sobota, 7 stycznia 2023

Przygoda 125 cz. IV

Przygoda CXXV

Druga kula cz. IV


Wszelkie próby rozmowy z Margo nie zdały się nam na nic. Dziewczyna nie tylko zamknęła się w swoim pokoju, ale kiedy tylko próbowaliśmy zapukać do jej drzwi i nakłonić ją do rozmowy, to kazała nam się wynosić. Ponieważ zmuszanie kogoś do tego, aby chciał z nami pogadać nigdy nie było czymś, co popieraliśmy i co byśmy chcieli robić, dlatego odpuściliśmy sobie. Liczyliśmy, że jej ojciec może będzie bardziej rozmowny. Dlatego pojechaliśmy na komisariat, na którym nie tak dawno byliśmy i odnaleźliśmy inspektor Jenny.
- Musimy porozmawiać z Oliverem Fargem - powiedział Ash, jak tylko Jenny nas wpuściła do swojego gabinetu.
- Nie ma potrzeby. Już go przesłuchaliśmy - odpowiedziała policjantka.
- I co wam powiedział? - zapytałam.
- Przyznał się, że rozmawiał z Birdmanem niedługo przed zamachem. Ten mu miał zaproponować koalicję przeciwko Traskowi i ośmieszenie go poprzez jakieś brudy, które wyciągnęli nie wiadomo skąd. Nie przyznaje się jednak do zamachu. I nie przyznaje się do tego, że Birdman mu go proponował.
- A ty, oczywiście, mu nie wierzysz.
- Nie mam powodów, aby mu wierzyć. Zataił tak ważną informację podczas śledztwa, a to nie przemawia na jego korzyść. Wręcz przeciwnie, to tylko dowodzi, że namieszał i to nieźle.
- Jenny, namieszać może i namieszał, ale nie zabił! - zawołał Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał oburzonym tonem Pikachu.
- A skąd wy niby to wiecie, co? - spytała Jenny - Doceniam ten wasz instynkt detektywów, ale co wy oboje tak naprawdę o nim wiecie? Ty, Sereno, prawie wcale go nie znasz, bo dopiero co poznałaś jego i jego córkę. A ty, Ash, poznałeś Margo, gdy oboje byliście jeszcze dzieciakami. Z jej ojcem zaś chyba nie łączyła cię nigdy przyjaźń, prawda? To znaczy, lubiłeś go, ale nie poznałeś za dobrze.
- To wszystko prawda, ale...
- Ale dowodzi, że tak naprawdę nic o nim nie wiecie. Nie możecie więc mi zaręczyć za jego niewinność. A nawet gdybyście go lepiej znali, to człowiek nieraz potrafi zaskoczyć drugiego człowieka, nawet wtedy, kiedy go zna się od lat.
- To taka filozofia z podręcznika „Myślenie dla opornych”?
Jenny spojrzała groźnie na Asha. Jej oczy zabłyszczały gniewem.
- Uważaj, Ash. Przeginasz.
- Dopiero zaczynam - odpowiedział ze złością mój mąż - Nie zamierzam ci pozwolić na to, abyś tak łatwo zamknęła tę sprawę. Dopóki nie wyświetlimy w tej zagadce wszystkich faktów, masz na jej zakończenie moje stanowcze veto.
- I moje też - poparłam go.
Pikachu i Buneary zapiszczeli delikatnie na znak, że się z nami zgadzają, zaś ich pyszczki ozdobiły grymasy niechęci wobec policjantki.
Jenny zareagowała na to złośliwym stwierdzeniem:
- No proszę. Para ledwo dorosłych ludzi i para Pokemonów mi grozi. Czy już się powinnam zacząć bać?
- Nie chcemy ci w żaden sposób grozić - powiedział spokojnie, acz stanowczo Ash - Chcemy tylko, żebyś raczyła rozpatrzeć wszystkie aspekty tej sprawy.
- A to są jeszcze inne niż te, które dotychczas znamy? - zapytała Jenny.
- Jakieś na pewno są. Tylko musimy mieć czas, aby je zbadać.
- Jakieś na pewno są?! I co? Niby to ja mam powiedzieć prokuratorowi? Albo może moim bezpośrednim przełożonym?
- Komisarz Rocker na pewno ci uwierzy, gdy dowie się, że to nasze zdanie w tej sprawie i da się przekonać, aby kontynuować śledztwo.
- Komisarz tak, ale prokurator już nie jest taki wyrozumiały. Poza tym, to już nawet nie o niego chodzi.
- A o co?
- O co? Ty mnie jeszcze pytasz, o co? Nie widzieliście, co się dzieje na ulicy? Nie widzieliście i nie słyszeliście tych wyzwisk pod naszym adresem?
Jenny podeszła do okna i pokazała je ręką.
- Chcecie, żebym je otworzyła? Chcecie sobie posłuchać, jakie zamieszanie wywołała cała ta sprawa? Zresztą jechaliście tutaj. Byliście przed chwilą na ulicy. Chyba słyszeliście, co ci ludzie wykrzykują? I trudno się dziwić. Takich rzeczy jak ten zamach na polityka w biały dzień w tym mieście jeszcze nie widziano. To jest szok dla wszystkich. Zabito szefa partii liberalnej. A szef partii prawicowej został oskarżony o zorganizowanie na niego zamachu. A z kolei szef partii centralnej jest współwinny. Zwolennicy każdego z tych gości bojkotują mi tutaj pod oknem i pod siedzibą chwilowo jeszcze rządzących władz. Niewiele czasu minie, aż zaczną się tłuc ze sobą nawzajem. Mogą być ranni, nawet trupy. Nie widzicie, że przedłużanie śledztwa w tej sprawie tylko wszystko pogorszy?
- Rozwiążemy tę sprawę, tylko potrzebujemy trochę więcej czasu.
- Nie rozumiesz, Ash, że nie mamy już czasu? Za chwilę w mieście wybuchną zamieszki. Lewica wrzeszczy na ulicy i żąda, aby ukarać winowajców. Prawica zaś uważa, że jej szef jest niewinny i to wszystko wina centrum. A centrum krzyczy, że ich przywódca nic złego nie zrobił i obrażają lewicę i prawicę jednocześnie. I jakie będą tego efekty? Już za niedługo skoczą sobie do gardeł, a my nie powstrzymamy tego bez użycia siły. Padną ranni, nawet trupy. Ludzie poginą, a miasto może tego nie przetrwać. Nie rozumiecie, co nam grozi?! Tu już nie chodzi o jakieś tam durne procedury! Tu chodzi o przyszłość tego miasta! 
- Proszę cię, Jenny... Musimy mieć nieco więcej czasu. Cała ta sprawa jest o wiele bardziej złożona niż nam się wydaje. Dlatego musimy wiedzieć wszystko, ale to wszystko, co tylko może nam pomóc rozwikłać tę sprawę. Nie wiemy wciąż tego, kim jest zamachowiec i kto dokładniej mu to wszystko zlecił. Prawica ma na pewno z tym coś wspólnego, ale nie wiemy jeszcze, jak mocno są w to zamieszani.
Pikachu i Buneary poparli Asha piszcząc i kiwając łepkami, a ja dodałam:
- No i nie zapominaj o jednym. Jeżeli zostawicie wszystko takie, jakie jest w tej chwili, to wszystkie trzy partie i jej zwolennicy rozniosą to miasto w perzynę. Bo na co ty liczysz? Że wystawisz prokuraturze na żer Olivera Farge’a i wszystko się uspokoi? Przeciwnie, zamieszki tym bardziej wzrosną, bo będzie w tej sprawie tak wiele niewiadomych, że zwolennicy takiej i innej teorii, jakie się narodzą, będą próbowali ją bronić, choćby siłą. Skazanie Farge’a na podstawie jedynie teorii, bez żelaznych dowodów niczego nie naprawi. Ale wyjaśnienie sprawy doprowadzi do tego, że chociaż centrum stanie po naszej stronie. Lewica dalej się będzie domagać głowy mordercy swojego lidera, zaś prawica będzie zaprzeczać, że ma cokolwiek z tym wspólnego, ale nie będzie już tak silna jak teraz. W końcu nie zdołają dranie zaprzeczać oczywistym faktom w nieskończoność. Przegrają te wybory i uspokoją się. Bo przecież na pewno je przegrają. Nie mają szans na to, aby je wygrać.
- Chyba, że je sfałszują - zauważył Ash - Chociaż nie wydaje mi się, aby im się to udało. Nikt takiego fałszerstwa nie kupi. Nie w sytuacji, kiedy ich poparcie z każdym dniem jest coraz mniejsze.
- Naprawdę sądzicie, że ostateczne wybory coś tu zmienią? - zapytała Jenny - Sprawią, że te oszołomy pod naszymi oknami się uspokoją?
- Tak, bo wszystko się wtedy rozstrzygnie i już nie będą mieli przeciw czemu bojkotować - odpowiedział mój mąż.
- Pika-pika! - zgodził się z nim Pikachu.
- Jednak żeby przeprowadzić wybory, trzeba jak najszybciej zakończyć nasze śledztwo w sprawie zabójstwa Traska i rozwiać wszelkie wątpliwości - dodałam.
- Obawiam się, że trochę za bardzo idyllicznie to wszystko sobie wyobrażacie - mruknęła złośliwie Jenny, ale widać było, że mięknie - Postaram się wam jakoś załatwić widzenie z Fargem. Obawiam się tylko, czy to nie będzie za trudne.
- Twój szef to komisarz Rocker, a to nasz przyjaciel. On na pewno się zgodzi - powiedziałam.
- On tak, ale on też ma swoich szefów - wyjaśniła Jenny ponuro - A niestety, obawiam się, że im niespecjalnie zależy na prawdzie.
- Niby dlaczego?
- To proste, droga Sereno. Przecież to morderstwo godzi we władze policyjne Wertanii. Dowodzi, że policja nie umiała zapewnić bezpieczeństwa politykom i to tak ważnym. To plama na ich honorze, dlatego chcą teraz pokazać, jak są skuteczni w łapaniu zamachowców. Tylko to im może jeszcze pomóc, zanim stracą posady. I dlatego nie ważne, kogo oskarżymy o zabójstwo Traska. Ważne, żebyśmy go mieli i oddali pod sąd. A czy jest on naprawdę winny, czy nie, to już ich nie obchodzi.
- A zatem, poświęcą niewinnego człowieka dla posadki?
- Aż tak cię to dziwi? Sereno, zaskakujesz mnie. Przed chwilą uraczyłaś mnie dykteryjką na temat, dlaczego mam wam pozwolić na śledztwo i mówiłaś bardzo mądrze, a teraz znowu gadasz jak mała dziewczynka. Rozumiesz, że możesz mieć jeszcze dziecięce złudzenia, co do niektórych spraw, ale na serio... Mówisz teraz tak, jakbyś niczego się nie nauczyła podczas swoich przygód. Nie rozumiesz, jak działa na tym świecie polityka? A już zwłaszcza wielka polityka? To bezwzględna machina. W jej trybach prawda, tak naprawdę nikogo nie obchodzi.
- Nas obchodzi i zamierzamy o nią walczyć do samego końca.
Zdawałam sobie sprawę z tego, że brzmi to dosyć naiwnie i głupiutko, jakby dziecko rozmawiało z dorosłym na niezwykle poważne sprawy. Jednak w tamtej chwili nie umiałam inaczej postąpić. Musiałam bronić naszych poglądów podczas rozmowy z Jenny, gdyż przez chwilę poczułam się tak, jak dziecko chcące jakoś wytłumaczyć cynicznemu dorosłemu, w co wierzy. Na szczęście Ash poparł mnie w tej sprawie, dodając do mojej wypowiedzi te oto słowa:
- Wiele razy już udowodniliśmy prawdę i teraz też to zrobimy. Albo z twoją pomocą, albo bez niej. Tylko bez niej pójdzie nam trochę trudniej.
Jenny, widząc nasze stanowcze i pewne miny, westchnęła tylko głęboko, po czym powiedziała:
- Niech wam będzie. Komisarz jest teraz u generała policji. Odbiera od niego gratulacje za schwytanie sprawcy i zapewne tłumaczy mu, dlaczego jeszcze sobie na te pochwały nie zasłużył. Zadzwonię do niego i powiem mu o waszej prośbie.
Wzięła komórkę i zrobiła to, co zapowiedziała. Rozmowa nie trwała krótko, bo komisarz przecież nam sprzyjał, tak jak to przewidywaliśmy. Dlatego po chwili pani inspektor zakończyła połączenie, popatrzyła na nas i rzekła:
- Komisarz daje wam pozwolenie na rozmowę z Fargem. Ale ma to zostać jak na razie między nami. On sam właśnie przekonuje swoich przełożonych, żeby nie zamykać jeszcze śledztwa. Jeżeli mu się uda, to zyskacie jeszcze trochę czasu. Ale póki co, róbcie swoje i nie liczcie na cuda.
Po tych słowach, Jenny zabrała nas do aresztu, gdzie w osobnych celach byli już Oliver Farge oraz Birdman. Ten drugi, rzecz jasna, wcale nas nie interesował i nie mieliśmy zamiaru zawracać sobie nim głowy. Z tym pierwszym natomiast, to już sprawa przedstawiała się inaczej.
- Panie Farge, ma pan gości - powiedziała Jenny, otwierając drzwi od celi, po czym wpuściła nas do środka.


Weszliśmy, a Jenny zamknęła za nami drzwi i zostawiła nas samych z naszym podejrzanym. Mężczyzna ucieszył się na nasz widok, choć jego radość wyraźnie była mocno przytłumiona faktem, że musi tutaj przebywać, co w zasadzie wcale nas nie zdziwiło.
- Ash, Serena! Jak miło mi was widzieć, choć naprawdę szkoda, że w takich okolicznościach.
- Też wolelibyśmy inne, ale cóż... Taka sytuacja - odpowiedział Ash.
- Pika-pika - zapiszczał smutno Pikachu, lekko zwieszając łepek.
- Skoro tutaj jesteście, to domyślam się, że mi wierzycie, mam rację? - zapytał Oliver Farge.
- Dobrze pan się domyśla. Nie wierzymy w pana winę - powiedziałam - Ale nie rozumiemy, dlaczego ukrywał pan przed nami tak istotne fakty.
- Które to fakty teraz przemawiają przeciwko panu - dodał Ash.
- Dlaczego pan nie powiedział nam, że Birdman panu proponował koalicję? - zapytałam.
Farge opuścił lekko głowę w dół, westchnął głęboko i odparł ponuro:
- A uważacie, że to jest powód do chwalenia się? Że pozwoliłem sobie na to, żeby spotkać się z tym... Z tym stworzeniem, bo przecież człowiekiem nie umiem go nazwać. Podeptałem wszystkie swoje wartości i zasady, pozwalając sobie na te brudne układy z tym łajdakiem.
- Brudne układy? - zapytał mój mąż - Chce pan powiedzieć, że kłamał pan, gdy pan powiedział, że odrzucił pan jego propozycję?
- Nie kłamałem, ale nie powiedziałem wam całej prawdy - odparł na to Farge.
- Jaka zatem jest prawda?
- Prawda jest taka, że odrzuciłem jego niedawną propozycję, którą mi złożył przed zamachem. Ale wcześniejsze propozycje przyjąłem.
Pikachu i Buneary zapiszczeli zdumieni, a ja w szoku spojrzałam na mojego ukochanego, nie bardzo wiedząc, co mam o tym wszystkim myśleć. Ash natomiast patrzył ponuro na ojca Margo i spytał:
- Panie Olivierze... Po co panu w zasadzie to było? Te brudne układy, jak pan to ujął? Po co to panu było?
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Sam nie wiem. Czułem, że mogę tych wyborów nie wygrać i dlatego, kiedy ta szuja Birdman powiedział, iż może stworzyć ze mną centropraw i wspólnie bez trudu zniszczyć Traska, mimo mieszanych uczuć, zgodziłem się, ale chciałem mieć pewność, jakie działania on podejmie w tym celu. Kiedy powiedział mi, w jaki to sposób chce wykończyć Traska, uznałem to za nieetyczne i odmówiłem.
- A jakie metody panu zaproponował? Zabójstwo Traska? - zapytałam.
- Skądże! - zawołał urażony tym zarzutem Farge - Uwierzcie mi, nigdy bym się na coś takiego nie zdobył.
- Pan nie, ale on?
- On? Dajcie spokój! Birdman to zwykły tchórz! Krzyczeć to on potrafi i to jeszcze jak, ale kiedy przychodzi co do czego, ucieka i chowa się za plecami tych swoich wiernych wyznawców. Nie, moi kochani. Żeby zaplanować morderstwo i to z zimną krwią, trzeba mieć odwagę, a on tego nie posiada. Nie, on mi nigdy nie proponował morderstwa Traska.
- Więc co panu zaproponował?
- Chciał, żebyśmy sfabrykowali przeciwko niemu dowody o jego powiązaniu z nieistniejącą już organizacją Rocket lub innymi organizacjami przestępczymi. Bo Birdman powiedział, że za pomocą swoich szpiegów znajdzie coś na Traska, ale mu się nic nie udało odkryć. Uznał więc, że wobec tego sfabrykuje coś przeciwko niemu. O ile mogłem zgodzić się na propozycję wykończenia Traska za pomocą tego, co jest prawdą (może zdobytą w niezbyt uczciwy sposób, ale przecież zawsze prawdą), to nie mogłem pozwolić na to, aby fabrykować przeciwko niemu dowody. Przecież to jawny kryminał, a prócz tego niezgodne z moimi zasadami. Dlatego, gdy Birdman chciał ode mnie pomocy w tym niecnym procederze, odmówiłem.
- Jak on na to zareagował? - zapytał Ash.
- A jak wam się wydaje? Wściekł się - odpowiedział Farge - Nieraz widziałem go wściekłego, ale mimo wszystko to, co wtedy zrobił, było po prostu straszne. To bydlę zaczęło mnie wyzywać od zdradzieckiej mordy i żałosnej karykatury i takie tam inne. I że sam sobie beze mnie poradzi, a ja jeszcze będę skamleć o to, żeby on znowu chciał ze mną współpracować. Mówię wam, gdyby nie to, że to było wręcz beznadziejne, to by mnie to nawet bawiło.
Widzieliśmy już Birdmana w akcji, jak potrafi się wściec i krzyczeć, dlatego łatwo uwierzyliśmy w to, co powiedział nam Farge.
- A niedługo po tym wszystkim, doszło do zabójstwa Traska - powiedział po chwili Ash.
- Tak, zgadza się - odpowiedział mu ojciec Margo - A ja się bałem, że jeżeli prawda o moich kontaktach z Birdmanem wyjdzie na jaw, to wtedy policja uzna, iż mam z tym coś wspólnego. Teraz wiem, że to był błąd.
- Podobno znaleziono u pana telefon, z którego zamachowiec kontaktował się z rusznikarzem, który zrobił dla niego broń i zapłacił za to życiem.
- Wiem o tym. Ale powtarzałem już policji. Nie wiem, skąd ten telefon wziął się w moim biurku.
- Ale są na nim pańskie odciski palców, mam rację?
- A jak mają nie być? Sam otworzyłem szuflady biurka i wyjąłem wszystko, co w nich było. Dotykałem wszystkich rzeczy, które się tam znajdowały. Również tego przeklętego telefonu.
- A jak pan wytłumaczy to, że sprawdzono bilingi tego telefonu i połączenia do rusznikarza wychodziły właśnie z pana domu?
- Widocznie ten ich policyjny ekspert się pomylił. Ja nigdy nie dzwoniłem z tego telefonu do kogokolwiek.
- To może ktoś w pana domu to zrobił?
- A niby kto? Margo? Hector? Nasza gosposia? Nie wierzę, żeby którekolwiek z nich to zrobiło.
Asha nagle coś naszło. Spojrzał uważnie na polityka, pomasował sobie lekko palcami podbródek, po czym zapytał:
- A czy Margo często bywa u pana w pańskim gabinecie?
Oliver Farge spojrzał na Asha złowrogo, po czym zerwał się dziko z krzesła, na którym siedział i zawołał:
- Wiem, do czego zmierzasz, Ash i stanowczo temu zaprzeczam! Moja córka niczego nie zrobiła! I niby po co miałaby to robić?!
- Może po to, aby pomóc ojcu wygrać wybory? - odpowiedział Ash - A jeżeli podsłuchała pana rozmowę z Birdmanem i dowiedziała się o waszym układzie? I to ona załatwiła wszystko z zamachem?
- Chyba nie wierzysz w to, co mówisz! Margo nie byłaby do tego zdolna!
- Może nie wiemy o niej wszystkiego? Nie chce nam nic powiedzieć na pana temat, a jestem pewien, że coś wie. Albo wie, że jest pan winien, albo dobrze wie, że pan jest niewinien. Jeżeli chodzi o to pierwsze, to rozumiem jej milczenie. Ale jeżeli jest pan niewinny, to już jej nie rozumiem. Chyba, że to ona jest winna i nie wie już sama, co ma robić. Wkopać siebie, aby pana uratować? Czy może jednak poświęcić pana, aby ratować siebie?
Ja, Pikachu i Buneary patrzyliśmy w niezłym szoku na Asha. Nie bardzo teraz wiedzieliśmy, co mamy o tym wszystkim myśleć. Czy mój ukochany naprawdę tak uważał? Naprawdę podejrzewał Margo? Czy może po prostu prowadził jakąś grę z naszym podejrzanym? Jedno i drugie było równie mocno prawdopodobne. A my, choć znaliśmy go od bardzo dawna, nie umieliśmy tego odkryć. Przyznam, że mnie to lekko zdołowało. Ash mimo naszego małżeństwa, nie zawsze mówił mi o swych pomysłach i domysłach od razu. Nadal wiele razy czekał na dogodną chwilę, aby to zrobić. Ale kiedy ma ta chwila nastąpić, decydował on sam. Cały on, Sherlock Ash, wybitny detektyw, który zostawiać dla siebie jak najdłużej to, co najlepsze. No cóż... Chyba to mu zostanie na zawsze.
- Margo jest niewinna, Ash. Mogę cię zapewnić - powiedział po chwili Farge - Naprawdę nie wierzę w to, że byłaby w stanie to zrobić.
- A może pan wyjaśnić, o co niedawno pokłócił się pan z córką? - spytał Ash.
Farge ponownie spojrzał na niego zdumiony i odparł:
- Nie rozumiem, o czym mówisz. Nigdy nie kłóciłem się z moją córką. Może trudno w to uwierzyć, ale my się nigdy o nic nie pokłóciliśmy. Nawet wtedy, gdy zaczęła wchodzić w okres dojrzewania. Nigdy się o nic nie kłócimy. Jeśli mamy w jakieś sprawie inne zdanie, rozmawiamy ze sobą, wymieniamy poglądy, ale nigdy nie było tak, abyśmy się o cokolwiek pokłócili.
- Naprawdę? Słyszeliśmy co innego.
- A zatem macie błędne informacje. Ja nigdy się nie pokłóciłem o nic z moją kochaną córeczką. A i ona o nic się ze mną nie kłóciła. Jeżeli zatem z kimś się o coś pokłóciła, to na pewno nie ze mną. To nie byłem ja.
Wyjaśnienie Farge’a zburzyło nasz dotychczasowy sposób myślenia. Ja i Ash do tej pory sądziliśmy, że Margo pokłóciła się z ojcem o coś, co ma związek z tą sprawą i podejrzewa go teraz o to, iż jest winny i dlatego milczy, aby nie pogrążyć go przed policją. Jeżeli jednak Margo nie pokłóciła się z ojcem, to znaczyło, że wie doskonale o tym, iż jest on niewinny i jedynie przez nieostrożność wmieszał się w to wszystko, ale poza tym nie zrobił nic złego. Zatem, dlaczego milczy? Czy mimo to ma wątpliwości i chce osłaniać ojca? A może jednak kogoś innego? Tylko kogo? I w zasadzie po co? Przecież nikt chyba nie jest jej tak bardzo bliski jak jej tata. Jeśli więc wie, że jest on niewinny i wie, kto zabił, dlaczego tego kogoś nie wyda? Czyżby ten ktoś był jej jeszcze bliższy? Ale czy mimo wszystko, w takiej sytuacji, w jakiej obecnie byli, po prostu by nie ratowała ojca? No i najważniejsze pytanie. Jeżeli nie z ojcem się wtedy pokłóciła, to z kim?
Podzieliłam się z Ashem tymi wątpliwościami, kiedy wychodziliśmy z celi Farge’a. Mój ukochany zgodził się ze mną w tej sprawie, ale nie umiał na żadne z tych pytań odpowiedzieć.
- Naprawdę, wszystko już teraz komplikuje się jeszcze bardziej - powiedział do mnie Ash - W zasadzie niby wszystko już wiemy, ale koncepcję psuje nam to tak niezrozumiałe zachowanie Margo.
- Wiemy już wszystko? - zapytałam z lekką irytacją - To może ty wiesz, bo ja jak na razie, błądzę jak dziecko we mgle i niczego nie wiem.
- Przeciwnie, wiesz wszystko, tak samo jak ja, tylko jeszcze nie rozumiesz w tej sprawie kilku aspektów. Ale nic nie szkodzi, bo ja też ich nie rozumiem. Póki co, oczywiście.
- No dobrze, a więc wyjaśnij mi to, co ja rzekomo wiem, choć sama o tym nie mam pojęcia.
Ash nie przejął się moim tonem, tylko uśmiechnął się, jakby chciał mi rzec, że wyglądam uroczo, kiedy się złoszczę, co zresztą wiele razy już mi mówił. Nie wiem, czy mam mu wierzyć, bo widząc w lustrze siebie złą, to jakoś nie widzę w sobie czegokolwiek pięknego. Ale może zakochany mąż patrzy inaczej na swoją żonę niż ona sama?
- No słucham zatem. Co tak naprawdę wiemy o tej sprawie? - zapytałam.
Pikachu i Buneary też zapiszczeli pytająco, patrząc na niego uważnie. Ash zaś przybrał ten swój cwany wizerunek twarzy, który zwykle przybierał, kiedy się już czegoś domyślał i powiedział:
- Pomyślcie tylko chwilę. Margo ma tylko dwie bardzo bliskie sobie osoby, które mogłaby w takiej sytuacji osłaniać. Jedna siedzi, a zatem zostaje druga. Czy tak trudno odgadnąć, kto to jest?
Trzasnęłam się w głowę otwartą dłonią, kiedy już zrozumiałam, do czego Ash zmierza. Teraz wszystko nabierało sensu i układało się w logiczną całość. Byłam na siebie zła, że nie pomyślałam o tym wcześniej.
- Ale w zasadzie, to jesteś tego pewien? - zapytałam.
- Oczywiście. Wszystko się zgadza - odpowiedział Ash i nagle spochmurniał - No, prawie wszystko. Nie potrafię zrozumieć jednej rzeczy.
- Z kim się kłóciła Margo w gabinecie ojca?
- Nie, bo tego już się domyślam. Uważam, że to ta sama osoba, którą kryje Margo. Nie rozumiem innej rzeczy. Jeżeli Margo wie, kto zabił i dlaczego, czemu go nie wyda w zamian za życie ojca? Rozumiem, że ta osoba jest jej bliska, ale dlaczego siedzi cicho? Czy nie lepiej jest uratować ojca i to nawet za cenę utraty drugiej bliskiej osoby? Chyba, że ten drań coś na nią ma, bo Margo wcale nie jest tak kryształowa, jak nam się wydaje. Nie, co ja wygaduję?! Och, to wszystko nie ma najmniejszego sensu i w zasadzie nic już nie wiem! Nawet nie wiem, czy moje podejrzenia są słuszne. To tylko przypuszczenia. A policja ich nie kupi.
Mijaliśmy na ulicy kolejne skandujące grupy zwolenników wszystkich trzech partii politycznych, zażarcie się ze sobą kłócące i wyzywające się w tak wrednymi i obrzydliwymi epitetami, że cytowanie ich wywołuje ból ust, a słuchanie ból uszu. W mało którym teraz miejscu na mieście było spokojnie, pod komendą policji tak mocno wrzało, że aż trudno było chwilami tam się dostać, a w centrum miasta nie było wcale lepiej. Sytuacja przedstawiała się fatalnie. Ludzie, jak na razie, jedynie krzyczeli głośno na siebie nawzajem i nie dopuszczali się wobec siebie żadnych rękoczynów, ale nie było wiadome, kiedy w końcu to zrobią. Co prawda policja z uwagą ich wszystkich obserwowała, gotowa interweniować w razie czego, ale było widać, że sami się boją. Ludzi w tłumie było o wiele więcej niż funkcjonariuszy i raczej musieliby wezwać posiłki, aby ich uspokoić i było ryzyko, że raczej nie uda im się spacyfikować tłum spokojnymi metodami.
Rozmawialiśmy przechodząc przez w miarę spokojne miejsca, gdzie tłumów nie było, ale takich miejsc naprawdę było niewiele. Ludzie zbierali się w różnych miejscach, słuchając wypowiedzi różnego rodzaju demagogów. Do tego wzywali do siebie dziennikarzy, opowiadając im swoją wersję wydarzeń. A my niestety, już nie mogliśmy swobodnie rozmawiać, przechodząc przez centrum miasta, gdzie tak wielu było ludzi i tak mocno demonstrowali niezadowolenie z obecnej sytuacji, jak i też niechęć do przeciwników, że chwilami własnych myśli nie było słychać. Do głowy przyszła mi refleksja, kto tu niby pracuje, skoro tak wielu ludzi skanduje i okazuje jawnie swoją niechęć policji, władzy i sobie nawzajem. Obawiałam się, że jak tak dalej pójdzie, to Wertania stanie w miejscu. Po prostu szok. Widziałam już wiele chaosu wokół wyborów, ale takiego jeszcze nie. Ten to po prostu przerastał chyba wszystkie moje wyobrażenia.
Właśnie mijaliśmy grupkę ludzi, którzy udzielali wywiadu zebranym wokół nich dziennikom, kiedy nagle ci osobnicy dostrzegali i zaczęli krzyczeć w naszym kierunku. Dziennikarze natychmiast wszystko porzucili, podbiegli do nas, kręcąc nas kamerę i podtykając nam bez pytania mikrofony i pytając:
- Państwo Ketchum, jak tam śledztwo? Czy zostało zakończone? Czy policja aresztowała prawdziwych sprawców? Jak się teraz czujecie wiedząc, że przyjaciel, u którego mieszkaliście, okazał się być zleceniodawcą morderstwa? A czy jego córka też brała w tym udział? Co macie do powiedzenia w tej sprawie?


Ten słowotok był niesamowicie przytłaczający i czułam, że jeszcze trochę i stracę nad sobą panowanie. Dziennikarze w tamtej chwili wydawali mi się wprost obrzydliwi, a zadawane przez nich pytania nie tylko niestosowne, ale jeszcze na dodatek tak ohydne, że jeszcze chwila i bym chyba kopnęła w kamerę tego, który ją trzymał. Na szczęście Ash powstrzymał mnie przed tą utratą wizerunku, gdyż jedynie zwrócił się do tych chciwych sensacji hien i powiedział:
- Czy mamy coś do powiedzenia? A tak, nawet dwa słowa. ODWALCIE SIĘ!
Następnie dał znak Pikachu, który zaczął sypać iskry z policzków i grozić w ten sposób dziennikarzom, że za chwilę porazi ich prądem, jeśli od nas nie odejdą. Chyba zrozumieli aluzję, bo natychmiast od nas odskoczyli, dając nam przejść, ale zaraz potem zaczęli posyłać w naszym kierunku różnego rodzaju obelgi. Kilku zaś, mimo wszystko, jeszcze próbowało za nami biec, ale wtedy nagle podjechała do nas samochodem Alexa, która kazała nam wsiąść do środka. Posłuchaliśmy jej i już po chwili kobieta zabrała nas ze sobą daleko od tego tłumu.
- Dzięki, Alexa. Byłoby już po nas, gdybyś się nie zjawiła - powiedziałam.
Pikachu i Buneary zapiszczeli z ulgą, a Ash dodał:
- Naprawdę ratujesz nam skórę, Alexa.
- Nie ma sprawy, kochani. Bardzo chętnie zawsze wam pomogę, wiecie o tym - odparła na to dziennikarka - Przy okazji, liczę na ciekawy wywiad od was.
- No tak. A ja naiwnie się łudziłem, że pomagasz nam bezinteresownie.
- Ash, mój drogi, nigdy nie zaszkodzi przy okazji wyciągnąć coś dla siebie z takiej sprawy. Ale spokojnie, pomagam wam z przyjaźni. Chociaż miło by mi było dostać od was wywiad z pierwszej ręki o całej tej sprawie. Bo bardzo, ale to bardzo mnie ona intryguje.
- Nie tylko ciebie. Widziałaś tych pismaków na ulicy? Oni też są ciekawi, co my wiemy w tej sprawie - mruknęłam z ironią.
- Oni nie są ciekawi prawdy. Oni chcą sensacji - stwierdziła Alexa - Ja zaś chcę poznać prawdę i potem ją opublikować. Żeby nikt nie miał wątpliwości, kto za tym wszystkim stoi i dlaczego.
- Problem polega na tym, że chwilowo my sami tego nie wiemy - odparł Ash - Mamy tylko pewne podejrzenia, ale dla sądów to za mało.
- No właśnie, a do tego Jenny nam powiedziała, że prawda tak naprawdę tutaj nikogo nie obchodzi - dodałam ponuro - Nikogo na górze, oczywiście. Góra już ma swoich winowajców i nic więcej ją nie obchodzi. Obawiam się, że nie będzie tak łatwo ich do czegokolwiek przekonać.
- Spokojnie, kochani. Ja w was wierzę - odpowiedziała życzliwie Alexa - Jeśli ktoś ma wyjaśnić prawdę, to tylko wy.
- Dzięki za wiarę w nasze siły. Przyda się nam to, bo sami powoli tę wiarę już zaczynamy tracić - powiedział Ash.
- Pika-pika - potwierdził smętnym piskiem Pikachu.
Helioptile Alexy, siedzący jej dotąd na ramieniu, skoczył zwinnie w kierunku naszego pokemoniego przyjaciela i delikatnie trącił go łapką, aby go pocieszyć. Podobnie postąpiła także Buneary, piszcząc przy tym w słodki sposób. Pikachu, widząc to, czule się do nich uśmiechnął i chyba poczuł się nieco lepiej, czego o nas nie można było już powiedzieć, chociaż słowa Alexy podniosły nas delikatnie na duchu. Niestety, tylko i wyłącznie delikatnie.
Alexa, na naszą prośbę, podwiozła nas pod dom Farge’a. Kiedy wysiedliśmy z auta, powiedziała, że ma jeszcze kilka spraw do załatwienia i nie może dłużej z nami zostać, ale życzy nam powodzenia w naszej sprawie.
- Tylko nie traćcie ducha. To przecież nie jest w waszym stylu - powiedziała nam na do widzenia.
Po tych słowach, odjechała, a my zostaliśmy sami ze swoimi myślami. Łatwo było powiedzieć, abyśmy nie tracili ducha, ale trudniej było to zrealizować. Cała ta sprawa już nas mocno przytłaczała. Ash posiadał pewne podejrzenia, ale co z tego, skoro nie mieliśmy na ich potwierdzenie żadnych dowodów. A już na pewno nie takich, które mogłyby w jakikolwiek sposób przekonać władze do tego, że ojciec Margo jest niewinny. A do tego czasu mieliśmy coraz mniej. Liczyliśmy na Jenny i na komisarza Rockera, że mimo wszystko załatwią nam więcej czasu, ale przecież nie było pewności, czy im się uda. Zasadniczo, w tej sprawie nic nie było pewne. Nawet to, czy mieliśmy rację i Oliver Farge naprawdę był niewinny. Choć to była jedna z niewielu rzeczy, jakie w tym śledztwie uważaliśmy za pewnik, ale czy tak po prawdzie, Jenny nie miała racji? Nasze przekonanie opieraliśmy jedynie na tym, że znamy Margo i wierzymy w to, iż jej ojciec jest niewinny. Ale co my o nim tak na dobrą sprawę wiedzieliśmy? Ash poznał go jako porządnego człowieka, jednak to było dawno temu. Kto wie, czy nie zmienił się on przez ten czas na gorsze?
Oczywiście staraliśmy się odrzucać takie myśli, aby nie zwariować i móc tę sprawę w jakiś sensowny sposób zakończyć. Poza tym Ash był pewien tego, co mi wcześniej powiedział i jedynie fakt, że Margo milczy podważał tę teorię. Bo jak to niby można uwierzyć w taką sytuację, iż nasza przyjaciółka byłaby w stanie bronić inną bliską sobie osobę, a poświęcać swojego własnego ojca, z którym przecież ma tak doskonałe relacje? Chyba, że wcale nie są one tak doskonałe, jak to oboje chcą nam przedstawić.
Jak zatem widać, pytania rosły z każdą minutą, a odpowiedzi jak dotąd nawet na horyzoncie nie było widać. Taka sytuacja, co chyba aż nadto jest oczywiste, nie sprzyja bynajmniej rozwiązywaniu zagadek. Podobnie jak i sytuacja, którą oboje zastaliśmy w domu pana Farge’a. A sytuacja ta pozostawiała wiele do życzenia. W domu były jedynie gosposia i Margo, która na nasz widok zamknęła się w swoim pokoju i nie chciała z niego wyjść, mimo usilnych próśb z naszej strony.
- Dajcie już spokój, moi mili. To nic nie da - powiedziała do nas gosposia ze smutkiem w głosie - Margo jest bardzo uparta. Jak się uparła, że z nikim nie będzie rozmawiać, to tak zrobi.
- Nawet jeżeli od rozmowy z nią może tak wiele zależeć? - zapytałam.
- Nawet wtedy. Przykro mi, ona już taka jest. Nic na to nie poradzimy. Lepiej spróbować porozmawiać z paniczem Hectorem, jak już wróci do domu.
- Czyli go nie ma? - zapytał Ash.
- Oczywiście, że nie ma - odpowiedziała gosposia - Teraz, kiedy pan Oliver został zatrzymany, musi dopilnować wszystkich spraw związanych z partią, bo jak pan Oliver wróci, będzie kontynuować udział w wyborach.
Nie zapytaliśmy kobiety, czy to oznacza, że wierzy ona w powrót Farge’a. Jej słowa mówiły same za siebie. To dowodziło, jak mocno wierzy ona w niewinność swego pryncypała. No cóż... Przynajmniej ona miała do tego podstawy, bo jeżeli chodzi o nas, to nie mogliśmy tego o sobie powiedzieć. Wątpliwości w tej sprawie były zbyt wielkie.
Gosposia przygotowała dla nas obiad i posiłek dla naszych Pokemonów. Choć w obecnej sytuacji apetyt raczej nam zmalał, to jednak byliśmy mimo wszystko na tyle głodni, że chętnie skorzystaliśmy z uprzejmości kobiety. Margo nie wyszła do nas, żeby zjeść z nami posiłek, gosposia więc zostawiła go jej przed drzwiami, a jakoś z pół godziny później odebrała talerz pusty.
W trakcie obiadu, dołączyła do nas Cleo, która w międzyczasie ucięła sobie chyba drzemkę. Gosposia oczywiście i dla niej miała porcję, a ponieważ posiłek był pyszny, nasza przyjaciółka nie pogardziła nim.
- Wybaczcie, źle spałam w nocy. Musiałam się trochę zdrzemnąć, bo inaczej, bo głowa bolała mnie niemiłosiernie - powiedziała do nas, aby wytłumaczyć swoje zachowanie.
- Nic się nie stało. Margo jest cała i zdrowa, więc wszystko dobrze - rzekł na to Ash - Ale mimo wszystko, obserwuj ją dalej. Gdyby wychodziła, daj nam znać i idź za nią. Mam obawy, że ktoś zechce zrobić jej krzywdę.
- Sądzisz, że mogą chcieć ją zabić? - zapytałam zaniepokojona.
- Sądziłem i nadal tak sądzę. Czekają tylko na dogodną okazję. Albo jeszcze nie wiedzą, czy im się to opłaci i dlatego jeszcze zwlekają. Możliwe też, że zechcą ją wykończyć, kiedy już będą pewni, że jest to konieczne.
- Może jednak tego nie zrobią.
- Zrobią, na pewno zrobią. A przynajmniej będą próbować. I wtedy właśnie my wkroczymy do akcji. Cleo, liczę wtedy na ciebie. Musisz czuwać nad Margo, a gdy ktoś jej zechce pod naszą nieobecność coś zrobić, wkroczysz do akcji, a przy okazji wezwiesz nas i policję.
- Nie ma sprawy, Ash. Możesz na mnie liczyć - odpowiedziała mu Cleo.
Zasmucona i zaniepokojona zarazem, powoli dokańczałam swój posiłek, a po głowie krążyło mi mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Przede wszystkim, nie byłam tak do końca pewna, czy metoda działania Asha względem Margo coś pomoże. Przecież w jej przypadku po prostu czekaliśmy, aż ktoś ją zaatakuje, aby go złapać i potem go wykorzystać jako sposób na schwytanie reszty spiskowców. Przecież, jakby nie patrzeć, to było robienie z Margo żywej przynęty. Ale tak po prawdzie, to co innego niby nam zostało? Dziewczyna nie chciała z nami rozmawiać, a próby zmuszenia jej do tego nie przynosiły nam żadnych rezultatów. Choć może zabrzmi to brutalnie, ale nie było innego wyjścia, jak pozwolić, aby zamachowcy zrobili jej krzywdę, bo tylko wówczas zacznie rozumieć, jak poważna jest sprawa i wszystko nam wyjaśni.
Siedzenie jednak i czekanie, aż przyjdzie najgorsze zdecydowanie nam się ani trochę nie uśmiechało. Z tego powodu, Ash postanowił, że będzie coś robił. Wziął kilka kartek papieru, porozpisywał po nich najróżniejsze możliwości, jakie w tej sprawie widział, zapisał także to, co już wiemy i potem próbował wyciągnąć z tego należyte wnioski. Nie było to jednak łatwe.
- Wiemy, że Farge chciał współpracować z Birdmanem, ale nie wiedział, co ten kombinuje - rzekł mój mąż, kiedy wraz z Cleo, Pikachu i Buneary siedzieliśmy w w moim i jego pokoju - Wiemy również i to, że nie zgodził się na sfabrykowanie dowodów na Traska. Dzień później Trask został zabity. Farge jest podejrzany, bo nie mówił nam wcześniej o swoich układach z Birdmanem, co w obecnej sytuacji przemawia przeciwko niemu.
- No i znaleziono telefon u niego, z którym kontaktowano się z rusznikarzem - zauważyłam.
- To akurat świadczy o jego niewinności, kochanie.
- Niby dlaczego?
- Pomyśl tylko. Gdybyś to ty była na jego miejscu i zorganizowałabyś zamach na swojego rywala, czy zostawiłabyś sobie telefon, który może cię wkopać?
Westchnęłam załamana swoją ignorancją. Ash nieraz w złości na siebie mówi, że nie umie myśleć. Chyba jednak ta wada dotyczy bardziej mnie.
- Masz rację. To by było strasznie głupie. Gdyby był winny, wyrzuciłby go.
- No, ale to przecież z tego domu wykonywano połączenia - zauważyła Cleo - Sam tak mówiłeś, Ash.
- To prawda i dlatego to zawęża krąg podejrzanych - odpowiedział na to Ash - Ale nie sprawia, że przybliżamy się do rozwiązania sprawy. Wiecie już, kogo w tej sprawie podejrzewam. Jednak to tylko przypuszczenia. Nie ma żadnych dowodów, a bez nich sąd tego nie kupi. No i jeszcze to milczenie Margo. Nie rozumiem tego. Skoro wie, kto jest winny, a już na pewno wie, że nie jej ojciec, czemu nadal siedzi cicho? Aż tak jej zależy na mordercy? A może mści się na ojcu? A może to właśnie ona jest temu winna i tylko udaje taką pokrzywdzoną?
Ash westchnął załamany, złapał się mocno za głowę i powiedział:
- Och, mówię wam. Za dużo tu niewiadomych, za mało wiadomych.
Pikachu i Buneary zapiszczeli smutno, potwierdzając jego słowa. Ja i Cleo nic nie mówiłyśmy, aby mu nie przeszkadzać w główkowaniu, choć nie zapowiadało się na to, żeby owo główkowanie miało cokolwiek mu przynieść. Ani też nam.
Wtem do pokoju weszła gosposia z koszem pełnym prania.
- Zbieram pranie. Macie coś do prania, kochani? - zapytała.
Trochę rzeczy mieliśmy, dlatego skorzystaliśmy z okazji i daliśmy je, kładąc po kolei każdą z nich na kosz. Było tam już sporo ubrań, część należała na pewno do pana Farge’a, inne zaś do Hectora, a zwłaszcza sweter mający rękaw brudny od czegoś białego. Jeszcze inne należały do Margo. Wśród nich dostrzegłam sukienkę najnowszego fasonu, a także trochę kobiecej bielizny. Oceniłam wszystko jednym rzutem oka i powiedziałam:
- Sporo tego jest. Nie wiem, czy powinniśmy pani dokładać pracy.
- To żadne dokładanie pracy, moi mili - odpowiedziała kobieta - Po prostu za to mi płacą i tyle. Poza tym, lepiej jest, jak pranie jest większe. Po co robić pranie dla małej ilości ubrań? Przecież to nie ma sensu.
Po tych słowach, uśmiechnęła się delikatnie i odeszła, zostawiając na samych z naszymi myślami. Niestety, ponieważ z owych myśli nic nadal nie wynikało, to w końcu musieliśmy wziąć sobie wolne od główkowania. I tak niczego mądrego nie udało się nam wymyślić i nic nie wskazywało na to, aby miało być inaczej.

***


Następnego dnia zjedliśmy spokojnie śniadanie, pogrążeni w milczeniu oraz we własnych myślach, próbując zrozumieć to, czego nie umieliśmy pojąć wczoraj. Margo, oczywiście z nami nie jadła, zadowalając się posiłkiem w samotności. A jak już go zjadła, to poszła się przejść. Oczywiście za nią niczym cień ruszyła Cleo z zamiarem obserwowania jej i przyjścia z pomocą na wypadek, gdyby spotkało ją coś złego, a to, że musiało to nastąpić prędzej czy później, było dla nas jedną z tak niewielu pewnych dla nas rzeczy.
Hector niedługo potem też wyszedł. Gdy to robił, powiedział nam:
- To ja już pójdę. Obowiązki wzywają. Partia nie może przestać funkcjonować pod nieobecność pana Farge’a. Dopóki nie wróci, to jako jego sekretarz muszę się porządnie wziąć do pracy i dopilnować, aby wszystko się nie rozpadło. W końcu opozycja tylko na to czeka. Nie możemy sprawić jej tej przyjemności.
W odpowiedzi pokiwaliśmy jedynie głowami, aby mu pokazać, że rozumiemy doskonale, o co mu chodzi. Nie zadawaliśmy mu zbędnych pytań, bo i tak w ogóle nas nie obchodziło, jakie dokładniej ma on obowiązki do wykonania. Poza tym, w tamtej chwili mieliśmy ciekawsze sprawy na głowie. Sprawy, którym notabene, jak na złość, jakoś nie potrafiliśmy podołać.
Dodatkowo humor popsuł nam telefon, który zadzwonił do nas. Kiedy tylko gosposia oznajmiła nam to, podeszliśmy do aparatu i stanęliśmy przed nim tak, aby było mnie i Asha dobrze widać. Na ekranie telefonu ujrzeliśmy postać inspektor Jenny, patrzącej na nas z powagą, a zarazem ogromnym smutkiem. Po jej minie dość łatwo wydedukowałam, że nie jest ona zadowolona.
- Słuchajcie, sprawa nie wygląda najlepiej - powiedziała - Rozmawiałam już z komisarzem, a ten z generałem policji. Niestety, tym na górze nie podoba się to, że wasza dwójka... Jak to ujął pan generał? Aha! Szuka dziury w całym. Tak, właśnie tak to powiedział. Dodatkowo jest niezadowolony z tego, że drążycie temat, kiedy jego zdaniem wszystko już jest jasne. Ale ze względu na to, że jak dotąd mieliście zawsze nieposzlakowaną opinię oraz spore sukcesu na koncie, daje wam ostatnią szansę. Macie odnaleźć prawdziwego sprawcę do jutra.
- Co?! Do jutra?! On chyba sobie żarty stroi! - krzyknął oburzony Ash, a jego wierny pokemoni druh poparł go, wyrażając swój sprzeciw głośnym piskiem.
- Wybacz, ale tak naprawdę on powiedział - odparła Jenny, rozkładając przy tym bezradnie ręce - Macie czas do jutra. Potem on zamyka dochodzenie i oddaje Farge’a pod sąd.
- Czyli albo do jutra rana złapiemy mu winowajcę, albo on wyda sądom pana Farge’a, niewinnego człowieka, a wszystko po to, aby wykazać się przed ludźmi i zachować swój stołek? - zapytałam ze złością.
- Witaj w świecie wielkiej polityki, Sereno - odparła ironicznie Jenny - Takie już ich metody działania. Uprzedzałam was. Poza nami, nikogo tak naprawdę tutaj nie interesuje prawda. Postarajcie się zatem znaleźć winnego, bo inaczej naprawdę generał doprowadzi do wsadzenia Farge’a do więzienia i to na dożywocie. Jest w stanie to zrobić. Proszę was, cokolwiek planujecie, zróbcie to szybko. Czas ucieka.
Po tych słowach, rozłączyła się. Ash ze złością odłożył słuchawkę i mruknął pod nosem coś, czego na szczęście nie zrozumiałam, a co mi brzmiało jak bardzo mocne i ostre przekleństwo. Zasadniczo, sama miałam ochotę wtedy kląć na czym świat stoi. Wiedziałam jednak, że chociaż pomogłoby mi to rozładować napięcie, to na pewno nie przyczyni się do rozwiązania sprawy.
- Słyszałaś to wszystko, Sereno? - zapytał mnie z irytacją w głosie Ash - Tych durniów na górze nie obchodzi prawda. Chcą jedynie kozła ofiarnego, na którego zwalą całą winę za wszystko, co tu się stało. Zawiedli jako stróże bezpieczeństwa i proszę, zamierzają obwinić o to pierwszą osobę, która im się nawinęła. A wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? Że jakoś wcale mnie to nie dziwi. W zasadzie, to mogłem się tego od samego początku spodziewać.
- Ja też, ale naiwnie jeszcze liczyłam na to, że pan generał policji, który jakiś czas temu nas osobiście odznaczał za złapanie Zodiaka, zechce nam pomóc i jest w porządku człowiekiem - powiedziałam ze złością - A tymczasem okazuje się, że on też ulega tym wszystkim okropnym rzeczom, jak korupcja czy nepotyzm. Ja chyba powoli tracę wiarę w ludzi.
- Wiesz, może nie powinniśmy go tak surowo oceniać? Ostatecznie on też ma chyba nad sobą innych, wysoko postawionych ludzi, którzy wywierają na niego naciski?
- To nie zwalnia go z odpowiedzialności, że wsadzi do więzienia niewinnego człowieka, jeżeli nie znajdziemy prawdziwego winnego.
- To też prawda. Ale w takim razie wychodzi na to, że wszystko zależy od nas i musimy mieć dowody na to, że Farge jest niewinny. A raczej, że winny jest ktoś inny. W zasadzie wiemy, kto to może być, ale nie mamy dowodów.
- Nie możemy bez nich go oskarżyć? - zapytałam, od razu jednak zdając sobie sprawę z naiwności tego pytania - Wybacz, to było głupie.
- Człowiek w desperacji chwyta się wszystkiego - odpowiedział Ash, patrząc ponuro na Pikachu i Buneary, którzy też nie wyglądali na zbyt wesołych.
Załamana opuściłam głowę, a mój ukochany oparł się lekko o ścianę, mówiąc przy tym ponuro:
- Zasadniczo wiemy, kto jest winien, ale nie mamy żadnej pewności, że tak jest. A bez dowodów nikt tego nie kupi, a już na pewno nie generał. A poza tym, to milczenie Margo wszystko mi psuje. Aż tak jest on jej bliski, że gotowa jest dla niego poświęcić swojego ojca? A może coś on na nią ma i trzyma ją w szachu? Ale czy nawet wtedy, nie powinna przestać milczeć?
Po tych słowach, Ash spojrzał na mnie uważnie, jakby coś zaskoczyło i to coś dotyczyło mojego wyglądu.
- Czemu mi się tak przyglądasz? Mam zieloną twarz? - zapytałam.
- Blisko. Masz coś na twarzy. O tutaj.
To mówiąc, Ash pokazał palcem na swój policzek, aby mi zilustrować, gdzie dokładniej znajduje się to coś, o czym mówił.
Zaintrygowana podeszłam do lustra i spojrzałam w nie uważnie. Faktycznie, na lewym policzku miałam plamę po dżemie z kanapek, które zrobiła nam obojgu gosposia. Widocznie nie wytarłam się dokładnie po śniadaniu.
- Masz rację. Upaćkałam się jak dziecko - powiedziałam, wycierając plamę.
Asha nagle jakby zamurowało. Patrzył na mnie miną, którą doskonale znałam i która wiele razy była obecna na twarzy detektywów filmowych, gdy nagle trafi ich grom z jasnego nieba w postaci przebłysku, pomagającego im zrozumieć to, co wcześniej było dla nich niejasne. Zanim poznałam Asha, myślałam sobie, że tego rodzaju sytuacje mają miejsce jedynie na ekranie. Ale odkąd zostaliśmy razem parą detektywów, widziałam takie sytuacje wiele razy, ale mimo to nadal robiły na mnie naprawdę spore wrażenie.
- Upaćkałaś się? No jasne! Już wiem! Już mamy dowód!
- O czym ty mówisz, Ash? - zapytałam zaintrygowana - Wiesz już wszystko?
- Wszystko to jeszcze nie. Nadal istnieją wątpliwości i niejasności w sprawie Margo i jej dziwacznego milczenia, ale to wyjaśnimy potem. Teraz zaczynam coś rozumieć. Nie wszystko jeszcze, to prawda, jednak wiem już, jaki mamy dowód na tego drania.
- Dowód? Jaki dowód? Opowiedz mi o tym, Ash!
Pikachu i Buneary zapiszczeli prosząco, równie zaintrygowany zachowaniem Asha, co i ja. On jednak uśmiechnął się zadowolony i powiedział:
- Zaraz wszystko wyjaśnię. Ale teraz chodźmy! Oby tylko nie było za późno!
To mówiąc, Ash pognał szybko w kierunku schodów prowadzących na dół, do piwnicy i do pomieszczenia, w którym gosposia zwykle prała ubrania pana Farge’a oraz jego córki. Zdążyliśmy chyba w ostatniej chwili, bo kobieta właśnie ustawiała pralkę i szykowała się do pranie. Na nasz widok, stanęła jak wryta, trzymając przy tym w dłoniach sukienkę Margo.
- Coś się stało, kochani? - zapytała.
- Mam nadzieję, że jeszcze nie rozpoczęła pani prania - powiedział Ash.
- Nie, jeszcze nie. Dopiero co zaczęłam.
- To dobrze. Jednej rzeczy nie może pani uprać.
Gosposia nie rozumiała, o co chodzi Ashowi. Nie wiem, czy podniosłoby ją na duchu, gdyby wiedziała, że nie jest w tej sprawie odosobniona. Ale ostatecznie nie przekonałam się o tym, ponieważ pominęłam tę sprawę milczeniem, a w tym czasie Ash podszedł do kosza z rzeczami do prania i zaczął je uważnie przeglądać. Pikachu oczywiście skoczył mu na pomoc, ale nieświadomy tego Ash niechcący zrzucił na niego kilka brudnych ciuchów wywalonych z kosza. Buneary i ja szybko wydobyliśmy go z tej pułapki, a kiedy już to zrobiliśmy, mój mąż zadowolony i tak bardzo z siebie dumny, pokazał nam czarny sweter należący do Hectora.
- Mam! Już mam! Znalazłem skubańca! I znalazłem też dowód na tego drania - zawołał tonem zwycięscy.
Przyjrzeliśmy się uważnie swetrowi, ale nie bardzo widzieliśmy, co też może być w nim takiego, że Ash uważał to za niezwykle ważny dowód winy Hectora. Bo jeżeli ktoś z czytelników moich pamiętników jeszcze tego nie pojął, to właśnie ten drań Hector był wszystkiemu winien. To on zamordował ze snajperki Traska, to on też kontaktował się z rusznikarzem z telefonu, który potem podłożył Farge’owi i to on również zamordował wyżej wspomnianego rusznikarza oraz kłócił się z Margo, która to wszystko odkryła. Tylko on był jej tak bliski, że była w stanie go chronić za wszelką cenę, choć podobnie jak Ash, jeszcze nie rozumiałam, dlaczego mimo wszystko nie wybrała ratowanie ojca. Aż tak jej odbiło na punkcie tego drania? A może czymś ją szantażował? Tylko czym?
- Widzicie, moi kochani? Tu mamy dowód czarno na białym - powiedział do nas Ash - A raczej biało na czarnym, żeby być ścisłym.
Przyjrzeliśmy się jeszcze raz i wtedy zauważyliśmy na prawym rękawie kilka mocnych białych plam, lekko już przetartych, ale wciąż widocznych.
- To jest dowód, rozumiecie? - zapytał nas Ash - Drań upaćkał się farbą, kiedy  był w pokoju, z którego zastrzelono Traska. Najwidoczniej oparł się przez chwilę o puszki z farbą, które zostawili tam robotnicy. Margo musiała to zauważyć i od razu skojarzyła ze sobą fakty. Dlatego właśnie tak dziwnie się zachowywała i dlatego nic nie mówiła. Choć, gdy jej ojciec został aresztowany, powinna nam powiedzieć, a milczy. Nie rozumiem tego aspektu, ale to teraz nieważne. Ważniejsze jest to, że mamy naszego kilera.
Gosposię zaszokowało to, co usłyszała. Znała dobrze Hectora i to od tej jego najlepszej strony. Najwidoczniej nie tylko nas oszukiwał, udając sympatycznego faceta oddanego dziewczynie i pracy. Ale chyba i my dobrze przed nim zagraliśmy udawanie, że go o nic nie podejrzewamy, choć było kilka takich momentów, kiedy mieliśmy wątpliwości, co do jego winy, jednak żadnej z tych rzeczy nie daliśmy po sobie poznać.
- Panicz Hector zabił? Boże, Boże! To po prostu niesłychane! I nie do wiary! Jak on mógł to zrobić? I dlaczego? Co na to panienka Margo? Przecież to jej chyba złamie serce! Nie, jakie chyba? Na pewno!
- Panienka Margo też ma nam kilka spraw do wyjaśnienia - odpowiedziałam na to z lekką złością - Ale o tym potem. Na razie, to musimy zabrać ten sweter na policję. To koronny dowód w sprawie. Te plamy są od farby. Na pewno jakaś dobra analiza chemiczna tego dowiedzie. I na pewno dowiedzie też, że chodzi tu o farbę z tego pokoju, z którego strzelano do Traska. Tylko, Ash... Jednego nie rozumiem. Czemu on to zrobił? Chciał pomóc Farge’owi?
- Nie wydaje mi się - odpowiedział Ash - Jego motywacje to dla mnie nadal zagadka, jednak wydaje mi się, że teraz bardzo szybko dojdziemy prawdy. Musimy tylko przeszukać pokój tego drania. Na pewno ma tam coś, co go obciąży.
Poszliśmy więc do pokoju Hectora, który od razu zaczęliśmy przeszukiwać. To nie było takie trudne, ponieważ nie było w nim zbyt wielu rzeczy. Jedynie duże biurko z fotelem, łóżko, niewielki regał z książkami i mała szefa z ubraniami. Nic więcej. Przeszukanie tego wszystkiego nie było trudnym zadaniem, poszło nam w miarę szybko, ale niczego nie namierzyliśmy. Na biurku Hectora był komputer, ale drań zabezpieczył go hasłem, a my nie chcieliśmy go zgadywać. Uznaliśmy, że to już musimy pozostawić policji. Gdy już mieliśmy zrezygnować, to odkryliśmy w jednej z szuflad biurka coś bardzo interesującego. Kluczyk z karteczką, na której widniała liczba 44. Ten przedmiot szczególnie nas zaintrygował.


- Brawo, Pikachu. Masz zmysł prawdziwego detektywa - powiedziałam do naszego wiernego przyjaciela, który odnalazł ten przedmiot.
- Nic dziwnego, w końcu pracuje z najlepszymi - rzekł dowcipnie Ash.
Zaczął uważnie się przyglądać kluczykowi, ale nie trwało to długo, bo szybko pojął, co ma przed sobą i zadowolony powiedział:
- Chyba wiem, Serenko, co to jest.
- Pewnie kluczyk od skrytki bankowej - stwierdziłam.
- Albo też od skrytki na poczcie - powiedział na to mój mąż - Tak czy inaczej, warto to sprawdzić. Coś mi mówi, że ma tam naprawdę coś ważnego.
Nie musiał nam mówić, że tam jedziemy. To było chyba aż nadto oczywiste. Każdy detektyw w takiej sytuacji by tak postąpił. A zresztą, nie mieliśmy żadnego innego tropu. Musieliśmy więc podjąć ten.
Mimo pewnych obaw, dosyć łatwo odkryliśmy, że jedna ze skrytek na poczcie ma numer właśnie 44. Zadowoleni otworzyliśmy ją kluczem i tam odnaleźliśmy niewielką kopertę, w której odnaleźliśmy pendrive.
- Ciekawe, co tutaj jest? - zapytałam zaintrygowana.
- Trzeba koniecznie sprawdzić - odpowiedział Ash - Ale w domu Farge’a nie ma chyba wolnych komputerów. Znaczy są, ale coś mi mówi, że wszystkie są na hasło. A ich tak łatwo raczej nie odgadniemy.
- Niedaleko jest kawiarenka internetowa - zauważyłam z uśmiechem - To tam możemy sprawdzić to cacko.
Ash popatrzył na mnie zachwycony, pocałował mnie czule w policzek i rzekł do mnie z miłością:
- Jesteś cudowna, kochanie.
Uśmiechnęłam się do niego z miłością i od razu przeszliśmy do kawiarenki, aby tam odpalić pendrive’a i poznać jego zawartość. Na szczęście nie było w tym miejscu zbyt wielu ludzi, dlatego łatwo było nam wyjąć sobie komputer na godzinę i potem usiąść przy nim, odpalić nasze znalezisko i zobaczyć, co na nim jest. To było w zasadzie najłatwiejsze ze wszystkich części naszego śledztwa.
- No dobra, teraz to zobaczymy, co my tu mamy - powiedział Ash.
Pikachu i Buneary usiedli na stoliku, na którym stał komputer, aby mieć jak najlepszy widok na jego ekran i niczego nie przegapić. Ja zaś usadowiłam się na krześle przy Ashu, również nie odrywając wzroku od ekranu. Z zapartym tchem w piersiach obserwował, jak mój ukochany powoli włącza pendrive i przegląda jego zawartość. A stanowiły go pliki mp3. Było ich kilkanaście, niezbyt długich, ale za to niezwykle treściwych. Gdy tylko zaczęliśmy je sobie włączać, od razu wszystko stało się dla nas jasne.
- A więc, to on za tym wszystkim stał - powiedziałam do Asha, który właśnie kopiował zawartość pendraive’a na swoją komórkę - Warto, żeby z tym zapoznał się nasz dobry znajomy, komisarz Rocker. Szkoda, że nie ma tu z nami Maxa. On by wiedział, jak przesłać maila na policję.
- Oj tak, kochanie - zgodziłam się - Nie znam lepszego hakera niż on. Ale cóż... Musimy sobie chwilowo poradzić bez niego. Na telefonie przecież też można to odtworzyć.
- Teraz już kolesie się nam nie wymigają - rzekł po chwili Ash, gdy skończył już nagrywać na swój telefon pliki mp3 - Jak to dobrze, że nasz cwaniaczek wpadł na taki pomysł, aby to wszystko nagrywać. Ciekawe tylko, co chciał w ten sposób osiągnąć? Szantażować zleceniodawcę? Albo może zabezpieczyć się na wypadek sytuacji, gdyby chciano go uciszyć, co w ich środowisku jest częstym zjawiskiem?
- Bardzo możliwe - stwierdziłam ponuro - Mimowolnie ten cwaniaczek oddał nam przysługę.
Ponieważ skończyliśmy robić to, po co tutaj przyszliśmy, podeszliśmy zaraz do lady, aby zapłacić za skorzystanie z komputera. Zrobiliśmy to szybko, żeby nie tracić czasu. Wciąż nas przecież czekało domknięcie sprawy.

***


Na posterunku, który niemal natychmiast odwiedziliśmy, włączyliśmy naszej drogiej przyjaciółce, inspektor Jenny wszystkie nagrania, jedno po drugim. Na tym nagraniu Hector rozmawia ze swoim zleceniodawcą, ustalając szczegóły zamachu na Traska, jak również i to, w jaki sposób wrobić w to Farge’a, który był dla nich idealnym kozłem ofiarnym. Na nagraniach wszystko było czarno na białym tak dobrze wyjaśnione, że równie dobrze te gnojki mogłyby napisać wprost przyznanie się do winy i jeszcze się pod nim podpisać. W każdym razie, dranie nie mogli się już z tego w żaden sposób wymigać.
Jenny zadowolona odsłuchała nagranie, po czym z nieukrywanym podziwem spojrzała na nas i powiedziała:
- Doskonale sobie poradziliście. Wiedziałam, że można na was liczyć. Wy to naprawdę jesteście najlepsi. W tak krótkim czasie znaleźliście wszystkie tropy.
- Pomógł nam przypadek i oczywiście szczęście - powiedział Ash.
- I spostrzegawczość Asha, który dostrzegł plamy po farbie na rękawie swetra Hectora - dodałam z dumą w głosie.
- Prawdę mówiąc, ktoś przed nami już wcześniej to zobaczył - rzekł mój mąż - Ale niestety, nic nam nie powiedziała.
- Nie wiemy jeszcze, dlaczego to zrobiła, bo miłość do Hectora raczej w tym wypadku nie wchodzi w grę - powiedziałam - Żadna miłość nie jest może zmusić dziewczynę do tego, aby chroniła winowajcę i wkopała własnego ojca. Zwłaszcza, jeżeli z ojcem ma dobre relacje.
- No, nie doceniasz chyba siły uczuć nastolatek - stwierdziła z ironią Jenny - Ale to chwilowo jest bez znaczenia. Zamierzam przesłuchać tę panienkę na bardzo nieprzyjemną okoliczność składania fałszywych zeznań, a także zatajania ważnych dla naszego śledztwa informacji i krycie mordercy.
- Proszę, nie bądź dla niej za surowa. Postąpiła idiotycznie, ale przecież to nie jest zbrodnia - powiedział Ash wyrozumiałym tonem.
- Pika-pika! Bune-bune! - zapiszczeli w obronie Margo Pikachu i Buneary.
- To już ustalimy podczas przesłuchania, czy to zbrodnia, czy nie - odparła na to Jenny, chwytając za telefon - Jak na razie, musimy zadzwonić do komisarza. Z pewnością się ucieszy, jak się dowie, że odkryliście prawdę. I nie odmówi sobie tej przyjemności aresztowania winowajcy. Liczę tylko na to, że nas weźmie ze sobą na tę akcję. Chcę zobaczyć minę tego drania, jak mu odczytamy zarzuty.
- Przyznam się, że ja również mam na to ochotę - powiedział Ash z mściwą satysfakcją w głosie, a siedzący mu na ramieniu Pikachu podzielał jego zdanie.
Już miałam powiedzieć, że ja również, kiedy nagle wpadł jeden z policjantów, który zawołał:
- Pani inspektor! Mamy zgłoszenie przez radio! Powinna to pani usłyszeć.
Zaintrygowana Jenny, wyszła wraz z nami z gabinetu, po czym podeszliśmy do sporego radia, z którego dobiegał nas dość znajomy głos, wołający:
- Tu radiowóz nr 234. Zgłoście się! Prowadzę pościg za porywaczami, którzy właśnie porwali młodą dziewczynę, Margo Farge! Potrzebuję wsparcia! Odbiór!
- Hej, to przecież Cleo! - zawołałam zdumiona.
Czego jak czego, ale tego się w żaden sposób nie spodziewałam.
- Co ona robi w radiowozie? - zapytałam.
- Spokojnie, zaraz się tego dowiemy - odpowiedział Ash, po czym wziął do ręki mikrofon przymocowany do radia i zawołał przez niego: - Halo, tutaj Sherlock Ash z komendy policji w Wertanii. Cleo, co ty tam robisz?
Cleo lekko się chyba zmieszała, o czym mógł łatwo świadczyć ton jej głosu, ale szybko nad sobą zapanowała i odpowiedziała:
- Prosiłeś mnie, żebym obserwowała Margo. No i wyobraź sobie, że nagle, na moich oczach podjechało do tej dziewczyny jakieś czarne auto i wypadło z niego dwóch typków. Podbiegają do Margo i ją porywają. Normalnie, tak w biały dzień, na środku ulicy. Złapali ją, bezceremonialnie wpakowali do auta i zaczęli uciekać. Bezczelność pierwsza klasa. Musiałam ruszyć szybko w pościg.
- Rozumiem, ale przy okazji powiedz mi, co ty robisz w radiowozie?
Cleo zmieszana lekko zachichotała w sposób nerwowy i odparła:
- No wiesz, sprawa była pilna, nie miałam czym ich ścigać, a ten gruby pan, który przyjechał tym radiowozem, wysiadł na chwilę i wszedł do sklepu, aby kupić pączki i... No, okazja czyni złodzie... Znaczy, chciałam powiedzieć, poszukiwacza przygód.
- Że słucham?! - zawołałam oburzona - Chcesz nam powiedzieć, że ukradłaś radiowóz?! I to jeszcze w biały dzień!
- Sereno, naprawdę uważasz, że to odpowiedni moment na takie rozmowy? - mruknęła z lekką złością Cleo - Nasza przyjaciółka została porwana. To jest chyba  teraz nasz chwilowy priorytet, prawda?
- Owszem, to prawda - zgodziłam się - Gdzie teraz jesteście?
- Prowadzę pościg po terenie miasta, ale chyba dranie chcą wyjechać poza nie i wykończyć tę biedaczkę gdzieś na obrzeżach. Trochę przyspieszyli, więc chyba się zorientowali, że ich gonię.
- Och, to niemożliwe. Przecież gonisz ich radiowozem. Jakby się oni mieli w czymś takim zorientować, prawda? - rzucił złośliwie Ash.
Jenny przejęła nagle mikrofon z jego ręki i zawołała do Cleo:
- Posłuchaj, panienko! To jest bardzo drogi sprzęt! Jak mi go zarysujesz, to go sama będziesz naprawiać albo zabulisz za zniszczenia! Zobaczysz!
- Spokojnie, bo ci żyłka pęknie - odparła złośliwie Cleo - Lepiej przyślij mi tu jakąś pomoc, bo za chwilę jeszcze dranie mi uciekną.
- Natychmiast wysyłam wsparcie. Namierzymy twój radiowóz poprzez GPS, a więc nie wyłączaj radia. Musimy mieć z tobą stały kontakt. Tylko nie podejmuj żadnych działań. Nie wdawaj się z nimi w bijatyki ani strzelaniny, to rozkaz!
- W porządku, przyjęłam. Tak zrobię, ale przyjeżdżajcie szybko. Nie wiem, jak długo zdołam ich jeszcze gonić.
Jenny zrozumiała, szybko przełączyła radio na inną częstotliwość, aby nadać przez nie komunikat o natychmiastowym rozpoczęciu pościgu za porywaczami. Cleo przed zakończeniem rozmowy, podała nam markę auta i numery rejestracyjne i namierzenie go było rzeczą bardzo prostą.
- Ta wasza przyjaciółeczka jest naprawdę niesamowita - powiedziała Jenny do mnie i do Asha - Często odwala takie numery, czy to pierwszy raz?
Nie wiedzieliśmy, co mamy odpowiedzieć. Niechlubna przeszłość Cleo, nim ta straciła pamięć nie należała do przyjemnych tematów. Poza tym, mieliśmy oboje z Ashem wielką nadzieję, że owa przeszłość nigdy nie powróci i będziemy mogli nacieszyć się w pełni zupełnie nową Cleo, wolną od chęci zemsty za czyn Asha, którego ten nigdy nie popełnił. Dlatego odpowiedzieliśmy tajemniczo:
- W zasadzie to pierwszy raz, ale rozrabiała od czasu do czasu, choć naprawdę nigdy w taki sposób.
Jenny na szczęście, nie zadawała nam żadnych zbędnych pytań w tej kwestii, najwyraźniej wychodząc z założenia, że to nie jest ani czas, ani miejsce na takie rzeczy. Zamiast tego jeszcze raz skontaktowała się ze swoimi ludźmi, każąc im się pospieszyć. Sama zaś wskazała nam ręką, abyśmy poszli za nią.
- Jedziemy także. Mogą nas potrzebować - powiedziała.
Nie trzeba nam było tego dwa razy powtarzać. Ruszyliśmy za nią biegiem. Wybiegliśmy razem na ulicę, gdzie Jenny wskoczyła do swojego radiowozu, a my z nią. Policjantka szybko uruchomiła silnik i już po chwili, ruszyliśmy z kopyta w kierunku miejsca, gdzie w obecnej chwili przebywała Cleo.
- Oby tylko nie było za późno - powiedziałam do Jenny.
- Spokojnie, uruchomiłam już wszystkie patrole w całej okolicy - odparła na to policjantka - Nie ma szans, aby nam uciekli.
- Obyś się nie pomyliła.
- Spokojnie, ja się rzadko mylę, a to nie jest taka sytuacja, kiedy mogłabym się pomylić.
Miałam w duchu nadzieję, że tak właśnie jest. Jenny tymczasem kontaktowała się przez radio z kilkoma innymi radiowozami, z którymi ustaliła, gdzie teraz jest Cleo i ścigani przez nią ludzie. Co prawda, cały czas się przemieszczali, ale radio w radiowozie prowadzonym przez naszą przyjaciółkę wciąż było włączone, zatem namierzenie jej nie było trudne.
- Jenny, coś jest chyba nie tak. Radiowóz przestał się przemieszczać. Chyba coś tam się stało - odezwał się nagle jeden z policjantów przez radio.
Jenny chwyciła za mikrofon i zawołała:
- Jedziemy tam. Wy też tam przybądźcie. Nie możemy pozwolić tym draniom uciec.
- Rozkaz, przyjąłem!
Policjantka spojrzała na nas z niepokojem i powiedziała:
- Obawiam się, że coś tam się stało. Oby tylko nie było za późno.
Pełni niepokoju spojrzeliśmy na siebie, a Ash delikatnie ścisnął moją rękę na znak wsparcia. Pomogło mi to nieco poczuć się lepiej, choć nadal z nerwów moje serce waliło mi w piersi i to jak szalone. W głowie już mi pojawiały się najbardziej przerażające obrazy na temat Cleo i biednej Margo, zaś lęk o ich zrealizowanie był po prostu niesamowicie wielki.


Jechaliśmy jeszcze kilka minut, aż dotarliśmy do terenów poza miastem. Tam zaś zastaliśmy niesamowity widok. Czarny samochód, który porwał Margo, stał na uboczu wbity mocno w drzewo. Najwidoczniej uciekający przed Cleo porywacze wpadli w poślizg i walnęli w rosnący na poboczu dąb. Cleo zaś dogoniła ich, po czym sprawnie powaliła na ziemię jednego i drugiego, a zaraz potem wyciągnęła z samochodu porywaczy Margo. Kiedy przyjechaliśmy, było już po wszystkim. Cleo siedziała bezceremonialnie na jednym z porywaczy, a na drugim trzymała nogi, jakby to był jej podnóżek. Gdy tylko nas zobaczyła, uśmiechnęła się serdecznie, po czym pomachała nam wesoło ręką. Wyglądała tak, jakby była na pikniku, a nie na akcji policyjnej, podczas której właśnie ocaliła komuś życie.
- O! Jesteście już? To świetnie! Bo trochę zaczynałyśmy się już tutaj nudzić - powiedziała do nas Cleo.
Byliśmy tym wszystkim zaskoczeni, ale w pozytywny sposób. W przypadku mnie i Asha, to nawet z trudem powstrzymywaliśmy wybuch śmiechu, a robiliśmy to w zasadzie głównie dlatego, że w przeciwieństwie do Cleo, Margo wcale nam nie wyglądała na wesołą. Kiedy tylko nas zobaczyła, podbiegła do nas i mocno nas przytuliła, jedno po drugim.
- Ash! Serena! Wybaczcie mi, tak bardzo was wszystkich przepraszam! Ja nie chciałam, żeby do tego doszło! Ja nie wiedziałem, że Hector to wszystko zrobił. A kiedy się dowiedziałam, to powiedział mi, że tatuś to wszystko zorganizował i jak nie będę siedzieć cicho, dostarczy na niego policji takie dowody, że tatuś dostanie dożywocie. A tak jest szansa, że się wybroni przed sądem. Musiałam więc milczeć. Uwierzcie mi, nie chciałam tego! A kiedy dzisiaj powiedziałam mu, że mam dosyć milczenia i idę na policję, powiedział, że pożałuję tego i porwali mnie. Gdyby nie Cleo, byłoby po mnie.
Zagadka w jednej chwili ostatecznie została rozwiązana. A więc to dlatego tak bardzo Margo unikała rozmów z nami. Hector ją zastraszył, że wkopie jej ojca na całego i skłamał, że on to wszystko zorganizował, aby ją zmusić do milczenia. To nie miłość do niego kazała jej siedzieć cicho, tylko miłość do ojca.
- Spokojnie, Margo. Już wszystko dobrze - powiedziałam do niej niczym do młodszej siostry i pogłaskałam ją po głowie - Hector cię okłamał. Twój ojciec nie miał z tym wszystkim nic wspólnego.
- A więc Hector go wrobił. Macie go? - zapytała Margo.
- Spokojnie, jeszcze dziś go aresztujemy - rzekła Jenny, zbierając z ziemi obu bandytów i nakładając im kajdanki.
Nagle jeden z nich wyrwał się jej, zanim go zdążyła zakuć, po czym wyjął z buta nóż i rzucił nim w Margo. Pikachu natychmiast poraził go prądem, powalając go ponownie na ziemię, a Cleo, nim ktokolwiek zdążył o tym pomyśleć, skoczyła tak zwinnie i szybko, niczym wojownik ninja, którym wszak kiedyś była, złapała za jakiś kij leżący tuż przy niej, po czym zasłoniła nim Margo tak, że nóż, mający ją uderzyć między oczy, trafił prosto w ów kij. Odetchnęliśmy wówczas z ulgą. Nasza przyjaciółka była teraz całkowicie bezpieczna.
Chwilę później Jenny podniosła z ziemi niedoszłego zabójcę i zakuła go od razu w kajdanki, pomstując na jego zwinne ręce i to, jak dobrze rzuca nożami. My zaś dziękowaliśmy Cleo i gratulowaliśmy jej zwinności. Ona jednak nie cieszyła się z tego powodu. Na jej twarzy malował się głęboki smutek i taki jakby szok, ale czym wywołany, tego nie wiedzieliśmy.
- Cleo, wszystko dobrze? - zapytałam z niepokojem.
- Bune-bune? - zapiszczała pytająco Buneary.
Cleo nie odezwała się, patrząc z uwagą na kij, w który nadal był wbity nóż tego bandyty. Ash podszedł więc do niej i zapytał z troską w głosie:
- Cleo, co ci jest? Co ci się stało?
Dziewczyna spojrzała na niego ponurym wzrokiem, zdecydowanie będącym innym niż przyjazny, po czym odparła:
- Nic takiego, Ash. Nic mi nie jest. Po prostu, źle się poczułam.
Nie trzeba było być psychologiem, aby stwierdzić, że kłamie. Nie wiedziałam jednak, dlaczego, choć Ash chyba zaczął się tego domyślać. Po chwili i do mnie to dotarło. Do mojej głowy weszła świadomość, że oto nasze starania nie odniosły skutku, a biedna Cleo wyraźnie odzyskiwała wspomnienia. Użycie jej fortelu ninja musiało obudzić w niej od niedawna zamknięte dla niej fragmenty przeszłości.
Rozmyślania na ten temat przerwało nam zjawienie się kilku radiowozów. Jak się domyśleliśmy, przybyły one na akcję, ale mocno spóźnione. Mogły już jedynie zobaczyć to, jak zabieramy ze sobą porywaczy i uwolnioną Margo. Po minach na ich twarzach łatwo wywnioskowaliśmy, że nie są z tego powodu zadowoleni.

***


Po tych wszystkich wydarzeniach, nastąpiła najprzyjemniejsza dla nas część naszego śledztwa: aresztowanie głównych winowajców. Pora była na to najwyższa, biedny pan Farge za długo już siedział w celi i czekał na proces za coś, czego nie zrobił. I zdecydowanie za długo prawicowcy robili demonstracje na ulicy, krzycząc przy tym, jak niesprawiedliwie ich potraktowano i oni nie mieli z tym zamachem nic wspólnego. Czas wreszcie było zamknąć im te krzykliwe gęby. Im szybciej to zrobimy, tym lepiej, pomyślałam sobie.
Najpierw pojechaliśmy poszukać Hectora. Nie wiedzieliśmy, gdzie on jest, ale na szczęście Margo wiedziała, że ma on mieszkanie w środku miasta i czasami się tam oboje spotykali potajemnie, bo nie wszystko mogli robić swobodnie w domu jej ojca. Nie mieliśmy co prawda pewności, że on tam jest, ale zawsze istniała na to szansa, tak jak i na to, że w jego mieszkaniu mogliśmy znaleźć jakiś ślad, który nas naprowadzi na jego trop. Pojechaliśmy tam zatem z Jenny, zostawiając Margo pod opieką Cleo i policjantów. Wzięliśmy ze sobą jedynie kilku funkcjonariuszy, na wypadek, gdyby drań próbował nam zwiać i trzeba było go łapać. Okazało się jednak, że wszystko to było zupełnie niepotrzebne. Kiedy bowiem weszliśmy do mieszkania wskazanego nam przez Margo, odnaleźliśmy tam Hectora leżącego na środku podłogi w swojej sypialni. Był martwy, z jego ust wysuwała się zaschnięta stróżka krwi, a na jego piersi znajdowała się spora rana, wskazująca, w jaki sposób został on zabity. Oczy miał otwarte, ale za to patrzące na nas w sposób martwy i przerażający. Na piersi zaś leżała mu karta z wizerunkiem Śmierci. Karta tarota, którą już kilka razy widzieliśmy przy zwłokach osób, które poszukiwaliśmy.
- Znów ta karta! - jęknął Ash, kucając przy zwłokach Hectora i biorąc ten tak znienawidzony już przez nas przedmiot do ręki - Już trzeci raz się na nią natykamy. I już trzeci raz w naszej karierze ktoś nas uprzedził, zabijając tych, na których my polujemy.
Jenny westchnęła ponuro, widząc to wszystko. Zrozumiała, że spóźniliśmy się i ten człowiek już nic nam nie powie. Załamana wzięła krótkofalówkę i wezwała przez nią swoich ludzi, mówiąc im, żeby przestali już czuwać pod mieszkaniem i sprowadzili tu karetkę. Ash natomiast podniósł się z ziemi i stanął tuż obok mnie, po czym oboje zaczęli przyglądać się martwemu już sekretarzowi Olivera Farge’a. Nie stanowiło dla nas żadnej zagadki, kto i jak go zabił. Zleceniodawca zamachu na Traska uznał, że nie może dłużej ryzykować. Hector stał się zbyt niebezpieczny. Nagrywał ich rozmowy i za pewne zażądał on czegoś ekstra do swojej doli, grożąc ujawnieniem tych nagrań. A do tego pozostawił Margo przy życiu. Tę samą Margo, która odkryła jego sekret i w każdej chwili mogła go wydać. Co prawda, zastraszył ją i okłamał, że to jej ojciec jest zleceniodawcą zamachu, ale mimo to dziewczyna nadal stanowiła dla nich poważne zagrożenie. Szef tego całego przedsięwzięcia nie mógł więc ryzykować. Nakazał zlikwidować Margo i Hectora. Na szczęście mu się udało jedynie z tym drugim. Tu było dla nas wszystko jasne. O wiele większą dla nas zagadką było to, co oznaczała ta karta tarota. Już kolejny raz przecież się na nią natykaliśmy. Ona musiała oznaczać coś więcej niż tylko wyrok śmierci. Chyba przynależność do jakieś grupy przestępczej, o której jeszcze nic nie wiedzieliśmy, a której działalności doświadczaliśmy już kilka razy. Wiedziałam, że Ashowi nie da spokoju ten fakt i będzie się nim dręczył, dopóki nie wyjaśni, kto stoi za tymi kartami i jakie ma cele. Czułam również i to, że i mnie to zagadnienia nie da spokoju, póki go nie wyjaśnimy raz na zawsze.
Jednak w tamtej chwili nie mieliśmy czasu, aby to wszystko rozważać. Jenny zostawiła w mieszkaniu kilku swoich ludzi, aby dopilnowali oni dowiezienia ciała Hectora do prosektorium, celem zbadania go. Sama natomiast zabrała nas ze sobą do siedziby Andrew Doudy, gdzie też musieliśmy dokonać kolejnego aresztowania. Mieliśmy nadzieję, że tym razem skutecznego i bez trupów.
Przybyliśmy do siedziby przywódcy partii prawicowej akurat wtedy, kiedy jej kandydat zorganizował konferencję prasową, podczas to której wypowiadał się na temat ostatnich wydarzeń.
- Pragnę zapewnić was wszystkich i naszych wyborców, że nasza partia nie ma i nigdy nie miała nic wspólnego z tym zamachem. Jeżeli pan Birdman podjął jakieś działania mające na celu zabicie pana Traska, to nikt inny z naszej partii nie miał z tym nic wspólnego. Nie wiemy zresztą, czy pan Birdman faktycznie podjął jakiekolwiek działania przeciwko panu Traskowi. Wszystko to zostawiamy sądom i policji do rozpatrzenia. Wierzymy w ich niezawisłość i uczciwość, jak również i wierzymy w niewinność naszego przywódcy. Pragnę jednak zaznaczyć, że jeżeli rzeczywiście jest on winien tego, co mu zarzucają, to niech wie... I niech wszyscy to wiedzą, że odcinamy się od takich ludzi. Mordercy i zbrodniarze do naszej partii należeć nie mogą i nie będą. Nasza partia musi być bowiem wzorem, musi świecić przykładem i musi pokazać, że skoro głosimy wszelkie moralne prawa, to musimy tych praw przestrzegać. Musimy to pokazać i pokażemy!
Tłum dziennikarzy i innych pismaków był tak wielki, że trudno nam się było przez niego przecisnąć. Wśród tego tłumu dostrzegliśmy Alexę, która delikatnie się uśmiechnęła na nasz widok. Podsunęła się lekko do nas i zapytała:
- Co was tu sprowadza? Chcecie sobie posłuchać tego ględzenia?
- Nie, jesteśmy tutaj służbowo - odpowiedział jej wesoło Ash.
- Służbowo to jestem tu ja i uwierzcie mi, naprawdę nie sprawia mi to wcale przyjemności - odparła na to Alexa.
- Zobaczysz, tym razem sprawi ci to przyjemność - odpowiedziałam jej.
Alexa chyba nie do końca nam dowierzała, ale mimo wszystko pomogła nam się przecisnąć przez tłum, a kiedy już to zrobiliśmy, Ash powiedział głośno:
- Prawa moralne. Bardzo pięknie to brzmi. Jestem zachwycony, że te zasady są dla was niezwykle ważne i zawsze ich przestrzegacie. Jestem pełen podziwu.
- Bardzo mi miło to słyszeć - odpowiedział Douda, nieco urażony, że ktoś mu przerywa jego patetyczną wypowiedź.
Ash jednak jeszcze nie skończył. Uśmiechnął się ironicznie i powiedział:
- Niestety, wielka szkoda, że to tylko piękne słowa, które pięknie brzmią, ale nic nie znaczą. Bo w waszej partii jest wielu łajdaków.
- Że słucham?! To po prostu oburzające! - zawołał Douda coraz bardziej tym wszystkim zdenerwowany.
Podszedł do niego, dotąd stojący w cieniu Makroniecki, który powiedział:
- Panie Ketchum, proszę nam uprzejmie nie przeszkadzać. Czas na prywatne rozmowy będzie po konferencji prasowej.
- Przykro mi, ale nie jest to prywatna rozmowa - powiedziała Jenny, stając tuż obok Asha i przyjmując bojową postawę - My przybyliśmy tutaj służbowo.
- Służbowo? Chcecie nam powiedzieć, że pan Birdman jest niewinny? - spytał Douda.
- Nie, nie po to tutaj przybyliśmy. My tu przyszliśmy aresztować człowieka, który zorganizował zamach na Donalda Traska.
- Dowody są tutaj, na tym telefonie - powiedział Ash, pokazując swój telefon.
Następnie podszedł do sekretarki siedzącej przy laptopie i zapisującej każde słowo z wypowiedzi Doudy.
- Pozwoli pani? Bardzo dziękuję - rzekł mój luby, kiedy dziewczyna ustąpiła mu miejsca przed komputerem.
Potem podłączył do niego swój telefon, poklikał przez chwilę i już po chwili z laptopa, którego głośniki rozkręcone zostały na cały regulator, dobiegł nas głos.. Makronieckiego ustalającego z Hectorem wszystkie szczegóły zabójstwa Traska. W ten oto sposób, prawda została ujawniona i to publicznie.
Z mściwą satysfakcją spojrzeliśmy na Makronieckiego, który był najpierw w kompletnym szoku, a potem na jego twarzy zawitała wściekłość i nienawiść. Jakby potrafił, na pewno zabiłby nas samym spojrzeniem. Na szczęście, nie posiadał on właściwości bazyliszka.
Douda spojrzał w szoku na swego sekretarza, nie wiedząc, co ma powiedzieć. Jego szok był chyba największy z szoków wszystkich tu obecnych. Załamany już całkowicie zapomniał o konferencji i jedynie wpatrywał się w Makronieckiego, tak bardzo przerażony i tak bardzo przygnębioną jednocześnie.
- Ty? To wszystko zrobiłeś ty? - zapytał po chwili - Jak ty mogłeś?
Zebrani wokół dziennikarze z oburzeniem zaczęli mruczeć coś pod nosem, co bynajmniej nie było niczym dobrym dla naszego łajdaka. Dodatkowo kilku z nich, którzy mieli kamerę, skierowali je natychmiast na tego mordercę, który wiedział już, że nic go nie ocali, dlatego nabrał hardości i powiedział:
- Jak ja mogłem? Już raczej, jak mógłbym tego nie zrobić? Czy nie widziałeś, ty skończony idioto, że przegrywasz te wybory? Nie mieliśmy najmniejszych szans wygrać z naszymi rywalami, a zwłaszcza z Traskiem. Birdman wpadł na pewien pomysł, aby go ośmieszyć za pomocą sfabrykowanych dowodów, ale Farge, choć początkowo chciał nam pomóc, wycofał się. Nie było innego wyjścia. Jeżeli miałeś wygrać te wybory, trzeba było podjąć radykalne działania. Dlatego przygotowałem wszystko tak, jak należy. Przewidziałem, że działania tego starego durnia nic nam nie dadzą i przygotowałem się wcześniej. Sekretarz Farge’a, Hector, dał się łatwo zwerbować. Wszystko poszło gładko. Przygotowanie zamachu okazało się łatwe, a potem wrobienie w to Farge’a i tego starego capa z naszej partii jeszcze łatwiejsze.
- Ale dlaczego jego też chciałeś wrobić?
- Nie widzisz, że on ciągnie partię na dno? Z nim nigdy niczego nie zdołamy osiągnąć. On jest nam zawadą we wszystkim. Ale on przecież założył tę partię i z tego powodu nikt nie umiał się za niego porządnie wziąć. Dlatego zrobiłem to ja. I ani trochę tego nie żałuję. Gdybym mógł, zrobiłbym to jeszcze raz. Zrobiłem to dla partii i dla siebie. I przy okazji, dla ciebie, ty skończony durniu. Spójrz na siebie, Douda. Co byś niby osiągnął beze mnie? A ten stary cap, czego by on dokonał bez mojej pomocy? I oczywiście, żadne z was nie umiało mnie za to docenić. Dlatego teraz pokazałem wam, co potrafię. Ale nie miejcie do mnie o to żalu. Przecież to wszystko są wasze lekcje. To wy mnie nauczyliście tego wszystkiego. To te wasze gierki polityczne i matactwa nauczyły mnie tego, jak należy postępować. Jestem dokładnie taki, jak wy. Macie o to do mnie pretensje? A przecież sami mnie takim uczyniliście. A potem zamierzaliście się z tego wszystkiego wycofać. Idioci i to do kwadratu! A do tego jeszcze tchórze! Najpierw robicie tu te wszystkie machlojki, a potem boicie się pójść na całość. Na matactwa was stać, ale żeby tak wziąć się porządnie i bezwzględnie do roboty, jak nakazuje to polityka, po prostu tchórzycie. Sami nauczyliście mnie, że cel uświęca środku i co? Teraz się poddajecie, kiedy trzeba walczyć o swoje. Musiałem coś zrobić. Dla partii i dla siebie. Skoro wy tego nie umieliście, to ja to zrobiłem.
- Dziękuję za to piękne wyznanie - powiedziała Jenny, podchodząc do tego łajdaka i zakuwając go w kajdanki - Myślę, że prokurator i sąd chętnie posłuchają sobie twoich zwierzeń. Na pewno ich one zainteresują.
Policjantka wyprowadziła Makronieckiego, a Ash bardzo zadowolony, odpiął od laptopa swój telefon i powiedział:
- To chyba oznacza koniec debaty, panie Douda. Chyba, że chce pan wyjaśnić dziennikarzom, jakim cudem w pana krystalicznie czystej partii znajdował się taki człowiek jak Makroniecki i o jakich machlojkach on opowiadał.
Douda zacisnął zęby ze złości, ale nic nie powiedział. Wiedział doskonale to, co i my wiedzieliśmy. Że to już koniec jego kariery politycznej i prawdopodobnie także jego beznadziejnej partii. Nie zamierzaliśmy oczywiście ukrywać, że sprawia nam to ogromną przyjemność. Zwłaszcza, kiedy sobie przypomnieliśmy, ile przez ich machlojki ucierpieli Oliver Farge i Margo. Nasi przyjacielem, w których dobro nawet my przez chwilę zwątpiliśmy, a wszystko przez intrygi tych nędzników. Te ich matactwa i oszustwa namieszały i nam w głowie. Na szczęście teraz przyszedł dla nich czas zapłaty za wszystko, co zrobili.

***


Tak oto zakończyło się jedno z naszych najważniejszych i zarazem również najbardziej trudnych śledztw, jakie kiedykolwiek prowadziliśmy. W zasadzie, to na tym można by zakończyć całą relację, jednak uważam, że należy się czytelnikom pewne wyjaśnienie na temat tego, co co miało miejsce potem i jak ostatecznie sprawiedliwości stało się zadość, bo jest to naprawdę ciekawe, a do tego jeszcze niektórych sytuacji nawet my, choć przecież jesteśmy całkiem bystrzy, nie byliśmy w stanie przewidzieć.
Oliver Farge został uniewinniony i kontynuował swoją działalność. Powrócił do kandydowania w wyborach na burmistrza Wertanii, ale tym razem nie mając za rywala Andrew Doudę, który załamany i ośmieszony tym wszystkim zrezygnował z kandydatury i wyjechał z miasta, aby już nigdy do niego wrócić. Podobno teraz to on jest liderem partii i zamierza ją rozwiązać, choć o ile znam życie, złego łatwo diabli nie biorą i coś mi mówi, że jeszcze o tej bandzie oszołomów usłyszymy. Ale na pewno nie w trakcie następnych wyborów.
Obecne wybory przedłużyły się nieco, aby partia liberalna mogła powołać na kandydata innego swojego członka. Oczywiście nie miał on najmniejszych szans z panem Fargem, który ostatecznie wygrał wybory i jednym z pierwszych zarządzeń, jakie wprowadził w mieście, było powołanie nowej rady miasta, złożonej z ludzi o wiele bardziej liberalnie podchodzących do życia, ale też bez żadnych rewolucji w formie realizacji zmian. Rada owa doprowadziła do odwołania wielu zarządzeń poprzednio rządzącej partii prawicowej, co ludzie w większości przyjęli spokojnie, a niektórzy nawet z entuzjazmem. Co prawda, były osoby głoszące, że oto partia centralna i nowy burmistrz niszczą ich tożsamość i ich prawa. Osoby te również krytykowali wszystkich członków swojej opozycji, twierdząc przy tym bezczelnie, że wyborcy z Wertanii zostali zmanipulowani i te wybory powinny być uznane za nieważne. Twierdzili wręcz, iż musiało dojść tu do manipulacji, bo jakim cudem ich idealny kandydat, Andrew Douda zrezygnował z wyborów i wyjechał z miasta? W końcu to taki wspaniały i szlachetny człowiek. Jak on mógł zrezygnować z tej świętej misji ratowania ojczyzny przed bandą lewaków i zdrajców? Musiał zostać w jakiś sposób zaszczuty, innej możliwości nie ma.
Takie oto hasełka padały ciągle z ust oszołomów, którzy uważali, że ludzie z Wertanii wykopali sobie właśnie grób i szybko tego pożałują. Na szczęście takich oszołomów było niewielu, a ci, którzy głosili takie hasełka, szybko zostali zgaszeni przez mądre osoby. Jedną z takich mądrych osób swego czasu ja i Ash widzieliśmy w akcji. Była to bardzo sympatyczna, choć nieco niepozorna z wyglądu staruszka, Wendy Tracy, dawna działaczka społeczna, osoba niezwykle mocno zaangażowana w wiele szlachetnych akcji, która słysząc okrzyki, że zarówno ona, jak i wszyscy inni mieszkańcy miasta nie wiedzą, na kogo głosować, padają ofiarą manipulacji i najlepiej by zrobili, gdyby dla własnego dobra zrezygnowali z większości swoich praw obywatelskich, bo nie wiedzą, co jest dla nich dobre i powinni poddać się tej jedynej słusznej partii i ich woli, bo tylko to ich może ocalić od zguby, krzyknęła:
- Milcz, ty głupku! Chamie skończony! Ja dobrze wiem, na kogo głosować, a na kogo nie. A manipulacje, to próbujesz na mnie robić ty! Ostrzegasz ludzi przed manipulatorami, a sam jesteś największym z nich.
Oszołom natychmiast się zamknął, jego zwolennicy stracili rezon, a z kolei ja i Ash mieliśmy wówczas wielką ochotę mocno uściskać tę sympatyczną staruszkę za jej idealne ustawienie tego durnia do pionu.
Nie wszystko jednak układało się tak wesoło. Makroniecki nie stanął nigdy przed sądem. Ponieważ miał dużo pieniędzy, sąd nałożył na niego kaucję miliona dolarów, jeżeli chce odpowiadać z wolnej stopy. Niestety, drań zapłacił tę sumę i wyszedł z aresztu, aby w domu czekać na wezwanie do sądu. Nie zamierzał tego jednak robić i uciekł z Wertanii na Wyspy Oranżowe. Zrobił to na pokładzie statku, specjalnie do tego celu wynajętego, a pomagało mu w tym czynie kilku ludzi spod ciemnej gwiazdy. Pomimo tego, że komisarz Rocker robił, co się tylko dało, aby do tego nie doszło, drań okazał się cwańszy. Nie zamierzaliśmy jednak odpuszczać tak łatwo. Powiadomiliśmy o wszystkim Herberta Jonesa i Maren, aby czuwali i złapali drani, kiedy tylko ci zjawią się na terenie Wysp Oranżowych. Ci obiecali nam pomoc w tej sprawie, jednak ta okazała się być zupełnie niepotrzebna. Statek z Makronieckim i jego ludźmi nigdy bowiem nie dopłynął do brzegów Wysp, ani do jakiegokolwiek brzegu. Zaginął na morzu i nikt więcej go już nie widział. Choć szukano go z pomocą helikopterów i samolotów, policja morska z ogromną uwagą i zaangażowaniem patrolowała wszystkie możliwe okolice, na których ten łotr się mógł pojawić, nie znalazły go. Sprawiało to trochę wrażenie tak, jakby te parszywe gnidy rozpłynęły się w powietrze.
Dopiero tak miesiąc później na jedną z plaż Wysp Oranżowych fale wyrzuciły kilka szczątków statku, którym ten łajdak płynął wraz ze swoimi ludźmi. Wszystko stało się wtedy dla nas jasne. Matthew Makroniecki próbował umknąć przed nami i przed sprawiedliwością, ale nic mu to nie dało. Choć zwiał sądom, sprawiedliwość i tak go dopadła. On i jego ludzie musieli trafić na sztorm i to tak mocny, że ich stateczek poszedł na dno razem z nimi. Straszna śmierć. A zatem żywioły zrobiły wszystko za sądy.
Czy jednak, aby na pewno tak było? Ash uważa, że niekonieczne. Opowieści o burzy uznaje za bardzo możliwe, wyznał mi jednak nieco inną, o wiele bardziej dla niego możliwą wersję wydarzeń. Jego zdaniem członkowie bandy, do której to Makroniecki należał, zabili go i zatopili statek gdzieś na środku oceanu, aby nie zostawić po sobie żadnych śladów. Wyjaśnienie to, zdecydowanie o wiele bardziej mroczne, wydawało mi się więcej niż prawdopodobne. Czy jednak rzeczywiście tak było, czy może po prostu okrutny ocean zrobił wszystko za sądy i policję? No cóż... Tego prawdopodobnie już nigdy się nie dowiemy, ale jedno było dla nas aż nadto pewne. Makroniecki bez dwóch zdań poniósł zasłużoną karę.
Kara spotkała też sędziego idiotę, który pozwolił mu wyjść za kaucją. Stracił on swoje stanowisko, a sam odpowiedział przed sądem za nadużycie swej władzy. Przed sądem stanął również i Birdman. Co prawda, nie miał on nic wspólnego z działalnością Makronieckiego, ale wystarczająco dużo na niego znaleziono, aby go skazać. Dostał wyrok w zawiasach ze względu na swój wiek, a także zapłacił tak wysokie odszkodowanie za swoje matactwa, że popadł w rozpacz i przygnębienie. Do partii nie miał już powrotu. Pozbawiony władzy, która tyle dla niego znaczyła, z poczuciem krzywdy, jaka go rzekomo spotkała, narzekając na cały świat mówił, jacy to ludzie są podli i niewdzięczni, a on po prostu chciał im wszystkim pomóc i zostać emerytowanym zbawcą narodu, który niczym Pan nasz przybył na ziemię, aby czynić dobro. Niedługo potem koleś wylądował w domu wariatów, gdzie nadal przebywa bez nadziei na to, aby kiedykolwiek z niego wyjść. Tak oto zakończyła się polityczna kariera emerytowanego zbawcy narodu, jego wielka misja ratowania świata i jego przerażająco silny wpływ na umysły wielu ludzi.
Sprawiedliwość zatem ponownie wygrała, ale Asha nie bardzo to wszystko cieszyło, a już w każdym nie tak, jak powinno go cieszyć. Dlaczego? Z kilku dość ważnych powodów. Przede wszystkim fakt, że od czasu całej tej przygody Margo posmutniała mocno i nie umiała się podnieść po ciosie, jaki ją spotkał. Tak bardzo kochała Hectora i nie była w stanie zrozumieć, dlaczego on to zrobił i dlaczego był gotowy ze swoimi kumplami zabić ją, aby ukryć swoją zbrodnię. Na całe szczęście miała wsparcie ojca, gosposi i nasze, swoich przyjaciół zawsze chętnych na to, aby ją podnosić na duchu wtedy, kiedy tylko się da. Raz nawet mój luby, aby poprawić humor Margo, zabrał ją do lokalu, w którym miały miejsce występy karaoke i tam oboje zaśpiewaliśmy jej wesoły utwór „Cry just a little bit”. Byliśmy w tym chyba dosyć dobrze, bo zdecydowanie sprawiliśmy, że nasza przyjaciółka znowu zaczęła się uśmiechać. Oczywiście, nie tak mocno jak kiedyś, bo wciąż cała ta sprawa była dla niej nieprzyjemnym wspomnieniem, z którym miała się jeszcze długo borykać, ale cóż... Niektóre rany wymagają czasu, aby się zabliźniły.
Innym powodem niezadowolenia Asha było to, że Cleo po akcji ratunkowej zniknęła bez śladu i nie mogliśmy jej nigdzie znaleźć. Bardzo nas to zasmuciło, ale o wiele bardziej zasmuciła nas wiadomość, którą zostawiła ona gosposi w domu pana Farge’a. Była to jedna kartka papieru zawierająca krótką, acz niezwykle dla nas zrozumiałą treść. Brzmiała ona tak:

Pamiętam już wszystko. Żegnajcie.

Wszystko stało się dla nas jasne. Cleo musiała podczas akcji doznać szoku, gdy zastosowała swoje zwykle stosowane sztuki walki ninja, bo przecież pamiętała je doskonale, ale nie pamiętała, że je zna ani skąd je zna do czasu, aż ich znowu użyła. Kiedy zaś to zrobiła, musiała doznać tak mocnego szoku, iż przypomniała sobie, w jakich okolicznościach je zdobyła. A co za tym idzie, przypomniała sobie również swoją nienawiść do Asha i to, że go nadal obwinia o śmierć swojej siostry. Oznaczało to, iż ledwie odzyskaliśmy przyjaciółkę, a zaraz ją straciliśmy, a do tego jeszcze kiedyś będziemy musieli się z nią zmierzyć i nie wiadomo, kto tym razem wyjdzie z tego starcia zwycięsko.
Jak zatem widzicie, nie mieliśmy zbyt wielu powodów do radości. Chociaż i tym razem sprawiedliwość zwyciężyła, to ciosy, jakie zło zadało światu i naszym bliskim były tak silne, że trudno było powiedzieć, co z tego wszystkiego wyniknie i jak długo ofiary zła będą musieli się z tego wszystkiego podnosić.
Jednak znacznie dla nas poważniejszy niż to, co dotychczas wymieniłam, był inny problem. Chodziło o sprawę zabójstwa Hectora. Choć wydawało mi się, że w tej sprawie wszystko zostało już wyjaśnione, Ash był zdecydowanie innego zdania.
- O czym tak rozmyślasz, najdroższy? - zapytałam czule Asha, gdy weszłam do naszego pokoju pewnego wieczoru.
- O zabójstwie Traska, kochanie - odpowiedział mi Ash.
Usiadłam na łóżku obok niego i zaniepokojona spytałam:
- Chcesz powiedzieć, że się pomyliliśmy? Że to nie Hector go zabił?
- Nie, skąd. To on zabił Traska, podobnie jak tego rusznikarza. Próbował też wrobić w to wszystko Olivera Farge’a, a w końcu próbował szantażować swoich mocodawców i został zabity na polecenie Makronieckiego. W tej kwestii wszystko jest dla mnie jasne.
- Więc co cię dręczy?
- Dręczy mnie ta karta, którą zostawili przy jego ciele.
To mówiąc, Ash wydobył z kieszeni wyżej wspomnianą kartę z wizerunkiem tej przerażającej kostuchy, na widok której aż ciarki mnie przechodziły. Kartę tę ofiarowała nam inspektor Jenny po zakończeniu tej sprawy, a mój mąż uznał ją za niezwykle dla nas ważną. Teraz zaś, zaczął bardzo uważnie się jej przyglądać, nie przerywając przy tym swojej wypowiedzi:
- Nie rozumiem, kto i po co to robi? To już przecież nie pierwszy raz. Ciekawi mnie bardzo, kto stał za Makronieckim i Hectorem? Jakie ma cele? No i do czego dąży? Jaki cel chciał teraz osiągnąć?
- Chcesz poprowadzić śledztwo w tej sprawie?
- Nie, Serenko. To nic nie da. Chwilowo nie mamy żadnych tropów, które by nas gdzieś zaprowadziły. Jesteśmy zdani jedynie na domysły, a z nimi tak na dobrą sprawę, to nie ugramy za wiele, jeżeli cokolwiek. Obawiam się, że trafiliśmy teraz na kolejnego poważnego przeciwnika. Sprawę Makronieckiego i Hectora możemy zamknąć, ale to tylko początek całej serii spraw, jakie są jeszcze przed nami, zanim ostatecznie ich dopadniemy.
- Masz na myśli ludzi, którzy za nimi stoją?
- Dokładnie tak.
Ash powoli zaczął obracać kartę w dłoniach, jakby liczył na to, że w ten oto sposób zauważy w niej coś, czego dotąd nie widział, po czym rzekł:
- Jak powiedziałem, zamykamy sprawę Hectora i Makronieckiego. Ale Hector to był tylko pionek, Makroniecki zaś figura. A ja chcę odnaleźć tego, kto rozgrywa z nami tę partię szachów. Chcę dostać króla. I go dostanę, Sereno. Dostanę go, bo nie pozwolę na to, żeby sobie chodził po wolności. Nieważne, czy to będzie nowy Giovanni, czy może ktoś jeszcze gorszy. Nie pozwolę mu uciec. Złapię go i potem wsadzę do więzienia.
- A my ci w tym wszystkim pomożemy - powiedziałam, łapiąc go za rękę i delikatnie ją ściskając.
Pikachu i Buneary zapiszczeli lekko, patrząc przy tym przyjaźnie na Asha. To było oczywiste, że i oni się podpiszą pod tym, co powiedziałam. Ash natomiast z uśmiechem na twarzy pogłaskał oba stworki po łebkach, a mnie mocno do siebie przytulił i powiedział:
- Dziękuję wam wszystkim. Wiedziałem, że mnie z tym nie zostawicie.
- Oczywiście, że nie. Jeszcze ominęłaby nas przygoda - zażartowałam sobie.
- Pika-pika-chu! - dodał wesoło Pikachu.


KONIEC

poniedziałek, 3 października 2022

Przygoda 125 cz. III

Przygoda CXXV

Druga kula cz. III


Następnego dnia ja i Ash, w towarzystwie Pikachu i Buneary, pojechaliśmy na miejscowy komisariat, gdzie czekała już na nas inspektor Jenny. Kobieta chciała wraz z nami ruszyć na przesłuchanie podejrzanych, a było ich kilku.
- Według naszych badań, osobą najbardziej zainteresowaną w pozbyciu się Donalda Traska byli jego przeciwnicy polityczni - powiedziała policjantka, gdy już jechaliśmy wraz z nią samochodem.
- Z całym szacunkiem, ale nie jest to nic specjalnie odkrywczego - odparł na to z lekką ironią Ash - Raczej całkowicie zwyczajna sprawa w polityce.
Pikachu i Buneary zachichotali rozbawieni, a Jenny lekko się zmieszała, też chyba dochodząc do podobnych wniosków.
- No, nie taka znowu zwyczajna - stwierdziłam, chcąc nieco obronić sposób myślenia Jenny - Gdyby tak wszyscy politycy mordowali swoich przeciwników w walce o władzę, to by dopiero była rzeź.
- I tak się należy cieszyć, że chociaż w tym kraju wszyscy mają pozwolenie na dostęp do broni i jej używanie w obronie koniecznej, to nie ma jeszcze rzezi na tle politycznym - odpowiedział mi na to mój mąż kpiącym tonem - Bo wtedy, to wybory do parlamentu by się odbywały co dwa tygodnie.
Teraz to i ja parsknęłam śmiechem, bo tym razem słowa mojego ukochanego na serio mnie rozbawiły.
- Dobra, dobra... Wy sobie żartujecie, a tutaj doszło do morderstwa i to nawet dwóch - powiedziała z wyraźną złością w głosie Jenny - Nie sądzicie, że nie jest to temat do żartów? Ani czas na żarty?
- Nie gniewaj się na nas, Jenny. Próbujemy jakoś rozluźnić całą atmosferę - powiedziałam przyjaznym tonem, licząc na zażegnanie konfliktu, który zdawał się wisieć w powietrzu.
Pikachu i Buneary, wyczuwając to samo, co ja, zaczęli piszczeć na znak, że nas wszystkich obecnych w aucie proszą o to, abyśmy się nie kłócili. Chyba to na swój sposób podziałało, ponieważ Jenny westchnęła tylko i powiedziała:
- Doceniam wasze starania, ale prosiłabym, abyście jednak skupili się na tym, co jest naszym zadaniem. A naszym zadaniem jest przesłuchać podejrzanych.
- Kogo bierzemy na pierwszy ogień? - zapytałam.
- Pewnie lidera partii konserwatywnej, mam rację? - spytał Ash.
- Owszem, właśnie jego - odparła na to Jenny - Czytasz mi w myślach?
- Nie, po prostu sam bym go wybrał, gdybym był policjantem prowadzącym tę sprawę - odpowiedział mój mąż.
Jenny uśmiechnęła się zadowolona, jakby ta odpowiedź jej poprawiła humor, po czym zapytała życzliwym tonem:
- I co jeszcze byś zrobił jako policjant prowadzący to śledztwo?
- Patrzyłbym na drogę podczas jazdy, bo inaczej przegapimy nasze miejsce docelowe - odpowiedział jej Ash.
Tym razem nawet Jenny wydawała się być rozbawiona tym żartem.
Tak zatem sobie rozmawiając, dotarliśmy na miejscu, którym to była siedziba kandydata partii konserwatywnej na stanowisko prezydenta miasta. Muszę się tutaj przyznać, że byłam takim widokiem zdecydowanie zniesmaczona, ponieważ o ile ojciec Margo, również kandydat na stanowisko prezydenta, mieszkał w domu dość zamożnie wyglądającym, ale i niezwykle pod wieloma względami skromnym, jak i przede wszystkim stworzonym z niezwykłym smakiem, to jego przeciwnika, pana Andrew Doudę nie można było posądzić o to samo. Pan Douda bowiem mieszkał w wielkim i pełnym przepychu i luksusu. Dom jego po prostu dźgał w oczy swoim przepychem, podobnie i jak całkowitym brakiem gustu właściciela. Brak tu było jakiś pięknych dzieł sztuki, za to było tu wiele podejrzanie współczesnych kiczów, które chyba tylko jakiś skończony idiota z brakiem choćby najmniejszego poczucia gustu, mógłby nazwać sztuką. Oczywiście o gustach się nie dyskutuje, ja sama zaś nie jestem wielkim znawcą, jednak dobrze wiem, co jest w dobrym smaku, a co nie i to, co widziałam w tym miejscu zdecydowanie dalekie było od moich kryteriów piękna i myślę, że dalekie było od kryteriów piękna większości ludzi wrażliwych na piękno. Bo jak inaczej nazwać kiczowate bohomazy czy pseudoantyczne wazy, że już nie wspomnę o dziełach sztuki nowoczesnej, gdzie w ogóle trudno jest się połapać człowiekowi, co jest czym? Ja nie wiem, jak to można nazwać, ale z całą pewnością nie sztuką.
Ponieważ jednak co innego nas sprowadzało do domu pana Doudy, niż te jego beznadziejne gusta, to nie mieliśmy zbyt wiele czasu, aby roztrząsać takie kwestie i się nimi przejmować. Nie omieszkałam jednak wspomnieć Ashowi na ucho, gdy tak szliśmy na spotkanie z naszym podejrzanym, jedno z moich spostrzeżeń:
- Jak myślisz, Ash, ile za tę willę pełną kiczów by się dało wykarmić dzieci z biednych rodzin?
- Podejrzewam, że dość sporo - odpowiedział mi mój ukochany, nie kryjąc, że podziela i to całkowicie moją pogardę.
Pikachu i Buneary, idący obok nas, wyraźnie trzymali w tej sprawie naszą stronę.
Służba zaprowadziła nas do gabinetu pana Andrew Doudy, po czym zostawiła nas z nim sam na sam. Wówczas mieliśmy okazję zobaczyć człowieka, do którego przybyliśmy i którego tak nisko oceniliśmy już po samym domu i tym, co też on w nim trzymał. Widok tego człowieka bynajmniej nie poprawił naszej opinii na jego temat. Wysoki, acz ponury mężczyzna po czterdziestce, trochę już łysawy, z dosyć małym nosem, gładko ogolony i raczej ponury. Nawet nie raczył oderwać wzroku od tych swoich jakże ważnych papierów, które przeglądał w chwili, kiedy do niego przyszliśmy i weszliśmy do jego gabinetu.
- Proszę usiąść - powiedział do nas życzliwie, ale w tonie, w jakim te słowa do nas wypowiedział, nie wyczuliśmy jakiegokolwiek ciepłego uczucia.
Mówiąc te słowa,również nawet na sekundę nie zaszczycił nas swoim, choćby krótkim spojrzeniem. Nie muszę chyba mówić, że bynajmniej nie sprawiło to, że z miejsca polubiliśmy tego gościa. Mimo to usiedliśmy na wskazanych nam trzech krzesłach ustawionych naprzeciwko biurka.
- Pan wie, w jakim celu tutaj przybyliśmy? - zapytała po chwili Jenny.
- Wiem doskonale, choć nadal nie rozumiem, dlaczego w ogóle zawracacie mi głowę takimi bzdurami - odpowiedział jej Andrew Douda, nie odrywając wzroku od swoich papierów - Donald Trask był łotrem i krzykaczem, człowiekiem w ogóle nie posiadającym kręgosłupa moralnego. Nie zamierzam udawać, że po nim płaczę lub go w jakikolwiek sposób żałuję.
- Dziękujemy za szczerość - odpowiedziałam, nie kryjąc złośliwości.
- Ale zdaje pan chyba sobie sprawę, że taka reakcja na jego śmierć raczej nie sprawia, że jest pan wolny od podejrzeń? - zapytała Jenny.
- Tak, zgadza się. Ale jestem niewinny i prędzej czy później, będzie to już dla wszystkich pewne - odpowiedział na to Douda, dalej przeglądając te swoje papiery.
- Być może, jednak zanim to nastąpi, może zechce nam pan odpowiedzieć na kilka pytań? - spytała Jenny.
- Owszem, ale bardzo mnie dziwi, że podejrzewacie mnie o zabójstwo tego człowieka.
- Dla ścisłości, nie jest pan na razie o nic podejrzany. Po prostu jako człowiek, który niestety miał interes w śmierci Traska musi pan odpowiedzieć nam na kilka naszych pytań.
- Nic nie muszę, proszę pana. Mam prawo odmówić składania zeznań.
- Owszem, jako prawnik doskonale pan to wie, ale chyba jako prawnik także pan doskonale wie o tym, że w takiej sytuacji możemy pana oficjalnie wezwać na komendę i wtedy już nie będzie tak miło.


Ash wypowiedział te słowa niezwykle spokojnie i opanowanie, ale nie kryjąc przy tym swojej niechęci do naszego rozmówcy. Ten zaś dopiero wtedy oderwał wzrok od tych swoich papierów i zaszczycił nas swoim spojrzeniem. Jego oczy wyrażały zdumienie.
- A skąd wiesz, młody człowieku, że jestem prawnikiem? - zapytał.
- Nie jest to chyba jakaś tajemnica - odpowiedział Ash - A poza tym, wiem o tym z dobrze poinformowanego źródła.
- No tak, oczywiście - odparł mu z uśmiechem pełnym jadu Douda - Nawet się domyślam, jakie to źródło, panie Sherlocku Ashu. Tak, wiem dobrze, kim oboje jesteście. Pani inspektor Jenny nie przyprowadziłaby na przesłuchanie ze mną byle cywilów. Poza tym... Wydaje mi się, że w waszym przypadku bardzo trudno jest o zachowanie incognito. Jesteście sławni, zostaliście kilka razy odznaczeni, w tym za zniszczenie organizacji Rocket i schwytanie Zodiaka. I co? Też was zaskoczyłem, mam rację?
- Niby czym? - zapytał złośliwie Ash - Przecież my oboje dobrze wiemy, kim jesteśmy. A to, że ludzie nas znają i jesteśmy dosyć popularni, zwłaszcza w tym mieście, to wcale nie jest dla nas zdumiewające.
- Nie jest to dla was zdumiewające - zachichotał złośliwie Douda - To bardzo ciekawe. Wiecie, zastanawia mnie, czy wasze zachowanie to jeszcze próżność, czy już mania wielkości?
- A pana zachowanie to jeszcze bezczelność, czy już skrajna głupota? - spytał z kpiną w głosie Ash.
Widać było, że nie zamierza on ulegać złośliwym atakom ze strony polityka. Z zasady zresztą bardzo nie lubił się poddawać i kiedy tylko mógł, zawsze starał się odbić piłeczkę w kierunku przeciwnika, zwłaszcza wtedy, gdy ten go atakował. Douda chyba to spostrzegł, ponieważ wyraźnie zacisnął zęby ze złości i rzekł:
- Nie bardzo rozumiem.
- Chodzi o to, czy pan jest po prost bezczelny, czy głupi? - odparł na to Ash - Bo przecież jest pan przesłuchiwany w sprawie zabójstwa. Nie jest to coś, z czego sobie można żartować, a poza tym... Zawsze możemy pana zatrzymać.
Douda parsknął śmiechem pełnym kpiny i ironii.
- Mnie? A niby za co? Za pewne niczym nie poparte przypuszczenia? A poza tym... Kogoś z moją pozycją nie możecie tak po prostu sobie zamknąć.
- Bo co? Ma pan immunitet? - zapytał złośliwie Ash.
- Chyba pomylił pan kraje - wtrąciła się do rozmowy Jenny - To nie Polska, którą pan opuścił wraz ze swoim przełożonym Ptaszyńskim.
- Jakim Ptaszyńskim?
- Teraz nazywa się Birdman, prawda? - zapytałam, przypominając sobie to, co nam opowiadał Oliver Farge - Narozrabiał tak mocno w waszej ojczyźnie, że nie tylko stracił praktycznie całe poparcie, ale i własna partia, którą sam założył, wręcz go wyrzuciła ze swoich szeregów i oznajmiła, że powinien się wynieść z kraju, bo w nim nie ma już życia. Wyjechał więc wraz z jeszcze kilkoma swoimi najbardziej wiernymi zwolennikami, którzy ponieśli konsekwencje jego decyzji. Proszę mnie poprawić, jeśli coś pomyliłam.
Ash uśmiechnął się do mnie serdecznie na znak, że jest ze mnie dumny. Ja również poczułam ogromną dumę z samej siebie, ponieważ wyraźnie malująca się na twarzy tego gnojka Doudy wściekłość dowodziła, że dogadałam mu i to nieźle. Nie byłam pod tym względem gorsza od Asha, a jeśli już, to nie tak znowu mocno.
- Owszem, to wszystko jest prawdą - odpowiedział Douda - Polityka prezesa naszej partii nie spotkała się z takim entuzjazmem, jakiego oczekiwaliśmy.
- Jak dyplomatycznie pan to ujął - rzuciłam złośliwie, nie ukrywając przy tym satysfakcji z tego, że tym razem my jesteśmy górą.
- Ale już powiedzieliśmy, to nie jest Polska. Tutaj nie ma immunitetów, które dają panu całkowitą bezkarność, kiedy jeździ pan pijaku i potrąci pan dziecko na szosie - powiedziała Jenny, również nie kryjąc satysfakcji - Tutaj jest Kanto, część Stanów Zjednoczonych. Tu immunitet daje panu nietykalność jedynie w siedzibie parlamentu oraz podczas wykonywania obowiązków, aby nikt pana z tego powodu nie mógł skrzywdzić. A kiedy już kończy pan swoje obowiązki, to jest pan takim samym cywilem jak my i może pan zostać aresztowany. Zresztą może to pana też spotkać podczas wykonywania obowiązków, bo na czterdzieści osiem godzin to każdy może zostać zatrzymany, nawet polityk.
- Jeżeli zatem chcieliście pozostać bezkarni z samego tytułu bycia politykami, to bardzo źle wybraliście. Kanto tego nie gwarantuje - powiedział Ash - Dlatego osobiście doradzałbym grzeczne odpowiadanie na nasze pytania i darowanie sobie jakichkolwiek wycieczek osobistych w naszym kierunku.
Douda chyba zrozumiał, że to nie przelewki i trafił na osoby sobie równie, dlatego też z lekką złością, ale z zachowaniem spokoju powiedział:
- Dobrze, a zatem słucham. W czym mogę wam służyć?
- Nie można było tak od razu? - zapytała ironicznie Jenny.
Pikachu i Buneary poprawili się lekko na naszych kolanach, a ja i Ash, wraz z Jenny przystąpiliśmy do zadawania pytań.
- Co pan robił podczas zabójstwa Donalda Traska? - spytał Ash.
- Miałem spotkanie z dziennikarzami. Wyjaśniałem im, jakie mam plany wobec tego miasta, jeżeli zostanę wybrany. Możecie to zresztą sprawdzić - odparł Andrew Douda.
- Już to sprawdziliśmy. Spotkanie skończyło się jakiś kwadrans przed tym, jak ktoś zaczął strzelać do Traska - odparła na to Jenny - Miał pan zatem czas, aby...
- Aby co? - spytał ze złością Douda - Pobiec do tego budynku, z którego padł strzał i potem zastrzelić mojego rywala politycznego?
- Nie, jest pan na to za mądry - odpowiedziała na to inspektor Jenny - Ale jest duże podejrzenie, że pan kogoś wynajął. Jeśli nie osobiście, to przez pośrednika. I ten kwadrans, o którym tu mówimy w zupełności wystarczył, aby skontaktował się pan z kimś, kogo trzeba i załatwić sprawę ostatecznie.
- I niby po co miałbym to robić?
- A chociażby po to, aby wygrać te wybory. Pańska partia poważnie straciła swoje poparcie przez nieudaną politykę pańskiego poprzednika, również z waszej partii i dlatego chcieliście się pozbyć największego zagrożenia, bo partia liberalna po prostu biła was na głowę w sondażach. Gdyby jednak kontrkandydat liberalny odpadł, mielibyście większe szanse.
- Myli się pani. Największe szanse w takim wypadku posiada partia centralna. Partia, którą kieruje wasz dobry znajomy. Dlaczego więc jego nie przesłuchujecie w tej sprawie? Ostatecznie to on miał największe szanse na to, aby wygrać, jeżeli zabraknie Traska.
- Przesłuchujemy wszystkich po kolei, a to, że zaczęliśmy akurat od pana, to po prostu czysty zbieg okoliczności.
- Zbieg okoliczności, a jakże... Policja w tym kraju ma charakter lewicowy, podobnie jak i prasa, a uczciwa prawica jest tutaj prześladowana.
- Uczciwa? Doprawdy, to coś nowego - odpowiedział ironicznie Ash - O ile mnie pamięć nie myli, polityka waszej partii ostatnimi czasy wcale się nie cieszy popularnością. Pana poprzednik spowodował inflację w mieście, zamieszki na tle religijno-politycznym i musieliście wykorzystywać takie policyjne sprawy, jak ta z Zodiakiem, aby odwrócić uwagę opinii publicznej od swoich błędów. Dodatkowo jak dotąd żadna z osób odpowiedzialnych za to wszystko, nie stanęła jeszcze przed sądem. Pana zdaniem to uczciwe?
Douda popatrzył groźnym wzrokiem na Asha, po czym odparł:
- Jak słusznie zauważyliście, to wszystko zrobił mój poprzednik. Ja za jego rządów byłem jedynie wiceburmistrzem. Nie miałem takiego wpływu na decyzje, jakie podejmował, aby go powstrzymać. Poza tym... Jestem zdania, że chciał on dobrze dla Wertanii. Oczywiście, w wielu sprawach się mylił i poważnie przesadził w tak rewolucyjnym podejściu do realizacji polityki naszej partii, ale ostatecznie intencje miał dobre. A że wyszło z tego to, co wyszło, to cóż... Został już przecież pozbawiony stanowiska, a nowe wybory ogłoszono.
- I oczywiście, jeśli wygracie, to nie pozwoli pan, aby pana poprzednik stanął przed sądem? - bardziej stwierdziłam niż spytałam.
- Czy wygram, czy nie, mój poprzednik odpowie za nadużycia... Jeżeli, rzecz jasna się ich dopuścił - odpowiedział Douda.
- A pan tak pokieruje sądem, żeby nie wyszło na jaw, że się ich dopuścił, tak? - rzekł na to Ash, nie bez ironii w głosie.
Douda popatrzył na niego groźnym wzrokiem i odpowiedział:
- Myli się pan, panie Ketchum. Nigdy bym tego nie zrobił, bo sprawiedliwość jest nadrzędną ideą, którą kieruje się nasza partia.
- Miło mi to słyszeć - odparł na to mój miły.
Jego twarz zdobił nadal wielki oraz ironiczny uśmiech, który wyraźnie drażnił naszego rozmówcę. Nie miał on dlatego ochoty na kontynuowanie przesłuchania dłużej niż to konieczne. Dlatego Jenny przejęła inicjatywę i zaczęła zadawać mu pytanie treściwe i na temat. Douda odpowiadał jej na nie rzeczowo, lecz jakoś nie bardzo nas umiał przekonać do swojej wersji wydarzeń, jakoby nie miał on z tą sprawą nic wspólnego. Nie wierzyliśmy w żadną z jego deklaracji uczciwości, ale nie mieliśmy żadnych dowodów na to, że kłamie, dlatego zakończyliśmy rozmowę zapowiedzią, iż to jeszcze zostanie sprawdzone, czy rzeczywiście był on w chwili, kiedy popełniono morderstwo tutaj i nigdzie nie dzwonił ani nikomu nie wysyłał maili, jak to nas zapewniał.
- Może być pan pewien, że pańskie słowa zostaną zweryfikowane ze stanem faktycznym - powiedziała Jenny, gdy już wychodziliśmy.
- Liczę na to, pani inspektor - odparł na to Douda.
Ash i Pikachu wychodzili ostatni. Zanim jednak to zrobili, mój luby spojrzał w kierunku polityka i zapytał:
- Czy mogę zadać jeszcze tylko jedno pytanie?
- Pod warunkiem, że tylko jedno - odparł na to ponuro Douda.
- Jedno mi wystarczy, proszę pana.
- A zatem słucham.
- Chciałem pana zapytać, czy przepych tego domu pasuje do tego, co pan nam wszystkim przedstawia w swojej kampanii wyborczej? Mam na myśli te słowa o tym, jak bardzo ważne są na tym świecie wartości i że jedna z nich to skromność. Jestem więc ciekaw, czy to wszystko, co tutaj widzimy... Ten przepych... Pasuje do pana słów? I ile pan ukradł z kasy miasta, aby sobie taki domek postawić, bo chyba mi pan nie powie, że taka willa powstała za pieniądze z pensji wiceburmistrza, co nie? Chyba, że zarabiacie krocie, jednak ukrywacie stan faktyczny przed urzędem skarbowym i swoimi wyborcami, aby wyjść przed nimi na ludzi służących naszej ojczyźnie wyłącznie dla idei. Jednak jedno i drugie wydaje mi się mało etyczne i dlatego jestem ciekaw, jak to wygląda w praktyce. Odpowie mi pan?
Andrew Douda wyglądał, jakby miał zaraz eksplodować. Bezczelność Asha, jak również niesamowita trafność jego sądów były tak przytłaczające, że był on w stanie wydusić z siebie tylko jedno słowo:
- Wynocha!
Ash wzruszył tylko ironicznie ramiona, jakby słowo to było mu najlepszą na świecie odpowiedzią na zadawane pytanie, po czym zadowolony przerzucił lekko przez ramię w teatralnym geście swój płaszcz detektywa i wyszedł z nami.
- Musiałeś go tak prowokować? - zapytałam zdumiona.
- Nie mogłem się powstrzymać - odpowiedział Ash - Wydaje mi się, że ten koleś jest niewinny, ale z prawdziwą przyjemnością mu dokuczyłem.
- W zasadzie, to ja ci się nie dziwię - odparła na to Jenny - Też uważam, że ten gość jest śliski jak Magikarp wyjęty z wody.
- A myślisz, że jest winny? - zapytałam.
- Myślę, że on nie ma z tym nic wspólnego. Ale jeszcze sprawdzimy, czy w chwili, kiedy dokonano zabójstwa, na pewno z nikim się nie kontaktował. Mógł wtedy przecież dawać znak zamachowcowi. Musimy wiedzieć, co w tamtej chwili robił. A teraz pojedziemy pogadać sobie z szefem jego partii. Wiemy, że niedługo przed śmiercią Traska spotykał się z nim. Musimy wiedzieć, co tam robił i po co.
- A skąd wiesz, że było takie spotkanie? - zapytałam.
- Jego sekretarz, Matthew Makroniecki dostarczył mi je - odparła Jenny - Sam Birdman nie zgłosiłby się do mnie do teraz z taką informacją, ale pan Makroniecki wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie i powiedział mi, że jego szef jakoś tak trzy dni wcześniej miał się spotkać z Traskiem i obaj się ostro wtedy pokłócili. Jeden z moich ludzi to dla mnie sprawdził i potwierdził tę rewelację.
- To ciekawe, że ten cały Makroniecki powiedział ci o tym - rzekł na to Ash, lekko masując sobie palcami podbródek.
Mnie także się to wydawało co najmniej zaskakujące. Zwykle sekretarze byli wierni wobec swoich zwierzchników, bo mieli w tym niezły interes. Ten jednak bez wahania sam, z własnej woli doniósł Jenny o takim fakcie. Co on kombinuje? Czy wrabia w coś swojego szefa? Chyba nie, skoro taka rozmowa naprawdę miała miejsce. Wobec tego, o co mu chodzi? Wyrównuje w ten sposób jakieś rachunki?
- To teraz nieważne, w jakim celu mi o tym powiedział - stwierdziła Jenny - Teraz ważne jest to, abyśmy porozmawiali sobie z tym całym Birdmanem.
- A więc ruszajmy. Nie ma chwili do stracenia - powiedział Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu.
Jenny westchnęła głęboko, gdy widziała ten zwariowany i uroczy zarazem dla niej entuzjazm.
- Nie będzie wam tak wesoło, kiedy już będziemy z nim rozmawiać. Ten gość jest jeszcze gorszy od Doudy. I pozbawiony jakiekolwiek klasy.
- Naprawdę? Aż tak beznadziejny on jest? - zapytałam, nie bardzo wiedząc, czy mam wierzyć w te rewelacje.
- Sami się przekonacie - odpowiedziała mi na to Jenny, otwierając nam w tej samej chwili drzwi od samochodu.

***


Niestety, bardzo prędko przekonaliśmy się, że Jenny miała rację. Pan Birdman okazał się być starym i zdecydowanie antypatycznym człowiekiem, który mówił do nas bardzo wyniosłym tonem, pełnym pychy i arogancji, a dodatkowo wciąż tylko głaskał siedzącego mu na kolanach Persiana. Gdyby nie beznadziejny, niemal satyryczny wygląd, to pomyślałabym, że to odrodzony Giovanni. Jednak wygląd tego osobnika, jak już wcześniej wspomniałam, był nad wyraz satyryczny i tak na oko sprawiał on raczej wrażenie Gargamela, który przytył, skrzyżowanego z Vitto Corleone w przededniu śmierci oraz Blofeldem bez make upu. Nie chcę jednak wyjść na osobę, która ocenia jedynie po wyglądzie, dlatego dodam, iż zachowanie tego człowieka zdecydowanie wykraczało poza wszelkie normy, a sposób, w jaki się wypowiadał wskazywał na to, iż cierpi on na religijny fanatyzm połączony z brakiem taktu i jakiegoś wyższego wykształcenia, a przede wszystkim zmieszany wręcz z całkowitym oderwaniem od rzeczywistości.
- Naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego pani mnie raczyła mnie odwiedzić, pani inspektor - powiedział Birdman, nie przestając głaskać swojego pupila.
- Chyba już panu wyjaśniłam - odparła na to Jenny, tonem nauczycielki, która coś musi tłumaczyć wyjątkowo tępemu dziecku - Chodzi o pana spotkanie przed kilkoma dniami z zamordowanym panem Traskiem.
- Panem? - prychnął z pogardą Birdman - Zdecydowanie za wysoko go pani ocenia. Jaki tam z niego był pan? Cham, nie pan. Panem to jestem ja. On był tylko nędznym potomkiem nazistów. Żałosną, zdradziecką mordą, która najchętniej by sprzedała nas wszystkich wrogom ze wschodu.
Pikachu pokazał Buneary, a potem i nam delikatny znak łapką polegający na wykonaniu wokół ciemienia małego kółka, co jawnie sugerowało, iż człowiek, z którym mieliśmy właśnie nieprzyjemność rozmawiać nie jest zbyt normalny, jeśli w ogóle posiada cokolwiek, co ma choćby najmniejszy związek z rozumem. Mała Buneary zachichotała delikatnie, rozbawiona tym gestem, a my cudem chyba się powstrzymaliśmy od pójściem w jej ślady.
- Rozumiem, że nie darzył pan zmarłego sympatią? - zapytałam.
- A dziwi cię to, młoda damo? - odpowiedział mi z ironią w głosie Birdman - Przecież to była kanalia i skończony śmieć. Jego dziadek służył w armii Hitlera, a on sam by nas sprzedał współczesnym nazistom, gdyby tak tylko dać mu ku temu okazję.
- Rozumiem, że nie lubił go pan - bardziej stwierdziła niż spytała Jenny.
- A niech mi pani pokaże choćby jedną osobę, która go tu tak naprawdę lubiła - odpowiedział na to złośliwie Birdman - I chciałbym przy tym z góry zaznaczyć, że nie miało to żadnego związku z faktem, że ten oto człowiek, o ile można go tak nazwać, rywalizował z kandydatem naszej partii w wyborach. Naszych rywali ja i moi ludzie nie lubimy, ale szanujemy. Trask nie zasłużył jednak ani na jedno, ani na drugie. Był zwykłym śmieciem i dlatego dostał to, na co zasłużył. Biblia jasno mówi, że takich jak on porazi grom z jasnego nieba. I ostatecznie tak się stało. Oto cała prawda.
- Pozwolę sobie też zacytować Biblię, panie Birdman - powiedział Ash, nie bez ironii w głosie i zapytał: - A czym jest prawda?
- Prawdą jest to, że Bóg ma już dosyć tego, co się tutaj dzieje na tym świecie i daje nam wszystkim jasne znaki, że powinniśmy coś zmienić, zanim będzie już na to za późno.
- Jakie znaki? - zapytałam zdumiona, zaś siedząca mi na kolanach Buneary zapiszczała delikatnie.
- Nie wiesz, młoda damo? - zdziwił się Birdman - Wszelkie znaki na niebie i ziemi, jakich ostatnio doświadczyliśmy. A pandemia na Wyspach Oranżowych? A kryzysy, jakie nie tak dawno jeszcze dotykały naszą okolicę?
- Wydaje mi się, że o to ostatnie chyba należy obwiniać rząd stworzony przez pana protegowanego - zwrócił uwagę Ash.
Birdman spojrzał na niego groźnie, nieznacznie pociągając za futro swojego kota, który zamiauczał gniewnie, czego właściciel nie dostrzegł, patrząc tylko na Asha w sposób ponury i mroczny.
- Nic, co się dzieje na tym świecie, nie dzieje się bez woli Bożej, mój młody człowieku - rzekł ten stary satrapa po chwili - To On daje nam znaki, że już czas na zmiany w tym świecie.
- O ile dobrze sobie przypominam, to zmiany chciał właśnie wprowadzać pan Trask, mam rację? - zapytał Ash.
- Tak, ale co to były za zmiany? - prychnął z pogardą Birdman - Jedno gorsze od drugiego. Przyszedłem do niego kilka dni temu, aby z nim o tym porozmawiać, ale on...
- Aha! A zatem pan przyznaje, że pan z nim rozmawiał? - spytała Jenny.
Birdman spojrzał na nią ponuro i odpowiedział:
- Oczywiście, że przyznaję, bo to prawda. A ja, pani inspektor, zawsze mówię tylko i wyłącznie prawdę.
- Miło nam to słyszeć - odparła policjantka - A więc, o czym rozmawialiście?
- Jego liberalne poglądy raziły słuchaczy i obrażały ich wiarę. A propos wiary, wy to zapewne protestanci, prawda?
To mówiąc, spojrzał na nas uważnie, oczekując odpowiedzi.
- A co to pana obchodzi? - zapytałam ze złością - Jesteśmy, kim jesteśmy i nic nikomu do tego. Ale skoro musi pan to wiedzieć, to tak. Ja i Ash jesteśmy wiary protestanckiej.
- Kolejne stracone biedne młode duszyczki - jęknął ponuro Birdman, po czym  spojrzał na nas uważnie - Ale widzę chyba na waszych palcach obrączki. To chyba wobec tego oznacza, że poszliście po rozum do głowy i zalegalizowaliście swój związek. To dobrze. Być może jest dla was jakaś nadzieja.
- Cudownie, ale proszę nam odpowiedzieć na nasze pytania i darować sobie tego typu komentarze - powiedział ze złością w głosie Ash.
Polityk spojrzał na niego ponuro i odparł:
- Nie uczono cię w domu, młody człowieku, że starszych ludzi należy zawsze szanować i w ramach tego szacunku nie przerywać im, kiedy mówią?
- Nie, tego mnie nie uczono - odpowiedział z kpiną Ash, lekko się przy tym do naszego rozmówcy uśmiechając - Za to nauczono mnie, że na szacunek trzeba sobie zawsze zapracować, a wiek nie ma tu nic do rzeczy.
Birdman westchnął głęboko, jakby chciał już powiedzieć: „Co to za dzisiejsza młodzież? Żadnych zasad”. Jenny z kolei przeszła do sedna sprawy.
- O czym panowie rozmawiali?
- Pani wybaczy, ale to nasza prywatna sprawa.
- Teraz już nie, skoro Trask nie żyje.
- Zapewniam panią, że nie ma to nic wspólnego z jego śmiercią.
- Pan wybaczy, ale ja sama to ocenię.
Birdman popatrzył na nią z wyraźną niechęcią, po czym zaczął agresywniej miętolić dłonią futro swego Persiana i powiedział:
- Skoro już to pani musi wiedzieć, odwiedziłem go, aby porozmawiać z nim na temat sposobu prowadzenia przez niego polityki.
- Rozumiem, że miał co do tego poważne zastrzeżenia.
- A dziwi to panią? Jego polityka jest pod każdym względem obraźliwa.
- Dla kogo? Dla pana?
- Dla każdego porządnego człowieka z zasadami. Działalność takich ludzi jak on ściągają na nas wszystkich gniew Boży, który prędzej czy później spadnie na nas i wtedy żadne modlitwy nas nie uratują. Zresztą chyba pandemia na Wyspach Oranżowych mówi sama za siebie.
- Póki co, jeszcze tutaj nie dotarła - zauważył Ash.
- Dodatkowo, jak wynika z badań, zanika ona stopniowo - dodałam.
Birdman machnął złośliwie na to stwierdzenie ręką i rzucił złośliwie:
- To brednie, te całe badania. To ten parszywy lewicowy rząd wszystkim takie bajki opowiada, aby odwrócić uwagę od swojej indolencji. A prawda jest taka, że ta pandemia, pierwsza taka chyba od stu lat albo i więcej, to kara Boża za to, w jaki sposób oni się zachowują. Bóg daje nam jasny znak. Przychodzi dzień sądu. Nikt nie będzie tutaj wolny od Jego osądu. Lekarze mogą się starać, ile tylko chcą, ale prawda jest taka, że jedynie modlitwa, błaganie Boga o litość i nawrócenie się całkowite może uratować ten zepsuty liberalnie świat.


Patrząc na niego, poczułam się przez chwilę bardzo niepewnie, a przez plecy przeszedł mi naprawdę zimny dreszcz. Przyszło mi do głowy, że w taki sam sposób wypowiadali się na tematy polityczne różni dyktatorzy i fanatycy religijni, którzy utopili ten świat w morzu krwi i dla swojej chorej idei poświęcili tysiące, jeśli nie miliony jednostek, aby tylko postawić na swoim. Zastanowiło mnie wówczas, co taki szalony człowiek (bo to, że Birdman jest szaleńcem było dla mnie aż nadto oczywiste) zdołałby zrobić, gdyby tylko dostał w te swoje obrzydliwe łapy władzę absolutną. Wyobrażenie sobie tego jednak było tak straszne, że szybko odrzuciłam te myśli, bojąc się, że zwariuję od nich ze strachu. Całe szczęście, iż region Kanto nie pozwoli nigdy żadnemu politykowi zyskać tak silną pozycję w świecie. Jaka by to była rzeź, gdyby tak się stało.
- Czy to samo powiedział pan Traskowi? - zapytał po chwili Ash.
Widać było, że i on był zdecydowanie zaniepokojony jawnym szaleństwem naszego rozmówcy.
- Owszem, dokładnie to samo mu powiedziałem - odparł na to Birdman.
- A wolno wiedzieć, w jakim celu pan to zrobił? - zapytałam.
- Jako porządny katolik oraz człowiek wierzący uważam, że zgodnie z tym, co jest napisane w Biblii, przyszedłem do mego bliźniego, aby go pouczyć, że źle, ale to bardzo źle postępuje i nawrócić go na właściwą drogę.
- Och, doprawdy? - zapytał Ash - A nie jest tak, że po prostu partia po swoich nieudanych rządach w Wertanii najzwyczajniej w świecie nie radzi sobie tak, jak przedtem i po prostu liczył pan na koalicję z Traskiem, aby wygrać wybory?
Birdman popatrzył na Asha tak groźnym wzrokiem, że odniosłam wrażenie, iż chciałby mu skoczyć do gardła. Myślę sobie, iż zrobiłby on to, gdyby nie obecność  inspektor Jenny. To przez nią musiał się pohamować, choć ewidentnie dyszał on żądzą mordu na moim mężu.
Nawiasem mówiąc, fakty, o których wspomniał mój mąż w rozmowie z tym starym fanatykiem były nawiązaniem do tego, co niedawno nam opowiadali Margo i jej ojciec. Nie byli jednak pewni, czy to prawda, ale słyszeli o takich pogłoskach, a po reakcji tego starego fanatyka szybko wywnioskowaliśmy, że te plotki musiały być zgodne z prawdą. I to prawdą, która zdecydowanie nie była mu na rękę.
- Każdą sytuację można różnie interpretować - powiedział po chwili Birdman - Jakby jednak nie było, to odwiedziłem Traska, ale spotkało mnie to samo, co tego biedaka, Jana Chrzciciela, kiedy pouczał Heroda Antypasa.
- Obcięli panu głowę? Trudno w to uwierzyć, bo widzimy, że ma pan ją nadal na karku - rzuciłam złośliwie w jego kierunku.
Nie chciałam być gorsza od Asha w docinaniu temu wariatowi, a ponadto ten koleś po prostu działał mi już na nerwy i aż mnie kusiło, aby mu dogryźć. A że dość dobrze znam literaturę, zwłaszcza klasyczną, po prostu nie mogłam się oprzeć tej ogromnej pokusie zwrócenia uwagi Birdmanowi na bezsens jego wypowiedzi, czego on bynajmniej nie omieszkał mi zapamiętać sobie, co okazywał wpatrując się we mnie z nienawiścią w oczach.
- Spotkała mnie kpina z jego strony. Kpina i szyderstwo - pospieszył prędko z wyjaśnieniami Birdman - Zostałem potraktowany w obrzydliwy sposób, niegodny prawdziwego polityka i porządnego człowieka.
- Czy rozmowa o ewentualnej koalicji oraz to, że się tak wyrażę, nawracanie pana Traska to jedyne, o czym panowie rozmawialiście? - zapytała Jenny.
- Tak. Rozmawialiśmy tylko o tym - odpowiedział na to Birdman.
- I o niczym więcej?
- Nie, a niby o czym więcej moglibyśmy rozmawiać?
- Nie wiem, dlatego właśnie o to pytam.
- O niczym innym nie rozmawialiśmy.
- Rozumiem, że to, jak został pan potraktowany przez Traska, spowodowało u pana oburzenie.
- A dziwi to panią? Ja przychodzę do niego z uczciwą propozycją, to znaczy z pouczeniem godnym prawdziwego chrześcijanina, a tymczasem on mnie tak podle potraktował. Jak miałem więc zareagować?
- Podobno odgrażał mu się pan.
- Poinformowałem go tylko uczciwie o tym, że spadnie na niego gniew Boży za tego rodzaju politykę i że my wszyscy poniesiemy tego konsekwencje. To nie było odgrażanie się, a jedynie stwierdzenie oczywistych faktów.
Jenny spojrzała na nas ironicznie, a Pikachu pokazał Buneary ponownie znak łapką, kręcąc nią wokół swojego ciemienia, a jego towarzyszka zachichotała lekko, rozbawiona tym podobnie jak i my.
- No dobrze, to wszystko jeszcze sprawdzimy - powiedziała Jenny - Ale tak czy inaczej, przyzna pan chyba, że to nie wygląda najlepiej.
- A niby dlaczego? - spytał Birdman.
- No, bo niech pan sam zobaczy. Jest pan człowiekiem, że tak powiem, bardzo twardym i stanowczym, wręcz bezkompromisowym. Przychodzi pan do swojego rywala politycznego, próbuje się z nim układać, on panu odmawia, a pan zaczyna mu wtedy grozić...
- Powiedziałem już wyraźnie, że to nie były żadne groźby, tylko upomnienie, takie jak w Biblii, gdzie jest napisane...
- Nie musi pan nam cytować Pisma Świętego, to do sprawy nie należy. Tak czy inaczej, straszył go pan gniewem Bożym, gromem z jasnego nieba. I co? I tuż po tym wkrótce Trask zostaje zabity strzałem ze snajperki, który tak od biedy może uchodzić za grom z jasnego nieba. Przyzna pan chyba, że to nie wygląda dobrze, prawda?
Birdman wypuścił Persiana ze swoich ramion, po czym oparł dłonie na biurku i wstał powoli, acz groźnie, mówiąc mściwym tonem:
- Sugeruje mi pani, że wynająłem płatnego mordercę, aby zabił człowieka, który odmówił współpracy ze mną?
- Przykro mi, ale tak to może wyglądać. Ostatecznie jest pan człowiekiem, że tak powiem, nie znoszącym sprzeciwu.
- I co? I z tego powodu miałbym kazać zabić człowieka? A przykazanie piąte o nie zabijaniu, to niby co? Myśli pan, że to dla mnie nic?
- Wie pan, zastanawia mnie, czy aby nie łamie pan teraz ósmego przykazania - rzucił złośliwie Ash - Wie pan, tego, które zabrania wszystkim podawać fałszywe świadectwo i takie tam.
- Sugerujesz, młody człowieku, że kłamię?
- Pan to powiedział, nie ja. Ja tylko zadałem pytanie.
Birdman spojrzał na Asha takim spojrzeniem, że gdyby nie to biurko, które nas dzieliło, to chyba złapałby go i rozerwał na strzępy.
- Lepiej byś się zajął tym, co przystoi człowiekowi w twoim wieku, mój drogi chłopcze. Najlepiej założeniem rodziny, bo o ile dobrze rozumiem, zalegalizowałeś już swój grzeszny związek z tą panienką.
To mówiąc, spojrzał na mnie, a ja poczułam się tak, jakby mnie nazwał teraz osobą lekkich obyczajów. Bo przecież tak wypowiedział to słowo „panienka”, że mogło ono zabrzmieć tylko jednoznacznie, jakby mi tu sugerował, iż bardzo źle się prowadzę. Nie zamierzałam jednak dawać temu staruchowi satysfakcji, wpadając w złość. Wiedziałam, że drań tego właśnie chce. Dlatego zacisnęłam tylko zęby ze złości i nic nie powiedziałam. Ash jednak nie zamierzał patrzeć cicho na to, co ten dziadyga wygadywał i odparł, choć z zachowaniem całkowitej kultury osobistej:
- Proszę pana, nie wydaje mi się, aby pouczać drugiego człowieka w sprawie zawierania małżeństw i zakładaniu rodziny ten, który sam nigdy tego nie zrobił, a ze swojej ojczyzny wyjechał dlatego, że jego właśni rodacy i własna partia mieli już serdecznie dosyć, panie Ptaszyński.
Birdman wbijał w Asha te swoje kaprawe oczka, ciskające w jego osobę grom za gromem. W końcu z trudem się opanował i powiedział:
- Kraj mój musiałem opuścić, ponieważ nie miałem w nim życia, a to z kolei nastąpiło w wyniku intryg moich wrogów. Tych parszywych zdrajców, lewackich mord, wnuków nazistów i ubeckich synów. To w wyniku ich intryg straciłem twarz przed moimi własnymi rodakami i własnymi stronnikami. To przez nich musiałem wyjechać tutaj.
- I to przez nich zmienił pan nazwisko, aby brzmieć inaczej niż człowiek tak ośmieszony w polityce światowej? - zapytał z kpiną Ash.
- Zmieniłem nazwisko, aby odpowiednio móc rozpocząć wszystko od nowa w tym nowym dla mnie świecie. Jak widzicie, całkiem dobrze mi poszło.
- Chyba znowu nie tak dobrze, skoro przychodzi pan do swojego politycznego rywala i skamle pan o koalicję. Jeżeli panu tak dobrze się powodzi, po co musi pan posuwać się do takich metod? Czy to nie jest aby dowód na to, że raczej gorzej panu idzie w polityce niż pan to mówi?
Birdman vel Ptaszyński kipiał już ze wściekłości. Nie wiem, co go jeszcze w tamtej chwili powstrzymywało od rzucenia się na nas z pięściami.
- Macie za przyjaciół moich politycznych wrogów i dlatego też łatwo wam przychodzi mnie oceniać i krytykować - powiedział po chwili - No, ale takie wasze prawo w naszym demokratycznym kraju. Macie prawo mnie oceniać, jak się wam podoba. Ale nie macie prawa mnie oskarżać bez dowodów.
- Bardzo przepraszam, ale nikt pana o nic nie oskarża - odpowiedziała na to Jenny - Przynajmniej na razie. My tylko chcemy wiedzieć, o czym pan rozmawiał z panem Traskiem. I tyle. Skoro pan twierdzi, że jest pan niewinny, sprawdzimy to i wtedy, jeśli pan się okaże niewinny...
- Co to znaczy, jeśli? Ja jestem niewinny i już! - zawołał ze złością Birdman.
- To wszystko się okaże w czasie śledztwa - odpowiedziała mu na to Jenny, wstając z krzesła - Przesłuchamy również pańskich pracowników.
- A ich po co? Oni nic nie wiedzą.
- Zobaczymy, czy nic nie wiedzą. Na razie to tyle. Idziemy, moi drodzy.
Wychodząc z gabinetu Birdmana, Ash jeszcze stanął w drzwiach, po czym spojrzał w kierunku naszego dotychczasowego rozmówcy. Po jego minie łatwo się domyśliłam, co zamierza zrobić i przygotowana na powtórkę z rozrywki czekałam na rozwój wydarzeń.
- Czy wolno mi zadać panu jeszcze jedno pytanie, ale takie osobiste? - zapytał Ash tonem niezwykle serdecznym.
- Osobiste? - zdziwił się Birdman - No dobrze, słucham.
- Chciałem pana zapytać o pana podejście do tych rzeczy - to mówiąc, dłonią wskazał na wiszące na ścianie gabinetu święte obrazki oraz sporych rozmiarów krucyfiks - Widzę, że otacza się pan tego rodzaju przedmiotami.
- Cenię sobie prawdziwe piękno - odpowiedział na to Birdman.
- Oczywiście, rozumiem pana. Jestem jednak ciekaw, jak pana wiara koliduje z otaczaniem się takimi fetyszami. Bo przecież Biblia zabrania posiadania takich rzeczy.
- Kościół ich nie zabrania, a wręcz zaleca.
- Owszem, ale Biblia i owszem - mówił Ash, napawając się swoimi słowami - Wydaje mi się, że oryginalne drugie przykazanie tego zabrania. Jako protestant od dawna o tym wiem i dla mnie jest to oczywiste, ale ciekawi mnie, jak pana religia, cytowanie Biblii i wiara w to, co w niej pisze stoi w kontrze wobec prawa, które jawnie przecież łamie zasady ustanowione przez Boga.
Birdman wyglądał jak wulkan, który ma zaraz eksplodować. Nie wiedziałam, co go bardziej wkurza. Czy fakt, że ten młody człowiek z niego jawnie kpi, czy też to, że wytknął mu nieścisłość w jego własnym rozumowaniu.
- Jak już powiedziałem, każdą rzecz można różnie interpretować - powiedział Birdman, z trudem panując nad sobą.
- O, tego jestem pewien - odpowiedział ironicznie Ash - Ale chciałbym się od pana dowiedzieć, czy prawdziwemu chrześcijaninowi nie lepiej jest wspierać ludzi potrzebujących niż otaczać się takimi obrazkami? Nie sądzi pan, że Bogu milsze jest posiadanie wyznawców będących wyrozumiałymi wobec drugiego człowieka niż takich wyznawców, którzy leżą krzyżem przed takimi fetyszami i zmawiają cały dzień różaniec? Czy z pana religią nie koliduje bycie bezlitosnym wobec tych, którzy myślą inaczej i oskarżać ich o wszystko, co najgorsze? Chciałem wiedzieć, jakie jest pana zdanie w tej sprawie.
Birdman gotował się z wściekłości. Naprawdę tylko obecność inspektor Jenny sprawiła, że nie skoczył Ashowi do gardła. Zamiast tego, złapał się jedynie dłonią za twarz, potarł nią gwałtownie i powiedział:
- Precz mi stąd, ty parszywa zdradziecka mordo! I żebym cię tu więcej nigdy nie widział. I tej twojej kochanicy poślubionej w nieprawy sposób też.
- Panie Ptaszyński, nie pozwalaj pan sobie! - rzucił mu stanowczo i groźnie Ash, a Pikachu i Buneary stanęli obok niego w pozycji bojowej, gotowi z miejsca zaatakować tego starego fanatyka, gdyby tylko im dano takie polecenie.
- WYNOCHA MI STĄD! PRECZ! - wrzasnął Birdman, wręcz opluwając się przy tym ze złości - PRECZ STĄD, ANTYCHRYSTY! I NIECH WAS DIABLI WEZMĄ!
Ash był wyraźnie rozbawiony tą sytuacją, a i ja, chociaż przez chwilę miałam ochotę walnąć w gębę tego starego durnia za chamskie uwagi w moim kierunku, po tym jego ataku złości zaczęłam się głośno śmiać i w dobrym nastroju opuściłam wraz z Ashem, Jenny i naszymi Pokemonami z pokoju Birdmana.
- No i po co go drażniłeś? - zapytała ze złością inspektor Jenny, spoglądając na Asha spode łba.
- Nie mogłem się powstrzymać - odpowiedział jej mój ukochany.
- Ja mu się nie dziwię. Irytujący stary cap - stwierdziłam.
- Owszem, ale prowokowanie go nic nie da - rzuciła policjantka.
- Mów za siebie. Mnie coś to dało - odpowiedział na to Ash - Poczułem się dzięki temu dużo lepiej.
- W zasadzie, to ja trochę też - powiedziałam.
Pikachu i Buneary zapiszczeli wesoło na znak, że się z nami zgadzają. Widząc to, Jenny machnęła lekko ręką z irytacją i rzuciła:
- Ech, z wami to tak zawsze.

***


Po wizycie u pana Birdmana, porozmawialiśmy z jego sekretarzem, którym był wspomniany już wcześniej przez Jenny pan Matthew Makroniecki. Człowiek ten nie wzbudził w nas w ogóle zaufania. Był to bowiem dosyć wysoki, niezbyt przystojny facet z ogromnym nosem oraz okularami o grubych ramkach mocno na owym nosie osadzonych. Według tego, co nam opowiadali Margo i jej ojciec, pan Makroniecki był przez swoich przeciwników politycznych, a częściowo również i przez swoich stronników nazywany Matthew Kłamczuszek lub Matthew Pinokio. Byłam całkowicie pewna, że nie otrzymał on tych jakże uroczych przydomków za swoją prawdomówność. Oczywiście żadne z nas nie chciało się do tego człowieka z góry uprzedzać, ale plotki krążące na jego temat, połączone z jego zdecydowanie niezbyt przyjemną aparycją robiła swoje i wzbudzały w nas co najmniej niechęć do tego pana. Dodatkowo, jak tylko zaczęliśmy rozmawiać z tym kolesiem, to od razu poczuliśmy do niego coś na kształt obrzydzenia.
- Naprawdę nie chciałbym wyjść na konfidenta oraz człowieka, który donosi na innych, a już zwłaszcza na swoich pracodawców - mówił do nas Makroniecki, gdy z nim rozmawialiśmy - Jednak naprawdę nie mogę siedzieć cicho, kiedy takie rzeczy się dzieją. Przecież ostatecznie tu chodzi o morderstwo.
- Owszem, chodzi tutaj o morderstwo, ale przecież zamordowano przeciwnika politycznego, kontrkandydata waszej partii - zauważyła z lekką ironią Jenny - Skąd więc u pana taka chęć pomocy w tej sprawie?
- Tak, to prawda, zabito naszego przeciwnika, ale to przecież nie ma żadnego znaczenia - odpowiedział na to Matthew Makroniecki - Zabito człowieka. Jakie to ma znaczenie, do jakiej politycznej opcji on należał? Ważne, że jest to człowiek i każda informacja na temat zamachu na niego jest cenna dla policji.
- Ale dostarczając nam tych informacji, obciąża pan swego przełożonego oraz przywódcę waszej partii.
- To prawda, ale taka jest niestety cena prawdy. Przynajmniej teraz.
Makroniecki po tych słowach, uśmiechnął się w sposób nad wyraz przymilny i chyba próbował nas przekonać do tego, jaki to on jest sympatyczny. Jednak nie z nami były te numery. Za dużo takich milusich ludzi już widzieliśmy w akcji, aby wierzyć takim gościom od tak, na piękne oczy.
- Oczywiście ja wcale nie sugeruję, że mój pracodawca byłby w stanie kogoś zabić albo to komuś zlecić - mówił dalej Makroniecki - To bardzo porządny oraz bardzo wierzący człowiek.
- Tak, o tym drugim to już się przekonaliśmy - powiedziałam złośliwie.
- Ale nawet tacy ostatecznie dopuszczają się złych rzeczy, choć jestem pewien tego, że robią to w dobrzej wierze. Nie chcę oczywiście rzucać żadnych oskarżeń na pana prezesa, ale uważałem, że powinniście wiedzieć o tym, że pan prezes się spotkał z panem Traskiem. Sam zresztą byłem obecny przy tej rozmowie.
- Wiem, mówił pan o tym przez telefon - odpowiedziała Jenny - Pracownicy pana Traska, którzy byli wtedy obecni w jego apartamencie, potwierdzili to. Czy pan prezes Birdman i pan Trask mieli wcześniej takie konflikty?
- Nie, a przynajmniej nie na płaszczyźnie prywatnej. Tylko i wyłącznie na płaszczyźnie zawodowej, ale ostatecznie nic w tym chyba dziwnego, skoro obaj byli przeciwnikami politycznymi.
- A pan Douda kiedykolwiek odwiedził pana Traska?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Chociaż...
- Chociaż co?
- Pani rozumie, ja jestem sekretarzem pana prezesa. Towarzyszę mu, kiedy ma on umówione spotkania towarzyskie. Pan Douda zaś ma swojego sekretarza... To znaczy, miał, kiedy żył..
- Wiem, jego już przesłuchaliśmy. Twierdzi, że pan Douda nigdy nie umawiał się z panem Traskiem na jakiekolwiek spotkanie. Nie mamy powodów, aby mu nie wierzyć.
- Znam tego człowieka od lat. To porządny człowiek, praworządny i uczciwy. Nie wierzę w to, aby mógł skłamać.
- Na pewno, ale my musimy opierać swoje wnioski na faktach, nie na wierze. Jednak nikt tego człowieka o nic nie podejrzewa. Jak na razie. Chcemy jak na razie wiedzieć, co pan robił w trakcie zabójstwa.
- W czasie zabójstwa w ogóle mnie nie było w mieście. Na polecenie pana prezesa pojechałem do Alabastii, do delegata naszej partii. Chcieliśmy omówić z nim dalsze działania. Jak zapewne wiecie, nasza partia nie radzi sobie tak dobrze jak przy ostatnich wyborach i obawiamy się, że przegramy wszystkie wybory w każdym mieście regionu Kanto. Na polecenie pana prezesa miałem jechać po kolei do wszystkich miast, rozmawiać z delegatami naszej partii i ustalić z nimi zmiany w naszej polityce w innych miastach Kanto. W ten sposób może nasi kandydaci choć w kilku miastach wygrają najbliższe wybory.
- Ale chyba nie wykonał pan tego zadania, skoro pan tu nadal jest?
- Nie, nie wykonałem. Zdążyłem tylko odwiedzić Alabastię i tam spotkać się z przedstawicielami naszej partii, a zaraz potem dostałem telefon, żebym tu wracał, bo doszło do morderstwa i pan prezes mnie potrzebuje.
- A po co pan prezes pana potrzebował?
- Doznał on szoku, kiedy się dowiedział o zabójstwie Traska. Nie wiedział, co ma robić i musiał się ze mną naradzić. No, bo przecież to zmienia wszystko, jeżeli chodzi o wybory. Trzeba dostosować wiele spraw do obecnej sytuacji, bo to będzie dla nas trudny okres.
- A sądziłem, że to raczej sytuacja sprzyjająca dla was - rzucił złośliwie Ash - W końcu o jednego konkurenta mniej.
- Tylko pozornie tak się wydaje, panie Ketchum. Tylko pozornie - powiedział do niego Makroniecki - Przecież to morderstwo nas stawia na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o podejrzanych.
- Skąd taki wniosek? - zapytałam.
- A dlaczego dzisiaj państwo przesłuchujecie nas wszystkich? - zapytał pan sekretarz i uśmiechnął się ironicznie - To chyba jest oczywiste, że jeżeli policja nas podejrzewa, to mieszkańcy miasta tym bardziej nas będą podejrzewać. Musimy zatem zrobić wszystko, żeby swój wizerunek ocieplić. Nie będzie nam łatwo, ale oczywiście postaramy się. W końcu, to nasza jedyna szansa. No i to, że znajdziecie prawdziwego sprawcę.
- Będziemy go szukać i na pewno znajdziemy - powiedziała Jenny.
- Tego jestem pewien, w końcu są z wami najlepsi detektywi z najlepszych - odpowiedział Makroniecki, uśmiechając się do nas przymilnie.
Jakoś nie bardzo wierzyliśmy w jego komplementy. Czuliśmy, że drań nam się tylko podlizuje i nie jest pod tym względem ani trochę szczery. Pomyślałam sobie, że gdyby tak kłamstwo było dyscypliną olimpijską, to dostałby złoto. Tak samo, jakby do olimpiady dołożyli dyscyplinę lizusostwo. W obu Makroniecki nie miał sobie równych. Ale to, co mówił o wyjeździe do Alabastii należało sprawdzić. Bo brzmiało podejrzanie, choć dość prawdopodobnie.
- Dziękujemy za komplement, jest nam bardzo miło - powiedział Ash, a na jego twarzy malował się ironiczny uśmieszek - Ale powracając do tematu, proszę nam podać nazwiska osób, z którymi pan się wtedy spotkał. Musimy sprawdzić pana alibi, pan rozumie.
- Oczywiście. To zrozumiałe - odparł Makroniecki i zaczął podawać nazwiska wyżej wspomnianych osób.
Jenny zapisała je i powiedziała, że wszystko to zostanie sprawdzone. Spytała też o Birdmana, czy oprócz Traska spotykał się on jeszcze z innymi ludźmi. Na to pytanie Makroniecki się nieco zmieszał, jakby odpowiadanie na nie wcale mu nie sprawiało przyjemność, poprawił sobie lekko kołnierzyk koszuli i rzekł:
- No cóż... Nie jest mi łatwo o tym mówić, zwłaszcza przy was.
- Niby dlaczego? - spytałam.
- Bo osoba, z którą się spotkał, to wasz przyjaciel, pan Oliver Farge.


Ja, Ash i nasze Pokemony spojrzeliśmy zdumieni na Makronieckiego. To, co właśnie nam powiedział, było po prostu szokujące. Czego jak czego, ale tego się nie spodziewaliśmy. Oliver Farge nic nam nie mówił o tym, że widział się z tym wariatem Birdmanem. Przez chwilę patrzyliśmy z uwagą na naszego rozmówcę, aby się przekonać, czy nie kręci. Jednak nie zauważyliśmy w jego oczach niczego, co by mogło wskazywać na kłamstwo. Czyżby zatem mówił prawdę?
- Oliver Farge? - zapytała nie mniej niż my zdumiona Jenny - A dlaczego pan Birdman miałby się z nim spotkać?
- Przy tej rozmowie, niestety, nie byłem - odpowiedział Makroniecki - Nie umiem więc na to pytanie odpowiedzieć. Wiem jedynie, że pan Farge rozmawiał z panem Birdmanem i pan Birdman wrócił z tej rozmowy bardzo zadowolony. Więc wnioskuję, że doszli do jakiegoś porozumienia.
Z uwagą słuchaliśmy rewelacji Makronieckiego, nie bardzo wiedząc, co też mamy o nich sądzić. Ten człowiek przecież słynął w polityce z tego, że doskonale okłamywał innych, czy jednak w tej sytuacji mówił prawdę? Czy rozmowa pana Farge’a z Birdmanem miała jakiekolwiek znaczenie do naszego śledztwa? Wcale tak być nie musiało, ale jeśli rzeczywiście to fakt bez znaczenia, to dlaczego ten stary fanatyk nie wziął ze sobą swego wiernego sekretarza na tę rozmowę, chociaż zrobił tak w przypadku rozmowy z Traskiem? I dlaczego wreszcie pan Farge nam tego nie powiedział? To wszystko, w połączeniu z tajemniczą kłótnią Margo z jej ojcem w jego gabinecie nagle zaczęło nabierać większego sensu. Nie jestem tak dobrym detektywem jak Ash, ale też nie jestem na tyle głupia, aby nie zrozumieć, co to wszystko może oznaczać. Spojrzałam na mojego ukochanego, a ten miał na twarzy wymalowany niepokój. Z oczu jego wyczytałam, że dręczą go dokładnie te same myśli, co mnie. Zresztą moje przypuszczenia w tym względzie od razu się potwierdziły, gdy tylko wyszliśmy już z gabinetu Makronieckiego i zaczęliśmy iść w kierunku samochodu.
- Nie rozumiem, dlaczego pan Farge spotkał się z Birdmanem i jeszcze zrobił to potajemnie - powiedziałam, zaniepokojona własnymi myślami i wnioskami, do jakich dochodziłam z ich powodu.
- Teraz ta kłótnia Margo z jej ojcem o czymś tak strasznym, co ojciec Margo uważa za coś zwykłego w polityce, nabiera sensu - zauważył Ash - No i jeszcze to jej dziwne zachowanie przy stole, wczoraj podczas obiadu.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu na znak potwierdzenia.
- Pamiętam, była czymś bardzo niespokojna - powiedziałam - Tak jakby coś ją nagle naszło, coś zrozumiała, ale nie chciała nam tego wyjaśnić.
- Jak dla mnie, wszystko łączy się w jedną całość - stwierdziła Jenny - Farge się spotkał potajemnie z Birdmanem, który wkurzony na Traska za to, że ten bez żadnych skrupułów odrzucił jego propozycję utworzenia koalicji, zaproponował waszemu przyjacielowi zlikwidowanie Traska. Farge zaś się zgodził na utworzenie tego centroprawu i w ten sposób ustalili, że pozbędą się wspólnego rywala i razem jakoś podzielą się władzą, bez względu na to, która z ich partii wygra wybory. A potem wszystko zorganizowali tak sprawnie, że hej. No, a efekty tego widzieliście chyba sami.
- Nie wierzę, żeby pan Farge był zdolny do czegoś takiego - odparłam na te domysły, nie kryjąc swego oburzenia - Po prostu nie wierzę.
- Jenny, to ich tajne spotkanie wcale nie musiało być takie, jak podejrzewamy - powiedział Ash, choć po jego głosie wyczułam, że i on ma wątpliwości - Nawet nie wiemy, czy takie spotkanie miało miejsce. A jeśli Makroniecki kłamie?
- Sądzę, że tym razem mówi prawdę - odparła policjantka - Zresztą dowiemy się, czy to spotkanie rzeczywiście się odbyło. Musicie jednak przyznać, że ta cała tajemnica wokół tego spotkania i jeszcze ta kłótnia Margo z ojcem i te tajemnicze słowa, jakie podczas niej padły zdecydowanie nie przemawiają na jego korzyść.
- To wszystko jeszcze nie znaczy, że Farge brał udział w zabiciu Traska. To może być jedynie czysty przypadek - zauważyłam, dopiero tak po chwili orientując się, jak głupio to zabrzmiało.
Jenny chyba też to zrozumiała, bo spojrzała na mnie ironicznie i rzekła:
- Sereno, daj spokój. Ja też jakoś nie umiem uwierzyć w to, że Farge to łajdak, ale spójrz na fakty.
- Jakie fakty? Niedomówienia i niejasności. Jakie to niby fakty?
- Farge coś ukrywa, nie mówi wam całej prawdy. Jego córka coś odkrywa, za co jest na ojca oburzona, a co on uważa za zwyczajną praktykę. I teraz jeszcze to tajne spotkanie na tydzień przed śmiercią Traska.
- Ale przed tygodniem zabito tego rusznikarza. A jeżeli tak, to niby jak Farge miał zlecić zabójstwo Traska? - zapytał Ash, chwytając się ostatniej deski ratunku - Przecież zrobienie snajperki trochę rusznikarzowi zajęło, dopiero przed tygodniem zdołał ją skończyć i został zabity, aby nie wydał zleceniodawcy. Wszystko to więc wskazuje na to, że zabójstwo zostało zaplanowane znacznie wcześniej niż tydzień temu. Farge natomiast, wchodząc dopiero tydzień temu w koalicję z Birdmanem, o ile taka koalicja w ogóle powstała, nie mógł więc zlecić zabójstwa. Ono musiało już wtedy być zaplanowane.
- To żaden argument - odrzekła na to Jenny - Farge nie musiał wcale zlecić zabójstwa Traska. To mógł zlecić przecież Birdman. W zasadzie, to do niego mi o wiele bardziej pasuje niż do Farge’a. Ten ptaszek od siedmiu boleści postanowił sobie, że zlikwiduje Traska jako swego największego konkurenta do rządzenia tym miastem. Kiedy wszystko było gotowe, spotkał się z Fargem, wciągnął go w spisek i wasz przyjaciel w jakiś sposób mu pomógł. Nie wiem, w jaki, ale na pewno się tego dowiemy podczas porządnego przesłuchania. Farge nie musiał ani zastrzelić osobiście Traska, ani osobiście zlecać jego zabójstwa. Wystarczyło tylko, że w ten czy inny sposób weźmie w nim udział.
- Świetna sztuka dedukcji, Jenny, ale w twojej pięknej koncepcji widzę jedną poważną lukę - powiedział Ash.
- Tylko jedną? Ja tu widzę mnóstwo luk - rzuciłam złośliwie.
Policjantka nie zwróciła na mnie uwagi.
- Niby jaką lukę tu widzisz, Ash? - spytała.
- A chociażby taką: po co Birdman, skoro zaplanował sobie śmierć Traska, na tydzień przed jego zgonem, kiedy już broń jest gotowa i zamachowiec chyba też, nagle odwiedza swą przyszłą ofiarę i proponuje jej współpracę. No, przecież to nie ma żadnego sensu.
Jenny uśmiechnęła się z politowaniem do mojego męża i odparła:
- Nie znasz psychiki tego człowieka. To wariat, czego zresztą chyba sami już byliście świadkami. Dla niego nagłe zmiany decyzji są czymś zupełnie normalnym i to nie od dziś. Może zreflektował się, że dla wierzącego człowieka zabicie kogoś jest jednak grzechem śmiertelnym? A może chciał on do samego końca dać szansę swojego największemu przeciwnikowi, a gdy ten ją odrzucił, dopiął ostatni guzik w swoim chorym planie? Tak czy inaczej, mnie to wszystko bardzo pasuje.
- A ja nadal uważam, że chociaż to wszystko rzeczywiście brzmi sensownie, to jest za daleko idącymi wnioskami - powiedział stanowczo Ash - Być może się mylimy, a mordercą jest ktoś z przeszłości Traska, komu on się kiedyś naraził?
- Sam w to nie wierzysz, Ash. Mordercy nie można szukać w przeszłości, ale w teraźniejszości. On jest tutaj, w tym mieście, a ja go przymknę. Liczę na to, że mi w tym pomożecie.
- Pomożemy, ale aresztować prawdziwego winowajcę, a nie domniemanego.
Jenny uśmiechnęła się delikatnie, po czym wsiadła do samochodu, a my wraz z nią i już po chwili jechaliśmy w kierunku domu pana Farge’a. Ani ja, ani Ash nie mieliśmy bladego pojęcia, jak my to wszystko powiemy Margo i jej ojcu. W jaki logiczny sposób uzasadnimy, dlaczego nasz gospodarz zostaje zatrzymany celem dokonania przesłuchania z podejrzeniem o zamordowanie swojego politycznego rywala? Nie wiedzieliśmy tego i choćbyśmy myśleli ze sto lat, niczego mądrego w tej kwestii byśmy nie wymyślili.
Dojechaliśmy na miejsce bardzo szybko, a kiedy już to zrobiliśmy, weszliśmy do domu, w którym powitali nas Margo, Hector i Cleo. Cała trójka wyglądała na bardzo zdumionych naszą obecnością i to jeszcze w towarzystwie policji.
- Co się dzieje, Ash? - zapytała zdumiona Cleo.
- Dlaczego tu jest policja? - dodał Hector.
- O co tu chodzi? - spytała Margo.
Nie wiedzieliśmy, co mamy im odpowiedzieć, jednak Jenny wyręczyła nas w tym, pytając o to, czy jest w domu pan Farge. Kiedy dowiedziała się, że tak, bez ceremonii zaszła do jego gabinetu, porozmawiała z nim chwilę i potem zabrała go ze sobą do samochodu. Nie założyła mu kajdanek, ale mimo wszystko sytuacja ta nie wyglądała najlepiej, a już na pewno nie w oczach Margo, przerażonej tym, co spotkało jej ojca.
- Pani inspektor, proszę go zostawić! On jest niewinny! On niczego przecież nie zrobił! - krzyczała, kiedy policjantka zabierała jej ojca.
- Moja droga, ja go o nic jeszcze nie oskarżam. Po prostu twój ojciec musi mi odpowiedzieć na kilka pytań. Gdy to zrobi, dowiemy się, czy jest winny, czy nie.
Po tych słowach, odeszła od dziewczyny, zabierając ze sobą jej ojca. Margo zaś stała jak skamieniała, tępo wpatrując się w odchodzącą postać swego rodzica i nie wiedząc, co ma powiedzieć. Wraz z nią patrzyliśmy na odjeżdżający samochód z Jenny i zabranym na przesłuchanie Oliverem Fargem. Żal nam ściskał serca, zaś przez umysły przewijały się tysiące pytań i wątpliwości, które nie mogły jeszcze uzyskać od nas odpowiedzi.
Hector podszedł do Margo i położył jej dłoń na ramieniu, ona jednak się od niego odsunęła, odwróciła gwałtownie w naszą stronę. Zauważyłam, że w oczach tej dziewczyny czaiło się szaleństwo.
- Wiedzieliście o wszystkim, prawda?! To wasza sprawka?!
Nie odpowiedzieliśmy, bo niby co mogliśmy jej na ten zarzut odpowiedzieć?
- A ja was uważałam za swoich przyjaciół! - zawołała oburzona Margo, a w jej oczach zaszkliły się łzy.
- Margo, zrozum. Twój ojciec na razie został zabrany na przesłuchanie. Nikt go o nic jeszcze nie oskarża - mówił do przyjaciółki Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał pocieszająco Pikachu.
- No właśnie, na pewno w ciągu paru godzin wszystko się wyjaśni i twój tata do nas wróci - dodałam, choć nie bardzo w to wierzyłam.
- Bune-bune! - zapiszczała potwierdzająco Buneary.
- No właśnie, kochanie. Nie ma co się przejmować. Twój tata do nas wróci i to jeszcze dzisiaj - dołączył do pocieszania Hector - Na policji szybko zorientują się, że on nie ma z tym nic wspólnego i Jenny będzie musiała go wypuścić.
- Nie, ona go tak łatwo nie wypuści i ty dobrze o tym wiesz - jęknęła ponuro Margo, opuszczając głowę w dół - Wy wszyscy doskonale o tym wiecie. Gadacie takie bzdury, żeby mnie pocieszyć. Ale nie pocieszycie mnie.
Ash popatrzył zasmuconym wzrokiem na przyjaciółkę, po czym powoli do niej podszedł, położył jej dłoń na ramieniu i powiedział:
- Margo, ty coś wiesz, prawda?
Nie otrzymał odpowiedzi na swoje pytanie.
- Posłuchaj, to bardzo ważne. Jeżeli coś wiesz, powiedz nam. Może ta wiedza ocali twojego ojca i udowodni jego niewinność.
- Ja nic nie wiem. O co wam w ogóle chodzi? - wysyczała ze złością przez zęby Margo.
- Wydaje mi się jednak, że wiesz - stwierdził Ash - Zrozum, ta wiedza może ocalić twojego ojca i złapać prawdziwego sprawcę. Jeżeli więc cokolwiek wiesz, to proszę, pomóż nam go ocalić.
- Ja nic nie wiem.
- Margo, posłuchaj mnie...
Ash nie zdążył dokończyć, ponieważ dziewczyna nagle odepchnęła jego rękę ze złością i zawołała:
- Ja nic nie wiem i nic nie mogę powiedzieć! Po co w ogóle zabierałam was do taty?! Jakby was nie było, to nic by się nie stało, nie byłoby problemu i taty by teraz nie zabierali!
- Margo, teraz to już trochę przesadzasz...
- To wszystko przez was, wy zakichani detektywi! A ja myślałam, że jesteście moimi przyjaciółmi!
- Bo jesteśmy - powiedziałam.
- Też mi przyjaźń - prychnęła z pogardą Margo - Prawdziwi przyjaciele nigdy tak nie postępują!
To mówiąc, uciekła do swojego pokoju i zamknęła drzwi na klucz, po czym dało się na korytarzu słyszeć jej głośny szloch. A my poczuliśmy się nagle tak źle, jakbyśmy to my zabrali jej ojca i to jeszcze zakutego w kajdanki, choć żadne z nas nawet palca do tego nie przyłożyło. Przez tę chwilę poczuliśmy się niesamowicie bezsilni.


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...