poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Przygoda 112 cz. III

Przygoda CXII

Mój jedyny przyjaciel cz. III


Pomimo naszych wielkich chęci, aby natychmiast ruszyć w drogę nie mogliśmy sobie pozwolić na wyruszenie do Hoenn. Musieliśmy najpierw poinformować o wszystkim pozostałych członków naszej drużyny, czyli Clemonta i Dawn. Dlatego właśnie ja, Ash, Max i Bonnie udaliśmy się do uzdrowiska Kasandry Cheerful, aby o wszystkim powiadomić pozostałych przyjaciół. Oczywiście zarówno Clemonta, jak i Dawn zaintrygowała cała ta historia.
- To bardzo intrygujące - powiedział Clemont.
- Ciekawa sytuacja - dodała Dawn - A tak nawiasem mówiąc, kochany braciszku, to jakoś nigdy mi nie wspominałeś o tej całej Caliście.
- Nie przejmuj się. Mnie też o niej nie wspominał - zaśmiałam się - To znaczy kilka słów, ale nic poza tym.
Ash popatrzył na nas lekko zawstydzony i rzekł:
- No co? Wyleciało mi z głowy.
- Oczywiście, wyleciało ci z głowy - mruknęła Dawn - Powiedzmy, że ci wierzymy. To co teraz zamierzasz zrobić?
- No, jak to? - spytał Max podnieconym głosem - Przecież to jasne jak słońce. Poleci do Hoenn i potem z naszą drobną pomocą przeniesie się w czasie i sprowadzi Calistę do XXI wieku. Proste, prawda?
- Plan genialny w swojej prostocie, ale muszę zauważyć, że to może być dość trudne, zwłaszcza z takim kaleką na karku, co ja - rzekł Clemont.
- Braciszku, weź nie marudź - mruknęła Bonnie - Przecież wiadomo, że ty nie możesz pojechać. Wciąż jeszcze nie czujesz się na siłach, aby samemu chodzić.
- Wiesz... Ja tam bym chętnie cię zabrał, ale jeszcze jesteś słaby i nie możesz chodzić sprawnie bez kul - powiedział Ash do Clemonta bardzo przepraszającym tonem - Ciocia ostrzega, abyś pod żadnym pozorem się nie przemęczał i w ogóle.
- Wiem o tym i cieszę się, że także o tym myślisz, chociaż troszkę mi szkoda, iż nie mogę z wami pojechać - odpowiedział Clemont - No, ale spokojnie. Poczekam na wasz powrót tutaj.
- Skoro Clemont zostaje, to ja też - powiedziała Dawn, kładąc swojemu ukochanemu dłonie na ramionach - Nie mogę go zostawić samego z jego problemami i muszę go w nich wspierać do samego końca.
Clemont spojrzał na swoją dziewczynę i położył dłoń na jednej z jej dłoni, mówiąc:
- Dawn, to bardzo miłe z twojej strony, ale nie musisz...
- Ja wiem, że nie muszę, ale chcę - odparła Dawn - Nie darowałabym sobie, gdybym cię zostawiła. Ostatnim razem to zrobiłam i choć dobrze się bawiłam, ale i ty nie musiałeś za długo na mnie czekać, to czułam z tego powodu wyrzuty sumienia.
- Ale Dawn...
- Clemont, proszę... Nie możesz zostać tutaj sam.
- Właśnie - dodała Bonnie, pochodząc do brata - Więc ja także zostanę.
- Ty też? - zasmuciłam się.
- Właśnie! Przecież chciałaś lecieć! - zawołał Max.
- Wiem i przepraszam was, ale muszę pomóc Dawn zaopiekować się moim bratem. W końcu jest tą jedyną.
Widząc, z jaką dumą dziewczynka wypowiada te słowa, parsknęliśmy wszyscy śmiechem, wyraźnie ubawieni sposobem, z jakim podchodzi ona do tego, o czym mówi.
- A zatem postanowione - zadecydował mój luby - Skoro tak się sprawy mają, to do Hoenn jedziemy ja, Serena i Max, no i oczywiście Gary z May.
- Myślę, że godnie nas zastąpią - powiedziała wesoło Dawn - A potem, jak wrócicie, to nam wszystko opowiecie.
- Jeśli wrócimy - rzekł Ash ponurym tonem - Bo mam poważne obawy, co do tej wyprawy. Obawiam się, że zawieszanie mojej emerytury na czas rozwiązania tej sprawy jest poważnym błędem. A jeśli nawet nie, to błędem jest branie kogokolwiek z was na nią.
- A ty znowu zaczynasz?! - zawołał Max z gniewem - Sprawa jest już przesądzona, jedziemy z tobą i po sprawie.
- Doprawdy? - spytał złośliwie Ash - A jeśli was ze sobą nie wezmę, to co wtedy?
- To się sami zaprosimy i po sprawie. Myślisz, że puścimy cię samego na taką wyprawę?! Nie ma mowy! Nic z tego! Jesteśmy twoimi przyjaciółmi oraz twoją drużyną, a więc... Czy ci się to podoba, czy nie, to cię będziemy wspierać!
- Max ma rację, Ash - powiedziałam stanowczym tonem - Nie możesz jechać tam samemu. Wiem doskonale, że po tej bardzo niemiłej przygodzie Clemonta boisz się gdziekolwiek nas ze sobą zabrać, ale musisz zrozumieć, iż nie zostawimy cię samego w takiej sytuacji, więc możesz przestać nalegać i rozkazywać, bo i tak cię nie posłuchamy.
Ash popatrzył na mnie dość załamanym wzrokiem, po czym zerknął na równie załamanego Pikachu i powiedział:
- Oj, stary... Coś mi mówi, że musimy im ustąpić, bo z nimi za nic w świecie nie wygramy.
- Dokładnie tak, a więc pogódź się z tym i lepiej szykuj do wyjazdu - powiedziałam z uśmiechem.

***


Wiadomość o tym, że musimy wyjechać była dla całej rodziny Cheerful naprawdę bardzo nieprzyjemna. Wszyscy jej członkowie zareagowali na to ogromnym smutkiem, ponieważ strasznie nas polubili, podobnie zresztą, jak my ich, dlatego też nie obyło się bez łez z obu stron, zarówno gospodarzy, jak i nas, czyli gości. Bardzo chcieliśmy obiecać, że szybko powrócimy, ale nie mogliśmy tego zrobić z dwóch powodów. Po pierwsze, nie mogliśmy przewidzieć, czy nie zatrzyma nas jakaś ważna sprawa w Hoenn czy Kanto (który wszak był przystankiem niezbędnym do zaliczenia pomiędzy Alola i Hoenn), a po drugie nie mieliśmy żadnej pewności, czy w ogóle powrócimy z tej wyprawy. Ostatecznie przecież mogliśmy w niej zginąć, chociaż Max i Gary byli całkowicie pewni, iż wszystko nam się uda, bo skoro tyle razy nam się to udawało, to czemu teraz miałoby być inaczej? Ale pewności nie mieliśmy, dlatego mieliśmy poważne obawy w tej sprawie, choć oczywiście zachowaliśmy je dla siebie, aby nie straszyć niepotrzebnie naszych drogich gospodarzy.
Państwo Cheerful i Winston Krupsh bardzo długo nas prosili, abyśmy poczekali do następnego dnia z naszym wyjazdem. Zgodziliśmy się na to tym bardziej, że Gary i May zauważyli, iż zanim przybędziemy samolotem do Kanto, a stamtąd trafimy do Hoenn, to będzie już noc, więc lepiej będzie złapać poranny samolot do Kanto, a stamtąd wyruszyć do miejsca, które nas interesuje. Spędziliśmy więc wieczór razem w domu państwa Cheerful, a mówiąc „razem“ mam na myśli również Gary’ego, May, Clemonta i Dawn. Wszyscy razem długo rozmawialiśmy, żartowaliśmy sobie, opowiadaliśmy zabawne historie, a także obejrzeliśmy nagrania z dziecinnych wygłupów Asha i jego kuzyneczek, śmiejąc się z nich do rozpuku. Gary’emu się one bardzo podobały, a już zwłaszcza jeden, podczas którego mój luby oraz jego towarzyszki zabaw zaśpiewały piosenkę „Czy pani mieszka sama?“, która to jest jedną z ulubionych piosenek Kasandry Cheerful. Występ całej czwórki dzieciaków wyglądał następująco:
Mały Ash i jego małe kuzyneczki zaczęły wesoło tańczyć, a następnie Mallow zaczęła chodzić z kąta w kąt, patrząc na nie tak, jak kobieta na zakupach, a jej siostry zachichotały i zaczęły śpiewać wraz z Ashem kolejno swoje partie.

LANA:
Gdy młodzieniec ujrzy piękną panią,
Na ulicy długo chodzi za nią.
Patrzy tu i patrzy tam
I do siebie mówi sam:

ASH:
Skąd właściwie ja tę panią znam?

LILLIE:
Jeśli niedostępna jest dziewuszka
I zniecierpliwienia daje znak,
Komplementy chłopiec szepcze jej do uszka
I z galanterią pyta damę tak...

Ash, który wcześniej krążył z zainteresowaniem wokół Mallow, nagle stanął wesoło przed nią, uchylił czapki i zaśpiewał:

Czy pani mieszka sama,
Czy razem z nim?
Czy w domu czeka mama
Z humorem złym?
Koszulka czy piżama
Jest w łóżku strojem twym?
Czy pani mieszka sama,
Czy też z amantem swym?

Koszulka czy piżama
Jest w łóżku strojem twym?
Czy pani mieszka sama,
Czy też z amantem swym?


Mallow prychnęła z pogardą i oburzeniem, odchodząc lekko na bok, a jej siostry zaśpiewały na zmianę:

LILLIE:
Piękna pani robi oburzoną,
Oczy jej w wystawie długo płoną.
Wpierw ogląda jakiś but,
Potem bluzkę w sklepie mód
I w ogóle zimna jest jak lód.

LANA:
Niby dumna widzi chłopca w szybie.
Patrzy, jak mu ręce lekko drżą.
On zaś pyta:

ASH
Co powiedzieć takiej rybie?

LANA I LILLIE:
Miast o pogodę znowu pyta ją...

ASH:
Czy pani mieszka sama,
Czy razem z nim?
Czy w domu czeka mama
Z humorem złym?
Koszulka czy piżama
Jest w łóżku strojem twym?
Czy pani mieszka sama,
Czy też z amantem swym?

Koszulka czy piżama
Jest w łóżku strojem twym?
Czy pani mieszka sama,
Czy też z amantem swym?

LANA:
Parter - dama mówi:

MALLOW:
Co ja robię?

LILLIE:
Pierwsze piętro - twarz różuje sobie.
Drugie piętro - woła już:

MALLOW:
Co pomyśli o mnie stróż?!
Żegnam pana, wyżej ani rusz!

Lana i Lillie zachichotały widząc, jak pomimo rzekomego oburzenia Mallow wyraźnie jest zachwycona Ashem, więc zaśpiewały:

Lecz na trzecim piętrze w swym mieszkanku,
Ramionami w krąg oplata go
I całuje w usta, szepcząc:

MALLOW:
Mój kochanku!

LANA I LILLIE:
A on cichutko odpowiada to...

Tymczasem Mallow objęła czule Asha za szyję, a on objął ją w talii i zaśpiewał jej wesoło:

Ach, pani mieszka sama,
Nie z mężem swym.
Nie czeka w domu mama
Z humorem złym.
Dziś nagość, nie piżama
Jest w łóżku strojem twym.
Ach, pani mieszka sama.
Tyś ideałem mym!

Dziś nagość, nie piżama
Jest w łóżku strojem twym.
Ach, pani mieszka sama.
Tyś ideałem mym!


Po tych słowach Mallow pocałowała delikatnie i czule Asha w usta, zaś z niewidzianego na ekranie kącie pani Cheerful zawołała oburzona:
- Mallow!
- No co? - zaśmiała się dziewczynka.
Lana i Lillie objęły zaś mocno kuzyna od tyłu i każda pocałowała go w inny policzek.
- Dziewczynki! - jęknął głos pani Cheerful.
- No co? - zachichotały te dwie urocze dziewuszki.
Ten występ był po prostu przeuroczy i trudno nam się było z niego nie śmiać, dlatego też wszyscy zaśmiewaliśmy się do rozpuku, a już zwłaszcza Gary, który żartował sobie:
- No proszę, nie sądziłem, że ty miałeś takie powodzenie, chłopie.
- To ty chyba jeszcze dużo o mnie nie wiesz - odparł żartem Ash.
- Nie tylko on. Jak się okazuje, ja również wszystkiego jeszcze o moim chłopaku nie wiem - powiedziałam ironicznie.
Ash wiedząc, że piję do sprawy Calisty, zarumienił się zawstydzony.
Tymczasem Gary opowiadał wszystkim zabawną historię ze swojego dzieciństwa:
- A wtedy ja mówię do tego głupiego kolesia: „Stary, ja jestem tak dobrym kierowcą, że jeśli tylko zechcę, to mogę przejechać pięć mil w pięć minut! Łapiesz?! W pięć minut!“. On na to: „Ta, jasne! I możesz jeszcze mi powiesz, że wyrobisz się na zakrętach, pędząc tak szybko?“, a ja mu na to mówię: „Chłopie! Ja jestem tak dobrym kierowcą, że zakręty to się same przy mnie wyprostowują! Rozumiesz to?! One się przy mnie prostują, kiedy tylko im tak powiem!“. On oczywiście w to nie uwierzył, więc siadłem za ten motor, odpalam go i jazda!
- I co? Zaraz nam pewnie powiesz, że pokonałeś pięć mil w pięć minut, prawda? - zaśmiała się May.
Gary delikatnie się zarumienił i zawstydzony bąknął:
- Tak właściwie, to... To muszę przyznać, że nie... Przejechałem może kilkanaście metrów i wpadłem na drzewo na pierwszym zakręcie.
- I co? Zakręt się nie wyprostował?
- Jakoś nie. Chyba źle zrozumiał moje polecenie albo co. Tak czy siak w ostatniej chwili zeskoczyłem z siodełka, ale za to motor... No cóż, on nie miał już tyle szczęścia. Facet, który go potem zeskrobywał z tego drzewa, to powiedział mi, że nadaje się jedynie na złom.
- No proszę, jaka ciekawostka - zaśmiała się May - Jak widać, nie tylko ty, Sereno, dowiadujesz się czegoś o swoim facecie. Ja o swoim także. A ile miałeś wtedy lat?
- Z trzynaście.
- I już miałeś motor?
- Ojciec mi go kupił, aby zrekompensować mi fakt, że nie ma dla mnie czasu. Nie muszę wam chyba mówić, iż nowego mi tak szybko nie kupił. I tak cudem uniknąłem lania.
- Dobrze by ci ono zrobiło - rzucił zadziornie Ash.
- Ja też tak uważam, ale cóż... Nie dostałem go i nie zmądrzałem tak szybko, jak powinien - uśmiechnął się wesoło Gary.

***


Rozmowa przy stole, pełna niesamowicie zabawnych żartów trwała w najlepsze do bardzo późna, aż w końcu dopadło nas zmęczenie i musieliśmy iść spać. Nie wiem, jakim cudem, ale wszyscy zdołaliśmy się ulokować w całym domu i zasnąć tak wygodnie, jak dawno nie spaliśmy. Potem na rano zjedliśmy śniadanie i nastąpiła chwila pożegnania, która bynajmniej nie była dla nas przyjemna. Byliśmy zmuszeni pojechać na lotnisko, a cała rodzina Cheerful odwiozła nas tam i pożegnała najczulej, jak tylko potrafiła, a mogę was zapewnić, że oni umieją robić to bardzo mocno, bo posiadają w swoich sercach wiele miłości, którą okazują w sposób nad wyraz przyjemny.
- Trzymajcie się, kochani - powiedziała pani Cheerful, ściskając nas czule po kolei - I uważajcie na siebie.
- Odwiedźcie nas jak najszybciej - dodał pan Cheerful - Pamiętajcie, że u nas zawsze jesteście mile widziani.
- I przekażcie pozdrowienia Delii - rzekł Winston Krupsh - Z wielką chęcią przyjedziemy na jej ślub ze Stevenem. Już się nie mogę doczekać.
- Nie tylko ty, dziadku - zaśmiał się Ash - Ja również. Zresztą chyba my wszyscy podzielamy to uczucie.
- Jestem tego pewien - powiedział Winston - Choć pewnie mój drogi brat na ślubie się nie zjawi, bo szczerze mówiąc wątpię, aby moja bratanica go zaprosiła, zwłaszcza po ich ostatnim spotkaniu.
- Ja tam się jej nie dziwię - rzuciła Kasandra Cheerful - Sama bym go nie zaprosiła, gdyby mnie tak potraktował.
- Córeczko, nie wszystko na tym świecie jest takie proste, jak nam się wydaje - rzekł pojednawczo jej ojciec - No, ale nie mówmy już o tym. Oby wasza wyprawa się udała, moi kochani.
Mallow, Lana i Lillie uściskały nas i ucałowały czule, a zwłaszcza Ash, którego żegnały z wielkim żalem.
- Pamiętaj, kuzynku... Odżywiaj się zdrowo i dbaj o siebie - rzekła Mallow czułym tonem - Ja wiem, że masz doskonałą przemianę materii, ale mimo wszystko lepiej o siebie dbać.
- Daj mu już spokój, Mallow! - zawołała wesoło Lana - Nie wystarczy ci, że nas katujesz takimi gadkami?
- Robię to dla waszego dobra.
- Oczywiście.
Lillie zachichotała i ucałowała jeszcze raz Asha w policzek.
- Tak się cieszę, że przyleciałeś tutaj. Gdyby nie ty, Mallow nie byłoby już z nami. Jesteś wielkim detektywem, Ash.
- Ona ma rację - dodał Sophocles (który wraz z Kiawe także przybył się pożegnać z nami) - Lepiej byłoby, abyś rzucił w kąt tę swoją emeryturę i wrócił do branży.
- To prawda - pokiwał głową Kiawe - Zrób nam wszystkim przysługę, Ash i wróć do zawodu najszybciej, jak to możliwe.
Mój luby popatrzył na niego wesoło i odparł:
- Prawdę mówiąc nie wiem, czy nie wypaliłem się jako detektyw. Moją kuzynkę ocaliłem w ostatniej chwili, chociaż powinienem był się szybciej zorientować, co i jak. Dawny Sherlock Ash z pewnością zrobiłby to. Dawny Sherlock Ash też nie dopuściłby do tego, aby jego przyjaciel został ciężko ranny.
- O nie! A ty znowu swoje? - jęknęła Dawn - Przecież doskonale wiesz, że to nie była twoja wina.
- Raczej naszej własnej bezmyślności oraz zazdrości - dodał Clemont - Dlatego dołączamy się do tej prośby. Wróć do zawodu, Ash i to nie tylko na czas tej misji.
- Właśnie, Ash! - dodała zachwycona Bonnie - To będzie cudowne znowu rozwiązywać zagadki razem z tobą. To by było coś!
Ash uśmiechnął się do niej, oparł się dłońmi o kolana i delikatnie się pochylił nad nią, mówiąc:
- Obiecuję wam wszystkim, że przemyślę sobie to jeszcze i być może ta misja pomoże mi podjąć właściwą decyzję.
Po tych słowach podniósł się i dodał:
- I pamiętajcie, moi kochani, że mamy jeszcze całe życie przed sobą. Jeszcze wiele decyzji przed nami. Obiecuję wam wszystkim przemyśleć to, o czym mówicie, zwłaszcza, że moja przygoda z Kronikarzem sprawiła, iż zaczyna mi trochę brakować zagadek. Tak właściwie, to zawsze trochę mi ich brakowało, ale póki co... Póki co jeszcze nie czuję się na siłach. Może ta przygoda odmieni wszystko. Zobaczymy. A na razie... Do zobaczenia, moi kochani. Muszę już iść, bo pora na nas. Obiecuję dobrze przemyśleć waszą propozycję i obiecuję jeszcze niejeden raz tutaj wrócić. No, a na razie, moi kochani, trzymajcie się. Siostrzyczko, opiekuj się Clemontem, a ty, Bonnie, pomagaj jej w tym. To polecenie służbowe.
- Tak jest, szefuńciu! - zawołała Bonnie, salutując Ashowi.
- Rozkaz, mon capitaine! - dodała Dawn, też salutując.
- No proszę, szkoła mojego kochanego braciszka - zaśmiała się May.
- A co? Mam na nie dobry wpływ, co nie?! - zawołał Max, przybierając dumną pozę.
May spojrzała na niego z lekką ironią w oczach, jednak darowała sobie jakąkolwiek odpowiedź.
Pożegnaliśmy się jeszcze raz z naszymi drogimi przyjaciółmi, po czym ruszyliśmy w kierunku naszego samolotu. Wsiedliśmy na jego pokład, a tam zajęliśmy swoje miejsca i ruszyliśmy w drogę. Objęłam mocno siedzącą mi na kolanach Buneary (która chciała koniecznie lecieć z Pikachu) i delikatnie zerknęłam przez iluminator na wyspę Melemele.
- Ech... Będzie mi brakować tego miejsca - powiedziałam.
- Mnie także - uśmiechnął się Ash - I to bardzo. Mam nadzieję, że szybko tu wrócimy.
- Ja również - powiedział Max, siedzący na miejscu tuż przed nami i wychylający się do nas ze swego fotela - Tutaj jest po prostu pięknie, a do tego jeszcze tak wiele się tutaj dzieje.
- Spokojnie, chłopie - zachichotał siedzący po naszej prawej stronie Gary - Tam, dokąd lecimy, będzie się także sporo działo.
- Dokładnie - powiedziała May, która siedziała obok niego.

***


Wylądowaliśmy na lotnisku w Kanto, a stamtąd musieliśmy udać się do Alabastii. Mieliśmy swoje powody, aby się tam wybrać. Chcieliśmy bowiem jak najszybciej dotrzeć do miejsca, w którym to mieliśmy rozpocząć nasze poszukiwania Calisty, jednak ono znajdowało się daleko od jakiegokolwiek przystanku autobusowego i w ogóle. Inaczej mówiąc, nie było tam żadnego dojazdu i musieliśmy wybrać się tam w inny sposób, który to sposób nie zająłby kilku dni, bo tyle właśnie Gary i May musieli przejechać, aby móc dotrzeć do Kanto, a stamtąd do Alola. Wszystkim nam się dość spieszyło do tego, aby pomóc Caliście i musieliśmy dotrzeć u podnóży gór Curi-Curi i my już dobrze wiedzieliśmy, w jaki sposób to zrobić.
Po przybyciu do Alabastii dotarliśmy zaraz do laboratorium profesora Oaka. Ten na całe szczęście był na miejscu wraz z Traceym, mogliśmy więc poprosić go o pomoc w sprawie, z jaką przyszliśmy. Uczony oczywiście bez wahania zgodził się nas wesprzeć.
- No dobrze, moi kochani. Tylko powiedzcie mi, gdzie dokładniej mam ustawić parametry - powiedział profesor, gdy już nas wysłuchał.
- No, bo w końcu nie możecie sobie wylądować w pierwszym lepszym miejscu w Hoenn - dodał Tracey - To musi być jakieś konkretne miejsce.
- Ash, pamiętasz, jakie to miejsce? - spytała May.
- Oczywiście. To był las u podnóża gór Curi-Curi. Tam, gdzie co jakiś czas pojawiają się ostre mgły.
- Aha! To już wiem, co to za miejsce - uśmiechnął się profesor Oak - Tracey, ustaw wszystko, jak trzeba.
Nasz przyjaciel ustawił w wynalazku Clemonta wszystkie niezbędne parametry oraz współrzędne, po czym otworzył nam portal do tego miejsca. Ledwie to zrobił, a naszym oczom w owym przejściu ukazał się zamglony i ponury las.
- Eee... A może tak poczekamy, aż ta mgła opadnie? - zaproponował nieśmiało Gary.
Widać pchanie się w taką mgłę niezbyt mu się uśmiechało. W sumie to mnie także nie.
- Nie ma mowy! - zawołał Ash bojowym tonem - Calista na mnie czeka i nie mogę jej zawieść. Nie mogę też kazać jej czekać w nieskończoność. No, a poza tym w tym miejscu co chwila jest jakaś mgła. Ile więc będziemy czekać?
- Słuszna uwaga - powiedziałam, kiwając przy tym delikatnie głową - Powinniśmy tam wejść i to jak najszybciej. Z pewnością Baltoy Calisty już gdzieś tutaj na nas czeka, jeśli oczywiście zdołał się przedrzeć.
- Musi, bo inaczej jak dotrzemy do Calisty, aby jej pomóc? - zapytała zaniepokojona May.
- Mamy jeszcze przenośniki, jakby co - zauważył Max - W sumie to dziwi mnie, czemu nie przeniesiemy się z ich pomocą?
- Tak? A wrócimy jak? - zapytała ironicznie jego siostra.
- No, jak to, jak? Tak samo, jak przybyliśmy.
- A Calista? Dla niej też weźmiemy przenośnik w czasie, aby miała jak wrócić?
- Oczywiście.
- A jeżeli przenośniki się zepsują, ulegną uszkodzeniu? Tam może być gorąco i to bardzo. Nie możemy więc ryzykować, że jeden z przenośników zostanie uszkodzony, a biorąc pod uwagę, jak niebezpieczne to były czasy, to ryzyko straty przenośników jest zbyt wielka. Zatem nie wolno nam tak ryzykować.
- To prawda - powiedziałam - Przenośniki w czasie są zbudowane tak, że mogą przenieść jednego człowieka i ewentualnie Pokemony uczepione jego osoby, ale drugiego człowieka może przenieść tylko drugi przenośnik w czasie. Tak właśnie to ustrojstwo jest zbudowane. Powinieneś zresztą to doskonale wiedzieć, bo przecież pomagałeś przy jego budowie. Jeśli więc jakiś zostanie uszkodzony, to może być kiepsko.
- Jakoś nigdy wcześniej nie zostały one uszkodzone - bronił się Max - Czemu teraz miałoby im się coś stać?
- Ponieważ nigdy nic nie wiadomo - stwierdził Ash - Zwłaszcza znając mojego farta do ściągania pecha na innych.
- Święte słowa - mruknęła May.
- No dobrze, to nie czekajmy już dłużej, tylko weźmy się do roboty - powiedziałam i uśmiechnęłam się czule do Asha - Będzie dobrze, kochanie, zobaczysz. Masz szpadę u boku?
- Mam - powiedział mój luby, lekko klepiąc dłonią rękojeść swej broni, którą zabrał z domu zanim przyszliśmy do profesora Oaka.
- Doskonale. A masz pistolet na kule paraliżujące?
- Mam.
- A masz w głowie dawny rozum?
- Zawsze na swoim miejscu.
- Wobec tego jesteś gotowy do akcji. My także.
- Pika-pika! - pisnął Pikachu, siedząc na ramieniu Asha.
Ash uścisnął delikatnie moją dłoń i powiedział:
- Kochani... Wkraczamy do akcji.
Następnie powoli przeszliśmy przez portal do lasu u podnóża gór Curi-Curi. Zaraz potem zrobili to Gary, May, Max i Buneary. Odwróciliśmy się za siebie i zobaczyliśmy portal, za którym stali profesor Oak i Tracey.
- Powodzenia, przyjaciele - powiedział ten pierwszy.
- Udanych poszukiwań - dodał ten drugi.
Chwilę później portal się zamknął, a my zostaliśmy sami w zamglonym lesie w Hoenn.

***


Nawet najlepsze plany mają często to do siebie, że potrafią one wziąć w łeb, a co dopiero koncepcje wymyślane na doczekaniu, w pewnym sensie będące przede wszystkim improwizacją, tak jak było z naszym planem. Był on niestety całkowitą prowizorką, więc tym bardziej musiał on wziąć w łeb. A dlaczego? A dlatego, że nigdzie nie mogliśmy odnaleźć Baltoya Calisty. Nie wiedzieliśmy, gdzie on na nas może czekać. Przecież nasza przyjaciółka nie powiedziała nam, w którym miejscu każe mu czekać na nasze przybycie. Równie dobrze mógł on być wszędzie i nigdzie. Istniało też wielkie ryzyko, że Baltoy po prostu został złapany przez jakiś złodziei Pokemonów i równie dobrze możemy na niego czekać.
- Cóż... Co teraz powinniśmy zrobić, stary? - spytał Gary - Przecież nie możemy siedzieć w tej zupie cały czas i czekać nie wiadomo na co.
- Tak, to prawda - odpowiedział na to mój ukochany, rozglądając się dookoła - Nie ma co gadać, stać i siedzieć tutaj nie możemy, ale przecież też nie możemy chodzić nie wiadomo gdzie.
- A czy możesz znaleźć to miejsce, gdzie jest wehikuł czasu? - zapytała May zaniepokojona.
Ash uśmiechnął się delikatnie.
- O tak. Dobrze pamiętam to miejsce. Choć ostatni raz byłem tu prawie siedem lat temu, to jednak mimo wszystko dobrze to pamiętam. Nigdy tego miejsca nie zapomnę. Choć możemy się trochę namęczyć, żeby je znaleźć, bo nie mam całkowitej pewności, w jakim miejscu jesteśmy. Ale z drugiej strony ten las nie jest znowu wielki, więc cóż... Przeszukanie go wzdłuż i wszerz nie musi być wcale takie trudne.
- Nie możemy przecież włóczyć się po tym lesie bez końca - rzekł Max - Zwłaszcza, że w tej mgle wszystkie drzewa wydają się takie same.
- Też racja. Może więc lepiej zostać na miejscu? - spytałam.
- Na miejscu? - mruknął Gary - Przecież nie po to tu przybyliśmy. Ale też masz rację, że nie możemy chodzić w tej mgle. Jak sądzisz, May?
- Moim zdaniem powinniśmy poczekać, aż ta piekielna mgła opadnie chociaż trochę - powiedziała May - Bo w końcu nie może tu być cały czas.
- Ale co potem? - jęknęłam załamana - Baltoy może się nie zjawić, a co wtedy zrobimy?
- Możemy iść w góry, do doliny Balatoyów - powiedział Gary - Tam, gdzie znaleziono ruiny tego starożytnego miasta. Tam jest profesor Hale i reszta ekipy.
- Ale nie ma Calisty, a to po nią tu przyszliśmy - odparł Ash ponurym tonem - Musimy szukać jej, nie profesora Hale’a, ale z drugiej strony nic nie zdziałamy bez Baltoya. Bez niego nie zdołamy uruchomić wehikułu czasu.
- A nie mówiłem, żeby zabrać ze sobą przenośniki w czasie? - mruknął gniewnie Max - Mówiłem, ale oczywiście nikt nie zamierza mnie słuchać! Jak zwykle, nie słucha się tych najmłodszych.
- Czy możesz być cicho?! - zawołała gniewnie May - Wcale nam nie pomagasz takim gadaniem!
- A ty nie pomagasz nam drąc się na mnie! - odgryzł się jej brat.
- A wy oboje nie pomagacie nam, kłócąc się ze sobą! - warknął Gary - Możecie więc przestać, bo za chwilę was...
- SPOKÓJ! - krzyknął Ash.
Wszyscy natychmiast się uspokoili.
- Przez was nie słyszę własnych myśli! - dodał już spokojniej, ale dalej stanowczo mój luby.
- Przepraszamy - jęknęło rodzeństwo Hameron.
- Po prostu już nie wiemy, co mamy robić - rzekł Gary.
- Moim zdaniem lider drużyny powinien to zdecydować - stwierdziłam, patrząc na Asha.
- Serena ma rację - powiedziała May bardzo poważnym tonem - Ash jest naszym przywódcą, więc niech on zdecyduje.
- Co mamy robić, Ash? - spytał Max.
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
Mój luby westchnął delikatnie i powiedział:
- Proponuję, żebyśmy teraz usiedli i poczekali na to, aż mgła powoli opadnie lub chociaż się zmniejszy. Wtedy spróbujemy znaleźć to miejsce. Pamiętam doskonale, jak ono wyglądało, ale nie mam całkowitej pewności, co do tego, że do niego trafię.
- A jak tam trafimy, to co dalej? - spytał Max - Przecież bez Baltoya nic nie zdziałamy.
- Najpierw spróbujmy tam dotrzeć. Potem się zastanowimy - rzekł mój luby - Chyba, że masz lepszy plan.
Max go nie miał i praktycznie nikt go nie miał, zatem nie mieliśmy żadnego innego wyboru, jak tylko usiąść na ziemi i czekać.


Ponieważ mgła nie opadała długo, to postanowiliśmy odpocząć nieco. Położyliśmy się i próbowaliśmy się przespać, jednak to było bardzo trudne, zwłaszcza dla mnie, bo jak może to już kiedyś wspominałam, jakoś nigdy nie przepadałam za spaniem pod gołym niebem, a już zwłaszcza w lesie, a tym bardziej w lesie okrytym mgłą. Dlatego też ja nie zasnęłam. Inni zaś być może, ale tak czy siak sen nie trwał długo, ponieważ wkrótce potem Pikachu i Buneary zaczęli bardzo głośno piszczeć, informując nas w ten sposób, że w pobliżu ktoś jest.
Ash szybko zerwał się z miejsca i położył prawą dłoń na szpadzie. Ja jako pierwsza stanęłam obok niego, a pozostali członkowie naszej kompanii stanęli na nogach zaraz potem. Rozglądaliśmy się dookoła, ale nikogo nie zauważyliśmy. Mimo tego Pikachu i Buneary uważnie patrzyli przed siebie zaniepokojeni, a starter mego ukochanego puścił z policzków kilka iskierek, jak to zwykle miał w zwyczaju, gdy szykował się do walki.
- Co jest, Pikachu? - spytał Ash - Co się stało?
- Pika! Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pokemon, wskazując łapką przed siebie.
Spojrzeliśmy w kierunku, który on wskazywał, ale nic nie nastąpiło, w każdym razie przez chwilę, ponieważ po jej upłynięciu, gdy już sądziliśmy, iż to fałszywy alarm, coś nagle przed nami wyskoczyło z dzikim krzykiem. To była tajemnicza osoba ubrana w czarny strój ninja i z mieczem w dłoni. Twarz zasłaniała jej kominiarka.
- Ha! Mam was! - zawołał tajemniczy osobnik.
- Kim jesteś i czego chcesz?! - spytał Ash.
- Nie poznajesz mnie, panie detektywie?
Ash przyjrzał się uważnie temu osobnikowi, a ponieważ mgła już nieco opadła, to próbował rozpoznać po oczach tę osobę i prawdę mówiąc, dość szybko zaczął się tego domyślać, podobnie jak ja oraz Max.
- Znam ten głos - powiedział ten ostatni.
- Ja również - dodałam.
- I ja także - rzekł Ash - Ale to chyba niemożliwe.
- Niemożliwe? - spytał ironicznie ninja i zdjął z twarzy kominiarkę - Dla ciebie takie słowo chyba nie istnieje, prawda?
- CLEO?! - zawołaliśmy ja, Ash i Max.
- O nie! Tylko nie ty! - jęknął młody Hameron.
Jak zapewne dobrze pamiętacie, Max swego czasu był on zabujany w tej dziewczynie i prawdę mówiąc, to być może coś do niej nadal czuł.
- Tak, to ja - powiedziała dziewczyna - Cleo Winter. Bardzo się cieszę, że udało mi się was tu spotkać.
- Wielka szkoda, że nie podzielam twojej radości - mruknął mój luby, kładąc dłoń na rękojeści szpady - Co tu robisz?
- Musiałam się ukrywać przed wymiarem sprawiedliwości - odparła Cleo ponuro - Po śmierci Giovanniego zaczęła się nagonka na jego ludzi i musiałam się ukrywać.
- Przecież twojego nazwiska nie ma na liście agentów - zauważyłam.
- To prawda, Giovanni mnie na nią nie wpisał, bo za krótko u niego służyłam, ale mimo wszystko wolałam dmuchać na zimne. W Hoenn mam kilka miłych wspomnień, więc postanowiłam się schować tutaj i odczekać. Wędruję po tych terenach i proszę... Kogo spotykam? Was. Jaka wspaniała okoliczność. Sami wystawiacie mi się jak na tacy, a już zwłaszcza ty, Ashu Ketchum.
- Cleo... Tłumaczyłem ci już wiele razy i tłumaczę ci jeszcze raz. Ja nie zabiłem twojej siostry.
- Daruj już sobie te swoje kłamstwa - mruknęła Cleo, wyjmując swój samurajski miecz - Lepiej rozstrzygnijmy ze sobą nasz spór raz na zawsze i to skutecznie.
- Cleo, wybacz mi, ale mam teraz inne sprawy na głowie. Nie mogę ci więc służyć satysfakcją.
Ash odsunął dłonią ostrze miecza i próbował minąć Cleo, ale wtem to ostrze wylądowały tuż przy jego gardle. Mój luby zachichotał nerwowo i rzekł:
- Hej, czekaj! Co ty wyprawiasz?! Ja już się dzisiaj goliłem! Rano!
- Tak?! To może ja poprawię? - mruknęła Cleo.
- Na sucho? Nie wiesz, że to źle działa na skórę?
- Podobnie jak dekapitacja. A więc jak? Pozwolisz sobie odciąć łeb jak tchórz, czy może po prostu staniesz do walki jak mężczyzna?
Ash jęknął załamany i cofnął się do tyłu.
- Jak sobie chcesz.
Jęknęłam przerażona nie wiedząc, co mam zrobić. Moi przyjaciele zaś patrzyli na Asha i Cleo uważnie, wyraźnie będąc zaszokowani tym, co się tutaj działo. Widać było, że chcą pomóc, ale nie mają takiej możliwości.


Ash tymczasem wydobył szpadę, po czym obaj stanęli naprzeciwko siebie. Cleo patrzyła wściekle na swojego przeciwnika i skoczyła na niego zaciekle. Mój luby zaś spokojnie osłaniał się przed jej ciosami, odbijając je czasami, ale zwykle poprzestawał tylko na obronie. To była jego ulubiona taktyka: zmusić przeciwnika do jak najbardziej zaciekłego ataku, a potem rozbroić i pokonać. Cleo chyba dobrze znała tę taktykę, bo przecież już parę razy się z nim pojedynkowała i wiedziała, jak on walczy, ale mimo wszystko nie wyciągnęła z tego wniosku, ponieważ atakował dalej zaciekle.
- Czego stoisz?! Walcz, ty tchórzu! Walcz! - krzyczała Cleo, atakując dalej zaciekle mojego chłopaka.
Atakowała zaciekle, skacząc na niego raz za razem i zadając mu ciosy praktycznie ze wszystkich możliwych stron. Ash spokojnie odpierał każdy atak, ale było widać wyraźnie, że słabnie i może nie zdołać przeprowadzić swój plan walki. Chciałam dołączyć do walki, ale wiedziałam, że Ash nie byłby z tego zadowolony. W końcu potyczka musiała być uczciwa.
Cleo jednak na szczęście też zaczęła słabnąć. Po ostrym ataku natarła na mojego ukochanego tak mocno, że aż w końcu przewróciła go na ziemię i machnęła mieczem tak, iż o mały włos nie przebiła go nim na wylot. Jej przeciwnik w ostatniej chwili zasłonił się ostrzem swojej szpady i w ten oto sposób ocalił życie. Cleo jednak napierała dalej, próbując wgnieść w niego ostrze jego własnej broni i swojej także. Ash osłabiony tym starciem złapał lewą ręką ostrze swojej szpady, aby odrzucić ją za siebie. Oboje siłowali się ze sobą, aż wreszcie mój luby podwinął nogi, namacał nimi brzuch Cleo i kopnął, odrzucając swoją przeciwniczkę do przodu. Panna Winter jednak szybko stanęła na nogach, choć pot na jej twarzy oraz zadyszka wyraźnie wskazywały, iż jest bardzo zmęczona.
- Wciąż dobrze walczysz - powiedziała.
- Ty także - odparł Ash.
Cleo syknęła ze złości i złapała za jedną z gwiazdek ninja, która miała przy pasku. Wiedziałam z filmów, jak niebezpieczna to broń. Wbicie się jej w przeciwnika oznaczało śmierć. Jęknęłam przerażona, widząc to wszystko i bojąc się już najgorszego. Wówczas jednak miało miejsce coś nad wyraz dziwnego. Mianowicie nagle Cleo jakby się rozmyśliła, jęknęła załamana i schowała gwiazdkę. Następnie ujęła ona ponownie swój samurajski miecz w dłonie i powiedziała:
- Walcz dalej.
Zanim jednak doszło do dalszej walki, Cleo nagle jęknęła i opadła nieprzytomnie na twarz. Obok niej upadł jakiś ciężki drąg, wyraźnie przez kogoś podniesiony. Zaniepokojeni podbiegliśmy do niej i obejrzeliśmy ją.
- Nie widać rany - powiedział Max.
- Musiała nie dostać w głowę, tylko w czuły punkt karku - rzekł Gary Oak - Ale kto ją ogłuszył?
Spojrzeliśmy przed siebie i po chwili zauważyliśmy jakiś niewielki kształt sunący w naszą stronę. Kilkanaście sekund później postać wysunęła się z mgły i zobaczyliśmy, że przed nami stoi jakiś Pokemon.
- To Baltoy! - zawołał Ash.
- Baltoy! - uśmiechnął się radośnie Max.
- Ale czy to aby nasz Baltoy? - spytała May.
Nie wiedzieliśmy, czy aby mamy rację, ale wówczas do akcji wkroczył Pikachu, piszcząc delikatnie i podchodząc powoli do Baltoya. Zaczął z nim rozmawiać, a Baltoy odpowiedział mu w swoim języku. Potem Pikachu podszedł do Asha i pokazał mu na migi to, czego dowiedział się od stworka.
- Tak, to nasz Baltoy - wyjaśnił Ash, tłumacząc jego słowa - A raczej Baltoy Calisty. Krążył on po lesie czekając na moje przybycie z polecenia swojej trenerki. Długo na mnie czekał. Bardzo długo, ale w końcu jestem tutaj.
Po tych słowach mój luby pochylił się lekko i powiedział do Baltoya spokojnym tonem:
- Zaprowadzisz nas do wehikułu?
Pokemon zapiszczał coś, po czym skierował on swoją głowę w naszą stronę. Pikachu zaraz zaczął na migi pokazywać mnie i Ashowi, o co chodzi.
- Spokojnie, to moi przyjaciele - powiedział Ash - Przybyli, aby razem ze mną ocalić Calistę.
Baltoy zapiszczał coś ponownie, po czym odwrócił się, znowu pisnął i zaczął iść przed siebie.
- Chodźmy! Za nim! - zawołał Ash.
- A co z Cleo? - zapytał Max zaniepokojonym tonem.
- Nic jej nie będzie - odpowiedziała mu May - Założę się, że zaraz się ocknie i zechce kontynuować walkę.
- Lepiej więc, żeby nas wtedy nie było w pobliżu - dodał Gary.
- Racja. Chodźmy stąd jak najszybciej - poparłam go.
Max nie wyglądał na do końca przekonanego naszymi argumentami, jednak posłuchał ich i poszedł za nami, pozostawiając nieprzytomną pannę Winter własnemu losowi.


C.D.N.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Przygoda 112 cz. II

Przygoda CXII

Mój jedyny przyjaciel cz. II


Opowieść na temat tajemniczej wiadomości, która to została wysłana Ashowi sprzed 3000 lat musiała jednak poczekać z niezwykle ważnego powodu, którym okazał się być obiad, wcześniej zapowiedziany przez panią Cheerful. Sama nasza droga gospodyni przyszła do pokoju, aby nam o tym przypomnieć, dlatego też nie mogliśmy kontynuować rozmowy, zwłaszcza, iż Ashowi i Pikachu jak na zawołanie nagle zaburczało w brzuchach, a stało się to chwilę po tym, gdy Kasandra wspomniała słowo „obiad“. Miałam już nieraz do czynienia z taką sytuacją, w której mój luby i jego wierny starter mieli jednoczesne burczenie w brzuchu na dźwięk tego jakże magicznego słowa, ale mimo wszystko nieustannie mnie to bawiło.
- Och, wybacz nam, ciociu... Zagadaliśmy się - powiedział Ash wesoło do naszej gospodyni - Dziękuję, że nam o tym przypomniałaś, bo byśmy chyba jeszcze tu długo gadali, a przecież obiad nie może czekać.
- Ano nie może - zaśmiała się kobieta - Dobrze, kochani. Chodźcie już, bo obiad wam wystygnie. Mam też wielką nadzieję, że nasi drodzy goście zechcą zjeść z nami.
- Ja z wielką chęcią - powiedział Gary Oak.
- Jeśli tylko nie sprawi to pani trudności - dodała May, która to jak zwykle bardzo uprzejmym tonem.
- Coś ty, moja droga? - uśmiechnęła się do niej bardzo czule kobieta - W żadnym razie to nie jest dla mnie trudność. Poza tym dużo tego zrobiłam, więc czemu by się miało zmarnować? No, to już chodźcie, kochani.
Poszliśmy do jadalni i usiedliśmy przy stole. Oprócz naszej czwórki (przy czym liczę tylko ludzi, bo Pokemony dostały swoje karmy) obiad jedli również państwo Cheerful, Winston Krupsh oraz Bonnie i Max (którzy parę minut wcześniej powrócili z miasta). Clemont jadł posiłek razem z Dawn i Stevenem Meyerem w uzdrowisku. Kasandra powróciła z niego, ponieważ zadzwonił do niej mąż mówiąc, iż mamy gości szukających Asha i on chce dla nich zrobić obiad, ale jego żona doskonale wiedząc, jak bardzo znikome są umiejętności jej męża w sztuce kulinarnej, szybko powróciła do domu, powierzając swego pacjenta pozostałemu, naprawdę zaufanemu personelowi medycznemu. Poprzez powrót do domu chciała ona uniknąć kompromitacja przed młodym Oakiem oraz panną Hameron, dlatego też była obecna przy obiedzie, bo z powodu swojej pracy rzadko jadała obiady w domu, zwykle jedząc ten posiłek w uzdrowisku, a po nim wracała do swoich obowiązków, których miała bez liku jako szefowa tego budynku. Wracała zwykle na kolację i ją jadła z całą swoją rodziną, ale tym razem uznała, że pacjenci i personel sobie poradzą bez niej, a jej dobre imię musi być ocalone przed wątpliwymi talentami kulinarnymi męża.
Gary i May oczywiście nie mogli nachwalić się tego, jak to wspaniale smakuje posiłek naszej drogiej gospodyni i gdyby nie fakt, że jedzenie było naprawdę smaczne, to pomyślałabym, iż po prostu się jej podlizują, ale to nie mogło mieć miejsca z powodu właśnie tego, że Kasandra była świetną kucharką i jedzenie przez nią przygotowane było przepyszne, więc nikt nie miał powodów do narzekania, ale za to powodów do pochwał było bardzo wiele.
Gdy więc posiłek się skończył, a pani Cheerful powróciła do swoich obowiązków w uzdrowisku, to Ash wraz ze mną, Pikachu, Maxem, Bonnie, Garym, May i Buneary poszliśmy do osobnego pokoju, aby porozmawiać o tym, co też sprowadza naszych przyjaciół do Melastii. Max i Bonnie, z tego powodu, że nie byli obecni przy tym, gdy Gary i May wyjaśniali nam to, co ich sprowadza, więc nasi drodzy goście musieli im to w skrócie powtórzyć, po czym młody Oak wyjął ze swojego plecaka kartę pamięci wsuniętą w specjalną kartę matkę.
- Obejrzyj to bardzo uważnie, Ash, bo to naprawdę niezwykle ciekawe - powiedziała May.
Ash i siedzący mu na ramieniu Pikachu uważnie wpatrywali się w kartę pamięci, a my robiliśmy to razem z nim. Chwilę później Gary nacisnął na karcie jakiś mały przycisk, zaś naszym oczom ukazał się niewielki ekran hologramowy. Na nim znajdowała się młoda dziewczyna, prawdopodobnie w wieku moim i Ashu, ubrana w niebieską letnią sukienkę, czarne buty i białe skarpetki. Miała ona zielone oczy oraz piękne, puszyste włosy barwy ciemno-brązowej. Wyglądała naprawdę prześlicznie i nie umiałam temu zaprzeczyć, a właściwie to nawet nie chciałam.


- Wiem, że trudno jest w to wszystko uwierzyć, ale właśnie znalazłam się w roku 1003 p.n.e. w mieście Balatoy zbudowanym w dolinie gór Curi-Curi przez plemię Balatoyów. Zostałam schwytana przez miejscowych i uwięziona przez nich w ich lochu. Nie mam widoków na to, że zdołam się stąd wydostać, a do tego wiele wskazuje na to, iż zostanę zabita. Z tego, co zrozumiałam z ust moich oprawców zostałam wzięta za szpiega ich wrogów i miejscowy wódz zastanawia się, w jaki sposób ma mnie potraktować. Moja ucieczka stąd jest mało możliwa i grozi mi to, że niedługo dam głowę za swoją ciekawość. Na całe szczęście nie zabrali mi moich rzeczy, których nie znają, bo pochodzą z moich czasów. Dlatego właśnie udało mi się zachować moją przenośną kamerę. Mogę więc teraz nagrać tę wiadomość. Co prawda wątpię, aby kamera przetrwała do naszych czasów, ale producent twierdzi, że zawarta w niej karta pamięci może przetrwać zakopana w ziemi nawet pięć tysięcy lat. Pozostaje mi tylko wierzyć, że tak właśnie jest. Dlatego nagrywam tę wiadomość. Miasto to zostało odnalezione w listopadzie 2007 roku, a ja trafiłam tutaj trzy miesiące później. Obecnie znajduję się w dniu 30 lipca 1003 r. p.n.e, lecz widzę wyraźnie, że przeniesienie się tutaj było poważnym błędem. Mogę się jednak jeszcze jakoś ocalić i dlatego właśnie nagrywam tę wiadomość. Nie wiem, kiedy zostanie ona odnaleziona, ale mam nadzieję, że przynajmniej na początku 2008 roku n.e.
Słuchajcie mnie teraz uważnie, dobrzy ludzie, którzy właśnie oglądacie tę wiadomość. Trafiła do tego miejsca za pomocą pewnego przejścia, które dawno temu odkryłam. Miałam wówczas tylko dwanaście lat i wraz z moim Baltoyem znalazłam to pewne miejsce, w którym znajdował się największy skarb cywilizacji Balatoyów, czyli wehikuł czasu. To jest specjalne miejsce uruchamiane dzięki mocy Baltoyów, które to żyły z Indianami z plemienia Balatoyów w wielkiej przyjaźni. Takich miejsc jest na pewno więcej, ale ja znalazłam tylko jeden z nich. I nie byłam wtedy sama. Towarzyszyli mi mój Baltoy i jedna osoba... To był chłopak w moim wieku. Miał na imię Ash. Nie znałam wcześniej jego nazwiska, ale niedawno przybyłam na wykopaliska prowadzone przez słynnego uczonego, profesora Spencera Hale’a oraz jego córkę Molly. Z rozmów z nimi dowiedziałam się o ich przyjacielu, Ashu Ketchumie, Mistrzu Pokemonów i znanym detektywie. Do tego spotkałam May Hameron i z rozmów z nią wywnioskowałam, że Ash Ketchum i mój drogi przyjaciel Ash to jedna i ta sama osoba. Poza mną tylko on wie, gdzie znajduje się wehikuł czasu odnaleziony kiedyś przeze mnie i przez niego. Dlatego właśnie proszę was, żebyście przekazali mu tę wiadomość.
Ashu Ketchum... Zwracam się teraz do ciebie. Mam wielką nadzieję, że się nie pomyliłam w swoich przypuszczeniach i jesteś tym, kim myślę. Jeśli mam rację, to wówczas będziesz pamiętał swoją małą przyjaciółkę Calistę, którą spotkałeś w Hoenn. Pamiętasz mnie może? Ja i ty walczyliśmy z tymi wrednymi złodziejami Pokemonów, a potem we dwoje spotkaliśmy taką jedną kobietę, która nas zaprowadziła do TEGO miejsca. Pamiętasz?
Gdy dziewczyna wypowiedziała te słowa, Ashem lekko wstrząsnęło, a jego twarz przybrała wyraźnie zdumiony wyraz, a może wręcz przerażony. Widać było, że wszystko, co mówi tajemnicza osóbka jest najprawdziwszą prawdą, a prócz tego on sam doskonale pamięta takie wydarzenie.
Tymczasem Calista mówiła dalej:
- Jeśli pamiętasz to wszystko, to z całą pewnością odnajdziesz miejsce ukrycia wehikułu czasu. W razie czego poślę mojego Baltoya do roku 2008. Będzie on na ciebie czekał w ruinach miasta Balatoyów. Jeżeli jesteś tym, kim myślę, że jesteś, to bez trudu on cię rozpozna i pomoże ci cofnąć się w czasie do 30 lipca 1003 r. p.n.e. Tam będę czekać na ciebie. Ale proszę cię, pospiesz się. Nie mam żadnej pewności, co oni ze mną zrobią. Proszę cię, Ashu Ketchum... Teraz tylko na tobie mogę polegać, mój jedyny przyjacielu. Nikomu nie ufam do tego stopnia, aby powierzyć tajemnicę miejsca ukrycia wehikułu czasu. Powiedziałabym to moim kolegom oraz koleżankom ze studiów, ale żadnemu z nich nie ufam do tego stopnia, aby powierzyć im moją tajemnicę. Jeśli któreś z was to teraz ogląda, to bardzo serdecznie was przepraszam, ale zbyt dobrze wiem, jaką posiadacie słabość do trunków. Nie wiadomo, komu w stanie nietrzeźwym możecie się wygadać ze sprawy wehikułu, a taka tajemnica jak moja nie może przecież zostać wyjawiona nieodpowiednim ludziom. Zbyt wiele od tego zależy. Dlatego też proszę o pomoc Asha Ketchuma. Tylko on jeden wie, gdzie iść i gdzie szukać. Ashu Ketchum... Znajdź mojego Baltoya i wraz z nim odnajdź mnie. Mogę liczyć tylko na ciebie, Ash. Proszę cię, pomóż mi, mój przyjacielu... Mój jedyny przyjacielu... Bardzo chętnie cię znowu zobaczę. I bardzo chętnie obejrzę znowu nasze czasy.


Następnie dało się słyszeć tajemnicze kroki. Calista spojrzała w stronę, z którego dobiegł ją ten dźwięk.
- Ktoś idzie. Muszę już kończyć i szybko ukryć kamerę. Pamiętaj, Ashu Ketchum... Tylko na tobie mogę polegać. Jeśli to oglądasz, pomóż mi, proszę.
Na tym nagranie się urwało, zaś ekran zniknął. Wszyscy spojrzeliśmy zdumieniu na Asha oczekując tego, co on powie, ale to nie Ash pierwszy się odezwał, a Max.
- Pomóż mi, Obi-Wan Kenobi. Jesteś moją jedyną nadzieją - rzucił on dowcipnym tonem, szczerząc przy tym swoje mlecznobiałe zęby.
Bonnie i ja również parsknęłyśmy śmiechem pod wpływem tego żartu, a Gary delikatnie zasłonił sobie usta dłonią, aby ukryć, jak mocno ubawił go ten dowcip, jednak Ash i May byli śmiertelnie poważnie i tą powagą zarazili również nas.
- I co ty na to, Ash? - spytała May po chwili - Chyba nie zostawisz tej biednej dziewczyny samej sobie?
- Zwłaszcza, że ona tak na tobie polega - dodał Gary, który zdążył już spoważnieć.
- O tak i uważasz, że tylko na tobie może polegać - zachichotał lekko Max - Sereno, chyba masz kolejną rywalkę.
- Max, proszę cię... Czy ty w ogóle nie masz wyczucia? - mruknęła gniewnie May.
- O żadnej rywalce nie ma mowy - powiedział Ash z lekkim uśmiechem na twarzy - Calista to moja dawna znajoma, a właściwie to przyjaciółka, bo przygoda, którą razem przeżyliśmy uczyniła nas już na zawsze przyjaciółmi. Tak w każdym razie sobie obiecaliśmy.
- A w ogóle, to kiedy ty ją poznałeś? - spytała po chwili Bonnie.
- No właśnie - dodał Max - Podobno to było podczas twojej podróży po Hoenn. Ale wtedy przecież praktycznie się nie rozstawaliśmy. Jak to więc możliwe, że ty ją poznałeś, a ja i May nie?
- To dobre pytanie - zauważyła panna Hameron, uważnie patrząc na Asha - Sama chciałabym znać na nie odpowiedź.
- Ash, proszę, opowiedz nam to - poprosiłam go czule - Chętnie bym się dowiedziała, jak poznałeś Calistę.
Mój luby uśmiechnął się delikatnie, po czym pokazał, abyśmy wszyscy usiedli, a gdy już to zrobiliśmy, zaczął mówić.

***


Wszystko zaczęło się prawie siedem lat temu, kiedy wędrowałem po regionie Hoenn wraz z May, Maxem i Brockiem. To było jakoś tak niedługo po tym, jak zdobyłem w zaciekłej walce z Normanem Hameronem Odznakę Równowagi i zmierzałem ku zdobyciu kolejnej. Znaleźliśmy się wtedy u podnóża gór Curi-Curi, kiedy nagle dopadła nas straszna mgła, gęsta niczym zupa. Jak dotąd widziałem takie mgły tylko i wyłącznie w filmach i nigdy nie spodziewałem się, że kiedyś sam takiej doświadczę. Czułem się w niej strasznie zagubiony i chociaż miałem już te swoje dwanaście lat, to jednak serce waliło mi ze strachu jak szalone, jak również podchodziło mi ono do gardła. Wiele słyszałem od mamy o ludziach, którzy zgubili drogę we mgle i spadli w przepaść lub też spotkał ich inny rodzaj śmierci, bardzo zresztą nieprzyjemny. Mój lęk przed takim losem potęgował jeszcze fakt, że moi przyjaciele zginęli gdzieś w tej mgle i ja zostałem sam z Pikachu. To była naprawdę nieprzyjemna sytuacja. Na początku widziałem jeszcze Brocka, jak woła do mnie: „Ash! Lepiej trzymaj się blisko nas! W tej zupie łatwo się zgubić!“, a jakąś chwilę później straciłem go z oczu i słyszałem tylko jego głos, ale potem nawet i tego nie uświadczyłem.
Gdy dotarło do mnie, że właśnie znalazłem się sam na tym pustkowiu, przeraziłem się. W duchu pomstowałem na Brocka, bo to przecież był jego pomysł, aby iść na skróty przez podnóża gór Curi-Curi. Koleś doskonale wiedział, że to miejsce jest znane z gęstej mgły, jednak uparcie twierdził, iż ponieważ nie było tutaj ostatnio deszczu, to mgła nie może mieć miejsca, a jeśli już, to tylko maleńka.
- No i proszę... Masz tę swoją maleńką mgłę - mruczałem gniewnie pod nosem - Pan wszystko wiedzący tym razem jednak się pomylił. No, co za ciekawostka! Tylko dlaczego on to musiał zrobić akurat teraz, co?! Ech, Pikachu... Coś mi mówi, że wpadliśmy po uszy w kłopoty i to niezłe.
- Pika-pika! - zapiszczał smętnie Pikachu.
Nagle rozległy się niedaleko mnie jakieś dziwne odgłosy, jakby ktoś właśnie krzyknął z przerażenia. Wydawało mi się, że był to głos Jessie z Zespołu R, dlatego też szybko zacząłem rozglądać się dookoła, aby ta jędza i jej kumple nie wzięli mnie z zaskoczenia.
- Pikachu, słyszałeś to? - spytałem mojego kompana.
Niczego jednak ani nikogo nie zauważyłem. Zresztą w tej mgle trudno było dostrzec cokolwiek, zwłaszcza, jeżeli stało daleko, a ten głos dobiegł mnie raczej z daleka i niósł się echem po lesie. Dlatego właśnie uznałem, że musiałem sie przesłyszeć i zacząłem wypatrywać moich przyjaciół.
- Dokąd wszyscy poszli? - spytałem sam siebie.
Doskonale wiedziałem, że nie mogę tutaj stać bezczynnie i czekać na jakikolwiek ratunek, zresztą to nigdy nie było w moim stylu, więc zacząłem powoli iść przed siebie, próbując odnaleźć moich przyjaciół. Przez chwilę mi się nawet wydawało, że mnie oni nawołują, ale pomimo tego, że ja także próbowałem ich jakoś nawoływać, to nic mi to nie dało. Do tego zamiast rzednąć, mgła jakby jeszcze zgęstniała.
- Rany, nic nie widzę w tej mgle - powiedziałem do Pikachu - Nawet własnych stóp, a co dopiero...
Nagle poczułem, że tracę grunt pod nogami i zamiast iść przed siebie, to zsuwam się po jakimś pochyłym urwisku prosto w dół. Ja i Pikachu z krzykiem zjechaliśmy na dół, który znajdował się dobrych kilka metrów od miejsca, w którym to przed chwilą byliśmy. Na szczęście ta nieprzyjemna i dość bolesna dla mojego zadka wycieczka nie trwała długo i tak po około minucie czy dwóch już stałem na nogach, masując sobie obolałe miejsce i rozglądając się dookoła.
- To bolało - jęknąłem.
- Pika-pika! - dodał Pikachu.
- Dlaczego tutaj nie ma jakieś tabliczki z ostrzeżeniem typu „Uwaga, urwisko“ albo co?
Wtem usłyszałem jakiś kobiecy głos, zupełnie mi wcześniej nieznany, który wyśpiewuje jakieś dziwne słowa.

Słuchaj, posłuchaj pieśni mojej.
Baltoyów ścieżką zmierzaj do tej...
Tej tajemnicy, którą niewielu zna.

Przybądź, wybrany, tajemnica ma
Czeka na ciebie, idź w kierunku snu.
Choćbyś wrócić nie miał nigdy tu.

Zaintrygowany rozejrzałem się dookoła, aby dostrzec, skąd dobiega ta pieśń. Zauważyłem wówczas niedaleko dość wielkie drzewo z wydrążonym w nim tuż przy ziemi wielkim otworze. W nim ktoś siedział - jakiś ciemny kształt i śpiewał kobiecym głosem:

Choćbyś się bał, drogę musisz znać.
Jesteś wybrany i nie możesz w miejscu stać.
Przejdź przez przeszkodę z gwiazd mleka.
Ścieżka Baltoyów na ciebie czeka.

Podszedłem bliżej i mgła tak jakby lekko się przerzedziła, a wówczas zauważyłem, że tym kształtem jest jakaś kobieta otulona mocno fioletowym płaszczem. Była nim tak mocno osłonięta, że widziałem jedynie niewielki fragment jej twarzy w okularach przeciwsłonecznych oraz z niewielkimi kosmykami beżowych włosów opadających na jej twarz. Kobieta spojrzała na mnie uważnie, dokończyła swoją pieśń, a potem nagle mgła na chwilę zrobiła się gęstsza, a gdy znowu się przerzedziła, kobieta zniknęła.
- Hej! A dokąd ona poszła?! - zawołałem zdumiony, rozglądając się dookoła.
Pikachu również był tym faktem bardzo zdziwiony, ale podobnie jak i ja nie miał pojęcia, gdzie się podziała ta tajemnicza nieznajoma.
- To było dziwne - powiedziałem nieco przerażony tym wszystkim.
Miałem już wcześniej do czynienia ze zjawiskami paranormalnymi i dobrze wiedziałem, że z nimi nie ma żartów, więc zacząłem się lekko bać, a po chwili namysłu uznałem, iż lepiej będzie, jeśli natychmiast opuszczę to miejsce.
- Wiesz co, Pikachu? Lepiej szybko znajdźmy resztę - powiedziałem do mojego startera i ruszyłem szybko przed siebie, nawołując moich przyjaciół: - Brock! May! Max! Gdzie jesteście?!
Szedłem jakiś kawałek drogi, kiedy nagle zauważyłem, że przede mną zieje ogromna przepaść. Dobrze, iż patrzyłem pod swoje nogi, bo jeszcze trochę i bym spadł.
- Uff... Było blisko - powiedziałem do Pikachu.
Załamany rozejrzałem się dookoła.
- Nic z tego nie rozumiem, stary. Gdzie też oni mogą być? I gdzie my jesteśmy?
- Pika-pika! - zapiszczał smętnie Pikachu.
Nagle usłyszeliśmy za sobą jakieś inne pokemonie piski. Obejrzałem się więc za siebie i zauważyłem we mgle jakiś tajemniczy, niewielki kształt, sunący powoli w moją stronę.
- Co to? - spytałem.
Kształt wysunął się powoli z mgły, a wtedy ukazał się naszym oczom niewielki stworek o kremowej barwie i czerwonych znakach. Miał wielką głowę, niewielki tułów, krótkie łapki oraz dość mały, trójkątny odwłok, na którym kręcił się dookoła własnej osi.
- To Pokemon? - spytałem sam siebie.
Zaintrygowany wyjąłem swój Pokedex i zerknąłem w niego.
- Baltoy, Pokemon gliniana lalka - odezwał się głos w komputerku - Baltoy porusza się, obracając się jak bąk. Według legend Baltoy w czasach starożytnych żył w symbiozie z ludźmi.
Tymczasem Baltoy powoli, dalej kręcąc się wokół własnej osi sunął prosto w przepaść, najwyraźniej nie zdając sobie z tego sprawy.
- O nie! Idzie prosto na klif! - zawołałem przerażony - Pikachu, spróbuj powstrzymać go używając swego pioruna!
Pikachu kiwnął potakująco głową i zaraz skoczył przed siebie, po czym strzelił piorunem Baltoyów pod odwłok, próbując w ten sposób zatrzymać Pokemona. Niestety, nic to nie udało, ponieważ stworek dalej sunął w stronę klifu, ku swojej pewnej śmierci.
- Nie działa! - jęknąłem przerażony.
Wiedziałem, że muszę szybko działać, dlatego też szybko zerknąłem do mojego Pokedexu.
- Pokedex mówi, że Baltoy to jest w połowie psychiczny, a w połowie ziemny Pokemon. A to znaczy, że ataki elektryczne tu nie zadziałają.
Baltoy sunął coraz bliżej przepaści.
- Wiem! Pikachu, użyj Szybkiego Ataku i celuj prosto w jego odwłok!
Mój przyjaciel szybko skoczył w kierunku Baltoya i uderzył tam, gdzie mu kazałem. Tym razem odnieśliśmy sukces, ponieważ stworek wywrócił się na ziemię, piszcząc przy tym delikatnie. Przestał się posuwać do przodu, dzięki czemu był bezpieczny.
- Idealnie, Pikachu! - zawołałem wesoło.
Pikachu wylądował na ziemi i przybrał dumną minę, gdy nagle ktoś przebiegł mu przed nosem, wołając:
- Tu jesteś Baltoy! Nic ci nie jest?!
Tajemnicza osoba podbiegła do Baltoya i pochyliła się nad nim.
- Nic ci nie jest? Na pewno? To dobrze.
Przyjrzałem się tej osobie bardzo zdumiony, zastanawiając się, kim ona jest i skąd się tu w ogóle wzięła. Gdy obróciła się w moją stronę, to mogłem zauważyć, że jest to dziewczyna mniej więcej w moim wieku. Dziewczyna miała na sobie sukienkę, jednak nie widziałem przez mgłę zbyt dokładnie jej szczegółów, zresztą wtedy one najmniej mnie interesowały. Bardziej wtedy mnie ciekawiło to, kim jest ta dziewczyna i co tu robi.


- Hej! Co wy zrobiliście mojemu Baltoyowi?! - zawołała oburzona nieznajoma.
A więc to jego trenerka. W sumie łatwo się było tego domyślić.
- Uratowaliśmy mu życie - odpowiedziałem jej - Gdyby szedł dalej, to spadłby z tego klifu.
- Jakiego klifu? - zdziwiła się dziewczyna i spojrzała przed siebie.
Gdy tylko zobaczyła majaczącą przy niej przepaść, jęknęła przerażona i mocno przytuliła mocno do siebie swego Baltoya.
- Ale spokojnie. Teraz już jest wszystko w porządku - powiedziałem, podchodząc do dziewczyny razem z Pikachu.
- Przepraszam - rzekła nieznajoma przepraszającym tonem, patrząc na mnie z wdzięcznością - Nie powinnam się na ciebie złościć. Chciałeś tylko pomóc, a właściwie to nie tylko chciałeś, ale naprawdę pomogłeś.
- No cóż... Cieszę się, że to zrozumiałaś - odpowiedziałem jej wesoło.
- Pika-pika! - poparł mnie Pikachu.
Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie, wstała szybko z ziemi i powiedziała:
- Nazywam się Calista, a to jest mój Baltoy.
Pokemon zapiszczał przyjaźnie, poruszając lekko prawą łapką na znak powitania.
- Ja jestem Ash, a to jest mój Pikachu - odpowiedziałem, a mój starter skoczył mi na ramię, piszcząc wesoło.
Chwilę później oboje rozmawialiśmy już ze sobą jak starzy przyjaciele, którzy dawno się nie widzieli. Usiedliśmy razem w głębi lasu na płaskich kamieniach i zaczęliśmy rozmawiać. Mgła lekko opadła, a wówczas miałem okazję lepiej przyjrzeć się mojej towarzyszce. Była ona całkiem ładna, miała śliczne, zielone oczy oraz ciemno-brązowe włosy spięte w dwie kitki ułożone po obu bokach jej głowy. Jej ubiór stanowiła ładna, niebieska sukienka z białymi rękawami, sięgająca dziewczynie do kolan. Prócz tego miała na sobie białe skarpetki, brązowe buty i fioletową kokardę zapiętą na kołnierzyku. Prócz tego na lewej dłoni Calista miała zieloną bransoletkę.
- Powiedz, Calista, co tutaj robicie w tym lesie? Ty i Baltoy? - spytałem po chwili.
- Poszukujemy starożytnych artefaktów - odpowiedziała mi Calista - Niestety, jestem tu pierwszy raz i nie znam tych terenów, więc możesz łatwo zgadnąć, co się stało.
- Zgubiłaś się?
- Tak. Do tego jeszcze ta mgła.
- Zjawiła się niespodziewanie.
- Właśnie. Szłam dalej wierząc, że sobie poradzę, ale gdy mgła zrobiła się tak gęsta jak mleko, to niczego nie widziałam, więc poprosiłam Baltoya, żeby nas stąd wydostał. No, ale chyba nam się to nie udało, bo wpadliśmy na was. Wy też się zgubiliście?
- Tak. Ja i moi przyjaciele szliśmy właśnie w kierunku najbliższego miasta i niestety zgubiliśmy drogę w tej mgle, a potem niechcący straciłem ich wszystkich z oczu.
- Spokojnie, mgła w końcu opadnie i wtedy ich znajdziesz. A ja znajdę moje starożytne artefakty.
- Jej! A więc są tutaj starożytne artefakty?
- Tak - pokiwała głową Calista, po czym sięgnęła ręką do swego plecaka i wyjęła z niego niewielką, żółtą książkę z okładką, na której znajdowało się zdjęciem jakiegoś zielonego dysku oraz Baltoya - Tak tutaj piszą. Widzisz, ta książka mówi, że właśnie w tej okolicy znajdują się ruiny, które skrywają najcenniejszy artefakt w całym kosmosie.
- W całym kosmosie? - spytałam zainteresowany - To fajne.
- Tak. A kiedy już znajdziemy ten artefakt, to powie on nam wszystko o starożytnej cywilizacji Balatoyów.
- Balatoyów?
- Tak, to indiańskie plemię żyjące ponad 3000 lat temu. Żyło tutaj, w Hoenn, na terenie Ameryki Północnej, jednak ich cywilizacja przypominała bardziej różne plemiona indiańskie z Ameryki Południowej, a zwłaszcza te zniszczone przez Corteza i Pizzara w XVI wieku.
- Mówisz o Aztekach i Inkach?
- Tak, ale też o Majach i innych plemionach. Badania archeologiczne wykazały, że spora ilość wiedzy, którą posiadały tamte cywilizacje zostały im przekazane przez ludzi zwanych Balatoyami, co tłumacząc na nasz język oznacza „Człowieka z Baltoyem“.
- Człowiek z Baltoyem? Chcesz powiedzieć, że ci ludzie umieli żyć w symbiozie z Baltoyami?
- O tak! Według zapisków odnalezionych na terenach zamieszkałych przez Majów, Azteków, Inków itd. do ich plemion przybyli jacyś ludzie z Baltoyami na ramieniu, którzy potem przekazali im wiele swojej wiedzy. Archeolodzy wciąż szukają dowodów na istnienie cywilizacji Balatoyów, a ponieważ Baltoye występują głównie w Hoenn, a i ten region jest niemal na granicy obu Ameryk, to uważają, że to tutaj znajdowała się ich cywilizacja.
- To ciekawe. A ja myślałem, że Indianie na terenie Ameryki Północnej to byli tacy, wiesz... w pióropuszach, malowidłach na twarzy, z wigwamami i żyjący tak, jak ci w powieściach Karola Maya.
Calista parsknęła śmiechem.
- Bo to prawda, jednak Balatoyowie mieli o wiele wyżej rozwiniętą cywilizację, która przypominała te z Ameryki Południowej. Tak w każdym razie mówi ta książka. Jak dotąd archeolodzy odnaleźli dowody na istnienie Balatoyów, ale wciąż nie wiemy o nich zbyt wiele. Być może posiadali oni jakieś miasto z piramidą takie, jak Aztekowie, omurowane i obronne, jednak wciąż nie ma na to dowodów. Za to istnieje spore przypuszczenie, że tutaj właśnie znajdują się jakieś ruiny ukrywające coś powiązanego z plemieniem Balatoyów. Jak dotąd nie odnaleziono ich, ale ich szukają. Szukają ruin ze starożytnymi artefaktami będącymi dowodami na to, o czym rozmawiamy.
To mówiąc Calista przytuliła do serca swoją książkę, mówiąc:
- Znalezienie tych artefaktów jest moim marzeniem.


- To fascynujące - powiedziałem, zresztą całkowicie szczerze, bo słowa mojej rozmówczyni bardzo mnie zainteresowały.
- Wiesz, chciałabym kiedyś zostać archeologiem - mówiła dalej Calista, wyraźnie smutniejąc - Niestety, to się prawdopodobnie nigdy nie stanie.
- Ale czemu nie? - spytałem zdumiony.
- Bo moi rodzice nie chcą, żebym została archeologiem. Chcą, żebym była lekarzem, tak jak oni. Tak więc, kiedy znaleźli próbki, które od dawna zbierałam, byli na mnie źli. Chyba byli tak źli, że je wyrzucili. Ale nie mają pojęcia, że ja ciągle mam tę wspaniałą książkę, którą często czytam i która dodaje mi otuchy. I nagle, dziś rano zadzwonił do mnie telefon. Rodziców nie było w domu, byłam sama, więc odebrałam. W słuchawce odezwała się jakaś kobieta. Powiedziała mi: „Proszę, musisz przyjść i mi pomóc. Musisz przyjść ze swoim Baltoyem do lasu u podnóża gór Curi-Curi“. Spytałam ją, dlaczego i co się stało. Odpowiedziała mi: „Artykuł w twojej książce mówił prawdę, ale teraz musisz połączyć zdolności twoje i twojego Baltoya, żeby znaleźć to, czego od tak dawna szukasz. Błagam cię, Calisto, przyjdź mi pomóc“. Więc wymknęłam się dziś z domu, nie mówiąc nic rodzicom i nie zostawiając im żadnej wiadomości, dokąd idę, aby tu przyjść. Opowiem im wszystko, jak wrócę. Albo i nie. Oni są tak zajęci, że nie zwracają często uwagi na to, co robię i kiedy wracam do domu. Tylko sprawdzają mnie, czy nie zajmuję się moją „szkodliwą pasją“, jak oni to nazywają.
- Rozumiem - pokiwał głową ze zrozumieniem - Calisto, masz może jakiś pomysł, gdzie mogą być te ruiny?
- Tak. Zobacz, w mojej książce jest pewna pieśń, która według autora i odkrytych źródeł ma wskazywać miejsce do czegoś niezwykle ważnego, co odkryło niewielu. Wierzę, że chodzi właśnie o te ruiny, których szukam.
To mówiąc Calista otworzyła książkę i zaczęła śpiewać:

Słuchaj, posłuchaj pieśni mojej.
Baltoyów ścieżką zmierzaj do tej...
Tej tajemnicy, którą niewielu zna.

Uśmiechnąłem się wesoło, rozpoznając te słowa i dośpiewałem:

Przybądź, wybrany, tajemnica ma
Czeka na ciebie, idź w kierunku snu.
Choćbyś wrócić nie miał nigdy tu.

Calista spojrzała na mnie zdumiona.
- Skąd znasz tę pieśń, Ash?
- Śpiewała ją jedna kobieta siedząca pod drzewem - odpowiedziałem - Spotkałem ją niedługo przed tobą.
Calista uśmiechnęła się radośnie.
- Myślę, że to ta sama kobieta, która do mnie zadzwoniła, a jej pieśń kryje sekret wejścia do ruin gór Curi-Curi. Czy pamiętasz, gdzie dokładnie słyszałeś tę pieśń?
- Pewnie - powiedziałem, wstając ze swego miejsca - To drzewo jest niedaleko stąd. Jeśli chcesz, to zabiorę cię tam zaraz.
- O! Mówisz, że idziesz tam ze mną?! - zawołała Calista, także wstając i patrząc na mnie uważnie.
Po tonie jej głosu łatwo wywnioskowałem, że dziewczyna jest bardzo zachwycona taką możliwością, a ja cóż... Ja zawsze lubiłem pomagać, a już zwłaszcza dziewczynom, dlatego musiałem z nią iść. Poza tym też bardzo zainteresowała mnie ta historia i bardzo chciałem wiedzieć, co będzie dalej. Dlatego też moja odpowiedź mogła być tylko jedna.
- Pewnie.
- Dzięki, Ash. To miłe z twojej strony - odparła na to Calista z wielkim uśmiechem na twarzy.

***


Poszliśmy więc w kierunku drzewa, przy którym widziałem już nieco wcześniej tę tajemniczą kobietę. Kiedy jednak do niej szliśmy, usłyszeliśmy nagle jakiś niepokojący hałas, jakby odgłosy walki.
- Co to było? - spytała Calista.
- Lepiej chodźmy to sprawdzić - odpowiedziałem.
Oboje pobiegliśmy w kierunku, skąd on dobiegał i zobaczyliśmy coś niezwykłego. Ta sama kobieta, którą wcześniej widziałem, teraz stała przed swoim drzewem, a obok niej był Pokemon Xatu, sporej wielkości zielone ptaszysko z czerwonym, indiańskim czubem z tyłu głowy i wyglądające jak rzeźba uwieczniona na totemie. Pokemon ten dziobał po głowach dwa inne Pokemony - a były to Cacnea i Seviper. Niedaleko nich stali przerażeni tym widokiem dobrze mi znani trzej osobnicy.
- To ta kobieta! - zawołałem - A z nią Zespół R!
- Zespół R? - zdziwiła się Calista.
- To złodzieje Pokemonów - wyjaśniłem.
Calista oburzona spojrzała w ich kierunku i krzyknęła:
- Hej! Zostawcie w spokoju tę kobietę!
Zespół R spojrzał szybko na nią i na mnie.
- To głąby! - zawołali jednocześnie.
- A raczej głąb z nową narzeczoną - rzucił złośliwie Meowth - Która to już z kolei?
- Hej, nie krzycz na nas, mądralo! - zawołała Jessie - Nie widzisz, że to my tu jesteśmy dziobani?!
Widocznie Xatu należał do tajemniczej kobiety, która musiała zostać zaatakowana przez Zespół R, ale zdołała się przed nimi obronić. Oczywiście widząc moją osobę, moi adwersarze zaraz skierowali swój gniew przeciwko mnie.
- Cacnea, użyj na nich Szpilkowych Pocisków! - zawołał James.
Jego Pokemon wystrzelił z łap pociski, ale Calista zaraz wkroczyła do akcji.
- Baltoy, Szybkie Wirowanie!
Jej stworek z miejsca zaczął bardzo szybko kręcić się wokół własnej osi, odbijając w ten sposób pociski Cacnea, które uderzyły teraz w Zespół R, który wściekły nie zamierzał tego tak zostawić.
- Seviper, użyj Owinięcia na Baltoyu! - zawołała Jessie.
- Pikachu, użyj Ataku Piorunem! - krzyknąłem.
Pikachu skoczył do przodu i poraził prądem Sevipera.
- Xatu, Cienista Kula! - krzyknęła tajemnicza kobieta.
Pokemon wykonał polecenie i już po chwili ciemna kula uderzyła w ziemię pod Zespołem R, wywołując wybuch na tyle mocny, że trio złodziei ze swoimi Pokemonami wystrzelili w przestworza.
- Jeszcze tu wrócimy! - wrzasnął Zespół R, znikając nam z oczu.
- Nic pani nie jest? - spytałem, podbiegając z Calistą do tajemniczej nieznajomej.
- Nie, wszystko w porządku - odpowiedziała kobieta - Dziękuję wam. Dziękuję za pomoc.
- Proszę... Niech mi pani wyjaśni znaczenie tej pieśni, którą pani nie tak dawno śpiewała - powiedziała Calista.
- Dlaczego? To tylko pieśń. A w ogóle, to o czym ty mówisz?
- Mówię o tej pieśni, którą usłyszał mój przyjaciel Ash, kiedy ją pani śpiewa. Tę samą pieśń mam zapisaną w swojej książce. Szczególnie mnie ciekawi ta część pieśni, gdzie śpiewa pani o pójściu ścieżką Baltoya. Myślę, że ta ścieżka może mnie zaprowadzić do starożytnych ruin zawierających najcenniejszy skarb w kosmosie.
Kobieta pokiwała lekko głową i powiedziała już nieco innym, bardziej przyjaznym tonem:
- Wiedziałam. Wiedziałam, że zwróciłam się do właściwej osoby. Od chwili, gdy się o tobie dowiedziałam wiedziałam, że możesz mi pomóc, a kiedy rozmawiałyśmy przez telefon, to miałam już całkowitą pewność, iż się nie pomyliłam. Jesteś właściwą osobą na właściwym miejscu.
Następnie kobieta spojrzała na mnie i spytała:
- Widziałam cię dzisiaj w lesie. A teraz bardzo mi pomogłeś. Do tego przychodzisz tu z Calistą. Musisz więc być jej przyjacielem, mam rację?
- Tak, to mój przyjaciel - wyjaśniła Calista - Bez niego bym tutaj nie trafiła.
- No dobrze. A więc, mój drogi chłopcze... To, co teraz zobaczycie jest wielką tajemnicą, której nie może poznać byle kto. Musisz mi obiecać, że nie powiesz o tym nikomu.
- Obiecuję - powiedziałem, uderzając się lekko prawą pięścią w pierś.
- I ja to obiecuję - dodała Calista.
- Pika-pika! - pisnął Pikachu, zamykając oczy i podnosząc łapkę jak do przysięgi.
- Wobec tego chodźcie za mną - powiedziała kobieta i skierowała swe kroki w kierunku drzewa, w którym wcześniej ją widziałem.
Poszliśmy za nią, a Xatu zamykał korowód, który powoli wkroczył do środka owego drzewa przez wielką, wydrążoną w nim dziurę. Tajemnicza nieznajoma śpiewała tymczasem:

Przybądź, wybrany, tajemnica ma
Czeka na ciebie, idź w kierunku snu.
Choćbyś wrócić nie miał nigdy tu.

Gdy już znaleźliśmy się w środku drzewa, kobieta dotknęła niewielkiej gałęzi wyrastającej z jednej z drewnianych ścian i pociągnęła ją lekko w dół. Wówczas ziemia nam się zapadła pod nogi i wszyscy z głośnym krzykiem polecieliśmy w dół jakimś tajemniczym tunelem. Nie wiem, jak długo nim spadaliśmy, ale przynajmniej kilka minut, choć tu mogę się mylić. W końcu jednak ujrzeliśmy jakieś światełko, a potem wpadliśmy w nie i wylecieliśmy z tunelu prosto na stertę wyschniętej trawy położonej tam chyba po to, aby było na co spadać.
- Myślałem, że nigdy się nie zatrzymamy - powiedziałem.
- Patrzcie! - zawołała Calista.
Spojrzałem szybko przed siebie i zauważyłem, że znaleźliśmy się w podziemnym pomieszczeniu. Na jednej z jego ścian były jakieś malowidła. Aby je obejrzeć, należało wbiec na spore podwyższenie zbudowane tak, że miało ono schody z trzech stron, a z czwartej było przymocowane do ściany z malunkami. Wbiegłem po schodach razem z Calistą, Pikachu i Baltoyem na owo podwyższenie i przyjrzałem się tym dziwnym obrazom.
- To rysunki cywilizacji Balatoyów! - powiedziała zachwycona Calista.
- Tej, o której mi mówiłaś?
- Dokładnie. Muszą pochodzić ze starożytnych czasów, kiedy Baltoye żyły w symbiozie z ludźmi. I wiesz, wygląda na to, że ta cywilizacja była super zaawansowana.


- Przepraszam panią, ale czy nie wie pani może, gdzie możemy znaleźć najcenniejszy skarb w kosmosie? - spytałem.
- Tak - powiedziała kobieta, wskazując na lewo.
Spojrzeliśmy w stronę, którą nam pokazała. Znajdował się tam wielki, okrągły, drewniany pniak przygnieciony wielkimi kamieniami.
- Naprawdę? - spytała Calista - To jest ten skarb?
- To tylko sterta kamieni - zauważyłem.
- To dlatego, że było tutaj wielkie trzęsienie ziemi, przez które zawaliła się część ściany - wyjaśniła nam nieznajoma, podchodząc do tego wielkiego pniaka - Ale pod tą stertą kamieni jest najcenniejszy wynalazek cywilizacji Balatoyów. Niestety, mój Baltoy też tam jest.
- O nie! - jęknąłem.
- To okropne! - dodała Calista.
- Pomóżmy mu się wydostać! - zawołałem i podbiegłem do tej sterty kamieni.
Niestety, poruszenia choćby jednego z nich przeze mnie zakończyła się całkowitą porażką.
- Nie mogę nawet nim poruszyć - jęknąłem załamany.
- Musi być coś, co możemy zrobić, żeby pomóc - powiedziała Calista, patrząc załamana na nieznajomą.
Nieznajoma spojrzała na moją przyjaciółkę i odparła:
- Calisto, ty i twój Baltoy możecie to zrobić. Oczywiście, używając właściwego ataku.
- Oczywiście! - zawołała wesoło Calista - Dobrze, Ash. Lepiej odsuń się z drogi.
- Dobrze - powiedziałem i stanąłem tuż obok niej.
- Xatu, Świetlista Ściana - rozkazała swemu Pokemonowi nieznajoma.
Ten podniósł powoli skrzydła w górę i wytworzył przed nami wielką, prostokątną, przeźroczystą ścianę.
- Baltoy, użyj Dezorientacji, żeby ruszyć te skały - rozkazała Calista.
Baltoy pisnął potakująco i podniósł za pomocą swoich psychicznych mocy całą stertę kamieni, a następnie pokruszył je na małe kawałki, które poleciały na wszystkie strony i z pewnością by w nas uderzyły, gdyby nie to, że Xatu stworzył nam zawczasu osłonę.
Gdy już kamienie, po zetknięciu się z osłoną zamieniły się w drobny mak, naszym oczom ukazał się odsłonięty wielki, okrągły pniak i leżący na nim Baltoy, bardzo podobny do tego, który to właśnie usunął głazy. Xatu opuścił swoją osłonę, zaś nieznajoma podbiegła do swojego Baltoya, biorąc go czule na ręce. Przy okazji odsłoniła sobie usta i można było zobaczyć, że jest bardzo przejęta.
- Baltoy, przemów do mnie - poprosiła.
Pokemon spojrzał na nią czule i zapiszczał delikatnie.
- Wiem, jak było ci ciężko. Odpocznij trochę.
To mówiąc kobieta wyjęła pokeball i schowała w nim swojego Baltoya.
Ja i Calista powoli weszliśmy na ogromny pniak, bardzo uważnie mu się przyglądając. Znajdowało się na nim wiele dziwnych znaków: małe koło w większym kole, w jeszcze większym kole, które było w ogromnym kole, zawierającym też jakieś dziwne linie, jakby znak promieni słonecznych lub też kierunki świata. Wokół tego wszystkiego znajdowała się jakby ramka z wymalowanymi na niej znakami.
- To jest najwspanialszy wynalazek cywilizacji Balatoyów? - spytałem z lekkim niedowierzaniem.
- Właśnie - potwierdziła nieznajoma - To oto cudo daje ci dostęp do najcenniejszego skarbu w całym kosmosie.
- Tak? Naprawdę? - zdziwiła się Calista.
- Skoro to jest ukryte, to w jaki sposób się pani o tym dowiedziała? - zapytałem.
- Właśnie! - dodała Calista, sięgając do swojego plecaka i wyjmując z niego swoją książkę - W mojej książce pisze, że jeszcze nikt nie odkrył tego skarbu.
- Tak, to prawda - odparła z uśmiechem nieznajoma - Bardzo mądra książka, prawda? Ja też mam taką.
To mówiąc wyjęła zza pazuchy taką samą książkę, jaką miała Calista, ale bardziej zniszczoną przez czas.
- Hej, to moja książka! - zawołała Calista zdumiona.
- To ta książka przekonała mnie do badania cywilizacji Balatoyów - rzekła nieznajoma, przytulając książkę do piersi.
- Niewiarygodne - powiedziałem.
- Moi rodzice nie pozwalali mi prowadzić wykopalisk, mojej pasji - mówiła dalej kobieta smutnym tonem.
- To samo przydarzyło się Caliście - zauważyłem.
- Obawiam się, że zmarnowałam dużo czasu i energii w moim życiu, próbując ich przekonać, iż są w błędzie.
- Ale w końcu odkryła pani ten skarb, prawda? - spytała Calista.
- Owszem, ale jeśli chodzi o cywilizację Balatoyów, to niestety dopiero zaczęłam. Calisto, mamy tylko jedno życie i czasem tylko jedną szansę na to, żeby podążać za marzeniami.
- Dobrze wiem, co ma pani na myśli - zasmuciła się Calista i nagle coś ją tknęło - Ale zaraz! Ta książka wyszła dopiero kilka miesięcy temu, więc jestem pewna, że jest nowa!
- Tak? - zdziwiłem się, patrząc na książkę mojej przyjaciółki - Więc jak to możliwe, że pani książka wygląda tak staro?
- Właściwie to mam tę książkę od lat i używałam jej przez całe moje badania.
Czułem, że powoli dostaję kręćka, próbując to jakoś logicznie ze sobą połączyć. Co prawda miałem już pewną teorię na ten temat, ale była ona na tyle absurdalna, iż wolałem nawet nie wypowiadać jej na głos.
- Ale jak to możliwe? - spytała moja przyjaciółka.
- Nie martw się, Calisto - uśmiechnęła się lekko nieznajoma - Teraz wyświadcz mi przysługę i poproś, żeby Baltoy użył Szybkiego Wirowania w tym oto magicznym kole. Wtedy też dowiesz się, co jest najcenniejszym skarbem w całym kosmosie.
- Dobrze - zgodziła się Calista.
Nim jednak zdążyliśmy coś zrobić, to poczuliśmy, aż ziemia się trzęsie, a chwilę później z wielkim hukiem w jednej ze ścian została wywiercona wielka dziura, przez którą to wparował jakiś dość dziwaczny, żółty pojazd podziemny.
- Hej, co to?! - zawołałem.
Z maszyny dobiegł mnie dobrze mi znany czyiś śmiech. Wiedziałem już, z kim to mamy do czynienia. Zespół R nie rezygnował. Widać te dranie musiały mieć tu w pobliżu ukrytą jedną z tych swoich maszyn i teraz ją użyli przeciwko nam.
- Widzisz, James? Mówiłam ci, że ich tutaj znajdziemy - powiedziała Jessie, wysuwając się z kokpitu maszyny.
- Tak, ale wygląda na to, że mają towarzystwo - dodała James, robiąc to samo.
- Towarzystwo, które niestety muszą zaakceptować - zachichotał podle Meowth, stając obok swoich kompanów.


- Zespół R! Mogłem się domyślić! - zawołałem wściekły.
Całe podstępne trio powróciło do maszyny.
- Zacznijmy powoli, dobrze? - powiedziała Jessie.
- Jeden Baltoy raz, proszę! - zawołał Meowth.
Po chwili jedna z dwóch wielkich rąk po bokach maszyny wysunęła się w naszą stronę i złapała Pokemona Calisty.
- O nie! Baltoy! - krzyknęliśmy ja i moja przyjaciółka.
- Sukces! - zawołał radośnie Zespół R.
- Bardzo dobry początek - rzekła Jessie.
- To teraz do większych spraw - dodał James.
- A to znaczy wykopać stąd skarb - miauknął Meowth.
Chwilę później z dzioba ich przeklętej maszyny wysunęło się kilka narzędzi wiertniczych.
- Stójcie! - zawołała nieznajoma - Jeżeli uszkodzicie magiczne koło, to zniszczycie jego moc na zawsze!
Oczywiście Zespół R (jak to też było do przewidzenia) zlekceważył ją i ruszył swoją maszyną w kierunku wielkiego pniaka, którego nieznajoma nazwała magicznym kołem.
- Xatu, teleportacja! - zawołała nieznajoma.
Pokemon wykonał polecenie i na chwilę zniknął, aby po chwili ukazać się na dachu maszyny Zespół R.
- Atak Dziobania!
Xatu zaczął uderzać dziobem w machinę, jednak nie uczynił jej żadnej szkody.
- Ten atak nie uszkodzi naszej stali - zaśmiał się Meowth.
Następnie druga, nie trzymająca Baltoya łapa machiny uderzyła w Xatu i strąciła go z niej.
- Xatu! - jęknęła nieznajoma.
- Więc jest zrobiony ze stali, tak? - spytałem głośno.
- Tak i to twardszej niż niż twoja głowa, głupku! - zawołał Meowth.
- To nie będzie dla nas problem, prawda? - zaśmiałem się i spojrzałem na Pikachu - Co powiesz, żeby dać im łagodnego pioruna?
Mój przyjaciel zrozumiał, co ma robić, ponieważ zaraz skoczył przed siebie i zaatakował prądem ramię ściskające Baltoya. Chwilę potem ramię eksplodowało i Baltoy był wolny. Zespół R bynajmniej nie był tym faktem zadowolony.
- Baltoy, Szybkie Wirowanie! - zawołała Calista.
Pokemon niesamowicie szybko wirować wokół własnej osi i uderzył kilka razy w maszynę Zespołu R, rozwalając jej przednią część w drobny mak. Tylna zaś, pozbawiona przodu, nie mogła jechać i stanęła w miejscu.
- To było niesamowite! - powiedziałem zachwycony.
- Jesteśmy rozbici - załkała Jessie.
- Ale przecież był zrobiony ze stali - dodał James.
- Ze stali, to my teraz potrzebujemy nerwów, aby przetrwać to, co się zaraz stanie - jęknął przerażony Meowth, gdy tylko zobaczył nasze wściekłe miny.
- Teraz, Xatu! Cienista Kula! - krzyknęła nieznajoma.
Jej Pokemon uderzył mocą w maszynę Zespołu R, która natychmiast od tego eksplodowała. Nasze złodziejskie trio zdążyło w ostatniej chwili się ewakuować za pomocą katapulty w swoich siedzeniach, ale i tak wybuch ich maszyny był tak mocny i silny, że niezbyt komfortowo wbili się oni w sufit, a kiedy Pikachu poprawił im piorunem, a Xatu kolejną Cienia, to przebili się przez głębokie podziemia prosto na powierzchnię i zniknęli nam z oczu, krzycząc:
- Zespół R znowu błysnął!
- Udało się nam! - krzyknąłem radośnie.


Skoro już wszystko było w porządku, to mogliśmy powrócić do tego, czym się zajmowaliśmy zanim nam przerwano.
- Czy teraz Baltoy mógłby użyć Szybkiego Wirowania w magicznym kole? - spytała nieznajoma.
- Dobrze - zgodziła się Calista - Gotowy, Baltoy?
Pokemon zapiszczał lekko i wskoczył do tego tzw. magicznego koła, po czym zaczął wirować z zawrotną szybkością.
- Co to za skarb, o którym cały czas była mowa? - spytałem.
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu, wskakując mi na ramię.
Wszystkie znaki na owym pniaku zaczęły świecić jasnym blaskiem. Potem zaś z owego kręgu wystrzeliła ogromna, biała poświata, tak szeroka, jak szeroki był tzw. magiczny krąg.
- Calisto... Widzisz to, co ja? - spytałem zdumiony.
- Trochę się boję - odpowiedziałam przerażonym głosem Calista, lekko łapiąc mnie za rękę.
Nieznajoma zaś uśmiechnęła się jeszcze mocniej i powoli ruszyła w kierunku owej poświaty.
- Chwileczkę! Gdzie pani idzie?! - zawołała zdziwiona Calista.
Kobieta powoli wkroczyła w krąg i odwróciła się do nas. Wówczas jej płaszcz poderwał się w górę, a kaptur zleciał z jej głowy. Mogliśmy wtedy zauważyć, że kobieta jest naprawdę bardzo piękna, ubrana w białą suknię, o postaci, z której biło dobro i wielka sympatia.
- Kim... pani... jest? - jęknęła Calista.
- Teraz mogę ci powiedzieć - odpowiedziała jej kobieta - Nazywam się Calista.
Chyba jeszcze nigdy nie byłem tak zdziwiony, jak właśnie teraz. Moja przyjaciółka zresztą też. Oboje patrzyliśmy zszokowani na to, czego właśnie byliśmy świadkami. Kobieta tymczasem zdjęła okulary przeciwsłoneczne i powiedziała:
- Jestem tobą, ale z przyszłości, Calisto.
- Z przyszłości? - zdziwiła się moja przyjaciółka.
- O tak. Właśnie to dała nam cywilizacja Balatoyów. Wehikuł czasu. Nauczyłam się, że najcenniejszym skarbem jest czas.
- Wehikuł czasu? - spytałem zdziwiony.
- Wynaleźli go tak dawno temu? - zapytała Calista.
- Tak, ale niestety mój czas był zbyt krótki, aby móc poznać więcej sekretów. I dlatego zostawiam tobie dokończenie moich badań. Przybyłam tutaj, żeby wesprzeć cię w twoich marzeniach. Nasz wspólny czas nie był może i długi, ale był magiczny.
- Och, nie odchodź! - zawołała Calista, podbiegając do kobiety, ale nie przekraczając poświaty - Nigdy wcześniej nie przeżyłam czegoś takiego. Proszę! Musisz mnie jeszcze wiele nauczyć!
- Ta sama osoba nie może istnieć w dwóch różnych postaciach w tej samej przestrzeni przez dłuższy czas. To znaczy, że musisz kontynuować tę pracę sama.
- Ale jeśli jesteś z przyszłości, to ty już istniejesz, a ja nie mogę tego zmienić - Calista przysunęła lewą dłoń do poświaty.
- Ale ty już zmieniłaś przyszłość - powiedziała do niej czułym głosem kobieta, też przysuwając do poświaty swoją dłoń.
- Ja? Jak?
- Kiedy poprosiłam cię o pomoc, to przyszłaś z wielką odwagą i to bez pytania. To właśnie taka odwaga, jak twoja może zmienić naszą przyszłość. Proszę, zapamiętaj to. I zapamiętaj, co mówi pieśń cywilizacji Balatoyów.
A po chwili obie zaczęły śpiewać piosenkę:

Słuchaj, posłuchaj pieśni mojej.
Baltoyów ścieżką zmierzaj do tej...
Tej tajemnicy, którą niewielu zna.

Przybądź, wybrany, tajemnica ma
Czeka na ciebie, idź w kierunku snu.
Choćbyś wrócić nie miał nigdy tu.

Choćbyś się bał, drogę musisz znać.
Jesteś wybrany i nie możesz w miejscu stać.
Przejdź przez przeszkodę z gwiazd mleka.
Ścieżka Baltoyów na ciebie czeka.

Calista z przyszłości powoli cofnęła się do samego środka magicznego kręgu, a następnie cała jej postać zaczęła powoli stawać się przeźroczysta, aż wreszcie zniknęła.
- Nie! - zawołała teraźniejsza Calista.
Było już jednak za późno. Jej przyszłe ja zniknęło, zaś cała poświata zniknęła... razem z Baltoyem mojej przyjaciółki, który jednak już po chwili zmaterializował się przed nią. Najwidoczniej przeniósł on Calistę dorosłą do jej czasów, a teraz powrócił do swojej trenerki, która wzięła go mocno w objęcia.
- Wiesz, Baltoy... Chyba właśnie z odwagą zmieniliśmy przyszłość - powiedziała bardzo zachwyconym głosem dziewczyna.
Następnie spojrzała w górę i zawołała:
- Przyszła ja! Dziękuję bardzo!
- Chyba czas jest najcenniejszym skarbem w kosmosie, przyjacielu - powiedziałem do Pikachu, z uśmiechem obserwując całą tę sytuację.
- Pi-ka! - pisnął radośnie Pikachu.

***


Baltoy za pomocą swoich mocy przeszedł przez dziurę w suficie na powierzchnię, a ja i Calista zrobiliśmy to samo przez tajne przejście, potem zaś razem zatkaliśmy dziurę ogromnym głazem oraz ziemią, dzięki czemu dziura przestała być widoczna, a możliwość jej wypatrzenia i trafienia przez nią do wehikułu czasu raczej niewielka. Powróciliśmy jeszcze na chwilę do głównego wejścia i spojrzeliśmy na nie z sentymentem. Ponieważ mgła już całkowicie opadła, to mogliśmy je obejrzeć bardzo dokładnie.
- To miejsce zawsze będzie dla mnie wyjątkowe - powiedziała Calista, delikatnie dotykając drzewa - Dowiedziałam się czego bardzo ważnego o sobie, spełniłam swoje wielkie marzenie, a w dodatku zyskałam przyjaciela. Mojego pierwszego przyjaciela w życiu.
- Daj już spokój, na pewno masz ich więcej niż twoje przyszłe ja - uśmiechnąłem się wesoło.
- Nie mam i nie mówię o moim przyszłym ja. Mówię o tobie, Ash.
- O mnie?
- Tak - Calista patrzyła na mnie z wielkim uśmiechem - Zachowałeś się jak prawdziwy przyjaciel. Bez ciebie nigdy bym tutaj nie trafiła. Jak ja ci kiedykolwiek za to podziękuję, Ash?
- Och, to nic takiego - zaśmiałem się - Nie zapominaj, że ja również się dzisiaj wiele nauczyłem.
- Od teraz będę pracowała najciężej, jak tylko się da nad tym, czego naprawdę chcę.
- Tak, ja też. Moim marzeniem jest zostać Mistrzem Pokemon.
- I nim zostaniesz, wiem to.
- Dzięki.
- To ja ci dziękuję, Ash. Nigdy nie zapomnę dzisiejszej przygody. I nie zapomnę też ciebie.
- Ani ja ciebie, Calisto. Zawsze będę cię pamiętał. I wiesz co? Weź coś ode mnie na pamiątkę.
To mówiąc wyjąłem z mojego plecaka szkło powiększające i podałem jej z uśmiechem.
- Weź to ode mnie. Kupiłem je sobie niedawno po pewnej przygodzie, która mnie spotkała na morzu... Poznałem wtedy bardzo miłego detektywa i myślę, że mógłbym tak od czasu do czasu rozwiązywać zagadki. W końcu Mistrz Pokemonów też może prowadzić śledztwa, prawda?
- Na pewno, Ash. Po dzisiejszej przygodzie nie sądzę, aby była jakaś sprawa, która by ciebie przerosła.
- Dziękuję - zarumieniłem się lekko - Proszę, weź tę lupę. Ja... Ja sobie kupię nową, jak będę w najbliższym mieście. Tak sobie myślę, że tobie jako przyszłemu archeologowi może się ona bardziej przydać.
- Och, Ash... To bardzo miłe - powiedziała wzruszona Calista, biorąc ode mnie szkło powiększające ze wzruszeniem - Będę go z dumą używać.
Po tych słowach schowała ona lupę do plecaka, owijając ją wcześniej w chusteczkę i wyjęła swoją książkę.
- Weź to ode mnie, Ash.
- Ale... To źródło twojej wiedzy - powiedziałem - Nie, ja nie mogę tego przyjąć.
- Możesz, Ash. Możesz i nie przejmuj się. Zanim wrócę do domu, to sobie kupię drugą. Są jeszcze w księgarniach. Nie przejmuj się. Chcę, żebyś czytając ją myślał o mnie. Poczekaj!
Wyjęła długopis i napisała na pierwszej stronie książki dedykację dla mnie i podała mi ów piękny prezent. Wziąłem go od niej bardzo wzruszony i powiedziałem:
- Calista... Dziękuję ci. To naprawdę jest piękny prezent. Zachowam tę książkę jako symbol naszej przyjaźni.
- A ja tę lupę. Będzie mi ona zawsze przypominała o moim przyjacielu, Ashu, dzięki któremu odnalazłam swoje przeznaczenie.
Po tych słowach dziewczyna rzuciła mi się na szyję i ucałowała mnie czule w policzek.
- Dziękuję ci, Ash. Dziękuję! - zawołała wzruszona - Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy.
- Ja również mam taką nadzieję - odpowiedziałem jej, równie mocno wzruszony tą sytuacją.
Calista uściskała mnie jeszcze raz, pomachała mi delikatnie palcami prawej ręki na pożegnanie i pobiegła przed siebie, a wierny Baltoy sunął u jej boku.
- Trzymaj się - powiedziałem cicho.
- Ash, tutaj jesteś! - usłyszałem nagle za sobą głos Brocka.
Obejrzałem się za siebie i zauważyłem, że mój drogi przyjaciel biegnie właśnie w moją stronę, a May i Max razem z nim.
- Martwiliśmy się o ciebie - powiedział Max.
- Jesteś cały? - spytała May.
- Cieszę się, że cię znaleźliśmy - dodał Brock.
- Też się cieszę - odpowiedziałem im radośnie.
- Baliśmy się, że spadłeś gdzieś w przepaść - powiedziała May.
- Tak, moja siostra wypłakiwałaby po tobie oczy, gdyby tak się stało - zachichotał Max - W końcu kto potem by się z nią ożenił? Zostałaby starą panną do końca życia.
May dała mu lekko piąstką w głowę. Max zły jak Beedrill próbował na nią skoczyć, ale Brock w ostatniej chwili rozdzielił oboje, patrząc na mnie załamany.
- Wiesz co, Ash? Myślałem, że podróżując daleko od domu nie będę musiał oglądać takich atrakcji, a tu proszę... Czuję się jak u siebie.
Parsknąłem śmiechem, obserwując to wszystko i jednocześnie bardzo żałując, że Calista tego nie widzi, ponieważ z pewnością śmiałaby się razem ze mną z tego widowiska.

***


- O! No proszę! Buzi-buzi pod drzewem - zaśmiał się Max, kiedy Ash skończył już swoją opowieść - Nic dziwnego, że nam o tym nigdy nie opowiadałeś.
- Jaka to romantyczna opowieść - powiedziała wzruszona Bonnie.
- Raczej niesamowita - stwierdził Max - Jak z dobrego filmu sf.
- Tak, to prawda - uśmiechnął się Gary - No i kto by pomyślał, że ona widziała cię tylko raz w życiu i już cię zapamiętała na zawsze.
- To akurat jest bardzo prawdopodobne - zaśmiała się May - Chyba każdy, kto pozna lepiej Asha, musi go dobrze zapamiętać. Oczywiście od tej najlepszej strony.
- Zgadzam się - powiedziałam z uśmiechem - Choć powinnam być na ciebie zła, kochanie.
- A za co? - spytał Ash - Że nie mówiłem ci wcześniej o Caliście? Nie było okazji ani powodu, aby o niej opowiadać. A poza tym... No, dopiero teraz przypomniałem sobie o Caliście. Może to nie brzmi jakoś zbyt dobrze z mojej strony, ale poznałem tylu ludzi w swoim życiu i nie mam chyba możliwości zapamiętać wszystkich.
- Ale chyba pamiętasz osobę, która cię całowała w lesie - zaśmiałam się do niego zadziornie - I teraz już wiem, kim jest dziewczyna, od której masz tę książkę trzymaną przez ciebie wraz z innymi pamiątkami.
Ash uśmiechnął się lekko do mnie.
- Sereno, maleńka... Nigdy przed tobą nie ukrywałem, od kogo mam tę książkę.
- Ale nigdy też nie mówiłeś zbyt wiele o tej osobie, a to nieładnie. Poza tym... Poza tym pytałam cię kiedyś, w jakich dziewczynach się kochałeś i nie wspomniałeś Calisty.
- Ale ja się w niej nie kochałem. Ja po prostu ją lubię i tyle.
- Oczywiście. Nie wątpię - zaśmiałam się zadziornie.
Tak naprawdę poczułam się trochę zazdrosna o to, że Ash mi nigdy wcześniej nie mówił za wiele o Caliście, tylko w kontekście tej książki i to tylko ogólnikowo kilka zdań, a wyraźnie przecież wywnioskowałam z jego opowieści, że musiał coś do niej czuć, chociaż może po prostu wyciągałam zbyt pochopne wnioski. Tak czy inaczej nie miałam za złe Ashowi, że mógł się zauroczyć w pięknej dziewczynie, ale też miałam mu za złe to, iż nigdy mi o tych uczuciach nie chciał mówić. Mieliśmy wszak sobie zawsze mówić prawdę, a tu się nagle okazuje, że pewne prawdy są przede mną ukrywane. To było dziwne i nienaturalne, zwłaszcza w miłości, którą przecież do siebie oboje czujemy.
- Dobrze, moi kochani - powiedział po chwili milczenia Ash - Sprawa jest bardzo prosta. W tej sytuacji nie mogę zasłaniać się emeryturą. Muszę pomóc przyjaciółce w potrzebie. Muszę ją uratować, choć pewnie to będzie niebezpieczna wyprawa.
- A jaka niby nie była? - mruknął Max - Zwłaszcza, odkąd zostaliśmy detektywami, to ciągle mamy jakieś niebezpieczne wyprawy przed sobą i co? Jakoś wychodzimy z nich cało.
- Wiesz... Nie zawsze los się będzie dla nas uśmiechał - rzekł Ash.
- Nie pleć już bzdur, stary - rzucił dowcipnie Gary - Jesteś dzieckiem szczęścia i wychodzisz cało z każdej opresji. Nawet z objęć własnej śmierci w Wąwozie Diabła zdołałeś uciec.
Max i Bonnie zaśmiali się wesoło i zaśpiewali:

Rzecz cała w wielkim skrócie,
Zabili go i uciekł,
Więc kiwa palcem w bucie,
W tył i w bok i w przód.

- Dokładnie - zaśmiałam się - Sama bym tego lepiej nie określiła. Więc kiedy jedziemy?


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...