środa, 17 kwietnia 2019

Przygoda 121 cz. II

Przygoda CXXI

Domek na wsi cz. II


Opowieść Rogera Goodmana:
Chcę tutaj opowiedzieć swoją historię. Jest ona dość przygnębiająca w kilku momentach, a zwłaszcza pod jej koniec, ale wierzę w to, że dzięki niej nauczycie się czegoś bardzo ważnego o życiu i że przy okazji dowiecie się więcej o mnie samym oraz o ludziach ogólnie. Bardzo na to liczę i to będę starał się osiągnąć w trakcie mojego pisania.
Nie wiem dokładnie, w jakich okolicznościach przyszedłem na świat i dlaczego w ogóle musiało to nastąpić, ale tak czy inaczej urodziłem się, a potem zostałem porzucony pod jakimś pierwszym lepszym domem dziecka. Dlaczego tak się stało, nie miałem wtedy bladego pojęcia. Zresztą w chwili, kiedy to nastąpiło raczej niewiele rozumiałem z tego, co się wokół mnie dzieje, a gdybym nawet to rozumiał, to z pewnością niewiele by mnie wtedy to interesowało. Wtedy wolałem skupiać się tylko na swoich podstawowych potrzebach i tak też właśnie robiłem. Dzięki temu w miarę bezstresowo przeżyłem pierwsze lata swojego życia. Potem jednak, z tego powodu, że nie da się przeżyć życia bez problemów, to i ja musiałem się z nimi mierzyć. Zwykle radziłem sobie z nimi dość dobrze, ale skłamałbym twierdząc, że było to proste. Wręcz przeciwnie, kilka z moich problemów było na tyle nieprzyjemnych, że poradzenie sobie z nimi stanowiło spory kłopot.
Podstawowym problemem w moim życiu był fakt, że w mojej szkole trafiła się taka banda osiłków terroryzujących szkolną młodzież i robiąca to tylko dla zabawy. Gdy jedna z ich ofiar kiedyś spytała, za co jej to robią, członkowie bandy odpowiedzieli mu złośliwie:
- Bo jesteś głupi, nie umiesz się bronić i nam się tak podoba.
Prosta i bardzo oczywista odpowiedź, jakże wygodna dla takich osób i jakże przerażająca dla ich ofiar. Jak widać, gdy chce się komuś zniszczyć życie, to zawsze znajdzie się ku temu jakiś pretekst, choćby najgłupszy na świecie.
Oczywiście w każdej normalnej szkole takie bydlaki szybko trafiłyby na dywanik u dyrektora, a potem na policję i nie mieliby już tutaj czego szukać. Ale to by się mogło wydarzyć tylko w normalnej szkole, bo w tej to było niemożliwe. Przede wszystkim dlatego, że to była taka prowincjonalna szkoła, w której bogaci rodzice wspierają szkołę za pomocą wielu dotacji, spodziewając się otrzymać w zamian bezkarność swoich dzieci, cokolwiek one by nie zrobiły. Zrozumiałem to o wiele za późno, a do tego wiedza ta wbiła mi się do głowy w sposób bardzo brutalny.
Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy zacząłem chodzić do nowej szkoły (pierwsza została zamknięta i trzeba było się przenieść) i ku swojej wielkiej rozpaczy dostrzegłem, co szkolny gang wyprawia. Jego podłość budziła we mnie niechęć i wstręt, ale kiedy chciałem iść do dyrekcji i opowiedzieć, co się stało, to ofiary gangu odradzały mi to, tłumacząc przy tym:
- Daj sobie lepiej spokój. Nie ma szans, żeby ich ukarali. Są za wysoko postawieni i mają za wiele kasy, żebyś ich ruszył. Lepiej więc sobie odpuść, bo ty nawet nie wiesz, jacy oni są mściwi. Zniszczą z zemsty życie tobie i nam. Daj więc sobie spokój.
Ja jednak jakoś nie potrafiłem tego zrobić. Ogrom zła, który wówczas zobaczyłem był zbyt wielki, abym potrafił przejść obok niego całkowicie obojętnie. Moje młode i jakże głupie serce przesiąknięte było poczuciem sprawiedliwości oraz chęcią ukarania tych drani za dokonane przez nich podłości wobec moich kolegów i koleżanek. Ci ludzie musieli ponieść za to karę, dlatego też, gdy pewnego razu ujrzałem, jak siłą zabierają jednemu z uczniów jego pieniądze przeznaczone na kupno śniadania, złość ogarnęła mnie tak bardzo, że od razu poleciałem do dyrektora i prędko o wszystkim mu opowiedziałem. Niestety, wbrew moim oczekiwaniom pan dyrektor nie zareagował oburzeniem na całą tę sytuację, tylko kazał wezwać do swojego gabinetu trzech członków gangu, którzy brali udział w wyłudzeniu oraz ich ofiarę. Potem opowiedział im, jakie stawiam zarzuty wobec trójki owych bogatych gnoi i zapytał, co oni mają w tej sprawie do powiedzenia.
- To brednie! Byliśmy wtedy w zupełnie innej części szkoły! - zawołał pierwszy z nich.
- Tak! Graliśmy razem w piłkarzyki! - dodał drugi.
- Niech się pan spyta naszych kumpli z drużyny. Oni to potwierdzą! - poparł go trzeci.
Dyrektor spojrzał z uwagą na całą trójkę, a potem skupił swój wzrok na ofierze wyłudzenia i zapytał:
- A co ty masz do powiedzenia?
Koleś milczał, więc dyrektor ze złością w głosie dodał:
- Roger twierdzi, że ci trzej cię napadli i zabrali ci siłą pieniądze! Czy to prawda?!
- No dalej! Powiedz panu dyrektorowi prawdę! Chcesz wiecznie się ich bać, stary?! - zawołałem, próbując mu dodać otuchy.
Niestety, nie udało mi się tego zrobić, zaś chłopak spojrzał w oczy dyrektorowi i powiedział:
- Oni mówią prawdę. Nikt mnie nie napadł.
Myślałem, że mnie krew zaleje, gdy to usłyszałem. Ten idiota teraz się wszystkiego wypierał i udawał, że nic się nie stało? Po tym, jak te bydlaki zabrały mu wszystkie pieniądze, strasząc go przy tym nożem? To przecież żałosne!
- Stary! Co ty gadasz?! - zawołałem załamany - Jak możesz teraz tak kłamać? Przecież sam widziałem...
- Milcz! - uciszył mnie dyrektor i spojrzał na przesłuchiwanego - Więc twierdzisz, że nikt ci dzisiaj nie groził?
- Nikt mi dzisiaj nie groził, a zwłaszcza oni.
- Jak możesz tak kłamać? - jęknąłem z rozpaczą - Przecież oni...
- Zamknij się! - prędko uciszył mnie dyrektor i kolejny raz spytał ofiarę zastraszenia: - Jesteś pewien, że ci trzej nic ci nie zrobili?
- Tak, jestem tego pewien - odpowiedziała ofiara.


Dyrektorowi to wystarczyło. Twarze trzech prześladowców rozjaśnił podły uśmiech satysfakcji. Dobrze wiedziałem, co to oznacza. Bydlaki byli znowu górą, a ja przegrałem.
- To wszystko w takim razie - powiedział dyrektor - Możecie odejść.
Cała czwórka wyszła z gabinetu, a ostatnie z nich, czyli ofiara był bardzo przygnębiony, czego nikt poza mną zdawał się nie dostrzegać.
- Roger! Ty zostań jeszcze chwilę! - zawołał dyrektor, kiedy także już chciałem wyjść.
Zostałem więc i czekałem na reprymendę, która niestety nadeszła.
- Słyszałeś, co powiedział twój kolega?
- On kłamał, proszę pana.
- To nie do ciebie należy ocena jego słów, tylko do mnie, a ja uważam, że on mówi prawdę, a ty kłamiesz.
Spojrzał na mnie groźnie i dodał:
- Czy zdajesz sobie sprawę, kim są ojcowie tych uczniów, których ty oskarżasz? Czy wiesz, jak hojnie wspierają oni naszą szkołę? Czy wiesz, ile dobrego im zawdzięczamy?
- Ale panie dyrektorze...
- Zamknij się! Zamknij się i słuchaj! Od tych ludzi bardzo wiele zależy i nie będę ryzykował utraty ich przyjaźni tylko dlatego, że tobie się coś uroiło w tym twoim głupim łbie!
- Mnie się coś uroiło?!
- Tak, właśnie tobie! Uroiło ci się, że widziałeś coś, czego nigdy nie było. Rozumiesz mnie? To się nigdy nie wydarzyło i nie waż się powtarzać, że jest inaczej. Zrozumiałeś?
Moją odpowiedzią było milczenie.
- Pytam, czy zrozumiałeś?! - krzyknął już dyrektor, uderzając mocno pięścią o biurko.
- Tak, proszę pana - odpowiedziałem ponuro.
- To bardzo dobrze. Nie dopuszczę do tego, aby w tej szkole wybuchł skandal z powodu jakiś bredni, które mi tutaj opowiadasz. A więc lepiej się zamknij i nie opowiadaj bzdur, bo jeżeli przez ciebie szkoła będzie narażona na skandal, ty pierwszy stąd wylecisz! I już ja się postaram o to, aby żadna szkoła w całej Anglii cię nie przyjęła, a jeśli już, to tylko i wyłącznie pod specjalnym nadzorem! Zrozumiałeś, co mówię?!
- Aż za dobrze - odpowiedziałem ze złością.
- Doskonale. Jesteś wolny - rzucił dyrektor.
Powoli wyszedłem z jego gabinetu przeżywając w duszy coś, co by można nazwać bezsilną złością. Po raz pierwszy w życiu zetknąłem się z czymś takim. Dyrektor bardzo dobrze wiedział, że mówię prawdę, a jednak próbował mnie zastraszyć i zamknąć mi usta, a wszystko tylko po to, aby zachować posadkę, którą z całą pewnością by stracił, gdyby prawda wyszła na jaw. Wolał, aby uczniowie żyli w strachu przed bandą tych gnoi zamiast walczyć o sprawiedliwość, jak zresztą nakazywał mu obowiązek.
To była bolesna lekcja życia dla mnie, a miała być jeszcze bardziej bolesna, bo kiedy tylko skończyłem lekcje i wyszedłem z klasy, to zaraz złapali mnie ci trzej, na których wtedy doniosłem. Wciągnęli mnie w jakiś boczny kąt, przycisnęli do ściany i zaczęli straszyć.
- Próbowałeś na nas kablować, gnoju? - zapytał jeden z nich ze złością w głosie.
- Sądzisz, że możesz sobie tak z nami pogrywać? - dodał drugi, lekko przerzucając trzymany przez siebie nóż z ręki do ręki.
- Dyro siedzi w kieszeni naszych starych. Nic nam nie zrobią - rzekł trzeci i zaraz potem dodał: - Ale za to my możemy coś zrobić tobie.
- Spróbuj tylko powtarzać te swoje brednie, to się prędko przekonasz, co potrafimy - rzucił pierwszy.
- A za to, że się nam naraziłeś, zamienimy teraz twoje życie w piekło - powiedział podle drugi i przyłożył mi ostrze noża do prawego policzka - Od dzisiaj będziesz żałować, że w ogóle otwierałeś ten swój głupi pysk w tej sprawie.
Po tych słowach uderzył mnie on tak mocno pięścią w brzuch, że aż się zwinąłem w pół z bólu.
- To na dobry początek, abyś pamiętał, że my nie żartujemy - dodał trzeci i cała trójka odeszła, podle przy tym rechocząc.

***


Rzeczywiście, bydlaki wcale nie żartowały. Od tego czasu moje życie w szkole stało się prawdziwym piekłem. Te gnoje już o to zadbały. Zaczęły swoją działalność od dość prostych czynności, takich jak wrzucenie mi do torby przebitego kubełka jogurtu oraz porwanie mojej książki do matmy i rzucanie nią po całej klasie. Potem jednak rozpoczęła się wręcz prawdziwa gehenna. Kradzież torby szkolnej, podłożenie mi nogi na schodach w taki sposób, że zleciałem z kilkunastu stopni na pysk, podłe kpiny z mojej osoby rozgłaszane w całej szkole i złośliwe plakaty z chamską przeróbką mojej podobizny wywieszane w całym budynku, a do tego jeszcze walnięcie mnie od czasu do czasu pięścią w brzuch lub też w twarz. Rzeczywiście, to było prawdziwe piekło, tak jak obiecali, ale dalej się sprawy potoczyły o wiele gorzej. Głównie przez mój własny upór, bo jak idiota uparłem się, żeby się bronić przed ich podłością, ale bardzo źle na tym wyszedłem.
Pewnego razu, kiedy znowu przez nich zleciałem ze schodów, przy akompaniamencie ich podłego śmiechu, coś we mnie pękło. Podniosłem się z podłogi i zawołałem, czy raczej wrzasnąłem:
- Dość tego dobrego! Dosyć! Już dosyć!
- Dosyć będzie dopiero wtedy, kiedy my tak zdecydujemy - odparł ze złośliwym tonem jeden z moich prześladowców.
- A ja wam mówię, że będzie dosyć teraz - zacharczałem ze złością.
Moi prześladowcy powoli podeszli do mnie i zachichotali podle.
- Ty lepiej nie bądź taki gieroj, bo nie z takimi już sobie dawaliśmy radę. Lepiej więc siedź cicho i spokojnie toleruj nasze psoty, to wtedy damy ci spokój. Jak już oczywiście nam się znudzi.
Tego było dla mnie już za wiele. Wściekły do granic wytrzymałości zacisnąłem dłoń w pięść i uderzyłem ze złością jednego z tych gnoi - tego samego, który wypowiedział te podłe słowa. Cios był potężny, ponieważ koleś aż od niego upadł, a jego usta zalśniły od krwi. Nie zdążyłem jednak uderzyć ponownie, ponieważ kumple tego uderzonego zaraz złapali mnie za ręce i przytrzymali mocno, aż ich druh powoli podniesie się z podłogi. Zrobił to, ocierając sobie usta krwią i dysząc ze wściekłością.
- A więc jednak chcesz zgrywać chojraka. Wielka szkoda. Chciałem ci tego oszczędzić, bo jesteś głupi w bardzo uroczy sposób, ale jak widać z tobą inaczej się nie da.
Po tych słowach uderzył mnie pięścią w brzuch. Poczułem ostry ból, a całe moje ciało lekko osunęło się na dół, ale zaraz potem dwaj kumple bijącego, którzy wciąż mnie trzymali za ręce, szybko podnieśli mnie w górę i mój oprawca ponownie zadał mi cios pięścią w brzuch. Zaraz potem zadał mi kolejnych kilka ciosów w twarz i klatkę piersiową.
- I co? Było zgrywać bohatera? - spytał podle mój oprawca.
Ze złością splunąłem mu w twarz. Dostałem za to w pysk jeszcze raz, a potem kumple oprawcy rzucili mnie na podłogę i zadali mi kilka kolejnych ciosów nogami w brzuch.
- Nie rób tego więcej, bo następnym razem zlecisz ze schodów tak, że sobie łeb rozbijesz - powiedzieli do mnie.
Po tych słowach powoli wszyscy odeszli, a ja czując, jak całe moje ciało płonie z bólu, z wielkim trudem podniosłem się z podłogi. Wtedy wszyscy uczniowie, którzy dotąd tylko przyglądali się całemu temu zajściu, zaczęli udawać, że idą w swoją stronę zajęci każdy swoją sprawą. Dobrze wiedziałem, co to oznacza. Nikt nic nie widział i nikt nic nie słyszał. Tak najwygodniej. Co ciekawe, żadnego nauczyciela w pobliżu jakoś nie było i nie wyglądało na to, aby mieli się zjawić i zainteresować tym, co właśnie mi się przytrafiło.
To była kolejna lekcja prawdziwego życia, którą mi zaaplikowano w tej szkole. Ale nie ostatnia. Najgorsza z nich miała dopiero nadejść.


Wróciłem powoli do domu dziecka, w którym się wychowywałem, a ledwie to zrobiłem, a zaraz zawołała mnie do siebie przełożona tej jakże szlachetnej instytucji. Baba to była gruba i odpychająca z wyglądu, a jeżeli chodzi o osobowość, to wiele lepsza także nie była. Gdybym zaś posiadał w tej sprawie jakieś wątpliwości, to w tamtej chwili by się one rozwiały.
- Siadaj - powiedział do mnie babsztyl i pokazał mi krzesło dłonią.
Spełniłem jej życzenie, a potem jędza oparła się łokciami o biurko i powiedziała złym tonem:
- Dostałam dzisiaj wiadomość, że wdałeś się ponoć w bójkę z jakimiś chłopakami z twojej szkoły, którzy cię pobili.
- To prawda - potwierdziłem - Pobili mnie i widzi pani tego efekty.
Podły ów babsztyl jednak nie zamierzał się nade mną rozczulać. Wręcz przeciwnie, ta kreatura spojrzała na mnie ze złością w oczach i dodała:
- Pobili cię za to, że się zaczepiałeś do nich i miałeś jakieś pretensje za kilka drobnych żartów.
- Kilka żartów?! - zawołałem ze złością - Oni mnie prześladują!
- Po pierwsze nie podnoś głosu, bo nie rozmawiasz z równą sobie - przerwała mi baba - A po drugie, to posłuchaj mnie uważnie. Ktoś ze szkoły dzwonił, że wściekły za parę żartów rzuciłeś się na całą trójkę i broniąc się przed tobą musieli cię trochę uspokoić.
- Słucham?! - krzyknąłem ze złością - Że ja się na nich rzuciłem?! I oni  musieli się przede mną bronić? Kto niby w to uwierzy?!
- Każdy, kto posiada chociaż odrobinę wyobraźni - odpowiedziała mi baba - A ci ludzie posiadają ją i to aż w nadmiarze. Wielka szkoda, że ty nie.
- Nie rozumiem.
- Domyślałam się tego. Gdybyś ją miał, to wiedziałbyś doskonale, że te gnojki, które cię tak urządziły mają bardzo bogatych ojców, a ci z kolei potrafią zniszczyć życie każdemu, kto się narazi ich synom. Dlatego też lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś ich nie prowokował, ale nie! Ty musiałeś się im narazić i proszę! Masz tego efekty! I nie spodziewaj się tego, że ktoś przyjmie twoją skargę o pobiciu. Ci trzej zawsze znajdą świadków, którzy potwierdzą, że sam się na nich rzuciłeś i sprowokowałeś bójkę i po prostu dostałeś za swoje.
- Ale wcale tak nie było!
- Przyjmij zatem do wiadomości, że nikogo to nie obchodzi. Rodzice każdego z tych trzech wspierają bardzo wiele placówek edukacyjnych oraz wychowawczych, w tym nasz dom dziecka. Jeżeli więc przez twoje głupie wybryki stracę tegoroczną dotację, to już postaram się o to, żeby piekło, jakiego doznałeś w szkole było rajem w porównaniu z piekłem, które ja ci tu zgotuję! Zrozumiałeś to?!
Chciałem jej coś odpowiedzieć i to coś bardzo niemiłego, ale dobrze wiedziałem, że to bezcelowe, dlatego też załamany zwiesiłem tylko głowę w dół i spytałem:
- Czy to oznacza, że muszę siedzieć cicho, aby mieć spokój?
- Zgadza się. Siedź więc cicho i nie wychylaj się, a w szkole omijaj tych trzech i resztę ich gangu szerokim łukiem. Dobrze na tym wyjdziesz. Ja zresztą też. Właściwie to wszyscy będą wtedy bardzo zadowoleni.
- Wszyscy z wyjątkiem mnie.
- To prawda, ale wszystkim jest bardzo trudno dogodzić, zwłaszcza tak szybko. Czy zrozumiałeś, co ci powiedziałam?
- Zgadza się.
- To dobrze. A teraz już idź.
Po tych słowach babsztyl powrócił do swoich zajęć, a ja do swojego pokoju pogrążony w rozważaniach, że oto trzecia lekcja została mi głęboko wyryta w pamięci. Lekcja wyjaśniająca mi, że na tym świecie tylko pieniądz posiada pełną i nieograniczoną władzę. Wszyscy się przed nim uginają, a z pewnością ludzie bez zasad i honoru. Ja je jeszcze posiadałem i dlatego też musiałem zrobić to, co już dawno powinienem był zrobić.

***


Wiadomość o tym, że podciąłem sobie żyły i wylądowałem z tego powodu w szpitalu rozeszła się błyskawicznie po całej okolicy. W gazetach to napisali, podali w wiadomościach, a prócz tego jeszcze ogłoszono to w Internecie. Także więc cała okolica miała okazję się dowiedzieć, co mnie spotkało. Ale motywy mojego postępowania pozostały dla nich tajemnicą, w każdym razie przez jakiś czas, ponieważ policja szybko zainteresowała się tą sprawą i bardzo chciała ją sprawdzić. Zwykle tak robią i teraz też tak było. Tak więc, gdy tylko lekarze uznali, że jestem w stanie odpowiadać na pytania policji i nie zaszkodzi to memu zdrowiu, to dwóch funkcjonariuszy zaczęło mnie wypytywać. Z wielką chęcią opowiedziałem im o wszystkim, a zwłaszcza o prześladowaniu, jakie zafundował mi gang, a szczególnie ta trójka, na którą wtedy doniosłem. Policjanci zaś wysłuchali mnie z ogromną uwagą i obiecali zająć się tą sprawą.
Rzeczywiście się nią zajęli, ponieważ bardzo szybko odwiedzili moją szkołę i przesłuchali wiele osób w sprawie prześladowań stosowanych przez ów gang. Co prawda część przesłuchiwanych zaprzeczyła wszystkiemu z obawy przed piekłem, jakie gang by im zafundował, gdyby się dowiedział, że na nich donieśli, ale też bardzo wiele osób (w tym również i z personelu nauczycielskiego) opowiedzieli prawdę oraz powód, dla którego cały czas milczeli. Całą winą obarczyli bogatych ojców tych gnoi i pana dyrektora, który rzecz jasna od razu wyparł się wszystkiego, twierdząc przy tym, że ci trzej moi prześladowcy to są najlepsi uczniowie w szkole, angażujący się w każde projekty szkolne, w akcje charytatywne itp. A więc on nie może w to wierzyć, że tak wspaniali ludzie byliby w stanie prześladować kogokolwiek, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę fakt, iż przecież wcześniej nie było żadnych wiadomości ani też skarg w tej sprawie i że to z całą pewnością zwyczajne nieporozumienie i takie głupoty o tych uczniach wygadywać mogą tylko uczniowie zazdroszczący im sławy i dobrych wyników w nauce, a także nauczyciele, którzy trzymają z tą bandą nieuków. A co do mnie, to z całą pewnością nikt mnie specjalnie nie prześladował, co zaś do szturchania się lub też lekkiego potrącenia na korytarzu, to dzieciaki często tak robią i robienie z tego powodu jakieś afery to już przegięcie, a ja sam święty nie jestem i już od dawna sprawiam problemy.
Całe szczęście policja nie wzięła tego głupiego gadania dyrektora pod uwagę i przekazała sprawę do prokuratory, która bardzo szybko wzięła się do rzeczy i sprawa zawędrowała do sądu. Co prawda ojcowie tej trójki gnojków wynajęli bardzo dobrych adwokatów, którzy mieli mnie zmielić na otręby, ale na szczęście w sądzie zeznawało na moją korzyść wielu ludzi (w tym także i nauczyciele) i przytoczyli cały szereg prześladowań ze strony owego gangu. Sprawa więc wyglądała dla mnie bardzo pozytywnie, bo jak widać moja próba samobójcza poruszyła ludzkie sumienia, wywołała wielki wstrząs u ludzi i sprawiła, że ci, którzy dotychczas milczeli teraz przełamali tę okropną zmowę milczenia i wreszcie zaczęli mówić. W takim wypadku sąd mógł wydać tylko jeden wyrok: winni. Cała trójka mych prześladowców dostała zakład poprawczy aż do pełnoletności, a reszta gangu miała wkrótce także stanąć przed sądem i odpowiedzieć za swoje czyny. Mnie zaś rodzice każdego z tej trójki musieli wypłacić wysokie odszkodowanie, które miało mi umożliwić wyższe studia, jeślibym oczywiście chciał takie podjąć.


Niestety sprawa ta nie posiadała tylko pozytywnego wydźwięku. W tej sprawie także były negatywne wyniki. Przede wszystkim dyrektor szkoły z jakiegoś powodu zachował swoje stanowisko i nie omieszkał tego podle wykorzystać przeciwko mnie, ponieważ ledwie tylko proces się zakończył, a zaraz dyro kazał mi przyjść do siebie i rozpoczął całą swoją tyradę, którą to skierował przeciw mnie.
- Naprawdę nie wiem, jak mogłeś coś takiego zrobić - powiedział ze złością w głosie - Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co właśnie narobiłeś?!
- Co ja narobiłem? - zapytałem z kpiną w głosie - A niby co ja takiego zrobiłem? Powiedziałem tylko prawdę.
- Ale trzeba było tę prawdę zachować dla siebie! - zawołał ze złością dyrektor - Czy ty nie rozumiesz, jak poważne konsekwencje będzie to miało dla nas wszystkich?!
- Jakie konsekwencje? Posadkę pan przecież zachował!
- Ale w każdej chwili mogę ją stracić i to przez ciebie!
- Że co?! Przeze mnie?! Jest pan zabawny! Zgłaszałem panu to, co oni tutaj wyprawiają i w każdej chwili mógł ich pan uspokoić! Nie zrobił pan tego! Przez pana obojętność kwitła tutaj przemoc!
- Wielka mi przemoc! Kilka szturchnięć na korytarzu!
- To nie były jakieś tam szturchnięcia! To była prawdziwa przemoc i podłe, okrutne żarty!
- Trzeba więc było siedzieć cicho i cierpliwie to wszystko tolerować! Za jakiś miesiąc by im się znudziło! Ale nie! Ty musiałeś ściągać nam na kark policję i wywlekać wszystkie brudy na światło dzienne!
- Ktoś musiał w końcu to zrobić!
- Wcale, że nie! Trzeba było siedzieć cicho, a tak przez ciebie teraz skandal zniszczył dobre imię tej szkoły!
- Jakie dobre imię?! Przecież ta szkoła już dawno straciła swoje dobre imię przez te wszystkie podłości, które pan próbował zatuszować!
- To ty nie wiesz, że swoje własne brudy trzeba zawsze prać w swoich czterech kątach?! Nigdy nie wolno ich wywlekać na światło dzienne, bo to jest bardzo niesmaczne.
- Niesmaczne? A czy smaczne jest nic nie robienie w takiej sytuacji?! Gdyby tylko pan się zajął tą sprawą jak należy, to...
- Przecież się nią zająłem. Wtedy, gdy do mnie przyszedłeś.
- Tak! Zadał pan parę pytań i zamknął pan sprawę!
- A co miałem zrobić? Ta twoja rzekoma ofiara prześladowań wyraźnie powiedziała, że nic się nie stało.
- Przecież ten chłopak był zastraszony!
- Odniosłem inne wrażenie. Ale ty oczywiście uważałeś, że wiesz lepiej i rozpętałeś w tej szkole piekło! Przez ciebie grozi mi utrata pracy! Przez ciebie też rodzice każdego z tej trójki, którą oskarżyłeś przestali finansować szkołę i przez ciebie teraz ta placówka będzie miała poważnie ograniczony budżet. A do tego gazety rozpisują się tylko o nas, a wielu rodziców zabrało stąd swoje dzieci. A to wszystko twoja wina!
- Moja wina?!
- Tak! To twoja wina i dlatego też wykorzystam fakt, że jeszcze mogę cię zniszczyć i zrobię to! W tej szkole nie masz już czego szukać!
Spojrzałem na niego ze wściekłością w oczach i powiedziałem:
- W porządku! I nawet nie chcę szukać! Żegnam ozięble!
- I nie licz na to, że przyjmą cię do jakieś normalnej szkoły! - wrzasnął za mną dyrektor - Będziesz mógł co najwyżej iść do szkoły specjalnej troski między czubków! Bo tam jest twoje miejsce!
Olałem jego słowa i poszedłem w swoją stronę, ale bardzo dobrze wiedziałem, że bydlak dotrzyma swego słowa i z pewnością postara się o to, aby mi utrudnić życie póki jeszcze będzie mógł to zrobić. To była kolejna lekcja prawdziwego życia - jeśli zadrzesz z bogatymi, to zawsze przegrasz i nawet jeżeli wygrasz w sądzie, to i tak zawsze będziesz pokonanym. A to kolejny dowód na to, że pieniądz rządzi światem.
Szefowa domu dziecka także była na mnie wściekła. Okazało się, że i jej placówkę przestali wspierać rodzice każdego z tych trzech i dlatego też teraz ja musiałem wysłuchiwać z tego powodu cały szereg pretensji pod swoim adresem, a do tego ten podły babsztyl zapowiedział mi, że odtąd będę chodził do szkoły dla bardzo trudnej młodzieży prowadzonej przez jej znajomego i gdy tylko otrzyma w tej sprawie odpowiedź od owej szkoły, to zaraz tam pojadę. Szkoła posiadała też internat i miałem w nim zamieszkać. Oprócz tej informacji dostałem od tej baby jeszcze wiązankę oskarżeń pod swoim adresem i dowiedziałem się, jaki to podły i niewdzięczny ze mnie bydlak, jak ona włożyła tyle serca w moje wychowanie, a ja jej tak się za to odwdzięczam i że teraz przeze mnie opieka społeczna oraz policja zaczęły węszyć w sprawie sposobu, w jaki prowadzi swoją placówkę i że może mieć kłopoty, a to wszystko przeze mnie, żałosnego i niewdzięcznego bękarta, który tak się jej odpłacił za całą miłość, jaką od niej otrzymał.
Tak to właśnie wyglądało, ale wówczas, zupełnie niespodziewanie los się wreszcie do mnie uśmiechnął.

***


Z powodu wyrzucenia mnie ze szkoły i skierowania prośby przez szefową domu dziecka o przyjęcie mnie do szkoły dla trudnej młodzieży siedziałem na miejscu i nie chodziłem na zajęcia, oczekując tylko na swoją przyszłość, która zdecydowanie nie malowała się w zbyt jasnych barwach. Wręcz przeciwnie, spodziewałem się najgorszego. Ostatecznie przecież taka szkoła dla trudnej młodzieży to nie było byle co, a prócz tego jeszcze wiązało się z faktem, że pozostali uczniowie dadzą mi się we znaki. Skoro w zwykłej szkole potrafili mi dokuczyć, to w takiej specjalnej dla wariatów to mi dopiero dadzą popalić. Tak sobie wówczas myślałem i obawiałem się nadejścia chwili, w której będę musiał pójść do tej szkoły. Ale na szczęście inny los był mi pisany.
Kilka dni po tej jakże ponurej rozmowie z szefową domu dziecka znów zostałem do niej wezwany. Podejrzewałem, że to z powodu tego podania o przyjęcie mnie do szkoły dla trudnej młodzieży, ale szybko odkryłem, jak bardzo się mylę. Dowiedziałem się tego, kiedy tylko wszedłem do gabinetu tej baby, a ta z wielką radością oraz równie wielkim uśmiechem na swej tłustej twarzy powiedziała:
- Mój drogi Rogerze! Jak to dobrze, że przyszedłeś. Bardzo chcę ci kogoś przedstawić i sądzę, że ta znajomość przyniesie ci wiele dobrego.
To mówiąc wciąż uśmiechała się do mnie w taki sposób, który chyba tylko idiota wziąłby za prawdziwy i szczery, po czym wskazała dłonią na siedzącą naprzeciwko jej biurka wysoką kobietę, tak chyba po trzydziestce i posiadającą czarne włosy i brązowe oczy. Ubrana była w beżową sukienkę, na głowie miała czarny kapelusz, a w dłoniach ściskała niewielką torebkę. Na mój widok westchnęła delikatnie, jakby właśnie zobaczyła kogoś, kogo dawno nie widziała, a za którym zdążyła się już bardzo stęsknić. Potem zaś wstała i powiedziała:
- Ty jesteś Roger, prawda?
- Tak, tak mam na imię - odpowiedziałem jej zdumiony - A pani kim jest?
- Kimś, kto bardzo chce ci pomóc - powiedziała kobieta - Wiem, co cię spotkało i uważam to za jawną niesprawiedliwość. Dlatego tu przyjechałam. Chciałabym ci w tej sprawie pomóc.
- A dlaczego chce mi pani pomóc?
- Ponieważ to jest dla mnie bardzo ważne. Zresztą jeszcze dzisiaj się wszystkiego dowiesz. Czy zechciałbyś się ze mną przejść po mieście?
Przyznam się, że jakoś nie bardzo paliłem się do tego, aby łazić po mieście z jakąś obcą babą, którą pierwszy raz w życiu widzę na oczy, ale z jakiegoś powodu poczułem, że mogę tej kobiecie zaufać. Prócz tego też wolałem iść z nią, niż siedzieć tutaj cały dzień, co przecież narażało mnie na ciągłe towarzystwo szefowej tej jakże „szlachetnej“ placówki, w której to przebywałem od urodzenia. Dlatego też wyraziłem zgodę na propozycję kobiety, co wywołało w niej wielką radość, tak samo jak i u szefowej, która wręcz rozpływała się w uśmiechach i byciu miłym dla nieznajomej.
- Idź śmiało, Roger. Pani potem cię tu odprowadzi - powiedziała - Ale nie musicie się spieszyć. Bawcie się dobrze.
Zainteresowało mnie bardzo, dlaczego tak bardzo ten babsztyl jest taki miły i wręcz usłużny wobec tej kobiety. Podejrzewałem, że ma to związek z faktem, iż kobieta wyglądała na zamożną, a ta oto podła kreatura bardzo kochała pieniądze. Sądzę, że byłaby gotowa całować w cztery litery nawet samego diabła, gdyby tylko mogła dostać za to sporą sumkę. Kolejny dowód na to, że pieniądz rządzi światem.
A zatem, ponieważ dostałem pozwolenie na wycieczkę po mieście z tajemniczą kobietą, z którego to pozwolenia od razu skorzystałem. Oboje poszliśmy na spacer i zaczęliśmy przyjazną rozmowę, o ile oczywiście da się taką prowadzić z osobą, którą się widzi pierwszy raz w życiu.
- Czytałam w gazecie i widziałam w wiadomościach, co cię spotkało - powiedziała do mnie kobieta - Uważam, że to po prostu podłość! Takie coś człowiekowi zrobić i potem jeszcze do ciebie ta głupia krowa miała jakieś pretensje!
Widać aż gotowała się ze złości, kiedy tylko o tym mówiła i była to szczera reakcja, w każdym ja tak uważałem.
- A skąd pani wie, że ta baba ma do mnie pretensje?
- Sama mi to powiedziała.
Westchnąłem złośliwie, gdyż takie coś bardzo mi pasowało do tej baby, aby się bawiła w obgadywanie mnie przy ludziach. To było bardzo do niej podobne.
- A więc zdążyła już na mnie naskarżyć - rzuciłem złośliwie - Ale jak widzę, pani nie wierzy w te oskarżenia?
- Uważam, że ta baba jest podła i głupia i nie powinna cię o cokolwiek obwiniać. Przecież to ty jesteś ofiarą, a oni byli twoimi prześladowcami. A to ciebie się czepiają. To jest po prostu podłe i tyle!
- Oczywiście, że podłe - powiedziałem - Ale czego się pani w ogóle spodziewa? Przecież świat jest podły i niesprawiedliwy, zwłaszcza wobec sierot bez obojga rodziców.
- Zwłaszcza, że ta sierota bez obojga rodziców posiada coś takiego jak kręgosłup moralny - stwierdziła kobieta - Twoja postawa wobec szkolnego gangu jest godna pochwały. Nie obraź się, ale dziwi mnie to, że osoba z twojego środowiska... Ale może ciebie to obraża?
- Obrażały mnie gorsze rzeczy, mogę więc znieść i to.
- A więc, że osoba z twojego środowiska, bez żadnych wzorców umiała się tak szlachetnie zachować.
- A co? Pani sądziła, że jak z domu dziecka, to zaraz degenerat?
- Tego nie mówię, ale brak wzorców często odbiera nam altruizm, a u ciebie tego nie zauważyłam. Wręcz przeciwnie.
Uśmiechnąłem się ironicznie i patrząc w niebo, powiedziałem:
- To wszystko przez książki. Naczytałem się kilku jako dzieciak i coś mi się uroiło w głowie, że będę szlachetny jak bohaterowie tych powieści. I cóż... Zapłaciłem za to wysoką cenę.
- Ale postąpiłeś słusznie.
- I co mi z tego przyszło? Stałem się kolejną ofiarą gangu. W szkole już nie miałem potem życia. Gdybym miał rozum, rzuciłbym szkołę i ruszył w świat, żeby szukać swojego miejsca. Ale ta moja głupia ambicja mi na to nie pozwoliła. Nie chciałem się stoczyć jak te gnojki, które mnie skrzywdziły. Chciałem być od nich lepszy. I proszę, co mi z tego przyszło. Wolałem się próbować zabić, niż uciec od tego wszystkiego i spróbować żyć w wielkim świecie.
- I dobrze zrobiłeś, że nie uciekłeś. Uwierz mi, na świecie jest bardzo zimno dla tych, którzy nie mają domu.
- Pani widzę bardzo w tym temacie obeznana, prawda? - zapytałem ją złośliwie.


Kobieta zasmucona pokiwała głową na znak, że tak właśnie jest, jak mówię i dodała:
- Podobnie jak i ty, wcześnie dowiedziałam się, jaki świat jest podły. O wiele za wcześnie. Zwłaszcza podły jest wobec sierot.
- Już samo porzucenie dziecka zaraz po jego narodzinach jest podłe. Ja nie wiem, jak ktokolwiek może to zrobić? Ani jak moi rodzice mogli mnie tak potraktować?
Kobieta wyraźnie się zmieszała, gdy to usłyszała, lekko dotknęła ręką swojego serca i powiedziała:
- Może nie mieli wyboru? Może zostali do tego zmuszeni?
Prychnąłem z kpiną, gdy to usłyszałem.
- Zmuszeni? Też mi coś! Mnie by nikt nigdy nie zmusił do oddania mojego dziecka, gdybym je miał!
- Zobaczymy, jak jeszcze będzie wyglądało twoje życie. Obyś zawsze tak uważał i zawsze był taki odważny do walki o swoje jak teraz. Szczerze i z całego serca ci tego życzę.
Spojrzałem na nią bardzo zaintrygowany jej słowami. Byłem bardzo ciekaw, dlaczego tak do mnie powiedziała. Czyżby ją też zmuszono kiedyś do porzucenia dziecka? A może do czegoś jeszcze gorszego i dlatego teraz tak się zasmuciła?
- Jak się pani nazywa? - spytałem po chwili.
- Nancy Goodman. Jestem wdową, mój mąż zginął w wypadku jakoś tak rok temu. Bardzo chcieliśmy mieć dzieci, ale niestety nic z tego nie wyszło. Bardzo jednak chciałabym wziąć cię pod opiekę jako twoja rodzina zastępcza.
- Będzie trudno, bo samotnym kobietom rzadko dają dzieci pod opiekę.
- Wszystko zależy od właściwego podejścia do sprawy. I od tego, gdzie się ma znajomości. Mój mąż posiadał wielu znajomych pośród urzędników. Wystarczy więc, że pójdę tam, gdzie trzeba, pogadam...
- I zapłacę - rzuciłem złośliwie.
- A tak! I zapłacę! - potwierdziła z lekką złością kobieta, kiwając lekko głową - Jeżeli będzie trzeba, to także zapłacę komu trzeba. Sądzę jednak, że nie będzie to konieczne. W przypadku dobrych znajomości wystarczy tylko właściwie przeprowadzona rozmowa.
- Oczywiście z właściwym doborem argumentów - rzuciłem złośliwie.
Kobieta chyba zrozumiała, co chcę przez to powiedzieć, dlatego też spojrzała na mnie z lekką złością i rzuciła:
- A gdyby nawet, to co z tego? Widzę po twoich słowach, że gardzisz pieniędzmi i ich potęgą.
- A gardzę! - zawołałem - Gardzę, bo widzę, co ta potęga wyprawia i co się przez tę potęgę dzieje z ludźmi!
Wręcz wykrzyczałem te słowa, ale kobieta zachowała stoicki spokój, który poraził mnie bardzo i zmusił do tego, żebym się uspokoił.
- A czy pomyślałeś, że ta potęga potrafi uczynić we właściwych rękach wiele dobrego? - zapytała mnie po chwili kobieta.
- A w złych rękach potrafi zrobić wiele złego.
- To prawda, ale nie spodziewaj się, że pieniądz jest dobry lub zły. Tak samo władza czy potęga. To wcale nie są rzeczy, które można przypisać do kategorii dobro lub kategorii zło. Wszystko zależy od tego, do jakich celów zostaną one użyte. Taka jest prawda. Ja chcę ich użyć dla dobrych celów. Pozwól mi na to, a nie pożałujesz tego.
- Dlaczego chce mnie pani wziąć pod opiekę?
- Bo jestem kobietą i chcę być matką.
- Dlaczego akurat mnie?
- Bo bardzo przypominasz mi kogoś, kogo kochałam i kto kiedyś był mi bardzo bliski. Straciłam tę osobę, ale być może przy tobie znowu poczuję radość życia.
- Aha! A więc mam być dla pani pociechą oraz zastępstwem za tamtą osobę?
- A gdyby nawet, to co z tego? Tak cię to razi?
- Nie, ale wolałbym zostać czyimś synem dlatego, że ktoś chce mnie, a nie osobę, którą jej przypominam.
- Bądź spokojny. Matczyne uczucia pojawią się we mnie prędzej niż sądzisz. A gdyby nawet i nie, to chyba lepiej jest pójść do mnie i mojego domu niż do szkoły dla trudnej młodzieży, prawda?
- Oczywiście, że to dużo lepiej. Tylko co będzie, jeżeli nic z tego nie wyjdzie?
- Bądź spokojny. Wyjdzie i będzie dobrze. Sam zresztą zobaczysz.
Po tych słowach kobieta zabrała mnie na lody do pobliskiej kawiarni i oboje długo rozmawialiśmy o mnie i moim dzieciństwie. Pani Goodman była bardzo zainteresowana praktycznie wszystkim, co tylko mnie dotyczyło i z ciekawością wręcz chłonęła każdą informację na mój temat. Zdziwiło mnie to trochę, ale szybko uznałem, że chce po prostu dużo wiedzieć o swoim przyszłym przybranym synu, dlatego też darowałem sobie pytania o powody jej ciekawości i po prostu udzielałem jej wszelkich informacji, jakie chciała posiadać.

***


Przeskoczę teraz w swojej opowieści o kilka lat, aby łatwiej dotrzeć do najważniej części fabuły. Przytoczę tu tylko parę faktów niezbędnych w zrozumieniu tego, co się działo w moim życiu.
Po pierwszej rozmowie z panią Goodman wróciłem do domu dziecka, ale tylko po to, aby się spakować, gdyż już następnego dnia kobieta zabrała mnie ze sobą i zamieszkałem w jej pięknym domu. To była bardzo miła odmiana, a już zwłaszcza po tylu latach spędzonych w tak ponurym miejscu jak to, które właśnie opuściłem. Z wielką chęcią tam zamieszkałem, choć przez długi czas się bałem, że z powodu jakieś problemów prawnych czy czegoś tam innego mogę wrócić tam, skąd przyszedłem, a tego za wszelką cenę chciałem uniknąć. Ale nie stało się tak, ponieważ Nancy Goodman bardzo szybko stała się moją rodziną zastępczą, a po jakimś czasie zdołała mnie przysposobić i dała swoje nazwisko. Nosiłem je z prawdziwą radością i coraz bardziej lubiłem tę naprawdę uroczą kobietę, która wzięła mnie pod swoje skrzydła.
Po zamieszkaniu z moją przybraną matką zacząłem od razu chodzić do pobliskiej szkoły i jak się zapewne domyślacie, początki w tym miejscu były dość trudne. Wobec nowych uczniowie dość często bywają wredni i teraz też tak było, zwłaszcza z tego powodu, że nie byłem rodzonym dzieckiem pani Goodman. Takie dzieci są zwykle traktowane jako gorsze i wytyka się im niewiadome pochodzenie, jakby to było takie ważne dla ludzi, kto tak naprawdę kogo urodził. No cóż... Dla nich było i potrafili z tego powodu podle mi dokuczać. Nie będę udawał, że mnie to nie ruszało, bo ruszało, ale w miarę swoich możliwości starałem się mieć te wszystkie docinki gdzieś, a czasami nawet zdołałem się komuś odgryźć złośliwą i ciętą ripostą. Także więc tym razem nie byłem tylko bierną ofiarą, bo potrafiłem pokazać, że potrafię dogryźć i celowe szukanie ze mną zwady to bardzo głupi pomysł. W razie czego potrafiłem również mocno przyłożyć, choć oczywiście tego zawsze starałem się unikać, bo w szkole źle patrzono na wszelkiego rodzaju bójki i ja wolałem nie dawać nauczycielom powodów do karania mnie.
Uczyłem się nieźle i prócz tego zdołałem ukończyć szkołę z bardzo dobrymi wynikami i w wieku dziewiętnastu lat, po piętnastu latach bez rodziny i bliskich wreszcie mogłem o sobie powiedzieć, że jestem naprawdę szczęśliwy. Po skończeniu szkoły zrobiłem sobie rok przerwy od nauki, do czego moja przybrana matka zresztą sama mnie namawiała i pojechaliśmy oboje na wakacje, a prócz tego jeszcze zwiedziliśmy trochę świata. To była bardzo owocna i przyjemna podróż, która pozwoliła mi poszerzyć swoje horyzonty. Po tej wyprawie wyruszyłem w kolejną wycieczkę, ale już tym razem sam. Matka nie skąpiła mi pieniędzy, dlatego mogłem się bawić, ile tylko chcę, co też oczywiście robiłem, choć z rozwagą, bo nie wydawałem aż tak wiele. Rzecz jasna to nie była tyle kwestia ostrożności, co raczej faktu, że zwyczajnie nie byłem wciąż przyzwyczajony do luksusów ani do wydawania wielkich sum na nie wiadomo jak wymyślne hulanki. Dlatego też (w przeciwieństwie do wielu moich rówieśników) nie narobiłem długów i cieszyłem się pełnym zaufaniem swojej przybranej matki, która wiedziała, że w sprawie pieniędzy śmiało może mi zaufać.
Pewnego jednak razu nasze relacje uległy pogorszeniu, a wszystko z powodu czegoś tak klasycznego w tego typu historiach, że aż wydającego się niemożliwym - z powodu kłamstwa. Ale nie mojego, skądże! Stało się to z powodu kłamstwa pani Goodman, przez które to kłamstwo już na zawsze straciłem do niej zaufanie.
Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy powróciłem ze swoich wakacji za granicą i bardzo zadowolony z życia chciałem położyć się znowu w łóżku w swoim pokoju i wyspać się za wszystkie czasy, bo przecież chyba każdemu wiadomo, że we własnym łóżku śpi się najlepiej. Tak też i u mnie się zdarzyło, bo po powitaniu matki i zjedzeniu z nią kolacji szybko padłem na łóżko i zmęczony zasnąłem. Spałem bardzo długo, a rano obudziłem się wypoczęty jak jeszcze nigdy przedtem. Zadowolony szybko się ubrałem i poszedłem do gabinetu przybranej matki, bo bardzo chciałem jej wszystko opowiedzieć o swojej podróży, na co też ona zresztą nalegała. Niestety, kobiety nie było w domu, więc usiadłem za jej biurkiem i postanowiłem na nią zaczekać. A ponieważ nie miałem pewności, kiedy wróci i jak długo będę musiał czekać, to zacząłem z nudów oglądać przedmioty na biurku. Były tam oczywiście różne bzdety jak papiery i dokumenty, a także o wiele ciekawsze rzeczy, jak choćby zdjęcie mojej i jej oprawione w ramkę. Bardzo mi się podobało to zdjęcie i widać było na nim, jak oboje jesteśmy sobie bliscy.
Potem zaczęły mnie nęcić szuflady biurka mojej przybranej matki i to tak bardzo, że z ciekawości otworzyłem je. Byłoby o wiele lepiej, gdybym tego nie robił. Ale ja to zrobiłem i co w niej znalazłem? W środku było kilka zdjęć i to bardzo interesujących. Przedstawiały one Nancy Goodman jako nastolatkę i to w ciąży. Bardzo mnie to zaintrygowało. Co prawda dobrze wiedziałem, że Nancy straciła niegdyś kogoś bliskiego i że ja jej tę osobę przypominałem, ale nie miałem pojęcia, iż urodziła tę osobę będąc jeszcze niepełnoletnią smarkulą. To było dopiero odkrycie. Oprócz tego zdjęcia w szufladzie znajdowało się jeszcze parę innych fotek ukazujących Nancy z jakimś chłopakiem. Co ciekawe, ten chłopak bardzo przypominał mnie. Ale na serio - wyglądał zupełnie jak ja, poza drobnymi różnicami w wyglądzie, które na pierwszy rzut oka niezbyt rzucały się w oczy (w przeciwieństwie do naszego fizycznego podobieństwa). Wtedy powoli coś zaczynało do mnie docierać. Jeszcze raz spojrzałem na zdjęcie ukazujące Nancy w ciąży. W jego lewym górnym rogu znajdowała się data zrobienia tego zdjęcia. To była data sprzed dwudziestu lat. Do tego jeszcze ten chłopak bardzo do mnie podobny i ta ciąża. W głowie wszystko powoli zaczęło mi się układać w jedną, logiczną całość. Byłem już prawie pewien, kim naprawdę jest moja opiekunka.
W tej samej chwili, kiedy to zaczynało do mnie docierać drzwi od gabinetu otworzyły się i stanęła w nich Nancy. Bardzo się zdziwiła, kiedy zobaczyła mnie siedzącego za jej biurkiem, ale nie wyglądała na zbytnio przejętą tym faktem. Do czasu...
- Co ty tu robisz, Roger? - zapytała przyjaznym tonem.
- Czekałem na ciebie i tak z nudów zacząłem oglądać twoje biurko - odpowiedziałem jej i pokazałem oglądane przez siebie zdjęcia - Możesz mi to wyjaśnić?


Dopiero teraz kobieta się przejęła i to naprawdę mocno. Widząc, że trzymam w ręku fotografie westchnęła załamana i przerażona jednocześnie, po czym próbując odzyskać animusz, powiedziała lekko oburzona:
- Dlaczego grzebałeś w moich prywatnych rzeczach?
- Nie ważne. To ja chciałbym się dowiedzieć, co oznaczają te zdjęcia. I dlaczego na jednych z nich z jest data sprzed dwudziestu lat?
Kobieta ponownie westchnęła, chyba jeszcze bardziej załamana, a ja wpatrując się w nią, dodałem:
- To jest mój ojciec? Ten gość na zdjęciach?
Nancy tylko pokiwała twierdząco głową.
- A ty jesteś moją matką?
Kobieta powoli zaczęła ronić łzy.
- A więc ty jesteś moją matką. Jesteś tą podłą kreaturą, która zaraz po urodzeniu podrzuciła mnie do domu dziecka z karteczką z napisem „Ma na imię Roger“.
- Synku, to nie jest najlepsza pora na takie rozmowy.
- A kiedy twoim zdaniem będzie?! - zawołałem ze złością - Jak już będę miał własne dzieci i czterdziestkę na karku?! Jak już będziesz umierać i łaskawie na łożu śmierci wyznasz mi wszystko?! Posłuchaj mnie teraz uważnie! Chcę poznać prawdę i to zaraz!
Nancy Goodman pokiwała głową potakująco i dostawiła sobie krzesło do biurka, a następnie usiadła na nim i zaczęła opowiadać.
- Ja i twój tata mieliśmy ledwie szesnaście lat, kiedy zaszłam w ciążę. To była wpadka, żadne z nas tego nie planowało.
- Dziękuję bardzo - rzuciłem złośliwie.
Matka nie przejęła się tym i mówiła dalej:
- Moi rodzicie wściekli się, kiedy się o tym dowiedzieli. Jego rodzice także. Uznali, że jesteśmy za młodzi na bycie rodzicami. Prócz tego nie chcieli, aby ktoś się o tym dowiedział. Załatwili mi więc naukę w domu z zaufanym nauczycielem, a prócz tego odseparowali mnie od twojego ojca. Gdy przyszedł czasu rozwiązania, urodziłam w domu z pomocą matki, która jest lekarzem i wiedziała, co robić. Urodziłam cię, a zaraz potem rodzice, aby ukryć moją hańbę podrzucili cię do domu dziecka daleko od naszego miejsca zamieszkania. Łaskawie pozwolili mi wybrać ci imię i pozostawić przy tobie kartkę z napisem „Ma na imię Roger“. Potem postarali się o to, abym więcej nie widziała ani ciebie, ani twojego ojca. Odseparowali mnie od was. Potem, kiedy już skończyłam szkołę, poszłam na prawo i poznałam mojego męża. Był dobrym człowiekiem. Zginął parę lat temu w wypadku. Nigdy nie powiedziałam mu o tobie. A ja poczułam, że tracę sens życia. Rzuciłam się więc w wir pracy i swoich obowiązków prawnika aż do chwili, gdy próbowałeś się zabić i wyszło na jaw, co się wyprawia w szkole, do której chodziłeś. Szybko się domyśliłam, że chodzi o ciebie i zrozumiałam, że muszę cię odzyskać. Powiedziałam sobie wtedy: „Teraz albo nigdy! Pora wreszcie wziąć się w garść“ i odzyskałam cię. Choć szkoda, że tak późno.
Popatrzyłem na nią ze złością w oczach. Oczywiście gdzieś tam w głębi serca bardzo jej współczułem, ale wówczas o wiele bardziej ogarniała mnie złość na nią. Czułem, że muszę jej wygarnąć, co czuję i to właśnie teraz. Głupia baba użalała się nad sobą w mojej obecności, a przecież ja bardziej cierpiałem w życiu niż ona. Spojrzałem więc na nią ze złością i wręcz wysyczałem przez zęby:
- A więc to ty jesteś moją matką.
- Tak, twoją biologiczną matką - odpowiedziała kobieta, wciąż roniąc łzy - I nie możesz tego zmienić, choć pewnie bardzo byś tego chciał. Wiem, nienawidzisz mnie teraz.
- Co ty niby wiesz?! - wyrzuciłem z siebie ze złością - Czy ty wiesz, jak to jest nie mieć rodziców?! Czy wiesz, co to znaczy żyć w domu dziecka z podłą babą zachłanną na kasę jako opiekunką?! I jeszcze do tego użerać się z bandą debili w szkole, którzy lubią dla zabawy się nad kimś pastwić?! Wiesz, jakie uczucia towarzyszą ci, gdy taka baba i tacy debile ci niszczą życie?! Wiesz?!
Matka nie odpowiedziała mi, dlatego też kontynuowałem wypowiedź, przybierając coraz bardziej sarkastyczny ton.
- Ale wiesz co? Ich przynajmniej pamiętam, bo byli. A ciebie jakoś nie. Bo przez ten czas, gdy ja się z nimi musiałem użerać, ty sobie robiłaś karierę prawnika. Bawiłaś się w adwokaturę oraz kochającą żonę i co? Tak nagle wreszcie sobie o mnie przypomniałaś? Bo co? Bo miałaś jakieś objawienie?
- Synku, proszę cię! - zawołała Nancy Goodman płacząc - Ja dobrze wiem, że źle zrobiłam, ale ty też musisz mnie zrozumieć. Wtedy nie miałam wyboru. Rodzice mnie zmusili, abym cię oddała. Nie miałam wpływu na ich decyzję. Uwierz mi, proszę!
- Ależ wierzę ci! Wierzę! Ale mogłaś wcześniej mnie zacząć szukać! O wiele wcześniej. Przez te wszystkie lata, gdy stałaś się już niezależna, wiele mogłaś zrobić! A nie zrobiłaś nic! Nic!
- Wiem, że powinnam była tak zrobić, ale to było dla mnie trudne. Zbyt trudne.
- Co było takie trudne?
- Wracanie do przeszłości. Nie chciałam rozdrapywać swoich starych ran. Dobrze wiem, jak to egoistycznie brzmi, ale wtedy naprawdę inaczej nie potrafiłam postąpić. Wtedy chciałam już tylko zapomnieć.
Wściekły zerwałem się z biurka i pobiegłem do swojego pokoju, po czym gwałtownie zacząłem pakować do torby swoje ubrania, a do plecaka podróżnego kilka książek i parę dodatkowych rzeczy.
- Co robisz? - spytała matka, która poszła za mną.
- Ułatwiam ci to, co tak bardzo chciałaś osiągnąć przez te wszystkie lata. Pomogę ci o sobie zapomnieć.
- Roger, proszę cię! Nie rób tego! - zawołała załamana moja matka - Ja nie chciałam, żeby tak wyszło! To wszystko przeze mnie i te wszystkie moje kłamstwa. Powinnam była już dawno powiedzieć ci prawdę.
- Powinnaś, ale nie zrobiłaś - odpowiedziałem jej podle - Wiele rzeczy powinnaś była zrobić, ale ich nie zrobiłaś.
- Roger, proszę cię! Błagam cię, zostań! Postąpiłam źle, ale przecież zabrałam cię stamtąd! Dałam ci nowy dom, dobrą szkołę i lepsze życie!
- Rychło w czas! Chwała ci za to! - rzuciłem z kpiną, gdy skończyłem się już pakować.
- Synku, tak bardzo cię przepraszam. Gdybym tylko mogła cofnąć czas o te dwadzieścia lat...
- Ale nie możesz, więc sobie daruj takie gadanie.
- Proszę cię, posłuchaj mnie! Zostań ze mną! Spróbuję ci to wszystko wynagrodzić!
- Już za późno, mamo - odpowiedziałem z gniewem.
Rzuciłem na nią ostatnie spojrzenie i wściekły wyszedłem z pokoju i z domu, żegnany płaczem mojej matki, a także jej rozpaczliwym jękiem. Nie obejrzałem się za siebie. Postanowiłem zamknąć za sobą ten rozdział.


C.D.N.

sobota, 30 marca 2019

Przygoda 121 cz. I

Przygoda CXXI

Domek na wsi cz. I


Pamiętniki Sereny:
- Kochani, czy wszystko w porządku?! - usłyszałam nagle głos swojej mamy tuż za drzwiami sypialni.
Jęknęłam przerażona, gdy tylko te słowa dobiegły moich uszu. Szybko otarłam sobie pot z czoła i zawołałam:
- W porządku, mamusiu. To nic takiego!
- Jak to nic takiego? Przecież przed chwilą krzyczałaś! - zawołała nie bez zdumienia moja mama.
- Ale spokojnie. Nic się nie stało. To tylko... tego no...
- No co? Co się tam u was dzieje? Możesz łaskawie otworzyć?
- Mamo, to nie jest najlepsza pora - jęknęłam z lękiem.
Jak to dobrze, że razem z Ashem zamknęliśmy drzwi na klucz zanim rozpoczęliśmy nasze harce. To by dopiero było, gdyby tak nagle weszła tutaj moja mama i zobaczyła mnie i Asha i to takich jak Adam i Ewa w raju, jak okazujemy sobie swoje uczucia? Chociaż to samo w sobie z pewnością by jej nie zaszokowało tak bardzo, jak widok mnie siedzącej okrakiem na Ashu i całej zroszonej potem i dyszącej z powodu wielkiej rozkoszy, jaką właśnie osiągnęłam, co zresztą stało się przyczyną głośnego krzyku, który z siebie wydałam i zarazem przywołało tutaj moją drogą mamuśkę.
- Diabli ją nadali - rzuciłam ze złością.
Głośno zaś dodałam:
- Poczekaj chwilkę, już otwieram!
Po tych słowach zeskoczyłam z Asha i prędko naciągnęłam na siebie swoją piżamę, którą była fioletowa bluzka z różowymi dodatkami i zapinana na zamek, a także różowe spodenki sięgające mi do połowy ud. Ash też nie tracił czasu i prędko wciągnął na siebie białą koszulkę z żółtym paskiem oraz niebieskie spodenki. Zajęło to nam niecałą minutę, po której szybko otworzyliśmy drzwi mojej mamie.
- No cześć - wydyszałam lekko, wpatrując się w nią z uwagą - Co się stało?
- To ja się ciebie pytam, co się stało - odpowiedziała mi ze złością moja mama - Usłyszałam twój krzyk, więc szybko przybiegłam, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku i czy nic wam nie grozi.
- Mamo, a niby co miałoby nam grozić? - spytałam dowcipnie.
- Weź już nie udawaj, córeczko. Przecież dobrze wiesz, co się ostatnio stało. Wolałam więc sprawdzić, czy wszystko jest w porządku - powiedziała moja mama.
- Jak widzisz, jest w porządku - odpowiedziałam jej ze złością - Czy teraz, skoro już się upewniłaś, że wszystko ze mną dobrze, mogę już wrócić z Ashem do naszych obowiązków małżeńskich?
- Ładne mi obowiązki - rzuciła złośliwie moja matula, która wyraźnie domyśliła się, co było przyczyną mojego krzyku - Ale dobrze, wracajcie już sobie do nich. Tylko taka mała uwaga, skarbie. Skoro już musisz wydawać z siebie takie dźwięki podczas tych „obowiązków“, to bądź uprzejma robić to nieco ciszej, dobrze?
Zarumieniłam się, gdy usłyszałam jego słowa, natomiast Ash delikatnie zachichotał i powiedział:
- Nie wiedzieliśmy, że ktokolwiek tu będzie, a już zwłaszcza mamusia.
- Spokojnie, ja zaraz wychodzę - odpowiedziała jego teściowa - Twoja mama prosiła tylko, żebym przyniosła jej piżamę, bo będzie dzisiaj nocować poza domem.
- Aha! Czyli ona i Steven nie wrócą na noc? - spytał Ash.
- Nie, oboje wolą wam nie przeszkadzać i spędzą swoją noc poślubną w hotelu - wyjaśniła mu wesoło moja mama - I jak widzę dobrze zrobili, bo byście tylko ich przerazili swoimi wariackimi krzykami.
- Przerazili? Ciekawe, kto kogo? - zapytał zadziornie Ash.
Grace Evans popatrzyła na niego z ironią i rzuciła:
- Dobra, dobra, dowcipnisiu jeden. Konkurs krzyków urządzicie sobie innym razem. Teraz ja zabieram piżamę i idę do hotelu zanieść ją Delii.
- A co? Moja mama i Steven już się zmyli z wesela? - zapytał wesoło Ash.
- Owszem, a co? Tylko wam wolno? - zachichotała jego teściowa - No dobrze, to ja już wam nie przeszkadzam. Idę sobie. Tylko nie straszcie mnie tak więcej.
- To nie przychodź tutaj tak niespodziewanie - powiedziałam do niej zadziornym tonem.
- Dobrze, następnym razem przyślę tutaj Fletchlinga z zapowiedzią wizyty - odpowiedziała ironicznie - A tak przy okazji, mój drogi zięciu, to założyłeś koszulkę na lewą stronę.
Ash spojrzał na siebie i jęknął lekko, gdy się okazało, że jego teściowa ma rację.
- Na przyszłość uważaj, kiedy się szybko ubierasz - powiedziała moja mama dowcipnie - Bo inaczej każdy się zorientuje, że coś jest nie tak i cię zdemaskuje.
Po tych słowach moja mama poszła do pokoju Delii i zabrała piżamę swojej drogiej przyjaciółki, po czym pożegnała nas i odeszła, zamykając je na klucz (który najwidoczniej dostała od mojej teściowej).


- Uff! Poszła sobie - powiedziałam bardzo zadowolona - Już się bałam, że nigdy nie wyjdzie.
- Kto by pomyślał, że się tu zjawi? - zapytał wesoło Ash.
- Tak, jak typowa mamuśka z komedii romantycznych - stwierdziłam ironicznie - Bo zauważ, że często w takich filmach wpadają takie bezczelne babska do swojego dorosłego już dziecka i to bez zapowiedzi i oczywiście przeszkadzają w jego życiu osobistym.
- Raczej łóżkowym, bo często takie mamuśki przeszkadzają swojemu dziecku w pewnych niegrzecznych sprawach - rzucił Ash i powoli zamknął drzwi od naszego pokoju na klucz.
- Tak! To bardzo irytujące - potwierdziłam i spojrzałam na Asha bardzo namiętnym wzrokiem - A przy okazji spraw łóżkowych i niegrzecznych...
To mówiąc pocałowałam Asha bardzo namiętnie w usta i popchnęłam go na łóżko, po czym usiadłam na nim okrakiem.
- Teraz, drogi panie mężu, masz się postarać i pokazać mi, jak bardzo mnie kochasz.
- A co? Słabo ci to okazałem przed chwilą? - zażartował sobie Ash.
- Wręcz przeciwnie, ale dobrego nigdy za wiele - odpowiedziałam.
Ash zachichotał i powoli przyciągnął mnie do siebie i pocałował mnie w usta, powoli rozpinając moją piżamę.
- Co robisz, skarbie? - spytałam w przerwach pomiędzy pocałunkami.
- To, o co prosiłaś - odpowiedział czule Ash i rozpiął suwakiem zamek do końca.
Następnie powoli wsunął dłonie pod moją piżamkę i zaczął okazywać mi swoje uczucie w bardzo czuły i słodki sposób, co ułatwiał mu fakt, że nie miałam na sobie bielizny. Zresztą rzadko ją noszę pod piżamą, choć jeszcze rzadziej noszę samą piżamę, bo ja i Ash wolimy spać ze sobą tak, jak nas Bozia stworzyła. Wyjątek robimy tylko wtedy, kiedy śpimy u kogoś, aby uniknąć ewentualnego wstydu, jaki by nastąpił, gdyby tak ktoś zobaczył nas śpiących bez ubrania. W takim wypadku piżama się przydaje, a zwłaszcza w takich sytuacjach jak teraz, gdy trzeba szybko coś na siebie włożyć. Wtedy bardzo się przydaje suwak w górze od piżamy oraz krótkie, łatwo nakładane spodenki. Taki strój bez trudu potrafię szybko na siebie nałożyć, zaś Ash potrafi szybko go ze mnie zdjąć, tak jak w tej chwili, którą teraz opisuję. Bo wtedy to zrobił, a ja go do tego zachęcałam, szepcząc z rozkoszą:
- Zabierz mnie stąd, mój aniele!
- A dokąd, panienko? - spytałam czule.
- Do gwiazd - odpowiedziałam mu, cytując Kate Winslet.
Ash nie dał się długo o to prosić. Porwał mnie w objęcia i rzucił na łóżko, bez trudu zdzierając ze mnie piżamę i samemu się rozbierając.
- Kocham cię - powiedział do mnie czule.
- A ja kocham ciebie - odpowiedziałam słodko.
Chwilę później poleciałam do gwiazd i dosięgałam ręką do najwyższej z nich aż kilka razy pod rząd, przy okazji popełniając wielkie bluźnierstwo wzywając od czasu do czasu pewne imię nadaremno, co o dziwo sprawiło mi wielką przyjemność. Sądzę jednak, że osoba, której to imię wzywałam, nie będzie się o to na mnie złościć, bo przecież zrobiłam to z miłości, a przecież ta osoba sama zawsze zachęcała ludzi do miłości. Czemu by teraz miała mnie za to potępiać?

***


Serena Evans - to nawet dość ładnie brzmi. Ale za to Serena Ketchum z domu Evans... O! To już brzmi o wiele lepiej. To są po prostu przepiękne słowa i wręcz przepiękna nazwa. Sam jej dźwięk był dla mnie cudowny, a co dopiero wypowiedzieć je na głos. Leżąc wtulona w Asha, kiedy to oboje zaczęliśmy powoli przenosić się do krainy przepięknych snów, rozważałam sobie to wszystko w głowie.
- Serena Ketchum... Serena Jane Yvonne Ketchum z domu Evans - szeptałam cicho sama do siebie, rozkoszując się dźwiękiem tych słów - Jak to pięknie brzmi.
Spojrzałam czule na śpiącego właśnie Asha i dodałam:
- Mój mąż. Mój kochany mąż. To także pięknie brzmi.
Wtuliłam się w niego jeszcze mocniej i rozkoszowałam się tą chwilą i przy okazji wspominałam nasze wesele, które było uroczystością o wiele piękniejszą niż to sobie wyobrażałam. A wyobrażałam ją sobie jako zabawę, która da mi wiele radości i szczęścia, jednak było jeszcze przyjemniej, a to dzięki naszym przyjaciołom, którzy dbali o to, żebyśmy dobrze się bawili. Tak o to dbali, że pozwalali sobie również na kilka zwariowanych żartów. Thomas Ravenshop szczególnie w tych żartach przodował, gdyż zamówił kilka fajnych piosenek u orkiestry, a jedna z nich szczególnie mnie ubawiła, bo to była przeróbka pewnej piosenki i to jeszcze przerobiona w taki oto sposób, żeby padało w niej moje imię. A piosenka ta szła tak:

Sama w domu jest. Matka pracuje w nocy.
Wiesz dokładnie, że nie może was zaskoczyć.
Pukasz do jej drzwi, otwiera ci półnaga.
Zdobycz wręcz cudowna. Serena kochana.

Nie da ci tego ojciec, nie da ci tego matka,
Co może dać ci dzisiaj Serena sąsiadka.
Nie da ci tego stara, nie da kufelek piwka,
Co może dać ci dzisiaj Serena z naprzeciwka.

Piosenka ta tak mnie rozbawiła, że po prostu śmiałam się do łez, gdy tylko ją słuchałam. Ale ubawiłam się jeszcze bardziej, kiedy w przerwach między tańcami refren tej piosenki podśpiewywali sobie Damian z Maxem i Bonnie, a choć robili to cicho, to ja i tak to usłyszałam, bo siedziałam blisko nich. To było naprawdę zabawne widzieć, jak oni to śpiewają i jeszcze mają przy tym niezły ubaw.
Potem jeszcze John Scribbler zaproponował muzykę disco polo w typie (jak to sam określił) „wiejska dancebuda“ i osobiście zaśpiewał nam jedną z typowych przyśpiewek weselnych, które to pochodziły z jego rodzinnych stron, a które znane były także w regionach. Pierwsza przyśpiewka szła tak:

Pożałujesz młody swojej kawalerki
Jak ci przyjdzie szukać w nocy akuszerki!
Oj dana! Oj dana! Oj dana! Oj dana!
Jak ci przyjdzie szukać w nocy akuszerki!


Maggie (która dołączyła do niego w tym występie) zachichotała wesoło i zaśpiewała kolejną przyśpiewkę:

Pożałujesz młoda panieńskie tańca
Jak ci przyjdzie nosić na ręku fufrańca!
Oj dana! Oj dana! Oj dana! Oj dana!
Jak ci przyjdzie nosić na ręku fufrańca!

Jej luby zachichotał wesoło (podobnie zresztą jak ja i Ash), po czym zaśpiewał:

A rodzice młodych zostali teściami!
Będę się szanować jak Ruski z Niemcami!
Oj dana! Oj dana! Oj dana! Oj dana!
Będą się szanować jak Ruski z Niemcami!

Potem do zabawy włączył się jak zwykle złośliwy Thomas Ravenshop, który to zaśpiewał:

Och! Myślałaś, młoda, że bierzesz anioła,
A z twego młodego to taka pierdoła!
Oj dana! Oj dana! Oj dana! Oj dana!
A z twego młodego to taka pierdoła!

Ash miał z tej przyśpiewki niezły ubaw, podobnie jak i ja. A kiedy poproszono go o chwilowe dołączenie do orkiestry weselnej, to z ochotą się zgodził i grając na swoich wiernych skrzypcach zmienił nieco rytm i już po chwili wszyscy razem tańczyliśmy wesoło do tegoż rytmu. Damian zaś porwał wesoło do tańca Lillie (która najwyraźniej wpadła mu w oko) i stając z nią na środku sali zaśpiewał:

Świeci księżyc, świeci około północy.
Ciebie przestać kochać nie jest w mojej mocy.

Lillie zachichotała lekko i się zarumieniła, ale odpowiedziała mu:

Powierzchowność często myli, szczególnie kobiety.
Chociaż oczko łzą umili, lecz serce niestety.


Oboje zaczęli tańczyć pod rytm wesołej melodii, zaś mój ukochany, wciąż grając wesoło na skrzypcach podskoczył do mnie i zaśpiewał słodko, patrząc przy tym na moją mamę:

Koło domu ścieżka,
Trzymaj, matko, pieska.
Masz Serenkę ładną,
Chłopcy ją ukradną!

- Już mi ją jeden ukradł i to byłeś ty! - odpowiedziała zadziornie moja mama.
Zachichotałam wesoło, ubawiona tą wymianą zdań i zaśpiewałam dla Asha:

Najpierwsze kochanie,
Kiedy serce chwyci,
Radością i smutkiem
Dosyć je nasyci.

Potem oboje wesoło tańczyliśmy po całej sali razem z innymi parami, a Ash jeszcze przy okazji zaśpiewał do mnie:

Drogą sobie jadę do panny Sereny.
Daj mi, Reno, buzi, bo mi serce kwili.

Czy mogłam odmówić mu tego buziaka? Oczywiście, że nie i dlatego też czule go pocałowałam w usta i wróciłam do wesołego tańca u jego boku. John Scribbler zaś, gdy tylko to zobaczył uśmiechnął się radośnie i zaczął wesoło tańczyć z Maggie. Oboje cieszyli się tak bardzo, jakby to oni brali ślub, a nie my. Tak samo cieszyła się też Delia, która tańczyła radośnie ze swoim mężem tuż obok mnie i Asha. Gdy byliśmy bardzo blisko siebie, to usłyszałam, jak mówi:
- Mój synek! Mój dorosły synek! Bierze ślub i zakłada własną rodzinę! Czyż to nie jest piękne?!
- Oj tak i to bardzo piękne - zgodził się z nią równie wzruszony Steven Meyer - To chwila, na którą wielu z nas długo czekało.
Rzeczywiście, tak właśnie było. Wielu z nas bardzo długo czekało na tę chwilę, a zwłaszcza ja, Ash, Delia oraz Steven. Czekaliśmy i wreszcie się doczekaliśmy. Teraz zaś rozpoczęliśmy nowy etap naszego życia, ale jaki on miał być, tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Nasza przyszłość była dla nas jedną wielką niewiadomą, choć postrzegaliśmy ją raczej w jasnych barwach.

***


Jeśli ktoś sądzi, że od razu po weselu ja i Ash wyruszyliśmy w podróż poślubną, to się grubo myli. Tak zaraz nie mogliśmy sobie na to pozwolić. W końcu pod koniec wakacji zawsze odbywała się olimpiada w Alabastii, której zwieńczeniem był jak zwykle mecz piłki nożnej, w którym drużyna Dzikie Pokemony występowała przeciwko drużynie z jednego z sąsiednich miast. Tym razem tym miastem była Wertania i walka z jej drużyną była dość trudna do wygrania, dlatego też Dzikie Pokemony musiały się bardzo wysilić, aby wygrać. Ale Ash jako kapitan i zarazem też bramkarz drużyny poprowadził kolejny raz swoich kolegów do zwycięstwa i tym samym też powiększył chwałę Alabastii. Dopiero więc po załatwieniu tego wszystkiego mogliśmy wyruszyć w drogę.
Mogłabym tutaj poświęcić miejsce całej masie wydarzeń, które przed wyjazdem wydarzyły się w Alabastii. A trochę się działo, to trzeba przyznać. Przede wszystkim Steven Meyer z wielką radością rzekł do swojej żony, że chce podarować jej w prezencie ślubnym jeden z tych pięknych domów, które znajdowały się w naszym sąsiedztwie. Ów dom został sprzedany i to Steven go kupił i teraz go chce wyremontować, aby tam zamieszkać razem z Delią. Kobieta była uradowana z tego faktu, a zwłaszcza dlatego, że sama już wcześniej wspominała swojemu obecnemu mężowi, iż bardzo chce się wyprowadzić i pozostawić swój dawny dom mnie i Ashowi. Ja i mój mąż (jak pięknie to brzmi) próbowaliśmy przekonać ją do zmiany zdania w tej sprawie, ale Delia była uparta i nie ustąpiła.
- Kochani, ten będzie moim prezentem dla was - powiedziała - A ja i Steven chcemy odejść i zostawić wam ten dom i wasz własny świat. Poza tym starzy lepiej zrobią, jeśli ustąpią pola młodym.
- O! Przepraszam cię bardzo! Ja się tam staro nie czuję! - zawołał wesoło jej małżonek - Ale popieram cię w tej sprawie. Przecież wszyscy nie będziemy się tutaj gnieździć. Lepiej jest, gdy w domu mieszka tylko jedna rodzina, a nie kilka. Poza tym dom już kupiony i remont się zaczął, a więc sprawa zamknięta.
- Tak, a zatem już pozamiatane - rzekł Ash i podał grzankę Pikachu - Trochę jednak szkoda, że zostawiacie nas samych.
- Jakich samych, synku? - powiedziała do niego czule Delia - Przecież oboje będziemy zawsze w pobliżu. I zawsze chętnie pomożemy, gdyby tylko zaszła taka potrzeba.
Dobrze wiedziałam, że taka potrzeba z całą pewnością zajdzie i Ash również był tego pewien i to go nieco pocieszyło.
Ale nie tylko to się wydarzyło w Alabastii przed naszym wyjazdem. Prócz tego nastąpiło jeszcze kilka sytuacji, które zdecydowanie warto tutaj przytoczyć. Jedną z nich były gratulacje osobiście nam złożone z okazji naszego ślubu przez generała policji w Kanto, który prócz tego przypomniał mnie i Ashowi, że w październiku spodziewa się naszych osób w akademii policyjnej w Wertanii. Oboje obiecaliśmy mu przybyć do uczelni na czas, bo przecież takie szkolenie, jakie mieliśmy w niej otrzymać było z pewnością bardzo pożyteczne i warto było z niego skorzystać.
Z innych wydarzeń godnych przytoczenia tutaj była sprzeczka, która wybuchła pomiędzy Delią a Kasandrą. Powodem tego zdarzenia stał się fakt, że ta druga ośmieliła się zaprosić na ślub tej pierwszej pana Williama Krupsha. Delia była wściekła, bo przecież nie chciała widzieć podczas tej uroczystości swojego ojca marnotrawnego, z kolei jej kuzynka uważała, że mężczyzna powinien wiedzieć o ślubie swojej córki. Delia odparła, że skoro na jej poprzednim ślubie ojciec też nie był, to po co miałby się zjawiać na tym? Zresztą z tej uroczystości też bardzo szybko się zmył. Postał tylko krótko pośród gości czekających przed urzędem stanu cywilnego, wpatrywał się z uwagą w swoją córkę i poszedł sobie precz. Oczywiście Kasandra była zdania, że nie odszedłby, gdyby jego córka (dostrzegając obecność ojca) nie obdarzyła go tak ponurym oraz zdumionym spojrzeniem, iż mężczyzna bez trudu odgadł w nim niechęć do swojej osoby i uznał, że lepiej będzie się stąd wynieść.
- A niby jakim spojrzeniem miałam go obdarzyć? - spytała ze złością i zarazem też kpiną w głosie Delia - Przecież go nie zapraszałam! Po co się w ogóle zjawił? Żeby znowu robić zamieszanie w moim życiu? Poza tym i tak przez większość życia radziłam sobie bez niego i teraz też sobie radzę. A on i tak cały czas ode mnie uciekał.
- Ale teraz przyszedł, a to już coś - zauważyła Kasandra.
- I co z tego? Mam go teraz za to wielbić?
- Nie zaraz wielbić. Po prostu zwyczajnie pogadać z nim i spróbować się z nim dogadać.
- Próbowałam ostatnio z nim pogadać i dobrze wiesz, jak to się dla mnie skończyło.
- Czasami trzeba spróbować wiele razy i to aż do skutku.
- Jeśli chcesz, to sobie próbuj. Ja nie będę.
Kasandra westchnęła głęboko, gdy to usłyszała.
- Wiesz co? Od razu widać, że jesteś jego córką. A wiesz dlaczego? Bo oboje jesteście strasznie uparci.
- To chociaż jedno łączy jego i mnie - zakończyła tę rozmowę Delia.
Więcej już tego tematu nie poruszały i cała sprawa została chwilowo zamieciona pod dywan. Mówię tutaj „chwilowo“, bo jestem pewna, że to wszystko jeszcze powróci jako temat rozmów i nie tylko rozmów.


Tak czy inaczej, kiedy już wszystkie sprawy zostały załatwione, to ja i Ash wyruszyliśmy w podróż poślubną. Zabraliśmy w nią ze sobą kilka Pokemonów będąca trzema parami zakochanych, a tymi stworkami byli Pikachu i Buneary, Greninja i panna Frogadier, a prócz tego jeszcze para Butterfree. Uznaliśmy, że te trzy zakochane parki powinny towarzyszyć nam w tej podróży. Niech sobie spędzą miło czas i przy okazji pomogą naszej dwójce w razie jakiś problemów, a takich spodziewaliśmy się, co chyba nikogo nie dziwi, zwłaszcza wtedy, kiedy weźmie się pod uwagę wszystkie przeciwności losu, jakie to spotkały nas w ciągu naszego dotychczasowego życia, a było ich sporo.
Początkowo chcieliśmy lecieć do Francji, ale ostatecznie oboje z tego zrezygnowaliśmy, gdyż ostatecznie już mieliśmy możliwość odwiedzić ten kraj, więc po co było oglądać go jeszcze raz, gdy można było zobaczyć coś nowego? Dlatego też wybraliśmy inny kraj, a tym krajem została Wielka Brytania. Przybyliśmy więc tam i wynajęliśmy sobie bardzo ładny dworek położony w pobliżu bardzo ładnej wsi. Ów uroczy dworek jego właściciel udostępniał gościom z zagranicy, z czego miały niezły profit i teraz też tak było, bo przecież zapłaciliśmy mu niemałą sumkę, aby zechciał nam go w całości wynająć. I tak też zrobił, a ja i Ash wraz z naszymi towarzyszami podróży spędziliśmy tam bardzo miłe chwile, które dodatkowo potęgowała moja romantyczna natura. Z powodu tej oto natury nazwałam ów dworek Wichrowymi Wzgórzami, gdyż z jakiegoś powodu bardzo przypominał mi on tytułową posiadłość głównych bohaterów powieści Emily Bronte, którą to powieść bardzo lubię. Ja i Ash bawiliśmy się tam dobrze i spędziliśmy miło czas, a głównie wieczory, gdyż dnie spędzaliśmy na włóczeniu się po całej okolicy, poznawaniu naszych sąsiadów, a także próbowaniu tutejszych przysmaków w miejscowym barze. Przyznam się jednak i to szczerze, że z owego baru najbardziej smakowało mi piwo zwane potocznie pintą.
A tak swoją drogą, to dostrzegłam w sobie bardzo wiele dziwnych sprzeczności. Piłam szampana na salonach i tańczyłam walca wśród gości z wyższych sfer, ale nie przeszkadzało mi to żłopać z Ashem piwo z kufla i tańczyć z nim w sposób dość zwariowany podczas jednej z miejscowych potańcówek. Ash jednak uważał to za coś zupełnie normalnego twierdząc, że gusta ludzi są najróżniejsze i często wydają się one wręcz zaprzeczać sobie nawzajem. Poza tym on też z ochotą brał udział w tych wszystkich rozrywkach, jakie tu wymieniłam, więc tym bardziej nie widział w tym nic złego. Dlatego i ja przestałam w ogóle rozważać swoje gusta i zamiast tego dobrze się bawiłam.
Niestety, wkrótce nasza dobra zabawa została przerwana, a fatum rodu Ketchumów lub też jak kto woli, fatum Asha (będące teraz i moim) szybko dało o sobie znać w postaci niesamowitej przygody, która przydarzyła się nam w tym jakże uroczym zaciszu i która to sprawiła, że nasza idylla dość szybko się zakończyła.

***


Po przeżyciu tej przygody, o której wspominałam czułam się dość kiepsko, bo cała ta sprawa nie zakończyła się w taki sposób, jakiego ja i Ash oczekiwaliśmy i choć oczywiście znowu wygraliśmy, to i tak wygrana ta nie przyniosła nam radości i oboje z Ashem postanowiliśmy opuścić to miejsce i to jak najszybciej. Nawet już mieliśmy przed sobą punkt docelowy, a była nim Szkocja, do której wezwały nas pewne ważne sprawy. Chodziło o to, że dziadek Kevina McBrowna (którego oboje z Ashem znaliśmy lepiej jako Arlekina) pozostawił w spadku swój zamek rodowy i przylegające do niego ziemię. Ash odrzucił spadek mówiąc, że nie chce niczego dziedziczyć po tak podłej kreaturze i dlatego spadek przeszedł na dalszych krewnych i to takich naprawdę dalszych. Ale potem okazało się, że praktycznie nikt nie chce tego spadku, którego przyjęcie wiązałoby się z wyjazdem do Szkocji na stałe, a poza tym każdy chciał przejąć zamek tylko po to, żeby go sprzedać, ale kupców na niego raczej nie można było znaleźć, więc kolejni spadkobiercy szybko ze spadku rezygnowali. Teraz jednak ów zamek przejął ostatni z możliwych kandydatów, który miał bardzo dobry plan, co z nim zrobić, ale zanim to zrobił chciał się naradzić z Ashem, którego uważał za prawowitego spadkobiercę, choć mój drogi mąż nigdy się za takiego nie uważał.
Tak więc oboje wraz z naszymi wiernymi pokemonimi towarzyszami postanowiliśmy wyruszyć do Szkocji i wyjaśnić wszystkie sprawy związane ze spadkiem, a przy okazji zakończyć ostatecznie w naszym życiu epizod związany z tą okolicą. W przeddzień wyjazdu ja i Ash w towarzystwie Pikachu i Buneary spędzaliśmy miło czas rozkoszując się świętym spokojem w naszym uroczym zaciszu, które nazywałam Wichrowym Wzgórzem, ale potem wciąż dopadały mnie nieprzyjemne myśli związane ze sprawą, którą to właśnie zakończyliśmy. Myśli te nie dawały nam spokoju, dlatego też wpadłam na dość idiotyczny pomysł. Mianowicie zaproponowałam Ashowi, żebyśmy obejrzeli razem lecący wieczorem w telewizji film „Jeździec bez głowy“ w reżyserii Tima Burtona. Był to bardzo ciekawy horror kryminalny,którego fabuła została bardzo luźno oparta na opowiadaniu Washingtona Irvinga „Legenda o Sleepy Hollow“. Dla osób niewtajemniczonych wyjaśnię tu, że opowiadanie to rozgrywa się w amerykańskiej miejscowości Sleepy Hollow zamieszkałej głównie przez Holendrów. Do tej oto miejscowości przybywa Ichabod Crane, wielki gamoń pełen przesadnie dobrych manier i przesądów, który to obejmuje stanowisko nauczyciela w miejscowej szkole. Pewnego razu poznaje on Katrinę Van Tassel, córkę Baltusa Van Tassela, najbogatszego gościa w całej okolicy. Ichabodowi Crane’owi podobają się uroda dziewczyny i pieniądze jej tatusia, więc próbuje się do niej zalecać. Ma rywala w osobie Broma Van Brunta, który jest zbyt przemądrzały oraz skłonny do wygłupów, ale też posiada dobre serce i szczerze kocha Katrinę. Podczas Halloween obaj rywale zalecają się do dziewczyny i próbują ją oczarować, a potem Brom korzystając z okazji, że wszyscy snują historie o duchach opowiada o tym, jak to rzekomo uciekł raz przed jeźdźcem bez głowy. Ichabod przerażony wraca do domu leśną drogą i spotyka jeźdźca, który go atakuje. Ucieka do bezpiecznego miejsca, gdzie upiór nie może go dopaść, jednakże ten ciska w niego swoją głową i ogłusza go. Rano ludzie znajdują konia Ichaboda, jego kapelusz oraz roztrzaskaną dynię. Ichabod zaś znika bez śladu. Katrina wychodzi za Broma, który bardzo dziwnie się uśmiecha, kiedy tylko ktoś wspomina jego rywala - w dodatku robi to w taki sposób, jakby wiedział o całej tej sprawie o wiele więcej, niż przyznawał. Prawdopodobnie to on udawał jeźdźca i pozbył się Ichaboda Crane’a ze wsi. Potwierdzałby to fakt, że jakiś człowiek wkrótce potem widział Ichaboda całego i zdrowego w jednej z sąsiednich wiosek, w której mężczyzna żył w dostatku, ponieważ poślubił bogatą wdowę. Ale jeśli nawet to była prawda, to ludzie i tak wiedzieli swoje i uważali, że Ichaboda porwał jeździec bez głowy, lecz jeśli tak było, to jak tu wyjaśnić fakt, że w owej wiosce, gdzie przebywać miał Ichabod pewien żołnierz zobaczył mężczyznę śpiewającego piosenkę znaną tylko w Sleepy Hollow?


Tak oto w skrócie wyglądała historia z opowiadania. A jak wygląda historia ukazana nam w filmie? Tutaj akcja rozpoczyna się w roku 1799 w Nowym Jorku, w którym służy konstabl Ichabod Crane (w tej roli wręcz znakomity Johny Depp), policjant wierzący w potęgę rozumu i logicznego myślenia. Policja tymczasem stosuje tortury i prymitywne metody śledcze, którym Ichabod się przeciwstawia, przez co wchodzi w dość ostry konflikt z miejscowym sędzią. Ten zaś proponuje mu układ: albo Ichabod pójdzie siedzieć, albo też pojedzie do Sleepy Hollow i rozwiąże tam zagadkę serii morderstw i dowiedzie potęgi swoich metod śledczych. Ichabod wybiera to drugie i jedzie do Sleeppy Hollow, gdzie zatrzymuje się u Van Tasselów. Zakochuje się z wzajemnością w Katrinie, co budzi niechęć jej zalotnika Broma, który próbuje go przegonić udając jeźdźca bez głowy. Tymczasem dochodzi do kolejnych zabójstw i  o ich dokonanie podejrzany jest tytułowy upiór. Ichabod nie wierzy w upiory i duchy, ale jeździec istnieje. Ichabod odkrywszy to jest przerażony i początkowo chce uciec, lecz zmienia zdanie i dalej prowadzi swoje śledztwo, w którym pomagają mu wierna Katrina oraz miejscowy chłopiec, syn jednej z ofiar. Cała trójka odkrywa, że jeździec nie zabija przypadkowe osoby, lecz konkretne, których to zabójstwa zleca mu osoba posiadająca głowę jeźdźca, zaś celem tych wszystkich zabójstw jest przejęcie ogromnego majątku i uciszenie osób posiadających jakąś większą wiedzę w tej sprawie. Ichabod Crane z ukochaną i owym chłopcem powoli odkrywa prawdę i doprowadza do odzyskania głowy przez jeźdźca, który ucieka do zaświatów, zabierając ze sobą swojego zleceniodawcę. Wkrótce potem Ichabod i Katrina pobierają się i zamieszkują w Nowym Jorku wraz z owym chłopcem, który im pomagał.
Film bardzo mi się spodobał i to o wiele bardziej niż opowiadanie Irvinga, choćby już z tego powodu, że posiada ciekawszą fabułę i postacie są o wiele bardziej interesujące. A szczególnie podobało mi się to, że w filmie Ichabod był pozytywną i ciekawą postacią, z kolei w opowiadaniu był po prostu zwykłym dupkiem lecącym na kasę. Prócz tego w filmie relacje Ichaboda i Katriny były o wiele lepiej ukazane, a do tego jeszcze posiadały pewne cechy podobne do relacji moich i Asha. W końcu oboje prowadzili śledztwo i wspierali się podczas niego i do tego jeszcze wspólnie walczyli z jeźdźcem dowodząc, że walcząc we dwoje są w stanie pokonać wręcz każdą przeszkodę. Ich miłość dawała im siłę, a walka ze złem uczyniła ich uczucie jeszcze silniejszym oraz zdolnym sobie poradzić z każdym wrogiem. To tak samo, jak ze mną i Ashem, dlatego z tak wielką chęcią oglądałam ten film.
Niestety, owa naprawdę owa bardzo dobra produkcja filmowa posiada kilka wad, czy raczej nie tyle wad, co po prostu rzeczy, przez które ów film nie nadaje się do tego, aby go oglądać po nocach. Parę strasznych scen i jeszcze bardzo mroczna melodia lecąca w tle prawie cały czas sprawiały, że ta historia była jeszcze bardziej groźna i jeszcze bardziej człowiek potrafił mieć cykora, gdy takie coś zobaczył przed snem. A jeśli dodać do tego też burzę, która wybuchła niedługo po zakończeniu seansu, to już mamy do dyspozycji jasny przepis na senne koszmary. Tak więc sprawa nie wyglądała najlepiej, a wręcz przeciwnie, bardzo kiepsko. Zazdrościłam w tej sprawie Ashowi, który posiadał ogromną odwagę, dzięki której był w stanie nie czuć strachu w obliczu burzy i po obejrzeniu horroru. Ja nie mam takiego talentu, a więc drżałam ze strachu za każdym razem, kiedy tylko coś lekko stuknęło w szybę albo kiedy zagrzmiało za oknem. Każdy dźwięk, choćby nawet bardzo niewielki potrafił rozbudzić we mnie strach. Głupie, prawda? Ale jak ktoś ogląda pierdoły przed snem, to czego się spodziewa? Miłych i pięknych snów?
Ash próbował mnie jakoś pocieszyć oraz podnieść na duchu, a także odsunąć od mojej osoby wszystkie nieprzyjemne i przerażające myśli, ale poniósł w tej sprawie porażkę. Nie było w tym jego winy, bo to tylko moja własna głupota i lęki ponoszą za to odpowiedzialność. W końcu to przecież ja wymyśliłam, żeby właśnie ten film obejrzeć i to jeszcze o takiej porze. Powinnam była przewidzieć, że takie coś nastąpi, ale tego nie zrobiłam. I teraz ponosiłam za to odpowiedzialność.
- Spójrz na to z innej strony. Przynajmniej już nie myślisz o tej całej sprawie, o której tak bardzo nie chciałaś myśleć - powiedział Ash, lekko się przy tym uśmiechając.
Spojrzałam na niego ponuro, choć dość szybko moją twarz rozjaśnił delikatny uśmiech.
- Tak, masz rację. To zawsze jakiś plus.
Ash podszedł do mnie i czule pocałował mnie w czoło, mówiąc:
- Dobrze, skarbie. Chodźmy już spać. Pora już najwyższa.
- Zgadzam się z tobą, chociaż mam obawy, czy aby na pewno zdołam dzisiaj zasnąć.
- Spokojnie, przy mnie łatwo zdołasz to zrobić.


Zachichotałam lekko słysząc jego słowa, ale i tak się wciąż bałam, a mój strach został spotęgowany, gdy leżeliśmy w łóżku i próbowaliśmy jakoś zasnąć. Nie dość, że burza co chwila dawała o sobie znać, to jeszcze do tego Ash wyszedł do łazienki i zostałam na chwilę sama ze swoimi myślami. A te myśli zdecydowanie były dalekie od pozytywnych. Galopował bowiem po nich ciągle jeździec bez głowy machający dookoła swoją szablą i próbujący zaaplikować dekapitację każdemu, kto się nawinie.
Już raz w życiu miałam takie same myśli, a miało to miejsce podczas Letniego Obozu Pokemonów dwanaście lat temu. Dobrze to pamiętam, bo takich wspomnień raczej nie da się wyrzucić z pamięci, zwłaszcza jeżeli czuło się wtedy wielki strach. A wszystko przez tego durnia Gary’ego Oaka. Siedział on wtedy z nami przy ognisku i wpadł na jakże debilny pomysł opowiadania strasznych historii i zaczął je opowiadać bez oczekiwania na zgodę z naszej strony.
- Mówią, że ten las jest nawiedzony... przez... jeźdźca bez głowy! - opowiadał nam z ogromnym podnieceniem, jednocześnie też podskakując wokół dzieci zebranych przy ognisku i wymachując głupkowato rękami.
Wszyscy wpatrywali się w niego z wielką uwagą i słuchały go, drżąc przy tym ze strachu. Ja zaś tuliłam się wtedy zachłannie do Asha, który to obejmował mnie do siebie i patrzył z wyraźną niechęcią na młodego Oaka. Jak wiadomo, obaj wtedy niezbyt się lubili, a do tego jeszcze Gary często podczas trwania obozu kpił sobie ze mnie, więc chyba nic dziwnego, że Ash widząc mój strach patrzył na chłopaka z wyraźną złością i niechęcią, czego Gary w ogóle nie dostrzegał i dalej opowiadał swoją głupkowatą historię.
- Jeździec wyjeżdża tylko w nocy...
- Ej, Gary! - przerwała mu nagle Misty - Skoro ten gość nie ma głowy, to skąd on, do licha wie, dokąd jedzie?
Gary spojrzał na nią poirytowany, że ta mu przerywa i rzucił:
- Ej! On jest bez głowy, a nie bez mózgu!
Po tych słowach próbował kontynuować swoją wypowiedź:
- I szukał małych i zagubionych dzieci!
- Ale skoro on nie ma głowy, to gdzie on niby ma ten mózg? - zapytała złośliwie Misty.
Gary Oak spojrzał na nią wściekle i powiedział, gdzie też jego zdaniem jeździec bez głowy posiada mózg, ale nazwa, jakiej użył na określenie tej części ciała, w której ów mózg miałby się znajdować była tak brzydka (choć krótka - tylko na cztery litery), że wszystkie dzieci (łącznie ze mną) były w niezłym szoku, gdy to usłyszały. Wszystkie poza Misty, która popatrzyła na chłopaka z ironią i rzuciła:
- Tak, rzeczywiście. Chyba ty masz tam mózg.
Wszystkie dzieciaki wybuchły wówczas śmiechem, łącznie ze mną i Ashem, a młody Oak oburzony odszedł i już więcej nie opowiadał głupich historyjek przy ognisku. Ja zaś poczułam się wówczas bardziej wyluzowana i spokojna. W każdym razie przez jakiś czas, bo dość szybko powrócił do mnie strach przed jeźdźcem bez głowy. Na całe szczęście wtedy był przy mnie Ash i mogłam się w niego wtulić, więc było nawet przyjemnie. Teraz pewnie też by tak było, gdyby nie to, że mój mąż wyszedł do łazienki i przez dłuższą chwilę nie wracał.
- Ash, czy wszystko w porządku?! - zawołałam przerażona.
- Tak! Zaraz do ciebie wrócę - odpowiedział mi wesoły głos Asha.
- Dobrze, tylko łaskawie się pospiesz - rzuciłam z niepokojem - Tu jest po prostu okropnie.
W duchu obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie będę oglądać takich filmów jak „Jeździec bez głowy“ przed snem. W dzień to i owszem, ale w nocy? To już była czysta głupota. Choć oczywiście tylko w nocy takie filmy posiadały prawdziwą magię, którą traciły w ciągu dnia, ale i tak solennie sobie to obiecałam i postanowiłam tego słowa dotrzymać.


Czekałam więc na Asha, przy okazji wsłuchując się z uwagą w dźwięki dobiegające mnie zza okna. Każdy z nich zdawał mi się wtedy dudnieniem końskich kopyt lub też dźwiękiem wydobywanej z pochwy szabli. To było straszne, zwłaszcza, że wyobraźnia działała mi na bardzo wysokich obrotach i płatała mi prawdziwie podłe figle. Przez nią to bałam się, że Ash zaraz przyjdzie z własną głową pod pachą albo że wparuje tu zaraz jeździec i go zabije. Albo jeszcze lepiej - ta wariatka Cleo, która za punkt honoru wzięła sobie ścięcie Ashowi głowy w ramach pomsty za śmierć swojej siostry. To było czyste szaleństwo, te moje wyobrażenia. Do tego jeszcze dawały mi się one we znaki i to już nie pierwszy raz. Dobrze pamiętam, jak swego czasu ja, Ash, Clemont i Bonnie podróżowaliśmy po Kalos i trafiliśmy do takiej starej posiadłości, którą potem wzięliśmy za nawiedzoną z powodu dość dziwnych rzeczy, jakie się w niej działy. Oczywiście okazało się potem, że te wszystkie dziwne zjawiska to sprawka żyjącego tam Espurra, który był bardzo samotny i chciał się z nami bawić. Oczywiście ja przez ten czas zdążyłam stworzyć teorie spiskowe dziejów sugerując, że ten oto dom jest nawiedzony przez ducha starszej pani z portretu wiszącego w głównym holu i że to pewnie posiadłość, która porywa ludzi i potem ich zjada. A słysząc dziwne odgłosy stwierdziłam, że to z całą pewnością jest ciosanie kołków na wampiry, które z pewnością gdzieś tu grasują. Rzecz jasna nikomu w ten sposób nie pomogłam, a dodatkowo przeraziłam jeszcze Asha i Clemonta. Na całe szczęście prawda wyszła na ja, wszystko się wyjaśniło i sprawa była załatwiona. Nasłuchując zaś jeźdźca bez głowy liczyłam po cichu na to, że teraz też tak będzie.
Leżałam więc w łóżku i czekając na Asha, kiedy to nagle poczułam, jak ktoś się bawi suwakiem mojego zamka od piżamy. Przerażona i zarazem porażona strachem zareagowałam szybciej niż myśl i uderzyłam prawą ręką na odlew.
- Auu! Sereno! Odbiło ci?!
Spojrzałam szybko na Asha, bo to on był i jęknęłam załamana widząc, jak mój lekko jęczy obok mnie i masuje sobie ręką prawe oko
- Skarbie, przepraszam cię bardzo - tłumaczyłam się Ashowi i powoli przysunęłam się bliżej mojego ukochanego i głaskałam go po głowie - Czy koniecznie musisz mnie tak straszyć?
- Ale ja szedłem normalnie! Jak niby miałem chodzić?
- Jak zegarek szwajcarski - zachichotałem i delikatnie dotknęłam jego prawego oka.
- Auu! Ostrożnie! To wciąż boli - jęknął Ash.
- A czy gdzieś jeszcze cię boli? - spytałam z udawaną troską.
- A żebyś wiedziała, że tak!
- A gdzie? Pokaż, a pocałuję i przestanie.
Ash pomyślał przez chwilę i wysunął w moim kierunku łokieć i rzucił ze złością:
- Tutaj!
Zachichotałam lekko i pocałowałam go czule. Ash zaś uśmiechnął się i pokazał na swoją brodę i mówł:
- Tutaj też.
Pocałowałam go więc w brodę, po czym Ash wskazał kolejno na swoje oba policzki, ja zaś parsknęłam śmiechem, pocałowałam je bardzo czule i powiedziałam:
- Sporo tego bólu masz.
- Trochę dużo.
- A tutaj? - to mówiąc dotknęłam palcem jego ust.
- Tutaj jakby boli, ale twoje usta mają przecież leczniczą moc, a więc może je uleczą.
- Bardzo możliwe - powiedziałam i czule pocałowałam go w usta - Już więcej tak nie odchodź w taką burzę na tak długo. Strasznie się bałam.
- Spokojnie, kochanie. Jestem tutaj - odpowiedział czule Ash i ponowił czule pocałunek.
- I zostań już ze mną. Do końca - dodałam czule i położyłam czule dłoń mego męża na suwaku swojej piżamy.
To zatrzymało go na całą noc u mojego boku i dzięki temu nie miałam w nocy żadnych koszmarów, a już na pewno nie o jeźdźcu bez głowy.

***


Dzięki tej jakże zabawnej sytuacji, która to wynikła pomiędzy mną a Ashem, zdołałam nie tylko spokojnie zasnąć i mieć bardzo przyjemne sny, ale jeszcze zaznać też uroczego poranka budząc się w ramionach mojego ukochanego męża. Słońce już wtedy jasno świeciło na niebie i po burzy nie pozostał nawet ślad. Świat ponownie budził się do życia i to w taki sposób, jakby tej okropnej burzy nigdy nie było. Zachwycona z odkrycia tego faktu czule i bardzo powoli przysunęłam swoją twarz do twarzy Asha i delikatnie musnęłam jego wargi swoimi. Mój mąż wówczas powoli się poruszył, lekko zamruczał i otworzył oczy, wpatrując się we mnie z radością.
- Dzień dobry, kochanie - powiedział czule - Czy to już dzień?
- Zgadza się - potwierdziłam - I do tego bardzo piękny.
- Rzeczywiście, bardzo piękny - rzekł Ash, czule przy tym dotykając ręką moich pleców i ich okolic.
Zachichotałam lekko, gdy to zrobił i powiedziałam:
- Weź przestań.
- Dlaczego?
- Bo trzeba zjeść śniadanie, spakować się i wyjeżdżać stąd.
- Spokojnie, jeszcze zdążymy to zrobić - odpowiedział mi Ash i bardzo czule pocałował mnie w usta.
Nie byłam w stanie mu się oprzeć i dlatego oddałam pocałunek, a także zrobiłam coś znacznie więcej, tak więc dopiero po bardzo dłuższym czasie oboje wstaliśmy, aby się ubrać i zjeść śniadanie. Potem, kiedy już ten etap mieliśmy za sobą, zaczęliśmy się pakować. Chcieliśmy zyskać pewność, że nie zapomnimy o niczym i kiedy już stąd wyjedziemy, to tylko razem ze wszystkim, co należy do nas. Traf jednak chciał, że czynność tę przerwał nam kurier, który przybył do Wichrowych Wzgórz z tajemniczą przesyłką dla państwa Ketchumów. Otworzyłam mu i cała zdumiona odebrałam ową dość sporą paczkę zapakowaną w brązowy papier obwiązaną sznurkiem.
- To bardzo dziwne. Przecież niczego z mężem nie zamawialiśmy - powiedziałam, podpisując się kurierowi na potwierdzeniu odbioru - Nie wie pan może, od kogo to jest?
- Nie wiem, proszę pani. Ja tylko dostarczam przesyłki - odparł dość sucho listonosz i odebrał potwierdzenie, po czym sobie poszedł.
Wzięłam paczkę do środka i położyłam ją na stole. Ash podszedł do mnie i zaczął ją z uwagą oglądać, podobnie jak Pikachu i Buneary, którzy wskoczyli na stół i obwąchali przesyłkę z wyraźnym zainteresowaniem, a przy okazji też i lekką obawą.
- Jak myślicie? Czy to bomba? - spytałam.
- Nie sądzę - odpowiedział Ash - Niby kto tutaj chciałby nas zabić i to jeszcze w tak prymitywny sposób?
- Ktoś by się znalazł - stwierdziłam.
Pikachu i Buneary obwąchali z uwagą paczkę, ale niczego złego w niej chyba nie wyczuli, dlatego też zapiszczeli przyjaźnie.
- Chyba paczka jest w porządku - powiedział Ash - Ale jest tylko jeden sposób na to, aby się tego dowiedzieć.
Po tych słowach zaczął on powoli rozpakowywać paczkę. Ku naszemu zdumieniu w paczce był znajdował się ogromny plik kartek wydrukowanych na komputerze i tworzących jedną całość.
- Ciekawe, co to takiego? - spytałam zaintrygowana.
Ash zerknął na pierwszą stronę i przeczytał:
- „Domek na wsi“. Autor Roger Goodman.
- Roger?! Więc on to napisał?! - zawołałam zdumiona - Ale po co? I dlaczego nam to przysłał?
- Chyba jedyny sposób na to, aby się tego dowiedzieć jest przeczytać to - powiedział Ash i usiadł w fotelu.
Przyznałam mu rację i już po chwili zaczęliśmy czytać ów gruby plik kartek, z wielkim zaskoczeniem odkrywając, że to jest to zapis życia Rogera oraz śledztwa, które to ja i Ash wraz z nim nie tak dawno prowadziliśmy. Śledztwa, którego wolałabym sobie nie przypominać, ale które tu przytoczę, podając dokładnie całość relacji spisanej przez Rogera.


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...