niedziela, 19 sierpnia 2018

Przygoda 116 cz. IV

Przygoda CXVI

Powrót detektywów muszkieterów cz. IV


Odczekałyśmy nieco, aż wicehrabia Autumn i jego ludzie odjadą, po czym szybko dojechałyśmy do klifu, z którego właśnie zleciał Ash. Gdy tam dotarłyśmy, zeskoczyłyśmy z koni i wyjrzałyśmy ostrożnie, aby przy okazji nie zaliczyć upadku z tego jakże przerażającego miejsca. A miejsce było naprawdę przerażające - nie dość, że przepaść była po prostu ogromna, to jeszcze w dole majaczył wąski pasek plaży (zaledwie widoczny z naszego miejsca), a także przerażające morskie fale obijające się o spiczaste skały wystające spod morskiej kipieli.
- Myślisz, że spadł na jedną z nich? - jęknęła przerażona Dawn.
- Nawet tak nie mów! - skarciłam ją wściekle - On spadł do wody, zdjął maskę i pewnie zaraz wypłynie.
- A więc gdzie on jest, skoro wypłynął?!
- Może na plaży, a my go nie widzimy?
Dawn próbowała zerknąć w dół, ale zakręciło jej się w głowie i szybko się cofnęła.
- Z tego miejsca nie zobaczymy plaży poza tym wąskim kawałkiem, który widzimy - powiedziała przerażona - Klif za mocno wystaje i nie widać tego, co jest pod nim.
- A więc zejdźmy na dół! Przecież gdzieś tu musi być jakieś zejście - stwierdziłam i rozejrzałam się dookoła.
Ponieważ nie było widocznego w pobliżu zejścia, to przejechałyśmy konno kawałek, aż dostrzegłyśmy zejście na dół. Zeszłyśmy więc po nim, ale ostrożnie, ponieważ stanowiło ono ścieżkę ułożoną z ukosa i łatwo było na niej się poślizgnąć i poturbować, spadając w dół, a zatem musiałyśmy uważać na siebie, ale udało nam się to.
- Dobrze, a teraz tam! - powiedziałam, wskazując palcem przed siebie - Tam spadł Ash.
- Oby tylko żył - jęknęła wściekle Dawn i pobiegła za mną - Ten mój kochany starszy brat i jego pomysły. Jeśli żyje, to go normalnie zabiję.
Pobiegłyśmy szybko w kierunku miejsca, gdzie powinien znajdować się mój ukochany. Im bliżej byłyśmy tego miejsca, tym bardziej zdawało nam się, że widzimy na plaży jakiś kształt długi i podłużny, który jednak wcale nie przypominał skały. Biegłyśmy w jego kierunku coraz szybciej i szybciej, a z każdym krokiem znajdowałyśmy się coraz bliżej tego bardzo tajemniczego kształtu, a im bliżej niego byłyśmy, to tym lepiej zdołałyśmy rozpoznać jego postać. To był wyraźnie kształt ludzkiego ciała ubranego w szlachecki strój. Obok niego leżało coś, co bardzo mi przypominało rycerski hełm.
- Ash! - zawołałam zaniepokojona - Ash!
Mój luby, bo to był on, powoli podniósł głowę z ziemi i spojrzał na nas, wyraźnie z trudem oddychając.
- Dzięki Bogu! Żyjesz! - jęknęłam z ulgą.
Ash powoli stanął na nogi i uśmiechnął się delikatnie.
- Spokojnie... Ze mną jest tak, jak w tej piosence. Rzecz cała w wielkim skrócie, zabili go i uciekł.
Dawn popatrzyła nieco złym wzrokiem na brata, po czym rzuciła mu się na szyję i zaczęła płakać, wołając:
- Nie rób mi tego nigdy więcej! Słyszysz?! Nigdy więcej!
- Och, Dawn - uśmiechnął się do niej delikatnie Ash, całując ją w czoło i lekko się krzywiąc, gdy Dawn za mocno go obejmowała - Moja kochana młodsza siostrzyczko. Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że ty i Serena żyjecie. Niewiele brakowało, żebyście...


- Niewiele brakowało, żebyś i ty zginął, braciszku - zauważyła Dawn, wypuszczając go z objęć.
- Och, Ash! Tak ryzykowałeś! - powiedziałam, obejmując go mocno i zachłannie - Nawet nie wiesz, jak się o ciebie bałam, skarbie.
- Też się bałem, ale więcej o ciebie i Dawn niż o siebie - odparł na to mój luby - Mam tylko nadzieję, że nasi przyjaciele ocalili Philippe’a.
- Ja również mam taką nadzieję - odparłam, tuląc się do niego - Ale tak czy inaczej najwięcej się dzisiaj bałam o ciebie.
- A ja o ciebie - powiedział mój luby.
- A ja o mojego brata i o mojego chłopaka - dodała Dawn i nagle coś sobie przypomniała - Ano właśnie, Clemont! Oby tylko nic mu się nie stało!
- Spokojnie, jestem pewien, że nic mu nie jest i pozostałym także nic - stwierdził na to spokojnym tonem Ash, a nagle syknął z bólu i złapał się za ramię.
- Ciężko oberwałeś? - zapytałam zaniepokojona.
- Spokojnie, kula przeszła na wylot - powiedział Ash, odsłaniając lekko swój lewy obojczyk, który był mocno przewiązany kawałkiem jego koszuli - Opatrzyłem ją sobie, może nieco amatorsko, ale zawsze.
- Że amatorsko, to fakt - zaśmiała się Dawn - Mam tylko nadzieję, że u Colbertona znajdziemy jakiegoś dobrego lekarza, aby cię opatrzył w sposób profesjonalny. Ale tak czy inaczej Max ma rację... Ty masz więcej szczęścia niż ktokolwiek inny, kogo znam.
- No widzisz, jakie ze mnie dziecko szczęścia - zachichotał Ash.
- Widzę - pokiwała z politowaniem Dawn - Ale lepiej sprawdźmy, jak się mają nasze inne potomkowie farta. Oby tylko nic im nie było.
- Ja też mam taką nadzieję - rzekł jej brat i poprawił sobie koszulę na ramieniu, aby osłonić ranę - Wierzę, że wyszli z tego cało, jak zawsze. Może nieco mojego szczęścia przeszło też na nich?
- Oby tak było - powiedziałam - Poszukajmy ich. Mam nadzieję, że są już w drodze do pałacu Colbertona.
- Jak już ich znajdziemy, to na pewno tam będą - stwierdziła Dawn i spojrzała zdumiona na Asha - A ty co robisz, braciszku? Po co bierzesz ze sobą to żelastwo?
Zapytała tak, ponieważ Ash podniósł właśnie z ziemi żelazną maskę leżącą tuż obok niego.
- Właśnie, kochanie. Chcesz to zabrać ze sobą? - zdziwiłam się.
- Tak, ponieważ chciałbym, żeby była noszona - odpowiedział z lekkim uśmiechem na twarzy mój ukochany.
Ponieważ znałam filmy o człowieku w żelaznej masce domyśliłam się, co Ash ma na myśli, ale Dawn już tego nie wiedziała, gdyż spytała:
- Noszona? Chcesz ją nosić?
- Nie ja... Ktoś inny będzie ją nosił. Ktoś, kto o wiele bardziej na nią zasługuje.
Dawn nie do końca wiedziała, co jej brat ma na myśli, jednak ja, jako dobrze obeznana z filmami na podstawie powieści Dumasa ojca doskonale zrozumiałam żart Asha i uśmiechnęłam się lekko, mając w duchu wielką nadzieję, że ten pomysł da się zrealizować.

***


Ponieważ wspięcie się na górę tą spadzistą ścieżką, którą wcześniej tutaj zeszliśmy było bardzo trudne, a wręcz sprawiało ono wrażenie zadania niemożliwego, to Ash uwolnił swego Pidgeota z pokeballa, który dał przed akcją mnie i potem Pokemon zabrał nas na górę, gdzie już czekały dwa Rapidashy - mój i Dawn. Rapidash Asha gdzieś pognał w chwili, gdy jego jeździec z niego zleciał i potem zniknął w oddali, dlatego mój luby został na Pidgeocie i lecąc na jego grzbiecie udał się wraz z nami w kierunku pałacu Colbertona. Przy okazji Ash, który cały czas podczas tej wycieczki był w powietrzu i widział wszystko z lotu ptaka, mógł doskonale obserwować całą okolicę. Dzięki temu wypatrzył o wiele szybciej niż my naszych przyjaciół, którzy zatrzymali się po drodze do naszego celu. Gdy już Ash to odkrył, to zadowolony przekazał mnie i Dawn tę informację i skierowaliśmy swoje wierzchowce do naszych przyjaciół, którzy to bardzo się ucieszyli na nasz widok. Szczególnie zrobił to Pikachu - gdy tylko zobaczył swego trenera, to wpadł mu mocno w objęcia, piszcząc przy tym z radości.
- Pikachu! Przyjacielu, tak się cieszę, że cię widzę całego i zdrowego! - wołał Ash ze łzami radości w oczach.
- Ash! Serena! Dawn! Wróciliście! - krzyknął wesoło Max.
- Clemont! - zawołała Dawn, gdy tylko zobaczyła swego chłopaka.
Zeskoczyła z konia i rzuciła mu się mocno w objęcia, obejmując go przy tym zachłannie i całując w oba policzki.
- Mój ukochany! Tak się martwiłam!
- Ja także się martwiłem - odpowiedział jej ukochany i przycisnął ją do siebie - O ciebie, o Asha, o Bonnie... O nas wszystkich.
- Wszyscy się o siebie nawzajem baliśmy - stwierdziła na to Bonnie - Ale jak zwykle przeżyliśmy.
- No właśnie, nie ma innej opcji, skoro dowodził nami Ash! - rzucił wesoło Max.
Chłopiec miał na głowie opaskę z białego materiału, pewnie ze swojej własnej koszuli, co oznaczało, że musiał zostać draśnięty w głowę.
- I jak wam poszło? - zapytałam.
- Doskonale. Wybiliśmy ich wszystkich - odpowiedział mi Francois z uśmiechem na twarzy - Nasi przyjaciele walczyli dzielnie.
Dzielny muszkieter miał lewą rękę na temblaku, a więc i on musiał oberwać podczas tego starcia.
- A gdzie Philippe? - spytał Ash.
- Tutaj - odezwał się młodzieniec, który akurat siedział z boku za skałą.
Miał wręcz załamaną minę na twarzy i domyślaliśmy się, co jest tego przyczyną.
- Martwisz się śmiercią swego przyjaciela? - zapytał Ash.
- Tak - odpowiedział smutno Philippe - Chociaż bardziej mnie martwi śmierć księdza Salve’a i jego gospodyni, pani Marat, o której powiedzieli mi już wasi przyjaciele.
Bonnie otarła pot z czoła i podała mu manierkę wody.
- Masz... Napij się. Poczujesz się lepiej.
Philippe spojrzał na nią smutno i pokręcił przecząco głową.
- Nie, moja droga. Nie poczuję się lepiej dzięki wodzie. Trzech ludzi, których dobrze znałem i których kochałem już nie żyje. A wy? Wy dzisiaj narażaliście swoje życie dla mnie, chociaż mogliście za mnie zginąć. Jeżeli chcecie, abym poczuł się lepiej, to proszę, odpowiedzcie mi teraz na jedno pytanie. Dlaczego?
- Co dlaczego? - spytała Bonnie.
- Dlaczego tamci ludzie zginęli z mojego powodu? I dlaczego wy dla mojego życia i wolności narażaliście swoje życie? Dlaczego to wszystko się stało?


Bonnie chciała już coś powiedzieć, ale Ash podszedł do niej i lekko położył jej rękę na ramieniu, więc odsunęła się i ustąpiła mu miejsca.
- Pragniesz się tego dowiedzieć, przyjacielu? - zapytał Ash - Dobrze, więc ci powiem. Gdy ksiądz Salve umierał, to był w malignie i wziął mnie za ciebie. Szepnął mi wówczas coś na ucho. Coś, co wyjaśniało, dlaczego to wszystko się dzieje i teraz powtórzę ci te słowa. Chcesz wiedzieć, dlaczego? Odpowiem ci. Jesteś prawdziwym królem Johto.
Philippe spojrzał na Asha zdumionym wzrokiem. Czego jak czego, ale takiej odpowiedzi z całą pewnością się nie spodziewał. Gdyby tak mój luby powiedział mu, że zaraz nastąpi koniec świata, to młodzieniec byłby tym faktem z pewnością mniej zdumiony niż teraz.
- Królem Johto? O czym ty mówisz?
Spojrzał na nas wszystkich, jakby oczekując zaprzeczenia lub też może potwierdzenia tych słów, ale jeśli spodziewał się tego pierwszego, to cóż... Musieliśmy go zawieść, gdyż jedyne, co mogliśmy wówczas zrobić, to tylko potwierdzić słowa Asha, co też oczywiście zrobiliśmy.
Philippe zaś popatrzył na nas wszystkich i zdumiony zerwał się z ziemi i jęknął załamany.
- Nie! To po prostu niemożliwe! Niby w jaki sposób mogę być królem? Przecież nie jestem Louisem XIV!
- Nie, ale jesteś kimś bliskim mu niczym jego własny cień - odrzekła Dawn poważnym tonem.
- Nie inaczej - poparł ją Clemont - Ale sądzę, że rozmawianie tutaj nie jest ani przyjemne, ani tym bardziej bezpieczne.
- On ma rację - powiedział Francois - Powinniśmy już wracać do domu mojego ojca chrzestnego. Tam będziemy bezpieczni, a przy okazji jeszcze opatrzymy swoje rany.
- Słuszna uwaga - zgodziłam się z nim - Część z nas została podczas tej walki ranna i lepiej będzie szybko opatrzyć te rany.
- Te rany to i tak pestka w porównaniu z tymi rany, które otrzymali nasi przeciwnicy - powiedział zadowolonym tonem Max - Jaka szkoda, że tego nie widziałaś, Sereno. To była zażarta walka.
- Tak! Wszyscy dzielnie walczyliśmy! - zawołała Bonnie i pokazała trzymanego w dłoniach Dedenne - Mój Dedenne raził drani prądem jak się patrzy!
- De-ne-ne! - zgodził się jej Pokemon.
- Właśnie, a my wszyscy rąbaliśmy z pistoletów oraz ciachaliśmy tych drani szpadami i też jak się patrzy - dodał bojowo Max - Było ich chyba z dziesięciu. Walczyli zażarcie, ale daliśmy im radę.
Francois skinął głową potakująco.
- Tak. Wpadłem na pomysł, żeby zasadzić się na nich niedaleko stąd i gdy się zbliżyli, zaczęliśmy ich ostrzeliwać, a potem jeszcze ja i Clemont natarliśmy na nich i naznaczyliśmy wszystkich swoimi szpadami. Zabiliśmy kilku z nich, a w każdym razie ja zabiłem, bo twoi druhowie woleli ich ranić niż zabijać.
- Nie lubujemy się w zabijaniu - powiedział gniewnie Clemont.
- Wybacz, nie chciałem cię urazić, przyjacielu - rzekł przepraszającym tonem Francois - Ale chyba sam wiesz, jak to jest na wojnie. Im mniej jest ich, tym więcej nas.
- Tak czy siak dobrze, że udało nam się wygrać - odpowiedział na to Clemont - Około pięciu czy sześciu z nich zginęło, a reszta uciekła z ranami od naszej broni, a więc wygraliśmy.
- No i to jest najważniejsze - zakończył tę rozmowę Ash - Uważam więc, że najlepszym, co możemy teraz zrobić, to przybyć do pałacu ministra Colbertona. Tam zaś opatrzymy swoje rany i dokończymy rozmowę, którą rozpoczęliśmy na temat twego pochodzenia, Wasza Wysokość.
Ostatnie słowa oczywiście skierował on w kierunku Philippe’a, który patrzył na niego wyraźnie zaintrygowany.
- Wolałbym, abyś tak do mnie nie mówił, a przynajmniej chwilowo - odpowiedział na to Philippe - Chodźmy zatem do domu tego Colbertona, kimkolwiek on jest.
- Twoje życzenie jest dla nas rozkazem - rzekł Ash, lekko kłaniając się przed młodzieńcem.
- A więc komu w drogę, temu widły w nogę... - zaśmiał się lekko Max - Znaczy, chciałem powiedzieć, temu czas.
- Tak, czas już najwyższy - uśmiechnęła się Dawn - Jak to dobrze, że mamy tę niebezpieczną przygodę już za sobą.
- Tak! Najgorsze już za nami! - dodała Bonnie, wzdychając wesoło.
- Za nami? - spytałam ponuro - Obawiam się, że jeszcze nie.

***


Dojechaliśmy już bez żadnych przygód do pałacu Colbertona. Był już wtedy późny wieczór, co Ash i Francois uznali za bardzo dogodną dla nas sytuację, ponieważ dzięki temu nie byliśmy aż tak widoczni jak w dzień, a jeśli ktoś chciałby obserwować sobie pałac naszego przyjaciela, to miałby naprawdę bardzo spory problem w rozróżnieniu twarzy każdego z nas. Co prawda nie byliśmy wcale pewni, iż ktoś obserwuje Colbertona, ale mimo wszystko woleliśmy być ostrożni, a zwłaszcza po tym, jak nie tak dawno próbowano nas zabić.
Jak więc już wspomniałam, dotarliśmy bezpiecznie i bez przeszkód na miejsce, po czym weszliśmy do środka pałacu, gdzie już oczekiwał na nas Colberton wyraźnie bardzo przejęty.
- Och, moi kochani! - zawołał na nasz widok uradowany i z wyraźną ulgą w głosie - Tak strasznie się o was bałem! Nie byłem pewien, co się może stać, ale na szczęście jesteście cali i zdrowi.
- No, z tym zdrowiem, to nie do końca tak - uśmiechnął się lekko Max, wskazując palcem bandaż na swojej głowie.
Colberton spojrzał na chłopca i jęknął zaniepokojony.
- Och, widzę, że wam się trochę dostało. Żywię tylko nadzieję, że nie są to jakieś poważne rany. Mieliście przygody w drodze?
- Istotnie - odpowiedział mu Francois - Ale cóż... Daliśmy sobie z nimi radę, choć wcale nie było to łatwe.
- Ale dzięki Ashowi się udało - powiedziała dumnym tonem Bonnie, a jej Dedenne zapiszczał potakująco.
- Lepiej będzie, jeśli zaraz was wszystkich obejrzy medyk - stwierdził Colberton - Spodziewałem się, że może być potrzebny i wezwałem go tutaj. Czeka w sąsiednim pokoju.
Nagle minister dostrzegł Philippe’a. Spojrzał na niego wyraźnie bardzo zaszokowany. Potem podszedł do niego, dotknął lekko dłońmi jego ramion i powiedział:
- A więc to ty... To ty jesteś tym młodzieńcem, po którego posłałem moich przyjaciół.
- Pan ich posłał? - zapytał zdumiony Philippe - Dlaczego?
- Prawdę mówiąc to my sami się posłaliśmy - zauważyła Bonnie.
- To słuszna uwaga - dodała przyjaźnie Dawn - Nikt nie musiał nas do ciebie posyłać, przyjacielu, choć w pewnym sensie zostaliśmy posłani przez ministra Colbertona, ale najważniejszym przełożonym dla nas było nasze własne poczucie honoru.
- Nie inaczej - zgodził się z nią Clemont - Gdy tylko dowiedzieliśmy się o twoim losie, zdecydowaliśmy, że nie możemy cię tak zostawić.
- To szlachetne z waszej strony, ale powiedzcie mi, proszę, co dalej? - zapytał Philippe - Co będzie teraz ze mną? I dlaczego to nazywacie mnie królem Johto?
- Wszystkiego się dowiesz, ale najpierw niech obejrzy cię lekarz i moja służba - powiedział Colberton przyjaznym tonem - Musisz się ogolić oraz umyć. Mam wrażenie, że już dawno tego nie robiłeś.
- Istotnie, to sama prawda - uśmiechnął się lekko Philippe i dotknął delikatnie swego gęstego zarostu - A czy potem wyjaśnicie mi to wszystko?
- Oczywiście - odpowiedział mu minister - Ale najpierw wszyscy się musimy doprowadzić do porządku.
Przeszliśmy do sąsiedniego pokoju, w którym czekał już na nas nieco znudzony lekarz. Mężczyzna był wyraźnie niezadowolony z tego powodu, iż musiał czekać, ale przestał narzekać, kiedy Colberton obiecał mu wysoką zapłatę w zamian za czas, jaki poświęcił w tym miejscu. Potem obejrzał on dokładnie każdego z nas i stwierdził, że nasze rany nie zagrażają naszemu życiu. Ash miał przestrzelony obojczyk, ale kula tylko lekko nadwyrężyła mu kość i uszkodziła skórę i mięśnie. Maxowi kula drasnęła skroń, Bonnie (która podczas walki spadła z konia) lekko obiła sobie kolano, jednak oboje trzymali się dzielnie uważając takie rany za powód do dumy. Clemont był lekko ranny w udo i delikatnie poobijany, bo podczas walki z napastnikami jego koń spłoszony strzałem wierzgnął wręcz niespodziewanie i strącił go ze swojego grzbietu, ale i tak mniej oberwał niż Francois, który dostał szpadą mocno lewe w ramię, a w dodatku jeden z napastników próbował strzelić mu w twarz i tylko fakt, że w tej samej chwili Philippe (osłaniany wtedy przez Maxa i Bonnie) strzelił do tego napastnika i strzaskał mu ramię, to ów napastnik zabiłby naszego przyjaciela, a tak wypalił do niego w chwili, gdy sam oberwał i kula lekko tylko musnęła mu policzek.
- Będzie szrama na pięknej twarzyczce - powiedział ironicznym tonem lekarz, kiedy go opatrywał - Ale jak widzę panowie uważają to za dowód swojego wielkiego męstwa.
To mówiąc spojrzał na Asha, który uśmiechnął się lekko i rzekł:
- Dokładnie tak. Sam bym tego lepiej nie ujął.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
Lekarz opatrzył nas wszystkich, założył kilku z nas opatrunki, a potem wyszedł otrzymawszy swoją zapłatę i to sowitą. Potem sługa ministra wziął Philippe’a do osobnego pokoju, umył go, ogolił, przebrał w ładny strój oraz zabrał do salonu, w którym siedzieliśmy. Ledwie go wtedy zobaczyliśmy, a doznaliśmy lekkiego szoku. Przed nami oto stał bowiem człowiek łudząco podobny do samego króla Louisa XIV. Widzieliśmy to aż nadto dokładnie. Max i Bonnie aż wstali z krzeseł na widok Philippe’a, zaś Colberton tylko uśmiechnął się, jakby upewnił się teraz w swoich oczekiwaniach.
- Zapraszamy, przyjacielu - powiedział i wskazał on dłonią na wolne krzesło przy stole.


Philippe usiadł zaintrygowany i rzekł:
- A więc... Obiecaliście państwo wyjaśnić mi zaistniałą sytuację. Czy mogę się zatem spodziewać od państwa owych wyjaśnień?
- Oczywiście - odpowiedział mu Colberton i wyjął złożony w czworo papier - Treść tego dokumentu wszystko wyjaśnia.
Następnie rozłożył papier i zaczął głośno czytać:

Ja, król Louis XIII, władca Johto, będąc zupełnie zdrów na ciele oraz umyśle ogłaszam wszem i wobec, że w dniu, w którym to urodził się mój pierworodny syn Louis czternasty tego imienia w naszej dynastii, żona moja i królowa po wydaniu na świat syna, nie całe pół godziny później wydała na świat drugie dziecko płci męskiej. Z obawy o to, aby obaj moi synowie, tak łudząco do siebie podobni, nie zaczęli się bić ze sobą o tron, postanowiłem coś zrobić. Każdy z moich synów mógł wszak śmiało powiedzieć, że to on się urodził pierwszy i uważać, że tron należy się jemu, a to zaś mogłoby się zakończyć wojną domową. Musiałem więc coś zrobić i zdecydowałem się na ukrycie drugiego syna na prowincji, u mojego osobistego spowiednika, któremu ufam nad życie. Ów spowiednik nosi miano księdza Salve i będzie przechowywał dokument, który oto teraz właśnie spisuję jako potwierdzenie pochodzenia mojego drugiego syna. Jeśli więc ty, który teraz czytasz ten dokument spotkasz u księdza Salve młodzieńca wręcz łudząco podobnego do mojego syna, to wiedz, iż jest to mój drugi syn i należy go traktować z należnym mu szacunkiem.
Dokument ten należy również traktować jak swego rodzaju testament, ponieważ oświadczam w nim wszem i wobec, że jeśli mój pierworodny syn okaże się człowiekiem niegodnym korony, to żądam, aby tron Johto objął mój drugi potomek, o ile oczywiście również będzie człowiekiem godnym korony. Wolę moją niniejszym zatwierdzam podpisem oraz pieczęcią.

Louis XIII tego imienia, władca Johto.

- A poniżej jest jeszcze podpis księdza Salve jako świadka - dokończył Colberton.
- Ciekawi mnie, czy królowa matka wiedziała o wszystkim? - spytałam - Jeśli tak, to dziwne, że zgodziła się na taki projekt, który nie omieszkam nazwać wręcz szalonym.
- Oczywiście, że to jest szalony projekt i bezmyślny moim zdaniem - odezwała się Dawn.
- Proszę się liczyć ze słowami, młoda damo - rzekł na to Colberton dość cierpkim tonem - Mówisz wszak o królu, któremu służyłem i którego kochałem. Był on mądrym człowiekiem, ale przecież nawet mądry człowiek nie może podejmować samych mądrych decyzji. Kierowało nim tylko dobro dynastii i dobro Johto i dlatego też spisał on ten dokument, który powierzył księdzu Salve.
- Ale ksiądz Salve nigdy mi o tym dokumencie nie wspominał - odparł ponuro Philippe, patrząc na swoje dłonie - Przy okazji... Czy ja mam wobec tego rozumieć, że jestem synem króla Louisa XIII?
- Tak i bratem bliźniakiem Louisa XIV - odpowiedziała mu Bonnie.
- Dlatego twój brat, gdy tylko dowiedział się o twoim istnieniu, kazał cię uwięzić - wyjaśnił Max - A my cię odbiliśmy.
- Nie... To po prostu nie do wiary... To niemożliwe.
- Nie? - uśmiechnął się Francois - To sam zobacz.
Muszkieter wstał od stołu i zaprowadził nas wszystkich do jednego z pokoi, w którym wisiał portret króla Louisa XIV. Philippe spojrzał bardzo zaszokowany na ów portret, a potem na swoje odbicie w lustrze wiszącym na ścianie. Kilka razy spoglądał na portret i na odbicie, nie wiedząc przez chwilę, co ma powiedzieć. Opadł załamany pod ścianę i jęknął:
- To wszystko dla mnie za trudne! Tego jest dla mnie zdecydowanie zbyt wiele! Proszę, zostawcie mnie samego! Muszę to wszystko przemyśleć.
- Słusznie - zgodził się Colberton - Zresztą wszyscy powinniśmy teraz wypocząć w samotności. Jutro porozmawiamy.
Ash, ja i Pikachu pomogliśmy się pozbierać Philippowi z podłogi, zaś Dawn i Bonnie z uśmiechem na twarzach wzięły go za ręce i zaprowadziły do przeznaczonego pokoju w towarzystwie służącego Colbertona.

***


Noc spędziliśmy spokojnie, a na rano zjedliśmy wszyscy śniadanie, ale bez naszego gospodarza, który zjadł posiłek znacznie wcześniej niż my i potem wraz z towarzyszącym mu Francois pojechał do pałacu króla, żeby wypełniać swe obowiązki. Pan de Sauve z kolei chciał zobaczyć się z żoną, która towarzyszyła ciągle księżniczce Sylvii. Musieliśmy więc czekać na ich powrót, przy okazji zajmując się też Philippem, który był wciąż w wielkim szoku po tym, co się stało. Dowodem tego stało się pewne bardzo smutne wydarzenie, którego byłam świadkiem wraz z moim lubym. Zaszliśmy w południe do pokoju Philippe’a i wówczas oboje zauważyliśmy coś, co nas zaszokowało. Tym czymś był nasz pretendent zakładający sobie na twarz żelazną maskę. Gdy nas zobaczył, powoli ją z siebie zdjął i powiedział:
- Wybaczcie... To głupie, ale dziwnie się chwilami czuję bez tej maski.
- Jestem w stanie cię zrozumieć - powiedział smutno Ash.
- Pika-pika - pisnął ponuro Pikachu.
- Poważnie? - zapytał smutno Philippe.
- Tak, w końcu sam przez pewien czas nosiłem to żelastwo.
Philippe lekko parsknął śmiechem.
- Tak, to prawda, ale to był o wiele krótszy czas niż mój. Ja to nosiłem około trzy miesiące i stała mi się niemalże drugą skórą na twarzy.
- Tak, zgadzam się z tobą, ale mimo wszystko naprawdę rozumiem, co musiałeś czuć nosząc to żelastwo. Jest okropnie ciężkie i nieprzyjemne.
- Właśnie - pokiwał smutno głową Philippe - I co teraz ze mną będzie?
- Colberton, gdy tylko powróci, to przedstawi ci dalszy plan działania - powiedziałam pocieszającym tonem - Myślę, że jego pomysły mogą ci się spodobać, w każdym razie mam taką nadzieję.
Pomyliłam się nieco, ponieważ plany pana ministra niezbyt przypadły do gustu naszemu przyjacielowi, gdy o nich usłyszał, to zaś nastąpiło po południu tego samego dnia. Colberton wrócił, jednak bez Francois, który to wraz z żoną towarzyszył właśnie księżniczce Sylvii na jakieś przejażdżce po okolicy. Pan minister powrócił więc sam do swojego domu, a potem zebrał nas wszystkich w salonie, aby się z nami rozmówić.
- Pozostaje zatem sprawa, co zrobić dalej - powiedział minister, aby rozpocząć rozmowę - Philippie, wiem doskonale, że się przejmujesz tym, co masz dalej zrobić i co my planujemy względem ciebie. Wiedz jednak, iż my nic nie planujemy bez twojej wiedzy ani zgody. Mamy pewną koncepcję, a raczej ja ją mam, chociaż myślę, że i nasi przyjaciele również posiadali dość podobne pomysły. Jeśli tak, to z całą pewnością okażą zainteresowanie tym, co powiem. Zanim to jednak powiem, to chcę cię o coś zapytać. Powiedz mi, czy ufasz nam?
- Cóż... Uratowaliście mi życie i wyciągnęliście mnie z opałów - rzekł smutnym głosem Philippe - Komu więc mam ufać, jeśli nie wam?
- Słuszna postawa - zaśmiał się Max.
- A więc jaki ma pan plan, panie ministrze? - zapytał Clemont.
- Ja się chyba domyślam, jaki to plan - rzekł Ash - Ale wolę wysłuchać najpierw pana ministra zanim sam coś powiem.
Colberton uśmiechnął się delikatnie, po czym powiedział:
- Sprawa więc wygląda następująco... Johto jest w zagrożeniu. Jego lud żyje pod jarzmem podatków, które wielu ludziom, zwłaszcza chłopom oraz mieszczanom odbiera możliwość godnego życia. Podatki tutaj płacą przede wszystkim biedni, bogaci w wielu przypadkach są z nich zwolnieni, a już zwłaszcza Fouquetini, który jest właściwym władcą tego kraju. Fouquetini okrada ten kraj, ale król nie ma nic przeciwko temu, dopóki sam ma zawsze dość pieniędzy na wszelkie zaspokajanie swoich kaprysów. Jednym słowem, Johto grozi prędzej czy później rewolucja, jeśli ktoś coś z tym nie zrobi. Ja próbuję pomóc ludowi tego kraju, ile tylko mogę, ale niestety, moja władza jest znikoma wobec władzy króla, który jednak nie przejmuje się losem tego ludu. Ponieważ wpadł nam teraz w ręce testament twojego ojca, to możemy wyciągnąć wnioski z tego, co jest w nim napisane. Twój rodzic chciał, abyś zastąpił swojego brata na tronie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Jak widzisz, ta potrzeba właśnie zaszła.
- Ja? Na miejscu Louisa? - zapytał zadziwionym tonem Philippe.
Oparł się o krzesło i pomyślał przez chwilę o tym wszystkim.
- A gdybym chciał zostać królem, to czy mógłbym liczyć na wsparcie pana, panie Colberton? Pana i pańskich przyjaciół?
- Naturalnie - odpowiedział na to minister - To się rozumie samo przez się. Wszyscy cię w tej sprawie wesprzemy.
- Nie zostawimy cię samego w potrzebie - powiedziała Dawn.
- Oczywiście, że nie. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego - dodał radośnie Max.
- A więc... kiedy upomnimy się o mój tron?
- Spokojnie, mój przyjacielu - rzekł Colberton - Nie zrozumiałeś mnie. Oficjalne domaganie się tronu nie wchodzi w grę. Nic nam to nie da, a do tego narazi ciebie i nas wszystkich na utratę życia.
- A więc... Zamach stanu?
- Coś w tym rodzaju. To będzie zamiana królów na tronie i będzie ona tak szybka, że nikt poza nami jej nie zauważy.
- Jakże to?
- Będziesz więc rządzić jako Louis XIV.
Philippe spojrzał w szoku na Colbertona i potem na nas.
- Jak to? Jako Louis?
- Do końca swoich dni.
- A moje prawa do tronu?
- Są znikome. Autentyczność tego dokumentu król łatwo podważy i nie dowiedziesz, że wasz ojciec to pisał.
- A więc co robić?
- Dokonamy cichej podmiany braci. Louis zostanie uprowadzony przez nas, a ty zajmiesz jego miejsce. I będziesz rządził jako on.
- Jak to? - zapytał gniewnie Philippe - Czy to oznacza, że będę już do końca życia udawał kogoś, kim nie jestem?! No, a co ze mną?! Co z moim życiem?! Czy już nigdy nie będę sobą?! O nie! Odmawiam udziału w takiej farsie! Jeśli mam się ubiegać o tron, to chcę to robić w sposób godny mego pochodzenia!
Nie wiedzieliśmy przez chwilę, co powiedzieć, aż w końcu zrobił to za nas Colberton.
- Co ze mną? Co z moim życiem? Biedny Philippe! Mdli mnie, kiedy muszę słuchać takiego użalania się nad sobą!
- Jakiego użalania się?! - zawołał gniewnie Philippe - Czyż ja nie mam prawa żyć jako ja sam?
- Masz prawo, ale masz również prawo do tronu, o który jednak musisz ubiegać się w sposób odpowiedni - odpowiedział Ash spokojnym tonem - Naprawdę jestem w stanie cię zrozumieć, ale zrozum też pana Colbertona i nas. Chcemy jedynie dobra Johto.
- Pika-pika-chu! - pisnął potwierdzająco Pikachu.
- Ale mojego dobra już nie, prawda? - spytał Philippe - Moje dobro już się dla nikogo nie liczy?
- Liczy, jednak w przeciwieństwie do ciebie ja myślę także o innych - zauważył Colberton.
- Ja też myślę o innych.
- Tak? To pozwól, że coś ci pokażę.
- Co takiego?
- Chodź ze mną, musimy się przebrać.
- Możemy iść z wami? - spytałam.
- Tak, ale nie wszyscy. Może niech idzie pani i pani narzeczony. Reszta niech pozostanie tutaj.


Zgodziliśmy się i poszliśmy do innego pokoju, w którym to Colberton uszykował dla nas bardzo biedne ubrania, przypominające niemal chłopskie stroje.
- Co to takiego? - zapytałam zdumiona.
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu pytająco.
- To pewne stroje, które kiedyś zdobyłem - odpowiedział nam minister - Jako dziecko lubiłem się przebierać i do dzisiaj pozostała mi do tego mała słabość. A więc załóżcie to. Pokażę wam coś.
Nie rozumieliśmy postępowania pana ministra, ale wyraziliśmy zgodę na jego propozycję i założyliśmy na siebie te stroje, po czym pojechaliśmy konno do najbliższej wsi. Tam natomiast przywiązaliśmy konie do drzewa i przeszliśmy się po okolicy.
- Po co nas pan tu przywiózł? - zapytał przygnębionym tonem Philippe.
- Chciałem ci tylko pokazać coś, co ja nazywam „smutnym, ale jakże prawdziwym życiem“ - odpowiedział ironicznie minister.
Szliśmy obok chłopskich chat, mijając pracujących i zajmujących się różnymi swoimi sprawami ludzi ubranych bardzo biednie. Widok, jaki to wówczas ukazał się naszym oczom był po prostu przerażający. Biedna, stare oraz zrujnowane chaty, ludzie chodzący boso i to nawet po kałużach, dzieci bawiące się w błocie... Jednym słowem, obraz nędzy i rozpaczy.
- Co to jest? - zapytał przerażony Philippe.
- To się nazywa „prawdziwe życie“. A dokładniej rzecz ujmując, to jest efekt rządów twojego brata króla - wyjaśnił dość smutnym głosem minister - To wieś leżąca na ziemiach królewskich. Takie widoki tutaj to codzienność. I cóż ty na to? Podoba ci się to?
Philippe nie odpowiedział, tylko widząc jakąś małą dziewczynkę, całą brudną i do tego jeszcze w podartym ubraniu, która to z zainteresowaniem podeszła do niego, wzięła go za rękę i zaczęła ją oglądać, załamany uciekł w kierunku Rapidashów, które zostawiliśmy przed wioską. Gdy już je dopadł, to odwiązał swego wierzchowca, wskoczył na niego, po czym pognał przed siebie zawzięcie.
- O rany! I co? Znowu musimy za nim ganiać? - jęknęłam.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Lepiej to zróbmy zanim wpadnie w jakieś kłopoty - powiedział na to Ash.
Wskoczyliśmy na swoje konie i pognaliśmy za Philippem. Miał on nad nami pewną przewagę, ale dość szybko dogoniliśmy go, a wówczas oczom naszym ukazał się kolejny niesamowity widok, a stanowił go... Philippe rozmawiający z jakąś kobietą ubraną w elegancki i bogaty strój do jazdy konnej. Tej kobiecie towarzyszył jakiś mężczyzna w mundurze muszkietera z ręką na temblaku oraz jakaś dama. Żeby było jeszcze lepiej, to całą trójkę doskonale znaliśmy.
- Nie zapieraj się! To ty! Z plebanii księdza Salve! - zawołała młoda kobieta, patrząc uważnie na Philippe’a, który próbował ją wyminąć, ale ona skutecznie zajeżdżała mu drogę i nie pozwalała na to, aby się oddalił.
- Pani mnie z kimś pomyliła.
- Z nikim cię nie pomyliłam! Ty jesteś Philippe, wychowanek księdza Salve! Przecież rozmawialiśmy ze sobą! Byłeś mi bardzo miłym rozmówcą! Jak możesz mnie nie pamiętać?!
Francois i Madeline, bo to oni towarzyszyli księżniczce, nie wiedzieli, co mają powiedzieć ani zrobić, podobnie jak i my. Wreszcie to Colberton postanowił przerwać zmowę milczenia.
- Sądzę, mój przyjacielu, że nie musisz już dłużej zapierać się przed Jej Wysokością swojej tożsamości - powiedział.
- Och, pan minister! - zawołała radośnie księżniczka - Cieszę się, że pana tu spotykam.
- I ja się cieszę, choć bardzo zaskoczyło mnie to, że spotykamy tutaj Waszą Wysokość - rzekł minister przyjaznym tonem.
- Mnie również zaskakuje obecność pana ministra... O! Wicehrabia de Bragelonne i panna d’Artagnan! Państwo także tutaj?! I to jeszcze w tych dziwnych przebraniach?!
- Życie stawia przed nami różne zadania, a niejedno z nich wymaga niekiedy przebrań - odpowiedział jej Ash dość filozoficznym tonem - Żywię jednak nadzieję, że nasze stroje nie gorszą Waszej Wysokości.
- Ależ bynajmniej - uśmiechnęła się do niego księżniczka - Po prostu mnie one dziwią i nic poza tym. A najbardziej dziwi mnie tutaj obecność mojego przyjaciela z plebanii księdza Salve, który to przyjaciel wyraźnie zapiera się znajomości ze mną, czego nie jestem w stanie zrozumieć.
- Ależ wcale nie zapiera, broń Boże. On po prostu nie wie, czy może Waszej Wysokości zaufać, a to nie to samo - wyjaśnił Colberton.
- Sądzę, że Wasza Wysokość rozumie doskonale, iż obecność osoby podobnej do króla nie jest mile widziana w tych stronach - zauważyła na to Madeline - Wszak chyba dobrze Wasza Wysokość pamięta nasza rozmowę, w której brała także udział panna d’Artagnan?
- Istotnie, pamiętam ją doskonale - powiedziała Sylvia - Pamiętam, co powiedziałam o sobowtórze króla, którego miałam przyjemność poznać i niestety... Nie miałam potem nigdy możliwość odnowienia tejże znajomości, ponieważ...
To mówiąc spojrzała na Philippe’a i powiedziała:
- Ponieważ nagle zniknąłeś, mój przyjacielu razem ze swoim drogim opiekunem. Skąd więc nagle znalazłeś się tutaj?
- Wasza Wysokość...
- Ostatnio rozmawialiśmy mówiąc do siebie po imieniu i prosiłabym uprzejmie, abyś także teraz nazywał mnie „Sylvią“, a nie „Jej Wysokością“.
- Skoro tego sobie życzysz...
- Tak, właśnie tego sobie życzę. I życzę sobie wyjaśnienia, co się tutaj dzieje. Dlaczego ty oraz twój opiekun zniknęliście tak nagle? Mam poważne obawy na temat tego, iż moje gadulstwo mogło wam zaszkodzić, ale...
- Niestety, to sama prawda - powiedziałam ponuro - Gadulstwo Waszej Wysokości... Pardon... Twoje, Sylvio... Twoje gadulstwo doprowadziło do tego, że król i jego prawa ręka Fouquetini zainteresowali się tym wszystkim i co odkryli? Sobowtóra króla na wsi. Wystarczyło potem porozmawiać z królową matką (bo podejrzewam, że od niej się tego Louis dowiedział) która przyznała się do istnienia bliźniaka króla, którego to potem nasz drogi król postanowił się pozbyć.
- Chwileczkę! Bliźniak króla?! - zawołała zdumiona Sylvia i spojrzała na Philippe’a - Louis to twój bliźniak?!
- Tak - potwierdził młodzieniec - I cóż... Twoje słowa sprawiły, że na trzy miesiące wylądowałem w więzieniu na wyspie Saint Margot w żelaznej masce na twarzy, a mój opiekun i jego gosposia zginęli.
Sylvia zasłoniła sobie przerażona usta dłonią.
- Boże święty! W żelaznej masce?! A ksiądz i gosposia... nie żyją?!
- Tak, nie żyją - odpowiedział jej bezlitośnie Philippe.
- I ty sam w masce z żelaza...?
- O tak, w masce z żelaza - Philippe dalej pastwił się nad nią tak, jak chwilę przedtem nad nim Colberton - Mam ją w swoim pokoju. Chcesz ją może zobaczyć?
Sylvia jęknęła załamana i zawróciła konia, po czym pognała szybko przed siebie.
- Umiesz ty rozmawiać z kobietami - mruknęła Madelina ironicznie.
- Istotnie - pokiwał lekko głową Francois - Posiadasz w tej kwestii prawdziwy talent.
- Być może - rzekł Colberton - Ale lepiej już jedźcie, moi kochani, bo księżniczka nie powinna jeździć sama po tej okolicy.
- Racja - pokiwał głową jego chrześniak - Ale co dalej?
- Dalej się zobaczy. Przyjedziecie wieczorem?
- Postaramy się.
Po tych słowach muszkieter oraz jego żona odjechali za księżniczką.

***


Powróciliśmy do domu Colbertona i zostawiliśmy Philippe’a samego z jego własnymi myślami. Chcieliśmy, aby młodzieniec miał czas i możliwość przemyśleć sobie to wszystko i zastanowić się nad tym, co mu kilka godzin wcześniej zaproponowaliśmy, a także rozważyć to wszystko, co zobaczył we wsi. Wiedzieliśmy, że ten obraz zrobił na nim bardzo duże wrażenie, tak samo zresztą jak i na nas. Colberton był naprawdę bystrym politykiem. On dobrze wiedział, w jaki sposób zrobić wrażenie i to bardzo silne wrażenie na Philippie i pokazać mu możliwość naprawienia tego, co było mu solą w oku, a tą solą była ludzka bieda oraz nędza w kraju pośród biedoty i to, że taka sytuacja sprzyja rewolucji. Jako osoby z przyszłości doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że słynna Wielka Rewolucja Francuska z końca XVIII wieku wybuchła z naprawdę podobnych przyczyn, jakie widzieliśmy tutaj i wiedzieliśmy także, co z tej rewolucji wynikło. Jeżeli więc Colberton chciał powstrzymać podobnego rodzaju rzeź, musiał podjąć taką właśnie grę, jaką zamierzał podjąć. Od niej mogło zależeć życie wielu ludzi, setek lub nawet tysięcy, a my zamierzaliśmy mu w tym pomóc. Nawet nie musiałam pytać Asha, co o tym sądzi. Jego mina i zachowanie mówiło samo za siebie, poza tym zbyt dobrze go znałam, abym miała nie wiedzieć, iż posiadamy w tej sprawie takie samo zdanie.
Czasu daliśmy Philippe’owi naprawdę wiele i dzięki niemu nasz drogi przyjaciel miał czas przemyśleć sobie wszystkie te sprawy, które ostatnio z nim poruszyliśmy. Zajęło mu to dużo czasu, także więc następną rozmowę odbyliśmy dopiero następnego dnia, gdy młodzieniec siedział na łące przed pałacem Colbertona i obserwował on okolicę, po której szły akurat młode kobiety przeganiające stado owiec. Cała nasza sześcioosobowa drużyna (nie licząc kroczących u naszego boku Pokemonów) usiadła obok Philippe’a, ale nie rozpoczęliśmy rozmowy spodziewając się, że może on sam, jeśli zechce, porozmawia z nami, co też się stało.
- Siedziałem trzy miesiące w więzieniu, a teraz chcecie, abym znów dał się aresztować i wsadzić do więzienia - rozpoczął rozmowę.
- Pałac to nie więzienie - zauważył Max.
Philippe zignorował go i spojrzał w kierunku kobiet z owcami.
- Widzicie te wieśniaczki? A tę, która trzyma jagnię? Mógłbym zaszyć się między ludźmi takimi jak ona i z nią samą paść owce do końca życia i byłbym bardziej wolny niż teraz.
- Będziesz wolny, kiedy już na zawsze zniknie nad tobą zagrożenie w postaci twego brata - zauważył Clemont.
- Zrozum, masz szansę zostać królem - dodała Bonnie.
Philippe pokręcił przecząco głową.
- Nie. Mam tylko szansę udawać króla, który doprowadził ten kraj do obrazu nędzy i rozpaczy. Króla, którego lud Johto nienawidzi.
- Nie musisz taki być - powiedziałam - Możesz być lepszym królem, a wręcz powinieneś.
- Tak, ale najpierw musisz udawać Louisa, a on jest po prostu złym człowiekiem, a do tego również i żałosnym - dodał Ash - Jeśli nie chcesz wrócić do więzienia, to musisz choć przez krótki czas udawać swego brata, aby nikt, a już zwłaszcza Fouquetini w niczym się nie zorientował. A kiedy już twoja pozycja na tronie będzie pewną, będzie mógł być sobą.
- Ale z imieniem mego brata.
- Tak, to nieuniknione.
Philippe bardzo zasmucony spojrzał na bawiących się wesoło na trawie Pikachu, Buneary, Piplupa i Dedenne.
- Oni są szczęśliwe ode mnie, bo są wolni, zaś mnie czeka wszędzie, dokąd pójdę jakaś niewola.
- A co powiesz o ludziach żyjących w niewoli biedy? - spytałam - Czy ich los cię nie obchodzi?
- Obchodzi, jednak mam wątpliwości, czy dam sobie radę. Skąd macie pewność, że będę lepszym królem niż mój brat?
- Takiej możliwości to my nie posiadamy - odpowiedział Clemont - Ale wierzymy, że możesz dać sobie radę.
- Tak! A poza tym pomyśl o korzyściach! - zawołał Max wręcz bardzo zadowolonym tonem - Jako król będziesz miał tyle wieśniaczek, ile tylko zechcesz.
Clemont trącił go delikatnie w ramię.
- Przyjacielu, nie rozumiesz.
- Czego nie rozumiem?
- Tego, o czym tu mówimy. Tutaj nie chodzi o korzyści osobiste, ale o sprawę i o to, żeby Johto nie zostało ogarnięte rewolucją.
- No właśnie - powiedziała Dawn - Philippie, ty może ocalić całe Johto przed rewolucją, jeśli tylko odpowiednio weźmie się do rzeczy.
- Ale właśnie problem w tym, że ja nie wiem, jak to zrobić. A co, jeżeli będę gorszy od Louisa?
- Od niego nie możesz być gorszy - odezwał się jakiś kobiecy głos.
W naszą stronę szła księżniczka Sylvia w towarzystwie Colbertona i swego Fennekina. Na ich widok wszyscy szybko zerwaliśmy się z miejsca, po czym ukłoniliśmy się narzeczonej króla.


- Nie musicie mi się kłaniać - powiedziała z uśmiechem Sylvia - Pan minister był uprzejmy wyjawić mi, na czym polega wasz plan i jestem całym sercem z wami.
- Powiedział jej pan?! Przecież to ryzykowne! - zawołała Dawn.
- No właśnie! Przecież to straszne pleciuga! - pisnęła Bonnie.
Syknęłam na nią, aby była cicho, ale księżniczka nie obraziła się za to słowo, prawdopodobnie dlatego, że nie wiedziała, co ono oznacza.
- Macie prawo uważać mnie za osobę nieodpowiednią, ale mogę was zapewnić, że skoro mój ojciec mógł zaufać wam w sprawie tego naszyjnika i godności swojej żony, to i ja mogę wam zaufać, a skoro tak, to i wy możecie zaufać mnie. Poza tym mierzi mnie wszelka niesprawiedliwość, nie mówiąc już o tym, że Louis i mnie zaszedł za skórę.
- Aha, a więc Wasza Wysokość chce tutaj przy okazji załatwić swoje prywatne porachunki? - zapytał ironicznie Max.
- A cóż by w tym było złego, gdybym tak chciała połączyć przyjemne z pożytecznym? - odpowiedziała pytaniem na pytanie księżniczka.
- Ano właśnie - zaśmiał się Colberton i podszedł bliżej - Ale też nie musicie nic robić. Równie dobrze możemy postąpić inaczej.
- To znaczy jak? - zapytał Philippe.
- Możesz wyjechać z Johto do pewnego niewielkiego majątku w Kalos. Pełno w nim zwierzyny, piękna okolica, dużo lasów i jezior. Nie będziesz narzekać na biedę. Księżniczka Sylvia wszystko przygotuje. Wystarczy więc jedno twoje słowo, a opuścisz Johto na zawsze. Nikt ci nie tego będzie miał za złe, że opuściłeś ten kraj i wybrałeś dla siebie bezpieczniejszą drogę, z dala od wielkiej polityki.
- A więc z jednej strony bezpieczne życie, a z drugiej ryzyko związane z byciem władcą? - spytał Philippe.
- Tak, ale spójrz na to też inaczej - odparł Colberton - Z jednej strony gnuśnienie na prowincji bez wpływu na cokolwiek, z drugiej zaś możliwość wsparcia kraju, uratowania wielu ludzi i pomszczenia twoich przyjaciół, że już nie wspomnę o sławie i wpływach.
- No i tłumie pięknych wieśniaczek - zaśmiał się Max, ale dostał sójkę w bok od Bonnie, która spojrzała na niego groźnym wzrokiem.
Philippe wstał i zaczął chodzić dookoła nas, pogrążony we własnych myślach, aż w końcu zapytał:
- Jeśli jednak upomnę się o tron i swoje prawa do niego w taki sposób, jaki mi proponujecie, to czy mogę liczyć na wasze wsparcie?
- Naturalnie - odpowiedziałam.
- I czy w razie wpadki nie porzucicie mnie na pastwę losu?
- Nigdy! - zawołała Dawn.
- Z tobą do samego końca, mój królu - rzekł Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - pisnął Pikachu, skacząc mu na ramię.
- I jako król będę miał pańskie wsparcie, panie Colberton, jeżeli zechcę zreformować ten kraj?
- Tak, Wasza Wysokość - odpowiedział minister z uśmiechem.
- I moje także, jeśli zechce je przyjąć - dodała przyjaźnie Sylvia.
- Wobec tego... Wyrażam zgodę.
- Przyjaciele! - powiedział Colberton głosem pełnym zachwytu - Niech Bóg chroni króla! Prawdziwego króla Johto!
- Niech chroni! - powtórzyliśmy wszyscy.
- A zatem ruszajmy, młodzieńce - Colberton objął delikatnie swojego przyszłego władcę za ramiona - Masz jeszcze wiele do nauczenia się, a więc pora rozpocząć naukę.
Obaj ruszyli w kierunku pałacu, a księżniczka szła powoli za nimi.
- Przyjaciele - rzekł do nas Ash uroczystym tonem - Chcę, żebyście wiedzieli, że jeśli przegramy, a naprawdę bardzo wiele na to wskazuje, to ja nie opuszczę Philippe’a.
- A my nie opuścimy ciebie - powiedziałam do niego czule.
- Jesteśmy z tobą, braciszku - dodała czule Dawn.
- Do samego końca - rzekł Clemont.
- Pika-pika! - pisnął Pikachu.
- Prowadź nas do zwycięstwa, wodzu! - zawołał Max.
- Z tobą nie mamy się czego bać! - dodała Bonnie.
Ash popatrzył na nas wzruszony i rzekł:
- Miło mi to słyszeć, ale jeśli mimo wszystko coś pójdzie nie tak, to wiedzcie, że z radością umrę ze szpadą w dłoni, walcząc do samego końca z tak wspaniałymi przyjaciółmi u boku jak wy.


C.D.N.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Przygoda 116 cz. III

Przygoda CXVI

Powrót detektywów muszkieterów cz. III


Następnego dnia zjedliśmy śniadanie i potem dołączyliśmy do naszych przyjaciół, którym dokładnie opowiedzieliśmy o tym, czego dowiedzieliśmy się od Francois w sprawie człowieka w żelaznej masce. Całą czwórkę ta opowieść bardzo zaszokowała.
- A więc wiemy już sporo - powiedziała Dawn - Wiemy, że to nasz drogi Francois wywiózł tego biedaka i zakuł go w żelazną maskę.
- Mała poprawka. To nie on go zakuł, tylko to nadzorował - poprawił ją Clemont.
- Poważnie? A uważasz, że to jakaś wielka różnica?
- Nie wiem, czy wielka, ale zawsze różnica.
- Niech ci będzie. Tak czy inaczej czuję, że zaczynam tracić do niego serce.
- Pip-lu-pip! - zaćwierkał gniewnie Piplup, siedzący na kolanach swej trenerki.
- A ja nadal go lubię - stwierdziła Bonnie - W końcu dzięki niemu już wiemy, gdzie jest Philippe i możemy go uwolnić.
- Wszystko po kolei - skarcił ją lekko jej starszy brat - Nie możemy się przecież lekkomyślnie rzucać na łeb na szyję, żeby uratować tego biedaka. Inaczej sami skręcimy sobie karki, a jemu to nie pomoże.
- Ale siedzieć bezczynnie nie możemy - powiedziała dziewczynka, a jej Dedenne poparł ją lekkim piskiem.
- To jest oczywiste - uśmiechnął się wesoło Max - Ale Ash przecież nie siedzi bezczynnie. Zobacz, ile informacji już zdobył.
- Nie zdobyłem, same wpadły mi w ręce - zauważył Ash.
Pikachu załamany zasłonił sobie łapką oczy, gdyż wyraźnie takie słowa nie przypadły mu do gustu, podobnie jak i mnie.
- A jakie to ma teraz znaczenie? - spytałam ironicznie - Przecież to jest teraz nieistotne. Ważne, że te informacje posiadamy i możemy je w dobry sposób wykorzystać.
- Tak, to prawda - zgodził się Max - A Ash na pewno odpowiednio je wykorzysta. Stanie on teraz do walki z tym całym wicehrabią, pokona go, a potem wykorzysta obietnicę króla, aby dostać ułaskawienie dla tego biedaka w żelaznej masce.
- Nie gadaj tak głośno, bo nie wiadomo, kto nas podsłuchuje - skarcił go delikatnie Clemont - Poza tym pamiętaj, że Ash jeszcze nie wygrał.
- Ale go wygra, to pewne - uśmiechnął się wesoło młody Hameron.
- Tak sądzisz?
- No oczywiście. Przecież Ash to taki gość, że go nic nie zmoże. Nawet sam diabeł nie dałby mu rady. Przeciwnie, przebiłby mu pierś swoją szpadą, powalił na ziemię, a Ash zaraz potem znowu wstałby cały i zdrowy, a diabeł na jego widok by zawołał: „O Boże! On żyje!“.
Wszyscy parsknęliśmy śmiechem, słysząc te słowa. Ta wiara naszego drogiego przyjaciela w umiejętności Asha nam wszystkim naprawdę bardzo się spodobała, a zwłaszcza mojemu ukochanemu, ponieważ to dzięki niej zyskał on jeszcze większą pewność w swoje umiejętności, choć i tak taka pewność w nim istniała, lecz teraz wzrosła jeszcze mocniej, a ta pewność mu zawsze dodawała sił, co miałam już nieraz okazję zaobserwować.
Do czasu, w którym miał mieć miejsce pojedynek, wszyscy zajmowali się sobą, przy czym wielu ludzi prowadziło już zakłady na temat tego, kto wygra tę walkę. Większość stawiała na wicehrabiego Autumn, co nas wcale nie dziwiło, bo przecież jego i jego umiejętności doskonale znali, a Asha wcale nie znali i nie mogli w pełni ocenić, jakie on umiejętności w walce na broń białą posiadał. Uczciwie jednak należy powiedzieć, że na Asha także niejedna osoba postawiła i to niemałą sumkę, gdyż miała nadzieję, iż drogi pan wicehrabia Autumn dostanie solidną nauczką. Francois i Colberton na nas postawili ze względu na sympatię, jaką do nas żywili, choć również nie ukrywali, że mają nadzieję, iż Ash da nauczkę swemu przeciwnikowi. Prócz tego Colberton dostarczył nam bardzo ciekawych informacji.
- Sprawdziłem na twoją prośbę, mój drogi wicehrabio wiadomości na temat księdza Salve, jego gospodyni i wychowanka - powiedział Colberton, gdy został z nami bez obecności świadków - I dowiedziałem się, że ksiądz przebywa obecnie w pobliskim więzieniu w naszej stolicy. Nie jest on zbyt zdrowy, a prawdę powiedziawszy jest poważnie chory i jeśli chcecie z nim rozmawiać, to musicie się spieszyć, gdyż może nie przetrzymać warunków życia w więzieniu. Jego gospodyni nie została aresztowana i przebywa teraz gdzieś na prowincji. Co zaś do wychowanka, to ten zniknął bez śladu.
- Rozumiem. Bardzo panu dziękuję - ukłonił się lekko ministrowi Ash, po czym dodał: - A tak przy okazji, czy wiadomo panu, kto podpisał nakaz aresztowania księdza i jego wychowanka?
- Dowiedziałem się też i tego - odparł z uśmiechem minister Colberton - Podpisał go sam Fouquetini.
- Fouquetini? - zapytałam zdumiona - To on może podpisywać rozkazy aresztowania?
- Jest jednym z najbardziej zaufanych ludzi króla, więc posiada taki przywilej. Ja niestety go nie posiadam - stwierdził ponuro Colberton - Ileż to ludzi siedzi obecnie w więzieniu z jego powodu, bo mieli inny pogląd na pewne sprawy niż sam wielki Fouquetini? Gdyby nie to, że jestem tym, kim jestem, to z pewnością i ja bym do nich dołączył.
- Bardzo przykro mi to słyszeć - powiedział Ash - A więc wynika stąd, że to Fouquetini jest królem Johto, a nie Louis XIV.
- Otóż to! - zawołał załamanym głosem Colberton - Ale wiedz, mój drogi chłopcze, że to się jeszcze zmieni, jestem tego pewien. To minie, a potem zmieni się na lepsze. Musi tak być, ponieważ takich ludzi jak ty, mój drogi wicehrabio zjawi się więcej. Oni wywrą bardzo dobry wpływ na króla, a dzięki nim król ocknie się ze swojego stanu i zrozumie, iż władza zawsze spoczywać powinna tylko w jego rękach, a jeśli musi się nią dzielić, to tylko z godnymi tego osobami. A wtedy ten złodziej Fouquetini straci grunt pod nogami i zostanie on zmuszony do rozliczenia się z tego, co uczynił jako urzędnik państwowy, a ludzie niesłusznie osadzeni przez niego w więzieniu odzyskają wolność, zaś ukradzione sumy wrócą do kasy państwowej.
- Widzę, że poważnie pan się przejmuje tym wszystkim - zauważył mój ukochany.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.


- No, a cóż w tym dziwnego? - spytał Colberton - Przecież to chyba jest oczywiste! Czyż nie żyję w tym państwie? Czyż nie jem chleba, który to pieczony jest z mąki, która to powstaje ze zboża, które to znowu powstaje dzięki pracy rąk miejscowych chłopów? Czyliż to nie dostałem stanowiska ministra spraw wewnętrznych po to, aby wykorzystywać je dla dobra tego kraju? Czy nie po to mój ojciec służył Johto, abym i ja również mu służył? Obejmuję jedno z najwyższych stanowisk w tym kraju i to oto stanowisko zdobyłem wierną służbą i tę służbę doceniła królowa matka, mianując mnie ministrem, co jej syn król łaskawie raczył zatwierdzić. Tak, służyłem Johto po to, aby zostać docenionym i żeby dostać dobre stanowisko. Nie pycha mnie do niego jednak ciągnęła, ale wierność Johto, bo to jemu służę i jemu jestem winien wierność. Służyć mógłbym mu w każdy sposób, choćby jako parobek, jednak wolę służyć jako minister, do czego zresztą dążyłem. Byłem sekretarzem i pomocnikiem mojego poprzednika, który powierzał mi coraz poważniejsze zadania, aż w końcu wypromował mnie na swego następcę, na co wyraziła zgodę królowa matka, a król to zatwierdził. Przyznaję, że moje starania dążyły do tego, abym to stanowisko otrzymał, jednakże nie sama ambicja przeze mnie wtedy przemawiała. Ja chciałem również starać się o dobro tego kraju. Jako minister wszak więcej tu mogę zdziałać niż zwykły stajenny i to właśnie robię... Służę ojczyźnie i będę jej służył, choćby tysiąc takich Fouquetinich się tutaj zjawiło! Bo może być na dworze króla wielu złodziei, skoro tak być musi, ale niechaj pośród nich będzie ktoś, kto chce coś dla tego kraju zrobić!
- Widzę, że pana głowa jest pełna ideałów, tak nietypowych dla ludzi pańskiego wieku oraz urzędu - powiedziałam bez cienia złośliwości, bardzo zachwycona słowami tego człowieka.
- A tak, to prawda - potwierdził Colberton z najwyższą powagą - To prawda, młoda damo. Moja głowa jest pełna podobnych ideałów i wcale się tego nie wstydzę. Mój ojciec kierował się podobnymi ideałami. Mój drogi poprzednik, a jego wielki przyjaciel także samo, a więc czemu i ja teraz nie miałbym się nimi kierować? Podobne ideały przystają również i Francois, którego kocham jak syna. A przy okazji, to czy wiecie może, co się dzieje z tym młodzieńcem? Odkąd tu przyjechał wyczuwałem w nim coś dziwnego, jakby jakiś niepokój, chociaż nie umiem tego nazwać po imieniu, ale wiem doskonale, że coś go dręczy, ale wiem też, że nie poprosi mnie o pomoc. On zawsze woli sam radzić sobie ze wszystkimi problemami. Gdy jego ojciec stracił na wojnie większość ich rodzinnego majątku, to Francois nie przyjął ode mnie pomocy finansowej. Wstąpił do wojska i wierną służbą odzyskał to, co utracił jego ojciec. Tak, właśnie taki on jest. Wie, że ja widzę to, iż on ma problem, ale nie poprosi o pomoc. A ja nie wiem, jak mu pomóc, ale za to wiem, że coś mu jest i jestem ciekaw, czy i wy to spostrzegliście. A więc, czy odkąd tu przyjechaliście, zauważyliście może w jego zachowaniu jakieś, że tak powiem, przygnębienie?
- Odkąd przyjechał? - zdziwił sie Ash - Niczego nie zauważyłem.
- W sumie wcale mnie to nie dziwi, mój drogi wicehrabio - powiedział Colberton - Bo jego trzeba znać naprawdę bardzo dobrze, wiele lat, aby to odkryć. Wy możecie nie widzieć tego i wcale wam to nie przynosi ujmy, bo nie znacie go dłużej niż ja, ale ja go znam na tyle długo, że ledwie tylko go pierwszy raz po jego przyjeździe ujrzałem, a już wiedziałem, iż coś jest z nim nie tak. Ale co... Tego ja już nie wiem. Spróbował to sprytnie ukryć, ale przede mną tego nie zdoła dokonać i widziałem, że cierpi, a teraz... Teraz nie wiem, co się z nim stało, ale od wczoraj przestał się z tym swoim bólem kryć. Wcześniej robił wszystko, abym nie dostrzegł tego, że cierpi, a teraz nagle przestaje to robić. Naprawdę dziwi mnie to, ponieważ taka całkowita niekonsekwencja w jego postępowaniu bardzo mi do niego nie pasuje.
- Rozumiem, a dzisiaj jest tako samo przygnębiony? - spytałam.
- Tak i wspominał o tym, że chce jak najszybciej stąd wyjechać. Z trudem przekonałem go do tego, aby pozostał na miejscu, ale widzę aż nadto wyraźnie, iż nie posiada ku temu wielkiej ochoty.
Wiedzieliśmy doskonale, co jest tego przyczyną, ale też nie mieliśmy pewności, czy aby Francois chciałby, żeby przekazywać jego tajemnice jego ojcu chrzestnemu. Wspomniał nam, że możemy mówić o tym tylko naszym przyjaciołom z naszej kompanii, jednak o Colbertonie nic nie wspominał. Lepiej więc było zachować milczenie, a przynajmniej póki co, bo pewnie z czasem to się zmieni.
Naszą rozmowę przerwało przybycie Francois, który oznajmił nam, że król wzywa do siebie Asha, ponieważ już nadeszła pora na to, aby cały dwór podziwiał walkę zapowiedzianą już wczoraj na dzisiejszy dzień.
- Ach, więc to już pora? - zapytał mój luby z uśmiechem na twarzy - To doskonale, przyjacielu. Im szybciej, tym lepiej.
Po tych słowach Ash spojrzał na mnie i podał mi swoje ramię, mówiąc:
- Najdroższa... Pora już na nas.
- Tak, kochanie. Ruszajmy więc - odpowiedziałam.
- Chodźmy zatem - powiedział Colberton - Z największą przyjemnością zobaczę, jak przerabiasz tego łajdaka na sieć rybacką.
Ash uśmiechnął się delikatnie do ministra, po czym razem ruszyliśmy za Francois, który prowadził nas w kierunku miejsca, gdzie miał się odbyć pojedynek. Idąc tam natknęliśmy się na jakąś ubraną na czarno, niezwykle dostojną kobietę w średnim wieku, wysoką oraz szczupłą, mającą brązowe włosy i oczy tej samej barwy. Szła ona korytarzem spokojnie, jak również bardzo dostojnie, a na nasz widok zatrzymała się i powiedziała:
- O! Pan Colberton.
- Witam, Wasza Wysokość - ukłonił się jej minister, a my poszliśmy jego śladem.
- Udajesz się pan do mojego syna?
- Tak, w sprawie pojedynku, który ma podziwiać cały dwór.
- Ach, tak - pokiwała lekko głową kobieta i spojrzała na Asha - To ten pan będzie walczył z wicehrabią Autumn?
- Nie inaczej - pokiwał głową Colberton - Czy Wasza Wysokość zechce podziwiać tę walkę?
- To są rozrywki godne mężczyzn, a nie mnie, także bardzo proszę mi wybaczyć, ale nie będę w stanie tego zrobić.
Po tych słowach odeszła spokojnie w swoją stronę.
- Czy to królowa matka? - spytałam, gdy już zniknęła.
- Tak.
- Widzę, że wciąż jest w żałobie po mężu.
- Istotnie - potwierdził Colberton - Po jego śmierci wycofała się z życia publicznego i spędza czas na modlitwach. Na balach rzadko bywa, a jeszcze rzadziej między ludźmi. Ale to nieważne. Lepiej już chodźmy, bo król nas oczekuje.

***


Cały dwór zebrał się na placu przed pałacem. Tam też właśnie miał się odbyć pojedynek pomiędzy Ashem a wicehrabią Autumn. Król Louis ogłosił publicznie, iż zgodnie z tym, co wcześniej zapowiedział ten, kto wygra ten pojedynek otrzyma z jego łaski spełnienie każdego życzenia, jakie tylko wyrazi, choćby to oznaczało nawet połowę skarbca królewskiego. Dworacy byli w szoku, słysząc te słowa, a król był z tego zadowolony, iż wywołał ten szok i nakazał przeciwnikom ustawić się naprzeciw siebie.
- Zgodnie z rozkazem króla pojedynek ma się odbyć do pierwszej krwi! - ogłosił publicznie minister Fouquetini - Przeciwnicy nie mogą zadać sobie więcej ran i nie wolno im się nawzajem zabić. Walka ma się toczyć tylko i wyłącznie do pierwszej rany i nic poza tym.
Uspokoiło mnie to ogłoszenie, ponieważ bardzo się bałam, że mój luby może zginąć w tym pojedynku, tak zaś byłam spokojna, a przynajmniej choć trochę, ponieważ wyraźnie wicehrabia Autumn miał na twarzy wymalowaną nienawiść do Asha, a wiadomo, że nienawiść potrafi zdziałać wiele, nawet dodać sił podczas walki.
- Z największą przyjemnością bym cię zabił za to, co zrobiłeś mojej matce, lecz co się odwlecze, to nie ucieczce - powiedział gniewnie łajdak do Asha, gdy ten szykował się do walki - Kiedyś jeszcze oba będziemy walczyć na poważnie, a póki co...
- A póki co proszę trzymać się zasad, jakie ustanowił król, bo jeszcze może pana spotkać coś nieprzyjemnego - przerwałam groźnym tonem jego przemowę.
Wicehrabia uśmiechnął się ironicznie i odszedł na bok w swoją stronę, aby zdjąć kaftan, który by mu przeszkadzał w walce, po czym wyjął szpadę i zaczął zadawać nią kilka pchnięć.
- Bądź ostrożny, kochanie - powiedziałam do Asha, który też zdjął z siebie kaftan.
- Będę, najdroższa - odparł mój luby i pocałował mnie w usta.
Potem obaj przeciwnicy ustawili się do walki, a ja odsunęłam się w kierunku moich przyjaciół. Pikachu zaś usiadł wygodnie na mym ramieniu, a jego pyszczek wyrażał równie wielki niepokój, co ten, który towarzyszył moim myślom.
- Oby tylko mu się udało - powiedziałam.
- Spokojnie, ta walka nie toczy się na śmierć i życie - rzekła Madeline, stojąca obok swego męża, który był wyraźnie również przejęty tym, co się szykowało, podobnie jak i jego Raichu.
- Obawiam się tylko tego, iż ten łajdak może złamać warunki walki, a król zamiast go ukarać tylko go jeszcze nagrodzi - powiedział Francois.
Colberton skarcił go lekko.
- Nie mów tak głośno, mój chłopcze. Krytykowanie króla na głos to nie jest coś, co powinno się swobodnie robić.
- Kiedy taka prawda, ojcze chrzestny. Gdybyś tylko wiedział, do czego on jest zdolny, to...
- Cicho sza! - syknęła Madeline - Walka się zaczyna.
- Uwaga... Zaczynajcie! - zawołał Fouquetini.
Obaj przeciwnicy stanęli naprzeciwko siebie, lekko zasalutowali sobie szpadami, po czym zaczęli się ze sobą pojedynkować. Wicehrabia pierwszy zadał cios, ale Ash spokojnie go sparował, podobnie jak kolejne i jeszcze kolejne. Wicehrabia zaś powoli przechodził do coraz większej ofensywy, nacierając coraz mocniej i mocniej. Ash prawie wcale nie atakował, zwykle poprzestając jedynie na odpieraniu ciosów. Zebrani na placu dworacy w towarzystwie swoich Pokemonów zaczęli okazywać jawną niechęć wobec takiego rodzaju walki.
- Atakuj, panie de Bragelonne! - wołali niektórzy - Atakuj, a nie tylko odpieraj ciosy! Chyba, że się pan lękasz!
Bałam się, że podobne teksty mogą zdenerwować Asha, a co za tym idzie, może on stać się nieostrożny i co wtedy? Wolałam nawet sobie tego nie wyobrażać.
Na szczęście mój luby zachował stoicki spokój i odpierał ataki swojego przeciwnika, jedynie czasami tylko atakując, co oczywiście bardzo się nie podobało ani królowi, ani dworakom.
- Walczcie panowie porządnie albo też nie walczcie wcale! - krzyczeli ci dranie, a król uśmiechał się, gdy to słyszał.


Wicehrabia Autumn był coraz bardziej czerwony na twarzy i próbował atakować Asha różnymi podstępnymi sztychami, ale on bez większego trudu odpierał jego ataki, coraz częściej jednak samemu go też lekko przycinając. Wicehrabia był bardzo zadowolony z tego powodu, bo przecież właśnie tego oczekiwał, ale szybko pewna siebie mina zrzedła mu z twarzy, ponieważ Ash zastosował sprytny atak i wytrącił swojemu przeciwnikowi szpadę, po czym przyłożył mu broń do gardła, jednak zamiast go zranić odsunął broń i rzekł:
- Podnieś!
- O nie! Dlaczego on nie może go teraz ranić i mieć już z nim spokój? - spytał załamanym głosem Max.
- Nie może, bo to nie uchodzi szlachcicowi - wyjaśnił mu Clemont.
- Może i nie, ale mimo wszystko mógłby łatwo się z nim rozprawić, a on się z nim tylko bawi.
- Spokojnie, on wie, co robi - odpowiedział mu młody Meyer - A w każdym razie mam taką nadzieję.
- Ja również mam taką nadzieję - odparła z uśmiechem Dawn - Mój brat ma zwariowane pomysły, ale zwykle wie, co robi.
Pikachu, Piplup oraz Buneary byli tego samego zdania, co wyrazili za pomocą pisków. Z kolei Raichu był zaniepokojony, podobnie jak jego pan.
Tymczasem wicehrabia Autumn podniósł swoją szpadę i przystąpił do dalszej walki. Mój luby bez trudu odpierał jego ataki, lecz tym razem coraz częściej sam zadawał sztychy i pchnięcia, choć nie mógł drania trafić, bo ten był zbyt zwinny. Kilka razy szpada wicehrabiego o mało nie dosięgła Asha, co ja i Pikachu przywitaliśmy z lekkim niepokojem, ale na całe szczęście nie zdołała dosięgnąć ciała mojego ukochanego, gdyż ten łatwo unikał ciosów, choć jego przeciwnik był coraz bardziej zawzięty, a do tego coraz bardziej agresywny. W końcu Ash pod naporem ciosem musiał na wpół uklęknąć, aby się skutecznie osłonić przed szpadą przeciwnika, a potem sam swoją szpadą zadał pchnięcie i trach! Ranił wicehrabiego w ramię. Ten spojrzał na niego z gniewem i wyraźnie chciał kontynuować walkę, jednak Fouquetini krzyknął głośno:
- Dosyć!
Pojedynek został w ten oto sposób zakończony. Wicehrabia Autumn ze wściekłą miną na twarzy spojrzał na Asha i podszedł powoli do ministra, który próbował go uspokoić.
- Udało się! Udało! - krzyczała Bonnie, podskakując do góry.
- Górą nasi! - wołał Max, także skacząc wesoło.
Pikachu wesoło wskoczył w objęcia Asha, który to uściskał go mocno i także pogłaskał czule po główce.
- Udało ci się, braciszku! - zawołała Dawn, ściskając Asha.
- Tak się o ciebie bałam! - dodałam, również to robiąc.
- Jesteś jak zawsze najlepszy - rzekł Clemont.
Francois, Madeline i Colberton również pogratulowali Ashowi jego zwycięstwa, a ten ze skromnością przyjmował ich słowa.
- Gratuluję, wicehrabio! - zawołał radosnym głosem król, podchodząc do Asha.
Wszyscy ukłoniliśmy się przed nim, zaś Louis XIV, który wyraźnie był bardzo z tej walki zadowolony, powiedział:
- Drogi wicehrabio... Zgodnie z obietnicą możesz pan teraz prosić o co tylko zechcesz. Racz jednak, jeżeli możesz, poprosić o coś naprawdę bardzo godnego ciebie, ponieważ zbyt uniżona prośba nie pasuje do ciebie, jakże doskonałego szermierza. Tak wspaniały wojownik może żądać od swojego króla tylko i wyłącznie czegoś wyjątkowego. A zatem proś mnie pan śmiało. Niczego ci dzisiaj nie odmówię.
Oczekiwałam na prośbę, jaką złoży Ash. Oboje z naszymi przyjaciółmi ustaliliśmy, o co poprosi mój luby, choć mieliśmy przy tym pewne obawy, ponieważ prośba ta była dość poważna i mogła wzbudzić w królu pewien niepokój, a tego woleliśmy uniknąć. Czy jednak mógłby on nam odmówić, skoro obiecał nam publicznie, iż tego nie zrobi?
- Chciałbym prosić Waszą Królewską Mość, skoro taka jest możliwość, o to, aby Wasza Królewska Mość raczył ułaskawić księdza Salve, który to przebywa obecnie w więzieniu niedaleko stąd, w samej stolicy.
Ledwie Ash wypowiedział te słowa, a zaszokował kilka osób wokół siebie. Zaszokowani byliśmy my, ponieważ nie to ustaliliśmy z Ashem. Jej Wysokość księżniczka Sylvia była zaszokowana, ponieważ znała doskonale to nazwisko i nie spodziewała się go teraz usłyszeć, zaś wicehrabia Autumn oraz Fouquetini byli w szoku, bo... Podejrzewałam, jaki jest tego powód, ale to nie umknęło ani mojej uwadze, ani naszych przyjaciół.
Król jednak wcale się tym nie przejął.
- Ksiądz Salve? Nie znam tego nazwiska. A za cóż on siedzi?
- Za jakieś niesłuszne oskarżenia ze strony swoich sąsiadów - odparł Ash.
- Istotnie, sam zbadałem tę sprawę i wiem, że ksiądz Salve siedzi w więzieniu niesłusznie - przybył mu w sukurs Colberton.
- A cóż pana może obchodzić los tego klechy? - zapytał pogardliwie król.
- To mój dawny opiekun i nie chcę, aby spędził resztę życia w lochu - odpowiedział mu Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
Król uśmiechnął się wesoło, po czym kazał sobie przynieść papier i coś do pisania, a kiedy już to otrzymał, to bardzo zadowolony napisał z miejsca akt ułaskawienia dla księdza Salve i podał go Ashowi.
- Proszę, wicehrabio. Jedź pan zaraz po swojego przyjaciela i ciesz się swoją wygraną.
- Dziękuję, Wasza Królewska Mość - odrzekł Ash, kłaniając się nisko władcy Johto.
W tłumie dworaków, którzy zaczęli powoli powracać do swoich zajęć, dostrzegłam nagle księżniczkę Sylvię. Na jej twarzy malował się dość spory uśmiech dowodzący, iż cała ta sprawa ją bardzo raduje.

***


Pojechaliśmy w kierunku pobliskiego więzienia, w którym nieszczęście  miał przebywać biedny ksiądz Salve. Dojechaliśmy prędko na miejsce, a gdy dotarliśmy tam, to ja, Ash i Francois szybko zeskoczyliśmy z naszych wierzchowców, prosząc naszych przyjaciół, aby zaczekali oni na nas przed bramą więzienia.
- Lepiej nie wchodźmy tam całym tłumem - powiedział Francois - To nie robi dobrego wrażenia.
- Słuszna uwaga - rzekł Ash - Lepiej zostańcie tutaj.
- Tak, a ty lepiej nam powiedz, po co się bawisz w takie hece - odparł ponuro Max - Przecież ustalaliśmy coś innego.
- Właśnie! - zawołała Bonnie - Miałeś przecież prosić króla Louisa o ułaskawienie dla... sam wiesz kogo.
- No właśnie, a ty prosisz o coś, co jest... bez sensu.
- Właśnie tak.
- De-ne-ne! - zapiszczał Dedenne.
- Spokojnie - powiedział Clemont - Ash przecież wie, co robi, a poza tym ja chyba go rozumiem.
- Doprawdy? - spytałam - Bo ja obawiam się, że nie.
- Ja chyba też coś niecoś rozumiem, ale... Wolę nie rozmawiać o tym na ulicy - rzekła Dawn.
- Właśnie - poparł ją Ash, nakładając na głowę kapelusz - Potem sobie pogadamy o tych sprawach, gdy już będziemy w bezpiecznym miejscu.
- Nie traćmy czasu - rzekł na to Francois.
Weszliśmy do więzienia i pokazaliśmy strażom nakaz króla, po czym zażądaliśmy rozmowy z naczelnikiem. Ten przyjął nas, a kiedy tylko mu pokazaliśmy akt ułaskawienia, podpisał się pod nim i nakazał strażnikom zaprowadzić nas do celi księdza Salve. Odprowadzono nas zatem do tego pomieszczenia i wprowadzono do jego wnętrza. Oczom naszym ukazał się przerażający widok. Był nim wysoki, chuderlawy człowiek z ogromną brodą siwej barwy oraz długich włosach także srebrnej barwy, ubrany w coś, co musiało stanowić kiedyś ubranie, obecnie zaś było łachmanami. Wyglądem bardzo przypominał mi księdza Farię z „Hrabiego Monte Christo“, którego ja i Ash wręcz uwielbiamy równie mocno, co muszkieterów.
- Ty, klecho! - zawołał jeden ze strażników - Jesteś wolny!
- Ja nic nie wiem... Ja nic nie wiem - jęknął ksiądz.
Siedział on na podłodze przed swoją pryczą i patrzył ze smutkiem w ścianę.
- Co z tego? Jesteś wolny - powiedział ironicznie strażnik.
Francois kazał mu odejść i podszedł do księdza, mówiąc:
- Proszę księdza... Proszę iść z nami. Jest ksiądz wolny.
Salve spojrzał na niego, po czym jęknął wzruszonym głosem:
- Philippe! O Boże! Philippe!
To mówiąc zerwał się na równe nogi i dotknął twarzy Francoisa, lekko się uśmiechając.
- Philippe! To ty, mój chłopcze? Prawda?! Powiedz, że to ty! Powiedz mi, że mi się to nie wydaje!
- Boże! - jęknęłam załamana - On chyba oszalał.
- Najwyraźniej - powiedział smutno Ash.
- Pika-pika! - pisnął Pikachu.
Ash podszedł do księdza, który tym razem jego wziął za Philippe’a, a mój luby uśmiechając się do niego, rzekł:
- Proszę księdza... Proszę mi powiedzieć, kim ja jestem?
- Philippie... Jestem taki szczęśliwy, że cię widzę! - jęknął ksiądz - Tak bardzo za tobą tęskniłem, mój chłopcze. Powiedz, że to ty! Powiedz!
- Tak, to ja.
Ksiądz westchnął załamany, po czym nagle jęknął z bólu i padł prosto w objęcia Asha, który przerażony wraz z Francois położył go na pryczy.
- Philippe - jęknął ksiądz - Tak się cieszę, że cię widzę w ostatniej godzinie mojego żywota. Tak za tobą tęskniłem.
- Ja za księdzem także - odpowiedział Ash załamanym głosem - Ale powiedz mi, proszę, kim ja naprawdę jestem? Za co mnie aresztowano?
- Za co? Mój kochany chłopcze... Ty nie wiesz, bo ty nie możesz tego wiedzieć, że... że ty... jesteś... jesteś...
Złapał Asha za poły jego ubrania i przyciągnął go do siebie, delikatnie podniósł głowę i szepnął mu coś na ucho. Ash wyglądał na osobę, która usłyszała coś, czego się spodziewała, ale zarazem była tym zdumiona, bo miała pewne wątpliwości, że właśnie to usłyszy.
Ksiądz tymczasem opadł powoli na swą pryczę i jęknął:
- Dowód znajdziesz... Znajdziesz go...
- Gdzie?! W twoim domu?! - spytał przerażony Ash.
- Pika-pika? - pisnął równie zaniepokojony Pikachu.
- Tak... Tam, gdzie mieszkam - jęknął ksiądz Salve i dotknął lekko jednego z kamieni w ścianie - Szukaj tam... A znajdziesz dowód...
Oparł dłoń na owym kamieniu, po czym jęknął z bólu i opadł głową na pryczę. Francois dotknął jego skroni i załamany zamknął mu oczy.
- Nie żyje? - spytałam zasmucona.
- Tak - pokiwał głową Francois.


Scena ta była tak przygnębiająca, że aż się rozpłakałam. Mój luby zaś podszedł do mnie i objął mnie mocno do siebie, a Pikachu lekko dotknął łapką moją nogę.
- Jesteś pewien? - spytał Ash.
- Widziałem już tyle śmierci w moim życiu, że umiem ją wyczuć, kiedy jest w pobliżu - powiedział ponuro Francois.
Ash puścił mnie z objęć i podszedł znowu do księdza.
- O jaki dowód mu mogło chodzić? - zapytał.
- Nie wiem, ale coś mi mówi, że musimy go znaleźć - odparł Francois.
Przez korytarz ktoś przeszedł szybkim krokiem, jednak ja nawet nie zwróciłam na to uwagi przejęta tym, co się stało.
- Wracajmy już. Mam dość widoku śmierci jak na jeden dzień.
Francois pokiwał smutno głową i wyszedł z celi.
- Chodź, Ash - poprosiłam mego ukochanego.
- Chwileczkę, kochanie - powiedział Ash - Chciałbym tu jeszcze coś sprawdzić zanim stąd pójdziemy.
- Co takiego?
- Przypomina mi się pewna gra komputerowa, w którą kiedyś grałem razem z tobą. Pamiętasz ją może?
- O jakiej grze mówisz?
- O „Kapitanie Pazurze“.
- Aha... Chyba wiem, do czego zmierzasz. Ruchomy kamień w ścianie celi? I coś ukryte za nim?
- Tak... Pewnie się mylę i pewnie tam nic nie ma, ale...
Ash postukał po kamieniu, który wydał z siebie głuchy łoskot. Dla pewności postukał dłonią po kilku innych kamieniach, ale wydały z siebie inny dźwięk.
- Ciekawe, prawda? - spytał Ash, lekko się uśmiechając.
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
Ash powoli złapał za kamień i pociągnął go w swoją stronę i choć nie bez trudu, to wyjął go i położył na ziemi, odsłaniając w nim całkiem sporą dziurę. Ash włożył do niej rękę i wyjął z niego dość spory różaniec.
- Różaniec? - spytałam.
- Albo coś więcej - powiedział Ash i obejrzał przedmiot.
- Chodźmy stąd, przyjaciele - rzekł Francois, zaglądając do celi.
- Dobrze, chodźmy już - Ash założył sobie różaniec na szyję, po czym krzyż schował za ubranie, aby nie był widoczny na pierwszy rzut oka.
Powoli opuściliśmy to ponure miejsce i wróciliśmy do naszych drogich przyjaciół, z którymi następnie pojechaliśmy w kierunku letniej rezydencji Colbertona, do której to jej gospodarz nas zaprosił. Gdy tak jechaliśmy, to kątem oka mignął mi jakiś człowiek rozmawiający właśnie z kimś na ulicy. Wydawało mi się, że to był wicehrabia Autumn, ale nie byłam tego pewna, choć przekazałam tę informację Ashowi, gdy tylko miałam taką możliwość. Mój luby zainteresował się tą informacją, choć przy okazji też mocno się nią zaniepokoił.

***


Letnia rezydencja Colbertona była bardzo przyjemnym i dość bogatym domem, który (jak się dowiedzieliśmy od Francois) należał do rodziny pana ministra, a konkretnie jego ojca i dziada. Sam pan Colberton bywał w niej niezwykle rzadko ze względu na swoje obowiązki, ale tym razem zamierzał się tam wybrać, a póki co poprosił swego chrześniaka i jego przyjaciół, aby raczyli przyjąć jego gościnę w tym domu. Wiedział bowiem od Francois, że ten poradził nam opuścić pałac królewski jak najszybciej i unikać wszelkich dworskich intryg, w które niewątpliwie byśmy zostali wciągnięci, gdybyśmy tam pozostali. Colberton rozumiał obawy swego chrześniaka, ale nie chciał, abyśmy on i jego kompanii opuszczali Johto, dlatego przed naszą jazdą po księdza Salve zaprosił nas wszystkich do bezpiecznego miejsca, jakim była jego letnia rezydencja. Tam mogliśmy swobodnie ze sobą rozmawiać bez obaw, że ktoś nas podsłucha, której to pewności przecież nie posiadaliśmy przebywając w pałacu króla Louisa.
Posiadłość Colbertona to było miejsce piękne, bogate, ale nie rażące w oczy swoim przepychem, jak w przypadku pałacu królewskiego, gdyż tam było widać, iż wydano grube miliony na jego powstanie, z kolei zaś w domu Colbertona czuć było, że jego właściciel budując go chciał, aby ludzie czuli się tu wygodnie i przyjemnie, a nie przytłoczeni bogactwem i przepychem. Poza tym widać było także, że Colberton nie chciał wydawać pieniędzy na utrzymanie rezydencji w stanie przepychu, kiedy zamiast tego mógł wydać je na cele charytatywne, co też oczywiście robił.
Przybyliśmy więc wszyscy do posiadłości Colbertona, gdzie usiedliśmy w salonie, a służba ugościła nas z szacunkiem, szczególną atencją darząc jednak Francois, którego dobrze znała i kochała równie mocno, co swojego pana. Bez wahania zatem wykonała jego polecenia i przyniosła nam różne przekąski, a potem zostawiła nas samych, abyśmy mogli ze sobą swobodnie porozmawiać. Gdy to się stało, to ja, Ash i Francois opowiedzieliśmy zatem naszym drogim przyjaciołom dokładnie o naszej rozmowie z księdzem Salve. Nasi kompani wysłuchali nas z uwagą, jednakże wciąż bardzo ich dziwiła decyzja Asha, podobnie zresztą, jak i mnie.
- Nie rozumiem, Ash, dlaczego od razu nie zażądałeś ułaskawienia dla człowieka w żelaznej masce - powiedziałam.
- Właśnie. Możesz nam to wyjaśnić? - spytał Max.
- Ja myślę, że wiem, dlaczego Ash tego nie zrobił - rzekł Clemont.
Wszyscy spojrzeli na niego zainteresowani, a nasz wynalazca wyjaśnił nam swój sposób myślenia.
- Nie jestem pewien, czy dobrze rozumuję, ale ja sądzę, że Ash nie jest pewien tego, jakby zareagował król na taką prośbę. W końcu sam go kazał aresztować, a skoro kazał go zamknąć i zakuć w żelazną maskę, to przecież nie byłby zbyt zadowolony, iż teraz prosimy go o to, aby kazał go uwolnić.
- Byłby zadowolony czy nie, a co to za różnica? Przecież musiałby dotrzymać słowa - zauważyła Bonnie.
- Zapewne tak, ale jeszcze by potem kazał nas po cichu... - rzekł na to Francois i przejechał się palcem po gardle, a podobny gest wykonał także jego Raichu.
Bonnie jęknęła przerażona i złapała się lekko dłońmi za szyję, aby ją sobie osłonić albo sprawdzić, czy nadal ma ją nietkniętą.
- Właśnie - rzekł Ash z lekkim uśmiechem - Prawda jest taka, że tego się obawiałem. Nie możemy się wydać, że wiemy o człowieku w żelaznej masce. Zrozumiałem to tuż po tym, co opowiedział nam Francois, a co ja i Serena wam powtórzyliśmy.
- Rozumiem - powiedziałam smutno - Właściwie to masz rację, Ash. W końcu to nie byłoby zbyt rozsądne mówić głośno o człowieku w żelaznej masce, zwłaszcza, że przecież nie chcemy następnie zniknąć w tajemniczych okolicznościach, tak jak tamci muszkieterowie.
- Skoro tak, to wszystko jest jasne - rzekła smutno Dawn - Ale szkoda, że rozmowa z księdzem Salve nic wam  nie dała.
- Spokojnie, przyniosła nam co nieco - odpowiedział Ash i zdjął z szyi różaniec, po czym zaczął go uważnie oglądać.
Dawn wypuściła z pokeballi Piplupa i Buneary i pozwoliła im zjeść co nieco łakoci, którymi i my się raczyliśmy. Pikachu, Dedenne i Raichu też do nas dołączyli.
- Tak, ta sprawa przyniosła nam różaniec - powiedział smutno Max - Chyba, że to cacko kryje w sobie jakąś tajemnicę.
- Daj spokój. To się zdarza na film... znaczy w książkach - zaśmiała się ironicznie Dawn.
Poprawiła się szybko, bo nie chciała mówić o filmach przy Francois, który przecież nie wiedział, co to jest kinematografia (z tego powodu, że jej jeszcze nie wymyślono).
- Nie tylko w książkach - uśmiechnął się delikatnie Ash i obejrzał z wielką uwagą różaniec.
Pikachu powąchał lekko ów przedmiot i zapiszczał lekko.
- Widzisz tu coś? - spytałam.
- W sumie tak... Zobaczmy zresztą.
Po tych słowach Ash powoli dotknął krzyżyka, a w końcu zauważył na nim coś i z zainteresowaniem przesunął po przedmiocie dłonią. Wówczas to na naszych zdumionych oczach otworzył krzyżyk i odsłonił jego wnętrze. W nim natomiast znajdował się zwinięty w rulonik niewielki papier. Ash wyjął go i rozwinął, po czym przeczytał jego treść.
- Co tam jest napisane? - zapytałam.


Mój ukochany uśmiechnął się do mnie i podał mi go, a ja odczytałam na karteczce kilka drukowanych słów.
- Swetoniusz... „Żywoty cezarów“... O! I tu jest jeszcze coś dopisane, jakimś czerwonym atramentem. Jakieś nazwisko...
- Jakie? - spytała Dawn.
- Pierre Bealou.
- Kto to taki?
- Nie wiem.
- To pewien stary hugenot, który mieszka na brzegiem morza - wyjaśnił Francois - Dziwak i prawdę mówiąc, raczej mało sympatyczny człowiek.
- Ciekawe, o co tu chodzi? - spytałam.
- Myślę, że jak pojedziemy do tego pana, to wszystkiego się dowiemy - powiedział Ash z uśmiechem na twarzy.
- To słuszna postawa - zgodziłam się z nim - Żeby tylko chciał nam pomóc.
- Jak mu dacie garść złotych monet, to na pewno wam pomoże - rzekł ironicznym głosem Francois - O ile wiem, bardzo lubi pieniądze i to może go przekonać do współpracy.
Rozmowę przerwało nam przybycie Colbertona, który wraz z Madeline oraz swoim Pokemonem przyjechał tu, aby spokojnie z nami porozmawiać.
- No i jak? Gdzie jest ksiądz Salve? Czy jest tu może razem z wami? - zapytał, ledwie tylko nas zobaczył, jednocześnie podając Hoothoota służbie, aby go nakarmiła.
Opowiedzieliśmy Colbertonowi, co też spotkało biednego księdza i co znaleźliśmy w jego celi. Minister wysłuchał nas uważnie, po czym pokiwał ponuro głową i rzekł:
- Widzę, że wciągnęliście się w niezłą aferę, która może mieć bardzo poważne dla was konsekwencje. Uciekliście przed dworskimi intrygami, a mimo to na własne życzenie pakujecie się w jakieś podejrzane sprawy. Czy będziecie łaskawi mi wyjaśnić, o co tutaj chodzi?
- Właśnie, Francois - poparła go Madeline - Chyba już czas najwyższy skończyć z tymi tajemnicami. Podejrzewam, chociaż mogę się mylić, że pan wicehrabia i jego kompania wiedzą już o wszystkim, a zatem ja, twoja żona i pan Colberton, twój ojciec chrzestny powinniśmy również dowiedzieć się wszystkiego.
Francois spojrzał na nas ponuro i widząc, że przytakujemy kobiecie, westchnął głęboko i opowiedział im to, o czym my już wiedzieliśmy.
- Mój drogi chłopcze! Dlaczego nie powiedziałeś o tym wcześniej? - jęknął załamanym głosem Colberton, gdy jego chrześniak zakończył swoją opowieść - Teraz to ja już rozumiem, dlaczego tak szybko zniknąłeś podczas swojej ostatniej wizyty w Johto. Tak szybko, że nawet pozostawiłeś tutaj swego Raichu.
Wyżej wzmiankowany Pokemon zapiszczał gniewnie, spoglądając przy tym na swego opiekuna, który opuścił smutno głowę.
- Tak mi wstyd, ojcze chrzestny. Ja wiem, wypełniałem rozkaz, ale i tak źle się z tym czuję. Nie mam przecież pojęcia, kogo ja tam zamknąłem ani dlaczego król kazał mi to uczynić. A co, jeżeli to był niewinny człowiek, biedny i pokrzywdzony przez los?
- Masz teraz możliwość to naprawić - powiedział Ash, wstając z fotela, na którym siedział - Zabierz nas do tego Bealouego, o ile rzecz jasna wiesz, gdzie on mieszka.
- Wiem i zabiorę was tam... Ale co to da?
- Być może więcej niż myślisz.

***


Jeszcze tego samego dnia ja, Ash, Pikachu i Francois pojechaliśmy nad brzeg morza, co zajęło nam kilka godzin, ale już pod wieczór byliśmy na miejscu. Hugenot Pierre Bealou mieszkał w chatce niedaleko brzegu, który znajdował się na skalistym wybrzeżu. Ogromne skały wyglądające niczym skały Dover i sprawiały naprawdę groźne, choć też i imponujące wrażenie. Pan Bealou zaś był on człowiekiem naprawdę starym, siwawym z krótką przystrzyżoną brodą. Nie sprawiał wrażenia osoby zbyt przyjemnej, a na tę ocenę miał wpływ nie tyle jego wygląd zewnętrzny, co po prostu fakt, że ledwie się pojawiliśmy przed jego domem i zapukaliśmy do niego, to one otworzyły się one, a właściciel stanął w nich z pistoletem w dłoni, którego lufę wymierzył w twarz Asha, który stał najbliższej niego.
- Czego tu?! - warknął wściekłym tonem.
- Hola, hola! Drogi panie! - zawołał Ash, powoli wycofując się, a my poszliśmy za jego przykładem - Nie chcemy żadnych kłopotów.
- Ale właśnie je znaleźliście! - warknął mężczyzna, dalej mierząc w niego z pistoletu - Czego tutaj chcecie?! Jestem samotnikiem i bardzo chcę, żeby tak pozostało!
- Przyjechaliśmy tutaj w sprawie księdza Salve. Czy mówi panu coś to nazwisko?
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
Hugenot spojrzał na niego wyraźnie zaintrygowany tymi słowami, po czym zapytał podejrzliwym tonem:
- Może i mówi... A kto pyta?
- Wicehrabia de Bragelonne oraz jego przyjaciele. Przysyła nas ksiądz Salve. Mamy ze sobą to.
To mówiąc Ash pokazał mu kartkę, którą to odnalazł w różańcu. Stary hugenot wziął ją do ręki i obejrzał dokładnie, po czym powiedział:
- Dobrze, możecie wejść, ale jeśli kłamiecie, to zaraz nafaszeruję was ołowiem. Wszystkich, bez wyjątku.
- Spokojnie, nie kłamiemy - powiedziałam przyjaznym tonem - Ale też potrzebujemy pana pomocy.
- Wchodźcie - mężczyzna opuścił broń i wpuścił nas do środka.
Weszliśmy zgodnie z pozwoleniem. Dom Bealoua nie wyglądał na zbyt przyjemne miejsce. Znajdował się tam zaledwie stół, łóżko, trzy krzesła i jeszcze parę drobiazgów, w tym sieć rybacka, co wyraźnie wskazywało na to, z czego ten człowiek żyje.
- Pan Bealou? - zapytał Francois.
- Powiedzmy - odpowiedział ponuro stary hugenot - My się znamy?
- Ależ tak, panie Bealou. Nie pamięta pan? Prawie trzy miesiące temu wynająłem od pana łódź wraz z moimi ludźmi, aby popłynąć w kierunku wyspy Saint Margot. Wskazywał nam pan nawet kierunek, w którym mamy płynąć. Pamięta pan?
- Być może pamiętam - mruknął bardzo ponuro Bealou - Ale co z tym wszystkim wspólnego ma ksiądz Salve?
- Ksiądz Salve nie żyje.
Hugenot wyglądał na załamanego, kiedy usłyszał te słowa. Wyraźnie zrobiły one na nim naprawdę wielkie wrażenie. Usiadł załamany pod ścianą i zapytał:
- Kiedy zmarł?
- Wczoraj. Skonał na naszych rękach - powiedział Francois.
- Co się stało, że umarł? Nie był znowu aż tak stary.
- Trafił do więzienia niesłusznie oskarżony o spisek przeciw królowi. Nie przetrzymał warunków życia w lochu.
- Rozumiem - posmutniał hugenot, kiwając lekko głową - Bardzo mi go szkoda. Żałuję, że nie żyje. Tylko on jeden był mi przyjacielem. Nie raz i nie dwa odwiedzał mnie tutaj razem ze swoich wychowankiem. A właśnie, co z nim się dzieje?
- My właśnie w tej sprawie - powiedział Francois - Pamięta pan może człowieka z aksamitną maską na twarzy, który nam towarzyszył?
- Pamiętam, ale nie wolno mi było z nim rozmawiać. Wam chyba także, prawda?
- Tak, to prawda. Chciałbym teraz panu powiedzieć, że wiem już, kim był ten człowiek w masce.
- Nie interesuje mnie to.
- Ten człowiek to był Philippe, wychowanek księdza Salve.
Hugenot spojrzał na niego ponuro i gniewnie zarazem.
- Słucham? To był Philippe?
- Tak.
- I pan zawiózł go do więzienia na Saint Margot?
- Tak, jak również patrzyłem na to, jak zakuwali go w żelazną maskę. Wszystko to z rozkazu króla.
Bealou podszedł wściekle do Francois, po czym nagle złapał go za poły ubrania. Raichu nastroszył się gotów do walki w obronie swojego pana, ale Pikachu go powstrzymał przed atakiem na hugenota, który to w tym czasie zaczął szarpać muszkieterem, wrzeszcząc przy tym:
- Czy ty wiesz, co ty zrobiłeś temu biednemu chłopcu?! Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jak to jest żyć w tym więzieniu?! Czy ty wiesz, na co skazałeś tego biedaka?!
- Ja tylko wykonywałem rozkazy króla! - zawołał Francois.
- I to ma być dla ciebie wytłumaczenie?! - wrzasnął hugenot.
- Dosyć! - zawołał Ash, rozdzielając ich - To teraz nie ma znaczenia. Co się stało, to się nie odstanie, ale możemy to jeszcze naprawić.
- Niby w jaki sposób? - spytał Bealou.
- Chcemy go uwolnić, ale musimy jeszcze sprawdzić książkę, którą to niedługo przed swoim aresztowaniem dał panu ksiądz Salve. Być może w niej znajduje się coś, co może pomóc.
Hugenot powoli pokiwał smutno głową i podszedł do szafki, otworzył ją, poszukał w niej czegoś i wyjął dość opasły tom.
- Proszę. Oto jest książka, którą Salve dał mi jakieś trzy miesiące temu. Przeczuwał, że może stać się coś złego i powierzył mi ją. Miałem ją oddać jego wychowankowi, ale jak widzę póki co tego zrobić nie mogę. Weźcie ją i mądrze z niej skorzystajcie. Mam nadzieję, że dzięki niej zdołacie jakoś wydostać Philippe’a z tego nieszczęścia, w jakie go wpakowaliście.
- Ja go tylko w nie wpakowałem i przysięgam, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby to naprawić - powiedział uroczystym tonem Francois.
- Mam nadzieję, bo wiedz, że jeśli tego nie zrobisz, to pożałujesz, że się w ogóle urodziłeś.

***


Ponieważ był już wieczór, a droga była daleka, to zatrzymaliśmy się w przydrożnej oberży i spędziliśmy w niej noc, a potem wróciliśmy razem do posiadłości Colbertona. Nie zastaliśmy w niej gospodarza, a jedynie naszych przyjaciół, którzy pod naszą nieobecność mieli pojechać do plebani księdza Salve i przeszukać to miejsce. Zrobili to i gdy tylko się pojawiliśmy, zaraz przekazali nam te informacje.
- Sprawa nie wygląda najlepiej - powiedział Clemont - Byliśmy tam, ale zastaliśmy pobojowisko.
- Jakie pobojowisko? - spytałam zdumiona - Ktoś się tam bił?
- Nie, ale wyraźnie było widać, że ktoś tam czegoś szukał - wyjaśnił Clemont - Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, to wszystkie rzeczy w plebanii były powywracane i przewrócone na podłogę. Ktoś wyraźnie czegoś szukał w domu księdza Salve. W jego bibliotece nie było też żadnych książek, a zamiast tego był trup.
- Trup? Kogo? - spytałam zaniepokojona.
- Jakieś kobiety - odpowiedział Max - Colberton, który przyjechał tam z nami poznał ją, bo kiedyś parę razy ją widział. To była gospodyni księdza Salve.
- Nie aresztowano jej z księdzem, prawdopodobnie dlatego, że nie było jej na plebanii w chwili, gdy przybyli ludzie króla, aby go zabrać - rzekł po chwili Clemont - A potem jej nie szukali, ale widocznie ona powróciła na plebanię z jakiegoś powodu i tam natknęła się na tych ludzi, którzy przeryli dom księdza i oni...
- Ją zabili - dokończyłam załamanym głosem - Łajdacy!
- Dokładnie - zgodził się ze mną Ash - Ciekawi mnie tylko, kto to był.
- Chyba wszyscy dobrze to wiemy - zauważyłam - Mówiłam wam, że widziałam wicehrabiego Autumn w pobliżu więzienia, gdy przybyliśmy po księdza Salve. Musiał nas podsłuchiwać i potem pojechał na plebanię, aby ją przeszukać.
- Szkoda, że nie wiemy, czego szukał - rzekła Dawn.
- Ani czy mu się to udało - dodała Bonnie.
Ash uśmiechnął się do nich i wyjął powoli ze skórzanej torby, którą miał przerzuconą przez ramię książkę „Żywoty cezarów“ Swetoniusza.
- Proszę. Tego szukali.
Nasi przyjaciele patrzyli z uwagą na książkę.
- Bardzo ładna książka - powiedział Max - Ale nie wiem, co w niej jest takiego niezwykłego, aby z jej powodu aż zabijać ludzi.
- Przejrzeliśmy ją siedząc w oberży, w której zatrzymaliśmy się na noc - rzekł z uśmiechem mój ukochany - Bardzo ciekawa lektura, naprawdę, ale szczególnie interesująca dla nas była jedna strona wklejona w sam środek tej książki. Proszę, oto ona.
Po tych słowach Ash wyjął z kieszeni sporą kartkę zwiniętą w czworo i potem pokazał ją naszym przyjaciołom. Max otworzył ją i przeczytał jej treść, a gdy się z nią zapoznał, to uśmiechnął się zadowolony i podał ją Clemontowi. Ten przeczytał ją i potem podał ją Dawn, a ta po jej lekturze podała ją Bonnie, która po chwili spytała:
- To chyba wszystko wyjaśnia, prawda?
- De-ne-ne? - zapiszczał pytająco Dedenne.
- Tak i to aż nadto - odpowiedziałam im.
- Więc co teraz robimy? - spytał Clemont.
- Jak to, co? - zaśmiała się wesoło Bonnie - Teraz będziemy walczyć! Nie pozwolimy temu biedakowi siedzieć w więzieniu!
- Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! - zawołał Max.
- Ale w jaki sposób go wyciągniemy? - spytał Francois - Chyba dobrze wiecie, że więzienie na wyspie Saint Margot to twierdza i tylko armia może zdobyć te mury.
- Więc zbierzemy armię! - zawołał na to Max.
Parsknęłam śmiechem, słysząc te słowa. Jak zwykle naszego drogiego przyjaciela nic nie mogło zniechęcić do działania.
- Ciekawe, jak chcesz to zrobić? - spytała ironicznie Dawn.
- Spokojnie, Ash na pewno coś wymyśli! - poparła go Bonnie, a jej Dedenne zapiszczał wesoło.
- Armii nie zbierzemy - odrzekł Francois - Mam w Kalos kilku ludzi służących w muszkieterach. Są wierni i oddani, ale jest ich mało. Chociaż z nimi będziemy tworzyć kilkunastoosobowy oddział, a to już coś. Możemy więc spróbować zdobyć zamek.
- Rai-rai! - zapiszczał Raichu.
- Zdobędziemy go, owszem, ale sprytem, nie zaś siłą - powiedział nagle czyjś przyjazny głos.
To był Colberton, który właśnie wszedł do salonu.
- Ale najpierw raczycie mi powiedzieć, dlaczego to chcecie zdobywać twierdzę na wyspie Saint Margot?
Spojrzeliśmy wszyscy na siebie i ponieważ żadne z nas nie wyraziło swojego sprzeciwu, opowiedzieliśmy Colbertonowi, jak wygląda sytuacja, a na dowód pokazaliśmy mu papier wyjęty z książki od Bealou. Minister ze spokojem go przeczytał, ale nawet on nie był w stanie ukryć lekkiego szoku, gdy zapoznał się już z jego treścią.
- O mój Boże... A więc tak to wygląda... Teraz już rozumiem, czemu chcecie tam jechać.
- Musimy pomóc Philippowi! - zawołała Bonnie, a jej Dedenne pisnął bojowo.
Colberton z uśmiechem pogłaskał dziewczynkę po głowie i rzekł:
- Pomożemy, moja droga. Pomożemy, ale nie pięścią, lecz głową.
- Głową muru nie przebijemy - zauważył Clemont.
Minister ponownie się uśmiechnął.
- Bądź spokojny, przyjacielu. Nie będziemy musieli niczego rozbijać naszymi głowami. Zrobimy z nich inny użytek.
To mówiąc pogłaskał swego Pokemona, który usiadł mu wygodnie na ramieniu i lekko zahuczał.

***


Francois wraz ze swoim ojcem chrzestnym pojechał do pałacu króla, choć wyraźnie zaznaczył, że nie jest z tego powodu zadowolony. Mimo tego pojechał z nim, aby spotkać się z księżniczką Sylvią, którą szczerze polubił, a przede wszystkim spędzić czas z żoną, która to pozostała na dworze, aby towarzyszyć narzeczonej króla, wyraźnie bardzo lubiącej jej towarzystwo. My zaś pozostaliśmy w posiadłości Colbertona nie do końca pewni, co też mamy robić, ponieważ nasz drogi gospodarz nie wyjaśnił nam tego, co sobie zaplanował. Czekaliśmy więc na rozwój wypadków, chociaż to oczekiwanie zdecydowanie nie należało do przyjemnych.
Colberton i Francois powrócili dopiero wieczorem. Obaj byli bardzo zadowoleni, choć jeszcze nie osiągnęli tego, co sobie zaplanowali. Rano zaś wyjechali ponownie i wrócili w ciągu tak około godziny, gdy my jedliśmy śniadanie. Colberton był wówczas jeszcze bardziej zadowolony niż ostatnim razem.
- Wiemy już, jak uwolnić Philippe’a legalnie i formalnie - powiedział do nas.
Spojrzeliśmy na niego zaintrygowani.
- W jaki sposób? - spytałam.
- A w taki - po tych słowach minister wyjął zza pazuchy jakiś papier i podał nam go - Proszę, sami zobaczcie.
Przyjrzeliśmy się temu papierowi. Był to akt ułaskawienia człowieka w żelaznej masce i to z podpisem oraz pieczątką samego króla.
- No proszę, jakie piękne pismo - powiedział wesoło Max.
- Król tak sam z siebie to panu podpisał? - spytała Bonnie.
- Oczywiście, choć nie wiedział, co podpisuje - odparł Colberton.
- Co ma pan na myśli? - zapytała Dawn.
- Odwiedziłem króla rano, kiedy ten właśnie zjadł śniadanie i oglądał swoje nowe stroje na kolejny bal, który to zamierza urządzić. Był wyraźnie bardzo niezadowolony z tego, że wybrałem taką porę, dlatego bez wahania podpisał wszystkie papiery, które mu podsunąłem, w tym też ułaskawienie dla anonimowego więźnia.
- Anonimowego? - spytała Bonnie.
- No wiesz... To takie ułaskawienie in blanco - wyjaśnił jej Clemont - Bez wpisywania nazwiska osoby, która ma być uwolniona. Miejsce na owo nazwisko pozostaje puste i potem wpisuje się tam, jakie nazwisko się chce i jak widzimy, pan minister wpisał tam człowieka w żelaznej masce.
- Dokładnie - potwierdził Colberton.
- Jesteś genialny, ojcze chrzestny! - zawołał radośnie Francois - Drugi Ulisses, jak Boga kocham!
Raichu aż podskoczył radośnie, klaszcząc przy tym w łapki.
- Spokojnie, z podziękowaniami to się jeszcze wstrzymaj - rzekł na to minister - Póki co musisz jechać, aby uwolnić Philippe’a, a kiedy już tego dokonasz, to przywieź go tutaj i wtedy wszystko mu wyjaśnimy.
- Jedziemy z tobą! - zawołał Ash, wstając od stołu - Sam możesz nie dać sobie rady!
- Pika-pika! - poparł go Pikachu.
- Nie chcę was w to mieszać - powiedział smutno Francois.
- Trochę na za to późno, bo już się wmieszaliśmy - powiedziałam dość złośliwie.
- I nie mamy zamiaru się wycofać - dodała Dawn.
Piplup i Buneary poparli ją swoimi bojowymi piskami.
- Lepiej będzie, jeśli weźmiesz ze sobą swoich przyjaciół - rzekł na to minister - Mam pewne obawy, że Fouquetini obserwował mnie dzisiaj dość dziwnym wzrokiem, podobnie jak wicehrabia Autumn. Być może się mylę, ale odnoszę wrażenie, że mają oni interes w tym, aby przeszkodzić nam w naszych działaniach.
- A niby jaki? - zdziwiła się Bonnie.
- Nie wiem, ale może nie być mu na rękę to, co tu planujemy - odrzekł Colberton - Poza tym, jak już wcześniej ustaliliśmy, najprawdopodobniej to wicehrabia Autumn przeszukał plebanię księdza Salve.
- Wicehrabia Autumn jest człowiekiem Fouquetiniego i jeśli coś robi, to raczej za wiedzą i za zgodą swego pana - powiedział Francois - Dlatego możesz mieć rację, ale mam wielką nadzieję, że w tej misji nikt nam nie przeszkodzi.
- Tak czy inaczej lepiej będzie, jeżeli ktoś będzie ci towarzyszył w tej wyprawie - zauważyłam - A poza tym wciągnęliśmy się w tę sprawę na tyle mocno, iż nie możemy się już teraz wycofać.
- Dokładnie tak! - zawołał Max, zrywając się z miejsca - Więc jeden za wszystkich i wszyscy za jednego!
- Sam bym tego lepiej nie ujął - dodał z uśmiechem Clemont.
- A zatem sprawa załatwiona - powiedział Colberton - Ruszajcie zatem w drogę. Im szybciej, tym lepiej.

***


Przebraliśmy się wszyscy i ruszyliśmy w drogę. Wszyscy założyliśmy na siebie stroje podróżne i nałożyliśmy na nie opończe muszkieterów, żeby sprawiać wrażenie, iż posyła nas sam król Louis. Na wypadek ewentualnej przeszkody, a także spotkania ludzi, którzy bardzo chcieliby z nami walczyć postanowiliśmy się przygotować i to w odpowiedni sposób. Nie mogliśmy zwracać na siebie uwagę, a z pewnością byśmy to zrobili, gdyby ci ludzie zauważyli, że w wyprawie biorą udział trzy kobiety. Jeszcze ktoś by nas skojarzył z damami, które widziano na dworze króla, to my i nasi chłopcy moglibyśmy mieć spore kłopoty. Dlatego ja, Dawn i Bonnie przebraliśmy się w luźne, męskie stroje podróżne, a na nie zarzuciliśmy błękitne opończe muszkieterów, zaś włosy sobie spięłyśmy w kok i nałożyłyśmy kapelusze tak, aby nie było widać, iż posiadamy długie, kobiece włosy. Dawn i Bonnie wyglądały na nawet zadowolone z tego stroju, ale ja nie podzielałam tych uczuć. Dość dziwnie się czułam w tym stroju, jakbym nagle zmieniła płeć, co bynajmniej mi nie odpowiadało. Wiedziałam, że wielką radość sprawi mi, gdy już wreszcie z siebie to zrzucę i założę kobiecy strój. Wiem, dziwaczka ze mnie, ale jakoś nigdy nie sprawiało mi przyjemność noszenie spodni ani udawanie chłopaka i teraz również nie radowało mnie to.
Kiedy już byliśmy gotowi do drogi, to wskoczyliśmy na nasze wierne wierzchowce, po czym pognaliśmy w kierunku brzegu morza. Zabraliśmy ze sobą wolnego, osiodłanego Rapidasha, aby mógł jechać na nim Philippe. Jechaliśmy kilka godzin, oczywiście z przerwami, aż w końcu dotarliśmy na miejsce, czyli nad brzeg morza, do domku pana Pierre’a Bealou. Mężczyzna był zdumiony naszym widokiem, ale gdy wyjaśniliśmy mu, co nas do niego sprowadza, zgodził się nam pomóc, oczywiście nie za darmo.
- Skoro jesteś taki łaskaw, aby pomóc Philippe’owi, to proszę bardzo, ale ja ci koni pilnował za darmo nie będę - rzekł Bealou - Poza tym samymi rybami trudno mi jest żyć i miło by dla mnie było, gdybym mógł sobie coś kupić, także...
- Dobrze, wszystko rozumiem - rzekł Francois i rzucił mu sakiewkę.
- No proszę. Kalwin, a taki zachłanny - zaśmiałam się ironicznie.
- Właśnie! Sądziłam, że oni są skromnymi ludźmi - dodała Dawn.
- Ich religia może i nakazuje im skromność, ale charakter człowieka to już inna sprawa - zaśmiał się Clemont.
- Dobrze, przyjaciele! - zawołał Max - Musimy rzucić łódź na wodę! Mamy misję do wykonania!
Wszyscy wzięliśmy więc łódź, którą miał przy sobie stary hugenot, po czym wypchnęliśmy ją na wodę i wskoczyliśmy do środka, łapiąc za wiosła. Były tylko dwa, dlatego też wiosłowaliśmy wszyscy na zmianę, rzecz jasna podzieleni na pary. Trwało to bardzo długi czas i wreszcie Max załamany puścił wiosło i zawołał:
- Słuchajcie, w takim tempie, to my tam do jutra nie dotrzemy! Czy nie można jakoś inaczej to zrobić?!
- Inaczej? - zastanowił się Ash - W sumie chyba można.
To mówiąc wyjął on po cichu zza pazuchy pokeball i wypuścił z niego Pidgeota.
- Podleć bliżej, mój przyjacielu! - zawołał Ash, a gdy ten wykonał jego polecenie, to przywiązał mu zaraz do nogi koniec liny, której drugi koniec przywiązał do łodzi - A teraz ciągnij!
Pokemon wytężył swoje siły i pociągnął łódź przed siebie. Tym razem płynęliśmy o wiele szybciej.
- Jak dobrze, że wziąłem go ze sobą na tę wyprawę - powiedział Ash do mnie szeptem.
- Bardzo dobrze zrobiłeś. Widać twój umysł działa znowu na pełnych obrotach - uśmiechnęłam się.
Na wyprawę staraliśmy się nie brać ze sobą pokeballi z siedzącymi wewnątrz Pokemonami, gdyż pokeballe wówczas nie były znane, to znaczy były znane, ale jedynie jako medal. Nikt w XVIII w. jeszcze nie wiedział, iż kiedyś to słynne odznaczenie narodowe stanie się pierwowzorem wynalazku do chowania w nim złapanych Pokemonów, dlatego właśnie woleliśmy nie rzucać się w oczy posiadaniem takiego typu urządzeń, poza tym wszystkie Pokemony trzeba karmić, a czym byśmy wykarmili stworki, które zwykle bierzemy ze sobą na misję? Poza tym ich obecność przy nas wzbudziłaby niepotrzebne pytania typu: skąd je mamy i czemu one raz przy naszym boku są, a raz nie, gdzie znikają itd. Woleliśmy więc nie brać ze sobą Pokemonów poza Pikachu, Buneary, Piplupem i Dedenne, które to zwykle chodzą poza pokeballami u boku swoich trenerów, a prócz tego były małe, mało jadły i nie rzucały się zbytnio w oczy. Dawn zabrała dla pewności dwa pokeballe, aby w razie czego schować w nich Piplupa oraz Buneary, co moim zdaniem było nieco nierozważne, skoro już wcześniej ustaliliśmy, że tego robić nie będziemy, ale cóż... Zrobiła tak i nie mogliśmy tego zmienić. Podobnie Ash postąpił w sprawie Pidgeota, którego wypuszczał tylko wtedy, gdy byliśmy sami, aby go nakarmić, a zabrał go dlatego, iż sądził, że jego obecność może nam pomóc, poza tym zawsze lepiej mieć latającego Pokemona w rezerwie. I tym razem okazało się, że jak zwykle Ash miał rację.
Francois i Madeline dobrze wiedzieli, że posiadamy tajemnicze kule, w których możemy chować Pokemony, które nam towarzyszą, więc sytuacje, kiedy używaliśmy owych pokekul wcale ich nie dziwił, jednak przy innych ludziach zawsze zachowywaliśmy daleko posuniętą ostrożność. Tym razem zaś, skoro nie było z nami nikogo nieznajomego, mogliśmy swobodnie użyć Pidgeota do pomocy. Dzięki niemu o wiele szybciej nam się płynęło i o wiele prędzej dotarliśmy na miejsce, którym była wyspa Saint Margot, jak również znajdująca się na niej twierdza więzienia, ciemna i raczej ponura. Przypominała mi zamek If z „Hrabiego Monte Christo“ i przyznam, że aż przeszły mnie ciarki, gdy tylko ją zobaczyłam.
- Dobrze, teraz część z nas pozostanie w łodzi i zaczeka - powiedział Ash, który objął dowodzenie nad tą wyprawą - Serena, Francois, Pikachu i Raichu... Idziecie ze mną. Reszta zostaje tutaj i czeka na nas.
- Bądźcie ostrożni - powiedziała zaniepokojonym tonem Dawn.
Ash spojrzał na nią czule i rzekł:
- Spokojnie, siostrzyczko. Będzie dobrze. Damy sobie radę.
- Ach, ta jego pewność siebie - jęknęła panna Seroni.


Ja, Ash, Pikachu, Francois i Raichu wyszliśmy z łodzi, kiedy ta już przybiła do brzegu i powoli udaliśmy się w kierunku twierdzy. Początkowo strażnicy patrzyli na nas nieufnie, ale gdy tylko de Sauve pokazał im pismo z podpisem i pieczęcią samego króla, nie mogli oponować, stanęli przed nami na baczność, a jeden z nich zaprowadził nas do naczelnika, który to zapoznał się z rozkazem, po czym upewniwszy się, że jest on autentyczny i że zarówno pieczęć, jak i podpis władcy są prawdziwe posłał strażnika po więźnia w żelaznej masce.
- Czy życzą panowie sobie na miejscu go rozkuć z maski? - zapytał naczelnik więzienia.
- Najzupełniej - odpowiedział Francois - Ma mu być ona zdjęta od razu i to przy nas.
- Rai-rai-chu! - pisnął rozkazującym tonem Raichu.
- Dobrze, więc niech tak się stanie.
Chwilę później strażnik przyprowadził do gabinetu naczelnika osobę ubraną w dość elegancki strój, ale za to z wielkim czymś z żelaza na głowie. Maska, bo to była ona, wyglądała niczym rycerski hełm z małymi otworami na oczy oraz wielką, opuszczaną przyłbicą, po której podniesieniu widać było spory otwór na usta, aby więzień mógł jeść i pić. Maska składała się z dwóch części. Przednia, zasłaniająca twarz była większa i zawierała w sobie przyłbicę, z kolei tylna, okrywająca tył głowy była znacznie mniejsza, ale obie posiadały prawej strony łączące je zawiasy, a z lewej dość niewielkie ogniwa, które bardzo mocno do siebie przylegały, dzięki czemu zdołano przełożyć przez nią kłódkę uniemożliwiającą biedakowi zdjęcie maski.
- To ty! - zawołał więzień na widok Francois - To ty przywiozłeś mnie tutaj... Ty... Ty...
Więzień chciał doskoczyć do naszego przyjaciela, jednak strażnik siłą posadził go na krześle.
- Rozkuć go! Jest wolny! - rozkazał Francois.
Strażnik wziął klucz od naczelnika, z jego pomocą otworzył kłódkę i zdjął ją, a następnie zdjął z twarzy więźnia żelazną maskę. Wtedy ujrzeliśmy przed sobą młodego mężczyznę o bardzo gęstym zaroście i długich włosach, który wyraźnie od paru miesięcy nie dbał o swój wygląd zewnętrzny, bo i tak nie miał jak tego dokonać. Więzień miał taki sam kolor oczu i taki sam kolor włosów jak król Louis XIV, a kiedy zdjęto mu maskę, powoli oraz w lekkim szoku dotknął dłońmi swojej twarzy, nie wiedząc przez chwilę, co ma powiedzieć. W końcu wydusił z siebie:
- Nie wiem, dlaczego mi pomagacie, ale dziękuję wam.
- Podziękujesz później - odpowiedział mu Ash i podszedł do niego, zapytawszy przyjaźnie: - Dosiądziesz Rapidasha?
- Tak... Myślę, że tak.
- Doskonale. Chodźmy więc.
Philippe był mocno zdziwiony tym wszystkim, ale poszedł z nami do łodzi, która to oczekiwała już nas u brzegu wyspy Saint Margot. Mój luby opuścił twierdzę ostatni i zabrał ze sobą żelazną maskę uważając, że może ona nam się jeszcze przydać. Pewnie jego decyzję podyktował fakt, iż w jednej wersji filmowej właśnie żelazna maska przydała się naszym dzielnym muszkieterom, kiedy zabierali Filipa z więzienia. Czy jednak nam również miała pomóc, wtedy nie miałam pojęcia.
Pidgeot znowu pociągnął naszą łódź i powoli ruszyliśmy w kierunku brzegu Johto. Obecność latającego Pokemona bardzo zaskoczyła Philippe’a, ale nic nie powiedział, tylko w szoku wpatrywał się on w ptaka ciągnącego naszą łódź.
Płynęliśmy jakiś czas, aż w końcu zauważyliśmy miły naszym oczom brzeg Johto. Ten widok bardzo nas ucieszył, ale jednocześnie też bardzo zaniepokoił, ponieważ miałam jakieś dziwne przeczucie, iż zaraz może stać się coś złego. To był wpływ filmów, które mieliśmy okazję obejrzeć przed naszą wyprawą i cóż... Przeczucie mnie nie myliło, ponieważ zobaczyliśmy na horyzoncie na jednym ze wzgórz pędzącą w kierunku morza grupę jeźdźców.
- Ash, widzisz?! - zawołałam, wskazując ich palcem.
- Pika-pi! - pisnął zaniepokojony Pikachu.
Mój luby przyjrzał się uważnie jeźdźcom i choć byli daleko, to jednak wyraźnie się zaniepokoił.
- Widzisz, kto to taki? - spytałam.
- Nie jestem pewien, bo to daleko, ale coś mi mówi, że to wicehrabia Autumn.
Wszyscy w łodzi spojrzeli w kierunku lądu i zauważyli, iż owa grupa jeźdźców odjeżdża na bok, aby znaleźć sobie w miarę najłatwiejszą drogę do zjazdu na plażę.
- Może się mylimy! Może ci ludzie nie mają z nami nic wspólnego? - zapytał Clemont.
- Nie liczyłabym na to - powiedziała Dawn - Choć może masz rację.
- Nie sądzę - odparł mój luby - Musimy coś zrobić.
- Wiem! Spróbujmy jakoś odwrócić ich uwagę - zaproponował Max - Tylko w jaki sposób?
- Wiem! Niech Philippe usiądzie na Pidgeocie i odleci stąd! - zawołała wesoło Bonnie.
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł - powiedział Francois - Oni mają broń palną. A poza tym, jak zobaczą człowieka na Pokemonie ptaku i to jeszcze odlatującego od naszej łodzi, to od razu pomyślą, że co jest nie tak, a wtedy go zastrzelą.
- Nie chcę narażać życia waszego Pokemona - rzekł Philippe - Jeśli oni jadą po mnie, to wydajcie mnie i sami uciekajcie.
- O nie! Nie ma mowy! - zawołała Dawn - Nie po to przybyliśmy tutaj po ciebie, żeby cię teraz wydać!
- Słusznie - rzekł Ash i spojrzał na Pokemona - Pidgeot, leć szybciej, proszę. Musimy prędko przybyć do brzegu.
Łódź obciążona ośmioma pasażerami (nie licząc Pikachu oraz Raichu) stanowiła dość poważny ciężar dla naszego ptasiego przyjaciela, zwłaszcza, jeśli musiał ciągnąć go przez dość długi czas, a tymczasem Ash spojrzał na żelazną maskę i powiedział:
- Odwrócić uwagę, tak? Już wiem! Max, jesteś genialny.
- Mów mi to częściej - zaśmiał się chłopak.
Ash powoli zdjął swoją opończę i nałożył ją na Philippe’a, po czym nałożył na swoją głowę maskę i wziął kawałek sznurka, aby przewiązać go wzdłuż oków tego żelaznego hełmu.
- Zawiąż, Sereno.
- Ale, Ash...! - jęknęłam załamana.
- Zawiąż! Tylko bez przesady, żebym mógł to rozwiązać, jakby co.
- Co ty kombinujesz? - zapytała Dawn.
- Spokojnie, to wypróbowany sposób! - odparł Ash - Teraz ja zagram człowieka w żelaznej masce, a nasz przeciwnik zagra błazna.
- D’Artagnan też tak mówił, a potem o mało nie zginął - zauważyłam załamanym głosem, przypominając sobie film, z którego mój luby wziął taki pomysł.
- Ale przeżył i to się liczy - skwitował rozmowę Ash.


W tej samej chwili przybyliśmy wreszcie do brzegu, zaś nasz lider przywołał Pidgeota do pokeballa i podbiegł do Rapidashów oczekujących na brzegu w towarzystwie uzbrojonego w muszkiet Bealou.
- I jak? Udało się wam? - spytał, gdy dobiegliśmy.
- Tak, udało się - odpowiedział Francois.
- Nie poznaje mnie pan, panie Bealou? - zapytał Philippe.
Stary hugenot przyjrzał mu się radośnie i uśmiechnął się delikatnie.
- Ach, to ty, mój drogi chłopcze - powiedział, łapiąc go za ramiona - Nie sądziłem, że jeszcze cię zobaczę na wolności. Moje stare serce raduje twój widok.
- Dość tych pogaduszek! - zawołał wściekle Max.
- Właśnie! - poparła go Bonnie - Oni zaraz tu będą!
- Kto? - spytał hugenot.
- Nieważne. Ścigają nas - odpowiedział Francois, odwiązując konie - Musimy jak najszybciej opuścić to miejsce.
- Szkoda, miałem nadzieję zaprosić Philippe’a na smażoną rybę - rzekł smutno Bealou.
- Spokojnie, zrobimy to innym razem - odparł wesoło Philippe.
- Tak! Masz rację. Gdy następnym razem tu przyjedziesz, to wtedy...
Nagle padł strzał, a stary hugenot jęknął z bólu i osunął się na pierś Philippe’a, który złapał go mocno w objęcia i próbował cucić.
- Panie Bealou! Panie Bealou! Co panu jest?!
Było jednak już za późno, stary hugenot nie żył, a w naszą stronę gnała właśnie grupa jeźdźców. Na razie była jeszcze daleko, ale na tyle blisko, aby do nas strzelać.
- A więc już wiemy, iż polują na nas - powiedział Clemont.
- Mordercy! - krzyknął Philippe w kierunku jeźdźców.
Następnie złapał za muszkiet starego hugenota i wypalił z niego do naszych napastników. Jeden z jeźdźców zleciał z konia.
- Jednego mniej - powiedział zadowolony Max, dosiadając swojego Ponyty (wciąż jeszcze był za niski, aby dosiadać Rapidasha, podobnie jak i Bonnie).
- Mój panie, jedźmy stąd! - zawołał Francois.
Philippe załamany, z pomocą Clemonta i Dawn wskoczył na konia, po czym mogliśmy uciekać. Jeźdźcy ścigający nas byli blisko, ale ponownie szczęście było po naszej stronie, gdyż nasze konie były wypoczęte dzięki oczekiwaniu na to, aż powrócimy z wyspy Saint Margot, zaś wierzchowce naszych przeciwników były zmęczone gnaniem i zostały mocno w tyle, ale obawialiśmy się, że to się może zmienić, dlatego ciągle poganialiśmy nasze Rapidashe i Ponity, aby pędziły szybciej.
Na pewien czas pozostawiliśmy naszych przeciwników daleko w tyle, że aż nie było ich widać, ale to się mogło wkrótce zmienić, więc musieliśmy coś wymyślić. Tu znowu przybyła nam z pomocą dobra znajomość filmów o człowieku w żelaznej masce.
- Pikachu, przeskocz szybko na ramię Philippe’a! Musi przypominać z daleka mnie! - rozkazał Ash.
Pokemon wykonał polecenie, po czym mój ukochany spojrzał na mnie i Dawn mówiąc:
- Serena, Dawn! Jedźcie ze mną! Reszta z Philippem!
- Co chcesz zrobić? - zapytał zdumiony więzień w żelaznej masce.
- Rozdzielimy się i odciągniemy część pościgu.
- Ale...
- Już jadą! - zawołał Max.
- Szybko! - rozkazał Francois.
Ja i Dawn odjechaliśmy na bok razem z Ashem, reszta zaś pognała w kierunku posiadłości Colbertona. Obejrzeliśmy się za siebie i zauważyliśmy, że ścigający nas jeźdźcy również się podzielili. Większość z nich pognała za Philippem, a trzech pognało w naszą stronę.
- Świetnie, podzielili się - powiedziała Dawn do Asha - Tylko co dalej, braciszku?
- Nie wiem, trzeba będzie improwizować - odparł dowcipnie jej starszy brat.
- Nie jestem pewna, czy to aby na pewno odpowiedni moment na to, żeby impro...
Wtem padł strzał, a Ash złapał się za lewe ramię i jęknął z bólu. Obie pisnęłyśmy przerażone i zatrzymałyśmy wierzchowce.
- Braciszku, co ci jest?! - spytała przerażona Dawn.
- Skarbie, trafił cię? - dodałam zaniepokojona.
- Tak, chyba w obojczyk czy jak to się nazywa - jęknął Ash i zleciał z konia.
Chciałyśmy do niego podbiec, ale wtem kolejne kule zaświszczały nam nad uszami, a my zobaczyłyśmy wicehrabiego Autumn pędzącego do nas z dwoma ludźmi.
- Uciekajcie! - zawołał Ash.
- Ale... - jęknęłam.
- Nie zostawimy cię! - dodała Dawn.
- Róbcie, co mówię! Dajcie mi tylko szpadę, bo swoją oddałem wiecie komu.
Rzuciłam mu szpadę, którą sama miałam u boku i patrzyłam załamana, jak mój luby staje w pozycji bojowej, gotów do obrony.
Nie chciałyśmy uciekać, jednak w końcu posłuchałyśmy Asha i szybko odjechaliśmy, zaś mój ukochany pozostał sam. Dojechaliśmy na najbliższe wzgórze, a gdy już tam byłyśmy, to nie wytrzymałam i zatrzymałam się, aby spojrzeć za siebie. Dawn zrobiła to samo i obie zobaczyliśmy, jak ten podlec wicehrabia Autumn zeskakuje z konia i wydobywa szpadę, zaś Ash z raną na lewym obojczyku oraz w żelaznej masce na twarzy również zaciska dłoń na szpadzie i staje do walki. Ludzie naszego wroga zeskoczyli ze swoich wierzchowców i zbliżyli się powoli do Asha, mierząc do niego z pistoletów.
- Nie ruszać się! Sam go wykończę! - krzyknął wicehrabia Autumn i stanął do walki.
Obaj przeciwnicy zaczęli się ze sobą bić. Mój luby normalnie bez trudu dałby radę temu łajdakowi, niestety rana w obojczyku oraz maska na twarzy mocno utrudniały mu ruchy, przez co wicehrabia Autumn szybko uzyskał nad nim przewagę i zaczął go spychać w kierunku przepaści.
- Musimy mu pomóc! - jęknęła Dawn.
- Wiem, ale jak?! - spytałam załamana.
Nie wiedziałam, co mam zrobić. Ash kazał nam uciekać i ratować się, ale my nie umiałyśmy tak postąpić. Zbyt mocno go obie kochałyśmy, żeby tak łatwo spełnić jego żądanie.
- Chodź! Ratujmy go! - powiedziała moja przyszła szwagierka.
- Nie! - zatrzymałam ją - Dobrze wiem, do czego on zmierza. Oboje widzieliśmy to na filmie i wiem, co Ash kombinuje.
- Nie powiesz mi chyba, że on chce...
Zanim Dawn dokończyła, Ash sparował kolejny cios wicehrabiego, który zaczął się z nim siłować z wicehrabią, ten zaś pchał szpadą na szpadę mego chłopaka i próbował siłą swych mięśni zrzucić go z klifu. Po krótkim czasie, który mnie się wydawał niemalże całą wiecznością, udało mu się to, a Ash zleciał z krzykiem prosto do morza.
- NIE! - wrzasnęła Dawn.
Ja chciałam krzyczeć, ale z nerwów i strachu o życie Asha gardło mi odmówiło posłuszeństwa.
Ludzie wicehrabiego spojrzeli w naszą stronę i wymierzyli w nas swoje pistolety, ale ich przywódca kazał im opuścić broń. Widać osiągnął to, po co tu przyjechał i nie trzeba było mu więcej. Zadowolony wskoczył na swego Rapidasha i pognał przed siebie, a jego ludzie za nim.


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...