środa, 20 grudnia 2017

Przygoda 001 cz. I

Przygoda I

Sprawa zaginionych ciasteczek cz. I


- Cześć, regionie Kanto! Ash z Alabastii nareszcie wrócił zwycięzcą, tak jak to kiedyś ci zapowiedział!
Takim oto triumfalnym i zarazem bardzo dzikim krzykiem Ash przywitał się ze swoją ojczyzną, kiedy wysiadał z samolotu.
- Czemu tak krzyczysz? - zaśmiała się Alexa, która to jako pierwsza z naszej wesołej gromadki wyszła za moim chłopakiem.
- Po prostu jestem szczęśliwy, że znowu widzę rodzinne strony. Poza tym chcę, żeby wszyscy dowiedzieli się, jakie szczęście mnie spotkało! - odpowiedział jej Ash głosem pełnym zapału.
- Jak będziesz tak wrzeszczał, to na pewno wszyscy się dowiedzą - mruknęła z lekkim politowaniem w głosie Bonnie, dołączając do nich.
- Nie przesadzaj, Bonnie - zaśmiałam się lekko, powoli opuszczając samolot - Ash zasłużył na to, aby móc sobie nieco powrzeszczeć.
- Dokładnie - dodał Clemont, stając obok młodszej siostry - Poza tym, jakby nie patrzeć, to my wszyscy powinniśmy być podekscytowani, że znaleźliśmy się w tym miejscu o tej porze.
- Co niby w tym ekscytującego? Miasto jak miasto - mruknęła panna Meyer, rozglądając się dookoła.
- To nie jest jakieś pierwsze lepsze miasto! To jest moje rodzinne miasto! To Alabastia! A ja wracam do niej jako zwycięzca! - zawołał radośnie Ash - I dlatego właśnie uważam, że mam prawo krzyczeć, ile tylko sił w płucach.
- Popieram! - zaśmiałam się radosnym tonem - Prawdę mówiąc, to ja również chcę pokrzyczeć!
Jak powiedziałam, tak zrobiłam i już po chwili, złożywszy dłonie w trąbkę, zawołałam przez nie:
- Cześć, Alabastio! Jestem Serena i przybyłam tu z moim chłopakiem, który niedawno został Mistrzem Pokemon!
Uważne spojrzenia ludzi wokół nas dały mi jasno do zrozumienia, że nasze okrzyki zwróciły uwagę osób kręcących się po lotnisku, jednakże zdegustowane miny niektórych pań i panów wyraźnie wskazywały na to, iż nasze dzikie wrzaski bynajmniej nie przypadły ludziom do gustu. Ale trudno, to już jest ich problem, nie nasz, pomyślałam sobie.
- Ależ wy macie energię! - zaśmiała się Alexa, powoli schodząc po schodkach samolotu na sam dół - Ale lepiej chodźcie, bo za chwilę zajdzie słońce, a my nie zdążymy dotrzeć do Centrum Pokemon przed zmrokiem.
- E! Nie ma wcale pośpiechu! Słońce nigdy nie zachodzi zbyt szybko - rzekł Clemont naukowym tonem, również schodząc po schodkach.
- Mimo wszystko lepiej chodźmy. Jakoś nie mam ochoty kusić losu i spać pod gołym niebem. A już na pewno nie po wycieczce samolotem - mruknęła Bonnie dołączając do brata, zaś Dedenne, siedzący sobie wygodnie w jej torbie, tylko to potwierdził.
Ja i Ash spojrzeliśmy na siebie wymownie, po czym złapaliśmy się za ręce, a następnie wesoło zbiegliśmy na sam dół, gdzie czekali już na nas przyjaciele.
Pierwszy dzień w regionie Kanto zapowiadał się fantastycznie.

***


Ponieważ podróż samolotem zajęła nam nieco czasu, a zachód słońca wbrew zapewnieniom Clemonta, pojawił się o wiele szybciej niż się go spodziewaliśmy, to wszyscy zgodnie uznaliśmy, iż dopiero następnego dnia ruszymy w kierunku domu Asha. Na razie cała nasza piątka zatrzymała się na noc w Centrum Pokemon, które znajdowało się w pobliżu lotniska. Na szczęście znalezienie w nim ładnego, pięcioosobowego pokoju nie stanowiło większego problemu, tym bardziej, kiedy znało się miejscową siostrę Joy, a Ash przecież ją znał. Sympatyczna pielęgniarka natychmiast ofiarowała nam klucze do pokoju i wzięła ze sobą nasze Pokemony, aby je zbadać. Jakoś tak godzinę później, podczas kolacji, oddała nam ona naszych podopiecznych, zawiadamiając przy tym, iż są oni zdrowi oraz nic im nie dolega.
- Dziękuję, siostro Joy. To jest najlepsza wiadomość, jaką mogliśmy usłyszeć - powiedział Ash, odbierając z rąk kobiety Pikachu, a z nim pokeballe z ukrytymi wewnątrz Pokemonami, które złapał w regionie Kalos.
Mój ukochany nie mógł się już doczekać chwili, w której pokaże je wszystkie profesorowi Oakowi.
- O tak, zgadzam się z tobą, Ash - zaśmiałam się, łapiąc mocno w objęcia mojego Fennekina.
- Najlepsze wiadomości to dobre wiadomości, jak mówi pewne stare i mądre przysłowie - powiedział Clemont, odbierając pokeballa z Chespinem.
- To niedokładnie tak szło, braciszku - rzekła przemądrzałym tonem Bonnie, odbierając swojego Dedenne.
- Nieważne, jak co szło. Ważne, że wszystko jest w porządku - odparła na to pojednawczym tonem Alexa, która też odebrała od pielęgniarki swoje Pokemony - Poza tym, lepiej wracajmy do kolacji, zanim ta nam wystygnie.
- Słusznie! Jak mamy się wyspać, to tylko z pełnym żołądkiem! - zaśmiał się Ash i ruszył biegiem w kierunku jadalni.
- To cały Ash - zachichotała Alexa i spojrzała na mnie - Będziesz miała z nim przechlapane, kiedy się już pobierzecie, Sereno.
Wiedziałam, że mówi żartem, dlatego odpowiedziałam jej dowcipnie:
- Nie wydaje mi się. Przynajmniej będę miała tę pewność, że zje wszystko, co mu ugotuję.
- Ale ty przecież nie umiesz gotować - zdziwiła się Bonnie.
Była to prawda, ale dla mnie nie stanowiła ona żadnego problemu.
- Nic nie szkodzi, zamierzam się nauczyć - powiedziałam.
- Jeśli chodzi o lekcje gotowania, to chętnie kilku ci udzielę - wtrącił radośnie Clemont.
- W takim razie będzie mnie szkolił sam mistrz - odpowiedziałam na to - Ale na razie darujmy sobie lekcje i chodźmy do jadalni, bo inaczej Ash wszystko nam zje.

***


Jakiś czas później byliśmy na miejscu, czyli w naszym pokoju. Były tam dwa piętrowe łóżka i jedno parterowe, które natychmiast zajęła Alexa. Clemont i Ash wybrali sobie piętrowe, podobnie jak ja i Bonnie. Ja spałam na górnym piętrze, zaś Bonnie na dolnym. Ash na swoim łóżku również wybrał górę, dzięki czemu przed snem nasze spojrzenia jeszcze nieraz się spotykały. Muszę tutaj gwoli ścisłości przyznać, że wybór Asha był motywowany nie tyle romantyzmem, co raczej takim praktycznym realizmem (a konkretnie, to realną oceną sytuacji). Clemont cierpi bowiem na lęk wysokości, więc spanie na piętrze w jego przypadku nie wchodziło w grę. Poza tym dość często wiercił się na łóżku i zdawało mu się z niego wypaść, dlatego uznał, że jeżeli ma zlecieć, to przynajmniej z jak najmniejszej wysokości i Ash przyznał mu rację. Bonnie natomiast było właściwie wszystko jedno, na jakiej wysokości będzie spać, dlatego łatwo się zgodziła, abym to ja zajęła górne łóżko, co sprawiło mi prawdziwą przyjemność.
Zanim jednak wszyscy położyliśmy się spać, to skorzystaliśmy z możliwości wzięcia gorącej kąpieli, na co podczas całej naszej podróży po regionie Kalos nie zawsze mogliśmy sobie pozwolić.
- Ach! Mówię wam, kochani, że nie ma to jak ciepły prysznic po męczących Mistrzostwach oraz długim locie samolotem - powiedział Ash, wychodząc powoli z łazienki w piżamie i ręczniku na głowie.
- Dodaj jeszcze do tego, że po bardzo obfitej kolacji - zachichotał Clemont, rozkładając się na swoim łóżku i wyjmując karty do gry - Nie wiem, jak ty możesz zasnąć z tak pełnym brzuchem.
- Lata praktyki, przyjacielu - odpowiedział mu Ash, sadowiąc się obok niego.
- Dobra, miło się gada, ale teraz pospieszcie się, moje panie, bo ja chcę zająć łazienkę i to na długo! - zawołała Alexa, patrząc na mnie i Bonnie.
Posłuchaliśmy więc jej rady i pobiegłyśmy obie do łazienki, aby wziąć kąpiel. Ja poszłam pod prysznic, natomiast Bonnie rozłożyła się wygodnie w wannie. Biorąc kąpiel poczułam, że muszę przyznać Ashowi rację. Przyjemnie było zmyć z siebie cały ten kurz i brud, jaki dość dużą warstwą ulokował się na mojej skórze podczas wyprawy do Alabastii.
Nie chcąc blokować łazienki Alexie, ja oraz Bonnie uwinęłyśmy się bardzo szybko, po czym owinięte w ręczniki wróciłyśmy do pokoju po piżamy. Alexa siedziała wtedy na swoim łóżku, bawiąc się aparatem fotograficznym, zaś Ash i Clemont grali sobie w wojnę, siedząc obaj na łóżku tego drugiego. Nasze wyjście z łazienki jednak nie uszło uwadze mojego chłopaka, który widząc mnie w dwóch ręcznikach (jednym na głowie, a drugim owiniętym wokół mojego ciała) zamarł z kartą w dłoni, popatrzył na mnie, po czym uśmiechnął się delikatnie na znak, że taki oto widok strasznie mu się podoba. Oddałam mu uśmiech jako odpowiedź, iż bardzo mnie jego opinia cieszy.
- Hej! Halo! Ziemia do Asha! Możesz już wrócisz do gry?! - zawołał nagle Clemont, machając przyjacielowi dłonią przed oczami.
- Co?! A tak, jasne! - zachichotał Ash - Wybacz, zamyśliłem się.
- Raczej zapatrzyłeś - zaśmiała się dowcipnie Bonnie - A jest rzeczywiście na co popatrzeć, jest. Twoja dziewczyna przebrana za Arabkę. Nie codziennie możesz podziwiać takie widoki.
Poczochrałam wesoło Bonnie włosy, gdyż jej żart bardzo mnie ubawił, po czym obie poszłyśmy za parawan przebrać się w piżamy. Tymczasem Alexa poszła do łazienki i zgodnie z zapowiedzią, nie było jej bardzo długo, bo aż czterdzieści minut. Gdy już wróciła, to Ash z Clemontem dalej grali w karty, a ja z Bonnie siedziałyśmy na łóżku i malowałyśmy sobie paznokcie u nóg.


- Nie wiem, po jakie licho wy dziewczyny malujecie sobie paznokcie u nóg - powiedział nagle ni z gruszki, ni z pietruszki Clemont.
- Żeby ładnie wyglądać, to jasne - zaśmiała się w odpowiedzi Alexa, która właśnie za parawanem przebierała się w piżamę.
- No właśnie - odpowiadałam, potwierdzając jej słowa.
- Ale przecież i tak paznokci u nóg nikt nie widzi, bo są zasłonięte butami - wymądrzał się dalej Clemont.
- Owszem, jednak nie zawsze tak jest i dlatego właśnie dziewczyna musi być przygotowana na sytuację, kiedy będzie mogła pokazać innym swoje paznokcie u nóg - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Właśnie. Wybacz, braciszku, ale w sprawach kobiecych jesteś kompletnym nieukiem - dodała Bonnie.
- I bardzo się z tego cieszę, wiesz?! - mruknął Clemont, a po chwili delikatnie zachichotał - Odezwała się dorosła kobieta. Sereno, obawiam się, że ty masz chyba zły wpływ na moja siostrę.
- I bardzo się z tego cieszę, że ona ma na mnie zły wpływ - rzekła Bonnie - A poza tym nie jestem dzieckiem, braciszku. Ja jestem już kobietą. Zobaczysz, już niedługo przyprowadzę do domu pierwszego chłopaka.
- Pierwszego i zarazem też ostatniego, bo to miłość od pierwszego wejrzenia i na całe życie - zachichotał Clemont, puszczając oczko Ashowi, a potem mnie.
Ash i ja zawtórowaliśmy mu śmiechem, ponieważ mimo wszystko żart ten, w połączeniu z pyskatymi słówkami Bonnie był naprawdę bardzo zabawny. Moja mała przyjaciółka jednak wcale nie uznała tego za dowcipne.
- Hej, nabijacie się ze mnie! To nie fair! Nie lubię was!
To mówiąc, usiadła pod ścianą i zrobiła minę dowodzącą, że właśnie obraziła się na cały świat.
Jakiś czas później wszyscy poszliśmy spać.
- Dobranoc, Sereno - rzekł Ash, spoglądając na mnie z uśmiechem ze swego łóżka.
- Dobranoc, Ash. Słodkich snów - odpowiedziałam mu i wyciągnęłam w jego kierunku rękę.
Mój chłopak natychmiast uczynił to samo, po czym nasze dłonie się ze sobą splotły i nie rozłączały aż do samego rana.

***


Puk-puk!
- Zajęte! - zawołałam wesoło stojąc w piżamie przed lustrem i robiąc sobie makijaż.
- Osoby okupujące właśnie łazienkę, proszone są o zaprzestanie tego czynu i opuszczenie pomieszczenia w trybie wręcz natychmiastowym - odpowiedział mi zza drzwi Ash wesołym tonem.
- W celu?
- W takim celu, żebym ja mógł umyć zęby.
- Poczekaj na mnie, proszę, kochanie. Jeszcze tylko chwilkę!
- Uhm. Tak, tak... Chwilkę, czyli jeszcze tak z pół godziny - odezwał się nagle niezadowolony głos Clemonta.
- Wszystko słyszałam! Clemont, dopiszę ci to do rachunku! - odparłam na to groźnym tonem (rzecz jasna, udawanym).
Na szczęście nie siedziałam w łazience aż tak długo, jak to zapowiadał mój przyjaciel, ale zaledwie kwadrans, dlatego też moi towarzysze podróży zdążyli się już przebrać z piżam w normalny ubiór, a gdy wyszłam, to Ash wparował szybko do łazienki, po czym zaczął myć zęby w trybie szybkim, ale zarazem i dokładnym. Sama nie wiem, jak mu się to udawało.
- A propos, wiecie, czym żołnierz myje zęby? - zaśmiała się Alexa.
- Nie, nie wiemy. Czym? - zapytałam z zainteresowaniem.
- Czym prędzej!
Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
- A więc widocznie Ash jest żołnierzem, bo ciągle w taki sposób myje zęby - powiedziałam wesoło.
- Słyszałem to! - zawołał z łazienki Ash.
Chwilę później, wszyscy zeszliśmy na dół, pożegnaliśmy się z siostrą Joy, której zwróciliśmy klucze od naszego pokoju, a następnie zadowoleni ruszyliśmy w swoją stronę.
- Obawiam się, że tutaj nasze drogi się rozchodzą - powiedziała jakąś chwilę później Alexa podchodząc do nas - Ty, Ash, na pewno chcesz iść do swojej mamy.
- Nie inaczej - odpowiedział jej zapytany - Zdążyłem się już za nią stęsknić.
- Pika-pika! - zapiszczał wesoło Pikachu.
- No, a ja chcę iść do laboratorium profesora Oaka, aby móc jak najszybciej przeprowadzić z nim wywiad - rzekła Alexa.
- Obawiam się, że nie zrobisz tego szybko - zaśmiał się mój chłopak - Jak pan profesor zacznie o sobie opowiadać, to trudno go uciszyć.
- A więc jesteście w czymś do siebie podobni - zachichotałam wesoło - Bo tobie też rzadko buzia się zamyka.
- Tak. I jestem z tego bardzo dumny - odpowiedział mi na to Ash - Poza tym musimy być do siebie na swój sposób podobni.
- Dlaczego? Profesor Oak to twój krewny? - zapytałam.
- Nie, ale jestem moim ojcem chrzestnym.
- Ojcem chrzestnym? - zdziwiliśmy się wszyscy.
- Nic nam na ten temat nie mówiłeś - powiedziałam zdumiona.
- Bo nikt mnie nie pytał - odpowiedział Ash takim tonem, jakby to było coś oczywistego.
- Rozumiem. Tak czy inaczej, na mnie już chyba pora - rzekła Alexa i podała każdemu z nas dłoń na pożegnanie - Wspaniale się z wami bawiłam.
- My z tobą również - odpowiedziałem jej wesołym tonem - Alexa, liczymy na kolejne spotkanie.
- Ja także - zawołała radosnym głosem Alexa - A zatem do zobaczenia, moi kochani!
To mówiąc, pomachała nam ręką na pożegnanie i pobiegła przed siebie, w kierunku swego celu.


Ash złapał głęboko powietrze w płuca.
- Ach... Nie ma to jak powietrze Alabastii!
- Szkoda, że Alexa nie idzie z nami - powiedziała smutno Bonnie.
- Tak, ja również tego żałuję - odpowiedziałam - Ale cóż... Każdy ma swoje sprawy do załatwienia.
- A zatem i my ruszajmy załatwić swoje sprawy! - powiedział radośnie Ash.
- A pamiętasz chociaż, jak trafić do swojego domu? W końcu już długo w nim nie byłeś - zapytał Clemont.
- Właśnie. A co, jeśli zabłądzimy? - spytała Bonnie.
- Nie zabłądzimy, Bonnie! Znam tę drogę tak dobrze, że mógłbym nią iść z zamkniętymi oczami! - zaśmiał się Ash - Za mną, przyjaciele! Dom mojej mamy jest w tamtą stronę!
To mówiąc, ruszył on wesoło przed siebie. Chwilę później pobiegłam za nim, śmiejąc się przy tym wesoło. Za mną biegła radośnie Bonnie, a na samym końcu Clemont, jak zwykle mający trudność z dogonieniem naszej trójki.
Szliśmy tak z jakąś godzinę przez las. Ash rozglądał się wówczas wesoło po całej okolicy napawając oczy jej widokiem.
- Ach, ten las! Tyle tu wspomnień! Pamiętam doskonale, jak pierwszy raz tu podróżowałem. Widzicie tę rzekę? To właśnie tutaj poznałem Misty, moją pierwszą towarzyszkę podróży. O! A w tym miejscu Pikachu pokonał całe stado dzikich Spearowów, którym się naraziliśmy. Pamiętasz to, Pikachu?
- Pika-pika! - odpowiedział mu jego Pokemon.
- Tędy zaś prowadzi ścieżka do mego domu - pokazał palcem Ash - A tamta prowadzi do miasta oraz do restauracji „U Delii“! Należy ona do mojej mamy, ale dzisiaj jest niedziela, więc zakładam, że mama jest w domu i czeka na nas.
- Nie wiedziałam, że twoja mama ma restaurację - zdziwiłam się.
- Odziedziczyła ją po swojej mamie, a mojej nieżyjącej babci - wyjaśnił Ash - A kiedy babcia jeszcze żyła, to mama pomagała jej w prowadzeniu interesu. Nie miały łatwo, w końcu robiły to same.
- Ale jak to, same? - zdziwiła się jego słowami Bonnie - A dziadek nie mógł im pomagać?
Ash opuścił smutno głowę, po czym powiedział:
- Dziadek opuścił babcię i mamę, aby szukać przygód na szerokim świecie. Nie był zbyt rodzinnym typem.
- No, ale jak to, opuścił? - zapytał zdumiony tymi słowami Clemont - Tak po prostu?
- No właśnie, tak po prostu. Tak po prostu któregoś dnia wyszedł z domu, aby już nigdy więcej do niego nie wrócić.
- To po prostu podłe! - zawołała Bonnie oburzona tym, co usłyszała - Jak w ogóle można coś takiego zrobić?!
- Nie mam pojęcia, Bonnie, ale wiem tylko tyle, że mój ojciec też nie był zbyt rodzinnym typem - odpowiedział jej Ash, zamyślając się.
- Co masz na myśli? - zapytała Bonnie.
Ja jednak już wiedziałam, o co chodzi Ashowi. Podeszłam do niego bliżej i spytałam:
- Pamiętasz jeszcze ojca?
- Nie. Zresztą nigdy go nie widziałem na oczy - odpowiedział mi mój chłopak smutnym tonem - Zostawił on mamę zanim się urodziłem. Mama twierdzi, że on nigdy nie chciał zostać ojcem. Chciał wędrować po świecie i spełniać się jako trener Pokemonów. Chciał też, żeby mama mu towarzyszyła, co było niemożliwe, bo babcia umarła i nie było komu zajmować się restauracją. Mama musiała więc zostać na miejscu. Poza tym bardzo chciała stworzyć rodzinę, jaką sama nigdy w dzieciństwie nie miała. Niestety... Moja mama podzieliła los swojej matki, a mojej babci.
- Historia lubi się powtarzać - rzekł smutnym głosem Clemont.
- A tak... A tak, masz rację - pokiwał głową Ash - Historia lubi się powtarzać.
Przyjrzałam się uważnie twarzy Asha. Choć starał się za wszelką cenę ukryć smutek, to był on aż nazbyt widoczny, a prócz tego w oczach powoli szkliły mu się łzy. Wiedziałam więc, że choć udaje twardziela, wciąż bardzo to przeżywa. Bardzo mi się go zrobiło żal i chciałam mu pokazać, iż nie jest z tym wszystkim sam. Aby to zrobić, położyłam mu dłoń na ramieniu i powiedziałam:
- Przykro mi z powodu tego, co się stało. Ale pamiętaj, Ash. Nie jesteś sam. Masz nas.
- Właśnie, stary! Masz nas, swoich przyjaciół i to się nigdy nie zmieni - dodał przyjaźnie Clemont.
- I masz jeszcze Pikachu oraz swoją mamę! - zawołała Bonnie.
- De-de-ne! - zapiszczał Dedenne.
- Pika-pika! Pika-chu! - dodał Pikachu.
Ash uśmiechnął się do nas, po czym otarł ręką oczy i powiedział:
- Dobrze, ale dość już tych wspomnień! Pora ruszać dalej! Mama na pewno na nas już czeka!


Ciesząc się, że poprawiłam jakoś humor mojemu chłopakowi zaczęłam iść razem z nim wzdłuż ścieżki, zaś Clemont i Bonnie radośnie zaczęli iść tuż za nami.
Jakiś czas później, Ash zapomniał o tym smutnym temacie, który niedawno poruszaliśmy i zaczął sobie żartować:
- Wiecie, tak dawno tu nie byłem, że zaczynam się czuć jak żołnierz, który właśnie powraca z trwającej kilka lat wojny.
Zachichotałam lekko słysząc to dość niezwykłe porównanie.
- A wiesz, że żołnierze wracający z wojenki zwykle coś śpiewają? - zapytałam wesoło - Może ty też coś zaśpiewasz?
Ash zastanowił się przez chwilę, po czym odpowiedział:
- A czemu nie? Bardzo chętnie to zrobię. Niech no tylko pomyślę, co by też pasowało do tej sytuacji?
Chwilę później, mój kochany chłopak znał już odpowiedź na to pytanie, gdyż obdarzył nas wszystkim radosnym uśmiechem i zaczął śpiewać:

Jedziesz na wojnę, nieboże.
Jedziesz na wojnę.
Noce będą ci na dworze, a dzionki znojne.
Noce będą ci na dworze, a dzionki znojne.
Jedziesz na wojnę, nieboże.
Jedziesz na wojnę.

Znajdziesz po wojnie, nieboże.
Znajdziesz po wojnie.
Znajdziesz pustki w swej komorze.
Znajdziesz po wojnie.
Pustki z powrotem w komorze.
Ran w skórze hojnie.
Znajdziesz po wojnie, nieboże.
Znajdziesz po wojnie.


Ash spojrzał na nas, po czym wesoło się zaśmiał.
- Wiem, beznadziejna piosenka.
- Beznadziejna? Nie wydaje mi się, Ash - odpowiedziałam wesołym głosem - Raczej dość starodawna, ale ładna.
- Mnie tam się ona podobała - poparł mnie Clemont.
- Pika-pika! - dodał Pikachu.
- Ja tam wolę weselsze piosenki - mruknęła złośliwie Bonnie - Znasz jakieś takie bardziej wesołe?
W oczach Asha ukazał się wesoły, figlarny błysk.
- Naturalnie, że takie znam. Jak najbardziej. Wiesz, moja mama bardzo lubiła śpiewać wesołe piosenki i uczyła ich mnie, gdy byłem dzieckiem. A potem oboje darliśmy japy, ile tylko było sił w płucach.
- To może zaśpiewaj nam jedną z tych wesołych piosenek! - zawołała Bonnie.
- Ależ proszę cię bardzo - zachichotał Ash i zaczął śpiewać, podrygując przy tym wesoło:

Lat dwadzieścia miał mój dziad.
Był on wtedy chłopak rad.
Tam w ustroniu spotkał raz
Młode dziewczę cudnych kras.
Gdy do serca tulił ją,
Słowik nucił piosnkę swą...
Odtąd już wśród serca drżeń
Śpiewali w noc i w dzień...

Jeszcze raz, jeszcze raz, ptaszku mój
Zanuć mi ten swój śpiew.
Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz,
Niech w mych żyłach szumi krew...
Ach, niech w mych żyłach szumi krew...

Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz
Niech słowika brzmi śpiew.
Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz,
On mi tak rozpala krew.

Jeszcze raz, jeszcze raz, ptaszku mój
Zanuć mi ten swój śpiew.
Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz
Nuć cudownie miłości mej.

Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz
Zanuć mi swoją pieśń.
Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz
Chwilę szczęścia i radość nieś.


Lecz minęło wiele lat.
Z chłopca był już stary dziad.
Tam w ustroniu szukał znów
Swych młodzieńczych, cudnych cnót.
Lecz słowika zamilkł śpiew
I zastygła w żyłach krew.
Westchnął dziadek, otarł łzę,
Tak nucąc piosnkę tę...

Jeszcze raz, jeszcze raz, ptaszku mój
Zanuć mi ten swój śpiew,
Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz,
Niech w mych żyłach szumi krew...

Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz
Niech słowika brzmi śpiew.
Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz,
On mi tak rozpala krew.

Jeszcze raz, jeszcze raz, ptaszku mój
Zanuć mi ten swój śpiew.
Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz
Nuć cudownie miłości mej.

Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz
Zanuć mi swoją pieśń.
Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz
Chwilę szczęścia i radość nieś.

Ash zaśpiewał tę wesołą piosenkę tak pięknym i niemalże operowym głosem, że aż musiałam zaklaskać, gdy zakończył swój występ. Chłopak zaś ukłonił mi się lekko i powiedział:
- Dziękuję, dziękuję. Tylko, proszę, nie pchać się po autografy! Dla każdego wystarczy.
Razem z Clemontem i Bonnie pokiwaliśmy głowami z lekkim politowaniem. No cóż, Ash lubił się czasami wygłupiać, ale przecież między innymi za to również go kochałam. Trudno mi było nie lubić tej jego cechy. W końcu dzięki niej zawsze mieliśmy powody do radości.
Szliśmy tak jeszcze z pół godziny, aż w końcu zobaczyliśmy piękny domek z ogródkiem.
- Widać już mój dom! - zawołał radośnie Ash - Jesteśmy na miejscu!
To mówiąc, odwrócił się w moją stronę i złapał mnie z miłością za rękę.
- Chodź, Sereno. Chodźmy do domu.
Uśmiechnęłam się do niego radośnie i po chwili oboje biegliśmy w stronę domu mego chłopaka, trzymając się przy tym za dłonie. Clemont i Bonnie wiernie kroczyli tuż za nami.


- Hej, mamo! Jesteśmy! - wołał Ash, kiedy przebiegł przez furtkę do środka.
Nagle na Mistrza Pokemonów skoczył z rozpędu jakiś przesłodki Pokemon, przypominający z wyglądu małego, zielonego dinozaura z ogromną, złotą cebulą na grzbiecie. Stworek ten przewrócił Asha na ziemię, po czym zaczął go radośnie lizać po twarzy.
- No proszę, Bulbasaur! Dawno się nie widzieliśmy, przyjacielu! - ucieszył się mój chłopak na widok Pokemona.
- Pika-pika! - pisnął Pikachu, z którym Bulbasaur chwilę później również się przywitał.
Ash podniósł się z ziemi i wtedy zobaczyliśmy, jak podchodzi do nas radośnie jakaś bardzo ładna młoda kobieta w białej bluzce, fioletowej spódnicy i różowym fartuchu ogrodniczym. Na głowie miała słomkowy kapelusz, zaś w ręku konewkę z wodą.
- Ash, mój synku! - zawołała kobieta radosnym tonem - Tak się cieszę, że już wróciłeś!
- Ja też się cieszę, mamo!
Delia Ketchum, gdyż to nią była ta kobieta, podeszła do Asha i przytuliła go mocno do piersi.
- Tak się cieszę, synku, że już jesteś. Tak bardzo się cieszę, kochanie moje! Stęskniłam się za tobą.
- Ja również tęskniłem, mamo, ale zaraz znowu zaczniesz za mną tęsknić, jak mnie udusisz.
Pani Ketchum zachichotała wesoło, po czym wypuściła syna z objęć, lekko czochrając mu przy tym dłonią włosy. Przyznam się, że w tamtej oto chwili bardzo zazdrościłam Ashowi. Moja mama nigdy aż tak czule nie okazywała mi swoich uczuć. W ogóle, mało kiedy to robiła. Była mniej wylewną i czułą osobą niż mama Asha, co oczywiście nie oznaczało, że jej nie kochałam. Po prostu w tamtej chwili poczułam w sercu delikatnie ukłucie zazdrości, które jednak trwało tylko minutę, może dwie.


Delia spojrzała na nas i powiedziała:
- A więc to są, synku, twoi nowi przyjaciele. Bardzo się cieszę, że mogę was wreszcie poznać osobiście.
- Nam również miło panią poznać, pani Ketchum - zawołałam wesoło - Ash wiele nam o pani opowiadał.
- Miło mi to słyszeć, Sereno - powiedział serdecznie Delia Ketchum - Dobrze zapamiętałam twoje imię?
- Oczywiście, proszę pani. Jestem Serena Evans.
- Ja jestem Clemont Meyer - wtrącił się do rozmowy Clemont.
- A ja Bonnie Meyer. Clemont to jest mój starszy brat - dodała Bonnie, która bardzo nie lubiła być spychana na dalszy plan.
- Cieszę się, że wreszcie mogę was wszystkich poznać, moi mili - powiedziała pani Ketchum - Zapraszam was do środka. Wejdźcie, na pewno jesteście głodni.
- Jeszcze jak - zawołał wesoło Ash w imieniu nas wszystkich - Zjadłbym teraz Rapidasha z kopytami oraz stajnią.
- Ash... No błagam cię. Przecież dzisiaj rano jadłeś naprawdę obfite śniadanie - powiedziałam kiwając z politowaniem głową.
- Możliwe, ale teraz jest południe, a nie ranek, więc mam prawo być głodny.
Pani Ketchum zaśmiała się wesoło i zaprowadziła nas wszystkich do środka. W ogródku pozostał jedynie Mr. Mime, Pokemon przypominający clowna, którego Ash kiedyś złapał i zostawił swojej mamie, aby jej pomagał w pracy.
Musiałam przyznać, że mama Asha potrafi utrzymać w swoim domu wręcz wzorowy porządek, choć zdecydowanie daleko jej do pedantyzmu, na szczęście. W żadnym kącie nie dostrzegłam ani śladu pajęczyn czy też kurzu, a do tego każdy przedmiot miał tutaj swoje miejsce. Na szczęście zachowanie pani Ketchum nie wskazywało na to, aby była ona fanatyczką porządku. Dzięki Bogu, gdyż fanatyzm jest po prostu przerażający, zaś ludzie się nim kierujący zawsze mnie odstraszali. Moja mama jest właśnie kimś takim. Nie, żebym jej nie kochała, ale miała swoje wady, zaś to jej zamiłowanie do porządku było czasami dość męczące. Mama Asha z kolei, chociaż zawsze ceniła sobie porządek, to jednak nigdy nie przekraczała granic dobrego smaku (tak przynajmniej twierdził Ash), co sprawiało, że z miejsca ją polubiłam.
- Jaki piękny dom! - powiedziała Bonnie to, co ja właśnie myślałam.
- Zgadzam się! Jest po prostu wspaniały - dodałam - Pani Ketchum, jest pani wspaniałą gospodynią.
- Dziękuję ci, kochanie. Ty także nią będziesz, kiedy już wyjdziesz za mojego syna.
Zarumieniłam się delikatnie, słysząc jej słowa, sam Ash także spiekł raczka. To było nieco dziwne. Jego mama nie tylko, że mnie z miejsca zaakceptowała, to jeszcze w delikatny sposób planowała naszą wspólną przyszłość. Nie zdziwiłabym się, gdyby już obliczała sobie, za ile to lat zostanie babcią. Trudno mi jednak było mieć jej to za złe. Delia Ketchum posiadała w sobie coś tak bardzo ujmującego i wspaniałego, że pokochałam ją od pierwszej chwili, gdy ją ujrzałam. Wiedziałam więc, iż nie jestem w stanie się na nią gniewać. Za nic w świecie. Oczywiście też rozumiałam Asha, gdy mi mówił, że mama czasami go zawstydza. Ale widocznie kochające matki już tak mają.
- Rozgośćcie się tutaj, proszę, a ja przez ten czas przygotuję dla was drugie śniadanie - powiedziała mama Asha - Mam już placek domowej roboty oraz gorącą czekoladę. A później upiekę dla was ciasteczka.
- Ciasteczka, mamo?! - zawołał wesoło Ash - A jakie ciasteczka?
- Jakie tylko chcesz, synku. Twój powrót do domu to jest wielka uroczystość, więc trzeba ją uczcić - odpowiedziała mu pani Ketchum.
- A mogą być te pyszne ciastka z kawałkami czekolady?
- Oczywiście, synku. Co tylko chcesz.
Pani Ketchum uśmiechała się w taki sposób, w jaki uśmiechał się Ash. Oboje zresztą są do siebie niesamowicie podobni. Przede wszystkim w sprawie oczu. Mój chłopak ma oczy swojej mamy. Piękne oczy koloru orzechowej czekolady, za którą wręcz przepadałam. Gdybym miała jeszcze wątpliwości, czy pani Delia jest mamą Asha, to na pewno by się one teraz rozwiały. Ten uśmiech, te same oczy, podobny nos, a także niesamowicie uroczy, chociaż nieco szelmowski błysk w spojrzeniu. Podobieństwo między nimi było zatem aż nazbyt widoczne.
Mama Asha poczęstowała nas wszystkich plackiem i gorącą czekoladą, potem zaś postanowiła pójść upiec nam ciasteczka.
- Pomogę pani! - zawołałam radośnie, zrywając się z kanapy.
- Ależ nie chcę cię kłopotać, kochanie - powiedziała pani Ketchum.
- To żaden kłopot. Ja bardzo lubię piec - wyjaśniłam wesoło.
- To prawda! Serena umie piec wspaniałe ciastka - zawołał Ash - Ma do tego rękę.
- Potwierdzam z prawdziwą przyjemnością - dodał Clemont.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu, który podobnie jak jego trener wciąż pamiętał moje wypieki.
- Skoro tak, to zapraszam cię do kuchni, kochanie. Zobaczymy, czy mój syn mówi prawdę i rzeczywiście jesteś tak dobrym cukiernikiem, jak się chwalisz.
W głosie kobiety nie wyczułam nawet nutki złośliwości. Raczej żart, a także lekkie droczenie się ze mną. Postanowiłam więc iść za ciosem i zapytałam:
- Czy to wyzwanie, pani Ketchum?
- Owszem, panno Evans - zaśmiała się mama Asha.
- W takim razie przyjmuję je!
- I dobrze! Zobaczysz, pokonam cię jedną ręką!
- A ja panią nawet bez użycia rąk!
Delia Ketchum popatrzyła na mnie w taki sposób, w jaki Ash patrzył na mnie, gdy chciał się podroczyć. Wiedziałam dzięki temu, że obie na pewno zostaniemy serdecznymi przyjaciółkami.


                                                                        C.D.N.












Początek, czyli jak to się zaczęło

Początek, czyli jak to się zaczęło


Pamiętam jak dziś dzień, w którym Ash zdołał spełnić swoje marzenie i został Mistrzem Pokemon. Było to bardzo piękne, słoneczne, czerwcowe popołudnie. Mistrzostwa Ligi Kalos ściągnęły z całego regionu całe mnóstwo ludzi. Gdzie nie spojrzeć, same sławy. Prawdziwa śmietanka towarzyska. Ja oczywiście też tam byłam i odegrałam swoją rolę w uroczystości wręczania nagród zwycięzcom. W końcu to nie kto inny, tylko ja oraz moi wierni przyjaciele, Clemont i Bonnie, uhonorowaliśmy Asha jako zwycięzcę całej olimpiady. Bonnie wręczyła mu złoty puchar, Clemont złoty medal, ja zaś najwyższe honorowe odznaczenie - wieniec laurowy. Przyznam się, iż sytuacja ta była tak doniosła, że czułam się podczas niej niczym egipska królowa Kleopatra koronująca na króla Rzymu Juliusza Cezara. Z pewnością każdy miłośnik historii zaraz zwróci mi uwagę, iż takie wydarzenie nigdy nie miało miejsca, ale to nie ma znaczenia. Chciałam jedynie stwierdzić, że czułam się właśnie w taki sposób podczas tej uroczystości. Porównanie, którego użyłam jest więc może niehistoryczne, ale sądzę, że całkiem urocze, nieprawdaż?
W normalnych okolicznościach z całą pewnością nie miałabym możliwości zrealizowania tego wszystkiego, o czym mówię, jednak tym razem szczęście nam sprzyjało. Patronujący całej tej olimpiadzie burmistrz miasta Lumiose, w którym Mistrzostwa Ligi Kalos się odbywały był serdecznym przyjacielem mojego ojca, znał również mnie i bez wahania uległ moim namowom, żebym to właśnie ja, w towarzystwie Clemonta i Bonnie mogła uhonorować naszego przyjaciela tymi oto wspaniałymi odznakami. Wiedziałam, że mamy do tego pełne prawo, jak nikt inny na całym świecie. W końcu przecież to cała nasza trójka sprawiła, iż Ash został zwycięzcą. Sam Ash zaś nie tylko, że doceniał nasze starania, ale też do dzisiaj za każdym razem, gdy tylko ma ku temu okazję, powtarza, iż gdyby nie my, to nigdy nie osiągnąłby sukcesu. My natomiast ze skromności zwykle temu zaprzeczamy, choć po cichu tak naprawdę zgadzamy się z nim.
Cóż jeszcze mogę dodać? Ash zasłużył na wyróżnienie, jak nikt inny. Od sześciu lat czekał on na chwilę, w której zostanie Mistrzem Pokemon i w końcu mu się to udało. Tytuł ten zdobył bardzo ciężką pracą, a także długimi, męczącymi treningami, jak również i uczeniem się na własnych błędach, co jak zapewne wszyscy wiedzą, nie jest wcale takie proste.
Przyznam się też, że gdybym wędrowała z Ashem nieco dłużej, pewnie bym go tak bardzo nie podziwiała, jak robię to teraz. Dlaczego? Już wam to wyjaśniam. Chodzi o to, że gdy mój chłopak (Ash jest nim już od jakiegoś czasu) rozpoczynał swoją podróż trenera Pokemonów, był 10-letnim, dość zarozumiałym, aroganckim i bardzo pewnym siebie zuchem, który sądził, że wszystko mu się należy za nic. Wiem to, ponieważ sam tak o sobie opowiadał. Jeżeli mogę wierzyć na słowo jego opowieściom, to wynika z nich, że Ash był wtedy dumny, próżny, nieco nerwowy, jak również łatwo popadający w depresję, gdy przegrywał. Obecnie jednak zmienił się nie do poznania i po wielu porażkach w najróżniejszych Ligach, zaczął odnosić sukcesy. W ostatnich zawodach (co prawda nieoficjalnych, ale zawsze), został on wicemistrzem, a zatem jego mistrzostwo było już tylko kwestią czasu. Poza tym Ash zmienił się naprawdę i to bardzo pozytywnie. Stał się on skromny, znacznie mniej wybuchowy, rozsądniejszy oraz spokojniejszy, a swoje ewentualne porażki nauczył się on przekuwać w zwycięstwo, wyciągając z nich przy okazji lekcję dla siebie.
Jeśli chodzi o mnie, to nie chcę być próżna, jednak moim zdaniem zasłużyłam na to, aby móc wraz z moimi przyjaciółmi, Clemontem i Bonnie wręczyć Ashowi zasłużoną nagrodę za jego trud i poświęcenie. W końcu to przecież cała nasza trójka od kilku ładnych miesięcy towarzyszyła mu w wędrówce po regionie Kalos i pomagała pokonywać wszelkie przeszkody. Wspieraliśmy go, podnosiliśmy na duchu, dodawaliśmy otuchy, a prócz tego jeszcze motywowaliśmy do działania. Narażaliśmy bardzo często na szwank nasze zdrowie fizyczne, że już o życiu nie wspomnę, walcząc u jego boku z kilkoma niesympatycznymi typkami, takimi jak Zespół R, ta wredna szajka zajmująca się kradzieżą Pokemonów, której głównym celem stało się pochwycenie Pikachu Asha, jako że stworek ten posiada wyjątkowe zdolności oraz umiejętności. Niesympatyczne osoby, chociaż trzeba przyznać, że nawet zabawne.
Ale to nie ich i kradzieży Pikachu najbardziej się obawialiśmy w czasie naszej podróży. O wiele większym niebezpieczeństwem był tutaj szef oraz zleceniodawca akcji Zespół R, podstępny milioner Giuseppe Giovanni, o którym to ja, Clemont i Bonnie kiedyś przypadkiem się dowiedzieliśmy. Ten oto bogaty i żałosny łajdak wynajmował Zespół R oraz wielu innych przestępców, aby kradli dla niego rzadkie Pokemony z całego świata. Odrażający typ. Na szczęście nie mieliśmy okazji go spotkać osobiście, choć Ash wspominał, że w swoich wcześniejszych wędrówkach miał już nieprzyjemność zetknąć się z tym osobnikiem i ani on, ani ów osobnik nie wspominali miło tych ich wspólnych spotkań, bo za każdym razem obaj stali po przeciwnych stronach barykady.
Naszym wrogiem był również Malamar, niesamowicie wyjątkowy i groźny Pokemon typu psychicznego, pochodzący z innej planety. Chciał on razem ze swoimi ziomkami przejąć władzę nad całą Ziemię. Na szczęście nie dopuściliśmy do tego i ocaliliśmy planetę. Malamar jednak nigdy nie darował nam tego, iż już dwukrotnie udaremniliśmy jego niecne plany zdobycia kontroli nad naszą planetą. Pragnął zemsty na nas i knuł ją właśnie wtedy, gdy my radowaliśmy się z sukcesu Asha. Przerażająca bestia. Do dzisiaj mam ciarki na plecach, gdy sobie przypomnę te jego hipnotyzujące moce oraz papuzi dziób, którym do nas mówił.
Ale cóż Zespół R, Giovanni albo sam Malamar mogli nas wtedy interesować? Byliśmy szczęśliwi, zwariowani i beztroscy, czyli dokładnie tacy, jacy powinni być wszyscy młodzi ludzie, którym los pozwolił wreszcie spełnić swoje marzenia.
Dla ścisłości, muszę tu wyjaśnić jeszcze jedną sprawę. Mianowicie, kim ja jestem. Dla tych, którzy zapoznali się już z moimi wcześniejszymi pamiętnikami, moja tożsamość nie jest zagadką. Dla tych zaś, którzy tego nie uczynili, dopełniam formalności.
Nazywam się Serena Evans.
Wiek - szesnaście lat (a tak właściwie to piętnaście lat i jedenaście miesięcy).
Grupa krwi - 0 RH plus (taki sam, jak Ash).
Wzrost - 170 centymetrów (a więc pięć mniej, niż ma Ash).
Kolor włosów - jasny-brąz lub może ciemny-blond (zdania na ten temat są podzielone).
Kolor oczu - niebieski (zdania na ten temat są jednoznaczne).
Ubiór - zwykle noszę ładny, różowy kapelusz, czarną podkoszulkę z białym kołnierzykiem, czerwoną spódniczkę, czarne pończochy i czarno-czerwone buty.
Najbardziej lubię - podróżować z Ashem, modnie się ubierać, przeżywać przygody oraz piec ciasteczka, jak i również przebywać z moim chłopakiem sam na sam.
Najbardziej nie lubię - szpinaku, spodni, atakowania nas przez Zespół R, komarów, deszczu, krytykowania sposobu, w jaki się ubieram, a także zmuszania mnie przez mamę do jazdy na Rhyhornach.
Stan cywilny - panna.
Stan sercowy - zakochana z wzajemnością.
Chłopak - Ash Ketchum alias „Błękitny Chłopiec“, mój wierny przyjaciel z dzieciństwa, który uratował mi życie.
Najlepsi przyjaciele - Clemont i Bonnie. 
Ulubiony Pokemon - Fennekin.
Największe marzenie - zostanie światowej sławy artystką.

To chyba wszystko, co powinniście o mnie wiedzieć, o ile oczywiście dotąd nie mieliście okazji mnie poznać. Teraz zaś przejdziemy do właściwej narracji, w której wyjaśnię, co zrobiliśmy, kiedy już wręczenie nagród w Mistrzostwach Ligi Kalos dobiegło końca. Ash stwierdził wówczas, że chce powrócić do rodzinnej Alabastii i odpocząć sobie nieco od przygód. Cała nasza drużyna postanowiła mu towarzyszyć w tej podróży. A ponieważ zanosiło się wyraźnie na to, że nasz pobyt w regionie Kanto będzie raczej dłuższy, to za radą profesora Sycamore’a ja oraz Clemont zostawiliśmy u niego większość naszych Pokemonów, które złapaliśmy w regionie Kalos, zostawiając przy sobie tylko po jednym stworku (ja zachowałam Fennekina, a Clemont Chespina). Ash z kolei swoje Pokemony zachował, aby móc je potem powierzyć opiece swojego mentora i zarazem też wielkiego przyjaciela, profesora Samuela Oaka, który notabene był swego czasu nauczycielem profesora Sycamore’a oraz jeszcze kilku uczonych. Bardzo chciałam poznać tego człowieka, ponieważ wiele dobrego o nim od Asha słyszałam.
Wyruszyliśmy więc całą naszą wesołą czwórką do Alabastii, mając przy tym nadzieję odpocząć wreszcie od przygód, ale nie wiedzieliśmy, że los szykował dla nas bardzo niezwykłego figla, ponieważ nasze prawdziwe przygody miały się dopiero rozpocząć.
Ale zacznijmy od samego początku.

***


- Hej, mamo! Nie uwierzysz, co się niedawno stało! Nareszcie spełniło się moje największe marzenie! Zostałem Mistrzem Pokemon! - zawołał radośnie Ash w słuchawkę.
Pani Delia Ketchum, której obraz ukazał się nam właśnie na ekranie telefonu, uśmiechnęła się radośnie do syna. Była to niezwykle miła i bardzo urocza kobieta w wieku trzydziestu pięciu lat, o długich, beżowych włosach spiętych w kitkę. Od razu, zanim jeszcze Ash dokonał prezentacji, wiedziałam już, że to musi być jego mama, ponieważ mój luby był do niej bardzo podobny. Oboje mieli wspólne rysy twarzy a także coś takiego w spojrzeniu, czemu nie można się było oprzeć. Prócz tego pani Delia Ketchum posiadała te same oczy koloru orzechowej czekolady, co mój ukochany. Teraz już wiedziałam, po kim to odziedziczył on tę cechę. Poza tym oboje uśmiechali się w taki sam sposób. Jednym słowem, Ash był niesamowicie podobny do swojej mamy.
- Wiem, kochanie - odpowiedziała synowi pani Ketchum - Widziałam cię w telewizji. Byłeś wspaniały. Jestem z ciebie naprawdę dumna, synku.
- Dziękuję ci, mamo. Ale wiesz, nie poradziłbym sobie bez moich wiernych przyjaciół. Pozwól, że ci ich przedstawię.
To mówiąc, odsunął się nieco od ekranu, żeby nas przedstawić.
- Dzień dobry, pani! Ja jestem Bonnie! - pisnęła Bonnie z radością - A to jest mój ukochany Dedenne!
- De-de-ne-ne! - pisnął wesoło jej Pokemon, który właśnie siedział swojej właścicielce na głowie.
- A to jest mój starszy brat!
- Jestem Clemont, bardzo mi miło panią poznać, pani Ketchum - powiedział Clemont, kłaniając się przy tym nisko.
- Witam, panią. A ja mam na imię Serena - odezwałam się wreszcie, kiedy nadeszła moja kolej na dokonanie prezentacji.
- Miło mi was wszystkich poznać - powiedziała pani Ketchum, nie przestając się uśmiechać.
Ash radośnie przysunął się do telefonu i powiedział:
- Mamo, chciałbym ci jeszcze coś powiedzieć. Bo widzisz... Serena jest moją dziewczyną.
Delia Ketchum wyglądała na niesamowicie wzruszoną tą wiadomością, gdyż niemalże łzy stanęły w jej oczach, kiedy to usłyszała.
- Dziewczyną?! A więc mój mały chłopiec wreszcie ma dziewczynę! Jestem taka szczęśliwa! To naprawdę najszczęśliwszy dzień w całym moim życiu! Mój syn dorósł, został Mistrzem i ma dziewczynę! Czy może być coś piękniejszego?! Tylko dbaj, proszę, o mojego syna, Sereno!
- Będę dbać, obiecuję! - zawołałam z zapałem i radością w głosie.
A zatem mama Asha zaakceptowała mnie jako dziewczynę swojego syna i do tego jeszcze prosiła mnie, abym się nim opiekowała, pomyślałam sobie. To była naprawdę bardzo przyjemna wiadomość. Najlepsza wiadomość, jaką mogłam tego dnia usłyszeć. Nie muszę chyba dodawać, że zamierzałam spełnić jej prośbę.
- Tak bardzo chciałabym was lepiej poznać, moi kochani, ale coś mi mówi, że pewnie raczej szybko to nie nastąpi - mówiła dalej pani Ketchum, ale już nieco smutniejszym tonem.
- Wręcz przeciwnie, mamo! Nastąpi to o szybciej niż ci się wydaje! - zawołał Ash głosem pełnym zapału - Bo widzisz... Ja, Serena, Clemont i Bonnie chcemy lecieć do Alabastii i spędzić tam wakacje. A potem... A potem się zobaczy.
Mama Asha wyglądała wtedy niczym dziecko, które dowiaduje się, że zaraz odwiedzi je Święty Mikołaj. Uśmiechnęła się od ucha do ucha, po czym zawołała wzruszonym tonem:
- Naprawdę?! To cudowne! Zapraszam was wszystkich i to z całego serca! Z wielką przyjemnością poznam przyjaciół oraz dziewczynę mojego syna. To kiedy przybędziecie?
- Nie jestem pewien, ale chyba jutro, jeśli tylko złapiemy dzisiejszy samolot - odpowiedział Ash - Dlatego muszę już kończyć, żeby zdążyć kupić bilety.
- Rozumiem cię, synku. Pamiętaj tylko, bądź ostrożny. Czekam więc na was z niecierpliwością.
- Pa, mamo! Do zobaczenia!
- I pamiętaj, że cię kocham, synku.
- Ja ciebie też kocham, mamo.
To mówiąc, Ash odłożył słuchawkę na widełki, zaś ekran telefonu zrobił się czarny. Połączenie zostało zakończone.
- Świetnie! - zawołał mój chłopak głosem pełnym zapału - Teraz nie zostało nam nic innego, jak tylko pójść do kasy, kupić cztery bilety i lecieć do Alabastii!
- Pika-chu! - zawołał Pikachu, siedzący właśnie na ramieniu Asha.
- Zobaczycie, że się wam tam spodoba - mówił dalej radosnym tonem mój chłopak.
- Jestem tego pewna - odpowiedziałam wesoło.
- Tak, to będzie na pewno bardzo ciekawe doświadczenie dla nas wszystkich - rzekł Clemont.
- Ash, twoja mama jest naprawdę super, że nas do siebie zaprasza! - pisnęła wesoło Bonnie.
- De-de-ne! - zgodził się z nią jej mały Pokemon.
- Pika-pika! - dodał radośnie Pikachu.
- Oj tak, to prawda - zgodził się z nią Ash - To najlepsza mama pod słońcem. Nie chciałbym mieć innej. No, ale lepiej już kupmy te bilety, bo jak tak będziemy ciągle stać, to samolot nam odleci zanim się obejrzymy.
Jak powiedział, tak zrobiliśmy i już po chwili mieliśmy w rękach nasze bilety.
- Świetnie. Do samolotu zostało nam jakieś siedemdziesiąt minut, więc sądzę, że możemy spokojnie tu poczekać na niego - powiedział Clemont.
- Ojej! Czy mnie oczy nie mylą?! Czyżby to był on?! - odezwał się nagle jakiś cienki, dziewczęcy głos.


Asha i Pikachu przeszły ciarki, ledwie go usłyszeli. Widocznie kojarzył on im się z kimś wyjątkowo nieprzyjemnym.
- Tak! To na pewno! - odezwał się znowu dziewczęcy głos.
- O nie! Tylko nie ona! - jęknął Ash załamanym tonem.
- Ale kto? O kim ty mówisz? - zdziwiłam się nie wiedząc, czemu nagle zrobił się blady.
Chwilę później ujrzałam odpowiedź na swoje pytanie. Była nią dziewczyna w jasno-żółtym swetrze, czerwonej spódniczce oraz brązowych rajstopach. Miała ona niebieskie oczy oraz brązowe włosy, które spinała w dwa długie warkocze. Moim zdaniem wyglądała z nimi dość pretensjonalnie, jeśli nie gorzej.
- Ash! To ty, mój słodki! Nareszcie cię odnalazłam! Wiesz, ja szukałam cię po zakończeniu Mistrzostw, ale dopiero teraz udało mi się ciebie odszukać! - zawołała dziewczyna wyraźnie bardzo podekscytowana widokiem mojego chłopaka.
- Eee... Szukałaś mnie? - zapytał załamanym tonem Ash.
- A po co go szukałaś? - zdziwiła się Bonnie.
- I to zaraz po Mistrzostwach? - dodał Clemont.
- I czemu mówisz do niego „mój słodki“? - spytałam groźnym tonem, biorąc się pod boki - Ash, czy ty ją znasz?!
- Czy on mnie zna?! Co to za głupie pytanie?! No pewnie, że Ash mnie zna! - wydarła się na mnie dziewczyna oburzonym tonem - Ash miałby nie znać mojej skromnej osoby?! Śmiechu warte! Przecież jestem założycielką jego fanklubu!
- Fanklubu?! - wrzasnęliśmy zdumieni ja, Ash i Clemont.
- Pika-pika? - zdziwił się Pikachu.
- No jasne, że fanklubu - mówiła dalej przejętym tonem dziewczyna - I to do tego takiego fanklubu, który ma już w składzie ponad sto osób płci obojga, z czego przynajmniej dziewięćdziesiąt to dziewczyny.
- Bardzo niezwykłe - powiedziała Bonnie bezbarwnym tonem.
- Jakie tam niezwykłe?! To raczej całkiem normalne w takich sytuacjach! - trajkotała dalej dziewczyna.
Ash był co najmniej załamany jej obecnością, zaś ja miałam wielką ochotę wyrwać dziewczynie z głowy te jej głupkowate warkoczyki razem z całą tą durną czupryną. Nie umiałam tego wyjaśnić, ale z jakiegoś powodu ta oto zwariowana pannica wyraźnie działała mi na nerwy.
- Sereno, Clemont, Bonnie... Pozwólcie, że wam kogoś przedstawię. To jest Macy, moja znajoma.
- Masz dość dziwnych znajomych - mruknęła Bonnie.
- I to nawet bardzo dziwnych - dodałam, mierząc przy tym Macy złowrogim spojrzeniem.
- Dziwnych?! - warknęła Macy podchodząc do mnie - Dziwna to jest ta twoja żałosna, czerwona spódnica oraz ten niemodny kapelusz, jaki nosisz na głowie!
- Coś ty powiedziała?! - wrzasnęłam oburzona na Macy.
Czego jak czego, ale tego wręcz nienawidziłam, kiedy ktoś mi mówił, że nie ubieram się modnie. Pewnie rzuciłabym się wtedy na tę wredną zołzę, gdyby Ash i Clemont w ostatniej chwili nie złapali mnie mocno w pasie.
- Proszę, przestańcie się kłócić - próbował nas uspokoić Clemont.
Poszłyśmy za jego radą i uspokoiłyśmy się, ja jednak wiedziałam, że odtąd Macy jest moim śmiertelnym wrogiem.
- Ash, skąd znasz tę dziewczynę? - zapytała Bonnie.
- No właśnie, Ash, jestem tego bardzo ciekawa! - powiedziałam dość ostrym tonem.
Zapytany zarumienił się tylko na całej twarzy i rzekł:
- No... Bo widzicie... Swego czasu walczyliśmy oboje w Mistrzostwach Ligi Johto i Zespół R ukradł nasze Pokemony, a ja je odzyskałem.
- A przy okazji ocaliłeś mnie przed uderzeniem z dużej wysokości w skałę! - zakończyła jego opowieść Macy - No, sami powiedzcie, czy on nie jest cudowny?!
Gdy tylko podeszła w stronę Asha, robiąc do niego bardzo maślane oczy, ten z przerażeniem uskoczył szybko za moje plecy. Najwyraźniej ta cała panna Macy denerwowała go tak samo mocno, jak i mnie. Jeśli więc byłam o nią zazdrosna, to tylko przez chwilę. Widziałam bowiem wyraźnie, że Ashowi nie odpowiadało jej towarzystwo, a wręcz przeciwnie, za wszelką cenę stara się go jakoś uniknąć. Tym chętniej postanowiłam mu w tym pomóc.
- A właściwie to kim ty jesteś, że tak spytam? Hmm?! - zapytała mnie Macy, lustrując moją osobę uważnym spojrzeniem.
- Mam na imię Serena i jestem dziewczyną Asha.


Macy w jednej chwili zmieniła się na twarzy tak, jakby właśnie w nią uderzył piorun. Załamana spojrzała w stronę mego chłopaka i powiedziała:
- Dziewczyną... Och, Ash! Jak ty mogłeś mi to zrobić?! Jak ty możesz mieć dziewczynę po tym wszystkim, co razem przeżyliśmy?!
Następnie padła na kolana i wybuchła dzikim płaczem. Przyznam się, że nie wiedziałam wtedy za bardzo, co mam o tym wszystkim myśleć. Cała ta sytuacja wydawała mi się nieco dziwaczna, żeby nie powiedzieć gorzej. Pomyślałam sobie po cichu, że tej pannicy przydałaby się wizyta u dobrego specjalisty od problemów z głową.
Jednak chwilę później Macy szybko się zerwała z klęczek, otarła dłonią łzy i zawołała:
- No, ale w sumie to nic nie szkodzi! Ostatecznie wielkie sławy zwykle mają dziewczyny. To przecież nie przeszkadza je podziwiać.
Mówiąc te słowa złapała Asha za ręce i patrząc mu w oczy rzekła:
- Poza tym jestem pewna, że ten związek z tą dziewczyną o niemodnych ciuchach jest tylko przejściowy, prawda?
- Co proszę?! Niemodnych ciuchach?! - wrzasnęłam oburzona tym, że Macy kolejny raz dowodzi, iż ubieram niezgodnie z najnowszym trendami.
Ash szybko wyrwał swoje ręce z jej dłoni i powiedział:
- Ekhem... Wiesz, chętnie bym z tobą pogadał, ale niestety mam pilne sprawy na dzisiaj. Muszę sprawdzić, czy nie ma mnie na drugiej półkuli...
To mówiąc, dał mi znak, byśmy szybko opuścili miejsce, w którym się akurat znajdowaliśmy. Pomyślałam sobie, że rada ta jest dobra tym bardziej, że jeszcze chwila i bym udusiła tę wariatkę gołymi rękami.
- No dobrze, ale chyba dasz mi swój autograf, co? - pisnęła niezrażona jego słowami Macy.
- Autograf? - zdziwił się Ash.
- Lepiej go jej daj, bo nigdy się od nas nie odczepi - szepnęłam mu na ucho.
Ash westchnął głęboko, wziął długopis, po czym podpisał się bardzo szybko na bloczku, który podsunęła mu Macy.
- Super, załatwione - powiedział - A więc do zobaczenia i tak dalej... Miło było cię znowu zobaczyć.
Macy jednak nie zamierzała się od nas odczepić.
- Zaczekaj, Ash. Musisz dać jeszcze po autografie moim koleżankom z twego fanklubu.
- Koleżankom z fanklubu?! - pisnęłam przerażona - A gdzie one są?
- A tam! O!
To mówiąc, Macy wskazała palcem na cały tabun dziewczyn, który nagle na jej znak ruszył niczym spłoszone stado Rhyhornów w naszym kierunku.
- O nie! W nogi! - wrzasnął bardzo przerażony Ash i zaczął szybko uciekać z lotniska.
Ja, Clemont i Bonnie ruszyliśmy biegiem za nim. Biedny Clemont miał z tym największe problemy, bo w końcu z całej naszej czwórki on jeden nie posiadał najlepszej kondycji.
- Nie wiedziałam, że jesteś taki sławny! - powiedziałam tak pół żartem, a pół serio.
Sytuacja, w której się znajdowaliśmy była z gatunku takich, z których można się było jednocześnie śmiać i płakać. Przyznam, że gdyby nie to, iż byłam wściekła na Macy za jej złośliwie opinie na temat mego ubioru, to pewnie teraz turlałabym się po ziemi ze śmiechu. W obecnej sytuacji jednak, nie miałam za bardzo nastroju do żartów, chociaż musiałam przyznać, że ucieczka z lotniska przed tymi oto zwariowanymi dziewuchami była nawet zabawna.
- Ja też nie wiedziałem! Człowiek całe życie się uczy! - odpowiedział mi Ash, coraz szybciej przebierając nogami.
- Ale jednak z tym fanklubem to nie kłamała! - pisnęła wesoło Bonnie, powoli mnie doganiając.
- O tak! Macy jednak jest prawdomówna! - dodał Clemont z trudem biegnąc za mną.
- Co mi po tym, skoro jest walnięta?! - krzyknął Ash.
- Pika-pika! - pisnął przerażony Pikachu.
Pomimo naszego bardzo szybkiego przebierania nogami ten wzburzony tabun dziewczyn powoli zaczął nas doganiać. Wydawało się więc, że ta sytuacja jest już beznadziejna, gdy nagle...
- Mam pomysł! Clemont, daj mi szybko wieczne pióro! - zawołał Ash.
- No wiesz?! - pisnęłam niezadowolona - W takich chwilach chcesz rozdawać autografy?!
- Mam pewien pomysł, ale potrzebne mi jest do jego realizacji twoje wieczne pióro! - rzucił mój luby, spoglądając na naszego wynalazcę.
Clemont bardzo szybko podał mu z kieszeni swego stroju wieczne pióro. Ash wówczas zdjął czapkę, nabazgrał na niej swoje nazwisko, po czym rzucił ją za siebie. Wzburzony tabun zwariowanych dziewczyn natychmiast stanął w miejscu, aby pochwycić zdobycz, a potem zaczął się o nią bić. W ten sposób zyskaliśmy na czasie, aby im uciec.
- Niezła strategia, Ash! - zawołałam z dumą w głosie.
- Pika-pi! Pika-chu! - pisnął z pochwałą Pikachu.
Musiałam przyznać, że ten pomysł był naprawdę dobry. Mój chłopak czasami załamywał mnie swoim zachowaniem, ale tym razem przeszedł samego siebie. W końcu wymyślenie jakiegoś dobrego planu działania w tak niebezpiecznej sytuacji nie jest wcale takie proste. Ash chwilami naprawdę był genialny.


Jakiś czas później, dyszeliśmy wszyscy zmęczeni w parku tuż przy lotnisku. To był dopiero bieg. Jeszcze nigdy się tak nie zmęczyłam i to w tak krótkim czasie.
- To był koszmar - wydyszał załamanym tonem Ash - Naprawdę myślałem, że już po mnie.
- Nadal może być po tobie, jeżeli te wariatki nie opuściły jeszcze lotniska, a coś mi mówi, że nie opuściły - powiedziałam, z trudem odzyskując normalny rytm bicia serca.
- No to świetnie! Samolot mamy za niecałą godzinę, a te tymczasem będą tam na mnie koczować! - jęknął przerażony Ash - Chyba, że... Kiedy mamy następny samolot?
Clemont wytężył swoją pamięć, po czym powiedział:
- Eee... Za tydzień.
- CO?! - wrzasnęliśmy jednocześnie ja, Ash i Bonnie.
- PIKA?!!! - dodał Pikachu.
- Tylko nie to! - jęknąłem.
- Ja nie wytrzymam tygodnia z tymi wariatkami! Musimy stąd zwiewać i to dzisiaj! - dodał Ash.
- Jakimi wariatkami? - odezwał się nagle jakiś wesoły głos.
Obejrzeliśmy się w stronę, z którego on dobiegał i zobaczyliśmy dziewczynę, nieco młodszą od Asha, w czarno-różowej sukience, różowych kozaczkach oraz białej czapce z różowymi znakami. Miała błękitne oczy i ciemno-niebieskie włosy, których barwa chwilami przypominała mi czerń. Dziewczyna ta wyglądała całkiem sympatycznie, a ponadto miała ona w swoim wzroku coś, co wyglądało mi dziwnie znajomo. Odniosłam nawet wrażenie, że znam ją od dawna, chociaż tak naprawdę widziałam ją zaledwie pierwszy raz w życiu.
- No proszę, kogóż ja tu widzę? - zapytała wesołym i nieco zadziornym tonem tajemnicza nieznajoma - Samego wielkiego i słynnego Asha Ketchuma, Mistrza Pokemon Ligi Kalos w jego własnym, bijącym blasku majestacie.
- Dawn?! Dawn Seroni?! A co ty tutaj robisz?! - zdziwił się Ash na widok dziewczyny.
- Pika-pika! - zawołał radośnie na widok dziewczyny Pikachu.
- Jestem tu od niedawna, przybyłam oglądać Mistrzostwa. Podziwiałam twoją drogę na sam szczyt. Nawet znajdowałam się pośród cheerleaderek. Nie widziałeś mnie? - zapytała dziewczyna.
- Wybacz, ale nie.
Dawn nie przejęła się tym, bo machnęła lekceważąco ręką i rzekła:
- Nic nie szkodzi, to zrozumiałe. Byłeś przecież zajęty czymś innym.
- To wy się znacie? - zapytała zdumiona Bonnie.
- Kolejna znajoma? - burknęłam nieco niezadowolonym tonem.
- Tak, ale spokojnie. Ta jest zupełnie normalna - powiedział Ash z uśmiechem na twarzy - Pozwólcie, że przedstawię. To jest Dawn, moja dawna przyjaciółka, kiedyś podróżowała razem ze mną po regionie Sinnoh. A to są Clemont, Bonnie oraz Serena, moi nowi przyjaciele. Serena jest moją dziewczyną.
- Bardzo miło mi was poznać - powiedział Dawn dalej się uśmiechając, po czym podała każdemu z nas rękę, a następnie popatrzyła na Asha i dodała: - Miło cię znowu widzieć.
- Kopę lat, Dawn - odparł wesoło Ash.
Zaraz potem oboje przybyli sobie radośnie piątkę. Widać było, że oboje znają się bardzo dobrze, a ten gest był ich wspólnym hasłem przyjaźni i sympatii, jaką do siebie nawzajem żywią.
- Cieszę się, że mogłam cię tu spotkać - powiedziała Dawn - I poznać twoich nowych przyjaciół. Mam nadzieję, że się nawzajem polubimy.
- Jestem tego pewna! - zawołała radośnie Bonnie, a jej Dedenne potwierdził to wesołym piskiem.
Dawn obdarzyła ją życzliwym uśmiechem, a następnie spojrzała na mnie.
- Jesteś dziewczyną Asha? To naprawdę miła wiadomość. Nie wiedziałam, że on ma już dziewczynę.
- Nie było okazji, aby ci to powiedzieć - rzekł Ash wesoło.
Dawn uśmiechała się wówczas do mnie w tak przyjemny sposób, że od razu ją polubiłam. Poza tym ten jej uroczy uśmiech... Sprawił on, iż miałam wrażenie, jakbym ją znała od dawna, ale nie umiałam sobie tego logicznie wyjaśnić.
- Jak widzę, Sereno, ubierasz się bardzo elegancko - rzekła Dawn, uważnie lustrując mnie wzrokiem - I to jeszcze zgodnie z najnowszym krzykiem mody.
- Znasz się na modzie? - zapytałam zachwycona jej słowami.
- Oczywiście. Udało mi się zaprojektować kilka strojów dla znanych domów mody. Niektóre moje projekty trafiły na wybieg - wyjaśniła Dawn.
- A lubisz różowy kolor?
- Oczywiście. Po niebieskim to moja ulubiona barwa.
- Coś mi mówi, że się bardzo polubimy! - zawołałam radośnie.
- Mam taką nadzieję - odpowiedziała mi dziewczyna, po czym zwróciła się do Asha - Ale z tego, co słyszę, macie jakiś problem, prawda?
- Owszem. Mamy za niecałą godzinę samolot, a tymczasem cały tabun moich pseudo-fanek okupuje lotnisko - wyjaśnił jej Ash załamanym głosem - Jak mnie dorwą, to w najlepszym razie rozbiorą mnie do naga, zaś w najgorszym rozerwą na strzępy, aby każda miała chociaż jakąś cząstkę mnie.
Dawn zrobiła nieco zdumioną minę. Widać podobnie jak ja, nie spodziewała się, że można być aż tak nawiedzonym.
- To rzeczywiście jest problem - powiedziała poważnym tonem - Ale sądzę, że możemy jakoś temu zaradzić.
- Co masz na myśli? - zapytałam zainteresowana.
- Pójdę tam i odwrócę ich uwagę, a wy tymczasem przedrzecie się na samolot - powiedziała Dawn z lekko przemądrzałą miną.
- Ale w jaki sposób chcesz odwrócić ich uwagę? - zapytał Ash.
Dawn wówczas lekko opuściła głowę i smutnym tonem powiedziała:
- Właściwie, to nie wiem.
- Ale ja chyba wiem! - zawołał nagle Clemont.
Błysk w jego oczach i okularach wskazywał nam aż nadto wyraźnie, że ma on już skuteczny plan działania.
- Chyba pora wkroczyć do akcji, przyjaciele. Poczekajcie chwilę.
To mówiąc, wyciągnął on jakieś bardzo dziwne rzeczy ze swojego plecaka i zmontował je w ciągu pół godziny w całość, po czym przedstawił je nam:
- Proszę! I gotowe! Przyjaciele, dzięki nauce przyszłość mamy dziś! Włączam zestaw Clemonta! Wiecie, przygotowałem sobie już dosyć dawno to urządzenie, gdyż przewidziałem, że prędzej czy później znajdziemy się w takiej oto sytuacji. Nosiłem je w częściach w plecaku i teraz zmontowałem ze sobą w jedną całość.
- Tyle, to my sami widzimy - mruknęła Bonnie.
Jej brat nie przejął się tym i mówił dalej:
- Nazwałem mój wynalazek: „Asho-podobny człekokształtny robot pierwszej generacji!“.
Rzeczywiście, najnowszym wynalazkiem Clemonta okazał się być... robot i to jeszcze niezwykle podobny z wyglądu do Asha.
- Asho-podobny robot? - powiedziałam z politowaniem, słysząc jak Clemont nazwał swój wynalazek.
- Kolejna oczywista nazwa - jęknęła z równym politowaniem Bonnie.
- Ale ekstra! Nauka jest niesamowita! - zawołał zachwycony Ash na widok tej dziwacznej maszyny.
Nie wiem, jakie słowo najlepiej pasowało do odkreślenia tego czegoś, co nam zaprezentował nasz drogi przyjaciel, ale słowo „niesamowite” było zdecydowanie ostatnim słowem, jakie cisnęło mi się na usta, gdy to ujrzałam. Kuriozalne! Tak, to już zdecydowanie bardziej pasowało.
- Dobrze, ale jak ten robot ma nam pomóc? - zapytałam.
- To bardzo proste. Dawn pobiegnie do tych dziewczyn i zawoła, że widzi Asha, po czym wskaże na mojego robota. Następnie wszystkie rzucą się na niego, a my przedrzemy się przez lotnisko do samolotu - wyjaśnił swój błyskotliwy plan działania Clemont.
- Faktycznie, to jest dobry plan - zgodziła się z nim Dawn - Nie ma co gadać, trzeba się brać do dzieła.
- No właśnie! - zawołał wesoło mój luby - Nie poddamy się, tylko walczymy!
- Do samego końca, Ash! - dodała Dawn.
To mówiąc, oboje ponownie przybyli sobie piątkę.

***


Chwilę później Dawn wparowała dziko na lotnisko i wpadła pomiędzy tłum nawiedzonych fanek Asha.
- Hej, patrzcie! Tam jest Ash! O tam! Widzicie go?! Stoi tam! Tam! - wołała dziewczyna piskliwym głosem.
Musiałam jej przyznać, że Dawn umiała dobrze grać. Naprawdę wyglądała na niesamowicie podnieconą oraz rozszalałą przez wzburzone hormony, tak jak te wariatki, które polowały na mojego chłopaka. Co jak co, ale Dawn umiała grać i to lepiej niż myślałam.
Gdy zaś w drzwiach lotniska ukazał się robot Clemonta, to dziewczyny całym tłumem rzuciły się w jego kierunku. Robot natomiast, zgodnie z wcześniejszym planem, zaczął uciekać, a dziewczyny pobiegły za nim.
- Dobra, poszły sobie! Droga wolna, kochani! - zawołała Dawn, kiedy nasze prześladowczynie zniknęły już z pola widzenia.
Na to oto hasło ja, Clemont, Bonnie, Pikachu oraz Ash (ten ostatni był dla bezpieczeństwa przebrany w szary prochowiec oraz kapelusz niczym detektyw ze starych filmów) odsunęliśmy lekko gazety, w których to lekturze dla zmyłki się pogrążyliśmy, po czym pobiegliśmy do miejsca odprawy.
- Dzięki, Dawn, za pomoc! - zawołałam radośnie.
- Dziękuję za uratowanie mi życie! - dodał Ash, zaś Pikachu siedząc na jego ramieniu zapiszczał wesoło.
- Nie ma za co! Miłego lotu! Mam tylko nadzieję, że się jeszcze spotkamy! - zawołała Dawn machając nam wesoło ręką.
Chwilę później, po odprawie i sprawdzeniu biletów, zadowoleni siedzieliśmy na pokładzie samolotu do Alabastii. Dzięki Bogu startował on niedługo po tym, jak do niego wsiedliśmy i nawiedzone fanki Asha nie zdołały nas już dopaść.
- Uff! Było gorąco - jęknął Ash, ocierając sobie ręką pot z czoła - Ale i tak im zwialiśmy.
- Zgadza się - powiedziałam wesoło.
Muszę przyznać, że po fakcie uznałam całą przygodę za bardzo wesołą i na swój sposób dosyć uroczą. W końcu było to dla mnie przyjemne, że chodziłam z chłopakiem, który jest tak sławny, iż jego fanki się za nim wręcz uganiają. Choć oczywiście wolałabym nie spotkać znowu tej głupie Macy, która nie dość, że jest brzydka, to w ogóle nie zna się ani trochę na modzie!
- Szkoda tylko, Ash, że straciłeś swoją cenną czapkę - powiedziała Bonnie smutnym głosem.
- Nic nie szkodzi, mam zapasową - zaśmiał się Ash - Poza tym milsza mi jest moja głowa niż czapka.
- To piękne słowa, Ash! A czy mogłabym je zacytować w swoim artykule? - usłyszeliśmy nagle jakiś znajomy głos.
To z siedzenia przed nami wychylała się wesoło jakaś kobieca postać. Była to wysoka dziewczyna o ciemnych włosach i zielonych oczach, ubrana w fioletowo-czarną bluzkę zapinaną na zamek oraz szare dżinsy. Na jej ramieniu spoczywał Pokemon Helioptile, który to zapiszczał wesoło na nasz widok.
- Cześć, Alexa! - zawołał Ash radośnie - Ty też lecisz do Alabastii?
- Jak widać - zaśmiała się Alexa - Cieszę się, że cię znowu widzę, Ash. Witaj, Sereno, ciebie również miło widzieć. Serwus, Clemont! Jak się masz, Bonnie?! Jak widzę, dalej tworzycie zgrany zespół.
- Tak i to jeszcze jaki! Dzięki nim zdobyłem wreszcie tytuł Mistrza Pokemon! - zawołał Ash radosnym tonem.
- Wiem o tym, bo byłam na trybunach i obserwowałam twoją walkę, Ash! - odpowiedziała mu pokemonowa-dziennikarka - Muszę przyznać, że dałeś z siebie wszystko.
- Tak, Ash był naprawdę niezwykły - odpowiedziałam z dumą w głosie.
- Był po prostu niesamowity! - pisnęła podniecona Bonnie - Zwłaszcza, jak pokonał tego ostatniego przeciwnika. To było po prostu fantastyczne!
- Zgadza się! - potwierdziłam jej słowa - Ash jest po prostu cudowny.


Ash zarumienił się na twarzy słysząc moje słowa.
- No cóż... Ja po prostu robię co mogę, żeby spełnić jakoś swoje marzenia, to wszystko.
- Och, weź nie bądź już taki skromny, Ash. Naprawdę pokazałeś klasę na tych Mistrzostwach! - powiedziała Alexa, robiąc przy tym bardzo wesołą minę - Zresztą wiedziałam, że musi ci się udać, odkąd dołączyła do ciebie Serena.
- Wiedziałaś? - zdumiały mnie mocno jej słowa.
- Oczywiście. Widziałam, jak bardzo pozytywnie wpływasz na Asha i umiesz go zmotywować do działania, Sereno. Nie każdy by tak potrafił, ale ty tak.
- A wiesz co, Alexa? Serena jest moją dziewczyną! - pochwalił się naszym szczęściem Ash.
Alexa zachichotała delikatnie.
- To również przewidziałam. I uprzedzając wasze następne pytanie, po prostu jako dziennikarka jestem naprawdę dobrą obserwatorką. Umiem więc patrzeć. A patrząc na was dwoje, wiedziałem już od dawna, że czujecie coś do siebie i to od pierwszej chwili, w której się ujrzeliście. Dlatego wasz związek to już była tylko kwestia czasu.
Oboje z Ashem zaśmialiśmy się, słysząc te słowa. A więc Alexa już od dawna przewidywała, że ja i Ash, moja wielka miłość z dziecięcych lat będziemy razem? Niesamowite! Jak ona to w ogóle robi? Chyba naprawdę ta dziewczyna ma do tego talent.
- Alexa, a właściwie w jakim celu lecisz do Alabastii? - zapytał nagle Ash.
- Widzicie, pragnę zrobić wywiad z profesorem Samuelem Oakiem na temat jego najnowszych badań o Pokemonach robakach - odpowiedziała Alexa - Liczę na to, że to będzie przełom w tej dziedzinie nauki. A wy czemu lecicie?
- Chcemy odpocząć od przygód i korzystać z wakacji - wyjaśnił Ash - Poza tym Serena jeszcze nie poznała mojej mamy.
- My też jej jeszcze nie poznaliśmy, a chcemy to nadrobić - dodał Clemont.
- Nie inaczej! - pisnęła Bonnie wesołym tonem.
- De-de-ne! - potwierdził jej słowa Dedenne.
- W takim razie będziemy dzisiaj podróżować razem, jak za dawnych dobrych czasów - zaśmiała się Alexa.
- Tak! - zawołał Ash i spojrzał na mnie - Im nas więcej, tym weselej.
- Dokładnie tak! - dodałam równie podnieconym tonem, co on.

***


- Ash, powiedz mi, jak długo już znasz Dawn? - zapytałam jakiś czas później, gdy Clemont i Bonnie oraz Alexa zasnęli na swych siedzeniach.
Ash zastanowił się przez chwilę, zanim mi odpowiedział.
- Prawdę mówiąc, to nie jestem do końca pewien. Będzie tak ze dwa lata... Chociaż nie... Teraz to już trzy... Tak, zgadza się! Trzy lata! Kiedyś razem z nią i Brockiem, moim dawnym kumplem, podróżowaliśmy po jej rodzinnym regionie.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
- Powiedz mi, a lubiłeś ją?
- Nawet bardzo. Ale chyba ty także ją polubiłaś?
Zaśmiałam się lekko.
- Owszem, wygląda na niezwykle sympatyczną osobę. Do tego zna się też na modzie. Jaka szkoda, że nie miałyśmy czasu dłużej pogadać, ale może kiedyś to nadrobimy?
- Być może. Kto wie? Dzisiaj spotykamy samych starych znajomych.
- Brrr... Nawet mi nie przypominaj tego pierwszego spotkania. Macy... Jak ją jeszcze kiedyś zobaczę, to normalnie uduszę.
- A ja pomogę ci ukryć ciało - zaśmiał się Ash.
Oboje wybuchnęliśmy wesołym, acz dosyć cichym śmiechem. Nie chcieliśmy bowiem nikogo budzić, a że żart zdecydowanie nas ubawił, to jakoś musieliśmy dać temu wyraz, choćby poprzez taki cichutki śmieszek.
- Słuchaj, Ash... Powiedz mi, proszę, czy ty byłeś zakochany w Dawn?
Chłopak zdumiony tym pytaniem, spojrzał na mnie uważnie.
- Czemu o to pytasz, Sereno?
- Tak sobie z ciekawości. Powiedz, byłeś w niej zakochany czy nie?
Mój chłopak westchnął głęboko, zanim udzielił mi odpowiedzi. Widać było, że rozmowa na ten temat nie sprawiała mu przyjemności, ale postanowił jakoś to przeboleć i zaspokoić moją ciekawość.
- Prawdę mówiąc, to tak. Byłem w niej zakochany.
Spodziewałam się takiej odpowiedzi.
- Skąd wiedziałaś? - zapytał Ash.
- Powiedzmy, że podobnie jak nasza droga Alexa, ja również jestem bardzo spostrzegawcza - odpowiedziałam mu wesoło - Ale mniejsza o to. No, a co teraz do niej czujesz?
- Teraz jestem zakochany w tobie i tylko z tobą chcę być.
- Cieszę się, że tak mówisz, Ash. No, ale skoro byłeś w niej zakochany, to dlaczego nie jesteście razem?
- Bo jestem z tobą, Sereno - odpowiedział mi wesoło Ash.
- Ash, nie wygłupiaj się. Ja pytam poważnie.
Chłopak westchnął głęboko, jakby odpowiadanie na to pytanie sprawiało mu wielką trudność, po czym powiedział:
- Widzisz... Wtedy, gdy ona i ja podróżowaliśmy ze sobą, to czułem, że to, co do niej czuję, to jest coś więcej niż tylko przyjaźń. Byłem tego pewien. Pewnego uroczego wieczoru wyznałem jej więc swoje uczucia i nawet pocałowałem ją w usta. Ona najpierw oddała mi ten pocałunek, jednak potem nagle odepchnęła mnie i zaczęła na mnie krzyczeć. Wyzywała mnie, że musiałem wszystko popsuć, że co ja w ogóle wyprawiam itd... Następnego dnia przeprosiła mnie za swoje słowa, ale powiedziała, że nie możemy już podróżować razem. Kiedy zapytałem, dlaczego, to odpowiedziała mi, abym nie zadawał jej pytań, bo ona nie może mi powiedzieć. Powróciliśmy do jej domu, pożegnaliśmy się, a potem ja powróciłem do Alabastii. Później parę razy ją spotkałem, ale nigdy jakoś nie została na dłużej przy mnie. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego tak mnie wtedy potraktowała.
Po wysłuchaniu jego opowieści, ścisnęłam mu czule dłoń i spojrzałam w jego oczy z miłością.
- Żałujesz, Ash? - zapytałam.
- Czego mam żałować? - zdziwił się Ash.
- Że jesteś ze mną, a nie z nią.
Ash zachichotał, chociaż wyczuwałam w tym delikatną nutę smutku.
- Wcale tego nie żałuję, Sereno. Po prostu trochę mi smutno, kiedy sobie to przypomnę. Tym bardziej mi smutno, jak sobie pomyślę, że do dzisiaj nie wiem, dlaczego ona tak postąpiła.
- Rozumiem cię, Ash. A jak sądzisz? Czy Dawn powie ci kiedyś, dlaczego tak postąpiła?
Ash rozłożył bezradnie ręce.
- Nie wiem, Sereno. Nie wiem. Mam nadzieję, że tak.


KONIEC

 










Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...