wtorek, 28 lutego 2023

Przygoda 126 cz. I

Przygoda CXXVI

Zła macocha cz. I


- Zamykam przewód sądowy i udzielam głosu panu prokuratorowi.
Sędzia, który wypowiedział te słowa, był niskim i grubym człowiekiem, dość wiekowym i siwym, o niezwykle doniosłym i ponurym głosie. Nie słynął z tego, że był kiedykolwiek do oskarżonego miły czy też wyrozumiały. Tym bardziej więc nie oczekiwano tego od niego, iż okaże te uczucia wobec kobiety siedzącej obecnie na ławie oskarżonych. Dlatego zapewne nikogo nie zdziwiło to, że ich nie okazał. W trakcie tego strasznego, przynajmniej dla niektórych, postępowania, był zimny, chłodny oraz pozbawionych jakichkolwiek pozytywnych emocji.
Gdy tylko sędzia zamknął przewód, ze swego miejsca powstał prokurator. Był to mężczyzna wysoki, surowej twarzy, czarnowłosy, gładko ogolony, o wąskich ustach, które to, gdy tylko je otwierał, wypuścić musiały na świat wyłącznie słowa potępienia, jak i całkowitego ostracyzmu. Człowiek ten, przerażający jegomość z niezłomnymi zasadami moralnymi, nie znał litości dla nikogo, kto choćby o jotę te zasady złamał. Kierując się w życiu surowymi dogmatami katolickimi, a więc jego zdaniem jedynymi słusznymi, w oczach wszystkich, którzy go znali, wyglądał na religijnego fanatyka. Z tego też powodu każdy, kto w taki czy inny sposób w jego oczach prowadził się niemoralnie, nie zasługiwał na najmniejszą nawet litość. W jego oczach Bóg był najwyższym prawodawcą na świecie. Prawodawcą, w obliczu którego wszyscy inni ziemscy twórcy praw byli wyłącznie maleńkim pyłkiem na wietrze. Człowiek ten nienawidził grzechu i wszystkiego, co za niego uważał. Z tego też powodu oskarżenie Margarity Gordon, młodej rozwódki żyjącej w czymś, co śmiało można nazwać związkiem partnerskim nieformalnym lub po prostu, a przynajmniej jego zdaniem konkubinatem, było nie tylko przyjemnością, ale wręcz obowiązkiem moralnym. W wywiadach, które udzielił dziennikarzom, powiedział:
- Będę oskarżał Margaritę Gordon nie tylko dlatego, że uważam, iż jest winna zarzucanego jej czynu, ale również i dlatego, że uważam, iż swoim zachowaniem w pełni doprowadziła do zaistniałej sytuacji. Swoim zachowaniem niemoralnym i karygodnym. W oczach Boga ta kobieta już jest potępiona, pora zatem, aby potępił ją sąd ludzki. Ta kobieta jest winna nie tylko tego, co jej zarzucam. Ona jest także, a raczej przede wszystkim winna moralnie wszystkiego, co się stało. Nawet gdyby sama nie zrobiła nic, a zapewniam was, że zrobiła, to zasługuje na potępienie za to chociażby, że stworzyła warunki do zaistniałej tragedii. To wszystko może wam się wydawać straszne, ale tak musi niestety być. Miecz sprawiedliwości musi być tak ostry, jak tylko to możliwe i bezwzględnie opaść na szyję winowajczyni. Ja wiem, że oskarżony zostanę po tym, co teraz powiem o ksenofobię, ale uważam, iż nie bez powodu przyczyną tego wszystkiego jest również to, że oskarżona nie jest z naszych stron. To cudzoziemka, Amerykanka ze zgniłego Zachodu, gdzie jak to już chyba wszystkim wiadomo, szerzy się zbrodnia i niemoralność. Ten oto element, tak zepsuty, bo nie może nie być zepsuty, element obcy i ohydny w całym swoim istnieniu, wszedł do naszego społeczeństwa, szanowanego i z zasadami. Wszedł w podstępny sposób i niszczy od środka wszystko, co udało nam się dotąd stworzyć. Jest jak wrzód, który powstał na ciele naszej społeczności, ale zapewniam was, że skalpel sprawiedliwości jest bezwzględny i bez najmniejszych skrupułów ten oto wrzód przetnie, ropa wypłynie, krew się oczyści i znowu zapanuje nie tylko tutaj, w naszym mieście, ale również i w całym regionie Johto należyty porządek.
Mowy pana prokuratora Marca Severa, zawsze były patetyczne, czego chyba najlepszym dowodem były jego wywiady udziale do gazet. Wiedziano, że kiedy tylko zacznie przemawiać, to będzie robić to z patosem. Tym razem nie mogło być inaczej i jego mowa również była pełna przesady i teatralnych gestów.
- Przyjmijcie, panowie sędziowie - zwrócił się do sędziów przysięgłych - Że oskarżona jest winna. Albo przyjmijcie, że jest niewinna. Ale na dwie rzeczy w tej sprawie zgodzić się musicie bezwzględnie. Po pierwsze, że nikt obcy nie wtargnął do willi, a więc czynu tego dokonał ktoś z domowników. Po drugie, że interes w zabiciu biednej Lizzy miała tylko oskarżona. Bo tylko jej ten interes został przez ten oto sąd udowodniony. Nikomu innemu, tylko jej!
Ostatnie słowa wykrzyczał, po czym opanował się, spojrzał wzrokiem pełnym pogardy i nienawiści na oskarżoną i dodał, nieco ciszej, ale wciąż nerwowo:
- Krzyczę do was: „To ona zrobiła!”. Wszystko wokół mnie, drzewa rosnące na terenie willi, cegły tego nieszczęsnego domu, ściany sali sądowej, bruki uliczne i wszystko inne... Wszystko krzyczy: „To ona zrobiła!”. Kiedy pójdziecie, panowie sędziowie, do sali narad, nie będę mógł oprzeć się tej strasznej wizji, że poczołga się za wami duch tej biednej, niewinnej zaatakowanej dziewczynki, która teraz w szpitalu leży w śpiączce i walczy o życie, zapewne bezskutecznie. Ten duch nie da mi spokoju, dopóki sprawiedliwość nie zostanie wymierzona. Biedna mała Lizzy błaga was, panowie sędziowie o sprawiedliwość. Nie odwracajcie od niej wzroku. Patrzcie na nią. Podniesie ku wam szkielet swojej ręki i kością swego palce wskaże tu, na ławę oskarżonych i głosem cichym wyszepcze: „To ona zrobiła”.
Z ławy dla widowni posypały się gromkie brawa pochodzące od kilkunastu zwolenników pana prokuratora i tzw. obrońców moralności. Klaskali tak długo, że nawet sędzia musiał uspokoić ich uderzeniami młotka w swoje biurko. Prokurator zaś sprawiał wrażenie wyraźnie zadowolonego z osiągniętego efektu. W zasadzie, o to mu właśnie chodziło. Był on efekciarzem, który uwielbiał robić wokół siebie dużo szumu, a ponadto megalomanem, uważającym, że wszystko, co robi, służy zawsze jedynie dobru tego świata. Nie tolerował on niczego, co uważał za grzech, choć nie przeszkadzało mu to być megalomanem przekonanym o tym, że zawsze myśli w słuszny sposób, jak i też człowiekiem kochającym poklask tłumu. Dlatego tyle radości dał mu efekt, jaki osiągnął podczas swojej przemowy. Zachwycony w tamtej chwili samym sobą, spojrzał z pogardą na panią mecenas, Gerdę Sanderson, siedzącą tuż przy oskarżonej, a jego wzrok mówił: „Przebij to, paniusiu”.
Kobieta w todze uśmiechnęła się do niego ironicznie. Jeżeli on liczył na to, że ten jego patos zdoła ją przytłoczyć i pokonać, to się grubo mylił. Pani Sanderson nigdy nie należała do osób,  które łatwo się poddają. Tym razem też nie zamierzała tego robić. Gdy sąd udzielił jej głosu, wstała ze swego miejsca i przeszła do swojej mowy obrończej.
- Wysoki sądzie, panowie przysięgli... Stoi oto przede mną przeciwnik stokroć ode mnie mocniejszy, któremu nie jestem w stanie podołać. Całkowicie ślepa na światło prawdy, głucha na krzyk duszy ludzkiej oraz nieprzystępna dla rzeczowych argumentów, zła i zimna opinia publiczna, a raczej głos ulicy.
Następnie skierowała rękę na widownię i zawołała:
- Ulica wydała już swój wyrok na Margaritę Gordonową. Zatrzasnęła przed nią drzwi celi, do której wy, panowie sędziowie, chcecie ją wepchnąć. Ale... Ale pamiętajcie o jednym, że głos ulicy nigdy nie byłem głosem sprawiedliwym. On z nią nigdy nie miał nic wspólnego. Był zawsze dziełem ludzi, tych ludzi, którzy to mając w ręku instrument służący do grania na namiętnościach ludzkich, do grania na ich emocjach, do wpływania na tłum, do podburzania oraz podjudzania go, do kierowania nim, czynią z tego instrumentu wiadomy użytek!


Ostatnie zdania niemalże wykrzyczała, pokazując przy tym, że potrafi być nie gorszym demagogiem od swego oponenta. Następnie dodała już znacznie bardziej spokojnym tonem:
- Co sprawiło, że w sprawie pani Margarity Gordonowej rozszalały się i to tak dziko namiętności ludzkie? Że rozpasała się ślepa żądza zemsty? Co sprawiło, że nie śmiał się tu odezwać ani jeden głos, ani jeden szept wzywający do spokoju, do rozsądku i do równowagi? Co sprawiło, że krzyk ulicy zagłuszył krzyk sumienia i obalił zasady logicznego myślenia? Zastanówcie się nad tym, panowie sędziowie, abyście mogli wydać sprawiedliwy wyrok. Zamknijcie swoje uszy na ten oto krzyk i otwórzcie swoje umysły na logiczne rozumowanie. A co wam mówi logika? Ano mówi to, że nie macie wcale twardych dowodów na to, że to oskarżona popełniła ten straszny czyn. Wbrew temu, co twierdzi pan prokurator, jedynie poszlaki na to wskazują, ale te poszlaki można różnie interpretować. Nie da się ich zatem w taki jednoznaczny sposób ocenić jako dowodów winy oskarżonej. Ponadto, odnoszę też wrażenie, że śledztwo policyjne było źle przeprowadzone. Skupiono się w nim nie na szukaniu winnej osoby, a jedynie na udowodnieniu winy mojej klientki, ponoć z powodu tego, iż zdaniem śledczych, nikt inny nie był w stanie tego zrobić. Ale to nie jest prawda. Zlekceważono kilka spraw i to naprawdę poważny brak. Tak, ten oto czyn jest karygodnym zaniedbaniem ze strony naszych śledczych i zapewniam ich, że ze swej strony dołożę wszelkich starań, aby wyciągnięto z tego powodu od nich należyte konsekwencje. Panowie śledczy, wyraźnie ulegając głosowi ulicy, tak oto poprowadzili śledztwo, aby opinia publiczna była zadowolona. A zatem, tym gorzej dla prawdy, czyż nie? Ale zapewniam was, że nie tędy droga. I was także o tym mogę zapewnić, panowie sędziowie.
Gerda uśmiechnęła się zadowolona, widząc niezadowoloną minę prokuratora, po czym kontynuowała:
- Zapewniam was, panowie sędziowie, że dowody są niejednoznaczne i nie da się ich ocenić jedynie na niekorzyść oskarżonej. Więcej powiem, oskarżona wbrew temu, co mówi pan prokurator, nie miała wcale powodów, aby próbować zabić to nieszczęsne dziecko. Nic by jej to bowiem nie dało. Nie zapewniłoby jej to nawet grama profitów czy zysków. A raczej wszystko by zaprzepaściło. Oskarżona o tym doskonale wiedziała i na pewno nie byłaby tak lekkomyślna, aby ryzykować mimo to utratę wszystkiego, co z takim trudem zdobyła, czyli spokój, radość i szczęśliwą rodzinę. Szczęśliwą do czasu, oczywiście, ale zawsze rodzinę. Czy oskarżona, pani Margarita Gordon jest waszym zdaniem głupia? Czy w chwili uniesienia miałaby to wszystko zmarnować? Jak wiemy, nie jest osobą agresywną. A zatem zrobiła to może z premedytacją? Też nie, bo nie miała w tym żadnego interesu. Za dużo także miała do stracenia, aby tak ryzykować. Widzicie zatem, panowie sędziowie, że w tej sprawie za dużo jest wątpliwości, przemawiających na korzyść oskarżonej. A to niezwykle ważne. Dlatego proszę was, panowie sędziowie. Jakikolwiek będzie ten wyrok, który musicie wydać w tej sprawie. Jakikolwiek będzie wasz wyrok, czy za nami, czy przeciw nam, pamiętajcie o tym, że musi on wynikać tylko i wyłącznie z waszego przekonania, nie zaś z uprzedzeń. Bo nie ma przecież większego wroga sprawiedliwości niż uprzedzenie. Ustawa pozwala wam wrzucić do urny kartkę ze słowem „Tak” lub słowem „Nie”. Ale też pozwala wam powiedzieć „Nie wiem”. A jeżeli sędzia przysięgły nie wie, jeżeli nie ma pełnego dowodu na to, że oskarżona jest winna, musi nastąpić uniewinnienie i to jest złota myśl ustawodawcy.
Na kilkanaście sekund zapanowała milczenie, a Gerda, która wydawała się już kończyć, powiedziała nagle:
- Sędzio, jeżeli nie wiesz, jeśli nie masz pewności, miej odwagę nam teraz to powiedzieć, gdy będziesz wydawać swój wyrok.
Następnie spojrzała w kierunku sędziego i powiedziała:
- Wysoki Sądzie, wnoszę o uniewinnienie oskarżonej.
Z widowni posypały się jeszcze większe prawa niż te, które uczciły słowa jej poprzednika, okrutnego i zimnego pana prokuratora. Przemowa dobiegła końca. A oskarżona, zapytana chwilę potem, o co wnosi, wstała i spojrzała bardzo smutnym wzrokiem na sędziego i na przysięgłych, po czym powiedziała:
- O uniewinnienie. Bo jestem niewinna. Bo jestem, podobnie jak biedna mała Lizzy, jedynie ofiarą tej strasznej historii.
Chwilę później, nastąpiła przerwa, podczas której sędziowie przysięgli udali się na naradę. Gerda Sanderson odwróciła się wtedy do swojej klientki i obdarzyła ją życzliwym uśmiechem, jakby próbując ją uspokoić. Na niewiele się oczywiście to zdało, gdyż Margarita Gordon była załamana i sprawiała wrażenie całkowicie przybitej. Nic w tamtej chwili nie było w stanie jej pocieszyć.
Minęło około pół godziny, może nieco mniej. Przysięgli wraz z panem sędzią powrócili do sali i zasiedli na swoich miejscach. Wszyscy pozostali na sali wstali wówczas, aby w ten oto sposób, jak nakazywało prawo, czekać ogłoszenia wyroku.
- Sędziowie przysięgli, jaki jest zatem wasz wyrok? - zapytał sędzia.
Jeden z zapytanych odczytał na głos liczbę głosów.
- Na pytanie, czy oskarżona Margarita Gordon dopuściła się strasznego czynu zarzuconego jej przez akt oskarżenia, odpowiedź brzmi: sześć głosów tak, a sześć głosów nie. Zatem, nie ma zgodności.
Po całej sali przebiegło głośne szemranie. Czego jak czego, ale nie tego ludzie oczekiwali. Ani przeciwnicy oskarżonej, ani jej zwolennicy, ani nawet sam sąd. Jak świat światem, w regionie Johto nigdy jeszcze nie doszło do podobnej sytuacji. Ale takowa sytuacja była przewidziana w kodeksie karnym i dlatego sędzia zarządził:
- Sprawa zostaje zatem odroczona i w kolejnym procesie, w innym jednak już składzie sędziów przysięgłych, będziemy dochodzić prawdy.
Gerda Sanderson nie była zbytnio zachwycona wynikiem, ale jako optymistka z natury, od razu spojrzała z pozytywnym uśmiechem na klientkę i rzekła:
- Dobra nasza. Mamy czas, aby przygotować się do kolejnej obrony i może też lepiej zbadać sprawę. Zobaczysz, wyciągnę cię z tego.
Margarita Gordon, której wyrok dodał nieco nadziei, ścisnęła delikatnie obie jej dłonie i powiedziała wzruszona:
- Dziękuję ci, przyjaciółko.
Następnie skierowała wzrok w kierunku mężczyzny po czterdziestce, który to stał przy ławie dla świadków i patrzył na nią ze smutkiem, ale i nadzieją w oczach. Wpatrywał się w nią intensywnie, a gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, rzekł do niej z miłością tak, aby go usłyszała:
- Nie bój się, Rita. Nie zostawię cię samej. Nie zostawię cię.

***


Margarita Gordon została odprowadzona przez policję do aresztu śledczego, a jej obrońca wyszła powoli z sali i odszukała w tłumie wychodzących ludzi jedną, konkretną osobą. Był nią mężczyzna, który obiecał nie zostawić oskarżonej samej w jej kłopotach. Człowiek ten był po czterdziestce, nieco już siwawy, z niewielkim wąsem i wysoką postawą, podszedł do pani mecenas i powiedział:
- Miałem nadzieję, że od razu ją uniewinnią.
- Niestety, ten przemądrzały kabotyn wszystko nam popsuł. Słyszał pan jego przemowę? Pełna patetyzmu. Myślę jednak, że nie pozostałam mu dłuższa. I tylko dlatego mamy remis, a nie wyrok skazujący.
- Ale to nadal nie jest wyrok uniewinniający.
- To prawda, ale mamy nadal szansę taki wyrok uzyskać.
- A niby w jaki sposób mamy to zrobić? Policja nie chce już prowadzić w tej sprawie śledztwa.
- Mamy poparcie inspektor Jenny.
- Owszem, ale dobrze wiesz, że bez poparcia jej przełożonych, a zwłaszcza komendanta miasta Jerento, to niewiele nam się przyda. A komendant ogłosił, że ta sprawa jest zamknięta.
- Dla mnie nie jest zamknięta - powiedziała inspektor Jenny, która właśnie do nich podeszła.
Oboje spojrzeli na policjantkę, która z dumą i niezwykłą powagą w głosie i na twarzy, powiedziała:
- Gerda, panie Remberto... Chciałam wam powiedzieć, że nie zgadzam się ze zdaniem mojego szefa i uważam, że śledztwo należy kontynuować.
- Dziękuję pani, pani inspektor - odpowiedział na to mężczyzna, noszący jak się teraz dowiedzieliśmy, nazwisko Remberto - Ale obawiam się, że niewiele nam to pomoże. Nie może pani prowadzić śledztwa na własną rękę.
- Ja nie, ale znam kogoś, kto zdoła to zrobić - odparła na to Jenny.
- Kogo ma pani na myśli?
- Prywatnych detektywów, oczywiście. Musi pan wynająć detektywów. Oni w pana imieniu poprowadzą tę sprawę, a ja po cichu zdołam ich wesprzeć.
Pan Remberto nie bardzo był do tego przekonany. Dla niego śledczy niczym się od siebie nie różnili, policyjni czy prywatni. Skoro policyjni w większości już na jego ukochaną postawili krzyżyk, co mogą zrobić prywatni? A nawet jeżeli oni zechcą coś zrobić, to wystarczy tylko, aby dowiedzieli się, jak się sprawy mają, a od razu albo zrezygnują ze sprawy, albo poprowadzą ją byle jak.
Jenny chyba odgadła jego myśli, ponieważ uśmiechnęła się wesoło i rzekła:
- Spokojnie, proszę pana. Domyślam się pana obaw, ale tak się składa, że ci, których pragnę panu polecić, to najlepsi z najlepszych.
- A kogo chce mi pani polecić?
- Dwie pary detektywów. Pierwsza to Herbert Jones i jego dziewczyna Maren.
- Niestety, odpada - wtrąciła się do rozmowy Gerda - Oni przebywają obecnie na Wyspach Oranżowych, a wiecie, tam ostatnio panuje pandemia. Podobno jakoś nad nią zapanowali, ale nadal nie patrzy się przychylnie na tych, którzy chcą sobie wyjechać i opuścić tereny regionu. Wiem o tym, bo rozmawiałam z nimi niedawno przez telefon. Raczej są chwilowo uziemieni.
- A ta druga para? - zapytał pan Remberto.
- To Ash Ketchum i jego żona Serena - odpowiedziała Jenny - Detektywi, co prawda bardzo młodzi, ale za to niezwykle skuteczni.
Na dźwięk tych imion, Gerda uśmiechnęła się zadowolona i powiedziała:
- Tych to sama bym panu poleciła, panie Henry. To prawdziwi zawodowcy i to kilkakrotnie odznaczeni za wybitne osiągnięcia. Mają zaledwie dziewiętnaście lat, a tyle już dokonali. Więcej niż my wszyscy razem wzięci.
- To prawda - zgodziła się z nią Jenny - Słyszał pan o organizacji Rocket? To oni ją rozbili. A o Zodiaku? To oni go złapali. Proszę pani, ta dwójka ma na koncie takie sukcesy, że nasza sprawa to przy tamtych pikuś.
Henry Remberto zastanowił się przez chwilę. Nadal nie był pewny, czy jacyś prywatni detektywi i do tego jeszcze tak młodzi byli w stanie cokolwiek mu w tej sprawie pomóc. Skoro jednak mieli takie sukcesy na swoim koncie, to chyba nie należało podważać ich talentu. Dodatkowo pan Remberto słyszał wiele, jak chyba wszyscy mieszkańcy regionów, o organizacji Rocket i dlatego fakt, że to ta dwójka ją rozbiła był dla niego najlepszą wizytówką i zarazem najbardziej przekonującym argumentem za tym, aby ich zatrudnić.
- No dobrze, ci mnie przekonują - powiedział po chwili - Tylko mam pytanie. Gdzie mam ich szukać? Gdzie oni mieszkają?
- Na co dzień w regionie Kanto - odpowiedziała mu Gerda - Ale myślę, że jak zatelefonuję i poproszę ich o pomoc, to nie odmówią nam pomocy.
- Nie musisz ich szukać w Kanto, Gerdo - stwierdziła Jenny - Tak się składa, że oni są tutaj, na miejscu.
Gerda Sanderson i Henry Remberto spojrzeli na policjantkę z uwagą, bardzo zaintrygowany jej słowami. Czego jak czego, ale takiej odpowiedzi, to się chyba w życiu nie spodziewali.
- Chcesz powiedzieć, że oni są w Johto? - zapytała Gerda.
- Zgadza się - odpowiedziała policjantka.
- A gdzie? Czyżby tutaj? - spytał Remberto.
- Nie, ale blisko - wyjaśniła Jenny - Obecnie przebywają w jednym z naszych sąsiednich miast, a konkretnie w Alto Mare. Przybyli tam na specjalne wykłady na temat nowych metod śledczych i o ile wiem, nadal tam są.
- A zatem, proszę ich tutaj sprowadzić. Bez względu na koszty - powiedział do policjantki proszącym tonem Henry Remberto - Bardzo mi na tym zależy. A jak będą się wzbraniali, to proszę im powiedzieć, że cena nie gra roli. Zapłacę im tyle, ile tylko zażądają.
- Pieniędzmi ich pan nie skusisz - odpowiedziała mu Jenny - Oni oczywiście pracują za pieniądze, ale nie są zachłanni.
- Potwierdzam, proszę pana - wtrąciła Gerda - Znam ich osobiście, ponieważ matka Asha Ketchuma, Delia jest moją serdeczną przyjaciółką. Mogę panu ręczyć za to, że to młode małżeństwo to najlepszy wybór z możliwych.
- W porządku. Zaufam wam. Proszę, sprowadźcie tutaj Asha Ketchuma i jego żonę, Serenę. Nie wiecie przypadkiem, gdzie oni obecnie są? To znaczy, gdzie się w tym całym Alto Mare zatrzymali.
- Ja wiem - wtrąciła Jenny - Przebywają obecnie w domu przyjaciółki, panny Bianki Solitare i jej dziadka, Lorenzo Sabatiniego.
- W porządku. Proszę ich zatem sprowadzić. Bardzo ich teraz potrzebujemy - rzekł na to, podsumowując całą sytuację mężczyzna.

***


Cała wyżej opisana przeze mnie scena, nie była wydarzeniem, które miałam okazję zobaczyć osobiście, na własne oczy. Wszystkiego dowiedziałam się wraz z Ashem nieco później, kiedy już zostaliśmy wtajemniczeni w całą sytuację, jak i też poproszeni o pomoc w rozwikłaniu tej sprawy. Pomyślałam jednak sobie, że takie dokładne zacytowanie jej, pomoże wam wszystkim o wiele lepiej zrozumieć całą historię i dlaczego ta oto sprawa była tak poważna, że nie mogliśmy jej odmówić. Choć znając Asha, to nie odrzucilibyśmy tej sprawy nawet wtedy, gdyby była ona po prostu przeciętna. Jakoś tak mój ukochany mąż miał to do siebie, że uwielbiał rozwiązywać zagadki i świadomość, że nie tylko udało mu się rozwikłać kolejną z nich, ale prócz tego zrobił to w sposób godny pochwały, dawała mu największą ze wszystkich satysfakcji. O ile dobrze wiem, takiej satysfakcji nie czuł nawet wtedy, kiedy był trenerem Pokemonów i bawił się w walki.
Dla lepszego zrozumienia, pozwolę sobie wyjaśnić wam, co się z nami działo od czasów poprzednio opisanej przeze mnie przygody. Pomoże wam to na pewno o wiele lepiej zrozumieć naszą obecność w Alto Mare, jak i to, dlaczego tak chętnie i bez najmniejszego wahania przyjęliśmy prośbę rozwikłania sprawy pani Margarity Gordon.
Od niezwykle feralnych wyborów na tereny mieście Wertania, stolicy regionu Kanto minęły dwa miesiące. Przez ten czas pożegnaliśmy serdecznie pana Farge’a i jego córkę Margo, obiecując czasami jeszcze wpadać do nich z wizytą, jak tylko będzie ku temu jakaś okazja, a następnie udaliśmy się oboje do naszych, tak długo oczekujących dla nas obowiązków. Czekała nas przecież Akademia Policyjna i to nie byle jaka, bo najlepsza, elitarna akademia w samej Wertanii. W ciągu dwóch miesięcy odbyliśmy tam specjalne szkolenia związane z nauką sztuk walki, wielu ćwiczeń sprawnościowych, nauczania się odróżniania rodzajów broni, odróżniania efektów danych trucizn, czytania listów do góry nogami, posługiwania się bronią palną i jeszcze wielu innych rzeczy, jakie rasowy śledczy wyższej kategorii, czyli ktoś taki jak my, powinien wiedzieć. Wiedza ta, którą powinniśmy mieć zawsze w małym palcu, stała przed nami otworem. Po upływie dwóch miesięcy wiedzieliśmy już sporo, a nasza reputacja w Akademii znacznie wzrosła, kiedy przy okazji też rozwiązaliśmy niezwykle trudne śledztwo na jej terenie. Niestety, nie mogę go w swoich kronikach przytoczyć, ponieważ sprawa ta była niezwykle dla nas trudna z powodu tożsamości mordercy i jego motywacji, które to rzeczy osobiście bardzo nas zabolały. Ponieważ pewna bliska nam osoba, mocno powiązana z mordercą i będąca zarazem niezwykle dobrym człowiekiem, wciąż żyje, to z szacunku wobec niej, nie możemy niczego z tej sprawy jeszcze ujawnić. Zgodnie z jej wolą, ta oto ponura historia jeszcze nie może ujrzeć światła dziennego. Oczywiście, relacja z niej została przeze mnie spisana, ale potem ukryta głęboko w czeluściach naszego archiwum z planem opublikowania jej dopiero wówczas, gdy nadejdzie na to czas. Chociaż tyle mogliśmy zrobić dla człowieka, którego tak bardzo szanujemy i który okazywał nam zawsze tyle serdeczności.
Po zakończeniu tej sprawy, mieliśmy nieco spokoju, ale nie pamiętam już, jak długo. Jakby jednak nie było, ostatecznie wysłano nas z grupą jeszcze kilku innych studentów Akademii Policyjnej na wykłady jednego znanego kryminologa, abyśmy mogli poznać nowe metody śledcze promowane przez policję w Johto. Oczywiście wykłady te nie mogły być jedynie przez nas wysłuchane, musieliśmy robić z nich notatki i podzielić się nimi podczas zajęć w Akademii, gdy już do niej powrócimy. Obowiązek ten potraktowaliśmy, rzecz jasna, poważnie i udało nam się go łatwo zrealizować. Nie będę tutaj przytaczać szczegółów całej sprawy, bo przecież nie o to tutaj chodzi. Nie to jest tematem mojej relacji, a sprawa pani Gordonowej.
Należy zatem zacząć ją od tego, że przybywszy na wykład w towarzystwie Pikachu i Buneary, zatrzymaliśmy się w domu naszych serdecznych przyjaciół z miasta Alto Mare, czyli Bianki i jej dziadka Lorenza. Mieliśmy zostać u nich przez tydzień do czasu, aż wykłady się skończą i potem powrócić do Wertanii. Jak się już zapewne domyślacie, nasz pobyt w tym miejscu nieco się jednak przedłużył. Ale wtedy nie mogliśmy jeszcze o tym wiedzieć.
Tego dnia, w którym rozpoczyna się moja opowieść, siedzieliśmy właśnie w domu Bianki i jej dziadka, czerpiąc wielką przyjemność z tego, że wykłady, które nas tu sprowadziły, dobiegły już końca. Nie chodziło oczywiście o to, iż były one dla nas męczące, ale przynajmniej mieliśmy wreszcie czas dla siebie i mieliśmy go zamiar wykorzystać w jak najlepszy sposób.
- Powiedzcie, trudne były te wykłady? - zapytał nas Lorenzo.
- Trudne na pewno nie - odpowiedział mu Ash - Jedyną trudnością było chyba dla nas robienie notatek.
- I to jeszcze czasami trzeba było je robić na szybko, zanim profesor nasz, tak nawiasem mówiąc, straszny gaduła, nie zacznie nagle mówić o czymś innym, co w trakcie wykładów zdarzało mu się dosyć często - dodałam.
Wszyscy parsknęliśmy śmiechem, rozbawieni tym wspomnieniem.
- To co? Pewnie niedługo wracacie do Wertanii? - zapytał po chwili Lorenzo.
- Tak, niedługo będzie trzeba wracać - odpowiedział Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał smętnie Pikachu.
- Nawet Pikachu nie chce opuszczać Alto Mare, tak nam tu dobrze - rzekłam na to wesoło - Ale co robić? Służba nie drużba. Zachciało nam się nauki i to w nie byle jakim miejscu, ale w samej Akademii Policyjnej w Wertanii, to co robić? To trzeba się brać za obowiązki i wykonywać je najlepiej jak się da.
- To naprawdę wielka szkoda, że musicie wracać. Dawno was nie widziałam i miło mi jest w waszym towarzystwie - powiedziała Bianka - Trochę tu jest smutno, odkąd Latias zamieszkała u was. Powiedzcie mi, czy ona dalej udaje mnie?
- Nie powiedziałabym, że udaje ciebie - sprostowałam - Raczej przybrała ona ludzką postać, a konkretnie to twoją. Muszę ci powiedzieć, że bardzo dobrze jej w tej postaci i o ile dobrze wiem, rozważa pozostanie człowiekiem już na stałe.
- To ciekawe. Pokemon, który został człowiekiem - zażartowała sobie Bianka - To dopiero ciekawostka.
- Owszem, niczego sobie - odpowiedział jej Ash - Ale publicznie nazywamy ją Bianką, aby nikt się nie zorientował, kim jest naprawdę. Nie chcemy jej więcej narażać na podobne sytuacje, jak porwania przez agentów mojego kochanego i nie takiej świętej pamięci stryjaszka. On co prawda nie żyje, a większość jego agentów siedzi, ale wolimy nie ryzykować, że jacyś inni łowcy rzadkich Pokemonów lub im podobni dranie zechcą ją porwać i w jakimś celu wykorzystać.
- Słuszna decyzja i bardzo odpowiedzialna - pochwalił nas Lorenzo - Widzę, że nasza droga Latias trafiła pod dobrą opiekę.
- Moim zdaniem, lepsza jej się nie mogła trafić - stwierdziła Bianka - A co ona teraz porabia?
- O ile wiem, mieszka teraz z moją mamą i Stevenem Meyerem, bo jak chyba wiecie, moja mama wyszła za niego za mąż - powiedział Ash.
- Tak, pamiętam. Bardzo uroczy człowiek, ten pan Meyer i do tego bardzo też zakochany w twojej mamie - odpowiedziała na to Bianka.
- Zgadza się. Latias jest z nimi pod ludzką postacią. Mama mi mówiła, że jest jej ona jak drugie dziecko. Bardzo jej pomaga przy restauracji i przy domowych obowiązkach.
- Wierzę, to pracowita dziewczyna. I jak widzę, znalazła swoje miejsce w tym świecie. A coś słyszałam, że nawiązała bliższą znajomość z pewnym Latiosem?
- Tak, to Pokemon odbity przez nas z rąk Giovanniego, dawno temu. Też umie przybierać ludzką postać i pod nią pracuje u profesora Oaka. Ale często spędza też czas z Latias, tak po godzinach pracy. Oboje chyba doskonale się ze sobą czują.
- Chyba wiem, co sugerujesz. Miłość rośnie wokół nas, w spokojną jasną noc, mam rację?
To mówiąc, Bianka zachichotała, a ja i Ash zawtórowaliśmy jej. W tej samej chwili do Pikachu przysunęła się lekko Buneary i zapiszczała słodko w jego stronę, a on pogłaskał ją lekko między uszkami na znak, że odwzajemnia jej sympatię.
- Jak zatem widzę, sporo się u was zmieniło, ale też wiele rzeczy pozostało nadal takich samych - powiedział do nas po chwili Lorenzo.
- Owszem, pewne rzeczy pozostają niezmienne i może to i lepiej? - odparłam na to, lekko się zamyślając - Nie wiem, czy bym chciała, żeby wszystko wokół nas się zmieniło.
- Zmiany w życiu są nieuniknione, moja droga - odpowiedział na to Lorenzo takim wyraźnie zamyślonym tonem - Zarówno te dobre, jak i te złe. Nie uda się ich uniknąć, a w każdym razie nie zawsze, bo czasami się da, ale pewnych sytuacjach nigdy nie zdołasz ich uniknąć, choćbyś nie wiem, jak się starała.
- Tak, jak choćby tego, że z czasem pomarszczysz się i będziesz stara - rzuciła ironicznie w moim kierunku Bianka.
Spojrzałam na nią z lekką złością, a widok jej uśmiechniętej twarzy jeszcze bardziej mnie zirytował, dlatego wzięłam się pod boki i powiedziałam:
- Słuchaj, mądralińska. O ile mnie pamięć nie myli, to jesteśmy w podobnym wieku, a co za tym idzie, to możesz być pewna, że jeżeli ja się kiedyś pomarszczę, to ciebie również to czeka. Nie uciekniesz przed tym.
- Może, ale widzisz, ja umiem malować - odpowiedziała dowcipnie Bianka.
- A co to ma do rzeczy?
- To, że jeżeli będę kiedyś malować swój autoportret, to namaluję się na nim tak, jak tylko zechcę, czyli będę na tym obrazie piękna i urocza. I ten obraz będzie na zawsze świadkiem mojej urody zachowanej dla potomności.
- Ja zaś jestem na wielu zdjęciach i też te zdjęcia będą świadkiem mojej urody zachowanej dla potomności.
- Zdjęcie zrobić, to nie jest znowu taka sztuka. Namalować obraz, to sztuka.
- Dziewczyny, proszę was - odezwał się nagle Ash, przerywając tę dyskusję - Wy naprawdę nie macie już o co się spierać?
- To ona zaczęła, nie ja - mruknęłam ze złością.
- Proszę was, nie kłóćcie się - mediował dalej mój mąż - Nie zostało nam za wiele czasu w Alto Mare i nie chcę go zużywać na rozdzielanie was, jak skoczycie sobie do gardeł.
- Jasne, my do gardeł? - zakpiła sobie lekko Bianka - Może mamy jeszcze się bić w kisielu, mając na sobie bikini? Zapomnij o tym.


Ash parsknął śmiechem, rozbawionym stwierdzeniem naszej przyjaciółki.
- Zapewniam cię, że nie w głowie mi takie rozrywki. Ale jakbyś chciała tak kiedyś przed Brockiem powalczyć, to on na pewno nie pogardzi.
- Nie sądzę, żeby był tym zainteresowany. On gustuje w kobietach, a nie w smarkulach - stwierdziłam złośliwie.
Bianka popatrzyła na mnie spode łba, a jej wzrok zdawał mi się mówić, że o tych słowach nigdy nie zapomni i kiedyś jej jeszcze za to zapłacę. Lorenzo zaś nie umiał dłużej powstrzymać się od szczerego śmiechu.
- Kochani moi, jak wy zaczniecie się ze sobą spierać, to każdy kabaret przy was wymięka. Jesteście niesamowicie zabawni.
- Zabawni, dziadku? Weź nie przesadzaj - odparła na to Bianka - Zabawna, to jestem ja. A im po prostu odbija, bo dawno nie mieli zagadki do rozwiązania.
- No, z tym ostatnim to chyba muszę się zgodzić - odpowiedział na to Ash, na twarzy mając nieco zwariowany uśmiech - Tak sobie czasem myślę, że chyba tak za bardzo wczuwam się w mojego idola, Sherlocka Holmesa. Podobnie jak on, gdy nie mam zagadki do rozwiązania przez długi czas, dziwnie się czuję.
- Tak myślałam - odparła Bianka i spojrzała dowcipnym wzrokiem na Asha - A propos tych zagadek, to jakie najbardziej cię pociągają? Pewnie morderstwa, co?
- Nie mogę powiedzieć, żeby jakieś specjalnie mnie pociągały - odpowiedział jej Ash - Po prostu lubię rozwiązywać zagadki kryminalne i sensacyjne. I tyle. Nie jestem tak wybredny, aby brać się jedynie za krwiste zbrodnie. Takich jest aż nadto na świecie.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał smętnie Pikachu, kiwając lekko głową.
- No właśnie, to przecież nie musi być morderstwo - potwierdziłam - Ważne, aby była ciekawa sprawa. I tyle. Nie zaszkodzi też, aby była choć trochę trudna. A nawet powiedziałabym, że im trudniejsza, tym lepiej.
- To ja w takim razie, miałabym coś dla was - powiedziała Bianka i wyszła na chwilę z pokoju.
Chwilę później powróciła z gazetą „Johto Express” w dłoni i podała mi ją.
- Zobacz na pierwszą stronę. Jak nic, sprawa dla was.
Zaintrygowana zaczęłam uważnie czytać artykuł. Ash zaś razem z Pikachu i Buneary wygodnie usiedli przy mnie, aby móc również zapoznać się z treścią tego pisma i ocenić, czy ta sprawa rzeczywiście może nas zainteresować.
- To bardzo ciekawe - powiedziałam, coraz bardziej zaintrygowana, nadal z wielką uwagą czytając artykuł - Zbrodnia dokonana dwa miesiące temu w jednym z sąsiednich miast. Kobieta oskarżona o zabójstwo swojej dawnej wychowanki i niedoszłej pasierbicy. A raczej o próbę zabójstwa, bo ta dziewczyna żyje, ale jest w głębokiej śpiączce i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się obudzi. Ciekawa sprawa.
Ash zerkał mi przez ramię z siedzącym mu na jego ramieniu Pikachu, bardzo uważnie studiując treść artykułu. Buneary zaś wskoczyła na moje kolana i także, nie kryjąc swego zainteresowania, zerkała do gazety.
- To wszystko brzmi bardzo ciekawie, ale nie pisze tutaj za wiele o tej sprawie - powiedziałam po chwili - Znacie może bliższe szczegóły?
- A co? Jesteście zainteresowani? - zapytała dowcipnie Bianka.
- Być może - odparł na to tajemniczo Ash - Wolałbym jednak wiedzieć więcej niż to, co pisze ta gazetka. A przy okazji, o bezstronność nie można jej posądzić. Ten, kto napisał ten artykuł mówi w zasadzie bez ogródek, że jego zdaniem biedna kobieta jest już zgubiona.
- Skąd wiesz, że biedna? - zapytała Bianka - Nie wiemy przecież, czy jest ona niewinna, jak to pokazuje, czy może raczej wyrachowana.
- Nie zapominaj, że jedno wcale nie musi się wykluczać - powiedziałam.
- To są jednak rzadkie przypadki, kiedy ktoś jest zarówno niewinny, jak i też wyrachowany - wtrącił Ash - Zwykle osoby, które spotykamy, jeśli są winne, to są dosyć często wyrachowane. Ale niewinne są zwykle fajnymi osobami.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał potwierdzająco Pikachu.
- No dobrze, ale do rzeczy. O co tam tak dokładniej chodziło? - zapytałam.
Lorenzo usiadł wygodnie, spoglądając na nas jak bajarz, który właśnie chce opowiedzieć grupie dzieci jakąś interesującą bajkę i zaczął mówić:
- Widzicie, to wszystko zaczęło się kilka lat temu. Henry Remberto, inżynier o naprawdę prawdziwym talencie do tego, co robi, stracił żonę, która wylądowała w szpitalu dla wariatów po jakimś ostrym ataku furii. Przebywa ona tam zresztą do dzisiaj. Biedak załamał się i nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Zrozumiał jednak, że ma dla kogo żyć, bo z małżeństwa ma dwoje dzieci: Elizabeth i Stanleya. Oboje nigdy nie wyruszyli w swoje podróże trenerów Pokemonów, bo postanowili zostać z ojcem i nie zostawiać go samego na świecie. Ale Henry Remberto nie pozostał długo sam. Po półtora roku poznał on młodą nauczycielkę, Margaritę Gordon. Była rozwódką i do tego niesamowicie atrakcyjną i nieco młodszą od niego.
- Tak, nieco - przerwała mu ironicznie Bianka - Jeżeli oczywiście dziesięć lat różnicy można nazwać „nieco”.
Lorenzo spojrzał groźnie na wnuczkę, a ta ucichła i nie odzywała się już do samego końca jego opowieści.
- Remberto poprosił kobietę, aby udzielała korepetycji jego córce, bo tak się złożyło, że dziewczyna miała nie najlepsze wyniki w nauce. Pewnie wykańczało ją to wiecznie robienie za gospodynię i córkę jednocześnie. Nie wszystkie nastolatki by temu podołały. Ona w każdym razie, nie podołała i zaczęła mieć problemy w nauce. Dlatego ojciec wynajął dla niej nauczycielkę, aby ją dodatkowo uczyła, za oczywiście wysoką opłatą. Remberto jest szanowanym inżynierem, ma dużo pracy i nie jest biedny. Stać go było zatem na taki wydatek.
Uśmiechnęłam się delikatnie, domyślając się już, do czego to zmierza. Poza tym, przecież artykuł w gazecie, choć mało szczegółowy, ten fakt zawierał.
- No i oczywiście, oboje wdali się w romans.
Lorenzo uśmiechnął się delikatnie, kiwając delikatnie głową na znak, że mam rację i dodał:
- No, nie tak od razu. Początkowo po prostu uczyła Lizzy i nic więcej. Ale z czasem samotny wdowiec, jeszcze w sile wieku i samotna kobieta, młoda i mająca swoje pragnienia i potrzeby, poczuli coś do siebie. Nie oceniam, czy to była miłość prawdziwa, czy tylko pożądanie i romans. Ja nie wykluczam tutaj ani jednego, ani drugiego. Zresztą, nie to ma tutaj żadnego znaczenia. O wiele ważniejsze jest tu to, jak dzieci zareagowały na fakt, że ich ojciec z kimś się związał i że tym kimś jest korepetytorka jednego z nich.
- Pewnie nie były zadowolone? - zapytał Ash.
- No właśnie, wręcz przeciwnie - odpowiedział Lorenzo z uśmiechem - Były z tego powodu bardzo zadowolone, bo ojciec znowu zaczął być wesoły i ponownie stał się taki jak dawniej. A przecież kochali ojca i chcieli dla niego jak najlepiej. I dlatego nie mieli nic przeciwko temu romansowi. Być może spodziewając się, że to z czasem przerodzi się w coś więcej.
- I przerodziło się? - zapytałam.
- Owszem, bo pewnego dnia ojciec oznajmił dzieciom, że chce, aby Rita, bo tak ją nazywano, została z nimi na stałe. Dodatkowo powiedział jeszcze coś bardzo dla nich szokującego. Rita spodziewała się dziecka. Jak się zapewne domyślacie, to były zdecydowanie już za daleko idące zmiany dla Elizabeth i Stanleya. A już zwłaszcza dla Lizzy.
- Dlaczego właśnie do niej?
- Bo widzisz, Sereno... Lizzy weszła wtedy w tzw. okres buntu. Stała się więc bardzo przykra w stosunku do ojca i Rity. A ponadto, chyba czuła się w głębi duszy zazdrosna o to nowe dziecko. Prawdopodobnie była zdania, że jeżeli ojciec znowu zostanie rodzicem, dla niej nie będzie już w domu miejsca. Nie wyobrażała sobie, aby miała tak bardzo dzielić się ojcowską miłością.
- A co na to Stanley?
- Nie sprawiał wrażenia specjalnie przejętego. W każdym razie zareagował na to o wiele spokojniej od siostry. Ta nie zamierzała odpuścić. Zaczęła być chamska w stosunku do Rity. Odgryzała się jej bez powodu, dogadywała jej o byle co, jak na złość wracała do domu coraz później, raz chyba była nawet pijana. Ojciec miał z nią prawdziwe urwanie głowy. Chciał ją zabrać do psychologa, ale ta gówniara zastraszyła go, że jeżeli spróbuje to zrobić, to ucieknie z domu. Odpuścił jej zatem i najwyraźniej doszedł do wniosku, że jeżeli przestanie zwracać na nią uwagę i na to, co ona robi, to córeczka odpuści sobie.
- Niech zgadnę. Było wręcz odwrotnie?
- A żebyś wiedziała. Lizzy czuła się zaniedbywana. Zaczęła być wobec ojca jeszcze bardziej nieprzyjemna, prowokowała z nim kłótnie. Rita początkowo nigdy nie chciała się w to angażować, ale stopniowo zaczęły jej puszczać nerwy.
- Wcale mnie to nie dziwi. Ja chybabym gówniarę udusiła gołymi rękami.
- A wiesz, że ona powiedziała dokładnie to samo?
- Jak to?


- No tak. Byłem wtedy z wizytą u Henry’ego Remberto, bo miałem do niego pewną sprawę. A ponieważ znaliśmy się od dawna, opowiedział mi o wszystkim, o czym ja teraz wam mówię. Powiedział, że po prostu nie wyrabia już psychicznie z Lizzy i nie wie, co ma robić. Rita z kolei, która dołączyła do naszej rozmowy, była po prostu wściekła. Lizzy dla zabawy rozbiła buteleczkę jej perfum i jeszcze robiła przy tym takie minki, jakby nic się nie stało. Tego już było dla Rity za wiele. Dała Henry’emu jasno do zrozumienia, że albo poskromi smarkulę, albo ona odejdzie. I cóż... Remberto to zrobił. Zmusił córkę, aby przeprosiła Ritę, grożąc jej przy tym, że wyrzuci ją z domu, jeśli się nie opanuje. Lizzy widocznie uznała, że sprawa jest naprawdę poważna i odpuściła sobie. Ale w złości jeszcze zarzuciła ojcu, że już jej nie kocha i tylko jego nowy bękart... Dokładnie tego słowa użyła... Jest dla niego ważniejszy niż ona. Rita kazała jej wtedy uważać na słowa i oczywiście usłyszała klasyczne zdanie, żeby się zamknęła, bo nie jest jej matką. A Rita wtedy krzyknęła do niej: „Masz szczęście, inaczej udusiłabym cię gołymi rękami”. Mimowolnie i z największym zażenowaniem, jakie tylko może istnieć, byłem tego świadkiem. No i potem powtórzyłem to policji, kiedy mnie przesłuchiwano w sprawie ataku na tę smarkulę, który nastąpił niedługo potem.
- W gazecie piszą, że Rita podobno uderzyła ją jakimś ostrym przedmiotem w głowę - zauważyłam i spojrzałam na Lorenza - Z całym szacunkiem, ale to nie jest uduszenie kogoś gołymi rękami.
- Ale jest to zawsze próba zabójstwa z premedytacją i tylko to interesuje naszą kochaną policję - odpowiedział mi na to Lorenzo.
- W gazecie piszą, że Rita podobno zaatakowała Lizzy pogrzebaczem - rzekł na to Ash.
- Tak mówią, ale nie wiadomo, co dokładniej było narzędziem zbrodni. W tej sprawie policja jest nadal skazana na domysły, bo wciąż jeszcze nie wiedzą, czym sprawca się posłużył. Wszystko jednak wskazuje na to, że był to pogrzebacz. No i że osobą, która go użyła, była Rita.
- Ale pewności nie mają? - zapytałam.
- Zależy, o kogo pytasz. Jeśli chodzi o prowadzących sprawę, to nie mają. Ale jeśli mówisz o zwykłych ludziach, czerpiących wiedzę tylko z gazet, to dla nich ta sprawa jest jasna. Rita chciała zabić Lizzy i tyle.
- No tak, ale policja pewności stuprocentowej nie ma, prawda?
- Prawda.
- A więc, skoro pewności stuprocentowej nie ma, to zostają wątpliwości, które każdy uważny śledczy musi wziąć pod uwagę.
- Bardzo mądra uwaga, Serenko - pochwalił mnie czułym tonem Ash.
- Jak większość moich uwag, Ash - odpowiedziałam mu dowcipnie.
Lorenzo zachichotał, rozbawiony naszym słodzeniem sobie i rzekł po chwili:
- Cieszę się, że macie taki dobry humor, ale obawiam się, że Rita nie ma do niego powodów. Wczoraj byłem na jej procesie, zeznawałem na nim jako świadek. Oczywiście, moje zeznania niewiele wniosły, bo co ja tam niby o tym wiem? Ale mogę powiedzieć, że widziałem Ritę. Jest załamana, nie widzi możliwości obrony swojej osoby przed więzieniem. Zasmuciło mnie to, podobnie jak samo miasto, w którym ma miejsce ten proces. Ono jest jakieś takie... Bianko, jak byś je oceniła?
- Jest nienormalne, dziadku i to pod każdym względem - rzuciła Bianka.
Lorenzo skarcił ją lekko wzrokiem i powiedział:
- Nie powinnaś tak mówić. Ostatecznie przecież, ci ludzie są przyzwyczajeni do tego, że wszystko w ich życiu toczy się stopniowo i spokojnie, zmiany zaś i to tak głęboko idące, jak jawny nieformalny związek Remberto i Gordonowej nie jest czymś, co potrafią łatwo zaakceptować.
- Łatwo zaakceptować? Dziadku, przecież opowiadałeś mi, że te histeryczne stare kwoki i dewotki zaczęły rzucać w Ritę kamieniami, kiedy chciała wejść do budynku sądu. Myślałby kto, że są święte i same nigdy nie grzeszą. Zresztą, niby co jest takiego grzesznego w tym, co ona robi? Ludzie w wielu krajach tak żyją, świat idzie do przodu i nie można udawać, że tego nie ma, bo kilka dewotek chce uspokoić swoje sumienie, czyste z powodu nieużywania.
Parsknęłam lekko śmiechem od tego porównania. Dodatkowo poczułam nagle w sercu wyraźne zadowolenie z powodu słów Bianki. Chociaż nie zawsze ona i ja się rozumiałyśmy, to jednak w tym wypadku obie byłyśmy dokładnie tego samego zdania. Nigdy nie cierpiałam bigoterii i dlatego to, co powiedziała Bianka, było dla mnie po prostu szokujące i zarazem wzbudziło we mnie oburzenie.
- Naprawdę chcieli ją ukamienować? I to jeszcze w biały dzień? - spytałam.
- A co myślałaś? - odparła Bianka - Stare, parszywe dewotki, tak brzydkie, że nawet w młodości nikt je nie chciał, zazdroszczą Ricie urody i tego, że dobrze jej się wiedzie. Pewnie niejedna z tych wariatek sama by chętnie zajęła jej miejsce u boku takiego znakomitego inżyniera.
- Znakomitego i bogatego - wtrąciłam - Myślę, że ta druga cecha ma ogromne znaczenie w tej sprawie. A zwłaszcza dla pocieszycielek.
- A tak, ma znaczenie i to rzeczywiście ogromne - zgodził się ze mną Lorenzo - Jak zatem widzicie, w krytyce i kpinie wiele razy jest ukryta okrutna zazdrość. Tak okrutna, że potrafi prowadzić nawet do zbrodni.
- Do zbrodni? - zapytałam zdumiona.
- Tak, do zbrodni w postaci wytykania innym choćby źdźbła w oku, aby ukryć w ten sposób belkę we własnym - odpowiedział mi Lorenzo - To niestety bardzo w naszym świecie częste. Ostatnio tłum rozhisteryzowanych bab próbował zarzucić kamieniami tę kobietę tylko dlatego, że jej nienawidzą. A nienawidzą jej za to, że ta, będąc cudzoziemką, a w tym mieście cudzoziemców, nierodowitych Włochów się raczej nie cierpi... Że będąc cudzoziemką, ośmieliła się rozkochać w sobie i to z wzajemnością mężczyznę miejscowego. Mężczyznę, którego każda z nich bardzo chciała usidlić, odkąd jego żonę zamknięto w szpitalu dla wariatów.
To mówiąc, Lorenzo powoli zaczął się przechadzać po pokoju i mówił:
- Ale wracając do rzeczy. Margarita Gordonowa nie została skazana, gdyż w tej sprawie sędziowie przysięgli nie byli jednoznacznego zdania. Tak w zasadzie, to ich oceny tej sprawy były wyrównane. Sześciu uważało, że jest winna, sześciu zaś, że nie jest winna. Dlatego niedługo ma się odbyć ponowny proces, przy okazji policja i prokuratura mają zbadać tę sprawę jeszcze raz, dokładnie i dogłębnie. Ale nie jestem pewien, czy odkryją prawdę i udowodnią niewinność tej kobiety.
- Czyli pan uważa, że ona jest niewinna? - zapytałam.
- Tak. Jestem zdania, że Rita Gordonowa jest niewinna. Nie wiem, kto zrobił to, o co ją posądzają, ale nie próbuję nawet zgadywać. Czuję jednak, że ona jest niewinna. Wierzę w to. I dlatego uważam, że powinien się tym zająć ktoś, kto ma doświadczenie w prowadzeniu beznadziejnych z pozoru spraw.
- Oczywiście, ma pan na myśli nas.
- Owszem, Sereno. Właśnie o was mówię.
Uśmiechnęłam się rozbawiona zachowaniem staruszka, po czym spojrzałam na Asha, ciekawa jego zdania w tej sprawie. Ten zaś popatrzył na Pikachu, a potem na Buneary, jakby czekał na ich radę. Oba stworki lekko tylko zapiszczały, jednak ich miny mówiły same za siebie. Uważali, że Ash powinien przyjąć tę sprawę. A jakiego zdania był mój ukochany? Tego nawet nie musiał mi mówić. Jego mina, tak do niebo typowa, a także jego jakże wymowny uśmiech mówiły same za siebie. Za długo już znalazłam mojego ukochanego, aby tego nie wiedzieć.
- Coś tak czułam, że się zgodzisz - powiedziałam wesoło.
- Widzicie, kochani? - zapytał równie wesoło Ash i wskazał na mnie dłonią - Moja ukochana małżonka doskonale mnie już zna i to na tyle dobrze, że nawet jej nie muszę mówić, że chcę wziąć tę sprawę. Ona po prostu sama doskonale to wie, po samej mowie mojej twarzy.
Zaśmiałam się, rozbawiona i zarazem również zachwycona tą pochwałą, która sprawiła mi ogromną przyjemność.
- Wiesz, kochanie... Odgadnięcie takiej sprawy jest najłatwiejszą zagadką na świecie. O wiele łatwiejszą niż wszystkie zagadki, jakie dotąd rozwiązaliśmy. Tak jak powiedziałeś, ja cię po prostu znam. A poza tym, twoje milczenie jest bardzo mówiące. Nie musisz nic mówić, wystarczy tylko, że na mnie spojrzysz i ja już wiem, co ty planujesz.
- Widzę, że zainteresowałem was tą sprawą - powiedział Lorenzo.
W jego głosie wyczuwałam wyraźne zadowolenie. Najwidoczniej musiał on bardzo chcieć, abyśmy przyjęli tę sprawę i spróbowali ją rozwikłać. Nie miałam pojęcia, dlaczego tak mu na tym zależy, ale odgadnięcie tego nie było dla nas za bardzo w tamtej chwili możliwe. Zresztą, tak prawdę mówiąc, jakie to miało niby znaczenie? Po prostu chciał pomóc Ricie Gordonowej i zachęcił nas do tego, aby dwoje najsłynniejszych detektywów w regionie Kanto (tak nas przecież nazywały gazety) zechciały rozwiązać tę zagadkę. Po co rozkładać to na czynniki pierwsze? Zwłaszcza, jeżeli tego człowieka, podobnie jak i nas, oburza niesprawiedliwość na tym świecie i chce jej zapobiegać, jak to tylko możliwe. A wiedzieliśmy, że nasz drogi Lorenzo właśnie takim człowiekiem jest. Po co zatem rozwijać temat? Poza tym czuliśmy, że starszy pan sam nam powie o przyczynach swojego zachowania, kiedy poczuje, iż przyszedł na to czas.
- Owszem, bardzo nas pan tą sprawą zainteresował - powiedział Ash - To jest naprawdę bardzo interesująca zagadka. Przy okazji, Bianka ma trochę racji. Chyba mi odbija, kiedy nie mam przez dłuższy czas żadnej sprawy.
- Ja tam uważam, że nie chyba, tylko na pewno, Ash - stwierdziła z ironią w głosie Bianka, po czym dodała życzliwiej: - Ale to nie ma znaczenia, jakie są twoje motywacje do tego, aby pomóc tej biednej kobiecie. Ważne, że chcesz to zrobić. Że Serena też chce pomóc. Że Pikachu i Buneary też chcą pomóc. Bo chyba wy dwoje też chcecie pomóc, prawda?
To mówiąc, zwróciła się do naszych pokemonich towarzyszy, którzy wesoło zapiszczeli na znak, że ma całkowitą rację w tej sprawie.
- W takim razie, musimy udać się na policję i powiedzieć, że chcemy pomóc jej rozwiązać tę sprawę - powiedział Ash, wstając ze swego miejsca.
- Żeby tylko wyrazili na to zgodę - dodałam, lekko zaniepokojona.
Powiedziałam to, bo w tamtej samej chwili właśnie przyszło mi do głowy, że z jakiegoś powodu miejscowa policja mogłaby nie chcieć naszej pomocy. Nieraz już tak przecież bywało, że gdy przybywaliśmy z pomocą, policja albo próbowała nas spławić, albo wręcz okazywała nam wrogość. Na swój sposób byłam w stanie to zrozumieć. Jakby nie patrzeć, nasza działalność jasno pokazywała, że kochana policja wiele razy się myliła i gdybyśmy nie interweniowali, to wsadziliby oni do więzienia zupełnie niewinne osoby. Można zatem powiedzieć, że udowadnialiśmy całemu światu, jakie imbecyle nieraz pracują w policji. Robiliśmy z nich durniów, choć tak prawdę mówiąc, to w przypadku niektórych funkcjonariuszy, nie było to znowu aż takie trudne. Swoją głupotą i ścisłym trzymaniem się paragrafów bardzo nam to ułatwiali. Zasadniczo więc, jeżeli naprawdę musieli już kogoś winić o ten swój zły PR, to najlepiej zrobiliby, winiąc sami siebie. Ale na to nie zdobyliby się. Musieliby wtedy powiedzieć samym sobie, że są głupcami. A nie każdy jest na tyle mądry, aby to zrobić.
- No właśnie, miejscowa policja zaznaczyła wyraźnie w prasie, że rozwiązała już zagadkę i może być trudno ją przekonać - powiedziała Bianka - Ale ja bym się nie poddawała, na waszym miejscu. Inspektor Jenny nie jest głupia. Można z nią porozmawiać i przekonać do tego, aby przyjęła waszą pomoc.
- Albo po prostu porozmawiać z adwokatem pani Gordon - rzekł Lorenzo.
- Chętnie byśmy to zrobili, tylko kto to jest? - zapytał Ash.
- O ile wiem, dobrze się znacie - odparł na to staruszek.
- Niewykluczone, ale kto to taki?
- To Gerda Sanderson.
Oczywiście, doskonale znaliśmy to nazwisko. Przecież Gerda była od wielu lat przyjaciółką Delii Ketchum, matki Asha oraz naszą znajomą, której jakiś czas temu pomogliśmy w jej problemach. Bardzo się lubiliśmy. Do tego stopnia, że raz tylko, w wyjątkowej sytuacji stanęliśmy po dwóch stronach barykady, kiedy nasza znajoma broniła przed sądem człowieka, którego my posłaliśmy do więzienia. Ale nie mieliśmy do niej o to żalu. Przecież taka była jej praca. Ktoś musiał to robić. A my nie mogliśmy posiadać pretensji wobec ludzi wykonujących tylko swoją pracę. Poza tym... I tak wtedy wygraliśmy.


- Gerda Sanderson? - zapytałam po chwili - Oczywiście, że ją znamy. Ale nie wiem, skąd pan ją zna.
- Widziałem ją przecież na procesie, moi drodzy - odpowiedział Lorenzo.
W jego tonie jednak nie było za dużo szczerości. Ash i ja od razu wyczuliśmy to, a mój ukochany spojrzał podejrzliwie na starszego pana, mówiąc:
- Niech zgadnę. Gerda postanowiła nas wynająć, ale nie była pewna naszej decyzji i poprosiła pana o pośrednictwo.
Lorenzo zrobił minę niewiniątka, jakby chciał przez chwilę zaprzeczyć, ale w ostatniej chwili z tego zrezygnował i powiedział:
- Ech, widzę właśnie, że jesteście lepszymi detektywami niż myślałem. Bez trudu się wszystkiego domyśliliście.
- Domyślamy się więcej niż pan sądzi - odparł na to Ash i spojrzał na Biankę - A ty o wszystkim wiedziałaś i pomagałaś dziadkowi, prawda?
Bianka uśmiechnęła się do nas figlarnie, najwyraźniej ucieszona, chociaż też i zaskoczona tymi słowami.
- Ash, czy ty do swych niebywałych zdolności detektywistycznych dołączyłeś jeszcze czytanie w myślach?
Ash parsknął śmiechem i powiedział tajemniczym tonem:
- Być może.
- Dobra, stary. A tak na poważnie, to co mnie zdradziło?
Mój ukochany przybrał od razu rzeczowy ton, chociaż nadal się uśmiechał i odpowiedział:
- Bo zauważyłem, że kiedy zdemaskowałem twojego dziadka, ani razu się nie poruszyłaś. Ani razu na twojej twarzy nie pojawiło się zdumienie. Ani na chwilę nie sprawiałaś wrażenie zdziwionej. Zatem musiałaś o wszystkim wiedzieć.
Bianka pokręciła załamana głową, jakby czując się przytłoczona argumentami mojego męża, a swojego przyjaciela i powiedziała:
- Matko kochana. Ty nie jesteś aby za bystry?
- Nie wiedziałam, że można być za bystrym - stwierdziłam dowcipnie.
- Owszem, można, a twój mąż jest tego najlepszym przykładem - odparła na to Bianka, a następnie zwróciła się do Asha: - A co do ciebie, geniuszu, lepiej bądź ostrożny i nie zdradzaj wszystkim, jaki jesteś bystry. Bo bycie za bystrym też nie jest za dobre.
- W porządku, Bianko, bardzo ci dziękuję za ostrzeżenie - odpowiedział na to Ash, strasznie rozbawiony jej słowami - Wezmę sobie tę radę do serca.
- I bardzo dobrze, przyda ci się na przyszłość.
- A tobie przyda się kilka lekcji aktorstwa, abyś lepiej umiała ukrywać swoje myśli przed innymi, a zwłaszcza przed takimi geniuszami, jak ja i Serena.
- Niezwykle skromnymi geniuszami, jak widzę. No dobra, nieważne. To co? Czy dziadek ma zadzwonić do pani Gerdy i powiedzieć jej, że bierzecie tę sprawę?
Ash popatrzył na mnie uważnie, potem na Pikachu i Buneary. Nie chciał, jak widać podejmować tej decyzji bez nas. Bardzo mnie to ucieszyło, ponieważ nigdy nie chciałam być jedynie uroczym dodatkiem do niego w czasie naszych śledztw. Chciałam mieć taki sam wpływ na wszystko, jak on. I cieszyło mnie, że po ślubie Ash nadal również tego chce. Poza tym, jak drużyna, to drużyna. Decyzje zawsze podejmujemy razem. Zwłaszcza decyzje tak poważne jak to, czy bierzemy kolejną sprawę, czy też nie.
Oczywiście, w tej sytuacji odpowiedź mogła być tylko jedna.
- Dzwońcie - powiedzieliśmy ja i Ash niemalże jednocześnie.
Bianka uśmiechnęła się zadowolona, Lorenzo podziękował nam serdecznie, po czym wyszedł z pokoju, aby zadzwonić do naszej wspólnej znajomej, a Pikachu i Buneary zapiszczeli na znak zadowolenia. Widać było, że już się cieszą na naszą kolejną niesamowitą przygodę. Ja natomiast spojrzałam na Asha czułym wzrokiem i powiedziałam do niego:
- My chyba też musimy zadzwonić, gdzie trzeba.
- Dokąd? - spytała Bianka.
- Do Akademii. Że nasz pobyt tutaj trochę się przedłuży - odpowiedział Ash.
- Pika-pika! - zapiszczał wesoło Pikachu, wskakując mu na ramię.


C.D.N.

sobota, 7 stycznia 2023

Przygoda 125 cz. IV

Przygoda CXXV

Druga kula cz. IV


Wszelkie próby rozmowy z Margo nie zdały się nam na nic. Dziewczyna nie tylko zamknęła się w swoim pokoju, ale kiedy tylko próbowaliśmy zapukać do jej drzwi i nakłonić ją do rozmowy, to kazała nam się wynosić. Ponieważ zmuszanie kogoś do tego, aby chciał z nami pogadać nigdy nie było czymś, co popieraliśmy i co byśmy chcieli robić, dlatego odpuściliśmy sobie. Liczyliśmy, że jej ojciec może będzie bardziej rozmowny. Dlatego pojechaliśmy na komisariat, na którym nie tak dawno byliśmy i odnaleźliśmy inspektor Jenny.
- Musimy porozmawiać z Oliverem Fargem - powiedział Ash, jak tylko Jenny nas wpuściła do swojego gabinetu.
- Nie ma potrzeby. Już go przesłuchaliśmy - odpowiedziała policjantka.
- I co wam powiedział? - zapytałam.
- Przyznał się, że rozmawiał z Birdmanem niedługo przed zamachem. Ten mu miał zaproponować koalicję przeciwko Traskowi i ośmieszenie go poprzez jakieś brudy, które wyciągnęli nie wiadomo skąd. Nie przyznaje się jednak do zamachu. I nie przyznaje się do tego, że Birdman mu go proponował.
- A ty, oczywiście, mu nie wierzysz.
- Nie mam powodów, aby mu wierzyć. Zataił tak ważną informację podczas śledztwa, a to nie przemawia na jego korzyść. Wręcz przeciwnie, to tylko dowodzi, że namieszał i to nieźle.
- Jenny, namieszać może i namieszał, ale nie zabił! - zawołał Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał oburzonym tonem Pikachu.
- A skąd wy niby to wiecie, co? - spytała Jenny - Doceniam ten wasz instynkt detektywów, ale co wy oboje tak naprawdę o nim wiecie? Ty, Sereno, prawie wcale go nie znasz, bo dopiero co poznałaś jego i jego córkę. A ty, Ash, poznałeś Margo, gdy oboje byliście jeszcze dzieciakami. Z jej ojcem zaś chyba nie łączyła cię nigdy przyjaźń, prawda? To znaczy, lubiłeś go, ale nie poznałeś za dobrze.
- To wszystko prawda, ale...
- Ale dowodzi, że tak naprawdę nic o nim nie wiecie. Nie możecie więc mi zaręczyć za jego niewinność. A nawet gdybyście go lepiej znali, to człowiek nieraz potrafi zaskoczyć drugiego człowieka, nawet wtedy, kiedy go zna się od lat.
- To taka filozofia z podręcznika „Myślenie dla opornych”?
Jenny spojrzała groźnie na Asha. Jej oczy zabłyszczały gniewem.
- Uważaj, Ash. Przeginasz.
- Dopiero zaczynam - odpowiedział ze złością mój mąż - Nie zamierzam ci pozwolić na to, abyś tak łatwo zamknęła tę sprawę. Dopóki nie wyświetlimy w tej zagadce wszystkich faktów, masz na jej zakończenie moje stanowcze veto.
- I moje też - poparłam go.
Pikachu i Buneary zapiszczeli delikatnie na znak, że się z nami zgadzają, zaś ich pyszczki ozdobiły grymasy niechęci wobec policjantki.
Jenny zareagowała na to złośliwym stwierdzeniem:
- No proszę. Para ledwo dorosłych ludzi i para Pokemonów mi grozi. Czy już się powinnam zacząć bać?
- Nie chcemy ci w żaden sposób grozić - powiedział spokojnie, acz stanowczo Ash - Chcemy tylko, żebyś raczyła rozpatrzeć wszystkie aspekty tej sprawy.
- A to są jeszcze inne niż te, które dotychczas znamy? - zapytała Jenny.
- Jakieś na pewno są. Tylko musimy mieć czas, aby je zbadać.
- Jakieś na pewno są?! I co? Niby to ja mam powiedzieć prokuratorowi? Albo może moim bezpośrednim przełożonym?
- Komisarz Rocker na pewno ci uwierzy, gdy dowie się, że to nasze zdanie w tej sprawie i da się przekonać, aby kontynuować śledztwo.
- Komisarz tak, ale prokurator już nie jest taki wyrozumiały. Poza tym, to już nawet nie o niego chodzi.
- A o co?
- O co? Ty mnie jeszcze pytasz, o co? Nie widzieliście, co się dzieje na ulicy? Nie widzieliście i nie słyszeliście tych wyzwisk pod naszym adresem?
Jenny podeszła do okna i pokazała je ręką.
- Chcecie, żebym je otworzyła? Chcecie sobie posłuchać, jakie zamieszanie wywołała cała ta sprawa? Zresztą jechaliście tutaj. Byliście przed chwilą na ulicy. Chyba słyszeliście, co ci ludzie wykrzykują? I trudno się dziwić. Takich rzeczy jak ten zamach na polityka w biały dzień w tym mieście jeszcze nie widziano. To jest szok dla wszystkich. Zabito szefa partii liberalnej. A szef partii prawicowej został oskarżony o zorganizowanie na niego zamachu. A z kolei szef partii centralnej jest współwinny. Zwolennicy każdego z tych gości bojkotują mi tutaj pod oknem i pod siedzibą chwilowo jeszcze rządzących władz. Niewiele czasu minie, aż zaczną się tłuc ze sobą nawzajem. Mogą być ranni, nawet trupy. Nie widzicie, że przedłużanie śledztwa w tej sprawie tylko wszystko pogorszy?
- Rozwiążemy tę sprawę, tylko potrzebujemy trochę więcej czasu.
- Nie rozumiesz, Ash, że nie mamy już czasu? Za chwilę w mieście wybuchną zamieszki. Lewica wrzeszczy na ulicy i żąda, aby ukarać winowajców. Prawica zaś uważa, że jej szef jest niewinny i to wszystko wina centrum. A centrum krzyczy, że ich przywódca nic złego nie zrobił i obrażają lewicę i prawicę jednocześnie. I jakie będą tego efekty? Już za niedługo skoczą sobie do gardeł, a my nie powstrzymamy tego bez użycia siły. Padną ranni, nawet trupy. Ludzie poginą, a miasto może tego nie przetrwać. Nie rozumiecie, co nam grozi?! Tu już nie chodzi o jakieś tam durne procedury! Tu chodzi o przyszłość tego miasta! 
- Proszę cię, Jenny... Musimy mieć nieco więcej czasu. Cała ta sprawa jest o wiele bardziej złożona niż nam się wydaje. Dlatego musimy wiedzieć wszystko, ale to wszystko, co tylko może nam pomóc rozwikłać tę sprawę. Nie wiemy wciąż tego, kim jest zamachowiec i kto dokładniej mu to wszystko zlecił. Prawica ma na pewno z tym coś wspólnego, ale nie wiemy jeszcze, jak mocno są w to zamieszani.
Pikachu i Buneary poparli Asha piszcząc i kiwając łepkami, a ja dodałam:
- No i nie zapominaj o jednym. Jeżeli zostawicie wszystko takie, jakie jest w tej chwili, to wszystkie trzy partie i jej zwolennicy rozniosą to miasto w perzynę. Bo na co ty liczysz? Że wystawisz prokuraturze na żer Olivera Farge’a i wszystko się uspokoi? Przeciwnie, zamieszki tym bardziej wzrosną, bo będzie w tej sprawie tak wiele niewiadomych, że zwolennicy takiej i innej teorii, jakie się narodzą, będą próbowali ją bronić, choćby siłą. Skazanie Farge’a na podstawie jedynie teorii, bez żelaznych dowodów niczego nie naprawi. Ale wyjaśnienie sprawy doprowadzi do tego, że chociaż centrum stanie po naszej stronie. Lewica dalej się będzie domagać głowy mordercy swojego lidera, zaś prawica będzie zaprzeczać, że ma cokolwiek z tym wspólnego, ale nie będzie już tak silna jak teraz. W końcu nie zdołają dranie zaprzeczać oczywistym faktom w nieskończoność. Przegrają te wybory i uspokoją się. Bo przecież na pewno je przegrają. Nie mają szans na to, aby je wygrać.
- Chyba, że je sfałszują - zauważył Ash - Chociaż nie wydaje mi się, aby im się to udało. Nikt takiego fałszerstwa nie kupi. Nie w sytuacji, kiedy ich poparcie z każdym dniem jest coraz mniejsze.
- Naprawdę sądzicie, że ostateczne wybory coś tu zmienią? - zapytała Jenny - Sprawią, że te oszołomy pod naszymi oknami się uspokoją?
- Tak, bo wszystko się wtedy rozstrzygnie i już nie będą mieli przeciw czemu bojkotować - odpowiedział mój mąż.
- Pika-pika! - zgodził się z nim Pikachu.
- Jednak żeby przeprowadzić wybory, trzeba jak najszybciej zakończyć nasze śledztwo w sprawie zabójstwa Traska i rozwiać wszelkie wątpliwości - dodałam.
- Obawiam się, że trochę za bardzo idyllicznie to wszystko sobie wyobrażacie - mruknęła złośliwie Jenny, ale widać było, że mięknie - Postaram się wam jakoś załatwić widzenie z Fargem. Obawiam się tylko, czy to nie będzie za trudne.
- Twój szef to komisarz Rocker, a to nasz przyjaciel. On na pewno się zgodzi - powiedziałam.
- On tak, ale on też ma swoich szefów - wyjaśniła Jenny ponuro - A niestety, obawiam się, że im niespecjalnie zależy na prawdzie.
- Niby dlaczego?
- To proste, droga Sereno. Przecież to morderstwo godzi we władze policyjne Wertanii. Dowodzi, że policja nie umiała zapewnić bezpieczeństwa politykom i to tak ważnym. To plama na ich honorze, dlatego chcą teraz pokazać, jak są skuteczni w łapaniu zamachowców. Tylko to im może jeszcze pomóc, zanim stracą posady. I dlatego nie ważne, kogo oskarżymy o zabójstwo Traska. Ważne, żebyśmy go mieli i oddali pod sąd. A czy jest on naprawdę winny, czy nie, to już ich nie obchodzi.
- A zatem, poświęcą niewinnego człowieka dla posadki?
- Aż tak cię to dziwi? Sereno, zaskakujesz mnie. Przed chwilą uraczyłaś mnie dykteryjką na temat, dlaczego mam wam pozwolić na śledztwo i mówiłaś bardzo mądrze, a teraz znowu gadasz jak mała dziewczynka. Rozumiesz, że możesz mieć jeszcze dziecięce złudzenia, co do niektórych spraw, ale na serio... Mówisz teraz tak, jakbyś niczego się nie nauczyła podczas swoich przygód. Nie rozumiesz, jak działa na tym świecie polityka? A już zwłaszcza wielka polityka? To bezwzględna machina. W jej trybach prawda, tak naprawdę nikogo nie obchodzi.
- Nas obchodzi i zamierzamy o nią walczyć do samego końca.
Zdawałam sobie sprawę z tego, że brzmi to dosyć naiwnie i głupiutko, jakby dziecko rozmawiało z dorosłym na niezwykle poważne sprawy. Jednak w tamtej chwili nie umiałam inaczej postąpić. Musiałam bronić naszych poglądów podczas rozmowy z Jenny, gdyż przez chwilę poczułam się tak, jak dziecko chcące jakoś wytłumaczyć cynicznemu dorosłemu, w co wierzy. Na szczęście Ash poparł mnie w tej sprawie, dodając do mojej wypowiedzi te oto słowa:
- Wiele razy już udowodniliśmy prawdę i teraz też to zrobimy. Albo z twoją pomocą, albo bez niej. Tylko bez niej pójdzie nam trochę trudniej.
Jenny, widząc nasze stanowcze i pewne miny, westchnęła tylko głęboko, po czym powiedziała:
- Niech wam będzie. Komisarz jest teraz u generała policji. Odbiera od niego gratulacje za schwytanie sprawcy i zapewne tłumaczy mu, dlaczego jeszcze sobie na te pochwały nie zasłużył. Zadzwonię do niego i powiem mu o waszej prośbie.
Wzięła komórkę i zrobiła to, co zapowiedziała. Rozmowa nie trwała krótko, bo komisarz przecież nam sprzyjał, tak jak to przewidywaliśmy. Dlatego po chwili pani inspektor zakończyła połączenie, popatrzyła na nas i rzekła:
- Komisarz daje wam pozwolenie na rozmowę z Fargem. Ale ma to zostać jak na razie między nami. On sam właśnie przekonuje swoich przełożonych, żeby nie zamykać jeszcze śledztwa. Jeżeli mu się uda, to zyskacie jeszcze trochę czasu. Ale póki co, róbcie swoje i nie liczcie na cuda.
Po tych słowach, Jenny zabrała nas do aresztu, gdzie w osobnych celach byli już Oliver Farge oraz Birdman. Ten drugi, rzecz jasna, wcale nas nie interesował i nie mieliśmy zamiaru zawracać sobie nim głowy. Z tym pierwszym natomiast, to już sprawa przedstawiała się inaczej.
- Panie Farge, ma pan gości - powiedziała Jenny, otwierając drzwi od celi, po czym wpuściła nas do środka.


Weszliśmy, a Jenny zamknęła za nami drzwi i zostawiła nas samych z naszym podejrzanym. Mężczyzna ucieszył się na nasz widok, choć jego radość wyraźnie była mocno przytłumiona faktem, że musi tutaj przebywać, co w zasadzie wcale nas nie zdziwiło.
- Ash, Serena! Jak miło mi was widzieć, choć naprawdę szkoda, że w takich okolicznościach.
- Też wolelibyśmy inne, ale cóż... Taka sytuacja - odpowiedział Ash.
- Pika-pika - zapiszczał smutno Pikachu, lekko zwieszając łepek.
- Skoro tutaj jesteście, to domyślam się, że mi wierzycie, mam rację? - zapytał Oliver Farge.
- Dobrze pan się domyśla. Nie wierzymy w pana winę - powiedziałam - Ale nie rozumiemy, dlaczego ukrywał pan przed nami tak istotne fakty.
- Które to fakty teraz przemawiają przeciwko panu - dodał Ash.
- Dlaczego pan nie powiedział nam, że Birdman panu proponował koalicję? - zapytałam.
Farge opuścił lekko głowę w dół, westchnął głęboko i odparł ponuro:
- A uważacie, że to jest powód do chwalenia się? Że pozwoliłem sobie na to, żeby spotkać się z tym... Z tym stworzeniem, bo przecież człowiekiem nie umiem go nazwać. Podeptałem wszystkie swoje wartości i zasady, pozwalając sobie na te brudne układy z tym łajdakiem.
- Brudne układy? - zapytał mój mąż - Chce pan powiedzieć, że kłamał pan, gdy pan powiedział, że odrzucił pan jego propozycję?
- Nie kłamałem, ale nie powiedziałem wam całej prawdy - odparł na to Farge.
- Jaka zatem jest prawda?
- Prawda jest taka, że odrzuciłem jego niedawną propozycję, którą mi złożył przed zamachem. Ale wcześniejsze propozycje przyjąłem.
Pikachu i Buneary zapiszczeli zdumieni, a ja w szoku spojrzałam na mojego ukochanego, nie bardzo wiedząc, co mam o tym wszystkim myśleć. Ash natomiast patrzył ponuro na ojca Margo i spytał:
- Panie Olivierze... Po co panu w zasadzie to było? Te brudne układy, jak pan to ujął? Po co to panu było?
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Sam nie wiem. Czułem, że mogę tych wyborów nie wygrać i dlatego, kiedy ta szuja Birdman powiedział, iż może stworzyć ze mną centropraw i wspólnie bez trudu zniszczyć Traska, mimo mieszanych uczuć, zgodziłem się, ale chciałem mieć pewność, jakie działania on podejmie w tym celu. Kiedy powiedział mi, w jaki to sposób chce wykończyć Traska, uznałem to za nieetyczne i odmówiłem.
- A jakie metody panu zaproponował? Zabójstwo Traska? - zapytałam.
- Skądże! - zawołał urażony tym zarzutem Farge - Uwierzcie mi, nigdy bym się na coś takiego nie zdobył.
- Pan nie, ale on?
- On? Dajcie spokój! Birdman to zwykły tchórz! Krzyczeć to on potrafi i to jeszcze jak, ale kiedy przychodzi co do czego, ucieka i chowa się za plecami tych swoich wiernych wyznawców. Nie, moi kochani. Żeby zaplanować morderstwo i to z zimną krwią, trzeba mieć odwagę, a on tego nie posiada. Nie, on mi nigdy nie proponował morderstwa Traska.
- Więc co panu zaproponował?
- Chciał, żebyśmy sfabrykowali przeciwko niemu dowody o jego powiązaniu z nieistniejącą już organizacją Rocket lub innymi organizacjami przestępczymi. Bo Birdman powiedział, że za pomocą swoich szpiegów znajdzie coś na Traska, ale mu się nic nie udało odkryć. Uznał więc, że wobec tego sfabrykuje coś przeciwko niemu. O ile mogłem zgodzić się na propozycję wykończenia Traska za pomocą tego, co jest prawdą (może zdobytą w niezbyt uczciwy sposób, ale przecież zawsze prawdą), to nie mogłem pozwolić na to, aby fabrykować przeciwko niemu dowody. Przecież to jawny kryminał, a prócz tego niezgodne z moimi zasadami. Dlatego, gdy Birdman chciał ode mnie pomocy w tym niecnym procederze, odmówiłem.
- Jak on na to zareagował? - zapytał Ash.
- A jak wam się wydaje? Wściekł się - odpowiedział Farge - Nieraz widziałem go wściekłego, ale mimo wszystko to, co wtedy zrobił, było po prostu straszne. To bydlę zaczęło mnie wyzywać od zdradzieckiej mordy i żałosnej karykatury i takie tam inne. I że sam sobie beze mnie poradzi, a ja jeszcze będę skamleć o to, żeby on znowu chciał ze mną współpracować. Mówię wam, gdyby nie to, że to było wręcz beznadziejne, to by mnie to nawet bawiło.
Widzieliśmy już Birdmana w akcji, jak potrafi się wściec i krzyczeć, dlatego łatwo uwierzyliśmy w to, co powiedział nam Farge.
- A niedługo po tym wszystkim, doszło do zabójstwa Traska - powiedział po chwili Ash.
- Tak, zgadza się - odpowiedział mu ojciec Margo - A ja się bałem, że jeżeli prawda o moich kontaktach z Birdmanem wyjdzie na jaw, to wtedy policja uzna, iż mam z tym coś wspólnego. Teraz wiem, że to był błąd.
- Podobno znaleziono u pana telefon, z którego zamachowiec kontaktował się z rusznikarzem, który zrobił dla niego broń i zapłacił za to życiem.
- Wiem o tym. Ale powtarzałem już policji. Nie wiem, skąd ten telefon wziął się w moim biurku.
- Ale są na nim pańskie odciski palców, mam rację?
- A jak mają nie być? Sam otworzyłem szuflady biurka i wyjąłem wszystko, co w nich było. Dotykałem wszystkich rzeczy, które się tam znajdowały. Również tego przeklętego telefonu.
- A jak pan wytłumaczy to, że sprawdzono bilingi tego telefonu i połączenia do rusznikarza wychodziły właśnie z pana domu?
- Widocznie ten ich policyjny ekspert się pomylił. Ja nigdy nie dzwoniłem z tego telefonu do kogokolwiek.
- To może ktoś w pana domu to zrobił?
- A niby kto? Margo? Hector? Nasza gosposia? Nie wierzę, żeby którekolwiek z nich to zrobiło.
Asha nagle coś naszło. Spojrzał uważnie na polityka, pomasował sobie lekko palcami podbródek, po czym zapytał:
- A czy Margo często bywa u pana w pańskim gabinecie?
Oliver Farge spojrzał na Asha złowrogo, po czym zerwał się dziko z krzesła, na którym siedział i zawołał:
- Wiem, do czego zmierzasz, Ash i stanowczo temu zaprzeczam! Moja córka niczego nie zrobiła! I niby po co miałaby to robić?!
- Może po to, aby pomóc ojcu wygrać wybory? - odpowiedział Ash - A jeżeli podsłuchała pana rozmowę z Birdmanem i dowiedziała się o waszym układzie? I to ona załatwiła wszystko z zamachem?
- Chyba nie wierzysz w to, co mówisz! Margo nie byłaby do tego zdolna!
- Może nie wiemy o niej wszystkiego? Nie chce nam nic powiedzieć na pana temat, a jestem pewien, że coś wie. Albo wie, że jest pan winien, albo dobrze wie, że pan jest niewinien. Jeżeli chodzi o to pierwsze, to rozumiem jej milczenie. Ale jeżeli jest pan niewinny, to już jej nie rozumiem. Chyba, że to ona jest winna i nie wie już sama, co ma robić. Wkopać siebie, aby pana uratować? Czy może jednak poświęcić pana, aby ratować siebie?
Ja, Pikachu i Buneary patrzyliśmy w niezłym szoku na Asha. Nie bardzo teraz wiedzieliśmy, co mamy o tym wszystkim myśleć. Czy mój ukochany naprawdę tak uważał? Naprawdę podejrzewał Margo? Czy może po prostu prowadził jakąś grę z naszym podejrzanym? Jedno i drugie było równie mocno prawdopodobne. A my, choć znaliśmy go od bardzo dawna, nie umieliśmy tego odkryć. Przyznam, że mnie to lekko zdołowało. Ash mimo naszego małżeństwa, nie zawsze mówił mi o swych pomysłach i domysłach od razu. Nadal wiele razy czekał na dogodną chwilę, aby to zrobić. Ale kiedy ma ta chwila nastąpić, decydował on sam. Cały on, Sherlock Ash, wybitny detektyw, który zostawiać dla siebie jak najdłużej to, co najlepsze. No cóż... Chyba to mu zostanie na zawsze.
- Margo jest niewinna, Ash. Mogę cię zapewnić - powiedział po chwili Farge - Naprawdę nie wierzę w to, że byłaby w stanie to zrobić.
- A może pan wyjaśnić, o co niedawno pokłócił się pan z córką? - spytał Ash.
Farge ponownie spojrzał na niego zdumiony i odparł:
- Nie rozumiem, o czym mówisz. Nigdy nie kłóciłem się z moją córką. Może trudno w to uwierzyć, ale my się nigdy o nic nie pokłóciliśmy. Nawet wtedy, gdy zaczęła wchodzić w okres dojrzewania. Nigdy się o nic nie kłócimy. Jeśli mamy w jakieś sprawie inne zdanie, rozmawiamy ze sobą, wymieniamy poglądy, ale nigdy nie było tak, abyśmy się o cokolwiek pokłócili.
- Naprawdę? Słyszeliśmy co innego.
- A zatem macie błędne informacje. Ja nigdy się nie pokłóciłem o nic z moją kochaną córeczką. A i ona o nic się ze mną nie kłóciła. Jeżeli zatem z kimś się o coś pokłóciła, to na pewno nie ze mną. To nie byłem ja.
Wyjaśnienie Farge’a zburzyło nasz dotychczasowy sposób myślenia. Ja i Ash do tej pory sądziliśmy, że Margo pokłóciła się z ojcem o coś, co ma związek z tą sprawą i podejrzewa go teraz o to, iż jest winny i dlatego milczy, aby nie pogrążyć go przed policją. Jeżeli jednak Margo nie pokłóciła się z ojcem, to znaczyło, że wie doskonale o tym, iż jest on niewinny i jedynie przez nieostrożność wmieszał się w to wszystko, ale poza tym nie zrobił nic złego. Zatem, dlaczego milczy? Czy mimo to ma wątpliwości i chce osłaniać ojca? A może jednak kogoś innego? Tylko kogo? I w zasadzie po co? Przecież nikt chyba nie jest jej tak bardzo bliski jak jej tata. Jeśli więc wie, że jest on niewinny i wie, kto zabił, dlaczego tego kogoś nie wyda? Czyżby ten ktoś był jej jeszcze bliższy? Ale czy mimo wszystko, w takiej sytuacji, w jakiej obecnie byli, po prostu by nie ratowała ojca? No i najważniejsze pytanie. Jeżeli nie z ojcem się wtedy pokłóciła, to z kim?
Podzieliłam się z Ashem tymi wątpliwościami, kiedy wychodziliśmy z celi Farge’a. Mój ukochany zgodził się ze mną w tej sprawie, ale nie umiał na żadne z tych pytań odpowiedzieć.
- Naprawdę, wszystko już teraz komplikuje się jeszcze bardziej - powiedział do mnie Ash - W zasadzie niby wszystko już wiemy, ale koncepcję psuje nam to tak niezrozumiałe zachowanie Margo.
- Wiemy już wszystko? - zapytałam z lekką irytacją - To może ty wiesz, bo ja jak na razie, błądzę jak dziecko we mgle i niczego nie wiem.
- Przeciwnie, wiesz wszystko, tak samo jak ja, tylko jeszcze nie rozumiesz w tej sprawie kilku aspektów. Ale nic nie szkodzi, bo ja też ich nie rozumiem. Póki co, oczywiście.
- No dobrze, a więc wyjaśnij mi to, co ja rzekomo wiem, choć sama o tym nie mam pojęcia.
Ash nie przejął się moim tonem, tylko uśmiechnął się, jakby chciał mi rzec, że wyglądam uroczo, kiedy się złoszczę, co zresztą wiele razy już mi mówił. Nie wiem, czy mam mu wierzyć, bo widząc w lustrze siebie złą, to jakoś nie widzę w sobie czegokolwiek pięknego. Ale może zakochany mąż patrzy inaczej na swoją żonę niż ona sama?
- No słucham zatem. Co tak naprawdę wiemy o tej sprawie? - zapytałam.
Pikachu i Buneary też zapiszczeli pytająco, patrząc na niego uważnie. Ash zaś przybrał ten swój cwany wizerunek twarzy, który zwykle przybierał, kiedy się już czegoś domyślał i powiedział:
- Pomyślcie tylko chwilę. Margo ma tylko dwie bardzo bliskie sobie osoby, które mogłaby w takiej sytuacji osłaniać. Jedna siedzi, a zatem zostaje druga. Czy tak trudno odgadnąć, kto to jest?
Trzasnęłam się w głowę otwartą dłonią, kiedy już zrozumiałam, do czego Ash zmierza. Teraz wszystko nabierało sensu i układało się w logiczną całość. Byłam na siebie zła, że nie pomyślałam o tym wcześniej.
- Ale w zasadzie, to jesteś tego pewien? - zapytałam.
- Oczywiście. Wszystko się zgadza - odpowiedział Ash i nagle spochmurniał - No, prawie wszystko. Nie potrafię zrozumieć jednej rzeczy.
- Z kim się kłóciła Margo w gabinecie ojca?
- Nie, bo tego już się domyślam. Uważam, że to ta sama osoba, którą kryje Margo. Nie rozumiem innej rzeczy. Jeżeli Margo wie, kto zabił i dlaczego, czemu go nie wyda w zamian za życie ojca? Rozumiem, że ta osoba jest jej bliska, ale dlaczego siedzi cicho? Czy nie lepiej jest uratować ojca i to nawet za cenę utraty drugiej bliskiej osoby? Chyba, że ten drań coś na nią ma, bo Margo wcale nie jest tak kryształowa, jak nam się wydaje. Nie, co ja wygaduję?! Och, to wszystko nie ma najmniejszego sensu i w zasadzie nic już nie wiem! Nawet nie wiem, czy moje podejrzenia są słuszne. To tylko przypuszczenia. A policja ich nie kupi.
Mijaliśmy na ulicy kolejne skandujące grupy zwolenników wszystkich trzech partii politycznych, zażarcie się ze sobą kłócące i wyzywające się w tak wrednymi i obrzydliwymi epitetami, że cytowanie ich wywołuje ból ust, a słuchanie ból uszu. W mało którym teraz miejscu na mieście było spokojnie, pod komendą policji tak mocno wrzało, że aż trudno było chwilami tam się dostać, a w centrum miasta nie było wcale lepiej. Sytuacja przedstawiała się fatalnie. Ludzie, jak na razie, jedynie krzyczeli głośno na siebie nawzajem i nie dopuszczali się wobec siebie żadnych rękoczynów, ale nie było wiadome, kiedy w końcu to zrobią. Co prawda policja z uwagą ich wszystkich obserwowała, gotowa interweniować w razie czego, ale było widać, że sami się boją. Ludzi w tłumie było o wiele więcej niż funkcjonariuszy i raczej musieliby wezwać posiłki, aby ich uspokoić i było ryzyko, że raczej nie uda im się spacyfikować tłum spokojnymi metodami.
Rozmawialiśmy przechodząc przez w miarę spokojne miejsca, gdzie tłumów nie było, ale takich miejsc naprawdę było niewiele. Ludzie zbierali się w różnych miejscach, słuchając wypowiedzi różnego rodzaju demagogów. Do tego wzywali do siebie dziennikarzy, opowiadając im swoją wersję wydarzeń. A my niestety, już nie mogliśmy swobodnie rozmawiać, przechodząc przez centrum miasta, gdzie tak wielu było ludzi i tak mocno demonstrowali niezadowolenie z obecnej sytuacji, jak i też niechęć do przeciwników, że chwilami własnych myśli nie było słychać. Do głowy przyszła mi refleksja, kto tu niby pracuje, skoro tak wielu ludzi skanduje i okazuje jawnie swoją niechęć policji, władzy i sobie nawzajem. Obawiałam się, że jak tak dalej pójdzie, to Wertania stanie w miejscu. Po prostu szok. Widziałam już wiele chaosu wokół wyborów, ale takiego jeszcze nie. Ten to po prostu przerastał chyba wszystkie moje wyobrażenia.
Właśnie mijaliśmy grupkę ludzi, którzy udzielali wywiadu zebranym wokół nich dziennikom, kiedy nagle ci osobnicy dostrzegali i zaczęli krzyczeć w naszym kierunku. Dziennikarze natychmiast wszystko porzucili, podbiegli do nas, kręcąc nas kamerę i podtykając nam bez pytania mikrofony i pytając:
- Państwo Ketchum, jak tam śledztwo? Czy zostało zakończone? Czy policja aresztowała prawdziwych sprawców? Jak się teraz czujecie wiedząc, że przyjaciel, u którego mieszkaliście, okazał się być zleceniodawcą morderstwa? A czy jego córka też brała w tym udział? Co macie do powiedzenia w tej sprawie?


Ten słowotok był niesamowicie przytłaczający i czułam, że jeszcze trochę i stracę nad sobą panowanie. Dziennikarze w tamtej chwili wydawali mi się wprost obrzydliwi, a zadawane przez nich pytania nie tylko niestosowne, ale jeszcze na dodatek tak ohydne, że jeszcze chwila i bym chyba kopnęła w kamerę tego, który ją trzymał. Na szczęście Ash powstrzymał mnie przed tą utratą wizerunku, gdyż jedynie zwrócił się do tych chciwych sensacji hien i powiedział:
- Czy mamy coś do powiedzenia? A tak, nawet dwa słowa. ODWALCIE SIĘ!
Następnie dał znak Pikachu, który zaczął sypać iskry z policzków i grozić w ten sposób dziennikarzom, że za chwilę porazi ich prądem, jeśli od nas nie odejdą. Chyba zrozumieli aluzję, bo natychmiast od nas odskoczyli, dając nam przejść, ale zaraz potem zaczęli posyłać w naszym kierunku różnego rodzaju obelgi. Kilku zaś, mimo wszystko, jeszcze próbowało za nami biec, ale wtedy nagle podjechała do nas samochodem Alexa, która kazała nam wsiąść do środka. Posłuchaliśmy jej i już po chwili kobieta zabrała nas ze sobą daleko od tego tłumu.
- Dzięki, Alexa. Byłoby już po nas, gdybyś się nie zjawiła - powiedziałam.
Pikachu i Buneary zapiszczeli z ulgą, a Ash dodał:
- Naprawdę ratujesz nam skórę, Alexa.
- Nie ma sprawy, kochani. Bardzo chętnie zawsze wam pomogę, wiecie o tym - odparła na to dziennikarka - Przy okazji, liczę na ciekawy wywiad od was.
- No tak. A ja naiwnie się łudziłem, że pomagasz nam bezinteresownie.
- Ash, mój drogi, nigdy nie zaszkodzi przy okazji wyciągnąć coś dla siebie z takiej sprawy. Ale spokojnie, pomagam wam z przyjaźni. Chociaż miło by mi było dostać od was wywiad z pierwszej ręki o całej tej sprawie. Bo bardzo, ale to bardzo mnie ona intryguje.
- Nie tylko ciebie. Widziałaś tych pismaków na ulicy? Oni też są ciekawi, co my wiemy w tej sprawie - mruknęłam z ironią.
- Oni nie są ciekawi prawdy. Oni chcą sensacji - stwierdziła Alexa - Ja zaś chcę poznać prawdę i potem ją opublikować. Żeby nikt nie miał wątpliwości, kto za tym wszystkim stoi i dlaczego.
- Problem polega na tym, że chwilowo my sami tego nie wiemy - odparł Ash - Mamy tylko pewne podejrzenia, ale dla sądów to za mało.
- No właśnie, a do tego Jenny nam powiedziała, że prawda tak naprawdę tutaj nikogo nie obchodzi - dodałam ponuro - Nikogo na górze, oczywiście. Góra już ma swoich winowajców i nic więcej ją nie obchodzi. Obawiam się, że nie będzie tak łatwo ich do czegokolwiek przekonać.
- Spokojnie, kochani. Ja w was wierzę - odpowiedziała życzliwie Alexa - Jeśli ktoś ma wyjaśnić prawdę, to tylko wy.
- Dzięki za wiarę w nasze siły. Przyda się nam to, bo sami powoli tę wiarę już zaczynamy tracić - powiedział Ash.
- Pika-pika - potwierdził smętnym piskiem Pikachu.
Helioptile Alexy, siedzący jej dotąd na ramieniu, skoczył zwinnie w kierunku naszego pokemoniego przyjaciela i delikatnie trącił go łapką, aby go pocieszyć. Podobnie postąpiła także Buneary, piszcząc przy tym w słodki sposób. Pikachu, widząc to, czule się do nich uśmiechnął i chyba poczuł się nieco lepiej, czego o nas nie można było już powiedzieć, chociaż słowa Alexy podniosły nas delikatnie na duchu. Niestety, tylko i wyłącznie delikatnie.
Alexa, na naszą prośbę, podwiozła nas pod dom Farge’a. Kiedy wysiedliśmy z auta, powiedziała, że ma jeszcze kilka spraw do załatwienia i nie może dłużej z nami zostać, ale życzy nam powodzenia w naszej sprawie.
- Tylko nie traćcie ducha. To przecież nie jest w waszym stylu - powiedziała nam na do widzenia.
Po tych słowach, odjechała, a my zostaliśmy sami ze swoimi myślami. Łatwo było powiedzieć, abyśmy nie tracili ducha, ale trudniej było to zrealizować. Cała ta sprawa już nas mocno przytłaczała. Ash posiadał pewne podejrzenia, ale co z tego, skoro nie mieliśmy na ich potwierdzenie żadnych dowodów. A już na pewno nie takich, które mogłyby w jakikolwiek sposób przekonać władze do tego, że ojciec Margo jest niewinny. A do tego czasu mieliśmy coraz mniej. Liczyliśmy na Jenny i na komisarza Rockera, że mimo wszystko załatwią nam więcej czasu, ale przecież nie było pewności, czy im się uda. Zasadniczo, w tej sprawie nic nie było pewne. Nawet to, czy mieliśmy rację i Oliver Farge naprawdę był niewinny. Choć to była jedna z niewielu rzeczy, jakie w tym śledztwie uważaliśmy za pewnik, ale czy tak po prawdzie, Jenny nie miała racji? Nasze przekonanie opieraliśmy jedynie na tym, że znamy Margo i wierzymy w to, iż jej ojciec jest niewinny. Ale co my o nim tak na dobrą sprawę wiedzieliśmy? Ash poznał go jako porządnego człowieka, jednak to było dawno temu. Kto wie, czy nie zmienił się on przez ten czas na gorsze?
Oczywiście staraliśmy się odrzucać takie myśli, aby nie zwariować i móc tę sprawę w jakiś sensowny sposób zakończyć. Poza tym Ash był pewien tego, co mi wcześniej powiedział i jedynie fakt, że Margo milczy podważał tę teorię. Bo jak to niby można uwierzyć w taką sytuację, iż nasza przyjaciółka byłaby w stanie bronić inną bliską sobie osobę, a poświęcać swojego własnego ojca, z którym przecież ma tak doskonałe relacje? Chyba, że wcale nie są one tak doskonałe, jak to oboje chcą nam przedstawić.
Jak zatem widać, pytania rosły z każdą minutą, a odpowiedzi jak dotąd nawet na horyzoncie nie było widać. Taka sytuacja, co chyba aż nadto jest oczywiste, nie sprzyja bynajmniej rozwiązywaniu zagadek. Podobnie jak i sytuacja, którą oboje zastaliśmy w domu pana Farge’a. A sytuacja ta pozostawiała wiele do życzenia. W domu były jedynie gosposia i Margo, która na nasz widok zamknęła się w swoim pokoju i nie chciała z niego wyjść, mimo usilnych próśb z naszej strony.
- Dajcie już spokój, moi mili. To nic nie da - powiedziała do nas gosposia ze smutkiem w głosie - Margo jest bardzo uparta. Jak się uparła, że z nikim nie będzie rozmawiać, to tak zrobi.
- Nawet jeżeli od rozmowy z nią może tak wiele zależeć? - zapytałam.
- Nawet wtedy. Przykro mi, ona już taka jest. Nic na to nie poradzimy. Lepiej spróbować porozmawiać z paniczem Hectorem, jak już wróci do domu.
- Czyli go nie ma? - zapytał Ash.
- Oczywiście, że nie ma - odpowiedziała gosposia - Teraz, kiedy pan Oliver został zatrzymany, musi dopilnować wszystkich spraw związanych z partią, bo jak pan Oliver wróci, będzie kontynuować udział w wyborach.
Nie zapytaliśmy kobiety, czy to oznacza, że wierzy ona w powrót Farge’a. Jej słowa mówiły same za siebie. To dowodziło, jak mocno wierzy ona w niewinność swego pryncypała. No cóż... Przynajmniej ona miała do tego podstawy, bo jeżeli chodzi o nas, to nie mogliśmy tego o sobie powiedzieć. Wątpliwości w tej sprawie były zbyt wielkie.
Gosposia przygotowała dla nas obiad i posiłek dla naszych Pokemonów. Choć w obecnej sytuacji apetyt raczej nam zmalał, to jednak byliśmy mimo wszystko na tyle głodni, że chętnie skorzystaliśmy z uprzejmości kobiety. Margo nie wyszła do nas, żeby zjeść z nami posiłek, gosposia więc zostawiła go jej przed drzwiami, a jakoś z pół godziny później odebrała talerz pusty.
W trakcie obiadu, dołączyła do nas Cleo, która w międzyczasie ucięła sobie chyba drzemkę. Gosposia oczywiście i dla niej miała porcję, a ponieważ posiłek był pyszny, nasza przyjaciółka nie pogardziła nim.
- Wybaczcie, źle spałam w nocy. Musiałam się trochę zdrzemnąć, bo inaczej, bo głowa bolała mnie niemiłosiernie - powiedziała do nas, aby wytłumaczyć swoje zachowanie.
- Nic się nie stało. Margo jest cała i zdrowa, więc wszystko dobrze - rzekł na to Ash - Ale mimo wszystko, obserwuj ją dalej. Gdyby wychodziła, daj nam znać i idź za nią. Mam obawy, że ktoś zechce zrobić jej krzywdę.
- Sądzisz, że mogą chcieć ją zabić? - zapytałam zaniepokojona.
- Sądziłem i nadal tak sądzę. Czekają tylko na dogodną okazję. Albo jeszcze nie wiedzą, czy im się to opłaci i dlatego jeszcze zwlekają. Możliwe też, że zechcą ją wykończyć, kiedy już będą pewni, że jest to konieczne.
- Może jednak tego nie zrobią.
- Zrobią, na pewno zrobią. A przynajmniej będą próbować. I wtedy właśnie my wkroczymy do akcji. Cleo, liczę wtedy na ciebie. Musisz czuwać nad Margo, a gdy ktoś jej zechce pod naszą nieobecność coś zrobić, wkroczysz do akcji, a przy okazji wezwiesz nas i policję.
- Nie ma sprawy, Ash. Możesz na mnie liczyć - odpowiedziała mu Cleo.
Zasmucona i zaniepokojona zarazem, powoli dokańczałam swój posiłek, a po głowie krążyło mi mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Przede wszystkim, nie byłam tak do końca pewna, czy metoda działania Asha względem Margo coś pomoże. Przecież w jej przypadku po prostu czekaliśmy, aż ktoś ją zaatakuje, aby go złapać i potem go wykorzystać jako sposób na schwytanie reszty spiskowców. Przecież, jakby nie patrzeć, to było robienie z Margo żywej przynęty. Ale tak po prawdzie, to co innego niby nam zostało? Dziewczyna nie chciała z nami rozmawiać, a próby zmuszenia jej do tego nie przynosiły nam żadnych rezultatów. Choć może zabrzmi to brutalnie, ale nie było innego wyjścia, jak pozwolić, aby zamachowcy zrobili jej krzywdę, bo tylko wówczas zacznie rozumieć, jak poważna jest sprawa i wszystko nam wyjaśni.
Siedzenie jednak i czekanie, aż przyjdzie najgorsze zdecydowanie nam się ani trochę nie uśmiechało. Z tego powodu, Ash postanowił, że będzie coś robił. Wziął kilka kartek papieru, porozpisywał po nich najróżniejsze możliwości, jakie w tej sprawie widział, zapisał także to, co już wiemy i potem próbował wyciągnąć z tego należyte wnioski. Nie było to jednak łatwe.
- Wiemy, że Farge chciał współpracować z Birdmanem, ale nie wiedział, co ten kombinuje - rzekł mój mąż, kiedy wraz z Cleo, Pikachu i Buneary siedzieliśmy w w moim i jego pokoju - Wiemy również i to, że nie zgodził się na sfabrykowanie dowodów na Traska. Dzień później Trask został zabity. Farge jest podejrzany, bo nie mówił nam wcześniej o swoich układach z Birdmanem, co w obecnej sytuacji przemawia przeciwko niemu.
- No i znaleziono telefon u niego, z którym kontaktowano się z rusznikarzem - zauważyłam.
- To akurat świadczy o jego niewinności, kochanie.
- Niby dlaczego?
- Pomyśl tylko. Gdybyś to ty była na jego miejscu i zorganizowałabyś zamach na swojego rywala, czy zostawiłabyś sobie telefon, który może cię wkopać?
Westchnęłam załamana swoją ignorancją. Ash nieraz w złości na siebie mówi, że nie umie myśleć. Chyba jednak ta wada dotyczy bardziej mnie.
- Masz rację. To by było strasznie głupie. Gdyby był winny, wyrzuciłby go.
- No, ale to przecież z tego domu wykonywano połączenia - zauważyła Cleo - Sam tak mówiłeś, Ash.
- To prawda i dlatego to zawęża krąg podejrzanych - odpowiedział na to Ash - Ale nie sprawia, że przybliżamy się do rozwiązania sprawy. Wiecie już, kogo w tej sprawie podejrzewam. Jednak to tylko przypuszczenia. Nie ma żadnych dowodów, a bez nich sąd tego nie kupi. No i jeszcze to milczenie Margo. Nie rozumiem tego. Skoro wie, kto jest winny, a już na pewno wie, że nie jej ojciec, czemu nadal siedzi cicho? Aż tak jej zależy na mordercy? A może mści się na ojcu? A może to właśnie ona jest temu winna i tylko udaje taką pokrzywdzoną?
Ash westchnął załamany, złapał się mocno za głowę i powiedział:
- Och, mówię wam. Za dużo tu niewiadomych, za mało wiadomych.
Pikachu i Buneary zapiszczeli smutno, potwierdzając jego słowa. Ja i Cleo nic nie mówiłyśmy, aby mu nie przeszkadzać w główkowaniu, choć nie zapowiadało się na to, żeby owo główkowanie miało cokolwiek mu przynieść. Ani też nam.
Wtem do pokoju weszła gosposia z koszem pełnym prania.
- Zbieram pranie. Macie coś do prania, kochani? - zapytała.
Trochę rzeczy mieliśmy, dlatego skorzystaliśmy z okazji i daliśmy je, kładąc po kolei każdą z nich na kosz. Było tam już sporo ubrań, część należała na pewno do pana Farge’a, inne zaś do Hectora, a zwłaszcza sweter mający rękaw brudny od czegoś białego. Jeszcze inne należały do Margo. Wśród nich dostrzegłam sukienkę najnowszego fasonu, a także trochę kobiecej bielizny. Oceniłam wszystko jednym rzutem oka i powiedziałam:
- Sporo tego jest. Nie wiem, czy powinniśmy pani dokładać pracy.
- To żadne dokładanie pracy, moi mili - odpowiedziała kobieta - Po prostu za to mi płacą i tyle. Poza tym, lepiej jest, jak pranie jest większe. Po co robić pranie dla małej ilości ubrań? Przecież to nie ma sensu.
Po tych słowach, uśmiechnęła się delikatnie i odeszła, zostawiając na samych z naszymi myślami. Niestety, ponieważ z owych myśli nic nadal nie wynikało, to w końcu musieliśmy wziąć sobie wolne od główkowania. I tak niczego mądrego nie udało się nam wymyślić i nic nie wskazywało na to, aby miało być inaczej.

***


Następnego dnia zjedliśmy spokojnie śniadanie, pogrążeni w milczeniu oraz we własnych myślach, próbując zrozumieć to, czego nie umieliśmy pojąć wczoraj. Margo, oczywiście z nami nie jadła, zadowalając się posiłkiem w samotności. A jak już go zjadła, to poszła się przejść. Oczywiście za nią niczym cień ruszyła Cleo z zamiarem obserwowania jej i przyjścia z pomocą na wypadek, gdyby spotkało ją coś złego, a to, że musiało to nastąpić prędzej czy później, było dla nas jedną z tak niewielu pewnych dla nas rzeczy.
Hector niedługo potem też wyszedł. Gdy to robił, powiedział nam:
- To ja już pójdę. Obowiązki wzywają. Partia nie może przestać funkcjonować pod nieobecność pana Farge’a. Dopóki nie wróci, to jako jego sekretarz muszę się porządnie wziąć do pracy i dopilnować, aby wszystko się nie rozpadło. W końcu opozycja tylko na to czeka. Nie możemy sprawić jej tej przyjemności.
W odpowiedzi pokiwaliśmy jedynie głowami, aby mu pokazać, że rozumiemy doskonale, o co mu chodzi. Nie zadawaliśmy mu zbędnych pytań, bo i tak w ogóle nas nie obchodziło, jakie dokładniej ma on obowiązki do wykonania. Poza tym, w tamtej chwili mieliśmy ciekawsze sprawy na głowie. Sprawy, którym notabene, jak na złość, jakoś nie potrafiliśmy podołać.
Dodatkowo humor popsuł nam telefon, który zadzwonił do nas. Kiedy tylko gosposia oznajmiła nam to, podeszliśmy do aparatu i stanęliśmy przed nim tak, aby było mnie i Asha dobrze widać. Na ekranie telefonu ujrzeliśmy postać inspektor Jenny, patrzącej na nas z powagą, a zarazem ogromnym smutkiem. Po jej minie dość łatwo wydedukowałam, że nie jest ona zadowolona.
- Słuchajcie, sprawa nie wygląda najlepiej - powiedziała - Rozmawiałam już z komisarzem, a ten z generałem policji. Niestety, tym na górze nie podoba się to, że wasza dwójka... Jak to ujął pan generał? Aha! Szuka dziury w całym. Tak, właśnie tak to powiedział. Dodatkowo jest niezadowolony z tego, że drążycie temat, kiedy jego zdaniem wszystko już jest jasne. Ale ze względu na to, że jak dotąd mieliście zawsze nieposzlakowaną opinię oraz spore sukcesu na koncie, daje wam ostatnią szansę. Macie odnaleźć prawdziwego sprawcę do jutra.
- Co?! Do jutra?! On chyba sobie żarty stroi! - krzyknął oburzony Ash, a jego wierny pokemoni druh poparł go, wyrażając swój sprzeciw głośnym piskiem.
- Wybacz, ale tak naprawdę on powiedział - odparła Jenny, rozkładając przy tym bezradnie ręce - Macie czas do jutra. Potem on zamyka dochodzenie i oddaje Farge’a pod sąd.
- Czyli albo do jutra rana złapiemy mu winowajcę, albo on wyda sądom pana Farge’a, niewinnego człowieka, a wszystko po to, aby wykazać się przed ludźmi i zachować swój stołek? - zapytałam ze złością.
- Witaj w świecie wielkiej polityki, Sereno - odparła ironicznie Jenny - Takie już ich metody działania. Uprzedzałam was. Poza nami, nikogo tak naprawdę tutaj nie interesuje prawda. Postarajcie się zatem znaleźć winnego, bo inaczej naprawdę generał doprowadzi do wsadzenia Farge’a do więzienia i to na dożywocie. Jest w stanie to zrobić. Proszę was, cokolwiek planujecie, zróbcie to szybko. Czas ucieka.
Po tych słowach, rozłączyła się. Ash ze złością odłożył słuchawkę i mruknął pod nosem coś, czego na szczęście nie zrozumiałam, a co mi brzmiało jak bardzo mocne i ostre przekleństwo. Zasadniczo, sama miałam ochotę wtedy kląć na czym świat stoi. Wiedziałam jednak, że chociaż pomogłoby mi to rozładować napięcie, to na pewno nie przyczyni się do rozwiązania sprawy.
- Słyszałaś to wszystko, Sereno? - zapytał mnie z irytacją w głosie Ash - Tych durniów na górze nie obchodzi prawda. Chcą jedynie kozła ofiarnego, na którego zwalą całą winę za wszystko, co tu się stało. Zawiedli jako stróże bezpieczeństwa i proszę, zamierzają obwinić o to pierwszą osobę, która im się nawinęła. A wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? Że jakoś wcale mnie to nie dziwi. W zasadzie, to mogłem się tego od samego początku spodziewać.
- Ja też, ale naiwnie jeszcze liczyłam na to, że pan generał policji, który jakiś czas temu nas osobiście odznaczał za złapanie Zodiaka, zechce nam pomóc i jest w porządku człowiekiem - powiedziałam ze złością - A tymczasem okazuje się, że on też ulega tym wszystkim okropnym rzeczom, jak korupcja czy nepotyzm. Ja chyba powoli tracę wiarę w ludzi.
- Wiesz, może nie powinniśmy go tak surowo oceniać? Ostatecznie on też ma chyba nad sobą innych, wysoko postawionych ludzi, którzy wywierają na niego naciski?
- To nie zwalnia go z odpowiedzialności, że wsadzi do więzienia niewinnego człowieka, jeżeli nie znajdziemy prawdziwego winnego.
- To też prawda. Ale w takim razie wychodzi na to, że wszystko zależy od nas i musimy mieć dowody na to, że Farge jest niewinny. A raczej, że winny jest ktoś inny. W zasadzie wiemy, kto to może być, ale nie mamy dowodów.
- Nie możemy bez nich go oskarżyć? - zapytałam, od razu jednak zdając sobie sprawę z naiwności tego pytania - Wybacz, to było głupie.
- Człowiek w desperacji chwyta się wszystkiego - odpowiedział Ash, patrząc ponuro na Pikachu i Buneary, którzy też nie wyglądali na zbyt wesołych.
Załamana opuściłam głowę, a mój ukochany oparł się lekko o ścianę, mówiąc przy tym ponuro:
- Zasadniczo wiemy, kto jest winien, ale nie mamy żadnej pewności, że tak jest. A bez dowodów nikt tego nie kupi, a już na pewno nie generał. A poza tym, to milczenie Margo wszystko mi psuje. Aż tak jest on jej bliski, że gotowa jest dla niego poświęcić swojego ojca? A może coś on na nią ma i trzyma ją w szachu? Ale czy nawet wtedy, nie powinna przestać milczeć?
Po tych słowach, Ash spojrzał na mnie uważnie, jakby coś zaskoczyło i to coś dotyczyło mojego wyglądu.
- Czemu mi się tak przyglądasz? Mam zieloną twarz? - zapytałam.
- Blisko. Masz coś na twarzy. O tutaj.
To mówiąc, Ash pokazał palcem na swój policzek, aby mi zilustrować, gdzie dokładniej znajduje się to coś, o czym mówił.
Zaintrygowana podeszłam do lustra i spojrzałam w nie uważnie. Faktycznie, na lewym policzku miałam plamę po dżemie z kanapek, które zrobiła nam obojgu gosposia. Widocznie nie wytarłam się dokładnie po śniadaniu.
- Masz rację. Upaćkałam się jak dziecko - powiedziałam, wycierając plamę.
Asha nagle jakby zamurowało. Patrzył na mnie miną, którą doskonale znałam i która wiele razy była obecna na twarzy detektywów filmowych, gdy nagle trafi ich grom z jasnego nieba w postaci przebłysku, pomagającego im zrozumieć to, co wcześniej było dla nich niejasne. Zanim poznałam Asha, myślałam sobie, że tego rodzaju sytuacje mają miejsce jedynie na ekranie. Ale odkąd zostaliśmy razem parą detektywów, widziałam takie sytuacje wiele razy, ale mimo to nadal robiły na mnie naprawdę spore wrażenie.
- Upaćkałaś się? No jasne! Już wiem! Już mamy dowód!
- O czym ty mówisz, Ash? - zapytałam zaintrygowana - Wiesz już wszystko?
- Wszystko to jeszcze nie. Nadal istnieją wątpliwości i niejasności w sprawie Margo i jej dziwacznego milczenia, ale to wyjaśnimy potem. Teraz zaczynam coś rozumieć. Nie wszystko jeszcze, to prawda, jednak wiem już, jaki mamy dowód na tego drania.
- Dowód? Jaki dowód? Opowiedz mi o tym, Ash!
Pikachu i Buneary zapiszczeli prosząco, równie zaintrygowany zachowaniem Asha, co i ja. On jednak uśmiechnął się zadowolony i powiedział:
- Zaraz wszystko wyjaśnię. Ale teraz chodźmy! Oby tylko nie było za późno!
To mówiąc, Ash pognał szybko w kierunku schodów prowadzących na dół, do piwnicy i do pomieszczenia, w którym gosposia zwykle prała ubrania pana Farge’a oraz jego córki. Zdążyliśmy chyba w ostatniej chwili, bo kobieta właśnie ustawiała pralkę i szykowała się do pranie. Na nasz widok, stanęła jak wryta, trzymając przy tym w dłoniach sukienkę Margo.
- Coś się stało, kochani? - zapytała.
- Mam nadzieję, że jeszcze nie rozpoczęła pani prania - powiedział Ash.
- Nie, jeszcze nie. Dopiero co zaczęłam.
- To dobrze. Jednej rzeczy nie może pani uprać.
Gosposia nie rozumiała, o co chodzi Ashowi. Nie wiem, czy podniosłoby ją na duchu, gdyby wiedziała, że nie jest w tej sprawie odosobniona. Ale ostatecznie nie przekonałam się o tym, ponieważ pominęłam tę sprawę milczeniem, a w tym czasie Ash podszedł do kosza z rzeczami do prania i zaczął je uważnie przeglądać. Pikachu oczywiście skoczył mu na pomoc, ale nieświadomy tego Ash niechcący zrzucił na niego kilka brudnych ciuchów wywalonych z kosza. Buneary i ja szybko wydobyliśmy go z tej pułapki, a kiedy już to zrobiliśmy, mój mąż zadowolony i tak bardzo z siebie dumny, pokazał nam czarny sweter należący do Hectora.
- Mam! Już mam! Znalazłem skubańca! I znalazłem też dowód na tego drania - zawołał tonem zwycięscy.
Przyjrzeliśmy się uważnie swetrowi, ale nie bardzo widzieliśmy, co też może być w nim takiego, że Ash uważał to za niezwykle ważny dowód winy Hectora. Bo jeżeli ktoś z czytelników moich pamiętników jeszcze tego nie pojął, to właśnie ten drań Hector był wszystkiemu winien. To on zamordował ze snajperki Traska, to on też kontaktował się z rusznikarzem z telefonu, który potem podłożył Farge’owi i to on również zamordował wyżej wspomnianego rusznikarza oraz kłócił się z Margo, która to wszystko odkryła. Tylko on był jej tak bliski, że była w stanie go chronić za wszelką cenę, choć podobnie jak Ash, jeszcze nie rozumiałam, dlaczego mimo wszystko nie wybrała ratowanie ojca. Aż tak jej odbiło na punkcie tego drania? A może czymś ją szantażował? Tylko czym?
- Widzicie, moi kochani? Tu mamy dowód czarno na białym - powiedział do nas Ash - A raczej biało na czarnym, żeby być ścisłym.
Przyjrzeliśmy się jeszcze raz i wtedy zauważyliśmy na prawym rękawie kilka mocnych białych plam, lekko już przetartych, ale wciąż widocznych.
- To jest dowód, rozumiecie? - zapytał nas Ash - Drań upaćkał się farbą, kiedy  był w pokoju, z którego zastrzelono Traska. Najwidoczniej oparł się przez chwilę o puszki z farbą, które zostawili tam robotnicy. Margo musiała to zauważyć i od razu skojarzyła ze sobą fakty. Dlatego właśnie tak dziwnie się zachowywała i dlatego nic nie mówiła. Choć, gdy jej ojciec został aresztowany, powinna nam powiedzieć, a milczy. Nie rozumiem tego aspektu, ale to teraz nieważne. Ważniejsze jest to, że mamy naszego kilera.
Gosposię zaszokowało to, co usłyszała. Znała dobrze Hectora i to od tej jego najlepszej strony. Najwidoczniej nie tylko nas oszukiwał, udając sympatycznego faceta oddanego dziewczynie i pracy. Ale chyba i my dobrze przed nim zagraliśmy udawanie, że go o nic nie podejrzewamy, choć było kilka takich momentów, kiedy mieliśmy wątpliwości, co do jego winy, jednak żadnej z tych rzeczy nie daliśmy po sobie poznać.
- Panicz Hector zabił? Boże, Boże! To po prostu niesłychane! I nie do wiary! Jak on mógł to zrobić? I dlaczego? Co na to panienka Margo? Przecież to jej chyba złamie serce! Nie, jakie chyba? Na pewno!
- Panienka Margo też ma nam kilka spraw do wyjaśnienia - odpowiedziałam na to z lekką złością - Ale o tym potem. Na razie, to musimy zabrać ten sweter na policję. To koronny dowód w sprawie. Te plamy są od farby. Na pewno jakaś dobra analiza chemiczna tego dowiedzie. I na pewno dowiedzie też, że chodzi tu o farbę z tego pokoju, z którego strzelano do Traska. Tylko, Ash... Jednego nie rozumiem. Czemu on to zrobił? Chciał pomóc Farge’owi?
- Nie wydaje mi się - odpowiedział Ash - Jego motywacje to dla mnie nadal zagadka, jednak wydaje mi się, że teraz bardzo szybko dojdziemy prawdy. Musimy tylko przeszukać pokój tego drania. Na pewno ma tam coś, co go obciąży.
Poszliśmy więc do pokoju Hectora, który od razu zaczęliśmy przeszukiwać. To nie było takie trudne, ponieważ nie było w nim zbyt wielu rzeczy. Jedynie duże biurko z fotelem, łóżko, niewielki regał z książkami i mała szefa z ubraniami. Nic więcej. Przeszukanie tego wszystkiego nie było trudnym zadaniem, poszło nam w miarę szybko, ale niczego nie namierzyliśmy. Na biurku Hectora był komputer, ale drań zabezpieczył go hasłem, a my nie chcieliśmy go zgadywać. Uznaliśmy, że to już musimy pozostawić policji. Gdy już mieliśmy zrezygnować, to odkryliśmy w jednej z szuflad biurka coś bardzo interesującego. Kluczyk z karteczką, na której widniała liczba 44. Ten przedmiot szczególnie nas zaintrygował.


- Brawo, Pikachu. Masz zmysł prawdziwego detektywa - powiedziałam do naszego wiernego przyjaciela, który odnalazł ten przedmiot.
- Nic dziwnego, w końcu pracuje z najlepszymi - rzekł dowcipnie Ash.
Zaczął uważnie się przyglądać kluczykowi, ale nie trwało to długo, bo szybko pojął, co ma przed sobą i zadowolony powiedział:
- Chyba wiem, Serenko, co to jest.
- Pewnie kluczyk od skrytki bankowej - stwierdziłam.
- Albo też od skrytki na poczcie - powiedział na to mój mąż - Tak czy inaczej, warto to sprawdzić. Coś mi mówi, że ma tam naprawdę coś ważnego.
Nie musiał nam mówić, że tam jedziemy. To było chyba aż nadto oczywiste. Każdy detektyw w takiej sytuacji by tak postąpił. A zresztą, nie mieliśmy żadnego innego tropu. Musieliśmy więc podjąć ten.
Mimo pewnych obaw, dosyć łatwo odkryliśmy, że jedna ze skrytek na poczcie ma numer właśnie 44. Zadowoleni otworzyliśmy ją kluczem i tam odnaleźliśmy niewielką kopertę, w której odnaleźliśmy pendrive.
- Ciekawe, co tutaj jest? - zapytałam zaintrygowana.
- Trzeba koniecznie sprawdzić - odpowiedział Ash - Ale w domu Farge’a nie ma chyba wolnych komputerów. Znaczy są, ale coś mi mówi, że wszystkie są na hasło. A ich tak łatwo raczej nie odgadniemy.
- Niedaleko jest kawiarenka internetowa - zauważyłam z uśmiechem - To tam możemy sprawdzić to cacko.
Ash popatrzył na mnie zachwycony, pocałował mnie czule w policzek i rzekł do mnie z miłością:
- Jesteś cudowna, kochanie.
Uśmiechnęłam się do niego z miłością i od razu przeszliśmy do kawiarenki, aby tam odpalić pendrive’a i poznać jego zawartość. Na szczęście nie było w tym miejscu zbyt wielu ludzi, dlatego łatwo było nam wyjąć sobie komputer na godzinę i potem usiąść przy nim, odpalić nasze znalezisko i zobaczyć, co na nim jest. To było w zasadzie najłatwiejsze ze wszystkich części naszego śledztwa.
- No dobra, teraz to zobaczymy, co my tu mamy - powiedział Ash.
Pikachu i Buneary usiedli na stoliku, na którym stał komputer, aby mieć jak najlepszy widok na jego ekran i niczego nie przegapić. Ja zaś usadowiłam się na krześle przy Ashu, również nie odrywając wzroku od ekranu. Z zapartym tchem w piersiach obserwował, jak mój ukochany powoli włącza pendrive i przegląda jego zawartość. A stanowiły go pliki mp3. Było ich kilkanaście, niezbyt długich, ale za to niezwykle treściwych. Gdy tylko zaczęliśmy je sobie włączać, od razu wszystko stało się dla nas jasne.
- A więc, to on za tym wszystkim stał - powiedziałam do Asha, który właśnie kopiował zawartość pendraive’a na swoją komórkę - Warto, żeby z tym zapoznał się nasz dobry znajomy, komisarz Rocker. Szkoda, że nie ma tu z nami Maxa. On by wiedział, jak przesłać maila na policję.
- Oj tak, kochanie - zgodziłam się - Nie znam lepszego hakera niż on. Ale cóż... Musimy sobie chwilowo poradzić bez niego. Na telefonie przecież też można to odtworzyć.
- Teraz już kolesie się nam nie wymigają - rzekł po chwili Ash, gdy skończył już nagrywać na swój telefon pliki mp3 - Jak to dobrze, że nasz cwaniaczek wpadł na taki pomysł, aby to wszystko nagrywać. Ciekawe tylko, co chciał w ten sposób osiągnąć? Szantażować zleceniodawcę? Albo może zabezpieczyć się na wypadek sytuacji, gdyby chciano go uciszyć, co w ich środowisku jest częstym zjawiskiem?
- Bardzo możliwe - stwierdziłam ponuro - Mimowolnie ten cwaniaczek oddał nam przysługę.
Ponieważ skończyliśmy robić to, po co tutaj przyszliśmy, podeszliśmy zaraz do lady, aby zapłacić za skorzystanie z komputera. Zrobiliśmy to szybko, żeby nie tracić czasu. Wciąż nas przecież czekało domknięcie sprawy.

***


Na posterunku, który niemal natychmiast odwiedziliśmy, włączyliśmy naszej drogiej przyjaciółce, inspektor Jenny wszystkie nagrania, jedno po drugim. Na tym nagraniu Hector rozmawia ze swoim zleceniodawcą, ustalając szczegóły zamachu na Traska, jak również i to, w jaki sposób wrobić w to Farge’a, który był dla nich idealnym kozłem ofiarnym. Na nagraniach wszystko było czarno na białym tak dobrze wyjaśnione, że równie dobrze te gnojki mogłyby napisać wprost przyznanie się do winy i jeszcze się pod nim podpisać. W każdym razie, dranie nie mogli się już z tego w żaden sposób wymigać.
Jenny zadowolona odsłuchała nagranie, po czym z nieukrywanym podziwem spojrzała na nas i powiedziała:
- Doskonale sobie poradziliście. Wiedziałam, że można na was liczyć. Wy to naprawdę jesteście najlepsi. W tak krótkim czasie znaleźliście wszystkie tropy.
- Pomógł nam przypadek i oczywiście szczęście - powiedział Ash.
- I spostrzegawczość Asha, który dostrzegł plamy po farbie na rękawie swetra Hectora - dodałam z dumą w głosie.
- Prawdę mówiąc, ktoś przed nami już wcześniej to zobaczył - rzekł mój mąż - Ale niestety, nic nam nie powiedziała.
- Nie wiemy jeszcze, dlaczego to zrobiła, bo miłość do Hectora raczej w tym wypadku nie wchodzi w grę - powiedziałam - Żadna miłość nie jest może zmusić dziewczynę do tego, aby chroniła winowajcę i wkopała własnego ojca. Zwłaszcza, jeżeli z ojcem ma dobre relacje.
- No, nie doceniasz chyba siły uczuć nastolatek - stwierdziła z ironią Jenny - Ale to chwilowo jest bez znaczenia. Zamierzam przesłuchać tę panienkę na bardzo nieprzyjemną okoliczność składania fałszywych zeznań, a także zatajania ważnych dla naszego śledztwa informacji i krycie mordercy.
- Proszę, nie bądź dla niej za surowa. Postąpiła idiotycznie, ale przecież to nie jest zbrodnia - powiedział Ash wyrozumiałym tonem.
- Pika-pika! Bune-bune! - zapiszczeli w obronie Margo Pikachu i Buneary.
- To już ustalimy podczas przesłuchania, czy to zbrodnia, czy nie - odparła na to Jenny, chwytając za telefon - Jak na razie, musimy zadzwonić do komisarza. Z pewnością się ucieszy, jak się dowie, że odkryliście prawdę. I nie odmówi sobie tej przyjemności aresztowania winowajcy. Liczę tylko na to, że nas weźmie ze sobą na tę akcję. Chcę zobaczyć minę tego drania, jak mu odczytamy zarzuty.
- Przyznam się, że ja również mam na to ochotę - powiedział Ash z mściwą satysfakcją w głosie, a siedzący mu na ramieniu Pikachu podzielał jego zdanie.
Już miałam powiedzieć, że ja również, kiedy nagle wpadł jeden z policjantów, który zawołał:
- Pani inspektor! Mamy zgłoszenie przez radio! Powinna to pani usłyszeć.
Zaintrygowana Jenny, wyszła wraz z nami z gabinetu, po czym podeszliśmy do sporego radia, z którego dobiegał nas dość znajomy głos, wołający:
- Tu radiowóz nr 234. Zgłoście się! Prowadzę pościg za porywaczami, którzy właśnie porwali młodą dziewczynę, Margo Farge! Potrzebuję wsparcia! Odbiór!
- Hej, to przecież Cleo! - zawołałam zdumiona.
Czego jak czego, ale tego się w żaden sposób nie spodziewałam.
- Co ona robi w radiowozie? - zapytałam.
- Spokojnie, zaraz się tego dowiemy - odpowiedział Ash, po czym wziął do ręki mikrofon przymocowany do radia i zawołał przez niego: - Halo, tutaj Sherlock Ash z komendy policji w Wertanii. Cleo, co ty tam robisz?
Cleo lekko się chyba zmieszała, o czym mógł łatwo świadczyć ton jej głosu, ale szybko nad sobą zapanowała i odpowiedziała:
- Prosiłeś mnie, żebym obserwowała Margo. No i wyobraź sobie, że nagle, na moich oczach podjechało do tej dziewczyny jakieś czarne auto i wypadło z niego dwóch typków. Podbiegają do Margo i ją porywają. Normalnie, tak w biały dzień, na środku ulicy. Złapali ją, bezceremonialnie wpakowali do auta i zaczęli uciekać. Bezczelność pierwsza klasa. Musiałam ruszyć szybko w pościg.
- Rozumiem, ale przy okazji powiedz mi, co ty robisz w radiowozie?
Cleo zmieszana lekko zachichotała w sposób nerwowy i odparła:
- No wiesz, sprawa była pilna, nie miałam czym ich ścigać, a ten gruby pan, który przyjechał tym radiowozem, wysiadł na chwilę i wszedł do sklepu, aby kupić pączki i... No, okazja czyni złodzie... Znaczy, chciałam powiedzieć, poszukiwacza przygód.
- Że słucham?! - zawołałam oburzona - Chcesz nam powiedzieć, że ukradłaś radiowóz?! I to jeszcze w biały dzień!
- Sereno, naprawdę uważasz, że to odpowiedni moment na takie rozmowy? - mruknęła z lekką złością Cleo - Nasza przyjaciółka została porwana. To jest chyba  teraz nasz chwilowy priorytet, prawda?
- Owszem, to prawda - zgodziłam się - Gdzie teraz jesteście?
- Prowadzę pościg po terenie miasta, ale chyba dranie chcą wyjechać poza nie i wykończyć tę biedaczkę gdzieś na obrzeżach. Trochę przyspieszyli, więc chyba się zorientowali, że ich gonię.
- Och, to niemożliwe. Przecież gonisz ich radiowozem. Jakby się oni mieli w czymś takim zorientować, prawda? - rzucił złośliwie Ash.
Jenny przejęła nagle mikrofon z jego ręki i zawołała do Cleo:
- Posłuchaj, panienko! To jest bardzo drogi sprzęt! Jak mi go zarysujesz, to go sama będziesz naprawiać albo zabulisz za zniszczenia! Zobaczysz!
- Spokojnie, bo ci żyłka pęknie - odparła złośliwie Cleo - Lepiej przyślij mi tu jakąś pomoc, bo za chwilę jeszcze dranie mi uciekną.
- Natychmiast wysyłam wsparcie. Namierzymy twój radiowóz poprzez GPS, a więc nie wyłączaj radia. Musimy mieć z tobą stały kontakt. Tylko nie podejmuj żadnych działań. Nie wdawaj się z nimi w bijatyki ani strzelaniny, to rozkaz!
- W porządku, przyjęłam. Tak zrobię, ale przyjeżdżajcie szybko. Nie wiem, jak długo zdołam ich jeszcze gonić.
Jenny zrozumiała, szybko przełączyła radio na inną częstotliwość, aby nadać przez nie komunikat o natychmiastowym rozpoczęciu pościgu za porywaczami. Cleo przed zakończeniem rozmowy, podała nam markę auta i numery rejestracyjne i namierzenie go było rzeczą bardzo prostą.
- Ta wasza przyjaciółeczka jest naprawdę niesamowita - powiedziała Jenny do mnie i do Asha - Często odwala takie numery, czy to pierwszy raz?
Nie wiedzieliśmy, co mamy odpowiedzieć. Niechlubna przeszłość Cleo, nim ta straciła pamięć nie należała do przyjemnych tematów. Poza tym, mieliśmy oboje z Ashem wielką nadzieję, że owa przeszłość nigdy nie powróci i będziemy mogli nacieszyć się w pełni zupełnie nową Cleo, wolną od chęci zemsty za czyn Asha, którego ten nigdy nie popełnił. Dlatego odpowiedzieliśmy tajemniczo:
- W zasadzie to pierwszy raz, ale rozrabiała od czasu do czasu, choć naprawdę nigdy w taki sposób.
Jenny na szczęście, nie zadawała nam żadnych zbędnych pytań w tej kwestii, najwyraźniej wychodząc z założenia, że to nie jest ani czas, ani miejsce na takie rzeczy. Zamiast tego jeszcze raz skontaktowała się ze swoimi ludźmi, każąc im się pospieszyć. Sama zaś wskazała nam ręką, abyśmy poszli za nią.
- Jedziemy także. Mogą nas potrzebować - powiedziała.
Nie trzeba nam było tego dwa razy powtarzać. Ruszyliśmy za nią biegiem. Wybiegliśmy razem na ulicę, gdzie Jenny wskoczyła do swojego radiowozu, a my z nią. Policjantka szybko uruchomiła silnik i już po chwili, ruszyliśmy z kopyta w kierunku miejsca, gdzie w obecnej chwili przebywała Cleo.
- Oby tylko nie było za późno - powiedziałam do Jenny.
- Spokojnie, uruchomiłam już wszystkie patrole w całej okolicy - odparła na to policjantka - Nie ma szans, aby nam uciekli.
- Obyś się nie pomyliła.
- Spokojnie, ja się rzadko mylę, a to nie jest taka sytuacja, kiedy mogłabym się pomylić.
Miałam w duchu nadzieję, że tak właśnie jest. Jenny tymczasem kontaktowała się przez radio z kilkoma innymi radiowozami, z którymi ustaliła, gdzie teraz jest Cleo i ścigani przez nią ludzie. Co prawda, cały czas się przemieszczali, ale radio w radiowozie prowadzonym przez naszą przyjaciółkę wciąż było włączone, zatem namierzenie jej nie było trudne.
- Jenny, coś jest chyba nie tak. Radiowóz przestał się przemieszczać. Chyba coś tam się stało - odezwał się nagle jeden z policjantów przez radio.
Jenny chwyciła za mikrofon i zawołała:
- Jedziemy tam. Wy też tam przybądźcie. Nie możemy pozwolić tym draniom uciec.
- Rozkaz, przyjąłem!
Policjantka spojrzała na nas z niepokojem i powiedziała:
- Obawiam się, że coś tam się stało. Oby tylko nie było za późno.
Pełni niepokoju spojrzeliśmy na siebie, a Ash delikatnie ścisnął moją rękę na znak wsparcia. Pomogło mi to nieco poczuć się lepiej, choć nadal z nerwów moje serce waliło mi w piersi i to jak szalone. W głowie już mi pojawiały się najbardziej przerażające obrazy na temat Cleo i biednej Margo, zaś lęk o ich zrealizowanie był po prostu niesamowicie wielki.


Jechaliśmy jeszcze kilka minut, aż dotarliśmy do terenów poza miastem. Tam zaś zastaliśmy niesamowity widok. Czarny samochód, który porwał Margo, stał na uboczu wbity mocno w drzewo. Najwidoczniej uciekający przed Cleo porywacze wpadli w poślizg i walnęli w rosnący na poboczu dąb. Cleo zaś dogoniła ich, po czym sprawnie powaliła na ziemię jednego i drugiego, a zaraz potem wyciągnęła z samochodu porywaczy Margo. Kiedy przyjechaliśmy, było już po wszystkim. Cleo siedziała bezceremonialnie na jednym z porywaczy, a na drugim trzymała nogi, jakby to był jej podnóżek. Gdy tylko nas zobaczyła, uśmiechnęła się serdecznie, po czym pomachała nam wesoło ręką. Wyglądała tak, jakby była na pikniku, a nie na akcji policyjnej, podczas której właśnie ocaliła komuś życie.
- O! Jesteście już? To świetnie! Bo trochę zaczynałyśmy się już tutaj nudzić - powiedziała do nas Cleo.
Byliśmy tym wszystkim zaskoczeni, ale w pozytywny sposób. W przypadku mnie i Asha, to nawet z trudem powstrzymywaliśmy wybuch śmiechu, a robiliśmy to w zasadzie głównie dlatego, że w przeciwieństwie do Cleo, Margo wcale nam nie wyglądała na wesołą. Kiedy tylko nas zobaczyła, podbiegła do nas i mocno nas przytuliła, jedno po drugim.
- Ash! Serena! Wybaczcie mi, tak bardzo was wszystkich przepraszam! Ja nie chciałam, żeby do tego doszło! Ja nie wiedziałem, że Hector to wszystko zrobił. A kiedy się dowiedziałam, to powiedział mi, że tatuś to wszystko zorganizował i jak nie będę siedzieć cicho, dostarczy na niego policji takie dowody, że tatuś dostanie dożywocie. A tak jest szansa, że się wybroni przed sądem. Musiałam więc milczeć. Uwierzcie mi, nie chciałam tego! A kiedy dzisiaj powiedziałam mu, że mam dosyć milczenia i idę na policję, powiedział, że pożałuję tego i porwali mnie. Gdyby nie Cleo, byłoby po mnie.
Zagadka w jednej chwili ostatecznie została rozwiązana. A więc to dlatego tak bardzo Margo unikała rozmów z nami. Hector ją zastraszył, że wkopie jej ojca na całego i skłamał, że on to wszystko zorganizował, aby ją zmusić do milczenia. To nie miłość do niego kazała jej siedzieć cicho, tylko miłość do ojca.
- Spokojnie, Margo. Już wszystko dobrze - powiedziałam do niej niczym do młodszej siostry i pogłaskałam ją po głowie - Hector cię okłamał. Twój ojciec nie miał z tym wszystkim nic wspólnego.
- A więc Hector go wrobił. Macie go? - zapytała Margo.
- Spokojnie, jeszcze dziś go aresztujemy - rzekła Jenny, zbierając z ziemi obu bandytów i nakładając im kajdanki.
Nagle jeden z nich wyrwał się jej, zanim go zdążyła zakuć, po czym wyjął z buta nóż i rzucił nim w Margo. Pikachu natychmiast poraził go prądem, powalając go ponownie na ziemię, a Cleo, nim ktokolwiek zdążył o tym pomyśleć, skoczyła tak zwinnie i szybko, niczym wojownik ninja, którym wszak kiedyś była, złapała za jakiś kij leżący tuż przy niej, po czym zasłoniła nim Margo tak, że nóż, mający ją uderzyć między oczy, trafił prosto w ów kij. Odetchnęliśmy wówczas z ulgą. Nasza przyjaciółka była teraz całkowicie bezpieczna.
Chwilę później Jenny podniosła z ziemi niedoszłego zabójcę i zakuła go od razu w kajdanki, pomstując na jego zwinne ręce i to, jak dobrze rzuca nożami. My zaś dziękowaliśmy Cleo i gratulowaliśmy jej zwinności. Ona jednak nie cieszyła się z tego powodu. Na jej twarzy malował się głęboki smutek i taki jakby szok, ale czym wywołany, tego nie wiedzieliśmy.
- Cleo, wszystko dobrze? - zapytałam z niepokojem.
- Bune-bune? - zapiszczała pytająco Buneary.
Cleo nie odezwała się, patrząc z uwagą na kij, w który nadal był wbity nóż tego bandyty. Ash podszedł więc do niej i zapytał z troską w głosie:
- Cleo, co ci jest? Co ci się stało?
Dziewczyna spojrzała na niego ponurym wzrokiem, zdecydowanie będącym innym niż przyjazny, po czym odparła:
- Nic takiego, Ash. Nic mi nie jest. Po prostu, źle się poczułam.
Nie trzeba było być psychologiem, aby stwierdzić, że kłamie. Nie wiedziałam jednak, dlaczego, choć Ash chyba zaczął się tego domyślać. Po chwili i do mnie to dotarło. Do mojej głowy weszła świadomość, że oto nasze starania nie odniosły skutku, a biedna Cleo wyraźnie odzyskiwała wspomnienia. Użycie jej fortelu ninja musiało obudzić w niej od niedawna zamknięte dla niej fragmenty przeszłości.
Rozmyślania na ten temat przerwało nam zjawienie się kilku radiowozów. Jak się domyśleliśmy, przybyły one na akcję, ale mocno spóźnione. Mogły już jedynie zobaczyć to, jak zabieramy ze sobą porywaczy i uwolnioną Margo. Po minach na ich twarzach łatwo wywnioskowaliśmy, że nie są z tego powodu zadowoleni.

***


Po tych wszystkich wydarzeniach, nastąpiła najprzyjemniejsza dla nas część naszego śledztwa: aresztowanie głównych winowajców. Pora była na to najwyższa, biedny pan Farge za długo już siedział w celi i czekał na proces za coś, czego nie zrobił. I zdecydowanie za długo prawicowcy robili demonstracje na ulicy, krzycząc przy tym, jak niesprawiedliwie ich potraktowano i oni nie mieli z tym zamachem nic wspólnego. Czas wreszcie było zamknąć im te krzykliwe gęby. Im szybciej to zrobimy, tym lepiej, pomyślałam sobie.
Najpierw pojechaliśmy poszukać Hectora. Nie wiedzieliśmy, gdzie on jest, ale na szczęście Margo wiedziała, że ma on mieszkanie w środku miasta i czasami się tam oboje spotykali potajemnie, bo nie wszystko mogli robić swobodnie w domu jej ojca. Nie mieliśmy co prawda pewności, że on tam jest, ale zawsze istniała na to szansa, tak jak i na to, że w jego mieszkaniu mogliśmy znaleźć jakiś ślad, który nas naprowadzi na jego trop. Pojechaliśmy tam zatem z Jenny, zostawiając Margo pod opieką Cleo i policjantów. Wzięliśmy ze sobą jedynie kilku funkcjonariuszy, na wypadek, gdyby drań próbował nam zwiać i trzeba było go łapać. Okazało się jednak, że wszystko to było zupełnie niepotrzebne. Kiedy bowiem weszliśmy do mieszkania wskazanego nam przez Margo, odnaleźliśmy tam Hectora leżącego na środku podłogi w swojej sypialni. Był martwy, z jego ust wysuwała się zaschnięta stróżka krwi, a na jego piersi znajdowała się spora rana, wskazująca, w jaki sposób został on zabity. Oczy miał otwarte, ale za to patrzące na nas w sposób martwy i przerażający. Na piersi zaś leżała mu karta z wizerunkiem Śmierci. Karta tarota, którą już kilka razy widzieliśmy przy zwłokach osób, które poszukiwaliśmy.
- Znów ta karta! - jęknął Ash, kucając przy zwłokach Hectora i biorąc ten tak znienawidzony już przez nas przedmiot do ręki - Już trzeci raz się na nią natykamy. I już trzeci raz w naszej karierze ktoś nas uprzedził, zabijając tych, na których my polujemy.
Jenny westchnęła ponuro, widząc to wszystko. Zrozumiała, że spóźniliśmy się i ten człowiek już nic nam nie powie. Załamana wzięła krótkofalówkę i wezwała przez nią swoich ludzi, mówiąc im, żeby przestali już czuwać pod mieszkaniem i sprowadzili tu karetkę. Ash natomiast podniósł się z ziemi i stanął tuż obok mnie, po czym oboje zaczęli przyglądać się martwemu już sekretarzowi Olivera Farge’a. Nie stanowiło dla nas żadnej zagadki, kto i jak go zabił. Zleceniodawca zamachu na Traska uznał, że nie może dłużej ryzykować. Hector stał się zbyt niebezpieczny. Nagrywał ich rozmowy i za pewne zażądał on czegoś ekstra do swojej doli, grożąc ujawnieniem tych nagrań. A do tego pozostawił Margo przy życiu. Tę samą Margo, która odkryła jego sekret i w każdej chwili mogła go wydać. Co prawda, zastraszył ją i okłamał, że to jej ojciec jest zleceniodawcą zamachu, ale mimo to dziewczyna nadal stanowiła dla nich poważne zagrożenie. Szef tego całego przedsięwzięcia nie mógł więc ryzykować. Nakazał zlikwidować Margo i Hectora. Na szczęście mu się udało jedynie z tym drugim. Tu było dla nas wszystko jasne. O wiele większą dla nas zagadką było to, co oznaczała ta karta tarota. Już kolejny raz przecież się na nią natykaliśmy. Ona musiała oznaczać coś więcej niż tylko wyrok śmierci. Chyba przynależność do jakieś grupy przestępczej, o której jeszcze nic nie wiedzieliśmy, a której działalności doświadczaliśmy już kilka razy. Wiedziałam, że Ashowi nie da spokoju ten fakt i będzie się nim dręczył, dopóki nie wyjaśni, kto stoi za tymi kartami i jakie ma cele. Czułam również i to, że i mnie to zagadnienia nie da spokoju, póki go nie wyjaśnimy raz na zawsze.
Jednak w tamtej chwili nie mieliśmy czasu, aby to wszystko rozważać. Jenny zostawiła w mieszkaniu kilku swoich ludzi, aby dopilnowali oni dowiezienia ciała Hectora do prosektorium, celem zbadania go. Sama natomiast zabrała nas ze sobą do siedziby Andrew Doudy, gdzie też musieliśmy dokonać kolejnego aresztowania. Mieliśmy nadzieję, że tym razem skutecznego i bez trupów.
Przybyliśmy do siedziby przywódcy partii prawicowej akurat wtedy, kiedy jej kandydat zorganizował konferencję prasową, podczas to której wypowiadał się na temat ostatnich wydarzeń.
- Pragnę zapewnić was wszystkich i naszych wyborców, że nasza partia nie ma i nigdy nie miała nic wspólnego z tym zamachem. Jeżeli pan Birdman podjął jakieś działania mające na celu zabicie pana Traska, to nikt inny z naszej partii nie miał z tym nic wspólnego. Nie wiemy zresztą, czy pan Birdman faktycznie podjął jakiekolwiek działania przeciwko panu Traskowi. Wszystko to zostawiamy sądom i policji do rozpatrzenia. Wierzymy w ich niezawisłość i uczciwość, jak również i wierzymy w niewinność naszego przywódcy. Pragnę jednak zaznaczyć, że jeżeli rzeczywiście jest on winien tego, co mu zarzucają, to niech wie... I niech wszyscy to wiedzą, że odcinamy się od takich ludzi. Mordercy i zbrodniarze do naszej partii należeć nie mogą i nie będą. Nasza partia musi być bowiem wzorem, musi świecić przykładem i musi pokazać, że skoro głosimy wszelkie moralne prawa, to musimy tych praw przestrzegać. Musimy to pokazać i pokażemy!
Tłum dziennikarzy i innych pismaków był tak wielki, że trudno nam się było przez niego przecisnąć. Wśród tego tłumu dostrzegliśmy Alexę, która delikatnie się uśmiechnęła na nasz widok. Podsunęła się lekko do nas i zapytała:
- Co was tu sprowadza? Chcecie sobie posłuchać tego ględzenia?
- Nie, jesteśmy tutaj służbowo - odpowiedział jej wesoło Ash.
- Służbowo to jestem tu ja i uwierzcie mi, naprawdę nie sprawia mi to wcale przyjemności - odparła na to Alexa.
- Zobaczysz, tym razem sprawi ci to przyjemność - odpowiedziałam jej.
Alexa chyba nie do końca nam dowierzała, ale mimo wszystko pomogła nam się przecisnąć przez tłum, a kiedy już to zrobiliśmy, Ash powiedział głośno:
- Prawa moralne. Bardzo pięknie to brzmi. Jestem zachwycony, że te zasady są dla was niezwykle ważne i zawsze ich przestrzegacie. Jestem pełen podziwu.
- Bardzo mi miło to słyszeć - odpowiedział Douda, nieco urażony, że ktoś mu przerywa jego patetyczną wypowiedź.
Ash jednak jeszcze nie skończył. Uśmiechnął się ironicznie i powiedział:
- Niestety, wielka szkoda, że to tylko piękne słowa, które pięknie brzmią, ale nic nie znaczą. Bo w waszej partii jest wielu łajdaków.
- Że słucham?! To po prostu oburzające! - zawołał Douda coraz bardziej tym wszystkim zdenerwowany.
Podszedł do niego, dotąd stojący w cieniu Makroniecki, który powiedział:
- Panie Ketchum, proszę nam uprzejmie nie przeszkadzać. Czas na prywatne rozmowy będzie po konferencji prasowej.
- Przykro mi, ale nie jest to prywatna rozmowa - powiedziała Jenny, stając tuż obok Asha i przyjmując bojową postawę - My przybyliśmy tutaj służbowo.
- Służbowo? Chcecie nam powiedzieć, że pan Birdman jest niewinny? - spytał Douda.
- Nie, nie po to tutaj przybyliśmy. My tu przyszliśmy aresztować człowieka, który zorganizował zamach na Donalda Traska.
- Dowody są tutaj, na tym telefonie - powiedział Ash, pokazując swój telefon.
Następnie podszedł do sekretarki siedzącej przy laptopie i zapisującej każde słowo z wypowiedzi Doudy.
- Pozwoli pani? Bardzo dziękuję - rzekł mój luby, kiedy dziewczyna ustąpiła mu miejsca przed komputerem.
Potem podłączył do niego swój telefon, poklikał przez chwilę i już po chwili z laptopa, którego głośniki rozkręcone zostały na cały regulator, dobiegł nas głos.. Makronieckiego ustalającego z Hectorem wszystkie szczegóły zabójstwa Traska. W ten oto sposób, prawda została ujawniona i to publicznie.
Z mściwą satysfakcją spojrzeliśmy na Makronieckiego, który był najpierw w kompletnym szoku, a potem na jego twarzy zawitała wściekłość i nienawiść. Jakby potrafił, na pewno zabiłby nas samym spojrzeniem. Na szczęście, nie posiadał on właściwości bazyliszka.
Douda spojrzał w szoku na swego sekretarza, nie wiedząc, co ma powiedzieć. Jego szok był chyba największy z szoków wszystkich tu obecnych. Załamany już całkowicie zapomniał o konferencji i jedynie wpatrywał się w Makronieckiego, tak bardzo przerażony i tak bardzo przygnębioną jednocześnie.
- Ty? To wszystko zrobiłeś ty? - zapytał po chwili - Jak ty mogłeś?
Zebrani wokół dziennikarze z oburzeniem zaczęli mruczeć coś pod nosem, co bynajmniej nie było niczym dobrym dla naszego łajdaka. Dodatkowo kilku z nich, którzy mieli kamerę, skierowali je natychmiast na tego mordercę, który wiedział już, że nic go nie ocali, dlatego nabrał hardości i powiedział:
- Jak ja mogłem? Już raczej, jak mógłbym tego nie zrobić? Czy nie widziałeś, ty skończony idioto, że przegrywasz te wybory? Nie mieliśmy najmniejszych szans wygrać z naszymi rywalami, a zwłaszcza z Traskiem. Birdman wpadł na pewien pomysł, aby go ośmieszyć za pomocą sfabrykowanych dowodów, ale Farge, choć początkowo chciał nam pomóc, wycofał się. Nie było innego wyjścia. Jeżeli miałeś wygrać te wybory, trzeba było podjąć radykalne działania. Dlatego przygotowałem wszystko tak, jak należy. Przewidziałem, że działania tego starego durnia nic nam nie dadzą i przygotowałem się wcześniej. Sekretarz Farge’a, Hector, dał się łatwo zwerbować. Wszystko poszło gładko. Przygotowanie zamachu okazało się łatwe, a potem wrobienie w to Farge’a i tego starego capa z naszej partii jeszcze łatwiejsze.
- Ale dlaczego jego też chciałeś wrobić?
- Nie widzisz, że on ciągnie partię na dno? Z nim nigdy niczego nie zdołamy osiągnąć. On jest nam zawadą we wszystkim. Ale on przecież założył tę partię i z tego powodu nikt nie umiał się za niego porządnie wziąć. Dlatego zrobiłem to ja. I ani trochę tego nie żałuję. Gdybym mógł, zrobiłbym to jeszcze raz. Zrobiłem to dla partii i dla siebie. I przy okazji, dla ciebie, ty skończony durniu. Spójrz na siebie, Douda. Co byś niby osiągnął beze mnie? A ten stary cap, czego by on dokonał bez mojej pomocy? I oczywiście, żadne z was nie umiało mnie za to docenić. Dlatego teraz pokazałem wam, co potrafię. Ale nie miejcie do mnie o to żalu. Przecież to wszystko są wasze lekcje. To wy mnie nauczyliście tego wszystkiego. To te wasze gierki polityczne i matactwa nauczyły mnie tego, jak należy postępować. Jestem dokładnie taki, jak wy. Macie o to do mnie pretensje? A przecież sami mnie takim uczyniliście. A potem zamierzaliście się z tego wszystkiego wycofać. Idioci i to do kwadratu! A do tego jeszcze tchórze! Najpierw robicie tu te wszystkie machlojki, a potem boicie się pójść na całość. Na matactwa was stać, ale żeby tak wziąć się porządnie i bezwzględnie do roboty, jak nakazuje to polityka, po prostu tchórzycie. Sami nauczyliście mnie, że cel uświęca środku i co? Teraz się poddajecie, kiedy trzeba walczyć o swoje. Musiałem coś zrobić. Dla partii i dla siebie. Skoro wy tego nie umieliście, to ja to zrobiłem.
- Dziękuję za to piękne wyznanie - powiedziała Jenny, podchodząc do tego łajdaka i zakuwając go w kajdanki - Myślę, że prokurator i sąd chętnie posłuchają sobie twoich zwierzeń. Na pewno ich one zainteresują.
Policjantka wyprowadziła Makronieckiego, a Ash bardzo zadowolony, odpiął od laptopa swój telefon i powiedział:
- To chyba oznacza koniec debaty, panie Douda. Chyba, że chce pan wyjaśnić dziennikarzom, jakim cudem w pana krystalicznie czystej partii znajdował się taki człowiek jak Makroniecki i o jakich machlojkach on opowiadał.
Douda zacisnął zęby ze złości, ale nic nie powiedział. Wiedział doskonale to, co i my wiedzieliśmy. Że to już koniec jego kariery politycznej i prawdopodobnie także jego beznadziejnej partii. Nie zamierzaliśmy oczywiście ukrywać, że sprawia nam to ogromną przyjemność. Zwłaszcza, kiedy sobie przypomnieliśmy, ile przez ich machlojki ucierpieli Oliver Farge i Margo. Nasi przyjacielem, w których dobro nawet my przez chwilę zwątpiliśmy, a wszystko przez intrygi tych nędzników. Te ich matactwa i oszustwa namieszały i nam w głowie. Na szczęście teraz przyszedł dla nich czas zapłaty za wszystko, co zrobili.

***


Tak oto zakończyło się jedno z naszych najważniejszych i zarazem również najbardziej trudnych śledztw, jakie kiedykolwiek prowadziliśmy. W zasadzie, to na tym można by zakończyć całą relację, jednak uważam, że należy się czytelnikom pewne wyjaśnienie na temat tego, co co miało miejsce potem i jak ostatecznie sprawiedliwości stało się zadość, bo jest to naprawdę ciekawe, a do tego jeszcze niektórych sytuacji nawet my, choć przecież jesteśmy całkiem bystrzy, nie byliśmy w stanie przewidzieć.
Oliver Farge został uniewinniony i kontynuował swoją działalność. Powrócił do kandydowania w wyborach na burmistrza Wertanii, ale tym razem nie mając za rywala Andrew Doudę, który załamany i ośmieszony tym wszystkim zrezygnował z kandydatury i wyjechał z miasta, aby już nigdy do niego wrócić. Podobno teraz to on jest liderem partii i zamierza ją rozwiązać, choć o ile znam życie, złego łatwo diabli nie biorą i coś mi mówi, że jeszcze o tej bandzie oszołomów usłyszymy. Ale na pewno nie w trakcie następnych wyborów.
Obecne wybory przedłużyły się nieco, aby partia liberalna mogła powołać na kandydata innego swojego członka. Oczywiście nie miał on najmniejszych szans z panem Fargem, który ostatecznie wygrał wybory i jednym z pierwszych zarządzeń, jakie wprowadził w mieście, było powołanie nowej rady miasta, złożonej z ludzi o wiele bardziej liberalnie podchodzących do życia, ale też bez żadnych rewolucji w formie realizacji zmian. Rada owa doprowadziła do odwołania wielu zarządzeń poprzednio rządzącej partii prawicowej, co ludzie w większości przyjęli spokojnie, a niektórzy nawet z entuzjazmem. Co prawda, były osoby głoszące, że oto partia centralna i nowy burmistrz niszczą ich tożsamość i ich prawa. Osoby te również krytykowali wszystkich członków swojej opozycji, twierdząc przy tym bezczelnie, że wyborcy z Wertanii zostali zmanipulowani i te wybory powinny być uznane za nieważne. Twierdzili wręcz, iż musiało dojść tu do manipulacji, bo jakim cudem ich idealny kandydat, Andrew Douda zrezygnował z wyborów i wyjechał z miasta? W końcu to taki wspaniały i szlachetny człowiek. Jak on mógł zrezygnować z tej świętej misji ratowania ojczyzny przed bandą lewaków i zdrajców? Musiał zostać w jakiś sposób zaszczuty, innej możliwości nie ma.
Takie oto hasełka padały ciągle z ust oszołomów, którzy uważali, że ludzie z Wertanii wykopali sobie właśnie grób i szybko tego pożałują. Na szczęście takich oszołomów było niewielu, a ci, którzy głosili takie hasełka, szybko zostali zgaszeni przez mądre osoby. Jedną z takich mądrych osób swego czasu ja i Ash widzieliśmy w akcji. Była to bardzo sympatyczna, choć nieco niepozorna z wyglądu staruszka, Wendy Tracy, dawna działaczka społeczna, osoba niezwykle mocno zaangażowana w wiele szlachetnych akcji, która słysząc okrzyki, że zarówno ona, jak i wszyscy inni mieszkańcy miasta nie wiedzą, na kogo głosować, padają ofiarą manipulacji i najlepiej by zrobili, gdyby dla własnego dobra zrezygnowali z większości swoich praw obywatelskich, bo nie wiedzą, co jest dla nich dobre i powinni poddać się tej jedynej słusznej partii i ich woli, bo tylko to ich może ocalić od zguby, krzyknęła:
- Milcz, ty głupku! Chamie skończony! Ja dobrze wiem, na kogo głosować, a na kogo nie. A manipulacje, to próbujesz na mnie robić ty! Ostrzegasz ludzi przed manipulatorami, a sam jesteś największym z nich.
Oszołom natychmiast się zamknął, jego zwolennicy stracili rezon, a z kolei ja i Ash mieliśmy wówczas wielką ochotę mocno uściskać tę sympatyczną staruszkę za jej idealne ustawienie tego durnia do pionu.
Nie wszystko jednak układało się tak wesoło. Makroniecki nie stanął nigdy przed sądem. Ponieważ miał dużo pieniędzy, sąd nałożył na niego kaucję miliona dolarów, jeżeli chce odpowiadać z wolnej stopy. Niestety, drań zapłacił tę sumę i wyszedł z aresztu, aby w domu czekać na wezwanie do sądu. Nie zamierzał tego jednak robić i uciekł z Wertanii na Wyspy Oranżowe. Zrobił to na pokładzie statku, specjalnie do tego celu wynajętego, a pomagało mu w tym czynie kilku ludzi spod ciemnej gwiazdy. Pomimo tego, że komisarz Rocker robił, co się tylko dało, aby do tego nie doszło, drań okazał się cwańszy. Nie zamierzaliśmy jednak odpuszczać tak łatwo. Powiadomiliśmy o wszystkim Herberta Jonesa i Maren, aby czuwali i złapali drani, kiedy tylko ci zjawią się na terenie Wysp Oranżowych. Ci obiecali nam pomoc w tej sprawie, jednak ta okazała się być zupełnie niepotrzebna. Statek z Makronieckim i jego ludźmi nigdy bowiem nie dopłynął do brzegów Wysp, ani do jakiegokolwiek brzegu. Zaginął na morzu i nikt więcej go już nie widział. Choć szukano go z pomocą helikopterów i samolotów, policja morska z ogromną uwagą i zaangażowaniem patrolowała wszystkie możliwe okolice, na których ten łotr się mógł pojawić, nie znalazły go. Sprawiało to trochę wrażenie tak, jakby te parszywe gnidy rozpłynęły się w powietrze.
Dopiero tak miesiąc później na jedną z plaż Wysp Oranżowych fale wyrzuciły kilka szczątków statku, którym ten łajdak płynął wraz ze swoimi ludźmi. Wszystko stało się wtedy dla nas jasne. Matthew Makroniecki próbował umknąć przed nami i przed sprawiedliwością, ale nic mu to nie dało. Choć zwiał sądom, sprawiedliwość i tak go dopadła. On i jego ludzie musieli trafić na sztorm i to tak mocny, że ich stateczek poszedł na dno razem z nimi. Straszna śmierć. A zatem żywioły zrobiły wszystko za sądy.
Czy jednak, aby na pewno tak było? Ash uważa, że niekonieczne. Opowieści o burzy uznaje za bardzo możliwe, wyznał mi jednak nieco inną, o wiele bardziej dla niego możliwą wersję wydarzeń. Jego zdaniem członkowie bandy, do której to Makroniecki należał, zabili go i zatopili statek gdzieś na środku oceanu, aby nie zostawić po sobie żadnych śladów. Wyjaśnienie to, zdecydowanie o wiele bardziej mroczne, wydawało mi się więcej niż prawdopodobne. Czy jednak rzeczywiście tak było, czy może po prostu okrutny ocean zrobił wszystko za sądy i policję? No cóż... Tego prawdopodobnie już nigdy się nie dowiemy, ale jedno było dla nas aż nadto pewne. Makroniecki bez dwóch zdań poniósł zasłużoną karę.
Kara spotkała też sędziego idiotę, który pozwolił mu wyjść za kaucją. Stracił on swoje stanowisko, a sam odpowiedział przed sądem za nadużycie swej władzy. Przed sądem stanął również i Birdman. Co prawda, nie miał on nic wspólnego z działalnością Makronieckiego, ale wystarczająco dużo na niego znaleziono, aby go skazać. Dostał wyrok w zawiasach ze względu na swój wiek, a także zapłacił tak wysokie odszkodowanie za swoje matactwa, że popadł w rozpacz i przygnębienie. Do partii nie miał już powrotu. Pozbawiony władzy, która tyle dla niego znaczyła, z poczuciem krzywdy, jaka go rzekomo spotkała, narzekając na cały świat mówił, jacy to ludzie są podli i niewdzięczni, a on po prostu chciał im wszystkim pomóc i zostać emerytowanym zbawcą narodu, który niczym Pan nasz przybył na ziemię, aby czynić dobro. Niedługo potem koleś wylądował w domu wariatów, gdzie nadal przebywa bez nadziei na to, aby kiedykolwiek z niego wyjść. Tak oto zakończyła się polityczna kariera emerytowanego zbawcy narodu, jego wielka misja ratowania świata i jego przerażająco silny wpływ na umysły wielu ludzi.
Sprawiedliwość zatem ponownie wygrała, ale Asha nie bardzo to wszystko cieszyło, a już w każdym nie tak, jak powinno go cieszyć. Dlaczego? Z kilku dość ważnych powodów. Przede wszystkim fakt, że od czasu całej tej przygody Margo posmutniała mocno i nie umiała się podnieść po ciosie, jaki ją spotkał. Tak bardzo kochała Hectora i nie była w stanie zrozumieć, dlaczego on to zrobił i dlaczego był gotowy ze swoimi kumplami zabić ją, aby ukryć swoją zbrodnię. Na całe szczęście miała wsparcie ojca, gosposi i nasze, swoich przyjaciół zawsze chętnych na to, aby ją podnosić na duchu wtedy, kiedy tylko się da. Raz nawet mój luby, aby poprawić humor Margo, zabrał ją do lokalu, w którym miały miejsce występy karaoke i tam oboje zaśpiewaliśmy jej wesoły utwór „Cry just a little bit”. Byliśmy w tym chyba dosyć dobrze, bo zdecydowanie sprawiliśmy, że nasza przyjaciółka znowu zaczęła się uśmiechać. Oczywiście, nie tak mocno jak kiedyś, bo wciąż cała ta sprawa była dla niej nieprzyjemnym wspomnieniem, z którym miała się jeszcze długo borykać, ale cóż... Niektóre rany wymagają czasu, aby się zabliźniły.
Innym powodem niezadowolenia Asha było to, że Cleo po akcji ratunkowej zniknęła bez śladu i nie mogliśmy jej nigdzie znaleźć. Bardzo nas to zasmuciło, ale o wiele bardziej zasmuciła nas wiadomość, którą zostawiła ona gosposi w domu pana Farge’a. Była to jedna kartka papieru zawierająca krótką, acz niezwykle dla nas zrozumiałą treść. Brzmiała ona tak:

Pamiętam już wszystko. Żegnajcie.

Wszystko stało się dla nas jasne. Cleo musiała podczas akcji doznać szoku, gdy zastosowała swoje zwykle stosowane sztuki walki ninja, bo przecież pamiętała je doskonale, ale nie pamiętała, że je zna ani skąd je zna do czasu, aż ich znowu użyła. Kiedy zaś to zrobiła, musiała doznać tak mocnego szoku, iż przypomniała sobie, w jakich okolicznościach je zdobyła. A co za tym idzie, przypomniała sobie również swoją nienawiść do Asha i to, że go nadal obwinia o śmierć swojej siostry. Oznaczało to, iż ledwie odzyskaliśmy przyjaciółkę, a zaraz ją straciliśmy, a do tego jeszcze kiedyś będziemy musieli się z nią zmierzyć i nie wiadomo, kto tym razem wyjdzie z tego starcia zwycięsko.
Jak zatem widzicie, nie mieliśmy zbyt wielu powodów do radości. Chociaż i tym razem sprawiedliwość zwyciężyła, to ciosy, jakie zło zadało światu i naszym bliskim były tak silne, że trudno było powiedzieć, co z tego wszystkiego wyniknie i jak długo ofiary zła będą musieli się z tego wszystkiego podnosić.
Jednak znacznie dla nas poważniejszy niż to, co dotychczas wymieniłam, był inny problem. Chodziło o sprawę zabójstwa Hectora. Choć wydawało mi się, że w tej sprawie wszystko zostało już wyjaśnione, Ash był zdecydowanie innego zdania.
- O czym tak rozmyślasz, najdroższy? - zapytałam czule Asha, gdy weszłam do naszego pokoju pewnego wieczoru.
- O zabójstwie Traska, kochanie - odpowiedział mi Ash.
Usiadłam na łóżku obok niego i zaniepokojona spytałam:
- Chcesz powiedzieć, że się pomyliliśmy? Że to nie Hector go zabił?
- Nie, skąd. To on zabił Traska, podobnie jak tego rusznikarza. Próbował też wrobić w to wszystko Olivera Farge’a, a w końcu próbował szantażować swoich mocodawców i został zabity na polecenie Makronieckiego. W tej kwestii wszystko jest dla mnie jasne.
- Więc co cię dręczy?
- Dręczy mnie ta karta, którą zostawili przy jego ciele.
To mówiąc, Ash wydobył z kieszeni wyżej wspomnianą kartę z wizerunkiem tej przerażającej kostuchy, na widok której aż ciarki mnie przechodziły. Kartę tę ofiarowała nam inspektor Jenny po zakończeniu tej sprawy, a mój mąż uznał ją za niezwykle dla nas ważną. Teraz zaś, zaczął bardzo uważnie się jej przyglądać, nie przerywając przy tym swojej wypowiedzi:
- Nie rozumiem, kto i po co to robi? To już przecież nie pierwszy raz. Ciekawi mnie bardzo, kto stał za Makronieckim i Hectorem? Jakie ma cele? No i do czego dąży? Jaki cel chciał teraz osiągnąć?
- Chcesz poprowadzić śledztwo w tej sprawie?
- Nie, Serenko. To nic nie da. Chwilowo nie mamy żadnych tropów, które by nas gdzieś zaprowadziły. Jesteśmy zdani jedynie na domysły, a z nimi tak na dobrą sprawę, to nie ugramy za wiele, jeżeli cokolwiek. Obawiam się, że trafiliśmy teraz na kolejnego poważnego przeciwnika. Sprawę Makronieckiego i Hectora możemy zamknąć, ale to tylko początek całej serii spraw, jakie są jeszcze przed nami, zanim ostatecznie ich dopadniemy.
- Masz na myśli ludzi, którzy za nimi stoją?
- Dokładnie tak.
Ash powoli zaczął obracać kartę w dłoniach, jakby liczył na to, że w ten oto sposób zauważy w niej coś, czego dotąd nie widział, po czym rzekł:
- Jak powiedziałem, zamykamy sprawę Hectora i Makronieckiego. Ale Hector to był tylko pionek, Makroniecki zaś figura. A ja chcę odnaleźć tego, kto rozgrywa z nami tę partię szachów. Chcę dostać króla. I go dostanę, Sereno. Dostanę go, bo nie pozwolę na to, żeby sobie chodził po wolności. Nieważne, czy to będzie nowy Giovanni, czy może ktoś jeszcze gorszy. Nie pozwolę mu uciec. Złapię go i potem wsadzę do więzienia.
- A my ci w tym wszystkim pomożemy - powiedziałam, łapiąc go za rękę i delikatnie ją ściskając.
Pikachu i Buneary zapiszczeli lekko, patrząc przy tym przyjaźnie na Asha. To było oczywiste, że i oni się podpiszą pod tym, co powiedziałam. Ash natomiast z uśmiechem na twarzy pogłaskał oba stworki po łebkach, a mnie mocno do siebie przytulił i powiedział:
- Dziękuję wam wszystkim. Wiedziałem, że mnie z tym nie zostawicie.
- Oczywiście, że nie. Jeszcze ominęłaby nas przygoda - zażartowałam sobie.
- Pika-pika-chu! - dodał wesoło Pikachu.


KONIEC

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...