czwartek, 16 czerwca 2022

Przygoda 125 cz. I

Przygoda CXXV

Druga kula cz. I


- A zatem, jesteśmy w Wertanii - powiedziałam wesoło, kiedy stanęliśmy na pagórku, z którego mieliśmy idealną panoramę na wyżej wspomniane miasto.
- No, tak gwoli ścisłości, to jeszcze w nim nie jesteśmy - zauważył dowcipnie Ash, stając tuż obok mnie.
- Ale przecież zaraz w nim będziemy. Zostało nam tylko kilka kroków i zaraz wkroczymy do stolicy regionu Kanto.
- Owszem, chociaż nie bardzo się palę, żeby tam iść.
Pikachu zgodził się ze swoim trenerem, piszcząc delikatnie i dosyć smętnie jednocześnie. Buneary złapała go delikatnie za łapkę, popatrzyła na niego czule, po czym powiedziała coś w swoim języku, a jej ukochany obdarzył ją promiennym uśmiechem na znak, że bardzo jest jej wdzięczny za wsparcie.
- Tak, Buneary ma rację - powiedziałam wesoło - Chociaż tak po prawdzie, to ja nie wiem, co ona przed chwilą mówiła.
- Też nie wiem, ale na pewno coś miłego - stwierdził Ash i lekko poprawił sobie plecak na plecach - A co do tego miasta, jakoś po wizycie w Alabastii nie umiem przestawić się na to, co nas tam czeka.
- A co nas tam niby czeka? - spytałam.
- Domek na kółkach spadający z pagórka - odpowiedziała dowcipnie Margo, która właśnie do nas podeszła w towarzystwie swego Teddiursy - I wywalający się prosto na zbity łeb.
- A na czyi? - zapytała wesoło Cleo, zbliżając się do niej - Czy tego, kto ten domek prowadzi, czy może tego, kto z nim jedzie tym domkiem?
- Jedno i drugie, ale mam takie wrażenie, że więcej sobie łeb obija ten, kto jest pasażerem niż ten, kto jest kierowcą. Kierowca w takiej sytuacji zwykle bez trudu wyskakuje przez okno i ucieka bez żadnych konsekwencji dla siebie.
- Ty chyba masz niezbyt dobre zdanie o politykach - bardziej stwierdziłam niż zapytałam.
- Owszem, dla mnie w większości to pasożyty. A co?
- To trochę dziwne, skoro twój ojciec sam jest politykiem.
- Mój ojciec to inna bajka - odpowiedziała poważnym tonem Margo - To jest bardzo uczciwy człowiek, przywódca partii centralnej, jeden z najbardziej dobrych i porządnych ludzi na świecie, nie mówiąc już, że uczciwych.
- Wybacz, jeśli cię uraziłam - powiedziałam przepraszająco - Nie chciałam cię obrazić, Margo. W żadnym razie nie było to moim celem.
- Wiem o tym, Sereno i nie jestem na ciebie zła - odparła Margo - Ale skoro jesteś ciekawa, to wyjaśnię ci to. Nie lubię polityków, ale sama polityka jako taka mnie bardzo interesuje.
- A to się wzajemnie nie wyklucza? - zapytał ironicznie Ash.
- W żadnym razie - stwierdziła Margo - Można nie lubić jakiś sportowców, ale nie oznacza to, żeby człowiek miał nie lubić z tego powodu sportu. Można też nie lubić niektórych gatunków Pokemonów, ale nie znaczy to, że ma się od razu nie lubić wszystkich Pokemonów na świecie.
- No, w zasadzie brzmi logicznie - odpowiedział jej wesoło mój mąż - A jak to wygląda z politykami?
- A to już trochę inna sprawa. Bo widzicie, polityków to ogólnie rzecz biorąc bardzo, ale to bardzo nie lubię. Ale istnieją w tej kwestii wyjątki.
- Takie jak twój tata?
- Owszem. Zresztą znasz go już i na pewno możesz potwierdzić, że to dobry człowiek i uczciwy polityk.
- Że dobry człowiek, to wiem, bo znam go od strony prywatnej. Ale w kwestii polityki muszę już zaufać twojemu osądowi, bo nie widziałem go nigdy w akcji jako burmistrza i ogólnie polityka.
- Wobec tego, dobrze się składa, że idziemy do Wertanii, bo będziesz miał ku temu okazję. I to jest plus całej tej naszej sytuacji. Nie jestem tylko pewna, czy nie jedyny.
- Oj, weź nie przesadzaj - wtrąciła się do rozmowy Cleo - Przecież tam jest jeszcze twój chłopak, Hector. Jest zatem dla ciebie jeszcze jeden plus tej sytuacji.
- Tak, ale dla mnie. Nie wiem, czy to plus dla was - odpowiedziała Margo - A poza tym boję się, że w czasie wyborów będzie on miał naprawdę bardzo dużo roboty na głowie.
- Ale na pewno znajdzie dla ciebie czas i to tyle, żebyście mogli się nacieszyć sobą - powiedziałam, mając w duchu nadzieję, że tak właśnie będzie.
- Lepiej, żeby go miał, bo inaczej w przyszłości powiem mu, aby się żenił z moim tatą, skoro on jest dla niego ważniejszy niż ja - rzuciła ironicznie Margo.
Cleo i Ash parsknęli śmiechem, słysząc ten argument, a ja pomyślałam sobie przez chwilę, czy byłabym w stanie tak samo powiedzieć mojemu mężowi, jeszcze kiedy prosił mnie o rękę, gdyby przedkładał pracę detektywa ponad mnie. Chyba nie, bo po pierwsze Ash nigdy tego nie robił, ja byłam dla niego najważniejsza i to zawsze, a rozwiązywanie zagadek i wykonywanie naszej misji walki o to, aby tego zła mniej było na świecie nigdy nie stanowiło dla niego priorytetu. To znaczy, to był dla niego priorytet, w pewnym sensie, ale nie tak ważny, aby z jego powodu nie mieć czasu dla bliskich. To po pierwsze. A po drugie sama za bardzo zdołałam już pokochać ten fach, abym miała potępiać Asha za to, że tak mocno się angażuje w wykonywane przez siebie obowiązki. Poza tym... Czy nie kochałam go m.in. za to, jak poważnie podchodził do tego, co robił, a zwłaszcza do rozwiązywania przez nas zagadek kryminalnych?
- Spokojnie, Margo. Nie przesadzaj i nie popadaj w skrajności - powiedziałam do niej życzliwie tonem starszej siostry - Poza tym nie zapominaj o tym, że jeśli on dużo pracuje z twoim tatą, to dlatego, że poważnie traktuje jego i ciebie i na pewno chce wam obojgu zapewnić byt na przyszłość. Nie powinnaś go za to potępiać.
- Wcale go nie potępiam - odpowiedziała mi Margo - Po prostu wiem, jakie są realia, a już zwłaszcza w czasie wyborów i zdecydowanie nie jestem nimi wcale zachwycona. I mam naprawdę wielką nadzieję, że pomimo swoich obowiązków będzie tak, jak mówisz i Hector znajdzie dla mnie czas.
- Jestem pewna, że tak będzie.
- Chciałabym tego. Przecież planujemy kiedyś się pobrać i być ze sobą już na zawsze.
- O ho ho! To poważne plany - zaśmiał się Ash - Nie za wcześnie na nie?
- A wy? Wy to już jesteście po ślubie, a ile macie niby lat? - spytała Margo.
- My to co innego. Znamy się z Sereną od dzieciństwa i oboje jesteśmy już dorośli. A o ile dobrze pamiętam, to ty nie jesteś jeszcze pełnoletnia.
- Wiem i jeszcze teraz nie planuję ślubu, ale w przyszłości...
- O przyszłości to sobie porozmawiamy w przyszłości, moja droga. A teraz to powinniśmy dotrzeć do miasta, bo jeszcze wybory nam przepadną, chociaż nie wiem, czy to byłaby taka wielka strata.
- Żadna strata, mogę was zapewnić. Chyba, że lubicie widoki rodem z domu wariatów, bo takie nas tutaj czekają.
- Nie szkodzi - stwierdziła wesoło Cleo - Przynajmniej coś się będzie działo.
- O, to ci mogę obiecać - rzuciła ironicznie Margo - Atrakcji to zdecydowanie w mieście nam nie zabraknie.
- Na co więc jeszcze czekamy? - zapytał wesoło Ash - Ruszajmy ku nowej przygodzie!
- Pika-pika-chu! - zapiszczał radośnie Pikachu.

***


Nowa przygoda, ku której z taką radością ruszał teraz Ash, rozpoczęła się zaraz po tym, gdy zeszliśmy na ląd po przybyciu statku do brzegów regionu Kanto. Tam też rozstaliśmy się z Anabel, Ridleyem i Nową Meloettą, którzy ruszali ku swoim sprawom w nieco innym kierunku niż my. Podziękowaliśmy im za pomoc podczas naszych ostatnich przygód, za towarzystwo podczas rejsu i życzyliśmy im dużo szczęścia. Sami z kolei ruszyliśmy w kierunku Wertanii. Ponieważ Alabastia była bliżej, wstąpiliśmy do niej na chwilę, aby spotkać się z bliskimi i trochę się nimi nacieszyć. Wszystkich tam nie było, ponieważ Max i Bonnie wybrali się we dwoje na podróż po regionie Kanto z nadzieją na zdobycie wszystkich odznak w miejscowej Lidze Pokemon, Clemont pojechał z Dawn do Kalos na konkurs dla młodych wynalazców ze swoim nowym dziełem, a kapitan Jenny wyjechała gdzieś na jakieś tam szkolenie. Pozostali jednak byli na miejscu i chętnie nas powitali w naszym ukochanym mieście. Do tego stopnia ucieszyli się z naszego przybycia, że aż nie chcieli nas wypuścić. Niestety, ponieważ wzywały nas obowiązki i to już od dawna ustalone, nie mogliśmy pozostać w Alabastii dłużej niż jeden dzień. Tak więc spędziliśmy go najprzyjemniej, jak to tylko było możliwe, a następnego dnia wyruszyliśmy w dalszą podróż. W ciągu kilku godzin dotarliśmy do Wertanii, ale ledwie tylko przekroczyliśmy bramy miasta, a zaraz przekonaliśmy się, co miała na myśli Margo, gdy kpiła sobie, iż atrakcji nam nie zabraknie.
Byliśmy już nieraz świadkami wyborów na osobę burmistrza. Swego czasu prowadziliśmy nawet śledztwo podczas takiej uroczystości, która miała miejsce właśnie w Alabastii. Teraz zaś przenosiliśmy nasze działanie na Wertanię i ledwie do niej weszliśmy, a zrozumieliśmy, jak bardzo spokojne były wybory w Alabastii. Bo o ile, chociaż ten okres był jednym wielkim wariactwem w rodzinnym mieście Asha, to w stolicy Kanto wybory stawały się po prostu nie do zniesienia. Ludzie biegali niczym Meowth z pęcherzem z kąta w kąt, od jednego wiecu politycznego do drugiego, od jednej publicznej debaty do drugiej. Do tego jeszcze, co chwila po miastach jeździły samochody, w których ludzie z megafonów wykrzykiwali hasła polityczne i zachęcali w nich do głosowania na konkretnego kandydata, który to, ich zdaniem oczywiście, był jedynym odpowiednim kandydatem na stanowisko burmistrza Wertanii. Transparenty miały do nóg przyczepiony latające Pokemony, fruwające nad miastem i starające się zachęcić innych do tego, aby spojrzeli na owe transparenty, przeczytali zawarte w nich sentencje i być może z ich pomocą przekonali się do konkretnego kandydata i oddali na niego głos.
Ale o ile to wszystko jeszcze można wybaczyć, uznając za zwykłą praktykę wyborczą, o ile już prowadzona usilnie przez każdą ze stron negatywna kampania już pozostawiała wiele do życzenia. Muszę powiedzieć, że ta oto część działań w czasie wyborów, chociaż powszechnie uznawana i zgodna z prawem, budziła nasze obrzydzenie. Wykrzykiwanie obrzydliwych haseł, jak też najgorszych z możliwych zarzutów pod adresem przeciwników politycznych urągało godności ludzkiej oraz honorowi polityka, jeśli rzecz jasna założyć, że politycy mieli kiedykolwiek coś na kształt honoru. Z naszego detektywistycznego doświadczenia wiem, że polityka i honor nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego, jeżeli cokolwiek. A ponieważ nasza drużyna to takie zwariowane dzieciaki o dość romantycznej naturze, to woleliśmy zawsze zajmować się naszą działalnością zamiast bawić się w politykę, do której czuliśmy wrodzoną niechęć. A to, co widzieliśmy podczas pobytu w tym mieście, po prostu utwierdzało nas w tym przekonaniu, że od czego jak od czego, ale od polityki to lepiej się trzymać z daleka.
Ponieważ po przybyciu do Wertanii ja i Ash powinniśmy zgłosić się do osoby generała policji, który miał nam wystawić polecenie do szkoły policyjnej, to oboje mieliśmy co robić w mieście. Nie zamierzaliśmy tracić czasu na angażowanie się w jakieś polityczne i wyborcze sprawki. Poza tym, wcale nas to nie interesowało. My chcieliśmy jedynie wykonać to, po co tutaj przyjechaliśmy. Nie zamierzaliśmy jednak zostawiać Cleo i Margo w mieście samych. Postanowiliśmy odwlec nieco wypełnienie naszych obowiązków i spędzić trochę czasu z naszymi przyjaciółkami i pokazać im stolicę regionu Kanto. Poza tym uznaliśmy, że będzie bardzo nie w porządku, jeżeli będąc tu nie odwiedzimy ojca Margo. Ash mówił, iż to niezwykle miły oraz serdeczny człowiek. Jego córka również wyrażała się o nim w samych superlatywach, więc tym bardziej chciałam go poznać. Poza tym uznałam, że to by było bardzo nieuprzejme, nie poznać ojca naszej przyjaciółki i nie odwiedzić go wtedy, kiedy mamy taką możliwość. Nie chcieliśmy zaś być nieuprzejmi ani też ranić uczuć Margo, dlatego postanowiliśmy odprowadzić ją do taty i odwiedzić go przy okazji. Co do Cleo, to nie bardzo wiedzieliśmy, co mamy z nią począć. Póki co, nie odzyskała ona jeszcze pamięci i nie pamiętała tego, że była nam wrogiem. Baliśmy się choć na chwilę spuścić ją z oczu, aby nie odzyskała wspomnień i przestała być naszą przyjaciółką. Niezbyt to uczciwe z naszej strony, ale chwilami marzyliśmy o tym, aby nigdy nie odzyskała pamięci i dalej pozostała taka, jaka była w tamtej chwili, czyli miła, ciepła oraz serdeczna, pozbawiona jakichkolwiek złych myśli na nasz temat. Wiedzieliśmy, że jest to możliwe, chociaż nie było na to wielkich nadziei, ale cóż... Ostatecznie cuda na tym świecie się zdarzają.
- To co? Idziemy do taty? - spytała nas Margo, gdy szliśmy w kierunku domu jej ojca.
- No pewnie, że tak. Jeszcze pytasz? - odpowiedziałam wesoło.
- Ciekawe tylko, czy mnie pozna - zażartował sobie Ash - Wiesz, tak dawno mnie nie widział. Może jeszcze pomyli mnie z kimś innym.
- Ciebie pomylić? Z kimś innym? - zachichotała Margo - Nie żartuj sobie. Jak można niby ciebie z kimkolwiek pomylić?
- Racja, jesteś przecież Sherlock Ash - dodałam dowcipnie.
- Akurat nie to miałam na myśli, chociaż rzeczywiście to prawda - stwierdziła serdecznie nasza przyjaciółka - Przede wszystkim chodziło mi jednak o to, że Ash jest jedyny w swoim rodzaju. Kto go raz bliżej pozna, na pewno go nie zapomni.
- To prawda. Ash jest jeden jedyny - stwierdziła Cleo.
Nie wiedziałam jednak, czy powinniśmy to traktować jako komplement. Bo jak tylko Cleo odzyska wspomnienia, to przypomni sobie wszystko na temat Asha. Również i te swoje chore domysły na jego temat. Ale szybko odepchnęłam. Cleo nie sprawiała wrażenia osoby, która gwałtownie wszystko sobie przypomina i w jednej chwili zmienia swoje uczucia do nas o sto osiemdziesiąt stopni.


Przechodziliśmy akurat koło dość sporej grupki ludzi zebranej wokół jakiegoś człowieka stojącego na mównicy. Ów jegomość, chudy jak szczapa drągal o nieco spiczastym nosie, czerwonych policzkach i zdecydowanie niesympatycznej gębie przemawiał właśnie do swoich słuchaczy w następujący sposób:
- Wszystko to jest wina lewaków! Ta pandemia na Wyspach Oranżowych i to, jak nisko upadliśmy my, jako społeczeństwo. To wszystko ich wina. Pandemia jest wynikiem ich intryg, ich zabaw w Boga, ich eksperymentów, przez które powstały nowe wirusy zagrażające nam wszystkim! Przez niego umierają ludzie. Co prawda tu jeszcze nie, ale to tylko kwestia czasu, kiedy wirus tu dotrze i wybije nas i tych, którzy będą z nami wtedy przebywać. Wszyscy wymrzemy, a wiecie dlaczego? Bo to wszystko kara Boża! Tak! Kara z niebios za to wszystko, co oni robią. Dla nich, że złamali przykazania, że próbują oni zalegalizować każdą z nielegalnych praktyk medycznych, że mordują niewinne, nienarodzone jeszcze dzieci, zezwalając na to, aby prawo do aborcji istniało choćby w najmniejszym nawet stopniu.
Zatrzymaliśmy się zainteresowani, aby posłuchać, co też ten oszołom będzie jeszcze wygadywał. A on tymczasem krzyczał dalej:
- Chcą zabijać nienarodzone dzieci. Chcą uśmiercać ludzi starych i chorych. Chcą, aby dzieci w probówkach się rodziły. Łamią wszystkie prawa Boskie. Bawią się sami w Boga! I za to zesłały na nich niebiosa pomstę w postaci pandemii! Ale to nie koniec. Cały świat odpowie za ich winy. Oni złamali wszystkie przykazania, po kolei! Nie możemy im zatem pobłażać, bo jeżeli zaczniemy to robić, to wtedy nigdy nie skończy się ta apokalipsa. Oni nas wszystkich wymordują. Wszystkich, bez wyjątku, co do jednego. Jeśli nie wykończy nas pandemia, którą sami w tych swoich grzesznych laboratoriach stworzyli, to zabiją nas oni osobiście. Przecież już na nas nastają! Już próbują nam odebrać godność i szacunek do siebie! Dybią na nasze życie, na naszą osobowość, na naszą tożsamość duchową i płciową...
- Przepraszam bardzo, ale teraz to chyba pan przesadza - odezwał się głośno Ash, przerywając tę całą tyradę.
Wszystkie oczy skierowały się od razu w naszą stronę. Jegomość na mównicy popatrzył uważnie na mojego ukochanego, a wzrokiem próbował go chyba zabić. Gdyby te obrzydliwe gały były w stanie ciskać gromami z jasnego nieba albo też laserami, to na pewno Ash leżałby już martwy na ziemi. Na całe szczęście, koleś nie posiadał takiej zdolności. Za to posiadał cięty język i zamierzał go użyć.
- Doprawdy, młody człowieku? - spytał ironicznie - Twoim zdaniem zatem ja przesadzam, tak?
- Oczywiście, że pan przesadza - odpowiedział mu dowcipnie Ash - Dybią na pana tożsamość płciową? Z całym do pana szacunkiem, ale to przecież niemożliwe i niesmaczne. Nie jest pan przecież tak przystojny, żeby ktokolwiek się chciał na tę pana płeć połakomić.
Zebrani ludzie ryknęli śmiechem, a mężczyzna poczerwieniał ze wściekłości na twarzy, która zrobiła się niemalże purpurowa. Patrzył z niechęcią na tego oto bezczelnego młodzika, nie mającego nawet dwadzieścia lat, ale dosyć rozumu, aby mu dogadać i wytknąć idiotyzmy jego sposobu myślenia.
- Tak ci się wydaje, młody człowieku? - zapytał mówca zjadliwie - Jeszcze bardzo niewiele wiesz o tym świecie. Jeszcze chyba niewiele na nim widziałeś. Ale zobaczycie jeszcze, co oni potrafią, ci lewaccy dranie. Zobaczycie, przyjdzie tutaj pandemia i to będzie tylko ich wina, tych wariatów.
- Pandemia nie przyjmie, bo już przyszła - odpowiedział mu złośliwie Ash.
- Jak to? - zdziwił się polityk.
- A tak to. Pandemia wywołana najgorszą chorobą tego świata. A nazywa się ona „ludzka głupota”. I obawiam się, że nie ma na nią lekarstwa.
Przyznam, że niewiele brakowało, abym turlała się po ziemi ze śmiechu, gdy to usłyszałam. Rozbawiona złapałam się za brzuch i zaczęłam chichotać jak mała dziewczynka. Wszyscy ludzie zebrani przy mównicy mieli nie mniejszy ubaw z tego powodu, podobnie zresztą jak Cleo i Margo, które to, podobnie jak ja, wręcz się zwijały w pół ze śmiechu.
Oczywiście politykowi się ta mowa nie spodobała, gdyż warknął:
- Jeszcze zobaczymy, czy będzie wam tak wesoło, gdy was ten cholerny wirus pozabija, jednego po drugim.
- Wariat skończony - powiedział Ash, gdy odchodziliśmy.
- Ech, to jeszcze nic. Ten jest jeszcze nieszkodliwy - stwierdziła Margo - Już o wiele gorzej sprawa się przedstawia z jego przełożonym, szefem ich partii. Ten to dopiero jest pokręcony. Tak mi opowiadał tata.
- A co koleś wygaduje? - spytałam.
- Różne dosyć skrajne hasła jak np. że już niedługo zamiast liści na drzewach zawisną komuniści.
- Ładnie się rymuje. Ale sensu w tym za grosz.
- A czego oczekiwać po nieuku i chamie? On już taki jest. I nie on jeden. Ta cała partia konserwatywna jest idiotyczna. A liberalna niewiele lepsza. Jedni idą w skrajności na prawo, drudzy na lewo. A ci pośrodku obrywają od obu stron naraz.
- Ech, co za czasy - powiedział Ash, kręcąc z niedowierzaniem głową - Gdzie my w ogóle trafiliśmy? Do stolicy Kanto, czy do domu wariatów?
- Stawiam na to drugie.
Po tych słowach, Margo zachichotała dowcipnie i powiedziała:
- No cóż... Witajcie w Świrolandii... Tutaj głupota jest królem. Lepiej dla was, jak przyzwyczaicie się do takich widoków. Zobaczycie tutaj jeszcze gorsze.
- Jeszcze gorsze? - spytał Ash - To może być jeszcze gorzej?
- Pika-pika-chu? - pisnął Pikachu, równie zdumiony, co jego trener.
- Zawsze może być jeszcze gorzej - odpowiedziała mu Margo - Ale jestem pewna, że może być też lepiej. I wierzę, że tak będzie, jak już mój tata wygra te zwariowane wybory i zostanie burmistrzem. Wtedy wszystko powróci do normy, a mój tata weźmie się za tych oszołomów. Może sprawi, że wróci im rozum, który stracili.
- Nie sądzę. Nie można odzyskać czegoś, czego się nigdy nie miało - rzekłam na to dowcipnie.
Margo i Cleo zachichotały, patrząc na mnie wesoło.
- Brawo, Sereno. Wyrabiasz się. Masz coraz lepszy dowcip - powiedziała po chwili pierwsza z nich - Ale to tym lepiej. Tu warto mieć poczucie humoru. Dzięki niemu nie zwariujesz w tym miejscu.

***


Kilkanaście minut później dotarliśmy wreszcie do domu ojca Margo. Nie była to, jak się spodziewaliśmy, jakaś ogromna willa na obrzeżach miasta, tylko bardzo ładny, spory domek z ogródkiem, otoczony bramą, za którą czuwali ochroniarze w towarzystwie kilku Pokemonów psów. Dostrzegliśmy pośród nich kilka groźnie szczerzących na nas kły Arcanine’ów. Pieski owe jednak uspokoiły się, gdy tylko zobaczyły Margo, doskonale im wszak znaną. Ochrona bez trudu nas wpuściła, jak tylko przekonała się, że wśród nas jest córka ich szefa.
- Długo na panienkę czekaliśmy, panienko Margo. Pani ojciec spodziewał się pani dzisiaj - powiedział jeden z ochroniarzy.
- To dobrze, a więc nie będzie zaskoczony, że przyszłam - odpowiedziała mu dziewczyna - Czy tata jest teraz w domu?
- Tak, ale nie sam. Ma teraz spotkanie z dziennikarzami.
- Rozumiem. To poczekamy, aż się ono skończy.
Margo wprowadziła nas do środka i zaprowadziła do gabinetu swojego ojca. Po drodze mieliśmy okazję zobaczyć, że osoba mieszkająca w tym domu posiadała naprawdę bardzo dobry gust w kwestii sztuki. Na ścianach wisiało bowiem kilka bardzo pięknych obrazów, w kilku miejscach na postumentach stały zdobione w różne wzorki wazy i popiersia, a do tego ściany wymalowane były w przyjemne kolory. Widać było zatem, że mamy do czynienia z osobą bogatą, ale nie specjalnie się obnoszą ze swoim bogactwem, która lubi otaczać się pięknymi przedmiotami i nie uważa tego za powód do wstydu.
Kiedy dotarliśmy do gabinetu, usłyszeliśmy dobiegające z niego stłumione nieco z powodu zamkniętych drzwi głosy. Margo położyła sobie wówczas palec na ustach i dała nam znać, abyśmy byli cicho, po czym nacisnęła delikatnie klamkę i rozwarła lekko przed nami wejście do siedziby swego ojca. Ostrożnie i w miarę możliwości bardzo cicho weszliśmy za nią. W pokoju, w którym wszyscy właśnie się znaleźliśmy, dostrzegliśmy stojącego dumnie za biurkiem mężczyznę w wieku tak około czterdziestu lat, wysokiego i bardzo postawnego, o beżowych włosach, niebieskich oczach, gładko ogolonego i niezwykle skupionego na tym, co robi. Tuż obok niego stał jakiś chłopak, najwyżej tak osiemnastoletni, zielonooki o czarnych włosach, trzymający w dłoniach jakąś skórzaną teczkę. Obaj panowie byli ubrani w ciemnoszare garnitury, zdecydowanie dodające im uroku. Starszy z nich, będący najwyraźniej ojcem Margo, przemawiał właśnie do kilku dziennikarzy, stojących przed jego biurkiem, robiących mu zdjęcia i zadających masę pytań.
- Proszę państwa, zapewniam was, że jeżeli zostanę wybrany na burmistrza miasta Wertania, to dołożę wszelkich starań, aby poprawić panujące tutaj warunki życia. Jak zapewne dobrze wiecie, poprzedni burmistrz i mój przeciwnik, Andrew Douda niestety zaniedbał wiele spraw. Jego partia, chociaż obiecywała jednoczyć ze sobą wszystkich mieszkańców tych okolic, nieszczęśliwie podzieliła ich jeszcze bardziej. Uważam taki stan rzeczy za bardzo szkodliwy dla naszego miasta i z tego też powodu moim najważniejszym hasłem jest wspólna integracja wszystkich, ale to wszystkich jego mieszkańców.
- W jaki sposób zamierza pan tego dokonać? - zapytał jeden z dziennikarzy.
Sami byliśmy tym zainteresowani, dlatego usiedliśmy wygodnie z boku na stojącej pod oknem sofie i uważnie zaczęliśmy przysłuchiwać się tej rozmowie.
- Przede wszystkim zamierzam powołać nową Radę Miasta, w której znajdą się przedstawicieli wszystkich partii regionu Kanto, także i z tych, które na chwilę obecną pozostają z naszym stronnictwem w dość ostrym konflikcie - odpowiedział ojciec Margo - Uważam bowiem, że wszyscy musimy pracować dla wspólnego dobra naszego miasta. Jak dobrze wiecie, potrzebuje ono tego obecnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
- Czy nie uważa pan, że obsadzanie stanowisk w Radzie Miasta członkami, że tak powiem, wrogich panu partii, nie spowoduje ostrych konfliktów w Radzie i nie opóźni starań o naprawdę naszej sytuacji? - zapytała jedna z dziennikarek.
- Ej, to przecież Alexa - szepnął do mnie Ash.
- Pika-pika! - zapiszczał delikatnie Pikachu, jak na potwierdzenie tych słów.
- Rzeczywiście, to ona - odpowiedziałam wesoło - Ciekawe, jaką to sensację teraz tropi?
- Same wybory są niezłą sensacją - zauważyła Cleo.
- Cii...! - syknęła na nas lekko Margo, gdyż zagłuszaliśmy wypowiedź jej ojca i kolejne pytania dziennikarzy.
- Jak dobrze wszyscy wiecie, mój poprzednik zanadto zmierzał w prawo, w ten sposób drażniąc wszelkie grupy postępowe. Próba wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji na terenie Wertanii i rozszerzania jej na całe Kanto zdecydowanie nie pomogła mu, a pozwalanie na istnienie bojówek, które w ich imieniu i z ich błogosławieństwem bili na ulicy opornych takim planom, to było już ostatecznym strzeleniem sobie w kolano. Dlatego nie jestem zdania, aby pan Douda był w stanie wygrać tym razem i pozostać na drugiej kadencji. Miastu trzeba zmian, jednak nie za wszelką cenę, dlatego nie jestem w stanie zgodzić się z moim drugim rywalem, panem Donaldem Traskiem, który oponuje za całkowitym zniszczeniem wszelkiej świętości i tabu. To miasto potrzebuje zmian, ale nie rewolucyjnych. Zmiany, jakie próbowali wprowadzić liberałowie za swojej kadencji mocno zadłużyły miasto, a próby naprawienia tego przez konserwatystów podczas ich ostatniej kadencji były już ostatecznym dobiciem tego miasta. To dowodzi tylko, jak bardzo złe jest takie zmierzanie z jednej skrajności w drugą. Dlatego proszę wszystkich wyborców, aby zagłosowali na nas, partię centralną, ponieważ jak każdy chyba mieszkaniec tego miasta, pragnie ona zmian, jednak te muszą zostać wprowadzone na spokojnie, bez żadnego przymusu ani z lewa, ani z prawa.
- Czy nie obawia się pan taką kompromisowością utracić wielu wyborców na rzecz kandydatów z partii konserwatywnej? - spytał kolejny z dziennikarzy.
- Nie, proszę pana. Ich program nie zmienił się od ostatniej kadencji, a jak wiemy, nie był on już wtedy najlepszy, a w obecnej sytuacji bynajmniej nie jest wcale lepszym rozwiązaniem. Zresztą wystarczy sobie ten program poczytać, aby się tego dowiedzieć. Ludzie to wiedzą i odsuwają się od nich. Obecnie ich poparcie w społeczeństwie nie jest zbyt wielkie.
- Prawica rzeczywiście słabnie z dnia na dzień, ale przecież ma pan przeciw sobie zblokowaną lewicę - zauważyła kolejna dziennikarka - Uważają pana za zbyt ugodowego, zwłaszcza wobec prawicy.
- Nie obawia się pan ich programu? Oferują bardzo ciekawe zmiany - dodała Alexa.
- Nie, w żadnym razie się tego nie obawiam, ponieważ ich zmiany są bardzo, ale to bardzo radykalne - powiedział ojciec Margo - A zmiany radykalne, mogę o tym zapewnić, nigdy nie przynoszą niczego dobrego. Ocierają się one o rewolucję, a tej musimy za wszelką cenę uniknąć. Jestem zwolennikiem zgody narodowej i wspólnej pracy na rzecz naszego rejonu. Uważam, że to miasto potrzebuje reform, ale nie stosowanych w sposób brutalny czy też rewolucyjny. Musimy wszystko, co robimy, robić z głową. Inaczej wszystko przepadnie. Wierzę w to, że ludzie w tym mieście są tego świadomi i dlatego proszę ich o to, aby nigdy nie zapomnieli o tak istotnych dla nas wszystkich faktach.
Zadano jeszcze kilka pytań ojcu Margo, po czym stojący obok niego chłopak, prawdopodobnie będący jego sekretarzem, oznajmił uroczyście koniec spotkania i wszyscy dziennikarze zaczęli zmierzać ku wyjściu. Wśród nich była Alexa. Od razu, gdy tylko ruszyła ku drzwiom, dostrzegła nas i podeszła ku nam zadowolona, mając na twarzy pełen radości uśmiech.
- Cześć, kochani. Miło was tu spotkać - powiedziała serdecznie, a siedzący na jej ramieniu Helioptile zapiszczał przyjaźnie.
- Cześć, Alexa! Miło cię znowu widzieć - odparł równie życzliwie Ash.
- Pika-pika! Bune-bune! - zapiszczeli Pikachu i Buneary.
- Co tutaj robisz? - zapytałam.
- No właśnie. Myślałam, że twoją specjalnością są raczej artykuły na temat Pokemonów i kryminalnych zagadek - zauważył Ash.
- Zasadniczo tak, ale widzicie... Cindy bardzo chciała, żebym napisała artykuł na temat wyborów i ich wyników, dlatego tu jestem - wyjaśniła Alexa - Ale wiecie co? Im dłużej tu muszę siedzieć, tym bardziej mi brakuje normalnych tematów. Polityka to naprawdę brudny interes.
- Ech, niestety - westchnęła Margo - Coś o tym wiem. Niekiedy wolałabym, żeby mój tata już się nie zajmował polityką.
- To twój tata jest politykiem? - zapytała Alexa.
- Oczywiście. Właśnie przez chwilą z nim rozmawiałaś.
Alexa spojrzała zdumiona na żegnającego się właśnie z dziennikarzami ojcem Margo, po czym zarumieniła się delikatnie, jakby zawstydzona i rzekła:
- Wybacz, że cię poznałam. Na zdjęciach u twojego ojca wyglądasz nieco inaczej niż obecnie.
- Bo to zdjęcia sprzed kilku lat. Swoją drogą, przydałyby mi się nowe.


Alexa uśmiechnęła się do nas, a potem spojrzała na Cleo, a uśmiech jakby jej zniknął z twarzy. Dobrze wiedziała, że panna Winter była naszym wrogiem, zatem widok dziewczyny z nami wywołał u niej zdumienie i lekki szok.
- Ty też tu jesteś z nimi? - spytała.
- Tak, jestem Cleo. A ty, to chyba Alexa, zgadza się? Wybacz, nie pamiętam za dobrze wszystkich nazwisk. Twarze pamiętam, nazwiska niekoniecznie. To wina tego wypadku, który ostatnio miałam.
- Wypadku? Jakiego wypadku? - spytała Alexa.
- Długo by o tym opowiadać. Opowiemy ci innym razem - powiedział Ash - Na razie musimy porozmawiać z ojcem Margo, a potem jeszcze mamy kilka spraw do załatwienia.
- Rozumiem. Mam jednak nadzieję, że naprawdę wszystko mi opowiecie.
- Oczywiście, że opowiemy. A ty się nie przemęczaj za bardzo, Alexa. Nie zapominaj, w jakiej obecnie jesteś sytuacji.
- Dobra, dobra, Ash. Ty nie bądź taki mądry. To nie jest choroba ani żadne tam ubezwłasnowolnienie, dlatego nie zamierzam się ograniczać z powodu mojego stanu, przynajmniej póki jeszcze nie muszę tego robić. Za jakiś czas będę miał brzuch jak bęben i wtedy przystopuję z aktywnością zawodową, ale póki co mam zamiar nacieszyć się swobodą ruchu tak długo, jak tylko to możliwe. Dobra, to ja już idę.
Ostatnie słowa dodała, kiedy zauważyła, że dziennikarze już prawie wyszli z gabinetu. Pożegnała więc nas serdecznie i poszła w kierunku wyjścia, wymieniając jeszcze kilka uprzejmych słów z ojcem Margo. W końcu drzwi się zamknęły już za ostatnim przedstawicielem prasy, a my zostaliśmy sam na sam z gospodarzem i jego towarzyszem.
- Margo, kochanie! Tak bardzo się cieszę, że przyjechałaś! - zawołał radośnie mężczyzna na widok swojej jedynaczki.
- Cześć, tatusiu. Miło cię znowu widzieć - powiedziała Margo i wpadła ojcu w ramiona - Świat jest piękny, ale zdecydowanie najmilej mi z wami.
Po tych słowach, wypuściła z objęć ojca i uściskała mocno chłopaka.
- Hector! Tak się cieszę, że tu jesteś. Opiekujesz się tatusiem, kiedy mnie nie ma w pobliżu?
- Oczywiście, Margo. Jestem lepszy od zawodowej niani - zażartował sobie Hector - No, co tak patrzysz? Nie wierzysz mi? Twój tata może to potwierdzić.
- To prawda. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego pomocnika niż Hector - stwierdził życzliwym tonem ojciec Margo - Dba o moje interesy i wykonuje swoje obowiązki lepiej niż ktokolwiek inny. Nie wiem, czy nawet nie lepiej niż ja sam.
- Jak zwykle pan przesadza - powiedział skromnie Hector - Ja po prostu robię swoje i staram się to robić jak najlepiej.
- I doskonale ci to wychodzi - odparł na to ojciec Margo i spojrzał na nas - Ale wybaczcie, chyba o was na chwilę zapomnieliśmy.
- Tato, pamiętasz Asha Ketchuma? - zapytała wesoło Margo.
- Oczywiście, że pamiętam. Trudno zapomnieć tak sympatycznego chłopaka, chociaż teraz to już raczej chyba młodzieńca - stwierdził przyjaźnie polityk - Miło mi cię znowu widzieć, Ash.
- Pana również, panie Farge - odpowiedział mu Ash - Cieszę się, że mnie pan pamięta.
- Trudno by mi było zapomnieć, zwłaszcza po tej przygodzie w mieście Fula podczas Festiwalu Wiatru. Nigdy nie zapomnę, jak nas wszystkich zmobilizowałeś do działania, kiedy pojawiły się problemy i do tego jeszcze uratowałeś życie mojej córce.
- Trochę pan przesadza. Ja wtedy nic takiego nie zrobiłem. Po prostu bardzo chciałem pomóc. A z tym uratowaniem życia, to przede wszystkim Margo uratował Zoruara. Ja tam tylko trochę pomogłem.
- Teraz ty jesteś za bardzo skromny - stwierdził pan Farge i spojrzał na mnie - A ta młoda dama, to zapewne Serena, mam rację?
- Tak, proszę pana. Jestem Serena Ketchum, żona Asha - powiedziałam, lekko przed politykiem dygając.
- A zatem pobraliście się? Miło mi to słyszeć - rzekł z uśmiechem pan Farge - W zasadzie nie było to znowu takie trudne do przewidzenia. Jesteście piękną parą i razem potraficie dokonać tego, co dla innych jest niemożliwe. Gazety rozpisują się co chwila o waszych sukcesach, a odkąd złapaliście Zodiaka, to już chyba każdy w Wertanii wie, kim jesteście. Lepiej przygotujcie się na to, że i was będzie chciała prasa przemaglować.
- To dla nas nie pierwszyzna - stwierdził Ash, a Pikachu zapiszczał wesoło, jakby na potwierdzenie.
- Pewnie nie - powiedział ojciec Margo i spojrzał na Cleo - Wybacz, my się chyba jeszcze nie znamy. Oliver Farge jestem.
- Bardzo mi miło pana poznać. Cleo Winter - odpowiedziała Cleo i delikatnie, idąc w moje ślady, dygnęła przed politykiem.
- Witam was wszystkich serdecznie w swoim domu. Mam nadzieję, że jeszcze nie wynajęliście nigdzie pokoju w Wertanii, ponieważ chciałbym was zaprosić do siebie w gościnę.
- Nie, jeszcze nie wynajmowaliśmy nigdzie pokoju - odpowiedział Ash.
- Nie zdążyliśmy jeszcze tego zrobić - dodała Cleo.
- No to bardzo dobrze się składa, bo ja mam dość wolnego miejsca w swoim domu i dlatego bardzo bym chciał, abyście zatrzymali się u nas.
- To bardzo miłe z pana strony, ale naprawdę nie chcemy się narzucać - rzekł Ash, lekko drapiąc się przy tym po karku.
- Ależ to żadne narzucanie się, ani tym bardziej żaden dla mnie kłopot, moi mili. Naprawdę będzie mi bardzo miło was wszystkich ugościć. Przyjaciele Margo są moimi przyjaciółmi. Poza tym, po co macie się tułać po hotelach, skoro możecie zatrzymać się u nas?
- Ash, nawet nie próbuj odmawiać. Tatuś jest bardzo uparty i jak już raz się na coś uprze, to nie ma mowy, aby odpuścił - powiedziała żartobliwym tonem Margo.
Mój ukochany rozłożył tylko bezradnie ręce, uśmiechając się przy tym lekko i powiedział tonem człowieka uznającego swoją porażkę:
- No, skoro tak się sprawy mają, to nie ma sprawy. Zostajemy.
Margo zaklaskała radośnie w dłonie i spojrzała na Hectora, rzucając mu się na szyję i ściskając go serdecznie.
- Tak się cieszę, że Ash, Serena i Cleo zostają. Będziecie mieli okazję lepiej się poznać. Mówię ci, Hectorze, to wspaniali ludzie. A zwłaszcza Ash.
- Nie śmiem w to wątpić - odpowiedział jej Hector i spojrzał ponuro na nas.
Gdyby wzrok mógł zabijać, to z całą pewnością Ash leżałby już trupem na tym eleganckim dywanie zdobiącym gabinet pana Farge’a. Mówię tak dlatego, że w oczach Hectora dostrzegłam coś bardzo nieprzyjemnego, jakąś złość połączoną z wyraźną niechęcią, którą próbował jednak ukryć pod maską dobrego wychowania i sympatycznie wypowiadanych słów. Naprawdę bardzo się starał ukryć swoją złość, ale ja zdołałam ją zauważyć i lekko mnie ona zaniepokoiła. Dlaczego niby Hector patrzył na Asha tak, jakby chciał go zabić wzrokiem bazyliszka, o jakim zapewne w tamtej chwili marzył? Bardzo szybko jednak przyszło mi do głowy rozwiązanie tej zagadki. Z pewnością widział on, że jego ukochana jest wyraźnie zachwycona Ashem i poczuł tę samą okropną przypadłość, która wykończyła biednego Otella, czyli zazdrość.
- Biedny chłopak - powiedziałam po cichu sama do siebie - Chyba nie wie o tym, że Ash jest zawsze wierny swojej ukochanej, czyli mnie.
Nie powiedziałam jednak tego na głos, ponieważ do gabinetu weszła nagle gosposia z informacją, że obiad jest już gotowy. Wszyscy powitaliśmy tę wieść z radością, a już zwłaszcza Ash, któremu jak na zawołanie nagle zaburczało głośno w brzuchu. Mój ukochany złapał się szybko rękami za owo miejsce wydające z siebie taki odgłos i powiedział lekko zażenowany:
- Przepraszam bardzo. Nie chciałem. Po prostu jesteśmy strasznie głodni i to z pewnością dlatego.
- Pika-pika! - zapiszczał smętnie Pikachu.
Przyznam się, że gdy tak na nich patrzyłam, sama poczułam w brzuchu lekkie skurcze na znak, iż u mnie także kiszki domagają się jakiegoś posiłku, grożąc mi przy tym niezgorszym koncertem od tego, który właśnie słyszeliśmy w wykonaniu mojego ukochanego Asha.
- W porządku, przecież nic się nie stało - powiedział życzliwie Oliver Farge - Zapraszam was wszystkich do jadalni. Jestem pewien, że będzie wam smakować. Mamy najlepszą gosposię w całym regionie.
- Na całym świecie - powiedziała serdecznie uradowana Margo.
Jej chłopakowi tymczasem przeszła już, a przynajmniej chwilowo, niechęć do Asha i powiedział życzliwym tonem:
- Zapraszamy na salony.

***


Obiad u pana Farge’a był naprawdę bardzo smaczny i żadne z nas nie miało żadnego powodu ku temu, aby narzekać. Margo wyjaśniła nam, że sekretem tego jest fakt, iż posiadają naprawdę wyśmienitą gosposię, która doskonale gotuje i jak dotąd nigdy nie dawała im powodu, aby narzekać na jej kuchnię. Ash powiedział wówczas, że jest pod wrażeniem talentu owej gosposi i chętnie złoży jej gratulacje, czego oczywiście nie omieszkał uczynić, ledwie tylko znalazł ku temu dogodną okazję. Gosposia, osoba nieco tęga, ale niezwykle sympatyczna, odpowiedziała mu na to, że zawsze miło jej się słyszy, jeśli komuś smakuje jej kuchnia i że z wielką przyjemnością jeszcze nieraz nam coś ugotuje.
- Słuchajcie, a gdzie się zatrzymacie w Wertanii? - zapytała mnie, Asha i Cleo Margo, kiedy już skończyliśmy posiłek.
- Na razie skorzystamy z gościny pana Farge’a, a potem pewnie w Centrum Pokemon - odpowiedział Ash.
- Chętnie zobaczymy kampanię pana Farge’a, ale mamy tu też swoje sprawy do załatwienia - dodałam.
- Czy będzie niedyskrecją, jeśli zapytam, jakie to sprawy? - spytał pan Farge.
- To nie żadna tajemnica - odpowiedziałam serdecznie - Ja i Ash wstępujemy do Akademii Policyjnej.
- O, to ciekawe! - Oliver Farge wyglądał na bardzo zainteresowanego tym, co właśnie powiedziałam - Chcecie zostać policjantami?
- No, nie do końca - odparłam - Chcemy zostać detektywami konsultantami.
- Będziemy pracować oficjalnie, legalnie i formalnie dla policji - dodał Ash - Ale zdaniem pana generała policji, jeśli chcemy w ogóle to robić, powinniśmy też przejść odpowiednie szkolenia policyjne, mogące nam z czasem pomóc podczas kolejnych śledztw.
- Tak, jakbyście bez nich nie byli już genialnymi detektywami - stwierdziła z lekką ironią Cleo.
- Może i jesteśmy, ale sprawa wygląda tak, że po prostu nie zaszkodzi nieco sobie poszerzyć zakres wiedzy i umiejętności - odpowiedział jej na to Ash.
- Jestem tego samego zdania - powiedział Oliver Farge - Moim zdaniem oboje  postępujecie słusznie. Akademia Policyjna w Wertanii będzie z pewnością dumna, mając takich kadetów jak wy. Potrzeba nam takich bystrzaków, którzy doskonale wiedzą, co powinni robić i korzystać nie tylko ze sprzętu policyjnego, ale przede wszystkim ze swojego rozumu. Nie, żebym sugerował, że wszyscy policjanci to są idioci, ale powiedzmy sobie uczciwie. Za wielu geniuszy wśród nich nie ma.
- Och, chyba trochę pan przesadza - powiedziałam - Przecież osobiście znamy bardzo dobrych policjantów i policjantki. Oficer Jenny w każdym mieście są dosyć bystre, a wiele z nich to naprawdę rewelacyjne policjantki.
- Nie mówię, że tak nie jest. Obawiam się jednak, że za wiele jest w policji osób zbyt mocno trzymających się paragrafów i za mało korzystających podczas pracy ze swoich szarych komórek. Przypominam, że to wy, a nie policja z Wertanii i okolic, złapaliście Zodiaka.
- No, w zasadzie, to bez pomocy naszego przyjaciela kapitana Rockera oraz jego stryja, to by nam mogło się to nie udać.
- Ale mimo wszystko go złapaliście i to się liczy.
- Owszem, złapaliśmy go. Chociaż nie było to łatwe.
Mówiąc to, wzdrygnęłam się przerażona na myśl o tym psycholu, o tym, jak mnie ten wariat porwał i jak mogłam skończyć, gdyby Mattia nam nie pomógł i gdyby Ash nie zdążył w ostatniej chwili.
- Ryzyko mamy wpisane w nasz zawód, ale mimo wszystko czasami nasza praca wydaje się nas przerastać - powiedział po chwili Ash - Dlatego nie zaszkodzi mieć dodatkowe umiejętności.
- Moim zdaniem wy już wszystko umiecie - stwierdziła życzliwie Cleo.
- Cieszę się, że tak mówisz, ale prawda jest taka, że brakuje nam kilku takich umiejętności, które mogą się nam przydać, jak choćby poznawanie rodzaju pocisku czy kilka sztuk walki. To wszystko może nam się bardzo przydać.
- Rozumiem. Dlatego będę wam kibicować. Wiecie, sama rozważam pójście do Akademii Policyjnej.
- Poważnie? - spytał zaskoczony Ash.
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Owszem, właśnie tak. Przeszłam swego czasu szkolenie w Szkole Ninja i sporo już wiem na temat sztuk walki.
- Tak, wiemy o tym - burknęłam z lekką niechęcią.
Zbyt dobrze pamiętałam, jak wykorzystywała te swoje umiejętności do próby zabicia Asha przez zafundowanie mu dekapitacji. Gdyby nie to, że straciła pamięć na wskutek pojedynku z moim mężem, to dalej by chciała to zrobić.
- No właśnie, a zatem wiecie, że jestem w tych sztukach walki całkiem dobra - mówiła dalej Cleo, najwyraźniej nie dostrzegając niechętnego tonu mojego głosu - I chciałabym móc wykorzystywać te umiejętności w tym... No... Jak wy to oboje nazywacie?
- Co nazywamy? - spytał Ash.
- To, czym wy się zajmujecie.
- Walczymy o to, aby tego zła mniej było na świecie.
- O, otóż to! Właśnie o tym mówię. Bardzo mi się podoba ta idea. Walka o to, aby tego zła mniej było na świecie. Czy jest jakaś piękniejsza idea?
- Idee zazwyczaj są piękne. Gorzej z ich realizacją - powiedział Hector.
- To prawda - zgodził się z nim Oliver Farge - Wszystkie ideały wymagają od swoich twórców stopniowego realizowania. Problem polega na tym, że nie każdy jest w stanie wcielać w życie swoje idee. Zwłaszcza, kiedy przygniecie go proza życia.
- Pana przygniotła? - zapytała Cleo z troską w głosie.
- Owszem. Wiecie chyba o mojej żonie, prawda? - spytał mężczyzna.
- Tak, wiemy. Margo nam powiedziała - odpowiedziałam.


Margo pokiwała smutno głową, po czym odparła:
- Nie było nam na początku łatwo z tatą sobie z tym poradzić, kiedy mama nas zostawiła. Ale cóż... Jest jak jest. Czas biegnie, a życie toczy się dalej. Nie jest nam źle. Zawsze mogło być gorzej. Ważne, że nie jesteśmy sami. Mamy siebie i mamy Hectora.
To mówiąc, ścisnęła delikatnie dłoń swojego chłopaka, który uśmiechnął się do niej serdecznie.
- A co do idei, tata realizuje piękne idee pracy od podstaw dla dobra całego miasta - powiedziała po chwili Margo.
- To prawda - zgodził się z córką pan Farge - Uważam, że to najpiękniejsza i zarazem najbardziej rozsądna ze wszystkich idei politycznych na tym świecie. To miasto ostatnio bardzo mocno ucierpiało z powodu głupoty pewnych ludzi i nie będę ukrywał, że trudno będzie naprawić to, co oni zrobili. Zwłaszcza, że osoby, o których mowa, nie poczuwają się do żadnej odpowiedzialności za swoje czyny.
- Przeciwnie. Oni są zdania, że wszystko zrobili jak należy i tylko miasto ich nie umie docenić - dodał złośliwie Hector - A przywódca tej partii konserwatywnej jest po prostu beznadziejnym megalomanem. Do tego beznadziejnie zakochanym w tym swoim sierściuchu.
- Sierściuchu? To on ma kota? - zapytałam.
- Tak, Meowtha. Wiecznie się z nim pokazuje. Nawet go nazwali Gargamelem z Wertanii.
Wszyscy parsknęliśmy śmiechem, ubawieni tym żartem. Margo zaś, którą to stwierdzenie chyba najbardziej rozbawiło, dodała złośliwie:
- Ogólnie rzecz ujmując, nasze miasto zaczyna przypominać wioskę Smerfów.
- Jak to? - zapytałam.
- Bo zagraża mu stary kawaler mieszkający z kotem - odpowiedziała Margo.
- Z przyczyn politycznych, nie komentujemy - dodał Hector.
Przez dłuższą chwilę, śmialiśmy się wszyscy do rozpuku z tego żartu, ale w końcu jakimś cudem zdołaliśmy się opanować i powrócić do tematu rozmowy.
- Nie uważam jednak, aby ten człowiek naprawdę stanowił dla pana Farge’a jakieś poważne zagrożenie - rzekł po chwili Hector - To tylko głupi, stary i bardzo ograniczony człowieczek, mający się za miejscowego kacyka i zbawcę świata. Nie umie przyjąć do wiadomości, że chce zamknąć nasz świat w epoce średniowiecza. A to miasto potrzebuje iść naprzód. Tylko to jest w stanie mu pomóc.
- Nie zapominaj, że z kolei drugi rywal taty, ta ruda menda, jak go większość przeciwników nazywa, jest właśnie człowiekiem postępowym - zauważyła Margo.
- To prawda i z jego strony możemy obawiać się poważnej konkurencji. Ale na pewno nie ze strony tego starego dziwaka. O nie, jego w żadnym nie musimy się obawiać. A co do tego rudego oszołoma Traska, to nie musicie się nim martwić. Owszem, jest zdecydowanie poważniejszym przeciwnikiem, ale co z tego? Tylko partia centralna jest w stanie zapewnić miastu odpowiedni rozwój prowadzony w odpowiedni sposób. Bez rewolucji i bez żadnych szalonych, natychmiastowych i dzikich zmian. Miastu trzeba reform, ale nie prowadzonych gwałtownie. Ludzie to doskonale wiedzą i dlatego nie będą głosować na niego, tylko na nas.
- Widzisz to wszystko bardzo idyllicznie, Hectorze - odpowiedział mu Oliver Farge - Nie mogę się w tej sprawie z tobą zgodzić. O ile ze strony konserwatystów raczej nic nam nie grozi, o tyle liberałowie stanowią poważne zagrożenie w tych wyborach dla mojej kandydatury.
- Panie Farge, przecież ten Trask to tylko zwykły krzykacz.
- Ten krzykacz, jak go nazywasz, posiada naprawdę spore poparcie pośród mieszkańców Wertanii. Ludzie odsuwają się stopniowo od konserwatystów, czują potrzebę zmian i chcą wiedzieć, kiedy zostaną one wprowadzone. Nie będą zatem myśleć logicznie. Chcą zmian natychmiast, dlatego popierają tych, co obiecują im te zmiany w trybie natychmiastowym. My im tego nie możemy obiecać.
- Bo my myślimy rozsądnie.
- My tak, ale obawiam się, że wyborcy już niekoniecznie. Mimo to, będę dalej kandydować na stanowisko burmistrza. Bo chcę zrobić coś dobrego dla Wertanii i nie zamierzam się wycofywać z powodu trudności. Poza tym... Jestem zdania, że odrobina zdrowej konkurencji nikomu nie zaszkodzi. Nawet politykowi.
Po tych słowach, Oliver Farge zwrócił się do mnie i do Asha.
- Ale my tu ciągle o polityce, a przecież mieliśmy mówić o was. Jak to jest z tym waszym przyjęciem do Akademii?
- Musimy iść do generała policji - odpowiedział Ash - On zaś pomoże nam wypełnić wszystkie niezbędne dokumenty i potem poleci nas do Akademii.
- Musimy te formalności załatwić jak najszybciej - dodałam - Tylko wtedy ja i Ash możemy rozpocząć szkolenie.
- Rozumiem, ale zajmie wam to troszkę czasu. Proponuję, abyście spędzili go w naszym domu i zatrzymali się u nas do chwili, aż wszystko załatwicie.
- Ale to może trochę potrwać - zauważył Ash - A my z radością zatrzymamy się u pana, skoro pan tak nas serdecznie zaprasza, ale wypełnienie wszystkich tych formalności może trochę potrwać.
- Tym lepiej! - zawołał radośnie Oliver Farge - Zostaniecie u nas, spędzicie miło czas, odpoczniecie i nabierzecie sił przed kolejnymi obowiązkami.
Margo ten pomysł bardzo przypadł do gustu i zaczęła nas prosić, abyśmy się zgodzili. Cleo odparła na to, że nie ma nic przeciwko, ale nie wie, co sądzą o tym jej przyjaciele, czyli Ash i ja. Oczywiście my nie chcieliśmy się narzucać i jasno to zaznaczyliśmy, jednak kiedy Farge powiedział, że to nie tylko żaden problem, ale też z przyjemnością nacieszy się naszą obecnością, odpowiedź moja i Asha mogła być tylko jedna.

***


Ponieważ generała policji chwilowo nie było w mieście, nie mieliśmy jak z nim załatwić wszystkich niezbędnych formalności. Z tego powodu tym milsza nam była gościna Olivera Farge’a, który wraz z Margo i Hectorem dokładał wszelkich starań, abyśmy byli zadowoleni podczas pobytu u niego. Przyznam, że ani ja, ani Ash, ani też towarzyszące nam Pokemony nie mieliśmy najmniejszego powodu ku temu, aby narzekać na cokolwiek w tej sprawie i dlatego tym milej było zostać u nich na noc, a rano zjeść porządne śniadanie, przygotowane przez naszą jakże miłą i uroczą gosposię, która nie żałowała nam niczego, a już na pewno nie łakoci ani też uśmiechów, często zdobiących jej twarz.
Po śniadaniu, nie mając chwilowo nic innego do roboty, ja i Ash poszliśmy sobie na spacer po mieście. Towarzyszyli nam Pikachu i Buneary. Cleo została z Margo, aby z nią się nieco lepiej poznać. Rana po szpadzie Asha już jej prawie nie dokuczała, ale miewała chwilami jeszcze lekkie zawroty głowy i czasami rana ją bolała, nie na tyle mocno jednak, aby musiała leżeć cały dzień w łóżku. Jednak tego ranka wolała pozostać w domu i posiedzieć z Margo, a wyjść dopiero później, gdy poczuje się lepiej. Dlatego poszliśmy bez niej. Tym bardziej, że pan Farge oraz Hector byli zajęcia ustalaniem szczegółów kampanii wyborczej i nie mieli teraz chwilowo czasu, aby się nami zająć. A poza tym, oboje nie nudziliśmy się, dlatego nikt nie musiał się nami zajmować.
Chodziliśmy zatem po mieście i rozmawialiśmy o obecnie panującej w tym mieście sytuacji. Musiałam przyznać, że nie wyglądała ona ostatnio zbyt dobrze, ale ostatecznie wybory nieraz działają destrukcyjnie na ludzi i ich relacje z innymi osobami, które dotąd w ogóle im nie przeszkadzały, a obecnie były ich wrogami z powodu poglądów politycznych. Również z tego powodu ja i Ash jakoś nigdy nie byliśmy miłośnikami wyborów i pomimo posiadania już przez nas prawa głosu, jakoś nie mieliśmy ochoty z niego korzystać i brać udział w tym durnym wyścigu krzykaczy i demagogów. Ostatecznie same wybory nas nie bardzo ciekawiły i przy okazji uważaliśmy je za prawdziwą pożywkę dla tych wszystkich mataczy, którzy próbują nami rządzić i jeszcze uważać, że powinniśmy na nich głosować, bo jest to nasz moralny obowiązek jako obywateli. Wielki mi obowiązek, myślałam sobie. Wybierać między jednym mataczem a drugim. Trochę tak, jakby miała wybierać, których z nich będzie okradał moją kieszeń i ze zdobytych w ten sposób funduszy będzie wywracał ten kraj do góry nogami. Osobiście, mnie tam było naprawdę w tej sprawie wszystko jedno.
Mimo to, kibicowaliśmy z Ashem panu Farge, gdyż wywarł na nas bardzo, ale to bardzo pozytywne wrażenie, a do tego byliśmy przyjaciółmi jego córki i dlatego czuliśmy, że kiedy ona mówi, iż jej ojciec chce naprawdę dobra tego miasta, to tak rzeczywiście jest i pan Farge nie tylko może, ale i chce zrobić coś dla Wertanii. Wielka szkoda, że jako obywatele innych miast nie mieliśmy w tym miejscu prawa głosu, bo choć zwykle woleliśmy nie brać udziału w wyborach, w tym wypadku byliśmy gotowi uczynić wyjątek.
Z naszej rozmowy na ten temat, wyrwał nas nagle bardzo wesoły dźwięk. To był dźwięk gitary ulicznego muzyka, który w towarzystwie swego Mister Mime’a, imitującego pewne rzeczy, o jakich śpiewał jego trener, dawał popisy wokalne dla miejscowej ludności. Wokół niego zabrało się kilku ludzi, podeszliśmy zatem, aby go posłuchać. A on tymczasem grał na gitarze i śpiewał:

Tam, gdzie społem miało jatkę
Dziś jest burger salon.
W Białym Domu Żyd i komuch
Dziś na giełdzie grają.
Znowu zaszczyt być bogatym,
Synem polityka.
Spółka w zoo, osioł w banku.
Taka Ameryka.

Iwan stoi na stadionie,
Bombę ma na sprzedaż.
A pod rządem kosynierzy
I świnia w konserwach.
Święcą działa, znika gwiazda
Z dawnego pomnika.
Baby rodzą, leżąc krzyżem.
Taka Ameryka.

Taka Ameryka,
Plastikowa kicha.
Zaszkodzić nam może.
Chroń nas, dobry Boże.


Mafia kradnie samochody.
Szmugiel jak cholera.
A w gazetach co dzień nowa,
Legalna afera.
Policjantów za kratami
Na noc się zamyka.
Złodziej też ma swoje prawa.
Taka Ameryka.

Klecha z flaszki się uśmiecha,
Chwali mercedesa.
Hamlet robi za kelnera,
Prasa straszy mieszczan.
Męskie piersi zakazane,
Za to na ulicach
Łysi leją kolorowych.
Taka Ameryka.

Taka Ameryka,
Plastikowa kicha.
Zaszkodzić nam może.
Chroń nas, dobry Boże.

Lecą suki na sygnałach,
W SAMIE była kradzież.
Zwinął dziadek kostkę masła,
Chleb i czekoladę.
Kominiarze biznesmena
Skuwają jak byka.
Tu się trzeba równo dzielić.
Tu nie Ameryka.

Taka Ameryka,
Plastikowa kicha.
Zaszkodzić nam może.
Chroń nas, dobry Boże.

Gdy piosenka dobiegła końca, posypały się gromkie brawa i wszyscy zaczęli rzucać do kapelusza grajka monety lub banknoty. Ponieważ jego występ i nam się bardzo spodobał, postanowiliśmy nie być gorsi i też dorzuciliśmy mu kilka nieco większych banknotów. Zasłużył sobie, w końcu poprawił nam znacznie humor, a przy okazji jeszcze śpiewał i grał z prawdziwą pasją. Podziwialiśmy go za to, że tak doskonale potrafił bawić się wtedy, gdy tutaj miał miejsce istny dom wariatów.
Podziękowaliśmy grajkowi i jego Pokemonowi za występ, a potem poszliśmy dalej, przechadzając się ulicami Wertanii. Gdy przechodziliśmy koło głównego rynku, usłyszeliśmy głośny krzyk wzmocniony mocą mikrofonów, dobiegający z tego właśnie miejsca. Szybko zorientowaliśmy się, że mamy do czynienia z czymś, co w świecie polityki zwie się politycznym wiecem, czy jakoś tak. Przemawiał właśnie, jak wynikało z ustawionych na tym placu transparentów, że mamy tutaj do czynienia z przemową polityczną kandydata partii liberalnej. Nie wiem czemu, ale poczuliśmy ogromną ciekawość, aby zobaczyć, jak wygląda taka przemowa i posłuchać, co ów kandydat ma do powiedzenia. Podeszliśmy więc tak blisko, jak tylko było to możliwe. Na placu nie było za wiele miejsca, ludzi bowiem zebrało się mnóstwo, ale zdołaliśmy się zbliżyć do tego krzykacza na tyle, aby przyjrzeć mu się uważnie.
Był to wysoki i rudy niczym dojrzała marchew jegomość. Chudy jak szczapa, z nosem zakręconym na czubku, elegancko ubrany i gładko ogolony, mający tak około pięćdziesiąt lat. Stał właśnie na trybunie przed mikrofonem, przemawiając przy tym w sposób co najmniej ostentacyjny.
- Partia konserwatywna uważa, że wszystko jest w porządku tak, jak jest i że wszelkie niedogodności i problemy są tylko chwilowe. Z kolei partia centralna ma jeszcze gorsze podejścia do sytuacji. Powtarzają stereotypowe hasełka o tym, jak to trzeba na spokojnie wszystko wprowadzać. Ale prawda jest taka, że nam... Nam, mieszkańcom Wertanii kończy się już cierpliwość. Nie ufajcie konserwatystom, ale również nie ufajcie centralistom. Nie mają nam nic nowego do powiedzenia poza starym i mocno już wyświechtanym hasłem: „Jakoś to będzie”. Nie umieją nam obiecać niczego, ale to niczego konkretnego, oczekując tego, abyśmy wierzyli w ich obietnice, że ten świat będzie lepszy, jeśli oczywiście będziemy spokojnie od podstaw wszystko naprawiać. Ja jednak uważam, że nie mamy na to tyle czasu. Konserwatyści wepchnęli miasto w jedno wielkie pasmo kłopotów i co gorsza, nie zamierzają nic z tym zmieniać. A to miasto potrzebuje natychmiastowych zmian. I dlatego nalegam, aby zostały one wprowadzone i to jak najszybciej.
Z zebranego tłumu posypała się burza oklasków. Rudy mężczyzna uśmiechnął się zadowolony i kiedy ludzie przestali klaskać, powiedział:
- Wertania jest naszym wspólnym dobrem i nie wolno nam w żadnym razie zapominać, że...
Nie dokończył, ponieważ nagle padł głośny strzał. Ludzie zaczęli gwałtownie rozglądać się dookoła, żeby wypatrzeć osobę odpowiedzialną za ten huk, ale nie zauważyli nikogo. My również zaczęliśmy patrzeć z przerażeniem na wszystkie strony, a zaraz potem nasz wzrok skupił się na osobie Donalda Traska, na którego koszuli, gdzieś tak chyba na wysokości serca, pojawiła się plama krwi, najpierw niewielka, potem znacznie większa. Mężczyzna jęknął i upadł na trybunę. Ochrona prędko doskoczyła do niego, znalazł się też jakiś lekarz, ale szybkie sprawdzenie, czy oddycha, nie przyniosło oczekiwanych wyników. Wręcz przeciwnie, te wyniki były straszne.
- Nie żyje! Donald Trask nie żyje! - zaczęli krzyczeć ochroniarze.
Ludzie, słysząc to, zaczęli biegać przerażeni dookoła siebie, jakby się bali, że tajemniczy zamachowiec, kimkolwiek on był, zacznie strzelać i do nich. Tylko ja i Ash w towarzystwie naszych wiernych Pokemonów staliśmy w miejscu, niemalże sparaliżowani ze strachu, szoku i niedowierzania. Przez chwilę chyba nie docierało do nas, co się stało, a już zwłaszcza do mnie, potem jednak zrozumieliśmy, że oto na naszych oczach doszło do morderstwa z premedytacją. Ochrona już rzuciła się szukać sprawcy, a my tylko staliśmy w miejscu i umieliśmy wpatrywać się tępym wzrokiem w trybunę. Gwar i hałas wokół nas przybierał na sile. Mimo to zdołałam usłyszeć słowa wypowiedziane przez stojącego obok mnie Asha:
- Alexa... Coś mi mówi, że masz właśnie materiał na pierwsze strony gazet.


C.D.N.

poniedziałek, 28 lutego 2022

Przygoda 124 cz. V

Przygoda CXXIV

Czarodziejka z Kalos cz. V


Pamiętniki Sereny c.d:
Zgodnie z zapowiedzią, tego samego dnia, pod wieczór, odbyły się na naszym statku występy karaoke. Ponieważ uwielbialiśmy z Ashem takie zabawy, chociaż artyści z nas raczej żadni, raczej tacy amatorzy z pasją, postanowiliśmy wziąć w niej udział. Każde z nas postanowiło zaśpiewać jakąś piosenkę i nieco się wesoło powygłupiać przed publicznością, co przecież zawsze wychodziło nam nad wyraz dobrze. Zrobiliśmy to tym chętniej, że ostatnio nie mieliśmy za wiele powodów do radości, ta cała sprawa z Cleo zdecydowanie nie wywoływała w nas zbyt dobrych emocji, dlatego tym bardziej przyda nam się taka mała rozrywka i możliwość, aby chociaż przez chwilę poczuć, jak na sercu robi nam się nieco przyjemniej. Rzecz jasna, opowiadanie Johna i Maggie, którego fabuła niesamowicie nas wciągnęła, bardzo tutaj pomagało, ale ono samo nie było w stanie wyprowadzić ani mnie, ani Asha z tego nieco przykrego nastroju, w jaki przez Cleo i sprawę z nią popadliśmy. Co prawda dziewczyna żyła i jej życie nie zagrażało niebezpieczeństwo i chociaż chwilowo lekarz odradzał jej wstawanie z łóżka częściej niż to konieczne, to i tak jakoś nie byliśmy w szampańskich nastrojach. Bo i czemu mielibyśmy być? Cleo póki co nie pamiętała o powodach swojej nienawiści do Asha ani dlaczego chciała go zabić, ani nawet o tym, że kiedykolwiek chciała tego dokonać, ale przecież w każdej chwili groziło nam to, iż sobie o tym przypomni i co wtedy? Zwłaszcza, że jej organizm, jak powiedział lekarz był bardzo silny i niewiele jej brakowało do tego, aby odzyskać pełnię sił, a z nią jeszcze i pamięć o ostatnich wydarzeniach. To wcale nie napawało optymizmem. Dodatkowo jeszcze czuliśmy się z Ashem wręcz fatalnie, jak skończeni egoiści. Bo z jednej strony bardzo chcieliśmy, aby Cleo już całkowicie wydobrzała, a z drugiej baliśmy się tego i konsekwencji tego pełnego stanu zdrowia. Czyli inaczej mówiąc, w naszym interesie było, aby nic sobie nie przypomniała, co chyba niezbyt dobrze o nas, jako o przyjaciołach świadczy, czyż nie? Źle nam z tym było. Z jednej strony powinniśmy się cieszyć z jej powrotu do zdrowia, a z drugiej baliśmy się tego jak ognia i podświadomie życzyliśmy Cleo, aby nigdy to nie nastąpiło. Podłe, nieprawdaż?
Dlatego właśnie tak bardzo nam była potrzebna jakaś rozrywka, abyśmy nie musieli o tym wszystkim myśleć, aby poczuć się lepiej i żeby mieć lepszy nastrój, zwłaszcza, że przeczuwaliśmy, iż w przeżartej wyborami oraz walką polityczna stolicy regionu Kanto czeka nas niezła przeprawa, a do tego jeszcze pewnie jakaś groźna, chociaż ciekawa przeszkoda. Koniecznie trzeba było naładować się jak największą porcją pozytywnej energii, aby sobie z tym poradzić. Występy karaoke wydawały się być w tym wypadku najlepsze.
Zabawa ta odbyła się w głównej sali, gdzie na scenie co wieczór były jakieś atrakcje dla pasażerów statku. A to występowali iluzjoniści, a to magicy, a to osoby z kabaretu opowiadające zabawne monologi, a to jeszcze inni osobnicy. Tego zaś wieczoru miał mieć tutaj miejsce wieczór karaoke i każdy z pasażerów mógł wziąć w nim udział, o ile oczywiście tego chciał. Wielu było chętnych i wielu z nich dla publiczności zaśpiewało jakiś ładny utwór. Zgodnie z zapowiedzią ja z Ashem też coś zaśpiewaliśmy, a zaraz po nas występowała Margo, która zaśpiewała bardzo przyjemny i wesoły utwór, pokazując przy okazji, jak doskonale się z nami bawi. Co prawda wcześniej nie chciała występować, kierowana nieśmiałością i tremą, ale
ostatecznie zmieniła zdanie, na szczęście. Przyznam, że przyjemnie było ją oglądać taką rozbawioną i radosną, taką pełną życia i szczęśliwą. Zapewne świadomość spotkania ze swoim ukochanym, które miało nastąpić już niedługo, tak pozytywnie ją nastrajało i sprawiło, że zmieniła zdanie.
Na występach zjawili się także Anabel, Ridley, Nowa Meloetta i oczywiście też Cleo. Co prawda wciąż miała bandaż na głowie i nadal była mocno osłabiona tym wszystkim, co ją ostatnio spotkało, ale mimo to była uśmiechnięta i chodziła już całkiem dobrze, chociaż wciąż albo my, albo Anabel z Ridleyem pomagali jej stawiać kroki, aby się nie przewróciła. Nie przeszkadzało jej to jednak siedzieć z nami przy stoliku i podziwiać naszych występów, które bardzo jej się podobały.
Kiedy Margo skończyła już śpiewać, podeszła do konferansjera i szepnęła mu coś na ucho. Ten uśmiechnął się serdecznie, stanął przed mikrofonem, po czym rzekł niezwykle uroczystym tonem:
- Szanowni państwo, nasza uczestniczka, panna Margo poinformowała mnie, że ma dla jednego z naszych gości pewną niespodziankę. Chciałaby wykonywać pewien krótki utwór na cześć swego serdecznego przyjaciela, pana Asha Ketchuma i chce go wykonać z jego ukochaną. Prosimy zatem wyżej wzmiankowaną panią na scenę. Zapraszam!
Oczywiście chodziło jej o mnie. Ash był tym wszystkim zdumiony, popatrzył w moim kierunku ze zdziwioną miną i zapytał:
- Co to znaczy? O co tu chodzi?
- Zobaczysz na miejscu - odpowiedziałam mu tajemniczo.
Wstałam od stolika i w towarzystwie Buneary poszłam ponownie na scenę, gdzie już czekała na mnie Margo wraz ze swoim Teddiursą. Obie zachichotałyśmy wtedy, publiczność zaczęła nam bić brawa na zachętę, a gdy przestała, muzyka się włączyła, a my rozpoczęłyśmy występ. Obie zaśpiewaliśmy taką oto piosenkę:

Agent Ash krąży tu,
Słynny prawa stróż.
Zaczajony w mroku.
Za plecami kurz.
Gdy bandzior zjawia się
Bliski jego kres

Ash tu jest!
Masz kłopoty,
To pamiętaj o tym, że...
On tu jest!
No, to masakra!
On tu jest!
On tu, on tu jest!

W kłębach dymu zjawia się
Jak jasny z nieba grom.
Peleryna jego znak.
Tak, to właśnie on!
Bandzior ze strachu drży,
Bo przejdzie nowy test,
Kiedy...

Ash tu jest!
Uwaga!
Masz kłopoty,
To pamiętaj o tym, że...
On tu jest!
No, to masakra!
On tu jest!
Niech uważa każdy drań.
On tu jest!

Piosenka niezwykle spodobała się Ashowi, który nagrodził występ gromkimi brawami, klaszcząc przy tym radośnie i to najgłośniej ze wszystkich zebranych na sali. Jego radość była nam, dwóm piosenkarkom amatorkom, największą zapłatą za nasz występ i trud, jaki w niego włożyliśmy, dlatego też skłoniłyśmy się radośnie i powoli zeszłyśmy ze sceny. Zaraz potem dosiadłyśmy się do naszego stolika, gdzie wszyscy pogratulowali nam, a zwłaszcza mój ukochany mąż.
- Byłyście naprawdę wspaniałe - powiedział zachwyconym głosem - Patrzeć na was na scenie i słuchać, jak dla mnie śpiewacie, to dla mnie prawdziwa rozkosz, prawdziwa przyjemność.
- I nic dziwnego. W końcu ta piosenka jest dedykowana tobie - zażartowała sobie Margot.
- Nie tylko dlatego mi się ona podobała - odpowiedział jej wesoło Ash - Choć nie będę tak fałszywie skromny, żeby mówić, że nie jestem zachwycony piosenką na moją cześć.
- Uraziłbyś nas, gdybyś nie był zachwycony - zauważyłam.
- Ale przede wszystkim wasz występ mi się podobał tak bardzo dlatego, bo obie doskonale śpiewacie. Słuchanie was to dla mnie przyjemność - mówił dalej Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał delikatnie Pikachu.
- Dla nas także - powiedziała Anabel.
- Śpiewałyście naprawdę świetnie - dodał Ridley.
Podobnego zdania była i Nowa Meloetta, która zapiszczała delikatnie na znak potwierdzenia i uśmiechnęła się przyjaźnie.
- Wiecie, to wszystko mi coś przypomina - rzekła po chwili Cleo.
Spojrzeliśmy wszyscy na nią z uwagą, niezwykle zaintrygowani i zarazem też bardzo niespokojni na dziewczynę i spytaliśmy, o co chodzi. Nie wiedzieliśmy, czego od niej możemy się spodziewać, jednak jej odpowiedź była jak najbardziej spokojna.
- Przypomina mi to, że chyba ty i Ash występowaliście nieraz na scenie tak dla zabawy. I chyba jeszcze ja też z moją przyjaciółką, ale nie jestem pewna, jak jej na imię i co dokładniej robiłyśmy.
A więc nie odzyskała jeszcze wspomnień na temat swojej nienawiści, rzekłam sama do siebie w duchu. Przy odrobinie szczęścia, nie odzyska ich w ogóle. Tak by było dużo lepiej dla wszystkich i to nie tylko dla mnie.

***


Opowiadanie Maggie Ravenshop c.d:
Serena znalazła dość szybko swoje przyjaciółki. Wszystkie były bardzo, ale to bardzo niespokojne tym, co się stało. Przeraziło je to, że Butch i Cassidy zdobyli kamienie i w ten sposób mają nad nimi przewagę w możliwości stworzenia tego, na czym im zależy.
- W ten sposób jeszcze nie stworzą Srebrnego Kryształu, ale w obecnej chwili mają ku temu coraz więcej możliwości - zauważył Artemis.
- Nie wydaje mi się - powiedziała na to Luna, uśmiechając się tajemniczo - Coś mi mówi, że nasza droga Czarodziejka z Księżyca ma dla nas niespodziankę.
Serena pokiwała smutno głową i otworzyła prawą dłoń, w której wciąż miała kamień wręczony jej przez Tuxido. Jednak, ku swojemu zdumieniu, nie tylko on był w jej dłoni. Oprócz tego był tam jeszcze jeden kryształ, nieco większy i do tego mieniący się na zielono. Luna i Artemis oraz Czarodziejki zaczęły z uwagą mu się przyglądać.
- Co to takiego? - zapytała Czarodziejka z Jowisza.
- Czy to nasze kryształy? - spytała Czarodziejka z Wenus.
- Nie, te dwa, które wam dziś odebrali, mam tutaj - powiedziała Serena, po czym wyjęła z kieszeni swego stroju wyżej wspomniane kamienie.
- A więc, co to za dwa? - spytała Czarodziejka z Marsa.
- Ten jeden jest twój - wyjaśniła Luna - Odebrali ci go nie tak dawno Jessie i James, pamiętasz? Teraz Czarodziejka z Księżyca go odzyskała. A ten drugi należy do Tuxido.
- Co? Tuxido? - zapytała zdumiona Serena - Chcesz mi powiedzieć, że on też posiadał w sobie kryształ?
- Zgadza się, największy z nich wszystkich i najsilniejszy. Dzięki temu mamy już wszystkie kryształy niezbędne do rytuału - odparła Luna.
- Ale jak on go zdołał wydobyć z siebie? - spytała Czarodziejka z Księżyca.
- Ja mu w tym pomogłem - odpowiedział Artemis - Poprosił mnie o to, gdyż bał się, że coś może pójść nie tak i chciał być gotowy, aby jak najszybciej stworzyć Srebrny Kryształ.
- A teraz został złapany przez królową Domino - zauważyła Serena.
- Musimy go odbić! - zawołała Czarodziejka z Merkurego.
- I zrobimy to, ale najpierw musimy odprawić rytuał i odzyskać siły - rzekł stanowczym tonem Artemis - Dopiero, gdy to zrobimy, możemy ruszać z pomocą.
- Ruszajmy już teraz! - zawołała Czarodziejka z Marsa.
- Właśnie, nie mamy czasu do stracenia! - dodała Serena.
- Nie rozumiecie. Bez Srebrnego Kryształu nie zdołamy pokonać królową Domino i jej armii. Tylko ten kryształ, który wzmocni różdżkę księżniczki Serenity pokona siły zła - powiedział Artemis.
- Najpierw musimy znaleźć tę całą księżniczkę, a to nie będzie takie proste - powiedziała Czarodziejka z Jowisza.
- Będzie prostsze niż myślisz - stwierdziła Luna - Ale najpierw rytuał.
- Przepraszam, nie chciałabym siać defetyzmu, ale wydaje mi się, że mamy chyba za mało kamieni do tego - zauważyła ironicznie Czarodziejka z Marsa - Jeśli dobrze sięgam pamięcią, to chyba do rytuału potrzeba sześciu kryształów.
- No właśnie, a my mamy ich tylko cztery - dodała Czarodziejka z Jowisza.
- Spokojnie, dwa pozostałe przejął Tuxido, pamiętacie? Są one bezpieczne w jego domu - zauważyła Luna.
- Ale gdzie on mieszka? - spytała Czarodziejka z Wenus.
- Pokażę wam. Nie traćmy zatem czasu. Ruszajmy! - zawołała Luna.
- Chwileczkę, moja droga - odezwała się nagle Czarodziejka z Księżyca - Zanim gdziekolwiek z tobą pójdę, musisz mi wyjaśnić, dlaczego Ash jest Tuxido i dlaczego nie powiedziałaś mi o tym od razu?
- CO? Ash jest Tuxido? - zapytała zdumiona Dawn, zrywając ze złości maskę z twarzy - Mój brat jest tym tajemniczym obrońcą Czarodziejek?
- Wszystko wam wyjaśnimy, ale jeszcze nie teraz - powiedziała spokojnie Luna - To nie jest odpowiednie miejsce na prowadzenie jakichkolwiek rozmów.
- Ona ma rację. Wszystko wam wyjaśnimy, ale na miejscu - dodał Artemis - Błagam was, zaufajcie nam.
- Mamy wam zaufać? Po tym, jak nas oszukaliście? - zapytała Dawn.
- Właśnie, Artemisie. Chyba nie sądzisz, że tak po prostu teraz wam zaufamy - dodała ze złością w głosie Czarodziejka z Wenus, też zdejmując maskę z twarzy i patrząc groźnie na swego kociego przyjaciela.
Artemis opuścił łepek ze smutkiem i poczuciem winy. Westchnął głęboko, po czym odpowiedział:
- Zasługujemy na słowa potępienia z waszej strony, ale musicie nas zrozumieć i wybaczyć nam. Nie mieliśmy innego wyjście. Nie mogliśmy powiedzieć wam od razu wszystkiego. Sprawa była zbyt poważna.
- Gdyby wrogowie was poznali, pomimo naszych magicznych zabezpieczeń i złapaliby was w cywilu, wszystkiego by się od was dowiedzieli - dodała Luna - Im mniej zatem wiedziałyście, tym lepiej dla was.
- Ale teraz musicie nam powiedzieć prawdę - rzekła stanowczo Serena.
- Tak, teraz powiemy wam prawdę. Tylko nam zaufajcie - powiedział bardzo pojednawczym tonem Artemis - Błagam was. Ten jeden raz jeszcze nam zaufajcie.
Czarodziejki spojrzały na siebie uważnie. Nie wiedziały przez chwilę, jaką mają podjąć decyzję, wszystkie tylko zdjęły maski z twarzy i patrzyły na siebie z uwagą, jakby oczekując, że któraś z nich podejmie decyzję za nie wszystkie. Aż wreszcie Serena zacisnęła pięść ze złości i rzekła:
- Ten jeden raz jeszcze wam zaufamy. Ale musicie nam powiedzieć wszystko. Absolutnie wszystko, rozumiecie?
Oba Meowstici wyraziły na to zgodę, dlatego Czarodziejki ustąpiły i można było ruszyć w drogę do miejsca, w którym to wszystkie zasłony miały ostatecznie opaść.

***


Dziewczyny wraz z pokemonimi towarzyszami udały się do domu Asha. Jego mamy nie było wtedy, ponieważ wyjechała do swojej przyjaciółki, która mieszkała w innym mieście i tak bardzo się u niej zasiedziała, że postanowiła powrócić do domu dopiero następnego dnia. Dlatego też dziewczyny miały całkowitą swobodę manewru. Zostały w domu na noc i tam się wszystkie zdrzemnęły. Co prawda, bardzo chciały z miejsca ruszać na ratunek Ashowi, jak tylko lekko odzyskają siły, ale zmęczenie całego dnia i licznymi walkami, jakie wtedy odbyły, dały im się mocno we znaki, przez co były one niezwykle zmęczone i nie miały siły ustać na nogach. Musiały iść spać i wypocząć.
Serena sądziła, że z nerwów i obaw o ukochanego nie będzie w stanie zasnąć, ale mimo to zasnęła i spała długo, do samego rana, podobnie jak i jej przyjaciółki. Gdy się ocknęła, poczuła się znowu silna i zarazem gotowa do działania, ale mimo wszystko też niespokojna brakiem obecności Asha. Miała bowiem do tej chwili jeszcze drobną nadzieję, że być może jej ukochany jakimś cudem wymknął się z rąk swych wrogów i wkrótce tu się zjawi. To jednak nie nastąpiło. Musiało zatem coś mu się stać. Pewnie jest w niewoli u królowej Domino. Serena poczuła się z tego powodu okropnie.
- Ja tu wypoczywam, śpię jak kłoda, a on przez ten czas jest w niewoli. Ale co ja mogłam zrobić? Padaliśmy z nóg ze zmęczenia. Nie miałyśmy siły walczyć. Nic byśmy nie osiągnęły, gdybyśmy tam poszły tak, jak stałyśmy.
Czuła, że to tłumaczenie, które sobie zafundowała jest beznadziejne, ale też jedyne, jakie umiała powiedzieć, aby nie czuć się jak najgorsza zdrajczyni. Przy okazji poczuła się też okropnie głupio. Poczuła ogromne uczucie do Tuxido, przez co miała fatalne samopoczucie, uważając, że rani w ten sposób swoje uczucie do Asha, jakie już od dawna do niego żywiła. A tymczasem Ash i Tuxido to była od samego początku jedna i ta sama osoba. Jak ona mogła się tego nie domyśleć? Tak, to magia musiała jej przyćmić umysł. Luna wspominała o jakieś magii, którą ona i Artemis roztoczyły nad Czarodziejkami, aby nikt ich nie poznał i nie mógł potem ich zdemaskować. Widocznie taką samą magią roztoczyli oni Tuxido, aby nikt go nie poznał. Widać jednak magia przestawała działać w chwili, gdy zdejmowało się maskę, bo przecież od razu go rozpoznała, gdy tylko maska spadła mu z twarzy. To było jedyne wyjaśnienie.
Do pokoju, w którym siedziała Serena, weszła Luna. Patrzyła ona z uwagą na dziewczynę, a także z wyraźnym smutkiem i poczuciem winy.
- Wypoczęłaś, Sereno? - zapytała.
- Owszem, odzyskałam siły - odpowiedziała jej Serena - Ale mimo wszystko źle się czuję. My tu wypoczywamy, a tymczasem Ash...
- Wszystko w swoim czasie - stwierdziła Luna - Najpierw trzeba będzie tobie i twoim przyjaciółkom wyjaśnić kilka spraw. Należy się wam to.
- A co z moimi przyjaciółkami?
- One też już powoli się wybudzają.
Serena skinęła delikatnie głową, po czym powoli poszła do kuchni, gdzie już krzątała się Dawn. Obie zaczęły szykować śniadanie, a gdy pozostałe dziewczyny się obudziły, wszystkie zjadły posiłek, nakarmiły towarzyszące im Pokemony, po czym Luna i Artemis przeszli do wyjaśnień.
- Jak już wiecie, jesteście Czarodziejkami, dawnymi przyjaciółkami Serenity, księżniczki Księżyca - powiedziała Luna - Zapewne doskonale znacie legendę o niej, więc nie o będę o niej opowiadać.
- Wszyscy ją znamy - stwierdziła Dawn.
- No właśnie - uśmiechnęła się Luna - Ta opowieść krąży tutaj na ziemi jako bajeczka, jako legenda opowiadana nieraz dzieciom do poduszki. Ale nie wiecie tego, że jesteście jej częścią.
- Jesteście Czarodziejkami, przyjaciółkami księżniczki Serenity, które zginęły w trakcie jej wesela po ataku królowej Domino - powiedział Artemis - Królowa Selene, władczyni Księżyca poświęciła resztki swojej mocy i swoje życie, aby móc rzucić zaklęcie, dzięki którym odrodziłyście się wszyscy tutaj, na Ziemi w XX wieku. Wy i książę Endymion, którego obecnie znacie jako Asha i jako Tuxido.
- Mój brat? - zapytała zdumiona Dawn - Mój brat jest ukochanym Serenity, to znaczy Sereny? Księciem Endymionem?
- Tak, chociaż w poprzednim wcieleniu nie byliście rodzeństwem, tylko w tym nim jesteście - zauważył Artemis i kontynuował: - Królowa Selene w każdym z was umieściła jeden z sześciu kryształów, które razem stworzą Srebrny Kryształ, magiczny artefakt, który może wesprzeć was w pokonaniu królowej Domino. Bez niego nie zdołacie tego dokonać. Srebrny Kryształ musi zostać umieszczony na różdżce księżniczki Serenity i dodać jej mocy. Wtedy i tylko wtedy ta łajdaczka, królowa Domino zostanie pokonana raz na zawsze.
- No dobrze, ale kim tak dokładniej jesteście wy? - zapytała Misty.
- Opowiadaliście coś o tym, że musicie wytropić Czarodziejki i pomóc im w zdobyciu Srebrnego Kryształu - dodała May.
- To wszystko prawda - potwierdziła Luna - Za dawnych, dobrych czasów ja i Artemis służyliśmy królowej Selene.
- Świat nie znał lepszej królowej - powiedział wzruszony Artemis.
- To prawda - zgodziła się z nim Luna - Przed śmiercią zobowiązała nas do tego, żebyśmy uratowali jej córkę, jej ukochanego i jej przyjaciółki. Ruszyliśmy więc tutaj, dobrze się spodziewając, że królowa Domino też tu się zjawi, aby sama odnaleźć Endymiona oraz Srebrny Kryształ. Wszak już raz zniszczyła królestwo Księżyca z miłości do niego. Teraz nie odpuści, aż nie będzie go miała tylko dla siebie.
- Chyba po naszym trupie - powiedziała bojowo Dawn.
- Obawiam się, że ona może tego właśnie chcieć - zauważyła nieco ironicznie Iris.
- Damy sobie radę - stwierdził Artemis - Ale najpierw przeprowadźmy rytuał. Im szybciej, tym lepiej.
- Ale jeszcze nie wiemy, gdzie jest księżniczka Serenity - zauważyła Misty.
- Możliwe, że bliżej niż myślimy - stwierdziła May.
- Biorąc pod uwagę całą masę niespodzianek, jakie nas ostatnio spotkały, to wcale by mnie to nie zdziwiło - mruknęła złośliwie Iris.
- Mnie w zasadzie też nie - powiedziała Serena - Tylko powiedzcie nam, po co bawiliście się w te konspiracje? Czemu Ash mi nie powiedział od początku, kim jest? Wiele by to nam ułatwiło.
- Być może, ale było za duże ryzyko, że jeśli zostaniecie zdemaskowane, to się łatwo ze wszystkiego wygadacie, gdyby was schwytano - wyjaśniła Luna.
- Ale jakoś Ashowi umieliście wszystko powiedzieć - rzuciła z ironią Dawn.
- To było konieczne do przeprowadzenia akcji - powiedziała Luna - A tak w każdym razie twierdził Artemis, bo to on znalazł Asha i rozpoznał go jako księcia Endymiona. I to on uznał, że opowie mu wszystko.
- No oczywiście, zwalaj wszystko na mnie - miauknął ze złością Artemis - A potem sama przyznałaś mi rację.
- Przyznałam, ponieważ mleko i tak się rozlało i nie można było tego zmienić - rzekła na to Luna.
- A więc bierzmy się wreszcie do dzieła - stwierdził Artemis.
Chwilę potem wskazał, gdzie Ash ma w domu dwa brakujące im kryształy, aby móc przejść dalej. Każda z Czarodziejek wzięła swój kamień, ostatni z nich zaś, z powodu braku obecności Asha, wziął w łapki Artemis. Wszystkie te postacie stworzyły krąg, a w jego środku stanęła Luna i zaczęła wypowiadać następujące słowa:
- Niechaj wszystkie kryształy złączą się z sobą. Niechaj na chwałę Księżyca działają one. Niechaj pokonają moc zła i uwolnią świat od niego. Niechaj ich moc uczyni sprawiedliwość i jej tylko służy.
Kryształy powoli uniosły się w powietrze i zaczęły się mienić blaskiem, po czym zbliżyły się do siebie i złączyły w jedno. Stworzyły w ten sposób jedność, która przybrała srebrny kolor. Powstały w ten sposób okrągły kryształ nagle zbliżył się do różdżki Czarodziejki z Księżyca i zawisł na niej, stając się jej częścią. Ten ostatni aspekt mocno wszystkich zaskoczył. Wszystkich poza Luną i Artemisem. Oni jako jedyni sprawiali wrażenie, jakby właśnie tego się spodziewali.
- Nie rozumiem. Co się tu stało? - zapytała zdumiona Misty.
- No właśnie. Przecież Srebrny Kryształ miał ozdobić różdżkę księżniczki Serenity - dodała Iris.
Dawn nagle się uśmiechnęła , jakby się czegoś domyśliła.
- I właśnie to zrobił. Ozdobił różdżkę Serenity.
Pozostałe Czarodziejki spojrzały zdumione na Czarodziejkę z Księżyca, a ona sama też była w nie mniejszym szoku po tym, co właśnie miało miejsce. Spojrzała na Lunę i Artemisa, którzy delikatnie skinęli łepkami potakująco. Chociaż było to naprawdę zdumiewające, powoli zaczęła do nich docierać owa prawda.
- Tak, moje drogie. Dobrze zgadłyście - powiedziała Luna z uśmiechem na pyszczku - Oto macie przed sobą księżniczkę Serenity z królestwa Księżyca.

***


Czarodziejki miały zdecydowanie wielki żal do obojga Meowsticów za to, że kolejny raz ukryły przed nimi ważne dla nich fakty, ale jakoś nie było za bardzo czasu na to, aby wyrażać pretensje i wypytywać o dodatkowe szczegóły. Serena tak bardzo chciała odnaleźć Asha, że nie miała już zamiaru dłużej czekać. Paliła się aż do działania i nic nie mogło ją od niego odwieźć. Zresztą Czarodziejki też bardzo chciały jak najszybciej stanąć do walki ze swoimi wrogami i ostatecznie wreszcie rozstrzygnąć kwestię królowej Domino. Dlatego też nie zamierzały dłużej czekać. Ponadto jeszcze Pikachu bardzo chciał uwolnić swojego przyjaciela i zachęcał on wszystkich do działania piskiem domagającym się natychmiastowej akcji. Do tego jeszcze dochodziła inna sprawa. Delia Ketchum mogła w każdej chwili wrócić do domu i zacząć zadawać pytania, a jakoś Czarodziejki nie paliły się do tego, aby jej wszystko wytłumaczyć.
- O wiele lepiej będzie, jeżeli wrócimy z Ashem i jakby nigdy nic zachowamy dla siebie wszystko, co się stało - powiedziała Serena.
Mówiła stanowczym i królewskim tonem, godnym prawdziwej księżniczki, dlatego też Czarodziejki, Pikachu i oba Meowstici zgodziły się z nią bez wahania. Dawn przy tym nie ukrywała swego podziwu dla Sereny. Zawsze pamiętała ją jako dziewczynę sympatyczną, chociaż nieco nieśmiałą i trudno jej było uwierzyć, że ta potrafi tak stanowczo do kogokolwiek przemawiać. Widocznie jednak odkrycie faktu, kim naprawdę jest i moc Srebrnego Kryształu pozytywnie na nią wpływały. Tym lepiej, pomyślała sobie Dawn. Stanowczość i pewność siebie przydadzą jej się w życiu.
Luna i Artemis otworzyli zaklęciem magiczny portal, wielki i szeroki, lepszy od tego, który stworzył Tuxido, a kiedy to się stało, Luna odwróciła się do Sereny i powiedziała do niej życzliwie:
- Odwagi, księżniczko. Dasz sobie radę.
- Wierzymy w ciebie, Wasza Wysokość - dodał Artemis.
- Żebym ja tak wierzyła w siebie, jak wy we mnie - rzekła ponuro Serena, po czym spojrzała z uwagą na swoje przyjaciółki - Ale nie zamierzam się poddawać. Ash jest w ich rękach. Musimy go uwolnić. Poświęcił się, żeby mnie ratować. A teraz ja uratuję jego.
Spojrzała na portal, czując w sercu przejmujący lęk. Dobrze wiedziała, że to, co czeka na nich po drugiej jego stronie, na pewno będzie groźne i może nie dać im możliwości powrotu do ich świata. Ale wiedziała też, że za daleko teraz zaszła, aby miała się teraz wycofać.
- Jesteście ze mną? - zapytała wszystkich tu zebranych.
- Do końca - powiedziała Dawn odważnym tonem.
Mówiła w imieniu swoim i pozostałych, ale nikt nie miał jej tego za złe, bo wszyscy podzielali jej zdanie.
- Przyjaciele, jeszcze jedno - powiedziała Serena, odwracając się ponownie do swoich przyjaciół - Jeżeli zginiemy, a wiele na to wskazuje, to chcę wam jedno powiedzieć. Walka u waszego boku była dla mnie zaszczytem.
- A my z zaszczytem umrzemy u twego boku, Wasza Wysokość, jeżeli mimo wszystko przegramy - powiedział uroczyście Artemis.
- Wierzę jednak, że tak się nie stanie - dodała Luna.
Serena ponownie się uśmiechnęła się, spojrzała na portal i rzekła:
- Ruszajmy!
Po tych słowach, przekroczyła pewnie i odważnie portal. Potem uczyniły to jej przyjaciółki, a na końcu Luna, Artemis oraz Pikachu. Ledwie to zrobili, a od razu wszyscy znaleźli się w tym samym podziemnym królestwie, które zaledwie wczoraj Serena opuściła, musząc pozostawić w nim Asha. Tym razem oczywiście nie zamierzała go zostawić. Teraz albo wróci z nim, albo nie wróci wcale.
- Czy to tutaj? - zapytała May, rozglądając się dookoła.
- Tak, to właśnie tutaj - odpowiedziała Serena - Poznaję to miejsce. Byliśmy tu wczoraj z Ashem.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Ale tym razem nie będziemy się bawić w przekradanie się. Tym razem chcę tam iść jawnie - powiedziała po chwili Serena - Porozmawiam z nią jak władczyni z władczynią.
- Z nią, czyli z Domino? - spytała Iris.
- Oczywiście. Z samozwańczą władczynią tego królestwa - odparła na to jej przyjaciółka.
Mówiła odważnie, choć w głębi serca drżała ze strachu. Próbowała wszakże tym bojowym tonem dodać sobie chęci do walki i śmiałości. A przy okazji jeszcze dodać go swoim towarzyszom. Nie wiedziała, czy jej się to udało, ale nie chciała teraz tego sprawdzać, za bardzo bojąc się, co by odkryła.
Ruszyli razem przed siebie. Serena nie wiedziała, gdzie powinna szukać Asha i królowej Domino, czuła jednak, że prędko tego dokona. Rzeczywiście, tak się też stało, ponieważ bardzo szybko natknęli się na wartowników. Gdy tylko zobaczyli oni Czarodziejki, natychmiast je zaatakowali, ale Serena odważnie wykonała jeden ruch różdżką i powaliła ich na ziemię promieniem z niej wystrzelonym. Dwóch kolejnych rozbroili Luna i Artemis. Ci przerażeni chcieli uciekać, ale jeden ruch ogona Pikachu i obaj zostali porażeni piorunem, upadając przy tym na ziemię.
- Prowadźcie mnie do królowej Domino - powiedziała stanowczym tonem Serena.
Czuła podświadomie, że tylko w taki sposób można z nimi rozmawiać.
- Mam z nią do pomówienia. Natychmiast!
Strażnicy przerażeni spojrzeli na nią i pokiwali dziko głowami na znak, że dobrze zrozumieli jej polecenie, a potem wstali szybko z ziemi i zaczęli prowadzić Serenę oraz jej towarzyszy. Zauważyli ich oczywiście inni wartownicy, ale widząc, że Czarodziejki i Pokemony idą swobodnie, prowadzeni przez ich dwóch kolegów, nie interweniowali, uważając, że widocznie albo prowadzą jeńców do królowej, albo po prostu jest to jakaś misja dyplomatyczna i nie należy jej przeszkadzać.
Dość szybko dotarli do wielkich drzwi, prowadzących do sali tronowej. Tam właśnie przebywała władczyni mrocznego królestwa. Wartownicy stojący przed drzwiami skrzyżowali ze sobą halabardy na znak, że wejścia nie ma.
- Kto idzie? - zapytał jeden z nich.
- Księżniczka Serenity i jej przyjaciele do królowej Domino - odpowiedział uroczystym tonem Artemis.
- Sprawa wagi państwowej - powiedziała Dawn.
- Otwierać! Na co się patrzycie? - warknęła Misty.
Wartownicy nie wiedzieli, co mają zrobić, ale ostatecznie wykonali polecenie i wpuścili całą delegację, jak ich nazywali w myślach, do sali tronowej.
- Jej Wysokość, księżniczka Serenity do Jej Wysokości, królowej Domino - zameldował jeden z wartowników.
- Witam serdecznie - powiedziała Domino szyderczym tonem.
Siedziała na wielkim, czarnym tronie i spoglądała z uwagą na swoich gości. Dała znak ręką, aby strażnicy wyszli i zostawili ją samą z delegacją. Wartownicy wykonali polecenie i zamknęli drzwi od sali tronowej.
- Witam w moich skromnych progach - rzekła wówczas ponownie złośliwym tonem królowa Domino - Czemu zawdzięczam ten zaszczyt?
- Gdzie jest Ash? - spytała ponuro Serena.
- Pika! Pika-pi! - zapiszczał bojowo Pikachu.
- Ash? Jaki Ash? Kogo masz na myśli? - zapytała ironicznie Domino - A może masz na myśli tego uroczego młodzieńca, którego tutaj wczoraj tak łaskawie mi zostawiłaś?
- Nie zostawiłam, tylko został przez was schwytany.
- Zwał jak zwał. Ważne, że cieszy się on moją gościną i postaram się, aby się nią jeszcze długo mógł cieszyć.
- Co zrobiłaś mojemu bratu, ty podła...? - spytała ze złością Dawn.
May złapała ją za ramiona i uspokoiła. Domino natomiast parsknęła bardzo ostrym śmiechem i rzekła:
- Spokojnie, moja droga. Twój brat, którym jest chyba tylko w tym kiepskim i bardzo niedorobionym świecie, który zresztą niedługo będzie już funkcjonował, gdyż nasz pan ustawi go już po swojemu... Ale chyba odchodzę od tematu, a więc do sedna. Twój braciszek jest tutaj i ma się naprawdę bardzo dobrze. Niczego mu tu nie brakuje i nie zabraknie.
- A coś ty taka nagle czuła i kochana wobec niego, co? - zapytała Dawn.
- A co? Wasi koci kumple nie powiedzieli wam, o co chodzi? - mruknęła ze złośliwością Domino.
- Opowiadali to i owo - powiedziała Misty - Ale może ty dopowiesz pewne nieznane nam szczegóły?
- A czemu nie? Tym boleśniej będzie wam umierać, kiedy już wszystko dla was będzie jasne - stwierdziła podłym tonem Domino - Wasz drogi Ash, jak go w tym świecie nazywacie, to tak naprawdę książę Endymion, władca Ziemi z XXX wieku, czyli czasach, które dopiero nastaną.
- O tym wiemy - powiedziała Serena - Podobnie jak o tym, że z powodu swej chorej miłości do niego najechałaś w czasie naszego wesele Księżyc i zniszczyłaś nasze królestwo.
- Widzę, że twoi koci przyjaciele odrobili zadanie domowe i zadbali o to, abyś miała wiedzę w temacie - zachichotała mroczna królowa - Nie powiedzieli ci oni jednak wszystkiego. Nie wiesz, dlaczego udało mi się najechać Księżyc tak łatwo. Nie wiesz, dlaczego udało mi się tak skutecznie przeprowadzić na was atak, moja droga księżniczko Księżyca. Och, pardon. Wybacz mi, żadnego Księżyca już nie ma. Twoje królestwo przestało istnieć, a wy wszyscy tu obecni jesteście jedynie marnym cieniem dawnej świetności. Spójrzcie tylko na siebie. Czy tak wyglądają wojowniczki z Drogi Mlecznej, strażniczki pokoju i sprawiedliwości w wielkiej galaktyce? W waszym świecie coś znaczyliście. Dzisiaj nie znaczycie już nic. I ja się do tego przyczyniłam. Ja przy wsparciu kogoś, kogo żadne z was nigdy by się nie spodziewało. Kogoś, kogo twoja matka, księżniczko Serenity, wzięła za osobę już dawno umarłą. Duży błąd. Nigdy nie powinna tak myśleć. Ale pomyślała i to właśnie was wszystkich zgubiło.


- O czym ty mówisz? - zapytała zdumiona Serena.
- Nie wiesz? Nie dziwi mnie to. Twoi koci przyjaciele też tego nie wiedzą, bo i niby skąd mieliby wiedzieć? Nikt nie wiedział o istnieniu mojego mistrza. Ale to on dał mi swoją moc i swoje umiejętności. Dzięki niemu moja armia była w stanie bez trudu stawiać czoła waszej armii i zamienić wasze wesele w jedną wielką stypę  księżycową.
- Niewiele ci jednak ten twój mistrz pomógł. I tak przegraliście - zauważył ironicznie Artemis - Wasza armia została rozgromiona, a ty sama musiałaś uciekać przed mocą królowej Selene.
Domino spojrzała na niego groźnie i odpowiedziała:
- Istotnie, to wszystko prawda. Jakby tego było mało, straciliśmy wiele mocy naszego pana, który teraz opadł z sił. Ale spokojnie, moi ludzie zebrali mnóstwo energii z tego nic nie wartego świata i jego mieszkańców. Ta energia wzmocni siły naszego mistrza i pomoże mu podporządkować ten żałosny świat. A wtedy ja i mój ukochany Endymion będziemy nim rządzić na zawsze.
- I sądzisz może, że ten twój mistrz tak po prostu odda ci świat we władanie? - spytała ironicznie Misty.
- Sam wszystko zagarnie dla siebie - powiedziała Dawn.
- No właśnie. Zapomnij o jakiekolwiek władzy - dodała Iris.
Domino parsknęła śmiechem, gdy usłyszała ich argumenty i odparła:
- Nie bądźcie śmieszne. Przecież jego Ziemia w ogóle nie interesuje. On chce kosmosu, całego kosmosu. A gdy już go zdobędzie, wówczas będzie potrzebował wiernego namiestnika, który będzie zarządzał tym wszystkim w jego imieniu. No, nawet kilku, ale jednym z nich na pewno będę ja. A moim terenem do zarządzania będzie wasza ukochana Ziemia.
- Chyba po naszych trupach, gadzino! - zawołała Dawn.
- A wiesz, rozważam i taką opcję - odparła Domino i pstryknęła palcami.
Wtedy z ciemnych zaułków sali tronowej wyszli nagle uzbrojeni żołnierze, a wraz z nimi zmaterializowali się w pomieszczeniu generałowie Jessie i James oraz Butch i Cassidy. Ci ostatni mieli na głowach opatrunki, będące efektem niedawno otrzymanych ciosów. Czarodziejki i Pokemony zrozumieli, że są w pułapce.
- Oczywiście wolę bardziej subtelne metody działania - powiedziała królowa - Dlatego też mam dla was bardzo ciekawą propozycją. Poprzednim razem bardzo źle między nami wyszło. Źle nasze relacje zostały ułożone. Teraz jednak możemy to wszystko naprawić.
- Niby w jaki sposób? - spytała Serena.
- Bardzo prosty. Poddacie mi się i przysięgniecie mi wierną służbę, a wtedy ja w zamian oszczędzę was. Więcej powiem, po wszystkim sowicie was wynagrodzę.
- A co z Ashem, to znaczy z Endymionem?
- A co ma z nim być?
- Oddasz mi go?
- Przykro mi, kochanie, ale nie. On jest mój.
Serena patrzyła na nią wściekle, a Dawn, rozglądając się uważnie dookoła, zapytała:
- A jeżeli odmówimy?
- Chyba nie muszę odpowiadać na tak oczywiste pytania - odparła, podle przy tym chichocząc Domino.
- Czyli po prostu zabijesz nas?
- Nie... Ja nie... Oni to zrobią za mnie.
Serena delikatnie i bardzo ostrożnie rzuciła okiem w kierunku napastników. Było ich zdecydowanie zbyt wielu, nie mieli zatem zbyt wielkich szans na to, aby z nimi wygrać. Mimo wszystko jednak z góry przewidywali taki scenariusz. Mają wszak Srebrny Kryształ i jego moc jest zdecydowanie silniejsza od zaklęć osób tu obecnych. Ale raczej nie pokona całej armii wroga. Mimo to o wiele lepiej jest już zginąć z honorem, niż służyć na kolanach.
- A zatem, co mi odpowiesz, księżniczko? - zapytała Domino.
Serena spojrzała na swoje przyjaciółki, a potem na Pikachu i oba Meowstici. Ich spojrzenie jasno wskazywało jej, co powinna zrobić.
- Moja odpowiedź może być tylko jedna - odparła po chwili.
- Jaka?
- NIECH ŻYJE KSIĘŻYC!
To mówiąc, Serena wystrzeliła w kierunku Domino ze swojej różdżki biały promień. Domino w ostatniej chwili zeskoczyła z tronu i uniknęła trafienia, ale z całą pewnością zrozumiała już, że oznacza to odpowiedź odmowną.
- Zabić ich! - krzyknęła do swoich podwładnych.
Im oczywiście nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Z furią, jak również i dzikim krzykiem rzucili się oni na Czarodziejki. Te zaś uwolniły z pokeballi swoje wierne Pokemony (każda miała przy sobie jednego), po czym stanęły do walki. Luna i Artemis, a także Pikachu także rozpoczęły odpieranie ataku przeciwników. Rzeczywiście było ich zdecydowanie o wiele więcej niż ich, a do tego jeszcze generałowie wzywali do walki groźne demony pod postacią Pokemonów, zatem siły wroga były niesamowicie przeważające, co mogło oznaczać zmiażdżenie dla Czarodziejek i ich sojuszników. Jednak ci nie zamierzali tanio sprzedawać swojej skóry, dlatego walka dość szybko stała się niesamowicie zaciekła. Czarodziejki bez wahania miotały zaklęcia i inne promienie ze swoich różdżek, powalając na ziemię jednego przeciwnika po drugim. Ich Pokemony wiernie stały u ich boku, miotając swoimi mocami w napastników i zwalając ich całe szeregi. Demony pod wpływem tych ataków rozpryskiwały się na kawałki, a ludzcy przeciwnicy albo tracili przez te ataki przytomność, albo po prostu ginęli. Mimo to wciąż ich jakoś specjalnie nie ubywało, a chwilami wydawało się, jakby ciągle ich przybywało.
Serena miotała, wykorzystując moc Srebrnego Kryształu, mocne zaklęcia na prawo i lewo, niszcząc wiele demonów lub strażników królowej Domino, którą to próbowała wypatrzeć w tym całym mrowiu przeciwników. W końcu dostrzegła ją, ukrytą w jakimś bezpiecznym dla niej kącie. Wściekła rzuciła się w jej kierunku, lecz wtedy na jej drodze stanął tajemniczy mężczyzna w stroju arystokratycznym z epoki XVIII wieku. Wydobył on szpadę i stanął naprzeciwko dziewczyny. Ta zaś skupiła się na swojej różdżce i ta przybrała postać szpady. Rozpoczął się wówczas pojedynek. Serena nie była nigdy zbyt dobra w szermierce, ale mimo to bez trudu odpierała ataki swojego przeciwnika. Możliwe, że wpływ na to miał uzyskany przez nich Srebrny Kryształ, a może raczej dawne pochodzenie, czyli poprzednie wcielenie zapewniało jej takie umiejętności. Zapewne zdobyła je wtedy, kiedy to była księżniczką Księżyca. Serena nie miała jednak czasu, aby zastanawiać się nad tym wszystkim. Musiała odpierać ataki swojego tajemniczego przeciwnika, który nad wyraz zaciekle i agresywnie ją atakował z wyraźnym zamiarem posłania jej na tamten świat. Kątem oka dostrzegła swoje przyjaciółki, walczące bardzo odważnie ze swoimi napastnikami, ale nie miała czasu zanadto skupiać na nich swoją uwagę, musiała sama walczyć i nie pozwolić się zabić, co jednak nie było takie łatwe, gdyż jej przeciwnik był niesamowicie zaciekły. Serena skupiła zatem wszystkie swoje siły na to, aby odpierać jego ataki, sama nie przechodziła do ofensywy, bo nie czuła się na siłach, aby tego dokonać. Mimo tego w końcu wykorzystała fakt, że mężczyzna, z którym walczyła chwilowo jakby osłabł i przeprowadziła atak, chcąc go rozbroić. Ten jednak wykonał unik, ale Czarodziejka zaatakowała znowu i uderzyła szpadą, trafiając ostrzem prosto w trupiobladą maskę, jaką miał na twarzy. Maska pękła na dwie części i odsłoniła twarz, której Serena się nigdy by nie spodziewała. Twarz Asha.
Serenę zmroziło. Przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. Poczuła, jak Ash uderza i wytrąca jej szpadę z dłoni, a ona sama upada na podłogę, drżąc przy tym ze strachu i rozpaczy. Czuła, jakby przeżywała deja vu. Znowu maska spadała mu z twarzy i odsłaniała twarz jej ukochanego Asha. Jej Asha, którego kochała całe swoje życie, ale była nazbyt nieśmiała, aby mu to powiedzieć. Żałowała, że mu nie powiedziała tego wcześniej, że nie zdobyła się na odwagę. Na odwagę, której to chyba zawsze jej brakowało i dopiero jako Czarodziejka z Księżyca ją zyskała, choć nie od razu. Ale gdy została Czarodziejką, zauroczył ją Tuxido i dręczyło ją to, gdyż nie powinna pozwolić sobie na to uczucie. Tym czasem okazało się, że on i Ash to była zawsze jedna i ta sama osoba. Wczoraj to odkryła. A teraz ponownie odkryła jego twarz pod maską nieznajomego, która opadła podczas walki, z jedną tylko różnicą: wtedy nadal był jej ukochanym Ashem. Teraz był kimś całkowicie dla niej obcym, który miał w oczach żądzę mordu.
- Ash... Ash, nie... - jęknęła przerażona, cofając się do tyłu - Ash, nie możesz być jej sługą. Ash, co się z tobą dzieje? Ocknij się, proszę.
- Obawiam się, że niewiele ci to pomoże, złotko - powiedziała do niej podle Domino, podchodząc do Asha - On nie jest już twoim ukochanym Ashem. On teraz jest Endymionem. Moim Endymionem.


Serena przyjrzała się uważnie chłopakowi, wpatrywała się w jego oczy i teraz dopiero spostrzegła, że są one ciemne i puste, pozbawione życia. Szybko wówczas zrozumiała, co się stało.
- Coś ty mu zrobiła, ty wiedźmo?! - zawołała zrozpaczona.
- Nic takiego - odpowiedziała złośliwie Domino - Po prostu uświadomiłam mu coś, czego sam chyba nie potrafił zrozumieć. Że to ja jestem jego ukochaną i tylko mnie tak naprawdę kocha.
Serena spojrzała na nią wściekle i krzyknęła:
- Wyprałaś mu mózg swoją czarną magią!
- Skoro wolisz to tak nazywać, to twoja sprawa - parsknęła podłym śmiechem  Domino i położyła Ashowi ręce na ramieniu - Jakbyś tego jednak nie nazwała, to twój ukochany jest w mojej mocy i nic nie możesz z tym zrobić.
Następnie ucałowała czule policzek Asha i powiedziała w kierunku jego ucha:
- Wykończ ją.
Serena poczuła, że ogarnia ją rozpacz i dzika wściekłość. Jej ukochany był we władzy tej parszywej wiedźmy, a ona nie była nic z tym zrobić. Zobaczyła nagle, jak Ash unosi szpadę ku górze, aby zadać jej śmiertelny cios. Zrozumiała, że nie może na to pozwolić. Mogła zginąć w tej walce, ale nie z ręki ukochanego. Kilka metrów od siebie dostrzegła swoją szpadę. Wyciągnęła ku niej rękę, próbując ją dosięgnąć, ale nie mogła, gdyż ta była za daleko. Jednak w chwili, gdy Ash się do niej zbliżył i już miał jej zadać cios, Serena poczuła, że szpada sama wlatuje jej w dłoń i zamienia się ponownie w różdżkę. Widocznie dziewczyna przyciągnęła ją do siebie siłą swojej woli. Nie miała jednak czasu o tym myśleć, tylko szybko z miejsca wystrzeliła z różdżki biały promień, odpychając w ten sposób od siebie Asha, który poleciał od niej daleko na kilkanaście metrów. Dość szybko jednak się pozbierał i stanął znowu do walki. Serena poderwała się jednak na równe nogi, po czym zaczęła odpierać jego ataki, co polegało na unikaniu wszelkich ciosów, bez dochodzenia do zwarcia między nimi. Kątem oka dostrzegła, że Misty rzuciła się na Domino, atakując ją zaklęciami, na co królowa odpowiedziała swoimi. Obie więc teraz zaciekle się ze sobą pojedynkowały, podobnie jak May i Butch. Na polu bitwy było już wiele trupów, a także leżały martwe Iris i Dawn. Pierwsza z nich padła z ręki Cassidy, która też leżała martwa, zabita przez tą drugą, ta zaś z kolei poległa w walce ze zbyt wielką przewagą przeciwnika. Serena poczuła, jak serce jej zaczyna krwawić z rozpaczy. W oczach zaszkliły się jej łzy. Nie miała jednak czasu na to, aby rozpaczać, ponieważ Ash w amoku atakował ją i wyraźnie chciał ją zabić. Próbowała więc do niego przemówić.
- Ash, błagam cię. Ocknij się! - zawołała zrozpaczona - Twoja siostra nie żyje. My wszyscy tutaj giniemy. Błagam cię, ocknij się! Ash, kochany!
Chłopak jednak wciąż nie kontaktował. Atakował bez litości, próbując zabić swoją serdeczną przyjaciółkę. Musiała zrozpaczona odepchnąć go ponownie od siebie białym promieniem wystrzelonym ze swojej różdżki. Zanim Ash zdążył się pozbierać, Czarodziejka rzuciła okiem na walczące ze sobą Domino i Misty. Ta pierwsza byłą wściekła i ciskała coraz to nowe zaklęcia w kierunku przeciwniczki, która śmiała się z niej bezlitośnie, uchylając się przy tym przed pociskiem.
- No dalej, postaraj się lepiej! Przecież potrafisz!
Domino kolejny raz strzeliła i to kilka razy, jeden strzał po drugim. Misty się uchyliła pierwszy raz i drugi, trzeci jednak dosięgnął jej i trafił ją prosto w pierś. Misty lekko jęknęła, po czym upadła na ziemię i lekko potoczyła się w kierunku Sereny. Czarodziejka przerażona krzyknęła i podbiegła do przyjaciółki, ale ledwie złapała ją w swoje ramiona, zrozumiała, iż już nie może jej pomóc. Nie żyła.
- Nie... To niemożliwe... To niemożliwe - jęczała zrozpaczona Serena.
Tymczasem Ash podniósł się i powoli zaczął iść z bronią w jej kierunku. Jego wierny Pikachu podbiegł do niego, zagradzając mu drogę do dziewczyny, ale ten zaatakował go szpadą, próbując odepchnąć. Pikachu chciał go zaatakować swoimi mocami, ale nie był w stanie tego zrobić, ponieważ oznaczałoby to skrzywdzenie swego przyjaciela, na co nie mógł się zdobyć.
Serena patrzyła na to wszystko ze łzami w oczach. Zauważyła przy okazji, jak Butch i May nawzajem godzą w siebie śmiertelnymi zaklęciami, po czym upadają na ziemię martwi. Chciała wrzeszczeć z rozpaczy, ale zabrakło jej w piersi siły, aby krzyczeć oraz łez, aby miała czym płakać. Na placu boju nie było już nikogo, tylko ona i Ash, który zraniwszy lekko Pikachu szpadą, zmusił przerażonego Pokemona do odwrotu. Następnie zaczął iść w kierunku Sereny.
- Zabij ją! Wykończ ją! - krzyczała Domino - Niech cierpi! Niech zdycha!
Serena nie wiedziała, co ma zrobić. Poza Pikachu, który nie był w stanie ani nawet odrobinę walczyć ze swoim trenerem, nie miała już nikogo. Fennekin ledwie już zipał i nie mógł jej pomóc. Musiała sama się uratować, tylko jak?
- Ash, błagam cię! Nie rób tego! - jęczała przerażona - Naprawdę mnie nie rozpoznajesz? Naprawdę jestem ci obca?
Ash zatrzymał się w miejscu przez chwilę, jakby coś sobie przypomniał, lecz dzikie okrzyki królowej Domino ocuciły go i zachęciły do kontynuowania swoich zamiarów. Serena nie wiedziała już, co powinna zrobić, aby uratować siebie i Asha od tego piekła, w które oboje popadli. Popatrzyła zrozpaczona na ukochanego, który już zbliżał się do niej ze szpadą w dłoni i brał zamach, aby zadać jej ostatni, śmiertelny cios.
- Ash, proszę... - jęknęła zrozpaczona Serena.
Nie miała już siły płakać. Nie miała siły się bronić. Zamiast tego zaczęła ze smutkiem śpiewać piosenkę „Country round”. Oboje z Ashem ją uwielbiali, a nim to wszystko miało miejsce, to występowali w przedstawieniu, w którym to oboje śpiewali ten utwór. Ta piosenka miała dla niej ogromne znaczenie, bo znali ją już wcześniej, jeszcze z czasów dzieciństwa i często ją ze sobą śpiewali. Utwór ten był dla niej symbolem ich wspólnych więzi oraz uczucia, które ich łączyło. Jeśli więc miała umrzeć, to z tą piosenką na ustach.
Śpiewała jej słowa, jedną zwrotkę po drugiej, patrząc przy tym z rozpaczą w oczy swojego ukochanego. Ten właśnie miał jej zadać śmiertelny cios, ale mimo to nie zrobił tego, jedynie słuchał jej śpiewu, wpatrując się przy tym uważnie w postać Czarodziejki z Księżyca. Ta natomiast dalej śpiewała piosenkę, patrząc na niego swoimi czerwonymi od łez oczami.
- Na co czekasz?! Wykończ ją! - krzyczała na niego królowa Domino.
Ash jednak zlekceważył jej polecenie. Złapał się za głowę, zamknął oczy, z których nagle zaczęły cieknąć łzy. Gdy je otworzył, jego oczy nie były już czarne, ale brązowe, czyli takie same, jakie zawsze były. Serena poczuła, że chyba stało się coś niezwykłego, jeden jedyny promyk radości w tej okropnej sytuacji.
- Ash? - zapytała niepewnie.
- Serena? - odpowiedział jej pytaniem na pytanie Ash.
- Ash, to ty! Wróciłeś! - Serena nie miała już co do tego żadnych wątpliwości - Nareszcie wróciłeś! Zły czar został zdjęty!
- Zły czar? - spytał zdumiony Ash, łapiąc się za głowę - Nic nie rozumiem. Co się tu dzieje? Ostatnie, co pamiętam, to nasza wspólna walka, otwarcie przeze mnie portalu, ucieczka twoja, Pikachu i Fennekina, a potem nagle wrogowie mnie otoczyli, chyba mnie ogłuszyli, bo straciłem przytomność i nie mam pojęcia, co było potem.
Pikachu, widząc wszystko, co się stało, rzucił się w objęcia swojego trenera i mocno się z nim uściskał. Ash przytulił go do serca, a potem wypuścił z objęć, aby uściskać Serenę.
- Jak to dobrze, że jesteś z powrotem - powiedziała Serena, ściskając mocno swego ukochanego - Ona cię zaczarowała, zmusiła do zaatakowania mnie. To było straszne. Przez chwilę bałam się, że mnie zabijesz.
- Nigdy bym sobie tego nie wybaczył, gdyby tak się stało - rzekł Ash.
- Na szczęście wygrało w tobie dobro... Endymionie.
Ash spojrzał uważnie na Serenę i zapytał:
- A więc już wiesz?
- Wiem. Luna i Artemis mi powiedzieli - odpowiedziała czule Serena - Ale nie rozumiem, dlaczego ty mi nie powiedziałeś?
- Nie było okazji, poza tym Artemis uważał, że tak będzie lepiej. Gdyby nie daj Boże, ktoś z wrogów was złapał, nie powinnyście zbyt wiele wiedzieć. Ja też w zasadzie nie powinienem, ale Artemis się uparł, aby mi wszystko powiedzieć. Luna uważała, że też lepiej zachować przede mną sekret, jednak on zrobił po swojemu i nie można już było tego odkręcić. Przez ten cały czas tyle razy chciałem ci o tym powiedzieć, ale...
Po tych słowach, zauważył nagle pole bitwy, na którym leżało sporo trupów wrogów, w tym generałów Butcha i Cassidy. Leżały tam również ciała wszystkich Czarodziejek oraz ich Pokemonów. Dodatkowo jeszcze Artemis płakał nad ciałem Luny, które trzymał załamany w swoich łapkach. Przerażony Ash jęknął, spojrzał na Serenę z rozpaczą, pytając:
- Oni wszyscy...?
- Obawiam się, że tak - odpowiedziała mu Serena.


Ash załamany złapał się za głowę, po czym nagle spojrzał w kierunku tej, od której to wszystko się zaczęło, ta cała tragedia i jej ofiary. Wściekły ciskał z oczu gromy w kierunku tej podłej kreatury. Pikachu zapiszczał groźnie, ustawiając się w pozycji bojowej. Serena i jej Fennekin, który częściowo już odzyskał siły, stanęli obok nich.
- To koniec, wiedźmo - powiedziała Serena - Nie odbierzesz mi Asha, to jest Endymiona.
- Właśnie. Nie przekabacisz mnie swoimi czarami - dodał Ash - Poniosłaś klęskę, Wasza Wysokość. Nie jestem twoim oblubieńcem ani twoim niewolnikiem. Ja jestem Ash, książę Endymion... Jestem Tuxido. Jestem strażnikiem Ziemi.
Domino patrzyła na oboje zakochanych morderczym spojrzeniem. Jej twarz ziała nienawiścią, jakiej Serena jeszcze nigdy nie widziała na oczy.
- Niech więc tak będzie, strażniku - wycedziła przez zęby ze złości Domino - Skoro nie chcesz być ze mną, zginiesz razem ze swoją ukochaną księżniczką.
- Nie zdołasz nas zabić - powiedziała odważnie Serena.
- A niby dlaczego tak uważasz? Spójrz lepiej, księżniczko Serenity. Te twoje wierne przyjaciółeczki nie żyją.
- Ale padła także twoja armia. Zostałaś sama. A my żyjemy.
- Być może, ale już niedługo - królowa Domino uśmiechnęła się podle.
Ash poczuł, że ma jeszcze jednego asa w rękawie i zamierza go właśnie teraz wypuścić. Złapał za szpadę i powiedział:
- Dość twoich sztuczek, Domino! Już raz zniszczyłaś nam życie przez swoją chorą miłość. Więcej tego nie zrobisz. Koniec twoich intryg!
- O nie, Endymionie. To jest dopiero początek - odparła na to Domino.
Po tych słowach, mroczna królowa pobiegła w kierunku komnaty, w której nie tak dawno Ash i Serena widzieli to magiczne drzewo.
- Co ona chce zrobić? - zapytała Czarodziejka z Księżyca.
- Chyba wiem, co takiego - odpowiedział jej Tuxido.
Pikachu zapiszczał niespokojnie i pognał szybko za Domino, a za nim zrobił to Fennekin. Ash i Serena zrozumieli, że nie mogą stać bezczynnie i również to uczynili. Wpadli prędko do komnaty, w której to zauważyli królową stojącą przed tajemniczym drzewem z rozłożonymi jak do modlitwy rękami.
- Domino! - krzyknął Tuxido.
- Za późno, moja droga - zachichotała podle Domino i wydobyła szpadę - To już wasz koniec. Nadszedł czas pomsty!
Następnie uderzyła ona szpadą w drzewo, wbijając jej ostrze w jeden z jego sęków. Wówczas to z drzewa zaczęła wydobywać się jakaś tajemnicza mgła, jakby dym, który z szarej barwy bardzo szybko przybrał czarną. Domino cofnęła się o kilka kroków, wpatrując się zachwycona i zawołała:
- Och, wielki Giovanni! Panie chaosu i zniszczenia! Daj znać, czy energia, jaką cię obdarzyłam, jest dość silna, abyś mógł zapanować nad światem. Przyjdź i wymierz sprawiedliwość tym, którzy nas upokorzyli! Ukaż ich! Uczyń nam obojgu sprawiedliwość!
Tuxido i Czarodziejka z Księżyca, w towarzystwie wiernych stworków, ze strachem oraz ogromnym niepokojem obserwowali to wszystko, nie wiedząc, co mają o tym wszystkim myśleć. Wiedzieli, że stanie się zaraz coś złego, ale czuli, iż nie mogą już nic na to poradzić. Czarny dym tymczasem otoczył mocno postać Domino, która śmiała się do rozpuku, zachwycona tym, co właśnie miało miejsce. Ale nagle śmiech zamarł jej w gardle, a ona sama poczuła, że coś jest nie tak, bo czarny dym otoczył ją całkowicie i zaczął wdzierać się jej w usta, uszy i oczy. Domino dopiero wówczas zaczęła rozumieć, co się dzieje, próbowała krzyczeć o pomoc, ale usta miała pełne czarnego dymu. W końcu dym opadł, wnikając już całkowicie w postać mrocznej królowej, a ona sama stała się jakaś inna. Jej postać otoczyła jakaś fioletowa poświata, jej oczy zrobiły się czarne, a ona sama zaczęła wydzielać wyraźną grozę, która zmroziła serca Ashowi i Serenie.
- Nędzni, żałośni głupcy - powiedziała Domino, ale zupełnie innym głosem, mrocznym i zdecydowanie nie należącym do kobiety - Wy nędzni i nic nie warci śmiertelnicy. Sądziliście, że Domino jest waszym największym zagrożeniem? O nie, mylicie się. Teraz dopiero macie się czego bać.
- Kim... Kim ty jesteś? - zapytała przerażona Serena, wtulając się mocno w ramiona Asha.
- Jestem Giovanni. Pan chaosu i władca ciemności - odpowiedział demon - Ta głupia Domino dla mnie zbierała całą energię. Dzięki niej mogłem powrócić do życia. Ale nie wiedziała, głupia, że będzie musiała mi oddać swoje ciało i życie, abym się całkowicie odrodził. I abym mógł się zemścić.
- Zemścić? Na kim?
- Na twojej matce, księżniczko i na tobie.
- A co ci zrobiła moja matka?
- Najgorsze, co może zrobić kobieta komuś, kto ją kocha. Odtrąciła mnie. Ja ją kochałem, chciałem ją uczynić największą władczynią w całym wszechświecie. Ale królowa Selene odtrąciła mnie, wybrała twojego ojca, księżniczko. Chyba to jest oczywiste, że nie mogłem jej tego darować. Poświęciłem wszystkie swoje siły na to, aby się zemścić. Niestety, moja armia została rozgromiona, a ja sam w tej walce poległem. Mój duch jednak przetrwał i zapewniam cię, że chęć zemsty na twojej matce i waszym królestwie dodawała mi mnóstwo sił. A do tego moja wola, zapewniam was, nigdy nie była tak nieugięta. Byłem gotów na wszystko, aby się zemścić. Nie było to jednak łatwe, jako duch nie mogłem za wiele dokonać. Długo wędrowałem po wszechświecie, spotkałem wielu magików, opanowałem ich ciała i moce, ale niestety, ich ciała w wyniku tego wszystkiego dość łatwo obumierały, a ja znów zostawałem sam z opanowanymi przez siebie mocami. W ten oto sposób stałem się panem chaosu i ciemności, ale jako duch nie mogłem za wiele dokonać. Bez trudu mógłbym opanować kolejne ciało jakieś kolejnej mojej ofiary, ale bałem się, że mój kolejny żywiciel umrze, podobnie jak pozostali, bo za długo nie może istnieć żadne ciało trawione przez pasożyty. Ani też żadne ciało nie udźwignie za długo zbyt wielkiej mocy. I dlatego nie opanowałem Domino, gdy ją poznałem. Zamiast tego ofiarowałem jej większość mej mocy, aby mogła zniszczyć królestwo Księżyca. Niestety, chociaż tego dokonała, to wy się odrodziliście i nasza zemsta nie osiągnęła celu. Domino do tego, na tę akcję, zużyła większość moich mocy, a ja byłem znowu biednym, słabym i bezbronnym duchem.
- Dlatego zbierała dla ciebie energię? Chciała cię ożywić w ludzkiej postaci i podporządkować z twoją pomocą cały wszechświat? - zapytał Tuxido.
- W rzeczy samej - odpowiedział z uśmiechem Giovanni - Ale zapomniała o jednej ważnej rzeczy. Ja nie zamierzałem się nigdy niczym z nikim dzielić. Jej też to dotyczyło. Zrobiła swoje i dlatego teraz nie jest mi już potrzebna.
Po tych słowach, Giovanni w ciele Domino wyciągnął ręce w kierunku Asha i Sereny, mówiąc przy tym:
- Przyszła pora mojej zemsty.
Z jego rąk wystrzeliły mroczne promienie, które uderzyły w zakochanych i odrzuciły je na ścianę. Pikachu i Fennekin zaatakowali napastnika swoimi mocami, ale ten bez trudu je pochłonął, śmiejąc się przy tym okrutnie i powiedział:
- Głupcy, wasze żałosne moce nic nie mogą mi zrobić.
Następnie uderzył czarnymi promieniami w oba Pokemony, również je dziko do tyłu odrzucając. Ash i Serena złapali oba stworki w swoje ramiona, czule je do siebie przytulając.
- Zostaw nas w spokoju! - wrzasnęła w kierunku napastnika Serena - Moja matka nie żyje od lat. Nie masz się na kim mścić!
- Mylisz się, moja słodka księżniczko - odpowiedział ironicznie Giovanni - Ja mam na kim mścić krzywdy, jakich doznałem. Twoja mamusia nie żyje, to prawda. Ale ty żyjesz. A póki żyjesz, wciąż stanowisz dla mnie cel do zniszczenia. Póki ty i twój ukochany żyjecie, nie zaznam spokoju. A zatem gińcie!
Giovanni wyciągnął ręce w kierunku zakochanych, atakując ich czarnymi jak smoła promieniami, wystrzelonymi ze swoich dłoni. Tym razem jednak Ash wraz z Sereną odskoczyli z szybkością błyskawicy na bok i promienie uderzyły w ścianę. Ale nie oznaczało to końca walki, Giovanni atakował ich ponownie i ponownie. Pikachu i Fennekin atakowali go swoimi mocami, ale niestety, nic to nie pomogło. Giovanni wchłonął je bez trudu i nie przestawał atakować.
- Użyj Srebrnego Kryształu! - odezwał się czyjś krzyk.
Serena spostrzegła stojącego w progu komnaty Artemisa.
- Tylko Srebrny Kryształ może go pokonać. Użyj jego mocy!
- Ale jak?
- Będziesz wiedzieć. Posłuchaj swego serca!
Giovanni zaatakował mocami Artemisa, który został odrzucony daleko w tył. Serena wówczas przerażona zaczęła się rozglądać za swoją różdżką i w końcu ją dostrzegła. Leżała na ziemi kilkanaście metrów od niej.
- Żadne artefakty cię nie ocalą przede mną, księżniczko! - wrzasnął Giovanni.
Strzelił on swoimi mrocznymi mocami w kierunku różdżki, próbując ją w ten sposób zniszczyć, ale Serena zdążyła w ostatniej chwili mocami przyciągnąć do siebie różdżkę i złapała ją w dłoń. Giovanni ponownie ją zaatakował, ale wtedy Serena, sama nie do końca świadoma tego, co robi, wypowiedziała zaklęcie i wtem otoczyła ją tajemnicza niewidzialna tarcza, która odparła cios. Giovanni zawarczał ze wściekłości i zaatakował ponownie, lecz ta znowu odparła jego cios. Ash wraz z Pikachu i Fennekinem stanął obok niej, gotowy do wsparcia ukochanej.
- Dość już tych waszych sztuczek! - wrzasnął Giovanni i zaatakował mocami wystrzelonymi z obu rąk.
Serena jednak wypowiedziała zaklęcie, którego nigdy wcześniej nie słyszała, a które z jakiegoś powodu jednak zabrzmiało w jej głowie, a z różdżki wyleciał jej wielki i biały promień. Zderzył się on z promieniem Giovanniego, po czym oba się zaczęły ze sobą siłować niczym dwaj zapaśnicy, z których każdy chce powalić na ziemię drugiego. Ash skierował na wroga swoją szpadę i z niej też wystrzelił biały promień, łącząc się z promieniem z różdżki Sereny. Pikachu i Fennekin dodali do tego swoje moce. Pierwszy strzelił piorunem, drugi ogniem. Obie te siły złączyły się z mocami ich trenerów i zaczęły wspierać moce dobra w walce z siłami mroku.
Walka trwała dalej, ale mimo tego, że aż czterech przeciwników go atakowało i próbowało pokonać, Giovanni wciąż trzymał się dzielnie i jego mroczny promień wciąż jeszcze nie cofał się do tyłu pod naporem ataku Czarodziejki i jej wiernych przyjaciół.
- Nie damy mu długo rady! - zawołała Serena.
- Musimy! Użyj zaklęcia! - krzyknął do niej Ash.
- Ale jakiego?
- Nie wiem. Artemis coś mówił o sercu.
Serena próbowała przypomnieć sobie wszystko, co tylko mogła odtworzyć ze swojej pamięci. Stopniowo przed jej oczami zaczęły przewijać się sceny wyjęte chyba z jej poprzedniego życia. Słyszała czyjeś głosy, chyba swoich przyjaciółek, bo wydawały się jej one bardzo znajome. Czyżby ich duchy wspierały ją w tej oto walce? A może tylko ona odnosiła takie wrażenie? Nagle usłyszała pewien czuły i przyjemny kobiecy głos, który szepcze jej na ucho jakieś słowa. Ten sam głos, teraz to zrozumiała, szeptał jej na ucho poprzednio zaklęcie, gdy dzisiaj walczyła. Serena nie miała pojęcia, czyi to głos, ale nie miała czasu o tym myśleć. Musiała zadziałać i to jak najszybciej.
- Już znam zaklęcie! - zawołała do Asha.
- Szybko, użyj go, zanim padniemy! - odkrzyknął jej ukochany.
Młodzieniec wciąż wystrzeliwał w kierunku przeciwnika biały promień, zaś Pikachu i Fennekin wciąż dzielnie go wspierali swoimi mocami.
- Zginie wszystko, to co złe w starciu z potężną siłą czterech serc! - krzyknęła Serena bojowym tonem.
Wtedy nastąpiła transformacja. Jej strój przemienił się w długą, białą suknię z dekoltem, na głowie Sereny pojawił się kryształowy diadem, a na plecach wielkie i białe skrzydła. Asha zaskoczył ten widok, ale nie tak bardzo, jakby powinien to zrobić. Poczuł się nagle tak, jakby zobaczył kogoś, kogo dawno nie widział, a kto był mu zawsze bliski.
- Serenity! - zawołał radośnie.
Księżniczka uśmiechnęła się do niego i ponownie zawołała:
- Zginie wszystko, to co złe w starciu z potężną siłą czterech serc!
Czarny promień zaczął powoli się cofać i ulegać mocy przeciwników. Demon w ciele Domino zauważył to i próbował się jeszcze bronić, ale nic mu to nie dało, gdyż Serena ponownie krzyknęła:
- Zginie wszystko, to co złe w starciu z potężną siłą czterech serc!
Czarny promień cofał się coraz mocniej, ulegając połączonym mocom, które wystrzeliwali czterej wierni druhowie. Wielki, silny i biały promień nacierał coraz mocniej, coraz bardziej na Giovanniego, przyszpilając niemalże czarny promień do jego dłoni. Demon w ciele mrocznej królowej nie miał już szans. Wiedział o tym doskonale, ale próbował jeszcze walczyć, lecz bezskutecznie. W końcu jego czarny promień zgasł, a połączone ataki Sereny, Asha, Pikachu i Fennekina uderzyły w niego bezlitośnie. Moc Srebrnego Kryształu wsparła te ataki, dzięki czemu demon został przyszpilony do jednej ze ścian komnat i wrzasnął dziko, niczym potwór dobijany podczas polowania. Jego wrzask przerodził się w okrutny ryk bestii, a potem na ciele pojawiły mu się pęknięcia, a następnie pokruszył się na kawałki i z hukiem rozleciał.


Walka dobiegła końca. Serena zmęczona opadła na kolana i zaczęła głęboko łapać powietrze w płuca. Ash popatrzył na nią z uwagą, po czym delikatnie położył jej czule dłoń na ramieniu. Dziewczyna odwzajemniła jego spojrzenie, złapała za jego dłoń i ścisnęła ją z miłością.
- Wygraliśmy, Endymionie - powiedziała czule do ukochanego.
- Tak, świat pozbył się nareszcie przerażającego demona - odparł Ash.
- Tak, tylko za jaką cenę? - zapytała przygnębiona Serena - Nasi przyjaciele... Prawie wszyscy zginęli. Dobro wygrało, lecz poniosło przy tym poważne straty.
Następnie dziewczyna zaczęła płakać. Chlipała w dłonie przez jakiś czas, gdy nagle poczuła jakąś wielką, białą poświatę przebijającą się przez palce, którymi to zasłaniała sobie oczy. Opuściła dłonie, spojrzała w kierunku, skąd dobiegało owo tajemnicze światło i zobaczyła lewitującą nad nią wysoką postać kobiecą. Była ona bardzo podobna do Sereny, miała białą szatę, skrzydła oraz wielka koronę. Na jej widok Ash, Pikachu i Fennekin skłonili się. W podobny sposób postąpił Artemis, kiedy tylko zjawił się ponownie w komnacie.
- Królowa Selene - powiedział Meowstic.
- Wstańcie, moi kochani - odpowiedziała bardzo życzliwie królowa Selene - Doskonale sobie poradziliście. Wrogowie nie żyją, zło zostało pokonane, krzywdy naprawione i pomszczone. Wszyscy dobrze się spisaliście.
- Mamo? - spytała Serenity, nie do końca pewna, czy dobrze myśli.
- Tak, moja córeczko. To ja - odpowiedziała jej czule królowa z uśmiechem na twarzy - Jestem twoją matką. Tak długo czekałam na to, aby cię znowu zobaczyć. Tak bardzo chciałam cię znowu przytulić.
Po tych słowach, powoli podleciała do Serenity, która wpadła jej w ramiona. Królowa uściskała ją czule, spojrzała jej w oczy i powiedziała:
- Moja córka. Moja piękna, dorosła córka. Jesteś jeszcze piękniejsza niż tego dnia, kiedy cię ostatni raz widziałam.
Delikatnie dotknęła dłonią podbródka dziewczyny i dodała:
- Jestem z ciebie bardzo dumna. Poradziłaś sobie dzielnie.
Następnie skierowała swój wzrok na Asha i rzekła czułym tonem:
- Dziękuję ci, Endymionie, że chroniłeś moje kochane dziecko przez cały ten czas. Jesteś naprawdę godzien jej ręki. Godzien jej miłości.
- Dziękuję, królowo - odpowiedział jej Ash, lekko schylając głowę.
Selene uśmiechnęła się przyjaźnie do Pokemonów, im też dziękując czule za okazaną pomoc, a do Artemisa zwróciła się życzliwie:
- Dobrze wykonałeś swoje zadanie, przyjacielu.
- Nie jestem pewien, czy dobrze - powiedział ponurym tonem Artemis - W tej wojnie zginęły wszystkie Czarodziejki i jeszcze moja ukochana Luna.
- To da się jeszcze naprawić - odpowiedziała mu na to królowa Selene - Ten oto artefakt zwany Srebrnym Kryształem posiada jeszcze jedną moc oprócz tylko zniszczenia ostatecznie zła. Ale tę moc możecie wykorzystać tylko raz, dlatego też dobrze się postaraj, córeczko.
- Co mam uczynić, mamo? - zapytała Serena.
- Musisz unieść się w górę i wypowiedzieć zaklęcie, które ci powiem. Wtedy z różdżki popłynie promień, który ożywi twoich bliskich. Zmarli oni niedawno, a więc ich dusze jeszcze nie zdołały opuścić ich ciała. Można zatem ich jeszcze w ten sposób, który ci podałam, ocalić.
Serena spojrzała z radością na Asha i zawołała szczęśliwa:
- Słyszałeś, mój najdroższy? Możemy jeszcze ich wszystkich ocalić! Możemy ocalić naszych przyjaciół!
Ash cieszył się równie mocno, co ona i oboje uściskali się serdecznie, skacząc przy tym z radości.
- Nie traćcie czasu, Wasze Wysokości - rzekł niespokojnym tonem Artemis - Trzeba zrobić to wszystko jak najszybciej.
- On ma rację. Musisz się spieszyć, córeczko - zgodziła się z nim Selene.
Serenity skinęła delikatnie głową na znak, że rozumie wszystko, po czym z radością w sercu ścisnęła dłoni swoją różdżkę i wyszła wraz z resztą do komnaty, w której leżeli jej polegli przyjaciele. Spojrzała na nich smutno, po czym rzuciła niespokojny wzrok w kierunku swojej matki.
- Spokojnie, kochanie. Moc Księżyca jest z tobą - powiedziała Selene - Więc teraz do dzieła.
Następnie przysunęła się do córki i wyszeptała jej na ucho zaklęcie, którego miała Serena użyć. Dziewczyna wysłuchała go z uwagą, po czym ścisnęła różdżkę w obu dłoniach i podniosła ją wysoko nad swoją głową, powtarzając najpierw dość cicho, niemalże szeptem, a potem coraz głośniej, aż w końcu niemalże krzyczała. W trakcie tego wszystkiego, Serena uniosła się wysoko w górę, a z jej różdżki, czy raczej z umieszczonego na niej Srebrnego Kryształu zaczęła bić ogromna jasność. Jakieś dziko jasne światło, które niemal oślepiło patrzących na to wszystko Asha, Artemisa, Pikachu i Fennekina. Musieli sobie zasłonić dłońmi oczy, aby nie stracić wzroku, a przez ten czas blask bijący z różdżki był ogromny i zamienił się w kilka promieni, każdy z nich trafił w jedną z postaci, którą miał uleczyć, lekko unosząc ją w powietrze i otaczając złotą poświatą. Postaciami tymi były Czarodziejki, ich Pokemony oraz Luna. Ash, Artemis, Pikachu i Fennekin, delikatnie odsłonili oczy, aby móc to wszystko zobaczyć. Byli pod wrażeniem tego niezwykłego widoku, tak bardzo zachwycającego i dającego nadzieję. Potem nagle Srebrny Kryształ lekko huknął, roztrzaskał się na kawałki, a Serena powoli opadła na ziemię, przyjmując na powrót postać Czarodziejki z Księżyca. Ash podbiegł do niej i złapał ją czule w ramiona. Serena spojrzała na niego, a potem na przyjaciół, którzy też powoli już opadali na ziemię, odzyskując stopniowo jedno po drugim życie i świadomość. Niemal jednocześnie to się działo. Niemal jednocześnie łapali się za głowę, niemal jednocześnie mrugali zdumieni oczami i patrzyli na Serenę i Asha, pytając jedno po drugim, co się tu dzieje i co oni tutaj robią.
Serena i Ash patrzyli na to wszystko wzruszeni, płacząc ze szczęścia i mocno się ze sobą ściskając. Pikachu zaś ściskał się z Fennekinem, zaś Artemis z dziką radością ściskał przywróconą do życia Lunę. Ta jako jedyna zaczęła rozumieć, co się tu dzieje i kiedy tylko zauważyła królową Selene, skłoniła się przed nią na znak swego wielkiego szacunku. Ta lekko skinęła jej głową i powiedziała:
- Dobrze się spisaliście, przyjaciele.
Potem spojrzała na córkę, która ze łzami radości w oczach patrzyła na nią i szeptała czule:
- Dziękuję ci, mamusiu. Dziękuję ci.
- Nie ma za co, kochanie - odpowiedziała Selene - Każda kochająca szczerze matka zrobiłaby to samo na moim miejscu. Żałuję, że nie mogłam zrobić więcej. A teraz wybaczcie, muszę wracać w zaświaty.
- W zaświaty? - zapytała zdumiona Serena.
- Nie należę już dawno do tego świata - odparła na to Selene - Opuściłam na krótki czas miejsce, które obecnie zamieszkuję. Pewnego dnia wszyscy się w nim spotkamy i wtedy będziemy mogli być razem.
- Mamo, proszę! Nie odchodź!
- Muszę odejść, córeczko. Nie jest to moją wolą, mnie też obowiązuje pewne prawa. Nie jestem już dawno częścią tego świata. Ale zrobiłam, co mogłam, aby wam pomóc.
- I co? Zostaniemy tak całkiem sami?
- Nie sami, kochanie. Macie siebie nawzajem. I jeszcze długo będziecie siebie mieć. I kiedyś, pewnego dnia, wszyscy razem się spotkamy w jednym miejscu, do którego ja teraz odchodzę. Ale to jeszcze nie jest ten dzień. Póki co, żyjcie wszyscy szczęśliwi i w spokoju. Któregoś dnia, gdy nadejdzie czas, odzyskacie królestwo Księżyca, odbudujecie je i zamieszkacie w nim. Przywrócicie mu dawną świetność i sprawicie, że znowu będzie one cudowne. Ale jeszcze nie teraz. Póki co macie tu swoje własne życie i cieszcie się nim. Życzę wam, aby było ono spokojne i bardzo szczęśliwe.
Po tych słowach, królowa Selene przysunęła się do Sereny, z miłością czule pocałowała jej czoło i odleciała, stopniowo zanikając oraz stając się przy tym coraz bardziej przeźroczysta, aż w końcu zniknęła całkowicie.
- O rany, ale to była przygoda - powiedziała po wszystkim zachwycona May.
- Oj tak, niesamowity odlot. Czekam na kolejny - dodała Iris.
- Czy dobrze zrozumiałam? Wygraliśmy, prawda? - spytała Dawn.
- Nie inaczej - potwierdziła Serena, patrząc z radością w twarz swej najlepszej przyjaciółki.
- Dobra, wszystko bardzo ładnie, tylko czy ktoś może mi wyjaśnić, co się tu właśnie stało? - zapytała Misty.
- W zasadzie wszyscy chcielibyśmy to wiedzieć - powiedziała Luna - Chociaż trochę się domyślam, ale nie wszystkiego.
Ash i Serena zaśmiali się, ubawieni całą tą sytuacją, po czym oboje przeszli do wyjaśnień.

***


Nasi bohaterowie powrócili do swojego świata, który nigdy nie dowiedział się o tym, jak wielką przysługę mu oddali i jak wiele przyszło im poświęcić, aby tego dokonać. Świat nie miał się tego nigdy dowiedzieć, ale naszych przyjaciół niewiele to obchodziło. W zasadzie, było im nawet wygodniej z tą jego niewiedzą. Dzięki temu mogli wieść spokojne życie bez obaw, że ktoś zechce wykorzystywać ich do jakiś prywatnych zagrywek, oczekiwać od nich wiecznego ratowania każdego, kto jest w opresji albo po prostu chcieć ich zniszczyć z samej zazdrości o to, że są oni bohaterami.
- Każdy bohater zdecydowanie lepiej wychodzi na tym, gdy nikt nie wie, że jest on bohaterem - stwierdziła nieco filozoficznym tonem Dawn.
Serena nie do końca zgadzała się z tym stwierdzeniem, ale mimo to też była zdania, iż lepiej, aby nikt na Ziemi nigdy nie dowiedział się o tym, że ocalili całą planetę przed istotami z innego świata i innych czasów.
- Nigdy nie wiadomo, jakie jeszcze zagrożenie możemy spotkać - zauważył w czasie jednej z rozmów z Sereną Ash - Lepiej więc, aby w takim wypadku nikt nie wiedział, że ty i twoje przyjaciółki jesteście Czarodziejkami, a ja jestem Tuxido. Ten brak ich wiedzy w tym kierunku może nam kiedyś ocalić życie.
Oczywiście żadne z nich nie chciało, aby na Ziemi pojawił się jakiś kolejny wróg do pokonania. Bardzo miło im było być drużyną Czarodziejki z Księżyca, ale również, mimo wszystko Ash i jego serdeczne przyjaciółki, a także jego ukochana Serena woleliby, aby nie musieli ponownie się w tą drużynę wcielać. Taka walka zawsze pociąga za sobą większe lub mniejsze ofiary, a oni woleli ich nigdy więcej już nie ponosić. Woleli żyć bezpiecznie i spokojnie, bez najmniejszych obaw o to, że ktoś z ich bliskich zapłaci najwyższą cenę za ich bohaterstwo.
A co do ich bliskich, to nawet nie domyślali się oni, jak blisko było tego, aby ich ukochane dzieci odeszły z tego świata. Owe dzieci zaś zrobiły zaś wszystko, co w ich mocy, żeby nie wyszło to na jaw. Uśmiechały się serdecznie, zachowywały tak, jakby nic się nigdy nie stało, jakby zamiast z bitwy powrócili do nich z miłej wycieczki rowerowej. I cieszyło je niesamowicie, że są znowu w domu, czyli tym swoim jedynym, ukochanym świecie, który był im tak bliski i który zawsze miał dla nich ogromną magię. Magiczne przedmioty, niezbędne do przemiany i do walki ze złem, schowali w bezpiecznych miejscach, aby w razie czego móc ich użyć, ale mając przy okazji wielką nadzieję, iż już nigdy nie będą musieli tego robić.
Ash i Serena zostali parą. Przestali wreszcie ukrywać przed sobą to, co oboje do siebie czuli. Wszystkie przeżyte wspólnie przygody, jak i odkrycie tego, że ona i on byli kiedyś parą w poprzednim życiu, jeszcze bardziej zbliżyło ich do siebie. Oboje pokochali się jeszcze mocniej i to uczucie postanowili pielęgnować każdego dnia, dzień w dzień, mając nadzieję, że spełnią się słowa królowej Selene, iż ona i on kiedyś się pobiorą i odbudują królestwo Księżyca. Ale póki co, nie myśleli o tym za wiele. Póki co, po prostu cieszyli się z tego, że są razem i tworzą parę, która przeszła wspólnie więcej niż niejedna para w ich wieku. Czerpali też radość z tego, co oboje mogli robić we dwoje, doceniając piękno każdej chwili, jaką przeżywali jako para. Wszak tyle chwil stracili przez intrygi Domino, a potem przez własną nieśmiałość i obawy. Teraz nie zamierzali tego robić. Nie zamierzali teraz nigdy już niczego nie stracić.
A co z przedstawieniem, w którym oboje mieli wziąć udział? Podobno jeszcze w historii szkoły nie miał miejsca tak uroczy i przesympatyczny spektakl jak ten, a wszystko to było zasługą zakochanych w sobie szczerze Asha i Sereny, którzy tak doskonale grali postacie ze sztuki, jakby sami nimi byli. Po części było to prawdą, bo byli oni, podobnie jak para odgrywana przez nich, wesołymi i bardzo uroczymi nastolatkami z pasjami, które chcieli realizować i darzącymi siebie uczuciem być może nieco dziecinnym, ale w swojej dziecinności nad wyraz dojrzałym.

***


Jessie i James powoli wysunęli się z cienia, upewniwszy się wcześniej, że nie ma w pobliżu nikogo. Podczas bitwy początkowo walczyli, ale kiedy tylko ujrzeli, że Czarodziejki bez trudu zabijają jednego przeciwnika po drugim, przerażeni się szybko ukryli w bezpiecznym miejscu i przeczekali całą walkę i wszystkie znane już nam wydarzenia. Z niepokojem obserwowali to, co zostało z królestwa, które kiedyś było ich domem i któremu kiedyś tak wiernie służyli. Patrzyli smutni na stosy trupów leżące na ziemi, na puste komnaty, z których obecnie ziała prawdziwa ponura, okrutna i straszna zarazem cisza.
- Ech, nie ma co. Nie wyszło nam to najlepiej - powiedział po chwili James.
- Pomyśleć, że chcieliśmy tylko ośmieszyć Butcha i Cassidy - dodała bardzo ponuro Jessie - A tymczasem zobacz... Całe królestwo i cały misterny plan diabli wzięli.
- Tak... Skończyły się dla nas dobre czasy - rzekł James.
Jessie zauważyła nagle coś w komnacie, w której znajdowało się magiczne drzewo z ukrytym w nim Giovannim. Dostrzegła coś, co właśnie pulsowało i jakby dawało im jakieś znaki. Zaintrygowana podeszła do tego czegoś i przyjrzała mu się bardzo uważnie. Po dokładnych oględzinach zauważyła, że ma przed sobą szczątki królowej Domino i Giovanniego, który opanował jej ciało. Pośród popiołów, jakie pozostały po ciele, coś migotało na niebiesko. Zaintrygowana kobieta zawołała do siebie swojego wspólnika i pokazała mu to.
- Widzisz, James? Widzisz to? - zapytała.
- Co to takiego? - zdziwił się James.
- Nie jestem pewna - odparła Jessie.
Po tych słowach, wydobyła czarny kryształ zza pazuchy i dotknęła nim tego, co mieniło się pośród popiołów. Zadowolona obserwowała, jak to coś wnika do środka kryształu. Uśmiechnęła się zadowolona.
- Uważasz, że to bezpieczne? - spytał James niepewnym tonem.
- Na pewno. Dla nas na pewno - odpowiedziała mu Jessie.
- Co z tym zrobimy?
- Na razie zatrzymamy sobie. Podejrzewam, że z czasem odkryjemy, co to jest i jak może nam pomóc.
- Ale jak to zrobimy?
- Zbadamy to dokładnie i się dowiemy.
James nie wyglądał na zbyt przekonanego jej słowami.
- Ale masz już jakieś podejrzenia, co to jest? - zapytał.
- Żadnych - odpowiedziała mu Jessie, z uwagą obserwując w krysztale owo tajemnicze, niebieskie światełko - Ale coś czuję, że może nam się bardzo przydać.


KONIEC

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...