czwartek, 13 maja 2021

Przygoda 124 cz. III

Przygoda CXXIV

Czarodziejka z Kalos cz. III


Pamiętniki Sereny c.d:
Cleo powoli otworzyła oczy, po czym spojrzała na nas uważnie, powoli oraz uważnie lustrując wzrokiem mnie, Asha, Anabel, Ridleya oraz towarzyszące nam Pokemony. Przyglądała się nam w taki sposób przez dłuższy czas, jakby próbowała dopasować nasze twarze do imion.
- Cleo... Poznajesz nas? - zapytałam niepewnie.
Choć miałam do niej ogromny żal za to, że próbowała zabić Asha, wciąż tak naiwnie przekonana o tym, iż to on zabił jej siostrę, teraz jednak nie umiałam czuć do niej nic innego, jak tylko naprawdę ogromne współczucie. W końcu w tamtej chwili nie była ona już naszym wrogiem, a jedynie biedną, zranioną fizycznie oraz psychicznie dziewczyną, której bardzo potrzebna była pomoc.
- Tak, chyba tak - odpowiedziała równie niepewnym tonem Cleo.
Ponownie przyglądała się nam powoli oraz bardzo uważnie, aż w końcu jej wzrok spoczął na Ashu.
- Tak, ciebie na pewno pamiętam - powiedziała.
Nie byłam pewna, czy mam się z tego powodu cieszyć, czy też nie. W końcu, jeśli będzie pamiętać, kim jest Ash, będzie jednocześnie pamiętać i o tym, czemu chciała go zabić. Miałam więc wtedy mieszane uczucia, serce mi biło jak szalone i byłam już przygotowana na najgorsze.
- Ty jesteś Ash Ketchum, prawda? - zapytała po chwili.
- Tak, zgadza się - odpowiedział jej mój mąż.
Siedzący mu na ramieniu Pikachu lekko nastroszył sierść, jakby szykował się już do ataku.
- Tak, poznaję cię. Jesteś Ash Ketchum, mój przyjaciel. Prawda?
Takiej odpowiedzi żadne z nas się nie spodziewało. Co ta Cleo wygadywała? Ash jej przyjacielem? Przecież ona go nienawidzi. Kiedyś darzyła przyjaźnią, ale odkąd Domino wmówiła jej, że to Ash zabił jej straszą siostrę, okrutną i straszną Łowczynię J, Cleo robiła wszystko, aby go za to zabić, choć oczywiście starając się przy tym nie krzywdzić niewinnych osób. Zapewne z tego powodu jej ataków na nasze osoby nie było aż tak wiele, bo gdyby nie obchodziło ja to, czy podczas jej akcji zginą niewinni, to by atakowała nas w dzień i w nocy na multum różnych sposobów. Ona jednak zawsze zachowywała klasę i starała się wykończyć Asha, zmuszając go do uczciwej walki jeden na jednego. Raz tylko zmieniła swój modus operandi, ale to pewnie dlatego, że wpadła pod wpływy paru agentów organizacji Rocket. Pomijając to jednak, zawsze próbowała zabić Asha, trzymając się przy tym swoich zasad, które porównałabym do samurajskiego kodeksu honorowego, o ile oczywiście taki w ogóle istniał, a nie był tylko wymysłem filmowców. Ale tak czy siak, Ash był obecnie jej wrogiem, dlatego zaskoczyło nas, że mówi o nim jako o swoim przyjacielu. Co tu było grane? A może to była tylko gra pozorów, którymi to chciała nas oszukać i podejść? Taka myśl również przyszła mi do głowy.
Nie wiem, co wtedy myślał Ash, ale wiem, że był równie mocno zmieszany, co ja, ponieważ westchnął tylko, lekko potarł sobie dłonią kark i rzekł:
- No, w sumie to tak. Jesteśmy przyjaciółmi. Choć ostatnio były między nami pewne niesnaski.
- Oj tam, zapomnij o nich. Komu się one nie zdarzają? - zapytała Cleo tonem niezwykle beztroskim, jakiego dawno już u niej nie słyszałam.
Nie byliśmy pewni, co mamy o tym wszystkim myśleć, jednak nikt z nas nie zamierzał wyprowadzać jej z błędu i mówić, że się myli w kwestii tego, co czuje do Asha. O ile oczywiście to był z jej strony błąd, a nie idealna gra aktorska.
- A czy mnie poznajesz? - zapytałam niepewnie.
Cleo przyjrzała mi się uważnie, a po chwili uśmiechnęła się delikatnie i zaraz odpowiedziała:
- Oczywiście, że tak, Sereno. Jak mogłabym ciebie nie pamiętać?
Postanowiłam spróbować małego blefu, ciekawa reakcji dziewczyny.
- A pamiętasz, że jesteśmy przyjaciółkami?
Odpowiedz dziewczyny bardzo mnie zaskoczyła.
- Oczywiście, że o tym też pamiętam. Sereno, moja droga, dlaczego zadajesz mi tak dziwne pytania?
Nie wiedziałam, co mam myśleć lub odpowiedzieć. Albo Cleo rzeczywiście w żaden sposób nie mogła sobie przypomnieć tego, że jesteśmy na wojennej ścieżce, albo to wszystko było doskonale przez nią odegraną grą aktorską. Nie byłam w żaden sposób pewna, która z tych opcji jest prawdziwa. Osobiście skłaniam się ku tej pierwszej, jednak nie mogłam tego powiedzieć na pewno. Ostatecznie przecież takie rzeczy zdarzały się tylko w filmach, a nie w prawdziwym życiu. Chociaż nie od dziś wiadomo, że prawdziwe życie potrafi naprawdę nieźle człowiek zaskoczyć, przygotowując mu scenariusz rodem nawet z najgorszej telenoweli.
Cleo tymczasem przyglądała się uważnie Anabel i Ridleyowi, obok których krążyła w powietrzu Nowa Meloetta, bacznie przyglądając się dziewczynie.
- Was chyba nie znam - rzekła po chwili panna Winter - Chociaż może i też was spotkałam na swojej drodze, ale nie jestem pewna. Kim jesteście?
- Jestem Anabel, a to mój chłopak, Ridley - powiedziała Anabel przyjaznym i uprzejmym tonem, wskazując dłonią na siebie i swego towarzysza - A to jest nasza przyjaciółka, Meloetta.
Pokemonka zapiszczała słodko i przyjaźnie, a Cleo rozczuliła się na jej widok i powiedziała zachwycona:
- Jaka ona słodka. Jaka urocza. Mogę ją pogłaskać?
Chciała się lekko podnieść z łóżka, ale rana na jej głowie była wciąż świeża, więc przeszył ją ostry ból, syknęła i opadła na poduszkę.
- Ale mnie boli. Naprawdę, okropny ból. Ale co mi się dokładniej stało?
Nie wiedzieliśmy, co jej odpowiedzieć. W końcu, jeśli nie pamiętała tego, to o wiele lepiej by było, gdyby pozostała w błogiej nieświadomości. Ash widać tak samo uważał, gdyż po chwili przejął inicjatywę i powiedział:
- Miałaś wypadek. Zraniłaś się w głowę. Ale spokojnie, lekarz powiedział, że twoja rana nie jest groźna, tylko musisz dużo leżeć, odpoczywać i dużo pić. Jakieś wzmacniające organizm soki i takie tam.
- A jeść też mi wolno? - spytała dowcipnie Cleo.
- Oczywiście, że tak - odpowiedział jej wesoło Ash - Widzę, że wraca ci teraz poczucie humoru. Tym lepiej. To oznacza, że powoli powracasz do zdrowia.
- Tak, czuję się znacznie lepiej, kiedy jesteście ze mną.
Po chwili wszedł do pokoju lekarz, aby zbadać Cleo. Poprosił nas, żebyśmy wyszli z pokoju i poczekali przed nim. Wykonaliśmy polecenie.
- Widzi pan, jakich mam wspaniałych przyjaciół? - zapytała Cleo lekarza w chwili, kiedy wychodziliśmy na zewnątrz - Najlepszych na świecie. Czuwali przy mnie, wspierają mnie i nie zostawili w potrzebie. I martwią się o mnie, abym jak najszybciej wyzdrowiała. Tacy przyjaciele to skarb.


Serce mi się krajało, kiedy to słyszałam. Jeśli Cleo rzeczywiście tak myślała i nie mówiła tego tylko po to, aby nas podejść, to oznaczało, że rzeczywiście tak o nas myśli, a skoro tak, to wobec tego będzie w niezłym szoku, kiedy przypomni sobie, jak to wszystko naprawdę wygląda.
- No i co o tym myślicie? - zapytałam po chwili, gdy już byliśmy wszyscy na zewnątrz.
- Cleo chyba straciła pamięć - powiedział Ridley.
- Wszystko na to wskazuje - dodał Ash.
- Pika-pika-chu - zgodził się z nim Pikachu.
- Oj, już dajcie spokój. Naprawdę sądzicie, że ona tak na poważnie mówi i czuje? - spytałam ze złością, choć prawdę mówiąc, sama byłam wtedy już prawie na sto procent przekonana o tym, że Cleo mówi prawdę.
- Tak, jesteśmy o tym przekonani - odparła na to Anabel - Nie może być innej opcji. Nie wyczułam w jej głosie fałszu, a wiecie dobrze, że umiem to zrobić, jeśli ktoś próbuje mnie okłamywać. A Cleo nie kłamie. W jej głosie wyczuwałam tylko i wyłącznie prawdę. Meloetta także.
Nowa Meloatta zapiszczała na znak, że tak właśnie jest i usiadła wygodnie na ramieniu swojej przyjaciółki.
- Ale co wobec tego się dzieje? - zapytałam - Straciła pamięć czy co?
- Wszystko na to wskazuje - odpowiedział Ridley.
- Ale czy możemy być tego pewni? Przecież ona może dobrze udawać.
- Nie sądzę. Anabel nie tak łatwo zwieść, a Meloettę jeszcze mniej. Śmiem wręcz twierdzić, że nie jest to możliwe.
- Rozumiem, ale to dla mnie naprawdę niezły szok. Przecież chyba widzicie, że to scena jak z jakieś kiepskiej telenoweli.
- Może i tak, ale póki co wszystko wskazuje na to, że to prawda.
- Nie chcę się chwalić, ale jakoś nie sądzę, żeby ktokolwiek zdołał zwieść moje zmysły - powiedziała do mnie Anabel niezwykle poważnym tonem - A nawet jeśli zdołałby jakoś tego dokonać, to nie zdołałby oszukać zmysłów Meloetty. Jej nie można oszukać. Wykryje każde kłamstwo, każde aktorstwo, choćby nawet i to najlepsze.
- No dobrze, ale co wobec tego dalej? - spytałam.
- Bune-bune? - zapiszczała pytająco Buneary.
- Nic dalej. Po prostu korzystamy z zaistniałej sytuacji i próbujemy do siebie przekonać Cleo, aby znowu nas lubiła, tak jak dawniej.
Te słowa wypowiedział Ash, który podczas całej tej rozmowy milczał, jakby sobie układał w głowie plan działania.
- Ale słuchaj, nie sądzisz, że to nieco nieetyczne? Wykorzystywać fakt, że ona nie pamięta o waszej wrogości? - zapytała Anabel.
Słysząc to, parsknęłam śmiechem, nie ukrywając przy tym, jak naiwne mi się wydaje to, co właśnie powiedziała.
- Nieetyczne? A to, co chciała nam zrobić, jest może etyczne? - zapytałam.
- Pamiętajcie, że ona cały czas jest niewolnicą kłamstwa, które wpoiła jej do głowy Domino. Trzeba będzie kiedyś wszystko jej wyjaśnić.
- Ona nie chce słuchać żadnych wyjaśnień. Ona chce głowy Asha i tyle.
- Jest młoda i rozgoryczona. Jej starsza siostra była dla niej wszystkim. Jest jej trudno pogodzić się z tym, że nie tylko nie była wcale tak kryształowa, jak się dotąd jej wydawało, ale i z tym, iż jej już nie ma i nie będzie. Słabo ją znam, lecz czuję, że tak właśnie z nią jest.
- Wszystko bardzo ładnie, tylko co my mamy z tym zrobić? Przecież ona nie chciała nas nigdy słuchać, gdy jej tłumaczyliśmy, że Ash nie zabił jej siostry.
- Trzeba będzie na spokojnie jej to wszystko przekazać, może nawet znaleźć sposób na to, aby ukazać jej wizję przeszłości, która jej pokaże, jak to wszystko wyglądało naprawdę. Wtedy i tylko wtedy możemy coś tutaj zdziałać. Inaczej Cleo kiedyś podzieli los siostry, czego bardzo bym nie chciała.
- Żadne z nas tego nie chce - wtrącił się Ridley - Dlatego też musimy w jakiś sposób nawrócić ją na właściwą drogę.
- Ale zanim weźmiemy się za tę kaznodziejską robotę, powiedzcie mi, co też mamy zrobić teraz? - spytałam.
- Ash powiedział wyraźnie. Póki co nie wyprowadzać jej z błędu - rzekł na to Ridley.
Anabel spojrzała na niego zdumiona, a on przeszedł do wyjaśnień.
- Zrozumcie. Cleo straciła pamięć. Nie wiemy, czy kiedykolwiek ją odzyska. Możliwe, że nigdy. Po co więc mamy ją katować wspomnieniami, do których ani ona, ani my na pewno nie chcielibyśmy wracać?
- Właśnie, sam bym tego lepiej nie ujął - zgodził się z nim Ash - A poza tym, pomyślcie. Co mamy jej powiedzieć? Że nie tak dawno próbowała mnie skrócić o głowę, a sama dostała po głowie ode mnie, gdy się przed nią broniłem? I że już od jakiegoś czasu chce mnie zabić, bo moja podła kuzyneczka wmówiła jej kłamstwo o tym, że to niby ja zabiłem J?
- Racja, to by było dziwne i wszystko by popsuło - powiedziałam - A przecież nie o to chodzi, żeby ona wróciła do złych nawyków, ale żeby wróciła i pozostała już przy tych dobrych. Jedyny sposób, aby nie powróciła na ścieżkę zła, to unikać przy niej wzmianek o naszej niemiłej przeszłości.
- Wiecie jednak, że jeśli odzyska wspomnienia i zrozumie, co się dzieje, to nie tylko będzie wściekła, ale może i was znienawidzić jeszcze bardziej? - zapytała Anabel.
- A jeżeli jej powiemy wszystko o jej przeszłości, to jak sądzisz? Poklepie nas za to po główkach i powie, że co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr? - spytałam nie bez złośliwości.
- Poza tym i tak nie pamięta tego, co się działo i nie wiadomo, czy nam w to wszystko uwierzy - zauważył Ridley - A jeśli nawet uwierzy, to będzie w naprawdę niezłym szoku. Nie wiadomo, jak jej umysł na to wszystko zareaguje.
- Może i masz rację - powiedziała nie do końca przekonana Anabel - Jakby na to nie patrzeć, obie możliwości niosą ze sobą jakieś ryzyko.
- Jesteśmy jak między Scyllą a Charybdą - zauważyłam ponuro - Cokolwiek nie wybierzemy, zawsze wybierzemy ryzyko. Tylko wciąż nie wiemy, które z nich jest mniejsze, a które większe.
- Wybór wydaje się być oczywisty - powiedział Ash - Ale nie wiemy, czy taki jest w rzeczywistości. Póki co jednak, trzymajmy się go. Tak będzie najlepiej.
Niedługo potem z pokoju Cleo wyszedł lekarz. Jego twarz była spokojna, ale też lekko zasmucona.
- Pacjentka ma się już lepiej, rana będzie powoli i stopniowo się goić. Nie ma realnego niebezpieczeństwa dla jej życia. Ale musi dużo wypoczywać, jak to już wam wcześniej mówiłem. I niech unika niepotrzebnych wzruszeń.
- To znaczy? - zapytałam.
- Na wskutek swojej rany straciła część wspomnień. Nie wiem dokładnie, ile z nich, ale na pewno nie pamięta samego wypadku.
- Czy z czasem odzyska wspomnienia? - zapytał Ash.
- Nie jestem pewien. Istnieje taka możliwość, ale nie jest to coś pewnego - rzekł na to lekarz - Jeżeli będzie sobie próbowała coś przypomnieć, proszę jej to oczywiście ułatwić, ale delikatnie. Nie cały nawał informacji od razu, bo to tylko jej może zaszkodzić. Na spokojnie i bez pośpiechu. A z czasem wróci do pełnego zdrowia i być może odzyska wszystkie wspomnienia.
To mówiąc odszedł, a my nie wiedzieliśmy, czy mamy się z tej wiadomości cieszyć, czy też może płakać.
- Ech, wszystkie wspomnienia - westchnęłam ponuro, zaglądając przy tym delikatnie przez uchylone drzwi do pokoju Cleo.
Dziewczyna leżała na łóżku na sporym podwyższeniu z kilku poduszek i gdy mnie zobaczyła, pomachała mi delikatnie ręką. Odwzajemniłam gest, a serce mi zaczęło się mocno ściskać.
- Nie wiem, czy chciałabym, aby je odzyskała - powiedziałam po cichu - No, a jeśli nawet, to część z nich powinny na zawsze zostać wymazane z jej pamięci.
- Czas pokaże, co z tego wyniknie - rzekł Ash, stając obok mnie.
Nie wiem, czy chciał mnie pocieszyć tymi słowami, ale zdecydowanie mu się to nie udało.

***


Opowiadanie Maggie Ravenshop c.d:
Po walce z agentami sił zła, Czarodziejka z Księżyca wraz z Luną prędko się wycofała w bezpieczne miejsce, zanim jej mama się ocknie z szoku, którego po tym wszystkim doznała. W tym bezpiecznym miejscu, będącym oczywiście jej własnym pokojem, prędko przemieniła się w siebie samą i zbiegła na dół, próbując szybko uspokoić swoją mamę.
- Córeczko! Jak to dobrze, że jesteś! - zawołała Grace, patrząc przy tym ze łzami w oczach na córce i ściskając ją serdecznie - A tak się o ciebie bałam. Tak się bałam, że coś ci się stało.
Serena, chociaż nie chciała tego robić, musiała okłamać matkę. Nie mogła jej przecież powiedzieć tego, że została właśnie tajemniczą, zamaskowaną strażniczką pokoju i sprawiedliwości oraz pogromczynią zła. Po pierwsze, matka mogła jej w to nie uwierzyć, a po drugie, nie chciała jej narażać. Za dobrze wiedziała z książek i filmów, jak ryzykują tajemniczy obrońcy dobra, kiedy wciągają w swoje plany te osoby, które są im bliskie. Nie chciała, aby matka ponosiła konsekwencje tego, że ona posiada nową tożsamość. Dlatego, choć nie sprawiło jej to przyjemnością, to musiała kłamać.
- Spokojnie, mamo. Czarodziejka z Księżyca była w moim pokoju i kazała mi w nim siedzieć i nie mieszać się. Nie chciałam zostać, ale powiedziała mi, że ta dwójka poszukuje tylko jej i żebym się do tego nie mieszała. Dlatego siedziałam w swoim pokoju i czekałam. Widzę, że doskonale sobie z nimi poradziła.
- A tak, poradziła sobie z nimi rewelacyjnie - powiedziała matka, nie kryjąc przed córką zachwytu postacią czarodziejki - Walczyła odważnie i walecznie, ale przez chwilę było naprawdę groźnie. Ale pomógł jej jeszcze jakiś tajemniczy gość. Jakiś taki młody mężczyzna ubrany w garnitur, cylinder i pelerynę. Miał szpadę i taką białą maskę na twarzy.
- Nie rozpoznałaś go?
- Nie. Nie wiem, kto to był. Nie wiem też, kim była czarodziejka, ale wiem jedno. Oboje byli naprawdę odważnie i uratowali mi życie. Byłam nimi naprawdę zachwycona. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczę ich w akcji. Oczywiście nie w naszym domu. Nie chciałabym ryzykować naszego życia. Ale może kiedyś ty i ja zobaczymy czarodziejkę na ulicy walczącą ze złem? Kto to wie?
Serena uśmiechnęła się delikatnie do matki.
- Tak, kto to wie? - powiedziała tajemniczym tonem, którego jej matka jednak nie wyczuła.
Po tej rozmowie, kiedy Grace już poczuła się lepiej, obie posprzątały kuchnię i zabrały się za szykowanie dla siebie kolacji.

***


Następnego dnia Serena poszła do szkoły, jakby nigdy nic, próbując udawać, że wszystko jest w porządku. Wolała nie opowiadać swoim koleżankom i swoim kolegom o tym, iż w jej domu była Czarodziejka z Księżyca i stoczyła tam walkę z siłami zła. Po pierwsze nie sądziła, że ktoś mógłby jej uwierzyć, a po drugie też nie miała pewności, czy nie byłoby więcej szkody w tym, że ktoś by jej właśnie w jej opowieści uwierzył. W końcu, kto wie, jakich agentów siły zła mają wokół niej, w szkole, do której chodzi? Nie miała żadnej pewności, czy aby ktoś z nauczycieli lub uczniów nie jest agentem sił zła albo też został zastąpiony przez demona czy kogoś innego, kto przybrał postać owego nauczyciela lub ucznia i nie próbuje jej znaleźć. Luna uważała, że taka możliwość jak najbardziej istniała, dlatego też nie można było ryzykować opowiadania o czymś takim. Zresztą już samą możliwość zwierzenia się komukolwiek Luna uważała za pomysł absurdalny.
- Zapamiętaj sobie, Sereno, że na twoich barkach spoczęła od wczoraj wręcz ogromna odpowiedzialność - powiedziała, gdy szły obie do szkoły - Nie możesz w tej sprawie nikomu zaufać, chyba tylko wtedy, kiedy ja ci powiem, że jakaś osoba jest godna naszego zaufania.
- A skąd będziesz wiedziała, że właśnie tej osobie możemy zaufać, a tamtej nie? - zapytała Serena.
- Będę wiedziała, ponieważ pomoże mi moja magia - odparła na to Luna - O to bądź całkowicie spokojna.
- A powiedz mi, czy sądzisz, że siły wiedzą już o tym, kim jest Czarodziejka z Księżyca?
- Nie sądzę. Gdyby to wiedzieli, to próbowaliby ponownie najść wasz dom i wtedy by było o wiele gorzej niż ostatnio. Bo wtedy chcieli tylko zdobyć kryształ, który w sobie posiadałaś. Jeśli więc znowu napadną na wasz dom, to będą chcieli cię zabić. Zostaje więc mieć tylko nadzieję, że jeszcze tego nie wiedzą. Sądzę, że nie wiedzą, ale kto ich tam wie? Może mają jakieś plany względem nas? A może liczą na to, że przy okazji znajdziemy pozostałe Czarodziejki?
- Mogą więc poczekać, aż je znajdziemy i dopiero nas zaatakują?
- Tak, istnieje taka możliwość. Widzisz, każda z nich posiada w sobie kawałek Srebrnego Kryształu. Oni chcą go zdobyć. W złych rękach ten przedmiot może się stać narzędziem zła. Dlatego nie możemy pozwolić na to, aby go zdobyli. Bardzo wiele od tego zależy.
- Pierwszy fragment kamienia zabrał Tuxido. Jesteś pewna, Luno, że możemy mu ufać?
- Tak, jestem tego pewna. Nie mogę ci jednak jeszcze powiedzieć, skąd mam taką pewność.
- Dlaczego?
- Za dużo naraz chcesz wiedzieć. Jeszcze nie mogę powiedzieć ci wszystkiego o tej sprawie. Wiem jednak, że to człowiek godny szacunku i nasz sojusznik. To on musi przechowywać kawałki Srebrnego Kryształu. I tylko on lub też księżniczka Serenity mogą złożyć ze sobą te kawałki w jedno.
- A królowa Domino? Też jest w stanie tego dokonać?
- Obawiam się, że tak. Zresztą kawałki kryształu nawet osobno mogą bardzo jej pomóc. Ale w całości Srebrny Kryształ uczyni ją niepokonaną. Nie możemy do tego dopuścić. Królowa Domino nie może ich dostać w swoje ręce. Użyje czarnej magii, aby je ze sobą złączyć i potem połączy je ze swoją różdżką, a wtedy nic jej nie powstrzyma przed podbojem tego świata. Ściągnie z najdalszych zakątków piekieł i zaświatów najgorsze demony i inne złe duchy, przeciągnie na swoją stronę na pewno wielu złoczyńców, a z taką armią może łatwo podporządkować sobie Ziemię. A zapewniam cię, że na niej nie poprzestanie. Jestem całkowicie pewna, że jak tylko podbije tę planetę, to weźmie się za kolejne. Jak więc widzisz, wielka odpowiedzialność spadła na twoje barki.
- Jakoś mnie tym nie pocieszyłaś, wiesz? - powiedziała ironicznie Serena.
Luna oczywiście nie przejęła się faktem, że nastraszyła niesamowicie swoją podopieczną, ponieważ za bardzo była przejęta tym, jak wiele od ich misji zależy i na tym, aby odnaleźć pozostałe Czarodziejki, żeby przejmować się tym, czy panna Tsukino była zaniepokojona, czy też nie.
- A przy okazji, powiedz mi, dlaczego nie powiedziałaś mi o tym, że kawałki Srebrnego Kryształu znajdują się w ciałach moich i pozostałych Czarodziejek? - zapytała po chwili Serena.
- Nie zdążyłam tego zrobić. Zresztą jakie to ma znaczenie?
Serena stanęła w miejscu i popatrzyła oburzona na Meowstica.
- Jakie to ma znaczenie? Ryzykuję życie dla waszej sprawy, a ty mi mówisz, że nie muszę wiedzieć tak istotnego szczegółu jak to, że coś tkwi w mojej piersi?
Luna spojrzała na dziewczynę z uwagą i powiedziała ponuro:
- Ryzykujesz życie nie dla „mojej” sprawy, ale sprawy nasz wszystkich. Dla sprawy, od której zależy los całej Ziemi, a być może i kosmosu. Czy tego chcesz, czy nie, musisz przyjąć to do wiadomości, że w tej sprawie musisz zapomnieć o sobie i skupić się jedynie na tym, aby wykonywać dobrze swoje zadanie.
- Aha, czyli nic dla siebie, wszystko dla Ziemi?
- Możesz to sobie tak nazywać, bo w sumie to tak właśnie wygląda.
Serena nie była bynajmniej zachwycona tymi słowami. Zacisnęła prawą dłoń w pięść i powiedziała:
- Nie podoba mi się ton, w jaki zmierza ta rozmowa.
- Może ci się podobać albo nie, to nie ma znaczenia. Gra toczy się o naprawdę wysoką stawkę. Nie ma więc czasu na grymasy, musisz podejść do tego na bardzo poważnie. Im bardziej, tym lepiej dla ciebie.
Serena rozważała sobie w głowie te słowa. Wiedziała, że Luna ma rację, choć nie podobała się jej metoda pozyskania jej osoby do tego zadania. Ostatecznie ta oto Pokemonka obdarzona ludzką mową pozwala sobie na zbyt wiele, werbując ją do swojej krucjaty nawet nie pytając o zgodę. Ale cóż... Być może miała rację, że w taki sposób do tego należy podchodzić? Ostatecznie za wiele od jej czynów teraz zależy. Mimo wszystko Luna mogłaby lepiej podchodzić do ludzi. Jakby przecież nie patrzeć, zmusiła ją do współpracy bez pytania o zgodę i nawet nie raczyła jej o jakże ważnych sprawach informować. Do tego zachowywała dla siebie tajemnice. Nie sprzyjało to bynajmniej dobrej współpracy w przyszłości.

***


Zgodnie z poleceniem Luny, Serena zachowała całkowitą dyskrecję w szkole i nikomu nie opowiedziała o swojej przygodzie. Chociaż bardzo ją kusiło do tego, aby opowiedzieć Dawn lub Ashowi o tym wszystkiemu, jednakże musiała milczeć nawet przed nimi. Sprawiało jej to naprawdę dużą przykrość, ponieważ jak dotąd nigdy nie miała przed tą dwójką żadnych tajemnic. Teraz jednak miała, ponieważ było to konieczne, ale kto powiedział, że konieczność jest przyjemna?
Dlatego rozmowy na szkolnym korytarzu i przed szkołą podczas przerw nie były tego dnia zbyt przyjemne, ponieważ Serena musiała ukrywać przed Dawn i Ashem bardzo ważne sprawy, które ciążyły jej niesamowicie mocno. Tak bardzo chciała się wygadać, paliło ją to od środka, a nie mogła nic zrobić. Musiała milczeć o wszystkim, co się działo ostatnio w jej domu, bo zbyt wiele od tego zależało.
- Sereno, moja droga. Jesteś dzisiaj strasznie milcząca - powiedziała do niej Dawn życzliwym tonem - To do ciebie nie pasuje. Zawsze opowiadałaś mi bardzo ciekawe ploteczki lub co robiłaś poprzedniego wieczoru, a teraz nie tylko milczysz o tym, ale jeszcze chyba nie słuchasz mnie za bardzo.
Serena uśmiechnęła się do dziewczyny przepraszająco i powiedziała:
- Wybacz, Dawn. Nie chcę cię urazić. Po prostu źle spałam w nocy i nieco się źle teraz czuję. Poza tym mama trochę choruje i w ogóle.
- Ojej, choruje? A czy to coś poważnego? - zapytał Ash wyraźnie niespokojny o los matki swojej serdecznej przyjaciółki.
Serena zarumieniła się lekko. Wiedziała, że nie powinna kłamać, bo przecież jej mama nie była chora. To znaczy była mocno osłabiona po tym, co się stało w ich domu poprzedniego wieczoru i została tego dnia w łóżku, aby wypocząć sobie po tych wszystkich ekscesach i wrażeniach, choć oczywiście cały czas powtarzała córce, iż bardzo chciała zobaczyć znowu w akcji Czarodziejkę z Księżyca. Dlatego też nie była chora, raczej osłabiona. Kłamanie o tym, że była chora i to jeszcze jej przyjaciołom nie było zbyt fair, a nawet niebezpieczne. Co będzie, jeżeli któreś z nich zechce odwiedzić jej mamę i złożyć jej życzenia powrotu do zdrowia i wtedy zobaczy jej matkę całą i zdrową? Lepiej było więc w miarę skutecznie z tego jakoś wybrnąć. Dlatego powiedziała:
- Przepraszam, źle się wyraziłam. Mama jest po prostu osłabiona, miała jakieś koszmary w nocy czy coś i nie mogła spać, teraz wypoczywa. Ale ona sama ma się za obłożnie chorą i musi odpoczywać, aby odzyskać siły do życia.
- Aha, rozumiem. Takie buty - zachichotała Dawn, rozumiejąc już wszystko, co mówiła jej przyjaciółka.
Ash i jego siostra uśmiechnęli się zabawnie. Dobrze wiedzieli, że Grace, czyli mama Sereny ma nieraz tendencję do tego, aby przesadnie podchodzić do sprawy swego zdrowia. Nieraz zdarzało się jej mieć ataki hipochondrii i być przekonaną o tym, że jest ciężko chora nawet wówczas, kiedy była tak naprawdę zdrowa, tylko psychicznie nie czuła się najlepiej. Uspokoili się więc, a Serena, choć nadal miała wyrzuty sumienia za okłamywanie przyjaciół, to jednak były one o wiele mniejsze teraz, ponieważ praktycznie powiedziała prawdę, lekko tylko naginając fakty, jak chociażby zmyślając opowieść o koszmarach sennych swojej mamy. Ucieszyło ją jednak, że przyjaciele nie naciskają i nie próbują z niej wycisnąć prawdy wbrew jej woli lub dopytywać się o szczegóły, które zmusiłyby ją do kolejnych kłamstw, a których tak bardzo chciała uniknąć.
Serena spędziła miło czas w szkole, lekcje nie były zbyt trudne, a poza tym były one niesamowicie przyjemną odmianą od dość niezwykłego i zarazem także dość groźnego zadania, którego się podjęła, a raczej, w którego podjęcie się została w sposób naprawdę bezczelny wmanewrowana przez Lunę. Można zatem śmiało powiedzieć, że znalazła ukojenie w szkolnych obowiązkach i rzuciła się w ich wir, aby nie myśleć o tym, co ją jeszcze czekało, a była pewna tego, iż na pewno to nie jest jeszcze koniec.
Gdy wychodziła ze szkoły, to zauważyła Lunę, która uważnie przyglądała się jej, lekko tylko wysuwając głowę zza drzewa. Dała znak łapką na znak, żeby do niej podeszła. Serena więc odczekała, aż tłum uczniów, wśród którego znajdowała się, odejdzie jak najdalej od niej, po czym podeszła do Luny.
- Co się stało? - zapytała ją.
- Słuchaj, odkryłam już, kim jest kolejna Czarodziejka - powiedziała do niej Luna.
- Naprawdę? Kto to taki? I gdzie ona teraz jest?
- To kolejna dziewczyna w twoim wieku. Ale nie było jej dzisiaj w szkole. O ile dobrze zauważyłam, opiekowała się swoim dziadkiem i dlatego musiała przy nim pozostać.
- Rozumiem. Czy ją znam?
- Nie wiem. To taka rudowłosa dziewczyna. Mieszka z dziadkiem niedaleko stąd, tak na obrzeżach miasta.
- Znasz jej imię?
- Nie znam. Ale to teraz bez znaczenia. Musimy się z nią skontaktować i to jak najszybciej, zanim zrobią to agenci królowej Domino.
- W porządku. Chodźmy do niej natychmiast.
Luna uśmiechnęła się delikatnie do Sereny, kiedy to usłyszała.
- Na takie słowa właśnie czekałam, Czarodziejko. Ruszajmy więc!

***


Serena i Luna ruszyły w drogę. Pokemonka ją prowadziła. Dziewczyna szła za nią posłusznie, bardzo zaintrygowana tym wszystkim. W głowie próbowała zaś sobie jakoś ułożyć plan rozmowy z dziewczyną, gdy już ją spotkają. Oczywiście wszystko, co tylko próbowała wymyślić, nie tylko wcale nie kleiło się ze sobą, ale również nie wychodziła z tego jakaś w miarę sensowna rozmowa. I chyba nic w tym dziwnego. Bo przecież jak można było oczekiwać, że bez trudu wejdzie się do domu jakieś dziewczyny, zagada ją i powie się, iż jest ona czarodziejką o wielkiej mocy, która może te moce wykorzystać do uratowania całego świata? To przecież już samo w sobie brzmiało po prostu idiotycznie, irracjonalnie i na tyle bajkowo, że aż niemożliwie. Dlatego nie oczekiwała, że owa Czarodziejka, kim by ona nie była, nie uwierzy jej, jeśli powie jej wszystko, co chce jej powiedzieć. Ponad to jeszcze dochodziło coś innego. Co, jeżeli siły zła już do niej dotarły? Z tego, co miała okazję zobaczyć Serena, było to bardzo możliwe. Te podłe dranie były dość cwane, przynajmniej na tyle, na ile mogła to zobaczyć. W końcu bez większych trudności udało się jej dostać do niej, do Sereny, znaleźć jej dom i choć nie mieli pojęcia, kim jest Czarodziejka z Księżyca, to wiedzieli, że znajduje się w domu pani Evans i to u niej trzeba jej szukać. Co więc przeszkadzało im w tym, aby bez większych trudności odnaleźć rudowłosą Czarodziejkę? Ostatecznie przecież Luna znalazła ją dzisiaj w ciągu paru zaledwie godzin, a skoro ona umiała to zrobić, to na pewno oni również nie musieli mieć z tym jakichkolwiek problemów.
W końcu dziewczyna i Pokemonka dotarli na miejsce. Był nim bardzo ładny dom otoczony niewielkim murem, z ogromnym dziedzińcem, który podzielony był na kilka części. W jednych z nich znajdowały się przyjemnie wyglądające drzewa, w innych grządki z roślinami. Sam dom zaś sprawiał wrażenie bogatego, był on biały z czerwonym dachem, zawierał również w kilku miejscach szklane drzwi. Widać było wyraźnie, że właściciel tegoż miejsca musi posiadać naprawdę dobrą sytuację finansową, skoro stać go było na utrzymanie takiej posiadłości.
- Jesteś pewna, że to tutaj? - zapytała Serena swoją towarzyszkę.
- Oj tak, jestem tego pewna - odpowiedziała Luna i delikatnie się uśmiechnęła - Chociaż chyba wiem, o co ci chodzi. Niekiepski domek, co nie?
- Oj tak, niekiepski. Ja i mama musiałybyśmy chyba całe życie pracować, aby nas było na niego stać.
- Zdecydowanie. No dobrze, to chodźmy.
Podeszli powoli do drzwi i zapukali do nich. Chwilę później nad ich głowami przeleciały jakieś Pokemony ptaki, skrzecząc przy tym groźnie.
- Co to? Strażnicy? - zapytała zaniepokojona Serena.
- Spokojnie, już z nimi rozmawiałam. Nie zrobią nam krzywdy - odparła na to spokojnym tonem Luna - Wiedzą, że przychodzimy w dobrej woli.
- Mam nadzieję, że tak właśnie jest - rzuciła niepewnie Serena.
Ponownie zapukała, ale ponieważ nikt im nie otworzył, nacisnęła ostrożnie i delikatnie klamkę. Drzwi nie były zamknięte na klucz, dlatego też mogła wejść do środka. Skorzystała z okazji i weszła, a za nią uczyniła to także Luna. Obie bardzo uważnie się rozejrzały dookoła. Nikogo nie było.
- Hop-hop! Jest tutaj ktoś?! - zawołała Serena.
Nie wiedziała, czy to, co robi, było mądre, ale mimo wszystko ostatecznie też musiała coś zrobić, aby wiedzieć, czy ktoś jest w domu, czy też nie. Powoli więc zaczęła chodzić po głównym holu w towarzystwie Luny, próbując znaleźć gdzieś dziewczynę, której poszukiwali.
- Jest tutaj ktoś? - zapytała ponownie.
Ponieważ nikt jej nie odpowiedział, zaczęła bardzo ostrożnie zaraz zaglądać do innych pokoi. W jednym z nich zastała dziewczynę ubraną w białe kimono, siedząca sobie spokojnie po turecku na poduszkach, odwrócona plecami do Sereny i Luny. Jej ręce rozłożone po bokach wskazywały na to, że prawdopodobnie ona teraz medytowała. Włosy dziewczyny były rude.
- To ona? - zapytała cicho Serena.
- Nie inaczej - odpowiedziała jej Luna.
Serena podeszła powoli do dziewczyny, która mamrotała coś pod nosem. Nie była pewna, co dokładniej mówi, ale usłyszała pośród nich takie słowa jak: „Dobre duchy” oraz „wspomóżcie go”. Dotknęła delikatnie ramienia dziewczyny, ta zaś poderwała się dziko ze swojego miejsca, odwróciła się gwałtownie, po czym dość ostrym ruchem ręki przykleiła jakiś kawałek papieru do czoła Sereny.
- Idź precz, zły demonie! - krzyknęła rudowłosa.
- Zwariowałaś czy co?! - wrzasnęła na nią Serena.
W rudowłosej i zwariowanej pannicy rozpoznała swoją koleżankę ze szkoły, pannę Misty. Początkowo, gdy ta siedziała do niej odwrócona plecami, nie była w stanie jej poznać, a dodatkowo także nie znała jej domu, nigdy nie miała okazji ani też ochoty, aby ją odwiedzić. Zresztą Misty była raczej typem odludka i nigdy nie zapraszała nikogo do siebie. Z tego powodu raczej mało kto wiedział o tym, gdzie i jak mieszka.
- Serena? To ty? - zdziwiła się Misty, kiedy już rozpoznała osobę, którą nagle zaatakowała tajemniczym papierkiem.
- A kto? Demon? - zapytała poirytowana jej zachowaniem Serena, odklejając sobie prostokątny kawałek papieru, który Misty przykleiła jej do czoła.
Na papierze widniały jakieś japońskie znaki, ale dziewczyna nie umiała ich odczytać.
- Co to jest? - zapytała ze złością Serena.
- Egzorcyzm przeciwko demonom - odpowiedziała jej z lekkim uśmiechem na twarzy Misty - W kulturze Wschodu stosuje się takie do odganiania demonów i innych złych duchów.
- Czy ja ci wyglądam na złego ducha?
- Na ducha nie, ale na złą i owszem.
Misty była ubawiona całą tą sytuacją, czego jednak nie podzielała Serena. Ta bowiem próbowała sobie gwałtownie zetrzeć ręką z czoła resztki kleju, jakie na nim pozostały.
- Wszystkich gości tak traktujesz? - zapytała ze złością.
- Nie, tylko nieproszonych - odparła ironicznie Misty.
Serena wytarła sobie już czoło i popatrzyła uważnie na rudowłosą.
- Słuchaj, nie gniewaj się, że cię nachodzę, ale mam do ciebie bardzo ważną sprawę. Musisz mnie wysłuchać.
- Jaką sprawę? - zapytała Misty.
- Zaraz ci wszystko wyjaśnię - powiedziała Serena.
Nie zdążyła jednak przejść do wyjaśnień, ponieważ chwilę później rozległ się na zewnątrz jakiś głośny krzyk przerażenia. Obie dziewczyny zaniepokojone, gdy to usłyszały, natychmiast skierowały swój wzrok ku oknu. Podbiegły przerażone do niego i zobaczyły wtedy, że w ogrodzie jest Dawn, którą szarpały właśnie jakieś dwie wysokie osoby w czarnych strojach. Serena doskonale je rozpoznała. To byli Jessie i James.
- To Dawn! - zawołała przerażona Misty - Ale kim są ci dwoje, którzy ją teraz szarpią? Nie znam ich.
- A ja ich znam, ale od najgorszej strony - odpowiedziała Serena - To bydlaki i łotry. Ale czego oni chcą od naszej przyjaciółki?
Luna zasyczała ze złości i powiedziała:
- A niech to licho! Że też nie pomyślałam, aby poszukać jej w szkole. Tylko zabrałam się za poszukiwania na mieście.
Serena i Misty odwróciły się za siebie i skierowały swój wzrok na Lunę. Ale na Serenie widok ten nie zrobił żadnego wrażenia, wszak była już doskonale z nim obeznana, z kolei zaś Misty była przerażona. Złapała się za serce i zawołała:
- Zły duch! Demon jakiś!
Luna przewróciła załamana oczami i powiedziała z wyraźnym politowaniem:
- Naprawdę nie stać cię na inne wyjaśnienie?
- Spokojnie, to moja nowa przyjaciółka - odpowiedziała Serena - Nie zrobi ci nic złego. Właśnie ona mnie tutaj przyprowadziła.
- Ona? Właśnie ona? - zdziwiła się rudowłosa - A po co? I kim ona jest?
- Na wszystkie wyjaśnienia przyjdzie jeszcze pora - odparła Luna - Ale teraz musimy się brać do dzieła. Posłuchaj mnie, Misty. Musisz nam pomóc uratować Dawn przed tymi łajdakami.
- No dobrze, ale jak? - zapytała dziewczyna.
- W bardzo prosty sposób - odpowiedziała jej Pokemonka - Wyciągnij prawą dłoń w górę i zawołaj: „Potęgo Marsa, przemień mnie!”.
Misty nie była pewna, czy ma jej posłuchać, ale widząc uśmiechniętą i pewną minę Sereny, zrozumiała, że musi jej posłuchać i to właśnie zrobiła. Wyciągnęła lekko dłoń w górę i zawołała:
- Potęgo Marsa, przemień mnie!
Chwilę później Misty uniosła się lekko w górę, otoczona została poświatą, ubranie na niej zanikło i zostało zastąpione przez strój podobny do marynarskiego mundurku szkolnego, a także czerwoną maskę zasłaniającą jej górną część twarzy. Prócz tego włosy się jej wydłużyły do nienaturalnych rozmiarów, po czym opadła lekko na podłogę. Zdziwiona spojrzała na swoje odbicie w lustrze i zapytała:
- To jestem ja?
- Tak, to ty - odpowiedziała jej Luna - Witaj, Czarodziejko z Marsa.

***


- Zaczynasz mi powoli działać na nerwy - powiedziała Jessie do Dawn, wciąż trzymając mocno ją za poły ubrania i unosząc lekko w górę - Lepiej przestań to robić, bo nie jestem osobą specjalnie cierpliwą.
- Potwierdzam. Ona jest bardzo nerwowa - dodał złośliwie James - Dlatego lepiej powiedz nam, gdzie są pozostałe czarodziejki i jak możemy je znaleźć.
Dawn była niesamowicie przerażona. Pociła się gwałtownie, serce mocno mu biło w piersi, a ciało drżało ze strachu.
- Już wam mówiłam sto razy, nie wiem, kim są te całe czarodziejki. Ani jak się do nich dostać - powiedziała - I nie wiem, dlaczego sądzicie, że ja mogę coś o tym wiedzieć.
- Ona chyba naprawdę tego nie wie - stwierdził James, uważnie przyglądając się dziewczynie.
Jessie również popatrzyła w twarz Dawn, pomyślała przez chwilę i dodała:
- Chyba masz rację. Trudno, tak czy inaczej, nasze sensory nie mogą kłamać. Ta dziewucha musi być kolejną czarodziejką. Musi też mieć w swoim ciele kolejny fragment Srebrnego Kryształu.
- Więc na co jeszcze czekamy? Wydobądźmy go! - zasugerował James.
Jego wspólniczka uśmiechnęła się podle, po czym puściła Dawn i zaraz po tym wypowiedziała zaklęcie. Jej ofiara wówczas uniosła się w górę, rozłożyła ręce w bezradnej niemocy, a z jej gardła dobył się dziki krzyk bólu. W tej samej chwili z piersi wysunął się jej niewielki kawałek kryształu barwy niebieskiej. Jessie z zadowoleniem wyciągnęła ku niemu dłonie, ale wtem w jej dłonie uderzył silny jasny promień. Kobieta syknęła z bólu, kamień upadł na ziemię, podobnie zresztą jak i Dawn. Jessie spojrzała ze złością w kierunku, z którego dobiegł ją atak, a tam dostrzegła dobrze już jej znane postaci Czarodziejki z Księżyca, Luny i Fennekina. Wraz z nimi była jeszcze jedna czarodziejka, której tożsamości jeszcze nie znała ani ona, ani jej wspólnik.
- Zostawcie ją! - zawołała ze złością w głosie Czarodziejka z Księżyca.
- No proszę, nasza stara znajoma - powiedziała złośliwie Jessie - I chyba ktoś jeszcze, kogo nie mieliśmy przyjemności poznać.
- Tak, nasza znajoma przyprowadziła koleżankę - dodał James niemalże tym samym tonem, co jego wspólniczka - I to chyba tą, której poszukiwaliśmy.
- Zależy, kogo poszukiwaliście - powiedziała druga czarodziejka - Ja jestem Czarodziejka z Marsa, a wy macie teraz solidnie przechlapane.
- Doprawdy? A co nam zrobisz, panienko? Zechcesz nam sprawić lanie?
Po tych słowach Jessie ryknęła gromkim śmiechem, podobnie jak i James.
- Dobra, pokaż im teraz, że nie żartujesz - powiedziała Luna do Czarodziejki z Marsa.
Ta zaś, korzystając z jej wcześniejszych poleceń, złączyła ze sobą mocno oraz bardzo silnie palce wskazujące obu dłoni, po czym wyleciał z nich dość spory słup ognia, który o mało nie uderzył w Jessie i Jamesa, ci jednak w ostatniej chwili się zdołali uchylić i pocisk nie doleciał do celu.
- No proszę, nasza mała dziewczynka umie gryźć - powiedziała Jessie, a jej głos przemienił się z milutkiego i rozbawionego w wyjątkowo okrutny.
- Poddajecie się? - zapytała Czarodziejka z Księżyca.
- Chyba śnisz! - zawołał James - My się dopiero rozgrzewamy.
On i Jessie szybko pozbierali się, po czym wydobyli pokeballe, które rzucili przed siebie z dzikim impetem. Z obu kul wyskoczyły nagle jakieś stwory, bardzo podobne do Pokemonów, jednakże mające czerwone, nienaturalne oczy. Serena już miała styczność z podobnym zjawiskiem, dlatego też bez trudu rozpoznała, z czym mają teraz do czynienia.
- Demony - wyszeptała do Misty - Musimy z nimi walczyć.
Czarodziejka z Marsa uśmiechnęła się lekko i odparła:
- Na demony mam swoje sposoby.
Gdy jeden z przerażających stworów skoczył w jej stronę, Czarodziejka bez choćby cienia strachu wydobyła nie wiadomo skąd niewielki papier z wypisanym na nim egzorcyzmem, powtarzając po cichu:
- Idź precz, demonie. Idź precz... Idź precz... Niech to miejsce wolne będzie od ciebie dziś i na zawsze.
Po tych słowach, przykleiła dzikim ruchem ręki kartkę do czoła stwora. Ten zaryczał groźnie i rozpłynął się w powietrzu. Czarodziejka zadowolona odetchnęła z ulgą, ale jej radość szybko minęła, kiedy zobaczyła swoją przyjaciółką, jak ta z trudem próbuje odeprzeć ataki kilku demonów naraz. Pomagał jej w tym wierny jak zawsze Fennekin, jednak demony silnie się trzymały i nic nie wskazywało na to, aby miały one zostać zmuszone do ucieczki.
- Słuchaj, nie obraziłabym się, gdybyś mi trochę pomogła - powiedziała nie bez cienia złośliwości Serena.
Misty uśmiechnęła się po przyjacielsku i nieco zawadiacko zarazem, po czym skrzyżowała ze sobą palce wskazujące obu dłoni i wystrzeliła z nich bardzo duży strumień ognia, jeszcze większy niż poprzedni. Strumień ten uderzył w jednego z demonów, spalając go i niszcząc. Fennekin spojrzał zdumiony na czarodziejkę, najwyraźniej dziwiąc się, że on też atakował ogniem demony i jakoś jego ogień nie był w stanie ich zniszczyć, tylko lekko je ranił. Pomyślał, że widocznie ataki magii Czarodziejki z Marsa muszą być znacznie silniejsze niż jego.
Przy wsparciu Misty, Serena zaczęła o wiele łatwiej radzić sobie z demonami, które ją atakowały. Obie czarodziejki ramię w ramię walczyły, wspierane cały czas przez dzielnego Fennekina. Tymczasem Luna podbiegła do leżącej wciąż na ziemi Dawn i zawołała do niej:
- Wstawaj, Czarodziejko! Musisz im pomóc!
Dawn spojrzała na nią zdumiona i przerażona zarazem, nie bardzo wiedząc, co powinna zrobić.
- Ty... Ty mówisz? - zapytała, nie kryjąc przy tym swego szoku.
Luna wywróciła ze złości oczami i mruknęła:
- Serio? Gadający kot w tej sytuacji najbardziej cię dziwi?
- Nie, ale w połączeniu z tym wszystkim...
- Nie mamy teraz czasu na pogaduszki i wyjaśnienia. Czarodziejki potrzebują twojej pomocy. Musisz więc się wziąć w garść i im pomóc.
- Pomóc? Ale jak?
- W bardzo prosty sposób - odpowiedziała Luna - Wstań, podnieść prawą rękę w górę i zawołaj: „Potęgo Merkurego, przemień mnie!”.
Dawn zdziwiła się jej prośbą, ale wykonała ją. Korzystając z tego, że Jessie i James byli nazbyt zajęci posyłaniem do walki kolejnych demonów, podniosła się szybko z ziemi, wyciągnęła w górę prawą rękę i zawołała:
- Potęgo Merkurego, przemień mnie!


Chwilę później uniosła się powoli w górę, po czym została otoczona przez jakąś magiczną poświatę. Poczuła, że nie ma na sobie ubrania i instynktownie się osłoniła, ale to uczucie nie trwało jednak długo, gdyż prędko na jej ciele zjawiło się nowe ubranie, strój niezwykle podobny do tego, jaki nosiły poprzednie dwie czarodziejki, ale z niebieskimi dodatkami. Jej głowę ozdobił taki sam diadem, jaki zdobył czoła jej koleżanek, tylko z niebieskim kamieniem, a górną część twarzy jej ozdobiła spora maska, wyglądająca trochę jak wielkie okulary lub maska na jakiś karnawał. Taka sama, jaką miały na sobie Czarodziejka z Księżyca i Czarodziejka z Marsa, ale jej była oczywiście niebieska. Opadła powoli na ziemię w takim oto stroju i zaczęła na siebie spoglądać w lekkim szoku.
- Wow... Naprawdę nie wiem, co powiedzieć, poza... Wow!
Luna uśmiechnęła się do niej nieco ironicznie i powiedziała:
- Później będziesz podziwiać swój wygląd. Teraz musisz dołączyć do swoich przyjaciółek i walczyć, Czarodziejko z Merkurego.
- Walczyć? Ale jak? W jaki sposób mam walczyć? Jaką moc posiadam?
- Spokojnie, poczujesz instynktownie. Ruszaj!
Czarodziejka z Merkurego, gdyż teraz nią stała się Dawn, ruszyła w kierunku Jessie i Jamesa i krzyknęła do nich:
- Hej, mogę się wtrącić?!
Po tych słowach poczuła rzeczywiście instynktownie, co powinna zrobić. Jej obie dłonie skrzyżowały się w coś na kształt dzióbka, z którego wyleciał potem wielki strumień wody. Uderzył on w oboje przeciwników, będącymi wówczas w zbyt wielkim szoku, aby jakkolwiek zareagować. Porwaniem strumieniem wody polecieli dziko za siebie i uderzyli w mur otaczający cały budynek.
- Co się dzieje?! - zawołał zdumiony James, masując sobie obolałe plecy.
- Kolejna czarodziejka dołączyła do paczki - odparła Jessie, patrząc ze złością na napastniczkę.
Dawn tymczasem nie przejmowała się nimi, tylko z miejsca dołączyła do walki, jaką toczyły Czarodziejki z Księżyca i z Marsa. Złączyła ze sobą ponownie palce, ale tym razem w inny kształt i wypuściła z nich spory strumień bąbelków, które zaatakowały napastników. Jednego z nich roztrzaskały na kawałki, kolejnych zaś osłabił, ale częściowo także rozjuszył i sprawił, że teraz ich atak skupił się na nowej czarodziejce. Na szczęście, mocno już osłabione walką Serena i Misty, w tej chwili zdołały zebrać wszystkie siły i wesprzeć atakowaną Dawn, wskutek czego demony znalazły się w krzyżowym ogniu z trzech różnych stron, atakowane przez moce ognia, wody i Księżyca. Oczywiście, nie mogły one w ten sposób skutecznie walczyć i dlatego szybko zostały unicestwione, co doprowadziło do furii Jessie i Jamesa.
- Rozwaliły nasze demony! - wrzasnęła pani generał - Dość już tej zabawy! Chyba musimy osobiście interweniować!
Zanim zdążyła jednak zrobić ruch ręką i wypuścić z niej jakieś ponure moce, w jej dłoń uderzyło coś ostrego i twardego. Blisko jej nóg wbiła się ze świstem w ziemię piękna, czerwona róża, którą ktoś musiał mocno rzucić w jej kierunku jak nożem. Spojrzała wraz z Jamesem w kierunku, z którego ów pocisk przyleciał i zauważyła wówczas stojącego na dachu budynku Tuxido, uśmiechającego się do nich w złośliwy sposób.
- Wybaczcie, ale muszę wam przerwać tę zabawę. Była przyjemna, ale każda zabawa musi się kiedyś skończyć.
- O nie! To znowu on! - jęknął przerażony James - Znowu wszystko popsuje! I co teraz robimy?
- Biorąc pod uwagę fakt, że przeciwnicy mają przewagę liczebną, sugeruję jak najszybszy odwrót - odpowiedziała mu Jessie.
Oboje pozbierali się szybko z ziemi i rzucili do ucieczki, na ich drodze jednak stanęły czarodziejki w pozach bojowych.
- Nigdzie nie idziecie! - zawołała Czarodziejka z Marsa.
- Przykro mi, ale jak powiedział wasz przyjaciel, koniec imprezy - odparła na to złośliwie Jessie, po czym wyjęła coś zza pazuchy i cisnęła tym dziko o ziemię. Wtedy podniósł się ogromny tuman kurzu, który odebrał na chwilę widoczność naszym bohaterkom, a kiedy opadł, to przeciwników już nie było. Zniknęli gdzieś w labiryncie ulic miasta.
- Uciekli nam! - syknęła ze złości Czarodziejka z Marsa.
- Spokojnie, jeszcze ich złapiemy - uspokoiła ją Czarodziejka z Merkurego.
Przyjaciółka z Marsa spojrzała na nią zaintrygowana i powiedziała:
- No proszę, a więc jest nasz teraz trójka.
- Tak i całkiem przyjemnie się z wami walczy - odpowiedziała Dawn - Choć nadal nie rozumiem wszystkiego, co się tu stało.
- Spokojnie, na wyjaśnienia przyjdzie czas później - odparła Luna i rozejrzała się nerwowo dookoła siebie - Gdzie jest kryształ?
- Jaki kryształ? - zapytała Czarodziejka z Księżyca.
- Ten, który wydobyli z ciała Czarodziejki z Merkurego - wyjaśniła kotka i spojrzała pytająco na wyżej wspomnianą osobę.
- Nie wiem, nie patrzyłam na niego - rozłożyła bezradnie ręce Dawn.
Czarodziejki zaczęły rozglądać się dookoła siebie, ale nigdzie nie dostrzegły przedmiotu swoich poszukiwań.
- Wygląda na to, że zabrali go ze sobą - stwierdziła Serena.
- To niedobrze - powiedział Tuxido, zwinnie zeskakując na ziemię, a wraz z nim uczynił to towarzyszący mu Pikachu - Każdy kawałek Srebrnego Kryształu w rękach naszych wrogów przybliża ich do zwycięstwa nad nami.
- Może ktoś mi dokładniej wyjaśnić, kim są ci „nasi wrogowie” i czego oni od nas chcą? - zapytała Czarodziejka z Merkurego.
- Właściwie, to sama chciałabym to wiedzieć - dodała Czarodziejka z Marsa.
- Spokojnie, na wszystko przyjdzie właściwa pora - odparła Luna - Ale teraz powinniśmy jak najszybciej stąd odejść, a wcześniej wydobyć z ciała Czarodziejki z Marsa kolejny kawałek Kryształu.
- Z mojego ciała? To ten kamyczek jest też i we mnie? - zapytała przerażona i też nieco zdegustowana Misty.
- Tak i musimy go z ciebie wydostać, zanim oni cię dopadną i to zrobią.
- Nie ma mowy! Nie pozwolę niczego z siebie wydobywać. Widziałam, jakie to jest bolesne. Nie zamierzam pozwalać się wam tak traktować.
- Spokojnie, nie panikuj. Oni robili to boleśnie, bo pracują dla sił mroku. Nie znają innych metod działania. My zrobimy to inaczej.
- Racja. Pozwólcie mnie - wtrącił się do rozmowy Tuxido.
Podszedł do Czarodziejki z Marsa, wyciągnął ku niej rękę i wyszeptał pod nosem jakieś zaklęcie. Chwilę później Misty lekko szarpnęło, potrząsnęło, a chwilę potem z jej ciała wynurzył się niewielki, czerwony kamień, unoszący się delikatnie w powietrzu. Tuxido zadowolony złapał kamień do ręki i wsunął go do małego puzderka, które wydobył z kieszeni.
- Lepiej będzie, jeżeli ja będę tego strzegł - powiedział z nieco zawadiackim uśmiechem na twarzy - Wy macie nieco inne zadanie do wykonania.
- Rozumiem, że ty w wykonaniu tego zadania nam nie pomożesz? - zapytała ze złośliwym tonem Misty.
- Przestań, przecież on już nam pomaga. Czemu miałby dalej tego nie robić? - spytała ze złością w głosie Serena.
- Nie inaczej, moje słodkie czarodziejki - odpowiedział jej Tuxido, po czym lekko dotknął palcami podbródka Sereny - Każde z nas musi wykonywać swoje zadanie, ale moje wiąże się bezpośrednio z waszym. I nie bójcie się. W razie czego zawsze chętnie wam pomogę, gdy tylko będę w pobliżu.
Serena poczuła, że rumieni się na obu policzkach pod wpływem dotyku tego tajemniczego nieznajomego wybawcy. Nie wiedziała, co ma mu odpowiedzieć, ale po chwili zdołała wykrztusić z siebie kilka słów.
- Na pewno tak będzie. Wierzymy w ciebie.
- Dziękuję za wiarę, Czarodziejko z Księżyca - rzekł pieszczotliwie Tuxido - Mam nadzieję, że któregoś dnia będziemy mogli zdjąć maski i spojrzeć sobie w oczy bez nich.
- Również mam taką nadzieję - odparła na to Serena, jeszcze mocniej się przy tym rumieniąc.
Tuxido uśmiechnął się i pocałował ją delikatnie w usta, po czym zwinnie jak kot przeskoczył nad głowami wszystkich czarodziejek, a następnie pobiegł przed siebie, znikając po chwili z oczu swoich przyjaciółek.
- Kim jest ten koleś? - zapytała Czarodziejka z Marsa.
- To nasz sojusznik, Tuxido - odpowiedziała Luna - Dwa razy już wsparł nas w walce z siłami zła.
- Jest bardzo waleczny - powiedziała Czarodziejka z Merkurego.
- Tak i niesamowicie bezczelny - odparła Czarodziejka z Marsa.
- Możliwe, ale i niesamowicie słodki - westchnęła zachwycona Czarodziejka z Księżyca, wypatrując w oddali kształtu jego powiewającej na wietrze peleryny.
Dawn i Misty, widząc jej zachwyt, parsknęły śmiechem, ubawione na całego tym widokiem.
- Dobra, dość już tych śmichów-chichów - rzuciła po chwili Czarodziejka z Marsa - Chyba już pora, żeby ktoś nam wyjaśnił, o co dokładniej tutaj chodzi.
- Racja, należą się nam chyba jakieś wyjaśnienia - dodała Czarodziejka z Merkurego.
- Spokojnie, zaraz wszystko wam wyjaśnię - powiedziała Luna - Ale lepiej już zmieńmy miejsce. Tu nie najlepiej się rozmawia.

***


Królowa Domino patrzyła ze złością na Jessie i Jamesa, stukając nerwowo palcami w oparcie swojego tronu.
- Nie tego się po was spodziewałam, moi generałowie - powiedziała, powoli wypuszczając słowa z ust - Nie takiego raportu od was oczekiwałam.
- Bardzo przepraszamy, Wasza Wysokość - odparła przepraszającym tonem Jessie - Naprawdę nie wiemy, jak mogło do tego dojść. Gdyby nie ten Tuxido...
- Nie obchodzą mnie wasze wymówki - stwierdziła ponuro królowa Domino - Nimi nie zdołam nakarmić naszego pana, podobnie jak i nie zdołam przejąć nad tym światem władzę.
- Osiągnęliśmy jednak pewien sukces. Mamy jeden z kawałków Kryształu - powiedział James, oczekując chociaż jednej pozytywnej opinii od swej władczyni.
Królowa jednak nie sprawiała wrażenie zadowolonej z takiego obrotu spraw.
- Jeden z kawałków to za mało. Oni mają już dwa. Ponieśliście porażkę na wszystkich możliwych frontach.
- Następnym razem, Wasza Wysokość, pójdzie nam lepiej - rzekła Jessie.
- Następnym razem? - spytała złośliwie Domino - O nie, moi przyjaciele. Nie będzie następnego razu. W każdym razie nie dla was. Odbieram wam tę sprawę.
- Ależ Wasza Wysokość...
- Milcz, Jessie! Wasze tłumaczenia i wymówki nic mnie nie obchodzą. Dość się już ich nasłuchałam. Oczekuję efektów, a nie tłumaczeń. Dostaliście ode mnie swoją szansę. Zmarnowaliście ją. Wasza strata. Teraz ktoś inny podejmie się tego zadania.
Jessie i James przerażeni spojrzeli na siebie, a potem na królową i już chcieli zaprotestować, jednak jej surowe spojrzenie odebrało im resztki odwagi i dlatego zachowali milczenie.
- Teraz zajmą się tym Butch i Cassidy.
Jak na zawołanie, w sali tronowej zjawili się kolejni generałowie w szarych mundurach wojskowych. Też byli to mężczyzna o kobieta. Mężczyzna był wysoki i szczupły, miał zielone włosy i ponurą twarz, kobieta była mu równa wzrostem, miała ciemno-żółte włosy i złośliwość wymalowaną na fizjonomii. Oboje najpierw skłonili się swej władczyni, a potem z pogardą spojrzeli na Jessie i Jamesa, którzy zareagowali na to, zgrzytając zębami ze złości.
- Tych dwoje tutaj zawiodło moje oczekiwania i nie dostarczyło mi Srebrnego Kryształu, choć otrzymali ode mnie wszystkie niezbędne do poszukiwań rzeczy, nawet lokalizator fragmentów Kryształu. Zawiedli moje oczekiwania i dlatego nie zamierzam dłużej powierzać im tego zadania. Teraz powierzam je wam. Zadbajcie o to, aby mnie nie zawieść.
- Nie zawiedziemy, Najjaśniejsza Pani - powiedział Butch, kłaniając się nisko królowej Domino.
- Wykonamy nasze zadanie - dodała złośliwie Cassidy, również wykonując ukłon w kierunku swojej władczyni.
Następnie oboje spojrzeli na Jessie i Jamesa, uśmiechając się podle.
- Nie bójcie się, nie zapomnimy o was, gdy już wygramy - powiedział Butch.
- Postaramy się o to, aby nie zabrakło dla was zajęcia, kiedy już będzie po wszystkim - dodała Cassidy - Lochy przecież same się nie posprzątają, czyż nie?
Jessie i James zacisnęli ze złością pięści, patrząc wściekle na swoich rywali, którzy ruszyli przed siebie, aby wypełnić powierzone im zadanie.
- Jeszcze zobaczymy, kto będzie sprzątał lochy - wysyczała ze złością Jessie.
- Pożałują tego, że z nas kpili - dodał po cichu James.


C.D.N.

niedziela, 7 marca 2021

Przygoda 124 cz. II

Przygoda CXXIV

Czarodziejka z Kalos cz. II


Pamiętniki Sereny c.d:
Następnego dnia wstaliśmy z łóżka, ubraliśmy się i zjedliśmy śniadanie, po czym udaliśmy się od razu do pokoju Cleo, w którym leżała niedoszła zabójczyni. Chociaż próbowała posłać nas do Krainy Wiecznych Przygód, nie umieliśmy czuć do niej nienawiści. W każdym razie Ash nie umiał. Mnie ta paniusia już naprawdę mocno wkurzała. Mój mąż przecież nie zabił jej siostry i choć jestem w stanie ją zrozumieć, jak i to, że nie umie tak po prostu w to uwierzyć, to jednak chyba znała ona na tyle Asha, aby wiedzieć, iż oskarżenie to jest całkowicie absurdalne. Ale cóż... Widocznie nie znała ona mojego męża na tyle dobrze, aby wiedzieć coś, co dla mnie było oczywiste. Zdecydowanie byłam zdania, że panna Winter powinna się leczyć i to porządnie. Leczyć na głowę, oczywiście nie w taki sposób, jaki teraz miał miejsce, gdyż to nie jej ciało było chore, a umysł. Chociaż, biorąc pod uwagę ostatnie zdarzenia, ciało do kompletu także było już chore.
- I co z nią, panie doktorze? - zapytał Ash, kiedy lekarz wychodził z pokoju Cleo - Czy można ją odwiedzić?
- Odzyskała przytomność? - dodałam.
Pikachu oraz Buneary dodali za pomocą pisku swoje pytania na temat stanu zdrowia dziewczyny.
- Już lepiej, choć nadal nie odzyskała przytomności. Możecie ją odwiedzić, ale nie próbujcie jej wybudzać na własną rękę. Potrzebuje czasu, aby w pełni dojść do siebie. Wszystko, co ważne, wymaga czasu.
Po tych słowach lekarz wyszedł, a my powoli weszliśmy do pokoju. Niedługo potem dołączyli do nas Anabel z Ridleyem i Nowa Meloettą. Siedzieliśmy przy nieprzytomnej Cleo, starając się przestrzegać poleceń lekarza i nie budzić rannej, aby w pełni wypoczęła.
- Czy ona w ogóle ma jakąś szansę się wybudzić? - zapytałam.
Nowa Meloetta zapiszczała potakująco, a Anabel powiedziała:
- Meloetta nie wyczuwa w jej obecności śmierci. Tanatos nie zamierza jej stąd zabierać, w każdym razie jeszcze nie teraz. Zatem szanse są duże. Zresztą lekarz sam powiedział, co i jak.
- Odkąd w szpitalu powiedzieli mi, że mam stwardnienie rozsiane, którego wcale nie miałam, mam pewne wątpliwości, co do nieomylności lekarzy - rzuciłam z lekką złośliwością i spojrzałam na Cleo - Oby jednak miał rację. Żal mi jej. Ash ma rację, ona nie jest złą osobą. Domino ją omotała i wmówiła różne bzdury na temat Asha i mnie. A zwłaszcza na temat Asha.
- Właśnie, to przykre - powiedział smutno mój mąż - Przecież poznaliśmy się jako przyjaciele i byliśmy nimi do czasu, aż ta podła kreatura, moja kuzyneczka, wmówiła jej te swoje brednie.
- Domino nie żyje i nie może już niestety odszczekać tego wszystkiego, co na ciebie nagadała - powiedziałam - A zresztą, nawet gdyby nadal żyła, to raczej i tak by tego nie zrobiła.
- Pika-pika-chu - zapiszczał smętnie Pikachu.
- Zostaje nam tylko mieć nadzieję, że Cleo sama pójdzie po rozum do głowy - dodał Ridley - Wiem, że to nie jest łatwe, ale spróbujmy ją mieć.
- Co jak co, ale tego nam nie brakuje - odpowiedział mu Ash i lekko się przy tym uśmiechnął - Nadzieja zawsze popychała nas do zwycięstwa.
- Tym razem też tak będzie - powiedziała Anabel i również się uśmiechnęła - Trzeba tylko wystarczająco długo poczekać.
Nieco później wyszliśmy z Ashem i naszymi Pokemonami z pokoju. Anabel z Ridleyem i Nową Meloettą pozostali na miejscu, aby czuwać nad Cleo i móc być świadkami tego, jak się dziewczyna wybudzi i powiadomić nas o tym.
- Korzystajcie z atrakcji na statku, póki jeszcze nim płyniecie - poradził nam Ridley - Jak wrócicie na ląd, to skończą się atrakcje, a zaczną się obowiązki.
Posłuchaliśmy tej rady i poszliśmy zwiedzać pokład. Pomimo października, pogoda była na tyle ciepła, abyśmy sobie mogli na to pozwolić. Atrakcji było na statku kilka i korzystaliśmy z nich, głównie z możliwości spacerowania po całym pokładzie. Jakoś zawsze lubiłam spacery z Ashem i nasze rozmowy o wszystkim i o niczym. Sprawiały mi przyjemność, a prócz tego czułam się cudownie, kiedy tym się zajmowaliśmy. Ash zawsze mnie bardzo dobrze rozumiał i umiał ciekawie ze mną rozmawiać, a dodatkowo jeszcze cudownie się w jego obecności milczało. Ktoś mądry, nie pamiętam już kto, powiedział mi, że jeżeli para doskonale się przy sobie czuje, to może równie dobrze nie tylko ze sobą rozmawiać, ale i milczeć ze sobą, nie będzie to im przeszkadzać, ponieważ ich uczucie jest tak wielkie, aby im dawać szczęście zawsze, cokolwiek by nie robili. Jeśli chodzi o mnie i Asha, to z całą pewnością te słowa idealnie tutaj pasowały. Oboje czuliśmy się przy sobie tak dobrze, że mogliśmy godzinami rozmawiać ze sobą o różnych rzeczach, a także milczeć w swoim towarzystwie przez dłuższą chwilę i jakoś wcale się z tym źle nie czuliśmy. Teraz też tak było, gdy spacerowaliśmy po pokładzie i po długiej i miłej rozmowie, przeszliśmy do milczenia.
Stanęłam tuż przy relingu i lekko się o niego oparłam.
- Za jakieś kilka dni będziemy na miejscu - powiedziałam po chwili - Ciekawi mnie, jak bardzo zmieniło się Kanto pod naszą nieobecność. A zwłaszcza nasza ukochana Alabastia.
- Alabastii jeszcze długo nie zobaczymy - odparł Ash i też oparł się o reling - Nie zapominaj o tym, że mamy przecież odbyć szkolenie w akademii policyjnej w Wertanii. To zajmie nam jakiś czas, dlatego do Alabastii powrócimy chyba dopiero w przyszłym roku.
- No tak, zapomniałam o tym - westchnęłam ze smutkiem - Cieszę się, że nas doceniają jako detektywów, ale i tak jakoś będzie mi brakować naszego kochanego miasteczka i jego okolic. I tych zagadek, które tam prowadziliśmy.
- Spokojnie, Alabastia bez nas na pewno sobie odpoczęła od poważniejszych spraw do rozwiązania - zachichotał Ash - Jestem tego pewien. Bo widzisz, jak my tam jesteśmy, to ciągle tam się coś dzieje.
- A teraz to pewnie wszyscy tam umierają z nudów - parsknęłam śmiechem.
- Właśnie. Sam bym tego lepiej nie ujął - odpowiedział mi wesoło mój mąż - Dlatego dajmy się nacieszyć wszystkim mieszkańcom Alabastii tą słodką nudą.
- I pozwolić im na nią umrzeć? O nie, mój kochany. Prędzej czy później, nuda się człowiekowi znudzi i chce on znowu ruszyć do akcji, w pościg za bandytami i innymi łajdakami. A spokojni mieszkańcy Alabastii z pewnością dziwnie się czują bez Sherlocka Asha rozwiązującego kolejną sprawę.
- Tak sądzisz?
- Jestem tego pewna. Nasze zagadki to już norma w tym mieście. Na pewno już wszyscy do nich przywykli i muszą się czuć dziwnie skołowani, gdy ich nagle nie zaznają.
- Misty by powiedziała, że raczej mieszkańcy miasta cieszą się, iż panuje w nim chwilowo spokój.
- Tak, ale wiesz, Ash... Za dużo spokoju może się źle odbić na zdrowiu, a już zwłaszcza psychicznym.
Mój mąż parsknął śmiechem, wyraźnie ubawiony moimi słowami. Natomiast ja podeszłam powoli do relingu i oparłam się o niego dłońmi, spoglądając z uwagą przed siebie, w tę bezkresną dal, która przede mną widniała. Widok ten był dla mnie naprawdę piękny. Gdzie nie spojrzeć, horyzont morza oraz zero lądu. Krótko mówiąc, jedno wielkie nieznane. Taki widok jest zatrważający, a zwłaszcza, kiedy koniecznie musisz dobić do brzegu, a nie możesz, bo ciągle tylko masz przed sobą morze. Ale też i piękny, bo przecież nieznane jest niezwykle kuszące, a zwłaszcza wtedy, gdy jest się ciekawskim i pragnie się odkryć to, co jest przed nami całkiem niedostępne. Nieznane kusi do poznania, a horyzont do tego, aby wyruszyć w jego kierunku i poznać to, co jest za nim. Nic dziwnego więc, że tak wielu ludzi zostaje marynarzami. Perspektywa wyruszenia za horyzont i poznania, co tam jest, bywa nad wyraz kusząca. Sama czasami ją czułam, podobnie jak i Ash. Choć ja dobrze wiedziałam, co jest za horyzontem, w który się wpatrywałam, to jednak ten jakże majestatyczny widok królestwa Posejdona miał w sobie coś romantycznego, choć i też groźnego. W końcu za dobrze wiedziałam, jakie groźne istoty potrafiły czaić się w morskich głębinach. Co prawda nie zamierzałam się chwilowo w nich ani na chwilę zanurzyć, ale nie zawsze człowiek płynący statkiem spokojnie dotrze sobie do celu swojej podróży. Niekiedy przez niezwykły zbieg okoliczności, takie jak sztorm lub coś w tym stylu, człowiek kończy jako rozbitek lub pokarm dla ryb. Dlatego podróże po morzu są ryzykowne, ale nie mogę powiedzieć, aby nie miały w sobie czegoś pięknego, bo mają. Choćby takie widoki jak ten, w który właśnie się wpatrywałam.


Gdy tak obserwowałem horyzont przed sobą, przypomniałam sobie tę słynną scenę z filmu „Titanic” i naszła mnie ochota, aby zrealizować ją, oczywiście nie tak dosłownie, ponieważ nie chciałam wspinać się stopami na reling, trochę za bardzo się bałam, że wypadnę za burtę. Stanęłam więc po prostu przy barierce, po czym rozłożyłam ręce na boki i powiedziałam:
- Ja lecę! Ja lecę!
Ash chyba domyślił się, do jakiej sceny nawiązuję i z jakiego filmu pochodzi ona i z uśmiechem na twarzy podszedł do mnie, ujął mnie za ręce od tyłu, po czym czule wyszeptał na moje ucho:
- Leć, Józefino, latającą machiną.
Wzruszona tą piękną sceną, przekręciłam lekko głowę w stronę mojego męża, po czym czule pocałowałam go w usta.
- Jaka piękna scena - odezwał się nagle pewien dziewczęcy głos.
Odwróciliśmy się oboje za siebie i zauważyliśmy, że stoi za nami dziewczyna w wieku około czternastu lub piętnastu lat, mająca sięgające jej do ramion różowe włosy i jasno-fioletowe oczy. Ubrana była w białą sukienkę z różowymi dodatkami oraz białe buciki. Wyglądała nad wyraz uroczo. Przy jej nogach kręcił się niewielki Pokemon wyglądający jak mały brązowy pluszowy miś, ale z białym półksiężycem na czole.
- Witajcie. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam - powiedziała dziewczyna nieco nieśmiałym tonem - Chciałam tylko do was zagadać. Płyniecie do Kanto?
- Owszem, właśnie tam - odpowiedziałam jej przyjaźnie - Ty także?
- Tak, a konkretnie do Wertanii.
- Poważnie? My też.
- Serio? To super. Będę miała więcej czasu, aby się z wami nagadać - odparła na to wesoło dziewczyna, uśmiechając się od ucha do ucha - O ile oczywiście to nie jest dla was kłopot, państwo Ketchum.
Spojrzałam na nią zaintrygowana jej słowami. Czyżby ona nas znała? A może po prostu widziała nas w gazecie z okazji jakieś sprawy i nas rozpoznała? Zatem kim ona była? Jakąś fanką? Czy starą znajomą, której nie umieliśmy sobie jakoś przypomnieć?
- A skąd wiesz, jak się nazywamy? - spytałam.
- W regionach wielu ludzi was zna. A w Kanto to chyba każdy - powiedziała wesoło dziewczyna.
- Jesteś z Kanto? - zapytał Ash.
- Obecnie mieszkam w Kanto, ale pochodzę z Wysp Oranżowych, z miasta Fula.
Asha nagle coś olśniło, gdy usłyszał tę nazwę. Spojrzał z uwagą w kierunku dziewczyny i powiedział:
- Miasto Fula? Zaraz... My się znamy?
- Oczywiście, że tak - zachichotała dziewczyna - Nie poznajesz mnie? Jestem Margo. Margo Farge. Pamiętasz mnie?
Ash przyjrzał się uważnie dziewczynie, po czym uśmiechnął się delikatnie, a jego twarz pojaśniała.
- Margo Farge z Fula City? Córka burmistrza Olivera Farge’a?
Dziewczyna pokiwała wesoło głową na znak potwierdzenie.
- Pamiętasz mnie?
- No pewnie, że pamiętam! Jak mógłbym zapomnieć moją przyjaciółkę?!
Margo uśmiechnęła się radośnie, po czym rzuciła się Ashowi na szyję, mocno go ściskając i wołając:
- Miło cię znowu widzieć, Ash! Minęło tak wiele czasu.
Po tych słowach puściła go, powitała czule Pikachu, po czym spojrzała na mnie, nie tracąc wciąż uśmiechu na swojej twarzy i mówiąc:
- A ty jesteś Serena, prawda? Żona Asha? Miło mi cię w końcu poznać. Macy dużo o tobie opowiadała.
Macy, no jasne. A kto inny mógłby jej o nas opowiedzieć, jak nie ta wariatka, ta nawiedzona fanka mojego ukochanego, założycielka jego fanklubu?
- No tak, Macy. Pewnie więc należysz do fanklubu założonego przez nią, co nie? - bardziej stwierdziłam niż spytałam.
- A tak, to prawda - odpowiedziała mi wesoło Margo - Ale wiesz, trudno by było do niego nie należeć. Zwłaszcza po przygodach, jakie przeżyliśmy z Ashem w Fula City.
- To prawda. To zamieszanie z Zeraorą było naprawdę niezłe - powiedział Ash z taką lekką nostalgią w głosie - Ja, ty i Risa uratowaliśmy całe miasto.
- A było z czego je ratować - odparła wesoło Margo.
- Wiesz, to akurat dla Asha żadna nowość - rzuciłam dowcipnie - Pojechać do jakiegoś miasta, narozrabiać w nim, a potem wszystkich uratować.
- Tym razem to ja narozrabiałam, a Ash z Risą pomogli mi na szczęście to wszystko naprawić. Oczywiście nie tylko oni mi pomogli, ale bez nich nic by się nie udało.
- Rozumiem. A kim jest Risa?
- Naszą wspólną przyjaciółką z Fula City. Fajna dziewczyna, miała wyraźnie słabość do Asha. Bardzo się jej podobał.
- Jakoś mnie to nie dziwi. A kiedy to było?
- A nie pamiętam dokładnie. Chyba sześć lat temu. Miałam wtedy osiem lat, a Ash czternaście.
- To było na krótko przed moją wyprawą do Kalos - wtrącił do rozmowy Ash - Wybrałem się do Fula City na taki jeden turniej i potem wziąłem udział w całym tym zamieszaniu, które potem tam wybuchło.
- No tak, typowy scenariusz naszych przygód - zachichotałam dowcipnie - Bo wiesz, Margo, my nieraz podróżujemy po świecie i początek naszych przygód to wygląda dość podobnie. My gdzieś przyjeżdżamy, poznajemy kogoś, potem jest tam jakaś awantura albo inne takie hece i potem się w to wszystko angażujemy i robi się jeszcze większe zamieszanie, ale my to naprawiamy i jest już dobrze.
- Wiem, w końcu czytam opowieści o waszych przygodach, jakie umieszcza w różnych gazetach ta fajna dziennikarka, Alexa Marey - powiedziała Margo - No i jeszcze Macy bardzo dużo na swoim blogu umieszcza i opowiada ciekawe rzeczy o waszych przygodach. A jest o czym opowiadać.
- Oj tak, jest o czym - potwierdziłam z uśmiechem i dopiero wtedy mój wzrok znowu spoczął na Pokemonie kręcącym się u boku dziewczyny - To twój stworek?
- Tak, mój starter - odpowiedziała mi Margo - Mój Teddiursa.
- Pamiętam takie Pokemony w okolicy Fula City - rzekł na to Ash - Chyba też jednemu czy kilku pomogliśmy przed kłusownikami.
- Owszem, pomogliśmy, a to jest jeden z nich - wyjaśniła Margo.
- Poważnie? Został twoim pierwszym Pokemonem? A to dopiero - zaśmiał się mój mąż - A masz jeszcze kontakt z Zeraorą?
- Niestety nie, bo nie mieszkamy już z tatą w Fula City.
- Nie mieszkacie już na Wyspach Oranżowych?
- Nie, teraz tam nie ma za bardzo życia z powodu tej całej pandemii.


Poruszałam się zaintrygowana tymi słowami i spojrzałam z uwagą na Margo.
- Pandemii? Jakiej pandemii? - zapytałam.
- Na Wyspach Oranżowych wybuchła jakaś zaraza. Jakaś grypa zmutowana czy coś takiego. Nie wiem dokładnie, co to tam jest, ale wiem, że to jest groźne. To znaczy nie tak bardzo groźne, jak się wydaje, bo wcale nie zabija wszystkich ludzi, którzy to złapią, ale takich, co mają słaby organizm lub są chorzy na coś innego. No, a ja jestem w grupie ryzyka... Podobno.
- Pandemia? Tutaj? W XXI wieku? Niesamowite - jęknęłam zaniepokojona - Ja myślałam, że takie rzeczy to w dawnych czasach się działy, a już zwłaszcza w tym brudnym średniowieczu. Ale nie teraz. Po prostu straszne. Co to się dzieje na świecie?
- Paranoja, jak mówi tata. Jedna wielka paranoja. XXI wiek, a zachowujemy się jak w średniowieczu. Musimy nosić jakieś głupie maseczki na ustach, które nam tyle pomagają, co umarłemu kadzidło. A do tego jeszcze władze pozamykały restauracje i bary, bo nie wolno robić wielkich zbiorowisk ludzi. Po prostu chore. Ludzie bankrutują, a władze się zmieniają co chwila i każda jest o wiele głupsza od poprzedniej. Szczepionki na to dopiero nie tak dawno sprowadzili, ale oczywiście wciąż nie ma pewności, czy pomogą. Głupki jedne. Przecież grypę zawsze się tak samo zwalcza, zmutowaną czy normalną. Wygrzewa się pod kołdrą, bierze leki na wzmocnienie i takie tam. Po prostu wypocić trzeba chorobę i tyle. Taka prawda. I żadne tam głupie pomysły nie trzeba stosować.
- Wiesz, gdyby to było takie proste, władze łatwo by sobie poradziły z tą całą pandemią - zauważyłam.
- Niekoniecznie. Niektórzy podobno zarabiają na tym, że mogą sprzedawać innym leki na tę chorobę - stwierdziła Margo - Tak przynajmniej twierdzi tata, a ja nie mam powodu, abym mu miała nie wierzyć. Tata uważa, że na tym świecie są nieraz tacy ludzie, że dla władzy zrobią wszystko, nawet wywołają zarazę i potem jeszcze zarobią na sprzedaży lekarstwa na nią.
- To niestety prawda, ale nie wiem, czy to akurat taka sytuacja, Margo.
- Być może nie, zresztą to teraz nieważne. Świat na Wyspach Oranżowych już całkiem oszalał, dlatego pół roku temu przeprowadziliśmy się z tatą i teraz oboje mieszkamy w Wertanii.
- A mama? - zapytałam, dopiero po chwili orientując się, że to pytanie może być dosyć niezręczne, bo przecież nie wiedziałam, dlaczego Margo mówi tylko o ojcu i nie wspomina ani słowem o matce, choć się tego domyślałam.
- Mama z nami nie mieszka - odpowiedziała Margo z wyraźną obojętnością w głosie, jakby to w ogóle jej nie obeszło - Wyniosła się do innego i ma teraz bardzo bogate życie.
- Bardzo mi przykro.
- Nie szkodzi. Tak się zdarza. A ostatnio chyba coraz częściej. Tata mówi, że teraz jest znacznie więcej rozwodów niż kiedykolwiek przedtem. Twierdzi, że teraz wielu ludzi, a zwłaszcza młodych nie ma zasad i to dlatego. Nie chce im się starać albo żenią się bardzo młodo i potem okazują się niedobrani, a ich dzieci na tym cierpią. I to nie jest wcale żart. Frekwencja rozwodowa jest znacznie większa niż ta ślubna. Liczby nie kłamią.
Widać było, że Margo jest córką polityka. W jej wypowiedziach znaleźć było można bardzo wiele słów, które nie pasowały do czternastolatki, do tego jeszcze też można było się w tam doszukać słów związanych z polityką. Najwyraźniej jej ojciec musiał naprawdę często z nią rozmawiać o swojej pracy i o tym wszystkim, w co wierzy, a w co nie wierzy. Widać traktował córkę nad wyraz poważnie, skoro jej o takich rzeczach opowiadał. Tym lepiej, bo przynajmniej Margo mogła mieć całkowitą pewność, że ojciec ją kocha i ufa jej, skoro tak śmiało z nią rozmawiał. Na dziewczynę miało to naprawdę duży wpływ, ponieważ jak przechodziła na tak poważne tematy jak polityka, z miejsca mówiła znacznie dojrzalej niż dziewczyny w jej wieku. Albo chciała pokazać się wszystkim od jak najlepszej strony, albo po prostu takie słownictwo weszło jej w nawyk i nie umiała już inaczej mówić. Jakby jednak nie było, rozmowa z nią coraz bardziej mi się podobała. Miło się rozmawia z osobą, może i młodą, ale wyraźnie inteligentną i taką, z jaką można by sobie na poważnie pogadać o wszystkim i o niczym.
- Ale spokojnie, pandemia jest na Wyspach Oranżowych, a tutaj jej nie ma - powiedziała po chwili Margo i uśmiechnęła się do nas delikatnie - Tutaj jest cisza i spokój, chociaż niedługo to się skończy.
- Tak, za kilka dni dotrzemy do Kanto - zauważyłam.
- Nie tylko to miałam na myśli.
- A co jeszcze?
- W Wertanii zbliżają się wybory. Będzie się sporo działo.
- Wybory? Poważnie?
Ash jęknął załamany, kiedy to usłyszał. Złapał się za czoło i rzekł:
- Jak ja nie lubię wyborów!
- Pika-pika-chu! - zapiszczał ponuro Pikachu.
- Ja także - dodałam - Wolę już skomplikowane zagadki do rozwiązania niż to całe wariactwo wyborów. Widzieliśmy je na własnej skórze i uwierz mi, wolimy nie brać w tym udziału.
- Ja też, ale mnie one bardziej bawią - zachichotała Margo.
- Bawią? - zdziwił się Ash.
- No tak. Śmiać mi się chce, jak słyszę te wszystkie bajeczki, które politycy nam opowiadają w czasie wyborów. Tak to mają obywateli w nosie, a jak trzeba ich zdobyć jako wyborców, to nagle o wszystkich pamiętają i obiecują takie rzeczy, że po prostu szkoda słów.
Rozmowę przerwało zjawienie się Anabel w towarzystwie Nowej Meloetty, które przybiegły nam powiedzieć niezwykle ważną wiadomość:
- Cleo się obudziła.

***


Opowiadanie Maggie Ravenshop c.d:
Serena z przerażeniem przywitała informacje o tym, że do jej domu przybyli nagle niespodziewani goście i to jeszcze złowrodzy. Chciała natychmiast ruszyć matce z pomocą, od czego Luna zdołała ją z trudem odwieść.
- Nie pomożesz jej, wystawiając im się na tacy - powiedziała kotka - Oni chcą ciebie, Czarodziejkę z Księżyca. Nie możesz więc stanąć przed nimi jako Serena. W tej postaci nie masz z nimi żadnych szans.
- Ale nie zostawię tam mamy samej z nimi!
To mówiąc, Serena próbowała wyjść z pokoju i ruszyć matce z pomocą, ale Luna zatrzasnęła lekko drzwi, opierając się o nie łapkami.
- Odsuń się! Chcę jej pomóc! - powiedziała ze złością w głosie dziewczyna.
- I pomożesz, ale nie w tej postaci - odparła na to kotka - Musisz to zrobić jako Czarodziejka z Księżyca.
- Ale ja nawet nie wiem, czy nią jestem.
- Jesteś i za chwilę przyjmiesz jej postać.
- I co mi to da?
- Zyskasz wtedy moce, którymi możesz pokonać napastników.
Serena nie bardzo wiedziała, czy może ufać mówiącej kotce, jednak wiedziała też, że nie może zastanawiać się nad tym wszystkim, ponieważ chce pomóc swojej mamie, a w swojej ludzkiej postaci nie ma najmniejszych szans z osobami, które posiadają wielkie moce czarodziejskie. Dlatego musiała zaufać Lunie, chociaż nie była pewna, czy to, co ona mówi, jest rzeczywiście prawdą.
- No dobrze, Luno. Powiedz mi, co mam zrobić - powiedziała załamanym głosem Serena.
- Wyciągnij prawą rękę do góry i zawołaj: „Mocy Księżyca, przemień mnie!”.
Serena nie bardzo wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć, ale wykonała to dość niezwykłe polecenie. Wyciągnęła prawą rękę w górę i zawołała:
- Mocy Księżyca, przemień mnie!
Poczuła, że unosi się w górę, a jej ciało otacza jakaś jasna poświata, przez którą nic nie widziała. Potem ubranie na ciele dziewczyny zanikło, a Serena lekko się zawstydziła, jednak szybko pojęła, iż przecież nikt i tak jej nie widzi z powodu tejże poświaty. Następnie na jej postaci zmaterializowało się nowe ubranie, włosy się jej wydłużyły, a ona sama powoli i ostrożnie opadła na podłogę. Wtedy bardzo niespokojna spojrzała w lustro, które miała zawieszone w pokoju, po czym lekko się wzdrygnęła.
- To jestem ja? - zapytała zaintrygowana.
Zamiast siebie zauważyła jakąś wysoką, szczupłą dziewczynę o nienaturalnie długich włosach spiętych w dwa długie warkocze, ubraną w biały strój z wyglądu przypominający mundurek szkolny typu marynarskiego, niebieską spódniczkę typu mini, czerwone długie kozaki sięgające jej pod kolana, a także czerwoną maseczkę zasłaniającą jej górą część twarzy i wyglądającą nieco jak maseczka na karnawał lub szkolny bal maskowy. Na czole zaś miała zawieszony złoty diadem z rubinem.
- To jesteś ty, Czarodziejko z Księżyca - powiedziała Luna - Teraz możesz iść i stanąć z nimi do walki.
- A oni mnie nie poznają? Ta maska jakoś nie bardzo ukrywa moją twarz.
- Nie poznają. Magia księżyca otacza cię niewidzialną poświatą, która tłumi sensory rozpoznawcze wszystkich ludzi. Nawet twojej matki. Nawet ona cię więc nie pozna.
- A jeśli zgubię maskę?
- Też nie pozna, choć lepiej ją miej. Maska utrzymuje twoją magię maskującą. Bez niej mogą cię rozpoznać, choć nie wszyscy. Tylko ci, którzy także posługują się magią, w tym twoi wrogowie.
- Na pewno? Nie chcę narażać mamy na kolejne tego typu akcje, że ktoś chce mnie dopaść i dobiera się do niej.
- Lepiej już idź i jej pomóż, bo za chwilę w ogóle nie będziesz miała mamy.
Serena z powodu tego zamieszania z przemianą i swoim nowym wyglądem, przez krótką chwilę zapomniała o tym, że jej mama jest w niebezpieczeństwie, ale na szczęście teraz odzyskała tego świadomość, więc wybiegła z pokoju i już miała zbiec po schodach, kiedy nagle sobie uświadomiła, że biegnąc narobi hałasu i w ten sposób ostrzeże swoich wrogów przed sobą, a to by było niestrategiczne. Tak więc powoli zeszła po schodach powoli i ostrożnie, po czym zakradła się ostrożnie do kuchni, z której dobiegały ją bardzo ostre i nieprzyjemne głosy.
- Mów mi tu całą prawdę i to zaraz! - powiedział jakiś nieprzyjemny kobiecy głos.
Należał on do wysokiej, młodej kobiety ubranej w czarny strój dresowy, która miała długie i czerwone włosy, a dłonią podnosiła wysoko w górę Grace Tsukino, całą drżącą ze strachu.
- Już ci mówiłam, że nie wiem, o kim mówisz. Nie znam żadnej Czarodziejki z Księżyca. To tylko postać z bajek.
- To nie jest postać z bajek. To prawdziwa osoba - powiedział stojący obok kobiety jakiś mężczyzna w krótko obciętych, ciemno-niebieskich włosach, ubrany w taki sam strój, co jego towarzyszka.
- Nasze sensory wskazują, że jest ona tutaj. Z tego domu wydobywa się magia księżyca - mówiła dalej kobieta - Gadaj więc, gdzie ona jest?!
- Już mówiłam, że nie wiem. Nie wiem nic o tej całej czarodziejce.
- I myślisz, że ja w to uwierzę?!
Mężczyzna zachichotał podle i patrząc z uwagą na swoją towarzyszkę, rzekł:
- Ona jest święcie przekonana, co do tego, że nie wie nic o Czarodziejce.
- Wobec tego trzeba odświeżyć nieco jej pamięć - odparła kobieta.
Po tych słowach wyjęła nóż i przyłożyła jego ostrze do policzka Grace.
- Dalej będziesz się upierać przy tym, że nie wiesz nic o Czarodziejce?
Grace jeszcze bardziej spociła się ze strachu, a Serena poczuła w sercu tak wielki strach i niepokój o swoją mamę, że poczuła, iż musi zadziałać.
- Pamiętaj, Czarodziejko. Najpierw bardzo dokładna analiza całej sytuacji - powiedziała do dziewczyny Luna - Nie pakuj się w nic, póki nie przemyślisz sobie jakiegoś planu działania.
- Mam prosty plan działania. Wchodzę tam i skopię im tyłki - odparła na to Serena, po czym wyszła ze swojej kryjówki i ruszyła w kierunku wrogów.
- Czarodziejko, nie! - jęknęła załamana Luna.
Było jednak za późno. Czarodziejka z Księżyca wzięła się pod boki, po czym przyjęła groźną pozę i zawołała:
- Zostawcie ją!
Mężczyzna i kobieta spojrzeli w kierunku dziewczyny, zdumieni przez chwilę jej obecnością, jednak tylko przez chwilę, ponieważ dość szybko zdumienie uległo uczuciu zadowolenia. W końcu to Czarodziejki z Księżyca szukali i teraz właśnie ją zobaczyli.
- Nie ważcie się skrzywdzić tej biednej kobiety! - zawołała bojowo Serena - Nie pozwolę wam jej zabić ani okaleczyć! To nie o nią wam chodzi! To przecież mnie szukacie! Ja jestem Czarodziejką z Księżyca!
- Czarodziejka z Księżyca? No proszę. A jednak tutaj ją ukrywałaś, podła kłamczucho - powiedziała kobieta szyderczym tonem i pogłaskała niebezpiecznie policzek Grace płaską częścią noża - Tobą zajmiemy się później, paniusiu. A na razie zajmiemy się tą uroczą panienką.
Po tych słowach mężczyzna i kobieta powoli podeszli do Sereny, która lekko się cofnęła o krok do tyłu, czekając na atak.
- Jestem generał Jessie, a to jest generał James - rzekła po chwili kobieta - Być może kiedyś o nas słyszałaś.
- Nie przypominam sobie - odpowiedziała Czarodziejka.
- Nie szkodzi. Będziesz miała teraz okazję nas zapamiętać i to bardzo dobrze - stwierdziła podłym tonem Jessie - Teraz posłusznie zrobisz to, co ci każemy.
- Czego chcecie?
- Srebrnego Kryształu.
- Ja go nie mam.
- Wiemy o tym. Ale masz w sobie jeden z kilku fragmentów tego kamienia. Pozostałe mają twoje serdeczne przyjaciółki Czarodziejki. Znajdziemy je po kolei, to tylko kwestia czasu.
Serena myślała przez chwilę, że się przesłyszała.
- Ja mam w sobie ten kamień? Niby w jaki sposób?
- Nie wiesz? A może zgrywasz taką idiotkę? - zapytała podle Jessie.
- Królowa Selene ukryła w ciałach każdej z was, słodkich i jakże pięknych czarodziejek po jednym fragmencie Srebrnego Kryształu - odezwał się James - I to dopiero połączone razem tworzą interesujący nas kamyk.
Czarodziejka z Księżyca zmieszała się lekko. Tego jej Luna nie powiedziała. A więc ona miała w swojej duszy jakiś kawałek kamienia i podobne kamyki mają też pozostałe Czarodziejki? I dlatego właśnie tych dwoje na nich poluje? Aby im odebrać te kamienie?


- Ona chyba rzeczywiście tego nie wie - powiedział złośliwie James.
- Nie każda blondynka jest głupia, poza tym ta jest ciemną blondynką, a więc to inteligentna babka - odpowiedziała na to równie złośliwie Jessie - Dlatego też powinna zrozumieć oczywisty fakt, że musi ona nam oddać to, czego szukamy. Bo inaczej przestaniemy być mili.
- A w ogóle jesteśmy mili?
- A i owszem, jeszcze jesteśmy. Ale to może szybko minąć, jeżeli ta oto jakże urocza panienka nie spełni naszych oczekiwań.
Czarodziejka nie wiedziała, co ma zrobić. Posiadała co prawda jakieś moce, ale nie miała pojęcia, w jaki sposób ich używać. Luna nie zdążyła jej tego wyjaśnić i dlatego teraz strach ją sparaliżował. Przez głowę przeszła jej myśl, iż tych dwoje zechce ją rozkroić na żywca i wydobyć z niej ten tajemniczy kamień, który ponoć ma w sobie. Chociaż nie... Takich metod na pewno by nie podjęli, bo z pewnością taki magiczny kamień można zdobyć jedynie za pomocą magii, a nie zwykłego krojenia nożem. Mimo wszystko, z pewnością nie byłoby to przyjemne, a do tego też jeszcze w grę wchodziło to, iż oboje byli jej wrogami i na pewno nie mieli dobrych zamiarów wobec świata i jej samej. Nie można zatem było im niczego ułatwiać, a już zwłaszcza podboju świata.
- Nie oddam wam kamienia, nawet jeśli mam go w swoim ciele, jak to mi tu sugerujecie - powiedziała w końcu Czarodziejka z Księżyca, próbując przybrać w miarę groźny ton - A teraz ja wam radzę po dobroci, odejdźcie stąd jak najszybciej i zostawcie ten dom w spokoju, bo inaczej będę musiała zrobić wam krzywdę.
- Doprawdy, panienko? - zapytała Jessie.
Po tych słowach wyjęła z kieszeni pokeball i powiedziała:
- Widzę, że trzeba nauczyć cię dobrych manier. Bierzcie ją, chłopcy!
Z pokeballa wyskoczyło kilka Pokemonów naraz, ale nie były one zwyczajne, gdyż ich ciała były niemalże przeźroczyste i mieniły się niebieskim blaskiem. To było więcej niż pewne, iż są to Pokemony demony lub jakieś inne widma. Było ich kilka, a zaraz potem dołączyły do nich kolejne stwory duchy, które wypuścił ze swego pokeballa James. Dlatego przeciwnicy mieli przewagę liczebną.
- Załatwić ją - powiedział James do stworów.
Pokemony rzuciły się na Czarodziejkę, która próbowała je odgonić od siebie, ale machanie rękami i nogami nic nie pomogły. Każdy cios, który im zadawała, nie zadawał im bólu, tylko je rozmywał. I wbrew pozorom to wcale nie usuwało ich, gdyż zaraz potem materializowali się ponownie, tylko w innym miejscu, aby znów atakować Czarodziejkę. Ta była coraz bardziej przerażona i nie wiedziała, co ma zrobić, aż w końcu upadła na podłogę, osaczona przez przeważające siły swoich przeciwników, którzy ją osaczali. Jessie i James uśmiechali się podle, niezwykle z tej sytuacji zadowoleni.
- Użyj swoich mocy! Użyj swoich mocy!
Serena spojrzała w stronę schodów, skąd dobiegły ją te słowa. Zauważyła stojącą na nich Lunę, która patrzyła na nią i wołała:
- Złącz dłonie i wyprostuj palce!
Czarodziejka posłuchała jej polecenie i wtedy z jej palców wystrzelił promień o jasnym blasku, który uderzył w jednego z Pokemonów duchów, rozpryskując go na kawałki, ale tym razem stwór się nie zmaterializował. Po prostu rozpłynął się w powietrzu, aby nigdy nie powstać. Jessie i James byli wściekli, gdy to zobaczyli, a Czarodziejka uśmiechnęła się zadowolona z powodu odkrycia swoich nowy mocy i natychmiast je wykorzystała, aby wystrzelać wszystkich swoich przeciwników.
- No i co teraz powiecie, mądrale? - zapytała z uśmiechem na twarzy.
- O bogowie... Jak zwykle... - jęknęła załamana Jessie - Jak chcesz mieć coś dobrze zrobione, to zrób to osobiście.
Po tych słowach dała znak Jamesowi, który wydobył z kieszeni kwiat i zaczął go sobie wąchać, po czym strzelił z niego jak z pistoletu w kierunku Czarodziejki. Ta dostała promieniem z kwiatu prosto między piersi i upadła na podłogę. Widząc to Luna doskoczyła do niej i zapytała:
- Żyjesz?
- Spokojnie, żyję - odpowiedziała Czarodziejka, masując sobie dłonią ranne miejsce.
Luna spojrzała na nią z troską w oczach, po czym skierowała swój wzrok na Jessie i Jamesa, mówiąc:
- Zostawcie ją, parszywe gnidy.
- No proszę, Luna - powiedziała złośliwym tonem Jessie - Dawno się już nie widzieliśmy, mam rację? Tęskniłaś za nami?
- Mniej niż się spodziewałam - odpowiedziała kotka i wystrzeliła ze swojego czoła promień w kierunku Jamesa.
Promień trafił kwiat trzymany przez mężczyznę. Ów przedmiot zwęglił się na popiół, co wywołało rozpacz na twarzy mężczyzny.
- O nie! Mój słodki kwiatuszek! Jak mogłaś mi go rozwalić?! Ty sumienia chyba nie masz!
- Zamknij się, idioto i łap tę małą! - krzyknęła na niego Jessie.
Czarodziejka przez ten czas zdążyła się już pozbierać i uderzyć w nich swoją mocą, ale Jessie odparła jednym ruchem ręki ten atak i powiedziała:
- Na tylko tyle cię stać? To zobacz, na co mnie!
Po tych słowach zaczęła poruszać rękami w taki sposób, że nagle między nimi pojawiła się spora kula energii, która była coraz większa i większa, a Jessie też mamrotała pod nosem jakieś słowa, jakby zaklęcie. Gdy je skończyła, wtedy kula rozprysła się na wszystkie strony i oślepiła swoim blaskiem Czarodziejkę i Lunę. A gdy blask zniknął, nasza bohaterka zauważyła przed sobą jakąś ohydną, a wręcz odrażającą postać. Wyglądała jak kobieta o wyschniętej, szarej skórze, na głowie zamiast włosów miała węże, a zamiast stóp macki. Jej oczodoły były puste, ziała w nich czerń nicości, a zęby, które szczerzyła okrutnie, składały się z samych kłów. Czarodziejka i Luna westchnęły przerażone, kiedy zobaczyły tę kreaturę.
- Co to jest? - zapytała przerażona Serena.
- To istota nie z tego świata. Podły demon - odpowiedziała Luna.
- Otóż to - powiedziała Jessie nie bez satysfakcji w głosie - Bierz tę małą! I tego kota też!
Demon zachichotał podle, po czym wyciągnął ręce w kierunku obu naszych bohaterek. Wtedy jego ręce zamieniły się w wielkie i długie pnącza. Jedno z nich pochwyciło mocno Czarodziejkę za gardło i podniosło ją w górę. Drugie zaś dziko złapało Lunę i również ją ścisnęło za szyję. Obie więźniarki próbowały się w jakiś sposób uwolnić, lecz nie zdołały tego zrobić. Uścisk pnączy był znacznie większy niż myślały. Próbowały się wyrwać, szarpać, drapać ściskające ich łapy, ale nic to nie dało. Demon trzymał ich za mocno.
- Doskonale... Wprost doskonale - powiedziała zachwyconym głosem Jessie.
- Wreszcie je mamy - dodał zadowolony James.
- A więc teraz pora na to, po co tutaj przyszliśmy - dodała jego wspólniczka - Po Kamień Księżyca, pierwszy z kamieni Srebrnego Kryształu.
Następnie stanęła przed próbującą wyrwać się Czarodziejką i powiedziała:
- Spokojnie, kochanie. Zaraz będzie koniec. Zrobię to naprawdę szybko. Raz dwa. Nawet nie poczujesz bólu. A może jednak poczujesz.
Po tych słowach wypowiedziała zaklęcie, a Czarodziejka krzyknęła z bólu, bo jej pierś przeszył nagle ogromny ból, jakby ktoś otworzył jej brutalnie pierś i to bez znieczulenia. W miejscu, w którym biedaczka czuła ból, pojawiła się wielka czarna plama. To był otwór do jej ciała i w tym oto otworze ukazała się niewielki kamień o białej barwie. Kamień Księżyca. Jessie zachwycona zaczęła przyciągać go do siebie mocą i kiedy kryształ był już blisko jej dłoni, Czarodziejka mogła go zobaczyć. Zrozumiała wówczas, że ta oto podła kreatura mówiła prawdę i w jej ciele rzeczywiście był ów kamień. Teraz Jessie go zdobyła, co więc zrobi z nią? To chyba było aż nadto oczywiste.
- Chodź tu do mnie, kamyczku kochany. Chodź do mnie - powtarzała Jessie z pasją w głosie - Chodź do pani... Jeszcze troszkę... Jeszcze bliżej.
Już miała go pochwycić w dłonie, kiedy nagle poczuła ostry ból w łydce i w ten sposób straciła kontakt z kamieniem, który opadł na podłogę. Spojrzała w dół i zobaczyła, że to Fennekin ugryzł ją w nogę. Pupil Sereny jakimś cudem poznał swoją panią pomimo jej zmienionej postaci i postanowił ją bronić, atakując osobę, która chciała ją skrzywdzić.
- Puszczaj, ty durny lisie! - wrzasnęła Jessie i próbowała zrzucić ze swojej nogi Fennekina, którego szczęki mocno zacisnęły się na jej łydce - James, łap te głupi kamień!
James doskoczył do kamienia, ale wtedy Luna odzyskała na tyle siły, aby móc go zaatakować mocą wystrzeloną ze swojego czoła. Promień, co prawda nie zdołał trafić człowieka, gdyż ten się uchylił, ale odrzucił kamień w bok, daleko od obojga generałów. Następny jednak uderzył w Jamesa, powalając go na podłogę.
- Dość tego! - wrzasnęła Jessie i wreszcie strąciła ze swojej nogi Fennekina, rzucając nim o ścianę.
Pokemon uderzył głową o tę przeszkodę i stracił przytomność.
- Fennekin! - krzyknęła zaniepokojona Serena.
- Mam was wszystkich już po dziurki w nosie! - Jessie nie panowała już nad sobą - Pora wreszcie zakończyć tę zabawę! Demonie, zabij je obie!
Wtem coś świsnęło i mignęło tuż obok Jessie. Pani generał krzyknęła z bólu, a na jej dłoni pojawiła się rana jak od cięcia nożem. W podłogę wbiła się czerwona róża. Kobieta spojrzała w kierunku, z którego ten pocisk przyleciał. Zauważyła, iż na schodach stoi jakiś młody mężczyzna. Był ubrany w czarny garnitur i cylinder tej samej barwy, białą koszulę oraz białe okulary zasłaniające mu oczy. Szyby tych okularów były białe i nie było widać przez nie oczu młodzieńca, ale jego twarz i nos i brak zarostu oraz jakichkolwiek śladów na to, żeby kiedykolwiek go miał wyraźnie wskazywały na to, iż jest on osobnikiem płci męskiej, który jednak nigdy się jeszcze nie golił.


- Puśćcie je! - zawołał młodzieniec.
- Kim jesteś?! - krzyknęła oburzona Jessie.
- Jestem strażnikiem sprawiedliwości i obrońcą dobra na tym świecie. A prócz tego sojusznikiem Czarodziejki z Księżyca. Przybyłem jej z pomocą. A zwą mnie Tuxido.
Po tych słowach młodzieniec chwycił za szpadę, którą miał u boku, wydobył ją z pochwy i skoczył w kierunku demona i wykonał dwa szybkie cięcie. Demon wrzasnął z bólu, jego odcięte pnącza opadły na podłogę, a wraz z nimi Serena i Luna, które zaczęły masować sobie obolałe gardła.
- Jesteście całe? - zapytał z troską Tuxido.
- Tak, na szczęście tak - odpowiedziała mu Luna.
- Dziękujemy za pomoc - dodała Czarodziejka z Księżyca, czując przy tym, jak serce zaczyna jej mocniej bić w piersi.
Nie chciała tego powiedzieć na głos, ale młodzieniec bardzo jej przypadł do gustu i to od pierwszego wejrzenia. Był taki odważny, na pewno też przystojny, choć maska zasłaniała mu oczy i dużą część twarzy, ale mogła sobie w pełni to wyobrazić, jak też on wygląda bez niej.
- To dobrze, łapcie więc kryształ! - zawołał Tuxido, wyrywając Czarodziejkę z transu.
Młodzieniec stanął do walki z demonem, odpierając jego atak mackami, które mu służyły za nogami. Przez ten czas Serena szybko zdążyła dostrzec, gdzie też leży na podłodze kamień. Szybko skoczyła w jego stronę, ale zrobiła to też Jessie, która jako pierwsza złapała pożądany przez nie obie przedmiot. Czarodziejka nie dała jej się jednak nim długo nacieszyć, gdyż wytrąciła go jej dłoni. Doskoczył wówczas do niego James, ale wtem zaatakowała go Luna swoją mocą. Widząc to Jessie próbowała doskoczyć do kamienia, lecz Serena bardzo mocno ją trzymała i do tego nie dopuściła. W końcu jednak podła pani generał odepchnęła z siebie naszą bohaterką, po czym rzuciła się w kierunku Księżycowego Kamienia, ale nie zdołała go schwytać, ponieważ wtem uderzył ją w dłoń, którą próbowała sięgnąć po ów przedmiot, jakiś Pokemon. Zauważyła, że jest to Pikachu w czarnej masce zasłaniając mu górną część twarzy. Widać przybył tutaj z Tuxido, który chociaż dzielnie walczył z demonem, to został w końcu uderzony jedną z macek w pierś i odepchnięty na bok.
- Czarodziejko, użyj diademu! - krzyknęła wówczas Luna.
- Ale jak? - spytała Czarodziejka.
- Zdejmij diadem i krzyknij: „Księżycowy diademie, działaj!”.
Czarodziejka powstała szybko na nogi i spojrzała odważnie na demona, który podle szczerzył w jej stronę kły i zbliżał się do niej coraz bardziej. Wiedziała, że nie może dłużej czekać. Zdjęła z czoła diadem, który nagle zalśnił złotym blaskiem i w ten sposób pokazał Serenie, iż rzeczywiście działa, tak jak to twierdziła Luna. Ujęła go więc mocno w palce, po czym wzięła nim zamach i krzyknęła:
- Księżycowy diademie, działaj!
Diadem zamienił się w złoty dysk, który uderzył w demona. Ten zaś zamienił się w białą poświatę, wrzasnął bólu i rozległ się głośny huk, co oznaczało, że oto roztrzaskał się na tysiąc kawałków. Złoty dysk zaś ponownie przemienił się w diadem i powrócił do dłoni Czarodziejki, która stanęła w pozycji bojowej przed Jessie i Jamesem. Ci jednak widząc, iż stracili swoją ostatnią broń, postanowili się wycofać.
- Uciekajmy stąd! Nie mamy szans! - krzyknął James.
- To nie koniec, Czarodziejko! Jeszcze się spotkamy! - wrzasnęła Jessie.
Zaraz potem rzuciła ona czymś o ziemię. Zrobił się huk i sporo dymu, a kiedy już opadł, oboje zniknęli. Księżycowy Kamień na szczęście był w ręku Tuxido, obok którego stał wierny Pikachu.
- Nie wiem, kim jesteś, panie, ale uratowałeś nam życie - powiedziała Serena, kłaniając się nisko swemu wybawcy.
- Twoja misja, Czarodziejko z Księżyca, jest również i moją misją - odparł na to przyjaźnie i po rycersku Tuxido, skinąwszy przy okazji głową przed dziewczyną - Ale to jeszcze nie jest koniec walki i dlatego jeszcze mogę ci się przydać. Licz więc na mnie w razie czego.
- A co z kamieniem?
- Pozwolisz, że go zachowam? Znam bezpieczne miejsce, w którym mogę go ukryć.
Czarodziejka z lekkim niepokojem spojrzała na Lunę, czekając na jej radę w tej sprawie, ale Pokemonka skinęła lekko głową na znak, iż można wyrazić na tę propozycję zgodę.
- Niedługo się znów spotkamy, Czarodziejko - powiedział Tuxido.
Następnie machnął peleryną, którą miał przymocowaną do pleców, okrył się nią całkowicie i zniknął pod nią wraz ze swoim Pikachu. Po chwili rozpłynęli się w powietrzu w taki sposób, jakby nigdy ich tutaj nie było.


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...