czwartek, 19 kwietnia 2018

Przygoda 112 cz. II

Przygoda CXII

Mój jedyny przyjaciel cz. II


Opowieść na temat tajemniczej wiadomości, która to została wysłana Ashowi sprzed 3000 lat musiała jednak poczekać z niezwykle ważnego powodu, którym okazał się być obiad, wcześniej zapowiedziany przez panią Cheerful. Sama nasza droga gospodyni przyszła do pokoju, aby nam o tym przypomnieć, dlatego też nie mogliśmy kontynuować rozmowy, zwłaszcza, iż Ashowi i Pikachu jak na zawołanie nagle zaburczało w brzuchach, a stało się to chwilę po tym, gdy Kasandra wspomniała słowo „obiad“. Miałam już nieraz do czynienia z taką sytuacją, w której mój luby i jego wierny starter mieli jednoczesne burczenie w brzuchu na dźwięk tego jakże magicznego słowa, ale mimo wszystko nieustannie mnie to bawiło.
- Och, wybacz nam, ciociu... Zagadaliśmy się - powiedział Ash wesoło do naszej gospodyni - Dziękuję, że nam o tym przypomniałaś, bo byśmy chyba jeszcze tu długo gadali, a przecież obiad nie może czekać.
- Ano nie może - zaśmiała się kobieta - Dobrze, kochani. Chodźcie już, bo obiad wam wystygnie. Mam też wielką nadzieję, że nasi drodzy goście zechcą zjeść z nami.
- Ja z wielką chęcią - powiedział Gary Oak.
- Jeśli tylko nie sprawi to pani trudności - dodała May, która to jak zwykle bardzo uprzejmym tonem.
- Coś ty, moja droga? - uśmiechnęła się do niej bardzo czule kobieta - W żadnym razie to nie jest dla mnie trudność. Poza tym dużo tego zrobiłam, więc czemu by się miało zmarnować? No, to już chodźcie, kochani.
Poszliśmy do jadalni i usiedliśmy przy stole. Oprócz naszej czwórki (przy czym liczę tylko ludzi, bo Pokemony dostały swoje karmy) obiad jedli również państwo Cheerful, Winston Krupsh oraz Bonnie i Max (którzy parę minut wcześniej powrócili z miasta). Clemont jadł posiłek razem z Dawn i Stevenem Meyerem w uzdrowisku. Kasandra powróciła z niego, ponieważ zadzwonił do niej mąż mówiąc, iż mamy gości szukających Asha i on chce dla nich zrobić obiad, ale jego żona doskonale wiedząc, jak bardzo znikome są umiejętności jej męża w sztuce kulinarnej, szybko powróciła do domu, powierzając swego pacjenta pozostałemu, naprawdę zaufanemu personelowi medycznemu. Poprzez powrót do domu chciała ona uniknąć kompromitacja przed młodym Oakiem oraz panną Hameron, dlatego też była obecna przy obiedzie, bo z powodu swojej pracy rzadko jadała obiady w domu, zwykle jedząc ten posiłek w uzdrowisku, a po nim wracała do swoich obowiązków, których miała bez liku jako szefowa tego budynku. Wracała zwykle na kolację i ją jadła z całą swoją rodziną, ale tym razem uznała, że pacjenci i personel sobie poradzą bez niej, a jej dobre imię musi być ocalone przed wątpliwymi talentami kulinarnymi męża.
Gary i May oczywiście nie mogli nachwalić się tego, jak to wspaniale smakuje posiłek naszej drogiej gospodyni i gdyby nie fakt, że jedzenie było naprawdę smaczne, to pomyślałabym, iż po prostu się jej podlizują, ale to nie mogło mieć miejsca z powodu właśnie tego, że Kasandra była świetną kucharką i jedzenie przez nią przygotowane było przepyszne, więc nikt nie miał powodów do narzekania, ale za to powodów do pochwał było bardzo wiele.
Gdy więc posiłek się skończył, a pani Cheerful powróciła do swoich obowiązków w uzdrowisku, to Ash wraz ze mną, Pikachu, Maxem, Bonnie, Garym, May i Buneary poszliśmy do osobnego pokoju, aby porozmawiać o tym, co też sprowadza naszych przyjaciół do Melastii. Max i Bonnie, z tego powodu, że nie byli obecni przy tym, gdy Gary i May wyjaśniali nam to, co ich sprowadza, więc nasi drodzy goście musieli im to w skrócie powtórzyć, po czym młody Oak wyjął ze swojego plecaka kartę pamięci wsuniętą w specjalną kartę matkę.
- Obejrzyj to bardzo uważnie, Ash, bo to naprawdę niezwykle ciekawe - powiedziała May.
Ash i siedzący mu na ramieniu Pikachu uważnie wpatrywali się w kartę pamięci, a my robiliśmy to razem z nim. Chwilę później Gary nacisnął na karcie jakiś mały przycisk, zaś naszym oczom ukazał się niewielki ekran hologramowy. Na nim znajdowała się młoda dziewczyna, prawdopodobnie w wieku moim i Ashu, ubrana w niebieską letnią sukienkę, czarne buty i białe skarpetki. Miała ona zielone oczy oraz piękne, puszyste włosy barwy ciemno-brązowej. Wyglądała naprawdę prześlicznie i nie umiałam temu zaprzeczyć, a właściwie to nawet nie chciałam.


- Wiem, że trudno jest w to wszystko uwierzyć, ale właśnie znalazłam się w roku 1003 p.n.e. w mieście Balatoy zbudowanym w dolinie gór Curi-Curi przez plemię Balatoyów. Zostałam schwytana przez miejscowych i uwięziona przez nich w ich lochu. Nie mam widoków na to, że zdołam się stąd wydostać, a do tego wiele wskazuje na to, iż zostanę zabita. Z tego, co zrozumiałam z ust moich oprawców zostałam wzięta za szpiega ich wrogów i miejscowy wódz zastanawia się, w jaki sposób ma mnie potraktować. Moja ucieczka stąd jest mało możliwa i grozi mi to, że niedługo dam głowę za swoją ciekawość. Na całe szczęście nie zabrali mi moich rzeczy, których nie znają, bo pochodzą z moich czasów. Dlatego właśnie udało mi się zachować moją przenośną kamerę. Mogę więc teraz nagrać tę wiadomość. Co prawda wątpię, aby kamera przetrwała do naszych czasów, ale producent twierdzi, że zawarta w niej karta pamięci może przetrwać zakopana w ziemi nawet pięć tysięcy lat. Pozostaje mi tylko wierzyć, że tak właśnie jest. Dlatego nagrywam tę wiadomość. Miasto to zostało odnalezione w listopadzie 2007 roku, a ja trafiłam tutaj trzy miesiące później. Obecnie znajduję się w dniu 30 lipca 1003 r. p.n.e, lecz widzę wyraźnie, że przeniesienie się tutaj było poważnym błędem. Mogę się jednak jeszcze jakoś ocalić i dlatego właśnie nagrywam tę wiadomość. Nie wiem, kiedy zostanie ona odnaleziona, ale mam nadzieję, że przynajmniej na początku 2008 roku n.e.
Słuchajcie mnie teraz uważnie, dobrzy ludzie, którzy właśnie oglądacie tę wiadomość. Trafiła do tego miejsca za pomocą pewnego przejścia, które dawno temu odkryłam. Miałam wówczas tylko dwanaście lat i wraz z moim Baltoyem znalazłam to pewne miejsce, w którym znajdował się największy skarb cywilizacji Balatoyów, czyli wehikuł czasu. To jest specjalne miejsce uruchamiane dzięki mocy Baltoyów, które to żyły z Indianami z plemienia Balatoyów w wielkiej przyjaźni. Takich miejsc jest na pewno więcej, ale ja znalazłam tylko jeden z nich. I nie byłam wtedy sama. Towarzyszyli mi mój Baltoy i jedna osoba... To był chłopak w moim wieku. Miał na imię Ash. Nie znałam wcześniej jego nazwiska, ale niedawno przybyłam na wykopaliska prowadzone przez słynnego uczonego, profesora Spencera Hale’a oraz jego córkę Molly. Z rozmów z nimi dowiedziałam się o ich przyjacielu, Ashu Ketchumie, Mistrzu Pokemonów i znanym detektywie. Do tego spotkałam May Hameron i z rozmów z nią wywnioskowałam, że Ash Ketchum i mój drogi przyjaciel Ash to jedna i ta sama osoba. Poza mną tylko on wie, gdzie znajduje się wehikuł czasu odnaleziony kiedyś przeze mnie i przez niego. Dlatego właśnie proszę was, żebyście przekazali mu tę wiadomość.
Ashu Ketchum... Zwracam się teraz do ciebie. Mam wielką nadzieję, że się nie pomyliłam w swoich przypuszczeniach i jesteś tym, kim myślę. Jeśli mam rację, to wówczas będziesz pamiętał swoją małą przyjaciółkę Calistę, którą spotkałeś w Hoenn. Pamiętasz mnie może? Ja i ty walczyliśmy z tymi wrednymi złodziejami Pokemonów, a potem we dwoje spotkaliśmy taką jedną kobietę, która nas zaprowadziła do TEGO miejsca. Pamiętasz?
Gdy dziewczyna wypowiedziała te słowa, Ashem lekko wstrząsnęło, a jego twarz przybrała wyraźnie zdumiony wyraz, a może wręcz przerażony. Widać było, że wszystko, co mówi tajemnicza osóbka jest najprawdziwszą prawdą, a prócz tego on sam doskonale pamięta takie wydarzenie.
Tymczasem Calista mówiła dalej:
- Jeśli pamiętasz to wszystko, to z całą pewnością odnajdziesz miejsce ukrycia wehikułu czasu. W razie czego poślę mojego Baltoya do roku 2008. Będzie on na ciebie czekał w ruinach miasta Balatoyów. Jeżeli jesteś tym, kim myślę, że jesteś, to bez trudu on cię rozpozna i pomoże ci cofnąć się w czasie do 30 lipca 1003 r. p.n.e. Tam będę czekać na ciebie. Ale proszę cię, pospiesz się. Nie mam żadnej pewności, co oni ze mną zrobią. Proszę cię, Ashu Ketchum... Teraz tylko na tobie mogę polegać, mój jedyny przyjacielu. Nikomu nie ufam do tego stopnia, aby powierzyć tajemnicę miejsca ukrycia wehikułu czasu. Powiedziałabym to moim kolegom oraz koleżankom ze studiów, ale żadnemu z nich nie ufam do tego stopnia, aby powierzyć im moją tajemnicę. Jeśli któreś z was to teraz ogląda, to bardzo serdecznie was przepraszam, ale zbyt dobrze wiem, jaką posiadacie słabość do trunków. Nie wiadomo, komu w stanie nietrzeźwym możecie się wygadać ze sprawy wehikułu, a taka tajemnica jak moja nie może przecież zostać wyjawiona nieodpowiednim ludziom. Zbyt wiele od tego zależy. Dlatego też proszę o pomoc Asha Ketchuma. Tylko on jeden wie, gdzie iść i gdzie szukać. Ashu Ketchum... Znajdź mojego Baltoya i wraz z nim odnajdź mnie. Mogę liczyć tylko na ciebie, Ash. Proszę cię, pomóż mi, mój przyjacielu... Mój jedyny przyjacielu... Bardzo chętnie cię znowu zobaczę. I bardzo chętnie obejrzę znowu nasze czasy.


Następnie dało się słyszeć tajemnicze kroki. Calista spojrzała w stronę, z którego dobiegł ją ten dźwięk.
- Ktoś idzie. Muszę już kończyć i szybko ukryć kamerę. Pamiętaj, Ashu Ketchum... Tylko na tobie mogę polegać. Jeśli to oglądasz, pomóż mi, proszę.
Na tym nagranie się urwało, zaś ekran zniknął. Wszyscy spojrzeliśmy zdumieniu na Asha oczekując tego, co on powie, ale to nie Ash pierwszy się odezwał, a Max.
- Pomóż mi, Obi-Wan Kenobi. Jesteś moją jedyną nadzieją - rzucił on dowcipnym tonem, szczerząc przy tym swoje mlecznobiałe zęby.
Bonnie i ja również parsknęłyśmy śmiechem pod wpływem tego żartu, a Gary delikatnie zasłonił sobie usta dłonią, aby ukryć, jak mocno ubawił go ten dowcip, jednak Ash i May byli śmiertelnie poważnie i tą powagą zarazili również nas.
- I co ty na to, Ash? - spytała May po chwili - Chyba nie zostawisz tej biednej dziewczyny samej sobie?
- Zwłaszcza, że ona tak na tobie polega - dodał Gary, który zdążył już spoważnieć.
- O tak i uważasz, że tylko na tobie może polegać - zachichotał lekko Max - Sereno, chyba masz kolejną rywalkę.
- Max, proszę cię... Czy ty w ogóle nie masz wyczucia? - mruknęła gniewnie May.
- O żadnej rywalce nie ma mowy - powiedział Ash z lekkim uśmiechem na twarzy - Calista to moja dawna znajoma, a właściwie to przyjaciółka, bo przygoda, którą razem przeżyliśmy uczyniła nas już na zawsze przyjaciółmi. Tak w każdym razie sobie obiecaliśmy.
- A w ogóle, to kiedy ty ją poznałeś? - spytała po chwili Bonnie.
- No właśnie - dodał Max - Podobno to było podczas twojej podróży po Hoenn. Ale wtedy przecież praktycznie się nie rozstawaliśmy. Jak to więc możliwe, że ty ją poznałeś, a ja i May nie?
- To dobre pytanie - zauważyła panna Hameron, uważnie patrząc na Asha - Sama chciałabym znać na nie odpowiedź.
- Ash, proszę, opowiedz nam to - poprosiłam go czule - Chętnie bym się dowiedziała, jak poznałeś Calistę.
Mój luby uśmiechnął się delikatnie, po czym pokazał, abyśmy wszyscy usiedli, a gdy już to zrobiliśmy, zaczął mówić.

***


Wszystko zaczęło się prawie siedem lat temu, kiedy wędrowałem po regionie Hoenn wraz z May, Maxem i Brockiem. To było jakoś tak niedługo po tym, jak zdobyłem w zaciekłej walce z Normanem Hameronem Odznakę Równowagi i zmierzałem ku zdobyciu kolejnej. Znaleźliśmy się wtedy u podnóża gór Curi-Curi, kiedy nagle dopadła nas straszna mgła, gęsta niczym zupa. Jak dotąd widziałem takie mgły tylko i wyłącznie w filmach i nigdy nie spodziewałem się, że kiedyś sam takiej doświadczę. Czułem się w niej strasznie zagubiony i chociaż miałem już te swoje dwanaście lat, to jednak serce waliło mi ze strachu jak szalone, jak również podchodziło mi ono do gardła. Wiele słyszałem od mamy o ludziach, którzy zgubili drogę we mgle i spadli w przepaść lub też spotkał ich inny rodzaj śmierci, bardzo zresztą nieprzyjemny. Mój lęk przed takim losem potęgował jeszcze fakt, że moi przyjaciele zginęli gdzieś w tej mgle i ja zostałem sam z Pikachu. To była naprawdę nieprzyjemna sytuacja. Na początku widziałem jeszcze Brocka, jak woła do mnie: „Ash! Lepiej trzymaj się blisko nas! W tej zupie łatwo się zgubić!“, a jakąś chwilę później straciłem go z oczu i słyszałem tylko jego głos, ale potem nawet i tego nie uświadczyłem.
Gdy dotarło do mnie, że właśnie znalazłem się sam na tym pustkowiu, przeraziłem się. W duchu pomstowałem na Brocka, bo to przecież był jego pomysł, aby iść na skróty przez podnóża gór Curi-Curi. Koleś doskonale wiedział, że to miejsce jest znane z gęstej mgły, jednak uparcie twierdził, iż ponieważ nie było tutaj ostatnio deszczu, to mgła nie może mieć miejsca, a jeśli już, to tylko maleńka.
- No i proszę... Masz tę swoją maleńką mgłę - mruczałem gniewnie pod nosem - Pan wszystko wiedzący tym razem jednak się pomylił. No, co za ciekawostka! Tylko dlaczego on to musiał zrobić akurat teraz, co?! Ech, Pikachu... Coś mi mówi, że wpadliśmy po uszy w kłopoty i to niezłe.
- Pika-pika! - zapiszczał smętnie Pikachu.
Nagle rozległy się niedaleko mnie jakieś dziwne odgłosy, jakby ktoś właśnie krzyknął z przerażenia. Wydawało mi się, że był to głos Jessie z Zespołu R, dlatego też szybko zacząłem rozglądać się dookoła, aby ta jędza i jej kumple nie wzięli mnie z zaskoczenia.
- Pikachu, słyszałeś to? - spytałem mojego kompana.
Niczego jednak ani nikogo nie zauważyłem. Zresztą w tej mgle trudno było dostrzec cokolwiek, zwłaszcza, jeżeli stało daleko, a ten głos dobiegł mnie raczej z daleka i niósł się echem po lesie. Dlatego właśnie uznałem, że musiałem sie przesłyszeć i zacząłem wypatrywać moich przyjaciół.
- Dokąd wszyscy poszli? - spytałem sam siebie.
Doskonale wiedziałem, że nie mogę tutaj stać bezczynnie i czekać na jakikolwiek ratunek, zresztą to nigdy nie było w moim stylu, więc zacząłem powoli iść przed siebie, próbując odnaleźć moich przyjaciół. Przez chwilę mi się nawet wydawało, że mnie oni nawołują, ale pomimo tego, że ja także próbowałem ich jakoś nawoływać, to nic mi to nie dało. Do tego zamiast rzednąć, mgła jakby jeszcze zgęstniała.
- Rany, nic nie widzę w tej mgle - powiedziałem do Pikachu - Nawet własnych stóp, a co dopiero...
Nagle poczułem, że tracę grunt pod nogami i zamiast iść przed siebie, to zsuwam się po jakimś pochyłym urwisku prosto w dół. Ja i Pikachu z krzykiem zjechaliśmy na dół, który znajdował się dobrych kilka metrów od miejsca, w którym to przed chwilą byliśmy. Na szczęście ta nieprzyjemna i dość bolesna dla mojego zadka wycieczka nie trwała długo i tak po około minucie czy dwóch już stałem na nogach, masując sobie obolałe miejsce i rozglądając się dookoła.
- To bolało - jęknąłem.
- Pika-pika! - dodał Pikachu.
- Dlaczego tutaj nie ma jakieś tabliczki z ostrzeżeniem typu „Uwaga, urwisko“ albo co?
Wtem usłyszałem jakiś kobiecy głos, zupełnie mi wcześniej nieznany, który wyśpiewuje jakieś dziwne słowa.

Słuchaj, posłuchaj pieśni mojej.
Baltoyów ścieżką zmierzaj do tej...
Tej tajemnicy, którą niewielu zna.

Przybądź, wybrany, tajemnica ma
Czeka na ciebie, idź w kierunku snu.
Choćbyś wrócić nie miał nigdy tu.

Zaintrygowany rozejrzałem się dookoła, aby dostrzec, skąd dobiega ta pieśń. Zauważyłem wówczas niedaleko dość wielkie drzewo z wydrążonym w nim tuż przy ziemi wielkim otworze. W nim ktoś siedział - jakiś ciemny kształt i śpiewał kobiecym głosem:

Choćbyś się bał, drogę musisz znać.
Jesteś wybrany i nie możesz w miejscu stać.
Przejdź przez przeszkodę z gwiazd mleka.
Ścieżka Baltoyów na ciebie czeka.

Podszedłem bliżej i mgła tak jakby lekko się przerzedziła, a wówczas zauważyłem, że tym kształtem jest jakaś kobieta otulona mocno fioletowym płaszczem. Była nim tak mocno osłonięta, że widziałem jedynie niewielki fragment jej twarzy w okularach przeciwsłonecznych oraz z niewielkimi kosmykami beżowych włosów opadających na jej twarz. Kobieta spojrzała na mnie uważnie, dokończyła swoją pieśń, a potem nagle mgła na chwilę zrobiła się gęstsza, a gdy znowu się przerzedziła, kobieta zniknęła.
- Hej! A dokąd ona poszła?! - zawołałem zdumiony, rozglądając się dookoła.
Pikachu również był tym faktem bardzo zdziwiony, ale podobnie jak i ja nie miał pojęcia, gdzie się podziała ta tajemnicza nieznajoma.
- To było dziwne - powiedziałem nieco przerażony tym wszystkim.
Miałem już wcześniej do czynienia ze zjawiskami paranormalnymi i dobrze wiedziałem, że z nimi nie ma żartów, więc zacząłem się lekko bać, a po chwili namysłu uznałem, iż lepiej będzie, jeśli natychmiast opuszczę to miejsce.
- Wiesz co, Pikachu? Lepiej szybko znajdźmy resztę - powiedziałem do mojego startera i ruszyłem szybko przed siebie, nawołując moich przyjaciół: - Brock! May! Max! Gdzie jesteście?!
Szedłem jakiś kawałek drogi, kiedy nagle zauważyłem, że przede mną zieje ogromna przepaść. Dobrze, iż patrzyłem pod swoje nogi, bo jeszcze trochę i bym spadł.
- Uff... Było blisko - powiedziałem do Pikachu.
Załamany rozejrzałem się dookoła.
- Nic z tego nie rozumiem, stary. Gdzie też oni mogą być? I gdzie my jesteśmy?
- Pika-pika! - zapiszczał smętnie Pikachu.
Nagle usłyszeliśmy za sobą jakieś inne pokemonie piski. Obejrzałem się więc za siebie i zauważyłem we mgle jakiś tajemniczy, niewielki kształt, sunący powoli w moją stronę.
- Co to? - spytałem.
Kształt wysunął się powoli z mgły, a wtedy ukazał się naszym oczom niewielki stworek o kremowej barwie i czerwonych znakach. Miał wielką głowę, niewielki tułów, krótkie łapki oraz dość mały, trójkątny odwłok, na którym kręcił się dookoła własnej osi.
- To Pokemon? - spytałem sam siebie.
Zaintrygowany wyjąłem swój Pokedex i zerknąłem w niego.
- Baltoy, Pokemon gliniana lalka - odezwał się głos w komputerku - Baltoy porusza się, obracając się jak bąk. Według legend Baltoy w czasach starożytnych żył w symbiozie z ludźmi.
Tymczasem Baltoy powoli, dalej kręcąc się wokół własnej osi sunął prosto w przepaść, najwyraźniej nie zdając sobie z tego sprawy.
- O nie! Idzie prosto na klif! - zawołałem przerażony - Pikachu, spróbuj powstrzymać go używając swego pioruna!
Pikachu kiwnął potakująco głową i zaraz skoczył przed siebie, po czym strzelił piorunem Baltoyów pod odwłok, próbując w ten sposób zatrzymać Pokemona. Niestety, nic to nie udało, ponieważ stworek dalej sunął w stronę klifu, ku swojej pewnej śmierci.
- Nie działa! - jęknąłem przerażony.
Wiedziałem, że muszę szybko działać, dlatego też szybko zerknąłem do mojego Pokedexu.
- Pokedex mówi, że Baltoy to jest w połowie psychiczny, a w połowie ziemny Pokemon. A to znaczy, że ataki elektryczne tu nie zadziałają.
Baltoy sunął coraz bliżej przepaści.
- Wiem! Pikachu, użyj Szybkiego Ataku i celuj prosto w jego odwłok!
Mój przyjaciel szybko skoczył w kierunku Baltoya i uderzył tam, gdzie mu kazałem. Tym razem odnieśliśmy sukces, ponieważ stworek wywrócił się na ziemię, piszcząc przy tym delikatnie. Przestał się posuwać do przodu, dzięki czemu był bezpieczny.
- Idealnie, Pikachu! - zawołałem wesoło.
Pikachu wylądował na ziemi i przybrał dumną minę, gdy nagle ktoś przebiegł mu przed nosem, wołając:
- Tu jesteś Baltoy! Nic ci nie jest?!
Tajemnicza osoba podbiegła do Baltoya i pochyliła się nad nim.
- Nic ci nie jest? Na pewno? To dobrze.
Przyjrzałem się tej osobie bardzo zdumiony, zastanawiając się, kim ona jest i skąd się tu w ogóle wzięła. Gdy obróciła się w moją stronę, to mogłem zauważyć, że jest to dziewczyna mniej więcej w moim wieku. Dziewczyna miała na sobie sukienkę, jednak nie widziałem przez mgłę zbyt dokładnie jej szczegółów, zresztą wtedy one najmniej mnie interesowały. Bardziej wtedy mnie ciekawiło to, kim jest ta dziewczyna i co tu robi.


- Hej! Co wy zrobiliście mojemu Baltoyowi?! - zawołała oburzona nieznajoma.
A więc to jego trenerka. W sumie łatwo się było tego domyślić.
- Uratowaliśmy mu życie - odpowiedziałem jej - Gdyby szedł dalej, to spadłby z tego klifu.
- Jakiego klifu? - zdziwiła się dziewczyna i spojrzała przed siebie.
Gdy tylko zobaczyła majaczącą przy niej przepaść, jęknęła przerażona i mocno przytuliła mocno do siebie swego Baltoya.
- Ale spokojnie. Teraz już jest wszystko w porządku - powiedziałem, podchodząc do dziewczyny razem z Pikachu.
- Przepraszam - rzekła nieznajoma przepraszającym tonem, patrząc na mnie z wdzięcznością - Nie powinnam się na ciebie złościć. Chciałeś tylko pomóc, a właściwie to nie tylko chciałeś, ale naprawdę pomogłeś.
- No cóż... Cieszę się, że to zrozumiałaś - odpowiedziałem jej wesoło.
- Pika-pika! - poparł mnie Pikachu.
Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie, wstała szybko z ziemi i powiedziała:
- Nazywam się Calista, a to jest mój Baltoy.
Pokemon zapiszczał przyjaźnie, poruszając lekko prawą łapką na znak powitania.
- Ja jestem Ash, a to jest mój Pikachu - odpowiedziałem, a mój starter skoczył mi na ramię, piszcząc wesoło.
Chwilę później oboje rozmawialiśmy już ze sobą jak starzy przyjaciele, którzy dawno się nie widzieli. Usiedliśmy razem w głębi lasu na płaskich kamieniach i zaczęliśmy rozmawiać. Mgła lekko opadła, a wówczas miałem okazję lepiej przyjrzeć się mojej towarzyszce. Była ona całkiem ładna, miała śliczne, zielone oczy oraz ciemno-brązowe włosy spięte w dwie kitki ułożone po obu bokach jej głowy. Jej ubiór stanowiła ładna, niebieska sukienka z białymi rękawami, sięgająca dziewczynie do kolan. Prócz tego miała na sobie białe skarpetki, brązowe buty i fioletową kokardę zapiętą na kołnierzyku. Prócz tego na lewej dłoni Calista miała zieloną bransoletkę.
- Powiedz, Calista, co tutaj robicie w tym lesie? Ty i Baltoy? - spytałem po chwili.
- Poszukujemy starożytnych artefaktów - odpowiedziała mi Calista - Niestety, jestem tu pierwszy raz i nie znam tych terenów, więc możesz łatwo zgadnąć, co się stało.
- Zgubiłaś się?
- Tak. Do tego jeszcze ta mgła.
- Zjawiła się niespodziewanie.
- Właśnie. Szłam dalej wierząc, że sobie poradzę, ale gdy mgła zrobiła się tak gęsta jak mleko, to niczego nie widziałam, więc poprosiłam Baltoya, żeby nas stąd wydostał. No, ale chyba nam się to nie udało, bo wpadliśmy na was. Wy też się zgubiliście?
- Tak. Ja i moi przyjaciele szliśmy właśnie w kierunku najbliższego miasta i niestety zgubiliśmy drogę w tej mgle, a potem niechcący straciłem ich wszystkich z oczu.
- Spokojnie, mgła w końcu opadnie i wtedy ich znajdziesz. A ja znajdę moje starożytne artefakty.
- Jej! A więc są tutaj starożytne artefakty?
- Tak - pokiwała głową Calista, po czym sięgnęła ręką do swego plecaka i wyjęła z niego niewielką, żółtą książkę z okładką, na której znajdowało się zdjęciem jakiegoś zielonego dysku oraz Baltoya - Tak tutaj piszą. Widzisz, ta książka mówi, że właśnie w tej okolicy znajdują się ruiny, które skrywają najcenniejszy artefakt w całym kosmosie.
- W całym kosmosie? - spytałam zainteresowany - To fajne.
- Tak. A kiedy już znajdziemy ten artefakt, to powie on nam wszystko o starożytnej cywilizacji Balatoyów.
- Balatoyów?
- Tak, to indiańskie plemię żyjące ponad 3000 lat temu. Żyło tutaj, w Hoenn, na terenie Ameryki Północnej, jednak ich cywilizacja przypominała bardziej różne plemiona indiańskie z Ameryki Południowej, a zwłaszcza te zniszczone przez Corteza i Pizzara w XVI wieku.
- Mówisz o Aztekach i Inkach?
- Tak, ale też o Majach i innych plemionach. Badania archeologiczne wykazały, że spora ilość wiedzy, którą posiadały tamte cywilizacje zostały im przekazane przez ludzi zwanych Balatoyami, co tłumacząc na nasz język oznacza „Człowieka z Baltoyem“.
- Człowiek z Baltoyem? Chcesz powiedzieć, że ci ludzie umieli żyć w symbiozie z Baltoyami?
- O tak! Według zapisków odnalezionych na terenach zamieszkałych przez Majów, Azteków, Inków itd. do ich plemion przybyli jacyś ludzie z Baltoyami na ramieniu, którzy potem przekazali im wiele swojej wiedzy. Archeolodzy wciąż szukają dowodów na istnienie cywilizacji Balatoyów, a ponieważ Baltoye występują głównie w Hoenn, a i ten region jest niemal na granicy obu Ameryk, to uważają, że to tutaj znajdowała się ich cywilizacja.
- To ciekawe. A ja myślałem, że Indianie na terenie Ameryki Północnej to byli tacy, wiesz... w pióropuszach, malowidłach na twarzy, z wigwamami i żyjący tak, jak ci w powieściach Karola Maya.
Calista parsknęła śmiechem.
- Bo to prawda, jednak Balatoyowie mieli o wiele wyżej rozwiniętą cywilizację, która przypominała te z Ameryki Południowej. Tak w każdym razie mówi ta książka. Jak dotąd archeolodzy odnaleźli dowody na istnienie Balatoyów, ale wciąż nie wiemy o nich zbyt wiele. Być może posiadali oni jakieś miasto z piramidą takie, jak Aztekowie, omurowane i obronne, jednak wciąż nie ma na to dowodów. Za to istnieje spore przypuszczenie, że tutaj właśnie znajdują się jakieś ruiny ukrywające coś powiązanego z plemieniem Balatoyów. Jak dotąd nie odnaleziono ich, ale ich szukają. Szukają ruin ze starożytnymi artefaktami będącymi dowodami na to, o czym rozmawiamy.
To mówiąc Calista przytuliła do serca swoją książkę, mówiąc:
- Znalezienie tych artefaktów jest moim marzeniem.


- To fascynujące - powiedziałem, zresztą całkowicie szczerze, bo słowa mojej rozmówczyni bardzo mnie zainteresowały.
- Wiesz, chciałabym kiedyś zostać archeologiem - mówiła dalej Calista, wyraźnie smutniejąc - Niestety, to się prawdopodobnie nigdy nie stanie.
- Ale czemu nie? - spytałem zdumiony.
- Bo moi rodzice nie chcą, żebym została archeologiem. Chcą, żebym była lekarzem, tak jak oni. Tak więc, kiedy znaleźli próbki, które od dawna zbierałam, byli na mnie źli. Chyba byli tak źli, że je wyrzucili. Ale nie mają pojęcia, że ja ciągle mam tę wspaniałą książkę, którą często czytam i która dodaje mi otuchy. I nagle, dziś rano zadzwonił do mnie telefon. Rodziców nie było w domu, byłam sama, więc odebrałam. W słuchawce odezwała się jakaś kobieta. Powiedziała mi: „Proszę, musisz przyjść i mi pomóc. Musisz przyjść ze swoim Baltoyem do lasu u podnóża gór Curi-Curi“. Spytałam ją, dlaczego i co się stało. Odpowiedziała mi: „Artykuł w twojej książce mówił prawdę, ale teraz musisz połączyć zdolności twoje i twojego Baltoya, żeby znaleźć to, czego od tak dawna szukasz. Błagam cię, Calisto, przyjdź mi pomóc“. Więc wymknęłam się dziś z domu, nie mówiąc nic rodzicom i nie zostawiając im żadnej wiadomości, dokąd idę, aby tu przyjść. Opowiem im wszystko, jak wrócę. Albo i nie. Oni są tak zajęci, że nie zwracają często uwagi na to, co robię i kiedy wracam do domu. Tylko sprawdzają mnie, czy nie zajmuję się moją „szkodliwą pasją“, jak oni to nazywają.
- Rozumiem - pokiwał głową ze zrozumieniem - Calisto, masz może jakiś pomysł, gdzie mogą być te ruiny?
- Tak. Zobacz, w mojej książce jest pewna pieśń, która według autora i odkrytych źródeł ma wskazywać miejsce do czegoś niezwykle ważnego, co odkryło niewielu. Wierzę, że chodzi właśnie o te ruiny, których szukam.
To mówiąc Calista otworzyła książkę i zaczęła śpiewać:

Słuchaj, posłuchaj pieśni mojej.
Baltoyów ścieżką zmierzaj do tej...
Tej tajemnicy, którą niewielu zna.

Uśmiechnąłem się wesoło, rozpoznając te słowa i dośpiewałem:

Przybądź, wybrany, tajemnica ma
Czeka na ciebie, idź w kierunku snu.
Choćbyś wrócić nie miał nigdy tu.

Calista spojrzała na mnie zdumiona.
- Skąd znasz tę pieśń, Ash?
- Śpiewała ją jedna kobieta siedząca pod drzewem - odpowiedziałem - Spotkałem ją niedługo przed tobą.
Calista uśmiechnęła się radośnie.
- Myślę, że to ta sama kobieta, która do mnie zadzwoniła, a jej pieśń kryje sekret wejścia do ruin gór Curi-Curi. Czy pamiętasz, gdzie dokładnie słyszałeś tę pieśń?
- Pewnie - powiedziałem, wstając ze swego miejsca - To drzewo jest niedaleko stąd. Jeśli chcesz, to zabiorę cię tam zaraz.
- O! Mówisz, że idziesz tam ze mną?! - zawołała Calista, także wstając i patrząc na mnie uważnie.
Po tonie jej głosu łatwo wywnioskowałem, że dziewczyna jest bardzo zachwycona taką możliwością, a ja cóż... Ja zawsze lubiłem pomagać, a już zwłaszcza dziewczynom, dlatego musiałem z nią iść. Poza tym też bardzo zainteresowała mnie ta historia i bardzo chciałem wiedzieć, co będzie dalej. Dlatego też moja odpowiedź mogła być tylko jedna.
- Pewnie.
- Dzięki, Ash. To miłe z twojej strony - odparła na to Calista z wielkim uśmiechem na twarzy.

***


Poszliśmy więc w kierunku drzewa, przy którym widziałem już nieco wcześniej tę tajemniczą kobietę. Kiedy jednak do niej szliśmy, usłyszeliśmy nagle jakiś niepokojący hałas, jakby odgłosy walki.
- Co to było? - spytała Calista.
- Lepiej chodźmy to sprawdzić - odpowiedziałem.
Oboje pobiegliśmy w kierunku, skąd on dobiegał i zobaczyliśmy coś niezwykłego. Ta sama kobieta, którą wcześniej widziałem, teraz stała przed swoim drzewem, a obok niej był Pokemon Xatu, sporej wielkości zielone ptaszysko z czerwonym, indiańskim czubem z tyłu głowy i wyglądające jak rzeźba uwieczniona na totemie. Pokemon ten dziobał po głowach dwa inne Pokemony - a były to Cacnea i Seviper. Niedaleko nich stali przerażeni tym widokiem dobrze mi znani trzej osobnicy.
- To ta kobieta! - zawołałem - A z nią Zespół R!
- Zespół R? - zdziwiła się Calista.
- To złodzieje Pokemonów - wyjaśniłem.
Calista oburzona spojrzała w ich kierunku i krzyknęła:
- Hej! Zostawcie w spokoju tę kobietę!
Zespół R spojrzał szybko na nią i na mnie.
- To głąby! - zawołali jednocześnie.
- A raczej głąb z nową narzeczoną - rzucił złośliwie Meowth - Która to już z kolei?
- Hej, nie krzycz na nas, mądralo! - zawołała Jessie - Nie widzisz, że to my tu jesteśmy dziobani?!
Widocznie Xatu należał do tajemniczej kobiety, która musiała zostać zaatakowana przez Zespół R, ale zdołała się przed nimi obronić. Oczywiście widząc moją osobę, moi adwersarze zaraz skierowali swój gniew przeciwko mnie.
- Cacnea, użyj na nich Szpilkowych Pocisków! - zawołał James.
Jego Pokemon wystrzelił z łap pociski, ale Calista zaraz wkroczyła do akcji.
- Baltoy, Szybkie Wirowanie!
Jej stworek z miejsca zaczął bardzo szybko kręcić się wokół własnej osi, odbijając w ten sposób pociski Cacnea, które uderzyły teraz w Zespół R, który wściekły nie zamierzał tego tak zostawić.
- Seviper, użyj Owinięcia na Baltoyu! - zawołała Jessie.
- Pikachu, użyj Ataku Piorunem! - krzyknąłem.
Pikachu skoczył do przodu i poraził prądem Sevipera.
- Xatu, Cienista Kula! - krzyknęła tajemnicza kobieta.
Pokemon wykonał polecenie i już po chwili ciemna kula uderzyła w ziemię pod Zespołem R, wywołując wybuch na tyle mocny, że trio złodziei ze swoimi Pokemonami wystrzelili w przestworza.
- Jeszcze tu wrócimy! - wrzasnął Zespół R, znikając nam z oczu.
- Nic pani nie jest? - spytałem, podbiegając z Calistą do tajemniczej nieznajomej.
- Nie, wszystko w porządku - odpowiedziała kobieta - Dziękuję wam. Dziękuję za pomoc.
- Proszę... Niech mi pani wyjaśni znaczenie tej pieśni, którą pani nie tak dawno śpiewała - powiedziała Calista.
- Dlaczego? To tylko pieśń. A w ogóle, to o czym ty mówisz?
- Mówię o tej pieśni, którą usłyszał mój przyjaciel Ash, kiedy ją pani śpiewa. Tę samą pieśń mam zapisaną w swojej książce. Szczególnie mnie ciekawi ta część pieśni, gdzie śpiewa pani o pójściu ścieżką Baltoya. Myślę, że ta ścieżka może mnie zaprowadzić do starożytnych ruin zawierających najcenniejszy skarb w kosmosie.
Kobieta pokiwała lekko głową i powiedziała już nieco innym, bardziej przyjaznym tonem:
- Wiedziałam. Wiedziałam, że zwróciłam się do właściwej osoby. Od chwili, gdy się o tobie dowiedziałam wiedziałam, że możesz mi pomóc, a kiedy rozmawiałyśmy przez telefon, to miałam już całkowitą pewność, iż się nie pomyliłam. Jesteś właściwą osobą na właściwym miejscu.
Następnie kobieta spojrzała na mnie i spytała:
- Widziałam cię dzisiaj w lesie. A teraz bardzo mi pomogłeś. Do tego przychodzisz tu z Calistą. Musisz więc być jej przyjacielem, mam rację?
- Tak, to mój przyjaciel - wyjaśniła Calista - Bez niego bym tutaj nie trafiła.
- No dobrze. A więc, mój drogi chłopcze... To, co teraz zobaczycie jest wielką tajemnicą, której nie może poznać byle kto. Musisz mi obiecać, że nie powiesz o tym nikomu.
- Obiecuję - powiedziałem, uderzając się lekko prawą pięścią w pierś.
- I ja to obiecuję - dodała Calista.
- Pika-pika! - pisnął Pikachu, zamykając oczy i podnosząc łapkę jak do przysięgi.
- Wobec tego chodźcie za mną - powiedziała kobieta i skierowała swe kroki w kierunku drzewa, w którym wcześniej ją widziałem.
Poszliśmy za nią, a Xatu zamykał korowód, który powoli wkroczył do środka owego drzewa przez wielką, wydrążoną w nim dziurę. Tajemnicza nieznajoma śpiewała tymczasem:

Przybądź, wybrany, tajemnica ma
Czeka na ciebie, idź w kierunku snu.
Choćbyś wrócić nie miał nigdy tu.

Gdy już znaleźliśmy się w środku drzewa, kobieta dotknęła niewielkiej gałęzi wyrastającej z jednej z drewnianych ścian i pociągnęła ją lekko w dół. Wówczas ziemia nam się zapadła pod nogi i wszyscy z głośnym krzykiem polecieliśmy w dół jakimś tajemniczym tunelem. Nie wiem, jak długo nim spadaliśmy, ale przynajmniej kilka minut, choć tu mogę się mylić. W końcu jednak ujrzeliśmy jakieś światełko, a potem wpadliśmy w nie i wylecieliśmy z tunelu prosto na stertę wyschniętej trawy położonej tam chyba po to, aby było na co spadać.
- Myślałem, że nigdy się nie zatrzymamy - powiedziałem.
- Patrzcie! - zawołała Calista.
Spojrzałem szybko przed siebie i zauważyłem, że znaleźliśmy się w podziemnym pomieszczeniu. Na jednej z jego ścian były jakieś malowidła. Aby je obejrzeć, należało wbiec na spore podwyższenie zbudowane tak, że miało ono schody z trzech stron, a z czwartej było przymocowane do ściany z malunkami. Wbiegłem po schodach razem z Calistą, Pikachu i Baltoyem na owo podwyższenie i przyjrzałem się tym dziwnym obrazom.
- To rysunki cywilizacji Balatoyów! - powiedziała zachwycona Calista.
- Tej, o której mi mówiłaś?
- Dokładnie. Muszą pochodzić ze starożytnych czasów, kiedy Baltoye żyły w symbiozie z ludźmi. I wiesz, wygląda na to, że ta cywilizacja była super zaawansowana.


- Przepraszam panią, ale czy nie wie pani może, gdzie możemy znaleźć najcenniejszy skarb w kosmosie? - spytałem.
- Tak - powiedziała kobieta, wskazując na lewo.
Spojrzeliśmy w stronę, którą nam pokazała. Znajdował się tam wielki, okrągły, drewniany pniak przygnieciony wielkimi kamieniami.
- Naprawdę? - spytała Calista - To jest ten skarb?
- To tylko sterta kamieni - zauważyłem.
- To dlatego, że było tutaj wielkie trzęsienie ziemi, przez które zawaliła się część ściany - wyjaśniła nam nieznajoma, podchodząc do tego wielkiego pniaka - Ale pod tą stertą kamieni jest najcenniejszy wynalazek cywilizacji Balatoyów. Niestety, mój Baltoy też tam jest.
- O nie! - jęknąłem.
- To okropne! - dodała Calista.
- Pomóżmy mu się wydostać! - zawołałem i podbiegłem do tej sterty kamieni.
Niestety, poruszenia choćby jednego z nich przeze mnie zakończyła się całkowitą porażką.
- Nie mogę nawet nim poruszyć - jęknąłem załamany.
- Musi być coś, co możemy zrobić, żeby pomóc - powiedziała Calista, patrząc załamana na nieznajomą.
Nieznajoma spojrzała na moją przyjaciółkę i odparła:
- Calisto, ty i twój Baltoy możecie to zrobić. Oczywiście, używając właściwego ataku.
- Oczywiście! - zawołała wesoło Calista - Dobrze, Ash. Lepiej odsuń się z drogi.
- Dobrze - powiedziałem i stanąłem tuż obok niej.
- Xatu, Świetlista Ściana - rozkazała swemu Pokemonowi nieznajoma.
Ten podniósł powoli skrzydła w górę i wytworzył przed nami wielką, prostokątną, przeźroczystą ścianę.
- Baltoy, użyj Dezorientacji, żeby ruszyć te skały - rozkazała Calista.
Baltoy pisnął potakująco i podniósł za pomocą swoich psychicznych mocy całą stertę kamieni, a następnie pokruszył je na małe kawałki, które poleciały na wszystkie strony i z pewnością by w nas uderzyły, gdyby nie to, że Xatu stworzył nam zawczasu osłonę.
Gdy już kamienie, po zetknięciu się z osłoną zamieniły się w drobny mak, naszym oczom ukazał się odsłonięty wielki, okrągły pniak i leżący na nim Baltoy, bardzo podobny do tego, który to właśnie usunął głazy. Xatu opuścił swoją osłonę, zaś nieznajoma podbiegła do swojego Baltoya, biorąc go czule na ręce. Przy okazji odsłoniła sobie usta i można było zobaczyć, że jest bardzo przejęta.
- Baltoy, przemów do mnie - poprosiła.
Pokemon spojrzał na nią czule i zapiszczał delikatnie.
- Wiem, jak było ci ciężko. Odpocznij trochę.
To mówiąc kobieta wyjęła pokeball i schowała w nim swojego Baltoya.
Ja i Calista powoli weszliśmy na ogromny pniak, bardzo uważnie mu się przyglądając. Znajdowało się na nim wiele dziwnych znaków: małe koło w większym kole, w jeszcze większym kole, które było w ogromnym kole, zawierającym też jakieś dziwne linie, jakby znak promieni słonecznych lub też kierunki świata. Wokół tego wszystkiego znajdowała się jakby ramka z wymalowanymi na niej znakami.
- To jest najwspanialszy wynalazek cywilizacji Balatoyów? - spytałem z lekkim niedowierzaniem.
- Właśnie - potwierdziła nieznajoma - To oto cudo daje ci dostęp do najcenniejszego skarbu w całym kosmosie.
- Tak? Naprawdę? - zdziwiła się Calista.
- Skoro to jest ukryte, to w jaki sposób się pani o tym dowiedziała? - zapytałem.
- Właśnie! - dodała Calista, sięgając do swojego plecaka i wyjmując z niego swoją książkę - W mojej książce pisze, że jeszcze nikt nie odkrył tego skarbu.
- Tak, to prawda - odparła z uśmiechem nieznajoma - Bardzo mądra książka, prawda? Ja też mam taką.
To mówiąc wyjęła zza pazuchy taką samą książkę, jaką miała Calista, ale bardziej zniszczoną przez czas.
- Hej, to moja książka! - zawołała Calista zdumiona.
- To ta książka przekonała mnie do badania cywilizacji Balatoyów - rzekła nieznajoma, przytulając książkę do piersi.
- Niewiarygodne - powiedziałem.
- Moi rodzice nie pozwalali mi prowadzić wykopalisk, mojej pasji - mówiła dalej kobieta smutnym tonem.
- To samo przydarzyło się Caliście - zauważyłem.
- Obawiam się, że zmarnowałam dużo czasu i energii w moim życiu, próbując ich przekonać, iż są w błędzie.
- Ale w końcu odkryła pani ten skarb, prawda? - spytała Calista.
- Owszem, ale jeśli chodzi o cywilizację Balatoyów, to niestety dopiero zaczęłam. Calisto, mamy tylko jedno życie i czasem tylko jedną szansę na to, żeby podążać za marzeniami.
- Dobrze wiem, co ma pani na myśli - zasmuciła się Calista i nagle coś ją tknęło - Ale zaraz! Ta książka wyszła dopiero kilka miesięcy temu, więc jestem pewna, że jest nowa!
- Tak? - zdziwiłem się, patrząc na książkę mojej przyjaciółki - Więc jak to możliwe, że pani książka wygląda tak staro?
- Właściwie to mam tę książkę od lat i używałam jej przez całe moje badania.
Czułem, że powoli dostaję kręćka, próbując to jakoś logicznie ze sobą połączyć. Co prawda miałem już pewną teorię na ten temat, ale była ona na tyle absurdalna, iż wolałem nawet nie wypowiadać jej na głos.
- Ale jak to możliwe? - spytała moja przyjaciółka.
- Nie martw się, Calisto - uśmiechnęła się lekko nieznajoma - Teraz wyświadcz mi przysługę i poproś, żeby Baltoy użył Szybkiego Wirowania w tym oto magicznym kole. Wtedy też dowiesz się, co jest najcenniejszym skarbem w całym kosmosie.
- Dobrze - zgodziła się Calista.
Nim jednak zdążyliśmy coś zrobić, to poczuliśmy, aż ziemia się trzęsie, a chwilę później z wielkim hukiem w jednej ze ścian została wywiercona wielka dziura, przez którą to wparował jakiś dość dziwaczny, żółty pojazd podziemny.
- Hej, co to?! - zawołałem.
Z maszyny dobiegł mnie dobrze mi znany czyiś śmiech. Wiedziałem już, z kim to mamy do czynienia. Zespół R nie rezygnował. Widać te dranie musiały mieć tu w pobliżu ukrytą jedną z tych swoich maszyn i teraz ją użyli przeciwko nam.
- Widzisz, James? Mówiłam ci, że ich tutaj znajdziemy - powiedziała Jessie, wysuwając się z kokpitu maszyny.
- Tak, ale wygląda na to, że mają towarzystwo - dodała James, robiąc to samo.
- Towarzystwo, które niestety muszą zaakceptować - zachichotał podle Meowth, stając obok swoich kompanów.


- Zespół R! Mogłem się domyślić! - zawołałem wściekły.
Całe podstępne trio powróciło do maszyny.
- Zacznijmy powoli, dobrze? - powiedziała Jessie.
- Jeden Baltoy raz, proszę! - zawołał Meowth.
Po chwili jedna z dwóch wielkich rąk po bokach maszyny wysunęła się w naszą stronę i złapała Pokemona Calisty.
- O nie! Baltoy! - krzyknęliśmy ja i moja przyjaciółka.
- Sukces! - zawołał radośnie Zespół R.
- Bardzo dobry początek - rzekła Jessie.
- To teraz do większych spraw - dodał James.
- A to znaczy wykopać stąd skarb - miauknął Meowth.
Chwilę później z dzioba ich przeklętej maszyny wysunęło się kilka narzędzi wiertniczych.
- Stójcie! - zawołała nieznajoma - Jeżeli uszkodzicie magiczne koło, to zniszczycie jego moc na zawsze!
Oczywiście Zespół R (jak to też było do przewidzenia) zlekceważył ją i ruszył swoją maszyną w kierunku wielkiego pniaka, którego nieznajoma nazwała magicznym kołem.
- Xatu, teleportacja! - zawołała nieznajoma.
Pokemon wykonał polecenie i na chwilę zniknął, aby po chwili ukazać się na dachu maszyny Zespół R.
- Atak Dziobania!
Xatu zaczął uderzać dziobem w machinę, jednak nie uczynił jej żadnej szkody.
- Ten atak nie uszkodzi naszej stali - zaśmiał się Meowth.
Następnie druga, nie trzymająca Baltoya łapa machiny uderzyła w Xatu i strąciła go z niej.
- Xatu! - jęknęła nieznajoma.
- Więc jest zrobiony ze stali, tak? - spytałem głośno.
- Tak i to twardszej niż niż twoja głowa, głupku! - zawołał Meowth.
- To nie będzie dla nas problem, prawda? - zaśmiałem się i spojrzałem na Pikachu - Co powiesz, żeby dać im łagodnego pioruna?
Mój przyjaciel zrozumiał, co ma robić, ponieważ zaraz skoczył przed siebie i zaatakował prądem ramię ściskające Baltoya. Chwilę potem ramię eksplodowało i Baltoy był wolny. Zespół R bynajmniej nie był tym faktem zadowolony.
- Baltoy, Szybkie Wirowanie! - zawołała Calista.
Pokemon niesamowicie szybko wirować wokół własnej osi i uderzył kilka razy w maszynę Zespołu R, rozwalając jej przednią część w drobny mak. Tylna zaś, pozbawiona przodu, nie mogła jechać i stanęła w miejscu.
- To było niesamowite! - powiedziałem zachwycony.
- Jesteśmy rozbici - załkała Jessie.
- Ale przecież był zrobiony ze stali - dodał James.
- Ze stali, to my teraz potrzebujemy nerwów, aby przetrwać to, co się zaraz stanie - jęknął przerażony Meowth, gdy tylko zobaczył nasze wściekłe miny.
- Teraz, Xatu! Cienista Kula! - krzyknęła nieznajoma.
Jej Pokemon uderzył mocą w maszynę Zespołu R, która natychmiast od tego eksplodowała. Nasze złodziejskie trio zdążyło w ostatniej chwili się ewakuować za pomocą katapulty w swoich siedzeniach, ale i tak wybuch ich maszyny był tak mocny i silny, że niezbyt komfortowo wbili się oni w sufit, a kiedy Pikachu poprawił im piorunem, a Xatu kolejną Cienia, to przebili się przez głębokie podziemia prosto na powierzchnię i zniknęli nam z oczu, krzycząc:
- Zespół R znowu błysnął!
- Udało się nam! - krzyknąłem radośnie.


Skoro już wszystko było w porządku, to mogliśmy powrócić do tego, czym się zajmowaliśmy zanim nam przerwano.
- Czy teraz Baltoy mógłby użyć Szybkiego Wirowania w magicznym kole? - spytała nieznajoma.
- Dobrze - zgodziła się Calista - Gotowy, Baltoy?
Pokemon zapiszczał lekko i wskoczył do tego tzw. magicznego koła, po czym zaczął wirować z zawrotną szybkością.
- Co to za skarb, o którym cały czas była mowa? - spytałem.
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu, wskakując mi na ramię.
Wszystkie znaki na owym pniaku zaczęły świecić jasnym blaskiem. Potem zaś z owego kręgu wystrzeliła ogromna, biała poświata, tak szeroka, jak szeroki był tzw. magiczny krąg.
- Calisto... Widzisz to, co ja? - spytałem zdumiony.
- Trochę się boję - odpowiedziałam przerażonym głosem Calista, lekko łapiąc mnie za rękę.
Nieznajoma zaś uśmiechnęła się jeszcze mocniej i powoli ruszyła w kierunku owej poświaty.
- Chwileczkę! Gdzie pani idzie?! - zawołała zdziwiona Calista.
Kobieta powoli wkroczyła w krąg i odwróciła się do nas. Wówczas jej płaszcz poderwał się w górę, a kaptur zleciał z jej głowy. Mogliśmy wtedy zauważyć, że kobieta jest naprawdę bardzo piękna, ubrana w białą suknię, o postaci, z której biło dobro i wielka sympatia.
- Kim... pani... jest? - jęknęła Calista.
- Teraz mogę ci powiedzieć - odpowiedziała jej kobieta - Nazywam się Calista.
Chyba jeszcze nigdy nie byłem tak zdziwiony, jak właśnie teraz. Moja przyjaciółka zresztą też. Oboje patrzyliśmy zszokowani na to, czego właśnie byliśmy świadkami. Kobieta tymczasem zdjęła okulary przeciwsłoneczne i powiedziała:
- Jestem tobą, ale z przyszłości, Calisto.
- Z przyszłości? - zdziwiła się moja przyjaciółka.
- O tak. Właśnie to dała nam cywilizacja Balatoyów. Wehikuł czasu. Nauczyłam się, że najcenniejszym skarbem jest czas.
- Wehikuł czasu? - spytałem zdziwiony.
- Wynaleźli go tak dawno temu? - zapytała Calista.
- Tak, ale niestety mój czas był zbyt krótki, aby móc poznać więcej sekretów. I dlatego zostawiam tobie dokończenie moich badań. Przybyłam tutaj, żeby wesprzeć cię w twoich marzeniach. Nasz wspólny czas nie był może i długi, ale był magiczny.
- Och, nie odchodź! - zawołała Calista, podbiegając do kobiety, ale nie przekraczając poświaty - Nigdy wcześniej nie przeżyłam czegoś takiego. Proszę! Musisz mnie jeszcze wiele nauczyć!
- Ta sama osoba nie może istnieć w dwóch różnych postaciach w tej samej przestrzeni przez dłuższy czas. To znaczy, że musisz kontynuować tę pracę sama.
- Ale jeśli jesteś z przyszłości, to ty już istniejesz, a ja nie mogę tego zmienić - Calista przysunęła lewą dłoń do poświaty.
- Ale ty już zmieniłaś przyszłość - powiedziała do niej czułym głosem kobieta, też przysuwając do poświaty swoją dłoń.
- Ja? Jak?
- Kiedy poprosiłam cię o pomoc, to przyszłaś z wielką odwagą i to bez pytania. To właśnie taka odwaga, jak twoja może zmienić naszą przyszłość. Proszę, zapamiętaj to. I zapamiętaj, co mówi pieśń cywilizacji Balatoyów.
A po chwili obie zaczęły śpiewać piosenkę:

Słuchaj, posłuchaj pieśni mojej.
Baltoyów ścieżką zmierzaj do tej...
Tej tajemnicy, którą niewielu zna.

Przybądź, wybrany, tajemnica ma
Czeka na ciebie, idź w kierunku snu.
Choćbyś wrócić nie miał nigdy tu.

Choćbyś się bał, drogę musisz znać.
Jesteś wybrany i nie możesz w miejscu stać.
Przejdź przez przeszkodę z gwiazd mleka.
Ścieżka Baltoyów na ciebie czeka.

Calista z przyszłości powoli cofnęła się do samego środka magicznego kręgu, a następnie cała jej postać zaczęła powoli stawać się przeźroczysta, aż wreszcie zniknęła.
- Nie! - zawołała teraźniejsza Calista.
Było już jednak za późno. Jej przyszłe ja zniknęło, zaś cała poświata zniknęła... razem z Baltoyem mojej przyjaciółki, który jednak już po chwili zmaterializował się przed nią. Najwidoczniej przeniósł on Calistę dorosłą do jej czasów, a teraz powrócił do swojej trenerki, która wzięła go mocno w objęcia.
- Wiesz, Baltoy... Chyba właśnie z odwagą zmieniliśmy przyszłość - powiedziała bardzo zachwyconym głosem dziewczyna.
Następnie spojrzała w górę i zawołała:
- Przyszła ja! Dziękuję bardzo!
- Chyba czas jest najcenniejszym skarbem w kosmosie, przyjacielu - powiedziałem do Pikachu, z uśmiechem obserwując całą tę sytuację.
- Pi-ka! - pisnął radośnie Pikachu.

***


Baltoy za pomocą swoich mocy przeszedł przez dziurę w suficie na powierzchnię, a ja i Calista zrobiliśmy to samo przez tajne przejście, potem zaś razem zatkaliśmy dziurę ogromnym głazem oraz ziemią, dzięki czemu dziura przestała być widoczna, a możliwość jej wypatrzenia i trafienia przez nią do wehikułu czasu raczej niewielka. Powróciliśmy jeszcze na chwilę do głównego wejścia i spojrzeliśmy na nie z sentymentem. Ponieważ mgła już całkowicie opadła, to mogliśmy je obejrzeć bardzo dokładnie.
- To miejsce zawsze będzie dla mnie wyjątkowe - powiedziała Calista, delikatnie dotykając drzewa - Dowiedziałam się czego bardzo ważnego o sobie, spełniłam swoje wielkie marzenie, a w dodatku zyskałam przyjaciela. Mojego pierwszego przyjaciela w życiu.
- Daj już spokój, na pewno masz ich więcej niż twoje przyszłe ja - uśmiechnąłem się wesoło.
- Nie mam i nie mówię o moim przyszłym ja. Mówię o tobie, Ash.
- O mnie?
- Tak - Calista patrzyła na mnie z wielkim uśmiechem - Zachowałeś się jak prawdziwy przyjaciel. Bez ciebie nigdy bym tutaj nie trafiła. Jak ja ci kiedykolwiek za to podziękuję, Ash?
- Och, to nic takiego - zaśmiałem się - Nie zapominaj, że ja również się dzisiaj wiele nauczyłem.
- Od teraz będę pracowała najciężej, jak tylko się da nad tym, czego naprawdę chcę.
- Tak, ja też. Moim marzeniem jest zostać Mistrzem Pokemon.
- I nim zostaniesz, wiem to.
- Dzięki.
- To ja ci dziękuję, Ash. Nigdy nie zapomnę dzisiejszej przygody. I nie zapomnę też ciebie.
- Ani ja ciebie, Calisto. Zawsze będę cię pamiętał. I wiesz co? Weź coś ode mnie na pamiątkę.
To mówiąc wyjąłem z mojego plecaka szkło powiększające i podałem jej z uśmiechem.
- Weź to ode mnie. Kupiłem je sobie niedawno po pewnej przygodzie, która mnie spotkała na morzu... Poznałem wtedy bardzo miłego detektywa i myślę, że mógłbym tak od czasu do czasu rozwiązywać zagadki. W końcu Mistrz Pokemonów też może prowadzić śledztwa, prawda?
- Na pewno, Ash. Po dzisiejszej przygodzie nie sądzę, aby była jakaś sprawa, która by ciebie przerosła.
- Dziękuję - zarumieniłem się lekko - Proszę, weź tę lupę. Ja... Ja sobie kupię nową, jak będę w najbliższym mieście. Tak sobie myślę, że tobie jako przyszłemu archeologowi może się ona bardziej przydać.
- Och, Ash... To bardzo miłe - powiedziała wzruszona Calista, biorąc ode mnie szkło powiększające ze wzruszeniem - Będę go z dumą używać.
Po tych słowach schowała ona lupę do plecaka, owijając ją wcześniej w chusteczkę i wyjęła swoją książkę.
- Weź to ode mnie, Ash.
- Ale... To źródło twojej wiedzy - powiedziałem - Nie, ja nie mogę tego przyjąć.
- Możesz, Ash. Możesz i nie przejmuj się. Zanim wrócę do domu, to sobie kupię drugą. Są jeszcze w księgarniach. Nie przejmuj się. Chcę, żebyś czytając ją myślał o mnie. Poczekaj!
Wyjęła długopis i napisała na pierwszej stronie książki dedykację dla mnie i podała mi ów piękny prezent. Wziąłem go od niej bardzo wzruszony i powiedziałem:
- Calista... Dziękuję ci. To naprawdę jest piękny prezent. Zachowam tę książkę jako symbol naszej przyjaźni.
- A ja tę lupę. Będzie mi ona zawsze przypominała o moim przyjacielu, Ashu, dzięki któremu odnalazłam swoje przeznaczenie.
Po tych słowach dziewczyna rzuciła mi się na szyję i ucałowała mnie czule w policzek.
- Dziękuję ci, Ash. Dziękuję! - zawołała wzruszona - Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy.
- Ja również mam taką nadzieję - odpowiedziałem jej, równie mocno wzruszony tą sytuacją.
Calista uściskała mnie jeszcze raz, pomachała mi delikatnie palcami prawej ręki na pożegnanie i pobiegła przed siebie, a wierny Baltoy sunął u jej boku.
- Trzymaj się - powiedziałem cicho.
- Ash, tutaj jesteś! - usłyszałem nagle za sobą głos Brocka.
Obejrzałem się za siebie i zauważyłem, że mój drogi przyjaciel biegnie właśnie w moją stronę, a May i Max razem z nim.
- Martwiliśmy się o ciebie - powiedział Max.
- Jesteś cały? - spytała May.
- Cieszę się, że cię znaleźliśmy - dodał Brock.
- Też się cieszę - odpowiedziałem im radośnie.
- Baliśmy się, że spadłeś gdzieś w przepaść - powiedziała May.
- Tak, moja siostra wypłakiwałaby po tobie oczy, gdyby tak się stało - zachichotał Max - W końcu kto potem by się z nią ożenił? Zostałaby starą panną do końca życia.
May dała mu lekko piąstką w głowę. Max zły jak Beedrill próbował na nią skoczyć, ale Brock w ostatniej chwili rozdzielił oboje, patrząc na mnie załamany.
- Wiesz co, Ash? Myślałem, że podróżując daleko od domu nie będę musiał oglądać takich atrakcji, a tu proszę... Czuję się jak u siebie.
Parsknąłem śmiechem, obserwując to wszystko i jednocześnie bardzo żałując, że Calista tego nie widzi, ponieważ z pewnością śmiałaby się razem ze mną z tego widowiska.

***


- O! No proszę! Buzi-buzi pod drzewem - zaśmiał się Max, kiedy Ash skończył już swoją opowieść - Nic dziwnego, że nam o tym nigdy nie opowiadałeś.
- Jaka to romantyczna opowieść - powiedziała wzruszona Bonnie.
- Raczej niesamowita - stwierdził Max - Jak z dobrego filmu sf.
- Tak, to prawda - uśmiechnął się Gary - No i kto by pomyślał, że ona widziała cię tylko raz w życiu i już cię zapamiętała na zawsze.
- To akurat jest bardzo prawdopodobne - zaśmiała się May - Chyba każdy, kto pozna lepiej Asha, musi go dobrze zapamiętać. Oczywiście od tej najlepszej strony.
- Zgadzam się - powiedziałam z uśmiechem - Choć powinnam być na ciebie zła, kochanie.
- A za co? - spytał Ash - Że nie mówiłem ci wcześniej o Caliście? Nie było okazji ani powodu, aby o niej opowiadać. A poza tym... No, dopiero teraz przypomniałem sobie o Caliście. Może to nie brzmi jakoś zbyt dobrze z mojej strony, ale poznałem tylu ludzi w swoim życiu i nie mam chyba możliwości zapamiętać wszystkich.
- Ale chyba pamiętasz osobę, która cię całowała w lesie - zaśmiałam się do niego zadziornie - I teraz już wiem, kim jest dziewczyna, od której masz tę książkę trzymaną przez ciebie wraz z innymi pamiątkami.
Ash uśmiechnął się lekko do mnie.
- Sereno, maleńka... Nigdy przed tobą nie ukrywałem, od kogo mam tę książkę.
- Ale nigdy też nie mówiłeś zbyt wiele o tej osobie, a to nieładnie. Poza tym... Poza tym pytałam cię kiedyś, w jakich dziewczynach się kochałeś i nie wspomniałeś Calisty.
- Ale ja się w niej nie kochałem. Ja po prostu ją lubię i tyle.
- Oczywiście. Nie wątpię - zaśmiałam się zadziornie.
Tak naprawdę poczułam się trochę zazdrosna o to, że Ash mi nigdy wcześniej nie mówił za wiele o Caliście, tylko w kontekście tej książki i to tylko ogólnikowo kilka zdań, a wyraźnie przecież wywnioskowałam z jego opowieści, że musiał coś do niej czuć, chociaż może po prostu wyciągałam zbyt pochopne wnioski. Tak czy inaczej nie miałam za złe Ashowi, że mógł się zauroczyć w pięknej dziewczynie, ale też miałam mu za złe to, iż nigdy mi o tych uczuciach nie chciał mówić. Mieliśmy wszak sobie zawsze mówić prawdę, a tu się nagle okazuje, że pewne prawdy są przede mną ukrywane. To było dziwne i nienaturalne, zwłaszcza w miłości, którą przecież do siebie oboje czujemy.
- Dobrze, moi kochani - powiedział po chwili milczenia Ash - Sprawa jest bardzo prosta. W tej sytuacji nie mogę zasłaniać się emeryturą. Muszę pomóc przyjaciółce w potrzebie. Muszę ją uratować, choć pewnie to będzie niebezpieczna wyprawa.
- A jaka niby nie była? - mruknął Max - Zwłaszcza, odkąd zostaliśmy detektywami, to ciągle mamy jakieś niebezpieczne wyprawy przed sobą i co? Jakoś wychodzimy z nich cało.
- Wiesz... Nie zawsze los się będzie dla nas uśmiechał - rzekł Ash.
- Nie pleć już bzdur, stary - rzucił dowcipnie Gary - Jesteś dzieckiem szczęścia i wychodzisz cało z każdej opresji. Nawet z objęć własnej śmierci w Wąwozie Diabła zdołałeś uciec.
Max i Bonnie zaśmiali się wesoło i zaśpiewali:

Rzecz cała w wielkim skrócie,
Zabili go i uciekł,
Więc kiwa palcem w bucie,
W tył i w bok i w przód.

- Dokładnie - zaśmiałam się - Sama bym tego lepiej nie określiła. Więc kiedy jedziemy?


C.D.N.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Przygoda 112 cz. I

Przygoda CXII

Mój jedyny przyjaciel cz. I

Opowiadanie dedykuję dwóm moim czytelnikom: 
- Tyrionowi97, który wymyślił główny wątek tej historii, dzięki któremu mogła ona powstać.
- Lunatykowi, który swoimi pomysłami również znacznie się przyczynił do powstania tego dzieła.


- Cywilizacja Indian z plemienia Balatoyów była jedną z najbardziej rozwiniętych cywilizacji starożytnych na całym świecie. Ponad 3000 lat temu posiadali oni wiedzę, której nie posiadało wiele innych cywilizacji w tamtych czasach, a już na pewno nie w Hoenn. Jak wiecie, Hoenn i żyjące tam plemiona indiańskie miały mniej rozwiniętą wiedzę niż np. w regionie Unova, gdzie później zaczęły docierać wpływy Majów czy Azteków, a jak na pewno doskonale się orientujecie, te oto cywilizacje posiadały ogromną wiedzę, przerastającą niekiedy i naszą. No, ale cóż... Unova znajduje się na terenie Ameryki Południowej, z kolei Hoenn jest w Ameryce Północnej, a tam z wiedzą było nieco gorzej. Ponieważ jednak Hoenn znajduje się tuż przy granicy obu Ameryk, to podejrzewano, iż z tego właśnie powodu ich cywilizacja była bardziej rozwinięta, ponieważ czerpała ona swoją wiedzę z plemion Ameryki Południowej. Prawda jednak może być zupełnie inna. Spójrzcie tylko państwo na te malowidła.
To mówiąc Spencer Hale wskazał ręką w prawo, w kierunku jednej ze ścian pałacu, w którym właśnie prowadził wykład i mówił dalej:
- Widzicie państwo te rysunki? Widać na nich tajemniczą postać z jakimś Pokemonem na ramieniu, najprawdopodobniej Baltoyem. Postać owa zasiada w jakimś dziwnym pojeździe, wielkim i podłużnym, który swoim kształtem przypomina rakietę.
- Jak zapewne państwo widzicie, pojazd ów wystrzeliwuje z siebie jakieś dziwne wiązki, co może przypominać kule karabinu maszynowego lub może nawet wiązki lasowe - powiedziała Molly, podchodząc powoli do ojca i wskazując dłonią na wielkie malowidło, przez którym oboje stali - Wiązki owe lecą w kierunku tej grupy ludzi, która właśnie ucieka ze strachu przed nią. Ta druga grupa ludzi, czyli Balatoyowie z kolei nie są wcale ostrzeliwani, co oznacza, że ta oto tajemnicza postać przybyła im z pomocą podczas bitwy.
- Dokładnie tak - skinął głową jej ojciec - Według napisów zawartych obok tych rysunków możemy się dowiedzieć, że jest to malowidło, które upamiętnia bitwę plemienia Balatoyów z wrogim im plemieniem Ramoyów. Według napisów podczas walki, kiedy już szala zwycięstwa zaczęła się przechylać na stronę Ramoyów, z nieba nagle zaczęły lecieć jakieś iskry, jakby pioruny, które uderzyły w plemię Ramoyów, a potem niespodziewanie zza chmur wyleciał jakiś tajemniczy, podłużny pojazd, jak ten na malowidle, a kierował nim jakiś człowiek z Baltoyem na ramieniu. Plemię Ramoyów przerażone rzuciło się do ucieczki, zaś Balatoyowie wygrali bitwę, ratując swoje plemię przed zagładą. Ich tajemniczy wybawca nazywał się Ictilcohil.
- Po bitwie został on potraktowany jak bohater i postanowił pomóc Balatoyom stworzyć cywilizację, o jakiej im się nie śniło - dodała Molly - Zamiast więc tipi czy wigwamów plemię zaczęło tworzyć miasta godne samych Majów czy Azteków, którzy jak wiemy, wtedy jeszcze nie mieli tak rozwiniętej cywilizacji. Ictilcohil natomiast za pomocą swoich maszyn, jakie ponoć przywiózł ze sobą, wycinał wielkie kawały skał, urabiał je i potem tworzył z nich bloki kamienne, aby można było zbudować miasto o wielkich murach chroniących plemię przed wrogami. Hoenn miało wtedy tylko jedno takie miejsce... Właśnie to, znajdujące się w dolinie w górach Curi-Curi. Nic więc chyba dziwnego, że inne plemiona obawiały się ich, ale też nigdy nie ośmieliły się ich zaatakować doskonale wiedząc, iż nie mają z nimi szans. Można by więc przypuszczać, że teraz z kolei, to plemię Balatoyów będzie atakować inne plemiona, ale ten, kto tak sądzi pomylił się. Balatoyowie byli plemieniem miłującym pokój, a Ictilcohil przekazał im całą swoją wiedzę, o jakiej w Hoenn i w ogóle w całej Ameryce Północnej nikt nie mógł marzyć.
- Ictilcohil spędził około dwa lata z plemieniem Balatoyów - podjął dalej temat Spencer Hale - Nauczył ich życia w symbiozie z żyjącymi w pobliżu Pokemonami, a już szczególnie z Baltoyami. Dzięki niemu i jego Baltoyowi ludzie z tego plemienia oraz Pokemony żyły odtąd w wielkiej zgodzie, harmonii oraz symbiozie. Potem Ictilcohil i jego wierny towarzysz odlecieli na swoim pojeździe obiecując, że kiedyś wrócą na Ziemię. Nigdy jednak nie wrócili. Zamiast tego plemię Balatoyów żyło długie lata aż do chwili, w której okrutny władca jednego z indiańskich plemion, Geronimus postanowił zjednoczyć wszystkie plemiona w Hoenn w jedno. Dzięki temu stworzyłby silne państwo, które byłoby zalążkiem jego wielkiego imperium. Wkrótce udało mu się podporządkować prawie wszystkie plemiona oprócz Balatoyów, ale ci zniknęli pewnego dnia bez śladu, a wściekły Geronimus kazał spalić miasto i zrównać je z ziemią. To ostatnie jednak nie udało mu się, ponieważ pałac oraz część budynków zachowało się, co prawda bardzo uszkodzone, ale zawsze.
- Dlaczego plemię Balatoyów nagle zniknęło? - zapytał nagle jeden ze studentów.
- No właśnie! Czy wiadomo może, co się z nim stało? - dodała stojąca obok niego studentka.
Spencer Hale rozłożył bezradnie ręce i powiedział:
- Tego nikt nie wie. Wiadomo tylko, że... Chodźcie, proszę.
To mówiąc wyprowadził studentów z ruin pałacu i wskazał dłonią na łąkę przed sobą:
- Wiadomo, że tutaj stała przed laty piramida. Teraz pozostały z niej jedynie kamienie ułożone w bardzo dziwny sposób. Z lotu ptaka widać, że układają się one w cztery trójkąty, ułożone w czterech kierunkach świata, a do tego jeszcze ich podstawy układają się w kwadrat. Wygląda więc to tak, jakby piramidę nagle coś rozsadziło od środka, a każda z czterech jej ścian poleciała w inną stronę.
- Według legendy, plemię Balatoyów zdołało zbudować rakietę, którą poleciało do Ictilcohila - dodała Molly - No, ale nie żadnej pewności, że tak właśnie było. Równie dobrze to może być tylko legenda, podobnie jak też i historia o tajemniczym Ictilcohilu. Faktem za to jest to, że plemię Balatoyów posiadało ogromną wiedzę na temat matematyki, chemii, fizyki, astronomii, historii, geografii itd. Zachowane szczątki tego miasta zawierają dostateczne dowody na to. Tylko to jest faktem, nic innego już nie.
- Dlatego też prowadzimy tutaj wykopaliska - wyjaśnił Spencer Hale - Liczymy na znalezienie większych dowodów na posiadaną przez to plemię wiedzę. Różne znaleziska, które zostały tu wykopane, wskazują również na to, że cywilizacja Balatoyów posiadała pewien związek z cywilizacjami, które powstały później, takimi jak Majowie, Inkowie czy też Aztekowie. Ale to oczywiście może być tylko i wyłączność zbieżność podobieństw, bo też ostatecznie przecież kilka znalezionych przedmiotów nie stanowi jeszcze dowodu. Szukamy kolejnych i jak się uda, znajdziemy ich więcej.


Studenci zaczęli głośno klaskać, gdyż był to koniec skierowanego do nich wykładu. Potem wszyscy się rozeszli, poza Spencerem, Molly i dwójką młodych ludzi: chłopaka i dziewczyny.
- Życzycie sobie czegoś? - zapytał Spencer Hale wesołym głosem - A może wykład się wam nie podobał?
- Ależ nie, skądże znowu. Strasznie się nam podobał - odpowiedziała dziewczyna - Naprawdę był wspaniały. Profesor Birch miał rację, umie pan zainteresować swoich słuchaczy.
- Ach, drogi Nicodemus - uśmiechnął się Hale - Jak zwykle ma dobre zdanie o wszystkich. Miło mi, że zainteresował panienkę moimi wykładami, panno Hameron.
May, bo to ona była, spojrzała na uczonego z radością i dodała:
- Ale oprócz wykładu sprowadza nas tutaj coś jeszcze. Bardzo chcemy zapytać o wiadomości z Alabastii. Słyszeliśmy kilka ciekawych rzeczy.
- Mój dziadek dzwonił do mnie i informował mnie, że Delia Ketchum właśnie się zaręczyła - dodał Gary Oak, bo to właśnie on był chłopakiem towarzyszącym May - Podobno był pan profesor świadkiem tego zdarzenia. Chcieliśmy z ciekawości zapytać, czy to prawda.
- Tak, to prawda - uśmiechnął się Spencer Hale - Rzeczywiście, miałem tę przyjemność być świadkiem zaręczyn pani Ketchum.
- Przyjemność. Phi! Też mi coś! - mruknęła z pogardą Molly.
Ojciec spojrzał na nią zdumiony.
- Nie rozumiem cię, kochana córeczko. Nie cieszy cię szczęście pani Ketchum?
- Cieszy, ale wolałabym, aby zaręczyła się z kimś innym.
Hale parsknął śmiechem.
- Wiem, do czego zmierzasz, kochanie, ale to jest niemożliwe. Zrozum wreszcie, że ja i pani Delia jesteśmy tylko przyjaciółmi.
- Ale moglibyście być kimś więcej!
- Ale tego nie chcieliśmy, kochanie.
- Oboje tego nie chcieliście, czy tylko ty, tatusiu?
Spencer uśmiechnął się do niej delikatnie.
- Kochanie, proszę... To nie ma już znaczenia. Pani Delia zaręczyła się z panem Meyerem i jest z nim szczęśliwa.
- A więc rzeczywiście zaręczyła się z panem Meyerem? - spytała May wyraźnie zachwycona - To już pewna informacja?
- Tak, moja droga - odpowiedział jej uczony - Zaręczyli się, a potem oboje polecieli do Alola, aby powiadomić o wszystkim Asha.
- Aha... Czyli Ash jest dalej w Alola? - zapytał Gary.
- Tak. Wciąż tam przebywa i pomaga swojemu przyjacielowi powrócić do zdrowia fizycznego - odparł Spencer Hale.
- Och, biedny Clemont - westchnęła smutno May - Dostać postrzał w kręgosłup, to nie byle co. Ale wciąż nie rozumiem, jakim cudem on jeszcze może poruszać nogami, bo wydawało mi się, że takie coś czyni kaleką do końca życia.
- Na ogół tak, ale tym razem jest inaczej - odpowiedział Spencer Hale z uśmiechem - Ale też nie mam pojęcia, co to sprawiło.
May spojrzała na Gary’ego w dość znaczący sposób. Wiedziała bardzo dobrze, jaka jest tego przyczyna, ale wolała udawać, że jest inaczej, bo w końcu tajemnicę Latias znało niewielkie grono zaufanych ludzi i lepiej, aby tak pozostało.
- Myślę, że to był cud - powiedziała po chwili - Cud z okazji Nowego Roku.
- Bardzo możliwe - zaśmiał się uczony - Choć jeśli chodzi o cuda, to jestem nieco...
- Panie profesorze! Profesorze Hale! - zawołał nagle jakiś młodzieniec, podbiegając zdyszany do uczonego.
- Co się stało? - zapytał zdumiony profesor.
- Panie profesorze... Właśnie coś znaleźliśmy! - wydyszał przejętym głosem młody człowiek.
- Co takiego, młodzieńcze?
- Lepiej niech pan sam to zobaczy, bo ja wciąż nie jestem w stanie w to uwierzyć.
Zdziwiony i zarazem rozbawiony profesor Hale wraz z Molly, Garym i May poszedł za zdyszanym młodzieńcem, który poprowadził ich do grupki ludzi otaczających właśnie dość spory dół. W tym oto dole siedział jakiś człowiek, będacy jednym z członków ekipy archeologicznej pana profesora. Oglądał on właśnie znalezisko, wyraźnie nie wierząc własnym oczom.
- Co tam znalazłeś? - zapytał Hale.
Członek ekipy spojrzał na niego uważnie, po czym powoli wyszedł z dołu i podszedł do profesora, pokazując mu swoje znalezisko. Hale, ledwie je ujrzał, od razu stracił cały swój humor, gdyż ten na jego twarzy zastąpiło niesamowicie wielkie zdumienie.
- No nie... To przecież niemożliwe...
Gary z May i Molly powoli podeszli do nich bardzo zaintrygowani.
- Co to takiego, tato? - spytała Molly.
- Co pana ludzie znaleźli? - zapytała May.
Mężczyzna bez zastanowienia pokazał im znalezisko, wywołując w ten sposób ogromne zdumienie młodego Oaka i obu dziewczyn.
- Czy to jest to, co myślę, że jest? - zapytał Gary.
- Prawdopodobnie tak - odpowiedział uczony - Ale nie mam zielonego pojęcia, co to tutaj robi. Przecież 3000 lat temu tego jeszcze tutaj nie było. Nie miało prawa być.
- Całkiem zardzewiała - rzekła May, zerkając uważnie na znalezisko - Ale być może zawiera jakieś ciekawe informacje.
- Bardzo możliwe - pokiwał głową mężczyzna - Należy to sprawdzić i to jak najszybciej. Chodźmy więc.

***


Nie byłam niestety świadkiem wyżej opisanego zdarzenia. Zostało mi ono opowiedziane dopiero później. Zaczęłam jednak opowieść właśnie od tej sceny, ponieważ ma ona naprawdę wielkie znaczenie dla naszej historii. Prócz tego jeszcze muszę zauważyć, że czasami lubię prowadzić opowieść w sposób rozbudzający ciekawość czytelników, dlatego właśnie pozwoliłam sobie właśnie na taki, a nie inny początek. Liczę na to, iż wasza ciekawość została dostatecznie rozbudzona, aby teraz z większym zainteresowaniem móc czytać to, co tutaj zapisałam.
Aby cała moja opowieść została nieco lepiej zrozumiana, to muszę się chwilowo cofnąć w czasie do lutego, kiedy to na Melemele przybyła Delia Ketchum w towarzystwie Stevena Meyera. Zgodnie z przewidywaniami Asha przybyła ona po to, aby oznajmić nam to, na co wszyscy już od dawna czekaliśmy.
- Cześć, mamo. Mallow mówiła, że przybyłaś, więc przyszliśmy się przywitać - powiedział Ash na widok swojej rodzicielki.
Jego mama uśmiechnęła się radośnie na jego widok i uściskała mocno swe jedyne dziecko, mówiąc:
- Och, Ash, kochanie moje. Tak strasznie się cieszę, że jesteś. Chcemy ci ze Stevenem oznajmić pewną sprawę.
- Niech zgadnę. Zapewne się zaręczyliście i chcecie poprosić o nasze błogosławieństwo - powiedział dowcipnym tonem Ash.
Delia spojrzała na niego zdumiona.
- Niesamowite, synku! Jak ty się tego domyśliłeś?!
- To oczywiste, mamo - rzekł wesoło mój ukochany - Nie tak dawno był Dzień Zakochanych, a do tego od dawna widziałem wyraźnie na twarzy pana Meyera minę wyraźnie wskazującą na to, iż planuje on prosić cię o rękę, a prócz tego jeszcze przybyłaś tutaj tak daleką drogę właśnie z panem Meyerem, a z byle powodu na pewno byście tu nie przybyli. Prócz tego w kąciku swych ust masz wymalowany uśmiech wyraźnie dowodzący planów matrymonialnych, a do tego założyłaś swoją najlepszą sukienkę, nie mówiąc już o tym...
- Ash... A tak naprawdę? - spytałam ironicznie.
Doskonale wiedziałam, że Ash się wygłupia i lekko popisuje, bo już niejeden raz już tak robił, iż przedstawiał najpierw literacką wręcz wersję jego sztuki dedukcji, a potem dopiero ukazywał nam tę prawdziwą, jakże bardzo prozaiczną. Tym razem też tak było, zaś Ash, słysząc moje słowa, lekko zachichotał i rzekł:
- A tak prawdę mówiąc, to po prostu zauważyłem na twojej lewej ręce pierścionek, którego wcześniej nigdy na nim nie widziałem, a w połączeniu z Dniem Zakochanych oraz waszym niespodziewanym przyjazdem od razu wywnioskowałem to, co wywnioskowałem. Poza tym, czy to takie trudne domyślić się tego?
Delia zachichotała wesoło.
- Na pewno nie jest trudne dla ciebie, mój ty genialny detektywie. Tak, Ash. Właśnie tak. Chcemy ci oznajmić, że się zaręczyliśmy i chcemy prosić o błogosławieństwo.
- Wiecie... Ja tam znawcą nie jestem, ale wydaje mi się, iż najpierw prosi się o pozwolenie, a potem o rękę - zauważył zadziornym tonem pan Cheerful.
- Kochanie, oni przecież wcale nie proszą Asha o pozwolenie, tylko o błogosławieństwo, a to dwie różne rzeczy - zwróciła mu uwagę jego żona.
Ulisses Cheerful parsknął śmiechem i rzekł:
- Tak czy siak liczę na to, Ash, że nie będziesz egoistą i pozwolisz swojej mamie na bycie szczęśliwą.
Ash uśmiechnął się radośnie i powiedział:
- Mamo, w życiu bym ci nie stanął na drodze do szczęścia. Poza tym od dawna z Sereną kibicujemy wam obojgu, dlatego też macie od nas obojga błogosławieństwo.
- Pika-pika! - zapiszczał wesoło Pikachu.
- I od niego także.


Delia uśmiechnęła się, przytuliła mocno swojego syna i ucałowała go delikatnie w czoło.
- Och, synku! Tak strasznie cię kocham!
- Ja ciebie też, mamo - powiedział czule Ash.
- Zatem wobec tego, skoro mamy zostać rodziną, to mam wielką prośbę - rzekł po chwili pan Meyer z wielkim uśmiechem na twarzy - Chcę, abyśmy przeszli na „ty“, mój chłopcze. W końcu nie wypada, abyś mówił do swego ojczyma per „pan“. I chcę prosić Serenę, aby też to zrobiła. W końcu także niedługo wejdzie do rodziny.
- Będzie mi bardzo miło mówić do pana po imieniu... Znaczy do ciebie - uśmiechnęłam się lekko - Oj, chyba będzie mi bardzo ciężko się do tego przyzwyczaić.
- Przyzwyczaisz się szybciej niż myślisz - stwierdziła Delia - A skoro tak, to i do mnie mów po imieniu.
- Jak tak, to może hurtem załatwmy wszystkie formalności - zaśmiał się Ulisses - Do mnie również możesz mówić po imieniu lub też „wujku“, jeśli oczywiście chcesz.
- Do mnie możesz mówić „ciociu“ - dodała przyjaźnie Kasandra.
Zaśmiałam się delikatnie.
- Och, może nie tak wszystko naraz? Ale z chęcią skorzystam z tych pięknych pozwoleń, lecz nie od razu zdołam się nastawić na tę nowość.
- Ja także - dodał Ash wesoło - Ale postaram się spełnić pana... twoją prośbę. Och, trochę czasu minie, zanim zdołam mówić ci na „ty“.
- Na pewno osiągniesz to szybciej niż myślisz - odparł wesoło pan Meyer - Już ci nieźle idzie.
- Słuchajcie, skoro już jesteście zaręczeni, to musimy to jakoś uczcić - zaproponował wesoło Ulisses.
- Popieram w całej rozciągłości, proszę pana - rzekł Dexter, latający właśnie nad głową swojego właściciela - Moje oprogramowanie mówi mi, że zaręczyny zawsze należy odpowiednio uczcić. To tradycja kultywowana już od wieków.
Mallow uśmiechnęła się delikatnie i podeszła do Asha, szepcząc mu coś na ucho. Mój luby wysłuchał jej uważnie, a z każdym jej słowem jego uśmiech powiększał się coraz bardziej. Widać propozycja kuzynki była dla niego nad wyraz interesująca.
- Świetny pomysł! Nie ma to tamto, Mallow! Ty to zawsze masz bardzo dobre pomysły! Zwariowane, ale urocze.
- A przepraszam, jaki to pomysł? - zapytał zaintrygowany Kiawe.
- Sama bym chciała to wiedzieć - dodałam.
- Spokojnie, dowiecie się - rzekł wesoło Ash - Ale najpierw musimy z moją kuzynką załatwić co nieco. Idziesz, Serena?
- Oczywiście, że tak - powiedziałam - Przynajmniej dowiem się czegoś więcej o waszym genialnym planie.

***


Genialny plan polegał na przygotowaniu małej zabawy dla naszych narzeczonych. Zabawy połączonej z pewnego rodzaju przedstawieniem. Ich plan bardzo mi się spodobał, więc chętnie wzięłam w nim udział. Poszliśmy więc na miasto załatwić stroje niezbędne do realizacji planu, a do tego też zwerbowaliśmy Lillie, Lanę i Sophoclesa, którzy, gdy tylko dowiedzieli się, co nam chodzi po głowach, od razu przyłączyli się do nas.
Przez ten czas pan Meyer zdążył oznajmić Clemontowi i Bonnie to, że zaręczył się z Delią Ketchum, co spotkało się z ich wielkim entuzjazmem, a ów entuzjazm wzrósł, gdy Dawn również dowiedziała się o zaręczynach. Powód do świętowania był zatem ogromny i nasz plan pasował tu idealnie.
Wieczorem w domu państwa Cheerful wszyscy się zebrali oczekując na przedstawienie, które przygotowaliśmy. Przybył nawet Clemont na wózku inwalidzkim, zaś Delia i jemu przedstawiła prośbę mówienia do siebie po imieniu, ale chłopak nie do końca umiał się na to zdobyć, w przeciwieństwie do Bonnie, która to na podobną prośbę zareagowała wielkim entuzjazmem, choć jeszcze chwilami myliła się i mówiła do Delii „proszę pani“.
- Moi kochani! - zawołałam wesoło do wszystkich zebranych w salonie osób - Za chwilę Ash Ketchum i jego zespół przedstawią wam piosenkę, którą pierwszy raz wystawiali będąc jeszcze dziećmi. Tym razem jednak ich występ będzie jeszcze lepszy, zapewniam was!
- Nie śmiemy w to wątpić - zachichotał Meyer, patrząc na mnie wesoło.
Mogłam go istotnie bardzo rozbawić, ponieważ miałam na sobie górę od niebieskiego munduru wojskowego, czerwoną spódniczkę mini, a także białe kozaki i białą kozacką czapkę. Obok mnie zaś stał Pancham również w kozackiej czapie, a do tego jeszcze w okularach przeciwsłonecznych.
- A więc zapraszam! - zawołałam i nastawiłam gramofon.
Chwilę później z sąsiedniego pokoju wyskoczyły Mallow, Lana i Lillie w takich samych strojach, co ja. Obok nich skakały ich Pokemony (każda z kuzynek Asha miała jednego) wyraźnie rozbawione tą sytuacją. Śmiejąc się dołączyłam z Panchamem do nich i klaszcząc w dłonie zaczęłam tańczyć. Już po krótkiej chwili obok nas zjawili się Kiawe i Sophocles przebrani za Kozaków. Tańczyli wokół nas, a zarazem potem zaczęli chórem śpiewać:

Dawno temu w Rosji jeden taki żył.

A nasz dziewczęcy chór zaśpiewał:

Silny i wysoki, w oczach ogień mu się tlił.

Potem chłopcy znowu zaśpiewali:

Wielu ludzi więc przerażał on tym...

Następnie my zaśpiewałyśmy:

Lecz dla Moskwy dam kochankiem słodkim był.

Zaraz potem zaśpiewaliśmy wszyscy razem:

Głosił Biblię niczym kaznodzieja,
Głosem wrzącym jak ogień.
Był uprzejmym dam nauczycielem.
Oczarował je.


Po zaśpiewaniu tych słów wyskoczył nagle Ash w czerwonym stroju i z doczepioną czarną brodą, a także gęstą, czarną peruką. Obok niego skakał Pikachu w kozackiej czapie. Obaj zaczęli się nieźle wygłupiać, a my chórem zaśpiewaliśmy:

Ra-Ra-Rasputin!
Kobieciarz, amator win.
Kochankiem ruskiej carycy był.

Ra-Ra-Rasputin!
Legendarna love-machine.
Gorszył sposobem, w jaki se żył.

Widząc zadowoloną publiczność rozkręciliśmy się jeszcze bardziej i tańczyliśmy oraz śpiewaliśmy radośnie piosenkę.

Rządził ruskim krajem, cara słuchał marnie,
Kozaka zaś tańczył... No, wprost niewerbalnie.
Dałby się namówić, gdyby mu dali znak,
Wziąć dziewczynę i tańczyć z nią, co noc. O tak!

Dla carycy był świętym lekarzem,
Choć zła była jego opinia,
Lecz wierzyła silnie w obietnicę,
W zdrowie dla syna.

Ra-Ra-Rasputin!
Kobieciarz, amator win.
Kochankiem ruskiej carycy był.

Ra-Ra-Rasputin!
Legendarna love-machine,
Gorszył sposobem, w jaki se żył.

Potem Kiawe i Sophocles wypowiedzieli te oto słowa:

Lecz, gdy jego pijaństwo, żądza i pragnienie władzy
Były znane coraz większej liczbie Rosjan,
Żądania, aby zrobić coś z tym niebezpiecznym łazęgą 
Stawały się coraz głośniejsze i głośniejsze.

Następnie rozpoczął się wręcz dziki taniec Asha i Pikachu, polegający głównie na wygłupach imitujących tańczenie kozaka, a następnie radośnie zaśpiewaliśmy:

Wrogowie stwierdzili, że muszą go zabić.
Damy prosiły, by nie robić mu nic.
Tenże Rasputin, to chyba jakiś czart.
Kobiet tysiąc ma i to wcale nie jest żart.

Pewnej nocy szlachetni panowie
Zawiązali spisek ten.
„Chodź, odwiedź nas!“, ciągle nalegali.
No, więc do nich wszedł.

Ra-Ra-Rasputin!
Kobieciarz, amator win.
Wsypali mu arszenik w szklankę.

Ra-Ra-Rasputin!
Legendarna love-machine.
On wypił i rzekł: „Było smaczne“.

Ra-Ra-Rasputin!
Miłośnik kobiet i win.
Chcieli być pewni, że umrze im.

Ra-Ra-Rasputin!
Legendarna love-machine.
Więc doń strzelali, aż martwy był.

Ach, te Ruski...


Na tych słowach przedstawienie zostało zakończone, a gdy to się stało, to w naszą stronę posypała się cała burza oklasków, na które (jak myślę) w pełni sobie zasłużyliśmy. Ukłoniliśmy się naszej publiczności, śmiejąc się przy tym radośnie, podobnie jak i publika.
- Nie ma co, naprawdę wspaniały występ - powiedziała wesoło mama Asha - Tak, jak w mojej restauracji.
- Nawet jeszcze lepszy - dodał pan Meyer - Strasznie mi się spodobał.
- Owszem, naprawdę wam się to udało - rzekł wesoło pan Cheerful - Wciąż pamiętam, jak to śpiewaliście, gdy byliście dziećmi.
- Tak i jeszcze przy okazji pytaliśmy, co to jest „kochanek“ - zaśmiała się Mallow - Bo wiecie, wtedy były z nas niezłe dzieciaki i tego jeszcze nie wiedzieliśmy.
- Tak, za to o innych sprawach miałyście wiedziałyście bardzo wiele - mruknęła na to Kasandra.
- Niby co masz na myśli, mamusiu?
- Weź nie udawaj, Mallow. Przecież dobrze wiesz, co mam na myśli. A może mam opowiedzieć Serenie, jakie to głupie pomysły miałaś i zarażałaś nimi swoje siostry?
- Chodzi o to, jak wszystkie trzy panienki Cheerful całe golutkie, jak je Bozia stworzyła wskoczyły Ashowi do wanny, gdy się kąpał? - zapytałam wesoło.
- O! No proszę, a więc już zdążyły się tym pochwalić? - mruknęła pani Cheerful - Naprawdę aż trudno mi uwierzyć w to, że moje własne córki mają takie głupie pomysły.
- Miały, mamo. Miały - powiedziała Mallow z lekkim naciskiem - To było dawno i nieprawda, a w dodatku my już dawno wydoroślałyśmy. A w każdym razie ja, bo za resztę to ja nie ręczę.
- Lepiej uważaj, Mallow! Za mniejsze rzeczy spuszczałam ci łomot! - mruknęła na to urażona Lana.
- Chyba raczej ja tobie - zaśmiała się dowcipnie Mallow.
- Chcesz się sprawdzić, ty mądralo? - spytała Lana, patrząc na siostrę bardzo groźnym wzrokiem.
- Cicho być! - zawołała groźnie pani Cheerful i jej trzy córki zaraz się uspokoiły - Dziś świętujemy zaręczyny mojej kuzynki, a waszej ciotki, więc bądźcie tak uprzejme nie świrować, dobrze?
- Przepraszamy, mamo! - rzekły chórem obie dziewczyny.
Delia popatrzyła błagalnym wzrokiem na swoją kuzynkę, mówiąc:
- Kasandro, proszę... Nie złość się już. Mam dzisiaj taki piękny, bardzo szczęśliwy dla mnie dzień i naprawdę bardzo nie chcę, aby się ktoś dziś na kogokolwiek złościł.
- Ja również tego nie chcę - dodał Steven Meyer - Dlatego bardzo was proszę, abyście się już uspokoili i zjedli razem kolację.
Prośba ta została spełniona, także już po chwili wszyscy raczyliśmy się różnymi przysmakami przygotowanymi przez naszą drogą gospodynię i jej najstarszą córkę. Oprócz tego Ash i jego kuzynki co jakiś czas rozbawiali Delię i całą resztę towarzystwa różnymi wygłupami lub bardzo zabawnymi wspomnieniami ze swego dzieciństwa.
- Ash, kochanie... A pokaż nam, proszę, Szybkiego Billa - powiedziała po chwili Delia.
Ash zarumienił się lekko.
- Proszę cię, mamo... To jest głupie.
- Oj, jakie tam głupie?! Zabawne! - zaśmiał się pan Cheerful - Proszę, Ash... Pokaż nam to. Jako dzieciak lubiłeś to pokazywać.
- Jako dzieciak, wujku. Teraz jestem dorosły.
- Ale wciąż lubisz wygłupy, co ci się chwali, chłopcze, bo przecież nie można być całe życie tylko poważnym. Poważni będziemy w trumnie, a teraz należy się śmiać i cieszyć, z czego tylko się da.
- Dość ciekawe stwierdzenie - zachichotał pan Meyer - Ale tak prawdę mówiąc, to trudno mi się z nim nie zgodzić. Podzielam to zdanie w pełni. I przyłączam się do prośby twojej mamy.
-  No dobrze... skoro wszyscy sobie tego życzą - zaśmiał się lekko Ash, po czym wstał z krzesła i wziął ze stołu dwa banany - Zobaczcie więc, jak to wygląda.
Mój chłopak stanął w pozycji bojowej, niczym rewolwerowiec, wsadził sobie banany za pasek, popatrzył na nas wesoło (ale z udawaną powagą) i powiedział:
- Szybki Bill niewidocznym ruchem poprawia pas...
To mówiąc wykonał on bardzo gwałtowny ruch biodrami i rękami jednocześnie, po czym kontynuował:
- Za którym sterczą dwa śmiercionośne kolty...
Wskazał dłonią na banany.
- I gwizdek na skunksy.
Następnie wyrwał zza pasa banany i wycelował je w nas, udając, że z nich strzela. Sposób, w jaki to wszystko zrobił był tak zabawny, iż trudno nam było się z tego nie śmiać. Dlatego też wręcz ryczeliśmy ze śmiechu, a zabawa stała się dla nas o wiele przyjemniejsza.

***


Następnego dnia Delia Ketchum udała się wraz ze mną i Ashem na małe zakupy. Kobieta chciała wrócić jak najszybciej w rodzinne strony, aby zająć się swoją restauracją, jednak przedtem postanowiła jeszcze zobaczyć miejscowe sklepy, bo jak każda kobieta na tym świecie lubiła ona zakupy.
- Mamo, przecież to wszystko, co tutaj masz możesz znaleźć równie dobrze w Alabastii - powiedział Ash, który (jak dobrze wiemy) specjalnie za zakupami nie przepadał.
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Mylisz się, kochanie - odpowiedziała mu jego mama - Tak naprawdę sklep sklepowi nie równy, a w każdym mieście jest inny dobór towaru, że tak powiem. Znacznie inny asortyment. Dlatego też zamierzam zobaczyć, jaki posiadają tutaj.
- Rozumiem... A przynajmniej próbuję rozumieć - zaśmiał się lekko mój luby i spojrzał na mnie - Dobrze, że ty tak nie masz.
- Mam, tylko nie zawsze mam okazję, aby wydać się ze swoją słabością do zakupów - odpowiedziałam dowcipnie.
Ash spojrzał na mnie przerażony, a z kolei ja zachichotałam ubawiona jego zabawną miną.
Poszliśmy więc do kilku sklepów i razem z Delią wybrałyśmy sobie kilka ładnych ciuszków, a także parę ozdóbek dla moich Pokemonów. Ash i Pikachu niezbyt chętnie nam towarzyszyli, ale też mimo wszystko robili to, choć nie omieszkali przy tym wyrazić swoje zdanie w tej sprawie. Pikachu piszcząc, a Ash słowami.
- Na Alola mają po prostu wielki asortyment - powiedziała Delia, kiedy wyszliśmy z kolejnego sklepu - Dobrze, że tu zajrzałam. Naprawdę mają tutaj spory wybór.
- Nawet zbyt spory, jeśli mam być szczery - rzucił złośliwie Ash.
Jego mama parsknęła śmiechem, ale nagle usłyszała czyiś męski głos, który nagle wypowiedział zdumionym tonem:
- Delia?
Kobieta odwróciła się za siebie zdumiona i zauważyła wtedy jakiegoś starszego mężczyznę stojącego niedaleko nas, który bardzo uważnie się w nią wpatrywał. Ja i Ash bez trudu go rozpoznaliśmy, podobnie jak i pani Ketchum, ale żadne z nas nie było bynajmniej zadowolone z tego spotkania, a już na pewno nie osoba, do której mężczyzna zwrócił się po imieniu.
- To ty - powiedziała Delia gniewnym tonem - Stryjek mówił, że tutaj mieszkasz. Chciał nawet, żebym cię odwiedziła, ale jakoś nie paliłam się do tego.
William Krupsh (bo to był on) uważnie wpatrywał się w swoją córkę, po czym powiedziała:
- Delia... Boże, jaka ty jesteś do niej podobna... Do swojej matki. Niech no ja ci się przyjrzę. Tak, to zdecydowanie wykapana Bella. Moja kochana, biedna Arabella.
- Biedna Arabella - przedrzeźniała go wściekle Delia - Teraz to biedna, a jakoś nie litowałeś się nad nią, kiedy nas porzuciłeś.
Mężczyzna milczał przez chwilę, jakby właśnie zastanawiał się, co ma powiedzieć, po czym spojrzał na Asha i rzekł:
- On z kolei jest niepodobny do ciebie. Poza oczami, bo te ma twoje.
- Spostrzegawczy jesteś - mruknęła Delia złośliwie - Długo musiałeś obserwować mojego syna, żeby to odkryć?
Ash powoli zrobił krok w kierunku Williama i powiedział:
- A więc jesteś moim dziadkiem... Ojcem mojej mamy...
- Tak. Winston ci to wyznał, prawda?
- Domyślałem się tego już wcześniej, ale twój brat całkowicie mi to uświadomił. Od niego dowiedziałem się, że bez żadnej wątpliwości jesteś moim dziadkiem.
- On nie jest twoim dziadkiem, Ash - powiedziała Delia, łapiąc syna za ramię i przyciągając go do siebie - Nie jest też moim ojcem.
- Jestem nim, czy ci się to podoba, czy nie, młoda damo - stwierdził stanowczym tonem William Krupsh - Choćbyś nie wiem, jak próbowała zaprzeczać, nie możesz zaprzeczyć oczywistym faktom, a te mówią same za siebie.
Delia spojrzała na niego ironicznie i odparła:
- No dobrze, a więc jesteś moim ojcem, a prócz tego dziadkiem mojego syna. Więc wobec tego powiedz mi, co o nas wiesz? Co lubimy robić? Jakie mamy ulubione kolory? Ulubioną muzykę? Albo co dzisiaj świętujemy?
William Krupsh popatrzył początkowo zdumiony tymi pytaniami, po czym rzucił gniewnie:
- Nie grasz uczciwie.
- Nie, to ty nie grasz uczciwie, tatusiu. Opuściłeś mnie i moją matkę, bo tak ci było wygodnie. Ja i ona przeszkadzałyśmy ci w dążeniu do twoich wielkich marzeń. I dla tych właśnie marzeń poświęciłeś wszystko, co tylko miałeś.
- Wiesz co? Jesteś bardziej podobna do swojej matki niż ci się wydaje.
- Naprawdę?
- O tak. Ona także była niesprawiedliwa wobec mnie. Ja tylko chciałem jakiś czas podróżować. Chciałem być szczęśliwy, ale nie mogłem, ponieważ wiecznie ona mi trajkotała o obowiązkach związanych z byciem ojcem.
- Tak i o tym „bachorze“, jak raczyłeś mnie nazywać.
- Tylko raz i to w gniewie. Nigdy tak naprawdę nie myślałem.
- Ale porzuciłeś mnie i matkę.
- Nie na zawsze, tylko na jakiś czas. Chciałem potem wrócić, ale twoja matka nawet nie chciała o tym słyszeć.
- A dziwisz się jej? Czy ty przyjąłbyś ją, gdyby postąpiła dokładnie tak samo, jak ty wtedy?


William zaniemówił przez chwilę, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć na to pytanie. W końcu odparł:
- Zrobiłem to, co musiałem. Poszedłem za swoimi marzeniami.
- Gratuluję. I co? Dało ci to szczęście?
- Mniejsze niż myślałem.
- A widzisz. I co? Warto było dla tych marzeń poświęcać wszystko, co miało od tych marzeń znacznie większą wartość?
- Twój syn i twój mąż również poszli za marzeniami, a jakoś ich nie potępiasz.
- Ash nie ma rodziny, którą porzucił, a Josh nie jest już moim mężem, a do tego jego historia była o wiele bardziej skomplikowana. Dopiero jakiś czas temu dowiedziałam się wszystkiego i zrozumiałam go.
- Gdybyś znała i moją historię, też byś mnie mogła lepiej zrozumieć.
- Wątpię. Ty nigdy nie miałeś rodziców gangsterów, a twoja matka nigdy nie traktowała cię jak gorszego. Ty miałeś miłość i wiedziałeś, czym ona jest. Josh był tej wiedzy pozbawiony, a w każdym razie nie posiadał jej w takim stopniu, aby móc dać szczęście mnie i Ashowi. Ty natomiast miałeś od dziecka wszystko, co powinno mieć każde dziecko: miłość i kochającą cię rodzinę, która zawsze była za tobą.
- Jeśli tak ci się wydaje, to jesteś jeszcze głupsza od tego Pokemona - mruknął Winston, wskazując na Buneary stojącą przy mojej nodze.
Pokemonka oburzyła się i wyraźnie chciała już uderzyć mężczyznę, ale Pikachu ją powstrzymał, choć też zapiszczał gniewnie, a z jego policzków poszły iskry.
- No pięknie - mruknęła Delia - Spotkałeś się ze mną po latach po to, aby mnie obrażać? Gratuluję, tatusiu. Umiesz postępować z ludźmi.
- Ty także. Oceniasz innych, choć tak naprawdę nic o nich nie wiesz.
- Wiem więcej o tobie niż bym chciała wiedzieć. Wiem, że nigdy nie byłeś dla mnie takim ojcem, jakim powinieneś być.
- Naprawdę? A co ja twoim zdaniem takiego złego zrobiłem? Czy ja kiedykolwiek zrzędziłem ci nad głową, jak inni ojcowie? Czy może kazałem ci myć zęby, kłaść się wcześnie spać, jeść szpinak oraz inne bzdury? Nie! Ja uszanowałem twoją prywatność i uczyłem cię zawsze samodzielności. I w przeciwieństwie do twojej matki umiałem coś więcej niż tylko rozkazywać.
- To oczywiste, że umiałeś coś, czego ona nie umiała. A wiesz, co to było? Umiałeś mi pokazać, iż jestem dla ciebie mniej warta niż zwycięstwa w zawodach. To rzeczywiście umiałeś mi okazać. I tego rzeczywiście moja mama nie umiała zrobić. Ty owszem. Byłeś w tym bezkonkurencyjny.
William Krupsh spojrzał na swą córkę uważnie, wyraźnie zły, ale przez chwilę nic nie mówił, aż w końcu odparł:
- Powiedziałem ci już... To nie jest takie proste, jak ci się może wydać. Wszystko było o wiele bardziej skomplikowane.
- Oczywiście, było - mruknęła gniewnie Delia - Tak bardzo, że nigdy nie napisałeś do mnie, odkąd odszedłeś. Tak bardzo, że nawet podarłeś mój rysunek, który ci podarowałam przed twoim odejściem z domu. Tak bardzo, że nawet na pogrzeb mojej mamy nie raczyłeś przyjść. Zjawiłeś się u mnie dopiero wtedy, kiedy miałam już syna, a mój rozwód był w toku, a potem szybko odszedłeś i więcej cię nie widziałam aż do dzisiaj.
William chciał już coś powiedzieć, ale zmienił zdanie i odparł:
- Tak właśnie chcesz to widzieć? Dobrze... Zatem możesz właśnie tak na to patrzeć. Tłumaczył ci się ze swojego postępowania nie będę. Nigdy tego nie robiłem i robić nie będę. Co najwyżej mógłbym ci wyjaśnić, czemu tak się stało, ale sprawiasz wrażenie osoby dalekiej od chęci wysłuchania mnie.
- Bystre spostrzeżenie - rzuciła złośliwie Delia.
- Doskonale. A zatem sprawa załatwiona. Byliśmy sobie obcy wtedy, będziemy sobie obcy nadal.
- Świetnie. Tak będzie najlepiej.
- A więc... Żegnaj, Delio.
Po tych słowach William powoli ruszył przed siebie, ale nagle poczuł się dziwnie słaby, gdyż wygiął się z bólu i padł dysząc na ziemię. Szybko podbiegłam do niego razem z Pikachu i Buneary, próbując go podnieść, ale gość był za ciężki.
- Ash, pomóż mi! - zawołałam załamana.
Mój chłopak, choć się do tego nie palił, podszedł i pomógł mi podnieść swego dziadka.
- Wszystko w porządku? - spytał go.
- Tak, po prostu... Słabo się poczułem. To przez ten upał.
- Bierzesz leki na padaczkę?
- A co cię to niby obchodzi? - burknął gniewnie starszy pan - Jakoś nie paliłeś się do podnoszenia mnie z ziemi i gdyby nie twoja dziewczyna, to pozwoliłbyś mi tu zdechnąć na tym chodniku. Mam rację?!
Ash popatrzył na niego gniewnie i odparł:
- Tak właśnie chcesz to widzieć?
Starszy pan widząc, iż wnuk uderzył w niego jego własną bronią lekko się zmieszał i powoli poszedł przed siebie, mijając Stevena Meyera.
- Witajcie, moi kochani - powiedział z uśmiechem przyszły mąż Delii - Właśnie wracam od Clemonta. Już coraz lepiej sobie radzi z chodzeniem i Kasandra jest dobrej myśli. A co wy tacy poważni? Kim był ten starszy pan?
Delia podeszła do Meyera i bardzo mocno wtuliła się w niego, który bardzo tym zdumiony przytulił ją do siebie, po czym spojrzał nas i ponowił pytanie.
- Nikt ważny - odpowiedział mu Ash - Słabo się poczuł i pomogliśmy mu. Nic takiego.
- Aha... Rozumiem - pokiwał delikatnie głową Meyer - Delio, a co z tobą? Wszystko w porządku?
- Tak, najdroższy - odparła czule mama Asha - Teraz już tak.

***


Zgodnie ze swoją zapowiedzią Delia wróciła do Alabastii, zaś Steven pojechał wraz z nią, do czego namówili go Clemont i Bonnie. Oboje bardzo chcieli, żeby ich ojciec był ze swoją ukochaną. Steven Meyer miał poważne wątpliwości, czy powinien tak zrobić i do końca jeszcze mówił, że syn go potrzebuje i musi z nim być, ale Clemont uparł się odpowiadając, iż jest już prawie zdrowy, więc sam niedługo przybędzie do Alabastii. Steven nie miał pewności, czy dobrze robi, ale posłuchał go i poleciał z Delią, ale bardzo często wpadał z wizytą do syna, aby sprawdzić, czy wszystko z nim dobrze, a prócz tego jeszcze dzwonił codziennie z pytaniami. Sam Clemont zaś, zgodnie z zapowiedzią Kasandry Cheerful oraz swoją własną czuł się coraz lepiej, a jego rehabilitacja nabierała tempa. Coraz częściej chodził on bez żadnego wsparcia, ale wciąż przy asyście Dawn, Bonnie i Kasandry, które pilnowały, aby przypadkiem się nie wywrócił, ponieważ wciąż jego mięśnie były słabe, jednak według pani Cheerful to już była tylko kwestia tygodni, aż odzyska on pełną władzę w nogach.
Od wyjazdu Delii minął miesiąc. Przez ten czas nie wydarzyło się nic godnego uwagi, może poza tym, że wzięliśmy wszyscy udział w procesie Sebastiana Valamonta i zeznawaliśmy przeciwko niemu, bez najmniejszych skrupułów opowiadając o wszystkim, co ten łajdak zrobił. Nasze zeznania bardzo tu pomogły i pomimo dość płomiennej mowy adwokata, próbującego dowieść niepoczytalności swojego klienta oraz potrzeby leczenia go, drania skazano na piętnaście lat więzienia ze względu na jego młody wiek, przy czym uwzględniono przy tym możliwość wypuszczenia go wcześniej za dobre sprawowanie. Bardzo nas ucieszył ten wyrok, choć do samego końca Valamont wygrażał się pani Cheerful mówiąc, że nigdy jej nie wybaczy.
Ponieważ nie mieliśmy już żadnych poważniejszych obowiązków do wykonania, to spędzaliśmy z Ashem bardzo miło czas rozdzielając go na odwiedziny w uzdrowisku u Clemonta i wspieranie go, a także czas wolny dla siebie, który przeznaczyliśmy na czytanie książek, siedzenie na plaży, pływanie w morzu oraz naukę francuskiego. Ash bowiem bardzo chciał się nauczyć tego języka, ale rzadko mieliśmy okazję do nauki, a teraz mieliśmy bardzo dużo tych okazji i z każdej chętnie korzystaliśmy. Zauważyliśmy też, że Max i Bonnie spędzają ze sobą coraz więcej czasu i choć raczej jeszcze nie można było tutaj mówić o jakimkolwiek związku, to jednak należało zauważyć, iż wyraźnie oboje są sobie coraz bardziej bliscy i coraz lepiej się dogadują, co oczywiście bardzo nas ucieszyło.
Pewnego wszak dnia nasza sielanka została jednak przerwana przez zew nowej przygody. Wszystko zaczęło się od tego, że tego dnia poszliśmy na zakupy. Siostry Cheerful i ja chciałyśmy sobie kupić jakieś nowe ciuszki z okazji wielkiej wyprzedaży, jaka odbywała się na całej wyspie Melemele. Ash, Kiawe i Sophocles, a także Dexter, Pikachu i Buneary towarzyszyli nam w tej wyprawie, choć muszę tutaj zauważyć, że chłopcy nie wykazali wielkiego entuzjazmu z tego powodu i pozostawali na zewnątrz, kiedy my kupowałyśmy ciuchy. Zwiedziliśmy w ten sposób kilka sklepów z ciuchami i zapowiedziałyśmy, że ten, do którego teraz idziemy, jest już ostatni na naszej liście. Niestety (dla chłopców), plany uległy lekkiej zmianie, kiedy z niego wyszłyśmy, gdyż w środku dowiedziałyśmy się czegoś, co sprawiło, iż postanowiłyśmy wędrować dalej.
- No, wreszcie jesteś - powiedział Sophocles, kiedy to raczyłyśmy już wyjść ze sklepu - Nareszcie koniec tych durnych zakupów.
- Koniec? - zaśmiała się Mallow - O nie! Mylisz się, Sophoclesie. To dopiero początek! Idziemy do „Wschodu Słońca Alola“!
- Słucham?! - zawołał Sophocles.
- A co to takiego? - spytał Kiawe.
- Nie wiecie? - zdziwiła się Lillie - To przecież jest coś, na co zawsze chciałyśmy pójść!
- Wielka okazja dla każdego, kto tylko z tej okazji umie skorzystać! - dodała Lana - Wielki sklep pełen najpiękniejszych rzeczy dla dziewczyn, jakie tylko mogą istnieć. Mają tam właśnie małą wyprzedaż. Wszystko po tańszych cenach. Nic, tylko korzystać.
- Wyprzedaż... - jęknął Sophocles.
- Najpiękniejszych rzeczy - dodał Dexter.
- Dla dziewczyn - rzucił Ash.
- Pika! - pisnął smętnie Pikachu.
- Och tak! - zawołałam wesoło - Pomyślcie tylko! Te wszystkie stroje kąpielowe, sukienki, koszulki...
- Biżuteria, kosmetyki, błyskotki - dodała Lillie.
- I różnego rodzaju drobiazgi dla Pokemonów - rzekła Mallow - To wprost grzech tam nie zajrzeć! Musimy koniecznie tam iść!
- Właśnie! - dodała Lana radośnie - To co? Kto idzie z nami?
Kiawe przełknął głośno ślinę i rzekł:
- Wybaczcie, ale ja nie mogę... Muszę wrócić do domu i nakarmić moje Pokemony... Same rozumiecie, to bardzo ważne. Zobaczymy się później, Mallow. Pa, skarbie.
I szybko zniknął nam z oczu, choć starał się udawać, że nie ucieka.
Wszystkie spojrzałyśmy na Sophoclesa, ale ten nagle krzyknął głośno, jakby się czegoś przestraszył i zawołał:
- Właśnie sobie przypomniałem, że miałem podlać kwiaty w ogrodzie, więc muszę iść i w końcu to zrobić. Wybaczcie, później się spotkamy. Na razie!
To mówiąc pognał on szybko przed siebie, choć w przeciwieństwie do Kiawe wcale nie ukrywał tego, że ucieka.
Dexter nagle zaczął głośno buczeć, a na jego postaci pojawił się zegar, odliczający czas.
- Przypomniałem sobie właśnie, że program „Szczęśliwy Detektyw z Alola“ rozpocznie się już za siedemnaście minut i trzydzieści pięć sekund. Muszę na niego zdążyć, aby go obejrzeć!
- A nie możesz ustawić nagrywania w telewizorze, powrócić do nas, a potem obejrzeć, jak skończmy? - spytał Ash.
- Prawdziwy fan Szczęśliwego Detektywa, nawet jeżeli nagrywa sobie odcinki, to zawsze też ogląda je na bieżąco, a ja jestem prawdziwym fanem, także wybaczcie, ale muszę uciekać.
To mówiąc Dexter odleciał w siną dal. Wszystkie więc spojrzałyśmy na Asha, któremu chyba krew się w żyłach zmroziła ze strachu.


- Eee... Pikachu, my chyba też mamy swoje sprawy, prawda? - spytał niepewnym tonem.
- Pika? - pisnął zaniepokojony Pikachu.
Ash powoli zrobił krok, jednak my nie dałyśmy mu odejść. Zaraz go otoczyłyśmy niczym harpie swoją ofiarę, a następnie Mallow położyła mu czule od tyłu dłoń na ramieniu:
- Ash, proszę... Kuzynku kochany, chyba nam nie odmówisz?
- Nie zostawisz czterech uroczych dziewczyn bez pomocy? - dodała słodkim tonem Lana, łapiąc go za rękę - Prawda, Pikachu? Ty też byś nas nie zostawił, prawda?
- Bune-bune? - zapiszczała słodko Buneary.
- Proszę, kuzynku nasz kochany... Zgódź się - prosiła słodko Lillie.
- Ash, kochanie... Damom odmówisz? - spytałam wesoło, obejmując go za szyję - Proszę, skarbie...
- A po co ja wam jestem? Do dźwigania waszych zakupów?
- Nie... Do oceny tego, co na nas ładnie leży, a co nie...
- Co do nas pasuje - dodała Mallow.
- W czym nam do twarzy - rzekła Lana.
- I w ogóle zawsze ceniliśmy twoją ocenę - rzekła Lillie.
Widząc, iż Ash jeszcze się trzyma lekko się przysunęłam i szepnęłam mu na ucho niesamowicie niegrzeczną propozycję. Gdy to zrobiłam, to już wiedziałam, że Ash mi nie odmówi. Dobrze wiedziałam, że tym go skuszę, bo realizacja tego konceptu i mnie sprawiała wręcz ogromną przyjemność, a co dopiero jemu.
- Ty przechero - powiedział do mnie na pozór zły - Ty wiesz, jak mnie przekabacić, co nie? Niech ci będzie.
- HURRA! - zawołałyśmy, podskakując wesoło.
I choć może trudno w to uwierzyć, ale już po chwili wszyscy razem chodziliśmy po „Wschodzie Słońca Alola“ i oglądaliśmy każdą wystawę i niemal z każdej ja i dziewczyny sobie coś wybierałyśmy, a Ash oceniał, jak bardzo nam do twarzy w tym, co mu pokazałyśmy. Zajęło nam to dość dużo czasu, ale to było bardzo przyjemne zajęcie, w każdym razie dla nas, bo za Asha nie mogę ręczyć, choć tak prawdę mówiąc nie narzekał, a wręcz wciąż się do nas uśmiechał.
- No, młody człowieku, widzę, że niezły z ciebie arbiter elegancji - zaśmiała się jedna sprzedawczyni, podchodząc do nas.
- Co poradzić? Prosiły tak słodko, że nie umiałem im odmówić - odparł na to Ash.
- Domyślam się, ale nie sądziłem, że można mieć aż cztery dziewczyny.
Ash zdumiały słowa kobiety i już miał coś wyjaśnić, gdy nagle, jak zwykle skora do żartów Mallow podeszła bliżej i powiedziała:
- Jak to? Nie wiedziała pani? On jest z Alabastii, a tam każdy chłopak ma co najmniej dwie dziewczyny, a on wyrwał aż cztery, bo we wszystkim jest od wszystkich innych chłopaków dwa razy lepszy.
To mówiąc objęła kuzyna ręką za szyję i zaśmiała się, gdy ja także to zrobiłam, mówiąc:
- Jest to też bardzo praktyczne, proszę pani, ponieważ w Alabastii na jednego chłopaka przypadają trzy dziewczyny, tak więc trzeba odpowiednio zarządzać zasobami ludzkimi.
Kobieta widziała wyraźnie, że sobie żartujemy, bo parsknęła śmiechem i zapytała:
- A to ciekawe. I co? Tak po prostu sobie żyjecie w pięciokącie?
- A co? To chyba nie jest zabronione? - spytała wesoło Mallow.
- Poligamia jeszcze nie jest zabroniona. Bigamia tak, ale poligamia nie - zauważyła dowcipnie Lana - A poza tym o co mamy się kłócić? Ash umie zadbać o każdą z nas. O wszystkie razem oraz o każdą z osobną, więc co za problem?
- Ciekawa sytuacja - zaśmiała się wesoło kobieta - Musisz być wielkim szczęściarzem, młody człowieku.
- Tak, szczęście mnie nie opuszcza - zachichotał Ash.
Zakupy potrwały jeszcze jakiś czas aż do chwili, kiedy trzeba było je kończyć, a gdy to się stało, to powróciliśmy razem do domu, w sam raz na pyszny obiad domowej roboty. Pani Cheerful pokręciła tylko wesoło głową, gdy zobaczyła, ile mamy ze sobą siatek z zakupami.
- Kochane moje, zanieście szybko wasze pakunki do waszych pokoi, a potem chodźcie na obiad - powiedziała bardzo czułym tonem - Zaraz będzie gotowy, więc się pospieszcie. A tak przy okazji, Ash... Masz gości.
- Gości? Tutaj? - zdziwił się mój luby - A gdzie oni są, ciociu?
- W pokoju twoim i Sereny - odpowiedziała Kasandra - Podobno mają do ciebie ważną sprawę. Tylko nie rozmawiaj z nimi za długo, bo obiad ci ostygnie.
Po tych słowach kobieta poszła do kuchni, zaś Ash spojrzał na mnie bardzo zdumiony.


- Goście? Tutaj? Ciekawe, kto to może być.
- Jak pójdziemy, to się dowiemy - stwierdziłam, a Pikachu i Buneary zapiszczeli potakująco.
- Masz rację. Chodźmy więc.
Poszliśmy zatem do naszego pokoju, gdzie zastaliśmy naprawdę bardzo niespodziewanych, ale i miłych nam gości.
- Gary?! May?! - zawołał zdumiony Ash - Co wy tu robicie?
- Przybyliśmy, żeby się z tobą zobaczyć, stary - uśmiechnął się Gary Oak, ściskając po przyjacielsku Asha - A przy okazji też zobaczyć, jak ci się obecnie powodzi na tej twojej emeryturze.
- Chcieliśmy też sprawdzić, jak się miewa mój brat - powiedziała May, ściskając czule Asha i całując go w policzek - Mam nadzieję, że nie sprawia problemów.
- May, proszę cię... Przecież to już nastolatek, a nie dziecko.
- Mówisz tak, jakbyś nie wiedział, na co go stać - zaśmiała się May i uściskała mnie wesoło - Cześć, Sereno. Dawno się nie widziałyśmy.
- Cieszę się, że cię widzę, May - powiedziałam radośnie - A co do Maxa, to ostatnio nie on narozrabiał, ale Bonnie.
- Bonnie? A co takiego zrobiła?
- Później ci opowiem. Na razie lepiej wy nam opowiedzcie, co was tu sprowadza.
May uśmiechnęła się do mnie, po czym spojrzała na Asha i powiedziała jak najbardziej poważnym tonem:
- Ash, musisz z nami lecieć do Hoenn. To bardzo pilna sprawa.
- Potrzebujemy pomocy Sherlocka Asha - dodał Gary równie poważnie, co jego dziewczyna - Sprawa wymaga użycia twoich szarych komórek, o ile jeszcze je posiadasz, bo podobno nie używane zbyt długo potrafią...
May dała mu sójkę w bok i dodała:
- Profesor Hale przysłał nas tutaj, żebyście cię sprowadzili do Hoenn i to najlepiej z całą drużyną, jeśli to tylko możliwe.
- Spencer Hale? - zdziwiłam się - To on nie siedzi na wykopaliskach w Rodozji?
- Nie, udostępnił je całkowicie profesorowi McFarne’owi - wyjaśnił mi Gary - Teraz siedzi w Hoenn razem z Molly i prowadzi badania na temat niedawno odnalezionych szczątków miasta plemienia Balatoyów.
- Balatoyów? - zdziwił się Ash, masując sobie lekko podbródek - Coś mi to przypomina, tylko nie mam pojęcia, co takiego. Nie umiem sobie teraz tego przypomnieć.
- Ale widzę, że kojarzysz, to dobrze - powiedział Gary, uśmiechając się zadowolony - A imię Calista coś ci mówi?
Ash był bardzo zdumiony, gdy padło to imię.
- Calista? Taka w beżowych włosach? Miała Baltoya?
- Widzę, że ją kojarzysz - rzekł Gary z lekkim uśmiechem na twarzy.
- A i owszem, kojarzę - odpowiedział mu Ash - Pikachu zresztą także. Prawda, stary?
- Pika-pika! - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Kim jest Calista? - spytałam zainteresowana.
- Znajomą z Hoenn - odparł mój luby.
- Znajomą, tak? Ona wyrażała się o tobie nieco bardziej pochlebnie - zachichotał młody Oak.
- Ona też was prosiła, żebyście mnie sprowadzili do Hoenn? - rzekł po chwili Ash.
- W pewnym sensie - odparła May - Słuchaj, Ash... To bardzo ważna sprawa. Ja wiem, że możesz mieć inne rzeczy na głowie, ale mimo wszystko musimy cię prosić, abyś poleciał z nami.
- Borykamy się z zagadką, którą tylko ty możesz rozwiązać - dodał Gary, już całkowicie na poważnie.
- Zagadką? Nic z tego. Ja jestem detektywem na emeryturze i już nie rozwiązuję zagadek - stwierdził Ash.
- Poważnie? - spytałam ironicznie - A podobno rozważasz porzucenie emerytury.
- Rozważam, ale jeszcze go nie rozważyłem - mruknął Ash - Poza tym póki co życie jest całkiem spokojne i detektyw Sherlock Ash nie jest wcale potrzebny.
- Przeciwnie, tym razem jest - odpowiedział mu Gary - Tak się składa, że tylko ty możesz rozwikłać sprawę, z którą przyszliśmy.
- Poważnie? A niby czemu?
- Bo ta sprawa dotyczy dwóch osób. Ciebie i Calisty i tylko wy dwoje możecie wyjaśnić to, co się stało.
- Więc zwróćcie się o pomoc do Calisty.
- Problem w tym, że nie możemy. Ona zaginęła.
- Zaginęła? - Ash był wyraźnie zdumiony.
- A tak, zaginęła - pokiwał głową młody Oak - Do tego jeszcze ludzie profesora Hale’a wykopali z ziemi jakąś tajemniczą skrzynkę, w której była wiadomość z prośbą o pomoc. Wiadomość sprzed 3000 lat.
- I co w tym takiego zagadkowego?
- Sęk w tym, że ta wiadomość jest skierowana do jednej, konkretnej osoby - powiedziała May.
- Do kogo?
- Do ciebie, Ash.
Chyba nic w tamtej chwili nie mogło bardziej zdziwić mojego lubego, niż właśnie ta informacja. Gdy ją usłyszał, to wpatrywał się cały zdumiony w May i Gary’ego, podobnie jak i Pikachu, Buneary i oczywiście ja. Cała nasza trójka patrzyła na Asha, natomiast Ash zdumiony patrzył na naszych przyjaciół, przez chwilę nie wiedząc, co powiedzieć.
- Zaraz, momencik! Chcecie mi wmówić, że znaleźliście wiadomość sprzed 3000 lat i jest ona skierowana do mnie?
- Tak i jak chcesz, zaraz ci możemy tę wiadomość pokazać - powiedział Gary - Mamy ją ze sobą.
- Więc dlaczego od razu tak nie mówiliście? - zapytał Ash dość złym tonem - Mówcie zaraz, co to za wiadomość i kto ją zostawił!
Zadowolona spojrzałam na Pikachu i Buneary, którzy uśmiechnęli się do mnie radośnie. Doskonale wiedzieli, co to znaczy. Sherlock Ash właśnie wracał do gry.



C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...