niedziela, 18 marca 2018

Przygoda 111 cz. III

Przygoda CXI

Szmaragd rodu McDelingów cz. III


Pamiętniki Sereny c.d:
Radosne przyjęcie w restauracji trwało bardzo długo, aż w końcu żadne z nas nie miało sił na to, aby dłużej balować, dlatego też poszliśmy razem do hotelu, aby się zdrzemnąć oraz wypocząć. Co prawda ja, Ash i Dawn nie mieliśmy żadnych pieniędzy z epoki, aby wynająć sobie jakiś pokój, ale okazało się to być nieważną przeszkodą, ponieważ nasz drogi przyjaciel Kronikarz poprosił o pokój dla nas, dodając przy tym, iż chętnie za niego zapłaci, a więc nie mamy czym się przejmować. Czuliśmy się z tym nieco głupio, bo w końcu żadne z nas nie miało zamiaru naciągać tego biedaka na jakiekolwiek koszty, ale cóż... Kronikarz tak bardzo nas chciał ugościć, że nie potrafiliśmy mu odmówić. No, a poza tym praktyczniej było pozwolić Kronikarzowi na realizację jego pomysłu, bo przecież my nie mieliśmy przy sobie żadnej gotówki, a już na pewno nie z tych czasów, w których obecnie przebywaliśmy. Mogliśmy oczywiście wrócić do siebie, wypocząć w swoich czasach i przybyć ponownie do czerwca 1939 roku, ale baliśmy się, że przez takie ciągłe podróże w te i wewte możemy zwrócić na siebie niepotrzebną uwagę, czego nie chcieliśmy, więc przystaliśmy na propozycję Kronikarza i skorzystaliśmy z pokoju dla nas wynajętego.
Spędziliśmy bardzo przyjemną noc, a obudziliśmy się dość późnym porankiem, na co miał wpływ fakt, że balowaliśmy do późna w nocy. Mimo tego zdołaliśmy jakoś wyspać się i to naprawdę bardzo dobrze. Tak dobrze, że Dawn, gdy tylko powróciła z krainy snów, to wstała radośnie z łóżka, odsłoniła zasłony i spojrzała na widok przed sobą, który składał się z plaży i cudownego, bezkresnego morza na tle równie cudownego nieba.
- Ach, jakie to piękne miejsce! - zawołała wesoło Dawn, patrząc na to wszystko - To naprawdę jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie.
- O tak, masz rację - uśmiechnęłam się do niej, wstając ze swego łóżka - I te czasy też były piękne. Może nie idealne, bo wiele spraw nie było w nich takich, jakie być powinny, ale mimo wszystko naprawdę miały w sobie wiele piękna.
- O tak... I aż smutek ogarnia serce, kiedy sobie człowiek pomyśli, jak szybko te czasy straciły swoje piękno - powiedział na to Ash, siadając na łóżku - Obecnie mamy czerwiec 1939 roku, więc to piękno pozostanie nie zmącone jeszcze tylko trzy miesiące.
- Oj tak - rzekłam, kiwając smutno głową - Bo za trzy miesiące pewien świr z Berlina, który lepiej powinien pozostać przy malowaniu motylków ruszy na ojczyznę Kronikarza, a po niej zaś weźmie się za inne kraje, aby przejąć władzę nad światem.
- I prawie mu się to udało, bo przecież jego armia była potężna, a mając do pomocy jeszcze jednego świra, a konkretnie szalonego Wielkiego Brata ze Wschodu, to miał duże szanse, aby to osiągnąć - dodała ponuro Dawn - Jak to dobrze, że w końcu obaj sobie skoczyli do gardeł, inaczej kiepsko by ten świat wyglądał.
- Tak, ale niestety na sześć lat zapanuje na tym świecie taki chaos, że wolę go sobie w ogóle nie wyobrażać - stwierdziłam - A z tego, co czytałam o historii ojczyzny Kronikarza, to ta już nigdy nie była taka, jak przedtem. Ta wojna zmieniła ją na gorsze. Och, boję się myśleć, co zrobi nasz drogi przyjaciel, kiedy to odkryje... Znaczy odkryje to za parę lat, bo teraz jeszcze tego nie wie.
- I lepiej, żeby tego nie wiedział - powiedział Ash poważnym tonem - Dlatego też, moje kochane, najlepiej będzie, jeżeli nie będziemy prowadzić zbyt głośno takich rozmów.
- A co w nich niby złego, braciszku? - zapytała Dawn.
- Ty się jeszcze pytasz? - mruknął złośliwym tonem Ash - Pomyśl przez chwilę. Przecież rozmawiamy właśnie o tym, co się wydarzy w przyszłości, czyli o tym, czego teoretycznie nie mamy prawa wiedzieć. Jeżeli będziemy głośno mówić o takich tematach, to albo wezmą nas za jakiś wariatów, albo też za ludzi siejących przerażenie wśród cywili. Albo co gorsza ktoś uzna, że mamy dar jasnowidzenia i zechce to podle wykorzystać.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu, popierając wypowiedź swojego trenera.
- No, z tym ostatnim trochę przesadziłeś - stwierdziła ironicznie Dawn, ale też szybko spoważniała - Chociaż twoje pozostałe argumenty brzmią jak najbardziej sensownie.
- Wiesz, jak na mój gust wszystkie jego argumenty brzmią sensownie - odpowiedziałam, siadając na łóżku i biorąc na kolana Buneary - Nawet ten z szaleńcem chcącym wykorzystać dar jasnowidzenia, który to według niego posiadamy. W końcu nieraz spotykaliśmy na swojej drodze najróżniejszych wariatów, a więc taki, którego Ash opisuje też może się nam trafić. Dlatego lepiej siedźmy cicho i nie prowadźmy tu rozmów, które mogą nam narobić kłopotów, kiedy ktoś je usłyszy i źle zrozumie.
- No i bardzo dobrze. O to właśnie chodzi. Nie gadać za dużo, a już na pewno nic głupiego - powiedział Ash, uśmiechając się - Od tej pory, moje panie, milczymy niczym niezapłacony telefon.
Pikachu zapiszczał potakująco i pokazał łapką zapinanie ust zamkiem błyskawicznym.
- Sam bym tego lepiej nie ujął - zaśmiał się Ash - Pamiętajcie więc, moje kochane! Bez zbędniego gadulstwa!
- Dobra, mądralo, ale przypominam ci, że ciebie to też dotyczy - rzuciła złośliwym tonem Dawn.
- Och, nie musisz mi tego przypominać, bo nie zamierzam tego wcale zapomnieć - zaśmiał się na to jej brat.
- No i doskonale. A więc już wszystko ustalone - uśmiechnęła się moja przyszła szwagierka - To co teraz robimy?
- Zjemy śniadanie, oczywiście - odparł na to Ash - Skoro Kronikarz jest tak bardzo hojny, aby nam fundować pobyt tutaj, to nie róbmy mu afrontu i przebywajmy w tym miejscu jak należy, również jedząc, a nie tylko śpiąc w naszych łóżkach.
Propozycja ta została poparta nie tylko przez Pikachu, ale jeszcze przez burczenie w brzuchu jego i jego trenera, które chwilę później udzieliło się też mnie i Dawn.
- Chyba mój brat ma rację - powiedziała panna Seroni - Pora się już ubrać i zamówić sobie jakiś posiłek.
- Tylko nie przesadźmy - dodałam - Bo nie ma co naciągać naszego przyjaciela na zbyt ogromne koszty. Ja wiem, że go na to stać, jednak mimo wszystko im mniej się na nas wykosztuje, tym lepiej.

***


Po zjedzeniu śniadania poszliśmy do pokoju, w którym to zamieszkał Kronikarz z ukochaną oraz siostrą. Cała trójka przyjęła nas bardzo radośnie, uśmiechając się na sam nasz widok.
- Doskonale, że jesteście! - zawołała Candela bardzo wesołym głosem - Trafiliście w samą porę. Właśnie ćwiczymy występ, jakim uraczymy gości restauracji dzisiaj wieczorem i bardzo nam się przyda niezależna ocena.
- Niezależna? Dobre sobie - zaśmiał się dowcipnie Kronikarz - Candelo kochana, przecież to są nasi przyjaciele i jako tacy są stronniczy. To znaczy trzymają moją stronę i kibicują mi. A więc niby jaką ocenę mają wystawić mojemu występowi, jak nie tylko samą pozytywną?
- Skoro tylko na pozytywną opinię zasługujesz, to niby jaką ocenę my ci mamy wystawić? - zapytał dowcipnie Ash.
- Pika-pika! - zapiszczał wesoło Pikachu.
- No właśnie - poparłam mojego chłopaka - Przecież jesteś artystą i to z prawdziwego zdarzenia. Artystą o wielkim talencie, który doskonale wie, jak sprawić, aby publiczność szalała z zachwytu.
- A wśród tej publiczności oczywiście jesteśmy też my - zaśmiała się lekko Dawn - I w pełni podzielamy jej zachwyt twoimi występami. Są po prostu niesamowicie urocze, zabawne i pomysłowe. A do tego też grające na instrumentach muzycznych Pokemony. Jakoś nie sądzę, aby wielu artystów posiadało takie wsparcie muzyczne.
- No właśnie - pisnęła wesoło mała Angelika, głaszcząc swego Flabebe - Mój brat ma najlepszy zespół na świecie i jedyny w swoim rodzaju.
Hubert radośnie podszedł do dziewczynki, objął ją mocno do siebie i czule pocałował ją w czubek głowy.
- Widzicie? To moja najwierniejsza fanka...
- Ekhem... - chrząknęła Candela.
- Obok mojej żony, ma się rozumieć - zachichotał Kronikarz, z miejsca się poprawiając w swojej wypowiedzi.
- No właśnie - uśmiechnęła się Cyganka - Ale musicie wiedzieć, że gdy tylko rozeszła się wieść o tym, że wielki i sławny Kronikarz żeni się i to jeszcze ze mną, to po całym regionie Sinnoh rozszedł się wręcz ogromny jęk rozpaczy połączony z równie potężnym krzykiem oburzenia. I chyba nie ma w tym nic dziwnego. Wszak wszystkie jego wielbicielki z miejsca straciły możliwość związania się z nim.
- Domyślam się - parsknęłam śmiechem - Ale zakładam, że wcale się tym nie przejąłeś, Hubercie?
- Skądże znowu - odpowiedział wesoło Kronikarz - Przecież ja bardzo kocham Candelę, a ona kocha mnie. Jesteśmy pewni swojego uczucia, bo znamy się od bardzo dawna, od czasów dzieciństwa i zawsze byliśmy sobie bliscy. Dlatego tym bardziej byliśmy pewni tego uczucia, które nas ze sobą połączyło. Więc niby czym miałem się przejmować?
- A nie istniała obawa, że stracisz wiele wielbicielek swoim ślubem? - zapytała Dawn.
- Owszem, istniała, ale gdybym miał z powodu takiego drobiazgu nie poślubić kobiety mojego życia, to bym chyba był idiotą.
- Ja z kolei nie mogłabym poślubić idioty - dodała dowcipnie Candela - Więc cóż... Wszystko zmierza do tego, że byliśmy sobie pisani z Hubertem i nic tego zmienić nie mogło. Nawet brak wielu fanek.
- A więc mówisz, że znacie się od najmłodszych lat? - zapytał Ash.
- Pika-pika? - dodał pytająco Pikachu.
- No tak. Ale chyba już wam o tym opowiadałem.
- Możliwe. Wybacz, mogłem zapomnieć. Ale wiesz, pytam o to przede wszystkim dlatego, że ja i Serena też się poznaliśmy jako dzieci.
- Naprawdę? No proszę - Kronikarz popatrzył na nas z uśmiechem - A więc na pewno doskonale rozumiecie uczucie, jakie połączyło mnie i moją lubą i to od pierwszej chwili, gdy się poznaliśmy.
- Oj tak, oboje doskonale je rozumiemy - odpowiedziałam, podchodząc do Asha i ściskając czule jego dłoń - Poznaliśmy się jako dzieci, od samego początku byliśmy sobie bliscy, a za jakiś czas się pobierzemy.
- Naprawdę? To doskonale - powiedział bardzo zachwycony Kronikarz - Przybywa nam miłości na tym świecie tak, jak być powinno.
- I bardzo dobrze - dodała Candela.
- Hurra! Niech żyje miłość! - zawołała radośnie Angelika, podskakując wesoło w górę wraz ze swym Flabebe.
Ash z wielkim uśmiechem na twarzy klasnął w dłonie, przerywając tę euforię.
- Cieszę się, że was to cieszy, ale chyba zapomnieliśmy o tym, że miała się tu odbyć próba do wieczornego występu.
Kronikarz parsknął śmiechem, słysząc te słowa.
- Tak, masz rację. Dobrze, że mi o tym przypomniałeś. Bywam czasem roztargniony, ale cóż... Od czego mam rozsądnych przyjaciół, którzy zawsze mi przypomną co i jak? Ale dość tego gadania! Pora już brać się do pracy. W końcu nie płacą nam za euforię i wesołe rozmowy.
To mówiąc zwrócił się do swoich czterech Pokemonów, stanowiących jego orkiestrę i zawołał:
- Kochani, bierzemy się do dzieła! Zagrajcie „Cztery nogi“!


Pokemony wydały z siebie wesołe dźwięki, a Hubert spojrzał na siostrę i żonę, mówiąc:
- A wy szykujcie się. Zaraz zaczynamy. Publiczność czeka. Nie każmy jej czekać zbyt długo.
Następnie trójka artystów ustawiła się przed nami, ich mała orkiestra zaczęła wesoło grać, zaś Kronikarz podrygując radośnie zaśpiewał:

Jakbym ja się śmiał...
Jakbym ja się strasznie śmiał.
Rzeczywiście - co bym ja wyczyniać mógł,
Gdybym, dajmy na to, miał...
Gdybym tak, przypuśćmy, miał...
Zamiast jednej pary drugą parę nóg!

Gdybym ja miał cztery nogi:
Dwie długie nogi, dwie krótkie nogi,
To bym ja mógł, Boże drogi,
Raz być wysoki, raz niski znów!
Ja mógłbym w cyrku występować,
Forsę w portfel chować.
Ach! Co za raj!
Ja mógłbym tańczyć do obłędu
Trzy miesiące z rzędu,
Bo wciąż bym tańczyć mógł
Na innej parze nóg!

Gdybym ja miał cztery nogi,
To mógłbym mężom przyprawiać rogi.
Mąż by mnie nie mógł złapać wcale,
Bo miałbym stale dwie pary nóg!

Gdy śpiewał ostatnią zwrotkę piosenki, to Angelika stanęła za nim w taki sposób, że było widać tylko jej nogi i przez chwilę wydawało się nam, że Hubert naprawdę posiada cztery nogi, co oczywiście było niesamowicie zabawne. Z kolei, jak śpiewał o przyprawianiu rogów, Candela przysunęła się lekko do niego, wyciągnęła prawą dłoń i wystawiła z niej dwa palce tuż za głową Huberta, co sprawiało wrażenie, jakby to on właśnie miał rogi, co jeszcze spotęgowało nasz śmiech. A gdy Kronikarz spojrzał na Cygankę, ta zrobiła minę niewiniątka i udawała, że nic złego nie robi. Hubert natomiast przybrał groźną minę (choć oczywiście ta groźba malująca mu się na twarzy była udawana), po czym zaczął znowu śpiewać:

Jakbym ja się śmiał...
Jakbym ja się strasznie śmiał,
Rzeczywiście - co bym ja wyczyniać mógł,
Gdybym, dajmy na to, miał...
Gdybym tak, powiedzmy, miał,
Oprócz jednej pary drugą parę nóg!

Wtedy to wyskoczyła przed niego Angelika, która była wesoła i wprost promieniała z tej wesołości. Dziewczynka miała na sobie różową sukienkę i słomkowy kapelusz, a w prawej dłoni trzymała laseczkę. Gdy tylko stanęła przed bratem, to zaraz zaczęła wesoło tańczyć wraz ze swym Flabebe (także w kapeluszu oraz z niewielką laseczką - dopasowanymi do jego rozmiarów), po czym radośnie zaśpiewała:

Gdybyś ty miał cztery nogi,
To miałbyś kłopot: co z nimi zrobić?
Bo każda miałaby wymogi,
A buty drogie, to straszna rzecz!
Co prawda, mógłby człek pohulać,
Bawić się, ululać,
Jak mur by stał!
Nikt by nie stawiał chwiejnych kroków,
Nie leżałby w rynsztoku,
Bo cztery nogi, nie?
To nie są to, co dwie!

Lecz faktycznie cztery nogi,
To byłby luksus cokolwiek drogi,
A zwłaszcza, gdy człek jest ubogi,
Muszą dwie nogi wystarczyć mu!

Dziewczynka i jej Pokemon tańczyli wesoło przed Kronikarzem, który patrzył na to z wyraźnym zachwytem. Widać było aż nadto dobrze, iż jest on dumny z postępów swej małej uczennicy.
Tymczasem Angie ustąpiła miejsca Candeli, która tańcząc dość zalotnie wokół swego męża zaśpiewała:

Gdyby pan miał cztery nogi,
To byłbyś mężem doprawdy drogim.
Twoją żoną bym została,
Ja bym kochała cię tak, że strach.

Bo dajmy na to jesteś w pracy.
Co ja na tym tracę? Dwie z twoich nóg.
Lecz za to drugie nogi obie
Zawsze mam przy sobie,
Więc cztery nogi mieć to pierwszorzędna rzecz.

Więc sprawże sobie, mój Walery
Jeszcze dwie nogi nowe, żebyś miał cztery.
Gdy to zrobisz mój kochany,
Wtedy zostanę żoneczką twą.

Chwilę później cała trójka ludzkich artystów w towarzystwie swojej wiernej pokemoniej orkiestry zaczęła wesoło skakać przed nami i robiła to tak długo, aż muzyka dobiegła końca. Wtedy to my podziękowaliśmy za ten jakże wspaniały występ naszym przyjaciołom jak najbardziej zasłużonymi brawami.
- To było po prostu wspaniałe! - zawołałam.
- Jeżeli tak wystąpicie przed publicznością, to porwiecie ich, możecie być tego pewni - powiedział Ash.
- Pika-pika! Bune-bune! - zapiszczeli Pikachu i Buneary.
- Sama bym tego lepiej nie ujęła - dodała Dawn - To było niesamowicie zabawne i urocze.
- Cieszę się, że tak mówisz - uśmiechnął się Hubert - Ale to nie koniec występów, jakie szykujemy dla naszej publiczności na dzisiaj. Pokażemy wam jeszcze kilka. W końcu musimy je przećwiczyć przed występem, a jak już ćwiczyć, to najlepiej w obecności przyjaciół.
- Święte słowa - zaśmiała się Candela.
- To do dzieła! - zawołała Angelika.

***


Wieczorem odbył się kolejny występ Kronikarza, na którym zaśpiewał on niejedną uroczą piosenkę, a prócz tego jeszcze wystawił kilka wesołych, krótkich spektakli satyrycznych, z których ludzie śmiali się wręcz do łez i nic dziwnego, bo były one naprawdę zabawne. My sami byliśmy nimi wręcz zachwyceni i z niekłamanym zachwytem podziwialiśmy je ze swego stolika, który zajmowaliśmy, ciesząc się nie tylko występem, ale też i możliwością zamówienia z karty dań wszystkiego, czego tylko zechcemy i to całkiem za darmo. Najwięcej z tej możliwości skorzystali Ash i Pikachu, którzy są wręcz nieopanowanymi żarłokami, ale z ich korzystną dla nich przemianą materii zawsze utrzymują szczupłą sylwetkę - choć może to nie tyle kwestia przemiany materii, co po prostu aktywnego trybu życia, jaki obaj wiodą, co przecież też jest możliwe.
Wracając jednak do głównego tematu, to muszę powiedzieć, że zabawa była naprawdę przednia i dobrze się bawiłam, podobnie, jak moi towarzysze podróży. Oglądając przedstawienie jednak nie miałam pojęcia o tym, iż już niedługo rozpocznie się kolejna niesamowita przygoda z naszym udziałem, po której jeszcze bardziej będę pragnąć powrotu Asha do branży detektywa.
Wszystko zaczęło się podczas kolejnego przedstawienia Kronikarza. Siedzieliśmy wtedy przy stoliku i podziwialiśmy to, co wyczynia na scenie nasz serdeczny przyjaciel, gdy nagle usłyszeliśmy czyiś męski głos, którzy powiedział:
- Wspaniały, prawda?
Obróciliśmy się za siebie i zauważyliśmy, że przed nami stoi jakiś wysoki mężczyzna, z wyglądu bardzo podobny zarówno do Asha, jak i do jego ojca. Uśmiechał się on do nas bardzo przyjaźnie, a my z miejsca go rozpoznaliśmy.
- Pan John Ketchum! - zawołałam radośnie.
- Tak, to właśnie ja, moja droga Sereno. Miło mi, że mnie pamiętasz - odpowiedział na to detektyw, całując mnie w dłoń na powitanie, kiedy już wstałam od stolika, aby go należycie powitać - Jakże się cieszę, że znowu mogę cię widzieć i twoich przyjaciół także. Witaj, Ash. Jak widzę, wciąż twój wierny Pikachu ci towarzyszy, co osobiście bardzo mnie cieszy. Dawn, moja droga! Jakże się miewasz? No proszę, także przyprowadziłaś ze sobą Pokemona i to nawet dwa. Piplupa i Buneary. Miło mi was powitać.
- Nas pana również - odpowiedziała mu Dawn z uśmiechem.
- Co pana tu sprowadza? Czy występy pana chrześniaka? - zapytał Ash, patrząc z uwagą na mężczyznę.
- Tak, choć prawdę mówiąc nie tylko to - odparł mężczyzna, siadając przy naszym stoliku - Mam również inne powody, dla których tu przybyłem.
- Poważnie? A jakie? - zapytałam.
- Chodzi o sprawę, że tak powiem... detektywistyczną.
- Poważnie?! - zawołałam zaintrygowana - Brzmi ciekawie.
- Nie zapominaj, Sereno, że my już nie bawimy się w rozwiązywanie zagadek - przypomniał mi Ash.
- Może i nie, skarbie, ale przecież posłuchać nie zaszkodzi, prawda? - odpowiedziałam mu pytaniem na pytanie.
Mojemu ukochanemu trudno było zaprzeczyć temu twierdzeniu, zaś ja sama celowo pominęłam milczeniem to, iż nie spodobało mi się, że Ash mówi za siebie i za mnie jednocześnie, bo przecież to, iż on nie rozwiązuje już zawodowo zagadek nie oznacza wcale, że ja również nie mam prawa tego robić. Niestety, w tej sprawie ex-detektyw trochę się zagalopował, ale tak prawdę mówiąc wtedy miałam znacznie ważniejsze sprawy na głowie, aby poruszać ten temat i po prostu pominęłam go milczeniem i spojrzałam na Johna Ketchuma, pytając:
- Mógłby nam pan opowiedzieć, co to za sprawa?
- Prawdę mówiąc w swoje sprawy wolę nie mieszać osób trzecich, ale też doskonale wiem, że jeżeli wam coś powiem, to zachowacie dyskrecję - odparł na to detektyw z uśmiechem na twarzy - A poza tym wam właśnie zawdzięczam fakt, iż mój kochany chrześniak wciąż żyje. Dlatego też jestem wam winien całkowitą szczerość oraz uczciwość w tej sprawie, jak również pełne zaufanie.
- Czyli powie nam pan? - zapytała Dawn.
- Oczywiście, że tak - odpowiedział wesołym tonem jej pradziadek - A więc już wam mówię. Chodzi o to, że przybyła do mnie pewna młoda dama.
- Ulala! A ładna chociaż? - zaśmiał się wesoło Ash.
Dawn spojrzała na niego groźnie, jednak jej brat w ogóle się tym nie przejął, tylko śmiał się dalej, zaś John Ketchum był najwidoczniej lekko zawstydzony tym pytaniem, gdyż odchrząknął i powiedział:
- Owszem, ładna, ale przypominam ci, mój chłopcze, że ja mam żonę i dzieci. A konkretnie dwóch synów, gdybyś pytał.
- Wiem o tym, mówił nam pan - odpowiedział mu Ash - Choć jeszcze nie mieliśmy okazję ich poznać.
- Spokojnie, jeszcze ich poznasz - pokiwał głową mężczyzna - Mają zamiar tu przybyć za kilka dni, ale wracając do tematu, to chodzi mi o to, że nie ma tutaj znaczenia, czy ta kobieta jest ładna, czy też nie. Ja mam swoją rodzinę i romansów bynajmniej nie zamierzam szukać.
- Ja wcale panu tego nie sugeruję - zaśmiał się Ash - Ale proszę już powiedzieć, czemu ta kobieta zwróciła się do pana i z jaką sprawą przyszła.
- Oczywiście, już to mówię - John Ketchum przysunął się bliżej do stolika, abyśmy go lepiej słyszeli i rzekł: - Sprawa wygląda następująco. Ta kobieta chce mnie prosić, abyśmy odzyskali pewien przedmiot, który swego czasu ukradł jej ojciec.
- Ukradł?! - zawołałam zdumiona.
- Ukradł?! - dodała równie zdziwiona Dawn.
- Pika?! Bune?! - zapiszczeli Pikachu i Buneary, podnosząc swoje pyszczki znad miseczki z przysmakami, które jedli.
Ash zaś nie patrzył zdziwiony na swojego pradziadka, a jedynie tylko uśmiechał się dowcipnie, na co miał wpływ wypity przez niego szampan, albo też to, że mój ukochany spodziewał się po swoim przodku tych samych rzeczy, co po sobie, czyli pomagania różnym osobom, nawet takim, które niekoniecznie zachowują się godnie.
- Tak, ja wiem, że to może waszej trójce wydawać się co najmniej dziwne, że pomagam złodziejowi i jego córce, ale sprawa jest nieco bardziej skomplikowana niż się wydaje. Słyszeliście o Vitto Virgionne?
- Vitto Virgionne? - spytałam zdumiona - To nazwisko coś mi mówi, ale nie mam zbytnio pewności, co konkretnie.
- Mnie się kojarzy z mafiosą - powiedziała Dawn.
- I dobrze ci się kojarzy, bo to mafioso - odpowiedział jej pradziadek - A konkretnie rzecz ujmując to największy mafioso w całym regionie Kanto.


Spojrzeliśmy z jeszcze większą uwagą na naszego rozmówcę.
- Czy to jego córka poprosiła pana o pomoc? - zapytał Ash.
- Nie, ale sprawa dotyczy bezpośrednio jego. Chodzi o to, że senior Virgionne wykupił na licytacji pewien bardzo cenny posążek.
- Jak cenny? - zapytał Ash.
- Bardzo cenny. To posążek Złotego Pidgeota zrobiony ze szczerego złota. Zapewniam waś, że ma swoją wartość.
- Skoro więc Vitto Virgionne go wykupił, to o co chodzi z tą kradzieżą? - zapytałam.
- Już mówię. Niedługo po kupnie wykradł mu go pewien złodziejaszek. Ten złodziejaszek został złapany przez ludzi Vitto i przyznał im się do tego, że przekazał łup swojemu zleceniodawcy.
- Czy mówił, kto jest tym zleceniodawcą? - spytałam.
- Tak. To inny mafioso, Luigi Corlaone. Vitto nie chce wojen gangów, które zdecydowanie nie przyniosłyby nikomu pożytku, dlatego postanowił jakoś inaczej odzyskać swoją własność. Córka tego złodziejaszka zgłosiła się do mafiosa prosząc o wypuszczenie ojca. Vitto wyraził zgodę, ale tylko pod warunkiem, że wcześniej odzyska swoją własność. Córka złodziejaszka, panna Harriette zaproponowała, że może odzyskać Złotego Pidgeota, jeśli w zamian za niego odzyska ojca i to w nienaruszonym stanie. Virgionne się zgodził, ale panna Harriette obawia się, że negocjacje z panem Corlaone mogą być dla niej za trudne. Dlatego też wynajęła mnie, abym pomógł jej wykonać tego zadanie.
- Aha... A więc tak to wygląda - rzekł Ash, powoli sącząc szampana z kieliszka - Bardzo interesujące. To ciekawa sprawa i raczej nie ma w niej żadnej zagadki.
- Może i nie ma, ale detektyw nie musi zajmować się tylko zagadkami - zaśmiał się John Ketchum - Dlatego właśnie przybyłem tutaj, gdzie swoją siedzibę ma senor Corlaone. Chcę z nim porozmawiać i przekonać go do oddania statuetki.
- I uważa pan, że go pan przekona? - spytałam.
- Wierzę w to. A moja klientka wierzy we mnie. Więc sprawa jest dla mnie jasna.
Ash znowu napił się szampana, spojrzał uważnie na swego pradziadka i zapytał:
- A czy moglibyśmy panu towarzyszyć w tych negocjacjach?
- Będzie mi bardzo miło, jeśli to zrobicie, moi drodzy - odpowiedział mu John Ketchum - Ostatnio, kiedy mi pomogliście, to ocaliliście mojego chrześniaka przed szubienicą, dlatego teraz nie ma takiej rzeczy, której bym wam odmówił, a już na pewno nie takiej.
- I bardzo się z tego cieszę - rzekł mój luby.
Spojrzałam na niego dość ironicznie.
- No proszę, kochanie - powiedziałam po chwili - A wydawało mi się, że już więcej nie bawimy się w detektywów. Tak chyba właśnie szła twoja wypowiedź, prawda?
Ash zaśmiał się delikatnie, ale nie dał się zbić z pantałyku, gdyż zaraz mi odpowiedział, równie złośliwym tonem:
- Kochanie, pozwolę sobie sprostować. Chodziło mi o rozwiązywanie zagadek, a ta sprawa zagadką nie jest. Tutaj sprawa jest o wiele prostsza. Chodzi tu o to, aby odzyskać pewien przedmiot od człowieka, który go ma. Nie ma w tej historii żadnej zagadki, więc możemy się nią swobodnie zająć.
Uśmiechnęłam się do niego bardzo ironicznie, ponieważ jego sposób myślenia był bardzo ciekawy. Widziałam aż nadto wyraźnie, że mojego ukochanego wyraźnie ciągnie do tego, aby znowu rozwiązywać zagadki, ale z powodu swojej dumy i w ogóle nie chce się do tego przyznać. W końcu dał słowo i musiał go dotrzymać, a w każdym razie tak właśnie czuł. Poza tym uważał, iż wypalił się jako detektyw i dla oszczędzenia sobie wstydu powinien lepiej dać spokój z rozwiązywaniem kolejnych spraw. Prócz tego wychodził z założenia - po tym nieszczęśliwym wypadku z Clemontem - że ściąga swoimi przygodami detektywistycznymi kłopoty na innych, a już zwłaszcza na przyjaciół, czego bardzo chciał uniknąć. A zatem sporo było tych motywów jego przejścia na emeryturę. Wiedziałam jednak doskonale, że aż go ciągnie do tego, aby wrócić do pracy, ale jego upór i determinacja w skrupulatnym wypełnianiu tego, co sobie postanowił były tutaj większe niż cokolwiek. Liczyłam wszakże na to, iż im więcej będzie tej tęsknoty za dawnymi czasami, tym chętniej w końcu rzuci w kąt tę przeklętą emeryturę i powróci do służby. Nie wiedziałam, jak długo przyjdzie mi czekać, jednak widząc jego chęć pomocy swojemu pradziadkowi domyślałam się, iż być może nastąpi to szybciej niż podejrzewam.
Tymczasem na scenie pojawił się konferansjer zapowiadając kolejny występ Kronikarza w piosence, będącej zupełną nowością, znaną jak dotąd tylko w jego ojczystej Polsce.
- A zatem powitajmy gromkimi brawami naszego artystę i oglądajmy  jego występ z podziwem, na który on całkowicie zasługuje! - zakończył konferansjer swoją przemową.
Publiczność zaczęła bić brawo, a mężczyzna zszedł ze sceny, zaś po chwili wkroczył na nią Kronikarz w stroju włóczęgi tak często odgrywanego przez Charliego Chaplina. Nad wargą miał domalowany charakterystyczny wąsik, na głowie melonik, zaś w dłoni laseczkę. Uśmiechnął się do swojej publiki, po czym zaczął śpiewać:

Łachmany, ale tyle gracji,
Melonik ten, laseczka ta.
Bez niepotrzebnej prezentacji.
Wiadomo zaraz: Tak, to ja.

Na twarzy uśmiech niby lampa,
Świecący poprzez świata mrok.
I buty, zdarte buty trampa
I taki niepokaźny krok.
I wąsik, luksus mój i szyk.
Podkręcam go, a wszyscy w ryk.

Ten wąsik! Ach, ten wąsik!
Ten wzrok, ten lok, ten pląsik.
I wdzięk, i lęk, i mina,
I śmiech - tak jest, to ja.
Ach, panie! Ach, panowie!
Tak trzeba, śmiech to zdrowie.
Titina! Ach, Titina! To jedyna piosnka ma.

Pamiętasz, była raz sobota,
Gdyś smutny, biedny, sam jak pies
Był w kinie na „Gorączce złota“,
A jednak śmiałeś się do łez.
A pani sobie przypomina,
Po swej żałobie pierwszy raz,
Gdyś przyszła na mój „Cyrk“ do kina -
Dostrzegłem w mroku twoją twarz,
Zrobiłem tylko tak, a ty
Zaczęłaś śmiać się już przez łzy.

Ten wąsik! Ach, ten wąsik!
Ten wzrok, ten lok, ten pląsik.
I wdzięk, i lęk, i mina,
Gdy mnie policja gna.
Ach, panie! Ach, panowie!
Ten śmiech, ten śmiech to zdrowie.
Titina! Ach, Titina! To cała piosnka ma.

Niestety, konkurencja czuwa.
Ostatnio na mój skromny tron
Zazdrosny rywal się wysuwa.
Kandydat nowy, groźny ON.
Milczenie me zastąpił wrzaskiem.
Mój śmiech przemienić pragnie w strach.
Melonik mój mianował kaskiem.
Policja także za nim, ach...
Mój wąs, rekwizyt mój, mój trik
Wziął, wypiął go, a wszyscy w ryk.

Ten wąsik! Ach, ten wąsik!
Ten wzrok, ten lok, ten dąsik.
I wdzięk, i lęk, i mina,
I śmiech - tak jest, to ja.
Ten krzyk nad ludu mrowie,
Że krew, że gniew to zdrowie.
Titina! Ach, Titina! To smutna piosnka ma.

Ten wąsik! Ach, ten wąsik!
Ten wzrok, ten lok, ten dąsik.
To jego czy Chaplina?
Kto więcej światu dał?
Świat z niego się, panowie,
Już śmieje, śmiech to zdrowie.
Titina! Ach, Titina! To cała piosnka ma.



Po zakończeniu piosenki wszyscy ludzie zaczęli wręcz dziko klaskać w dłonie, a do tego śmiać się bardzo głośno. My również klaskaliśmy, choć moje serce nawiedziła smutna myśl, którą musiałam komuś wyrazić. Z tego też powodu  pochyliłam się do Asha i szepnęłam mu na ucho:
- Biedni ludzie.
- Dlaczego biedni? - spytał zdumiony mój luby.
- Przyszło mi właśnie na myśl, że ci wszyscy ludzie teraz się śmieją z małego, szalonego kaprala, a za trzy miesiące już nie będzie im do śmiechu, gdy ten łajdak rozpocznie wojnę i utopi świat w morzu krwi.
Ash natychmiast posmutniał, gdy to powiedziałam. Popatrzył potem na mnie czule, mówiąc:
- Tak... To prawda. Biedni ludzie. Biedni, głupi ludzie. Teraz się śmieją i lekceważą Hitlera nie wiedząc, co on potrafi. Czy wobec tego my także powinniśmy się śmiać?
Nie wiedziałam, co mam mu odpowiedzieć, kiedy nagle rozległy się dźwięki hymnu III Rzeszy, a następnie wkroczyła na scenę Angelika, ale jakaś taka inna, zupełnie inna niż dotychczas. Tym razem miała na sobie czarną spódniczkę, białe rajstopy, czarne butki, a także górę od munduru noszonego przez Hitlera. Miała jeszcze czarną, krótko obciętą perukę oraz doczepiony do niej wąsik. Wszyscy zaczęli ryczeć ze śmiechu na jej widok, a dziewczynka popatrzyła na widownię groźnym wzrokiem i krzyknęła:
- Cicho! Cicho! Rue! Wszyscy rue!
Następnie popatrzyła na Huberta bardzo groźnym wzrokiem, a jej brat wydawał się być tym wręcz przerażony.
- Cóż ja widzę? Szanowny Herr Kronikarz wyśpiewuje o meine osoba jakieś złośliwe piosenki?
- Ja? - spytał Kronikarz, skutecznie udając strach.
- Aha! A więc przyznajecie się do tej zbrodni?! - zawołała Angelika oskarżycielsko
- Słucham?! Ależ skąd!
- Przed chwilą odpowiedzieliście „tak“ na moje pytanie.
- Ja?!
- No, ja! Ja, ja! Właśnie ja!
- Proszę wybaczyć, ale nie rozumiem.
Angelika zmierzyła go wzrokiem i rzuciła złośliwie.
- Prawdę mówiąc, to wyglądasz pan na takie „nie rozumiem“. Mówisz pan „ja“, a za chwila „nein“ i nie wiadomo, jak to odbierać. Albo wiadomo. Pan sobie kpi z meine osoba.
- Ja?! To znaczy... W żadnym razie, mein fuhrer! W życiu bym się na to nie odważył!
- A te piosenki o jakimś wąsiku, to niby was?
- To piosenka o znakomitym aktorze Chaplinie.
- Doprawdy? Być może - Angelika założyła ręce na plecy i zaczęła chodzić po scenie - A meine osoba się wydaje, że Herr Kronikarz szydzi sobie z meine osoba. A szydzić sobie z meine osoba to najwyższa zbrodnia.
Kronikarz, który udawał przerażonego jej słowami, zawołał:
- Ależ mein fuhrer! Ja bym się w życiu na to nie zdobył! Poza tym to tylko piosenka!
- Piosenki są szkodliwe!
- Ale cóż to by była za władza, która by się bała piosenek? I to do tego jeszcze satyrycznych?
- Aha! Czyli przyznajecie, że to satyra z meine osoba?
- Ależ nie! No, może troszeczkę...
- A więc „ja“ czy „nein“?
- Chyba jednak „ja“.
- No proszę - Angelika przybrała groźną minę - Macie odwagę kpić z meine osoba? A wiecie, że za to jest obóz pracy?! Co najmniej?!
- Co najmniej? To aż się boję tego, jaka może być najgorsza kara.
- Nie chcecie tego wiedzieć, Herr Kronikarz.
- Skoro tak mein fuhrer mówi...
- Tak! Wasz mein fuhrer tak mówi i tak ma być! Od dzisiaj żadnych satyr z meine osoba, bo inaczej moja wrona z czapki mi odleci, a jak ona odleci, to ja dostać zawału, a jak ja dostać zawału, to tylko z panem, Herr Kronikarz!
Cała sala zaczęła ryczeć ze śmiechu, a Hubert wydawał się być bardzo przerażony tymi słowami.
- Ale za co, mein fuhrer?! Przecież to tylko satyra!
- Satyra jest niebezpieczna!
- Ale prawdziwa władza nigdy nie boi się satyry.
- Oczywiście, że nie. Bo jej zakazuje! Jak się coś zakazuje, to tego nie ma, a jak czegoś nie ma, to nie trzeba się tego bać.
Znowu wielka salwa śmiechu była odpowiedzią na te słowa, na co Angelika zareagowała złością, tupiąc gniewnie nóżką i krzycząc:
- Cicho! Cicho! Rue! Nie wolno się śmiać z meine osoba! Od tej pory to wszystko jest zakazane! Rue! Mówię dziś do was! Zabronię występów! Zabronię pisania! Zabronię śpiewania! Zabronię wierszy! Zabronię takich piosenek! Ostrzegam was, jeśli się nie zgodzicie, zabronię was wszystkich! I to od zaraz!
Ponieważ publiczność reagowała na te słowa tylko kolejnymi salwami śmiechu, to dziewuszka zawołała groźnie:
- Rue! To wy tak?! Gut! A więc od dzisiaj zabraniam was wszystkich! Wszyscy jesteście zakazani! Wszyscy macie zakaz na życie! Formalnie was już w ogóle nie ma!
Publiczność zareagowała na to jeszcze większym śmiechem, a mała Angelika spojrzała na brata, mówiąc doń:
- Tak się wprowadza porządek w kraju, Herr Kronikarz.
Po tych słowach zeszła ze scena, żegnana ogromną burzą oklasków, a jej brat ukłonił się publiczności i pobiegł szybko za nią. Teraz to nawet my się śmialiśmy z tego występu, bo też prawdę mówiąc trudno było przy tym zachować powagę, nawet wiedząc, co się stanie za kilka miesięcy.

***


Opowiadanie Kronikarza c.d:
Ponieważ, jak powiedział mój ojciec chrzestny, mieliśmy zostawić coś dla policji, to po przesłuchaniu służby wyszliśmy powoli z domu państwa Loupian, po drodze jeszcze przez chwilę rozmawiając z gospodynią, która bardzo chciała wiedzieć, co też obaj odkryliśmy. Powiedzieliśmy jej to, co jej mogliśmy przekazać, nie narażając przy tym dobra śledztwa. Oczywiście nie zawarliśmy w swoich wyjaśnieniach żadnych obaw, jakie posiadaliśmy z moim ojcem chrzestnym na temat całej tej sprawy, a mieliśmy je i to dużo, jednak póki co woleliśmy je zachować dla siebie i nie mówić ich nikomu, nawet tak uroczej kobiecie, jak pani Loupian.
- Oczywiście zajmiemy się całą tą sprawą, to pewne - powiedział John Ketchum do naszej miłej gospodyni - Inspektor Jenny jest bardzo dobrym śledczym, jednakże i my ze swojej strony również dołożymy tyle, ile tylko możemy, aby pomóc policji rozwikłać tę zagadkę.
- Jestem tego pewna - powiedziała pani Loupian - Słyszałam wiele o pańskiej reputacji, panie Ketchum i jest ona naprawdę bardzo pochlebna. Mówią o panu, iż jest pan geniuszem pośród tępaków i wierzę w te słowa. Dlatego właśnie tym bardziej liczę na panów.
Po tych słowach rozejrzała się dookoła i dodała przyciszonym tonem:
- Prawdę mówiąc liczę na panów pomoc tym bardziej dlatego, że mam pewne podejrzenia, co do tej sprawy.
- Jakie podejrzenia, proszę pani? - zapytałem.
- Nie umiem ich dokładniej sprecyzować, ale w tej sprawie jest coś nie tak. Wiem, że o zmarłych nie powinno się źle mówić, jednak uważam, iż w tej sprawie najważniejsza jest uczciwość, a nie dobre maniery.
- Słuszna postawa - zachichotał mój ojciec chrzestny - A więc jakie ma pani podejrzenia, droga pani?
- Widzicie panowie, Chambard zawsze wydawał mi się gnidą i osobą, która dla pieniędzy sprzedałaby nawet własną matkę, jednak mimo wszystko trudno mi  jest uwierzyć w to, że włamałaby się tutaj, aby ukraść szmaragd McDelingów.
- Zawsze pani trzymała ów klejnot w sejfie w gabinecie swojego męża? - zapytał John Ketchum.
- Tak. Tam był najbezpieczniejszy.
- Chyba tak niekoniecznie, skoro pan Chambard bez trudu go otworzył - wtrąciłem złośliwym tonem.
- Najwyraźniej, ale jak dotąd nigdy nie było z nim problemów - rzekła kobieta - Pewnie dlatego, że jeszcze wcześniej nie mieliśmy tutaj włamania, ale mimo wszystko wierzyłam, iż ta kasa jest miejscem bezpiecznym dla każdego przedmiotu w tym domu. Jak widać, myliłam się. A czy wiadomo już, kto był wspólnikiem Chambarda?
- Jeszcze nie, ale tak prawdę mówiąc, to niewiele osób pasuje do tego wizerunku. Drogą eliminacji wykluczymy wszystkich nieodpowiednich i złapiemy prawdziwego, a wtedy pani i jej mąż będziecie pierwszymi, którzy się o tym dowiedzą.
- Trzymam panów za słowo. Ale weźcie też panowie pod uwagę moje obawy, bardzo proszę was o to. Ta cała sprawa wygląda podejrzanie i nie chcę, abyście panowie pominęli cokolwiek.
- Proszę się nie obawiać, proszę pani. Sami mamy podejrzenia, co do tej sprawy i pani obawy tylko pogłębiają nasze. A więc z pewnością ich nie pominiemy, to więcej niż pewne.
Po tych słowach John Ketchum ponownie z szacunkiem ukłonił się kobiecie i wyszedł, a ja uczyniłem to samo.
- Ta sprawa brzmi naprawdę dziwnie, nie sądzisz? - spytałem.
- Aż za bardzo - odparł na to mój ojciec chrzestny - Ale wolę o tym nie rozmawiać tutaj. Mam jakieś dziwne przeczucia, że tutaj jest za dużo uszu do słuchania.

***


Wróciliśmy więc do mieszkania Johna Ketchuma, po czym usiedliśmy razem w gabinecie, rozpaliliśmy ogień w kominku i zaczęliśmy się naradzać na temat tej sprawy.
- Nabij sobie fajkę, jeśli chcesz - powiedział do mnie mój gospodarz, sam również nabijając sobie fajkę.
Chociaż rzadko paliłem, tym razem tak właśnie zrobiłem, także już po chwili pokój wypełniła przyjemna woń tytoniu.
- Co sądzisz o zabójstwie Chambarda? - zapytałem.
- Moim zdaniem sprawa jest co najmniej podejrzana - odpowiedział mi mój ojciec chrzestny - I to z kilku powodów. Po pierwsze znam osobiście wszystkich kasiarzy w tej okolicy i wiem jedno... Żaden z nich nigdy nie używał broni. Chyba tylko po to, aby postraszyć strażników banku, ale poza tym żaden z nich nigdy nie strzelał. To za duże ryzyko. W razie wpadki wyrok jest o wiele większy. Poza tym przecież kasiarze to artyści w swoim fachu. Nie zabijają podczas roboty, bo to by im zepsuło opinię. Ludzie ich lubią, dlatego też uśmiercenie kogokolwiek odebrałoby kasiarzom renomę bandytów w rękawiczkach. Jak więc już mówiłem, to za duże ryzyko. Po drugie widziałem wyraźnie tę kasę. To jest jeden z najlepszych na świecie sejfów. Znam tylko trzech kasiarzy, którzy by umieli takie coś otworzyć, a i tak dwóch z nich siedzi, a trzeci z kolei zwiał policji i wątpię, aby przybył tutaj dokonać skoku. To nie jest typ ryzykanta, który aż tak mocno ryzykuje.
- Interesujące stwierdzenie. No, a co z trupem? Czy to nie dziwne, że miał aż tak mocno zaciśniętą pięść?
- No właśnie, Hubercie! Właśnie! To jest bardzo podejrzane! Stężenie pośmiertne występuje nieraz szybciej niż myślimy, ale my widzieliśmy ciało Chambarda około pół godziny po jego śmierci. Nie powinien więc być już zimny i sztywny. To za wcześnie na takie coś.
- Rozumiem. Czyli co sugerujesz?
- Sugeruję, że Chambarda zabito wcześniej, a potem po dłuższym czasie strzelono w ścianę z pistoletu, aby obudzić ludzi w całym domu i dać im znać o tym, co się stało.
- Ale przecież to bez sensu! Po co zadawać sobie tyle trudu?
- Dobre pytanie. Podejrzewam, że ktoś w ten sposób zapewnia sobie alibi.
- Ale przecież po strzale bardzo szybko ludzie zbiegli się i wpadli do gabinetu, a tam przecież nikt nie widział zabójcy.
- Mógł zdążyć uciec i schować się w bezpiecznym miejscu.
- Bardzo być może. Ale kto to zrobił i dlaczego?
- Tego nie wiem. Wiem jednak, że nie wszystko jest takie, jakim się wydaje.
- No, a co do tych włosków, które znalazłeś na oknie?
- Nie wiem jeszcze, ale chcę je zbadać. Moim zdaniem one są kluczem do tej sprawy.
- Może to włosy zabójcy?
- Być może, chociaż wydają mi się one raczej fragmentem sierści niż włosami ludzkimi.
- Sierści?
- Tak. Potrafię odróżnić jedno od drugiego i to gołym okiem, ale rano przyjrzę się temu przez mikroskop. Sądzę, że w ten oto sposób odkryję coś bardzo ciekawego. A na razie popykajmy fajkę do końca, a potem chodźmy spać, bo inaczej jutro w ogóle nie wstaniemy z łóżek.
Posłuchałem jego rady i wypaliliśmy fajki, a gdy już skończyliśmy to robić, to udaliśmy się na spoczynek.
Mimo naszych starań nie zdołaliśmy wstać o samym poranku, gdyż za długo siedzieliśmy w nocy nad całą sprawą, abyśmy mogli położyć się spać o przyzwoitej porze i wstać wcześnie rano. Ale tak czy siak następnego dnia powoli wstałem, poszedłem do kuchni, zrobiłem sobie posiłek i zjadłem go w spokoju, a kiedy już to zrobiłem, to poszedłem do gabinetu mojego ojca chrzestnego, gdzie zastałem jego gospodarza siedzącego nad mikroskopem.
- Dzień dobry, drogi Hubercie - powiedział do mnie przyjaznym tonem, jednocześnie nie odrywając wzroku od swego urządzenia - Jadłeś już?
- Tak, a ty? - spytałem.
- Coś tam zjadłem. Tyle, ile trzeba, aby nie paść z głodu.
Uśmiechnąłem się delikatnie, słysząc te słowa. To cały on. Jak coś go wciągnie, to bardzo często nie zawraca sobie głowy niczym innym, nawet czymś tak prozaicznym jak jedzenie.
- I co? Odkryłeś coś? - zapytałem po chwili.
- A i owszem... Potwierdzenie moich podejrzeń - odpowiedział mi mój ojciec chrzestny, kiwając na mnie ręką - Wiedziałem, że to sierść Pokemona i teraz mam całkowitą pewność, iż się nie myliłem.
Podszedłem bliżej, a on ustąpił mi miejsca, abym mógł spojrzeć przez mikroskop. Zrobiłem to, ale musiałem rozłożyć po chwili bezradnie ręce i zgodnie z prawdą powiedzieć:
- Wybacz, ale ja tu nic nie widzę poza kilkoma włosami.
- Przeciwnie. Widzisz wszystko, ale nie wyciągasz z tego należytych wniosków - zaśmiał się wręcz rubasznie John Ketchum - To, co masz teraz możliwość widzieć, to jest sierść Mankaya.
- Mankaya?
- Dokładnie. To wyraźnie jego sierść, nie ma innej możliwości.
- Może państwo Loupian mają takiego Pokemona?
- Może... A może miał go zabójca?
- Zabójca?
- Tak. Zabójca zabił Chambarda, potem uciekł, a jego Mankay strzelił w ścianę, aby zaalarmować cały dom, następnie umknął przez okno, gubiąc przy tym trochę sierści.
Patrzyłem na mojego ojca chrzestnego zdumionym wzrokiem.
- Ale po co ktoś miałby to robić? Nie lepiej było w ogóle nie strzelać i uciec w ciszy?
- Lepiej, ale być może zabójca właśnie chciał narobić hałasu, jednakże dopiero wtedy, gdy będzie daleko od miejsca zbrodni.
- Ale... Po co w ogóle strzelać? Po co w ogóle alarmować ludzi i w ten sposób dawać sobie alibi?
- Nie wiem - John Ketchum oparł się lekko o biurko dłonią i pokręcił załamany głową - Cała ta sprawa budzi mój wielki niepokój. Ale nie bój się, Hubercie. Rozwiążemy tę zagadkę, tylko nieco później niż myślałem.

***


Mój ojciec chrzestny nigdy nie należał do tej rasy detektywów, która to lubią zgarniać dla siebie całą sławę, a policji zostawia tylko łatkę idiotów nie umiejących sobie poradzić nawet z najprostszą sprawą. Przeciwnie, żył on zawsze w zgodzie z inspektor Jenny z Twinleaf (choć muszę dodać, iż nigdy nie byli przyjaciółmi), dlatego też, kiedy tylko odkrył, że Mankay jest zamieszany w tę sprawę, od razu poszedł do niej, aby jej przekazać ten fakt. Kobieta wysłuchała uważnie jego odkryć, a potem powiedziała:
- No proszę... Bardzo ciekawa sprawa. Mnie też to za szybkie stężenie pośmiertne nieboszczyka wydało się podejrzane, ale teraz nareszcie wiem, co było w nim nie tak. To Mankay oddał strzał, aby dać alibi zabójcy, który w tym czasie był daleko od miejsca zbrodni. Teraz tylko pytanie, do kogo ten Mankay należy?
- Trzeba się lepiej przyjrzeć ofierze - powiedział na to John Ketchum - A przy okazji również i gospodarzowi. Mam dziwne wrażenie, że Loupian coś kręci i nie jest z nami do końca szczery.
- Tych dwóch łączy wspólna przeszłość - zauważyłem - Więc być może właśnie w ich przeszłości należy szukać odpowiedzi na nasze pytania?
- Wątpię - stwierdziła Jenny - Jak na mój gust, to ta cała sprawa ma o wiele bardziej prozaiczne wyjaśnienie.
- Doprawdy? - spytałem z kpiną - A wolno wiedzieć, jakie?
Jenny uśmiechnęła się lekko i przechadzając się po swoim gabinecie powiedziała:
- Widzicie, kiedy wy dwaj bawiliście się w analizę sierści tego jakże zabójczego Pokemona, ja odkryłam, że szmaragd rodu McDelingów został przez Loupiana ubezpieczony na bardzo wysoką sumę.
- Sugerujesz oszustwo ubezpieczeniowe?
- Dokładnie.
- A więc co twoim zdaniem się stało?
- Przecież to oczywiste, Hubercie. Gerard Loupian prawdopodobnie ma problemy finansowe i ubezpieczenie bardzo by mu teraz pomogło. Dlatego też Chambard miał za zadanie z jakimś swoim kompanem ukraść szmaragd, a potem Loupian wystąpiłby o odszkodowanie. Ale niestety, przy zabieraniu szmaragdu doszło do sprzeczki o podział łupów, a wspólnik Chambarda go zabił i uciekł, po czym jego Mankay wyrobił mu potem alibi oddając strzał.
- A więc uważasz, że to Loupian stał za tym wszystkim? - zapytał mój ojciec chrzestny.
- Naturalnie - pokiwała głową Jenny - Przecież to jest oczywiste. Ten cały Loupian to gnida, a gnidy działają w taki właśnie sposób.
- Skąd wiesz, że to gnida?
- Bo znam takich, jak on. Robią słodkie i przyjazne miny, a mają diabła za koszulą.
- To są tylko twoje przypuszczenia. Równie dobrze Loupian może nie mieć z tym nic wspólnego.
- Zobaczymy, John. Sprawdzę stan jego finansów. Jeśli ma problemy, to znaczy, że ma też i motyw. A wówczas będziemy mogli go postawić w stan oskarżenia.
- Tylko na podstawie jego problemów finansowych? Nie sądzisz, że to za mało jak na poważny dowód?
- Ciekawe, że ty mi to mówisz. Ty, który sam go podejrzewasz i to na podstawie jego przeszłości.
- Bo uważam, że przeszłość ma tutaj ogromne znaczenie.
- Może ma, a może nie. Jak dla mnie lepiej jest skupić się na tym, co się obecnie dzieje.
- Nie należy lekceważyć przeszłości, Jenny.
Policjantka spojrzała ironicznie na detektywa i powiedziała:
- A więc, jeśli tak bardzo tego chcesz, to pogrzeb sobie w niej wraz ze swoim asystentem, a ja się zajmę teraźniejszością i swoją teorią.
Mój ojciec chrzestny widział, że dalsza rozmowa nie ma sensu, dlatego postanowił zakończyć to spotkanie, co zrobił następującymi słowami:
- Skoro mi dajesz pozwolenie, Jenny, to zamierzam z tego pozwolenia skorzystać. Dziękuję ci za nie. Chodźmy, Hubercie. Pora na nas.
Wyszedłem za nim, rozważając to, co właśnie usłyszałem.
- Uważasz, że Jenny się myli? - zapytałem.
- Jestem tego pewien - stwierdził John Ketchum - Jak dla mnie teoria Jenny mogłaby nawet być prawdziwa, gdyby nie to, że zabójca Chambarda zostawił mu w dłoni szmaragd. Bo czy po to zabił złodzieja, aby zostawić w jego ręce ten kamień?
- Faktycznie, to mało sensowne. Ale z drugiej strony on spanikował, a raczej mógł spanikować i nie myśleć logicznie.
- Ale pomyślał dość sensownie, aby posłać swojego Pokemona, aby ten wyrobił mu alibi. A swoją drogą to bardzo dziwne, że Mankay nie zabrał Chambardowi tego kamienia.
- Może już wtedy pięść zabitego była tak mocno zaciśnięta, że mu się to nie udało?
- Śmiem wątpić. Mankay to silny Pokemon i rozwarcie takiej pięści to dla niego łatwizna.
- Więc czemu zostawił kamień?
- Właśnie! Jak dla mnie ten cały szmaragd jest tylko parawanem, za którym chowa się prawdziwy motyw zbrodni. Kamień pozostawiono po to, aby podkreślić fakt, iż Chambard po niego się włamał.
- Więc uważasz, że to nie przez ten kamień Chambard zginął?
- Oczywiście, że nie. Ktoś chce, żebyśmy tak myśleli.
- Cóż... W przypadku Jenny to mu się udało.
John Ketchum parsknął śmiechem.
- Inspektor Jenny jest bystra, ale ostatecznie to tylko policjantka. Nie ma sensu spodziewać się po policjantach bycia zawsze inteligentnymi. A po niektórych to już w ogóle nie można się spodziewać inteligencji. Jenny jest jedną z mądrzejszych osób pracujących w policji, ale też powiedzmy sobie szczerze... Geniuszem, to ona nie jest.
- A zatem uważasz, że rozwiązanie tej zagadki tkwi w przeszłości Loupiana i Chambarda?
- Dokładnie tak. To z jej powodu Chambard nie żyje i coś mi mówi, że być może nie jest on ostatnią ofiarą zabójcy.
Aż zatrzymałem się w szoku, kiedy tylko to usłyszałem. Spojrzałem w szoku na mojego ojca chrzestnego i spytałem:
- Uważasz, że będzie więcej ofiar?
- Tak właśnie czuję. Musimy się więc dowiedzieć czegoś o ofierze i o jego przyjacielu. Uważam, że to w ich przeszłości znajduje się tożsamość zabójcy. Tylko musimy ją odnaleźć.
- Jak to zrobimy?
- Przepytamy ludzi, którzy znali tych dwóch osobiście. Być może ktoś z nich coś wie.
- No, a co ze śmiercią Chambarda? Nie byłoby warto odwiedzić jego dom i popytać, kto go ostatnio odwiedzał?
- A niby po co? Jenny już to zrobi za nas w ramach swojego śledztwa i o ile ją znam, to zechce się z nami podzielić swoimi odkryciami, gdy już ich dokona. My więc nie wchodźmy jej w paradę i zajmijmy się naszą częścią śledztwa.
Po namyśle trudno mi było nie zgodzić się z tym, co on mówił.


C.D.N.

środa, 14 marca 2018

Przygoda 111 cz. II

Przygoda CXI

Szmaragd rodu McDelingów cz. II


Bardzo nas ucieszyło, że słynny artysta nas zapamiętał, choć ostatnim razem widzieliśmy się jakiś rok temu, w każdym razie w przypadku jego czasu, bo w przypadku naszego czasu, to już nie bardzo pamiętam, ile go minęło od naszego ostatniego spotkania. Ale tak czy siak to było naprawdę cudowne wiedzieć, że ten wspaniały artysta i zarazem nasz dobry przyjaciel zapamiętał nas.
- Ash! Serena! Dawn! Jak miło mi was znowu widzieć! O, no proszę! Pikachu jest tu także! I Piplup! I widzę tutaj nową twarz, która wyraźnie ma słabość do twojego przyjaciela, Ash.
W taki oto sposób powitał nas Kronikarz, nie ukrywając przy tym swej radości z powodu naszej obecności w lokalu. Oczywiście zdanie o nowej twarzy dotyczyło Buneary, która bardzo czule łasiła się do Pikachu, ku jego lekkiemu zażenowaniu.
- Strasznie się cieszę, że was znowu widzę, przyjaciele - mówił dalej artysta, ściskając po kolei każdego z nas - Nie spodziewałem się, iż was tu zastanę. Dawno się już nie widzieliśmy.
- No cóż, tak właśnie się złożyło - odpowiedział mu Ash - My też się nie spodziewaliśmy spotkania z tobą. Po prostu byliśmy w okolicy i kiedy tylko doszły nas słuchy o twojej obecności tutaj, to od razu tu przybyliśmy, aby cię zobaczyć.
- Właśnie - dodała wesołym tonem Dawn - Tak właśnie było.
- Chociaż oczywiście nie mieliśmy pewności, że cię tutaj spotykamy. Liczyliśmy w dużej mierze na łut szczęścia i udało się nam - powiedziałam wzruszonym tonem.
- Tak, jasne. Brnij dalej, Pinokio - rzuciła złośliwie w moim kierunku Dawn, ale tak, żeby Kronikarz jej nie usłyszał.
Spiorunowałam ją swym wzrokiem i spojrzałam ponownie na naszego przyjaciela, który właśnie głaskał radośnie po głowie nasze Pokemony.
- Dawno was nie widziałem, dlatego też tym bardziej się cieszę, że tu jesteście. I naprawdę przybyliście tutaj z powodu mojego występu?
- A co w tym dziwnego? Między przyjaciółmi to normalne - rzekł Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał potakująco Pikachu.
- Chcieliśmy cię znowu zobaczyć - dodała Dawn - Powiedz, jak ci się wiedzie w życiu?
- Bardzo dobrze - odpowiedział jej Kronikarz, siadając przy naszym stoliku - Naprawdę dobrze. Zawodowo nie mam powodów do narzekania i prywatnie również mi się powodzi. Mój ojciec nie żyje, a macochę powiesili za jego zabójstwo, tak więc dwie najgorsze kanalie, które dawały mi się we znaki już zniknęły z mojego życia, zatem mam powody do radości. Wiem, nie brzmi to zbyt szlachetnie, ale powiedzmy sobie szczerze... Czemu mam was okłamywać i udawać, że mi ich żal? No, co prawda nigdy żadnemu z nich nie życzyłem śmierci, ale też nie będę was teraz okłamywał mówiąc, iż płakałem po ich zgonie. Mój ojciec był łajdakiem, a macocha nie była wiele lepsza i oboje spotkał los, na który oboje sobie zasłużyli. Tak czy siak mój ojciec zginął zabity przez moją macochę, a ta za to trafiła na stryczek, do czego zresztą wy się przyczyniliście.
- Wiem i nie będę ci tu kłamał mówiąc, że bardzo obciążyło to moje sumienie - zaśmiał się Ash - I domyślam się też, iż Angelika jest teraz już całkowicie pod twoją opieką?
- Dokładnie tak.
- A wspomina czasem rodziców? - zapytałam.
- Czasami, ale rzadko.
- Czy wie już, co się stało i czemu ich już nie ma? - spytała Dawn.
- Wie, Candela i ja wyjaśniliśmy jej to, choć nie od razu. Ale prawdę mówiąc już coraz mniej ich wspomina. Oboje nie byli zbyt kochającymi rodzicami, jak zapewne pamiętacie - odparł smutno Kronikarz.
- Tak, aż za dobrze to pamiętamy - rzuciła Dawn - A czy poślubiłeś Candelę?
- Oczywiście. Jak tylko załatwiliśmy wszelkie formalności związane ze ślubem. Angelika była jej druhną. Słodko wyglądała, gdy niosła jej welon. Szkoda, że jej wtedy nie widzieliście.
- Tak, ja też tego żałuję - powiedziałam zachwycona - A teraz na scenie była po prostu wspaniała. Oglądanie jej występu było po prostu wspaniałe.
- Oczywiście, a czego innego się spodziewałaś? To w końcu jest moja siostra, a nie jakaś pierwsza lepsza dziewczynka ulicy. Ma talent i umie go wykorzystać.
Po tonie tej wypowiedzi bez trudu domyśliłam się, że Kronikarz jest bardzo dumny z umiejętności swojej małej siostrzyczki i tego, że publika umie te umiejętności i wielki talent jak najbardziej docenić.
- Zresztą ja ją szkolę, więc cóż... Musi sobie dawać radę - zaśmiał się nieskromnie Kronikarz.
- To oczywiste - zachichotała Dawn - A powiedz mi, często wyjeżdżasz w takie trasy, jak teraz?
- Dosyć często, jednak na stałe, to ja pracuję w Twinleaf w Sinnoh - odpowiedział na to Kronikarz - Pracuję na co dzień w teatrze, który co prawda parę lat temu splajtował, ale mój przyjaciel Marius Flowers wykupił go za moją namową i razem postawiliśmy go na nogi. Teraz to już przynosi wielkie zyski. Wystawiamy tam różne występy, a raz na jakiś czas zawsze mamy jakieś przedstawienie teatralne. Szekspir, Molier, Shaw i inni... Póki ludzie wciąż kochają ich dzieła i chcą je oglądać, to mamy co wystawiać. Prócz tego nieraz pracuję w jednym nocnym lokalu jako śpiewak. Zawsze za to dostaję z rodziną darmową pyszną kolację, że o wypłacie nie wspomnę. Prócz tego piszę dalej swoje opowiadania kryminalne. Jedno z nich pewien młody dramaturg kupił i przerobił na sztukę, którą będą tutaj wystawiać.
- Poważnie?! - zawołałam zachwycona - A kiedy?
- Za kilka dni. Jeśli jesteście ciekawi, to zapraszam na premierę.
- Czy my jesteśmy ciekawi?! - zawołał Ash zachwyconym głosem - Ty jeszcze masz wątpliwości?! Oczywiście, że jesteśmy!
- Pika-pika! - pisnął wesoło Pikachu.
- Potwierdzam w całej rozciągłości - zaśmiała się Dawn - A tak z czystej ciekawości, to o czym jest ta sztuka?
- O tajemniczym człowieku zabijającym trójkę ludzi, którego tropi detektyw John Ketchum oraz jego pomocnik Hubert - odpowiedział wesoło Kronikarz.
- John Kechum i Hubert - zaśmiałam się delikatnie - Ciekawe. Jakbym już gdzieś słyszała te imiona.
- Tym chętniej zobaczymy tę sztukę - dodała wesoło Dawn, a jej Piplup zaćwierkał wesoło na znak, iż całkowicie się z nią zgadza.
- Dokładnie - powiedział Ash - A przy okazji, jak tak nam opowiadasz o swoim planie zajęć, to wnoszę, że raczej wiele czasu wolnego dla siebie nie masz.
Kronikarz parsknął delikatnie śmiechem.
- Owszem, bywają dni, kiedy jestem zabiegany prawie cały czas, ale ja to kocham! Robię to, co sprawia mi największą przyjemność. Daję ludziom radość, a przy okazji sam się też doskonale bawię. No i nie robię tego sam. Prawie cały czas są ze mną Candela i Angelika, które również kochają teatr. Więc nie zaniedbuję ich przez swoją pracę, tego możecie być pewni.
- Musisz być bardzo szczęśliwy, prawda? - spytałam.
- Tak, to prawda. Jestem szczęśliwy. Moje szczęście zaczęło się odkąd Marius kupił teatr, w którym występuję. Wiecie, to ten sam teatr, w którym wystawiłem przedstawienie dla dzieci, na które was zaprosiłem wtedy, gdy się poznaliśmy.
- Pamiętam ten dzień i to przedstawienie - uśmiechnął się wesoło Ash - Wtedy pierwszy raz widzieliśmy cię na scenie i nie będę ukrywał, byłeś po prostu fantastyczny.
- Dziękuję, starałem się - odparł z uśmiechem Kronikarz - Ale tak czy inaczej moje szczęście wzrosło znacznie, kiedy już odzyskałem Angelikę i mogłem wreszcie poślubić Candelę.
- Wreszcie? To były jakieś problemy między wami? - zdziwiłam się.
- Nie, po prostu... Widzicie, Candela przez dość długi czas nie mogła związać się ze mną na stałe. W końcu jest Cyganką, a Cyganie mają swoje zasady i tradycje. Rzadko wpuszczają do swej społeczności obcych. Ja sam, chociaż byłem ich bratem krwi, to jednak też rasowo zawsze byłem obcy i pewne obiekcje ze strony jej rodziców istniały. No, a Candela była rozdarta pomiędzy wiernością rodzinie, a wiernością mnie. Ale po wydarzeniach z zeszłego roku postawiła się swoim rodzicom i powiedziała im: „Albo wyjdę za Huberta, albo nigdy więcej mnie nie zobaczycie“. No i udało się. Candela postawiła na swoim.
To mówiąc Kronikarz wyciągnął w naszym kierunku swoją lewą dłoń, ukazując w ten sposób znajdującą się na palcu serdecznym złotą obrączkę, wyraźny dowód tego, jaki jest jego stan cywilny.


Chwilę później do Kronikarza podeszła Candela, mówiąc:
- Kochanie, pora na kolejny występ.
- Ach, no tak - zaśmiał się jej mąż - Zupełnie zapomniałem. Masz rację. A więc pora brać się do dzieła. Ale wybacz, chyba nie poznajesz naszych przyjaciół.
Candela przyjrzała się nam uważnie, po czym zawołała wesoło:
- Ach, to wy! Przyjaciele z Sinnoh! Miło mi was znowu widzieć! Co was tu sprowadza?
- A jak ci się wydaje? Podziw dla talentu twojego męża - zaśmiała się dowcipnie Dawn.
- No tak, rzeczywiście - zachichotała lekko Candela - Dobrze, skarbie. A teraz przestań pławić się w tym podziwie i lepiej już idź do naszej artystki przypomnieć jej o występie, bo to już pora.
- Racja, ona jest strasznie zapominalska i jeszcze gotowa zapomnieć o swoich zobowiązaniach - zaśmiał się wesoło Kronikarz - Dobrze, to wy tutaj porozmawiajcie sobie, a ja zajrzę do naszej artystki. I lepiej dla niej, żeby była gotowa, bo zaraz zaczynamy.
To mówiąc artysta powoli wstał od stolika i wyszedł w sobie tylko znanym kierunku. Candela zaś z wielkim uśmiechem usiadła przy stoliku i powiedziała:
- Mówię wam, to będzie genialny występ.
- Na pewno - uśmiechnęłam się - A jaka to artystka, o której to była mowa?
- Zobaczycie - odparła Cyganka z wielkim uśmiechem na twarzy.
Wyraźnie była czymś ubawiona, choć nie miałam pewności, dlaczego.
- Hej, Candelo! - zawołała Angelika, podbiegając do nas - Czy artystka zaraz się pojawi?!
- Spokojnie, Angie. Pojawi się - pogłaskała ją po głowie Cyganka - Ale musisz cierpliwie poczekać. A na razie przywitaj się z naszymi przyjaciółmi. Poznajesz ich?
Dziewczynka popatrzyła na nas uważnie, a jej twarz rozpromieniła się.
- Ash?! Serena?! Dawn?!
- Pamiętasz nas? - zapytała zachwyconym głosem Dawn.
Bardzo ją bowiem ucieszyło to, że mała też nas zapamiętała. Zresztą Ash i ja również byliśmy tym faktem uradowani.
- No ba! - zaśmiała się dziewuszka, siadając przy nas, a siedzący na jej ramieniu Flabebe usiadł wygodnie na stoliku.
- Was trudno jest zapomnieć, kochani - rzekła Candela, machając na kelnera - Tyle dobrego nam uczyniliście. Dzięki wam mój mąż, a brat Angie nie zadyndał na stryczku, niesłusznie oskarżony o serię zabójstw.
- Właśnie! Ocaliliście mi Huberta! - zawołała wesoło dziewczynka - Dzięki wam mój brat żyje! Takiego czegoś się nie zapomina. Nie w naszej rodzinie.
- Miło nam to słyszeć - powiedział Ash i wziął do ręki menu - To co zamawiamy, kochani?
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu, zaglądając mu do karty.
- Co tylko zechcecie, kochani - odpowiedziała wesoło Candela - Dziś jesteście gośćmi specjalnymi Kronikarza. A goście Kronikarza zawsze mają darmową kolację od szefa. Taki warunek zawsze stawia mój mąż tym, co go zatrudniają. Oprócz zapłaty za występ dostajemy także darmowy posiłek. I ewentualne osoby towarzyszące nam także je otrzymują.
- I co? Właściciele takich lokali się na to godzą? - spytała Dawn.
- A czemu nie? Wiedzą, że im się to opłaca, bo występy Kronikarza są tak zabawne i pełne pasji, iż przyciągają widzów jak miód Beedrille. Więc cóż... To mała cena za zyski, jakie osiągają dzięki nim. Dlatego zamawiajcie śmiało.
- No cóż, skoro tak wygląda sprawa, to chyba nie będziemy Hubertowi robić przykrości - zaśmiał się Ash, patrząc w menu.
- Ja na pewno nie będę ich robić - zachichotałam.
- Pika-pika! Pika-chu! - pisnął wesoło Pikachu.
Dawn również podzielała zdanie swojego brata, a więc już po chwili złożyliśmy zamówienie, zaś kelner (ten sam niezbyt miły gość, który chciał nas stąd wyrzucić) ukłonił się grzecznie i poszedł je zrealizować.


Chwilę później orkiestra Kronikarza zaczęła na scenie grać, a między gośćmi zjawiła się jakaś wysoka blondynka w obcisłej, czarnej sukni i białej etoli na ramionach. W jednej dłoni trzymała butelkę szampana, a w drugiej kieliszek, do którego nalała sobie nieco napoju, wypiła i zaczęła śpiewać:

Nie wiem, jak to było, ale czuję, że
Świat kręci się wokoło
I tak mi jest wesoło.
Chcę do domu wrócić, a tu tłum się drze:
„To skandal! Ona się na nogach trzyma źle!“
Gdzie nocy tej się zjawię,
Wszędzie prawie
Słyszę słowa te:

Ta mała piła dziś i jest wstawiona.
Kto nie chce wierzyć mi, niech się przekona.
Rozkoszny szmerek w pijanej główce ma,
Więc jak cukierek usteczka słodkie wszystkim da.
Ta mała piła dziś i jest wstawiona.
Jest taka senna... Ach, rozanielona!
Czyj ją rozpalił żar? Kto jej starł puder z lic?
Ta mała piła dziś i nie wie nic!

Candela widząc artystkę, zaczęła chichotać, zaś Angelika wręcz dusiła się ze śmiechu, choć nie mogłam zrozumieć, dlaczego. Natomiast Dawn i jej brat z uśmiechem wpatrywali się w tańczącą pomiędzy stolikami kobietę, a mój luby wraz z Pikachu próbował dostrzec w jej osobie coś, co wyraźnie ich obu bardzo zaintrygowało. Chciałam go o to zapytać, ale wolałam nie przerywać występu, który był niesamowicie zabawny i przyjemny zarazem, także brakiem szacunku dla artystki byłoby gadania, gdy ona się stara nam spodobać.
Tymczasem tajemnicza śpiewaczka kontynuowała swój wesoły występ za pomocą kolejnych zwrotek tej dowcipnej piosenki.

Już pamiętam teraz, bo to było tak:
Urządzał wujek bibkę.
Zaprosił nas na rybkę.
Ja Stachowi całe wino wprost na frak,
I dalej zapomniałam, co i gdzie i jak.
A potem Jaś najsłodszy
Plótł trzy po trzy
Na miłości znak:

Ta mała piła dziś i jest wstawiona.
Kto nie chce wierzyć mi, niech się przekona.
Rozkoszny szmerek w pijanej główce ma,
Więc jak cukierek usteczka słodkie wszystkim da.
Ta mała piła dziś i jest wstawiona,
Jest taka senna. Ach, rozanielona!
Czyj ją rozpalił żar, kto jej starł puder z lic?
Ta mała piła dziś i nie wie nic!

Śmieszny jest ogromnie ten wasz cały świat:
Ma człowiek cztery głowy
I piątą od połowy.
A w ogóle człowiek, to jest dziwny gad,
Co nagle gdzieś z obłoków tu do knajpy spadł.
Wy, memu sercu bliscy,
Nućcie wszyscy
Ze mną za pan brat:

Ta mała piła dziś i jest wstawiona.
Kto nie chce wierzyć mi, niech się przekona.
Rozkoszny szmerek w pijanej główce ma,
Więc jak cukierek usteczka słodkie wszystkim da.
Ta mała piła dziś i jest wstawiona,
Jest taka senna. Ach, rozanielona!
Czyj ją rozpalił żar, kto jej starł puder z lic?
Ta mała piła dziś i nie wie nic!

Gdy piosenka dobiegła końca, publiczność zaczęła głośno klaskać, zaś artystka ukłoniła im się i znowu łyknęła szampana ze swego kieliszka, po czym podeszła powoli do nas, po drodze łapiąc za rękę kelnera i prosząc go, aby zaniósł on coś orkiestrze na scenie. Ten oczywiście lekko się jej skłonił i ruszył spełnić prośbę, zaś artystka usiadła przy naszym stoliku, na miejscu Kronikarza, mówiąc:
- Och! To naprawdę jest wspaniała publiczność. Dla takiej publiki aż przyjemnie jest występować.
- To prawda - zgodziła się z nią Candela - Dobra publika to bardzo przyjemny występ.
- Wspaniale pani śpiewała - powiedziałam.
- Naprawdę tak sądzisz, Sereno? - zapytała artystka i to zupełnie innym głosem niż przed chwilą.
Ta zmiana głosu nagle mnie tknęła i zaczęłam już wszystko rozumieć, choć też zdumienie moje było ogromne, bo przecież w życiu bym się nie domyśliła, że rozwiązanie tej zagadki jest takie proste. Ostatecznie przecież te ruchy, ten głos, te gesty... To wszystko było typowo kobiece, a tutaj, ku mojemu zdumieniu...
- Nabrałem was, co nie? - zaśmiała się artystka, zdejmując swoje blond włosy i ujawniając swoje prawdziwe, czarne i krótko obcięte po męsku.


Dawn zakrztusiła się lemoniadą, którą właśnie piła ze swego kieliszka, gdy tylko to zobaczyła.
- Hubert?! - zawołała zdumiona - To ty?
- Pip-lu-li?! - zaćwierkał równie zdziwiony jej Piplup.
- Tak coś czułem, że to on - zaśmiał się Ash - Sam parę musiałem się przebierać za dziewczynę i co nieco wiem o takich maskaradach.
- A ja bym w życiu cię nie poznała - powiedziałam wesołym tonem.
- Mój brat ma talent! - śmiała się wesoło Angelika - To prawdziwy artysta w swoim fachu!
- I we wszystkim, za co się tylko weźmie - dodała Candela z dumą w głosie - Występy z nim to prawdziwa przyjemność.
- Podobnie jak występy z wami - uśmiechnął się Kronikarz, zakładając nogę na nogę - Ale przygotujcie się na więcej takich atrakcji, bo w ciągu tych wszystkich dni, które mam tutaj spędzić zamierzam wystawić więcej takich numerów.
- Mam nadzieję - powiedziałam radośnie - W końcu imię Kronikarz zobowiązuje do dobrej zabawy godnej każdych pieniędzy.
- Tak! Święte słowa! - zawołała Angelika - Kronikarz to znaczy wielki artysta! Kronikarz to znaczy wszystko, co w sztuce ma swoją wartość!
- No, nie przesadzajmy - uśmiechnął się jej brat, z wyraźnym trudem zachowując skromność - Po prostu jestem dość dobry na to, aby zasłużyć na brawa i tyle.
- Dość dobry. Jaka skromność - zachichotała Candela, nalewając sobie szampana do kieliszka - Choć przyznaję, twoje początki w tym świecie nie były łatwe. Ale wreszcie ci się udało. Jesteś sławny, a twoje imię będzie zapamiętane na wieki.
- Jestem tego całkowicie pewien - poparł ją Ash, a Pikachu zapiszczał potakująco.
- A pamiętasz swój występ? - zapytała Dawn.
- Tego się nie zapomina - uśmiechnął się Kronikarz - To był ten sam dzień, w którym otrzymałem swoją maciejówkę. Dał mi ją sam marszałek Piłsudski. Miałem wtedy siedem lat i wraz z dziadkiem byłem w naszych rodzinnych stronach, w Polsce. Odwiedziliśmy obaj wtedy marszałka w jego dworku w Sulejówku. Bawiłem się z córkami pana marszałka w wojsko, a także zaśpiewałem przed panem marszałkiem i jego żoną piosenkę „Siwy strzelca strój“. Obojgu tak się spodobała mój występ, że uznali, iż coś mi się za niego należy. Ja powiedziałem, że pan marszałek ma przepiękną czapkę i że chciałbym taką mieć, więc pan marszałek zdjął ją z głowy i założył mi na czerep, ale była ona za duża i opadła mi na oczy. Ale pan marszałek uważał, że kiedyś do niej dorosnę i będę miał głowę w sam raz na nią. I miał rację, bo teraz czapka pasuje na mnie idealnie.
Słuchając, z jaką pasją oraz zachwytem Kronikarz wspomina swoje spotkanie z marszałkiem Piłsudskim poczułam, że ten człowiek musiał mieć w jego sercu naprawdę ogromne miejsce. Widać było wyraźnie, iż on go nie tyle lubił, co wręcz kochał, bo przecież z takim ciepłem i zachwytem może o drugim człowieku mówić tylko ktoś, kto tego człowieka darzył uczuciem większym niż lubienie. Tak, o wiele większym, co potwierdzała wypowiedź artysty, a także jeszcze ta przepiękna piosenka, którą śpiewał na jego cześć. Musiał go kochać jak dobrego dziadka, jak wielkiego wojskowego wodza ojczyzny swoich przodków, jak człowieka, który w pełni na to zasługuje. Żałowałam wówczas, że nie wiem zbyt wiele o tej osobie i postanowiłam zapoznać się lepiej z jego biografią, gdy tylko będę miała ku temu okazję.
Tymczasem wieczór trwał w najlepsze, a występy artystyczne jeszcze długo bawiły na nim całe tłumy gości, zachwyconych nimi tak, jak one na to zasłużyły. Nie wiem, kiedy w końcu poszliśmy spać, ale gdy do tego doszło, to słanialiśmy się na nogach, lecz nie żałowaliśmy tego ani przez moment, bo te występy były tego warte.

***


Opowiadanie Kronikarza:
Gdy stanęliśmy przed drzwiami posiadłości pana Gerarda Loupiana i czekaliśmy, aż nam ją otworzą, to mieliśmy okazję dobrze się przyjrzeć zewnętrznej stronie miejsca, do którego nas wezwano. Posiadłość ta była po prostu przeogromna, a mówiąc „przeogromna“, mam tutaj na myśli wielki i obszerny budynek, otoczony pięknym ogrodem, w którym znajdowało się wiele rzeźb z czasów antycznych (a przynajmniej ich kopie), przepięknie wyciętych żywopłotów i najróżniejszych krzaków i grządek z rosnącymi na nich kwiatami. Widać było wyraźnie, że jedna z osób, które tu mieszkają jest estetą bardzo kochającym sztukę. Podejrzewałem o to gospodynię, panią Marguerite Loupian z domu Vigorux, gdyż jej męża nie słynął z estetyki, a raczej z tego, że stanowił żywy dowód na to, iż cham, który się dorobił i został panem, na zawsze już chamem pozostanie. Oczywiście nie twierdzę, że w swoim zachowaniu słynął on tylko z chamstwa i prostactwa, bo umiał błyszczeć na salonach, kiedy tylko tego chciał, jednak wiele osób, z którymi miałem okazję rozmawiać zgodnie potwierdziło fakt, iż ten człowiek, gdy tylko zostaje sam na sam ze swoimi bliskimi lub podwładnymi, to zaraz ujawnia swą prawdziwą naturę, a wówczas przestaje używać wyszukanych słów i z miejsca przechodzi na język, do którego przywykł przed zdobyciem swego bogactwa, czyli do język człowieka nie tyle prostego, co po prostu prostackiego i zarozumiałego z powodu swoich sukcesów. Dlatego też jego najmniej posądzałbym o miłość do sztuki oraz estetyki. Jego żona, to już inna historia. Chociaż też nie pochodziła z elit, a jej ojciec był zwyczajnym nuworyszem, który się dorobił odnajdując kopalnię złota, to jednak mimo wszystko miała ona o wiele więcej wychowania aniżeli jej mąż, o co ojciec wyżej wspomnianej osoby już zadbał. Zwykł bowiem mówić, że chociaż on urodził się nikim, to jego córka urodziła się damą z prawdziwego zdarzenia i musi otrzymać odpowiednie dla damy wychowanie. I takie też otrzymała. Pytanie więc, dlaczego tak dobrze wychowana kobieta poślubiła takiego prostaka, jak Loupian? Czyżby dlatego, że pracował on dla jej ojca wiernie od wielu lat i tym zdobył jej względy? Być może, choć tak prawdę mówiąc ja, jako człowiek miłujący sztukę oraz kulturę, nie mógłbym związać się z prostaczką, z którą nawet nie miałbym o czym rozmawiać. Ale to ja. Każdy ma prawo połączyć swoje życie z kim tylko zechce i mnie nic do tego.
- Co tak obserwujesz ten dom, Hubercie? - zapytał nagle mój ojciec chrzestny, wyrywając mnie przy tym z mojego zamyślenia.
Uśmiechnąłem się do niego dowcipnie i odparłem:
- Ach, tak właściwie bez powodu to robię. Po prostu mi się podoba. Widać w nim miłość do prawdziwej sztuki i estetyki.
- Tak, to prawda. Dzisiaj to rzadkość, a zwłaszcza wśród nuworyszy, którzy do niedawna jeszcze nie mieli nic, a teraz to robią z siebie wielkich panów i zadzierają nosa, a nie umieją nawet się zachować w towarzystwie.
- Nie każdy nuworysz zadziera nosa i nie umie się w ogóle zachować w towarzystwie - zauważyłem.
- To prawda, nie każdy i trudno jest wszystkich oceniać jedną miarką - odpowiedział mi mój ojciec chrzestny - Ale faktem też jest to, że bardzo wielu ludzi, którzy nagle się dorobili majątku zadziera nosa i robi z siebie wielkich panów, a nie posiada nawet podstawowej wiedzy o sztuce, że już o dobrym wychowaniu nie wspomnę.
- Znasz osobiście tego całego Loupiana?
- Miałem tę wątpliwością przyjemność widzieć go dwa razy w ciągu ostatnich kilku miesięcy, ale nie wywarł na mnie dobrego wrażenia. Raczej wrażenie Raticate’a w garniturze, który próbuje udawać Butterfree.
- Aż tak?
- A żebyś wiedział. Zapamiętaj to sobie, mój chłopcze, że obrzydliwy gryzoń, nawet w garniturze pozostanie obrzydliwym gryzoniem i choćby nie wiem, jak się starał, to nie będzie wyglądał jak słodki motyl.
Chwilę później drzwi zostały przed nami otwarte i stanął w nich Mister Mime w liberii, piszcząc przy tym pytająco.
- Witam. Detektyw John Ketchum i jego pomocnik Hubert Marey. Pan Loupian nas oczekuje - powiedział mój ojciec chrzestny.
Mister Mime ukłonił nam się uniżenie, po czym wprowadził nas do środka, zamknął drzwi i poszedł z nami w kierunku biblioteki, gdzie właśnie przebywali gospodarze. Wtedy dopiero miałem możliwość przekonać się, że mój ojciec chrzestny miał sporo racji, mówiąc o obrzydliwym gryzoniu w garniturze, który udaje motyla. Loupian doskonale pasował do tego opisu. Był to bowiem niski, dość otyły mężczyzna z łysiną, około pięćdziesiątki, z lekkimi bokobrodami, małymi binoklami na nosie i w czarnym szlafroku, spod którego wystawała błękitna piżama. Gdy tylko nas zobaczył, to zaraz podbiegł w naszą stronę, złapał mocno swoimi wielkimi dłońmi jak u małpy rękę mojego ojca chrzestnego i zawołał:
- Ach, pan Ketchum! Jakże mi miło pana widzieć! Cieszę się, że pan tutaj przyszedł! Wolałem wezwać najpierw na konsultację pana zamiast tych idiotów z policji!
To mówiąc Gerard Loupian potrząsał bez przerwy dłonią mojego ojca chrzestnego, co biorąc pod uwagę grymas bólu, który malował się na twarzy detektywa musiało być raczej nieprzyjemnym doświadczeniem.
- Jakże mi miło, że docenia pan moje umiejętności, panie Loupian - jęknął John Ketchum, gdy mężczyzna puścił jego rękę - Będzie mi bardzo miło pomóc panu w tej sprawie. Ale chyba zdaje pan sobie sprawę z tego, że tak czy inaczej będę musiał zadzwonić po policję?
- Oczywiście, to zrozumiałe - powiedział Loupian, wykonując przy tym kilka bardzo niskich ukłonów - Po prostu chciałem, żeby wcześniej miał pan możliwość przyjrzeć się całej sprawie swoim bacznym okiem zanim zrobią to ci głupcy z policji.


- Bardzo ciekawą ma pan opinię na temat moich kolegów po fachu.
- Nie tyle ciekawą, co prawdziwą.
- Dajmy na to, proszę pana. Gdzie jest ciało?
- W moim gabinecie. Zaraz panów tam zaprowadzę.
- Nie jestem tylko pewna, czy aby widok zwłok jest dla tak młodego człowieka odpowiednim widokiem - odezwała się nagle żona Loupiana.
Była to dość wysoka oraz szczupła kobieta o kilku zmarszczkach na twarzy, o fioletowych włosach z lekkimi dodatkami siwizny oraz zielonych oczach, ubrana w różowy szlafrok, spod którego wystawała lekko jej nocna koszula. Pomimo tego, że miała już prawie pięćdziesiąt lat, wyglądała wciąż naprawdę urodziwie i mogła uchodzić za piękność, w każdym razie w moich oczach. Jej twarz oraz sposób, w jaki się wypowiadała wyraźnie dowodziły tego, że odebrała ona naprawdę dobre wychowanie, w przeciwieństwie do swojego męża. Od razu wzbudziła ona mój podziw i wielki szacunek.
- Ależ proszę się tym nie przejmować, proszę pani - powiedziałem, kłaniając się z szacunkiem kobiecie - Widziałem już niejedno ciało zabitego człowieka, więc nie obawiam się widoku zwłok, choć rzecz jasna taki widok wcale nie jest przyjemny ani dla mnie, ani dla mojego ojca chrzestnego.
- To pan Ketchum jest pana ojcem chrzestnym?
- Nie inaczej.
- Mam tę przyjemność być jego ojcem chrzestnym, proszę pani - rzekł z uśmiechem John Ketchum - Ten zaś młody i zdolny człowiek, którego mam równie wielki zaszczyt pani przedstawić, nazywa się Hubert Marey i jest synem mojego przyjaciela.
- Rozumiem. Tak się więc sprawa przedstawia - powiedziała kobieta z uśmiechem na twarzy, podając mi dłoń - W takim razie tym milej mi pana poznać. Jestem Marguerite Loupian.
- Bardzo mi miło. Hubert Marey - odpowiedziałem, całując kobietę w podaną przez nią prawą dłoń - Wiele dobrego słyszałem o pani.
- Przykro mi, że ja o panu jeszcze nie, ale spodziewam się, że wkrótce to się zmieni - odparła kobieta, lekko się przy tym uśmiechając - Sprawia pan bardzo przyjemne wrażenie, panie Marer.
Zarumieniłem się delikatnie, słysząc te słowa. Komplement z ust takiej damy sprawił mi naprawdę bardzo wielką przyjemność, ale za to wywołał wyraźną zazdrość w osobie jej męża, który zaczął nerwowo miażdżyć sobie knykcie i rzekł:
- Zdaje się, że miałem zaprowadzić panów do mojego gabinetu. Być może się mylę, ale odnosiłem wrażenie, iż jest to naprawdę pilna sprawa. Ostatecznie przecież w moim domu doszło do morderstwa.
- Tak, to prawda. To bardzo poważna sprawa i będzie nam miło, jeśli oprócz nas wezwie pan też policję - odpowiedział mu mój ojciec chrzestny.
- Spokojnie, ja się tym zajmę - rzekła pani Loupian - Zaraz zadzwonię po policję.
- Proszę się nie kłopotać. Ja mogę to zrobić - odezwał się nagle czyjś głos.
Należał on do człowieka, który właśnie wszedł do pokoju. To był dość wysoki mężczyzna w średnim wieku, o włosach białych jak mleko, mający kilka zmarszczek, szare oczy, okulary i liberię kamerdynera.
- Pan Ketchum, nieprawdaż? - zapytał mężczyzna uniżonym tonem - Bardzo się cieszę, że mogę pana poznać. Chociaż przez telefon wydawał się pan nieco starszy.
- Taka moja natura - zaśmiał się detektyw - Domyślam się, że to z panem rozmawiałem przez telefon.
- Tak, proszę pana. To ja na polecenie pana Loupiana wezwałem panów tutaj.
- Doskonale, a więc teraz zadzwoń na policję, skoro tak wszyscy na to nalegają - warknął gniewnie jego pracodawca - A ja tymczasem zaprowadzę panów do gabinetu, w którym leży ciało. Wolę, aby pan wszystko obejrzał przed przyjazdem jakże zdolnych przedstawicieli policji, panie Ketchum.
To mówiąc wyszedł dość wściekłym krokiem z biblioteki, a jego żona powiedziała do nas przepraszającym tonem:
- Proszę wybaczyć zachowanie mojego męża. Jest on nietaktowny, ale proszę go zrozumieć. W końcu nie codziennie człowiek znajduje w swoim gabinecie czyjeś zwłoki.
- Tak, to oczywiście wszystko tłumaczy - stwierdził dość ironicznie mój ojciec chrzestny - Chodźmy, Hubercie.
Obaj wyszliśmy z biblioteki i skierowaliśmy swoje kroki w kierunku gabinetu naszego gospodarza. Gdy tam dotarliśmy, Loupian otworzył drzwi kluczem i wprowadził nas powoli do owego pomieszczenia i już po chwili mogliśmy obaj ujrzeć ów niesławny pokój, w którym około dwie godziny wcześniej doszło do zabójstwa. Było to miejsce dość obszerne, pomalowane na ciemne kolory, raczej mało przyjemne. Pomimo wielkiej przestrzeni nie znajdowało się tam zbyt wiele przedmiotów. Jednym z nich było biurko z przygotowanymi na nim papierami, piórem oraz kałamarzem, a przed nim krzesło ze złoceniami. Była tam też szafa ze stojącym na nim zegarem, a także niewielka kasa wmontowana w ścianę i na chwilę obecną otwarta. Prócz tego było tam także popiersie gospodarza na niewielkim postumencie, wyraźnie dowodzące, jak wielkie było ego jego właściciela, a gdyby ktoś chciał w to wątpić, to zaraz za biurkiem na ścianie wisiał wielki obraz z namalowaną na nim młodą parą, w której bez trudu rozpoznałem Loupiana i jego żony zapewne niedługo po ślubie.
Całości obrazu tego miejsca zaś dopełniały leżące na podłodze zwłoki jakiegoś mężczyzny w średnim wieku, ubranego na czarno, jak na włam, na  który zresztą prawdopodobnie przyszedł. Denat miał zamknięte oczy, a jego twarz nosiła ślady kilkudniowego zarostu. W jego piersi tkwił spory turecki kindżał z ostrzem niemalże całkowicie zanurzonym w ciele zabitego. W prawej dłoni denat trzymał rewolwer, a lewą zaciskał na złotym łańcuszku z zamocowanym na nim pięknym szmaragdem. Nie jestem jakimś wielkim znawcą kamieni szlachetnych, ale muszę szczerze się przyznać, że takiego cuda, to ja jeszcze na oczy nie widziałem.
- Czy to ofiara? - zapytałem.
- Ofiara i zarazem włamywacz - odpowiedział mi Loupian.
- Czy zna go pan?
- Na swoje nieszczęście tak. Ale nie sądziłem, że kiedykolwiek posunie się do czegoś takiego.
- Kto to taki?
- To Gaspard Chambard, mój dawny kompan. Wraz z nim pracowałem kiedyś przy wydobywaniu złota na terenach wykupionych przez mojego nieżyjącego już teścia, chociaż wtedy jeszcze pan Vigoroux moim teściem nie był. Ale ponieważ pracowałem uczciwie i zarazem najbardziej rzetelnie ze wszystkich jego pracowników, to właśnie ja poślubiłem jego córkę, którą od dawna kochałem.
- Nie śmiem w to wątpić - mruknąłem złośliwie.
- Czy po ślubie z panną Vigoroux utrzymywał pan kontakty ze swoim dawnym kompanem z kopalni?
- Ależ naturalnie - odpowiedział - W końcu to w jego gospodzie się zaręczyliśmy.
- To on miał gospodę?
- O tak i to bardzo dobrze prosperującą. Kupił ją za swój udział w zyskach z kopalni. Gdy już odłożył na nią, to kupił ją i zaraz przeniósł się na prowincję. To właśnie w jego gospodzie odbyły się później zaręczyny moje i Marguerite. Potem obaj dość długo się nie widzieliśmy, aż wreszcie Gaspard przybył tu, aby mnie odwiedzić po latach. Nie przeczuwając niczego złego zaprosiłem go do siebie i pokazałem mu cały mój dom. Również to cacko, które teraz zaciska w dłoni.
- Co to takiego? - zapytałem.
Mój ojciec chrzestny powoli pochylił się nad przedmiotem i przyjrzał mu się uważnie za pomocą szkła powiększającego.
- Być może się mylę, ale sądzę, iż jest to szmaragd rodu McDelingów, jeden z najbardziej rzadkich oraz najbardziej cennych kamieni szlachetnych, jakie kiedykolwiek istniały na tym świecie.
- Szmaragd rodu McDelingów?! - zawołałem zaintrygowany - Ale to chyba niemożliwe! Cały ród McDelingów wymarł, zaś szmaragd przepadł wraz z ostatnim członkiem tej rodziny!
- Jak widać, ktoś go jednak odnalazł - odpowiedział mi John Ketchum, uważnie obserwując szmaragd przez lupę - Znając jego wartość nieboszczyk mógł się pokusić o chęć położenia na nim swoich łap.
- Tak, zwłaszcza, że miał jakieś problemy finansowe - wtrącił się do rozmowy Loupian.
- Miał kłopoty finansowe? - zapytałem.
- Tak, wspomogłem go pożyczką. Ale jak widać, to było dla niego za mało. Przyszedł tu ze swoim wspólnikiem, aby mnie okraść, ale po otwarciu sejfu musiało dojść do sprzeczki o podział łupów i Chambard zginął zabity kindżałem.
- Poznaje pan może ten kindżał?
- Oczywiście. Pochodzi on z mojej kolekcji. Wisiał na ścianie w tym pokoju. Mordercy wystarczyło tylko sięgnąć.


- Zapewne - powiedział John Ketchum, z wielką uwagą przyglądając się zabitemu - Chambard ma w prawej dłoni rewolwer. Zapewne planował zmusić nim swojego zabójcę do ustępstwa albo też bronić się przed nim i jego atakiem, chociaż stawiam na to pierwsze. Morderca był szybszy, rzucił nożem i bach... Czy padł strzał?
- Tak, padł. To on nas obudził - powiedział Loupian.
- Rozumiem - odparł mój ojciec chrzestny, pogrążając się w myślach - Morderca rzucił w swoją ofiarę kindżałem albo skoczył na niego, szarpali się i wbił mu nóż w serce... Jeszcze nie wiem, czy nóż wbito, czy rzucono. Sekcja to wykaże. Tak czy inaczej ofiara zdążyła wystrzelić zanim zginęła. Kula gdzieś tu pewnie jest.
- Tutaj! - zawołałem, dostrzegając ją w jednej ze ścian.
Detektyw podszedł do miejsca, które wskazałem i obejrzał je sobie dokładnie za pomocą lupy.
- Rzeczywiście. A więc wszystko jest jasne.
- Nie bardzo - stwierdziłem - Ciekawi mnie, czemu morderca nie zabrał szmaragdu?
- No, to akurat jest bardzo proste. Huk wystrzału sprawił, że zabójca zrozumiał, iż musi teraz szybko uciekać albo zostanie złapany. Łapie więc szybko do ręki torbę z narzędziami, których użył do otwarcia kasy, zabiera tyle łupu, ile zdołał, otwiera okno prowadzące prosto na ogród...
Detektyw podszedł do okna i przyjrzał mu się uważnie.
- Okno było otwarte czy zamknięte, gdy znaleziono ciało?
- Otwarte - odpowiedział Loupian - Ale za to drzwi od pokoju były zamknięte na klucz. Widocznie złodzieje weszli właśnie przez to okno.
- Z pewnością - odparł detektyw i wrócił do oględzin - W szybie tuż przy klamce jest taka niewielka dziura. Dość duża, aby móc wsunąć przez nią dłoń i otworzyć klamkę. To stara sztuczka, ale jak widać, wciąż jeszcze skuteczna. Złodzieje weszli przez mur do ogrodu posiadłości, wycięli za pomocą diamentu szybę w oknie, otworzyli je, weszli do środka, wzięli się do roboty i wyjęli zawartość kasy... Panie Loupian! Co pan trzymał w kasie oprócz szmaragdu?
- Pieniądze, kilka obligacji i takie tam - odpowiedział zapytany.
- I to wszystko złodziej zabrał ze sobą?
- Z pewnością, skoro tutaj tego nie ma.
Detektyw pokiwał głową ze zrozumieniem, po czym zaczął bardzo uważnie przyglądać się parapetowi okna.
- A więc złodziej i ofiara zabrali to, a potem doszło pomiędzy nimi do sprzeczki, która zakończyła się śmiercią denata, zaś zabójca przerażony w panice zabrał, co się tylko dało i szybko uciekł przez okno, a potem przez mur. Wszystko wydaje się proste...
To mówiąc pochylił się nad parapetem i przyjrzał się czemuś, co tam zobaczył.
- A to ciekawe!
- Co takiego? - zapytałem.
- Wygląda jak kilka włosków, ale nie jestem pewien. Muszę się temu lepiej przyjrzeć. Daj kopertę.
Podałem mu ją, a on włożył tam swoje znalezisko za pomocą pincety i zamknął szczelnie.
Rozejrzę się jeszcze po pokoju - powiedział po chwili John Ketchum - A pan może już wyjąć szmaragd z ręki zabitego. Nawiasem mówiąc ciekawi mnie, czemu pan tego wcześniej nie zrobił.
- Wolałem niczego nie ruszać do czasu, aż pan przyjedzie - odparł na to zapytany.
- Aha... W sumie racja. Ale teraz może go pan już wyjąć.
Loupian pochylił się nad ciałem, ale mimo wysiłków nie zdołał wyjąć łańcuszka od szmaragdu z dłoni denata.
- Nic z tego! - jęknął poirytowany - Ten drań owinął go sobie wokół palców i mocno zacisnął dłoń. Nie mogę tego wyjąć.
- Naturalnie. Zwyczajne stężenie pośmiertne - odpowiedział detektyw - Spokojnie. Jak przyjedzie policja, to odzyska pan swoją własność. A tak z ciekawości, to o której padł ten strzał?
- Nie jestem pewien, ale chyba tak około pierwszej w nocy. Kątem oka dostrzegłem zegarek stojący na nocnej szafce, jednak nie jestem w stanie dokładnie panu powiedzieć, jaka to była godzina. Niewiele przed pierwszą, tyle pamiętam.
- Aha... Sypialnia pana i pana żony znajduje się niedaleko gabinetu, więc huk wystrzału musiał pan słyszeć bardzo wyraźnie.
- Niemalże tak dobrze, jak pana teraz.
- Rozumiem. I od razu zerwaliście się państwu z łóżka na dźwięk hałasu?
- Dokładnie tak. Część służby śpiąca najbliżej też słyszała huk, choć pewnie było go słychać w całym domu, ale niektóre psiejuchy, które u mnie pracują mają mocno sen, więc mogły go nie słyszeć. Zwłaszcza, jeśli spały daleko od gabinetu.
- Rozumiem. A co było potem?
- Służba, która jako pierwsza usłyszała strzał, narobiła rabanu, cały dom postawiono na nogi, a my ruszyliśmy do gabinetu, skąd ten strzał nas dobiegł.
- Kto pierwszy tam dobiegł?
- Ja i moja żona.
- A zaraz potem?
- Nasz kamerdyner, Joseph Lucher. A potem nie pamiętam.
- W porządku. Czy drzwi od gabinetu były zamknięte?
- Tak, na klucz.
- Kto ma klucze do gabinetu?
- Ja, moja żona i kamerdyner.
- Nikt więcej?
- Nikt.
- Ile czasu od znalezienia zwłok kazał pan zadzwonić po mnie?
- W ciągu kwadransa. Musiałem jednak najpierw uspokoić moją żonę. Jest nazbyt wrażliwa na takie widoki. Pan rozumie, baby. He he he!
Mojego ojca chrzestnego wcale to nie ubawiło.
- Rozumiem - powiedział - I w ciągu kwadransa od znalezienia zwłok kazał pan kamerdynerowi zadzwonić po mnie?
- Dokładnie.
- Ciekawe. Przybyliśmy tu z Hubertem w ciągu kolejnego kwadransa do dwudziestu minut. Na pewno nie więcej. Dziwne, że ciało do tego czasu zdążyło tak bardzo zesztywnieć.
- Ja się na tym nie znam, panie Ketchum. Poza tym mówię panu, za bardzo byłem zajęty cuceniem mojej biednej żony, aby zwracać uwagi na takie sprawy.
- Tak, w porządku - detektyw przestał już oglądać pokój - Sądząc po dźwięku, jaki właśnie usłyszałem, to policja wreszcie przybyła. Chodźmy więc już, Hubercie. Zostawmy coś dla inspektor Jenny.
- A nie porozmawiamy ze służbą?
- W sumie możemy to zrobić. Ostatecznie policja jest w stanie pominąć coś bardzo ważnego dla śledztwa, więc lepiej uzupełnić ich wiedzę.
- A najlepiej ją uzupełnimy zdobywając sami informacje.
- Dokładnie - uśmiechnął się do mnie detektyw.


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...