piątek, 13 września 2019

Przygoda 122 cz. III

Przygoda CXXII

Pieśń o zing cz. III


Uzupełnienie pamiętników Sereny - pamiętniki Mavis c.d:
Ojciec jak zwykle niszczy mi życie. Komplikuje je chyba na wszelkie możliwe sposoby i do tego jeszcze nie pozwala mi się nim cieszyć w pełni. Rzecz jasna ja rozumiem wszelkie jego obiekcje wobec Jonathana i moich z nim relacji, ale przecież wszystko dałoby się jakoś przeprowadzić i to w taki sposób, aby nikt z tego powodu nie cierpiał. Ostatecznie przecież nie bez powodu mówią, że dla chcącego nie ma nic trudnego. W każdym razie ja tak słyszałam i jak dotąd tak uważałam.
Ale oczywiście, jakby nie patrzeć, motywy postępowania mojego ojca są dla mnie całkowicie zrozumiałe. Wiem dobrze, o co mu chodzi. Na swój sposób częściowo też podzielam jego zdanie. A właściwie podzielałam je przez jakiś czas i dopiero teraz to mi się nagle odwidziało. A dlaczego? Bo po prostu poczułam w sercu coś, czego już dawno w sercu nie czułam i co jest wręcz boskim uczuciem, które zachęca mnie do życia i do tego jeszcze czerpania z tego życia pełnymi garściami. Nie żebym wcześniej nie czerpała z życia garściami, ale co to było za czerpanie? Owszem, było cudowne, lecz daleko mu do tego, jak bosko moje życie mogłoby wyglądać, gdybym tak nie odrzuciła na zawsze miłości. Ale co ja innego niby mogłam niby zrobić? Przecież taka osoba jak ja raczej nie zasługuje na prawdziwą miłość. Bo w końcu kim ja jestem? Kim się stałam z powodu swojego ojca i jego głupich pomysłów? I czy po tym, kim zostałam teraz mogę spodziewać się, że będę kiedykolwiek szczęśliwa w miłości? To przecież jest tak samo możliwe, jak to, że kiedykolwiek Rumunia zostanie mistrzem świata w piłce nożnej, czyli raczej marne szanse.
A wszystko to z powodu ojca i jego miłości do nauki! Z powodu jego eksperymentów doszło do tego, że zostałam skazana na życie bez miłości i w samotności. Oczywiście trudno nazwać samotnością życie z ojcem, ale też chyba trudno jest nazwać prawdziwym życiem tę żałosną egzystencję, którą muszę wieść. Dlatego też miłość bardzo by ją urozmaiciła, a prócz tego też nadałaby mu o wiele więcej sensu. Ale zawsze bałam się jej poddać, gdyż bardzo dobrze wiedziałam, że w przeciwieństwie do innych kobiet tego świata, ja nie zdołam dać ukochanemu tego, czego z całą pewnością bardzo pragnie. A zatem jeżeli tego nie potrafię mu dać, bo jestem na swój sposób upośledzona, to czego ja niby oczekuję od życia? Cóż ja niby mogę dać ukochanemu? Każdy facet prędzej czy później to odkryje i wtedy albo mnie porzuci, albo też stracę go w inny sposób. A więc po co się starać, skoro z góry wiem, jaki będzie tego wynik?
Ale przecież wcale tak nie musiało być. Gdyby tylko dało się naprawić to wszystko, co nas spotkało, to by dopiero było coś! Wówczas to ja i ojciec bylibyśmy szczęśliwi i wcale nie skazani na życie tylko ze sobą. Tak, to by było dopiero coś! Tylko w jaki sposób doprowadzić do tak boskiej sytuacji? Jak dotąd okazywało się to niemożliwe. Oczywiście, gdyby każdy człowiek zasłaniał się słowem „niemożliwe“, to nigdy by niczego nie osiągnął, a cały świat nigdy nie poszedłby do przodu. Problem w tym, że ojciec już dawno się poddał, a ja nie posiadam jego umiejętności i z tego też powodu mogę całkowicie zapomnieć o tym, że w jakikolwiek sposób zdołam naprawić to, co się stało.
Człowiek często cierpi za swoje błędy bądź swoją głupotę i jest to jak najbardziej sprawiedliwe. Ale za to jawną niesprawiedliwością jest sytuacja, w której człowiek cierpi za winy niepopełnione. Przecież jak to możliwe, aby los karał kogoś za to, co on nie zrobił, tylko za to, co zrobił ktoś inny? A już najbardziej niesprawiedliwą i najbardziej okropnie dzieje się wtedy, kiedy tak los doprowadza do sytuacji, kiedy dziecko ponosi winę za głupotę rodzica. Co prawda ja oczywiście w tej sprawie też jestem winna, ale i tak to jest nic w porównaniu z winą mojego ojca. W Biblii zaś pisze, że za winy rodziców będą cierpieć dzieci do siódmego pokolenia. W tym przypadku tu chodziło tylko o jedno pokolenie, o mnie. Bo przecież z powodu mego jakże kochanego tatusia, to ja na swoich potomków nie mam co liczyć.
Nie mam również co liczyć na szczęście razem z Jonathanem. Strasznie zaczęło mi na tym chłopaku zależeć. To źle, tak jak i to, że się przez chwilę zapomniałam i pozwoliłam porwać uczuciom. Przecież mnie nie wolno! Ja jestem na zawsze przeklęta! Jakim to więc prawem zawracam mu głowę? On na to nie zasługuje! Jest o wiele więcej wart niż ja. To jest dobry i super facet! Coraz bardziej staje mi się bliski. Czuję, że to moja bratnia dusza. Ale co dalej? Ojciec powiedział, żebym powiedziała chłopakowi prawdę, tylko w jaki sposób ja to mam zrobić? Jeżeli to zrobię, stracę go! Jeżeli nie zrobię, to też go stracę! W każdym przypadku będę cierpieć i on też. Więc co mam zrobić? Trzeba wybrać mniejsze zło. Tylko jak? Który wybór będzie lepszy, a który będzie gorszy? Trudno się zdecydować.
Chociaż coś właśnie przyszło mi do głowy. Może coś z tego wyjdzie? Może to będzie mniejsze zło? Tak, warto spróbować! Zobaczymy jeszcze, jakie będą tego efekty.

***


Pamiętniki Sereny c.d:
Cały czas wahaliśmy się, czy przyjąć sprawę poszukiwań żony naszego gospodarza, gdyż nie chcieliśmy przerywać sobie swoich jakże przyjemnych wakacji i odpoczynku od wszelkiego rodzaju obowiązków, którym przecież zawsze powinna się charakteryzować podróż poślubna zakochanej w sobie pary. Oczywiście nie myślcie tu sobie, że mnie i Asha w ogóle nie obeszły problemy Franka Randalla. Przeciwnie, obeszły nas one i to bardzo, ale też na chwilę obecną ja i Ash o wiele bardziej przejęliśmy się sprawą Mavis, której zachowanie robiło się ostatnio nad wyraz podejrzane. Rozmowa tej dziewczyny z jej ojcem dawała nam wiele do myślenia i przy okazji w jakiś sposób też pokazywało, że podejrzenia Asha wobec niej w ogóle nie były bezpodstawne. Być może w tym właśnie tkwił klucz do całego problemu. Być może ta dziewczyna z jakiegoś powodu została przeklęta np. wiecznym życiem albo starzeje się dużo wolniej od zwykłych ludzi i z tego też powodu Ash widział ją dziesięć lat temu jako osiemnastolatkę i dalej nią jest? Ten fakt wiele by nam wyjaśnił. Przy okazji przypomniałam sobie, jaki kostium dziewczyna założyła na siebie podczas balu przebierańców z okazji swoich urodzin. Przebrała się za wampirzycę. Bardzo zatem możliwe, że wybór stroju nie był przypadkiem i wiąże się z tym, kim tak naprawdę jest.
Tak prawdę mówiąc, to taka możliwość sprawiała, że miałam ciarki na całym ciele. Od dawna wielkim przerażeniem potrafiły mnie napawać różne zjawiska paranormalne, a już szczególnie horrory i potwory pochodzące z nich, a dotyczyło to szczególnie wampirów, choć nigdy ich nie spotkaliśmy. Choć w sumie można powiedzieć, że spotkaliśmy je. Ostatecznie w trakcie naszych przygód trafiliśmy na groźnego Pokemona - Noiverna płci żeńskiej, który wskutek eksperymentów naukowych stał się potworem posiadającym pewne cechy wampirów. Co prawda Wampirzyca Noivern zginęła zabita przez Arlekina, który w ten sposób uratował mi życie, ale przecież została sklonowana, jej klon wciąż żył, a my mieliśmy w jego osobie wroga. Jednak oczywiście ta podła istota nie była typowym krwiopijcą z horrorów, a Mavis mogła taką być, na co wskazywało wiele aspektów. Co prawda potrafiła swobodnie chodzić po słońcu i jakoś nie sprawiała wrażenia osoby bojącej się krzyży czy czosnku, jak również raczej daleko jej było do przemiany w nietoperza albo spania w trumnie. Widziałam przecież wyraźnie, jak jadła potrawę z sosem czosnkowym i wcale od tego nie umarła, tylko miała lekkie gazy. Widziałam ją także raz na spacerze i przechodziła obok pobliskiego kościółka i jakoś wcale się nie bała ani nawet nie wzdrygnęła. W pokoju przecież trumny nie miała, choć tę oczywiście mogła gdzieś ukryć w jakimś bezpiecznym miejscu. Co do przemiany w nietoperze, to jakoś nie byłam świadkiem takowej, ale też to nie był żaden dowód. Przecież fakt, że czegoś nie widziałam wcale nie znaczy, iż tego nie ma.
W każdym razie po naradzie z Ashem oraz wymianie poglądów w tej sprawie oboje uznaliśmy, że o wiele lepiej będzie spróbować dowiedzieć się czegoś więcej o Mavis. Bo jeśli rzeczywiście była niebezpieczną dla innych istotą, to trzeba się było tego dowiedzieć zawczasu zanim dojdzie do czegoś złego. Bo przecież takie coś mogło mieć miejsce, dlatego też lepiej było się zawczasu przygotować. W tym oto celu postanowiliśmy zatem obserwować Mavis najczęściej, jak się tylko da i spróbować odkryć, jaki to sekret skrywa i dlaczego.
- Jeżeli jest wampirzycą, to trzeba się będzie dobrze przygotować do walki z nią - powiedziałam do Asha - Potrzebny będzie cały zapas srebrnych kul i jeszcze mocny, osikowy kołek.
Załamana uderzyłam się dłonią w czoło i jęknęłam:
- Boże! Co ja w ogóle wygaduję?! Przecież to wszystko bajki i wymysł ludzi o zbyt wielkiej wyobraźni! Wampiry wcale takie nie muszą być. I do tego wcale nie muszą być istotami z piekła rodem.
- Jeśli to w ogóle jest wampirzyca - powiedział Ash - Bo przecież w tej sprawie nie mamy żadnej pewności. Równie dobrze sekretem Mavis może być coś zupełnie innego, a my wyciągamy pochopne wnioski.
- Pochopne wnioski? Przecież ty sam mówiłeś mi, że to jakaś dziwna istota, która wciąż posiada osiemnaście lat pomimo upływu lat!
- To prawda i jestem tego całkowicie pewien, ale za to już nie jestem pewien tego, jakiego rodzaju istotą jest Mavis. Być może pochodzi z rasy Przedwiecznych.
- Sądzisz? - spytałam i zastanowiłam się nad tym - Ale wobec tego kim jest jej ojciec? I dlaczego ma on jakieś wątpliwości w sprawie jej związku z Jonathanem? To wszystko jakoś nie pasuje mi do teorii z Przedwiecznymi.
- Tak, masz rację - zgodził się ze mną Ash - To raczej kiepska teoria. Słuchaj, a pamiętasz może ten film „Nieśmiertelny“?
- Tak, a czemu pytasz?
Zanim jednak Ash zdążył odpowiedzieć, to zaraz przypomniałam sobie ten film i wątek głównego bohatera oraz problemów, z którymi się borykał. W obliczu tego wszystkiego już powoli zaczęłam rozumieć, do czego Ash zmierza.
- Czy sądzisz, że jest to możliwe, kochanie? To by wiele wyjaśniało. To by tłumaczyło zachowanie Mavis i jej ojca.
- Tak, choć oczywiście też wyjaśnieniem może tu być fakt, że po prostu dziewczyna jest ciężko chora i nie nadaje się z tego powodu do związku z kimkolwiek - mówił dalej Ash, delikatnie masując sobie podbródek - Ale też to w ogóle nie tłumaczy tego, że ją widziałem dziesięć lat temu i to jako nastolatkę, którą dalej ona jest.
- Tak czy siak chyba najlepiej będzie, jeżeli przyjrzymy się uważnie tej pannicy - powiedziałam.
Ash zgodził się ze mną całkowicie i oboje postanowiliśmy iść za Mavis i obserwować jej zachowanie licząc, że w nim będzie się kryć rozwiązanie. Ubraliśmy się więc (bo przecież wyżej przytoczoną rozmowę odbyliśmy ze sobą o poranku będąc jeszcze w piżamach) i zeszliśmy na dół, aby poszukać Mavis. Muszę tu jednak zaznaczyć, że oboje wdzialiśmy na siebie stroje bardziej szkockie, które bardzo nam się spodobały. Ja i Buneary założyliśmy szkockie spódniczki, a ja dołożyłam do tego uroczą, ciemną bluzkę. Z kolei Ash założył białą koszulkę, szkocki kilt i rzecz jasna swoją ulubioną czapkę z daszkiem. Pikachu również założył na siebie kilt i muszę powiedzieć, że zarówno on, jak i jego trener wyglądali w tych szkockich strojach po prostu fenomenalnie. W każdym razie mnie i Buneary chłopcy bardzo się w nich podobali.
- Wyglądacie jak prawdziwi Szkoci - powiedziałam zadowolona.
- Bune-bune! - zapiszczała wesoło Buneary.
- Cieszę się, że tak uważasz i że ci się podobam w tym stroju, Sereno - odpowiedział mi Ash.
Pikachu zapiszczał rozkosznie do swojej sympatii i delikatnie ukłonił się jej, wyciągając przed siebie łapkę, którą króliczka z radością przyjęła. Potem oboje dali nam znać, że już chcą iść.
- W porządku! Już idziemy - powiedziałam wesoło i spojrzałam czule na Asha - Mam tylko nadzieję, że w razie czego będziesz potrafił walczyć jak na prawdziwego Szkota przystało.
- Spodziewasz się jakiś awantur z Mavis? - spytał Ash.
- Niekoniecznie, ale wolę być na nie przygotowana i ty też lepiej bądź gotowy - odpowiedziałam mu.
- Na dobrą bijatykę każdy Szkot jest zawsze gotowy! - zawołał wesoło mój mąż, przybierając przy tym dumną pozę.
- Weź już się tak nie popisuj - zachichotałam.
- Popisuj? Kochanie moje, ty jeszcze nie widziałaś, jak ja się potrafię popisywać!
- Serio? A w jaki sposób potrafisz to robić?
- Choćby stając na rękach. O tak!
To mówiąc Ash wygiął się lekko, próbując wykonać skok na ręce, ale w porę go od tego powstrzymałam, łapiąc go szybko za ramiona.
- Hej, opanuj się lepiej, skarbie mój! Jeszcze ktoś wejdzie i zobaczy to, czego widzieć nie powinien! - zawołałam.
Ash zachichotał i trącił mnie lekko palcem w nos i powiedział:
- Spokojnie, skarbie. Pod kiltem mam bokserki.
- Serio? - spytałam, niezbyt dowierzając jego słowom.
- Oczywiście, kochanie. Czy sądzisz, że bez nich wyszedłbym z domu? Przecież w Szkocji bywa nieraz bardzo chłodno, a poza tym nigdy nic nie wiadomo i ja tam wolę nie ryzykować.
- Bardzo mądra decyzja.


Po tej oto rozmowie zeszliśmy powoli schodami do głównego holu, w którym znajdowała się recepcja. Przy niej stała właśnie jakaś dziewczyna i od pracowniczki hotelu odbierała klucz do swojego pokoju. Odwróciła się w naszą stronę i zauważyliśmy wówczas, że jest to jakaś wysoka blondynka o długich blond włosach i ciemnych oczach. Ubrana była w białą sukienkę i białe adidasy, a jej włosy zdobiła niebieska wstążka. Do tego nosiła okulary o grubych ramkach i co jakiś czas poprawiała je sobie, gdy zsuwała się jej z nosa. Przy nodze miała walizkę, którą po otrzymaniu klucza wzięła do ręki i zaczęła z nią powoli iść w kierunku schodów. Wtem jednak potknęła się o własne nogi i wywróciła jak długa. Ash i Pikachu szybko podbiegli do niej i pomogli się jej pozbierać.
- Wszystko dobrze? - zapytał ją mój mąż.
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Tak, wszystko ze mną dobrze. Bardzo panu dziękuję - odpowiedziała dziewczyna i przyjaźnie się do nich uśmiechnęła - Powinnam chyba częściej patrzeć pod nogi.
- Zdecydowanie - zgodziłam się z nią - Ale spokojnie, jak się nosi przy nodze bagaż, to łatwo się o niego potknąć. Sama już wiele razy też się tak rozłożyłam jak długa.
- Tak to już się zdarza - powiedziała dziewczyna.
Mówiła trochę dziwnie, bo co prawda po angielsku, jednak akcentując wiele razy słowa w sposób typowy dla Francuzek. Jej twarz wydała mi się z jakiegoś powodu dziwnie znajoma, ale nie byłam pewna, gdzie ją mogłam wcześniej widzieć. Ash też z bardzo dużą uwagą przyglądał się blondynce i widać podzielał moje uczucia w tej sprawie.
- Czy jest pani tu pierwszy raz? - zapytałam po chwili.
- Tak, wiele słyszałam o tym miejscu i bardzo chciałam je zobaczyć - powiedziała dziewczyna - Jak widzę dobrze zrobiłam, bo to jest naprawdę przyjemne miejsce i bardzo sympatyczni ludzie tu przebywają.
- Owszem, to miejsce jest urocze - zgodziłam się z nią i dodałam po francusku: - Ale zakładam, że o tej porze we Francji jest o wiele cieplej.
Ciekawiło mnie, jak na to zareaguje. W sumie to nie wiem, co chciałam w ten sposób osiągnąć lub też sprawdzić, ale ta sztuczka mi się nie udała, bo dziewczyna spojrzała na mnie i odpowiedziała po francusku:
- Owszem, o tej porze roku jest jeszcze dość ciepło w Saint-Tropes.
Mówiła w języku Dumasa i Hugo w sposób płynny, niczym prawdziwa Francuzka, a więc niewykluczone, że nią była. Oczywiście mogła udawać i taka myśl też przyszła mi do głowy, ale nie miałam w tej sprawie żadnych dowodów, więc odpuściłam sobie dalsze sprawdzanie jej osoby. Zwłaszcza, że mieliśmy wtedy co innego na głowie.
- Bardzo się cieszę - powiedziałam już po angielsku - Kiedyś muszę się tam wybrać. A póki co Szkocja też jest pięknym miejscem.
- To prawda i jak widzę nosicie narodowe stroje - odparła blondynka i uśmiechnęła się uroczo - W tej spódniczce wyglądasz uroczo.
- Dziękuję ci - uśmiechnęłam się zadowolona - W kratce jak widać mi do twarzy.
- Oj, zdecydowanie tak - zgodziła się dziewczyna i podniosła z podłogi swoją walizkę - Ale muszę już iść. Chcę zobaczyć, jak wygląda mój pokój. Życzę wam miłego dnia.
- My tobie też - odparłam przyjaźnie.
Dziewczyna powoli skierowała się na górę, a gdy tylko zniknęła nam z oczu, to Ash spojrzał na mnie i spytał:
- Dobra, skarbie. Powiesz mi, po co był ten sprawdzian?
- To było aż tak widoczne, że ją sprawdzałam? - zdziwiłam się.
- No przecież! Niby po co przeszłaś nagle na francuski? Co chciałaś w ten sposób osiągnąć? - zapytał Ash.
- Pika-pika-chu? - zapiszczał pytająco Pikachu.
Buneary z wielką uwagą mi się przyglądała, oczekując odpowiedzi, a ja poczułam, że muszę jej udzielić.
- Sama nie wiem, co chciałam osiągnąć. Chciałam się chyba upewnić, że potrafi gadać po francusku. I potrafi. Mówi jak rodowita Francuzka. Być może nią jest.
- Ale nie bardzo w to wierzysz, co? - spytał Ash.
- Rzeczywiście nie bardzo, bo równie dobrze mogła tylko udawać. Ale być może popadam w paranoję i wszędzie już węszę zdradę.
- Może i tak, a może i nie. Ale jedno jest pewne, jej twarz wydawała mi się dziwnie znajoma.
- Tobie też? Najpierw Mavis, a teraz ona. Czy w tym hotelu robią sobie zjazd sami nasi znajomi?
- Kto wie? Tak czy siak myślę sobie, że lepiej będzie być ostrożnym i nie ufać pierwszej lepszej osobie, która jest dla nas miła i się uśmiecha. No i oczywiście skupić się na sprawie Mavis. To teraz jest nasz priorytet.
- A sprawa Claire Randall? A sprawa Nessie? Liczę, że nimi również się zajmiemy.
- Tak jak ci obiecałem, ale wszystko po kolei. Najpierw Mavis, potem cała reszta. Zresztą teraz tylko ta sprawa mnie najbardziej pociąga.
Pikachu zapiszczał bojowo i wskoczył Ashowi na lewe ramię, piszcząc wesoło na znak, że jego także teraz interesuje jedynie ta oto tajemnicza pół-Rumunka, jeśli rzeczywiście nie była. Ja i Buneary musiałyśmy przyznać, że tak samo i my czujemy. Z tego też powodu ruszyliśmy szukać Mavis.

***


Nasze poszukiwania nie trwały długo. W hotelowej restauracji była już dziewczyna i jej ojciec, którzy siedzieli przy stoliku i jedli posiłek. Profesor Stoner próbował w jakiś sposób zagadać do swojej córki, ale ta w ogóle nie zwracała na niego uwagi. Wyraźnie słyszała to, co do niej mówił, jednak też bardzo skutecznie udawała, że jest inaczej. Jadła w milczeniu, spoglądając co jakiś czas na stolik, przy którym siedział Jonathan. Chłopak był po prostu zachwycony jej widokiem, więc prawie wcale nie odrywał od niej wzroku, choć jak się okazało, to wcale nie oznaczało, że nie widzi tego, co się wokół niego dzieje. Dostrzegł bowiem nas przechodzących niedaleko jego stolika i zawołał:
- Hej, ziomale! Jak się macie?! Panno Katarzyno! Paniczu Robie! Czy jeszcze mnie pamiętacie?!
Spojrzeliśmy na niego z uśmiechem, od razu zapominając o tym, że przez pewien czas mieliśmy wobec niego pewne podejrzenia, które to teraz przerzuciliśmy całkowicie na Mavis, ale oczywiście wobec niego woleliśmy zachować pewną ostrożność. Ostatecznie ledwie co chłopaka poznaliśmy, a biorąc pod uwagę poprzednią przygodę takie zachowanie ostrożności wobec osoby, z którą to niedawno zawarliśmy znajomość było wręcz wskazane. Co oczywiście nie znaczyło, że mieliśmy unikać chłopaka.
- Pewnie, że cię pamiętamy - odpowiedział mu wesoło Ash - Ciebie to raczej trudno jest zapomnieć, Johnnysteinie.
- Uznam to za komplement - zachichotał rudzielec i pokazał dłońmi na miejsca obok siebie przy stoliku - Proszę, siadajcie! Ja chętnie zjem razem z wami. Jeżeli oczywiście tylko towarzystwo takiego wariata jak ja wam nie przeszkadza.
Skorzystaliśmy z zaproszenia i usiedliśmy przy jego stoliku i tam też złożyliśmy zamówienie. Jonathan zaś cały uradowany zapytał:
- Daliśmy wczoraj niezłego czadu, prawda?
- Oj tak. Macarena po prostu rządzi! - odpowiedział mu wesoło Ash - Nieźle wczoraj tańczyliśmy.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu.
- To prawda! To jest piosenka, która potrafi każdego porwać do tańca - stwierdził wesoło Jonathan - A mnie zawsze chwyta za serce i sprawia, że chcę jak król Julian wyginać śmiało ciało.
- A powiedz, czy zwróciłeś uwagę na jej słowa? - spytałam wesoło - Bo wiesz, one nie są wcale takie zbyt godne śpiewania.
- A jakie to ma niby znaczenie? - odpowiedział wesoło rudzielec - Bo przecież nie liczą się tu słowa „Macareny“, tylko jej rytm! A to prawdziwie super rytm, który sprawia, że ciągle chce się tańczyć i tańczyć.
- Ja zawsze uważałam, że słowa są najważniejsze - powiedziałam.
- A nieprawda, bo możesz posiadać piękne słowa do piosenki, ale za to kiepską muzykę i od razu cały utwór jest już po prostu do niczego - wyjaśnił swój sposób myślenia Jonathan - Oczywiście najlepszy jest taki utwór, który posiada super muzykę i super słowa. Wtedy to jest najlepiej, ale przecież dzisiaj takich piosenek jest na lekarstwo i dlatego jak mam wybierać, to ja już wolę super rytm bez dobrych słów niż odwrotnie.
Po tych słowach chłopak zaczął znowu przyglądać się z uwagą Mavis, która delikatnie się do niego uśmiechnęła. W jej uśmiechu oraz w oczach czaił się jednak jakiś smutek, którego przyczyny nie były nam znane, choć oczywiście domyślaliśmy się ich. Jonathan chyba jednak tego nie dostrzegł, bo dalej nie odrywał wzroku od dziewczyny, po czym opierając łokcie na stole, a głowę o swoje otwarte dłonie, westchnął głęboko i zapytał:
- Czy to nie jest najlepsza dziewczyna na świecie?
- Trudno mi stwierdzić. Nie znam wszystkich dziewczyn na świecie - odpowiedział mu wesoło Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał dowcipnie Pikachu.
- Ale za to ja znam i wiem, że ta jest najlepsza - odpowiedział Jonathan i znowu westchnął.
- Kogoś chyba trafił tutaj grot Amora - zażartowałam sobie.
- Jakiego kondora? - zapytał rudzielec, wciąż nie odrywając wzroku od swojej sympatii i uśmiechając się w zwariowany sposób.
Wyglądał teraz jak postać z kreskówek, która właśnie się zakochała i to od pierwszego wejrzenia. Mina rudego chłopaka wyraźnie nam to mówiła, tak samo, jak i jego uśmiech i zamglone oczy z uwagą wpatrujące się tylko w jeden punkt, czyli w twarz Mavis. Twarz, która z jakiegoś powodu była bardzo smutna i do tego jeszcze jakby próbowała przestać patrzeć w stronę chłopaka, co kiepsko się jej udawało, bo przecież co chwila znów zerkała w kierunku rudzielca, choć zwykle wtedy, kiedy ten choć na chwilę odrywał wzrok od niej i spoglądał na nas, co oczywiście miało miejsce nad wyraz rzadko, gdyż Jonathanowi trudno było się nie przyglądać dziewczynie.
- Czy widzieliście, jak się ona uśmiecha? - zapytał po chwili - A czy widzieliście, jak bosko wygląda w czarnym bikini w hotelowym basenie?
- Jakoś się temu nie przyjrzeliśmy - odpowiedziałam wesoło, z trudem hamując parsknięcie śmiechem.
- Ja to wolę się przyglądać swojej żonie w bikini niż obcym laskom - dodał ze szczerością w głosie Ash.
Położyłam czule dłoń na jego dłoni i spojrzałam czule w te boskie oczy barwy orzechowej czekolady. Jego słowa bardzo mi się podobały i sprawiły mi wielką radość, a prócz tego też pokazały, że jako żona Asha wciąż jestem dla niego atrakcyjna, co mnie jako kobiecie bardzo się podobało.
Zjedliśmy powoli swoje śniadanie i już prawie w ogóle przy tym nie rozmawialiśmy z Jonathanem, który wpatrywał się ciągle w Mavis i jeśli coś mówił, to tylko o niej, a tymczasem dziewczyna powoli zjadła swój posiłek i odeszła od stolika w swoją stronę.
- Pójdę za nią - powiedziałam szeptem do Asha.
Ash skinął potakująco głową i zaczął zagadywać o czymś Jonathana. Chłopak zdołał wówczas wreszcie oderwać swój wzrok oraz swoje myśli od dziewczyny, która powoli wyszła już z restauracji i spytał o coś Asha. Nie skupiałam się jednak na tym, bo poszłam za Mavis. Obok mnie kroczyła wierna Buneary, która postanowiła towarzyszyć mi podczas tej mojej misji (jeśli oczywiście mogę ją tak nazwać) i w razie czego mnie wesprzeć, gdyby takie coś było potrzebne, choć miałam nadzieję, że tak się nie stanie.
Poszłam zatem za Mavis i bardzo szybko zauważyłam, że przeszła ona do salonu, w którym siedziało właśnie kilkanaście osób zajętych sobą oraz swoimi sprawami. W kącie pokoju stał fortepian chyba z końca XIX wieku, a przynajmniej na taki mi wyglądał. Mavis usiadła przy tym instrumencie, po czym zaczęła grać jakąś bardzo piękną melodię. Ten utwór był po prostu oszałamiający w swojej piękności. Każdy jego dźwięk przyjemnie pieścił moje uszy, a palce dziewczyny w delikatny i czuły wręcz sposób dotykały klawiszy fortepianu, tworząc w ten sposób kolejne dźwięki muzyki. Pięknej muzyki wygrywanej z talentem przez pannę Stoner. Wsłuchiwałam się w ten utwór wraz z Buneary, która także była nim zachwycona.
- Pięknie grasz - powiedziałam do Mavis, gdy ta skończyła swój piękny koncert.
- Dziękuję - odpowiedziała mi dziewczyna, lekko się do mnie przy tym uśmiechając - Ale ze słowami ten utwór jest jeszcze ładniejszy.
- To ta melodia ma dopisane słowa?
- Oczywiście. I są równie ładne, co sama melodia.
- A jakie to słowa?
- Z chęcią ci je zaśpiewam.
Mavis z uśmiechem delikatnie uderzyła dłońmi w klawisze fortepianu i zaczęła ponownie wygrywać ów prześliczny utwór, który tak bardzo mi się spodobał. Tym razem jednak prócz tego zaśpiewała następujące słowa:

Na coś właśnie się zanosi
No i wiem, że to ty.
Choćby nas cały świat dzielił
Nie martw się!
Wiem, że jesteś gdzieś.
Ciągle szukam i szukam, tu i tam.
Szukam i szukam i oto mam.
Marzenie spełnia się.

Kocham tylko ciebie.
Dlaczego by nie?
Przecież razem najlepiej nam jest.
Moje serce to wie.
Rytm wybija jak twe.
I ciebie wciąż kocham.



Po zaśpiewaniu tych słów Mavis przerwała grę na fortepianie i patrząc na mnie z uwagą powiedziała:
- Tyle na razie mam, ale chcę dopisać jeszcze drugą zwrotkę i refren.
- Dopisać? Zaraz! Czy ty chcesz powiedzieć, że sama napisałaś słowa tej piosenki? - zapytałam zdumiona.
- Oczywiście, tak jak i melodię. Nie wierzysz mi?
- Wiesz... Trochę trudno mi w to uwierzyć. W dzisiejszych czasach taki talent. Ja sama razem z Ashem napisałam kilka wierszyków, które potem posłużyły za tekst do piosenek wylansowanych przez zespół muzyczny The Brock Stones, który składa się z samych naszych znajomych. Ale żeby tak stworzyć i tekst i muzykę... To dopiero talent.
Mavis uśmiechnęła się lekko, dalej się we mnie wpatrując.
- Widzisz, niekiedy tak się trafia, choć jak na mój gust to żaden talent. Rozwiązywanie skomplikowanych zagadek kryminalnych... Och, to dopiero jest talent. Ja takiego nigdy nie będę posiadać.
- Za to posiadasz inne talenty. Ta melodia jest po prostu cudowna.
- A słowa?
- Słowa też, chociaż...
- Chociaż co?
- Chociaż ja osobiście dałabym w kilku miejscach trochę inne słowa.
- A gdzie konkretnie?
Mavis wyraźnie wyglądała na zainteresowaną tym, co powiedziałam, dlaczego z chęcią podzieliłam się z nią swoim zdaniem w sprawie piosenki.
- Chodzi o słowa „Kocham tylko ciebie“. To są bardzo urocze i piękne słowa, ale czy nie sądzisz, że są troszeczkę banalne?
- W jakim sensie?
- Ta melodia jest po prostu przepiękna, słowa też, ale zwrot „Kocham tylko ciebie“ jakby tu nie pasuje. Jest zbyt pospolity. Tutaj trzeba by dać coś bardziej pięknego i zarazem sprawiającego, że osoba, dla której te słowa są kierowane poczuje się wyjątkowo.
- A skąd pomysł, że ta piosenka jest dla kogoś kierowana?
Uśmiechnęłam się z lekką ironią i powiedziałam:
- W porządku, nie musi tak być, ale piosence takiego kalibru trzeba dać właściwe słowa. Może więc zamiast „Kocham tylko ciebie“ dać powiedzmy: „Wybieram więc ciebie“?
Mavis pomyślała przez chwilę nad moją propozycją i lekko podrapała się po głowie, po czym powiedziała:
- A wiesz co? To wcale nie jest takie głupie. Właściwie te słowa byłyby nawet lepsze. Poczekaj, sprawdzę to. Dziewczyna ponownie i zaczęła grać, po czym zaśpiewała:

Wybieram więc ciebie!
Dlaczego by nie?
Przecież razem najlepiej nam jest.
Moje serce to wie.
Rytm wybija jak twe.
Więc ciebie wybieram.


Po zaśpiewaniu tych słów Mavis zadowolona spojrzała na mnie, a na jej twarzy malowała się wielka radość.
- Tak! To jest to! Teraz rzeczywiście tekst brzmi o wiele lepiej! Sereno, jesteś po prostu wielka!
- Dziękuję, a ty bardzo miła - odpowiedziałam jej.
Mavis uśmiechnęła się przyjaźnie do mnie i po chwili rzekła:
- Wiesz... Może byś mi pomogła dopisać drugą zwrotkę piosenki?
- Jasne, nie ma sprawy. To kiedy bierzemy się do pracy?
- Teraz nie, bo umówiłam się z Jonathanem i idziemy na miasto, żeby sobie zaszaleć.
- Zaszaleć?
- A tak, zaszaleć. Będziemy się pysznie bawić.
- Tylko nie przesadź.
- Spokojnie, mnie to już nic nie może zaszkodzić.
Jej słowa zabrzmiały bardzo zagadkowo i nie wiedziałam, co mam o nich myśleć, ale też nie miałam czasu się nad nimi zastanawiać, ponieważ przyszedł Jonathan i Mavis uśmiechnięta od ucha do ucha wstała od pianina i powoli podeszła do chłopaka, całując go czule w policzek.
- Gotowa? - zapytał ją wesoło Jonathan.
- Jak nigdy przedtem - odpowiedziała Mavis.
Chwilę potem oboje wyszli z pokoju, a do mnie podszedł Ash wraz z wiernym Pikachu u boku.
- Idziemy za nimi? - zapytał mnie.
- Pika-pika? - dodał Pikachu.
Odpowiedź na to pytanie była aż nazbyt oczywista.

***


Poszliśmy za naszą parą zakochanych (o ile oczywiście można było ich tak nazywać) i wraz z nią skierowaliśmy swe kroki w kierunku pobliskiego miasteczka. Mavis i Jonathan nie zwrócili na nas uwagi, chociaż nie szliśmy zbyt daleko od nich, także łatwo nas mogli zauważyć, gdyby tylko odwrócili się za siebie. Tak się jednak nie stało. Zakochani bowiem nie spoglądali do tyłu ani na boku, tylko patrzyli przed siebie lub na siebie. To była bardzo dla nas korzystna sytuacja, ponieważ dzięki temu mogliśmy ich obserwować i to bez żadnych trudności.
Tymczasem Jonathan i Mavis szli dalej przez miasteczko, aż trafili do pobliskiego boiska, gdzie miejscowe dzieciaki trenowały grę w piłkę i jazdę na desce. Zatrzymali się tam i usiedli wygodnie na ławce, po czym zaczęli obserwować bawiące się dzieciaki. Usiedliśmy na jednej z sąsiednich ławek, zachowując przy tym bardzo bezpieczną odległość, żeby nie przeszkadzać zakochanym. Oczywiście odległość była na tyle dobra, abyśmy usłyszeli ich rozmowę. A była ona bardzo ciekawa.
- Zobacz, jakie słodkie dzieci - powiedziała po chwili Mavis - I jak się uroczo bawią.
- Tak, urocze dzieciaki - odpowiedział jej Jonathan - Wiesz, też kiedyś byłem takim dzieciakiem jak te tutaj. To były jedne z najpiękniejszych chwil mojego życia.
- Tak, wtedy miało się mniej problemów i wszystko szło jakoś łatwiej - powiedziała nagle dość ponuro Mavis - A potem pojawia się dorosłość, a z nią wszelkie problemy tego świata.
- Właśnie, ale nie jest też źle - stwierdził wesoło Jonathan - Chodzisz spać o której chcesz, wolno ci oglądać filmy od osiemnastu lat, podróżować po świecie bez rodziców.
- Tak, to wszystko posiada swój urok, ale i tak często spotyka nas taka jakby nostalgia za dzieciństwem.
- To prawda, dobrze znam to uczucie. Często mi ono towarzyszy. Czuję wtedy taką chęć powrotu do dziecinnych zabaw, które swego czasu dawały mi tak wiele radości.
- Też tak mam.
- A widzisz, to jak widać jest normalne. A wiesz, co ja robię w takiej sytuacji?
- Co takiego?
- Ulegam tej chęci.
Po tych słowach Jonathan zerwał się z ławki, podszedł do jednego z dzieciaków i poprosił go o pożyczenie mu deskorolki, a potem, kiedy już ją dostał, zaczął na niej śmigać niczym prawdziwy zawodowiec. Wygłupiał się przy tym, robiąc do Mavis zabawne i zwariowane miny, co sprawiało, że dziewczyna niemalże dusiła się ze śmiechu, tak ją to bawiło. Gdy Jonathan przestał jeździć, to dziewczyna okazała mu swój podziw poprzez głośne oklaskiwanie. Chłopak bardzo wesoło ukłonił się jej na znak wdzięczności za brawa.
- Widzisz? Jeszcze nie zapomniałem, jak się jeździ! - zawołał wesoło Jonathan - Talent w tej sprawie ciągle posiadam!
- Zakładam, że często go szlifujesz - powiedziała Mavis.
- Owszem, szlifuję go często i wcale się tego nie wstydzę. W końcu to, że mam dwadzieścia jeden lat nie oznacza, że nie wolno mi się wygłupiać na deskorolce!
- A mnie dasz spróbować?
- A potrafisz jeździć?
- Trochę potrafię. To co? Dasz spróbować?
Zadowolony Jonathan ustąpił swojej ukochanej deskorolkę i usiadł na ławce, żeby przyglądać się z uwagą, jak Mavis teraz będzie śmigać. Z całą pewnością oczekiwał z jej strony popisu prawdziwego talentu i na szczęście nie był zawiedziony. Mavis bowiem jeździła na deskorolce jak prawdziwy zawodowiec, wykonując przy tym zagrożone upadkiem dzikie zakręty, które jednak ani razu nie pozbawiły jej równowagi.
- Mówiłaś, że tylko trochę potrafisz jeździć! - zawołał do niej wesoło Jonathan.
- Bo ja naprawdę umiem jeździć tylko trochę... Tylko trochę lepiej niż przeciętny amator! - odpowiedziała mu rozbawiona Mavis.
Chwilę później dziewczyna niefortunnie ulokowała ciężar swego ciała na desce i zanim się spostrzegła, to ta się przekrzywiła, jej tylne koła lekko podskoczyły w górę i Mavis poleciała na boisko i rozłożyła się jak długa na nim. Jonathan szybko zerwał się z ławki i podbiegł do dziewczyny i pomógł się jej pozbierać.
- Boże drogi! Mavis, żyjesz? Bardzo cię boli? - dopytywał się jej.
Dziewczyna miała lekkie zadrapania na twarzy i rękach, ale z jakiegoś powodu nie chciała, aby chłopak jej pomagał.
- Nic mi nie jest. Naprawdę nic! - tłumaczyła przerażonym głosem.
- Trzeba ci to opatrzyć - powiedział Jonatan z troską w głosie.
- Nie trzeba! Naprawdę!
- Ale Mavis...
- Powiedziałam, że nie trzeba! Zostaw mnie!
Dziewczyna szybko odwróciła się od swojego ukochanego i uciekła z boiska wyraźnie przerażona. Jonathan zdumiony patrzył na nią przez chwilę i ruszył jej śladem.
- Jak myślisz, co się stało? - zapytałam Asha.
- Nie jestem pewien. Być może jej rany nie są długotrwałe i nie chciała, żeby to widział - odpowiedział mój mąż.
- Mówisz o wampirzej zdolności regeneracji ciała?
- Owszem, ale to właściwie ty powinnaś wiedzieć więcej w tej sprawie, moja kochana specjalistko od zjawisk paranormalnych.
Popatrzyłam na Asha z ironią i powiedziałam:
- Dobrze, dobrze. W końcu to ty uważasz, że Mavis to osoba, która od dziesięciu lat jest osiemnastolatką.
- Bo to prawda - odpowiedział Ash - A zresztą chodźmy za nimi i dalej ich obserwujmy. Może się czegoś dowiemy.

***


Bez trudu odnaleźliśmy Jonathana i Mavis, którzy miło spędzali czas zwiedzając całe miasteczko i prowadząc ze sobą jakieś rozmowy. Ich treści nie słyszeliśmy, ponieważ trzymaliśmy bezpieczną odległość, choć Ash nie był całkowicie pewien tego, czy zakochani nas nie widzą. Właściwie to oboje coś tak czuliśmy, że Jonathan i Mavis wiedzą o naszej obecności i tak tylko udają, iż jest inaczej. Ale nawet jeżeli tak było, to w ogóle nie dawali tego po sobie poznać. Szli i zwiedzali całe miasteczko, korzystając z jego atrakcji, także więc wstąpili do kawiarni, do kina i do jeszcze paru miejsc. Oczywiście cały czas szliśmy za nimi, ale na szczęście się nie nudziliśmy, a zwłaszcza, że film, na który poszli był ciekawy i wart tego, aby go obejrzeć, a prócz tego już od jakiegoś czasu oboje z Ashem przymierzaliśmy się do zobaczenia go. Tak więc ten oto dzień z całą pewnością do zmarnowanych nie należał.
Pod wieczór zaś nasza para wybrała się do baru i tam dopiero zaczęli się dziko bawić. W barze grała jakaś dzika muzyka, wiele par tańczyło, a gwar był wprost niewiarygodny. Baliśmy się, że nasza parka zakochanych gdzieś nam się zgubi, ale usiedli przy barze i łatwo ich było dostrzec. Też usiedliśmy przy kontuarze, lecz w taki sposób, aby zakochana parka nas nie dostrzegła. Peruki oraz trochę inne ciuchy, które to założyliśmy na siebie w toalecie baru (a które mieliśmy w swoich plecakach) z całą pewnością nam zmieniały nieco wizerunek. Dla jeszcze większej pewności, że wszystko dobrze pójdzie, Ash usiadł odwrócony plecami do siedzącej po jego prawicy zakochanej pary, a ja zerkałam na nich bardzo ostrożnie przez jego ramię. Dostrzegłam dzięki temu kilka ciekawych sytuacji. Najpierw zobaczyłam Jonathana i Mavis pijących przez dwie słomki drinka z jednej szklanki i wesoło przy tym chichocząc. Widać ta sytuacja bardzo ich bawiła.
- Mocne. Potrafi uderzyć do głowy - powiedział po chwili Jonathan.
- To ty jeszcze nie próbowałeś czegoś naprawdę mocnego - odparła na to Mavis.
Następnie powoli wyjęła coś z kieszeni, jakby jakiś woreczek, a także banknot o raczej dużej wartości, który podała barmanowi.
- Nic nie widziałeś, jasne?
Barman wziął kasę i zaraz poszedł w swoją stronę udając, że niczego nie widzi. A byłoby co zobaczyć. Ale chociaż barman niczego nie widział, to ja widziałam wszystko i potem powiedziałam o tym po cichu Ashowi, który wpatrywał się we mnie z uwagą i udawał, że jest zajęty moją osobą oraz swoim drinkiem. A co przez ten czas robiła Mavis? Po daniu łapówki barmanowi dziewczyna wysypała z woreczka biały proszek na ladę i wyjęła rurkę, którą zaczęła wdychać to parszywe świństwo. Udało się jej wepchnąć połowę proszku w swoje nozdrza, po czym odrzuciła głowę do tyłu i złapała powietrze w płuca.
- Ach! Jak cudownie! - powiedziała zachwycona i spojrzała na swojego towarzysza - Od razu wszystko się rozjaśnia. Chcesz może trochę?
- Nie, dziękuję - odpowiedział jej Jonathan.
Twarz chłopaka nie była dla mnie widoczna, ale ton jego głosu mówił sam za siebie. Zdecydowanie zachwycony z postępowania dziewczyny to on nie był. Prawdę mówiąc, to ja także nie byłam tym zachwycona. Zdziwiło mnie, że tak wrażliwa i dobra dziewczyna zachowuje się w taki sposób, jak jakaś nieodpowiedzialna smarkula. Nie, to mi do niej nie pasowało. Krótko mówiąc, Mavis zachowywała się tak, jakby była szalona. Ale też z drugiej strony sam wielki Szekspir już w XVI wieku napisał, że w szaleństwie jest metoda. Być może więc zachowanie naszej nowej znajomej posiadało jakiś powód i swoją przyczynę. Ale jaki to by miał być powód? Trudno mi było wtedy powiedzieć.
- Naprawdę nie wiesz, co tracisz - powiedziała Mavis i znowu zaczęła wdychać resztę proszku.
- Za to wiem, czego nie stracę, czyli zdrowia - powiedział na to z lekką złością w głosie Jonathana.
- Życie i tak mamy tylko jedno, a więc po co je marnować na życie w wiecznej nudzie zdrowia - rzuciła złośliwie dziewczyna - I tak kiedyś trzeba umrzeć, po co zatem się bawić w takie hece jak wieczne dbanie o swoje zdrowie? Idąc takim tokiem myślenia człowiek musiałby spędzić całe wieki w szpitalu.
Jonathan sapnął ze złością, gdy to usłyszał. Mavis zaś zaczęła się śmiać w taki sposób, jakby dostała jakieś głupawki. Prawdopodobnie z powodu tego, co właśnie wdychała. Nie wiem, co to było, ale z całą pewnością to nie były leki.
- Nie sądziłam, że jesteś taki sztywny - powiedziała po chwili Mavis - Podobno lubisz się dobrze zabawić na mieście.
- Lubię się bawić, to prawda, ale przecież nawet zabawa posiada swoje granice - odpowiedział na to Jonathan.
- Och! Teraz to trujesz tak, jak mój stary - rzuciła złośliwie dziewczyna - Ale jak tam chcesz! Ja się potrafię bawić za dwoje!
Po tych słowach Mavis zeskoczyła lekko ze stołka, na którym siedziała i wbiegła pomiędzy tańczące pary, po czym zaczęła swoje wygibasy, które wszak były dalekie od przyjemnych dla oczu. Wyglądały po prostu bardzo żałośnie i aż żal było na nie patrzeć.
- Boże, jakie to żałosne! - powiedziałam załamana do Asha.
- Az żal patrzeć - dodał mój luby równie przygnębionym tonem.


Rzeczywiście nie dało się na to patrzeć, dlatego odwróciłam wzrok w drugą stronę, ale wtedy zauważyłam coś, co mnie zaniepokoiło. Tym czymś był widok tego samego faceta, którego już wcześnie zauważyłam w pobliżu Loch Ness. To był ten gość ubrany na czarno i z fizjonomią Jeana Reno. Siedział przy jednym ze stolików i wpatrywał się z uwagą w podrygującą jak jakaś wariatka Mavis. Oczywiście w tamtej chwili praktycznie wszyscy przyglądali się dziewczynie, ale wyraźnie ich to bawiło lub też szokowało, z kolei w przypadku tego gościa takich uczuć nie można było dostrzec na jego twarzy. Wręcz przeciwnie, facet był nad wyraz spokojny, a do tego również wyraźnie zadowolony. Uśmiechał się delikatnie i zarazem dosyć złowrogo. Poza tym zaniepokoiło mnie to, że gdy już inni ludzie przestali poświęcać tyle uwagi Mavis i skupili się na czymś innym, ten gość wręcz nie odrywał wzroku od dziewczyny. To było bardzo niepokojące, podobnie jak i to, że potem odebrał telefon komórkowy i zaczął przez niego rozmawiać, wciąż cały czas przyglądając się Mavis. Przez chwilę naszło mnie, że to być może handlarz żywym towarem albo ktoś w tym rodzaju. Ale ktokolwiek by to nie był, to i tak lepiej było trzymać się od niego z daleka. Trzeba było tylko jakoś powiedzieć to pannie Stoner, ale w tej sytuacji raczej nie dało się tego zrobić. Zresztą nawet gdyby, w tamtej chwili ta wariatka nie kontaktowała.
Tymczasem Mavis cały czas się wydurniała i tym razem robiła to stojąc na stole, ale nie to było najgorsze. O wiele gorsze było to, że kilka minut później dziewczyna poślizgnęła się i spadła ona prosto w objęcia jakiegoś gościa, który wpatrywał się w nią w sposób dość obleśny, a w każdym razie nie świadczący o tym, że ma wobec niej niezbyt uczciwe zamiary.
- Hej, ślicznotko! Wspaniale tańczyłaś - powiedział koleś - A może tak zechcesz zatańczyć ze mną?
- Chętnie, a jaki taniec byś preferował? - zapytała Mavis.
- Taniec miłości, oczywiście.
- Szczerze mówiąc, to ja raczej w jego oczach nie dostrzegam miłości - powiedziałam do Asha.
- Zdecydowanie miłości tutaj brakuje - odparł mój mąż.
Pikachu i Buneary zapiszczeli przygnębieni na znak, że całkowicie się z nami zgadzają.
Przez ten czas gościu dalej próbował w sposób taki mało sympatyczny uwieść Mavis, a ta chyba mu uległa (choć to trudno było mi stwierdzić, bo prawie nic nie mówiła), więc facet zabrał ją ze sobą w kierunku, w którym to znajdowały się toalety. Zdecydowanie nie wróżyło to niczego dobrego.
- Słuchaj, może powinniśmy coś zrobić? - spytałam Asha.
- Chyba nie musimy - odpowiedział mój ukochany i wskazał dłonią na Jonathana.
Miał rację, ponieważ chłopak widząc, co się święci zerwał się szybko z taboretu, na którym siedział i pobiegł w kierunku toalet. Chwilę potem na salę powrócił ów jakże obleśny gość trzymając się za nos, z którego ciekła mu krew, a po chwili wyszedł też Jonathan trzymający opierającą się ręką o jego ramiona Mavis. Dziewczyna wyglądała na nieźle zaprawioną, ale nie opierała się chłopakowi, gdy wyciągał ją z baru i od dalszego staczania się na samo dno. Z kolei zaś koleś o fizjonomii Jeana Reno przyglądał się temu wyraźnie zadowolony. A gdy młodzi wyszło, zamówił piwo i powoli zaczął je pić.
Ja i Ash uznaliśmy, że dość już widzieliśmy i zapłaciwszy rachunek za nasze drinki wyszliśmy za Jonathanem i Mavis. Zauważyliśmy wówczas, że dziewczyna po wyjściu z baru nagle staje na nogi i zaczyna iść przed siebie zupełnie swobodnie i to w ogóle się nie zataczając, co było dość niezwykłe, bo przecież przed chwilą zażyła taką dawkę narkotyku, że powinna chociaż się chwiać podczas stawiania kroków. Tak się jednak nie działo i Mavis szła najnormalniej w świecie, jakby to było coś zwyczajnego - takie chodzenie po zażyciu takiej dawki narkotyków. To wszystko zaniepokoiło i zdziwiło też Jonathana, który podbiegł do swojej ukochanej i zapytał:
- Mavis, czy wszystko z tobą dobrze?
- Tak, w porządku. A co, nie widać? - zachichotała dziewczyna.
- Przed chwilą ledwie stałaś na nogach.
- Widać potrafię szybko regenerować swoje siły.
- Ale żeby tak szybko ci to wyszło? Nie wierzę!
- Nie musisz - Mavis zatrzymała się na chwilę i spojrzała uważnie w twarz swego chłopaka - Posłuchaj, Jonathan. Dziękuję ci za to, co dla mnie zrobiłeś, ale nie udawajmy, że potrafimy się zrozumieć. Każde z nas jest z innego świata, a prócz tego widzisz, jaka jestem.
- Widzę i to mnie bardzo dziwi. Poznałem cię jako super dziewczynę pełną uroku osobistego, która potrafi kochać i jest inna niż wszystkie. A to, co teraz widziałem w ogóle mi do ciebie nie pasuje. Jakbyś była zupełnie kimś innym.
- Może po prostu jestem inna niż sobie wyobrażałeś?
- Może, a może to wszystko, co mi dzisiaj zaprezentowałaś to jest tylko jakaś pokazówka, aby mnie do siebie zniechęcić?
Mavis westchnęła przygnębiona, kiedy to usłyszała, ale po sposobie, w jaki to zrobiła domyśliłam się, że Jonathan trafił w sedno. Najwidoczniej to było przyczyną zachowania dziewczyny, tylko pytanie, dlaczego próbowała do siebie zniechęcić chłopaka, który pokochał ją od pierwszego wejrzenia i to z wzajemnością? To było dopiero zagadką.
- Tylko nie rozumiem, dlaczego ty to robisz - mówił dalej Jonathan do swojej ukochanej - Przecież ja cię kocham, Mavis. Kocham cię naprawdę. Sądzisz, że takie pokazówki sprawią, że moje uczucie do ciebie wygaśnie? Na pewno nie! Powiedz mi, masz innego faceta?
- Nie, nie mam innego - odpowiedziała ponuro Mavis.
- Więc w czym problem?
- A czy ktoś mówi, że jest jakiś problem?
- Tak, twoja twarz mówi mi to aż nadto dokładnie. Powiedz mi, co cię trapi i dlaczego? Przecież mogę ci pomóc.
- Nie możesz mi pomóc, Jonathanie. Nie w tej sprawie.
- Dlaczego?
- Bo w tej sprawie nikt nie może mi pomóc.
- Ale dlaczego? Przecież z każdego problemu da się wyjść, trzeba tylko wiedzieć w jaki sposób. Jeżeli ty nie wiesz, w jaki, to porozmawiaj ze mną i spróbujmy razem odnaleźć wyjścia z sytuacji.
- Wątpię, żeby ci się to udało.
- Daj mi szansę. Spróbuj, a się przekonasz. No więc, co cię trapi?
Mavis westchnęła głęboko i już chyba miała coś powiedzieć, ale wtedy kogoś zobaczyła. Na całe szczęście to nie byliśmy my, bo ustawiliśmy się w bezpiecznym miejscu, skąd dobrze wszystko widzieliśmy, ale za to nas nie widziano. A zatem to nie nas zauważyła Mavis, tylko tego faceta z twarzą Jeana Reno. Wychodził on właśnie z baru i westchnął głęboko, wdychając w płuca świeże powietrze. W świetle lamp ulicznych widać było jego twarz bardzo wyraźnie, także Mavis również ją dostrzegła i skamieniała wręcz na jego widok.
- Wszystko dobrze? Mavis, wszystko gra? - zapytał Jonathan, który był bardzo zaniepokojony zachowaniem swojej sympatii.
- Przepraszam, źle się poczułam, ale już mi lepiej - odpowiedziała mu szybko Mavis, przybierając sztuczny ton radości - Wiesz co? Wracajmy już lepiej do hotelu.
- W porządku - zgodził się chłopak i podał jej rękę.
Oboje ruszyli w kierunku zamku, zaś facet z twarzą Jeana Reno tylko lekko zachichotał i poszedł w swoją stronę.
- Co robimy? - zapytałam Asha, gdy już wszyscy się oddalili.
- Wracamy do hotelu. Nic tu po nas - odpowiedział mój mąż.
- Nie będziemy ich śledzić?
- Po co? I tak wracają do hotelu. Przebierzmy się i zróbmy to samo.

***


Ponownie przebraliśmy się w swoje poprzednie ubrania i poszliśmy do hotelu. Wróciliśmy do niego akurat wtedy, gdy w recepcji profesor Stoner krzyczał na Franka Randalla, który patrzył na niego przygnębiony i zarazem zasmucony. Przyglądali się temu z uwagą oraz smutkiem zarazem Jonathan i Mavis, a także jeszcze kilka osób. Pośród nich była też ta blondynka, która dzisiaj się wprowadziła.
- Proszę pana, ale ja naprawdę nie mam pojęcia, jak to się mogło stać. Przecież klucze do pokoi w recepcji wydają tylko gościom, którzy te pokoje zajmują - próbował się jakoś tłumaczyć Randall - Nie rozumiem więc, jakim cudem ktoś inny mógł wejść do pańskiego pokoju bez pana wiedzy.
- Ale tak się stało! Ktoś wszedł do mojego pokoju i w nim grzebał! - zawołał ze wściekłością w głosie profesor Stoner - Takie coś jest po prostu niedopuszczalne, a już zwłaszcza w hotelu takiej klasy jak ten!
- Rozumiem pana i jest mi niewymownie przykro.
- I powinno być panu przykro! To jest po prostu niewiarygodne! Nie po to przecież płacę krocie za pobyt tutaj, żeby być narażonym na podobnego rodzaju nieprzyjemności!
- Naprawdę bardzo pana przepraszam i obiecuję panu, że to się więcej już nie powtórzy.
- Ja myślę - rzucił profesor i powoli skierował swoje kroki na górę.
- Tato! Muszę z tobą porozmawiać! - zawołała za nim Mavis.
- Chwileczkę, kochanie. Najpierw muszę sprawdzić, czy może w moim pokoju nie kręci się znowu jakiś złodziej.
Słysząc to Randall załamany rozłożył bezradnie ręce i spojrzał na nas, gdy do niego podeszliśmy.
- Co się stało? - zapytałam.
- Profesor Stoner twierdzi, że ktoś wlazł do jego pokoju i w nim szperał - odpowiedział mi właściciel hotelu - Chyba rzeczywiście ktoś tam był, bo w pokoju Stonera jest zawsze porządek, a tym razem był tam spory kipisz. Nie wyglądało to za dobrze.
- Ojej! To przerażające! - zawołała blondynka - Jeżeli można wejść do każdego pokoju bez trudu, to kto tu jest bezpieczny?
- Proszę się nie denerwować - powiedział do niej uspokajająco Frank Randall - Złapiemy tego kogoś i dowiemy się, kto to jest i dlaczego był on w pokoju profesora Stonera. Poza tym pamiętajmy, że mamy tutaj aż dwoje znakomitych detektywów, który na pewno się zajmą tą sprawą. Oczywiście jeśli znajdą dla nas trochę czasu.
- Trochę czasu zawsze znajdziemy - stwierdził dość dowcipnie Ash - Ale oczywiście nie mogę obiecać, że szybko rozwikłamy tę sprawę.
- Wcale tego od was nie oczekuję. Po prostu pogadajcie z profesorem i sprawdźcie jego pokój - powiedział Randall - Jeżeli złodziej zostawił jakieś ślady, to wy na pewno je znajdziecie.
- Zrobimy to, jeżeli oczywiście profesor Stoner zechce współpracować, bo jakoś przed chwilą nie sprawiał on raczej wrażenia kogoś, kto potrafi się z kimkolwiek dogadać - zauważyłam nie bez cienia ironii.



C.D.N.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Przygoda 122 cz. II

Przygoda CXXII

Pieśń o zing cz. II


Następnego dnia ja i Ash oraz towarzyszące nam Pokemony wstaliśmy bardzo weseli i zadowoleni, bo mieliśmy bardzo przyjemne sny, a prócz tego choć na chwilę zapomnieliśmy o dręczących nas pytaniach w sprawie Mavis oraz potwora z Loch Ness, że o tych dotyczących zniknięcia żony Randalla to już nie wspomnę. Wszystkie te sprawy tamtejszego poranka po prostu straciły dla nas jakąkolwiek wartość, a przynajmniej przez chwilę. Wtedy tylko cieszyliśmy się swoją obecnością i tym, w jak miłym miejscu się znaleźliśmy. Aby było weselej, to włączyliśmy sobie wesołe piosenki z gramofonu, a także z naszych komórek. Zawsze lubiliśmy z Ashem w taki fajny sposób zaczynać dzień i gdy tylko była taka możliwość, to tak właśnie robiliśmy.
Ten dzień zaczęliśmy od kilku naprawdę wesołych utworów i jednym z nich był „Wipeout“ z filmu „Dirty Dancing“. Dla niewtajemniczonych (o ile tacy są) udzielę tu drobnego wyjaśnienia, że jest to wesoły utwór muzyczny właściwie pozbawiony słów, podczas którego można sobie wesoło tańczyć. Trzeba było widzieć Asha, jak z packą na muchy (mającą imitować gitarę) skacze po całym pokoju i wesoło się wygina w rytm dzikiej muzyki. Ja i Buneary wręcz pękałyśmy ze śmiechu, a już zwłaszcza wtedy, gdy Pikachu dołączył do swojego trenera i obaj pogrążali się w swoich jakże uroczych wygłupach. A kiedy oboje ukończyli swój występ, to oczywiście ja i moja pokemonia przyjaciółka nagrodziliśmy go gromkimi brawami.
- Dziękuję wam! Bardzo dziękuję! - powiedział wesoło Ash, kłaniając się przy tym nisko - Tylko proszę się nie pchać po autografy, dla wszystkich wystarczy.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał radośnie Pikachu, który też kłaniał się nisko publiczności złożonej ze mnie i Buneary.
- W porządku, kochani! - zawołałam i klasnęłam w dłonie - Teraz pora na poważniejszy występ! Teraz będzie trzeba śpiewać, a nie tylko wyginać śmiało ciało.
- Dawaj, Serenka! Z chęcią z tobą wystąpię! - wołał radośnie Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - piszczał wesoło Pikachu.
Wstałam wesoło z łóżka i puściłam z telefonu kolejną piosenkę, a był to utwór „Love is strange“, także z filmu „Dirty Dancing“. Następnie, lekko łapiąc rogi swojej nocnej koszuli podrygiwałam i gibałam się zalotnie przed Ashem, po czym oboje zaczęliśmy wesoło śpiewać słowa piosenki. Oboje doskonale się przy tym bawiliśmy, a kiedy w utworze pojawił się fragment, który nie był śpiewany, a mówiony, to Ash położył się na dywanie bokiem i patrząc na mnie zawołał wesoło:
- Sylvio!
- Tak, Mickey? - spytałam wesoło, zgodnie z tekstem.
- Jak będziesz wołać swego ukochanego?
- Chodź tu, kochany! - odpowiedziałam mu bardzo wesoło, naśladując przy tym ruchy Jennifer Grey ze sceny, w której pojawiła się ta piosenka.
- A jeśli nie przyjdzie? - zapytał mnie wesoło Ash, który właśnie zaczął słodko naśladować ruchy Patricka Swayze z tej samej sceny.
- Ależ kochanie...
- A jeśli dalej nie przyjdzie?
- Wtedy mu zaśpiewam: „Baby! Och, baby! My sweet baby! You’re the one!“ - zaśpiewałam, idąc do Asha na czworakach, podczas gdy on wyginał się lekko w taki sposób, jakby grał na gitarze.
Wygłupialiśmy się tak jeszcze przez chwilę, kiedy nagle otworzyły się drzwi i stanął w nich jakiś wysoki, chudy chłopak o gęstej, rudej czuprynie, ubrany w zieloną bluzę z żółtymi dodatkami, szare spodnie i białe adidasy. Na plecach miał bardzo duży plecak podróżny i to wypchany aż po brzegi. Jego zielone oczy z uwagą się nam przyglądały, a wielki uśmiech na twarzy dawał nam wyraźnie do zrozumienia, że nasz widok bardzo go ubawił.
- O kurczę! - zawołał wesoło - Ja to wiedziałem, że w Szkocji potrafi być niezły ubaw, ale aż takiego, to ja się nie spodziewałem.
- Przepraszam bardzo, ale kim pan jest? - zapytałam zdumiona, szybko wstając z podłogi i zarzucając na siebie szlafrok.
- Że kto? Że ja? - zachichotał chłopak i bardzo szybko odpowiedział na swoje pytanie - Jonathan Logan jestem. A wy?


- Ash Ketchum. A to moja żona, Serena - pospieszył z wyjaśnieniem Ash, szybko podnosząc się z podłogi.
- Aha, żoneczka! Pewnie świeżo poślubiona! - chichotał dalej Jonathan - Już mi wspominali, że jakaś parka jest tu w podróży poślubnej. To wy?
- Zgadza się - odpowiedział mu Ash - Chyba, że są tutaj jeszcze jakieś inne pary w podróży poślubnej.
- Raczej przedślubnej - stwierdził dowcipnie Jonathan - Chociaż kto ich tam wie? Ale to przecież nie moja sprawa. Ja szukam swojego pokoju.
- Obawiam się, że się pomyliłeś - powiedziałam - W tym pokoju my się zatrzymaliśmy.
- Na pewno? - zachichotał Jonathan i podszedł do naszego łóżka, po czym sprawdził jego sprężystość - Bo wiecie, jak coś, to ja mam w domu trzech starszych braci, więc umiem się dzielić metrażem. W razie czego to ja mogę spać na dywanie.
- Zdecydowanie to nie jest twój pokój - powiedziałam z lekką złością, mocniej się zasłaniając szlafrokiem, aby koleś przypadkiem nie zobaczył czegoś, co jest przeznaczone tylko dla oczu Asha.
- Szkoda! Mógłbym w razie czego się przespać na dywanie - śmiał się dalej Jonathan i dodał: - Wiecie, kiedyś w Hamburgu, to ja dzieliłem pokój z jednym takim kolesiem. Patrzę, a on mi podkrada szampon. Mówię mu: „Ej, stary!“, to rzucił we mnie doniczką. Ale tak poza tym był spoko.
- Bardzo ciekawa opowieść, ale co to ma do rzeczy? - spytałam.
- To, że potrafię mieszkać z różnymi ludźmi i gdybym musiał z wami dzielić ten pokój, to nie byłoby to dla mnie trudne - wyjaśnił Jonathan.
Popatrzył na nas z uwagą i zaczął po chwili głośno się śmiać.
- Przepraszam, gadam głupoty. Ale tak naprawdę wcale nie pomyliłem pokoi. Tak naprawdę dobrze wiedziałem, że tu jesteście i bardzo chciałem was zobaczyć.
- Zobaczyć? Nas? - zapytałam zdumiona i zarazem też lekko oburzona - A co my jesteśmy, obiekty w muzeum?
- Lepiej! Żywe legendy! - zawołał wesoło Jonathan i podszedł do nas - Detektyw Sherlock Ash i jego dziewczyna! Och, sorki! Teraz to już żona!
Po tych słowach chłopak uścisnął dłonie każdego z nas, nie ukrywając wielkiej radości z tego powodu. Jego zachowanie trochę nas zaskoczyło.  Gdyby to były regiony, to wieść o sławie detektywów z Alabastii raczej by nas nie dziwiła, ale w Szkocji to było coś dość niezwykłego. Przecież nie zdążyliśmy tu jeszcze niczym zasłynąć, a już są osoby, które nas rozpoznają. Chyba, że sława o nas dotarła także i tutaj, co ostatecznie było możliwe, ale mało mnie przekonywało. Już prędzej Brianna lub jej tatuś się wygadali, jak ważne osobistości gości obecnie ten hotel. Albo nie oni, tylko ktoś ze służby hotelowej to zrobił. Ktokolwiek to był, jest strasznym paplą i miałam wtedy wielką ochotę odnaleźć go i dogadać mu tak, żeby poszło mu w pięty.
- Strasznie miło mi was poznać, serio! - wołał Jonathan, dalej ściskając dłonie moje i Asha - A to są ci wasi słynni pokemoni przyjaciele! Kurczę! Strasznie się cieszę, że was tu widzę!
- Miło nam, ale skąd wiesz, kim jesteśmy? - zapytałam.
- Pika-pika? Bune-bune? - zapiszczeli zdziwieni Pikachu i Buneary.
- Wiecie, dużo podróżuję po świecie i sporo już widziałem i sporo też fajnych ludzi poznałem - zaczął mówić Jonathan - Spotkałem także kiedyś Herberta Jonesa. Fajny gość, śledczy z klasą. Dużo mi opowiadał o swoim uczniu, czyli tobie, Ash. A w paru miejscach i kilku gazetach miałem okazję o was poczytać. Bardzo chciałem was poznać, a kiedy tylko w recepcji mi powiedzieli, że jest tu detektyw Sherlock Ash, to zaraz postanowiłem was odwiedzić. Ale jak widzę, chyba przyszedłem nie w porę.
A więc babka z recepcji się wygadała, powiedziałam w duchu. Już ja z nią sobie porozmawiam. Chociaż z drugiej strony Jonathan nie wyglądał na osobę niebezpieczną, a nawet po dłuższej znajomości sprawiał całkiem miłe wrażenie.
- Trochę rzeczywiście nie porę, ale nic się nie stało - powiedziałam, powoli przestając się złościć na rudzielca - Po prostu dopiero co wstaliśmy i w ogóle.
- Zauważyłem - uśmiechnął się Jonathan - Ale spokojnie, nie będę wam przeszkadzał. Idę do swojego pokoju, zostawię w nim mój plecak i skoczę coś przegryźć. Mam nadzieję, że zjemy razem, o ile to nie kłopot.
- Żaden kłopot - odpowiedział wesoło Ash - Ale to za chwilę. Najpierw musimy się ubrać.
- Słusznie, to już wam nie przeszkadzam. Do zobaczonka!
Po tych słowach Jonathan jeszcze raz uścisnął nam dłonie i wyszedł z pokoju, wesoło przy tym podskakując.

***


Szybko ubraliśmy się i wyszliśmy z pokoju, po czym ruszyliśmy razem w kierunku jadalni, aby sobie zamówić śniadanie. Idąc tam rozmawialiśmy wesoło na temat Jonathana Logana. Chłopak wywarł na nas dość niezwykłe wrażenie. Często się śmiał i rzucał bardzo zabawne żarty, a dodatkowo też wyraźnie okazywał nam swój ogromny wręcz zachwyt z powodu tego, kim jesteśmy. Oczywiście nie mieliśmy w ogóle pewności, co do motywacji jego postępowania, ale żywiliśmy wielką nadzieję, że jego zachowanie jest jak najbardziej szczere. Mieliśmy już bowiem dość spotykania fałszywych osób, zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia. Tutaj chcieliśmy od takich gości odpocząć.
- Jak sądzisz, skarbie, ilu jest jeszcze takich fanów naszej działalności detektywistycznej w tym hotelu? - zapytałam dowcipnie, gdy zmierzaliśmy już ubrani w kierunku restauracji.
- Oby niezbyt wielu. Ten miał energii za kilku - zażartował sobie Ash - Jakby tak paru takich zebrać, to by dopiero się zrobił hałas.
- A hałas bardzo szkodzi pracy szarych komórek - zachichotałam.
- A tak! A żebyś wiedziała - potwierdził wesoło mój mąż.
Rozmawiając w tak wesoły i bardzo przyjemny dla nas sposób powoli dotarliśmy do schodów, kiedy nagle usłyszeliśmy za sobą wesoły głos:
- Hej, kochani detektywi!
Obejrzeliśmy za siebie i zauważyliśmy wówczas biegnącego w naszą stronę Jonathana, który był już bez plecaka i najwyraźniej wciąż miał dobry humor.
- Schodzicie dopiero co na śniadanie? - spytał, podbiegając do nas - To tak samo, jak ja. Tak coś czułem, że to się stanie!
- O! To ciekawe! A skąd takie przypuszczenia? - zapytałam.
- A tak jakoś! Sam nie wiem! - odpowiedział wesoło chłopak - Tak po prostu coś czułem, choć wiecie co? Jakieś takie podstawy do takich myśli to ja miałem.
- Tak? Ciekawe jakie? - zapytał ironicznie Ash.
Po ostatnich przeżyciach postanowił być ostrożny wobec obcych osób, które z jakiegoś powodu chcą się z nami zaprzyjaźnić. Osobiście uważałam, że trochę przesadza, ale też z drugiej strony przygoda, którą przeżyliśmy na angielskiej prowincji wręcz zmuszała nas do tego, żebyśmy zachowywali większą ostrożność w relacjach z innymi ludźmi, a już zwłaszcza tak bardzo życzliwie do nas nastawionymi. Swoją drogą to jest właśnie najsmutniejsze w pracy detektywa, że często o najgorsze trzeba podejrzewać każdego i to nawet tego, kogo zdążysz polubić.
- A wiecie, to bardzo ciekawe - zaczął mówić wesoło Jonathan - Bo jak tutaj wędrowałem, to spotkałem przy lotnisku Cygankę.
- Starą czy młodą? - spytał Ash.
- Młodą, ale stara też była - odpowiedział rudzielec - Stała sobie gdzieś z boku, a młoda (chyba jej wnuczka) podeszła i poprosiła o parę groszy, bo zbierały na bilet czy coś.
- Zawsze tak gadają.
- Chyba tak, ale już dałem jej tę parę groszy, bo przecież ja od tego nie zbiednieję, a ona się nie wzbogaci. Cyganeczka wzięła pieniążki ode mnie i potem zadowolona pobiegła do swojej babci, a następnie wróciła, żeby mi podziękować i w ramach wdzięczności zaproponowała, że może powróżyć mi z ręki. Osobiście nie wierzę w takie brednie, ale się zgodziłem i podałem jej prawą rękę. Ta zaś spojrzała na nią i powiedziała mi, że przeżyję wkrótce wielką przygodę, która zmieni całe moje życie.
- Wszystkie tak gadają. Pewnie ci jeszcze powiedziała, że wyruszysz wkrótce w wielką podróż i doczekasz się trójki dzieci.
- Skąd wiedziałeś? Właśnie tak mi powiedziała. Ale dodała jeszcze, że jeśli pojadę w głąb Szkocji, to wkrótce poznam wiernych przyjaciół i miłość swojego życia. Przy okazji ostrzegała mnie, że choć pisana mi jest brunetka o niebieskich oczach, to muszę uważać, bo będę przez nią płakał.
- Też typowe gadanie Cyganek. Ja bym na twoim miejscu nie brał tego na poważnie.
Nie wiedziałam, czemu Ash tak mówi, choć podejrzewałam, że wiąże się to z faktem, iż nasza ostatnia przygoda bardzo nieprzyjemnie pokazała nam, że lepiej jest uważać na ludzi, którzy okazują wobec nas życzliwość (a zwłaszcza nadmierną) i to jeszcze wtedy, kiedy dopiero co się poznaliśmy. Co prawda koleś, który wywołał w nas taką wielką ostrożność, tak bardzo pozytywnie wobec nas nie był nastawiony, ale także okazywał nam swoją przyjaźń, a potem się okazało, że to wszystko z jego strony było tylko grą. Tak samo, jak jego miłość do kilku osób, które bez skrupułów zamordował i to z jakże chorych powodów. Ash już parę razy wspominał mi, że od tej pory musimy być bardziej ostrożni wobec ludzi i ja podzielałam jego zdanie w tej sprawie. Zapewne z tego właśnie powodu czepiał się w rozmowie z Jonathanem cygańskich wróżb i w ogóle Cyganek. Ostatecznie przecież Ash do Cyganek nigdy uprzedzeń nie miał, a jedna z jego dalszych kuzynek ze strony matki jest przecież w połowie Cyganką, a dodatkowo nosi typowo cygańskie imię Esmeralda i już parę razy przeżyliśmy w jej towarzystwie ciekawe przygody. Przy okazji, to właśnie Esmeralda wróżąc Ashowi z kart przepowiedziała mu, że się pojawię w jego życiu i jeszcze parę ciekawych rzeczy mu wywróżyła, z których wszystkie prędzej czy później spełniły się. Dlatego Ash nie miał żadnego powodu, aby wątpić w prawdziwość wróżb i podważać wiarygodność jakiekolwiek Cyganki. A zatem drogą tej dedukcji wywnioskowałam, że Ash po prostu chce spławić Jonathana, wobec którego był nieufny z powodu jego nadmiernej wobec nas życzliwości. Oczywiście trochę przesadzał z tą ostrożnością, ale też z drugiej strony zawód detektywa chyba zawsze zobowiązywał i zobowiązuje nadal do bycia ostrożnym.
Jakiekolwiek jednak były powody zachowania Asha, to rudzielec w ogóle tego nie dostrzegł, ponieważ tylko uśmiechnął się pod wpływem słów mojego męża, popatrzył na niego z uwagą i powiedział:
- Tak sądzisz, Ash? Może i masz rację. Ale tak czy siak perspektywa spotkania tutaj miłości swojego życia jest bardzo kusząca, mam rację?
- A perspektywa płaczu z powodu tej miłości też jest bardzo kusząca? - zażartowałam sobie.
- Z powodu miłości zawsze się prędzej czy później płacze, Sereno. To jest chyba nieuniknione - stwierdził Jonathan.


Trudno mi było się z tym nie zgodzić, ostatecznie przecież ja sama z powodu swojej miłości do Asha roniłam łzy za każdym razem, kiedy tylko pojawiły się jakieś większe problemy, także w tej sprawie raczej to, o czym mówił Jonathan było dla mnie jak najbardziej zrozumiałe.
- Ale jeżeli nawet są łzy w miłości, to jest w niej także i radość i to bardzo wielka, dlatego zamierzam się cieszyć z tego powodu - mówił dalej Jonathan.
- Najpierw znajdź tę miłość, a potem się ciesz - powiedział Ash.
- Spokojnie, znajdę - zachichotał rudzielec - Znajdę ją i to być może o wiele szybciej niż myślicie. Bo miłość potrafi spaść na człowieka i to jak grom z jasnego nieba, a potem sprawia, że chce się latać!
Po tych słowach Jonathan dotknął lekko poręczy schodów, do których właśnie dotarliśmy i następnie wskoczył wesoło okrakiem na tę poręcz i zaczął po niej zjeżdżać na sam dół, do głównego holu, skąd potem mieliśmy dotrzeć do restauracji. Schodząc powoli po schodach wpatrywaliśmy się w niego z wielką uwagą, ciekawi tego, co z tej jego jazdy wyniknie. A co wynikło? Ano to, że Jonathan przejechał po poręczy na sam dół, po czym widząc, iż oto bardzo niebezpiecznie zbliża się do niewielkiego maszkarona, który znajdował się na samym końcu poręczy (notabene znajdował się on na każdym zakończeniu poręczy), to zagwizdał wesoło i szybko zeskoczył ze swojej ślizgawki prosto na schody. Traf jednak chciał, że w tym właśnie miejscu schodów stała Mavis, która powoli zaczęła iść na górę. Także więc, kiedy chłopak szybko zeskoczył z poręczy, to wpadł prosto na dziewczynę i efektem tego było to, że oboje stoczyli się po ostatnich stopniach schodów na sam dół. Na całe szczęście to było tylko kilka stopni, a więc wysokość nie była wielka i nie potłukli się zbytnio. Pomimo tego Mavis była wyraźnie zła. Powoli usiadła na podłodze i masując sobie lekko głowę, zawołała:
- Człowieku, czy ty naprawdę nie możesz uważać, co robisz?! To nie jest jakaś autostrada, żeby tak... pędzić.
Ostatnie słowo wypowiedziała o wiele spokojniejszym tonem, a zrobiła to wtedy, kiedy spojrzenia jej i Jonathana się ze sobą spotkały. Wówczas też stało się coś nieoczekiwanego. Oboje tak jakby lekko się zmieszali, wesoło zachichotali i kiedy Jonathan zaczął przepraszać Mavis za swoje wygłupy i mówić, że czasami już tak ma i nawet jego matka uważa, że bywa strasznie zdziecinniały, to Mavis (ta sama Mavis, które przed chwilą była na niego zła) o dziwo odpowiedziała mu, żeby się tak nie przejmował, bo każdemu się może zdarzyć i w ogóle. Chwilę później oboje podnieśli się z podłogi i dziewczyna podała chłopakowi rękę, mówiąc:
- Jestem Mavis Stoner.
- Jonathan Logan - odpowiedział chłopak, ściskając jej wesoło rękę, po czym znowu oboje zachichotali.
Widzieliśmy to wszystko bardzo wyraźnie, stojąc na półpiętrze i mając z tego niezły ubaw. Zwłaszcza ja uśmiechałam się od ucha do ucha, bardzo dobrze rozumiejąc, co się właśnie stało. Ash chyba również to zrozumiał, bo uśmiechał się do mnie porozumiewawczo na znak, że wszystko zauważył i pojął sens tej sceny.
Tymczasem Jonathan i Mavis zdołali się ze sobą dogadać i to bardzo łatwo, po czym pożegnali się oboje i obiecali sobie, że jeszcze dzisiaj się spotkają i pogadają ze sobą. Byłam bardzo ciekawa tego, co też będą chcieli omówić, ale domyślałam się i to bez trudu, że (cytując klasyka) z tego może wyjść coś znacznie więcej niż przyjaźń.
Chwilę później Mavis powoli odeszła w swoją stronę, natomiast ja i Ash podeszliśmy do Jonathana, który uśmiechał się w sposób dość dziwny, czy może wręcz głupkowaty i wciąż wbijał swój wzrok w miejsce, w którym dziewczyna przed chwilą się znajdowała. Zachichotałam głośno, gdy tylko to zobaczyłam i spytałam dość niewinnym tonem:
- Czy wszystko dobrze?
- Oczywiście, że dobrze - odpowiedział wesoło chłopak, nawet na mnie nie patrząc - A czemu miałoby tak nie być?
To mówiąc chłopak powoli odszedł zadowolony przed siebie, coś sobie nucąc pod nosem. Ja zaś spojrzałam na Asha i cicho zaśpiewałam:

Miłość rośnie wokół nas
W spokojną, jasną noc.
Nareszcie świat zaczyna w zgodzie żyć
Magiczną czując moc.


Ash spojrzał na mnie i uśmiechnął się delikatnie, podobnie jak Pikachu i Buneary. Cała ta trójka dobrze wiedziała to, co wiedziałam i ja, że właśnie byliśmy świadkami miłości od pierwszego wejrzenia.

***


Niedługo potem zobaczyliśmy Jonathana i Mavis, którzy siedzieli w hotelowej restauracji, rozmawiali ze sobą przyjaźnie i zachowywali się tak, jakby znali się całe życie. Dużo się przy tym śmiali i niemalże cały czas wpatrywali się w siebie zachwyconym wzrokiem. Czego to było efektem, chyba nie muszę tutaj tłumaczyć. Ja i Ash obserwowaliśmy ich uważnie ze swego stolika, bardzo zachwyceni tym jakże uroczym widokiem, ponieważ zawsze zachwycał nas widok miłości oraz zakochanych par. A chociaż Ash trochę był podejrzliwy wobec Jonathana i częściowo także wobec Mavis (ze względu na to, co mi ostatnio powiedział), to widok tej uroczo wyglądającej pary bardzo mu się spodobał. I nie tylko jemu, mnie przecież także, a przy okazji również wszystkim siedzącym w pokoju ludziom, którzy co jakiś czas zerkali w kierunku tej pary i wyraźnie się uśmiechali na widok jej radości.
Tylko jedna osoba nie podzielała zachwytu zadurzoną w sobie parą, a tą osobą był pan profesor Stoner, który przyglądał się córce i siedzącemu z nią chłopakowi z wyraźnym smutkiem w oczach, a może nawet i ze złością, choć w sprawie tego ostatniego uczucia, to pewności nie miałam pewności. Właściwie jednak jego reakcja wcale mnie nie dziwiła. Słyszałam przecież już wiele razy o tym, że ojcowie bywają zazdrośni o swoje córki i są wręcz instynktownie bardzo niechętni wobec ich partnerów, a zwłaszcza wtedy, kiedy długi czas byli wręcz najważniejszymi mężczyznami w ich życiu. Ta niechęć, o której tutaj mowa często wynika z niechęci dzielenia się córką z innym facetem, ale to zawsze z czasem mija, chociaż im większa więź ojca z córką, tym większa jest niechęć wobec ewentualnego zięcia i tym dłużej ona trwa. Ale oczywiście prędzej czy później ona mija i wszystko potem jest w porządku. Podejrzewałam, że profesor Stoner i jego córka posiadają ze sobą naprawdę bardzo dużą więź emocjonalną, dlatego jego smutek (a być może też i niechęć), którą bez trudu dostrzegałam w oczach uczonego wiązała się z tym, że jego córka powoli rozpoczyna swoje własne życie, a on musi zejść na dalszy plan. Niby to było coś oczywistego, ale każdy rodzic jak widać przechodzi coś podobnego. Delia przecież miała podobnie, choć nigdy nie patrzyła na mnie z niechęcią ani też smutkiem, gdyż cieszył ją fakt, że jej syn znalazł sobie dziewczynę i robiła wszystko, aby zaprzyjaźnić się ze mną, co bez trudu jej się udało, biorąc pod uwagę dobroć i szczerość mojej obecnej teściowej.
Podsumowując więc, byłam w stanie zrozumieć ten dość ponury wzrok profesora Stonera, którym obserwował córkę i towarzyszącego jej chłopaka, ale też liczyłam na to, że z czasem ten smutek i niepokój (który niewątpliwie też odczuwał) miną, a potem wszystko będzie dobrze. To jednak było tylko i wyłącznie sprawą Mavis oraz jej bliskich. W te sprawy ja i Ash w ogóle nie zamierzaliśmy się wtrącać. Oczywiście wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że los sprawi, iż jednak się w to wszystko wtrącimy. Ale ostatecznie to dla nas nie pierwszyzna, wtrącać się w cudze sprawy i czynnie brać w nich udział. Taka jest już praca detektywów, będących zarazem ludźmi, którzy walczą o to, żeby tego zła mniej było na świecie. Taki już nasz los - widzimy czyjeś problemy i możemy pomóc, to pomagamy. Tego już zmienić się nie da. Taka jest już nasza natura.
Wracając jednak do opowieści, to tuż po śniadaniu wyszliśmy razem na spacer po całej okolicy, która wydawała się nam być bardzo piękna, a prócz tego kojarzył nam się (a już zwłaszcza mnie) z literaturą angielskich pisarzy klasycznych. Kiedy tak przechadzaliśmy się po tych wszystkich terenach otaczających cały zamek, to czułam się tak, jakbym trafiła do powieści sir. Waltera Scotta, Emily Bronte lub też sir. Arthura Conan Doyle’a. Aż byłam ciekawa, kiedy zza rogu wyskoczy w naszą stronę Wilfryd Ivanhoe albo pies Baskerville’ów.
- Wiesz co? Czuję się jak w fabule jakieś klasycznej powieści z XVIII lub XIX wieku - powiedziałam do Asha.
- Ja też. To miejsce w sam raz na akcję dla dobrego kryminału - rzekł z uśmiechem na twarzy Ash.
- Oj tak. Chcesz poszukać psa Baskerville’ów? - zachichotałam lekko.
- Z tobą choćby samego potwora z Loch Ness - odpowiedział czule mój mąż.
Pikachu i Buneary zapiszczeli wesoło na znak, że bardzo chętnie także wezmą w tym wszystkim udział. Uśmiechnęłam się delikatnie do nich, przy okazji czując w sercu, że z tak wiernymi kompanami u boku ja i Ash bez trudu wytropimy każdego potwora. A skoro o potworach mowa...
- Sądzisz, że w tym jeziorze naprawdę coś jest? - spytałam Asha.
- Przecież sami widzieliśmy - odpowiedział mój mąż - Wątpisz w swój własny wzrok?
- Wiem dobrze, co widziałam, ale prawda jest taka, że przecież wzrok potrafi człowieka mylić. Poza tym istnieje chyba coś takiego jak zbiorowe halucynacje, prawda?
- O ile wiem tak, ale jeśli wątpisz w swój wzrok, to czy wątpisz także w swój własny rozum?
- Sama już nie wiem. Tu się dzieją jakieś dziwne rzeczy. Kobieta znika bez śladu, dziewczyna po dziesięciu latach wciąż ma osiemnaście lat, a w jeziorze, w którym przecież logicznie nie ma prawa nic żyć, coś się nagle pojawiło. To wszystko trochę za dużo jak na zwykłe zbiegi okoliczności.
- Podejrzewasz udział zjawisk paranormalnych?
- Wiesz... Gdy pierwszy raz wyruszyłam w podróż po Kalos, to w życiu by coś takiego nie przyszło mi do głowy. Teraz jednak, biorąc pod uwagę wszystko, co razem przeżyliśmy, to takie rozwiązanie jest pierwszym, które przychodzi mi do głowy. Oczywiście w normalnej sytuacji to byłabym w szoku, gdybyś mi powiedział, że w to wszystko ingerują duchy czy jakieś inne stwory nie z tego świata. Ale odkąd zaczęliśmy wspólnie podróżować po regionie Kalos, to przestało istnieć coś takiego jak normalność. W nasze życie zaczęły ingerować istoty z zaświatów i praktycznie rzecz ujmując, to właściwie takie coś w ogóle mnie już nie dziwi. Powiem ci więcej, ja tutaj się czegoś takiego jak magia i istoty z innego świata wręcz spodziewam.
- Spodziewasz się?
- A tak. To miejsce po prostu sprzyja wszelkiego rodzaju magii. No, bo sam zobacz. Te wszystkie łąki, pola, lasy, jeziora i wrzosowiska. Przecież to jest wręcz wymarzone miejsce dla magicznych ingerencji.
- I chciałabyś je może ze mną tropić? - zapytał Ash, lekko się przy tym śmiejąc.
- No, a dlaczego nie? To przecież jest takie śledztwo jak każde inne - odpowiedziałam mu wesoło.
- No, tak nie do końca. Przecież co innego jest tropić przestępców, a co innego poszukiwać elfów czy duchów. Pierwsze potrafi przynieść sławę, a drugie raczej tylko pośmiewisko. Najlepszym przykładem jest tu chyba sir. Arthur Conan Doyle, który przecież oprócz pisania kryminałów parę razy sam się zajmował rozwiązywaniem spraw kryminalnych, co przyniosło mu sławę, ale prócz tego zajmował się spirytyzmem i badał sprawę zdjęć elfów zrobionych przez dwie dziewczynki, które to zdjęcia uznał za autentyczne, a które były fałszywe, do czego jedna z tych dziewczyn (już jako staruszka) się przyznała. Oczywiście ani sprawa tych zdjęć, ani wywoływanie duchów już sławy i szacunku pisarzowi nie przyniosły. Jak więc widzisz, różnica w obu tych przypadkach jest bardzo spora.
- Owszem, to rzeczywiście dość spora różnica, ale przecież już nieraz borykaliśmy się ze sprawami rodem nie z tego świata i zawsze sobie z nimi radziliśmy i to tak, że ani trochę nasza sława z tego powodu nie ucierpiała.
- W sumie masz rację, Serenko. Ale póki co chciałbym trochę odpocząć i nacieszyć się świętym spokojem od wszelkich zagadek.
Słysząc to spojrzałam na Asha ironicznie i powiedziałam:
- Tak, oczywiście. Zaraz jeszcze dodasz, że uwielbiasz spokojne urlopy bez żadnych przygód. Ash, ja cię za dobrze znam, żeby ci w to uwierzyć. Ty aż palisz się do rozwiązywania kolejnych zagadek i weź nie udawaj, że jest inaczej.
Ash popatrzył na mnie z uśmiechem na twarzy i powiedział:
- Dobrze, nie będę tego udawał. Ale póki co, jakoś nie mam głowy do żadnych nowych spraw. Ciągle dręczy mnie ta sprawa z Mavis.
- Poważnie? Aż tak ci to nie daje spokoju?
- Oczywiście. Bo jak to jest możliwe, że chociaż upłynęło aż dziesięć lat od chwili, gdy ją spotkałem, to ona wciąż jest osiemnastolatką?
- Zakładam, że posiadasz w tej sprawie już jakąś teorię.
- Posiadam ich aż kilka, ale każda jest dość niezwykła i przy okazji też trudna do uwierzenia.
- To spróbuj wybrać tę najmniej absurdalną.
- Obawiam się, że to niemożliwe. Wszystkie są równie absurdalne.


Parsknęłam śmiechem i bardzo czule wtuliłam się w Asha. Kątem oka zaś dostrzegłam, że Buneary z kolei równie czule przytula się do Pikachu, który bardzo słodko obejmuje ją łapką za ramiona, tak samo jak Ash objął mnie. W takiej oto pozie szliśmy sobie wesoło przez chwilę, aż dotarliśmy do pagórka, z którego był piękny widok na jezioro Loch Ness. To właśnie z tego miejsca dostrzegliśmy ostatnio Nessie. Tym razem jednak na pagórku  ktoś stał i tym kimś była Brianna, która właśnie przybierała pozę dumnej księżniczki i podała swoją rękę Colinowi, który uklęknął przed nią na jedno kolano, po czym składając pocałunek na dłoni, powiedział:
- Och, szlachetna pani, będzie dla mnie prawdziwym zaszczytem wraz z tobą bronić tego zacnego królestwa przed wrogami. Mój wierny rapier...
To mówiąc zacisnął on w prawej dłoni patyk, przyłożył go delikatnie do swego serca i dodał:
- Będzie wiernie służył temu królestwu i tobie do czasu, aż moje serce przestanie na zawsze bić.
Brianna uśmiechała się radośnie, z trudem próbując zachować powagę sytuacji, po czym powiedziała:
- Cny rycerzu, a więc przyjmuję twoje służby i wiedz, że ślubuję ci, iż za przyjaźń i lojalność będę w stanie ci się zawsze odwdzięczyć wiernością oraz oddaniem. I ślubuję też zawsze wiernie służyć temu królestwu i prędzej pod gruzami jego się pogrześć aniżeli pozwolić na to, aby je wróg przejął.
W jej ustach te słowa zabrzmiały bardzo zabawnie, także trudno nam się było z tego nie śmiać, ale że nie chcieliśmy przeszkadzać dzieciakom, to w miarę swoich możliwości zachichotaliśmy cichutko. Urocze szkraby nas chyba nie zauważyły, bo chwilę potem ich zabawa się rozkręciła na całego. Colin nagle dostrzegł jakiś wrogów atakujących ich królestwo, Brianna zaś szybko doskoczyła do niego, krzycząc, aby podał jej rapier. Jak widać nie chciała ona być księżniczką grzecznie stojącą z boku i wrzeszczącą dziko ze strachu, tylko walcząca dzielnie u boku swojego rycerza. Nie powiem, było w tym coś pięknego. Tymczasem Colin podał jej patyk i sam odpierał ataki różnych niewidzialnych wrogów, a Brianna biegała przy nim i walecznie pojedynkowała się z kolejnymi niewidocznymi dla nikogo przeciwnikami. Gdy już wszystkich pokonali, zadowoleni otarli sobie chusteczkami pot z twarzy, po czym oboje wznieśli głośny okrzyk radości.
- Nasza kraina uratowana! - zawołał radośnie Colin.
- I niechaj wszyscy wrogowie wżdy wiedzą, że tej oto krainy bronimy my, jej wierni strażnicy! - dodała głośno Brianna.
Wtedy dopiero oboje nas dostrzegli. Lekko się zmieszali, kiedy to się stało i powoli podeszli w naszą stronę.
- Przepraszamy, jeżeli hałasujemy - powiedział Colin przepraszającym tonem.
- Chyba się państwo nie gniewają, prawda? - spytała Brianna.
- Skądże. Niby za co? Poza tym to wasz teren, nie nasz - odpowiedział jej wesoło Ash.
- I nie musicie nazywać nas per „pan“ i „pani“ - dodałam przyjaźnie - Ja jestem Serena, a to jest Ash.
- No właśnie. Przecież aż tak starzy jeszcze nie jesteśmy, żeby nazywać nas „panem“ i „panią“ - potwierdził mój luby.
Dzieciaki zachichotały wesoło, kiedy to usłyszały, a po chwili ja sobie coś przypomniałam i powiedziałam:
- A tak przy okazji, to czemu nie jesteście w szkole? Przecież chyba teraz powinny być lekcje, prawda?
- Odwołali je z jakiegoś tam ważnego dla nich powodu - odpowiedziała mi Brianna.
- Poważnie? A czy aby nie zwagarowaliście? - zapytał wesoło Ash.
- A skąd! Zresztą może pan... Możesz to sprawdzić - odparł Colin.
- Jak będzie trzeba, to sprawdzimy - zachichotał Ash.
Pikachu zapiszczał, potwierdzając jego słowa.
- Dajemy wam słowo honoru, że mówimy całą prawdę. I niechaj nas piekło pochłonie, jeśli jest inaczej - powiedziała uroczyście Brianna.


Słysząc słowa przyjaciółki, Colin parsknął śmiechem i rzekł:
- Przepraszam, że gadamy w taki dziwaczny sposób, ale ostatnio razem czytaliśmy legendy o królu Arturze i tam się tak wysławiają.
- Nam to nie przeszkadza - powiedział Ash, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha - Podobają mi się wasze zabawy. Są bardzo ciekawe.
- Książki, które czytamy też - stwierdziła Brianna.
- W to nie wątpię - zachichotał mój luby.
Chwilę później zaczęliśmy ze sobą przyjemnie rozmawiać. Dzieciaki okazały się wręcz przeuroczymi rozmówcami, a Brianna pomimo swojego młodego wieku szybko pokazała, że jest dojrzałą osobą - w każdym razie w niektórych sprawach. W większości przypadków zachowywała się ona jak typowe dziecko, ale w kilku sprawiała wrażenie osoby dojrzałej ponad swój wiek. Czułam, że jest to efekt czytania przez nią dojrzałej literatury, chociaż pewnie w wersji złagodzonej dla dzieci, ale zawsze. Dobrze rozumiałam jej gusta w kwestii książek, bo sama od takich zaczynałam swoją przygodę z literaturą. Choćby już z tego powodu dziewczynka zdobyła moją sympatię i to z miejsca.
Podczas rozmowy zauważyliśmy, jak niedaleko nas własnie przechadza się jakiś mężczyzna ubrany w czarny i elegancki strój. Był to osobnik dość wysoki i szczupły, z władczym nosem, delikatnym zarostem na twarzy i w średnim wieku. Posiadał kilka zmarszczek na twarzy, który bynajmniej nie odbierały mu czegoś, co wiele kobiet nazwałoby prawdziwie męską urodą. Sądzę, że mógłby się on podobać mojej mamie, choćby z tego powodu, iż z wyglądu przypominał bardzo Jeana Reno, który jest jednym z jej ulubionych męskich aktorów.
Mężczyzna rozglądał się uważnie po całej okolicy i gdy nas dostrzegł, uśmiechnął się delikatnie i powoli poszedł w swoją stronę.
- To chyba jest jakiś turysta - powiedział Colin, kiedy facet już odszedł - Pierwszy raz go tu widzę.
- A znasz wszystkich ludzi, którzy mieszkają w tej okolicy? - zapytał go Ash.
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Wielu tylko z widzenia, ale znam - odpowiedział im chłopiec - A tego pana jeszcze tutaj nie widziałem.
- A więc to turysta - powiedziałam - Ciekawe, czy zajdzie do zamku i wynajmie w nim pokój.
- W zamku jest jeszcze sporo pokoi - zauważyła Brianna i spojrzała na Colina - Jeśli więc twoja mama zechce zostać na noc, to będzie mogła.
- Wiesz, chyba moja mama bardziej woli zostać na noc z twoim tatą - odpowiedział jej Colin.
Brianna uśmiechnęła się lekko i powiedziała:
- Nic nie szkodzi. Byle tylko nie zajęła mojego pokoju, to będę ją dalej lubiła.
- Na pewno ci go nie zajmie. Ja też nie.
- Ty możesz zajmować, jeżeli chcesz. Mój pokój jest dość duży i oboje się w nim zmieścimy. Ale żaden dorosły już się tam nie zmieści.
Rozmowa dzieciaków dawała dość wiele do myślenia, choć jeszcze nie całkowicie, dlatego postanowiłam podpytać nieco oboje. Zwłaszcza, że ja i Ash przecież zainteresowaliśmy się sprawą zaginięcia matki Brianny, a więc wszelkie informacje w tej sytuacji były bardzo użyteczne.
- Brianno, to twój tata spotyka się z mamą Colina? - zapytałam.
- A tak, spotykają się od dawna, ale chyba dopiero od jakiegoś czasu się kochają - odpowiedziała Brianna.
- A od kiedy zaczęli się spotykać? - spytałam.
- Odkąd zniknęła jej mama - wyjaśnił Colin - Pana Randalla bardzo to zabolało, kiedy pani Claire zniknęła. Policja długo ją szukała, ale nie mogła jej znaleźć. Pan Frank bardzo cierpiał i wtedy właśnie moja mama zaczęła odwiedzać go, bo moja mama i pani Claire się przyjaźniły ze sobą. A jakoś niedawno chyba się w sobie zakochali.
- A skąd to wiecie?
- Bo ja i mama zaczęliśmy zostawać coraz częściej na noc i mama nie brała pokoju w zamku.
- Czyli spała z panem Frankiem?
- Tak, ale to chyba nie jest nic złego, prawda? Bo przecież tata już od dawna z nami nie mieszka, mama więc może kogoś mieć.
- Pewnie, że może mieć - powiedziała wesoło Brianna - I  tym spaniem się nie przejmuj. My też wiele razy śpimy ze sobą i jest dobrze.
Uśmiechnęłam się lekko, gdy to usłyszałam, bo te słowa przypomniały mi chłopca, w którym była zakochana i który odwzajemnił te uczucia, czego efektem stał się szczęśliwy związek uwieńczony małżeństwem, które zresztą bardzo dobrze rokuje. Może tym dzieciakom też tak się uroczo ułoży życie?
Tak czy siak rozmowa z Brianną i Colinem dała mi wiele do myślenia, Ashowi zresztą też, czego dał wyraz w rozmowie ze mną nieco później, gdy oboje zostaliśmy sami we dwoje. To wszystko naprawdę pomagało lepiej nam zrozumieć całą tę sprawę. A więc dlatego Randall chce nas wynająć. Po prostu się zakochał i chciałby się związać na stałe z matką Colina, ale póki co, to jest niemożliwe, bo nie ma pewności, co do tego, czy Claire żyje, czy też nie. Chce zatem dowiedzieć się wszystkiego w tej sprawie i my dwoje, jako znani detektywi mamy odkryć prawdę. Teraz wszystko nabrało sensu. Widać matka Colina bardzo jest mu bliska, skoro obiecuje nam aż połowę zysków z hotelu, bylebyśmy tylko zrobili to, o co nas prosi.
Do takich właśnie wniosków doszłam po wysłuchaniu słów Brianny i Colina, a utwierdziłam się w nich tego samego dnia podczas rozmowy z Ashem. W międzyczasie jednak zobaczyłam coś, co naprawdę bardzo mnie zaszokowało i nie tylko mnie. Mianowicie tak chwilę po tym, jak dzieciaki podzieliły się z nami swoimi rewelacjami, to stanęliśmy wszyscy na pagórku i zaczęliśmy spoglądać na jezioro Loch Ness. Właściwie nie wiem, czemu to zrobiliśmy, chyba bez żadnego powodu, po prostu po to, żeby móc sobie popatrzeć, co chyba dość często miewa miejsce w przypadku przepięknych krajobrazów, a to jest właśnie jeden z nich.
Gdy tak więc staliśmy i patrzyliśmy na jezioro, to nagle jego tafla się zakotłowała i wyskoczyło z niej coś wielkiego i długiego, jakby jakiś wielki wąż stojący na sztorc albo też jakaś wielka głowa na długiej szyi. To coś rozejrzało się przez chwilę i wydało jakiś dźwięk, którego dotąd żadne z nas nie słyszało, a potem nagle zanurkowało pod wodą i zupełnie zniknęło pod jej taflą.
Szok, jaki wyniknął u nas po tym niezwykłym widoku był tak wielki, że przez chwilę nie byliśmy w stanie nic powiedzieć. Co prawda wzgórze tudzież pagórek (czy jak to się tam zwie), z którego obserwowaliśmy jezioro znajdowało się w dużej odległości od Loch Ness, a zatem nie widzieliśmy dokładnie i ze wszystkimi szczegółami tego czegoś, co nagle pojawiło się na jeziorze, ale z całą pewnością to musiało być coś żywego i raczej to była głową na bardzo długiej szyi. Czy to był jednak wielki wąż, czy może jakiś dinozaur, a może coś zupełnie innego, tego już nie wiedzieliśmy.
- Eeee... - tylko tyle zdołał z siebie wykrztusić Ash.
Pikachu i Buneary otworzyli szeroko w szoku swoje pyszczki, a Colin wyciągnął palec w kierunku jeziora, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie był w stanie tego zrobić. Ja jednak byłam w stanie.
- Brianna... Widziałaś jakąś wielką głowę na długiej szyi, jak wynurza się z jeziora?
- Tak - odpowiedziała mi panienka Randall.
- Mądra dziewczynka - powiedziałam, klepiąc ją lekko po ramieniu.

***


Niedługo potem odbyło się przyjęcie z okazji urodzin Mavis. Kończyła już osiemnaście lat, czyli wchodziła w dorosłe życie, a wiadomo i to nie od dzisiaj, że taki dzień trzeba koniecznie jak najlepiej uczcić. Ostatecznie jest przecież co świętować - wreszcie zakończyło się słuchanie we wszystkim rodziców i wracanie przed północą do domu z imprez, zakaz picia alkoholu czy też chodzenia do łóżka z chłopakami i kładzenia się spać po dobranocce (dobra - z tym ostatnim, to żartowałam). Krótko mówiąc, bardzo wiele jest powodów do tego, aby świętować osiemnaste urodziny, a jak już to robić, to tylko z hukiem. I tym razem też tak było.
Ponieważ przyjęcie urodzinowe Mavis odbywało się w hotelu, to każdy z gości hotelowych mógł wziąć w nim udział, oczywiście po kupieniu biletu wstępu i załatwieniu sobie jakiegoś ciekawego stroju. Bo nasza droga Mavis była z zainteresowania gotką, co zresztą podejrzewaliśmy już wcześniej i co też podejrzewał sam nasz gospodarz, a co dziewczyna potwierdziła podczas jednej z naszych rozmów.
- To prawda, jestem gotką i chociaż wielu uważa to za dziwactwo i to wręcz szkodliwe, to ja ośmielam się posiadać w tej sprawie zupełnie inne zdanie - mówiła wesoło Mavis - Bardzo więc uwielbiam sztukę gotycką, a już zwłaszcza pisarzy gotyckich. Emily Bronte i Charlotte Bronte, a także sir. Walter Scott to pisarze, których wprost uwielbiam czytać. I oczywiście lubię wszystko, co się wiąże z potworami z ludzkich wierzeń. A najbardziej w tej sprawie lubię wierzenia z dawnych czasów, a zwłaszcza z przełomu XVIII i XIX wieku. To dlatego bardzo chcę, aby to przyjęcie było związane z moją pasją. A zatem... Kto chce przyjść na moje urodziny, ten musi się przebrać za postać z literatury gotyckiej lub jakiegoś potwora związanego z zainteresowaniami gotów, a więc macie bardzo duży wybór.
- Rzeczywiście, całkiem spory wybór - zachichotał Ash - Spokojnie, w tej sprawie cię nie zawiedziemy i przyjdziemy odpowiednio przebrani.
- Mam nadzieję, bo inaczej przecież nawet nie zostaniecie wpuszczeni na zabawę - stwierdziła dowcipnie Mavis.
- A byłabyś niezadowolona, gdyby tak było?
- Powiedzmy.
Mavis uśmiechnęła się tajemniczo i poprosiła nas, abyśmy się przebrali jak najciekawiej, co też oczywiście my solennie jej obiecaliśmy. Z danego słowa wywiązaliśmy się skrupulatnie, jak to zwykle mieliśmy w zwyczaju robić. Załatwienie sobie kostiumu nie było wcale takie trudne, bo w mieście było kilka sklepów i przy okazji jeszcze wypożyczalnia kostiumów. Ja i Ash mieliśmy więc bardzo duży wybór, z którego z wielką chęcią skorzystaliśmy wybierając sobie odpowiednie dla nas stroje. Ja wybrałam fioletową suknię w stylu z XVIII wieku, taką samą, jaką nosiła Julie Binoche grając w filmie „Wichrowe Wzgórza“ podwójną rolę Katarzyny Earnshaw i jej córki o tym samym imieniu. Pierwsza z nich była brunetką, a druga blondynką, więc ja bez żadnego trudu mogłam teraz wcielić się w rolę tej drugiej. Z kolei Ash postanowił się przebrać za prawdziwą legendę, czyli za szkockiego bohatera narodowego, Roberta „Roya“ MacGregora, który do historii przeszedł też jako Robert Campbell oraz Rob Roy. Założył więc białą koszulę, zielony kilt oraz brązowe buty, do boku sobie przypasał szablę i do tego dołożył też pistolet zatknięty za pas. W tym oto stroju wyglądał wprost rewelacyjnie, jak Liam Neeson w roli Rob Roya, co oczywiście dodało mu uroku w moich oczach, którego i tak już posiadał bardzo wiele.
Pikachu także założył na siebie kilt i wyglądał w nim bardzo uroczo, z kolei Buneary została przeze mnie ubrana w sukienkę trochę w stylu XIX wieku, która uczyniła ją jeszcze śliczniejszą niż jest. W takich oto strojach mogliśmy śmiało wejść na przyjęcie urodzinowe, na które oczywiście nieco wcześniej zakupiliśmy sobie wejściówki, czy też może raczej zaproszenia, jeśli chcemy użyć właściwej nazwy.
Przyjęcie urodzinowe Mavis rozpoczęło się dość późnym popołudniem i byliśmy jednymi z pierwszych gości, które na nie przyszli. Mavis oraz jej ojciec witali wszystkich gości z radością, zaś większość z nich wręczała naszej solenizantce prezenty (chociaż to nie było obowiązkowe) i życzyli jej wiele szczęścia i pomyślności w dalszym życiu. Po przybyciu pierwszych gości rozpoczęła się zabawa i DJ zaczął po kolei włączać różne naprawdę wesołe utwory, przy których zaczęliśmy tańczyć. Ech, to był dopiero widok - cały zbiór najróżniejszych postaci z literatury gotyckiej i postaci z ludzkiej fantazji, potworów oraz istot z naszej rasy. Dziwaczny ów korowód ludzi z dawnej epoki i całej masy potworów podrygiwał pod rytm wielu utworów współczesnej muzyki rozrywkowej i do tego tańczył ze sobą w taki sposób, jakby całe życie innego nie robił. To trzeba było zobaczyć, bo aż trudno w to uwierzyć, gdy się o tym tylko opowiada.
Ponieważ każdy był przebrany, to także gospodarze założyli na siebie bardzo ciekawe kostiumy. Mavis założyła na siebie śliczną czarną sukienkę i pelerynę, która od zewnątrz była czarna, a od wewnątrz szkarłatna. Prócz tego się umalowała w taki sposób, że jej powieki były fioletowe, zaś usta czarne. W podobny sposób ubrał się też profesor Stoner, który wyglądał jak Bela Lugosi w roli Draculi, za którego zresztą postać się przebrał. Oboje wyglądali niczym rodowity wampir ze swoją córką.
- Ach, witam! Witam państwa serdecznie w moich niskich progach! - powiedział do mnie i do Asha profesor, kiedy tylko przyszliśmy - Wejdźcie śmiało i zostawcie trochę szczęścia, jakie ze sobą niesiecie.
- Zrobimy to z prawdziwą radością - powiedziałam i lekko dygnęłam.
- Hrabia Dracula? - zapytał Ash.
- A tak, jestem Dracula - odpowiedział wesoło profesor - A ja mam, jak wnoszę, do czynienia z panną Katarzyną Earnshaw z Drozdowego Gniazda i naszym wielkim, szkockim bohaterem narodowym.
- Robert „Roy“ MacGregor - powiedział Ash i lekko się skłonił - A to mój wierny przyjaciel Pikachu i jego ukochana Buneary.
Pokemony lekko zapiszczały i skłoniły się z szacunkiem gospodarzom przyjęcia. Ci zaś uśmiechnęli się przyjaźnie, zaś Mavis powiedziała:
- A ja jestem hrabianka Carmilla. Bardzo mi miło was powitać. Bardzo piękne stroje.
- Twój też jest niczego sobie, choć nie jestem pewien, czy Carmilla tak się właśnie ubierała - zauważyłam dowcipnie.
- To bez znaczenia - powiedziała Mavis, lekceważąco machając na to ręką - Ja wyobrażam ją sobie w takim oto stroju.
- I bardzo dobrze w nim wyglądasz - odezwał się Jonathan, podchodząc do nas z wielkim uśmiechem na twarzy.
Chłopak był przebrany za potwora Frankensteina, w którym to stroju wyglądał wprost rewelacyjnie, zwłaszcza z tego powodu, że zadbał wręcz o wszelkie szczegóły swojego kostiumu, także o śrubę w głowie oraz szwy na czole.
- Widzę, że mamy tutaj kolejną znaną osobistość - powiedziała bardzo rozbawiona Mavis.
- A owszem. Jestem Johnnystein, do usług - ukłonił się lekko chłopak - Czy mogę panią prosić do tańca?
- Oczywiście - odpowiedziała mu Mavis i z radością wyciągnęła w jego kierunku prawą dłoń.

 

W taki oto sposób rozpoczęła się zabawa urodzinowa naszej nowej znajomej, która praktycznie przez większość przyjęcia trzymała się osoby Jonathana, tańcząc z nim i rozmawiając o jakiś wesołych sprawach, które widocznie bawiły ich oboje, bo co chwila się z nich zaśmiewali i to do łez. Widać było, że doskonale się czują w swoim towarzystwie, a prócz tego bez trudu wymyślają razem różne zabawy i dość zwariowane tańce, aby bardziej rozkręcić imprezę. Ale chyba najbardziej zabawny pomysł podczas zabawy wymyślił Jonathan, który chyba tak w połowie przyjęcia namówił DJ-a, aby puścił „Macarenę“, a kiedy to się stało, to wesoło stanął przed nim i zaczął osobiście podrygiwać pod rytm tej zwariowanej piosenki. Wszyscy patrzyli na niego zdziwieni i zarazem też bardzo rozbawieni, ale niektórzy czepiali się, że puścił jakąś szmirę. Chłopak jednak wcale się tym nie przejął, tylko dalej podrygiwał i patrzył z radością w stronę Mavis, która miała aż łzy ze śmiechu w oczach. W tym czasie zaczęła się druga zwrotka piosenki i drugi raz zaśpiewano refren. Ash ubawiony całą tą sytuacją wskoczył wesoło na miejsce dla DJ-a i stanął obok Jonathana, po czym obaj zaczęli podrygiwać w rytm muzyki. To samo zrobił Pikachu, który również palił się do zabawy. Spojrzałam wówczas na Mavis i delikatnie skinęłam w jej stronę głową. Dziewczyna zrozumiała, o co mi chodzi i wraz ze mną i Buneary z radością wskoczyła na scenę. Chwilę potem wszyscy razem zaczęliśmy dziko tańczyć „Macarenę“ i nasz przykład porwał za sobą wszystkich gości na sali, w tym także i tych sceptyków, którzy uważali ten utwór za szmirę. Trzeba było to widzieć! Całe zbiorowisko wszelakich dziwadeł nie z tego świata tańczy ten dziki taniec, a na scenie pod jego rytm podrygują dziewczyna z powieści Emily Bronte, szkocki bohater, potwór z książki Mary Shelley, wampirzyca i dwa Pokemony. To był naprawdę niesamowity widok. Cała sala zaś poszła za przykładem tej oto szóstki dziwaków, a najwięcej chyba Colin i Brianna, którzy śmiali się do rozpuku i podrygiwali wesoło w miejscu, będąc chyba w siódmym niebie.
Gdy taniec dobiegł końca, to wszyscy zaczęli bić nam brawo, a Mavis uśmiechnęła się czule do Jonathana, łapiąc go za rękę. Potem oboje zeszli ze sceny i kiedy zagrano romantyczny taniec, to objęła go za szyję i tańczyła z nim, czule wpatrując się w jego oczy. Chociaż tańczyłam wtedy z Ashem, to bez trudu to zauważyłam, podobnie jak i to, że pod koniec utworu Mavis przysunęła się do chłopaka i delikatnie pocałowała go w usta. Chwilę potem ktoś upuścił kieliszek na ziemię. To był profesor Stoner, który patrzył na scenę pocałunku z wielkim szokiem wymalowanym na twarzy.
Jakiś czas później wybiła północ i zabawa dobiegła końca dla części z gości - głównie tych najmłodszych. Colin i Brianna zostali odprowadzeni do pokoju, w którym mieli spać. Odprowadziliśmy ich tam ja i Ash na prośbę Franka, który musiał omówić jakieś pilne dla siebie sprawy. Obiecał jednak dzieciom, że za chwilę do nich zajrzy i sprawdzi, czy wszystko w porządku z nimi i nie porwał je jakiś potwór, od których się tu wszak aż roiło. Dzieci słaniając się już na nogach ze zmęczenia, powoli dotarły do swego pokoju, przebrały się w piżamki i położyły do łóżka, ale jeszcze przez długą chwilę uroczo się wygłupiały.
- Jam jest hrabia Dracula! Ble ble ble! Oddaj mi swą krew! Ble ble ble! - wołał Colin udając, że chce ugryźć w szyję Briannę.
- Weź ją sobie sam, panie hrabio! Ale uważaj, bo ja jej będę bronić do ostatniej kropli krwi! Ble ble ble! - chichotała rozbawiona Brianna.
- Dobra, dzieci! Koniec już tego dobrego! Czas już spać! - zawołałam, klaszcząc przy tym w dłonie.
Dzieci, chociaż były zmęczone, to wciąż chciały się wygłupiać i dosyć niechętnie położyły się do łóżka. A kiedy wreszcie to zrobiły, to życzyliśmy im słodkich snów i wyszliśmy z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Zaraz potem ruszyliśmy w kierunku sali balowej, kiedy nagle usłyszeliśmy przed sobą jakieś głosy. Należały one do profesora Stonera oraz jego córki. Oboje stali właśnie na schodach i o czymś rozmawiali. Schowaliśmy się, żeby nas nie zauważyli i zaczęliśmy nasłuchiwać.


- Mavis, ty już chyba kompletnie oszalałaś - mówił ze złością profesor - Zachowujesz się jak jakaś...
- Jak zakochana nastolatka? - przerwała mu Mavis - A gdyby nawet, to co z tego? To taka zbrodnia całować się z chłopakiem?
- Z chłopakiem, którego ledwie znasz! Postępujesz jak dziecko!
- Nie jestem już dzieckiem, tato!
- Więc nie zachowuj się jak dziecko! Postępuj dojrzale!
- Dojrzale?! A co to twoim zdaniem znaczy?! Odsuwanie się od kogoś, z kim jest mi dobrze?!
- Wiesz dobrze, jaka jest nasza sytuacja. Czego ty się spodziewasz? Że oboje będziecie żyli długo i szczęśliwie?
- A dlaczego nie? Mam chyba do tego prawo! A poza tym wysuwasz za daleko idące wnioski. To był tylko całus.
- To było coś więcej i dobrze o tym wiesz. Zakochałaś się w nim.
- A gdyby nawet tak było, to co? Dlatego, że w życiu popełniłeś kiedyś pewien błąd, który zaszkodził nam obojgu, to ja teraz mam cierpieć?
- Wiesz dobrze, że gdybym tylko mógł cofnąć czas, to zrobiłbym, ale to niemożliwe. Tak samo jak twój związek z tym wielbicielem „Macareny“.
- Tato, ale ja go kocham!
Uczonemu bardzo nie spodobały się te słowa, ale jakoś nie miał siły się już kłócić z córką. Westchnął tylko załamany i powiedział:
- Wobec tego bądź z nim szczera, zanim będzie za późno. Powiedz mu całą prawdę o sobie. Powiedz mu ją, a zobaczysz, jak długo z tobą będzie. Zrób to więc, a potem sama uznaj, czy lepiej jest cierpieć z samotności, czy ze świadomości, że nigdy nie dasz mu tego, czego on z pewnością chce.
Mavis zaczęła płakać. Wściekła odwróciła się plecami do ojca i łkając powiedziała:
- Dlaczego mi to robisz?
- Bo cię kocham, córeczko i nie chcę, żebyś cierpiała jeszcze bardziej - odpowiedział jej ojciec.
Dziewczyna odwróciła się w jego stronę i zawołała:
- Jeśli cierpię, to przez ciebie! Zawsze cierpiałam tylko przez ciebie!
Po tych słowach zbiegła szybko po schodów na dół i uciekła w stronę sali balowej. Jej ojciec zaś westchnął głęboko i powolnym krokiem także się tam skierował.


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...