kompanii. Miło się nam podróżowało po regionie Sinnoh do czasu, aż Dawn zrealizowała swoje cele. Pomimo tego chciała, ze mną dalej podróżować i pewnie by to zrobiła, gdyby tylko nie zaszło między nami coś, co na zawsze nas rozdzieliło.
- Mówisz pewnie o tym dniu, kiedy ona zerwała z tobą kontakt po tym, jak wyznałeś jej miłość?
Ash pokiwał smutno głową.
- Właśnie. Do dzisiaj nie wiem, czemu tak się stało, ale cóż... Pewnie nigdy się tego nie dowiem.
- Może Sherlock Ash mógłby rozwiązać tę zagadkę?


Mój chłopak zachichotał radośnie i popatrzył na mnie z miłością w oczach.
- Może i mógłby, ale musiałby mieć jakieś poszlaki, a obawiam się, że w tej sprawie są one znikome, o ile oczywiście w ogóle istnieją.
Pokiwałam ze zrozumieniem głową.
- No, ale mniejsza z tym - mówił dalej Ash - Potem, gdy Dawn odeszła, Brock i ja powróciliśmy do Kanto. Tam zaś postanowił wrócić do Marmorii, aby pójść na studia i zostać lekarzem Pokemonów, a ja ruszyłem do regionu Unova. Wówczas to ze mną zaczęli podróżować oni.
Ash pokazał mi wówczas kolejne zdjęcie, na którym był on i jakaś Mulatka z brązowymi oczami i fioletowymi włosami. Jej ubiór stanowiła kremowa bluzka i kremowe, luźne spodnie. Prócz tego był tam również bardzo elegancki chłopak o zielonych włosach i takich samych oczach, który nosił na sobie strój kelnera. Obok całej trójki stała znana mi dobrze osoba.
- Czy to nie aby Alexa? - zapytałam z zainteresowaniem.
- Nie inaczej, to ona. A tych dwoje, to są Iris i Cilan. Iris poznałem w dosyć niezwykłych okolicznościach.
- A w jakich?
- He he he... Wyobraź sobie, że wziąłem ją za Pokemona i rzuciłem w nią pokeballem.
Parsknęłam śmiechem, gdy to usłyszałam.
- Serio?
- O tak! Ale się wściekała i zwyzywała mnie od dzieciaków, chociaż sama jest o całe cztery lata młodsza ode mnie. Potem jednak, nie wiedzieć czemu, dołączyła do mnie. Podczas podróży często się kłóciliśmy, ale nawet ją polubiłem. A Cilana poznałem podobnie jak Brocka - on i jego dwaj bracia są Liderami Sali w mieście Stration. Pokonałem go, czym wzbudziłem jego podziw, przez co postanowił on do nas dołączyć. Muszę przyznać, że było z nim dużo śmiechu. Bo widzisz, zawsze, jak tylko się zdarzało coś, co budziło naszą ciekawość, wcielał się on wówczas w detektywa i chciał to jakoś rozwiązać. Problem w tym, że raczej rzadko umiał coś rozsądnie wyjaśnić. On w ogóle nie posiada żadnych talentów detektywistycznych, co wcale nie odbiera mu zapału do tropienia wyimaginowanych przestępców. W sumie, to może przesadzam mówiąc, że on nie posiada talentu, bo był on naprawdę dobry w szukaniu zaginionych Pokemonów, ale poważniejsze zagadki to już gorzej mu idą.
Parsknęłam śmiechem, słysząc słowa Asha.
- Dobrze, że ty masz prawdziwe talenty detektywistyczne, co wczoraj miałeś okazję nam wszystkim udowodnić.
Ash machnął lekceważąco ręką.
- Wiesz, taka sprawa jak wczoraj to żadna sprawa. Jestem pewien, że nawet Cilan by ją rozwiązał.
Nie mogłam się z nim zgodzić.
- Nie wydaje mi się, kochanie. Zresztą być może niedługo ci się trafi jakaś poważniejsza sprawa i wtedy sam będziesz musiał przyznać, że jesteś geniuszem.
Ash zarumienił się pod wpływem moich słów, po czym dodał:
- Cieszy mnie, że moja ukochana dziewczyna mnie docenia. Ale wracając do opowieści to Alexę poznaliśmy nieco później, bo pod koniec naszej wędrówki po Unovie. Prowadziła jakieś swoje dziennikarskie śledztwo w miejscu, do którego trafiliśmy. Zaprzyjaźniliśmy się z nią, zaś ona zaczęła z nami podróżować. Gdy Iris i Cilan odeszli w swoją stronę, Alexa wróciła ze mną do Alabastii, gdyż chciała przeprowadzić wywiad z profesorem Oakiem. Byłem jej za to wdzięczny, bo nie cierpię samotnych podróży. Jakiś czas spędziłem u mojej mamy, a niedługo potem postanowiłem podróżować po regionie Kanto. Alexa poleciała ze mną, jednak w mieście Lumiose nasze drogi się rozeszły. Ona miała swoje obowiązki, a ja swoje. Ja chciałem za jej radę stoczyć walkę w Sali w Lumiose, ale jej tajemniczy Lider, nie pokazawszy mi się nawet, wyrzucił mnie z Wieży Pryzmatu, gdzie ta Sala miała swoją siedzibę. Wywalił mnie pod pretekstem, że nie mam czterech odznak.


Zaśmiałam się wesoło, gdy to usłyszałam.
- No, bo przecież wtedy jeszcze nie wiedziałeś tego, że tym Liderem jest robot Clembot, nieudany wynalazek naszego wspólnego przyjaciela.
- Ano nie wiedziałem tego. W każdym razie, Clembot poraził mnie prądem oraz wyrzucił z Sali i to jeszcze na wysokości czwartego piętra. W ostatniej chwili ocalili mnie Clemont i Bonnie, którzy akurat tamtędy przechodzili. Clemont rzucił pode mnie swój plecak, włączył na nim jakiś przycisk, który sprawił, że ten zaraz się nadmuchał jak wielka poduszka powietrzna i ja na nią spadłem. Pikachu zaś wpadł w objęcia Bonnie, która zaczęła go wówczas bardzo mocno ściskać, za co mój przyjaciel odpłacił jej porażeniem prądem.
Ash zaśmiał się na to wspomnienia.
- Więc to tak poznałeś Clemonta i Bonnie? - zapytałam.
- Właśnie tak. Opowiadałem ci to zresztą pierwszego dnia, kiedy się do nas przyłączyłaś. Już nie pamiętasz?
- Owszem, opowiadałeś mi to, ale bez szczegółów.
Mój luby wesoło pokiwał głową na znak potwierdzenia i powiedział:
- Resztę tej opowieści bardzo dobrze znasz. Porozmawiałem z moimi nowymi znajomymi, a później stoczyłem bitwę z Clemontem: Pikachu vs Bunnelby, którą przerwał Zespół R. W walce z nimi pomógł nam Froakie, ale biedak został przy tym ranny. Musieliśmy więc szybko zanieść biedaka na leczenie do miejscowego uczonego, profesora Augustine’a Sycamore’a.
- Tak, a tam niedługo potem zjawił się Zespół R, aby porwać z pomocą jakieś ohydnej obroży Froakiego, jednak przez niezwykły zbieg okoliczności te gamonie nałożyły ją biednemu Garchompowi, który najpierw zaatakował ich, a potem całe miasto. Ty zaś ocaliłeś je, mój kochany.
To mówiąc, złapałam bardzo czule Asha za rękę i uśmiechnęłam się do niego z miłością.
- A ja widziałam to wszystko w telewizji i gdy tylko pokazali twoją twarz w zbliżeniu, to rozpoznałam cię jako mojego przyjaciela z dzieciństwa...
- I pod pretekstem oddania mi chusteczki znalazłaś mnie, dzięki czemu nasza miłość się rozpoczęła - dokończył za mnie Ash.
Spojrzeliśmy sobie w oczy i pocałowaliśmy się czule. Nasz pocałunek trwał długo i był niesamowicie przyjemny i rozkoszny. Przerwaliśmy go dopiero wtedy, gdy zabrakło nam tchu w płucach. To był najdłuższy pocałunek w naszym życiu, a przynajmniej do tamtej chwili. Czas miał nam bowiem przynieść więcej długich pocałunków.
- Ach... Wiesz, masz tyle pięknych wspomnień, Ash. Tyle przygód przeżyłeś - powiedziałam z uśmiechem na twarzy - Jaka wielka szkoda, że nie mogłam ci w nich wszystkich towarzyszyć.
- Tak, ja również tego żałuję - rzekł Ash - Ale i tak towarzyszyłaś mi w wielu przygodach. A pamiętasz, jak się dowiedzieliśmy, że Clemont jest Liderem Sali w Lumiose?
- He he he! Oj tak! Dobrze to pamiętam. A potem musieliśmy pomóc mu w walce z Clembotem, który przez jakąś wadę konstrukcji zbuntował się przeciwko swemu twórcy i okupował Salę?
- O tak... Ale teraz jest on już normalny i zastępuje naszego przyjaciela wtedy, gdy on z nami przeżywa niesamowite przygody.
- Właśnie, Ash. Właśnie. Ja tam nie żałuję takiej zamiany.
- Ani ja.
Mój luby zaśmiał się i pokazał nasze ostatnie zdjęcie zawieszone na ścianie.
- Sądzę, że tych państwa to chyba poznajesz?
Zaśmiałam się, kiedy mi pokazał ostatnią fotografię. Na niej byliśmy ja, Ash, Clemont, Bonnie i nasza przyjaciółka, Korrina, którą mój chłopak musiał pokonać, aby zdobyć Odznakę Bójki.
- Och tak... Pamiętam doskonale chwilę, kiedy robiliśmy to zdjęcie. Już wtedy byłam w tobie niesamowicie zakochana. Zresztą możesz na tej fotce to zauważyć.
- Naprawdę? A gdzie? - zainteresował się Ash.
- A tutaj. Widzisz, jak się do ciebie bardzo mocno przysuwam, żebyśmy byli jak najbliżej siebie?
Ash uśmiechnął się radośnie, po czym objął mnie bardzo mocno do siebie i pocałował mnie z miłością w usta.
- Kocham cię, Sereno.
- Ja też cię kocham, Ash.
Mój ukochany delikatnie pogłaskał dłonią mój policzek.
- No, ale lepiej już chodźmy, bo pozostali już pewnie na nas czekają.
- Słusznie. Nie każmy im czekać.

***


Restauracja „U Delii“ była naprawdę piękna, a do tego niezwykle porządnie prowadzona. Już sam jej widok zewnętrzny sprawił na mnie bardzo przyjemne wrażenie, z kolei zaś wnętrze aż tryskało porządkiem połączonym z radosną oraz przyjazną atmosferą. Podobnie jak w domu pani Ketchum, tak również i w jej miejscu pracy panował porządek, ale całkiem pozbawiony jakichkolwiek znamion pedantyzmu, co muszę przyznać, przywitałam z prawdziwą ulgą.
- Jak widzicie, moja restauracja przynosi mi całkiem niezłe dochody - mówiła Delia Ketchum, oprowadzając nas - Mam kilku pracowników, ale nie zaszkodzi mieć ich paru więcej. Tym chętniej przyjmę więc waszą czwórkę do pracy. Nie oczekujcie jednak, że będziecie tu mieli jakiekolwiek fory z tego powodu, że was bardzo lubię.
- Nawet się tego nie spodziewamy - powiedziałam z uśmiechem na ustach.
- To dobrze - Delia całkiem dobrze udawały poważny i surowy ton - Bo będę dla was niczym rodzona matka. Surowa i twarda, ale też sprawiedliwa.
- Mamo... Ty jesteś moją rodzoną matką - zaśmiał się Ash.
Delia lekko się zarumieniła jak nauczyciel przyłapany na popełnieniu błędu godnego ucznia.
- No tak, rzeczywiście, zapomniałam o tym, synku. Ale tak na serio to cieszę się, że chcecie u mnie pracować. Jak byłam w twoim wieku, to często pracowałem w tej restauracji pod kierunkiem mojej mamy. Ty natomiast będziesz pracować ze swoją dziewczyną i swoimi przyjaciółmi pod moim okiem. A gdy ty i Serena już się pobierzecie, to będą u was pracować wasze dzieci. Tak czy inaczej wszystko zostanie w rodzinie.
Lekko się z Ashem zarumieniliśmy, gdy Delia znowu zaczęła planować nasz ślub oraz przyszłe życie. Nie mieliśmy jednak do niej jakoś o to żalu. Zachowanie pani Ketchum było dla nas chwilami tak odrobinkę peszące, jednak ostatecznie też całkiem przyjemne, bo dowodziło ono tego, że mama Asha bardzo nas oboje kocha oraz troszczy się o nas.
- No, ale pora już na to, abym wam przydzieliła wasze pierwsze obowiązki. Ty, moja kochana Sereno jako świetny piekarz, będziesz mi pomagać piec ciasta.
- Z przyjemnością! - zasalutowałam wesoło Delii.
Pani Ketchum oddała mi salut, po czym spojrzała na Clemonta.
- Ty zaś, Clemont, będziesz zastępcą oraz pomocnikiem szefa kuchni. Myślę, że obaj z łatwością się dogadacie.
- Tak jest, proszę pani! - zawołał radosnym głosem Clemont, stając przy tym na baczność.
- Ash i Bonnie zaś będą przyjmować zamówienia, a następnie je realizować - kontynuowała swoje plany pani Ketchum.
- Inaczej mówiąc, będziemy kelnerami? - zapytał wesoło Ash.
- Dokładnie. Bonnie, mam nadzieję, że umiesz pisać? - spytała Delia.
- Oczywiście, proszę pani. I to od piątego roku życia - zaśmiała się wesoło Bonnie, próbując brzmieć dorośle.
- To bardzo dobrze. Pamiętaj tylko o tym, kochanie moje, że musisz porządnie zapisywać zamówienia gości oraz numery stolików. Nie możesz się pomylić, bo inaczej będzie granda.
- Grandy nie będzie, bo ja mam dobrą pamięć - powiedziała Bonnie bardzo pewnym siebie tonem.
- To dobrze. A więc liczę na was, kochani - rzekła z uśmiechem Delia.
Pani Ketchum oprowadzała naszą czwórkę po całej restauracji i przedstawiała nam wszystkich pracowników, którzy z wielkimi uśmiechami na twarzy przyjęli nas do swego grona. Ostatnim pracownikiem, którego mieliśmy poznać, to był szef kuchni.
- Chętnie poznam miejscowego kuchmistrza - rzekł zaintrygowanym głosem Clemont.
- On też na pewno chętnie was pozna - odpowiedziała mu Delia.
- Ciekawi mnie, kim on jest? - zapytał Ash.
- Zaraz się dowiesz, synku. Powiem ci o nim tylko jedno.
- Co takiego, mamo?
- Powiem ci, że sądzę, iż go bardzo dobrze znasz.
- Ja miałbym znać twojego szefa kuchni? - zdziwił się mój chłopak - To chyba niemożliwe.
- Wydaje mi się, że jednak możliwe - odpowiedziała mu jego mama.
W tej samej chwili, weszliśmy razem do kuchni, a w niej zastaliśmy chłopaka ubranego w strój kucharza. Gdy tylko się odwrócił, ujrzeliśmy wówczas wszyscy uśmiechniętą twarz czarnoskórego chłopaka w wieku około dwudziestu lat.
- Witam panią szefową. Co panią sprowadza? - zapytał chłopak.
- Przyprowadziłam ci tu nowych pracowników. Będziesz tak uprzejmy się z nimi zapoznać - odpowiedziała mu Delia Ketchum.
- Brock?! - zapytał zaskoczony Ash.
- Ash?! - odpowiedział mu chłopak, który również go rozpoznał.


Wówczas i ja odgadłam tożsamość młodzieńca będącego tutaj szefem kuchni. Widziałam go na kilku zdjęciach Asha. Podróżował on z nim przez dużą część jego przygód i był jednym z jego najbliższych przyjaciół.
- Brock! Co za spotkanie?! - zaśmiał się radośnie Ash, podbiegając do niego i obejmując go po przyjacielsku.
- Ash, stary przyjacielu. Cieszę się, że cię widzę! - wołał młodzieniec, mocno przytulając do siebie mojego chłopaka.
- Brock! To niesamowite! To naprawdę niesamowite! Każdego bym się tutaj spodziewał, ale nie ciebie!
- Ja ciebie także się tu nie spodziewałem! - wołał radośnie Brock.
- Co ty tu robisz, przyjacielu?
- Jak widzisz, odpoczywam sobie nieco od moich obowiązków Lidera Sali w Marmorii, którą to tymczasowo powierzyłem jednemu z moich młodszych braci i przybyłem tutaj zgłębiać tajniki kulinarne.
- Więc będziesz je zgłębiać z prawdziwym mistrzem - uśmiechnął się Ash i spojrzał na nas - Ten oto chłopak w okularach jest bowiem geniuszem w swojej dziedzinie.
- Oj tam, zaraz geniuszem. Nie popadajmy w przesadę - zaśmiał się Clemont - Choć przyznaję, że trochę tam umiem, ale żeby zaraz geniusz...
- Nie przedstawisz nas przyjacielowi? - zapytałam z uśmiechem.
- Och, wybaczcie. To jest mój stary druh, Brock Wandstorf. A to są moi nowi przyjaciele: Serena Evans, Clemont Meyer i jego młodsza siostra, Bonnie Meyer.
- Miło mi was poznać - powiedział Brock i nagle jego wzrok zwrócił się ku mnie - Serena, powiadasz?
- Tak, nie inaczej. Tak właśnie mam na imię.
Chłopak podszedł do mnie i pocałował mnie delikatnie w dłoń.
- Bardzo mi miło cię poznać, piękności ty moje. Wiesz, dawno nie spotkałem tak idealnego piękna połączonego do tego z tak wspaniałym imieniem.
Zarumieniłam się delikatnie pod wpływem jego uroczych komplementów, zaś Ash stanął szybko obok Brocka i głośno chrząknął.
- Ekhem! Wybacz, Casanovo, że ci przerywam te twoje podrywy, ale Serena jest już zajęta!
- Doprawdy? - Brock popatrzył na niego uważnie - A przez kogóż to? Mów mi tu natychmiast imię tego łotra, który ośmielił się skraść serce tej piękności! Już ja mu pokażę! Wyzwę tego drania na pojedynek! Mów mi tu zaraz! Jak się nazywa ten uwodziciel?
- Ash Ketchum - odpowiedziałam, z trudem powstrzymując się od śmiechu.
Jeszcze trudniej było mi się od niego powstrzymać, kiedy zobaczyłam minę Brocka w chwili, gdy ten usłyszał nazwisko mojego chłopaka.
- Właśnie tak! - powiedział nieco złym tonem Ash - Brock, Serena jest moją dziewczyną.
Brock zaczerwienił się na całej twarzy, a ja w duchu niemalże dusiłam się ze śmiechu, gdyż wyraźnie widziałam, że Ash był o mnie wówczas zazdrosny. Trudno mi było ukryć, że bardzo mi się ta jego zazdrość podobała. Wszak dowodziła ona wyraźnie, iż mojemu chłopakowi na mnie zależało. Poza tym odrobina zazdrości jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
- Bardzo cię przepraszam, Ash. Ja nie wiedziałem. Ja myślałem, że to tylko twoja przyjaciółka... Tak jak Misty, May lub Dawn - tłumaczył się Brock.
- No, jak widzisz, nie tylko - odrzekł na to Ash z przekąsem - Także te swoje sztuczki lepiej zachowaj dla innych dziewczyn, jak choćby profesor Ivy.
Brock, ledwie tylko usłyszał to nazwisko, a bardzo szybko wycofał się w kąt, po czym zaczął jęczeć:
- Błagam cię... Nigdy nie wymieniaj tego nazwiska w mojej obecności! Och, nigdy tego nie rób! Związane są z nim same niemiłe wspomnienia!
Ash zaśmiał się lekko i poklepał przyjaciela po ramieniu.
- Nie ma sprawy, Brock, ale proszę cię, weź już więcej nie przystawiaj się do mojej dziewczyny.
- Oczywiście, spokojnie. Nie będę tego robił. Ja naprawdę nie wiedziałem... Ja naprawdę nie wiedziałem...
- Nic się nie stało, spokojnie - powiedziałam, chcąc załagodzić sytuację - W końcu Brock przecież nie wiedział...
- Spokojnie, już mu to darowałem - zaśmiał się Ash, zaraz odzyskując humor - A więc znowu będziemy razem działać?
- Jak za dawnych, dobrych czasów! - powiedział wesoło Brock.
- Dokładnie tak! To lubię!
- I ja także!
Ash i Brock radośnie przybyli sobie żółwika na znak ich przyjaźni.
Delia Ketchum uśmiechnęła się radośnie, po czym powiedziała:
- Widzę więc, że współpraca z szefem kuchni będzie wam się bardzo dobrze układać. Clemoncie... Zapoznaj się ze swoimi obowiązkami. A wy, moi kochani, chodźcie za mną. Przebierzecie się w stroje do pracy.
- Tak jest, pani szefowo! - zawołaliśmy radośnie ja, Ash i Bonnie.
- To wy idźcie, a my dwaj tutaj sobie pogadamy jak kucharz z kucharzem - powiedział wesołym tonem Brock.
- Nie inaczej - rzekł na to Clemont - Sądząc po tym zapachu sądzę, że właśnie gotujesz zupę pomidorową z makaronem.
- Owszem. A co? - zapytał Brock.
- Sądzę, że byłaby ona znacznie smaczniejsza, gdyby tak dodać do niej coś, co pozwoliłoby zachować jej właściwy aromat - wyjaśnił młody Meyer.
- A znasz coś takiego?
- Owszem, znam.
Już po chwili, Clemont zaczął mówić Brockowi, co proponuje dodać do zupy, aby była ona smaczniejsza. Brock posłuchał jego rady i zdegustował potrawę.
- Matko kochana! To jest przepyszne! Wręcz wyborne - zawołał i spojrzał na Clemont, którego lekko objął ręką - Mój ty panie kuchenny cudotwórco! Coś mi mówi, że to początek pięknej, męskiej przyjaźni między nami.
Nie chcieliśmy im przeszkadzać, więc wyszliśmy z kuchni, pozostawiając ich samych. Gdy opuszczaliśmy to pomieszczenie, usłyszeliśmy jeszcze wyraźnie, jak obaj wymieniają się nawzajem kilkoma swoimi prywatnymi przepisami.

***


Dość szybko przebraliśmy się w uniformy pracowników restauracji „U Delii“, po czym przystąpiliśmy do wypełniania swoich obowiązków. Ja i mama Asha przygotowywaliśmy wypieki dla gości. Pomagali nam w tym Pikachu, Dedenne oraz Fennekin przebrani w urocze różowe fartuszki mojej własnej produkcji. Choć byli Pokemonami, to jednak doskonale sprawdzali się w swojej roli. Z kolei Ash razem z Bonnie przyjmowali zamówienia od klientów oraz wypełniali je razem z innymi kelnerami. Mimo obaw pani Ketchum, mała Bonnie nie pomyliła żadnego zamówienia. Ash natomiast rozbawiał gości opowiadając im, co jest specjalnością szefa kuchni i jego pomocnika, jak również w jakich okolicznościach on sam miał okazję tego spróbować. Ponieważ zaś miał on tzw. gadane, to goście z radością słuchali jego wypowiedzi oraz tym chętniej składali zamówienia.
Ja pracowałam z mamą Asha i w ten sposób obie miałyśmy sobie możliwość porozmawiać, jak to się nieraz mówi, między nami kobietami. Pikachu zaś razem z Fennekinem i Dedenne pomagali nam wszelkimi możliwymi sposobami.
Clemont zaś był po prostu zachwycony pracą z Brockiem, który to również nie miał powodów, aby narzekać na jego pomoc. Po pierwszym dniu pracy obaj byli już serdecznymi przyjaciółmi, choć znali się zaledwie kilka godzin.
Następnego dnia, wszyscy wręcz ochoczo poszliśmy do pracy. Delia zaś z radością podczas rozmowy ze mną, którą to odbyłyśmy podczas pieczenia ciastek, przyznała, że już dawno w jej restauracji nie było takiej radości i humoru, jaka panuje teraz dzięki naszej czwórce.
- Może to głupie, ale ja zawsze wiedziałam, że powrót Asha zmieni wszystko na lepsze - powiedziała do mnie Delia.
- Ash ma w sobie coś, co sprawia, że wokół po prostu nie może być inaczej, jak tylko radośnie i szczęśliwie - odpowiedziałam jej.


Jakoś tak godzinę później, Delia uszykowała pełen koszyk różnego rodzaju smakołyków. Gdy był on już gotowy, podała mi go i powiedziała:
- Kochanie moje... Zanieś, proszę, ten koszyk profesorowi Oakowi. On jest tak bardzo zajęty swoją pracą, że praktycznie rzadko kiedy wychodzi ze swojego laboratorium. Nie ma nawet czasu robić sam zakupów. Zwykle ja sama noszę mu jedzenie, ale tym razem muszę zostać w pracy. Czy mogłabyś więc ty zanieść?
- Tylko, że ja przecież nie wiem, gdzie profesor mieszka - powiedziałam ze smutkiem w oczach.
Mówię, że ze smutkiem, ponieważ bardzo chciałam poznać profesora Oaka, jednak nie miałam bladego pojęcia, jak się do niego dostać. 
Delia jednak nie widziała w tym żadnego problemu.
- To żaden problem. Ash pójdzie z tobą i wskaże ci drogę. Idź zaraz do niego i powiedz mu, że proszę was, żebyście poszli do profesora. Na pewno się ucieszy.
Uśmiechnęłam się radośnie na wieść o tym.
- Z przyjemnością, szefowo. Pójdę z tym koszykiem do profesora, niczym Czerwony Kapturek do swojej babci.
Delia parsknęła wesołym śmiechem, słysząc moje słowa.
- Tylko uważajcie tam po drodze na wilka, aby was nie wyprowadził w pole - odpowiedziała mi żartem.
- Proszę się nie bać. W tej wersji bajki Czerwony Kapturek ma ochronę i nic złego nie ma prawa mu się przytrafić.
- Mam nadzieję, kochanie.


Wzięłam więc koszyk od Delii i pobiegłam do Asha, który właśnie szedł do kuchni zrealizować kolejne zamówienie. Szybko wyjaśniłam mu, o co prosiła nas jego mama. Ledwo to usłyszał, a zaraz się uśmiechnął.
- Mamy odwiedzić profesora Oaka? Z największą przyjemnością! Zaraz będę gotowy!
Przebraliśmy się oboje w normalne stroje, po czym wzięliśmy koszyk, swoje plecaki, a także Pikachu i Fennekina, aby następnie ruszyć radośnie w drogę do profesora Samuela Oaka. Podczas podróży trzymaliśmy się za ręce i śpiewaliśmy wesoło piosenki, zaś nasi wierni pokemoni towarzysze wtórowali nam, rzecz jasna w swoich własnych językach.
Nagle zza zakrętu wyjechał jakiś motocykl, pędzący z zawrotną szybkością. Razem z Ashem usunęliśmy się z drogi, aby jego kierowca nas przypadkiem nie potrącił. Motor przejechał niedaleko nas, jednak już za chwilę zawrócił, zaś jego kierowca zawołał wesoło:
- Ash! Witaj! Nie wiedziałam, że już wróciłeś do Alabastii!
Mój ukochany i ja spojrzeliśmy zdumieni na tajemniczą osobę, która właśnie nas zagadała. Wówczas rozpoznaliśmy w niej oficer Jenny.
- O! Proszę! Inspektor Jenny! - zawołał wesoło Ash na jej widok - To ty? Nie poznałem cię, tak szybko jechałaś.
- Ja też cię na początku nie poznałam, w końcu zmężniałeś od chwili, gdy ostatni raz się widzieliśmy! - odpowiedziała mu Jenny - A czy wolno mi wiedzieć, kim jest ta piękna panna, która ci towarzyszy?
- To moja dziewczyna - powiedział z dumą w głosie Ash.
- Jestem Serena - przywitałam się radośnie z policjantką - Bardzo mi miło cię poznać, inspektor Jenny.
- Właściwie, to ja teraz jestem porucznikiem - powiedziała do mnie z dumą policjantka - Awansowałam na ten stopień przeszło rok temu, niedługo po tym, jak wyruszyłeś w podróż do Kanto.
- Naprawdę? - zapytał zachwycony Ash - To gratuluję! Szefowie cię wreszcie docenili.
- I to jeszcze jak! Wiesz, nie chcę się chwalić, ale jestem obecnie zastępcą miejscowego komendanta, kapitana Jaspera Rockera.
- O! Gratulujemy! - zawołaliśmy jednocześnie ja i Ash.
- Wiedziałem, że ci się uda i zajdziesz na szczyty, Jenny! - rzekł radośnie mój chłopak - Musiałaś awansować. Za swoją wierną służbę zasłużyłaś na nagrodę.
Policjantka uśmiechnęła się do nas i delikatnie podrapała się dłonią po szyi. Wówczas zauważyłam, że ma na niej dość charakterystyczny, czarny pieprzyk, co wyraźnie odróżniało ją od innych Jenny, które miałam dotąd okazję poznać. Jak zapewne chyba każdemu wiadomo, wszystkie oficer Jenny są kuzynkami, a także policjantkami, dodatkowo też każda z nich jest niezwykle podobna do drugiej. Dlatego właśnie mały pieprzyk na szyi tej oto konkretnej Jenny był naprawdę charakterystyczną cechą odróżniającą tę oficer Jenny od innych jej kuzynek.
- Jesteście niezwykle mili, moi kochani - powiedziała porucznik Jenny, po czym uśmiechnęła się do nas - Dokąd zmierzacie?
- Do profesora Oaka - odpowiedziałam.
- Z łakociami od mojej mamy - dodał Ash.
- Rozumiem. W takim razie, nie zatrzymuję was i do zobaczenia.
To mówiąc, oficer Jenny zasalutowała nam wesoło ręką, po czym wskoczyła na swój motocykl, odpaliła go i ruszyła w kierunku przeciwnym do naszego. Ja i Ash zaś poszliśmy do profesora.
- Nie wiedziałam, że znasz miejscową oficer Jenny - powiedziałam podczas drogi.
- Stare dzieje. Ale nawiasem mówiąc, bardzo miła z niej osoba - odparł na to Ash.
- Jak chyba wszystkie jej kuzynki. Cieszę się, że ta nie jest wyjątkiem.
- Ja również, Sereno.
- Ash, zauważyłeś, że porucznik Jenny ma pieprzyk na szyi?
- A tak. Ma go, zdaje się, od urodzenia. A czemu pytasz?
- A po nic. Pytam tak tylko z czystej z ciekawości. Przy okazji sprawdzam twoją spostrzegawczość.
Ash zachichotał wesoło, słysząc moje słowa i zaczął mnie delikatnie łaskotać pod pachami. Oczywiście nie pozostałam mu dłużna, dlatego też nasza podróż się nieco przedłużyła. W końcu jednak, wraz z naszymi Pokemonami, dotarliśmy do laboratorium.


C.D.N.







Przygoda 001 cz. II

Przygoda I

Sprawa zaginionych ciasteczek cz. II


W kuchni ja i pani Ketchum zaczęłyśmy od razu przygotowywać ciasteczka dla Asha, Clemonta oraz Bonnie. Współpraca szła nam bardzo dobrze, a prócz tego wyszło na jaw, że obie nawzajem możemy się czegoś nauczyć.
- Wiesz, zaskoczyłaś mnie - powiedziała pani Ketchum, gdy piekliśmy ciastka - Sądziłam, że wiem już wszystko o subtelnej sztuce pieczenia, ale okazało się, że się pomyliłam. Poznałam dzięki tobie kilka naprawdę interesujących przepisów.
W głosie mamy Asha wyczułam niekłamany podziw, który sprawił, że lekko zarumieniłam się na twarzy, a moje serce zabiło mocno z przejęcia.
- Cieszę się, że pani tak mówi, pani Ketchum.
- Oj, bez takich ceremonii, proszę. Mów mi Delia. Od szesnastu lat nie jestem już panią Ketchum.
Zdziwiły mnie nieco jej słowa.
- Przepraszam panią bardzo za śmiałość, ale wydawało mi się, że ma pani na nazwisko Ketchum.
- Bo mam. Ale tylko oficjalnie, bo nieoficjalnie już dawno przestałam nią być.
- Czy mogę więc zapytać, czemu pani dalej się nazywa Ketchum?
Delia spojrzała na mnie smutnym wzrokiem i powiedziała:
- Bo nazwiska mojego ojca też nie mogę nosić. Widzisz, mój ojciec...
- Wiem, Ash mi powiedział.
- Powiedział ci? Kiedy?
- Dzisiaj, jak tutaj szliśmy. Mówił mi, że jego dziadek porzucił swoją rodzinę, gdy pani była maleńka.
Delia nie wyglądała wcale na zdumioną faktem, że Ash mi o tym powiedział. Przeciwnie, uśmiechnęła się do mnie delikatnie.
- To bardzo dobrze, że Ash ci o tym powiedział. Ale on nie wie wszystkiego. Pewnych spraw nigdy mu nie mówiłam i pewnie nigdy nie powiem. Tobie jednak powiem, tylko obiecaj mi, że mu ich nie przekażesz. No chyba, że uznam inaczej.
Poczułam się naprawdę dziwnie. Pani Ketchum ledwo mnie znała, a jednak już chciała powierzyć mi swoje sekrety niczym własnej, rodzonej córce? To było dość niezwykłe, ale nie umiałam odmówić Delii możliwości zwierzenia mi się. Poza tym, jej zaufanie bardzo mi pochlebiało.
- Obiecuję, że nigdy nie wydam nikomu pani tajemnic.
Delia uśmiechnęła się do mnie i przytuliła do piersi. Czułam, jak guzik jej bluzki uwiera mnie w czoło, ale nie zamierzałam o tym mówić na głos. Sytuacja ta była zbyt doniosła, dlatego oddałam ten przyjacielski uścisk. Delikatny oraz czuły rytm bicia serca mamy Ash lekko dudnił w moim uchu. Czułam, że w tym domu jest mnóstwo miłości, ale też i smutku. Chciałam wiedzieć, co było powodem tego ostatniego.
W końcu, Delia Ketchum wypuściła mnie z objęć i uśmiechnęła się ponuro, podciągając przy tym nosem.
- Wybacz, rozczulam się czasami zbyt mocno. Ale widzisz, nie mam córki i nigdy mieć nie będę. Cieszę się więc, że mój syn znalazł naprawdę godną zaufania dziewczynę taką jak ty.
- Skąd pani wie, że jestem godna zaufania?
Delia Ketchum obdarzyła mnie uśmiechem pełnym miłości i dłonią delikatnie pogłaskała moją twarz.
- Wiem to stąd, że inaczej mój syn by się z tobą nie zadawał. Ash jest nieco zwariowany, ale nigdy nie przyjaźni się z osobami, które nie są godne zaufania. Poza tym... Te twoje oczy.
- Co jest nie tak z moimi oczami? - zdziwiły mnie jej słowa.
- Nic nie jest nie tak, kochanie. One są po prostu prawdomówne. Nie umieją kłamać w sprawach uczuć. Podobnie zresztą jak moje.
Uśmiechnęła się delikatnie, po czym spojrzała na piekarnik.
- Ciasteczka będą za jakieś pół godziny. Mamy więc dużo czasu, żeby sobie porozmawiać tak między nami, kobietami.
Spodobało mi się, że pani Ketchum uważa mnie za osobę równą sobie. Tym chętnie postanowiłam więc jej wysłuchać.
- Widzisz... Mój ojciec nie był rodzinnym typem. Nie wiem, czemu się ożenił z moją mamą. Nigdy chyba jej tak naprawdę nie kochał. Mnie zresztą też.
- Pamięta go pani jeszcze? - zapytałam.
- Tak, ale wolałabym powiedzieć, że jest inaczej.
- Dlaczego?
- Odkąd tylko sięgam pamięcią, mój ojciec nigdy mnie nawet nie przytulił, nie pocałował, ani nie obdarował nawet jednym dobrym słowem. Zawsze był jakiś taki oschły oraz niemiły. Mama mówiła, że po prostu jest przepracowany, ale ja wiedziałam swoje. Często wyglądał przez okno i wpatrywał się bardzo uważnie w horyzont. Ciągnęło go w świat i to jeszcze jak. No i pewnego razu w kłótni rzucił on mojej mamie, że gdyby nie ona i ten bachor...


Spojrzała na mnie, a wówczas zobaczyłam w jej oczach łzy. Wspomnienie to, jak widać, było dla niej nadal bardzo bolesne.
- Czyli ja...
- Rozumiem.
- Że gdyby nie ona i ten bachor, to on byłby najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Matka wówczas krzyknęła, że skoro tak mu jest z nami źle, to niech idzie sobie w świat, ale uprzedziła go, iż jeżeli to zrobi, to nie ma już do nas powrotu. Następnego dnia, mój kochany tatuś się spakował i odszedł. Już nigdy więcej go widziałam. Miałam wtedy siedem lat, ale pamiętam to tak, jakby to było wczoraj. Pamiętam, że gdy odchodził pobiegłam za nim i podałam mu do ręki mój rysunek, aby mu mnie zawsze przypominał. Jakoś dwa dni później znalazłam go podartego na kawałki. Wiatr go wywiał... Z kosza na śmieci...
Po tych słowach, Delia zaczęła płakać. Szybko wyjęłam z kieszeni spódniczki chusteczkę i podałam jej, by otarła łzy.
- Dziękuję ci, kochanie. Nie powinnam się mazać. Wybacz. Jestem już dużą dziewczynką, a płaczę jak bóbr. Nie gniewaj się.
- Ja się nie gniewam, proszę pani - powiedziałam z uśmiechem - Każdy ma prawo płakać. Ash też czasami płacze.
Delia uśmiechnęła się do mnie.
- Ash jest silny. Nie to co ja. On jest twardy, uparty i zdeterminowany. Jego byle podmuch wiatru nie zwieje z drogi, tak jak mnie.
- Myślę, że pani również jest silna. Inaczej Ash nie byłby taki, jaki jest teraz - powiedziałam patrząc uważnie na swą rozmówczynię.
- Naprawdę tak uważasz?
- Tak. Gdyby pani nie była silna, Ash nie miałby z kogo brać przykład.
- W sumie... To może masz rację? Może samotne wychowywanie syna także wymaga siły?
- Myślę, że to wymaga więcej siły niż pani myśli.
Delia Ketchum uśmiechnęła się do mnie, objęła mocno do siebie, po czym pocałowała czule w czoło. Sprawiło mi to wielką przyjemność. Ash powiedział mi kiedyś, że pocałunek w czoło znaczy w jego rodzinie bardzo wiele. Jest on bowiem symbolem wiernej przyjaźni trwającej aż po grób, a nawet dłużej. Wciąż jeszcze pamiętałam tę chwilę, gdy mnie pocałował w czoło mówiąc, że jestem dla niego nie tylko dziewczyną, ale też i prawdziwą przyjaciółką, której może powiedzieć wszystko. Powiedział, że niewiele jest osób godnych takiego pocałunku. Dlatego też nie zdziwiło mnie, iż obdarzył nim również Clemonta i Bonnie. Zasłużyli oni na to. Jednak z całej naszej trójki to ja pierwsza go otrzymałam i nic nigdy tego nie zmieni.
- Dziękuję ci, kochanie. Bardzo ci dziękuję - rzekła pani Ketchum i ponownie otarła sobie łzy chusteczką - Po prostu te wspomnienia są nadal bardzo silne. Ash nigdy się o tym nie dowiedział. Wiesz, jakoś nie miałam siły mu powiedzieć, że jego dziadek był zwyczajnym draniem, który porzucił żonę z córką, bo nigdy ich nie kochał. Wystarczy, że wie, iż jego tatuś taki jest. Po co ma się bardziej męczyć? Już i tak nienawidzi swojego ojca. Po co ma jeszcze nienawidzić mojego?
Pokiwałam głową ze zrozumieniem, po czym zapytałam:
- Chce mi pani powiedzieć, co było dalej?
- Tak.
Delia pokiwała głową, po czym kontynuowała swoją opowieść:
- Moja matka bardzo cierpiała po odejściu ojca. Nigdy nie wszczęła kroków rozwodowych, więc oficjalnie nie przestała być jego żoną. Prawdę mówiąc, to nie wiem, dlaczego tak postąpiła. Nigdy mi tego nie powiedziała. Ale to nieważne. Ważne jest to, że dość szybko się podniosła i zaczęła prowadzić restaurację, którą odziedziczyła po swojej matce. Wtedy jednak nazywała się ona „U Belli“. Bella to było imię mojej mamy. Właściwie to Arabella, ale wiesz, wszyscy mówili do niej zdrobniale, stąd właśnie nazwa naszego rodzinnego interesu.
- Domyślałam się - odpowiedziałam z uśmiechem.
Delia mówiła dalej:
- Restauracja przynosiła nam całkiem niezłe dochody, dlatego też zaczęłam studiować u profesora Samuela Oaka, który był przyjacielem mojego ojca. Obaj znali się od dawna i lubili, choć profesor nie pochwalał tego, co zrobił mój tatuś. Chętnie wziął mnie na swoją studentkę i stał się dla mnie niemal drugim ojcem. Studiowałam u niego i choć nie powinnam się chwalić, ale zdobywałam naprawdę sporą wiedzę o Pokemonach. Chciałam nawet zostać trenerką i podróżować po świecie, ale nie mogłam zostawić mamy samej, dlatego też porzuciłam te plany. Pomagałam więc w restauracji, a gdy skończyłam osiemnaście lat poznałam Josha Ketchuma. To był ojciec Asha. Przyszedł do restauracji mojej mamy razem z grupą innych podróżników. Przynieśli profesorowi Oakowi jakieś materiały do badań. Nie pamiętam już dokładnie, o co tam chodziło. Ale tak czy inaczej, zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. On we mnie też. Pół roku później pobraliśmy się. Mama ostrzegała mnie, żebym tego nie robiła, ale cóż... Nie posłuchałam jej. Dwa miesiące po naszym ślubie mama umarła.
- Przykro mi - powiedziałam smutnym tonem.
- Dawno już chorowała na serce. Od dziecka miała jakąś jego wadę. I tak żyła dłużej niż inne osoby z tą chorobą. Mój ślub z Joshem bardzo nas obie poróżnił, ale przed jej śmiercią obie pogodziłyśmy się. Niestety, po śmierci matki spadł na mnie kolejny cios. Spodziewałam się dziecka, a Josha niestety ta wiadomość wcale nie ucieszyła.
- Był wściekły?
- Tak. Powiedział mi, że chce podróżować dalej jako trener Pokemonów, a ja miałabym mu w tym towarzyszyć. Ponieważ jednak byłam w ciąży, nie mogłam tego marzenia zrealizować. Kobieta w ciąży to kula u nogi każdego mężczyzny. Tak powiedział.


- Świnia! - zawołałam ze złości, po czym orientując się, co właśnie zrobiłam, szybko dodałam: - O, przepraszam bardzo, tak mi się powiedziało.
Delia parsknęła tylko śmiechem.
- Masz rację, świnia. Chociaż nie... To nie jest zbyt dobre porównanie. Świnia niekiedy umie bardziej kochać niż człowiek. Tak to już bywa na tym świecie. Ale to nieważne. Pokłóciłam się z Joshem i powiedziałam mu, co o nim myślę. Później poszedł ze mną do sądu. Tam dostaliśmy rozwód i to bez większych trudności, a następnie on ruszył w świat, a ja zostałam. Widziałam go jeszcze parę razy, ale głównie kontaktowaliśmy się przez telefon. Josh czasem pytał o syna. Był ciekaw, jakie postępy robi w nauce, czy chce zostać trenerem Pokemonów itd. Ale co tutaj dużo mówić... Zostawił mnie samą sobie. Ja zaś urodziłam Asha. I tak w wieku dziewiętnastu lat zostałam matką. Wcześnie. Za wcześnie. Nie miałam też nikogo bliskiego. Moja mama nie żyła, a na mojego ojca nie mogłam liczyć. Na szczęście profesor Oak nie zostawił nas samych. Zaopiekował się nami i pomagał, jak tylko mógł. Jest bogaty, więc nie miał z tym żadnych trudności. Trochę było mi głupio korzystać z jego pomocy, ale cóż... Potrzebowałam jej bardziej niż myślałam.
Pani Ketchum spojrzała potem na mnie i dodała:
- Nazwisko męża zachowałam. Nie umiałam wrócić do panieńskiego, bo to było nazwiskiem mojego ojca... Człowieka, który zrobił mi większą krzywdę niż Josh. Bo Josh przynajmniej mnie kochał. Jakiś czas tylko, to prawda, ale zawsze kochał. A mój ojciec już nie. Dlatego z dwojga złego wolałam nazwisko męża.
- Rozumiem - pokiwałam głową i spojrzałam na panią Ketchum - To bardzo smutna historia.
Kobieta uśmiechnęła się do mnie wesoło.
- Tak, ale ma jednak szczęśliwe zakończenie, bo mój syn już prawie dorósł, związał się z cudowną dziewczyną, jest Mistrzem Pokemon, a także przeżył wiele niesamowitych przygód. Nie powtórzył żadnego mojego błędu ani też nie poszedł w ślady swojego ojca. A teraz wrócił, żeby rozpocząć nowy etap w swoim życiu. Wszystko pięknie, jednak ta wizja ma niestety, także pewien smutny akcent.
- Jaki?
- Widzisz... Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że kiedy mój mały Ash zaczyna wreszcie żyć tak, jak mu tego zawsze z całego serca życzyłam, opuszcza mnie.
- Przecież wrócił do pani.
- Nie rozumiesz, kochanie. On wrócił do domu, to prawda. Ale nie jest już moim małym synkiem, który potrzebuje mamy, aby żyć. On już jest teraz dorosłym mężczyzną. No, prawie dorosłym, ale wiesz, o co mi chodzi. W tej chwili bardziej potrzebuje ciebie niż mnie. Jeśli dalej będziecie razem, na co liczę, to kiedyś się pobierzecie, założycie własną rodzinę, a ja nie będę wam potrzebna.
- Proszę nawet tak nie mówić, pani Ketchum...
- Prosiłam cię, żebyś mówiła do mnie Delio...
Przełknęłam lekko ślinę, po czym odważyłam się i powiedziałam:
- Delio... Proszę nawet tak nie mówić... Zawsze będzie pani dla nas... To znaczy, TY będziesz dla nas bardzo ważna. Ash cię kocha i zawsze będzie kochał. A jeśli przestanie kiedyś kochać, to wówczas będzie miał ze mną do czynienia.
Delia zaśmiała się wesoło i przytuliła mnie ponownie.
- Jesteś bardzo kochana, Sereno. No, ale my tutaj gadu-gadu, a ciasteczka za chwilę się spalą na węgiel, jak ich nie wyjmiemy z piekarnika.
Obie szybko więc wyjęłyśmy blachę z ciastkami i położyłyśmy ją na oknie, aby ciastka ostygły.
- Zdążyłyśmy w samą porę - powiedziałam.
- Tak, to fakt - zaśmiała się Delia - Chodźmy powiedzieć reszcie, że za chwilę będą łakocie.
- Dobrze. Chodźmy więc.
Gdy poszliśmy w stronę salonu, to zauważyłam na lodówce zdjęcie w ramce. Zainteresowana wzięłam je do ręki. Fotografia przedstawiała Delię Ketchum tulącą do serca małego Pikachu. Dopiero po chwili zorientowałam się, że tym Pikachu jest tak naprawdę niemowlak płci męskiej ubrany w śpioszki przypominającego tego Pokemona.
- Czy to Ash?! - zaśmiałam się radośnie pokazując kobiecie zdjęcie.
Delia spojrzała na nie i pokiwała głową na znak, że tak.
- Tak, to właśnie on. Tutaj, na tym zdjęciu ma roczek. Wiesz, to był jeden z najpiękniejszych okresów mojego życia. Szkoda tylko, że Ash już nie jest moim małym syneczkiem. Oczywiście z drugiej strony wiedziałam, że nie może być nim wiecznie. Pogodziłam się już z tym, ale czasem... Sama rozumiesz... Wspomnienia są zbyt silne.
Uśmiechnęłam się do kobiety ze zrozumieniem.
Delia zaś odłożyła zdjęcie na lodówkę, a potem poszłyśmy do salonu, gdzie oznajmiliśmy radosną nowinę o ciastkach. Ash na samą wieść o nich aż się oblizał. No cóż, zawsze lubił łakocie, jednak ani ja, ani Delia Ketchum nie zamierzałyśmy mieć mu to za złe.
Niestety, kiedy tylko wróciłam do kuchni po łakocie dla moich przyjaciół, to doznałam szoku.
Ciastka zniknęły.

***


- Przyjrzyjmy się uważnie całej sprawie - powiedział Ash poważnym tonem, kiedy poszliśmy wszyscy razem do kuchni, aby zbadać zaistniałą sytuację - Mam rozumieć, że kiedy obie wyszłyście z pokoju, to wszystkie ciastka były na swoim miejscu?
- Jak najbardziej - powiedziałam, a Delia pokiwała głową na znak, że się ze mną zgadza.
Ash powoli zatarł ręce.
- Właśnie... Biorąc pod uwagę, że w tym domu, poza naszą wesołą kompanią nikogo nie ma... A nikt z nas raczej nie mógł ich wziąć... Bo przecież ja, Clemont i Bonnie cały czas siedzieliśmy w salonie, a wy dwie byłyście w kuchni. A wierzę wam, że żadne z was ciastek nie zjadło.
- No, mam taką nadzieję - powiedziała nieco nadąsanym tonem mama Asha.
Chłopak jednak nie przejął się tymi słowami, ani tym bardziej tonem, w jakim zostały wypowiedziane, po czym mówił dalej:
- W takim razie musiał je zjeść ktoś spoza naszego grona. A to oznacza, że należy przeprowadzić małe śledztwo w tej sprawie. To zaś z kolei prowadzi nas do konkluzji...
- Gdzie on się nauczył takich dziwnych, naukowych słów? - zapytała mnie zdumiona Bonnie.
- Ja tam nie wiem. Pewnie znowu dobrał się do naukowych książek Clemonta - odpowiedziałam jej po cichu.
- Do konkluzji mówiącej, że trzeba rozpocząć śledztwo w tej sprawie - mówił dalej mój chłopak - A jak śledztwo, to potrzeba do niego najlepszego detektywa w całej Alabastii.
- Świetnie! - pisnęła zadowolona Bonnie klaszcząc w dłonie, po czym dodała: - A tak konkretnie, to kogo masz na myśli?
- Zaraz się dowiecie.
Ash pobiegł nagle po schodach na górę i już po chwili wrócił ubrany w długi, brązowy płaszcz w delikatną kratę oraz ładną czapkę tego samego koloru. W dłoni zaś trzymał lupę. Wiedziałam już, za kogo się przebrał. Za Sherlocka Holmesa. Co najśmieszniejsze, Pikachu miał na sobie podobny strój, składający się z peleryny i czapki słynnego angielskiego detektywa. Obie te części jego garderoby były koloru zielonego i w kratę.
- Ta dam! Przedstawiam wam oto najlepszego detektywa Alabastii, Sherlocka Asha! - zawołał radośnie mój chłopak.
- Pika-pi! - pisnął radośnie Pikachu, podskakując radośnie w górę.
- Sherlocka Asha? - zapytałam z lekkim politowaniem w głosie.
- Nazwa może dziwna, ale przynajmniej jest lepsza od tych, które mój brat nadaje swoim wynalazkom - wtrąciła się Bonnie.
- Wiecie, chciałem nadać sobie imię Ash Holmes, ale nie brzmiało to nazbyt ciekawie ani dumnie - tłumaczył się mój chłopak - A tak jest chyba w porządku, a przynajmniej ja tak myślę.
- No dobrze, mój drogi panie Sherlocku Ashu. Co zamierza pan zrobić, żeby rozwikłać sprawę zaginionych ciasteczek? - zapytałam.
- To bardzo dobre pytania, kochana Serono. Odpowiedź na nie brzmi... że nie mam bladego pojęcia.
Wszystkich załamała nas jego odpowiedź, jednak już po chwili Ash zaczął się śmiać.
- Przepraszam, nabrałem was. Tak naprawdę doskonale wiem, co powinniśmy zrobić w tej sprawie. Zacznijmy od zbadania miejsca zbrodni.
- Zbrodni? - zapytałam z lekką ironią w głosie.
- Tak, złotko, zbrodni. Kradzież jest bowiem przestępstwem, przestępstwo to zbrodnia, a więc reasumując, miejsce kradzieży ciasteczek jest miejscem zbrodni - odpowiedział mi Ash.
- Niech ci będzie, ale jak zamierzasz je zbadać?
- Przyglądając mu się uważnie. Pikachu, przyjacielu! Bierzemy się do pracy!
- Pika-chu! - zawołał radośnie jego asystent.
Już po chwili, obaj zaczęli wędrować po kuchni oglądając bardzo dokładnie wszystko i z naprawdę niezwykłą uwagą, przy czym Ash posługiwał się wówczas szkłem powiększającym, a Pikachu jedynie własnymi oczami.
Patrzyliśmy na to wszystko z uwagą i przez bardzo długi czas żadne z nas się nie odzywało, żeby im nie przeszkadzać.
- Hmm... To interesujące! - powiedział Ash.
- Co takiego? - zapytałam.
- W kuchni jest pełno jakiś podejrzanych odcisków palców. Będę więc musiał prosić Clemonta, aby porównał linie papilarne wszystkich obecnych osób w tym domu, żeby się dowiedzieć, do kogo one należą.
Spojrzałam na niego z politowaniem i powiedziałam:
- Nie musisz się trudnić, bo one należą do mnie i do twojej mamy!
- Do was? - zdziwił się Ash.
- Zgadza się! Siedziałyśmy obie w tej kuchni i piekłyśmy ciasteczka, więc to chyba jasne, że wszędzie znajdziesz nasze odciski palców. No i wszystkie odciski, które tu widzisz, należą do nas. I wypraszam sobie, że niby są one podejrzane.
Ash zasępił się lekko słysząc moje słowa.
- Tak, te odciski to rzeczywiście słaby punkt śledztwa.
- Pika-pika - mruknął załamany Pikachu.


Nagle mój chłopak rozpromienił się i zaczął obserwować blachę, na której zostawiłyśmy ciastka.
- Hmm... To bardzo interesujące.
- Co masz na myśli? - zapytałam z zainteresowaniem.
- Na tej blasze do pieszczenia również widać wasze odciski palców, ale są tuż też jakieś inne ślady... Jakieś... Dość nietypowe...
- Jak to, nietypowe?
- Sama zobacz.
Podeszłam więc do blachy i wzięłam od Asha szkło powiększające, po czym przyjrzałam się uważnie temu tzw. miejscu zbrodni. Faktycznie, widniały na nim jakieś dziwne ślady, jakbyś ktoś je podrapał.
- Masz rację, tu są jakieś dziwne ślady - powiedziałam.
Clemont podszedł do nas i również przyjrzał się blasze.
- Tak... Rzeczywiście, dość niezwykłe.
- Zupełnie jakby ktoś tę blachę podrapał - rzekł Ash.
- I to bynajmniej nie człowiek - wtrącił nagle Clemont - Człowiek drapiący coś nie zostawiłby takich śladów. Palce jego są inaczej rozłożone. A poza tym ten, kto by to podrapał, musiałby mieć wielką siłę fizyczną, aby móc to zrobić.
Ash z ciekawości wziął nagle do ręki blachę, po czym próbował ją podrapać paznokciami. Bezskutecznie. Clemont i Bonnie podeszli, żeby zrobić to samo, ale ich próby również zakończyły się niepowodzeniem.
- Niezwykłe - powiedział Ash drapiąc się po brodzie - To oznacza, że ktoś, kto podrapał tę blachę, nie jest człowiekiem.
- Ale po co ktoś miałby drapać moją blachę, synku? - spytała Delia Ketchum.
- Nie mam pojęcia, mamo. Ale ktokolwiek to jest, dowiemy się tego.
- Sądzę, że to mógł zrobić Pokemon - rzekł Clemont.
- Pokemon? - zapytałam zdumiona.
- Tak. Ten człowiek nie zostawi takich śladów, ale Pokemon i owszem. Tylko który?
Ash zastanowił się przez chwilę, po czym powiedział:
- Mamo, zawołaj tu, proszę, Mr. Mime’a. Chciałbym go o coś zapytać.
- Dobrze, synku.
Mr. Mime po chwili podszedł do nas. Ash wówczas spojrzał na niego uważnie i powiedział groźnym tonem:
- No dobra, Mr. Mime. Gadaj tu natychmiast, dlaczego zjadłeś ciastka mojej mamie?!
- Mi-me! Mi-me! Mi-me! Mi-me! - zaczął krzyczeć Pokemon machając przy tym przerażony rękami.
- Ash, bardzo cię proszę! Nie krzycz na niego! - oburzyła się pani Ketchum - Przecież nawet nie masz pewności, że to on.
- Właśnie! - dodałam oburzonym tonem - Nie możesz nikogo oskarżać bez dowodu!
- Dowodu, powiadasz? A czy to wystarczy za dowód?
To mówiąc, Ash dotknął palcem kącika ust Pokemona, a potem podsunął mi ów palec pod nos.
- Widzisz? To są ślady czekolady. Jeszcze świeże, co oznacza, że przed chwilą wcinał coś, co miało w sobie dużo czekolady.
Razem z Delią przyjrzałam się palcowi Asha oraz kącikom ust Mr. Mime’a. I faktycznie, były na nim widoczne ślady czekolady.
- No dobrze, Mr. Mime. Pokaż zęby... Pokaż nam zęby, kochanie... - rzekła Delia Ketchum głosem spokojnym, acz stanowczym.
Mr. Mime początkowo wzbraniał się przed tym, ale ostatecznie wyszczerzył swe zęby. Wyraźnie było widać między nimi niewielkie, brązowe ślady. Ciastka bowiem, które piekłyśmy, zawierały w sobie bardzo dużo kawałków czekolady i posiadały tę właściwość, że zostawiały na zębach dowód na to, iż ciastka z nimi były nie tak dawno jedzone.
- No i mamy naszego złodzieja! - powiedziała Bonnie zadowolonym tonem - Ash, jesteś niesamowity.
Pokemon jednak zaczął głośno piszczeć oraz krzyczeć coś w swoim własnym języku, prócz tego machał rękami na znak protestu.
- Co on mówi? - zapytała Bonnie.
- Nie mam pojęcia. Chyba, że jest niewinny, ale niestety, nie znam języka Pokemonów - odpowiedziała pani Ketchum.


Zrozumiałyśmy wówczas, że możliwość przesłuchania świadka będzie raczej trudna ze względu na dość duża barierę językową pomiędzy nami a nim samym.
Problem ten jednak postanowił rozwiązać Clemont.
- Chętnie wkroczę do akcji! - zawołał zadowolonym tonem - Pamiętajcie, że dzięki nauce przyszłość mamy dziś! Włączam zestaw Clemonta!
To mówiąc, wyjął z plecaka jakiś niewielki przedmiot przypominający kostkę do gry z małym radarem oraz ekranikiem komputera.
- Zbudowałem to urządzenie, gdyż przewidziałem, że znajdziemy się prędzej czy później w takiej oto sytuacji - powiedział zachwyconym tonem - Nazwałem ją „Komputerowy tłumacz języka Pokemonów“!
- Tłumacz języka Pokemonów - jęknęłam załamana znowu oczywistą nazwą.
- Nobla za nazwę na pewno nikt ci nie da - mruknęła Bonnie.
- Ale ekstra! Nauka jest niesamowita! - zawołał zadowolony Ash, jak zwykle zresztą na widok wynalazków Clemonta.
- Jak już sama nazwa wskazuje, ten oto wynalazek tłumaczy wszystkie języki Pokemonów bez względu na ich dialekt, na nasz ludzki język - mówił dalej nasz przyjaciel - Jest on po prostu niezawodny. Chyba zgłoszę się z tym cacuszkiem do urzędu patentowego.
- Pod warunkiem, że to cacuszko nie wybuchnie ci prosto w twarz - mruknęła złośliwym tonem Bonnie.
- Tak czy inaczej, zamierzam skorzystać z tego wynalazku - powiedział Ash, klepiąc swojego kompana pocieszająco po ramieniu - A więc do dzieła, Clemont. Pokaż, że nauka naprawdę jest niesamowita.
- Z przyjemnością to zrobię, mój ty kompanie!
To mówiąc, starszy brat Bonnie uruchomił swoje urządzenie i zbliżył je do Mr. Mime’a. Chwilę później Pokemon zaczął coś mówić, a na ekranie urządzenia się ukazał napis.
- Co tam pisze, Clemont? - zapytałam z zainteresowaniem.
- Mr. Mime twierdzi, że i owszem, był w ogrodzie i pracował, kiedy nagle zobaczył ciastka, które Serena i pani Ketchum zostawili na oknie. Nie mógł się im oprzeć, bo po prostu uwielbia wypieki mamy Asha, dlatego też sięgnął ręką i zjadł jedno ciastko.
- Jedno, tak? - zakpiła sobie Bonnie - To czemu zniknęły wszystkie?
- On tego nie wie. Zjadł jedno i wrócił do pracy - mówił dalej Clemont i nagle się przestraszył.
Jego urządzenie zaczęło bowiem syczeć i buczeć.
- No dobrze, Clemont. Ja mu wierzę. Możesz wyłączyć swoje urządzenie - powiedział Ash nie widząc, co się dzieje.
- Jest jeden problem... Nie wiem, jak - jęknął przerażony Clemont.
A miał powód do tego, żeby być przerażonym, w końcu urządzenie zaczęło dymić, syczeć i buczeć. Nie był to widok przyjemny dla nikogo z nas. Jako, że mieliśmy już doświadczenie z takimi sytuacjami, to doskonale wiedzieliśmy, co się zaraz stanie.
- Clemont, wyłącz to! - wrzasnęła Bonnie.
- Próbuję, ale nie umiem! - krzyknął Clemont.
Jakiś czas później, jego urządzenie wybuchło, a cała nasza niewielka grupka skończyła w sadzy.
- No i oto kolejny badziewny złom wyleciał w powietrze - mruknęła bardzo złośliwie Bonnie.
- Dlaczego?! Dlaczego?! Dlaczego?! - płakał bardzo załamany Clemont, tuląc do siebie szczątki swego dzieła.


- No trudno, nie ma to tamto - rzekł Ash poważnym tonem, otrzepując się z sadzy - Skoro Mr. Mime nie ukradł wszystkich ciastek, a tylko jedno, to musimy wrócić do śladów na blasze.
- Może już dawno zostały wyskrobane? - zasugerowałam.
- Niemożliwe. Przecież zauważyłabym to - nie zgodziła się ze mną pani Delia Ketchum - W końcu używam jej niemalże codziennie.
- Tak, musiały więc powstać dzisiaj - stwierdził Ash i zaczął dość nerwowo przechadzać się dookoła kuchni pogrążony w myślach.
Kilka minut później spojrzał w kierunku okna i nagle uderzył pięścią w swoją dłoń wołając:
- Już wiem!
Podbiegł znowu do blachy i przyjrzał się jej bardzo uważnie. Potem spojrzał ponownie w kierunku okna mówiąc:
- Teraz już wszystko jest jasne. Jeżeli się nie mylę, to tak za jakąś godzinkę będziemy mieli naszego złodziejaszka w garści.
Spojrzał na mnie i na swoją mamę.
- Mamo, Sereno! Mogłybyście upiec jeszcze więcej ciasteczek?
- Oczywiście, że tak, kochanie - odpowiedziała Delia Ketchum.
- Ale niby po co mamy to robić? - zapytałam zdumiona.
Ash zatarł zadowolony ręce i uśmiechnął się szatańsko:
- Ponieważ zamierzam zastawić zasadzkę na naszego złodziejaszka. A ciastka będą przynętą na niego.

***


Ponieważ dzielny Sherlock Ash nie miał najmniejszego zamiaru powiedzieć nam, co planuje, ja i Delia upiekłyśmy w miarę możliwości naprawdę dużo ciastek i położyłyśmy je na blasze.
- Czy zostawiłyście może otwarte okno, moje panie? - zapytał Ash, kiedy już schowaliśmy się za blatem.
- Oczywiście, że tak, synku - odpowiedziała mu jego mama.
- Ale nadal nie rozumiem, po co się bawimy w takie hece - zapytałam nieco zdumiona.
- Dowiesz się wszystkiego, ale w swoim czasie - odpowiedział mi na to Ash z tajemniczym uśmiechem na twarzy - Clemont, mam nadzieję, że twoja pułapka jest zastawiona?
- No jasne, że tak - powiedział Clemont z tajemniczym błyskiem w oczach - Choć ja też niewiele z tego wszystkiego rozumiem.
- I nie musisz, mój przyjacielu. I nie musisz. Wszystkiego się dowiesz, kiedy wreszcie złapiemy ptaszka na gorącym uczynku.
Ledwie to powiedział, a zaczął się nagle śmiać.
- Co ci się stało? - zapytałam zdumiona.
- He he he! Ptaszka... He he he!
- Niby co jest śmiesznego w tym słowie? - zdziwiła się Bonnie.
- Zaraz zobaczysz.
Kilka minut później w otwartym oknie ukazał się ptasi Pokemon.
- To Pidgeotto! - powiedziałam.
- Właśnie - uśmiechnął się Ash - Zaraz zobaczycie, co zrobi.
Chwilę później Pidgeotto zaczął szybko zjadać ciastka. Pożarł wszystkie i to na naszych oczach. Przez chwilę chciałam wybiec ze swojej kryjówki zza blatu, jednak Ash mnie powstrzymał gestem dłoni, abym tego nie robiła.
- Spokojnie, złotko. Spokojnie. Musi zjeść je wszystkie, żeby nasza pułapka zadziałała.
- Ale my tak się nad nimi namęczyłyśmy! - powiedziałam załamanym głosem - I po co? Po to, aby jakiś złodziejaszek je nam wszystkie zjadł?
- Nie wiedziałam, że moje ciastka cieszą się taką popularnością - rzekła ze zdumieniem Delia Ketchum.
- Mamo, czy zawsze jak pieczesz ciastka, to zostawiasz je w otwartym oknie? - zapytał Ash.
- Ależ naturalnie, synku. Inaczej by one tak szybko nie ostygły. A poza tym kuchnia musi wywietrzeć od zapachu pieczenia.
- No właśnie, mamo. Zapach twoich ciasteczek ściągnął tutaj Pidgeotta, który natychmiast postanowił je zjeść.
- Ale jak wyczuł ich zapach? - zapytała Bonnie zainteresowana tym, co mówił Ash.
- Ależ to bardzo proste. Zauważyłem przez okno, że ma on swoje gniazdo na drzewie rosnącym niedaleko. Zapach więc nie musiał daleko lecieć, aby dotrzeć do jego nosa.
- Ekhem... Ptaki nie mają nosa - rzekł przemądrzałym tonem Clemont.
- Przecież wiem. Po prostu źle się po prostu wyraziłem! - mruknął Ash bardzo niezadowolony, że ktoś mu przerywa - No, to trafił do jego nozdrzy, które ma w dziobie. Ale mniejsza już o biologię. Ważne, że zaraz zadziała pułapka Clemonta.


Gdy tylko ptasi Pokemon zjadł wszystkie dziesięć ciastek zostawionych na przynętę, nagle zaczął mu lecieć dym z dzióbka, a on sam zaczął dziko piszczeć z przerażenia, po czym poderwał się do lotu i odleciał stąd. Ash wówczas radośnie wyskoczył ze swojej kryjówki i podbiegł do Clemonta, radośnie przybijając sobie z nim piątkę.
- Hurra! Udało się nam! - zawołał wesoło Ash.
- Pika-pika! - krzyczał doniośle Pikachu.
- Więcej się tu drań nie pokaże! - dodał radośnie Clemont, wykonując wraz z moim chłopakiem dookoła kuchni coś w rodzaju tańca zwycięstwa.
- Przepraszam, że przerywam wam pokaz, primabaleriny, ale może mi ktoś w końcu powie, o co tutaj chodzi? - zapytałam nieco zła tym, co oni właśnie robili.
Ash i Clemont zarumienili się delikatnie niczym dzieci przyłapane właśnie na niegrzecznym zachowaniu.
- Ekhem... No tak, rzeczywiście - powiedział Clemont zakłopotanym głosem - Chyba powinniśmy to wszystko wytłumaczyć.
- Słusznie, przyjaciela. Serenie należą się wyjaśnienia - rzekł Ash.
- Nie tylko jej. Nam wszystkim chyba jesteś coś winien, panie detektywie - mruknęła Bonnie.
Ash więc uśmiechnął się radośnie i powiedział:
- A zatem sprawa wygląda tak: kiedy nasz drogi Mr. Mime przyznał się do kradzieży jednego ciastka, ale nie chciał potwierdzić faktu, że zjadł je wszystkie, to zacząłem znowu myśleć o tych dziwnych śladach zadrapania na blasze. Wówczas zobaczyłem za oknem na drzewie Pidgeotta i wszystko stało się dla mnie jasne. Te ślady zostawił on. To są ślady jego szponów. Spójrzcie sami. Zostawił teraz takie same.
Mówiąc to, Ash podsunął nam pod nosy blachę po ciastkach. Rzeczywiście, obok starych zadrapań były nowe. Wówczas przypomniałam sobie, jakie szpony posiadał Pokemon, którego właśnie widziałam. Tak, Ash się nie mylił. To ten ptasi złodziejaszek musiał ukraść ciastka, a raczej nie tyle ukradł, co zjadł je wszystkie na miejscu i odleciał jakby nigdy nic. Teraz również rozumiałam, czemu to nasz detektyw zaczął chichotać mówiąc, że złapiemy ptaszka na gorącym uczynku.
- Ash, synku. Nie wiedziałam, że z ciebie taki bystry detektyw - powiedziała z dumą pani Ketchum, przytulając czule syna.
- Wystarczy tylko dobrze przeczytać przygody Sherlocka Holmesa, kochana mamo - odpowiedział Ash czerwieniąc się na twarzy jak burak.
- No dobrze, ale czemu miała służyć ta cała zasadzka? - zapytałam po chwili.
- Właśnie. I czemu niby Pidgeotto uciekł stąd jak oparzony? - dodała równie, co ja, zaciekawiona Bonnie.
Ash i Clemont wymienili porozumiewawcze spojrzenie.
- Za to musisz już podziękować swojemu bratu, Bonnie - powiedział z dumą w głosie mój chłopak.
- Jak to? - zdziwiła się dziewczynka.
- A tak to, że Clemont niedawno przedstawił mi swoje najnowsze kulinarne dzieło.
- Dokładnie tak - przerwał Ashowi Clemont i sam dokończył tę wypowiedź - Nazywa się ono „Niesamowicie ostra przyprawa do zupy“.
Obie z Bonnie zrobiłyśmy minę dowodzącą, że nazwa znowu jest aż nazbyt oczywista.
- Niesamowicie ostra, powiadasz? - zapytałam.
- Dokładnie. Wystarczyło potem dodać je do nadzienia do ciastek i Pidgetto, gdy je zjadł, poczuł ich piekący smak, który sprawił, że uciekł stąd jak niepyszny. Myślę, że drugi raz się zastanowi, zanim znowu coś pani ukradnie, pani Ketchum!
Delia uśmiechnęła się wesoło do Clemonta, gdy to usłyszała.
- To miło z twojej strony, że nam pomogłeś, ale mimo wszystko żal mi nieco tego ptaszka. Taki amator moich wypieków nie trafia się codziennie.
- Nie niepokój się, mamo. Ja tam zawsze bardzo chętnie zjem wszystko, co ugotujesz - wtrącił Ash i nagle złapał się rękami za brzuch - A propos gotowania... Skoro sprawa została już rozwiązana, to musimy teraz zająć się kolejną.
- Niby jaką? - spytałam, patrząc na niego uważnie.
- Co zjemy dziś na obiad?
Jęknęłam lekko łapiąc się za głowę.
- A ty znowu o jedzeniu! - powiedziałam załamanym tonem.
- No co? Rozwiązywanie zagadek wzmaga apetyt.
Wtedy poczułam, jak i mnie dziko burczy w brzuchu. Chwilę później nam wszystkim już burczało.
- He he he! Nie da się ukryć! - zaśmiała się Bonnie.

***


Gdy nadeszła pora na spoczynek, to wszyscy udaliśmy się do pokoju Asha, który odstąpił mnie i Bonnie swoje łóżko, Clemontowi zaś ofiarował śpiwór, żeby mógł on wygodnie się wyspać. Sam natomiast rozłożył sobie hamak.
- Nie ma co... Ten dzień był naprawdę niezwykły - powiedziała Bonnie, gdy już przebraliśmy się w piżamy.
- Zgadzam się z tobą, Bonnie - odpowiedział jej Clemont - Moim zdaniem nie powinien zaniedbywać swoich talentów detektywistycznych i je rozwijać.
- Właśnie. Ash, ty jesteś naprawdę wspaniałym detektywem - powiedziałam z uśmiechem na twarzy.
Ash zarumienił się lekko na sam dźwięk tych słów.
- Dziękuję, Sereno, ale prawdę mówiąc to była prosta sprawa. Każdy by sobie z nią poradził.
- Ośmielę się nie zgodzić - wtrąciła się Bonnie - Moim zdaniem, ty byłeś po prostu wspaniały. Dedenne też tak uważa, prawda, Dedenne?
- De-de-ne-ne! - zapiszczał wesoło jej stworek.
- Pika-chu! - zawołał Pikachu.
Ash spojrzał na nas radośnie i powiedział:
- Dziękuję wam, przyjaciele. Obiecuję wam, że jeszcze niejeden raz detektyw Sherlock Ash wkroczy do akcji, ale tylko pod warunkiem, że zechcecie mu pomóc w rozwiązywaniu spraw.
- No pewnie, że zechcemy! - zawołałam wręcz radosnym tonem - Mój panie Sherlocku, może już mnie pan zwerbować na swoje usługi.
- Świetnie! A zatem mianuję cię dzisiaj swoim osobistym drugim asystentem, doktorze Sereno Watson.
- Super! Tylko dlaczego drugim?
- Bo pierwszym jest już Pikachu.
- Pika-chu! - zachichotał radośnie Pikachu, skacząc na ramię swego trenera.
- Ale nic się nie bój, Sereno. Oboje będziecie mi na pewno bardzo pomocni, jestem tego pewien.
- Ja także jestem pewna - powiedziałam radośnie - Damy sobie radę, prawda, Pikachu?
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- My także chcemy do was dołączyć! - zaśmiał się Clemont.
- No właśnie! - dodała radośnie Bonnie.
- No i tym lepiej! - Ash rozpromienił się cały na twarzy - Im nas więcej, tym weselej. Pikachu, ty w naszej drużynie będzie Mycroftem Holmesem, genialnym matematykiem oraz bratem Sherlocka. Clemont, ty zaś będziesz w naszym klubie inspektorem Lestradem. A ty, Bonnie, będziesz profesorem Moriartym.
- Ale przecież on był tym złym i wrogiem Holmesa - zauważyłam, gdy mój ukochany to powiedział.
Ash jednak nie tracił animuszu.
- No i co z tego? U nas może być dobry.
- No właśnie! Mnie tam się to podoba! Profesor Bonnie Moriarty! To brzmi dumnie! - piszczała zadowolona Bonnie.
Mój chłopak zaśmiał się i chwilę później wyciągnął dłoń w naszym kierunku. Zrozumieliśmy niemal natychmiast, o co mu chodzi, ponieważ chwilę później ja, Clemont, Bonnie oraz Pikachu położyliśmy na niej swoje dłonie.
- Przyjaciele, obiecajmy sobie coś. Przysięgnijmy sobie teraz, że zawsze jako detektywi będziemy służyć dobru, a także pokonywać zło bez względu na to, jak groźne by ono nie było.
- Przysięgamy! - zawołaliśmy wszyscy chórem.
- Doskonale, moi kochani - mówił dalej Ash, któremu się udzielił uroczysty nastrój chwili - A teraz obiecajmy sobie, że jako detektywi oraz jako zwykli ludzie, będziemy zawsze nawzajem się wspierać i nigdy, ale to nigdy nie przestaniemy być przyjaciółmi.
- Zgoda! - powiedziałam bez chwili wahania.
Clemont, Bonnie i Pikachu również potwierdzili chęć złożenia takiej jakże pięknej przysięgi.
- A zatem... Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! - powiedział radośnie Ash i zaraz potem dodał: - Przysięgam!
- Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! Przysięgam! - zawołałam. 
- Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! Przysięgam! - rzekł Clemont dość uroczystym, choć też i wesołym tonem.
- Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! Przysięgam! - zapiszczała bardzo szczęśliwym głosem Bonnie.
Pikachu również powtórzył tę przysięgę, ale w swoim własnym języku.
Gdy tylko nasze dłonie się rozłączyły, zrozumieliśmy, że staliśmy się niczym czterej muszkieterowie służby detektywistycznej. Poczułam wtedy, że cokolwiek by miało mieć miejsce, to ta oto przysięga, którą złożyliśmy, będzie dla nas zawsze wiążąca, ponieważ nie była ona jedynie elementem zabawy, ale czymś znacznie więcej, bo deklaracją prawdziwej przyjaźni i to aż po grób, a nawet jeszcze dłużej.


                                                                            KONIEC








Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...