wtorek, 20 sierpnia 2019

Przygoda 122 cz. II

Przygoda CXXII

Pieśń o zing cz. II


Następnego dnia ja i Ash oraz towarzyszące nam Pokemony wstaliśmy bardzo weseli i zadowoleni, bo mieliśmy bardzo przyjemne sny, a prócz tego choć na chwilę zapomnieliśmy o dręczących nas pytaniach w sprawie Mavis oraz potwora z Loch Ness, że o tych dotyczących zniknięcia żony Randalla to już nie wspomnę. Wszystkie te sprawy tamtejszego poranka po prostu straciły dla nas jakąkolwiek wartość, a przynajmniej przez chwilę. Wtedy tylko cieszyliśmy się swoją obecnością i tym, w jak miłym miejscu się znaleźliśmy. Aby było weselej, to włączyliśmy sobie wesołe piosenki z gramofonu, a także z naszych komórek. Zawsze lubiliśmy z Ashem w taki fajny sposób zaczynać dzień i gdy tylko była taka możliwość, to tak właśnie robiliśmy.
Ten dzień zaczęliśmy od kilku naprawdę wesołych utworów i jednym z nich był „Wipeout“ z filmu „Dirty Dancing“. Dla niewtajemniczonych (o ile tacy są) udzielę tu drobnego wyjaśnienia, że jest to wesoły utwór muzyczny właściwie pozbawiony słów, podczas którego można sobie wesoło tańczyć. Trzeba było widzieć Asha, jak z packą na muchy (mającą imitować gitarę) skacze po całym pokoju i wesoło się wygina w rytm dzikiej muzyki. Ja i Buneary wręcz pękałyśmy ze śmiechu, a już zwłaszcza wtedy, gdy Pikachu dołączył do swojego trenera i obaj pogrążali się w swoich jakże uroczych wygłupach. A kiedy oboje ukończyli swój występ, to oczywiście ja i moja pokemonia przyjaciółka nagrodziliśmy go gromkimi brawami.
- Dziękuję wam! Bardzo dziękuję! - powiedział wesoło Ash, kłaniając się przy tym nisko - Tylko proszę się nie pchać po autografy, dla wszystkich wystarczy.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał radośnie Pikachu, który też kłaniał się nisko publiczności złożonej ze mnie i Buneary.
- W porządku, kochani! - zawołałam i klasnęłam w dłonie - Teraz pora na poważniejszy występ! Teraz będzie trzeba śpiewać, a nie tylko wyginać śmiało ciało.
- Dawaj, Serenka! Z chęcią z tobą wystąpię! - wołał radośnie Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - piszczał wesoło Pikachu.
Wstałam wesoło z łóżka i puściłam z telefonu kolejną piosenkę, a był to utwór „Love is strange“, także z filmu „Dirty Dancing“. Następnie, lekko łapiąc rogi swojej nocnej koszuli podrygiwałam i gibałam się zalotnie przed Ashem, po czym oboje zaczęliśmy wesoło śpiewać słowa piosenki. Oboje doskonale się przy tym bawiliśmy, a kiedy w utworze pojawił się fragment, który nie był śpiewany, a mówiony, to Ash położył się na dywanie bokiem i patrząc na mnie zawołał wesoło:
- Sylvio!
- Tak, Mickey? - spytałam wesoło, zgodnie z tekstem.
- Jak będziesz wołać swego ukochanego?
- Chodź tu, kochany! - odpowiedziałam mu bardzo wesoło, naśladując przy tym ruchy Jennifer Grey ze sceny, w której pojawiła się ta piosenka.
- A jeśli nie przyjdzie? - zapytał mnie wesoło Ash, który właśnie zaczął słodko naśladować ruchy Patricka Swayze z tej samej sceny.
- Ależ kochanie...
- A jeśli dalej nie przyjdzie?
- Wtedy mu zaśpiewam: „Baby! Och, baby! My sweet baby! You’re the one!“ - zaśpiewałam, idąc do Asha na czworakach, podczas gdy on wyginał się lekko w taki sposób, jakby grał na gitarze.
Wygłupialiśmy się tak jeszcze przez chwilę, kiedy nagle otworzyły się drzwi i stanął w nich jakiś wysoki, chudy chłopak o gęstej, rudej czuprynie, ubrany w zieloną bluzę z żółtymi dodatkami, szare spodnie i białe adidasy. Na plecach miał bardzo duży plecak podróżny i to wypchany aż po brzegi. Jego zielone oczy z uwagą się nam przyglądały, a wielki uśmiech na twarzy dawał nam wyraźnie do zrozumienia, że nasz widok bardzo go ubawił.
- O kurczę! - zawołał wesoło - Ja to wiedziałem, że w Szkocji potrafi być niezły ubaw, ale aż takiego, to ja się nie spodziewałem.
- Przepraszam bardzo, ale kim pan jest? - zapytałam zdumiona, szybko wstając z podłogi i zarzucając na siebie szlafrok.
- Że kto? Że ja? - zachichotał chłopak i bardzo szybko odpowiedział na swoje pytanie - Jonathan Logan jestem. A wy?


- Ash Ketchum. A to moja żona, Serena - pospieszył z wyjaśnieniem Ash, szybko podnosząc się z podłogi.
- Aha, żoneczka! Pewnie świeżo poślubiona! - chichotał dalej Jonathan - Już mi wspominali, że jakaś parka jest tu w podróży poślubnej. To wy?
- Zgadza się - odpowiedział mu Ash - Chyba, że są tutaj jeszcze jakieś inne pary w podróży poślubnej.
- Raczej przedślubnej - stwierdził dowcipnie Jonathan - Chociaż kto ich tam wie? Ale to przecież nie moja sprawa. Ja szukam swojego pokoju.
- Obawiam się, że się pomyliłeś - powiedziałam - W tym pokoju my się zatrzymaliśmy.
- Na pewno? - zachichotał Jonathan i podszedł do naszego łóżka, po czym sprawdził jego sprężystość - Bo wiecie, jak coś, to ja mam w domu trzech starszych braci, więc umiem się dzielić metrażem. W razie czego to ja mogę spać na dywanie.
- Zdecydowanie to nie jest twój pokój - powiedziałam z lekką złością, mocniej się zasłaniając szlafrokiem, aby koleś przypadkiem nie zobaczył czegoś, co jest przeznaczone tylko dla oczu Asha.
- Szkoda! Mógłbym w razie czego się przespać na dywanie - śmiał się dalej Jonathan i dodał: - Wiecie, kiedyś w Hamburgu, to ja dzieliłem pokój z jednym takim kolesiem. Patrzę, a on mi podkrada szampon. Mówię mu: „Ej, stary!“, to rzucił we mnie doniczką. Ale tak poza tym był spoko.
- Bardzo ciekawa opowieść, ale co to ma do rzeczy? - spytałam.
- To, że potrafię mieszkać z różnymi ludźmi i gdybym musiał z wami dzielić ten pokój, to nie byłoby to dla mnie trudne - wyjaśnił Jonathan.
Popatrzył na nas z uwagą i zaczął po chwili głośno się śmiać.
- Przepraszam, gadam głupoty. Ale tak naprawdę wcale nie pomyliłem pokoi. Tak naprawdę dobrze wiedziałem, że tu jesteście i bardzo chciałem was zobaczyć.
- Zobaczyć? Nas? - zapytałam zdumiona i zarazem też lekko oburzona - A co my jesteśmy, obiekty w muzeum?
- Lepiej! Żywe legendy! - zawołał wesoło Jonathan i podszedł do nas - Detektyw Sherlock Ash i jego dziewczyna! Och, sorki! Teraz to już żona!
Po tych słowach chłopak uścisnął dłonie każdego z nas, nie ukrywając wielkiej radości z tego powodu. Jego zachowanie trochę nas zaskoczyło.  Gdyby to były regiony, to wieść o sławie detektywów z Alabastii raczej by nas nie dziwiła, ale w Szkocji to było coś dość niezwykłego. Przecież nie zdążyliśmy tu jeszcze niczym zasłynąć, a już są osoby, które nas rozpoznają. Chyba, że sława o nas dotarła także i tutaj, co ostatecznie było możliwe, ale mało mnie przekonywało. Już prędzej Brianna lub jej tatuś się wygadali, jak ważne osobistości gości obecnie ten hotel. Albo nie oni, tylko ktoś ze służby hotelowej to zrobił. Ktokolwiek to był, jest strasznym paplą i miałam wtedy wielką ochotę odnaleźć go i dogadać mu tak, żeby poszło mu w pięty.
- Strasznie miło mi was poznać, serio! - wołał Jonathan, dalej ściskając dłonie moje i Asha - A to są ci wasi słynni pokemoni przyjaciele! Kurczę! Strasznie się cieszę, że was tu widzę!
- Miło nam, ale skąd wiesz, kim jesteśmy? - zapytałam.
- Pika-pika? Bune-bune? - zapiszczeli zdziwieni Pikachu i Buneary.
- Wiecie, dużo podróżuję po świecie i sporo już widziałem i sporo też fajnych ludzi poznałem - zaczął mówić Jonathan - Spotkałem także kiedyś Herberta Jonesa. Fajny gość, śledczy z klasą. Dużo mi opowiadał o swoim uczniu, czyli tobie, Ash. A w paru miejscach i kilku gazetach miałem okazję o was poczytać. Bardzo chciałem was poznać, a kiedy tylko w recepcji mi powiedzieli, że jest tu detektyw Sherlock Ash, to zaraz postanowiłem was odwiedzić. Ale jak widzę, chyba przyszedłem nie w porę.
A więc babka z recepcji się wygadała, powiedziałam w duchu. Już ja z nią sobie porozmawiam. Chociaż z drugiej strony Jonathan nie wyglądał na osobę niebezpieczną, a nawet po dłuższej znajomości sprawiał całkiem miłe wrażenie.
- Trochę rzeczywiście nie porę, ale nic się nie stało - powiedziałam, powoli przestając się złościć na rudzielca - Po prostu dopiero co wstaliśmy i w ogóle.
- Zauważyłem - uśmiechnął się Jonathan - Ale spokojnie, nie będę wam przeszkadzał. Idę do swojego pokoju, zostawię w nim mój plecak i skoczę coś przegryźć. Mam nadzieję, że zjemy razem, o ile to nie kłopot.
- Żaden kłopot - odpowiedział wesoło Ash - Ale to za chwilę. Najpierw musimy się ubrać.
- Słusznie, to już wam nie przeszkadzam. Do zobaczonka!
Po tych słowach Jonathan jeszcze raz uścisnął nam dłonie i wyszedł z pokoju, wesoło przy tym podskakując.

***


Szybko ubraliśmy się i wyszliśmy z pokoju, po czym ruszyliśmy razem w kierunku jadalni, aby sobie zamówić śniadanie. Idąc tam rozmawialiśmy wesoło na temat Jonathana Logana. Chłopak wywarł na nas dość niezwykłe wrażenie. Często się śmiał i rzucał bardzo zabawne żarty, a dodatkowo też wyraźnie okazywał nam swój ogromny wręcz zachwyt z powodu tego, kim jesteśmy. Oczywiście nie mieliśmy w ogóle pewności, co do motywacji jego postępowania, ale żywiliśmy wielką nadzieję, że jego zachowanie jest jak najbardziej szczere. Mieliśmy już bowiem dość spotykania fałszywych osób, zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia. Tutaj chcieliśmy od takich gości odpocząć.
- Jak sądzisz, skarbie, ilu jest jeszcze takich fanów naszej działalności detektywistycznej w tym hotelu? - zapytałam dowcipnie, gdy zmierzaliśmy już ubrani w kierunku restauracji.
- Oby niezbyt wielu. Ten miał energii za kilku - zażartował sobie Ash - Jakby tak paru takich zebrać, to by dopiero się zrobił hałas.
- A hałas bardzo szkodzi pracy szarych komórek - zachichotałam.
- A tak! A żebyś wiedziała - potwierdził wesoło mój mąż.
Rozmawiając w tak wesoły i bardzo przyjemny dla nas sposób powoli dotarliśmy do schodów, kiedy nagle usłyszeliśmy za sobą wesoły głos:
- Hej, kochani detektywi!
Obejrzeliśmy za siebie i zauważyliśmy wówczas biegnącego w naszą stronę Jonathana, który był już bez plecaka i najwyraźniej wciąż miał dobry humor.
- Schodzicie dopiero co na śniadanie? - spytał, podbiegając do nas - To tak samo, jak ja. Tak coś czułem, że to się stanie!
- O! To ciekawe! A skąd takie przypuszczenia? - zapytałam.
- A tak jakoś! Sam nie wiem! - odpowiedział wesoło chłopak - Tak po prostu coś czułem, choć wiecie co? Jakieś takie podstawy do takich myśli to ja miałem.
- Tak? Ciekawe jakie? - zapytał ironicznie Ash.
Po ostatnich przeżyciach postanowił być ostrożny wobec obcych osób, które z jakiegoś powodu chcą się z nami zaprzyjaźnić. Osobiście uważałam, że trochę przesadza, ale też z drugiej strony przygoda, którą przeżyliśmy na angielskiej prowincji wręcz zmuszała nas do tego, żebyśmy zachowywali większą ostrożność w relacjach z innymi ludźmi, a już zwłaszcza tak bardzo życzliwie do nas nastawionymi. Swoją drogą to jest właśnie najsmutniejsze w pracy detektywa, że często o najgorsze trzeba podejrzewać każdego i to nawet tego, kogo zdążysz polubić.
- A wiecie, to bardzo ciekawe - zaczął mówić wesoło Jonathan - Bo jak tutaj wędrowałem, to spotkałem przy lotnisku Cygankę.
- Starą czy młodą? - spytał Ash.
- Młodą, ale stara też była - odpowiedział rudzielec - Stała sobie gdzieś z boku, a młoda (chyba jej wnuczka) podeszła i poprosiła o parę groszy, bo zbierały na bilet czy coś.
- Zawsze tak gadają.
- Chyba tak, ale już dałem jej tę parę groszy, bo przecież ja od tego nie zbiednieję, a ona się nie wzbogaci. Cyganeczka wzięła pieniążki ode mnie i potem zadowolona pobiegła do swojej babci, a następnie wróciła, żeby mi podziękować i w ramach wdzięczności zaproponowała, że może powróżyć mi z ręki. Osobiście nie wierzę w takie brednie, ale się zgodziłem i podałem jej prawą rękę. Ta zaś spojrzała na nią i powiedziała mi, że przeżyję wkrótce wielką przygodę, która zmieni całe moje życie.
- Wszystkie tak gadają. Pewnie ci jeszcze powiedziała, że wyruszysz wkrótce w wielką podróż i doczekasz się trójki dzieci.
- Skąd wiedziałeś? Właśnie tak mi powiedziała. Ale dodała jeszcze, że jeśli pojadę w głąb Szkocji, to wkrótce poznam wiernych przyjaciół i miłość swojego życia. Przy okazji ostrzegała mnie, że choć pisana mi jest brunetka o niebieskich oczach, to muszę uważać, bo będę przez nią płakał.
- Też typowe gadanie Cyganek. Ja bym na twoim miejscu nie brał tego na poważnie.
Nie wiedziałam, czemu Ash tak mówi, choć podejrzewałam, że wiąże się to z faktem, iż nasza ostatnia przygoda bardzo nieprzyjemnie pokazała nam, że lepiej jest uważać na ludzi, którzy okazują wobec nas życzliwość (a zwłaszcza nadmierną) i to jeszcze wtedy, kiedy dopiero co się poznaliśmy. Co prawda koleś, który wywołał w nas taką wielką ostrożność, tak bardzo pozytywnie wobec nas nie był nastawiony, ale także okazywał nam swoją przyjaźń, a potem się okazało, że to wszystko z jego strony było tylko grą. Tak samo, jak jego miłość do kilku osób, które bez skrupułów zamordował i to z jakże chorych powodów. Ash już parę razy wspominał mi, że od tej pory musimy być bardziej ostrożni wobec ludzi i ja podzielałam jego zdanie w tej sprawie. Zapewne z tego właśnie powodu czepiał się w rozmowie z Jonathanem cygańskich wróżb i w ogóle Cyganek. Ostatecznie przecież Ash do Cyganek nigdy uprzedzeń nie miał, a jedna z jego dalszych kuzynek ze strony matki jest przecież w połowie Cyganką, a dodatkowo nosi typowo cygańskie imię Esmeralda i już parę razy przeżyliśmy w jej towarzystwie ciekawe przygody. Przy okazji, to właśnie Esmeralda wróżąc Ashowi z kart przepowiedziała mu, że się pojawię w jego życiu i jeszcze parę ciekawych rzeczy mu wywróżyła, z których wszystkie prędzej czy później spełniły się. Dlatego Ash nie miał żadnego powodu, aby wątpić w prawdziwość wróżb i podważać wiarygodność jakiekolwiek Cyganki. A zatem drogą tej dedukcji wywnioskowałam, że Ash po prostu chce spławić Jonathana, wobec którego był nieufny z powodu jego nadmiernej wobec nas życzliwości. Oczywiście trochę przesadzał z tą ostrożnością, ale też z drugiej strony zawód detektywa chyba zawsze zobowiązywał i zobowiązuje nadal do bycia ostrożnym.
Jakiekolwiek jednak były powody zachowania Asha, to rudzielec w ogóle tego nie dostrzegł, ponieważ tylko uśmiechnął się pod wpływem słów mojego męża, popatrzył na niego z uwagą i powiedział:
- Tak sądzisz, Ash? Może i masz rację. Ale tak czy siak perspektywa spotkania tutaj miłości swojego życia jest bardzo kusząca, mam rację?
- A perspektywa płaczu z powodu tej miłości też jest bardzo kusząca? - zażartowałam sobie.
- Z powodu miłości zawsze się prędzej czy później płacze, Sereno. To jest chyba nieuniknione - stwierdził Jonathan.


Trudno mi było się z tym nie zgodzić, ostatecznie przecież ja sama z powodu swojej miłości do Asha roniłam łzy za każdym razem, kiedy tylko pojawiły się jakieś większe problemy, także w tej sprawie raczej to, o czym mówił Jonathan było dla mnie jak najbardziej zrozumiałe.
- Ale jeżeli nawet są łzy w miłości, to jest w niej także i radość i to bardzo wielka, dlatego zamierzam się cieszyć z tego powodu - mówił dalej Jonathan.
- Najpierw znajdź tę miłość, a potem się ciesz - powiedział Ash.
- Spokojnie, znajdę - zachichotał rudzielec - Znajdę ją i to być może o wiele szybciej niż myślicie. Bo miłość potrafi spaść na człowieka i to jak grom z jasnego nieba, a potem sprawia, że chce się latać!
Po tych słowach Jonathan dotknął lekko poręczy schodów, do których właśnie dotarliśmy i następnie wskoczył wesoło okrakiem na tę poręcz i zaczął po niej zjeżdżać na sam dół, do głównego holu, skąd potem mieliśmy dotrzeć do restauracji. Schodząc powoli po schodach wpatrywaliśmy się w niego z wielką uwagą, ciekawi tego, co z tej jego jazdy wyniknie. A co wynikło? Ano to, że Jonathan przejechał po poręczy na sam dół, po czym widząc, iż oto bardzo niebezpiecznie zbliża się do niewielkiego maszkarona, który znajdował się na samym końcu poręczy (notabene znajdował się on na każdym zakończeniu poręczy), to zagwizdał wesoło i szybko zeskoczył ze swojej ślizgawki prosto na schody. Traf jednak chciał, że w tym właśnie miejscu schodów stała Mavis, która powoli zaczęła iść na górę. Także więc, kiedy chłopak szybko zeskoczył z poręczy, to wpadł prosto na dziewczynę i efektem tego było to, że oboje stoczyli się po ostatnich stopniach schodów na sam dół. Na całe szczęście to było tylko kilka stopni, a więc wysokość nie była wielka i nie potłukli się zbytnio. Pomimo tego Mavis była wyraźnie zła. Powoli usiadła na podłodze i masując sobie lekko głowę, zawołała:
- Człowieku, czy ty naprawdę nie możesz uważać, co robisz?! To nie jest jakaś autostrada, żeby tak... pędzić.
Ostatnie słowo wypowiedziała o wiele spokojniejszym tonem, a zrobiła to wtedy, kiedy spojrzenia jej i Jonathana się ze sobą spotkały. Wówczas też stało się coś nieoczekiwanego. Oboje tak jakby lekko się zmieszali, wesoło zachichotali i kiedy Jonathan zaczął przepraszać Mavis za swoje wygłupy i mówić, że czasami już tak ma i nawet jego matka uważa, że bywa strasznie zdziecinniały, to Mavis (ta sama Mavis, które przed chwilą była na niego zła) o dziwo odpowiedziała mu, żeby się tak nie przejmował, bo każdemu się może zdarzyć i w ogóle. Chwilę później oboje podnieśli się z podłogi i dziewczyna podała chłopakowi rękę, mówiąc:
- Jestem Mavis Stoner.
- Jonathan Logan - odpowiedział chłopak, ściskając jej wesoło rękę, po czym znowu oboje zachichotali.
Widzieliśmy to wszystko bardzo wyraźnie, stojąc na półpiętrze i mając z tego niezły ubaw. Zwłaszcza ja uśmiechałam się od ucha do ucha, bardzo dobrze rozumiejąc, co się właśnie stało. Ash chyba również to zrozumiał, bo uśmiechał się do mnie porozumiewawczo na znak, że wszystko zauważył i pojął sens tej sceny.
Tymczasem Jonathan i Mavis zdołali się ze sobą dogadać i to bardzo łatwo, po czym pożegnali się oboje i obiecali sobie, że jeszcze dzisiaj się spotkają i pogadają ze sobą. Byłam bardzo ciekawa tego, co też będą chcieli omówić, ale domyślałam się i to bez trudu, że (cytując klasyka) z tego może wyjść coś znacznie więcej niż przyjaźń.
Chwilę później Mavis powoli odeszła w swoją stronę, natomiast ja i Ash podeszliśmy do Jonathana, który uśmiechał się w sposób dość dziwny, czy może wręcz głupkowaty i wciąż wbijał swój wzrok w miejsce, w którym dziewczyna przed chwilą się znajdowała. Zachichotałam głośno, gdy tylko to zobaczyłam i spytałam dość niewinnym tonem:
- Czy wszystko dobrze?
- Oczywiście, że dobrze - odpowiedział wesoło chłopak, nawet na mnie nie patrząc - A czemu miałoby tak nie być?
To mówiąc chłopak powoli odszedł zadowolony przed siebie, coś sobie nucąc pod nosem. Ja zaś spojrzałam na Asha i cicho zaśpiewałam:

Miłość rośnie wokół nas
W spokojną, jasną noc.
Nareszcie świat zaczyna w zgodzie żyć
Magiczną czując moc.


Ash spojrzał na mnie i uśmiechnął się delikatnie, podobnie jak Pikachu i Buneary. Cała ta trójka dobrze wiedziała to, co wiedziałam i ja, że właśnie byliśmy świadkami miłości od pierwszego wejrzenia.

***


Niedługo potem zobaczyliśmy Jonathana i Mavis, którzy siedzieli w hotelowej restauracji, rozmawiali ze sobą przyjaźnie i zachowywali się tak, jakby znali się całe życie. Dużo się przy tym śmiali i niemalże cały czas wpatrywali się w siebie zachwyconym wzrokiem. Czego to było efektem, chyba nie muszę tutaj tłumaczyć. Ja i Ash obserwowaliśmy ich uważnie ze swego stolika, bardzo zachwyceni tym jakże uroczym widokiem, ponieważ zawsze zachwycał nas widok miłości oraz zakochanych par. A chociaż Ash trochę był podejrzliwy wobec Jonathana i częściowo także wobec Mavis (ze względu na to, co mi ostatnio powiedział), to widok tej uroczo wyglądającej pary bardzo mu się spodobał. I nie tylko jemu, mnie przecież także, a przy okazji również wszystkim siedzącym w pokoju ludziom, którzy co jakiś czas zerkali w kierunku tej pary i wyraźnie się uśmiechali na widok jej radości.
Tylko jedna osoba nie podzielała zachwytu zadurzoną w sobie parą, a tą osobą był pan profesor Stoner, który przyglądał się córce i siedzącemu z nią chłopakowi z wyraźnym smutkiem w oczach, a może nawet i ze złością, choć w sprawie tego ostatniego uczucia, to pewności nie miałam pewności. Właściwie jednak jego reakcja wcale mnie nie dziwiła. Słyszałam przecież już wiele razy o tym, że ojcowie bywają zazdrośni o swoje córki i są wręcz instynktownie bardzo niechętni wobec ich partnerów, a zwłaszcza wtedy, kiedy długi czas byli wręcz najważniejszymi mężczyznami w ich życiu. Ta niechęć, o której tutaj mowa często wynika z niechęci dzielenia się córką z innym facetem, ale to zawsze z czasem mija, chociaż im większa więź ojca z córką, tym większa jest niechęć wobec ewentualnego zięcia i tym dłużej ona trwa. Ale oczywiście prędzej czy później ona mija i wszystko potem jest w porządku. Podejrzewałam, że profesor Stoner i jego córka posiadają ze sobą naprawdę bardzo dużą więź emocjonalną, dlatego jego smutek (a być może też i niechęć), którą bez trudu dostrzegałam w oczach uczonego wiązała się z tym, że jego córka powoli rozpoczyna swoje własne życie, a on musi zejść na dalszy plan. Niby to było coś oczywistego, ale każdy rodzic jak widać przechodzi coś podobnego. Delia przecież miała podobnie, choć nigdy nie patrzyła na mnie z niechęcią ani też smutkiem, gdyż cieszył ją fakt, że jej syn znalazł sobie dziewczynę i robiła wszystko, aby zaprzyjaźnić się ze mną, co bez trudu jej się udało, biorąc pod uwagę dobroć i szczerość mojej obecnej teściowej.
Podsumowując więc, byłam w stanie zrozumieć ten dość ponury wzrok profesora Stonera, którym obserwował córkę i towarzyszącego jej chłopaka, ale też liczyłam na to, że z czasem ten smutek i niepokój (który niewątpliwie też odczuwał) miną, a potem wszystko będzie dobrze. To jednak było tylko i wyłącznie sprawą Mavis oraz jej bliskich. W te sprawy ja i Ash w ogóle nie zamierzaliśmy się wtrącać. Oczywiście wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że los sprawi, iż jednak się w to wszystko wtrącimy. Ale ostatecznie to dla nas nie pierwszyzna, wtrącać się w cudze sprawy i czynnie brać w nich udział. Taka jest już praca detektywów, będących zarazem ludźmi, którzy walczą o to, żeby tego zła mniej było na świecie. Taki już nasz los - widzimy czyjeś problemy i możemy pomóc, to pomagamy. Tego już zmienić się nie da. Taka jest już nasza natura.
Wracając jednak do opowieści, to tuż po śniadaniu wyszliśmy razem na spacer po całej okolicy, która wydawała się nam być bardzo piękna, a prócz tego kojarzył nam się (a już zwłaszcza mnie) z literaturą angielskich pisarzy klasycznych. Kiedy tak przechadzaliśmy się po tych wszystkich terenach otaczających cały zamek, to czułam się tak, jakbym trafiła do powieści sir. Waltera Scotta, Emily Bronte lub też sir. Arthura Conan Doyle’a. Aż byłam ciekawa, kiedy zza rogu wyskoczy w naszą stronę Wilfryd Ivanhoe albo pies Baskerville’ów.
- Wiesz co? Czuję się jak w fabule jakieś klasycznej powieści z XVIII lub XIX wieku - powiedziałam do Asha.
- Ja też. To miejsce w sam raz na akcję dla dobrego kryminału - rzekł z uśmiechem na twarzy Ash.
- Oj tak. Chcesz poszukać psa Baskerville’ów? - zachichotałam lekko.
- Z tobą choćby samego potwora z Loch Ness - odpowiedział czule mój mąż.
Pikachu i Buneary zapiszczeli wesoło na znak, że bardzo chętnie także wezmą w tym wszystkim udział. Uśmiechnęłam się delikatnie do nich, przy okazji czując w sercu, że z tak wiernymi kompanami u boku ja i Ash bez trudu wytropimy każdego potwora. A skoro o potworach mowa...
- Sądzisz, że w tym jeziorze naprawdę coś jest? - spytałam Asha.
- Przecież sami widzieliśmy - odpowiedział mój mąż - Wątpisz w swój własny wzrok?
- Wiem dobrze, co widziałam, ale prawda jest taka, że przecież wzrok potrafi człowieka mylić. Poza tym istnieje chyba coś takiego jak zbiorowe halucynacje, prawda?
- O ile wiem tak, ale jeśli wątpisz w swój wzrok, to czy wątpisz także w swój własny rozum?
- Sama już nie wiem. Tu się dzieją jakieś dziwne rzeczy. Kobieta znika bez śladu, dziewczyna po dziesięciu latach wciąż ma osiemnaście lat, a w jeziorze, w którym przecież logicznie nie ma prawa nic żyć, coś się nagle pojawiło. To wszystko trochę za dużo jak na zwykłe zbiegi okoliczności.
- Podejrzewasz udział zjawisk paranormalnych?
- Wiesz... Gdy pierwszy raz wyruszyłam w podróż po Kalos, to w życiu by coś takiego nie przyszło mi do głowy. Teraz jednak, biorąc pod uwagę wszystko, co razem przeżyliśmy, to takie rozwiązanie jest pierwszym, które przychodzi mi do głowy. Oczywiście w normalnej sytuacji to byłabym w szoku, gdybyś mi powiedział, że w to wszystko ingerują duchy czy jakieś inne stwory nie z tego świata. Ale odkąd zaczęliśmy wspólnie podróżować po regionie Kalos, to przestało istnieć coś takiego jak normalność. W nasze życie zaczęły ingerować istoty z zaświatów i praktycznie rzecz ujmując, to właściwie takie coś w ogóle mnie już nie dziwi. Powiem ci więcej, ja tutaj się czegoś takiego jak magia i istoty z innego świata wręcz spodziewam.
- Spodziewasz się?
- A tak. To miejsce po prostu sprzyja wszelkiego rodzaju magii. No, bo sam zobacz. Te wszystkie łąki, pola, lasy, jeziora i wrzosowiska. Przecież to jest wręcz wymarzone miejsce dla magicznych ingerencji.
- I chciałabyś je może ze mną tropić? - zapytał Ash, lekko się przy tym śmiejąc.
- No, a dlaczego nie? To przecież jest takie śledztwo jak każde inne - odpowiedziałam mu wesoło.
- No, tak nie do końca. Przecież co innego jest tropić przestępców, a co innego poszukiwać elfów czy duchów. Pierwsze potrafi przynieść sławę, a drugie raczej tylko pośmiewisko. Najlepszym przykładem jest tu chyba sir. Arthur Conan Doyle, który przecież oprócz pisania kryminałów parę razy sam się zajmował rozwiązywaniem spraw kryminalnych, co przyniosło mu sławę, ale prócz tego zajmował się spirytyzmem i badał sprawę zdjęć elfów zrobionych przez dwie dziewczynki, które to zdjęcia uznał za autentyczne, a które były fałszywe, do czego jedna z tych dziewczyn (już jako staruszka) się przyznała. Oczywiście ani sprawa tych zdjęć, ani wywoływanie duchów już sławy i szacunku pisarzowi nie przyniosły. Jak więc widzisz, różnica w obu tych przypadkach jest bardzo spora.
- Owszem, to rzeczywiście dość spora różnica, ale przecież już nieraz borykaliśmy się ze sprawami rodem nie z tego świata i zawsze sobie z nimi radziliśmy i to tak, że ani trochę nasza sława z tego powodu nie ucierpiała.
- W sumie masz rację, Serenko. Ale póki co chciałbym trochę odpocząć i nacieszyć się świętym spokojem od wszelkich zagadek.
Słysząc to spojrzałam na Asha ironicznie i powiedziałam:
- Tak, oczywiście. Zaraz jeszcze dodasz, że uwielbiasz spokojne urlopy bez żadnych przygód. Ash, ja cię za dobrze znam, żeby ci w to uwierzyć. Ty aż palisz się do rozwiązywania kolejnych zagadek i weź nie udawaj, że jest inaczej.
Ash popatrzył na mnie z uśmiechem na twarzy i powiedział:
- Dobrze, nie będę tego udawał. Ale póki co, jakoś nie mam głowy do żadnych nowych spraw. Ciągle dręczy mnie ta sprawa z Mavis.
- Poważnie? Aż tak ci to nie daje spokoju?
- Oczywiście. Bo jak to jest możliwe, że chociaż upłynęło aż dziesięć lat od chwili, gdy ją spotkałem, to ona wciąż jest osiemnastolatką?
- Zakładam, że posiadasz w tej sprawie już jakąś teorię.
- Posiadam ich aż kilka, ale każda jest dość niezwykła i przy okazji też trudna do uwierzenia.
- To spróbuj wybrać tę najmniej absurdalną.
- Obawiam się, że to niemożliwe. Wszystkie są równie absurdalne.


Parsknęłam śmiechem i bardzo czule wtuliłam się w Asha. Kątem oka zaś dostrzegłam, że Buneary z kolei równie czule przytula się do Pikachu, który bardzo słodko obejmuje ją łapką za ramiona, tak samo jak Ash objął mnie. W takiej oto pozie szliśmy sobie wesoło przez chwilę, aż dotarliśmy do pagórka, z którego był piękny widok na jezioro Loch Ness. To właśnie z tego miejsca dostrzegliśmy ostatnio Nessie. Tym razem jednak na pagórku  ktoś stał i tym kimś była Brianna, która właśnie przybierała pozę dumnej księżniczki i podała swoją rękę Colinowi, który uklęknął przed nią na jedno kolano, po czym składając pocałunek na dłoni, powiedział:
- Och, szlachetna pani, będzie dla mnie prawdziwym zaszczytem wraz z tobą bronić tego zacnego królestwa przed wrogami. Mój wierny rapier...
To mówiąc zacisnął on w prawej dłoni patyk, przyłożył go delikatnie do swego serca i dodał:
- Będzie wiernie służył temu królestwu i tobie do czasu, aż moje serce przestanie na zawsze bić.
Brianna uśmiechała się radośnie, z trudem próbując zachować powagę sytuacji, po czym powiedziała:
- Cny rycerzu, a więc przyjmuję twoje służby i wiedz, że ślubuję ci, iż za przyjaźń i lojalność będę w stanie ci się zawsze odwdzięczyć wiernością oraz oddaniem. I ślubuję też zawsze wiernie służyć temu królestwu i prędzej pod gruzami jego się pogrześć aniżeli pozwolić na to, aby je wróg przejął.
W jej ustach te słowa zabrzmiały bardzo zabawnie, także trudno nam się było z tego nie śmiać, ale że nie chcieliśmy przeszkadzać dzieciakom, to w miarę swoich możliwości zachichotaliśmy cichutko. Urocze szkraby nas chyba nie zauważyły, bo chwilę potem ich zabawa się rozkręciła na całego. Colin nagle dostrzegł jakiś wrogów atakujących ich królestwo, Brianna zaś szybko doskoczyła do niego, krzycząc, aby podał jej rapier. Jak widać nie chciała ona być księżniczką grzecznie stojącą z boku i wrzeszczącą dziko ze strachu, tylko walcząca dzielnie u boku swojego rycerza. Nie powiem, było w tym coś pięknego. Tymczasem Colin podał jej patyk i sam odpierał ataki różnych niewidzialnych wrogów, a Brianna biegała przy nim i walecznie pojedynkowała się z kolejnymi niewidocznymi dla nikogo przeciwnikami. Gdy już wszystkich pokonali, zadowoleni otarli sobie chusteczkami pot z twarzy, po czym oboje wznieśli głośny okrzyk radości.
- Nasza kraina uratowana! - zawołał radośnie Colin.
- I niechaj wszyscy wrogowie wżdy wiedzą, że tej oto krainy bronimy my, jej wierni strażnicy! - dodała głośno Brianna.
Wtedy dopiero oboje nas dostrzegli. Lekko się zmieszali, kiedy to się stało i powoli podeszli w naszą stronę.
- Przepraszamy, jeżeli hałasujemy - powiedział Colin przepraszającym tonem.
- Chyba się państwo nie gniewają, prawda? - spytała Brianna.
- Skądże. Niby za co? Poza tym to wasz teren, nie nasz - odpowiedział jej wesoło Ash.
- I nie musicie nazywać nas per „pan“ i „pani“ - dodałam przyjaźnie - Ja jestem Serena, a to jest Ash.
- No właśnie. Przecież aż tak starzy jeszcze nie jesteśmy, żeby nazywać nas „panem“ i „panią“ - potwierdził mój luby.
Dzieciaki zachichotały wesoło, kiedy to usłyszały, a po chwili ja sobie coś przypomniałam i powiedziałam:
- A tak przy okazji, to czemu nie jesteście w szkole? Przecież chyba teraz powinny być lekcje, prawda?
- Odwołali je z jakiegoś tam ważnego dla nich powodu - odpowiedziała mi Brianna.
- Poważnie? A czy aby nie zwagarowaliście? - zapytał wesoło Ash.
- A skąd! Zresztą może pan... Możesz to sprawdzić - odparł Colin.
- Jak będzie trzeba, to sprawdzimy - zachichotał Ash.
Pikachu zapiszczał, potwierdzając jego słowa.
- Dajemy wam słowo honoru, że mówimy całą prawdę. I niechaj nas piekło pochłonie, jeśli jest inaczej - powiedziała uroczyście Brianna.


Słysząc słowa przyjaciółki, Colin parsknął śmiechem i rzekł:
- Przepraszam, że gadamy w taki dziwaczny sposób, ale ostatnio razem czytaliśmy legendy o królu Arturze i tam się tak wysławiają.
- Nam to nie przeszkadza - powiedział Ash, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha - Podobają mi się wasze zabawy. Są bardzo ciekawe.
- Książki, które czytamy też - stwierdziła Brianna.
- W to nie wątpię - zachichotał mój luby.
Chwilę później zaczęliśmy ze sobą przyjemnie rozmawiać. Dzieciaki okazały się wręcz przeuroczymi rozmówcami, a Brianna pomimo swojego młodego wieku szybko pokazała, że jest dojrzałą osobą - w każdym razie w niektórych sprawach. W większości przypadków zachowywała się ona jak typowe dziecko, ale w kilku sprawiała wrażenie osoby dojrzałej ponad swój wiek. Czułam, że jest to efekt czytania przez nią dojrzałej literatury, chociaż pewnie w wersji złagodzonej dla dzieci, ale zawsze. Dobrze rozumiałam jej gusta w kwestii książek, bo sama od takich zaczynałam swoją przygodę z literaturą. Choćby już z tego powodu dziewczynka zdobyła moją sympatię i to z miejsca.
Podczas rozmowy zauważyliśmy, jak niedaleko nas własnie przechadza się jakiś mężczyzna ubrany w czarny i elegancki strój. Był to osobnik dość wysoki i szczupły, z władczym nosem, delikatnym zarostem na twarzy i w średnim wieku. Posiadał kilka zmarszczek na twarzy, który bynajmniej nie odbierały mu czegoś, co wiele kobiet nazwałoby prawdziwie męską urodą. Sądzę, że mógłby się on podobać mojej mamie, choćby z tego powodu, iż z wyglądu przypominał bardzo Jeana Reno, który jest jednym z jej ulubionych męskich aktorów.
Mężczyzna rozglądał się uważnie po całej okolicy i gdy nas dostrzegł, uśmiechnął się delikatnie i powoli poszedł w swoją stronę.
- To chyba jest jakiś turysta - powiedział Colin, kiedy facet już odszedł - Pierwszy raz go tu widzę.
- A znasz wszystkich ludzi, którzy mieszkają w tej okolicy? - zapytał go Ash.
- Pika-pika? - zapiszczał pytająco Pikachu.
- Wielu tylko z widzenia, ale znam - odpowiedział im chłopiec - A tego pana jeszcze tutaj nie widziałem.
- A więc to turysta - powiedziałam - Ciekawe, czy zajdzie do zamku i wynajmie w nim pokój.
- W zamku jest jeszcze sporo pokoi - zauważyła Brianna i spojrzała na Colina - Jeśli więc twoja mama zechce zostać na noc, to będzie mogła.
- Wiesz, chyba moja mama bardziej woli zostać na noc z twoim tatą - odpowiedział jej Colin.
Brianna uśmiechnęła się lekko i powiedziała:
- Nic nie szkodzi. Byle tylko nie zajęła mojego pokoju, to będę ją dalej lubiła.
- Na pewno ci go nie zajmie. Ja też nie.
- Ty możesz zajmować, jeżeli chcesz. Mój pokój jest dość duży i oboje się w nim zmieścimy. Ale żaden dorosły już się tam nie zmieści.
Rozmowa dzieciaków dawała dość wiele do myślenia, choć jeszcze nie całkowicie, dlatego postanowiłam podpytać nieco oboje. Zwłaszcza, że ja i Ash przecież zainteresowaliśmy się sprawą zaginięcia matki Brianny, a więc wszelkie informacje w tej sytuacji były bardzo użyteczne.
- Brianno, to twój tata spotyka się z mamą Colina? - zapytałam.
- A tak, spotykają się od dawna, ale chyba dopiero od jakiegoś czasu się kochają - odpowiedziała Brianna.
- A od kiedy zaczęli się spotykać? - spytałam.
- Odkąd zniknęła jej mama - wyjaśnił Colin - Pana Randalla bardzo to zabolało, kiedy pani Claire zniknęła. Policja długo ją szukała, ale nie mogła jej znaleźć. Pan Frank bardzo cierpiał i wtedy właśnie moja mama zaczęła odwiedzać go, bo moja mama i pani Claire się przyjaźniły ze sobą. A jakoś niedawno chyba się w sobie zakochali.
- A skąd to wiecie?
- Bo ja i mama zaczęliśmy zostawać coraz częściej na noc i mama nie brała pokoju w zamku.
- Czyli spała z panem Frankiem?
- Tak, ale to chyba nie jest nic złego, prawda? Bo przecież tata już od dawna z nami nie mieszka, mama więc może kogoś mieć.
- Pewnie, że może mieć - powiedziała wesoło Brianna - I  tym spaniem się nie przejmuj. My też wiele razy śpimy ze sobą i jest dobrze.
Uśmiechnęłam się lekko, gdy to usłyszałam, bo te słowa przypomniały mi chłopca, w którym była zakochana i który odwzajemnił te uczucia, czego efektem stał się szczęśliwy związek uwieńczony małżeństwem, które zresztą bardzo dobrze rokuje. Może tym dzieciakom też tak się uroczo ułoży życie?
Tak czy siak rozmowa z Brianną i Colinem dała mi wiele do myślenia, Ashowi zresztą też, czego dał wyraz w rozmowie ze mną nieco później, gdy oboje zostaliśmy sami we dwoje. To wszystko naprawdę pomagało lepiej nam zrozumieć całą tę sprawę. A więc dlatego Randall chce nas wynająć. Po prostu się zakochał i chciałby się związać na stałe z matką Colina, ale póki co, to jest niemożliwe, bo nie ma pewności, co do tego, czy Claire żyje, czy też nie. Chce zatem dowiedzieć się wszystkiego w tej sprawie i my dwoje, jako znani detektywi mamy odkryć prawdę. Teraz wszystko nabrało sensu. Widać matka Colina bardzo jest mu bliska, skoro obiecuje nam aż połowę zysków z hotelu, bylebyśmy tylko zrobili to, o co nas prosi.
Do takich właśnie wniosków doszłam po wysłuchaniu słów Brianny i Colina, a utwierdziłam się w nich tego samego dnia podczas rozmowy z Ashem. W międzyczasie jednak zobaczyłam coś, co naprawdę bardzo mnie zaszokowało i nie tylko mnie. Mianowicie tak chwilę po tym, jak dzieciaki podzieliły się z nami swoimi rewelacjami, to stanęliśmy wszyscy na pagórku i zaczęliśmy spoglądać na jezioro Loch Ness. Właściwie nie wiem, czemu to zrobiliśmy, chyba bez żadnego powodu, po prostu po to, żeby móc sobie popatrzeć, co chyba dość często miewa miejsce w przypadku przepięknych krajobrazów, a to jest właśnie jeden z nich.
Gdy tak więc staliśmy i patrzyliśmy na jezioro, to nagle jego tafla się zakotłowała i wyskoczyło z niej coś wielkiego i długiego, jakby jakiś wielki wąż stojący na sztorc albo też jakaś wielka głowa na długiej szyi. To coś rozejrzało się przez chwilę i wydało jakiś dźwięk, którego dotąd żadne z nas nie słyszało, a potem nagle zanurkowało pod wodą i zupełnie zniknęło pod jej taflą.
Szok, jaki wyniknął u nas po tym niezwykłym widoku był tak wielki, że przez chwilę nie byliśmy w stanie nic powiedzieć. Co prawda wzgórze tudzież pagórek (czy jak to się tam zwie), z którego obserwowaliśmy jezioro znajdowało się w dużej odległości od Loch Ness, a zatem nie widzieliśmy dokładnie i ze wszystkimi szczegółami tego czegoś, co nagle pojawiło się na jeziorze, ale z całą pewnością to musiało być coś żywego i raczej to była głową na bardzo długiej szyi. Czy to był jednak wielki wąż, czy może jakiś dinozaur, a może coś zupełnie innego, tego już nie wiedzieliśmy.
- Eeee... - tylko tyle zdołał z siebie wykrztusić Ash.
Pikachu i Buneary otworzyli szeroko w szoku swoje pyszczki, a Colin wyciągnął palec w kierunku jeziora, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie był w stanie tego zrobić. Ja jednak byłam w stanie.
- Brianna... Widziałaś jakąś wielką głowę na długiej szyi, jak wynurza się z jeziora?
- Tak - odpowiedziała mi panienka Randall.
- Mądra dziewczynka - powiedziałam, klepiąc ją lekko po ramieniu.

***


Niedługo potem odbyło się przyjęcie z okazji urodzin Mavis. Kończyła już osiemnaście lat, czyli wchodziła w dorosłe życie, a wiadomo i to nie od dzisiaj, że taki dzień trzeba koniecznie jak najlepiej uczcić. Ostatecznie jest przecież co świętować - wreszcie zakończyło się słuchanie we wszystkim rodziców i wracanie przed północą do domu z imprez, zakaz picia alkoholu czy też chodzenia do łóżka z chłopakami i kładzenia się spać po dobranocce (dobra - z tym ostatnim, to żartowałam). Krótko mówiąc, bardzo wiele jest powodów do tego, aby świętować osiemnaste urodziny, a jak już to robić, to tylko z hukiem. I tym razem też tak było.
Ponieważ przyjęcie urodzinowe Mavis odbywało się w hotelu, to każdy z gości hotelowych mógł wziąć w nim udział, oczywiście po kupieniu biletu wstępu i załatwieniu sobie jakiegoś ciekawego stroju. Bo nasza droga Mavis była z zainteresowania gotką, co zresztą podejrzewaliśmy już wcześniej i co też podejrzewał sam nasz gospodarz, a co dziewczyna potwierdziła podczas jednej z naszych rozmów.
- To prawda, jestem gotką i chociaż wielu uważa to za dziwactwo i to wręcz szkodliwe, to ja ośmielam się posiadać w tej sprawie zupełnie inne zdanie - mówiła wesoło Mavis - Bardzo więc uwielbiam sztukę gotycką, a już zwłaszcza pisarzy gotyckich. Emily Bronte i Charlotte Bronte, a także sir. Walter Scott to pisarze, których wprost uwielbiam czytać. I oczywiście lubię wszystko, co się wiąże z potworami z ludzkich wierzeń. A najbardziej w tej sprawie lubię wierzenia z dawnych czasów, a zwłaszcza z przełomu XVIII i XIX wieku. To dlatego bardzo chcę, aby to przyjęcie było związane z moją pasją. A zatem... Kto chce przyjść na moje urodziny, ten musi się przebrać za postać z literatury gotyckiej lub jakiegoś potwora związanego z zainteresowaniami gotów, a więc macie bardzo duży wybór.
- Rzeczywiście, całkiem spory wybór - zachichotał Ash - Spokojnie, w tej sprawie cię nie zawiedziemy i przyjdziemy odpowiednio przebrani.
- Mam nadzieję, bo inaczej przecież nawet nie zostaniecie wpuszczeni na zabawę - stwierdziła dowcipnie Mavis.
- A byłabyś niezadowolona, gdyby tak było?
- Powiedzmy.
Mavis uśmiechnęła się tajemniczo i poprosiła nas, abyśmy się przebrali jak najciekawiej, co też oczywiście my solennie jej obiecaliśmy. Z danego słowa wywiązaliśmy się skrupulatnie, jak to zwykle mieliśmy w zwyczaju robić. Załatwienie sobie kostiumu nie było wcale takie trudne, bo w mieście było kilka sklepów i przy okazji jeszcze wypożyczalnia kostiumów. Ja i Ash mieliśmy więc bardzo duży wybór, z którego z wielką chęcią skorzystaliśmy wybierając sobie odpowiednie dla nas stroje. Ja wybrałam fioletową suknię w stylu z XVIII wieku, taką samą, jaką nosiła Julie Binoche grając w filmie „Wichrowe Wzgórza“ podwójną rolę Katarzyny Earnshaw i jej córki o tym samym imieniu. Pierwsza z nich była brunetką, a druga blondynką, więc ja bez żadnego trudu mogłam teraz wcielić się w rolę tej drugiej. Z kolei Ash postanowił się przebrać za prawdziwą legendę, czyli za szkockiego bohatera narodowego, Roberta „Roya“ MacGregora, który do historii przeszedł też jako Robert Campbell oraz Rob Roy. Założył więc białą koszulę, zielony kilt oraz brązowe buty, do boku sobie przypasał szablę i do tego dołożył też pistolet zatknięty za pas. W tym oto stroju wyglądał wprost rewelacyjnie, jak Liam Neeson w roli Rob Roya, co oczywiście dodało mu uroku w moich oczach, którego i tak już posiadał bardzo wiele.
Pikachu także założył na siebie kilt i wyglądał w nim bardzo uroczo, z kolei Buneary została przeze mnie ubrana w sukienkę trochę w stylu XIX wieku, która uczyniła ją jeszcze śliczniejszą niż jest. W takich oto strojach mogliśmy śmiało wejść na przyjęcie urodzinowe, na które oczywiście nieco wcześniej zakupiliśmy sobie wejściówki, czy też może raczej zaproszenia, jeśli chcemy użyć właściwej nazwy.
Przyjęcie urodzinowe Mavis rozpoczęło się dość późnym popołudniem i byliśmy jednymi z pierwszych gości, które na nie przyszli. Mavis oraz jej ojciec witali wszystkich gości z radością, zaś większość z nich wręczała naszej solenizantce prezenty (chociaż to nie było obowiązkowe) i życzyli jej wiele szczęścia i pomyślności w dalszym życiu. Po przybyciu pierwszych gości rozpoczęła się zabawa i DJ zaczął po kolei włączać różne naprawdę wesołe utwory, przy których zaczęliśmy tańczyć. Ech, to był dopiero widok - cały zbiór najróżniejszych postaci z literatury gotyckiej i postaci z ludzkiej fantazji, potworów oraz istot z naszej rasy. Dziwaczny ów korowód ludzi z dawnej epoki i całej masy potworów podrygiwał pod rytm wielu utworów współczesnej muzyki rozrywkowej i do tego tańczył ze sobą w taki sposób, jakby całe życie innego nie robił. To trzeba było zobaczyć, bo aż trudno w to uwierzyć, gdy się o tym tylko opowiada.
Ponieważ każdy był przebrany, to także gospodarze założyli na siebie bardzo ciekawe kostiumy. Mavis założyła na siebie śliczną czarną sukienkę i pelerynę, która od zewnątrz była czarna, a od wewnątrz szkarłatna. Prócz tego się umalowała w taki sposób, że jej powieki były fioletowe, zaś usta czarne. W podobny sposób ubrał się też profesor Stoner, który wyglądał jak Bela Lugosi w roli Draculi, za którego zresztą postać się przebrał. Oboje wyglądali niczym rodowity wampir ze swoją córką.
- Ach, witam! Witam państwa serdecznie w moich niskich progach! - powiedział do mnie i do Asha profesor, kiedy tylko przyszliśmy - Wejdźcie śmiało i zostawcie trochę szczęścia, jakie ze sobą niesiecie.
- Zrobimy to z prawdziwą radością - powiedziałam i lekko dygnęłam.
- Hrabia Dracula? - zapytał Ash.
- A tak, jestem Dracula - odpowiedział wesoło profesor - A ja mam, jak wnoszę, do czynienia z panną Katarzyną Earnshaw z Drozdowego Gniazda i naszym wielkim, szkockim bohaterem narodowym.
- Robert „Roy“ MacGregor - powiedział Ash i lekko się skłonił - A to mój wierny przyjaciel Pikachu i jego ukochana Buneary.
Pokemony lekko zapiszczały i skłoniły się z szacunkiem gospodarzom przyjęcia. Ci zaś uśmiechnęli się przyjaźnie, zaś Mavis powiedziała:
- A ja jestem hrabianka Carmilla. Bardzo mi miło was powitać. Bardzo piękne stroje.
- Twój też jest niczego sobie, choć nie jestem pewien, czy Carmilla tak się właśnie ubierała - zauważyłam dowcipnie.
- To bez znaczenia - powiedziała Mavis, lekceważąco machając na to ręką - Ja wyobrażam ją sobie w takim oto stroju.
- I bardzo dobrze w nim wyglądasz - odezwał się Jonathan, podchodząc do nas z wielkim uśmiechem na twarzy.
Chłopak był przebrany za potwora Frankensteina, w którym to stroju wyglądał wprost rewelacyjnie, zwłaszcza z tego powodu, że zadbał wręcz o wszelkie szczegóły swojego kostiumu, także o śrubę w głowie oraz szwy na czole.
- Widzę, że mamy tutaj kolejną znaną osobistość - powiedziała bardzo rozbawiona Mavis.
- A owszem. Jestem Johnnystein, do usług - ukłonił się lekko chłopak - Czy mogę panią prosić do tańca?
- Oczywiście - odpowiedziała mu Mavis i z radością wyciągnęła w jego kierunku prawą dłoń.

 

W taki oto sposób rozpoczęła się zabawa urodzinowa naszej nowej znajomej, która praktycznie przez większość przyjęcia trzymała się osoby Jonathana, tańcząc z nim i rozmawiając o jakiś wesołych sprawach, które widocznie bawiły ich oboje, bo co chwila się z nich zaśmiewali i to do łez. Widać było, że doskonale się czują w swoim towarzystwie, a prócz tego bez trudu wymyślają razem różne zabawy i dość zwariowane tańce, aby bardziej rozkręcić imprezę. Ale chyba najbardziej zabawny pomysł podczas zabawy wymyślił Jonathan, który chyba tak w połowie przyjęcia namówił DJ-a, aby puścił „Macarenę“, a kiedy to się stało, to wesoło stanął przed nim i zaczął osobiście podrygiwać pod rytm tej zwariowanej piosenki. Wszyscy patrzyli na niego zdziwieni i zarazem też bardzo rozbawieni, ale niektórzy czepiali się, że puścił jakąś szmirę. Chłopak jednak wcale się tym nie przejął, tylko dalej podrygiwał i patrzył z radością w stronę Mavis, która miała aż łzy ze śmiechu w oczach. W tym czasie zaczęła się druga zwrotka piosenki i drugi raz zaśpiewano refren. Ash ubawiony całą tą sytuacją wskoczył wesoło na miejsce dla DJ-a i stanął obok Jonathana, po czym obaj zaczęli podrygiwać w rytm muzyki. To samo zrobił Pikachu, który również palił się do zabawy. Spojrzałam wówczas na Mavis i delikatnie skinęłam w jej stronę głową. Dziewczyna zrozumiała, o co mi chodzi i wraz ze mną i Buneary z radością wskoczyła na scenę. Chwilę potem wszyscy razem zaczęliśmy dziko tańczyć „Macarenę“ i nasz przykład porwał za sobą wszystkich gości na sali, w tym także i tych sceptyków, którzy uważali ten utwór za szmirę. Trzeba było to widzieć! Całe zbiorowisko wszelakich dziwadeł nie z tego świata tańczy ten dziki taniec, a na scenie pod jego rytm podrygują dziewczyna z powieści Emily Bronte, szkocki bohater, potwór z książki Mary Shelley, wampirzyca i dwa Pokemony. To był naprawdę niesamowity widok. Cała sala zaś poszła za przykładem tej oto szóstki dziwaków, a najwięcej chyba Colin i Brianna, którzy śmiali się do rozpuku i podrygiwali wesoło w miejscu, będąc chyba w siódmym niebie.
Gdy taniec dobiegł końca, to wszyscy zaczęli bić nam brawo, a Mavis uśmiechnęła się czule do Jonathana, łapiąc go za rękę. Potem oboje zeszli ze sceny i kiedy zagrano romantyczny taniec, to objęła go za szyję i tańczyła z nim, czule wpatrując się w jego oczy. Chociaż tańczyłam wtedy z Ashem, to bez trudu to zauważyłam, podobnie jak i to, że pod koniec utworu Mavis przysunęła się do chłopaka i delikatnie pocałowała go w usta. Chwilę potem ktoś upuścił kieliszek na ziemię. To był profesor Stoner, który patrzył na scenę pocałunku z wielkim szokiem wymalowanym na twarzy.
Jakiś czas później wybiła północ i zabawa dobiegła końca dla części z gości - głównie tych najmłodszych. Colin i Brianna zostali odprowadzeni do pokoju, w którym mieli spać. Odprowadziliśmy ich tam ja i Ash na prośbę Franka, który musiał omówić jakieś pilne dla siebie sprawy. Obiecał jednak dzieciom, że za chwilę do nich zajrzy i sprawdzi, czy wszystko w porządku z nimi i nie porwał je jakiś potwór, od których się tu wszak aż roiło. Dzieci słaniając się już na nogach ze zmęczenia, powoli dotarły do swego pokoju, przebrały się w piżamki i położyły do łóżka, ale jeszcze przez długą chwilę uroczo się wygłupiały.
- Jam jest hrabia Dracula! Ble ble ble! Oddaj mi swą krew! Ble ble ble! - wołał Colin udając, że chce ugryźć w szyję Briannę.
- Weź ją sobie sam, panie hrabio! Ale uważaj, bo ja jej będę bronić do ostatniej kropli krwi! Ble ble ble! - chichotała rozbawiona Brianna.
- Dobra, dzieci! Koniec już tego dobrego! Czas już spać! - zawołałam, klaszcząc przy tym w dłonie.
Dzieci, chociaż były zmęczone, to wciąż chciały się wygłupiać i dosyć niechętnie położyły się do łóżka. A kiedy wreszcie to zrobiły, to życzyliśmy im słodkich snów i wyszliśmy z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Zaraz potem ruszyliśmy w kierunku sali balowej, kiedy nagle usłyszeliśmy przed sobą jakieś głosy. Należały one do profesora Stonera oraz jego córki. Oboje stali właśnie na schodach i o czymś rozmawiali. Schowaliśmy się, żeby nas nie zauważyli i zaczęliśmy nasłuchiwać.


- Mavis, ty już chyba kompletnie oszalałaś - mówił ze złością profesor - Zachowujesz się jak jakaś...
- Jak zakochana nastolatka? - przerwała mu Mavis - A gdyby nawet, to co z tego? To taka zbrodnia całować się z chłopakiem?
- Z chłopakiem, którego ledwie znasz! Postępujesz jak dziecko!
- Nie jestem już dzieckiem, tato!
- Więc nie zachowuj się jak dziecko! Postępuj dojrzale!
- Dojrzale?! A co to twoim zdaniem znaczy?! Odsuwanie się od kogoś, z kim jest mi dobrze?!
- Wiesz dobrze, jaka jest nasza sytuacja. Czego ty się spodziewasz? Że oboje będziecie żyli długo i szczęśliwie?
- A dlaczego nie? Mam chyba do tego prawo! A poza tym wysuwasz za daleko idące wnioski. To był tylko całus.
- To było coś więcej i dobrze o tym wiesz. Zakochałaś się w nim.
- A gdyby nawet tak było, to co? Dlatego, że w życiu popełniłeś kiedyś pewien błąd, który zaszkodził nam obojgu, to ja teraz mam cierpieć?
- Wiesz dobrze, że gdybym tylko mógł cofnąć czas, to zrobiłbym, ale to niemożliwe. Tak samo jak twój związek z tym wielbicielem „Macareny“.
- Tato, ale ja go kocham!
Uczonemu bardzo nie spodobały się te słowa, ale jakoś nie miał siły się już kłócić z córką. Westchnął tylko załamany i powiedział:
- Wobec tego bądź z nim szczera, zanim będzie za późno. Powiedz mu całą prawdę o sobie. Powiedz mu ją, a zobaczysz, jak długo z tobą będzie. Zrób to więc, a potem sama uznaj, czy lepiej jest cierpieć z samotności, czy ze świadomości, że nigdy nie dasz mu tego, czego on z pewnością chce.
Mavis zaczęła płakać. Wściekła odwróciła się plecami do ojca i łkając powiedziała:
- Dlaczego mi to robisz?
- Bo cię kocham, córeczko i nie chcę, żebyś cierpiała jeszcze bardziej - odpowiedział jej ojciec.
Dziewczyna odwróciła się w jego stronę i zawołała:
- Jeśli cierpię, to przez ciebie! Zawsze cierpiałam tylko przez ciebie!
Po tych słowach zbiegła szybko po schodów na dół i uciekła w stronę sali balowej. Jej ojciec zaś westchnął głęboko i powolnym krokiem także się tam skierował.


C.D.N.

poniedziałek, 29 lipca 2019

Przygoda 122 cz. I

Przygoda CXXII

Pieśń o zing cz. I

Opowiadanie dedykuję mojej wiernej czytelniczce Ani, która wraz ze mną uwielbia pewną animowaną trylogię, która była moją inspiracją.


Uzupełnienie pamiętników Sereny - pamiętniki Mavis:
- Córeczko, coś ty najlepszego zrobiła?!
Co ja zrobiłam?! Dobre sobie! Co on zrobił?! Przecież to przez jego głupie pomysły stało się to wszystko! To przez niego teraz byliśmy skazani na takie życie, jakie obecnie wiedziemy. To jemu zawdzięczamy taką dolę. Jemu i tylko jemu. A jednak z jakiegoś powodu to właśnie do mnie ojciec miał w tej sprawie pretensje. Po prostu śmieszne! Chociaż nie, wcale nie! To zdecydowanie nie było śmieszne. To było okrutne. Los obszedł się z nami w sposób perfidny i odebrał nam wszystko, co mogło mieć dla nas znaczenie. W tamtej jednej chwili wiele spraw straciło znaczenie, zaś nasza przyszłość stanęła pod jednym wielkim znakiem zapytania. I co nas teraz czeka? Tego nikt nie wie.
Tak to już w życiu bywa, że tworzysz sobie wielkie plany na życie i próbujesz je realizować i oczywiście guzik z tego wychodzi, bo przez jedno głupie zdarzenie wszystko potrafi ci się zawalić i jak domek z kart rozlatuje się na kawałki, a ty zostajesz z gruzami wszystkich swoich planów. Dopiero wtedy widzisz, jak bardzo te plany były ulotne i jak żałośnie się wyglądało dążąc do nich. Ja oczywiście kiedyś moich wszelkich planów na przyszłość w taki sposób nie postrzegałam. Robię to dopiero teraz w świetle wydarzeń, które już chyba na zawsze odmieniły mój sposób postrzegania wszystkiego, a zwłaszcza przyszłości i przygotowanych specjalnie dla na jej poczet dość śmiałych i sądzę, że nawet pięknych planów. Marzenia podobno są bardzo ulotne. Dopiero teraz widzę, jak bardzo.
Oczywiście żyć trzeba dalej pomimo wszelkiego rodzaju tragedii, jakie mogą nas spotkać w życiu, jednak czy jest to w ogóle możliwe? Czy kiedy twoja osobista tragedia odbiera ci wszystko, co do niedawna posiadało dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, to będziesz w stanie dalej prawidłowo (lub chociaż prawie prawidłowo) funkcjonować? Czy może jest to tylko utopia rodem z książki Thomasa More’a? W takiej sprawie odpowiedzieć mogę, że jak dla mnie to pierwsze lepiej tutaj pasuje, czyli utopia rodem z książek. Jakkolwiek wygląda tragedia, która cię dotyka, jeśli raz cię dotknie, to już nigdy twoje życie nie będzie takie samo. Może być dobrze, ale to już nie jest to samo.
Brednie więc opowiada Księga Hioba uważając, że jest inaczej. Swoją drogą nie cierpię tej księgi. Po pierwsze tytułowy bohater staje się zabawką w rękach Szatana i to jeszcze za zgodą Boga, który aby wypróbować jego wiarę, pozwala diabłu robić z jego biedną osobą wszystko, co mu się żywnie podoba. Pomijam już tu fakt, że człowiek staje się zabawką w rękach dwóch potężnych istot, przedmiotem zakładu, co nie jest wcale godne Jego osoby, a także pomijam to, że Bóg skoro jest taki wszechwiedzący i wszechobecny, to powinien z góry wiedzieć, jaki będzie efekt tego zakładu i nie wystawiać człowieka na coś takiego. Chyba, że w ten sposób zwyczajnie chce dowieść swojej potęgi i wielkości przed światem i diabłem i w ramach tejże chęci po prostu skazuje na wielkie cierpienia Hioba. Co z tego, że potem nagradza to wszystko biedakowi i dzięki temu dostaje dwa razy tyle, ile stracił i dotyczy to także dzieci? Ale przepraszam! Czy nowe dzieci są w stanie zastąpić te stare, których już nie ma? Czy to wszystko potrafi zastąpić człowiekowi to, co stracił? Czy Bóg potrafi być tak okrutny i bezwzględny? Chyba jednak potrafi, skoro jednocześnie potrafi kochać człowiek i pastwić się nad nim. Teraz zaś wyraźnie sobie trenuje na mnie. Też sobie obiekt znalazł! Ale ja nie jestem jak Hiob, aby takie coś tolerować i chwalić Jego imię przy każdej okazji. Ja cierpię i dlatego też będę okazywać jawnie swoje cierpienie i nie będę ukrywać tego, że mnie to boli!
Dokąd jednak to wszystko zmierza? Nie mam pewności, ale za to wiem jedno. Będę żyć w taki sposób, żeby nigdy niczego nie żałować. Bo nie chcę niczego żałować, chyba tylko tego, że stało się to, co się stało, a ja nie mam na to już najmniejszego wpływu. Tylko tego będę żałować. Reszty już nie. Szkoda jest życia na żałowanie, a skoro i tak nie da się zmienić tego, co się stało, to niech chociaż życie nabierze jakiegoś dobrego smaku. A co będzie dalej, nie wiem. Może nie ma żadnego dalej? Może istnieje tylko to, co jest tu i teraz? Jeśli tak, to skupię się tylko na tym, a resztę pokaże czas.

***


Pamiętniki Sereny:
Gdy tylko przybyliśmy do Szkocji, od razu skierowaliśmy swoje kroki w kierunku zamku rodu McBrownów. Łatwo było do niego trafić, bo to był jeden z najpiękniejszych zamków w całej Szkocji i do tego również bardzo luksusowy hotel dla gości z całego świata. Dlatego też bez trudu zdołaliśmy znaleźć to miejsce, bo praktycznie każdy zapytany o drogę człowiek od razu potrafił wskazać nam cel naszej podróży i skierować gdzie trzeba.
- Bardzo piękna okolica - powiedziałam do Asha, gdy zmierzaliśmy w kierunku zamku.
- O tak! Choć trochę chłodno - odpowiedział wesoło Ash.
- Pika-pika! - potwierdził Pikachu.
- Co chcesz? Jesienią tak bywa - stwierdziłam dowcipnie.
- Tak, ale za to klimat jak w powieściach gotyckich - zachichotał mój mąż i spojrzał na mnie wesoło - Czyli coś w sam raz dla nas.
- O tak! Zdecydowanie to coś dla nas - zgodziłam się z nim - Wiesz co? Czuję, że czeka nas tu jakaś bardzo ciekawa przygoda. Porywająca i wręcz niesamowita!
- Już taka przygoda nas spotkała i szczerze mówiąc, to chwilowo jakoś mam dość przygód w gotyckich terenach - powiedział Ash.
Dobrze wiedziałam, do czego zmierza i pokiwałam potakująco głową, lekko dotykając dłonią jego dłoni.
- Ash, to się stało i już się nie odstanie. Zło już zebrało swoje żniwo i nie zmienimy tego. Teraz po prostu musimy dalej żyć i robić swoje.
- Wiem o tym, kochanie, ale to takie przykre - powiedział smutno Ash - Próbowaliśmy odkryć prawdę i odkryliśmy ją, ale tym razem nikomu nie przyniosła ona pożytku, a choć sprawiedliwość zwyciężyła, to jest to bardzo gorzkie zwycięstwo.
- Oj tak, to prawda - przytaknęłam mu lekko głową - Bardzo gorzkie. Tym razem nasze zwycięstwo miało smak goryczy. Ale to chyba nie oznacza rezygnacji z przygód, prawda?
Ash uśmiechnął się do mnie delikatnie i odpowiedział:
- W życiu! Po prostu chwilowo jesteśmy tutaj w podróży poślubnej bez żadnych przygód i tego się trzymajmy.
- Dobry pomysł, ale znając naszego farta, to raczej długo bez przygód tutaj nie będziemy siedzieć, bo prędzej czy później jakaś nas schwyta i od razu wciągnie w swoje tryby. Właściwie to sądzę, że nawet wcześniej niż później. Taka już nasza dola.
Słysząc moje słowa Ash lekko zachichotał i przytulił mnie do siebie, zaś idący przy nas Pikachu i Buneary zapiszczeli delikatnie, wyraźnie tym widokiem zachwyceni.
Tak oto sobie rozmawiając szliśmy dalej w kierunku zamku, mijając po drodze słynne jezioro Loch Ness, które to, jak dotąd oboje mieliśmy okazję podziwiać tylko na zdjęciach i w filmach. W rzeczywistości wygląda ono jeszcze bardziej imponująco i o wiele bardziej przykuwa wzrok.
- Zachwycające! - powiedziałam z podziwem, gdy stanęliśmy na chwilę na wzgórzu, z którego mieliśmy wręcz przepiękny widok na jezioro.
- Imponujące! - dodał Ash, również bardzo zachwycony.
Pikachu i Buneary także byli pod ogromnym wrażeniem tego, na co właśnie patrzyliśmy. A było na co popatrzeć. Drugiego takiego widoku nie ma chyba na całym świecie. Wielkie oraz majestatyczne jezioro ułożone w jakże przepięknej, gotyckiej okolicy rodem z powieści sir. Waltera Scotta po prostu zachwycało każdą osobę posiadającą w swoim sercu choć odrobinę wrażliwości, a że ja, Ash i nasi wierni, pokemoni towarzysze tę wrażliwość posiadamy w większej dawce niż tylko odrobina, to bardzo wzruszyliśmy się tym widokiem.
- Zawsze chciałam zobaczyć to jezioro - powiedziałam do Asha i lekko ścisnęłam go za rękę - A teraz dzięki tobie mogę to zrobić. Dzięki, kochanie.
- Oj, trochę przesadzasz, że to dzięki mnie - odpowiedział skromnie Ash, czule się do mnie uśmiechając - Ostatecznie czysty przypadek sprawił, że tu przyjechaliśmy.
- Wiem, wezwały nas tutaj twoje sprawy spadkowe, ale przecież bez tego raczej byśmy teraz tutaj nie byli. Więc w pewnym sensie to dzięki tobie tutaj jesteśmy.
- Skoro tak uważasz - Ash delikatnie zachichotał i spojrzał z uwagą na jezioro - Jak sądzisz? Czy jest tutaj słynny potwór?


Parsknęłam śmiechem, gdy to usłyszałam.
- Tak, oczywiście i tylko czeka na to, aby się nam pokazać, wiesz?
- A kto wie? - Asha wyraźnie rozbawiła taka perspektywa, gdyż złożył dłonie w trąbkę i zawołał głośno: - Hej, Nessie! Jesteś tam?! Pokaż się nam, proszę!
Śmiałam się do rozpuku, kiedy zobaczyłam jego zachowanie, po czym także złożyłam dłonie w trąbkę i krzyknęłam:
- Nie chowaj się przed nami, Nessie!
- Pokaż się nam! - wołał dalej Ash.
- Nie bądź taka nieśmiała! - wtórowałam mu.
Pikachu i Buneary prędko dołączyli do nas i z radością zaczęli piszczeć głośno i wyraźnie, widocznie bardzo ubawieni całą tą sytuacją.
 - Dobra, już dosyć tych wygłupów - powiedział po chwili Ash, kiedy już gardło zaczęło mnie boleć od tych krzyków i jego chyba też - Zabawa zabawą, ale obowiązki przecież same się nie załatwią.
- Słusznie. Chodźmy już - dodałam wesoło.
Już mieliśmy odejść w swoją stronę, kiedy nagle Pikachu zapiszczał ostrzegawczo i wskazał łapką przed siebie. Spojrzeliśmy we wskazanym przez niego kierunku i wtedy oczom naszym ukazał się niezwykły widok. Niezwykły i wręcz bardzo niespodziewany widok. A był nim jakiś dziwny kształt, który nagle wyłonił się z tafli jeziora. Co prawda z tego wzgórza, z którego obserwowaliśmy Loch Ness do jeziora było dość daleko, ale też na tyle blisko, żeby widzieć wyraźnie, iż w wodzie coś jest i to było coś bardzo dużego i długiego. Wyglądało to trochę tak, jak jakaś spora głowa osadzona na takiej długiej szyi. Rozejrzała się ona dookoła przez kilka chwil i potem powoli zanurzyła się w wodzie, także po około minucie już nie było po niej ani śladu.
Przez chwilę żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć i po prostu w ciszy wszyscy patrzyliśmy na siebie, nie mogąc wyjść z szoku, w którym się znaleźliśmy. Wreszcie ja, chyba najbardziej przytomna w tym towarzystwie, zdołałam z siebie wykrztusić jedno, krótkie słowo:
- Wow!
Tylko tyle zdołałam powiedzieć, w takim byłam szoku. Ash zaś był już trochę bardziej elokwentny, gdyż po chwili wydusił z siebie całe zdanie, które brzmiało tak:
- Czy ty też to widziałaś?
- Masz może na myśli tajemniczą głowę na długiej szyi, czy co to tam było?
- Mam na myśli to coś, co nagle wynurzyło się z jeziora i zaraz szybko zniknęło.
- I to chyba wyglądało jak głowa na długiej szyi, prawda?
- Też tak sądzę.
Spojrzałam ze zdumieniem na Asha i powiedziałam:
- Więc co to było?
- Nie jestem pewien.
- To chyba raczej stwór nieznany tutaj, prawda?
- Raczej nie. Tak czy siak sprawa jest prosta - odpowiedział Ash - Albo nam wszystkim tutaj nieźle odbiło i cała nasza czwórka miała jakieś omamy wzrokowe, albo widzieliśmy to, co właśnie widzieliśmy.
- A ty jak sądzisz? - zapytałam.
- Sądzę, że przygoda znalazła nas szybciej, niż sądziliśmy - odparł na to mój mąż, a mnie trudno się było z nim nie zgodzić.

***


Ponieważ nie mieliśmy jakoś specjalnie ani ochoty, ani czasu zostawać przy Loch Ness i przeprowadzić jakieś dokładniejsze badania jego wód, to skierowaliśmy swe kroki w kierunku zamku. Dość szybko go odnaleźliśmy, bo od jeziora do niego było już bardzo blisko. Z tego też powodu dotarcie do celu nie stanowiło żadnej trudności. A kiedy już zobaczyliśmy ów cel, to aż nas zatkało z wrażenia. W każdym razie mnie, bo Ash tu już kiedyś był i ten widok nie stanowił dla niego niespodzianki, w przeciwieństwie do mnie, która widziałam zamek po raz pierwszy i ledwie go ujrzałam, a z miejsca się w nim zakochałam. To była piękna budowla zbudowana w stylu gotyckim, przywodząca mi na myśl powieści sir. Waltera Scotta lub Brama Stokera. Wejście stanowiły wielkie i podwójne drzwi, wyglądające trochę jak jakieś wrota do świata, który już przestał istnieć, a który żył dalej, kiedy tylko się przekroczyło owe wrota.
- Wow! Jaki piękny zamek! - zawołałam zachwycona, wpatrując się z uwagą w budowlę.
Były to raczej bardzo banalne słowa, ale pierwsze, które przyszły mi do głowy, gdy ujrzałam ten niezwykły widok.
- Tak, zdecydowanie jest tu co podziwiać - powiedział Ash już nieco bardziej powściągliwie, ale również zachwycony.
Pikachu i Buneary z wyraźnym podziwem przyglądali się zamkowi i lekko piszcząc wyrazili swój podziw nad jego pięknem.
- Jak myślisz, czy tu są duchy? - zapytałam dowcipnie Asha.
- Duchy? Cała masa duchów - usłyszeliśmy za sobą nagle czyiś wesoły głos.
Obejrzeliśmy za siebie i zauważyliśmy, że należy on do rudego niczym dojrzała marchewka chłopaka o ciemno-zielonych oczach, ubranego w białą koszulkę, szare spodnie na szelkach oraz czarne buty. Na oko miał on tak z jedenaście lat i właśnie zeskakiwał z roweru (na którym najwidoczniej tu przyjechał), po czym powiedział:
- Ten zamek jest pełen wspomnień, przeszłość w nim żyje własnym życiem i dlatego lepiej uważać, bo nigdy nie wiadomo, jakie duchy i z jakiej epoki można tu spotkać.
- Niech państwo go nie słuchają. On bardzo lubi się wygłupiać, a już zwłaszcza przed turystami - powiedziała jakaś dziewczynka, która właśnie podjechała do nas na rowerze.
Była ona nieco młodsza od chłopca, miała rudo-brązowe, bujne włosy, orzechowe oczy i twarz upstrzoną piegami, które to dodawały jej uroku. Jej ubiór stanowiła niebieska sukienka, białe rajstopy i czarne buciki.
- Państwo chcą wynająć tu pokój? - zapytała dziewuszka, wpatrując się w nas z wyraźnym zainteresowaniem.
Jej i chłopcu nie umknął uwadze fakt, że towarzyszą nam Pokemony i z wielką uwagą się im przyglądały, co chwila zerkając też jednak na mnie i na Asha.
- Tak, chcemy - odpowiedziałam dziewczynce - Jest może właściciel?
- Tatuś jest i czeka na jakiś ważnych gości zza granicy - powiedziała dziewczynka - Czy to państwo?
- Chyba chodzi o nas - odrzekł wesoło Ash - A czy twój tatuś to aby nie pan Frank Randall?
- Tak, proszę pana. Ja jestem Brianna Randall, a to mój przyjaciel Colin Lenox - rzekła dziewuszka, dokonując prezentacji w taki sposób, jakby była na dworze królowej Anglii.
Jej próby udawania dorosłej były wprost przezabawne i trudno było się nie uśmiechnąć, gdy się widziało coś takiego.
- Państwo są tymi detektywami z Ameryki? - zapytał Colin.
- Tak, jesteśmy detektywami i to właśnie z Ameryki - odpowiedział Ash - Nazywam się Ash Ketchum, a to jest moja żona Serena. Pan Randall nas tu wezwał w interesach.
- Ale chyba nie chce zabierać nam zamku, prawda? - zapytała bardzo zaniepokojona Brianna.
- Spokojnie, nikt was stąd nie wyrzuci, a już na pewno nie ja - odrzekł jej wesoło Ash - Po prostu musimy omówić kilka kwestii i tyle.
- Rozumiem - pokiwała głową Brianna pokazując, że już wszystko jest dla niej jasne - Tatuś jest w swoim gabinecie na pierwszym piętrze. Mogę państwa zaprowadzić.
- Będzie nam miło, jeśli to zrobisz - powiedziałam wesoło.
Brianna zeskoczyła szybko z roweru i odłożyła go na ziemię, obiecując Colinowi, że za chwilę do niego wróci, po czym podeszła do nas i kazała nam ze sobą iść. Zrobiła to w sposób bardzo dostojny i zarazem też bardzo niepasujący do jej wieku, że trudno nam się było z tego nie śmiać. Rzecz jasna zrobiliśmy to bardzo delikatnie, aby przypadkiem nie urazić panienki Randall, która najwyraźniej niezwykle poważnie podeszła do sprawy, z jaką się do niej zwróciliśmy.
Dziewczynka poprowadziła nas do głównego holu, który był holem typowym dla tego typu zamków, bo pełen był pięknych obrazów wiszących na ścianie, rycerskich zbrojach stojących przy ścianie, a także paru popiersi na postumentach. Idąc przez hol z wielką uwagą przyglądałam się tej całej plejadzie historycznych przedmiotów, a zwłaszcza patrzących na mnie z portretów wizerunków członków rodu McBrownów, którzy bez wątpienia, gdyby tylko żyli, to okazaliby nam jawną niechęć z powodu, że krążymy bez pozwolenia po ich siedzibie. Jak to dobrze, że nie mogły tego zrobić, bo spotkanie z nimi raczej nie należałoby do przyjemnych. Ci w większości rudowłosi rycerze w spódniczkach w kratę raczej byliby bardzo zawziętymi przeciwnikami i trudnymi do pokonania, że już nie wspomnę o tym, iż duża ich część (jeśli nie wszyscy) była niezłymi nerwusami i to jeszcze nad wyraz przewrażliwionymi na punkcie swojego honoru, dlatego też dogadanie się z nimi graniczyłoby chyba z cudem, zwłaszcza wtedy, gdy byli wkurzeni.
W holu oprócz reliktów przeszłości znajdowały się wielkie schody prowadzące na wyższe piętra i to były schody posiadające rozgałęzienie na lewo i prawo, jak schody w starych posiadłościach widzianych na filmach. Brianna poprowadziła nas w prawo i potem do jednego z pokoi, do którego potem zapukała i słysząc słowo „Proszę“, lekko nacisnęła klamkę i weszła do środka. Zrobiliśmy to także i po chwili oczom naszym ukazał się piękny pokój z wielkim oknem, przed którym stało biurko całe zawalone papierami. Za biurkiem siedział w fotelu, ustawionym tyłem do okna, ale za to przodem do drzwi wysoki mężczyzna mający około czterdzieści lat, ciemnobrązowe włosy, brązowe oczy i gładko ogoloną twarz. Ubrany był w ciemny strój i raczej taki skromny, który raczej nie nadawał się do wyjścia do gości.


- Co się stało, kochanie? - zapytał mężczyzna, z uwagą przyglądając się dziewczynce.
- Tato, przyszli państwo Ketchum - odpowiedziała Brianna.
Jej ojciec spojrzał z uwagą w naszą stronę, po czym szybko zerknął na zegarek, który miał na ręce i jęknął, łapiąc się dłonią za czoło.
- O Boże! Rzeczywiście! To już pora! Strasznie przepraszam! Przez tę moją pracę wyleciało mi z głowy, która jest godzina!
Szybko zerwał się z fotela i podbiegł do nas, pocąc się z nerwów na całej twarzy, a potem zaczął mówić:
- Bardzo mi miło was wreszcie zobaczyć osobiście! Widziałem was na zdjęciu w gazecie, ale spotkać was osobiście, to jednak coś zupełnie innego. Wybaczcie, gadam od rzeczy i przepraszam za mój strój, ale tak się zająłem swoją pracą, że kompletnie straciłem poczucie czasu.
- Spokojnie, w tej sprawie bardzo dobrze pana rozumiemy - powiedział przyjaźnie Ash.
- My też tak mamy, że jak się poświęcimy swojej pracy, to po prostu szkoda słów - zachichotałam.
Mężczyzna widać lekko się rozluźnił, kiedy to usłyszał, bo otarł szybko pot z czoła i powiedział wesoło:
- Bardzo się cieszę, że jesteście tacy wyrozumiali, ale mimo wszystko i tak was przepraszam.
- A my mimo wszystko się nie gniewamy - odpowiedział mu równie wesoło Ash.
- Wszystko jest w porządku, proszę pana - dodałam.
- Bardzo mi miło, ale dlaczego zaraz tak formalnie? W końcu jesteśmy rodziną. Dalszą i to może nawet bardzo dalszą, ale co z tego? Ostatecznie zawsze rodzina to rodzina. Frank jestem.
Przeszliśmy więc z mężczyzną na „ty“, a ten zadowolony kazał nam usiąść na krzesłach, które szybko dostawił do biurka i powiedział, że zaraz do nas przyjdzie, tylko musi się przebrać. Brianna zaś bardzo grzecznie nas zapytała, czy chcemy coś do jedzenia i picia. Podziękowaliśmy jej równie grzecznie i odpowiedzieliśmy, że może później. Dziewczynka więc lekko przed nami dygnęła, po czym powiedziała do ojca:
- Tato, ja już pójdę. Colin na mnie czeka.
- Dobrze, córeczko - odpowiedział jej ojciec i pocałował ją czule w sam środek czoła - Tylko proszę, uważaj na siebie.
- Dobrze, tato. Będę uważać - zapewniła go dziewczynka i wyszła z pokoju.
Frank poprosił, abyśmy zaczekali na niego w gabinecie, bo musi się przebrać i wyszedł na chwilę, po czym wrócił ubrany w bardziej elegancki strój, a potem zadowolony usiadł przy biurku. Pod jego nieobecność ja i Ash mieliśmy okazję lepiej przyjrzeć się gabinetowi, w którym pracował nasz nowy znajomy i musieliśmy przyznać, że sprawiał on naprawdę pozytywne wrażenie, podobnie jak i jego właściciel. Po prawej stronie znajdował się wielki regał z książkami, a po lewej stronie wisiały: obraz przedstawiający Rob Roya, spory portret króla Karola I Stuarta oraz jeszcze parę mniejszych obrazów i kilka popiersi stojących na postumentach. Widać było, że Franka bardzo interesowała historia Wielkiej Brytanii, a już szczególnie to chyba Szkocji i to z przełomu XVII i XVIII wieku. To był prawdziwy człowiek z pasją, a do takich zawsze mieliśmy wielki szacunek.
- Cieszę się, że jesteście - powiedział po chwili Randall, gdy już zasiadł za biurkiem - Jak już przedstawiłem to telefonicznie, pragnę z tobą omówić sprawę spadku po starym McBrownie.
- A ja przez telefon ci mówiłem, że spadku po tym starym łajdaku nie przyjąłem i przyjąć nie chcę - odpowiedział mu Ash - Ale wspomniałeś też coś o tym, że chcesz ugościć nas tutaj i dlatego tylko tu przybyliśmy.
- Wiem i naprawdę bardzo się cieszę, że przyjęliście u mnie gościnę - Frank uśmiechał się przyjaźnie - Ale też chciałbym z wami omówić sprawę spadku.
- Nie wiem, co chciałbyś omawiać, skoro ja mówię „nie“.
- Bardzo chcę przekonać cię do tego, Ash, abyś przyjął ode mnie tytuł współwłaściciela tego zamku i hotelu, który tu założyłem.
Ash popatrzył na mężczyznę bardzo podejrzliwie i po chwili uważnego wpatrywania się w twarz Franka powiedział:
- W porządku, gdzie jest haczyk?
- Jaki haczyk? - zdziwił się Randall.
- Weź nie udawaj. Ten hotel przynosi ci krocie, zdążyłem się już tego dowiedzieć. Jeśli więc chcesz zrobić ze mnie współwłaściciela, to albo masz jakieś problemy i chcesz obarczyć mnie częścią tych problemów, albo też po prostu dobrze sobie radzisz i chcesz w ten sposób kupić moje usługi.
Randall parsknął śmiechem, gdy to usłyszał i powiedział wesoło:
- Jak widać zasłużyłeś sobie na swoją opinię świetnego detektywa. Ale przysięgam ci, nie posiadam żadnych problemów finansowych i żadnych strat nie poniesiesz. Posiadam za to problemy natury prywatnej i to tak dla mnie dotkliwe, że jeżeli tylko zechcesz mnie od nich uwolnić, to obsypię cię złotem.
Ash parsknął śmiechem, gdy to usłyszał i powiedział:
- Aż tak wielkich stawek nie posiadam. Lepiej więc mi powiedz, jaki to problem.
- Chodzi o matkę Brianny. Ona zniknęła bez śladu - odparł Frank.
- Ale jak to? Bez śladu? - zapytałam zdumiona jego słowami - Jak to jest w ogóle możliwe?
- Żebym ja to wiedział! - zawołał załamany Randall, rozkładając ręce w bezradny sposób - Po prostu zniknęła bez śladu i to tutaj, na terenie Szkocji. Ostatni raz widziano ją w ruinach tego starego zamku z XIII wieku, który leży parę kilometrów stąd i więcej jej nikt nie widział.
- I co? Tak po prostu sobie zniknęła bez śladu? - spytałam.
- Tak i to dosłownie bez śladu, ponieważ nawet ślady jej butów na to wskazują.
- To znaczy?
- Na ziemi pozostały jej ślady prowadzące do zamku, ale w ogóle nie było widać śladów prowadzących od zamku. Czyli poszła tam i już stamtąd nie wróciła.
- Może wpadła do jakiś lochów albo co?
- Nie, policja przeszukała ruiny zamku wzdłuż i wszerz, ale niczego tam nie znaleźli. Tylko ślady jej butów, które prowadzą w głąb tych ruin i nagle się urywają, tak po prostu.
Ash spojrzał z uwagą na Pikachu, który zapiszczał i pokazał łapkami coś na migi. Mój luby pokiwał lekko głową i powiedział:
- Masz rację, przyjacielu. Widocznie coś ją zabrało w powietrze.
- Tak, tylko co takiego? Nikt nie widział samolotu ani też helikoptera lecącego w tej okolicy, a to jest okolica zamieszkana, zatem nie ma szans, aby ktoś takiej maszyny nie zauważył albo nie usłyszał.
- A może to był Pokemon?
Randall pokiwał lekko głową i powiedział:
- Ten wątek też rozważałem, ale naprawdę sam już nie wiem. Nie mam pojęcia, gdzie się podziała Claire, to znaczy moja żona. Opłacałem już wielu detektywów, żeby ją szukali, ale żaden jej nie znalazł. A policja już dawno się poddała.
- Jak dawno to było?
- Pięć lat temu.
- I przez ten czas ani razu żaden z detektywów jej nie znalazł?
- Żaden. Uczciwsi z nich twierdzili, że nie potrafią znaleźć Claire, ale też trafiło się paru oszustów chcących wydębić ode mnie pieniądze podając fałszywe informacje, jednak żadna nie była prawdziwa. Prócz tego również kilka osób uważało, że ją widziało, ale zawsze okazywała się to być jakaś zupełnie inna osoba.
- A więc, jeżeli przez tyle lat nie udało się znaleźć Claire, to co ja tu poradzę, Frank? Dlaczego mnie miałoby się udać to, co nie udało się innym detektywom?
- Bo ty jesteś jednym z najlepszych - odpowiedział Ashowi Frank - Ale spokojnie, w tej sprawie nie musisz od razu podejmować decyzji. Ja dobrze wiem, że pracować pod presją i na szybko nie warto. A prócz tego sam bym się tym zajął, gdyby nie to, że teraz to mam na głowie sporo spraw. No i też jmuszę dopilnować urządzenia przyjęcia urodzinowego dla panny Stoner. Jej tatuś zapłacił słono za to, aby urządzić wielką imprezę w moim hotelu i muszę osobiście dopilnować dopracowania wszystkich szczegółów.
- Jaka panna Stoner? - zapytał Ash.
- Mavis Stoner, to córka profesora Abrahama Stonera - wyjaśnił Frank - Oboje dwa tygodnie temu przybyli do mojego hotelu. Bogaci oraz bardzo sympatyczni ludzie, choć córeczka trochę taka... dziwna.
- W jaki sposób ona jest dziwna? - spytałam.
- A bo chodzi ciągle ubrana na czarno, duchy by tylko wywoływała i o wampirach opowiadała. Twierdzi, że jest gotką i podobno goci zawsze lubią takie tematy.
- A to akurat prawda. Członkowie tej subkultury lubią duchy, wampiry i wszelkie przerażające zjawiska paranormalne - wyjaśniłam Frankowi - Do tego chodzą często ubrani na czarno i lubią metal, to znaczy tę muzykę, a nie...
- Przecież wiem, co to jest metal - zachichotał Frank - Sereno, ja co prawda jestem uczony, ale przecież nie jakiś tam dinozaur, który żyje tylko przeszłością i o obecnych czasach niczego nie wie.
- Wybacz, nie chciałam cię urazić - powiedziałam przepraszająco - Po prostu pomyślałam, że możesz tego nie wiedzieć.
- A jednak wiem. A to ci niespodzianka, co? - zachichotał złośliwie Randall - Ale mniejsza z tym. Tak czy siak, ta cała Mavis jest jakaś dziwna i jeszcze się sami przekonacie.
- Podobno każdy jest dziwny na swój sposób - zauważył Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Tak, w Alabastii jest pełno dziwaków, a w Vaniville może i więcej - dodałam wesoło.
- To prawda, ale tutaj jest Szkocja, a nie regiony - odpowiedział Frank - Dziwacy więcej rzucają się w oczy, choć może goci akurat nie? Ja się tam nie znam, duchy i wampiry nigdy mnie nie ciekawiły. Wolałem zawsze fakty zamiast fikcji. Dlatego tak znikome fakty, jak te w sprawie mojej żony mnie denerwują i chcę to zbadać. Już wiele razy badałem tę sprawę z pomocą detektywów i nic. Chcę spróbować jeszcze raz i nie będę skąpił ci pieniędzy na to. A jeżeli ją znajdziesz, to będziesz współwłaścicielem tego hotelu i będziesz miał połowę zysków z niego, a nie są one małe.
- Rozumiem. Teraz już wszystko jasne - powiedział Ash, lekko kiwając głową ze zrozumieniem - Sprowadziłeś nas tutaj i fundujesz nam wakacje na swój koszt po to, żeby nas przekonać do przyjęcia swojej sprawy, którą już żaden detektyw nie chce wziąć. Popraw mnie, jeśli się mylę.
Frank zachichotał z ironią, pokiwał lekko głową i powiedział:
- Tak... Widzę, że z tobą trzeba grać w otwarte karty.
- Tak jest najlepiej. Wtedy najwięcej ugrasz - odparł Ash, a Pikachu poparł go lekkim piskiem.
Mój mąż uśmiechnął się delikatnie, westchnął lekko i powiedział:
- Więc prosta sprawa. Proponujesz mi tak wielką nagrodę za zajęcie się sprawą swojej żony, bo żaden inny detektyw tej sprawy wziąć już nie chce i jestem twoją ostatnią deską ratunku. Zgadza się?
- Tak. Mniej więcej tak to wygląda - potwierdził Frank Randall.
- Aha! I powiedz mi, po co były te całe szopki z propozycją podziału spadku po starym McBrownie i propozycją luksusowych wakacji w twoim hotelu? Nie mogłeś od razu przejść do rzeczy?
- Poprzedni detektywi, gdy od razu przechodziłem do rzeczy, jak to się raczyłeś wyrazić, odrzucali tę sprawę, uważając, skoro poprzedni detektywi przez pięć lat niczego nie odkryli, to oni nie będą tracić czasu. Nie chciałem was zniechęcać.
- Takimi zagrywkami bardziej nas zniechęcisz niż mówieniem prawdy - powiedziałam i spojrzałam na Asha - Ale chyba możemy rozważyć przyjęcie tej propozycji, prawda?
- Zdecydowanie tak - zgodził się Ash i pokiwał potakująco głową - Ale jeżeli pozwolisz, przemyślę tę propozycję. Poza tym chwilowo chciałbym odpocząć od wszelkich zagadek i śledztw, bo ostatnia, którą prowadziliśmy niezbyt zachęca do kolejnych przygód.
- Aha, to bardzo przykra sytuacja - powiedział Randall - Ale weź się nie przejmuj. Przecież powiedziałem wam już, że nie musicie podejmować decyzji od razu. Bądźcie tutaj, odpocznijcie, korzystajcie z atrakcji, a do tej rozmowy wrócimy później.
- Zgoda. To najlepsze wyjście z sytuacji - zgodził się Ash i spojrzał na mnie pytająco.
Zgodziłam się z nim i w taki oto sposób rozmowa została zakończona, choć oczywiście mieliśmy do niej jeszcze powrócić.

***


Dostaliśmy jeden z najlepszych pokoi w hotelu, w którym od razu się ulokowaliśmy wraz z naszymi pokemonimi towarzyszami. Pokój był bardzo ładny, posiadał łóżko z baldachimem i wiele pięknych mebli, zdecydowanie będących antykami, które dodawały uroku całemu pomieszczeniu. Byliśmy nim zachwyceni. Kiedy tylko weszliśmy do tego pokoju, to wypuściliśmy nasze Pokemony z pokeballi i poczęstowaliśmy je karmą, po czym oboje zaczęliśmy rozmawiać na temat całej tej sprawy.
- I co sądzisz o tym wszystkim, Sereno? - zapytał mnie Ash.
- Myślę sobie, że Frank jest z nami szczery, choć początkowo próbował ukryć w tej sprawie kilka faktów - odpowiedziałam - Ale sądzę, że wyraźnie zależy mu na znalezieniu żony i jest gotów za to wiele zapłacić.
- Też tak sądzę, ale co myślisz o samej sprawie?
- Sama nie wiem. Bo kto znika tak po prostu i to bez śladu i nie da się go znaleźć? Poza Amelią Earhart to jakoś nigdy nie słyszałam o podobnych przypadkach.
Ash lekko zachichotał i powiedział:
- Ciekawy przykład. Ale ja bym dał jeszcze jeden. Wszystkie przypadki zniknięcia w Trójkącie Bermudzkim.
- Tak, ale Trójkąt Bermudzki to jest podejrzane i dziwne miejsce, więc zniknięcia tam są raczej normą - zauważyłam.
- Oczywiście, a te ruiny zamku, w których to zniknęła Claire Randall? Może to też jest takie miejsce, gdzie zniknięcia ludzi są normą?
- To ciekawa teoria. Warto by chyba sprawdzić ten zamek, czy raczej ruiny, bo przecież zamek to już nie jest.
- Otóż to, a przy okazji wypytać ludzi o to, czy aby nie ginęły tam bez śladu jakieś osoby.
- Trzeba będzie. Czyli zajmiemy się tą sprawą?
- Sądzę, że tak, ale jeszcze się nad tym zastanowię. Póki co, to ja chcę zjeść obiad, bo na głodnego, to mi się trudno myśli.
- Pusty żołądek równa się pusta głowa - zachichotałam.
- A żebyś wiedziała - odpowiedział wesoło Ash.
Zaśmialiśmy się oboje, bardzo ubawieni tym żartem i kiedy tylko nasze Pokemony zjadły swój posiłek, to od razu schowaliśmy je wszystkie (oprócz Pikachu i Buneary) do pokeballi i zeszliśmy do hotelowej restauracji, gdzie zamówiliśmy sobie posiłek. Okazało się, że w restauracji już wiedzieli o tym, iż ja i Ash to goście specjalni pana Randalla i dlatego mają pobyt za darmo, a służba hotelowa ma za zadanie umilić nam życie tak, jak się tylko da. Dlatego z miejsca zaproponowała nam specjalność szefa kuchni, którą to propozycję z wielką chęcią przyjęliśmy. Chciano nam także polecić haggis, czyli narodową szkocką potrawę, ale z obrzydzeniem odrzuciliśmy tę ofertę, zwłaszcza kiedy upewniliśmy się, z czego jest ta potrawa robiona. Mówię tu „upewniliśmy się“, bo już wcześniej coś słyszeliśmy o tym, z czego robi się to dość wątpliwej jakości danie, ale nie mieliśmy w tej sprawie pewności i teraz ją zyskaliśmy i po jej uzyskaniu woleliśmy się tej potrawy nie tykać. Wzięliśmy więc sobie tylko specjalność zakładu i usiedliśmy przy stoliku, aby go zjeść. W restauracji siedziało sporo gości zajadających swoje posiłki, a duża część z nich, gdy tylko weszliśmy do środka, zaczęła się nam od razu przypatrywać i to z wielkim zainteresowaniem, prawdopodobnie związanym z faktem, że towarzyszyły nam aż dwa Pokemony, czyli stworzenia raczej niespotykane w Szkocji.
- Wszyscy się na nas gapią - powiedziałam cicho do Asha.
- Dziwisz się? Pokemony raczej rzadko się tu trafiają - odpowiedział wesoło mój mąż.
Pikachu zapiszczał twierdząco, wcinając właśnie jabłko i częstując nim też Buneary, która przyjęła je z radością.
- Hej! Przecież przed chwilą jedliście! - zachichotałam, kiedy tylko to zobaczyłam.
- Widać tak jak my są troszkę żarłokami - stwierdził dowcipnie Ash.
- Jak my? Mów za siebie - rzuciłam wesoło.
Tak sobie żartując powoli zjedliśmy swój obiad, lekko rozglądając się po całej sali. Byliśmy ciekawi, jacy goście przebywają w hotelu, w którym i my przebywamy. Rozglądając się więc (rzecz jasna dyskretnie) pomiędzy ludźmi siedzącymi przy stolikach dostrzegliśmy nagle jakiegoś wysokiego mężczyznę około czterdziestki o czarnych, krótkich włosach i niebieskich oczach, ubranego elegancko w niebieski dżinsy, białą koszulę i czarne buty. Obok niego siedziała jakaś dziewczyna wchodząca dopiero w dorosłe życie. Miała ona czarne, krótko obcięte aż do karku włosy, niebieskie oczy, bardzo mały nosek, a także mlecznobiałe zęby, które co chwilę szczerzyła wesoło słysząc to, co opowiadał towarzyszący jej mężczyzna. Gdy tylko zobaczyła, że ja i Ash się jej przyglądamy, uśmiechnęła się delikatnie i jakby nigdy nic wstała od swego stolika, podeszła do nas, po czym zapytała:
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy mogę się dosiąść na chwilkę?
- Oczywiście, prosimy bardzo - powiedziałam przyjaźnie.
Ash, który akurat miał usta pełne jedzenia i nie mógł nic powiedzieć, pokiwał tylko głową potakująco, lekko się przy tym uśmiechając.
- Przepraszam, że się tak narzucam. Obiecuję, że zaraz sobie pójdę - powiedziała dziewczyna, dosiadając się do naszego stolika - Chciałam tylko się upewnić w pewnej sprawie, bo widzicie... Wydawało mi się, że znam już wszystkich gości w tym hotelu, choćby tylko z widzenia, ale was widzę tu po raz pierwszy. Jesteście tu nowi?
- Tak, dopiero co tu przybyliśmy - odpowiedziałam przyjaźnie - Jestem Serena Ketchum, a to jest mój mąż, Ash Ketchum. A to są nasi przyjaciele: Pikachu i Buneary.
- Pokemony, prawda? - spytała dziewczyna i lekko pogłaskała każde z nich za uchem - Dawno takich już nie widziałam.
- Bywałaś już w regionach? - zapytał Ash.
- Kilka razy jako dziecko - odpowiedziała dziewczyna - Ale pochodzę stąd. To znaczy tylko w połowie.
- Jak to „w połowie“? - spytałam.
- Bo ojciec pochodzi z Wielkiej Brytanii. To znaczy, tak właściwie, to on pochodzi z Irlandii, jednak posiada brytyjskie korzenie, bo jego matka, a moja babcia była z Irlandii Północnej. Tak czy siak to Irlandczyk, ale dużą część życia spędził w Szkocji, którą pokochał i potem tę miłość przekazał mnie. Dlatego właśnie jestem ogromną miłośniczką literatury brytyjskiej, a także wszystkiego, co się z nią wiąże. No, ale Szkocja jest mi szczególnie bliska, co jest oczywiście zasługą mojego taty. Drugim miejscem tak mi bliskim jest Rumunia, czyli ojczyzna mojej mamy.
- Twoja matka była z Rumunii? - spytał Ash.
- Tak, a konkretnie z Transylwanii - zachichotała dziewczyna - Wiecie, ojczyzny hrabiego Draculi. Ale spokojnie, ja wampirzycą nie jestem, tylko gotką.
- Aha! W takim razie mamy przyjemność z Mavis Stoner?
- Czy taką przyjemność, to ja nie wiem, ale tak, jestem Mavis Stoner - dziewczyna wesoło podała nam rękę, którą każde z nas lekko uścisnęło - A ten przystojniak przy moim stole, to mój facet.


Po wypowiedzeniu tych słów Mavis parsknęła śmiechem i dodała:
- Spokojnie, żartowałam. To jest mój ojciec, profesor Abraham Stoner. Irlandczyk z pochodzenia i zamiłowania. On i pan Randall znają się od paru lat i od dwóch lat tu przyjeżdżamy z okazji moich urodzin.
- Tak, pan Randall już coś o tym wspominał - powiedział Ash - Teraz też ma ci urządzić super przyjęcie urodzinowe.
- Prawda, zgadza się - potwierdziła Mavis - I to będzie super przyjęcie i oczywiście wszyscy goście hotelowi są na nim mile widziani. Wy także.
- Bardzo chętnie przyjdziemy - powiedział Ash.
- To super! Będzie mi miło wyginać z wami śmiało ciało - zachichotała dziewczyna - A jeśli któreś z was (czego oczywiście nie podejrzewam) nie potrafi tańczyć, to się nie przejmujcie. Ja sama nie tańczę najlepiej. Bardziej się wygłupiam na parkiecie.
- To tak samo jak ja - zaśmiał się Ash - Choć w sprawie tańca, to trochę mnie Serena podszkoliła.
- Oj tak, Mavis! I teraz potrafi śmigać na parkiecie jak John Travolta - dodałam wesoło - No, może do Johna Travolty trochę mu jeszcze brakuje, ale dobrze sobie radzi w tańcu. Uparcie się go uczył mimo kilku trudności i w końcu się nauczył.
- Aha! Czyli zdolny uparciuch - zachichotała Mavis - Wygląda mi na takiego.
- Dziękuję za komplement - powiedział Ash i wyraźnie się zmieszał.
Widocznie w wypowiedzi dziewczyny usłyszał coś, co wydało mu się dość niezwykłe lub dziwne. Dostrzegłam to bez trudu. Mavis też to zrobiła, bo również się lekko zmieszała i powoli wstała od stolika, mówiąc:
- Sorki, za dużo czasu wam już zajęłam. Wracam do ojca, ale z chęcią z wami jeszcze porozmawiam, jeśli oczywiście zechcecie.
- Spokojnie, zechcemy - powiedziałam przyjaźnie.
- To dobrze, bo ja jestem gadułą i bardzo lubię gadać i mieć słuchaczy - zaśmiała się Mavis i pomachała nam wesoło ręką na pożegnanie, po czym wróciła do stolika.
- Co ci się stało? - spytałam po chwili Asha.
- Coś mi się przypomniało - odpowiedział mi mój mąż - Coś, co mnie bardzo dziwi.
- Co takiego?
- Słowa, które wypowiedziała Mavis.
- I co z tymi słowami?
- Powiedziała o mnie: „zdolny uparciuch“.
- No i co z tego?
- Ktoś już kiedyś tak do mnie powiedział.
- Kto taki? Twoja mama?
- Nie. Zdaje mi się, że to była ona.
To mówiąc wskazał głową w kierunku Mavis, która siedziała właśnie przy stoliku wraz ze swoim ojcem.
- Mavis? To ty znałeś ją wcześniej? - zdziwiłam się.
- Tak mi się wydaje, choć z drugiej strony to chyba jest niemożliwe - odrzekł ponuro Ash.
- A to czemu?
- Jeśli to ona, to ostatni raz widziałem ją dziesięć lat temu.
- I co w tym takiego dziwnego?
- Nie wiem, jak to wyjaśnić. To wygląda dość dziwacznie.
- Co dokładnie? A w ogóle, to w jaki sposób poznałeś Mavis?
- Podczas lekcji gry na skrzypcach.
- I mówisz, że to miało miejsce dziesięć lat temu?
- Dokładnie tak.
- To już rozumiem. Chodziliście razem na lekcje gry na skrzypcach? I pewnie udzielałeś lekcji swojej młodszej koleżance, prawda?
- Przeciwnie. To ona udzielała lekcji mnie. I była wówczas nastolatką. Bardzo zdolną i o wielkiej miłości do skrzypiec. Moja mama płaciła właśnie jej za moje lekcje.
Spojrzałam na Asha zdumiona, początkowo nie zbyt rozumiejąc tego, co właśnie usłyszałam, bo było to tak niezwykłe, że aż nie do uwierzenia.
- Ale czekaj! Jak ona mogła dziesięć lat temu być nastolatką?! Przecież to jest niemożliwe! Przecież ona ma dopiero osiemnaście lat!
- Wiem, ale wtedy też coś tak tyle miała. I to jest właśnie dziwne.
Spojrzałam na Mavis z uwagą i przez chwilę się jej przyglądałam.
- Jesteś pewien, że niczego nie pomyliłeś? - spytałam po chwili Asha.
- Nie sądzę, żebym się w tej sprawie mylił - odpowiedział mój luby.
- Ale to przecież jest niemożliwe, aby po dziesięciu latach wciąż miała dopiero osiemnaście lat.
- To prawda, ale im bardziej sobie to wszystko odtwarzam w pamięci, tym bardziej jestem pewien tego, że to jest ta sama osoba, która uczyła mnie grać na skrzypcach. I przysiągłbym, że wyglądała wtedy tak samo, jak teraz. I że wtedy też miała osiemnaście lat.
- Ale jak to logicznie wyjaśnić?
- Nie potrafię i to właśnie mnie niepokoi.
Asha niepokoił brak możliwości wyjaśnienia tej sprawy, a mnie bardzo zaczęła niepokoić osoba Mavis i z każdym słowem, który wymieniliśmy na jej temat, mój niepokój tylko rósł.
- Wychodzi więc na to, że teraz aż się zaczęły nam mnożyć zagadki do rozwiązania - powiedziałam do Asha - Sprawa tej głowy w jeziorze Loch Ness, zniknięcie Claire Randall i jeszcze teraz tajemnica Mavis. Jak na miły wypoczynek od zagadek, to ciekawie się nam pobyt w Szkocji zaczyna.
- Oj tak, bardzo ciekawie - odpowiedział złośliwie Ash.

***


Dziewięcioletni Ash Ketchum stał przed stojakiem z nutami, wpatrując się w niego z uwagą. Wziął głęboki wdech i zaczął grać utwór, w którego rytm układały się nuty. Stojąca przy nim Mavis przyglądała się uważnie w swojego ucznia i z prawdziwą przyjemnością słuchała jego gry, do której nie miała się właściwie czego uczepić, gdyż była ona rewelacyjna. Smyczek wprawiany przez dłoń Asha w ruch, jeździł po strunach w taki sposób, że dźwięki, które skrzypce z siebie one wydawały nie były zwyczajną muzyką, tylko prawdziwym dziełem sztuki. Ash co prawda mówił swej nauczycielce, że kocha grę na skrzypcach i dlatego bardzo chce się jej uczyć, ale Mavis nie sądziła, iż dzięki temu będzie on potrafił tak dobrze opanować tę sztukę. A jednak potrafił i z całą pewnością jego miłość do skrzypiec posiadała tutaj ogromne znaczenie. To ona pchała go na wyżyny Parnasu i sprawiała, że tak szybko opanował podstawy gry i rozwijał swoja umiejętności.
- Brawo, Ash! Brawo! - zawołała radośnie Mavis, klaszcząc przy tym w dłonie, kiedy tylko utwór dobiegł końca - Jestem pod wrażeniem. Grasz z prawdziwą pasją i miłością do muzyki, a to w grze bardzo ważne. Zwłaszcza podczas gry na skrzypcach.
- Mówiłem ci, że kocham skrzypce - powiedział wesoło Ash, wpatrując się z uwagą w dziewczynę.
- Tak i widzę, że to rzeczywiście prawda i że ta miłość jest bardzo silna - stwierdziła z uśmiechem na twarzy Mavis - Tak czy siak bardzo dobrze ci idzie i właściwie dalsze lekcje są ci już niepotrzebne. A w tym konkursie szkolnym z pewnością wygrasz.
Ash chciał bowiem wziąć udział w szkolnym konkursie talentów, w którym uczniowie mieli zagrać na jakimś instrumencie i jeśli zechcą, to przy okazji mogli zaśpiewać jakąś piosenkę. Mogli też wystąpić w duecie z kimś ze szkoły, a Ash doskonale wiedział, kto będzie jemu partnerował. Bardzo chciał wystąpić ze Scarlett Johnson, która nie miała nic przeciwko temu i powiedziała, że bardzo chętnie z nim wystąpi i już wybrała sobie instrument stosowany do tej sytuacji. Scarlett bowiem chciała zagrać na fortepianie, a Ash uznał, że to jest super pomysł i tym chętniej będzie jej przygrywać na skrzypcach. Tylko jeszcze musiał ukończyć swoje lekcje po to, aby zagrać jak najlepiej. Teraz zaś to zrobił i był gotów na to, żeby wystąpić publicznie ze swoją grą, co napawało go wielką radością.
- Super! Zagram ze Scarlett i zdobędziemy pierwszą nagrodę! - zawołał wesoło.
- Bez wątpienia - powiedziała z uśmiechem na twarzy Mavis - A jeżeli nie wygracie tego konkursu, to będzie tylko oznaczać, że jury po prostu się nie zna na dobrej muzyce.
- Na pewno się uda. Musi się udać! - wołał wesoło Ash - A jeśli się nie uda, to wezmę jeszcze raz udział w tym konkursie i jeszcze raz i jeszcze raz, aż w końcu wygram!
- Och, ty mój zdolny uparciuchu - zachichotała Mavis - Strasznie mi się podoba ten twój upór. Tylko uparci zdołają coś osiągnąć na tym świecie. A ty jesteś w stanie osiągnąć bardzo wiele.
- Tak uważasz?
- Jestem tego pewna. Zresztą jeszcze sam się o tym przekonasz.

***


Konkurs muzyczny odbył się zgodnie z planem w szkole w Alabastii i Mavis zjawiła się na nim, żeby wraz z Delią, Oakiem oraz sierżant Jenny kibicować swemu zdolnemu uczniowi. Ten zaś był gotowy wraz ze Scarlett do występu i choć trochę gryzła go trema, to jednak postanowił dać z siebie wszystko. Jego artystyczna partnerka tremy nie miała i lekko podnosiła go na duchu, mówiąc mu:
- Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Damy sobie radę.
- Wiem, ale i tak trochę się denerwuję - odpowiedział jej Ash.
Scarlett zachichotała wesoło i pocałowała chłopca czule w policzek, na co on zareagował rumieńcem.
- Będzie dobrze, Buraczku. Zobaczysz.
Ash uśmiechnął się lekko do Scarlett i wziął głęboki wdech, szykując się do wyjścia na scenę. A kiedy już ta chwila nadeszła, to powoli wyszedł wraz ze Scarlett, po czym oboje ukłonili się publiczności, która powitała ich wejście gromkimi brawami. Potem Scarlett zasiadała przy stojącym już na scenie i zaczęła na nim grać, zaś Ash chwycił lewą ręką gryf skrzypiec, a prawą smyczek i dołączył do niej. Już po chwili chłopiec grał, zaś Scarlett przygrywając na fortepianie zaśpiewała:

Co dzień nas gna
W nowe strony zadyszany czas.
Sto dat, sto spraw
Wciąga nas, gna nas.


Ash wówczas przestał grać i zaśpiewał, co jakiś czas lekko tylko sobie przygrywając na skrzypcach:

I moje dni
Wszechobecny pośpiech, czasu znak
Naznaczy mi.
Może przez to lubię tak:

Lubię wracać tam, gdzie byłem już
Pod ten balkon pełen pnących róż,
Na uliczki te znajome tak.
Do znajomych drzwi
Pukać myśląc, czy...
Czy nie stanie w nich czasami
Ta dziewczyna z warkoczami.


Zaraz potem Scarlett zaśpiewała (do przygrywającego jej Asha):

Lubię wracać w strony, które znam,
Po wspomnienia zostawione tam,
By się przejrzeć w nich, odnaleźć w nich
Choćby nikły cień, pierwszych serca drżeń,
Kilka nut i kilka wierszy z czasów,
Gdy kochałeś pierwszy raz.

W samym środku zdyszanego dnia
Oglądasz się tak, jak ja... Jak ja.


Ash uśmiechając się do Scarlett westchnął lekko i czule zaśpiewał:

Oglądasz się
Tam, gdzie miłość zostawiłaś swą
Ty jedna mnie umiesz pojąć, bo lubisz:

Lubisz wracać tam, gdzie byłaś już
Pod ten balkon pełen pnących róż,
Na uliczki te znajome tak.
Do znajomych drzwi
Pukać myśląc, czy...
Czy nie stanie w nich czasami
Tamten chłopak ze skrzypcami.


Potem Ash przysunął się bliżej Scarlett i oboje zaśpiewali, patrząc na siebie czule:

Lubisz wracać w strony, które znasz,
Do mej twarzy zbliżyć twoją twarz,
By się przejrzeć w niej,
Odnaleźć w niej
Choćby nikły cień pierwszych serca drżeń
Kilka nut i kilka wierszy z czasów,
Gdy kochałaś/kochałeś pierwszy raz.


A na koniec występu Ash dał przepiękną solówkę na skrzypcach.
Występ ten był tak udany, że zdobył całą salwę gromkich braw i przy okazji też główną nagrodę. Po ogłoszeniu wyników konkursu Ash i Scarlett ściskali się radośnie i przy okazji młody Ketchum pobiegł do Mavis, której gorąco dziękował za jej lekcje i zaznaczając, że to dzięki niej wygrał.
- Tylko sobie to zawdzięczasz, Ash - odpowiedziała mu Mavis - Sobie i Scarlett, a nie mnie, mój ty zdolny uparciuchu. Pamiętaj zawsze, że wszelkie sukcesy zawdzięczać możesz przede wszystkim sobie i pomoc kogoś innego na nic ci się nie przyda, jeśli jej mądrze nie wykorzystasz.
- Ale i tak chcę podziękować, bo mi pomogłaś - rzekł Ash.
- Pomogłam i to z wielką chęcią - powiedziała Mavis, po czym lekko pochyliła się nad chłopcem i pocałowała go czule w policzek - Trzymaj się, zdolny uparciuchu. Idź teraz świętować ze swoimi przyjaciółmi. Ja wracam do siebie. Może się kiedyś jeszcze spotkamy? Bardzo bym tego chciała. A na razie pruj do przodu! Cały świat stoi przed tobą otworem! Wykorzystaj to i zdobądź go!
Po tych słowach Mavis odeszła w swoją stronę i Ash już więcej jej nie spotkał. Aż do teraz, do tej chwili, kiedy to oboje ją zobaczyliśmy w starym zamku przerobionym na hotel w samym środku Szkocji.


C.D.N

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...