piątek, 31 marca 2023

Przygoda 126 cz. II

Przygoda CXXVI

Zła macocha cz. II


Ash nigdy nie należał do osób, które zostawiają na jutro to, co mają lub też po prostu mogą zrobić dzisiaj. Dlatego chyba nikogo nie zdziwi, kiedy powiem, że tak jak zapowiedział, tak od razu zadzwonił do Akademii Policyjnej, aby powiadomić kogo trzeba o tym, że nasz pobyt w Alto Mare i jego okolicach nieco się przedłuży z powodu sprawy kryminalnej, jakiej podjęliśmy się rozwiązać. Za to my wszyscy, a już zwłaszcza ja, byliśmy zaskoczeni i to jeszcze jak, kiedy władze uczelni nie tylko nie robili nam z tego powodu żadnych problemów, ale dodatkowo też odparli na to, że skoro tak się sprawy mają, to jesteśmy w pełni usprawiedliwieni i mamy w takiej sytuacji urlop dziekański, czy jak to tam się nazywa. Ale postawiono nam jeden warunek.
- Zamiast podzielenia się informacjami na temat wykładów i wiedzy, jaką w ten sposób zdobyliście, oczekujemy od was obojga bardzo szczegółowej relacji ze śledztwa - powiedział do nas pan dziekan.
- Tak jest, proszę pana. Złożymy panu go dokładnie i ze szczegółami - rzekł na to Ash, nie kryjąc swojego podniecenia.
- I liczę na to, że opowiecie o tym wszystkim przed całą uczelnią.
- Naturalnie. To będzie dla nas prawdziwy zaszczyt.
Dziekan zadowolony skinął głową i połączenie się zakończyło. Ash wesoło odłożył słuchawkę, po czym spojrzał na mnie, lekko zdumiony moją miną.
- A coś ty taka ponura, Serenko? - zapytał mnie.
- To po co ja robiłam te wszystkie notatki, skoro i tak to nie będzie potrzebne?
Ash i Pikachu wybuchli śmiechem, rozbawieni moimi słowami. Podobnie też postąpiła Buneary. Ja sama zaś po chwili, gdy już sobie uświadomiłam, jak bardzo głupio brzmią moje zarzuty, parsknęłam śmiechem i powiedziałam:
- Racja, co ja najlepszego wygaduję? Jakbym nie miała teraz poważniejszych problemów.
- Zasadniczo, to nie masz - odpowiedział Ash, lekko szczerząc przy tym zęby - Bo nie masz jako osoba prywatna, ale jako detektyw, to i owszem. Masz zagadkę do rozwiązania, który to problem dotyczy częściowo także i mnie.
- Oczywiście - zgodziłam się z nim - A powiedz mi, proszę, co sądzisz o tej sprawie? Myślisz, że pani Gordon jest winna, czy nie?
Ash przyjął pozę rasowego śledczego i odpowiedział:
- Moja kochana Serenko, na chwilę obecną wiem o tej sprawie za mało, aby w najmniejszym nawet stopniu wyrabiać sobie opinię na ten temat. Słyszałaś przecież wyraźnie, co opowiadali na wykładach, na które tu przyjechaliśmy. Rozpoczynając śledztwo nie możesz...
- Nie możesz nastawiać się na żadne rozwiązanie, ale mieć otwarty umysł na najróżniejsze nawet możliwości, jakie mogą się pojawić w trakcie dochodzenia - dokończyłam, przypominając sobie to, co niedawno nam mówili wykładowcy.
Ash skinął głową na znak potwierdzenia i powiedział:
- Dokładnie tak, kochanie. Nie mogę się zatem nastawiać ani na winę, ani też na niewinność pani Gordon, dopóki znam tę sprawę jedynie ogólnikowo. Gdybym tak spróbował nastawić się na jakiekolwiek rozwiązanie, wtedy zamykałbym sobie umysł na wszystko, co wychodzi poza mój sposób myślenia, a to przecież bardzo złe podejście. W ten sposób detektyw zaśmieca sobie umysł i uparcie trzyma się w trakcie śledztwa swojej hipotezy i niekiedy nie dostrzega tego, co oczywiste, a co by zobaczył w innej sytuacji, gdyby nie był uparcie przekonany, że już z góry wie, jaka jest prawda.
Popatrzyłam na Asha lekko zdziwiona. Przecież on w tamtej chwili cytował w swoich wypowiedziach słowa tego wykładowcy, którego słuchaliśmy niedawno na uczelni. Jak on to wszystko zapamiętał? Najwidoczniej słuchał znacznie uważniej niż ja. Albo po prostu robił o wiele więcej notatek. Jakby jednak nie było, mój mąż naprawdę wiele z tego wykładu zapamiętał, a co ważniejsze, także i zrozumiał.
- Widzę, Ash, że wykłady w Alto Mare nie poszły na marne - powiedziałam -  Sporo z nich zapamiętałeś. Pan dziekan będzie zachwycony.
- Dziękuję, ale dla mnie najbardziej ważne jest to, żeby moja żona była ze mnie dumna i była mną zachwycona - zażartował sobie Ash.
Pikachu, siedzący mu na ramieniu, delikatnie strącił mu czapkę z daszkiem na oczy, a ja zachichotałam i powiedziałam zadziornie:
- Ależ jestem zachwycona. Przede wszystkim tym, jaki ty jesteś skromny.
Ash parsknął śmiechem i szybko ustawił sobie czapkę jak należy, po czym z wesołością w głosie powiedział:
- Skromność to przecież też bardzo ważna cecha i cieszy mnie, że dostrzegasz ją we mnie. Zwłaszcza, że tę cechę zamierzam w sobie rozwijać.
- Jak dotąd, naprawdę nieźle ci idzie - rzuciłam z lekkim przytykiem.
Ash ponownie zachichotał, po czym podszedł do mnie i pocałował mnie czule w policzek, mówiąc:
- Możesz się śmiać, ale jeszcze zobaczysz. Będę najskromniejszym i zarazem też najbystrzejszym detektywem w całym Kanto. W tych dwóch cechach nikt mi nigdy nie dorówna. No, może poza tobą.
Zaśmiałam się, rozbawiona jego słowa, po czym wzięłam go za rękę i oboje, z towarzyszącymi nam Pikachu i Buneary, wyszliśmy z domu i podeszliśmy razem do kanału, gdzie w swojej motorówce, przy kierownicy siedziała właśnie Bianka. Dziewczyna poczekała, aż wejdziemy do środka, a gdy już to zrobiliśmy, odpaliła silnik i ruszyliśmy w podróż wzdłuż kanału.
- Podrzucę was do Centrum Pokemon. Tam czeka na was Gerda Sanderson ze swoim klientem - wyjaśniła nam Bianka - Sprawicie im miłą niespodziankę, jak im powiecie, że przyjmujecie tę sprawę.
- Przyjąć, to my ją z przyjemnością przyjmujemy - powiedział Ash - Ale też chyba rozumiesz, że nie możemy obiecać, jakie będą wyniki naszego dochodzenia.
- Nikt nie oczekuje od was talentów jasnowidzenia, choć biorąc pod uwagę to, jak bez trudu odgadłeś moje myśli, mam podejrzenia, że jednak posiadasz talent i w tej dziedzinie - zażartowała sobie Bianka.
- Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby tak było - powiedziałam żartobliwie - Bo przecież Ash to osoba o naprawdę wielu talentach, ale charakteryzuje go ogromna skromność i dlatego nie ma go co o to wypytywać. I tak nie powie, żeby nie wyjść na takiego, który się przechwala.
Ash zrobił zadziorną minę, a Pikachu i Buneary parsknęli śmiechem, bardzo tymi słowami rozbawieni.
- Możesz się śmiać, ale jeszcze będą mówić o mojej legendarnej skromności - powiedział do mnie wesołym tonem.
- To już jesteś legendarny? Niezła kariera w tak młodym wieku - rzuciła nie bez ironii Bianka.
Po chwili jednak spoważniała i szybko dodała:
- Mam tylko nadzieję, że wasz talent się nie wypalił przez ostatni czas. To jest naprawdę bardzo poważna sprawa i strasznie mi zależy na tym, aby udało się wam rozwikłać tę zagadkę.
- Wszystkie sprawy, które prowadziliśmy z Sereną były w ten czy inny sposób poważne - stwierdził Ash - I z każdą z nich sobie jakoś poradziliśmy. Uważam, że i z tą sprawą nie będzie inaczej.
- To dobrze, że tak mówisz, bo pani Gerda i jej klient wyglądali na naprawdę mocno przejętych tym wszystkim - odparła Bianka - Coś mi mówi, że to sprawa z gatunku tych nie cierpiących zwłoki.
- Chyba wiem, co masz na myśli - powiedziałam - Chodzi ci o to, że czas w tej sprawie nagli, a to nie sprzyja wcale rozwiązywaniu zagadek.
- Nie sprzyja niczemu, bo na wszystko, co chce się mieć dobrze zrobionym, to trzeba sobie dać odpowiednio dużo czasu - stwierdziła Bianka - Myślicie, że jak ja coś maluję, to maluję na akord? Nic z tego. Ja zawsze muszę wszystko bardzo, ale to bardzo spokojnie i powoli przygotować. A kiedy ktoś próbuje mnie poganiać, to nie tylko mnie to wkurza, ale jeszcze bardzo negatywnie wpływa na moją pracę. Z tego powodu mam pewne obawy, bo nie wydaje mi się, aby presja czasu mogła wam pomóc.
- Na pewno nam to nie pomoże, ale nie pierwszy raz wykonujemy zadanie, na karku czując poganiający nas czas - powiedział Ash.
- I nie pierwszy raz, pomimo takich trudności, poradziliśmy sobie - dodałam.
Bianka uśmiechnęła się do nas serdecznie, chociaż w tym uśmiechu było dość dużo smutku połączonego z pewnymi obawami, czy rzeczywiście będzie tak, jak to jej przedstawiamy. Wyraźnie nie była pewna tego, jak nam pójdzie. Zasadniczo nie mogliśmy mieć do niej o to pretensji. Sami przecież nie byliśmy wcale pewni tego, jak nam pójdzie. Ash co prawda był pewien sukcesu, ale nawet w jego głosie ja, bo znałam go doskonale, wyczuwałam, jak bardzo wiele obaw go dręczy. Nawet więc i on posiadał w tej sprawie obawy i cień niepewności wyraźnie nad nim krążył. Ale myliłby się ten, kto by uważał, że Ash był jedynie w tej sprawie zaniepokojony o swoją reputację detektywa. Zapewniam was, iż to był jego najmniejszy problem. Tej możliwości nie brał w rachubę, a jeżeli nawet, to nie traktował tego jako coś, czym powinien się zajmować. Przejmowało go tylko to, jak rozwiązać taką sprawę jak ta, która właśnie nam się trafiała, nie popełniając przy tym błędów, które mogą wszystko zniszczyć. Pomimo tego, że mój ukochany od dawna był niesamowicie zdolnym detektywem i posiadał prawdziwy talent do rozwiązywania zagadek, to i tak miał obawy, czy tym razem sobie poradzi, które to obawy lubił maskować pod pozorami pewności siebie i wielkiej odwagi. Tylko ktoś, kto go nie znał, byłby w stanie uznać, że to zachowanie jest przejawem megalomanii. Zapewniam was, iż ta cecha jest mu całkowicie obca, choć podczas rozmów z nim nieraz można odnieść inne wrażenie. Ja zaś, jako jedna z niewielu osób wtajemniczonych w sekrety jego metod działania, doskonale wiedziałam, że jest to tylko gra z jego strony, mająca na celu zmylenie przeciwników, aby nie traktowali go poważnie i popełniali w ten sposób błąd. Poza tym, Ash uwielbiał w swoim zachowaniu przypominać swoich ulubionych książkowych detektywów, a zwłaszcza Sherlocka Holmesa, który już od dawna był jego idolem i który przecież nigdy nie grzeszył skromnością.
Bianka podwiozła nas pod Centrum Pokemon, a gdy to się stało, wysiedliśmy z motorówki i pożegnaliśmy naszą przyjaciółkę, dziękując jej za przysługę.
- Powodzenia wam życzę - powiedziała Bianka - I pozdrówcie ode mnie panią Gerdę. Trzymajcie się!
Po tych słowach, pomachała nam ręką i odpłynęła, a my poszliśmy od razu do środka Centrum Pokemon. Ciekawi byliśmy, gdzie też czeka na nas Gerda, ale nie mogliśmy jej wypatrzeć w tłumie ludzi, głównie trenerów różnej maści i w różnym wieku. Tak wielu było tu gości, że trudno było kogokolwiek wypatrzeć w tym oto mrowiu. Na całe szczęście towarzyszące nam Pokemony okazały się bystrzejszymi od nas obserwatorami, ponieważ szybko wypatrzyły osobę, której szukaliśmy.
- Pika-pika! - zapiszczał Pikachu, wskazując łapką w jednym z kierunków.
Buneary kilka sekund później także dostrzegła panią adwokat i piskiem dała nam do zrozumienia, że ją wypatrzyła. Wtedy również i my ją zauważyliśmy i nie kryjąc radości, pomachaliśmy kobiecie rękami, po czym podeszliśmy do niej.
Gerda Sanderson siedziała przy jednym ze stolików, czytając uważnie gazetę, ale nie tracąc przy tym z uwagi tego, co się działo wokół niej. Najwidoczniej miała ona podzielną uwagę, co pozwalało jej czytać i jednocześnie uważnie obserwować wszystko dookoła. Kiedy nas zobaczyła, odłożyła na bok gazetę i pomachała nam ręką serdecznie, a gdy podeszliśmy, wstała z miejsca i powitała nas.
- Witajcie, kochani - powiedziała przyjaźnie, ściskając kolejno mnie i Asha - Jak widzę, Akademia Policyjna i małżeństwo dobrze wam służą. No i sukcesy, bo i tych wam chyba nie brakuje.
- Tobie też służy twoja praca - odpowiedział jej serdecznie Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał przyjaźnie Pikachu.
- Miło cię znowu widzieć - dodałam.
- Bune-bune! - pisnęła Buneary.
- Was też miło mi widzieć - powiedziała Gerda i pokazała nam dłonią miejsca wolne przy swoim stoliku - Siadajcie, kochani. Mamy przecież do pogadania.



Usiedliśmy wygodnie, bardzo zadowoleni w tej sytuacji, że wokół nas panuje całkiem niezły gwar. Nie od dzisiaj wiadomo, że najłatwiej jest ukryć się w tłumie, a w takim miejscu jak to, gdzie jest zawsze pełno ludzi, o wiele łatwiej jest zostać podsłuchanym. Co prawda, nie mieliśmy pojęcia, kto i po co miałby to robić, ale to nie miało dla nas żadnego znaczenia. Ważne było to, że lepiej było zachowywać w sprawie naszego nowego zadania jak najdalej posuniętą dyskrecję. Ostatecznie, nie wie się nigdy, kto i z jakiego powodu zechce przeszkodzić detektywom rozwiązać zagadkę. Poza tym, praca detektywa zmusza do tego, aby zachować ostrożność i to nawet wtedy, kiedy pozornie nie wydaje się ona być konieczna. Po pewnym czasie ta ostrożność staje się czymś na kształt nawyku i detektyw nawet instynktownie w trakcie swojej pracy zachowuje dyskrecję i ostrożność, co oczywiście bardzo mu pomaga podczas dalszej działalności. W przypadku mnie i Asha, można śmiało już mówić o instynktownej ostrożności, wynikającej z tego, jak długo pracujemy w tej branży i jakie sukcesy już osiągnęliśmy. I nic w tym dziwnego. W końcu to, co ja i Ash przeżyliśmy wspólnie podczas naszych przygód bardzo sprzyjało instynktowi wzmożonej ostrożności.
- Zakładam, że Bianka powiedziała wam już wszystko o tej sprawie - rzekła po chwili Gerda, aby zacząć rozmowę.
- Owszem, a przynajmniej tyle, ile tylko sama wie - odpowiedział jej Ash.
- A wydawała się wiedzieć bardzo dużo - dodałam.
Pikachu i Buneary piskiem potwierdzili moje słowa.
- Tak, opowiedziałam jej o wszystkim, co wiem, a poza tym jeszcze sama o tym wszystkim przeczytała w gazetach, stąd jej tak szeroka wiedza - odparła na to Gerda Sanderson - Ja sama raczej niewiele mam w tej sprawie do dodania. O wiele więcej może wam powiedzieć mój klient.
- No właśnie, a gdzie on jest? Nie powinien tu być razem z tobą? - spytał Ash, uważnie się wokół siebie rozglądając.
- Był ze mną, ale musiał wrócić do siebie. Ma swoje sprawy, a teraz jeszcze ich przybyło, odkąd jego ukochana siedzi w więzieniu - odpowiedziała Gerda - Ale spokojnie, zabiorę was do niego i on odpowie wam na wszystkie wasze pytania.
- Na razie mamy jedno pytanie do ciebie - powiedziałam - Podejrzewasz w tej sprawie kogoś? Kogokolwiek?
Gerda pokręciła przecząco głową.
- Przykro mi, Sereno, ale nie wiem, kto i dlaczego mógłby to zrobić. Ale jako adwokat pani Gordon, wynajęta przez jej partnera, muszę z góry zakładać to, że moja klientka jest niewinna. Nawet jeżeli wszyscy wokół mówią mi co innego.
- A mówią? - zapytał Ash.
Gerda spojrzała na niego uważnie i odparła ponuro:
- Powiedzmy, że nie wszyscy są przekonani, co do niewinności pani Gordon, a już na pewno nie miejscowa policja, ani pan prokurator. Dla nich wszystko jest jasne i nie ma rozgrzebywać tej sprawy.
- Czyli nie będą nam przychylni, kiedy zaczniemy prowadzić śledztwo?
- Raczej nie, choć nie wszyscy będą wam wrogami. Miejscowa oficer Jenny to osoba, na której możecie polegać, ale uważajcie na jej komendanta. To nie jest zbyt miły facet. Wierzy święcie w to, że pani Rita jest winna i nie ma dla niego w tej sprawie żadnych wątpliwości. Z jego zachowania wnioskuję też, że nie da sobie przetłumaczyć, że jest inaczej, nawet jeżeli zobaczy na własne oczy, jak złapiecie winnego i to na gorącym uczynku.
Ash zastanowił się nad tym, masując sobie delikatnie podbródek.
- Poważnie? To bardzo ciekawe - powiedział zaintrygowany - Ciekawe, czym twoja klientka nadepnęła mu na odcisk?
- A sądzisz, że to zrobiła? - zapytałam.
- To oczywiste, bo inaczej, dlaczego byłby święcie przekonany o jej winie?
- Może po prostu naprawdę wierzy w jej winę?
Ash jednak zdecydowanie nie był przekonany do tej teorii.
- Może - odpowiedział mi tonem wskazującym na to, że wątpi w to, co mówię - A może po prostu chce wierzyć w winę pani Gordon? Może jest mu ona na rękę z jakiegoś powodu?
- Wcale by mnie to nie zdziwiło - odparła na to Gerda - Komisarz Petri, czyli komendant miasta Jerento jest człowiekiem zdecydowanie niesympatycznym. Do tego, nie lubi cudzoziemców, ani ludzi przybywających z daleka do Johto, ani tych, którzy chcą tutaj zamieszkać. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby jego brak wiary w niewinność pani Gordon wynikała właśnie z takich pobudek. Niestety, obawiam się, że fakt, iż jest to ograniczona idiota, który stanowisko komendanta otrzymał po znajomości raczej nie pomoże naszej klientce.
- Wobec tego, musimy dostarczyć sądowi takie dowody, aby nie mieli nawet najmniejszych wątpliwości, że pani Gordon jest niewinna - powiedział Ash.
- Pika-pika! - zgodził się z nim Pikachu.
- To oczywiste, ale w jaki sposób chcesz to zrobić? - zapytała Gerda.
Ash spojrzał na nią i delikatnie się uśmiechnął, z taką jakby lekką ironią.
- Przede wszystkim, wszystko muszę przeprowadzić jak należy, czyli po kolei i we właściwy sposób - pospieszył z odpowiedzią - Na początek, to ja bym chętnie sobie porozmawiał z twoim klientem. Może więc zabierzesz nas do niego, abyśmy go mogli przesłuchać?
Gerda parsknęła śmiechem. Rozwiązanie tak proste z jakiegoś powodu jej nie przyszło do głowy. Tak to już bywa, że to, co jest najprostsze, rzadko tak po prostu nam przychodzi na myśl. Można powiedzieć, iż to, co jest najłatwiejsze, jest nam najtrudniej zrobić.
- Masz rację. Rozmawiamy tutaj bez celu, a przecież mamy poważną sprawę do rozwiązania - stwierdziła po chwili pani mecenas, lekko parskając śmiechem - To chodźmy. Pan Remberto czeka.

***


Henry Remberto okazał się być mężczyzną wysokim oraz postawnym, o dość miłej powierzchowności, mocno jednak przyćmionej z powodu tego, co się w jego życiu ostatnio działo. Miał czterdzieści kilka lat, czarne włosy, lekki wąs i mocno podkreślone przez naturę kości policzkowe, które chwilami sprawiały wrażenie, że człowiekowi temu spuchły wszystkie zęby, co oczywiście wcale nie miało miejsca. Ubrany skromnie, choć elegancko, powitał nas serdecznie na terenie swojej willi znajdującej się na obrzeżach miasta Jerento, które sąsiadowało z Alto Mare. Kiedy tylko Gerda nas do niego przyprowadziła, od razu powitał nas serdecznie i bardzo zadowolony zabrał do salonu.
- Bardzo się cieszę, że tu jesteście, moi państwo - powiedział do nas najmilej, jak tylko potrafił.
W jego oczach widziałam lekką wątpliwość, czy nadajemy się do wykonania zadanie, które chciał nam powierzyć. Widocznie nasz młody wiek doprowadził go do takich obaw. Należał jednak mu się od nas solidny plus, skoro zrobił wszystko, aby nam tego nie okazać. Najlepszym tego dowodem było to, że mówił do nas per „Pan” i „Pani” zamiast „Wy”. Oczywiście byliśmy już pełnoletni i należało się do nas zwracać w taki właśnie sposób, ale mimo wszystko, muszę to powiedzieć, było to dla nas coś nowego i przy okazji bardzo miłego.
- Mam nadzieję, że zdołamy panu pomóc w sprawie pani Rity - odpowiedział mężczyźnie po chwili Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał przyjaźnie Pikachu.
- Wiem, że nasz młody wiek może zniechęcać, ale mogę pana zapewnić, że w naszej pracy jesteśmy profesjonalistami - dodał po chwili mój mąż.
Najwyraźniej i on dostrzegł w oczach naszego rozmówcy wyraźne zwątpienie w to, że dwoje nastolatków ledwie co pełnoletnich jest w stanie mu pomóc. To nie tylko dowodziło jego spostrzegawczości, ale i tego, że moje spostrzeżenia nie były w tej kwestii jedynie moją wyobraźnią.
Remberto zmieszał się wyraźnie tym, co usłyszał. Chyba miał nadzieję na to, że żadne z nas nie spostrzeże jego wątpliwości na nasz temat. No cóż... Jeżeli tak było, to lepiej by zrobił, gdyby tak zainwestował on w dobre kursy aktorskie. Bo jak na razie, nie zdołał nas oszukać i ukryć przed nami swoje wątpliwości, chociaż uczciwie musieliśmy mu przyznać, iż zrobił naprawdę wszystko, aby to zrobić.
- Wybaczcie, państwo, ale ja naprawdę nie mam nic do waszego wieku - rzekł po chwili niezręcznej ciszy, podczas której nie wiedział, co ma powiedzieć.
- Och, naprawdę? - zapytał ironicznie Ash - Skoro tak, to czemu patrzy pan na nas w taki sposób, w jaki się patrzy na osoby, w których talenty się wątpi?
Mężczyzna zmieszał się jeszcze mocniej, a jego zażenowanie wzrosło, kiedy w naszej obronie przemówiła Gerda Sanderson.
- Zapewniam pana, że to jedni z najlepszych detektywów na całym świecie i to wcale nie jest przesada - powiedziała - Może i są młodzi wiekiem, ale są także prawdziwym postrachem przestępców i wszelkiej maści łotrów.
- Wiem, udało wam się zniszczyć organizację Rocket - rzekł na to Remberto - Wybaczcie, po prostu zdziwiło mnie, że jesteście jeszcze tacy młodzi. Ja po prostu instynktownie założyłem, że osoby o takiej sławie będą nieco starsze. Wybaczcie mi moją reakcję. Ja dobrze wiem, że pozory bywają mylące.
- Podobnie jak w tej sprawie - stwierdziła Gerda Sanderson - Pozornie winna jest pani Rita, pozornie wszystkie dowody na to wskazują, ale to tylko pozory. A w każdym razie, pan tak uważa.
Zasmucony Remberto pokiwał głową na znak, że się z nią zgadza, po czym pokazał nam ręką, abyśmy usiedli na kanapie. Usiedliśmy, a on usadowił się ciężko w fotelu naprzeciwko nam.
- Wybaczcie mi. W obecnej sytuacji powinienem szczególnie dbać o to, aby nie zwracać uwagi na pozory - powiedział załamany - Naprawdę bardzo was za to przepraszam, szanowni państwo.
- W porządku, my tam nie jesteśmy pamiętliwi - powiedziałam życzliwie.
- A więc, skoro już to sobie wyjaśniliśmy, może przejdziemy teraz do rzeczy? - zaproponowała Gerda Sanderson.
Pikachu i Buneary zapiszczeli na znak, że się zgadzają.
- Właśnie. Chcemy znać wszystkie szczegóły tej sprawy - powiedział Ash - A w każdym razie, wszystkie ważne szczegóły.
- Oczywiście nie zaszkodzi, jeśli poda ich pan nieco więcej, a my potem sami zweryfikujemy, które są ważne, a które nie - dodałam.
- Bune-bune! - zgodziła się ze mną Buneary.
Remberto skinął głową na znak zgody, po czym powiedział:
- Proszę pytać. Odpowiem na wszystkie pytania.
Ash spojrzał na mnie z uśmiechem, gotowy do rozpoczęcia śledztwo. Ja zaś w sercu poczułam jakieś niesamowite podniecenie. Kolejna nasza sprawa właśnie się rozpoczynała.
- Proszę nam powiedzieć o pana sytuacji. Jest pan żonaty, prawda? - zapytał Ash, przyglądając się uważnie naszemu klientowi.
Remberto skinął potakująco głową.
- Tak, ale to trochę tak, jakbym był wdowcem. Moja żona przebywa obecnie w szpitalu dla obłąkanych. Od dawna z jej psychiką było coś nie tak, ale w końcu jej zachowanie stało się niebezpieczne dla otoczenia, zwłaszcza najbliższego. W tej sytuacji, nie mogłem tak po prostu przymykać oczy na jej zachowanie. Musiałem więc ją tam zostawić.
Po tych słowach, pan Remberto zasmucony opuścił głowę w niemym akcie rozpaczy i nic przez chwilę nie mówił.
- Jak dawno temu miało to miejsce? - zapytałam.
- Siedem lat temu.
Zdziwiła mnie ta odpowiedź.
- Nie bardzo rozumiem, proszę pana. Przez siedem lat, odkąd pana żona jest w szpitalu dla wariatów, nie próbował pan się rozwieść? O ile wiem, prawo teraz w takiej sytuacji nawet załatwia unieważnienie małżeństwa.
- Dobre pytanie - dołączył do mnie Ash - Dlaczego nie zadbał pan o to, aby być wolnym i swobodnym?
Remberto spojrzał na niego uważnie nadal ponurym wzrokiem i rzekł:
- Wiem, że wydaje się to dziwne i prawdę mówiąc, jak o tym pomyślę, to sam się sobie dziwię. Ale po prostu, kiedy spotkał mnie taki cios od losu, nie miałem na to siły. Tak, wiem doskonale, jak to brzmi. Beznadziejnie pod każdym względem. Ale co ja poradzę? Naprawdę wtedy tak myślałem. Załamany pozostawiłem żonę w szpitalu dla obłąkanych i nie próbowałem unieważniać mego małżeństwa. Poza tym, było jeszcze coś.
- Co konkretnie? - zapytałam.
- Może głupio to zabrzmi, ale przez pewien czas jeszcze wierzyłem naiwnie, że choroba żony jest jedynie tymczasowa, że jakoś zostanie ona wyleczona i wróci do nas. Dzieci bardzo za nią tęskniły. Niestety, minął cały rok i nic się nie stało. A niedługo potem pojawiła się Rita.
- Jak pan ją poznał? - zapytał Ash.
- Potrzebowałem opieki do dzieci - odpowiedział Remberto - Moje pociechy, Elizabeth i Stanley byli jeszcze wtedy bardzo młodzi. Zwłaszcza Stanley. Bardzo potrzebował opieki i pomocy w poradzeniu sobie z tym, co spotkało jego matkę. Lizzy bardzo mi w tym pomagała, ale przecież sama jest dzieckiem, nie może w tej sprawie robić to, co powinni robić dorośli. Trochę pomagała mi moja siostra, ale to nie jest to samo, co opiekunka przebywająca codziennie w domu. A kogoś takiego mi było potrzeba. Dałem więc ogłoszenie do gazety i to właśnie wtedy zgłosiła się do mnie Rita. Odpowiedziała na ogłoszenie, bo szukała właśnie pracy. Miała przy sobie bardzo dobre referencje od poprzedniego pracodawcy. Uznałem, że idealnie pasuje i przyjąłem ją.
Ash uśmiechnął się delikatnie, tak jakby z ironią i powiedział:
- Proszę wybaczyć to pytanie, ale... Czy oprócz tego, że pani Rita okazała się być kompetentna, coś innego też wpłynęło na pana decyzję?
Gerda lekko skarciła Asha wzrokiem, jakby chciała powiedzieć w ten sposób, że to do rzeczy nie należy. Jednak mój ukochany wychodził z innego założenia, a ja przyznać muszę, iż byłam tego samego zdania. Remberto natomiast spojrzał na nas uważnie i odpowiedział:
- Nie będę państwa okłamywał i powiem wprost: jej uroda niewątpliwie miała w tej sprawie ogromne znaczenie.
- A więc jednak - uśmiechnął się zadowolony Ash, jakby właśnie takiej, a nie innej odpowiedzi oczekiwał - Proszę powiedzieć, jak przebiegała praca pani Rity w pana domu?
- Początkowo wszystko było w porządku. Dzieci bardzo ją polubiły, a chyba szczególnie polubiła ją Lizzy. Wydaje mi się, że potrzebowała kobiecej obecności, bo wiecie, ona dorasta i ma swoje sprawy, takie kobiece, a ja się do tego w ogóle nie nadawałem. Dlatego obecność Rity była dla mnie jak wybawienie.
- Kiedy pomiędzy panem, a panią Ritą pojawiło się coś więcej niż praca?
- Mnie ona od początku się podobała. Od roku nie było przy mnie żony, a ja nie jestem z drewna. Potrzebowałem bliskości. Poza tym, Rita była ciepła i bardzo serdeczna.
- I oczywiście piękna - dodałam żartobliwie.
- Owszem, bardzo piękna - potwierdził Remberto - Od początku mi się ona podobała, ale nie od razu umiałem jej dać o tym znać. Dlatego minęło tak z kilka miesięcy, zanim oboje zbliżyliśmy się do siebie.
- Pani Rita zatem nie miała nic przeciwko romansowi?
- Ależ nie. Nie miała nic przeciwko. Ja też jej się podobałem. Oboje byliśmy samotni i dodatkowo w podobnej sytuacji.
- W podobnej sytuacji? Co ma pan na myśli?
- Chodzi o to, że ona też nie jest tak do końca wolna.
- Aha, rozumiem. Ma męża, tak?
- Tak, choć nie żyją ze sobą od lat. Jej mąż odszedł od niej i włóczy się teraz nie wiadomo, gdzie. A ona nie może się tak normalnie rozwieść, dlatego wciąż jest mężatką. Dlatego powiedziałem, że jesteśmy w podobnej sytuacji. To nas do siebie zbliżyło. Nie pamiętam dokładnie, kiedy to ostatecznie się stało, ale ona i ja...
- Zostaliście kochankami?
- Tak, zgadza się.
Uśmiechnęłam się delikatnie, a Buneary zapiszczała słodko, jakby chciała mi powiedzieć, że uważa tę opowieść za romantyczną. Co do mnie, trudno mi było w tej sprawie przyznać, iż mam tu do czynienia z opowieścią romantyczną, czy też może jednak nie. Wolałam jednak nie oceniać, tylko skupić się na faktach.
- Czy pana dzieci szybko się domyślili, co was łączy? - zapytał Ash.
- Tak, dosyć szybko - odpowiedział Remberto - To bardzo bystre dzieciaki. A zresztą ja i Rita nie specjalnie się z tym kryliśmy.
- Rozumiem. Jak zareagowały, kiedy się dowiedziały o waszym romansie?
- Były one zmieszane i na początku nie wiedziały chyba, co o tym wszystkim mają myśleć. Ale chyba ostatecznie zaakceptowały to. Ostatecznie polubiły bardzo Ritę i nie miały do niej nic. Matki z kolei się bały, widziały niejeden raz jej napady szału i zdecydowanie nie mają powodów do tego, aby za nią tęsknić. A Rita była dla nich jak matka.
- Była? To znaczy, że teraz już nie jest?
Remberto zmieszał się lekko pod wpływem tego pytania, które mu zadał mój mąż. Jednak Ash nie zamierzał mu odpuszczać i patrzył na niego poważnym i nad wyraz nieustępliwym wzrokiem, który sprawiał, że mężczyzna musiał przestać się kryć z tym, co się stało i musiał powiedzieć, jak się sprawy miały naprawdę.
- No cóż... Początkowo sytuacja w domu była bardzo pozytywna. Moje dzieci nie miały nic przeciwko naszemu romansowi. Zasadniczo, czuliśmy się jak jedna wielka i szczęśliwa rodzina. Wszystko się zmieniło w chwili, kiedy Rita zaszła w ciążę i urodziła mi córeczkę Jane. Wtedy zaczęły się problemy.
- Niech zgadnę. Dzieci były zazdrosne o nową siostrzyczkę? - zapytałam.
Chociaż bardziej adekwatnie byłoby powiedzieć, że raczej to stwierdziłam niż o to spytałam.
- Owszem, dokładnie tak właśnie było - potwierdził Remberto - Zwłaszcza to wszystko bardzo mocno przeżywała Lizzy. Wiecie, jak dotąd była moim oczkiem w głowie, jedyną córeczką tatusia, a teraz? Musiała ten tytuł dzielić z kimś innym. I uprzedzając kolejne pytanie, które pewnie chce pani mi właśnie zadać, ja sam nie doszedłem do takich wniosków. Niestety, aż tak bystry nie jestem. To moja siostra mi to uświadomiła.
Rzeczywiście, chciałam zadać mu to pytanie. Nie wiem, jak ten człowiek się tego domyślił. Możliwe, że zdradziło mnie ironiczne spojrzenie, kiedy tak bardzo precyzyjnie i fachowo wyraził problem swojej nastoletniej córki. Ponieważ jednak sam odgadł, co chciałam powiedzieć, to postanowiłam nie zadawać tego pytania, a zamiast tego spytałam:
- Czyli rozumiem, że ma pan siostrę?
- Tak, młodszą o dwa lata. Jesteśmy sobie bliscy. Siostra pomaga mi teraz z dziećmi, bo w obecnej sytuacji jestem chwilowo zdany na siebie.
Pomyśleliśmy przez chwilę, po czym Ash zadał kolejne pytanie:
- Jak Lizzy reagowała na młodszą siostrzyczkę?
- Stała się wobec mnie niezwykle opryskliwa i nieprzyjemna. Do tego zaczęła mi robić na złość. Wracała późno do domu, dodatkowo raz wróciła niemal pijana. No, nie wiem tak do końca, czy była pijana, ale alkoholem od niej leciało i to jak. To była bardzo trudna sytuacja. Paula, to znaczy moja siostra i Rita próbowały mi jakoś pomóc w jej wychowaniu, ale to nie było takie proste. Mimo wszystko nam się udało, a przynajmniej na jakiś czas.
- Rozumiem. A czy pana córka w tej sytuacji nie postanowiła ruszyć w swoją podróż trenerki Pokemonów?
Remberto zdziwiony spojrzał na nas, jakbyśmy zapytali go o to, czy Ziemia jest okrągła, czy też płaska. Gerda musiała pospieszyć z wyjaśnieniami.
- W tym mieście i w kilku sąsiednich, w tym Alto Mare, dzieci bardzo rzadko ruszają w podróż trenerów - powiedziała - Tutaj raczej bardziej się ceni więź ze swoją rodziną i bliskimi.
- Aha, rozumiem. Przepraszam, nie wiedziałem - powiedział Ash, lekko przy tym zawstydzony.


Sama również czułam się zawstydzona z powodu swojej ignorancji. Jakby nie patrzeć, byliśmy w Alto Mare kilka razy i nigdy jakoś nie zapytaliśmy o takie dość ważne szczegóły, aby się dowiedzieć, dlaczego nasza przyjaciółka Bianka, zamiast podróżować po świecie, nadal mieszka z dziadkiem. Nie wiem, ale jakoś nigdy to pytanie nie przyszło nam do głowy. Po prostu przyjmowaliśmy ten fakt jako jej i tylko jej wyłączną decyzję. Nie pomyśleliśmy, że sprawa może być bardziej w tej sytuacji złożona.
- No dobrze, wobec tego inne pytanie - rzekł po chwili Ash - Co było potem z Lizzy? Bo zakładam, że były z nią nadal problemy.
- Delikatnie mówiąc - odpowiedział na to Remberto z goryczą w głosie - Ona stawała się po prostu coraz trudniejsza. Na początku wydawało się, że ustawienie jej do pionu przeze mnie, siostrę i Ritę odniosło skutek. Ale potem wyszło na jaw, że ten skutek był odwrotny od zamierzonego. Lizzy uznała, że skoro nagle stałem się bardziej wobec niej wymagający, to jest to wszystko wina Rity. Odnosiła się do niej coraz gorzej, była wobec niej chamska i opryskliwa, a niestety, moja ukochana nie pozostawała jej dłużna. To znaczy, Rita początkowo próbowała nad sobą jakoś panować i nie dawać jej satysfakcji, ale niestety, z każdym dniem sytuacja była już coraz gorsza. Tłumaczyłem to sobie burzą hormonów, która po prostu przejdzie i znowu wszystko będzie dobrze. Dlatego poradziłem Ricie, aby przestała zwracać uwagę na zachowanie Lizzy. Co ciekawe, uspokoiło to moją córkę. Widząc, że nikt nie reaguje na jej zaczepki, dała nam spokój. Stopniowo jakby się uspokoiła i już zacząłem mieć nadzieję na to, że wszystko będzie dobrze.
- Ale jak zgaduję, nie było, prawda? - zapytał Ash.
Remberto skinął głową potakująco i odparł:
- Niestety, to wszystko było jedynie ciszą przed burzą. Kiedy tylko wydawało mi się, że już jest lepiej i wszystko zmierza ku dobremu, nagle pojawiły się u nas kolejne problemy i to oczywiście z Lizzy. Zaczęła się nagle spotykać z pewnym chłopakiem, który nie wzbudził jednak ani we mnie, ani w nikim z moich bliskich, żadnych pozytywnych uczuć.
- Czy wolno wiedzieć, dlaczego? - zapytałam.
Spodziewałam się usłyszeć raczej banalną odpowiedź i się nie zawiodłam.
- Oczywiście, że wolno wiedzieć. Ten chłopak był po prostu beznadziejny. W ogóle pozbawiony ogłady i dobrego wychowania. Nie mówiąc już o braku gustu, jeśli chodzi o jego ubiór. Mówię wam, wygląda beznadziejnie. Nosi jakieś dżinsy z łańcuchami przy kieszeniach, dredy, kolczyk w nosie i takie tam. Mówię wam, po prostu ohyda.
- Rozumiem, ale widzi pan, gusta bywają różne.
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale jakoś pani umiała sobie wybrać porządnego męża, który i umie się zachować i porządnie ubrać.
Spojrzałam z uśmiechem na Asha i delikatnie dotknęłam jego ręki, a on czule i ciepło spojrzał na mnie, a ja poczułam w sercu, że lepszego wyboru w kwestiach matrymonialnych nie mogłam podjąć.
- Tak, to wszystko prawda - odpowiedziałam wesoło - Ale widzi pan, gusta są najróżniejsze. Mnie akurat podoba się mój mąż i jego styl. A komuś innemu się może podobać ten chłopak, o którym pan mówi. Poza tym, odniosłam wrażenie, że te mankamenty, o których pan mówi, nie przeszkadzają pana córce.
- Jej może i nie przeszkadzają, ale mnie tak i to bardzo - odpowiedział na to ze złością w głosie Remberto - A dla każdej kochającej córki zdanie jej ojca się zawsze powinno liczyć. Poza tym, jestem starszy i bardziej doświadczony, a więc wiem lepiej, co jest dobre dla mojego dziecka, a co nie.
- Lepiej pan wie, co jest dla niej dobre niż ona sama?
- Przecież ona ma dopiero siedemnaście lat. Co w tym wieku można wiedzieć o życiu i o miłości?
- No, nie wiem. Ja pokochałam mojego obecnego męża, gdy jeszcze byliśmy oboje dziećmi i z czasem to uczucie wzrosło i przemieniło się w piękny związek. A obecnie mamy oboje dziewiętnaście lat i jesteśmy szczęśliwym małżeństwem.
- Najwidoczniej była pani dojrzalsza od mojej córki. Poza tym, przynajmniej pani wybranek umie się zachować w towarzystwie i porządnie ubrać. I oczywiście, nie siedział w więzieniu, jak zakładam.
Ja i Ash, a także towarzyszący nam Pikachu i Buneary, od razu zwróciliśmy uwagę na jego słowa. O ile wcześniejsza jego wypowiedź i krytyka pod adresem chłopaka Lizzy wydawała nam się co najmniej śmieszna, teraz usłyszeliśmy z jego ust coś o wiele poważniejszego, czego wyśmiać ani zlekceważyć nie było można.
- To ciekawe - powiedział Ash, lekko masując sobie podbródek - A za co ten młody obywatel siedział?
- No i jak długo? - dodałam.
- Siedział dwa lata za bójkę w barze, podczas której dźgnął nożem swojego kolegę, z którym się o coś pobił. Tamten przeżył, dlatego Peppino dostał tylko dwa lata i wyszedł.
- Peppino? - zapytałam.
- Tak on ma na imię. Peppino Luchini.
- Rozumiem. Domyślam się, że to z tego powodu nie patrzył pan przychylnie na relacje jego i swojej córki.
Remberto lekko się obruszył i spojrzał na mnie gniewnym wzrokiem.
- A pani ojciec byłby zachwycony, gdyby zadawała się pani z kryminalistą?
Nie spodobał mi się jego atak na moją osobę, poza tym temat, który poruszył był dla mnie nadal drażliwy, dlatego odpowiedziałam:
- Nie mam pojęcia, z czego byłby, a z czego nie byłby zadowolony mój ojciec i co by na taki związek powiedział, bo mój ojciec nie żyje. Zginął w wypadku, do którego doszło w czasie wyścigów Rhyhornów, kiedy miałam pięć lat.
Remberto zmieszał się lekko, opuścił głowę w dół i powiedział skruszony:
- Bardzo przepraszam. Nie chciałem pani atakować.
- Nie gniewam się, ale może łaskawie przejdziemy do śledztwa, zamiast się zajmować rozważaniami na temat, co by było, gdyby mój ojciec żył, dobrze?
- Sereno, daj spokój - powiedziała do mnie po cichu Gerda.
- Nie, pani ma rację - odparł Remberto i zasłonił sobie oczy dłońmi - Bardzo panią przepraszam. Ma pani rację. Ani moje nastawienie do tego chłopaka, ani też rozważania na pani temat nie mają tu żadnego znaczenia.
Ash delikatnie dotknął mojej dłoni na znak, żebym się już uspokoiła, a poza tym chciał mi dać w ten sposób znak, że jest po mojej stronie i mnie wspiera. Ten jeden gest znaczył dla mnie bardzo wiele, dlatego uśmiechnęłam się do niego, a on to odwzajemnił. Dzięki tym prostym gestom poczułam się lepiej i mogliśmy teraz swobodnie kontynuować przesłuchanie.
- Proszę powiedzieć, jak pani Rita zapatrywała się na związek pana córki z tym całym Peppinem? - zapytał po chwili Ash.
- Podzielała w tej sprawie moje zdanie - odpowiedział Remberto - Uważała, że najlepiej będzie dla Lizzy, jeżeli zerwie z tym chłopakiem. Ale Lizzy nie chciała o tym słyszeć. Zaczęła się z nim potajemnie spotykać. Którejś nocy Rita zobaczyła ją, jak wraca przez okno do swojego pokoju po potajemnej schadzce z tym swoim ukochanym od siedmiu boleści. Pamiętam, że zrobiłem Lizzy piekielną awanturę z tego powodu, a nawet ją uderzyłem. Ona była wściekła. Patrzyła na mnie groźnie i krzyknęła, że nienawidzi mnie i tej mojej konkubiny i że to wszystko przez nią, że gdyby jej tu nie było, ona by mogła robić, co jej się żywnie podoba. Rita jak dotąd długo była spokojna, ale teraz nie wytrzymała i próbowała coś powiedzieć mojej córce, ale ta nie pozwoliła na to, bo zaczęła na nią krzyczeć, Rita nie pozostała jej dłużna i skończyło się na tym, że obie życzyły sobie nawzajem śmierci.
- Jak to? - spytałam zdumiona.
- Lizzy wrzasnęła do Rity, że życzy sobie, aby ta zdechła. Dosłownie tak jej właśnie powiedziała. A Rita odpowiedziała jej, że życzy jej tego samego. A potem Lizzy miała pretensje do mnie, iż pozwalam na to, aby moja kochanka tak do niej  mówiła. Kazała mi wybierać: albo ona, albo Rita. Nie zamierzałem jednak ulegać tej smarkuli i kazałem jej się uspokoić. No i uspokoiła się. W końcu. Tylko potem, następnego dnia wzięła małą Jane na ręce i zaczęła się z nią bawić w taki sposób, że Jane się uderzyła o stół, a Lizzy zachowywała się tak, jakby ją to bawiło. Kiedy Rita zrobiła jej o to awanturę, to niestety Lizzy zaczęła z niej kpić. Rita wtedy o mało jej nie rozerwała na strzępy. Ja sam z trudem się od tego powstrzymałem. To było po prostu straszne. Rita powiedziała mi, że muszę coś wreszcie zrobić z tą moją córeczką, bo inaczej ona wykończy i ją i Jane. Zagroziła, że odejdzie, jeżeli nie utemperuję Lizzy, bo nie pozwoli na to, aby jej dziecko było narażone na jakieś niebezpieczeństwo w tym domu. Powiedziałem jej, że Lizzy przejdzie i sama ją za to wszystko przeprosi, ale Rita nie chciała mnie słuchać. Powiedziała, że skoro tak się sprawy mają, to ona sama utemperuję tę gówniarę. No i tej nocy właśnie doszło do tragedii w naszym domu.
Po tej opowieści, cała sprawa nabrała o wiele większego sensu. Teraz ja i Ash o wiele lepiej zrozumieliśmy zarzuty policji względem Rity Gordonowej. A zatem powiedziała na kilka godzin przed dokonaniem zbrodni, że ona utemperuje swoją pasierbicę, to znaczy córkę swego partnera, bo przecież ślubu jeszcze nie mają. Ale tak czy inaczej, wypowiedziała te słowa i co? I tej samej nocy dziewczynę ktoś w jej własnym pokoju zaatakował i próbował zabić, w wyniku czego Lizzy jest teraz w śpiączce w szpitalu. Tak, teraz wszystko nabierało sensu. Oczywiście, wcale to nie oznaczało, że pani Rita jest winna. Ale dla kochanej policji jak najbardziej już wszystko było jasne i prawdę mówiąc, choć nie powiedziałam tego na głos, dobrze wiedziałam, dlaczego tak jest. Dobrze ich w tej sprawie rozumiałam. Rita miała w tej sprawie faktycznie największy motyw, aby pozbyć się Lizzy. Dotychczas jej zachowanie, chociaż skandaliczne, nie zagrażało życiu małej Jane. Teraz jednak ta sytuacja się zaogniła, a sama Lizzy naraziła na szwank zdrowie przyrodniej siostry. W takiej sytuacji każda matka mogłaby się wściec, a raczej prawie na pewno by to zrobiła i mogły w takiej sytuacji paść nieprzyjemne słowa. Ale wypowiedzieć złe i nieprzyjemne słowa to jedno. Zrealizować je, to drugie. Czy Rita była zdolna do jednego i drugiego? Tego nie wiedzieliśmy i nie chcieliśmy pochopnie wyciągać w tej sprawie wniosków. Poza tym, praca detektywa między innymi na tym polega, aby wierzyć klientowi, że jest niewinny lub że niewinna jest osoba, którą on uważa za niewinną. Trzeba wierzyć klientowi, a przynajmniej do czasu, aż nie udowodni mu się wprost kłamstwa. A tego, póki co, nie zrobiliśmy. Musieliśmy zatem w tej sprawie uwierzyć panu Remberto, nawet jeżeli to wszystko, co nam przed chwilą mówił, jasno przemawiało przeciwko jego partnerce.
- No dobrze, a co było dalej? - zapytał po chwili Ash - Może pan opowiedzieć nam, jak przebiegała ta feralna noc?


Remberto skinął potakująco głową i zaczął mówić:
- Po kolacji obejrzeliśmy razem jakiś film, a potem poszliśmy spać. Rita była na mnie wciąż zła i dlatego poszła spać do swojego dawnego pokoju, choć odkąd już jawnie zostaliśmy parą, sypialiśmy razem. Według policji, to jawny dowód na to, że planowała zamordować Lizzy. Bo gdyby spała ze mną, o wiele trudniej by się jej było wymknąć niepostrzeżenie z łóżka, w którym oboje śpimy. Oczywiście, dla mnie to żaden dowód. Rita po prostu była na mnie zła, że nie umiem ukrócić chamskiego zachowania mojej córki i dlatego poszła spać oddzielnie. Ja zaś wtedy naprawdę nie wiedziałem już, co mam robić, dlatego poszedłem spać sam. W nocy, tak około drugiej, może nieco po niej, obudził mnie krzyk Stanleya, mojego syna.
- Ano właśnie, pana syn - przerwał mu Ash - Nic pan nam o nim nie mówił poza tym, że istnieje.
Remberto wzruszył ramionami, jakby na znak, że to jego zdaniem nie ma nic do rzeczy i odparł:
- Nie było o czym opowiadać. Stanley łatwo zaakceptował Ritę. Więcej, on ją bardzo polubił. Nigdy nie sprawiał mi problemów. Był zawsze grzecznym i bardzo ułożonym chłopcem. No, może trochę wyobcowanym.
- Wyobcowanym? W jakim sensie? - zapytałam.
- Kiedy jego rówieśnicy chodzili na zabawy, na deskorolkę i na inne rzeczy, jakie zwykle zajmują chłopców w jego wieku, on zwykle siedział w domu z nosem w książkach lub komputerze. Ma najlepsze wyniki w nauce i zawsze bardzo dobrze sobie radzi ze wszystkimi obowiązkami szkolnymi. Tylko w relacjach z innymi, a konkretniej z rówieśnikami już mu nieco gorzej idzie.
- Rozumiem. Pana zdaniem, to coś złego, że jest wzorowym uczniem?
- Nie, przeciwnie. Przynajmniej nie mam z nim problemów, tak jak z Lizzy. Ale to nieco dziwne, jak dla mnie. Ja w jego wieku nie paliłem się do nauki, bo tylko zabawa i dziewczyny mi były w głowie. A on nie. Zupełnie jest inny niż ja. Z jednej strony to mnie bardzo cieszy, ale z drugiej nieco niepokoi. Bo czy takie coś jest zupełnie normalne?
Lekko się obruszyłam. Czy takie coś jest normalne? A co to za pytanie? Ja w wieku Stanleya była taka sama, też tylko mi były książki i nauka w głowie, nigdy nie szukałam w szkole przyjaciółeczek, ani młodzieżowych rozrywek. Oczywiście, moja mama też uważała, że jestem z tego powodu lekko wyobcowana. No pewnie. Wyobcowana. Dziwni są ci rodzice. Jak im dziecko po nocy do domu wraca, bo mu dyskoteki i melanż w głowie, to jest źle. Ale jak dziecko jest posłuszne, jest w książkach zakochane i nie szuka sobie znajomych wśród tzw. popularnych dzieci ze szkoły i osiedla, to też źle, bo wtedy jest ono odludkiem i odmieńcem. Po prostu żal ściska serce. I kto tam za nimi trafi?
- Mniejsza o to - odpowiedziałam, nie chcąc wszczynać kłótni - Po prostu z Ashem chcieliśmy coś wiedzieć o pana synu. Ale proszę mówić dalej.
- Stanley zaczął krzyczeć przerażony. Zrozumiałem, że coś się stało, dlatego szybko wyskoczyłem z łóżka, założyłem kapcie, zapaliłem świeczkę i niechcący przy tym strąciłem szklankę na podłogę, po czym pobiegłem do mojego syna. Ten stał na korytarzu i zaczął krzyczeć, że Lizzy ktoś zaatakował. Natychmiast szybko pobiegliśmy do jej pokoju. Po drodze minąłem pokój Rity, która zarzucała właśnie szlafrok na siebie i dołączyła do nas. Zobaczyliśmy potem coś strasznego. Lizzy leżała w swoim łóżku z wielką raną na głowie. Byliśmy przerażeni. Ja i Stanley szybko zaczęliśmy ją reanimować, a Rita pobiegła po wodę do basenu, który jest na zewnątrz, przed naszym domem.
- Do basenu? - zdziwiłam się - Dziwne. Dlaczego nie wzięła wody z kranu?
- Bo hydrofor się popsuł i nie mieliśmy wody w kranach. Wezwałem w tym celu hydraulika, ale miał on przyjść dopiero następnego dnia, dlatego musieliśmy sobie w tamtym czasie radzić, jak tylko mogliśmy najlepiej. Chociażby za pomocą basenu i wody w nim.
- Rozumiem - powiedział Ash - Co było dalej?
- Rita przyniosła wodę, a potem na moją prośbę, poleciała po doktora Tzalę, który mieszka po sąsiedzku - odpowiedział Remberto - Ja z pomocą wody myłem mojej córce policzki i skronie. Woda w basenie była czysta, ponieważ basen na noc zawsze okrywamy płachtą, przez co nie wpadają do niego liście ani nic takiego. Tak więc, ja myłem córce twarz, chcąc ją ocucić, Rita pobiegła po doktora, a mój syn zadzwonił na policję. Pierwszy przyszedł Tzala z Ritą. Doktor zbadał Lizzy i odkrył, ku mojej ogromnej uldze, że ona żyje, ale jest nieprzytomna. Jakoś tak w międzyczasie, przyjechała tu karetka pogotowia i policja wraz z inspektor Jenny i komisarzem Petri. Zbadali sprawę przez kilka godzin, przesłuchali nas wszystkich i dokonali bardzo ciekawych odkryć.
- Jakich konkretnie?
- Odkryli, że nasz pies, to znaczy nasz Arcanine Lux jest ranny w głowę. Ktoś go czymś uderzył i została mu ranka. Policja uznała, że morderca z obawy, że nasz drogi Lux go zdemaskuje, uderzył Pokemona, ten zaskowyczał i to właśnie miało obudzić mojego syna. No właśnie, bo zapomniałem powiedzieć. Stanley, kiedy był w swoim spokoju, słuchał przed snem radia przez słuchawki. Potem zasnął i nagle wyrwał go ze snu skowyt Luxa.
- Chwileczkę! - zawołał nagle Ash - Pan powiedział, że Stanley miał wtedy na uszach słuchawki i słuchał radia. Jak mógł zatem usłyszeć skowyt psa, skoro w tej samej chwili do jego uszu docierała muzyka z radia?
- Wtedy już ona nie leciała. Audycja skończyła się o północy, a mój syn po prostu zasnął zmęczony ze słuchawkami na uszach. Miał je co prawda na uszach, ale wszystko wokół siebie słyszał, bo muzyka w radiu już nie leciała.
- Aha, rozumiem. Proszę kontynuować.
- A więc policja odkryła ranę na głowie Luxa, potem odkryli jeszcze, że na pogrzebaczu, który stał przy kominku, znajdują się ślady krwi. To widocznie tym narzędziem zaatakowano Lizzy. Ale ślady były widoczne na tępym końcu, nie zaś na ostrym, co oznacza, że sprawca tą częścią uderzył moją córkę. Dlatego tylko ten cios przeżyła. Nie chcę sobie wyobrażać, co by było, gdyby użył ostrego końca.
- Rozumiem. A proszę powiedzieć, dlaczego policja uznała, że to pani Rita jest sprawcą tej tragedii?
- Ponieważ uznali, że tylko ona musiała to zrobić. Ich zdaniem, tylko ona była do tego zdolna i tylko ona miała motyw. Ponadto jeszcze, Stanley usłyszał skowyt psa i gdy to się stało, wyszedł do salonu, aby zobaczyć, co się stało. Pies jednak na jego widok uciekł. Stanley zaś zauważył w pokoju jakiś kształt. Ktoś się ukrył za kredensem i jego cień padał na ścianę. Potem właśnie pobiegł niespokojny do swej siostry i zobaczył ją ranną. Policji powiedział potem, że to była sylwetka wysokiej kobiety. Mojej siostry wtedy nie było z nami w domu, ona nocowała u siebie, a jak zbadali policjanci, do domu nikt się nie włamał. Uznano więc, że to musiała być Rita, jedyna dorosła kobieta w tym domu. I oczywiście ją aresztowano. Ale ja nie wierzę, żeby to mogła być ona. Nie wierzę w to i już. Dlatego też poprosiłem panią Sanderson, aby ją broniła przed sądem. Na razie, sprawa została odroczona, ale to tylko chwilowe. Wiem, że niedługo znowu stanie przed sądem. Wolę nie myśleć, na co ją skażą, kiedy znowu będą ją sądzić.
Po tych słowach, mężczyzna spojrzał na nas uważnie i powiedział niemalże błagalnym tonem:
- Proszę was, ratujcie ją! Ona jest niewinna! Nie wiem, kto zaatakował Lizzy i dlaczego, ale to na pewno nie była ona. Proszę, zróbcie wszystko, co tylko jest w waszej mocy, aby ją uratować. Pieniądze nie grają roli. Możecie państwo nawet nimi palić w piecu, jeżeli to może wyświetlić prawdę.
Chociaż pan Remberto budził w nas chwilami dosyć mieszane uczucia, a jego niektóre uwagi zdecydowanie nam dokuczyły, to w tamtej chwili nie miało to już dla nas żadnego znaczenia. To był nasz klient i musieliśmy mu pomóc. Poza tym, widok błagającego go o pomoc dla Rity był naprawdę poruszający. Wiedzieliśmy, że on musi ją naprawdę kochać. Wzruszyło to nas i jeszcze bardziej zachęciło do pomocy.
- Spokojnie, panie Remberto - powiedział Ash życzliwym tonem - Ja i Serena stawki mamy zawsze takie same i zawsze bierzemy zapłatę dopiero po wszystkim. Także na razie, nie przewidujemy żadnych kosztów i nie musi nam pan płacić od razu. Póki co, jedynie potrzebujemy akt tej sprawy, wyników śledztwa i zeznań od wszystkich świadków w tej sprawie.
- Oczywiście, naturalnie. Pani Sanderson ma akta, użyczy je wam. To znaczy, użyczy je państwu.
- Och, nie musi nas pan tytułować panem i panią - powiedziałam życzliwie i zarazem lekko rozbawiona - Wystarczy mówić nam po imieniu.
- I wystarczy, że da nam pan wolną rękę do działania - dodał Ash.
Pan Remberto powiedział, iż jak najbardziej daje nam całkowicie wolną rękę, a do tego jeszcze raz przypomniał, że Gerda Sanderson posiada akta tej sprawy, a sama Gerda skinęła lekko głową, jakby chciała nam powiedzieć „To prawda”.
- A co do zeznań, to będziecie musieli przesłuchać osobiście świadków w tej sprawie - mówił dalej Remberto - Nie wiem tylko, czy wszyscy będą chcieli wam mówić o tej sprawie. Muszę też was uprzedzić, że komisarz Petri nie bardzo jest w tej sprawie obiektywny.
- Dlaczego? - zapytałam.
- Po prostu z góry założył sobie, że moja ukochana jest winna i potem tylko się tej wersji trzymał podczas śledztwa. A dodatkowo prokurator jest tego samego zdania. Nie wiem, dlaczego obaj się uwzięli na biedną Ritę, ale nie chcą nawet o tym słyszeć, aby wznowić śledztwo. Dla nich wszystko jest jasne.
- W przypadku prokuratora, to wiem, dlaczego tak jest - powiedziała Gerda - To zatwardziały konserwatysta i ksenofob. Tutejsza społeczność to głównie Włosi i ludzie mieszkający tu od lat. Wszyscy nowi emigranci, którzy się tutaj osiedlają, nie są w jego oczach godni tego, aby to robić. Ponadto uważa, że wszystko, co złe na tym świecie pochodzi właśnie od obcokrajowców. No i nie zapominajmy o jego fanatyzmie religijnym. Dla jego katolickiego wychowania fakt, że ktokolwiek chce się rozwieść albo żyje w nieformalnym związku jest największym grzechem, a on jest biczem Bożym, który musi smagać takich grzeszników. Dziwne, że nie został z takimi poglądami duchownym, bo moim zdaniem minął się z powołaniem.
- A więc to takie buty - powiedział Ash - Rozumiem więc, że nie będzie łatwo się z nim dogadać.
- Z nim i z komisarzem - odparła Gerda - Sama nie wiem, który z nich jest w tym przypadku gorszy.
Chwilę potem, do domu pana Remberto weszły trzy osoby. Była to kobieta i dwójka dzieci. Kobieta była wysoka, szczupła i bardzo sympatyczna, szatynka w wieku tak około czterdziestu lat, ubrana w czerwoną sukienkę, posiadającą ładny i kształtny nos oraz z niebieskie oczy. Dzieci jej towarzyszące to byli chłopiec tak około czternastoletni oraz dziewczynka mająca może cztery latka. Chłopak był z wyglądu niezwykle podobny do swojego ojca, w zasadzie przypominał jego kopię, tylko młodszą. Ubrany był w niebieskie dżinsy, białą koszulkę i białe adidasy, a na nosie miał okulary. Dziewczynka z kolei była śliczną brunetką, jej włosy posiadały wręcz mocno czarny kolor. Ubrana była w niebieską sukienkę i białe buciki. Na widok Remberto, podbiegła do niego radośnie i wpadła w jego ramiona.
- Tatuś! - zawołała słodkim głosem.
Mężczyzna podniósł ją na ręce i mocno przytulił ją do serca, pogłaskał czule jej włoski i ucałował delikatnie jej policzek. Następnie uśmiechnął się do kobiety i do chłopca, a gdy ten podszedł do niego, objął go czule drugą ręką i powiedział:
- Przyjaciele, poznajcie moje dzieci. To są Stanley i Jane. A to moja siostra, Julia Remberto. Julio, dzieciaki... To są Ash oraz Serena Ketchumowie, prywatni detektywi. Poprosiłem ich o pomoc w rozwiązaniu sprawy Rity.
- A więc to są ci detektywi, o których mówiła pani, pani Sanderson? - spytała Julia i uśmiechnęła się do nas przyjaźnie - Nie obraźcie się, ale kiedy pani mecenas o was mówiła, to myślałam, że jesteście nieco starsi.
- Nie ty jedyna - stwierdził dowcipnie Remberto - To nie świadczy o mnie za dobrze, ale ja również tak myślałem.
- Och, Henry. Mniejsza już o ich wiek, jeżeli są najlepsi z najlepszych, jak to mówiła o pani Sanderson, to mniejsza już o ich wiek, choć mnie on zdziwił. Ale no cóż... Skoro są naszą jedyną nadzieją, to zostaje nam tylko w nich wierzyć. To ich tylko zmotywuje do działania.
Remberto skinął delikatnie głową na znak, że się zgadza z siostrą. Stanley zaś z uwagą przyglądał się nam, a jego twarz wyrażała niemały szok.
- Ash Ketchum? Ten Ash Ketchum? - zapytał po chwili.
- Jest tylko jeden Ash Ketchum - odpowiedział mu dowcipnie Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu.
- A skąd znasz Asha? - zapytałam.
- Jak to? Przecież jest Mistrzem Pokemon Ligi Kalos, a do tego jeszcze także prywatnym detektywem - odpowiedział mi Stanley takim tonem, jakby to nie tylko było oczywiste, ale powinno być oczywiste dla wszystkich.
- No proszę, chociaż jedna osoba nas tutaj zna - odpowiedział wesoło Ash - Poza Gerdą, oczywiście. To bardziej nas zmotywuje do odnalezienia sprawcy.
- Na pewno go znajdziecie. Wierzymy w was - powiedział Stanley.
Jego słowa oczywiście, sprawiły nam niemałą przyjemność. I przy okazji też zachęciły nas do działania. Bo skoro wszyscy tutaj, a zwłaszcza ten sympatyczny chłopiec wierzyli w nasze możliwości, musieliśmy zrobić wszystko, co się tylko da, aby ich nie zawieść.
- A przy okazji, to bardzo dobrze, że cię spotykamy, Stanley - powiedział po chwili Ash - Bardzo byśmy chcieli z tobą porozmawiać o tym, co się stało tamtej nocy. To, co nam powiesz, może się okazać niezwykle ważne dla całej sprawy.
Chłopak wyglądał na zaskoczonego naszą propozycją, a Remberto zdumiał i powiedział:
- Nie jestem pewien, czy ma to sens wypytywać o wszystko mojego syna. Już wszystko wam powiedziałem, co się wydarzyło tamtej nocy.
- Na pewno, ale być może Stanley zdoła wnieść coś nowego do tej sprawy - odpowiedział mu Ash.
Stanley natomiast popatrzył najpierw na mojego męża, a potem na mnie, a po chwili dodał:
- Chętnie odpowiem wam na wasze pytania, ale czy możemy zrobić to potem, bo teraz jestem trochę zmęczony? Miałem dziś trochę zajęć w szkole i mam lekcje do odrobienia, także...
- Nie ma sprawy, porozmawiamy więc później - powiedział życzliwie Ash.
- Dziękuję - odpowiedział Stanley, po czym uścisnął serdecznie dłoń mojego męża - Chętnie opowiem wam wszystko, jak mnie zechcecie przesłuchać. Bycie przesłuchiwanym przez takich detektywów, to będzie zaszczyt. Chętnie pomogę w rozwiązaniu tej zagadki, jeżeli tylko zdołam.
- Stanley, chyba masz lekcje do zrobienia, prawda? - zapytała ciotka chłopca.
Ten zmieszał się lekko, wyszczerzył zęby w przepraszającym uśmiechu, a po chwili odpowiedział:
- Tak, ciociu. Masz rację. Przepraszam, tylko gadam i gadam. Nie gniewajcie się na mnie, proszę. Ja to normalnie nie jestem gadułą. Po prostu czasami tak mam, że jak znajdę kogoś, z kim mogę sobie porozmawiać, to...
- W porządku, nic się nie stało - odparł na to mój ukochany życzliwym tonem - Idź spokojnie robić swoje, a my będziemy robić swoje. Przesłuchamy cię potem.
- Z przyjemnością wam wszystko opowiem, co wiem - zadeklarował Stanley - Pomaganie takim sławom to sama przyjemność.



C.D.N.

wtorek, 28 lutego 2023

Przygoda 126 cz. I

Przygoda CXXVI

Zła macocha cz. I


- Zamykam przewód sądowy i udzielam głosu panu prokuratorowi.
Sędzia, który wypowiedział te słowa, był niskim i grubym człowiekiem, dość wiekowym i siwym, o niezwykle doniosłym i ponurym głosie. Nie słynął z tego, że był kiedykolwiek do oskarżonego miły czy też wyrozumiały. Tym bardziej więc nie oczekiwano tego od niego, iż okaże te uczucia wobec kobiety siedzącej obecnie na ławie oskarżonych. Dlatego zapewne nikogo nie zdziwiło to, że ich nie okazał. W trakcie tego strasznego, przynajmniej dla niektórych, postępowania, był zimny, chłodny oraz pozbawionych jakichkolwiek pozytywnych emocji.
Gdy tylko sędzia zamknął przewód, ze swego miejsca powstał prokurator. Był to mężczyzna wysoki, surowej twarzy, czarnowłosy, gładko ogolony, o wąskich ustach, które to, gdy tylko je otwierał, wypuścić musiały na świat wyłącznie słowa potępienia, jak i całkowitego ostracyzmu. Człowiek ten, przerażający jegomość z niezłomnymi zasadami moralnymi, nie znał litości dla nikogo, kto choćby o jotę te zasady złamał. Kierując się w życiu surowymi dogmatami katolickimi, a więc jego zdaniem jedynymi słusznymi, w oczach wszystkich, którzy go znali, wyglądał na religijnego fanatyka. Z tego też powodu każdy, kto w taki czy inny sposób w jego oczach prowadził się niemoralnie, nie zasługiwał na najmniejszą nawet litość. W jego oczach Bóg był najwyższym prawodawcą na świecie. Prawodawcą, w obliczu którego wszyscy inni ziemscy twórcy praw byli wyłącznie maleńkim pyłkiem na wietrze. Człowiek ten nienawidził grzechu i wszystkiego, co za niego uważał. Z tego też powodu oskarżenie Margarity Gordon, młodej rozwódki żyjącej w czymś, co śmiało można nazwać związkiem partnerskim nieformalnym lub po prostu, a przynajmniej jego zdaniem konkubinatem, było nie tylko przyjemnością, ale wręcz obowiązkiem moralnym. W wywiadach, które udzielił dziennikarzom, powiedział:
- Będę oskarżał Margaritę Gordon nie tylko dlatego, że uważam, iż jest winna zarzucanego jej czynu, ale również i dlatego, że uważam, iż swoim zachowaniem w pełni doprowadziła do zaistniałej sytuacji. Swoim zachowaniem niemoralnym i karygodnym. W oczach Boga ta kobieta już jest potępiona, pora zatem, aby potępił ją sąd ludzki. Ta kobieta jest winna nie tylko tego, co jej zarzucam. Ona jest także, a raczej przede wszystkim winna moralnie wszystkiego, co się stało. Nawet gdyby sama nie zrobiła nic, a zapewniam was, że zrobiła, to zasługuje na potępienie za to chociażby, że stworzyła warunki do zaistniałej tragedii. To wszystko może wam się wydawać straszne, ale tak musi niestety być. Miecz sprawiedliwości musi być tak ostry, jak tylko to możliwe i bezwzględnie opaść na szyję winowajczyni. Ja wiem, że oskarżony zostanę po tym, co teraz powiem o ksenofobię, ale uważam, iż nie bez powodu przyczyną tego wszystkiego jest również to, że oskarżona nie jest z naszych stron. To cudzoziemka, Amerykanka ze zgniłego Zachodu, gdzie jak to już chyba wszystkim wiadomo, szerzy się zbrodnia i niemoralność. Ten oto element, tak zepsuty, bo nie może nie być zepsuty, element obcy i ohydny w całym swoim istnieniu, wszedł do naszego społeczeństwa, szanowanego i z zasadami. Wszedł w podstępny sposób i niszczy od środka wszystko, co udało nam się dotąd stworzyć. Jest jak wrzód, który powstał na ciele naszej społeczności, ale zapewniam was, że skalpel sprawiedliwości jest bezwzględny i bez najmniejszych skrupułów ten oto wrzód przetnie, ropa wypłynie, krew się oczyści i znowu zapanuje nie tylko tutaj, w naszym mieście, ale również i w całym regionie Johto należyty porządek.
Mowy pana prokuratora Marca Severa, zawsze były patetyczne, czego chyba najlepszym dowodem były jego wywiady udziale do gazet. Wiedziano, że kiedy tylko zacznie przemawiać, to będzie robić to z patosem. Tym razem nie mogło być inaczej i jego mowa również była pełna przesady i teatralnych gestów.
- Przyjmijcie, panowie sędziowie - zwrócił się do sędziów przysięgłych - Że oskarżona jest winna. Albo przyjmijcie, że jest niewinna. Ale na dwie rzeczy w tej sprawie zgodzić się musicie bezwzględnie. Po pierwsze, że nikt obcy nie wtargnął do willi, a więc czynu tego dokonał ktoś z domowników. Po drugie, że interes w zabiciu biednej Lizzy miała tylko oskarżona. Bo tylko jej ten interes został przez ten oto sąd udowodniony. Nikomu innemu, tylko jej!
Ostatnie słowa wykrzyczał, po czym opanował się, spojrzał wzrokiem pełnym pogardy i nienawiści na oskarżoną i dodał, nieco ciszej, ale wciąż nerwowo:
- Krzyczę do was: „To ona zrobiła!”. Wszystko wokół mnie, drzewa rosnące na terenie willi, cegły tego nieszczęsnego domu, ściany sali sądowej, bruki uliczne i wszystko inne... Wszystko krzyczy: „To ona zrobiła!”. Kiedy pójdziecie, panowie sędziowie, do sali narad, nie będę mógł oprzeć się tej strasznej wizji, że poczołga się za wami duch tej biednej, niewinnej zaatakowanej dziewczynki, która teraz w szpitalu leży w śpiączce i walczy o życie, zapewne bezskutecznie. Ten duch nie da mi spokoju, dopóki sprawiedliwość nie zostanie wymierzona. Biedna mała Lizzy błaga was, panowie sędziowie o sprawiedliwość. Nie odwracajcie od niej wzroku. Patrzcie na nią. Podniesie ku wam szkielet swojej ręki i kością swego palce wskaże tu, na ławę oskarżonych i głosem cichym wyszepcze: „To ona zrobiła”.
Z ławy dla widowni posypały się gromkie brawa pochodzące od kilkunastu zwolenników pana prokuratora i tzw. obrońców moralności. Klaskali tak długo, że nawet sędzia musiał uspokoić ich uderzeniami młotka w swoje biurko. Prokurator zaś sprawiał wrażenie wyraźnie zadowolonego z osiągniętego efektu. W zasadzie, o to mu właśnie chodziło. Był on efekciarzem, który uwielbiał robić wokół siebie dużo szumu, a ponadto megalomanem, uważającym, że wszystko, co robi, służy zawsze jedynie dobru tego świata. Nie tolerował on niczego, co uważał za grzech, choć nie przeszkadzało mu to być megalomanem przekonanym o tym, że zawsze myśli w słuszny sposób, jak i też człowiekiem kochającym poklask tłumu. Dlatego tyle radości dał mu efekt, jaki osiągnął podczas swojej przemowy. Zachwycony w tamtej chwili samym sobą, spojrzał z pogardą na panią mecenas, Gerdę Sanderson, siedzącą tuż przy oskarżonej, a jego wzrok mówił: „Przebij to, paniusiu”.
Kobieta w todze uśmiechnęła się do niego ironicznie. Jeżeli on liczył na to, że ten jego patos zdoła ją przytłoczyć i pokonać, to się grubo mylił. Pani Sanderson nigdy nie należała do osób,  które łatwo się poddają. Tym razem też nie zamierzała tego robić. Gdy sąd udzielił jej głosu, wstała ze swego miejsca i przeszła do swojej mowy obrończej.
- Wysoki sądzie, panowie przysięgli... Stoi oto przede mną przeciwnik stokroć ode mnie mocniejszy, któremu nie jestem w stanie podołać. Całkowicie ślepa na światło prawdy, głucha na krzyk duszy ludzkiej oraz nieprzystępna dla rzeczowych argumentów, zła i zimna opinia publiczna, a raczej głos ulicy.
Następnie skierowała rękę na widownię i zawołała:
- Ulica wydała już swój wyrok na Margaritę Gordonową. Zatrzasnęła przed nią drzwi celi, do której wy, panowie sędziowie, chcecie ją wepchnąć. Ale... Ale pamiętajcie o jednym, że głos ulicy nigdy nie byłem głosem sprawiedliwym. On z nią nigdy nie miał nic wspólnego. Był zawsze dziełem ludzi, tych ludzi, którzy to mając w ręku instrument służący do grania na namiętnościach ludzkich, do grania na ich emocjach, do wpływania na tłum, do podburzania oraz podjudzania go, do kierowania nim, czynią z tego instrumentu wiadomy użytek!


Ostatnie zdania niemalże wykrzyczała, pokazując przy tym, że potrafi być nie gorszym demagogiem od swego oponenta. Następnie dodała już znacznie bardziej spokojnym tonem:
- Co sprawiło, że w sprawie pani Margarity Gordonowej rozszalały się i to tak dziko namiętności ludzkie? Że rozpasała się ślepa żądza zemsty? Co sprawiło, że nie śmiał się tu odezwać ani jeden głos, ani jeden szept wzywający do spokoju, do rozsądku i do równowagi? Co sprawiło, że krzyk ulicy zagłuszył krzyk sumienia i obalił zasady logicznego myślenia? Zastanówcie się nad tym, panowie sędziowie, abyście mogli wydać sprawiedliwy wyrok. Zamknijcie swoje uszy na ten oto krzyk i otwórzcie swoje umysły na logiczne rozumowanie. A co wam mówi logika? Ano mówi to, że nie macie wcale twardych dowodów na to, że to oskarżona popełniła ten straszny czyn. Wbrew temu, co twierdzi pan prokurator, jedynie poszlaki na to wskazują, ale te poszlaki można różnie interpretować. Nie da się ich zatem w taki jednoznaczny sposób ocenić jako dowodów winy oskarżonej. Ponadto, odnoszę też wrażenie, że śledztwo policyjne było źle przeprowadzone. Skupiono się w nim nie na szukaniu winnej osoby, a jedynie na udowodnieniu winy mojej klientki, ponoć z powodu tego, iż zdaniem śledczych, nikt inny nie był w stanie tego zrobić. Ale to nie jest prawda. Zlekceważono kilka spraw i to naprawdę poważny brak. Tak, ten oto czyn jest karygodnym zaniedbaniem ze strony naszych śledczych i zapewniam ich, że ze swej strony dołożę wszelkich starań, aby wyciągnięto z tego powodu od nich należyte konsekwencje. Panowie śledczy, wyraźnie ulegając głosowi ulicy, tak oto poprowadzili śledztwo, aby opinia publiczna była zadowolona. A zatem, tym gorzej dla prawdy, czyż nie? Ale zapewniam was, że nie tędy droga. I was także o tym mogę zapewnić, panowie sędziowie.
Gerda uśmiechnęła się zadowolona, widząc niezadowoloną minę prokuratora, po czym kontynuowała:
- Zapewniam was, panowie sędziowie, że dowody są niejednoznaczne i nie da się ich ocenić jedynie na niekorzyść oskarżonej. Więcej powiem, oskarżona wbrew temu, co mówi pan prokurator, nie miała wcale powodów, aby próbować zabić to nieszczęsne dziecko. Nic by jej to bowiem nie dało. Nie zapewniłoby jej to nawet grama profitów czy zysków. A raczej wszystko by zaprzepaściło. Oskarżona o tym doskonale wiedziała i na pewno nie byłaby tak lekkomyślna, aby ryzykować mimo to utratę wszystkiego, co z takim trudem zdobyła, czyli spokój, radość i szczęśliwą rodzinę. Szczęśliwą do czasu, oczywiście, ale zawsze rodzinę. Czy oskarżona, pani Margarita Gordon jest waszym zdaniem głupia? Czy w chwili uniesienia miałaby to wszystko zmarnować? Jak wiemy, nie jest osobą agresywną. A zatem zrobiła to może z premedytacją? Też nie, bo nie miała w tym żadnego interesu. Za dużo także miała do stracenia, aby tak ryzykować. Widzicie zatem, panowie sędziowie, że w tej sprawie za dużo jest wątpliwości, przemawiających na korzyść oskarżonej. A to niezwykle ważne. Dlatego proszę was, panowie sędziowie. Jakikolwiek będzie ten wyrok, który musicie wydać w tej sprawie. Jakikolwiek będzie wasz wyrok, czy za nami, czy przeciw nam, pamiętajcie o tym, że musi on wynikać tylko i wyłącznie z waszego przekonania, nie zaś z uprzedzeń. Bo nie ma przecież większego wroga sprawiedliwości niż uprzedzenie. Ustawa pozwala wam wrzucić do urny kartkę ze słowem „Tak” lub słowem „Nie”. Ale też pozwala wam powiedzieć „Nie wiem”. A jeżeli sędzia przysięgły nie wie, jeżeli nie ma pełnego dowodu na to, że oskarżona jest winna, musi nastąpić uniewinnienie i to jest złota myśl ustawodawcy.
Na kilkanaście sekund zapanowała milczenie, a Gerda, która wydawała się już kończyć, powiedziała nagle:
- Sędzio, jeżeli nie wiesz, jeśli nie masz pewności, miej odwagę nam teraz to powiedzieć, gdy będziesz wydawać swój wyrok.
Następnie spojrzała w kierunku sędziego i powiedziała:
- Wysoki Sądzie, wnoszę o uniewinnienie oskarżonej.
Z widowni posypały się jeszcze większe prawa niż te, które uczciły słowa jej poprzednika, okrutnego i zimnego pana prokuratora. Przemowa dobiegła końca. A oskarżona, zapytana chwilę potem, o co wnosi, wstała i spojrzała bardzo smutnym wzrokiem na sędziego i na przysięgłych, po czym powiedziała:
- O uniewinnienie. Bo jestem niewinna. Bo jestem, podobnie jak biedna mała Lizzy, jedynie ofiarą tej strasznej historii.
Chwilę później, nastąpiła przerwa, podczas której sędziowie przysięgli udali się na naradę. Gerda Sanderson odwróciła się wtedy do swojej klientki i obdarzyła ją życzliwym uśmiechem, jakby próbując ją uspokoić. Na niewiele się oczywiście to zdało, gdyż Margarita Gordon była załamana i sprawiała wrażenie całkowicie przybitej. Nic w tamtej chwili nie było w stanie jej pocieszyć.
Minęło około pół godziny, może nieco mniej. Przysięgli wraz z panem sędzią powrócili do sali i zasiedli na swoich miejscach. Wszyscy pozostali na sali wstali wówczas, aby w ten oto sposób, jak nakazywało prawo, czekać ogłoszenia wyroku.
- Sędziowie przysięgli, jaki jest zatem wasz wyrok? - zapytał sędzia.
Jeden z zapytanych odczytał na głos liczbę głosów.
- Na pytanie, czy oskarżona Margarita Gordon dopuściła się strasznego czynu zarzuconego jej przez akt oskarżenia, odpowiedź brzmi: sześć głosów tak, a sześć głosów nie. Zatem, nie ma zgodności.
Po całej sali przebiegło głośne szemranie. Czego jak czego, ale nie tego ludzie oczekiwali. Ani przeciwnicy oskarżonej, ani jej zwolennicy, ani nawet sam sąd. Jak świat światem, w regionie Johto nigdy jeszcze nie doszło do podobnej sytuacji. Ale takowa sytuacja była przewidziana w kodeksie karnym i dlatego sędzia zarządził:
- Sprawa zostaje zatem odroczona i w kolejnym procesie, w innym jednak już składzie sędziów przysięgłych, będziemy dochodzić prawdy.
Gerda Sanderson nie była zbytnio zachwycona wynikiem, ale jako optymistka z natury, od razu spojrzała z pozytywnym uśmiechem na klientkę i rzekła:
- Dobra nasza. Mamy czas, aby przygotować się do kolejnej obrony i może też lepiej zbadać sprawę. Zobaczysz, wyciągnę cię z tego.
Margarita Gordon, której wyrok dodał nieco nadziei, ścisnęła delikatnie obie jej dłonie i powiedziała wzruszona:
- Dziękuję ci, przyjaciółko.
Następnie skierowała wzrok w kierunku mężczyzny po czterdziestce, który to stał przy ławie dla świadków i patrzył na nią ze smutkiem, ale i nadzieją w oczach. Wpatrywał się w nią intensywnie, a gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, rzekł do niej z miłością tak, aby go usłyszała:
- Nie bój się, Rita. Nie zostawię cię samej. Nie zostawię cię.

***


Margarita Gordon została odprowadzona przez policję do aresztu śledczego, a jej obrońca wyszła powoli z sali i odszukała w tłumie wychodzących ludzi jedną, konkretną osobą. Był nią mężczyzna, który obiecał nie zostawić oskarżonej samej w jej kłopotach. Człowiek ten był po czterdziestce, nieco już siwawy, z niewielkim wąsem i wysoką postawą, podszedł do pani mecenas i powiedział:
- Miałem nadzieję, że od razu ją uniewinnią.
- Niestety, ten przemądrzały kabotyn wszystko nam popsuł. Słyszał pan jego przemowę? Pełna patetyzmu. Myślę jednak, że nie pozostałam mu dłuższa. I tylko dlatego mamy remis, a nie wyrok skazujący.
- Ale to nadal nie jest wyrok uniewinniający.
- To prawda, ale mamy nadal szansę taki wyrok uzyskać.
- A niby w jaki sposób mamy to zrobić? Policja nie chce już prowadzić w tej sprawie śledztwa.
- Mamy poparcie inspektor Jenny.
- Owszem, ale dobrze wiesz, że bez poparcia jej przełożonych, a zwłaszcza komendanta miasta Jerento, to niewiele nam się przyda. A komendant ogłosił, że ta sprawa jest zamknięta.
- Dla mnie nie jest zamknięta - powiedziała inspektor Jenny, która właśnie do nich podeszła.
Oboje spojrzeli na policjantkę, która z dumą i niezwykłą powagą w głosie i na twarzy, powiedziała:
- Gerda, panie Remberto... Chciałam wam powiedzieć, że nie zgadzam się ze zdaniem mojego szefa i uważam, że śledztwo należy kontynuować.
- Dziękuję pani, pani inspektor - odpowiedział na to mężczyzna, noszący jak się teraz dowiedzieliśmy, nazwisko Remberto - Ale obawiam się, że niewiele nam to pomoże. Nie może pani prowadzić śledztwa na własną rękę.
- Ja nie, ale znam kogoś, kto zdoła to zrobić - odparła na to Jenny.
- Kogo ma pani na myśli?
- Prywatnych detektywów, oczywiście. Musi pan wynająć detektywów. Oni w pana imieniu poprowadzą tę sprawę, a ja po cichu zdołam ich wesprzeć.
Pan Remberto nie bardzo był do tego przekonany. Dla niego śledczy niczym się od siebie nie różnili, policyjni czy prywatni. Skoro policyjni w większości już na jego ukochaną postawili krzyżyk, co mogą zrobić prywatni? A nawet jeżeli oni zechcą coś zrobić, to wystarczy tylko, aby dowiedzieli się, jak się sprawy mają, a od razu albo zrezygnują ze sprawy, albo poprowadzą ją byle jak.
Jenny chyba odgadła jego myśli, ponieważ uśmiechnęła się wesoło i rzekła:
- Spokojnie, proszę pana. Domyślam się pana obaw, ale tak się składa, że ci, których pragnę panu polecić, to najlepsi z najlepszych.
- A kogo chce mi pani polecić?
- Dwie pary detektywów. Pierwsza to Herbert Jones i jego dziewczyna Maren.
- Niestety, odpada - wtrąciła się do rozmowy Gerda - Oni przebywają obecnie na Wyspach Oranżowych, a wiecie, tam ostatnio panuje pandemia. Podobno jakoś nad nią zapanowali, ale nadal nie patrzy się przychylnie na tych, którzy chcą sobie wyjechać i opuścić tereny regionu. Wiem o tym, bo rozmawiałam z nimi niedawno przez telefon. Raczej są chwilowo uziemieni.
- A ta druga para? - zapytał pan Remberto.
- To Ash Ketchum i jego żona Serena - odpowiedziała Jenny - Detektywi, co prawda bardzo młodzi, ale za to niezwykle skuteczni.
Na dźwięk tych imion, Gerda uśmiechnęła się zadowolona i powiedziała:
- Tych to sama bym panu poleciła, panie Henry. To prawdziwi zawodowcy i to kilkakrotnie odznaczeni za wybitne osiągnięcia. Mają zaledwie dziewiętnaście lat, a tyle już dokonali. Więcej niż my wszyscy razem wzięci.
- To prawda - zgodziła się z nią Jenny - Słyszał pan o organizacji Rocket? To oni ją rozbili. A o Zodiaku? To oni go złapali. Proszę pani, ta dwójka ma na koncie takie sukcesy, że nasza sprawa to przy tamtych pikuś.
Henry Remberto zastanowił się przez chwilę. Nadal nie był pewny, czy jacyś prywatni detektywi i do tego jeszcze tak młodzi byli w stanie cokolwiek mu w tej sprawie pomóc. Skoro jednak mieli takie sukcesy na swoim koncie, to chyba nie należało podważać ich talentu. Dodatkowo pan Remberto słyszał wiele, jak chyba wszyscy mieszkańcy regionów, o organizacji Rocket i dlatego fakt, że to ta dwójka ją rozbiła był dla niego najlepszą wizytówką i zarazem najbardziej przekonującym argumentem za tym, aby ich zatrudnić.
- No dobrze, ci mnie przekonują - powiedział po chwili - Tylko mam pytanie. Gdzie mam ich szukać? Gdzie oni mieszkają?
- Na co dzień w regionie Kanto - odpowiedziała mu Gerda - Ale myślę, że jak zatelefonuję i poproszę ich o pomoc, to nie odmówią nam pomocy.
- Nie musisz ich szukać w Kanto, Gerdo - stwierdziła Jenny - Tak się składa, że oni są tutaj, na miejscu.
Gerda Sanderson i Henry Remberto spojrzeli na policjantkę z uwagą, bardzo zaintrygowany jej słowami. Czego jak czego, ale takiej odpowiedzi, to się chyba w życiu nie spodziewali.
- Chcesz powiedzieć, że oni są w Johto? - zapytała Gerda.
- Zgadza się - odpowiedziała policjantka.
- A gdzie? Czyżby tutaj? - spytał Remberto.
- Nie, ale blisko - wyjaśniła Jenny - Obecnie przebywają w jednym z naszych sąsiednich miast, a konkretnie w Alto Mare. Przybyli tam na specjalne wykłady na temat nowych metod śledczych i o ile wiem, nadal tam są.
- A zatem, proszę ich tutaj sprowadzić. Bez względu na koszty - powiedział do policjantki proszącym tonem Henry Remberto - Bardzo mi na tym zależy. A jak będą się wzbraniali, to proszę im powiedzieć, że cena nie gra roli. Zapłacę im tyle, ile tylko zażądają.
- Pieniędzmi ich pan nie skusisz - odpowiedziała mu Jenny - Oni oczywiście pracują za pieniądze, ale nie są zachłanni.
- Potwierdzam, proszę pana - wtrąciła Gerda - Znam ich osobiście, ponieważ matka Asha Ketchuma, Delia jest moją serdeczną przyjaciółką. Mogę panu ręczyć za to, że to młode małżeństwo to najlepszy wybór z możliwych.
- W porządku. Zaufam wam. Proszę, sprowadźcie tutaj Asha Ketchuma i jego żonę, Serenę. Nie wiecie przypadkiem, gdzie oni obecnie są? To znaczy, gdzie się w tym całym Alto Mare zatrzymali.
- Ja wiem - wtrąciła Jenny - Przebywają obecnie w domu przyjaciółki, panny Bianki Solitare i jej dziadka, Lorenzo Sabatiniego.
- W porządku. Proszę ich zatem sprowadzić. Bardzo ich teraz potrzebujemy - rzekł na to, podsumowując całą sytuację mężczyzna.

***


Cała wyżej opisana przeze mnie scena, nie była wydarzeniem, które miałam okazję zobaczyć osobiście, na własne oczy. Wszystkiego dowiedziałam się wraz z Ashem nieco później, kiedy już zostaliśmy wtajemniczeni w całą sytuację, jak i też poproszeni o pomoc w rozwikłaniu tej sprawy. Pomyślałam jednak sobie, że takie dokładne zacytowanie jej, pomoże wam wszystkim o wiele lepiej zrozumieć całą historię i dlaczego ta oto sprawa była tak poważna, że nie mogliśmy jej odmówić. Choć znając Asha, to nie odrzucilibyśmy tej sprawy nawet wtedy, gdyby była ona po prostu przeciętna. Jakoś tak mój ukochany mąż miał to do siebie, że uwielbiał rozwiązywać zagadki i świadomość, że nie tylko udało mu się rozwikłać kolejną z nich, ale prócz tego zrobił to w sposób godny pochwały, dawała mu największą ze wszystkich satysfakcji. O ile dobrze wiem, takiej satysfakcji nie czuł nawet wtedy, kiedy był trenerem Pokemonów i bawił się w walki.
Dla lepszego zrozumienia, pozwolę sobie wyjaśnić wam, co się z nami działo od czasów poprzednio opisanej przeze mnie przygody. Pomoże wam to na pewno o wiele lepiej zrozumieć naszą obecność w Alto Mare, jak i to, dlaczego tak chętnie i bez najmniejszego wahania przyjęliśmy prośbę rozwikłania sprawy pani Margarity Gordon.
Od niezwykle feralnych wyborów na tereny mieście Wertania, stolicy regionu Kanto minęły dwa miesiące. Przez ten czas pożegnaliśmy serdecznie pana Farge’a i jego córkę Margo, obiecując czasami jeszcze wpadać do nich z wizytą, jak tylko będzie ku temu jakaś okazja, a następnie udaliśmy się oboje do naszych, tak długo oczekujących dla nas obowiązków. Czekała nas przecież Akademia Policyjna i to nie byle jaka, bo najlepsza, elitarna akademia w samej Wertanii. W ciągu dwóch miesięcy odbyliśmy tam specjalne szkolenia związane z nauką sztuk walki, wielu ćwiczeń sprawnościowych, nauczania się odróżniania rodzajów broni, odróżniania efektów danych trucizn, czytania listów do góry nogami, posługiwania się bronią palną i jeszcze wielu innych rzeczy, jakie rasowy śledczy wyższej kategorii, czyli ktoś taki jak my, powinien wiedzieć. Wiedza ta, którą powinniśmy mieć zawsze w małym palcu, stała przed nami otworem. Po upływie dwóch miesięcy wiedzieliśmy już sporo, a nasza reputacja w Akademii znacznie wzrosła, kiedy przy okazji też rozwiązaliśmy niezwykle trudne śledztwo na jej terenie. Niestety, nie mogę go w swoich kronikach przytoczyć, ponieważ sprawa ta była niezwykle dla nas trudna z powodu tożsamości mordercy i jego motywacji, które to rzeczy osobiście bardzo nas zabolały. Ponieważ pewna bliska nam osoba, mocno powiązana z mordercą i będąca zarazem niezwykle dobrym człowiekiem, wciąż żyje, to z szacunku wobec niej, nie możemy niczego z tej sprawy jeszcze ujawnić. Zgodnie z jej wolą, ta oto ponura historia jeszcze nie może ujrzeć światła dziennego. Oczywiście, relacja z niej została przeze mnie spisana, ale potem ukryta głęboko w czeluściach naszego archiwum z planem opublikowania jej dopiero wówczas, gdy nadejdzie na to czas. Chociaż tyle mogliśmy zrobić dla człowieka, którego tak bardzo szanujemy i który okazywał nam zawsze tyle serdeczności.
Po zakończeniu tej sprawy, mieliśmy nieco spokoju, ale nie pamiętam już, jak długo. Jakby jednak nie było, ostatecznie wysłano nas z grupą jeszcze kilku innych studentów Akademii Policyjnej na wykłady jednego znanego kryminologa, abyśmy mogli poznać nowe metody śledcze promowane przez policję w Johto. Oczywiście wykłady te nie mogły być jedynie przez nas wysłuchane, musieliśmy robić z nich notatki i podzielić się nimi podczas zajęć w Akademii, gdy już do niej powrócimy. Obowiązek ten potraktowaliśmy, rzecz jasna, poważnie i udało nam się go łatwo zrealizować. Nie będę tutaj przytaczać szczegółów całej sprawy, bo przecież nie o to tutaj chodzi. Nie to jest tematem mojej relacji, a sprawa pani Gordonowej.
Należy zatem zacząć ją od tego, że przybywszy na wykład w towarzystwie Pikachu i Buneary, zatrzymaliśmy się w domu naszych serdecznych przyjaciół z miasta Alto Mare, czyli Bianki i jej dziadka Lorenza. Mieliśmy zostać u nich przez tydzień do czasu, aż wykłady się skończą i potem powrócić do Wertanii. Jak się już zapewne domyślacie, nasz pobyt w tym miejscu nieco się jednak przedłużył. Ale wtedy nie mogliśmy jeszcze o tym wiedzieć.
Tego dnia, w którym rozpoczyna się moja opowieść, siedzieliśmy właśnie w domu Bianki i jej dziadka, czerpiąc wielką przyjemność z tego, że wykłady, które nas tu sprowadziły, dobiegły już końca. Nie chodziło oczywiście o to, iż były one dla nas męczące, ale przynajmniej mieliśmy wreszcie czas dla siebie i mieliśmy go zamiar wykorzystać w jak najlepszy sposób.
- Powiedzcie, trudne były te wykłady? - zapytał nas Lorenzo.
- Trudne na pewno nie - odpowiedział mu Ash - Jedyną trudnością było chyba dla nas robienie notatek.
- I to jeszcze czasami trzeba było je robić na szybko, zanim profesor nasz, tak nawiasem mówiąc, straszny gaduła, nie zacznie nagle mówić o czymś innym, co w trakcie wykładów zdarzało mu się dosyć często - dodałam.
Wszyscy parsknęliśmy śmiechem, rozbawieni tym wspomnieniem.
- To co? Pewnie niedługo wracacie do Wertanii? - zapytał po chwili Lorenzo.
- Tak, niedługo będzie trzeba wracać - odpowiedział Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał smętnie Pikachu.
- Nawet Pikachu nie chce opuszczać Alto Mare, tak nam tu dobrze - rzekłam na to wesoło - Ale co robić? Służba nie drużba. Zachciało nam się nauki i to w nie byle jakim miejscu, ale w samej Akademii Policyjnej w Wertanii, to co robić? To trzeba się brać za obowiązki i wykonywać je najlepiej jak się da.
- To naprawdę wielka szkoda, że musicie wracać. Dawno was nie widziałam i miło mi jest w waszym towarzystwie - powiedziała Bianka - Trochę tu jest smutno, odkąd Latias zamieszkała u was. Powiedzcie mi, czy ona dalej udaje mnie?
- Nie powiedziałabym, że udaje ciebie - sprostowałam - Raczej przybrała ona ludzką postać, a konkretnie to twoją. Muszę ci powiedzieć, że bardzo dobrze jej w tej postaci i o ile dobrze wiem, rozważa pozostanie człowiekiem już na stałe.
- To ciekawe. Pokemon, który został człowiekiem - zażartowała sobie Bianka - To dopiero ciekawostka.
- Owszem, niczego sobie - odpowiedział jej Ash - Ale publicznie nazywamy ją Bianką, aby nikt się nie zorientował, kim jest naprawdę. Nie chcemy jej więcej narażać na podobne sytuacje, jak porwania przez agentów mojego kochanego i nie takiej świętej pamięci stryjaszka. On co prawda nie żyje, a większość jego agentów siedzi, ale wolimy nie ryzykować, że jacyś inni łowcy rzadkich Pokemonów lub im podobni dranie zechcą ją porwać i w jakimś celu wykorzystać.
- Słuszna decyzja i bardzo odpowiedzialna - pochwalił nas Lorenzo - Widzę, że nasza droga Latias trafiła pod dobrą opiekę.
- Moim zdaniem, lepsza jej się nie mogła trafić - stwierdziła Bianka - A co ona teraz porabia?
- O ile wiem, mieszka teraz z moją mamą i Stevenem Meyerem, bo jak chyba wiecie, moja mama wyszła za niego za mąż - powiedział Ash.
- Tak, pamiętam. Bardzo uroczy człowiek, ten pan Meyer i do tego bardzo też zakochany w twojej mamie - odpowiedziała na to Bianka.
- Zgadza się. Latias jest z nimi pod ludzką postacią. Mama mi mówiła, że jest jej ona jak drugie dziecko. Bardzo jej pomaga przy restauracji i przy domowych obowiązkach.
- Wierzę, to pracowita dziewczyna. I jak widzę, znalazła swoje miejsce w tym świecie. A coś słyszałam, że nawiązała bliższą znajomość z pewnym Latiosem?
- Tak, to Pokemon odbity przez nas z rąk Giovanniego, dawno temu. Też umie przybierać ludzką postać i pod nią pracuje u profesora Oaka. Ale często spędza też czas z Latias, tak po godzinach pracy. Oboje chyba doskonale się ze sobą czują.
- Chyba wiem, co sugerujesz. Miłość rośnie wokół nas, w spokojną jasną noc, mam rację?
To mówiąc, Bianka zachichotała, a ja i Ash zawtórowaliśmy jej. W tej samej chwili do Pikachu przysunęła się lekko Buneary i zapiszczała słodko w jego stronę, a on pogłaskał ją lekko między uszkami na znak, że odwzajemnia jej sympatię.
- Jak zatem widzę, sporo się u was zmieniło, ale też wiele rzeczy pozostało nadal takich samych - powiedział do nas po chwili Lorenzo.
- Owszem, pewne rzeczy pozostają niezmienne i może to i lepiej? - odparłam na to, lekko się zamyślając - Nie wiem, czy bym chciała, żeby wszystko wokół nas się zmieniło.
- Zmiany w życiu są nieuniknione, moja droga - odpowiedział na to Lorenzo takim wyraźnie zamyślonym tonem - Zarówno te dobre, jak i te złe. Nie uda się ich uniknąć, a w każdym razie nie zawsze, bo czasami się da, ale pewnych sytuacjach nigdy nie zdołasz ich uniknąć, choćbyś nie wiem, jak się starała.
- Tak, jak choćby tego, że z czasem pomarszczysz się i będziesz stara - rzuciła ironicznie w moim kierunku Bianka.
Spojrzałam na nią z lekką złością, a widok jej uśmiechniętej twarzy jeszcze bardziej mnie zirytował, dlatego wzięłam się pod boki i powiedziałam:
- Słuchaj, mądralińska. O ile mnie pamięć nie myli, to jesteśmy w podobnym wieku, a co za tym idzie, to możesz być pewna, że jeżeli ja się kiedyś pomarszczę, to ciebie również to czeka. Nie uciekniesz przed tym.
- Może, ale widzisz, ja umiem malować - odpowiedziała dowcipnie Bianka.
- A co to ma do rzeczy?
- To, że jeżeli będę kiedyś malować swój autoportret, to namaluję się na nim tak, jak tylko zechcę, czyli będę na tym obrazie piękna i urocza. I ten obraz będzie na zawsze świadkiem mojej urody zachowanej dla potomności.
- Ja zaś jestem na wielu zdjęciach i też te zdjęcia będą świadkiem mojej urody zachowanej dla potomności.
- Zdjęcie zrobić, to nie jest znowu taka sztuka. Namalować obraz, to sztuka.
- Dziewczyny, proszę was - odezwał się nagle Ash, przerywając tę dyskusję - Wy naprawdę nie macie już o co się spierać?
- To ona zaczęła, nie ja - mruknęłam ze złością.
- Proszę was, nie kłóćcie się - mediował dalej mój mąż - Nie zostało nam za wiele czasu w Alto Mare i nie chcę go zużywać na rozdzielanie was, jak skoczycie sobie do gardeł.
- Jasne, my do gardeł? - zakpiła sobie lekko Bianka - Może mamy jeszcze się bić w kisielu, mając na sobie bikini? Zapomnij o tym.


Ash parsknął śmiechem, rozbawionym stwierdzeniem naszej przyjaciółki.
- Zapewniam cię, że nie w głowie mi takie rozrywki. Ale jakbyś chciała tak kiedyś przed Brockiem powalczyć, to on na pewno nie pogardzi.
- Nie sądzę, żeby był tym zainteresowany. On gustuje w kobietach, a nie w smarkulach - stwierdziłam złośliwie.
Bianka popatrzyła na mnie spode łba, a jej wzrok zdawał mi się mówić, że o tych słowach nigdy nie zapomni i kiedyś jej jeszcze za to zapłacę. Lorenzo zaś nie umiał dłużej powstrzymać się od szczerego śmiechu.
- Kochani moi, jak wy zaczniecie się ze sobą spierać, to każdy kabaret przy was wymięka. Jesteście niesamowicie zabawni.
- Zabawni, dziadku? Weź nie przesadzaj - odparła na to Bianka - Zabawna, to jestem ja. A im po prostu odbija, bo dawno nie mieli zagadki do rozwiązania.
- No, z tym ostatnim to chyba muszę się zgodzić - odpowiedział na to Ash, na twarzy mając nieco zwariowany uśmiech - Tak sobie czasem myślę, że chyba tak za bardzo wczuwam się w mojego idola, Sherlocka Holmesa. Podobnie jak on, gdy nie mam zagadki do rozwiązania przez długi czas, dziwnie się czuję.
- Tak myślałam - odparła Bianka i spojrzała dowcipnym wzrokiem na Asha - A propos tych zagadek, to jakie najbardziej cię pociągają? Pewnie morderstwa, co?
- Nie mogę powiedzieć, żeby jakieś specjalnie mnie pociągały - odpowiedział jej Ash - Po prostu lubię rozwiązywać zagadki kryminalne i sensacyjne. I tyle. Nie jestem tak wybredny, aby brać się jedynie za krwiste zbrodnie. Takich jest aż nadto na świecie.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał smętnie Pikachu, kiwając lekko głową.
- No właśnie, to przecież nie musi być morderstwo - potwierdziłam - Ważne, aby była ciekawa sprawa. I tyle. Nie zaszkodzi też, aby była choć trochę trudna. A nawet powiedziałabym, że im trudniejsza, tym lepiej.
- To ja w takim razie, miałabym coś dla was - powiedziała Bianka i wyszła na chwilę z pokoju.
Chwilę później powróciła z gazetą „Johto Express” w dłoni i podała mi ją.
- Zobacz na pierwszą stronę. Jak nic, sprawa dla was.
Zaintrygowana zaczęłam uważnie czytać artykuł. Ash zaś razem z Pikachu i Buneary wygodnie usiedli przy mnie, aby móc również zapoznać się z treścią tego pisma i ocenić, czy ta sprawa rzeczywiście może nas zainteresować.
- To bardzo ciekawe - powiedziałam, coraz bardziej zaintrygowana, nadal z wielką uwagą czytając artykuł - Zbrodnia dokonana dwa miesiące temu w jednym z sąsiednich miast. Kobieta oskarżona o zabójstwo swojej dawnej wychowanki i niedoszłej pasierbicy. A raczej o próbę zabójstwa, bo ta dziewczyna żyje, ale jest w głębokiej śpiączce i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się obudzi. Ciekawa sprawa.
Ash zerkał mi przez ramię z siedzącym mu na jego ramieniu Pikachu, bardzo uważnie studiując treść artykułu. Buneary zaś wskoczyła na moje kolana i także, nie kryjąc swego zainteresowania, zerkała do gazety.
- To wszystko brzmi bardzo ciekawie, ale nie pisze tutaj za wiele o tej sprawie - powiedziałam po chwili - Znacie może bliższe szczegóły?
- A co? Jesteście zainteresowani? - zapytała dowcipnie Bianka.
- Być może - odparł na to tajemniczo Ash - Wolałbym jednak wiedzieć więcej niż to, co pisze ta gazetka. A przy okazji, o bezstronność nie można jej posądzić. Ten, kto napisał ten artykuł mówi w zasadzie bez ogródek, że jego zdaniem biedna kobieta jest już zgubiona.
- Skąd wiesz, że biedna? - zapytała Bianka - Nie wiemy przecież, czy jest ona niewinna, jak to pokazuje, czy może raczej wyrachowana.
- Nie zapominaj, że jedno wcale nie musi się wykluczać - powiedziałam.
- To są jednak rzadkie przypadki, kiedy ktoś jest zarówno niewinny, jak i też wyrachowany - wtrącił Ash - Zwykle osoby, które spotykamy, jeśli są winne, to są dosyć często wyrachowane. Ale niewinne są zwykle fajnymi osobami.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał potwierdzająco Pikachu.
- No dobrze, ale do rzeczy. O co tam tak dokładniej chodziło? - zapytałam.
Lorenzo usiadł wygodnie, spoglądając na nas jak bajarz, który właśnie chce opowiedzieć grupie dzieci jakąś interesującą bajkę i zaczął mówić:
- Widzicie, to wszystko zaczęło się kilka lat temu. Henry Remberto, inżynier o naprawdę prawdziwym talencie do tego, co robi, stracił żonę, która wylądowała w szpitalu dla wariatów po jakimś ostrym ataku furii. Przebywa ona tam zresztą do dzisiaj. Biedak załamał się i nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Zrozumiał jednak, że ma dla kogo żyć, bo z małżeństwa ma dwoje dzieci: Elizabeth i Stanleya. Oboje nigdy nie wyruszyli w swoje podróże trenerów Pokemonów, bo postanowili zostać z ojcem i nie zostawiać go samego na świecie. Ale Henry Remberto nie pozostał długo sam. Po półtora roku poznał on młodą nauczycielkę, Margaritę Gordon. Była rozwódką i do tego niesamowicie atrakcyjną i nieco młodszą od niego.
- Tak, nieco - przerwała mu ironicznie Bianka - Jeżeli oczywiście dziesięć lat różnicy można nazwać „nieco”.
Lorenzo spojrzał groźnie na wnuczkę, a ta ucichła i nie odzywała się już do samego końca jego opowieści.
- Remberto poprosił kobietę, aby udzielała korepetycji jego córce, bo tak się złożyło, że dziewczyna miała nie najlepsze wyniki w nauce. Pewnie wykańczało ją to wiecznie robienie za gospodynię i córkę jednocześnie. Nie wszystkie nastolatki by temu podołały. Ona w każdym razie, nie podołała i zaczęła mieć problemy w nauce. Dlatego ojciec wynajął dla niej nauczycielkę, aby ją dodatkowo uczyła, za oczywiście wysoką opłatą. Remberto jest szanowanym inżynierem, ma dużo pracy i nie jest biedny. Stać go było zatem na taki wydatek.
Uśmiechnęłam się delikatnie, domyślając się już, do czego to zmierza. Poza tym, przecież artykuł w gazecie, choć mało szczegółowy, ten fakt zawierał.
- No i oczywiście, oboje wdali się w romans.
Lorenzo uśmiechnął się delikatnie, kiwając delikatnie głową na znak, że mam rację i dodał:
- No, nie tak od razu. Początkowo po prostu uczyła Lizzy i nic więcej. Ale z czasem samotny wdowiec, jeszcze w sile wieku i samotna kobieta, młoda i mająca swoje pragnienia i potrzeby, poczuli coś do siebie. Nie oceniam, czy to była miłość prawdziwa, czy tylko pożądanie i romans. Ja nie wykluczam tutaj ani jednego, ani drugiego. Zresztą, nie to ma tutaj żadnego znaczenia. O wiele ważniejsze jest tu to, jak dzieci zareagowały na fakt, że ich ojciec z kimś się związał i że tym kimś jest korepetytorka jednego z nich.
- Pewnie nie były zadowolone? - zapytał Ash.
- No właśnie, wręcz przeciwnie - odpowiedział Lorenzo z uśmiechem - Były z tego powodu bardzo zadowolone, bo ojciec znowu zaczął być wesoły i ponownie stał się taki jak dawniej. A przecież kochali ojca i chcieli dla niego jak najlepiej. I dlatego nie mieli nic przeciwko temu romansowi. Być może spodziewając się, że to z czasem przerodzi się w coś więcej.
- I przerodziło się? - zapytałam.
- Owszem, bo pewnego dnia ojciec oznajmił dzieciom, że chce, aby Rita, bo tak ją nazywano, została z nimi na stałe. Dodatkowo powiedział jeszcze coś bardzo dla nich szokującego. Rita spodziewała się dziecka. Jak się zapewne domyślacie, to były zdecydowanie już za daleko idące zmiany dla Elizabeth i Stanleya. A już zwłaszcza dla Lizzy.
- Dlaczego właśnie do niej?
- Bo widzisz, Sereno... Lizzy weszła wtedy w tzw. okres buntu. Stała się więc bardzo przykra w stosunku do ojca i Rity. A ponadto, chyba czuła się w głębi duszy zazdrosna o to nowe dziecko. Prawdopodobnie była zdania, że jeżeli ojciec znowu zostanie rodzicem, dla niej nie będzie już w domu miejsca. Nie wyobrażała sobie, aby miała tak bardzo dzielić się ojcowską miłością.
- A co na to Stanley?
- Nie sprawiał wrażenia specjalnie przejętego. W każdym razie zareagował na to o wiele spokojniej od siostry. Ta nie zamierzała odpuścić. Zaczęła być chamska w stosunku do Rity. Odgryzała się jej bez powodu, dogadywała jej o byle co, jak na złość wracała do domu coraz później, raz chyba była nawet pijana. Ojciec miał z nią prawdziwe urwanie głowy. Chciał ją zabrać do psychologa, ale ta gówniara zastraszyła go, że jeżeli spróbuje to zrobić, to ucieknie z domu. Odpuścił jej zatem i najwyraźniej doszedł do wniosku, że jeżeli przestanie zwracać na nią uwagę i na to, co ona robi, to córeczka odpuści sobie.
- Niech zgadnę. Było wręcz odwrotnie?
- A żebyś wiedziała. Lizzy czuła się zaniedbywana. Zaczęła być wobec ojca jeszcze bardziej nieprzyjemna, prowokowała z nim kłótnie. Rita początkowo nigdy nie chciała się w to angażować, ale stopniowo zaczęły jej puszczać nerwy.
- Wcale mnie to nie dziwi. Ja chybabym gówniarę udusiła gołymi rękami.
- A wiesz, że ona powiedziała dokładnie to samo?
- Jak to?


- No tak. Byłem wtedy z wizytą u Henry’ego Remberto, bo miałem do niego pewną sprawę. A ponieważ znaliśmy się od dawna, opowiedział mi o wszystkim, o czym ja teraz wam mówię. Powiedział, że po prostu nie wyrabia już psychicznie z Lizzy i nie wie, co ma robić. Rita z kolei, która dołączyła do naszej rozmowy, była po prostu wściekła. Lizzy dla zabawy rozbiła buteleczkę jej perfum i jeszcze robiła przy tym takie minki, jakby nic się nie stało. Tego już było dla Rity za wiele. Dała Henry’emu jasno do zrozumienia, że albo poskromi smarkulę, albo ona odejdzie. I cóż... Remberto to zrobił. Zmusił córkę, aby przeprosiła Ritę, grożąc jej przy tym, że wyrzuci ją z domu, jeśli się nie opanuje. Lizzy widocznie uznała, że sprawa jest naprawdę poważna i odpuściła sobie. Ale w złości jeszcze zarzuciła ojcu, że już jej nie kocha i tylko jego nowy bękart... Dokładnie tego słowa użyła... Jest dla niego ważniejszy niż ona. Rita kazała jej wtedy uważać na słowa i oczywiście usłyszała klasyczne zdanie, żeby się zamknęła, bo nie jest jej matką. A Rita wtedy krzyknęła do niej: „Masz szczęście, inaczej udusiłabym cię gołymi rękami”. Mimowolnie i z największym zażenowaniem, jakie tylko może istnieć, byłem tego świadkiem. No i potem powtórzyłem to policji, kiedy mnie przesłuchiwano w sprawie ataku na tę smarkulę, który nastąpił niedługo potem.
- W gazecie piszą, że Rita podobno uderzyła ją jakimś ostrym przedmiotem w głowę - zauważyłam i spojrzałam na Lorenza - Z całym szacunkiem, ale to nie jest uduszenie kogoś gołymi rękami.
- Ale jest to zawsze próba zabójstwa z premedytacją i tylko to interesuje naszą kochaną policję - odpowiedział mi na to Lorenzo.
- W gazecie piszą, że Rita podobno zaatakowała Lizzy pogrzebaczem - rzekł na to Ash.
- Tak mówią, ale nie wiadomo, co dokładniej było narzędziem zbrodni. W tej sprawie policja jest nadal skazana na domysły, bo wciąż jeszcze nie wiedzą, czym sprawca się posłużył. Wszystko jednak wskazuje na to, że był to pogrzebacz. No i że osobą, która go użyła, była Rita.
- Ale pewności nie mają? - zapytałam.
- Zależy, o kogo pytasz. Jeśli chodzi o prowadzących sprawę, to nie mają. Ale jeśli mówisz o zwykłych ludziach, czerpiących wiedzę tylko z gazet, to dla nich ta sprawa jest jasna. Rita chciała zabić Lizzy i tyle.
- No tak, ale policja pewności stuprocentowej nie ma, prawda?
- Prawda.
- A więc, skoro pewności stuprocentowej nie ma, to zostają wątpliwości, które każdy uważny śledczy musi wziąć pod uwagę.
- Bardzo mądra uwaga, Serenko - pochwalił mnie czułym tonem Ash.
- Jak większość moich uwag, Ash - odpowiedziałam mu dowcipnie.
Lorenzo zachichotał, rozbawiony naszym słodzeniem sobie i rzekł po chwili:
- Cieszę się, że macie taki dobry humor, ale obawiam się, że Rita nie ma do niego powodów. Wczoraj byłem na jej procesie, zeznawałem na nim jako świadek. Oczywiście, moje zeznania niewiele wniosły, bo co ja tam niby o tym wiem? Ale mogę powiedzieć, że widziałem Ritę. Jest załamana, nie widzi możliwości obrony swojej osoby przed więzieniem. Zasmuciło mnie to, podobnie jak samo miasto, w którym ma miejsce ten proces. Ono jest jakieś takie... Bianko, jak byś je oceniła?
- Jest nienormalne, dziadku i to pod każdym względem - rzuciła Bianka.
Lorenzo skarcił ją lekko wzrokiem i powiedział:
- Nie powinnaś tak mówić. Ostatecznie przecież, ci ludzie są przyzwyczajeni do tego, że wszystko w ich życiu toczy się stopniowo i spokojnie, zmiany zaś i to tak głęboko idące, jak jawny nieformalny związek Remberto i Gordonowej nie jest czymś, co potrafią łatwo zaakceptować.
- Łatwo zaakceptować? Dziadku, przecież opowiadałeś mi, że te histeryczne stare kwoki i dewotki zaczęły rzucać w Ritę kamieniami, kiedy chciała wejść do budynku sądu. Myślałby kto, że są święte i same nigdy nie grzeszą. Zresztą, niby co jest takiego grzesznego w tym, co ona robi? Ludzie w wielu krajach tak żyją, świat idzie do przodu i nie można udawać, że tego nie ma, bo kilka dewotek chce uspokoić swoje sumienie, czyste z powodu nieużywania.
Parsknęłam lekko śmiechem od tego porównania. Dodatkowo poczułam nagle w sercu wyraźne zadowolenie z powodu słów Bianki. Chociaż nie zawsze ona i ja się rozumiałyśmy, to jednak w tym wypadku obie byłyśmy dokładnie tego samego zdania. Nigdy nie cierpiałam bigoterii i dlatego to, co powiedziała Bianka, było dla mnie po prostu szokujące i zarazem wzbudziło we mnie oburzenie.
- Naprawdę chcieli ją ukamienować? I to jeszcze w biały dzień? - spytałam.
- A co myślałaś? - odparła Bianka - Stare, parszywe dewotki, tak brzydkie, że nawet w młodości nikt je nie chciał, zazdroszczą Ricie urody i tego, że dobrze jej się wiedzie. Pewnie niejedna z tych wariatek sama by chętnie zajęła jej miejsce u boku takiego znakomitego inżyniera.
- Znakomitego i bogatego - wtrąciłam - Myślę, że ta druga cecha ma ogromne znaczenie w tej sprawie. A zwłaszcza dla pocieszycielek.
- A tak, ma znaczenie i to rzeczywiście ogromne - zgodził się ze mną Lorenzo - Jak zatem widzicie, w krytyce i kpinie wiele razy jest ukryta okrutna zazdrość. Tak okrutna, że potrafi prowadzić nawet do zbrodni.
- Do zbrodni? - zapytałam zdumiona.
- Tak, do zbrodni w postaci wytykania innym choćby źdźbła w oku, aby ukryć w ten sposób belkę we własnym - odpowiedział mi Lorenzo - To niestety bardzo w naszym świecie częste. Ostatnio tłum rozhisteryzowanych bab próbował zarzucić kamieniami tę kobietę tylko dlatego, że jej nienawidzą. A nienawidzą jej za to, że ta, będąc cudzoziemką, a w tym mieście cudzoziemców, nierodowitych Włochów się raczej nie cierpi... Że będąc cudzoziemką, ośmieliła się rozkochać w sobie i to z wzajemnością mężczyznę miejscowego. Mężczyznę, którego każda z nich bardzo chciała usidlić, odkąd jego żonę zamknięto w szpitalu dla wariatów.
To mówiąc, Lorenzo powoli zaczął się przechadzać po pokoju i mówił:
- Ale wracając do rzeczy. Margarita Gordonowa nie została skazana, gdyż w tej sprawie sędziowie przysięgli nie byli jednoznacznego zdania. Tak w zasadzie, to ich oceny tej sprawy były wyrównane. Sześciu uważało, że jest winna, sześciu zaś, że nie jest winna. Dlatego niedługo ma się odbyć ponowny proces, przy okazji policja i prokuratura mają zbadać tę sprawę jeszcze raz, dokładnie i dogłębnie. Ale nie jestem pewien, czy odkryją prawdę i udowodnią niewinność tej kobiety.
- Czyli pan uważa, że ona jest niewinna? - zapytałam.
- Tak. Jestem zdania, że Rita Gordonowa jest niewinna. Nie wiem, kto zrobił to, o co ją posądzają, ale nie próbuję nawet zgadywać. Czuję jednak, że ona jest niewinna. Wierzę w to. I dlatego uważam, że powinien się tym zająć ktoś, kto ma doświadczenie w prowadzeniu beznadziejnych z pozoru spraw.
- Oczywiście, ma pan na myśli nas.
- Owszem, Sereno. Właśnie o was mówię.
Uśmiechnęłam się rozbawiona zachowaniem staruszka, po czym spojrzałam na Asha, ciekawa jego zdania w tej sprawie. Ten zaś popatrzył na Pikachu, a potem na Buneary, jakby czekał na ich radę. Oba stworki lekko tylko zapiszczały, jednak ich miny mówiły same za siebie. Uważali, że Ash powinien przyjąć tę sprawę. A jakiego zdania był mój ukochany? Tego nawet nie musiał mi mówić. Jego mina, tak do niebo typowa, a także jego jakże wymowny uśmiech mówiły same za siebie. Za długo już znalazłam mojego ukochanego, aby tego nie wiedzieć.
- Coś tak czułam, że się zgodzisz - powiedziałam wesoło.
- Widzicie, kochani? - zapytał równie wesoło Ash i wskazał na mnie dłonią - Moja ukochana małżonka doskonale mnie już zna i to na tyle dobrze, że nawet jej nie muszę mówić, że chcę wziąć tę sprawę. Ona po prostu sama doskonale to wie, po samej mowie mojej twarzy.
Zaśmiałam się, rozbawiona i zarazem również zachwycona tą pochwałą, która sprawiła mi ogromną przyjemność.
- Wiesz, kochanie... Odgadnięcie takiej sprawy jest najłatwiejszą zagadką na świecie. O wiele łatwiejszą niż wszystkie zagadki, jakie dotąd rozwiązaliśmy. Tak jak powiedziałeś, ja cię po prostu znam. A poza tym, twoje milczenie jest bardzo mówiące. Nie musisz nic mówić, wystarczy tylko, że na mnie spojrzysz i ja już wiem, co ty planujesz.
- Widzę, że zainteresowałem was tą sprawą - powiedział Lorenzo.
W jego głosie wyczuwałam wyraźne zadowolenie. Najwidoczniej musiał on bardzo chcieć, abyśmy przyjęli tę sprawę i spróbowali ją rozwikłać. Nie miałam pojęcia, dlaczego tak mu na tym zależy, ale odgadnięcie tego nie było dla nas za bardzo w tamtej chwili możliwe. Zresztą, tak prawdę mówiąc, jakie to miało niby znaczenie? Po prostu chciał pomóc Ricie Gordonowej i zachęcił nas do tego, aby dwoje najsłynniejszych detektywów w regionie Kanto (tak nas przecież nazywały gazety) zechciały rozwiązać tę zagadkę. Po co rozkładać to na czynniki pierwsze? Zwłaszcza, jeżeli tego człowieka, podobnie jak i nas, oburza niesprawiedliwość na tym świecie i chce jej zapobiegać, jak to tylko możliwe. A wiedzieliśmy, że nasz drogi Lorenzo właśnie takim człowiekiem jest. Po co zatem rozwijać temat? Poza tym czuliśmy, że starszy pan sam nam powie o przyczynach swojego zachowania, kiedy poczuje, iż przyszedł na to czas.
- Owszem, bardzo nas pan tą sprawą zainteresował - powiedział Ash - To jest naprawdę bardzo interesująca zagadka. Przy okazji, Bianka ma trochę racji. Chyba mi odbija, kiedy nie mam przez dłuższy czas żadnej sprawy.
- Ja tam uważam, że nie chyba, tylko na pewno, Ash - stwierdziła z ironią w głosie Bianka, po czym dodała życzliwiej: - Ale to nie ma znaczenia, jakie są twoje motywacje do tego, aby pomóc tej biednej kobiecie. Ważne, że chcesz to zrobić. Że Serena też chce pomóc. Że Pikachu i Buneary też chcą pomóc. Bo chyba wy dwoje też chcecie pomóc, prawda?
To mówiąc, zwróciła się do naszych pokemonich towarzyszy, którzy wesoło zapiszczeli na znak, że ma całkowitą rację w tej sprawie.
- W takim razie, musimy udać się na policję i powiedzieć, że chcemy pomóc jej rozwiązać tę sprawę - powiedział Ash, wstając ze swego miejsca.
- Żeby tylko wyrazili na to zgodę - dodałam, lekko zaniepokojona.
Powiedziałam to, bo w tamtej samej chwili właśnie przyszło mi do głowy, że z jakiegoś powodu miejscowa policja mogłaby nie chcieć naszej pomocy. Nieraz już tak przecież bywało, że gdy przybywaliśmy z pomocą, policja albo próbowała nas spławić, albo wręcz okazywała nam wrogość. Na swój sposób byłam w stanie to zrozumieć. Jakby nie patrzeć, nasza działalność jasno pokazywała, że kochana policja wiele razy się myliła i gdybyśmy nie interweniowali, to wsadziliby oni do więzienia zupełnie niewinne osoby. Można zatem powiedzieć, że udowadnialiśmy całemu światu, jakie imbecyle nieraz pracują w policji. Robiliśmy z nich durniów, choć tak prawdę mówiąc, to w przypadku niektórych funkcjonariuszy, nie było to znowu aż takie trudne. Swoją głupotą i ścisłym trzymaniem się paragrafów bardzo nam to ułatwiali. Zasadniczo więc, jeżeli naprawdę musieli już kogoś winić o ten swój zły PR, to najlepiej zrobiliby, winiąc sami siebie. Ale na to nie zdobyliby się. Musieliby wtedy powiedzieć samym sobie, że są głupcami. A nie każdy jest na tyle mądry, aby to zrobić.
- No właśnie, miejscowa policja zaznaczyła wyraźnie w prasie, że rozwiązała już zagadkę i może być trudno ją przekonać - powiedziała Bianka - Ale ja bym się nie poddawała, na waszym miejscu. Inspektor Jenny nie jest głupia. Można z nią porozmawiać i przekonać do tego, aby przyjęła waszą pomoc.
- Albo po prostu porozmawiać z adwokatem pani Gordon - rzekł Lorenzo.
- Chętnie byśmy to zrobili, tylko kto to jest? - zapytał Ash.
- O ile wiem, dobrze się znacie - odparł na to staruszek.
- Niewykluczone, ale kto to taki?
- To Gerda Sanderson.
Oczywiście, doskonale znaliśmy to nazwisko. Przecież Gerda była od wielu lat przyjaciółką Delii Ketchum, matki Asha oraz naszą znajomą, której jakiś czas temu pomogliśmy w jej problemach. Bardzo się lubiliśmy. Do tego stopnia, że raz tylko, w wyjątkowej sytuacji stanęliśmy po dwóch stronach barykady, kiedy nasza znajoma broniła przed sądem człowieka, którego my posłaliśmy do więzienia. Ale nie mieliśmy do niej o to żalu. Przecież taka była jej praca. Ktoś musiał to robić. A my nie mogliśmy posiadać pretensji wobec ludzi wykonujących tylko swoją pracę. Poza tym... I tak wtedy wygraliśmy.


- Gerda Sanderson? - zapytałam po chwili - Oczywiście, że ją znamy. Ale nie wiem, skąd pan ją zna.
- Widziałem ją przecież na procesie, moi drodzy - odpowiedział Lorenzo.
W jego tonie jednak nie było za dużo szczerości. Ash i ja od razu wyczuliśmy to, a mój ukochany spojrzał podejrzliwie na starszego pana, mówiąc:
- Niech zgadnę. Gerda postanowiła nas wynająć, ale nie była pewna naszej decyzji i poprosiła pana o pośrednictwo.
Lorenzo zrobił minę niewiniątka, jakby chciał przez chwilę zaprzeczyć, ale w ostatniej chwili z tego zrezygnował i powiedział:
- Ech, widzę właśnie, że jesteście lepszymi detektywami niż myślałem. Bez trudu się wszystkiego domyśliliście.
- Domyślamy się więcej niż pan sądzi - odparł na to Ash i spojrzał na Biankę - A ty o wszystkim wiedziałaś i pomagałaś dziadkowi, prawda?
Bianka uśmiechnęła się do nas figlarnie, najwyraźniej ucieszona, chociaż też i zaskoczona tymi słowami.
- Ash, czy ty do swych niebywałych zdolności detektywistycznych dołączyłeś jeszcze czytanie w myślach?
Ash parsknął śmiechem i powiedział tajemniczym tonem:
- Być może.
- Dobra, stary. A tak na poważnie, to co mnie zdradziło?
Mój ukochany przybrał od razu rzeczowy ton, chociaż nadal się uśmiechał i odpowiedział:
- Bo zauważyłem, że kiedy zdemaskowałem twojego dziadka, ani razu się nie poruszyłaś. Ani razu na twojej twarzy nie pojawiło się zdumienie. Ani na chwilę nie sprawiałaś wrażenie zdziwionej. Zatem musiałaś o wszystkim wiedzieć.
Bianka pokręciła załamana głową, jakby czując się przytłoczona argumentami mojego męża, a swojego przyjaciela i powiedziała:
- Matko kochana. Ty nie jesteś aby za bystry?
- Nie wiedziałam, że można być za bystrym - stwierdziłam dowcipnie.
- Owszem, można, a twój mąż jest tego najlepszym przykładem - odparła na to Bianka, a następnie zwróciła się do Asha: - A co do ciebie, geniuszu, lepiej bądź ostrożny i nie zdradzaj wszystkim, jaki jesteś bystry. Bo bycie za bystrym też nie jest za dobre.
- W porządku, Bianko, bardzo ci dziękuję za ostrzeżenie - odpowiedział na to Ash, strasznie rozbawiony jej słowami - Wezmę sobie tę radę do serca.
- I bardzo dobrze, przyda ci się na przyszłość.
- A tobie przyda się kilka lekcji aktorstwa, abyś lepiej umiała ukrywać swoje myśli przed innymi, a zwłaszcza przed takimi geniuszami, jak ja i Serena.
- Niezwykle skromnymi geniuszami, jak widzę. No dobra, nieważne. To co? Czy dziadek ma zadzwonić do pani Gerdy i powiedzieć jej, że bierzecie tę sprawę?
Ash popatrzył na mnie uważnie, potem na Pikachu i Buneary. Nie chciał, jak widać podejmować tej decyzji bez nas. Bardzo mnie to ucieszyło, ponieważ nigdy nie chciałam być jedynie uroczym dodatkiem do niego w czasie naszych śledztw. Chciałam mieć taki sam wpływ na wszystko, jak on. I cieszyło mnie, że po ślubie Ash nadal również tego chce. Poza tym, jak drużyna, to drużyna. Decyzje zawsze podejmujemy razem. Zwłaszcza decyzje tak poważne jak to, czy bierzemy kolejną sprawę, czy też nie.
Oczywiście, w tej sytuacji odpowiedź mogła być tylko jedna.
- Dzwońcie - powiedzieliśmy ja i Ash niemalże jednocześnie.
Bianka uśmiechnęła się zadowolona, Lorenzo podziękował nam serdecznie, po czym wyszedł z pokoju, aby zadzwonić do naszej wspólnej znajomej, a Pikachu i Buneary zapiszczeli na znak zadowolenia. Widać było, że już się cieszą na naszą kolejną niesamowitą przygodę. Ja natomiast spojrzałam na Asha czułym wzrokiem i powiedziałam do niego:
- My chyba też musimy zadzwonić, gdzie trzeba.
- Dokąd? - spytała Bianka.
- Do Akademii. Że nasz pobyt tutaj trochę się przedłuży - odpowiedział Ash.
- Pika-pika! - zapiszczał wesoło Pikachu, wskakując mu na ramię.


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...