czwartek, 13 grudnia 2018

Przygoda 119 cz. IV

Przygoda CXIX

Zodiakalny zabójca cz. IV


Muszę zauważyć, że zapał Asha troszeczkę minął w chwili, gdy tylko wróciliśmy do domu i zastaliśmy w nim Delię w towarzystwie Stevena Meyera, Latias w ludzkiej postaci oraz Mister Mime’a. Na ich widok mój ukochany zdecydowanie nabrał poważnych wątpliwości w sprawie naszego wyjazdu do USA.
- Nie wiem, czy to aby na pewno był dobry pomysł - rzekł, gdy już opowiedziałam przy stole o planowanym wyjeździe - Może to wcale nie jest taki dobry koncept? A jeśli przez ten czas komuś coś się stanie? Jeśli moja nieobecność tylko rozzuchwali tego świra Zodiaka?
- Spokojnie, kochanie - powiedziała do niego czułym tonem Delia - Jak dotąd wszystko jest w porządku i dalej tak będzie, nawet jeżeli gdzieś stąd wyjedziesz.
- Mamo, ja wiem, że pewnie przesadzam, ale trudno mi się o was nie bać, a zwłaszcza o ciebie. Już raz cię postrzelili, aby mnie złamać, dlatego strach mnie bierze, gdy sobie pomyślę, że mam cię tu zostawić samą.
- Jaką samą, przyjacielu? - zaśmiał się Steven Meyer - A ja to co? Niby nie jestem pomocny? Przy mnie twoja mama nie będzie bezpieczna?
- Oj, na pewno będzie, ale chyba sam rozumiesz... Strzeżonego ktoś tam w niebie strzeże.
- Och, co za czasy nastały? - zaśmiała się Delia - Kiedyś to ja byłam nadopiekuńcza wobec swojego syna, a teraz jest na odwrót.
Parsknęłam śmiechem, gdy to usłyszałam, ale niestety Ashowi wcale do śmiechu nie było.
- Dla mnie to nie jest nic zabawnego. To poważna sprawa. Tu chodzi o moich bliskich. Powinienem ich strzec zamiast włóczyć się po świecie.
- Przypominam ci, że nie jedziemy tam na wakacje, tylko pracować i to właśnie w sprawie tego świra - zauważyłam.
Latias pokazała Ashowi na migi, że mam rację, a poza tym przecież wszystkie bliskie mi osoby w tym mieście nie zdołam upilnować, więc i tak takie działanie jest bezcelowe. Poparłam ją i dodałam przy tym:
- Poza tym wciąż nic nie wiemy o tym draniu, więc jeśli pan Rocker może nam pomóc, to powinniśmy skorzystać z tej okazji.
- Tak, masz rację - powiedział Ash, chociaż w jego głosie było pełno wątpliwości - Ale trudno mi będzie tak po prostu zostawić tutaj wszystkich samych i szukać wiadomości za granicą. Nie chciałbym, żeby ten bydlak zrealizował swoje groźby.
Nagle Asha coś tknęło. Zamyślił się i zaczął sobie delikatnie masować podbródek palcami, co oczywiście nie uszło uwadze żadnego z nas.
- O czym tak rozmyślasz, kochanie? - zapytała zaniepokojona Delia
- Dręczy mnie coś propos słów Zodiaka - odpowiedział Ash.
- Co takiego? - spytałam.
- Pika-pika? - dodał Pikachu.
- Chodzi o te słowa, których użył w sprawie swoich ofiar, że będzie ich tyle, ilu było apostołów - wyjaśnił Ash.
- Czyli dwunastu, bo tylu ich było - zauważył Steven Meyer.
- Zodiak sam przecież ci powiedział, że sześć ofiar było w Wertanii i sześć będzie tutaj - przypomniałam Ashowi - To nie jest więc jakaś wielka tajemnica.
- Pika-pika! Pika-chu! - poparł mnie Pikachu.
- Zgadza się, tylko dlaczego właśnie dwanaście? Dlaczego właśnie ta liczba?
- Któż to wie? To przecież świr i jego nie zrozumiesz.
- Ale ja chcę go zrozumieć. Sądzę, że ta liczba nie jest przypadkowa. Z czymś musi mu się ona kojarzyć, dlatego wybrał taką właśnie liczbę ofiar. Tylko z czym i dlaczego? To jest zagadka.
- Będziesz mógł zadać to pytanie panu Rockerowi, gdy już się z nim spotkamy - powiedziałam.
- Pika-pika! Pika-chu! - zgodził się ze mną Pikachu.
Ash również przyznał mi rację, jednocześnie dodając przy tym, że bardzo chce lecieć do USA i spotkać się z panem Rockerem, tylko obawa o jego bliskich sprawiła, że posiadał wątpliwości w tej sprawie i tak szczerze mówiąc, to nadal je posiada, jednak zdecydował się pojechać i będzie mu bardzo miło, jeżeli pod jego nieobecność pan Meyer zaopiekuje się jego mamą. Ten oczywiście solennie obiecał mu strzec Delii Ketchum oraz nie dopuścić do tego, żeby coś jej się stało. Także na tym się skończyło, a Ash podjął ostateczną decyzję o wyjeździe.

***


Ponieważ mój luby nie lubi nigdy rezygnować z tego, czego raz się podjął, to doskonale wiedziałam, że pomimo swoich obaw Ash i tak by w końcu ruszył w drogę do USA, jak to sobie wcześniej zaplanowaliśmy, jednak mój luby nie byłby sobą, gdyby tak nie posiadał pewnych obaw w sprawie, która tych obaw wymagała. Bo przecież trudno było nie mieć obaw w takiej sytuacji, gdy zostawialiśmy naszych bliskich samych sobie, a sami ruszaliśmy w drogę, ku całkowicie nieznanej i niepewnej przygodzie, bo przecież nie mieliśmy żadnej pewności, czy aby czegoś sensownego się dowiemy od pana Geoffreya Rockera. Ostatecznie rewelacje tego człowieka wcale nie musiały być tak bardzo wartościowe, jak jemu i jego bratankowi się wydawało. Czy dla tej niewiadomej mogliśmy zostawić naszych bliskich samych w mieście, w którym grasuje niebezpieczny szaleniec? To wbrew pozorom nie była błaha wątpliwość, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się zaryzykować, bo w końcu co innego nam pozostało? Czekać na kolejny atak Zodiaka? Raczej kiepski pomysł. Dlatego też wyprawa po nieznane i niepewne była naszą jedyną szansą. No, a poza tym w grę wchodziło także zaufanie do kapitana Rockera i złożona przez niego obietnica, że z całą pewnością nie będziemy tego żałować, bo przecież jego stryj to człowiek rzetelny i jeśli się zechce nam pomóc, to tylko na tym zyskamy.
Pożegnaliśmy więc naszych bliskich w Alabastii i poprosiliśmy ich o to, aby się mieli na baczności, po czym wsiedliśmy do samolotu, który miał nas zawieźć bezpośrednio do Chicago, gdzie już czekał na nas Geoffrey Rocker. Bardzo się niepokoiliśmy i nie byliśmy pewni, czego możemy się spodziewać, jakich informacji i o jakiej wartości, ale spodziewaliśmy się tak dobrych danych, jakie są godne śledczego z prawdziwego zdarzenia.
Lot trwał parę godzin, ale chociaż większość pasażerów sobie nieco przysnęła w jego trakcie, to nam jakoś się do tego nie paliło, zapewne z powodu nerwów związanych z całą tą sprawą. Trudno było chyba nie być zdenerwowanym z tego powodu. Sytuacja była groźna, a wręcz bardzo niebezpieczna, a Ash niespokojny o los swoich bliskich czasami ściskał nerwowo poręcz swego fotela, co oczywiście nie umknęło mojej uwadze, ani też uwagi Pikachu, który piszczał niespokojnie i dotykał łapką dłoni Asha. Ja także położyłam dłoń na dłoni mojego ukochanego, chcąc go jakoś w ten sposób podnieść na duchu.
- Spokojnie, kochanie. Będzie dobrze - powiedziałam.
- Mam nadzieję - odparł na to Ash i spojrzał na mnie - Chociaż nie mam takiej pewności, skarbie.
- Ash, kochanie - mówiłam do niego czułym tonem - Nie tylko ty jesteś niespokojny, ja również jestem. Ale nie możemy się przecież poddać.
- A kto tu mówi o poddawaniu się?
- Przecież widzę wyraźnie, że jesteś niespokojny, Ash. Założę się, iż chciałbyś wrócić do Alabastii i strzec swoich przyjaciół oraz jednocześnie kontynuować tę podróż. Ale przecież nie możesz być w dwóch miejscach naraz.
- Tak, to prawda - potwierdził Ash i uśmiechnął się lekko - Naprawdę bardzo dobrze mnie znasz.
- To nie jest wcale takie trudne, skoro już tyle czasu spędzam w twoim towarzystwie - powiedziałam wesoło.
Buneary siedząca mi na kolanach zapiszczał na znak potwierdzenia, po czym spojrzała na Pikachu, który lekko się do niej uśmiechnął.
Położyłam lekko głowę na ramieniu Asha, mówiąc:
- Razem zawsze sobie damy radę, zobaczysz.
Mój luby popatrzył na mnie czule i pogłaskał lekko ręką moje włosy.
- Obyś miała rację. Wiesz co, Sereno? Zaczynam się powoli obawiać, że w złym momencie porzuciłem emeryturę detektywistyczną.
- A ja myślę, że właśnie w najlepszym - stwierdziłam - Przecież taką sprawę, to może rozwiązać tylko naprawdę wybitny detektyw, a ty właśnie jesteś wybitnym detektywem.
- Dziękuję ci, mój skarbie. Ale zobaczymy w praktyce, jak to obecnie wygląda i czy poradzimy sobie ze sprawą Zodiaka.
- Poradzimy sobie. Poradzimy.
Od chwili, w której zakończyliśmy tę rozmowę, lecieliśmy raczej w milczeniu i w takim też stanie powoli wylądowaliśmy na lotnisku, gdzie natychmiast wysiedliśmy i poszliśmy w kierunku pomieszczenia, w którym ludzie oczekiwali pasażerów linii przychodzącej. Wśród nich był Geoffrey Rocker. Co prawda nie mieliśmy w ogóle pojęcia, jak on wygląda, ale to nie stanowiło żaden problem do tego, abyśmy się mieli odnaleźć. Zanim się bowiem obejrzeliśmy, a zaraz podszedł do nas jakiś wysoki mężczyzna o siwych włosach, sporej ilości zmarszczek na twarzy oraz brązowych oczach. Był w wieku około siedemdziesięciu lat, ubrany był elegancko i schludnie zarazem, w ciemny strój i nałożony na to czarny płaszcz i szary kapelusz.
- Przepraszam, czy pan Ketchum i panna Evans? - zapytał.
- Tak, to właśnie my - potwierdził Ash - A pan to zapewne...
- Komisarz Geoffrey Rocker, oficer policji USA w stanie spoczynku - odpowiedział policjant z lekkim uśmiechem na twarzy - Bardzo mi miło was poznać, moi drodzy.
- Skąd pan wiedział, że to my? - zapytałam zdumiona.
- A kto by was nie znał? - uśmiechnął się lekko Rocker - Zwłaszcza, jeśli interesuje się kroniką kryminalną.
- Czyli nasza sława dotarła również do USA?
- A co myślałaś? Że tutaj, w tym kraju wszyscy jesteśmy zacofani? I nie wiemy, co się dzieje w wielkim świecie? Poza tym mój bratanek wiele mi o was opowiadał i przysyłał mi bardzo często gazety z opisem waszych sukcesów, choć obawiam się, że część zasług przypisał sobie, aby poprawić sobie statystki.
- Zrobił to za naszą zgodą - powiedział Ash.
- Nie wątpię, że tak jest - odparł z uśmiechem Rocker - Tak czy inaczej chodźcie już, bo chciałbym z wami omówić sprawę, dla jakiej was tutaj wezwałem. I przy okazji wybaczcie mi, że kazałem się wam tutaj tłuc, ale mam pewne podejrzenia w sprawie Zodiaka związane z tym, co opowiadał mi mój bratanek, ale zanim coś przedsięwezmę muszę najpierw wysłuchać relacji z pierwszej ręki, czyli od was. A jeżeli tylko potwierdzą one moje przypuszczenia, to natychmiast ruszamy na trop.
- My? - spytałam zdziwiona.
- Bune-bune? - dodała Buneary.
- Oczywiście. Cała nasza trójka, czy raczej piątka, jeśli liczyć waszych ulubieńców - to mówiąc Rocker spojrzał na nasze Pokemony - Poza tym to będzie dla mnie przyjemność pracować z tak tęgimi umysłami, chociaż też bardzo młodymi, ale mającymi więcej oleju w głowie niż wiele starszych umysłów, wliczając w to mój własny.
Jego słowa bardzo nam pochlebiły, dlatego też tym chętniej udaliśmy się z nim w kierunku jego domu, gdzie mieliśmy przeprowadzić rozmowę na temat podejrzeń w sprawie Zodiaka.

***


Komisarz Rocker zabrał nas do swojego domu, który był domem raczej skromnym, ale za to bardzo przyjemnym. Posiadał on kilka pokoi, w tym kafelkowaną łazienkę, elegancką bibliotekę (pełną oczywiście klasycznych kryminałów), a prócz tego również salon, kuchnię, gabinet i coś w rodzaju pokoju gościnnego. Trzeba przyznać, że naprawdę przyjemnie było na to wszystko popatrzeć.
- Rozgośćcie się - powiedział Rocker, sadzając nas w salonie - Pijecie kawę czy raczej herbatę?
- Ja raczej herbatę - odpowiedziałam.
- Ja w sumie też - dodał Ash.
- Słusznie, kawa podnosi ciśnienie, a to jest nam nie potrzebne - odparł komisarz i uszykował herbatę oraz kanapki - A czy wasze Pokemony lubią kanapki?
- Owszem, tylko w przypadku Pikachu najlepiej takie z dużą porcją ketchupu - zaśmiał się Ash.
- Ketchup jest, więc problemów brak - stwierdził Rocker.
Już po chwili siedzieliśmy wszyscy w salonie i zajadaliśmy kanapki, które popijaliśmy sporą porcją herbaty. Sytuacja była niemal sielankowa i pewnie byłaby taka całkowicie, gdyby nie sprawa, która nas tu sprowadzała. Ash był bowiem zmuszony ponownie wrócić do sprawy Zodiaka i do tego, w jaki sposób został porwany i jak wyglądała rozmowa z tym świrem. Prócz tego oboje opowiedzieliśmy ze wszystkimi szczegółami wszystko, co tylko wiedzieliśmy w tej sprawie oraz to, że Ash posiada pewne podejrzenia w sprawie liczby dwanaście.
- Moim zdaniem to klucz lub jeden z kluczy do rozwikłania tej zagadki - powiedział mój luby - Niestety, to tylko moje przypuszczenia. Trudno jest mi w jakikolwiek sensowny sposób dowieść ich prawdziwości.
- Myślę, że możesz mieć rację, co do tego klucza - rzekł Rocker - Ale to też tylko moje przypuszczenie. Bardziej jednak zastanawia mnie sprawa twojego uprowadzenia przez Zodiaka. Powiedz mi, czy zauważyłeś w jego zachowaniu coś podejrzanego?
- Poza tym, że jest świrem, to nie.
- A może jego głos? Poznałbyś go po głowie?
- Trudno powiedzieć. Chyba celowo mówił dość stłumionym tonem.
- A jego ruchy? Poruszał się jakoś charakterystycznie?
- Raczej zwyczajnie.
- A znaki szczególne na dłoniach lub rękach?
- Nie... Chociaż... - Ash zaczął się zastanawiać.
- Tak?
- Teraz, kiedy pan o to zapytał, to coś mi się przypomniało.
- Co takiego?
- Zodiak miał rękawiczki i miał ręce szczelnie zasłoniętę ubraniem, ale przez chwilę zdaje się, że dostrzegłem na jego nadgarstku.
- Na nadgarstku? A co takiego?
- Jakiś znak. Takie jakby kółko z krzyżykiem w środku. Ale to była tylko krótka chwila i z nerwów potem wyleciało mi to z głowy.
- Na którym to było nadgarstku?
- Chyba prawym. Tak! Na pewno na prawym! Widziałem ten znak w chwili, gdy pokazywał mi, że jestem w ukrytej kamerze. Ale to była tylko chwila i nie jestem pewien, czy dobrze widziałem.
Rocker wziął kartkę i ołówek, po czym narysował coś i pokazał to Ashowi z pytaniem:
- Czy to wyglądało mniej więcej tak?
- Tak, chyba tak - powiedział Ash - Trudno mi jednak z pewnością to ocenić teraz, w tej chwili.
- Czy to ważny szczegół, panie komisarzu? - zapytałam.
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
- W tym wypadku kluczowy - odpowiedział Rocker i uśmiechnął się - Dzięki niemu nie mam już żadnych wątpliwości w sprawie tożsamości tego mordercy.
- Wie pan, kim on jest? - zapytaliśmy zdumieni ja i Ash.
- Pika-pika?! Bune-bune?! - dodały nasze Pokemony.
- Owszem, teraz już nie mam najmniejszych wątpliwości, przyjaciele - rzekł komisarz Rocker - Chodźcie ze mną. Coś wam pokażę.
To mówiąc mężczyzna powoli wstał i skierował swe kroki w kierunku swojego gabinetu, jednocześnie wskazując dłonią, abyśmy poszli za nim. Zrobiliśmy to i gdy tylko znaleźliśmy się w owym pokoju, to komisarz wyjął powoli ze swego biurka jakąś teczkę i wydobył z niej jakiś skrawek papieru i pokazał nam go.
- Zobaczcie tutaj - powiedział.
Zrobiliśmy jak kazał i zobaczyliśmy wtedy, że to jest artykuł z gazety pokazujący zdjęcie jakiegoś wysokiego mężczyzny około czterdziestki, o czarnych włosach, delikatnych wąsikach i brązowych oczach, twarzy raczej sympatycznej i bardzo uśmiechniętej w stroju przypominającym strój jakieś postaci z tragedii Szekspira.
- Kto to taki? - zapytałam.
- To Tiberius Rouke - odpowiedział komisarz Rocker - Słynny aktor teatralny. Uwielbiał wcielać się w postacie łotrów w różnych sztukach. Był zdania, że czarne charaktery zdecydowanie są postaciami godnymi jego talentu i tylko takie chciał grać. Był w tym po prostu rewelacyjny i zbierał zawsze najlepsze recenzje.
- Dobrze, ale co to ma wspólnego z naszą sprawą? - zdziwiłam się.
- Zaraz zobaczycie - komisarz podał Ashowi szkło powiększające - Przyjrzyj się uważnie jego prawej ręce.
Ash wziął do ręki lupę od policjanta, przysunął sobie lekko artykuł do twarzy i przyjrzał się uważnie zdjęciu aktora. Siedzący mu na ramieniu Pikachu również zaczął to robić i już po chwili obaj dostrzegli to, co chcieli dostrzec. Potem Ash podsunął mnie artykuł i szkło powiększające, a z kolei ja początkowo nie dostrzegłam niczego, ale potem to zauważyłam.
- O Boże! Przecież to ten znak! Ten sam tatuaż, który widziałeś na ręce Zodiaka! - zawołałam.
- No właśnie - powiedział mój luby zaintrygowany - Ale skąd wiemy, że to jest ta sama osoba? Przecież każdy sobie mógł taki znak wytatuować na ręce.
- Tak, zgadza się, ale nie każdy posiada obsesję na punkcie Zodiaka - stwierdził na to komisarz Rocker - A ten człowiek ją posiada.
- A jak się przejawia ta obsesja? - zapytałam.
- Ten człowiek kilka lat temu zagrał Zodiaka w sztuce wystawionej w rocznicę jego pierwszego morderstwa - wyjaśnił Rocker - Zagrał oczywiście samego Zodiaka. Był on z tej roli naprawdę bardzo dumny, zwłaszcza, że był też współautorem tej sztuki i napisał tę rolę dla siebie samego.
- Poważnie? - spytałam zdumiona - Był współautorem tej sztuki?
- Dokładnie - potwierdził komisarz Rocker - Pomagał ją pisać swojemu znajomemu dramaturgowi i chwalił się tym. Był z tej roli naprawdę bardzo dumny i uważał ją za rolę swojego życia. Tak przynajmniej mówił podczas wywiadu z dziennikarzami.
- A pan oglądał tę sztukę? - zapytał Ash.
- Owszem - potwierdził komisarz Rocker - To całkiem ciekawa sztuka, tylko zmienia nieco fakty historyczne.
- W jaki sposób? - spytałam.
- A w taki sposób, że ukazuje tę historię tak, jak naprawdę powinna wyglądać - odpowiedział na to policjant - Przede wszystkim mamy w niej wręcz genialnego detektywa, który poluje na Zodiaka i w końcu go dopada. Bardzo mi się to spodobało i dlatego zachowałem sobie artykuł w sprawie tego przedstawienia. Przy okazji zainteresował mnie ten aktor, czyli Rouke.
- Dlaczego on pana tak zainteresował? - zapytałam.
- Ponieważ sprawiał wrażenie niezłego bzika.
- Co ma pan na myśli? - spytał Ash.
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
- Chodzi mi o to, że normalny człowiek nie jest zachwycony osobą zabójcy i to jeszcze seryjnego, mordującego innych ludzi. Ciekawiło mnie, dlaczego tak bardzo ta postać tak go interesuje, więc go obserwowałem przez te kilka lat, ale nie robił wrażenia niebezpiecznego świra. Ale ja coś tak czułem i kiedy teatr, w którym występował przejął inny reżyser i zwolnił go, to stało się. Rouke wyjechał i nie wiem dokąd, ponieważ w chwili, gdy to zrobił, ja musiałem zająć się kilkoma swoimi sprawami rodzinnymi, a potem posłuchałem rad tzw. mądrych ludzi, którym się zwierzyłem i którzy byli zdania, że po prostu popadam w paranoję z powodu sprawy Zodiaka i dałem sobie spokój z Roukiem. Teraz widzę, jak wielki popełniłem błąd.
- Ale przecież nie posiada pan żadnych dowodów na to, że to jest właśnie nasz człowiek - zauważył Ash - Ten znak na jego ręce to jeszcze nie jest ostateczny dowód.
- Dlatego też warto, abyśmy razem wybrali się do paru osób znających osobiście Rouke’a - powiedział na to komisarz Rocker - Sądzę, że ich słowa z pewnością rozwieją twoje wątpliwości.
- Albo przeciwnie, odrzucą pana podejrzenia - zauważyłam.
- Pożyjemy-zobaczymy - rzucił policjant - Chodźcie! Pora na nas!
Ash uśmiechnął się lekko, widząc zachowanie starego Rockera. Widać jego podejście do tej sprawy bardzo mu się podobało, podobnie zresztą, jak i zaufanie, którym nas obdarzył. Dlatego też, chociaż wciąż posiadał pewne wątpliwości, z przyjemnością dołączył do pana komisarza, a ja uczyniłam to razem z nim.

***


Ruszyliśmy więc na poszukiwania informacji na temat Rouke’a i jego osobowości, które to informacje miały być dowodem na to, że to właśnie jest człowiek przez nas poszukiwany. Oczywiście Ash posiadał jeszcze pewne wątpliwości i ja w sumie także, ale im więcej się dowiadywaliśmy o Rouke’u, tym bardziej owe wątpliwości zaczęły się rozwiewać, a kiedy już rozmawialiśmy z ostatnią osobą, to już całkowicie przestały one istnieć, my zaś wówczas doskonale wiedzieliśmy, że Rouke to rzeczywiście człowiek przez nas poszukiwany.
Ludzie, których przesłuchaliśmy opowiedzieli nam wiele ciekawych rzeczy na temat osoby tajemniczego aktora. Dowiedzieliśmy się, że to jest człowiek naprawdę bardzo dziwaczny, bo od kilku lat praktycznie tylko o osobie Zodiaka umiał rozmawiać. Zbierał o nim wręcz wszystkie informacje i gdy mówię „wszystkie“, to dotyczy to dosłownie wszystkiego, co miało związek z Zodiakiem, łącznie z książkami, artykułami z gazety, różnymi drobiazgami i filmem, który swego czasu powstał o działalności Zodiaka. Ponoć Rouke od dawna marzył o tym, żeby zagrać tę postać i zbierał te wszystkie rzeczy po to, aby lepiej wczuć się w jego rolę, jednak zachowanie tego gościa było zdecydowanie dalekie od normalnego, a tak przynajmniej uważali ci, których przesłuchaliśmy.
Ostatnią osobą, z którą rozmawialiśmy był dramaturg Lewis Cantrell, autor sztuki o działalności Zodiaka. Mężczyzna ten, będący człowiekiem w średnim wieku i posiadaczem brązowych włosów, oczu takiej samej barwy, niewielkiego nosa oraz dość odstających uszu, ugościł nas u siebie i kiedy tylko przekazaliśmy mu cel naszej wizyty, to zaraz przeszedł do opowieści na temat Rouke’a.
- Tiberius to naprawdę niezwykła osoba - mówił ponuro dramaturg - To taki człowiek i taki aktor, o którym można powiedzieć, że zabiłby dla dobrej roli. Niejeden raz w teatrze tak dowcipnie o nim mówiliśmy, ale też oczywiście nikt z nas nie brał tego poważnie. Tak czy inaczej był zawsze aktorem o wielkiej ambicji artystycznej. Nie chciał grać byle jakich ról, tylko takie, które wymagają od niego użycia całego talentu. Dlatego zwykle brał role czarnych charakterów uważając, że tylko takie role są godne jego talentu. Tak właśnie robił, a ponieważ był najlepszy w tym, co robił, to reżyserzy sztuk powierzali mu wszelkie role, jakie tylko chciał. I nigdy tego nie żałowali, bo był genialny.
- Pamiętam go w roli Jagona oraz w roli Klaudiusza - powiedział nagle komisarz Rocker - Był rzeczywiście po prostu doskonały w tych kreacjach.
- Tak, choć ja go też lubiłem jako Tartuffe’a - rzekł Cantrell i lekko się przy tym uśmiechnął - Tak wielkiego talentu nie posiada każdy aktor. Grał z prawdziwą pasją, jakby wręcz był tą osobą, którą odgrywał. Oczywiście to wszystko zyskiwało mu wielu fanów i wpajało w niego przekonanie o tym, że jest najlepszy w tym, co robi. To niestety wpędziło go w pychę.
- A jak ta pycha się przejawiała? - zapytałam.
- Och, młoda damo! - zawołał dramaturg - Przejawiała się ona tym, że często miał własne wizje tego, jak jego postać powinna zostać zagrana i te wizje nie zawsze były zgodne z tym, co pokazywała sztuka. Był zdania, że powinien poprawiać to, co już było doskonale. Potrafił się wykłócać w tej sprawie z reżyserami, którzy często ustępowali mu uważając, że takiemu geniuszowi się nie odmawia. Inni z kolei nie zgadzali się z jego pomysłami i on często wtedy rezygnował z roli, póki jego koncepcje nie zostaną podczas przedstawienia zrealizowane. Nie muszę chyba dodawać, że w taki sposób zniechęcał do siebie ludzi. Ale zazwyczaj nie było z nim jakiś większych problemów, pomijając fakt, że strasznie gwiazdorzył. Ale to choroba wielu aktorów i nikt specjalnie się tym nie przejmował. Do czasu, aż z okazji rocznicy sprawy Zodiaka postanowiłem napisać swoją sztukę. Muszę przy tym dodać, że to Tiberius mnie do tego namówił. Od jakiegoś czasu był bardzo przejęty sprawą tego mordercy i uważał, że to jest rola po prostu wymarzona dla niego i koniecznie chciał ją zagrać. Uległem więc jego namowom i napisałem tę sztukę, a on mi w tym pomagał, dodając do tego wiele ciekawych pomysłów. Przede wszystkim naciskał, aby ukazać w tej sztuce postać dzielnego detektywa, który ściga Zodiaka.
- Dlaczego tak bardzo na to naciskał? - spytał Ash.
- Tiberius był zdania, że jego postać powinna posiadać godnego siebie przeciwnika, bo wtedy zagranie tej roli będzie o wiele przyjemniejsze, a wielcy ludzie, nawet ci będący zabójcami, powinni posiadać godnych siebie antagonistów.
Ash wyraźnie pobladł, kiedy tylko to usłyszał, a i mnie to się wydało co najmniej niezwykłe. Słuchaliśmy jednak dalej.
- Dlatego też dodałem taką postać i Tiberius był z tego zadowolony - kontynuował dramaturg - Oczywiście na tym nie koniec. Tiberius chciał, aby jego postać była rozpoznawalna przez widzów i choć przez prawie całą sztukę zakrywa swoją twarz, to i tak powinien posiadać jakiś niewielki znak szczególny, po którym wszyscy skojarzą osobę Rouke’a z Zodiakiem. No i wytatuował sobie na prawym nadgarstku taki dziwny znak, przypominający znak widniejący na masce prawdziwego Zodiaka. I ten oto znak stał się jego wizytówką firmową. Tak czy inaczej Tiberius bardzo polubił swoją postać i chciał często ją grać i był zły, gdy angażowano go także do innych ról. Był zdania, że inne role są owszem, bardzo dobre, ale tylko i wyłącznie granie tej postaci sprawia mu prawdziwą przyjemność. Praktycznie grałby tylko tę postać, przez co popadał w coraz większy konflikt z reżyserami. Miał już coraz mniej fanów, a kiedy w tym roku nowy dyrektor teatru, w którym grał zwolnił go z pracy, Tiberius porzucił grę i zamknął się w swoim domu. Od tego czasu go już nie widziałem i nie wiem, co on obecnie robi.
- Za to my wiemy to aż za dobrze - jęknął Ash i spojrzał na mnie, Buneary oraz Rockera - I wiemy również, gdzie to robi.
- Pika-pika! Pika-chu! - pisnął przygnębiony Pikachu.
- Tylko co dalej? - zapytałam - Co teraz powinniśmy zrobić?
- Jak to, co?! - rzucił mój luby - Polecieć tam i go powstrzymać!
- Powstrzymać? A co się stało? - spytał zdumiony dramaturg - Czyżby znowu coś narozrabiał?
- Oj, uwierz mi, mój przyjacielu. Narozrabiał i to jeszcze jak - jęknął ponuro komisarz Rocker.

***


Ponieważ nasze śledztwo zajęło nam praktycznie prawie cały dzień, to musieliśmy pójść spać i dopiero następnego dnia ruszyć w drogę powrotną do Kanto. Komisarz Rocker zaprosił nas do siebie, częstując nas przy tym wręcz przepyszną kolację, którą zjedliśmy z największą radością. To był po prostu wspaniały posiłek i zjedzenie go było dla nas po prostu prawdziwą przyjemnością, a już zwłaszcza dla Asha, który jak wiadomo był zawsze smakoszem, czy raczej żarłokiem, jak go czasami dowcipnie nazywałam. Choć w przypadku tak smakowitych dań zdecydowanie trudno było nie być łakomczuchem, bo takie dania aż się prosiły o to, aby je zjadać albo raczej pałaszować i to tak, aż się uszy trzęsą, co też ja i Ash oczywiście zrobiliśmy z tak pyszną kolacją przygotowaną dla nas przez naszego gospodarza.
Następnego dnia rano złapaliśmy samolot do Kanto i właśnie nim polecieliśmy do Alabastii z nadzieją, że pod naszą nieobecność nie stało się w mieście nic złego i nasi bliscy są bezpieczni. Niestety, o ile to drugie było zgodne z naszymi przypuszczeniami, o tyle to pierwsze już nie, o czym mieliśmy okazję dowiedzieć się zaraz po przybyciu do miasta. Ledwie tylko tam przybyliśmy, a zaraz natknęliśmy się na Boba, który o mały włos nie staranował nas swoim motorem, gdy przechodziliśmy na pasach.
- Hej, kolego! Mógłbyś trochę uważać, co?! - zawołał gniewnie Ash do policjanta - Przecież jesteś policjantem! Kto jak kto, ale ty nie powinieneś łamać prawa!
- Pika-pika-chu! - zapiszczał ze złością w głosie Pikachu.
- Poza tym, gdzie ci się tak spieszy, co?! - dodałam z lekką złością.
- Och, wybaczcie mi, proszę - odpowiedział Bob, który zatrzymał się, aby nas przeprosić za swoje zachowanie - Strasznie was przepraszam, ale naprawdę mamy dzisiaj urwanie głowy przez tego świra Zodiaka.
- Zodiaka? - zapytał zdumiony komisarz Rocker.
- To on znowu zabił? - jęknęłam w szoku.
- Pika-pika? - dodał załamany Pikachu.
Ash w szoku złapał się za serce i pobladł na twarzy tak bardzo, że przez chwilę się bałam, że zaraz tutaj umrze z tego szoku, jakiego właśnie doznał. Podbiegłam do niego i złapałam go za ramiona i zawołałam:
- Ash! Kochanie, co ci jest?
- Wszystko z tobą dobrze, mój chłopcze? - dodał komisarz Rocker.
- Nie. Nic nie jest dobrze i nie wiem, czy kiedykolwiek będzie dobrze - odparł załamanym głosem Ash, po czym spojrzał na Boba i zapytał: - Kiedy to się stało?
- Wczoraj wieczorem, jakoś tak kilka godzin po tym, jak wyjechaliście - odpowiedział mu policjant - A dzisiaj rano bydlak przysłał nam kolejny filmik z dowodem swojej zbrodni, którą to się chwali w typowy dla siebie sposób.
Ash pobladł jeszcze bardziej na twarzy i przez chwilę nic nie mówił, aż w końcu z trudem wydusił z siebie:
- Kto został zabity tym razem?
- Eliach Root, trener Pokemonów, bardzo zasłużony w świecie sportu i przynoszący wielką chlubę całemu Kanto.


Ash odetchnął z ulgą. Widać przez chwilę pomyślał, że być może kolejną ofiarą szaleńca była jakaś bliska mu osoba. Oczywiście bardzo go przejęło, że ktoś zginął z ręki tego świra, ale i tak mimo wszystko trudno mu było nie odetchnąć z ulgą, iż jednak nie była to żadna bliska mu osoba. Trudno mi mieć za złe i praktycznie nawet przez myśl mi nie przeszło, aby z tego powodu choćby lekko skarcić. Zamiast tego po prostu położyłam mu czule rękę na ramieniu i powiedziałam:
- Ash, spokojnie. Nasi bliscy żyją. Nikt z nich nie zginął.
- To prawda, oni żyją - pokiwał lekko głową mój ukochany - Ale za cenę kolejnej, bezsensownej ofiary. Nie powinno mnie to wcale cieszyć. Nie powinno, a jednak cieszy, rozumiesz to? Cieszy mnie, że zmarł ktoś obcy, a nie ktoś, kto jest mi bliski. Czy ja nie jestem potworem?
- Nie, kochanie. Nie jesteś potworem - odpowiedziałam - I proszę cię, nawet tak nie myśl.
- To ten świr jest potworem, ale spokojnie - odrzekł komisarz Rocker - Dopadniemy go jeszcze. Teraz, kiedy już wiemy, kim ten bydlak jest, łatwo go dopadniemy.
- Nie powinienem był wyjeżdżać - mówił Ash jakby sam do siebie - On tylko czekał na okazję, aby zaatakować i ja mu ją dałem.
- I tak by zaatakował, bez względu na wszystko - odpowiedział Rocker - Nie możesz się o to wszystko obwiniać.
- Ash... Jestem pewien, że Jenny chciałaby z tobą rozmawiać - dodał Bob - Może byście tak poszli razem ze mną do...
- Jenny? Niech mi da święty spokój - warknął Ash i ruszył w kierunku restauracji „U Delli“.
- Pójdziemy do Jenny jutro - powiedziałam do Boba - Dzisiaj to sam chyba rozumiesz...
- Spokojnie, rozumiem - pokiwał ponuro głową policjant - A zatem widzimy się jutro.
- A ja idę do mojego bratanka - dodał komisarz Rocker - Chcę z nim porozmawiać o całej tej sprawie.
- A pójdzie pan do kapitan Jenny i opowie jej o naszym odkryciu? - zapytałam komisarza.
- Być może - odparł starszy pan - Tylko boję się, że może ona w zły sposób wykorzystać te informacje i jeszcze spłoszy naszego gagatka. A tego bardzo bym nie chciał. Mój bratanek lepiej zdecyduje, jak odpowiednio z tych danych skorzystać.
- Widzę, że nie ma pan najlepszego zdania o tutejszej policji - rzekł Bob ironicznie - Choć pewnie ma pan rację.

***


Ash musiał pójść do restauracji „U Delii“, aby się upewnić, że jego bliskim nic się nie stało i że rzeczywiście żadne z nich nie padło ofiarą tego świra Zodiaka. Na całe szczęście wszystko było z nimi w porządku, Delia i cała reszta byli cali i zdrowi, a o zbrodni jeszcze nic nie wiedzieli, ponieważ policja jeszcze tej wiadomości nie opublikowała. Ash kilka razy dziękował Najwyższemu za to wszystko, ale też jednocześnie był bardzo przygnębiony z powodu tego, co się stało i do końca dnia bardzo mało się odzywał. Wcale jednak mu się nie dziwiłam, bo w końcu o czymś takim raczej nie jest przyjemnie rozmawiać. Byłam również tym wszystkim przybita i jakoś mnie także się nie paliło do rozmów, dlatego też oboje spędziliśmy wieczór i noc prawie w całkowitym milczeniu.
Następnego dnia zaś poszliśmy po śniadaniu na posterunek policji, gdzie już czekali na nas Jenny z Bobem. Towarzyszył nam Pikachu, ale bez swojej ukochanej, która została przy Delii, aby przy niej czuwać na prośbę mojego chłopaka.
- O! Jesteście! - zawołała zadowolona pani kapitan - Bob mówił mi, że wróciliście. Podobno przywieźliście ze sobą pana Geoffreya Rockera, stryja mojego byłego szefa. Odkryliście razem z nim coś w tej Ameryce?
- Owszem, kilka ciekawych informacji - odpowiedziałam jej - A co? Kapitan Rocker nie dzwonił w tej sprawie do ciebie?
- Jeszcze nie raczył, choć pewnie to zrobi - odparła Jenny - Ale to teraz nieważne. Słuchajcie, mamy tutaj kolejne nagranie od Zodiaka. Chciałam, żebyście je obejrzeli.
- A niby po co? - zapytał ponuro Ash - Czy musisz nas katować tym draństwem?
- Zapominasz, że pan generał właśnie całej naszej czwórce powierzył tę sprawę - powiedziała kapitan Jenny - Jeśli więc mamy ją rozwiązać, to musimy razem współpracować i badać każdy trop, nawet te straszne filmy.
Ash, chociaż bardzo niechętnie musiał przyznać jej rację i dlatego też zgodził się ostatecznie na to, abyśmy obejrzeli z nią ten film. Ja również nie byłam wcale zadowolona z tego faktu, ale postanowiłam zachować się w sposób bardzo profesjonalny i obejrzeć to nagranie, traktując je jako dowód rzeczowy w sprawie tego psychola. Jenny i Bob pogratulowali nam obojgu profesjonalizmu i włączyli nagranie. Już po chwili znowu ujrzeliśmy na ekranie tak znienawidzoną przez nas postać Zodiaka, który pokazywał nam swoją kolejną ofiarą przywiązaną za nogi do krzesła. Obok tej osoby leżał stół, a na nim skrzypce, zaś przed nim stojak z nutami. Biedny uprowadzony miał jeszcze bardzo mocno przyczepione do głowy jakieś kabelki, ale nie zdołał ich zdjąć, choć próbował przez chwilę tego dokonać, lecz w końcu sobie to darował widząc wyraźnie, że to bezcelowe.
Zodiak stał tuż za swoją ofiarą i patrząc w kierunku kamery rzekł:
- Witajcie, moi kochani. Jak widzicie kolejna ofiara mojego genialnego umysłu staje oto przed wami i zaprezentuje wam swoje umiejętności, dzięki którym zyska coś bardzo dla siebie cennego. Szybką śmierć.
Po tych słowach bydlak wskazał na stolik i rzekł:
- Oto skrzypce! Ależ piękne, prawda? Są dla mnie niezwykle cennym przedmiotem, ponieważ wiążą się z osobą mojego wspaniałego przeciwnika Sherlocka Asha. Jeśli on to teraz ogląda, to całą z pewnością doceni moją inwencję. Oto bowiem teraz ofiara zagra utwór na tych skrzypcach i będzie musiała zagrać po prostu bezbłędnie. Wiem, że umie grać, dlatego z całą pewnością nie sprawi mu to najmniejszej trudności. Uprzedzam jednak, że za każdą pomyłkę biedaka spotka sroga kara w postaci bardzo bolesnych impulsów elektrycznych z tego oto urządzenia, które jest podłączone do jego głowy.
To mówiąc Zodiak z podłym uśmiechem na twarzy pokazał w kierunku ekranu trzymany przez siebie niewielki przedmiot z paroma gałkami oraz przyciskamy.
- Zagraj więc, przyjacielu - powiedział zachęcająco Zodiak do swojej ofiary - Zagraj, bo przysięgam, że źle się to dla ciebie skończy, jeżeli mi odmówisz. Nie wierzysz mi? To lepiej uwierz.
Po tych słowach Zodiak nacisnął przycisku na trzymanym przez siebie urządzeniu, a jego ofiara jęknęła z bólu, trzęsąc się przy tym. Zodiak więc jednak nie żartował.
Biedny trener więc nie miał więc wyboru i musiał zacząć grać. Nie było to jednak wcale takie proste, jakie się mogło wydawać, zwłaszcza, że z nerwów ręce mu się trzęsły i chcąc nie chcąc pomylił kilka nut, czego też efektem było wysłanie przez urządzenie Zodiaka, zgodnie z zapowiedzią, kolejnych elektrycznych impulsów, przy czym za każdym razem były one coraz mocniejsze i coraz bardziej bolesne, aż w końcu za którymś razem biedny trener Pokemon z powodu bólu nie był już w stanie dłużej grać. Upuścił więc skrzypce na ziemię i jęcząc błagał o litość.
- Wyłącz to! Nie mogę już na to patrzeć! - zawołałam załamana.
Bob spełnił moje życzenie i wyłączył nagranie, z kolei Ash, który wyglądał teraz po prostu strasznie. Był trupio-blady i spocony z nerwów, szybko wybiegł z budynku policji i pognał przed siebie, nie czekając nawet na wiernego Pikachu, który to oczywiście pognał za nim.
- Ash! Zaczekaj! - zawołałam, wybiegając za nim.
Szybko jednak darowałam sobie pościg. Zbyt dobrze wiedziałam, że jeżeli mój ukochany nie chce, żeby go dogoniono, to bieganie za nim jest pozbawione sensu.
- Przykro mi, że musieliście to oglądać - powiedziała Jenny, która wyszła tuż za mną - To zdecydowanie nie był przyjemny widok.
- Delikatnie mówiąc - rzuciłam gniewnie w jej stronę.
- Ale musieliście to zobaczy. To było konieczne - mówiła dalej pani kapitan - Sami widzieliście, że sprawa jest coraz bardziej niebezpieczna. Jeśli więc razem z tym emerytowanym gliniarzem coś wiecie, to lepiej to powiedzcie, zanim ten bydlak znowu zaatakuje.
- Komisarz Rocker jest teraz u swojego bratanka - powiedziałam - Jeśli chcesz się czegoś od niego dowiedzieć, złóż mu wizytę. Ja muszę poszukać Asha i postarać się go wesprzeć w tej ciężkiej sytuacji. Może też razem coś zdołamy wymyślić, choć obawiam się, że raczej nie.
Po tych słowach powoli odeszłam w kierunku, w którym odszedł Ash.

***


Uzupełnienie pamiętników Sereny - opowieść Asha:
Wiedziałem bardzo dobrze, że nie było to najmądrzejsze posunięcie z mojej strony, jednak moje przygnębienie z powodu całej tej sytuacji było tak wielkie i bolesne, że zapragnąłem przez chwilę być sam. Oczywiście wówczas jeszcze nie wiedziałem, jak poważne będą tego konsekwencje, bo gdybym to wiedział, nigdy nie oddalałbym się od mojej ukochanej. Ale człowiek zawsze jest mądry dopiero po szkodzie, a konsekwencje naszego postępowania rzadko da się przewidzieć.
Załamany pobiegłem przed siebie tuż po obejrzeniu tego okropnego filmu pozostawionego przez Zodiaka. Doskonale wiedziałem, że ten bydlak wybrał celowo taki właśnie sposób wykończenia swojej ofiary, aby zabolało mnie to najbardziej. W końcu z pewnością nie bez powodu użył w swojej wypowiedzi mojego pseudonimu detektywa. To nie mógł być przypadek - ten świr dobrze wiedział, że zobaczę ten film i kpił sobie ze mnie. Nie ma innego wytłumaczenia. Chciał mi zadać ból i udało mu się to doskonale, a ja nie wiedziałem, w jaki sposób mam go dorwać. Przecież to, że wiedzieliśmy już, kim on jest, wcale nie dawał nam pewności schwytania go. Dodatkowo to był zdolny aktor i umiał wtopić się w tłum, kiedy tylko chciał. A ja błądziłem jak dziecko we mgle i wciąż byłem daleko od schwytania go.
Pogrążony w takich oto dość ponurych myślach szedłem powoli przed siebie, aż trafiłem jakimś cudem w okolice kawiarni „Pod Różą“, skąd nagle ktoś mnie zawołał po imieniu. Rozejrzałem się i zobaczyłem siedzących na tarasie tatę wraz z Cindy. Zdziwiła mnie ich obecność tutaj i początkowo chciałem odejść bez słowa, ale stwierdziłem, że tak się nie powinno robić i powoli podszedłem do nich, mrucząc ponuro:
- Cześć wam.
- Witaj, synu - rzekł mój tata - Jak widzę, nie wyglądasz najlepiej.
- Też byś nie wyglądał najlepiej, gdybyś zobaczył to, co ja zobaczyłem przed chwilą - rzuciłem ponuro.
- A co takiego widziałeś?
- Nagranie z kolejnej działalności Zodiaka.
- On znowu zaatakował? - zapytała przerażona Cindy.
- Tak, niestety tak - potwierdziłem, siadając przy ich stoliku - Policja tego jeszcze nie ogłosiła, bo boi się wybuchu paniki w mieście. Już i tak cała Alabastia drży ze strachu przed tym świrem, a ludzie chodzą grupami po ulicach bojąc się, że sami nie są bezpieczni. Ale coś mi mówi, że Zodiak już niedługo wrzuci do Internetu wiadomość o swojej kolejnej zbrodni i tak wszyscy się o niej dowiedzą.
- Wiesz, policja mogłaby wreszcie coś z tym zrobić - zauważyła Cindy - Przecież ten świr zabija niewinnych ludzi. A oni co?! Wciąż nie potrafią w żaden sposób go namierzyć!
- Policja robi, co może - powiedziałem - Trudno jest złapać człowieka, który potrafi skutecznie się przebierać i ciągle zmienia miejsce pobytu.
- Ale zawsze można być skuteczniejszym - upierała się przy swoim Cindy - Ten świr zabił jednego z moich najlepszych dziennikarzy!
- Który notabene miał opisać jego działalność w Wertanii - wtrącił mój tata.
- To akurat szczegół - machnęła na to ręką Cindy - Ważne jest to, że był po prostu doskonały w swoim fachu i wszyscy bardzo go lubiliśmy. Dla mnie był jak brat. Jego strata boli więc nas jeszcze bardziej.
Spojrzałem przygnębionym wzrokiem na partnerkę mojego ojca i już chciałem coś powiedzieć, kiedy nagle zauważyłem, że przed dziennikarką leży jakaś gazeta i z ciekawości zapytałem, co to za pismo.
- To? To stary numer „Kanto Expressu“. Mój biedny przyjaciel został w nim wyróżniony jako jeden z pięćdziesięciu najbardziej zasłużonych dla Kanto ludzi.
- Ty też tam jesteś, mój synu - wtrącił się tata - I Serena także.
- Ja i Serena? - zdziwiłem się.
- A tak. Zobacz sam.
Po tych słowach ojciec podał mi gazetę, w której rzeczywiście widniał szeroki aż na dwie strony rząd niewielkich fotografii z drobnymi opisami osoby znajdującej się na owych fotografiach, nad nimi zaś widniał wielki napis: „PIĘĆDZIESIĘCIU LUDZI NAJBARDZIEJ ZASŁUŻONYCH DLA KANTO“. Wśród tych zdjęć były też zdjęcia moje i Sereny.
- No proszę, nawet ładnie tu wyszliśmy - powiedziałem dowcipnie - O! W doborowym towarzystwie się znaleźliśmy. Burmistrz Alabastii, generał policji z Wertanii... Cała śmietanka towarzyska.
- A wy pośród nich - zaśmiał się tata.
Uśmiechnąłem się delikatnie i już chciałem coś powiedzieć, gdy wtem coś przykuło moją uwagę. Dostrzegłem przypadkiem pośród zdjęć również i fotografię pierwszej z ofiar Zodiaka. Po krótkiej, aczkolwiek intensywnej obserwacji zauważyłem, że w tym artykule są zdjęcia właściwie wszystkich ofiar tego świra, łącznie z obecną. Przypadek? Raczej wątpliwe. Zacząłem się dokładniej przyglądać tym zdjęciom i nagle coś mnie tknęło, jakiś jakby taki przebłysk geniuszu, jeśli można to tak nazwać.
- O rany! - jęknąłem.
- Co się stało? - zapytał mój ojciec z troską w głosie.
- Pika-pika? - dodał zaniepokojony Pikachu.
- Chyba wreszcie zaczynam rozumieć - powiedziałem - Tak! Teraz już wszystko zaczyna nabierać sensu! Apostołowie! A więc o to mu chodziło! To dlatego musi być ich dwunastu!
- O czym ty mówisz? - zdziwiła się Cindy.
- Wiedziałem, że on nie wybierał ofiar przypadkowo! Coś je łączyło obok bycia zamożnymi! I miałem rację! - zawołałem, nie zwracając uwagi na to, że ojciec i Cindy niewiele z tego rozumieją - A więc to tak ich sobie wybrał! Teraz wszystko nabiera sensu!
- Obawiam się, że nie dla mnie. Mógłbyś łaskawie wyrażać się jaśniej?
Parsknąłem śmiechem, gdy to usłyszałem.
- Proszę cię, Cindy. Zupełnie, jakbym słyszał Serenę.
Nagle znowu coś mnie tknęło. Zacząłem bardzo dokładnie przeglądać ten artykuł i dość szybko dostrzegłem coś, co przeraziło mnie strasznie.
- O Boże! - krzyknąłem - Serena!
Zerwałem się od stolika i pognałem przed siebie, a Pikachu zrobił to samo, piszcząc przy tym z niepokoju.
- Hej, Ash! Dokąd biegniesz?! Co się stało?! - wołał za mną ojciec.
Nie miałem jednak czasu mu odpowiadać. Musiałem szybko ratować Serenę, zanim coś jej się stanie. Od paru ludzi dowiedziałem się, że jakoś tak niecałą godzinę temu weszła do hotelu razem z jednym starszym panem, który zasłabł na ulicy, a ona mu pomogła wraz z jeszcze paroma ludźmi wejść do hotelu. Szybko pobiegłem tam i w recepcji zapytałem o Serenę.
- A jak wyglądała ta panna? - spytał recepcjonista.
- Trochę niższa ode mnie, niebieskie oczy i włosy o barwie dojrzałego miodu i w ogóle przepiękna - odpowiedziałem niewiele myśląc.
- Ach ta! To rzeczywiście była! I chyba nadal jest, bo nie widziałem, żeby wychodziła.
- Jak to?
- Przyszła z jednym z naszych gości, takim starszym panem. On chyba zasłabł na ulicy i ona z jeszcze dwojgiem ludzi pomogła biedakowi wejść do jego pokoju. Ja sam też pomogłem i chciałem nawet wezwać pogotowie, ale gość się nie zgodził. Mówił, że to przez ten upał i zaraz mu przejdzie, tylko musi chwilę odpocząć. Wszyscy się więc rozeszli, poza tą panną i pewnie ona nadal przy nim czuwa.
- Który to pokój?
- Dwadzieścia cztery, drugie piętro.
Pognałem razem z Pikachu na piętro, gdzie bez trudu odnaleźliśmy wskazany pokój, ale gdy tylko do niego wpadliśmy, po prostu zmroziło nas oboje. Pokój był już pusty, okno posiadające wyjście przeciwpożarowe było otwarte, a na podłodze leżał dobrze mi znany kapelusz - różowy z czarną wstążką. Podniosłem go powoli z podłogi i jęknąłem:
- Boże! Serena!
I po raz pierwszy w życiu z tego całego szoku zemdlałem.

***


Kalos, 3 lata wcześniej:
Leżąc w szpitalu, tuż po bliskim spotkaniu z dzikim Sharpedo miałem znacznie więcej czasu niż przedtem, aby spokojnie pomyśleć o bardzo wielu sprawach. Przyszło mi to tym łatwiej, że tego wieczora jakoś nie czułem się śpiący, w przeciwieństwie do mojego Pikachu, który spał sobie smacznie na posłaniu obok mojego łóżka. Ale ja nie mogłem spać. Wciąż nie dawała mi spokoju pewna sprawa: coraz mocniej myślałem o Serenie. Często, kiedy tylko miałem wolną chwilę, której nie poświęcałem na treningi czy też jedzenie (obie te czynności sprawiały mi wielką przyjemność) pogrążałem się w swoich myślach. Zastanawiałem się, co będę robił, kiedy już spełnię swoje marzenie, kiedy wygram Ligę Pokemon i zostanę w końcu Mistrzem. W takich chwilach zawsze przed oczami stawały mi moje dotychczasowe podróże, przygody i oczywiście wierni przyjaciele. W końcu to właśnie im tak wiele zawdzięczam. Zawsze mogłem liczyć na ich wsparcie, a oni na moje. Ale podczas podróży po Kalos przyłapałem się, że szczególnie wiele czasu myślę o Serenie - mojej pierwszej przyjaciółce. Nieraz wspominałem swoje towarzyszki podróży, zwłaszcza w sytuacjach, które przypominały mi jakąś wspólną naszą przygodę, ale żadnej nie poświęcałem tyle swej uwagi, co właśnie Serenie.
Od samego początku naszej wspólnej podróży po Kalos czułem w sercu przyjemne ciepło związane z jej obecnością. To uczucie towarzyszyło mi już od pierwszej chwili, w której się spotkaliśmy. Byłem wtedy mocno zdołowany swoją porażką w pierwszej walce o Odznakę w Kalos - z Violą, siostrą Alexy. Zdawało mi się, że w ogóle nie mam czego szukać w tym regionie, skoro już pierwszy Lider, którego wyzwałem, prezentował tak wysoki poziom. Nie zauważyłem jednak tego, że zostawiłem swój plecak na terenie Sali. Wówczas to przyniosłam mi go Serena, która jak się okazało oglądała moją bitwę i mimo jej wyniku uważała, że szło mi naprawdę dobrze. Muszę przyznać, że już na początku czułem, że dzięki rozmowie z nią odzyskuję pewność siebie. Serena później wspierała mnie w treningu oraz najmocniej dopingowała mnie podczas rewanżowej walki z Violą. I to dzięki niej udało mi się wygrać. Tak, właśnie dzięki niej wygrałem, byłem tego pewien.
Poza tym bardzo dobrze czułem się w towarzystwie Sereny i bardzo chciałem, aby towarzyszyła mi w dalszej podróży. Zawsze cieszyłem się, kiedy ktoś przyłączał się do mnie w trakcie podróży i towarzyszył mi do jej końca. Nigdy nie chciałem jednak zatrzymywać kogoś przy sobie na siłę. Każdy z mych kompanów oferował się, że chce mi towarzyszyć z tego, czy innego powodu. Różnie to bywało, np. Misty chciała początkowo, abym zapłacił jej za rower, potem jednak towarzyszyła mi po prostu ze względu na przyjaźń, jaka się między nami narodziła. Brock chciał doskonalić się najpierw jako Lider, potem hodowca Pokemonów i wreszcie jako lekarz, a siedząc na miejscu w Marmorii nie osiągnąłby tego. To wszystko, podobnie jak i nasza przyjaźń sprawiło że również towarzyszył mi w podróży.
Mógłbym tu wymieniać dalej moich pozostałych przyjaciół, czyli May, Max, Dawn, Iris, Cilan i Alexa, którzy stali mi się bliscy dzięki naszym wspólnym podróżom i przeżytym wtedy przygodom, ale to nie ma teraz większego znaczenia. Zmierzając jednak do sedna, w przypadku Sereny sam poczułem chęć, aby poprosić ją o przyłączenie się do mnie. Dlatego też spytałem, czy Serena nie chciałaby towarzyszyć mnie, Clemontowi i Bonnie w dalszej podróży. Bardzo mi na tym zależało, choć muszę zauważyć, że rodzeństwo z Lumious od razu poparło mój pomysł. I kiedy Serena zgodził się na to, byłem bardzo szczęśliwy. Jednak to był dopiero początek, bo już niedługo potem okazało się, że z Sereną poznaliśmy się dużo wcześniej. To było wtedy, kiedy oboje mieliśmy po siedem lat, spotkaliśmy się na Letnim Obozie Pokemonów prof. Oaka. Już wtedy połączyła nas głęboka więź, lecz przez późniejsze lata, przez swoją wędrówkę za tytułem Mistrza Pokemon oraz przez moją szaloną rywalizację z Garym niemal o niej zapomniałem. Mimo tego Serena nie złościła się na mnie za to poważnie, chociaż też początkowo nie była z tego powodu zadowolona, ale szybko jej przeszło, ponieważ ważniejsza była dla niej radość z naszego ponownego spotkania.
Przeżyliśmy wspólnie wiele przygód w czasie podróży po Kalos i zauważyłem, że podczas nich coraz częściej myślę właśnie o niej. Zacząłem rozumieć, że czuję do niej coś więcej niż tylko przyjaźń, lecz z różnych powodów tłumiłem to uczucie. Wciąż bolała mnie ta sprawa z Dawn, nie zapomniałem też o sytuacji z Misty, choć oboje wtedy nie byliśmy gotowi na większe uczucie. Ale wydawało mi się, że z Dawn będzie inaczej. I tu spotkało mnie, niestety, poważne rozczarowanie. Dlatego też, kiedy tylko poczułem, że zaczynam już kochać Serenę, rozsądek powstrzymywał mnie przed okazywaniem swych uczuć. Ale nie całkiem, np. kiedy w ramach wdzięczności za pomoc podarowałem Serenie pod Drzewem Przyrzeczeń wstążkę, która bardzo się jej spodobała. I ku mojej uldze przyjęła ją i to z wielką radością. Nieraz wcześniej zdawało mi się, że ona sama czuje do mnie coś więcej, ale z oczywistych powodów nie poruszałem tej kwestii. Mimo to cieszyłem się każdą chwilą z nią spędzoną, bardzo ceniłem sobie jej rady, przeurocze pomysły na spędzanie czasu, szczerą radość z życia i zaangażowanie w różne przedsięwzięcia. W chwili, kiedy poprosiłem ją o towarzyszenie mi w podróży, powiedziałem jej, że mnie inspiruje podczas walk o Odznaki, naprawdę tak myślałem i nadal myślę. W walce z Violą, a później z Korriną to dzięki Serenie wpadłem na pomysł strategii, która zapewniła mi zwycięstwo. Nie tak dawno w Snowbell, kiedy przegrałem swoje pierwsze stracie z Wulfriciem, czułem się strasznie załamany. I znów to właśnie Serena podniosła mnie na duchu i dzięki niej obudziłem się z letargu. Jeszcze wcześniej, kiedy przeziębiłem się w trakcie treningu i nie mogłem stoczyć walki z Jimmym i jego Pikachu, Serena zastąpiła mnie w walce. Nie muszę chyba mówić, że przebierała się przy mnie, a ja miałem okazję zobaczyć ją w bieliźnie, co sprawiło mi wielką radość - dopiero wtedy ujrzałem Serenę jako kobietę: piękną, cudowną i seksowną. Do tego też troskliwą, gdyż wcześniej opiekowała się mną, kiedy Clement i Bonnie poszli do apteki po leki. Potem, walcząc z Jimmym broniła mojego honoru i to naprawdę doskonale to zrobiła, bo dogadywała się z Pikachu tak dobrze, jak ja. Ale największą radość sprawił mi widok Sereny w bieliźnie, który był cudowny i wpatrywanie się w ten widok sprawiało mi ogromną radość i do tego zachęciło mnie, aby częściej podziwiać takie przepiękne widoki np. podczas wspólnego pływania w morzu, gdzie chodząc przy mnie w bikini była również bardzo skąpo ubrana i miałem okazję podziwiać jej fizyczne piękno, które dorównywało temu psychicznemu.
Wciąż jednak mimo wszystko miałem obawy, czy wyznać jej to, co naprawdę do niej czuję. Nie dawno omal jej nie straciłem, kiedy zaatakował nas Sharpedo podczas kąpieli w morzu. Na szczęście udało mi się uratować Serenę, choć przy okazji sam trafiłem do szpitala. Miałem wiele szczęścia i wiedziałem, że już niedługo będę mógł wyjść. Czy jednak zdecydować się wyznać jej swoje uczucia? A jeśli ona nie czuje do mnie miłości, a jedynie bardzo silną przyjaźń? Co będzie, jeśli ją zniszczę w ten sposób? Jak będą wtedy wyglądały nasze relacje? Czy nadal będę miał w sobie dość sił, aby walczyć w Lidze Kalos i ją wygrać? Te i wiele innych pytań przelatywało mi w głowie, lecz nie mogłem znaleźć na nie odpowiedzi.


Nagle ogarnęło mnie jasne, ciepłe światło i zauważyłem, że nie jestem już w pokoju szpitalnym. Znalazłem się za to w jakieś przestronnej sali, przypominająca mi trochę sale z Zamku Bitew, jednak znacznie ubożej wyposażoną. Dostrzegłem też okna i wyjście na balkon, lecz najbardziej moją uwagę przykuł inny obiekt. Był to spory kawał kryształu, który okazał się być dość specyficznym lustrem. Dziwne, ale bardzo przypominał mi on magiczne kryształy z Lustrzanej Jaskini, dzięki którym przeżyłem naprawdę niesamowitą przygodę w innym wymiarze. Ciekawiło mnie, czy może to lustro także pochodzi z tego miejsca.
- Zgadza się Ash, ten kryształ pochodzi właśnie z tej jaskini - rozległ się nagle czyjś głos.
- Kim jesteś, pokaż się. Dlaczego się tu znalazłem? - zawołałem.
- Jestem tutaj - rzekł nieznajomy, który pojawił się niespodziewanie w kłębach czarnego dymu.
Choć widziałem już sporo niezwykłych rzeczy i wiele niezwykłych osób podczas moich przygód, to miałem wrażenie że widzę postać rodem z filmów fantasy czy horrorów. Był to nastolatek, w podobnym co ja wieku, może nieco starszym. Miał świecące na niebiesko oczy, ciemne blond włosy i otaczała go dziwna, czarna poświata, ale z jego twarzy nie wyczytałem żadnych złych zamiarów, choć pozory mogą mylić.
- Kim jesteś i w jakim celu mnie tu sprowadziłeś?
- Już mówię, Ash - odparł nieznajomy - Jestem przybyszem z innego świata, chociaż narodziłem się w tym świecie. I sprowadziłem cię tutaj, aby pomoc ci podjąć ważną decyzję.
- Jaką decyzję? - zapytałem zdziwiony.
- Czy wyznać Serenie to, co do niej czujesz, czy też może lepiej tego nie robić i skupić się na wygraniu Ligii Pokemon.
Moje zdumienie nie miało wtedy granic. Skąd ten gość wiedział, co mnie dręczy? Czyżby czytał w myślach, jak Pokemony typu psychicznego? I czemu chce mi pomóc?
- Tak, umiem czytać w myślach - powiedział spokojnie chłopak - Chcę ci pomóc, gdyż zależy mi na tym, aby uczucie jakie narodziło się między tobą i Sereną przetrwało i nadal się rozwijało.
- Ale nadal nie rozumiem, w jakim celu to robisz - rzekłem, nadal nic nie rozumiejąc.
- Po pierwsze, świat z którego pochodzę właśnie taką miłość uważa za największa wartość - odpowiedział nieznajomy - Po drugie wasze uczucie jest bardzo piękne i przypomina mi to, które swego czasu łączyło mnie z moją dziewczyną.
Mówiąc to chłopak mocno posmutniał, a ja poczułem żal w związku z tym, o czym on mówi.
- Czy to znaczy, że to uczucie już nie istnieje, skoro tak mówisz? - spytałem mimo woli, choć wydało mi się to nieco niegrzecznym pytaniem.
- Istnieje - odparł chłopak - Ale niestety, moja ukochana nie żyje. Ja jednak wciąż żywię do niej to uczucie i wiem, że ona też. Mimo wszystko.
- Bardzo mi przykro, nie chciałem...
- Spokojnie, Ash - odparł chłopak, uśmiechając się przy tym lekko - Wiem, że nie chciałeś mnie urazić. Ale ze względu na wspomniane powody chce ci pomóc podjąć właściwą decyzję. W sumie jest jeszcze jeden powód, dla którego to robię.
- Jaki to powód? - spytałem zaciekawiony.
- Taki, że przy naszym następnym spotkaniu, będę chciał prosić cię o pomoc.
- Następnym?
- Tak albo przy jednym z następnych spotkań, o ile takie będą, choć sądzę, że raczej będą.
- I w czym ja będę miał ci pomóc?
- Spokojnie, wszystkiego się dowiesz w swoim czasie, o ile oczywiście on nadejdzie - powiedział nieznajomy - To wszystko zależy w dużej mierze od decyzji, jaką podejmiesz. Wierz mi lub nie, Ash, ale ona jest tutaj wręcz kluczowa.
- Powiedz mi, proszę, jak chcesz mi pomóc podjąć tę decyzję? Czyżby za pomocą owego kryształu?
- Tak, Ash - przytaknął chłopak - Bo widzisz, z jego pomocą można oglądać przyszłość, w każdym razie ja używam go do tych celów. Moja moc to ułatwia.
- Możesz zobaczyć przyszłość? - spytałem zdumiony.
- Owszem, przeszłość zresztą także - potwierdził nieznajomy.
- Więc posiadasz moce podobne do Dialgi, mam rację?
- Podobne, ale nie mogę się przenosić w czasie, a w każdym razie nigdy tego nie próbowałem. Mogę jednak oglądać te wydarzenia i pokazać ci przyszłość, w zależności od tego, co zdecydujesz.
- Czyli zobaczę to, co się stanie, jeśli zdecyduję się powiedzieć Serenie co do niej czuję oraz to, co się stanie, jeżeli tego nie zrobię?
- Dokładnie.
- A zatem pokaż mi, co się stanie. Chcę wszystkiego się dowiedzieć. Czy ja i Serena będziemy szczęśliwi? Czy zdołam wygrać Ligę Pokemon?
- Zgoda, pokażę ci wizję przyszłości, ale zanim to zrobię wiedz, że część wydarzeń z obu wersji przyszłości może w ogóle nie mieć miejsca. Są bowiem wydarzenia stałe i są wydarzenia zmienne. Przyszłość cały czas jest w ruchu, jednak wiele wydarzeń jest stałych i na pewno będą miały miejsce.
- Wybacz, ale mimo wszystko jest to dość skomplikowane. Nie ma co, magia tak jak i nauka jest niesamowita, ale i skomplikowana
- Zatem po prostu spójrz w kryształ i przekonaj się sam, co cię czeka - zachęcił gospodarz.
Nie mogłem się oprzeć pokusie, dlatego popatrzyłem w zwierciadło. Zastanawiałem się przy tym, co się stanie, jeśli jednak skupię się jedynie na swojej walce o tytuł Mistrza Pokemon, a relacje z Sereną ograniczę tylko do obecnej przyjaźni.


Cóż... W pierwszej wizji, którą mi ukazano wszystko wydawało się zmierzać w dobrym kierunku. Przeżyliśmy w regionie Kalos jeszcze wiele ciekawych przygód m.in. zwiedziliśmy ciekawy park rozrywki z gadżetami, który tak zachwalał Clemont, kilka razy walczyliśmy z Zespołem R i pokonaliśmy wiele trudności, aż w końcu nastała Liga Kalos. Miałem w niej wielu silnych konkurentów, lecz mimo to udawało mi się ich pokonać. W końcu dotarłem do finału i walczyłem w nim z Dianthą, jednak mimo dania z siebie wszystkiego, przegrałem z nią. Tym razem brakowało naprawdę niewiele, lecz znowu nastąpiła porażka. Czułem w sercu ukłucie bólu, choć z drugiej strony bycie wicemistrzem Ligii Kalos też sprawiało mi dużo radości. Zaszedłem dalej, niż kiedykolwiek przedtem (nie licząc oczywiście Ligi Pomarańczowej, którą wygrałem oraz Strefy Walk). Przyjaciele byli ze mnie dumni i cieszyli się moim szczęściem, szczególnie Sereną. Ja jednak czułem niedosyt i wciąż bardzo pragnąłem być Mistrzem. Nadszedł dzień, kiedy opuszczałem Kalos. Rozstanie z regionem jakoś zdołałem przeboleć,alee rozstanie z przyjaciółmi było bardzo smutne. Szczególnie z Sereną, która z trudem powstrzymywała się od rozpaczy. Obiecałem jej jednak, że ponownie się zobaczymy, kiedy już oboje zrealizujemy swoje marzenia. Gdy oglądałem tę scenę, to czułem w sercu ogromny ból, większy niż kiedy rozstawałem się z Misty i Brockiem, a także później z Dawn. Mimo to w tej wizji postanowiłem dążyć dalej do swego celu. Jakiś czas spędziłem w regionie Alola u swoich kuzynek, zgłębiając tamtejsze metody treningowe, potem zaś ponownie ruszyłem w drogę. Tym razem wędrowałem sam i tylko z moimi Pokemonami. Wreszcie ponownie wystartowałem w Lidze Kanto, która wygrałem, spełniając w ten sposób swoje marzenie. Stałem się bardzo popularny i przyjąłem propozycje prowadzenia Własnej Sali. Pomagałem rozwijać się nowym trenerom, walczyłem z wyzywającymi, ale mimo to widać było, że wciąż czułem, iż czegoś mi brakuje. Ponownie ruszyłem w podróż (oczywiście z moim Pikachu), podczas której odwiedzałem miejsca, w których niegdyś byłem w różnych regionach. Oczywiście zapragnąłem ponownie walczyć w tamtejszych Ligach, co zakończyło się sukcesem. Zauważyłem jednak, że z wiekiem traciłem swoją dawną radość, a wzrosły determinacja i ambicja. Zbyt mocno wciągnąłem się w swoje walki, przez co w końcu doszło do tragedii. Mój Pikachu ucierpiał tak mocno, że nie można już go było uratować. Byłem zdruzgotany, lecz to dopiero pierwszy poważny cios, który otrzymałem od losu. Drugim, znacznie gorszym była straszliwa wojna, jaką rozpętał Zespół R na czele z Giovannim. Miał on swoje siły w każdym regionie i w końcu postanowił przejąć nad nimi pełną kontrolę. Pomagał mu w tym Malamar i to jako pełnoprawny wspólnik. W wyniku tych walk zginęło wielu trenerów, którzy postanowili stawić opór tym łajdakom. W końcu dzięki Mewtwo i innym legendarnym Pokemonom udało się zniszczyć Giovanniego i Malamara. Ale najgorszą wiadomością dla mnie okazała się ta, którą otrzymałem od Clemonta z Lumious: Serena nie żyła! Okazało się, że to ona najdzielniej walczyła w obronie Lumious i poświęciła się w obronie jakiejś młodej trenerki. Przed śmiercią chciała, aby przekazano mi jej słowa: Kocham cię.
Gdy tylko to zobaczyłem, poczułem, że serce pęka mi z rozpaczy i łzy napływają mi do oczu. Miałem już serdecznie dość tych obrazów.
- Spokojnie, Ash - przemówił nagle mój gospodarz - To się jeszcze nie wydarzyło. To jedynie wizja.
- To był jakiś koszmar, prawdziwy horror - odparłem zdruzgotany - A więc za parę lat będzie taka apokalipsa? Pikachu, Serena... Oni wszyscy...
- Spokojnie. Jak już mówiłem, to nie musi się zdarzyć.
- I po co jak się tak staram, aby zostać Mistrzem Pokemon, jak nic  z tego nie przyjdzie dobrego? - zawołałem załamany - W Lidze Kalos znów przegram, czuję to. A co gorsza Serena i Pikachu zginą i to przeze mnie.
- Więc może zobaczy inną wizję, w której jednak decydujesz się być z Sereną - poradził mi chłopak.
- I co to zmieni?
- Zobaczysz, a się przekonasz.
W lustrze ponowie ukazał się obraz, tym razem jednak zobaczyłem, jak siedzę przy ognisku i przyłącza się do mnie Serena. Wciąż waham się, czy wyznać jej to, co naprawdę czuję, lecz ona mocno mnie w tym dopinguje i w końcu ujawniam swe uczucia, a kiedy już to robię, to okazuje się, że moje obawy były niepotrzebne: Serena też mnie kocha i jak mówi, od bardzo dawna. Czułem się z tego powodu bardzo szczęśliwy, podobnie jak i nasi przyjaciele, którzy coś podejrzewali już wcześniej. Dalej toczyło się już podobnie jak w poprzedniej wizji, z tym, że teraz udało mi się pokonać Dianthę w finale. A zatem to uczucie do Sereny było w tym wszystkim kluczowe. To dzięki niemu byłem w stanie osiągnąć praktycznie wszystko, co sobie postanowiłem, ponieważ to uczucie dawało było mi najlepszym motorem do działania.


Potem wspólnie z naszą paczką postanawiamy udać się do Alabastii, przy czym pomaga nam Dawn! Okazuje się, że też była w Kalos i pomogła nam uciec od grupy moich fanek z tą wariatką Macy na czele. Moja mama jest szczęśliwa z mojego powrotu, a także z faktu, że Serena została moją dziewczyną. Nieoczekiwanie także odkrywam swoją nową drogę życiową: zostaję prywatnym detektywem. Co prawda podczas moich podróży wiele razy walczyłem z przestępcami, razem z moimi przyjaciółmi, to jednak wtedy to było okazjonalne, a teraz zajęliśmy się tym zawodowo. Oczywiście Serena została moją główną partnerką i co za tym najmocniej z pomagała mi rozwiązywać zagadki, co jednak nie umniejsza roli reszty naszej drużyny. Miło było na to popatrzeć, zwłaszcza, że już w Kalos nasza paczka mogła się wykazać, chociażby w schwytaniu przemytnika Pokemonów Dolana. To Serena wpadła zresztą na pomysł, jak wytropić jego kryjówkę, Clemont skonstruował odpowiednie urządzenie, natomiast mnie przypadło w udziale pokonanie drania w walce. Teraz jednak mogłem wykazać znacznie więcej skrywanego dotąd potencjału. Mój związek z Sereną miał co prawda gorsze chwile, jednak nasza miłość wciąż stawał się silniejsza i tych radosnych chwil było bez porównania więcej niż tych smutnych. W naszej misji pomagali też i inni moi przyjaciele, którzy dużo czasu spędzali w Alabastii. Widziałem też mojego ojca! I co ciekawe, mimo sporych trudności, obaj odnowiliśmy swoje relacje. Znów byliśmy rodziną. W końcu nadszedł też dzień, w którym oficjalnie rzuciłem wyzwanie Giovanniemu, który kazał swojemu zbirowi zabić Serenę i Misty za to, że obie przeszkodziły mu w porywaniu Pokemonów. Obfitowało to oczywiście w mnóstwo mniej lub bardziej groźnych przygód, lecz zawsze udawało na się wygrać. Ku mojej radości, mój związek z Sereną kwitł dzięki temu jeszcze mocniej. Aż wreszcie zobaczyłem ją w białej sukni ślubnej i samego siebie w garniturze, jak mówimy sobie „tak” przed ołtarzem. I ostatnia rzecz, jaką dane mi było tu zobaczyć, to biegnącego w moim kierunku małego chłopca w czapce z daszkiem, zaś za nim szła Serena, prowadząca za rękę nieco młodszą od owego chłopca dziewczynkę. Bez trudu się domyśliłem, co to za urocze szkraby. To były nasze dzieci! Moje i Sereny! Ta wizja wydawała mi się bardzo piękna i pomimo wielu groźnych momentów, finał miała wspaniały.
Obejrzawszy ją byłem zachwycony, jednak wciąż posiadałem pewne obawy i to poważne.
- Ash, to zrozumiałe, że wciąż się wahasz, lecz musisz w końcu podjąć decyzję. Od tego nie uciekniesz.
- Ale co mam zrobić? - spytałem - Przecież sam mówiłeś, że przyszłość jest w ciągłym ruchu.
- To prawda.
- Ale może też być tak, że podczas którejś przygody detektywistycznej, Serena zginie. Albo do tej katastrofy z drugiej wizji nie dojdzie.
- Tak, ale nie mogę ci powiedzieć tego na pewno. Nie wiem, które z tych wydarzeń są zmiennymi, a które stałymi.
- Właśnie dlatego wciąż się waham - odparłem - I nie wiem, co mam robić.
- Ty sam musisz podjąć tę decyzję, lecz mogę ci poradzić jedną rzecz.
- Jaką?
- Rozum łatwiej jest zmącić czy też oszukać, niż serce. Ono zawsze powie ci prawdę, niezależnie od okoliczności. Posłuchaj więc głosu swego serca.
- Słuchać głosu serca... - powtórzyłem cicho i poczułem nagle wielką senność.
Nieznajomy podszedł do mnie i położył dłoń na moim ramieniu. Znów rozbłysło światło i ponownie znalazłem się w szpitalnym pokoju. Czułem się śpiący i zachodziłem w głowę, czy to wszystko nie jest aby po prostu wytworem mojej wyobraźni. Zamknąłem oczy i wtedy usłyszałem, że ktoś wszedł do pokoju. Kiedy ta osoba podeszła do mojego łóżka, to pochyliła się nade mną i delikatnie szepnęła mi do ucha: „Dobranoc Ash”, następnie bardzo delikatnie pocałowała mnie w policzek. To była Serena. Stała tam jeszcze chwilę po czym, usiadła koło mojego łóżka. W końcu zmęczenie wzięło nade mną górę i zasnąłem. Rano zaś zauważyłem, że Serena śpi na wpół siedząca, przytulona do mojego łóżka. Więc czuwała przy mnie całą noc. Czułem, że jeśli teraz nie wyznam jej swoich uczuć, popełnię najgorszy błąd w swoim życiu. Nie ważne także, czy to dziwne spotkanie z tamtym gościem było snem, czy jawą, wiedziałem już, jak mam postąpić.

C.D.N

czwartek, 6 grudnia 2018

Przygoda 119 cz. III

Przygoda CXIX

Zodiakalny zabójca cz. III


Uzupełnienie pamiętników Sereny - opowieść Asha:
Wydarzenie, o którym chcę opowiedzieć, jest zdecydowanie jednym z najbardziej szokujących wydarzeń, jakich dane było mi zaznać w życiu. Co prawda przeżyłem już niejeden raz naprawdę bardzo szokujące i wręcz bardzo przerażające przygody, ale ta była zdecydowanie jedną z najbardziej przerażających i choć bywałem już w gorszych opałach, to jednak i tak byłem wtedy naprawdę przerażony.
Wszystko zaczęło się o poranku, gdy oboje z Sereną się obudziliśmy. Moja ukochana miała bardzo ciekawy sen, który mi opowiedziała i który wzbudził w nas obojgu wielki niepokój. Nie wiedzieliśmy, jak mamy go interpretować i czy w jakikolwiek sposób wiąże się on z tym tajemniczym przyjacielem Mewtwo i czy tym przyjacielem jest może nasz znajomy z Łeby. Tego wszystkiego nie wiedzieliśmy, podobnie jak i tego, kim jest ten świr Zodiak i kogo teraz zamierza zabić, a także to, co łączy ze sobą ofiary tego świra, bo tego, że coś je łączy i nie są wcale przypadkowe byłem wręcz pewien. Nie miałem na to żadnego dowodu, ale posiadałem przeczucie, a ono dla detektywa często jest lepsze niż jakikolwiek namacalny dowód.
Serena chciała zajrzeć do biblioteki i poczytać sobie coś o Zodiaku z USA, który stał się inspiracją dla naszego świra. Ja z kolei początkowo chciałem jej towarzyszyć, ale zrezygnowałem z tego, aby spokojnie o tym wszystkim pomyśleć. Dlatego też odprowadziłem Serenę wraz z Buneary do biblioteki, a potem z Pikachu u boku poszedłem się przejść po okolicy i przy okazji spróbować wymyślić coś sensownego, co byłoby w stanie mi pomóc rozwiązać tę zagadkę.
Niestety, chodzenie po całej okolicy niewiele mi pomogło, zaś ciągle odzywające się okrzyki gazeciarzy zachwalających nowy numer „Głosu Wertanii“ i nawołujące do czytania o zbrodniach dokonanych przez Zodiaka bynajmniej nie pomagały mi w myśleniu. Wręcz mnie one bardzo dołowały i przygnębiały, bo w sumie trudno o inne uczucia wtedy, gdy jakiś świr sieje terror, a policja jest wobec niego bezradna. Aby tego nie słyszeć, poszedłem na tereny poza miasto i tam pogrążyłem się w swoich myślach.
- Ech, stary... Nie ma co, ta sprawa jest naprawdę okropna. Obawiam się, że może się okazać, iż ja także mam głowę tylko po to, aby się deszcz nie lał do środka.
- Pika-pika! Pika-chu! - próbował mnie pocieszyć mój przyjaciel.
- Masz rację, zdecydowanie przesadzam - zachichotałem delikatnie i pogłaskałem go lekko po główce - Ale po prostu strasznie się martwię. Jeśli nie złapiemy tego świra, on będzie dalej zabijał i wolę sobie nie wyobrażać, jak daleko będzie potrafił się posunąć w swoim szaleństwie.
Wtem rozległ się dźwięk telefonu. To była moja komórka, na którą ktoś właśnie próbował się dodzwonić. Nie miałem wtedy specjalnie ochoty prowadzić z kimś rozmowę, ale mimo to postanowiłem odebrać.
- Słucham, tu Ash Ketchum z tej strony - powiedziałem, przykładając telefon do ucha.
- Cześć, skarbie. To ja - usłyszałem dobrze mi znany i bardzo miły głos, który od razu wprawił mnie w lepszy humor.
- Serena? Cześć, maleńka. Jak tam poszukiwania?
- Ja właśnie w tej sprawie. Dzwonię do ciebie z biblioteki. Odkryłam coś bardzo ciekawego, co może nam pomóc rozwikłać tę sprawę.
- Co takiego?
- Dostrzegłam wśród wielu informacji dotyczących śledztwa w sprawie Zodiaka kilka nazwisk policjantów, którzy tropili tego świra. Wśród nich jedno nazwisko rzuciło mi się w oczy.
- Jakie to nazwisko?
- Geoffrey Rocker.
- Rocker? - zapytałem zdumiony - Z tych Rockerów, których znamy?
- Nie jestem pewna, ale wiele na to wskazuje, Ash. Poza tym pamiętaj o tym, że kapitan Rocker mówił nam, że jego rodzina pochodzi z USA. Być może więc to jakiś jego krewny? Ojciec lub ktoś.
Słowa Sereny bardzo mnie zaintrygowały.
- Kochanie... Musimy skontaktować się z kapitanem Rockerem. Być może ten jego krewny wciąż żyje i wie coś o Zodiaku, tym poprzednim. A jeśli tak, to może nam pomóc w sprawie obecnego Zodiaka.
- To co prawda dość znikomy ślad, ale czy mamy lepsze? - jęknąłem - Zadzwonisz do kapitana?
- Tak, wyszukałam już jego numer telefonu w książce telefonicznej regionu Kanto.
- Sereno, jesteś wprost niezastąpiona - powiedziałem z nieukrywanym zachwytem w głosie.
- W końcu uczę się od lepszych, czyli od ciebie - odpowiedziała mi wesoło Serena i dodała: - Dobrze, skarbie. To ja dzwonię do pana kapitana, a ty postaraj się wrócić do Centrum Pokemon i nie marudź za bardzo na mieście.
- Dobrze, kochanie. Postaram wrócić jak najszybciej wrócić.
- Do zobaczenia, skarbie. Miłego myślenia.
Uśmiechnąłem się wesoło i zakończyłem połączenie.
- Serena nieźle główkuje - powiedziałem wesoło do Pikachu - Ona jest naprawdę niezastąpiona, wiesz?
Pikachu zapiszczał tylko w dziwny sposób i zaczął się nagle chwiać na nogach.
- Hej, stary! Co ci jest? Coś ty taki śnięty?
Mój wierny druh zapiszczał lekko i opadł nieprzytomny na ziemię.
- Pikachu! - zawołałem i zacząłem go cucić.
Wtem dostrzegłem wbitą w jego kark strzałkę. Wyjąłem ją i zacząłem się jej uważnie przyglądać.
- Co to...? - zapytałem sam siebie i nagle poczułem, że coś mnie ukuło w kark.
Krótką chwilę potem ogarnęła mnie senność i opadłem nieprzytomny na ziemię.

***


Nie wiem, jak długo byłem nieprzytomny, ale kiedy się obudziłem, to zobaczyłem, że znajduje się w jakimś bardzo ponurym i zdecydowanie dalekim od bycia przyjemnym miejscu. To było coś w rodzaju baraku albo czegoś podobnego, ponure i bardzo szare miejsce z niewielkimi okienkami w ścianach i to tuż pod samym sufitem. Przez to oto miejsce wpadały do pokoju promienie słońca, ale bynajmniej ten fakt nie podnosił mnie na duchu. Próbowałem dostrzec przez okienka przy suficie choć trochę okolicy i spróbować odgadnąć, gdzie się znajduję, jednak nie zdołałem tego zrobić. Podejrzewałem, że muszę być przetrzymywany w jakimś domu na odludziu, ale jeśli chodzi o pewność, to nie posiadałem żadnej. No, może poza jedną - pewnością, że byłem przywiązany do krzesła i to bardzo mocno. Na tyle mocno, że nie miałem żadnych szans na to, aby się uwolnić.
- Hej! Jest tu kto?! - krzyknąłem i rozejrzałem się dookoła - Gdzie ja jestem?! Dlaczego tu jestem?! Hej! Ratunku! Na pomoc!
- Weź nie wysilaj swoich uroczych płuc na krzyczenie po próżnicy - odezwał się nagle jakiś zawistny głos.
Rozejrzałem się dookoła, ale nikogo nie zauważyłem.
- Kim jesteś?! Kim jesteś, ty draniu?!
- Myślę, że doskonale się tego domyślasz - odezwał się ponownie ten jakże podły głos.
Po tych słowach usłyszałem za sobą huk otwieranych drzwi, a potem odłos kroków, które z pewnością należały do mojego porywacza.
- Kim ty jesteś?! I gdzie jest mój Pikachu?! - krzyknąłem.
- Nic mu nie jest i już wkrótce się znowu zobaczycie - odpowiedział podłym tonem mój porywacz.
Jego głos był nieco stłumiony, ale zdecydowanie musiał on należeć do mężczyzny, co do tego nie miałem najmniejszych wątpliwości. Do tego ten głos był mi dobrze znany - znałem go z nagrań, które obejrzałem razem z Sereną w ramach naszego śledztwa. Oczywiście na nagraniu brzmiał trochę inaczej, ale to przecież normalne.
- Ty jesteś Zodiak, prawda? - bardziej stwierdziłem niż zapytałem.
- Owszem, to właśnie ja - odparł z podłym śmiechem w swoim głosie mój porywacz - A ty jesteś sławnym detektywem z Alabastii w regionie Kanto, Sherlockiem Ashem.
Zodiak stanął tuż obok mnie w taki sposób, że mogłem go zobaczyć, ale oczywiście to było tylko spojrzenie z profilu i nie widziałem zbyt wiele. Koleś był ubrany dokładnie tak samo, jak w tych swoich filmach, które nam powierzyła policja w celach śledczych. To samo ubranie oraz ten sam szary worek ze znakiem Zodiaka, który nosił jego słynny poprzednik. To miało jasno dowodzić, kim jest mój okrutny rozmówca.
- Wiesz, co ci powiem, mój przyjacielu? - zapytał bardzo ironicznym głosem Zodiak - Na zdjęciach wyglądałeś o bardziej władczo niż teraz.
- Nie dziwię się. Ciekawe, jak ty byś wyglądał, ty parszywa kanalio, gdyby tak ciebie związano jak baleron? - prychnąłem z kpiną w głosie - A poza tym nie jestem twoim przyjacielem!
- Oj, jaki ty jesteś niemiły - parsknął śmiechem Zodiak - A więc nie chcesz być moim przyjacielem? A to dlaczego? Za niskie progi dla twoich szacownych nóżek, szanowny panie detektywie? Nie zadajesz się z takim pospólstwem jak ja?
- Nie zadaję się z bydlakami i psychicznymi mordercami! - zawołałem ze złością w głosie.
Zodiak zachichotał podle i zaczął powoli krążyć wokół mnie, mrucząc przy tym ironicznie.
- To strasznie przykro. Naprawdę bardzo mi przykro to słyszeć. A więc mam rozumieć, że to oznacza brak przyjaźni z naszej strony?
- Z mojej strony to na pewno! Mordujesz dla zabawy ludzi i jeszcze oczekujesz ode mnie przyjaźni?
Morderca westchnął głęboko, po czym usiadł na stole, który znajdował  się niedaleko krzesła na którym siedział i rzekł:
- Morduję ludzi... Tak, to prawda. Morduję ludzi. Co kto lubi. Ty za to wolisz z ich ratować z rąk takich ludzi jak ja.
- Nie pochlebiaj sobie, kanalio. Nie zasługujesz na miano człowieka.
- A ty oczywiście zasługujesz, prawda?
- Ja nie zabijam dla przyjemności ludzi, którzy nigdy nic złego mi nie zrobili!
- Nie szkodzi. Masz jeszcze czas, aby to się zmieniło. Tak czy inaczej chciałem ci powiedzieć, przyjacielu, że pierwotnie rozważałem zabicie cię w jakiś bardzo nieprzyjemny, choć też widowiskowy sposób, ale zmieniłem zdanie w tej sprawie. Po głębokim namyśle doszedłem do wniosku, że takiego geniusza dedukcji jak ty, szkoda by było tak po prostu zabić.
- Niby dlaczego?
- To bardzo proste. Przecież jesteś genialnym detektywem i to do tego sławnym na wszystkie regiony. Jednym więc słowem, jesteś godnym mojej osoby przeciwnikiem.
- Oczywiście, bo policja to dla ciebie tylko cienkie płotki - rzuciłem z kpiną w głosie.
- Oczywiście - potwierdził Zodiak - Zabiłem pod ich nosem aż pięć osób i co? Jakoś nie udało im się mnie dopaść. To żadna zabawa bawić się z takimi ciemniakami. A ty to już inna sprawa. Walka z tobą to dla mnie będzie prawdziwa przyjemność.
- Przyjemność zdecydowanie jednostronna. Już ja się postaram o to, abyś skończył w domu bez klamek!
- Wierzę w to i dlatego właśnie cię nie zabiję. Możliwość starcia z tobą, w którym to starciu ryzykuję swoją wolność, a być może i życie to jest coś znacznie przyjemniejsze niż walka z durną policją. Z ich strony nic mi nie grozi. Z twojej zaś i owszem.
- I to ci się tak podoba?
- Bardzo mi się podoba, bo dzięki temu będę jeszcze bardziej sławny.
- Czegoś tu chyba nie rozumiem. Przecież już jesteś sławny.
- To prawda, ale dobrej sławy nigdy nie za wiele, podobnie jak i dobrej czekolady lub też dobrej kawy. Ale do rzeczy. Chodzi mi o to, że jako nieuchwytny dla policji przestępca będę sławny, lecz jako przestępca, który jest także nieuchwytny dla samego wielkiego Sherlocka Asha będę jeszcze bardziej sławny. Mojego imienia ludzie nigdy nie zapomną, a pamięć o mnie przetrwa na zawsze. Tak jak o tamtym wariacie, który w starożytności podpalił pewną świątynię i zniszczył ją w ten sposób i zrobił to tylko po to, aby wejść do historii. Ja wchodzę do niej w podobny sposób, a ty mi w tym pomożesz.


- A jeżeli cię złapię i przeszkodzę ci w twoich planach? To co wtedy?
- Istnieje takie zagrożenie i o to właśnie chodzi - zachichotał podle Zodiak, zeskakując jednocześnie ze stołu - Dzięki temu zagrożeniu nasze starcie będzie o wiele przyjemniejsze. Pomyśl tylko o tych nagłówkach we wszystkich gazetach całego Kanto! Zodiak, czyli człowiek, który pokonał samego Sherlocka Asha! Wtedy już nikt nigdy nie zapomni o mnie. A jeśli jednak mnie złapiesz, to nic nie szkodzi. Ja i tak będę sławny, bo przecież człowiek, który rzucił wyzwanie samemu wielkiemu Sherlockowi Ashowi to musi być ktoś, nieprawdaż? Byle kto nie zdołałby tak długo wodzić go za nos i uciekać przed nim, prawda? No właśnie. A przy okazji oddam ci w ten sposób wielką przysługę, ponieważ dzięki mnie również i o tobie nikt nigdy nie zapomni.
- Ja tam nie mam parcia na szkło.
- Nie szkodzi, ale ja mam i dobrze wiem, w jaki sposób skutecznie połączyć jedno z drugim i to tak, żeby wszyscy byli zadowoleni.
- Ja też to wiem. Rozwiąż mnie i pozwól odprowadzić się na najbliższy posterunek policji, a wtedy obiecuję, że sąd potraktuje cię łagodniej i każdy z nas będzie zadowolony.
- To jest jakieś wyjście, ale dla cykorów. Dla poszukiwaczy przygód, takich jak my są o wiele lepsze rozwiązania.
- Nie porównuj się do mnie, ty świrze. Nie mam z tobą nic wspólnego.
- Przeciwnie, masz znacznie więcej niż ci się wydaje. Obaj jesteśmy ludźmi pod każdym względem wyjątkowymi. Posiadamy umysły o znacznie większej sile rażenia niż przeciętni ludzie. Warto to wykorzystać w czymś, co bym nazwał starciem tytanów. Ty i ja, dwa nieprzeciętne umysły w walce jeden na jednego. Spróbuj od teraz powstrzymać mnie przed kolejnymi morderstwami, jeśli zdołasz. Ułatwię ci to. Więcej... Powiem ci nawet, gdzie teraz jesteśmy. Znajdujemy się w takiej starej posiadłości na przedmieściach Wertanii. Ten dom należał kiedyś do jednego z najbogatszych ludzi w tej okolicy, który był jednocześnie słynnym pisarzem. Obecnie wyjechał on do Pokewood kręcić filmy na podstawie swoich książek i odnajmuje dom tym, którzy są tym zainteresowani. To tu popełniłem wszystkie swoje zbrodnie i to tutaj policja znajdzie ciebie, gdy już ich powiadomię o tym, gdzie jesteś.
Zodiak zachichotał ponownie i dodał:
- Zastanawiasz się zapewne, po co ja ci to wszystko mówię, prawda? Przecież gra się jeszcze nie skończyła. No cóż... Gra się wciąż toczy, to się zgadza, ale widzisz... Mogę mówić całkowicie swobodnie, ponieważ zanim twoi koledzy z policji cię tu znajdą, to ja już dawno będę daleko stąd. Chcę się przenieść w inne miejsce i wiesz, tym miejscem będzie twoja ukochana Alabastia. To tam dokonam swoich kolejnych sześciu morderstw w nadziei, że złapiesz mnie i to zanim jeszcze trupów będzie tyle, co apostołów.
- Ty... Ty parszywy...! - krzyknąłem, ale Zodiak zakneblował mi usta chustą, śmiejąc się przy tym.
- Weź oszczędzaj siły. Przydadzą ci się na inną okazję - rzucił i pokazał palcem przed siebie - A teraz ładnie uśmiechnij się do swoich kolegów z policji. Jesteś w ukrytej kamerze.
Spojrzałem przed siebie i zauważyłem, że rzeczywiście naprzeciwko mnie, na całym szeregu skrzynek znajduje się coś niewielkiego, co mogło rzeczywiście być kamerą. Zodiak widząc, że patrzę w tamtą stronę zaśmiał się podle i rzekł:
- Jak więc widzicie, moje kochane niebieskie anioły sprawiedliwości, mogłem wykończyć swoją szóstą ofiarę, ale tego nie zrobiłem. Posiada on bowiem o wiele więcej oleju w głowie niż wy wszyscy razem wzięci, bando amatorów. I dlatego jeszcze żyje i ma szansę mnie znaleźć, lecz najpierw wy musicie spróbować znaleźć jego. Podałem wam namiary, reszta należy do was.
Po tych słowach Zodiak uderzył mnie w kark, a ja znowu poczułem coś jakby ukłucie, a chwile potem dopadła mnie ciemność.

***


Pamiętniki Sereny c.d:
Po rozmowie z Ashem idąc za jego radą natychmiast zadzwoniłam do kapitana Jaspera Rockera, któremu opowiedziałam o zaistniałej sytuacji. Ta, jak się można było tego domyśleć, bardzo go zaszokowała.
- A więc w Wertanii grasuje Zodiak, naśladowca tego świra z USA - powiedział przygnębionym tonem.
Widać było po jego twarzy, jak bardzo jest zaniepokojony.
- To straszne. Sądziłem, że to ten koszmar nigdy się nie powtórzy na świecie, a tu proszę. Powtarza się i to jeszcze gdzie? Właśnie w regionie Kanto. Tutaj, w tym regionie. Przecież tutaj żyją nasi bliscy i teraz wszyscy są narażeni na wielkie niebezpieczeństwo. Jak to dobrze, że mój syn Arthur jest teraz na studiach w Kalos. Gdyby tutaj był, to szybko bym go odesłał, żeby nic złego mu się nie stało. Jak to dobrze, że go tu nie ma.
- Panie kapitanie - przerwałam mu - Jesteśmy wraz z Ashem strasznie zaniepokojeni tą sytuacją i dlatego chcemy złapać tego potwora zanim skrzywdzi kogoś nam bliskiego. Sam generał policji Kanto poprosił nas o to wczoraj.
- Naprawdę? - spytał zaintrygowany kapitan.
Jego twarz wyrażała zdumienie, ale zdecydowanie takie pozytywne, które można oczekiwać po przyjacielu, który jest zachwycony z powodu zaszczytu, jaki nas spotyka. Ja sama nie byłam pewna, czy traktować tę sprawę jak zaszczyt, czy też może raczej jako coś ponad nasze siły. Bo skoro najlepsi policjanci w całej Wertanii nie dawali sobie rady z tą sprawą, to jak niby nam miałoby się udać? Oczywiście Ash był o wiele lepszym detektywem od wszystkich policjantów z całego Kanto, a dowodził tego fakt, że mając zaledwie dziewiętnaście lat osiągnął tak wiele sukcesów w fachu detektywistycznym, że aż trzykrotnie został odznaczony za nie i to nie byle jakimi orderami, a najwyższymi odznaczeniami regionu Kanto oraz regionu Sinnoh. Miernego detektywa i kiepskiego śledczego takie zaszczyty nie spotykają. Więc wierzyłam bardzo w Asha i w jego talent, choć przy okazji także się poważnie bałam, że zdecydowanie tym razem wzięliśmy na swoje barki zbyt wielką odpowiedzialność.
- Właśnie - odpowiedziałam na pytanie kapitana - Naprawdę sam pan generał poprosił o to, abyśmy zajęli się tą sprawą. Niestety, oboje z Ashem posiadamy poważne wątpliwości, czy nam się uda. Dlatego właśnie musimy prosić pana o pomoc.
- Mnie? W jaki sposób mam wam pomóc? - zapytał zdumiony Rocker.
- W bardzo prosty. Badając tę sprawę przeczytałam w bibliotece wiele informacji o prawdziwym Zodiaku, to znaczy chodzi o tamtego Zodiaka z USA, który zainspirował naszego obecnego świra.
- Rozumiem. I co?
- Dowiedziałam się, że jednym z policjantów badających tę sprawę był człowiek o nazwisku Geoffrey Rocker.
- Stryj Geoffrey! - zawołał kapitan i uderzył się dłonią w czoło - A tak! Faktycznie! Przecież on był jednym z policjantów badających tę sprawę. Już chyba rozumiem, do czego zmierzasz. Chcesz, abym się z nim skontaktował i spróbował porozmawiać o sprawie Zodiaka?
- Dokładnie tak - potwierdziłam.
- Rozumiem - uśmiechnął się delikatnie kapitan - Takie buty. Sądzicie, że wiedza o poprzednim Zodiaku może wam pomóc zrozumieć obecnego Zodiaka i schwytać go, a kto lepiej zna Zodiaka niż ten, który się zajmował jego sprawą? Przyznaję, ma to wiele sensu.
- Czy pana stryj opowiadał panu o sprawie Zodiaka?
- Wiele razy, ale wtedy, gdy byłem dzieckiem, czyli dawno temu. Nie pamiętam więc zbyt wiele o tej sprawie. Ale wiem doskonale, że stryj wręcz nienawidził Zodiaka i typował, że jest nim jeden taki gość, którego niestety, nigdy nie postawiono w stan oskarżenia. Zresztą drań zmarł parę lat po zaprzestaniu zbrodni przez Zodiaka. Zmarł na serce i nie można już było go przesłuchać i odkryć, czy to on był winien. Tak czy inaczej stryj sprawił, że postanowiłem wstąpić do policji i walczyć z przestępczością i bronić tych, którzy są pokrzywdzeni. Dlatego też mam do niego wielki szacunek i wciąż kontakt do niego, go przecież o to chciałaś przede wszystkim mnie zapytać. Mam rację?
Uśmiechnęłam się zadowolona widząc, że kapitan doskonale mnie rozumie i to tak dobrze, iż się domyśla, o co chcę go poprosić. Dzięki temu nie musiałam wszystkiego mu tłumaczyć.
- Tak, właśnie o to chciałam pana prosić, kapitanie.
- Doskonale. Jeszcze dzisiaj się z nim kontaktuję i opowiem mu, co się tutaj dzieje. Ale lepiej będzie, jeśli ty i Ash osobiście z nim porozmawiacie.
- My? Przecież go nie znamy.
- To się da naprawić. Ale wszystko w swoim czasie, Sereno. Najpierw ja z nim porozmawiam, a potem na pewno sam zechce z wami porozmawiać o tej sprawie. Bądźcie więc na to przygotowani, proszę.
- Będziemy, panie kapitanie. I oby to coś pomogło, bo mam poważne obawy w tej sprawie.
- Ja też je mam i dlatego im szybciej Zodiak zostanie złapany, tym lepiej dla wszystkich.
Po tych słowach kapitan rozłączył się i rozmowa została zakończona. Miałam nadzieję, że ona coś pożytecznego nam przyniesie. Co prawda ten plan z poproszeniem o pomoc stryja kapitana Rockera dawał nam zaledwie nikłą szansę powodzenia, bo jaka była pewność, że staruszek wie coś, co się  nam przyda w śledztwie? Niewielka, ale wszak tonący brzytwy się chwyta.

***


Po zakończeniu tej oto rozmowy powróciłam do Centrum Pokemon z nadzieją zobaczenia w nim Asha. Niestety, mojego ukochanego tam nie było i nic nie wskazywało na to, aby wrócił tu i ponownie gdzieś wyszedł. Uznałam więc, że najwidoczniej wciąż jeszcze rozmyśla on o zaistniałej sytuacji i lepiej pozwolić mu na to. Dzięki temu lepiej skupi się on podczas wspólnego rozwiązywania tej sprawy. Mój ukochany, jak zresztą wielu detektywów z literatury kryminalnej najlepiej potrafił się skupić w spokoju i potrafił o wiele lepiej myśleć wtedy, gdy tylko na spokojnie sobie wszystko przemyślał w ciszy i spokoju. Wiedziałam o tym od dawna i dlatego też nie specjalnie się przejęłam jego nieobecnością.
- Spokojnie, Buneary - powiedziałam do mej pokemoniej towarzyszki - On i Pikachu niedługo wrócą i sobie wszyscy razem pogadamy o tym, do jakich wniosków doszedł.
Buneary jednak nie wyglądała na przekonaną, a wręcz przeciwnie, na bardzo zaniepokojoną zaistniałą sytuacją i chociaż próbowałam ją w jakiś sposób uspokoić, to nie udało mi się to. Wręcz przeciwnie, sama powoli zaczęłam ulegać niepokojowi, choć próbowałam nad tym zapanować. Ale cóż... Raz zasiane ziarno niepokoju zdecydowanie zaczęło kiełkować i to w trybie wręcz natychmiastowym, a to kiełkowanie doprowadziło do sytuacji, że zamiast uspokoić Buneary sama zaczęłam się denerwować.
Mój niepokój wzrósł i to bardzo, kiedy tylko z każdą godziną Ash nie przychodził do Centrum Pokemon. Jego nieobecność zaczęła się przedłużać i zdecydowanie było to nienaturalne. Ash potrzebował nieraz dużo czasu na spokojne przemyślenie czegoś w samotności, ale przecież nigdy aż tyle. Do tego jeszcze nie odbierał on ode mnie telefonów, co było jeszcze bardziej nienaturalne. Ash co prawda ma swoje wady, ale ignorować moje telefony? To do niego nie podobne. Oczywiście mógł się tak zamyślić, że nie zwracał uwagi na nic wokół siebie, ale to też było mało prawdopodobne. Dlatego też koniecznie musiałam się dowiedzieć, co się z nim stało. W najgorszych swoich obawach widziałam go jako kolejną ofiarę tego szaleńca Zodiaka i modliłam się w duchu, aby to była tylko moja wyobraźnia.
W końcu po kilkunastu nieudanych próbach dodzwonienia się do niego poczułam, że muszę zacząć działać.
- Chodź, Buneary! Poszukamy chłopaków! - powiedziałam do mojej towarzyszki.
Buneary zapiszczała bojowo, kiedy tylko to usłyszała. Najwidoczniej ona także się już wyrywała do działania, ale w sumie nie powinno mnie to dziwić. W końcu nieco wcześniej sama piszczała z niepokoju o swojego ukochanego, a jej niepokój o niego z każdą chwilą coraz bardziej rósł i rósł, podobnie jak i mój o Asha. Dlatego też w końcu musiałam się ruszyć, bo inaczej bym chyba zwariowała z tego niepokoju i bezczynności.
Zbiegłyśmy więc obie na dół z pokoju, który zajmowałyśmy się razem z naszymi chłopcami. Wbiegłyśmy do głównego holu i do recepcji, tam zaś poprosiłam siostrę Joy o drobną przysługę:
- Siostro Joy, gdyby ktoś mnie szukał, to proszę przekazać, że wyszłam na chwilę i wrócę później.
- Ależ oczywiście, moja droga - odpowiedziała siostra Joy z wielkim uśmiechem na twarzy - Gdyby ktoś cię szukał, przekażę mu to.
Podziękowałam jej za to i ruszyłam w kierunku wyjścia, tam jednak wpadłam na detektywa Boba.
- O! Serena! - zawołał policjant, wyraźnie zadowolony z tego powodu, że się ze mną spotkał.
- Bob! Wybacz, proszę, ale nie mam teraz czasu dla ciebie - rzuciłam z pośpiechem, próbując go wyminąć - Muszę odnaleźć Asha.
- Ja do ciebie właśnie w tej sprawie - rzekł Bob.
Spojrzałam na niego uważnie i zarazem bardzo zdumiona.
- W sprawie Asha? Gdzie on jest? Coś się stało?
- Lepiej, żebyś sama to zobaczyła.
Przyznałam mu rację i poszłam z nim na miejscowy posterunek policji, gdzie czekała już na nas kapitan Jenny. Kobieta była bardzo niespokojna, tak samo zresztą jak i ja, dlatego też moja obawa o Asha wzrosła jeszcze bardziej zamiast zmaleć do zera.
- O! Jesteś wreszcie, Sereno! - powiedziała na mój widok - Dobrze, że Bob cię znalazł. Bardzo chciałam, żebyś tu przyszła. Jest coś, co powinnaś zobaczyć.
- Co takiego? - zapytałam zaniepokojona.
Buneary zapiszczała również bardzo przerażona.
- Czy to... Czy to może dotyczy Asha? - spytałam po chwili.
- Tak, dotyczy to Asha ale spokojnie, Sereno - powiedziała Jenny, z trudem próbując zachować stoicki spokój - To przecież wcale nie musi nic oznaczać. A w każdym razie na pewno nic złego.
- Nic złego? O czym ty mówisz? Co się tutaj dzieje? Dlaczego kazałaś mnie tu wezwać? I gdzie jest Ash?
Jenny widząc, że nie zdoła już przede mną ukryć, że coś jest nie tak, pokazała mi ręką krzesło, abym usiadła, a gdy już to zrobiłam, to rzekła do mnie ponuro:
- Posłuchaj mnie uważnie... Przed godziną dostaliśmy to nagranie. Ktoś przysłał je nam przez Pidgeya. Do płyty było doczepiona karteczka z napisem: „Obejrzeć natychmiast“. Dobrze, że wtedy byłam na miejscu, bo inaczej tutejsze osły mogłyby to zlekceważyć.
- Co jest na tym nagraniu? - zapytałam, obawiając się już najgorszego.
- Sama zobacz - odpowiedziała mi Jenny, po czym włączyła płytę do odtwarzacza DVD i włączyła nagranie.
Film, który zawierała płyta zdecydowanie nie należał do przyjemnych, ale też na całe szczęście nie był tak straszny, jak się tego obawiałam. Na tym nagraniu zobaczyłam Zodiaka w jakimś dosyć ponurym pomieszczeniu przypominającym piwnicę lub też barak. Obok tego świra był przywiązany do krzesła Ash. Jęknęłam przerażona, gdy tylko to zobaczyłam. To był dla mnie naprawdę straszny widok.
- O nie! Ash! - zawołałam.
Chciałam się już zerwać z krzesła i biec mu na pomoc, choć przecież nie miałam nawet bladego pojęcia, gdzie mój ukochany obecnie przebywa, a co za tym idzie, nie wiedziałam również, w jakim miejscu mam go szukać. To było po prostu straszne.
- Spokojnie, Sereno - powiedział Bob - Zobacz, co będzie dalej.


Miałam wielką ochotę rzucić mu, żeby sam sobie był spokojny i że łatwo mu tak mówić, bo to przecież nie jego ukochana jest tam związana i oczekuje na egzekucję, tylko mój chłopak. Na całe szczęście strach oraz niepokój odebrały mi głos i dobrze się stało, gdyż dzięki temu uniknęłam obrażenia mego przyjaciela, czego z pewnością długo bym żałowała. Więc zamiast go wyzwać na czym świat stoi, po prostu siedziałam i oglądałam dalej to nagranie, czując coraz większy niepokój o los mojego chłopaka.
Tymczasem na nagraniu stało coś niesamowitego. Mianowicie Zodiak zupełnie niespodziewanie oznajmił Ashowi i wszystkim, którzy oglądali to jego chore nagranie, że nie zamierza on wcale zabić mojego ukochanego. Wręcz przeciwnie, on zamierzał puścić go wolno i to tylko dlatego, że uznał walkę z Ashem za naprawdę godną jego osoby walkę i chce, aby istniało realne ryzyko złapania go, które nie istniało w przypadku tropienia go tylko przez policję. Innymi słowy, próżność nakazywała mu puścić Asha wolno, aby wreszcie mieć w tej sprawie godnego siebie przeciwnika, z którym będzie mu przyjemniej walczyć i którego pokonanie sprawi mu znacznie większą satysfakcję niż pokonanie policji. Do tego powiedział, gdzie trzyma Asha. Co prawda nie powiedział tego wprost, ale dał dosyć jasne i klarowne wskazówki, które pomogą nam znaleźć miejsce pobytu mojego ukochanego. Po tym wszystkim rozłączył się.
- O Boże! - jęknęłam i odetchnęłam z ulgą - To znaczy, że Ash żyje?
- Wszystko na to wskazuje - odpowiedział Bob.
Jego odpowiedź bynajmniej mnie uspokoiła, ale próbowałam jakoś zapanować nad swoim niepokojem.
- Słuchajcie, to na co my jeszcze czekamy?! Musimy znaleźć Asha! - zawołałam, zrywając się z krzesła - Chyba wiecie, o jaki dom tutaj chodzi, co nie?
- Oczywiście, że wiemy - odpowiedziała Jenny.
- I co? Tak po prostu sobie tutaj siedzicie zamiast szukać Asha?!
- A kto powiedział, że go nie szukamy?
- Jak to? O czym ty mówisz?!
- O tym, że w tej właśnie chwili, kiedy my tu sobie rozmawiamy, moi ludzie już szukają tego miejsca wskazanego przez Zodiaka i szukają także Asha.
- Boże, oby tylko go znaleźli całego i zdrowego! - jęknęłam.
- Kogo, skarbie? - odezwał się doskonale mi znany głos.
Odwróciłam się prędko za siebie i zauważyłam wówczas Asha całego i zdrowego w towarzystwie kilku policjantów oraz wiernego Pikachu.
- Znaleźliśmy ich obu, pani kapitan - zameldował jeden z policjantów - Pokemon leżał nieprzytomny poza miastem niedaleko tego domu, w którym znaleźliśmy porwanego.
- ASH! - krzyknęłam radośnie.
Ogarnęła mnie tak wielka euforia, że aż rzuciłam się Ashowi na szyję i bardzo mocno go uściskałam oraz wycałowałam po całej twarzy z radości, że nic mu nie jest. Kątem oka dostrzegłam, że Buneary ściska również czule i bardzo mocno Pikachu, który właśnie zeskoczył z ramienia swego trenera, aby móc się z nią przywitać.
- Tak bardzo się o was bałyśmy! - zawołałam do Asha - Proszę, nie włócz się już więcej sam po okolicy, w której grasuje psychopata, dobrze?
- Dobrze, Serenko. Już dobrze - odpowiedział mi czule mój ukochany, gładząc mnie przy tym po twarzy - Obiecuję ci to. I Pikachu także.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pokemon.
- Dobrze, że nic ci nie jest - powiedziała Jenny - Naprawdę wszyscy się o ciebie baliśmy.
- To było naprawdę niesamowite. Aż trudno uwierzyć w to, że on cię puścił - dodał Bob podnieconym tonem - Słuchaj, a umiałbyś go rozpoznać?
- Nie sądzę - pokręcił przecząco głową Ash - Miał cały czas ten worek na głowie i do tego gadał takim jakby zmienionym głosem. Nie wiem, czy zdołam go rozpoznać.
- Poza tym najpierw trzeba by go złapać - zauważyłam - A przecież nie wiemy, gdzie on jest.
- Nie, ale za to wiemy, gdzie uderzy następnym razem - odparł Ash - W Alabastii. Musimy tam natychmiast jechać!
- Spokojnie, przyjacielu! Tylko bez zbędnego pośpiechu - rzekła Jenny uspokajającym tonem - Jaką masz w ogóle gwarancję, że on powiedział ci prawdę i rzeczywiście zamierza ponownie zaatakować właśnie w Alabastii? A jeśli to podstęp, żeby cię stąd wywabić?
- Istnieje taka możliwość, ale ja nie mogę ryzykować - powiedział Ash ponurym tonem - Bez względu na to, czy on kłamie, czy nie, ja w Alabastii mam bliskich i nie pozwolę na to, aby stali się oni kolejnymi ofiarami tego świra!

***


Podzielałam zdanie Asha w tej sprawie i dlatego jak najszybciej oboje w towarzystwie wiernych Pikachu i Buneary powróciliśmy do Alabastii i postanowiliśmy czuwać nad naszymi bliskimi. Wszyscy dowiedzieli się o serii zbrodni dokonanych przez Zodiaka i otrzymali ostrzeżenie, aby pod żadnym pozorem nie chodzili nigdzie sami, a już na pewno nie poza miasto. Do pracy i z pracy wszędzie nasi przyjaciele i bliscy mieli chodzić parami, a jeszcze lepiej trójkami i czwórkami, aby nikt nie był w stanie ich porwać. To było dość radykalne działanie, ale musieliśmy tak postąpić, ponieważ chcieliśmy chronić bliskie nam osoby przed tym świrem. Prócz tego policja patrolowała ulice miasta i jego okolice dzień i w nocy, a gazety ostrzegały przed szaleńcem mogącym się pojawić dosłownie wszędzie w Alabastii i zaatakować swe ofiary wtedy, kiedy one się tego w ogóle nie spodziewały. Dodatkowo strachu dodał oficjalny komunikat ogłoszony przez Zodiaka w Internecie, że zabił pięć osób i przebywa obecnie w Alabastii, aby dokonać kolejnych morderstw. To już było niczym uruchomienie spirali strachu, zwłaszcza, gdy ci, którzy początkowo byli sceptycznie nastawieni do tego komunikatu dowiedzieli się prawdy o zabójstwach w Wertanii. Wówczas to wszyscy uznali zapowiedź Zodiaka za prawdziwą i zaczęli robić co w ich mocy, aby się przed tym jakoś ustrzec.
Dziwiło nas trochę, że kierowany przez Cindy „Kanto Express“ przez tak długi czas milczał w sprawie Zodiaka i jego zbrodni i dopiero wtedy, gdy potwierdziły się rewelacje z Wertanii zaczęli o tym pisać, ale ta sprawa szybko się wyjaśniła. Cindy zwyczajnie nie lubiła umieszczać w swojej gazecie niesprawdzonych informacji i dlatego posłała do Wertanii swego przedstawiciela, aby wybadał tę sprawę i napisał artykuł na jej temat. Ale niestety, jak dobrze wiemy, był to dla niego wyrok śmierci, gdyż stał się on czwartą ofiarą tego szaleńca.
W całej Alabastii zapanowały prawdziwe rządy strachu. Paniczny lęk przed jednym człowiekiem sprawił, że ludzie bali się chwilami wychodzić na ulicę i nawet widok patroli policyjnych pilnujących ulic niewiele tutaj pomógł. Restauracja „U Delii“ czasami praktycznie świeciła pustkami i nic w tym dziwnego, skoro ludzie w większości bali się wychodzić z domów i nawet na zakupy praktycznie przestali chodzić, a jeśli już, to tylko w kilka osób to robili, aby mieć pewność, że nic im się nie stanie.
Jenny i Bob nie byli oczywiście zachwyceni zaistniałą sytuacją i gdy tylko wrócili z Wertanii, po dokładnym zbadaniu sprawy Zodiaka, zaraz nas wezwali do siebie, aby nas skrzyczeć.
- Moje gratulacje! - zawołała kapitan Jenny ze złością, gdy przyszliśmy - Wasze rewelacje o tym, co się stało w Wertanii po prostu wywróciły to miasto do góry nogami.
- Nasze rewelacje?! - zawołałam z oburzeniem - Chyba raczej to, co wrzucił Zodiak do Internetu! A jakbyś nie zauważyła, to wrzucił on tam nagrania ze swoich zbrodni oraz zapowiedź kolejnych!
- Wiem o tym i to akurat nie jest wasza wina, ale kto wam, do licha ciężkiego kazał dawać ten wywiad do gazety „Kanto Express“?! - krzyknęła Jenny.
- Cindy chciała wiedzieć prawdę o tym bydlaku, więc jej wszystko opowiedzieliśmy - odpowiedział Ash - To chyba nic złego, prawda?
- Nic złego?! Człowieku, przez was wybuchła panika w tym mieście i to na całego!
- Przez nas?! To Zodiak ją rozpętał, nie my! - krzyknęłam oburzona - Ja i Ash tylko ostrzegliśmy ludzi, że świr zabójca tu jest i żeby uważali! I tyle! To Zodiak wrzucił te nagrania do sieci i rozpętał piekło, nie my!
- Pika-pika! Bune-bune! - poparli nas Pikachu i Buneary.
- Ale wy dołożyliście do tego swoją cegiełkę i co?! Teraz wszyscy dziennikarze z „Głosu Alabastii“ domagają się od nas wyjaśnień, co też zamierzamy zrobić w tej sprawie i dlaczego jeszcze go nie złapaliśmy?! Nie mogę ich ciągle spławiać!
- „Głos Alabastii“ to brukowiec i nie warto się przejmować tym, co oni wypisują! - zauważył Ash.
- Powiedział to ten, który z powodu bzdur wypisywanych przez ten brukowiec odszedł na emeryturę - rzucił złośliwie Bob, odzywając się po raz pierwszy podczas tej rozmowy.
Spojrzałam na niego groźnie i zaraz zrobiło mu się głupio.
- Przepraszam - jęknął załamanym głosem - Wiem, przesadziłem. Nie chciałem was urazić.
- Daj spokój z tłumaczeniem się, Bob! - zawołała Jenny - Lepiej niech oni nam powiedzą, co zamierzają w tej sprawie zrobić.
- Złapać Zodiaka - odpowiedział Ash.
- Tak, ciekawa odpowiedź i w sumie spodziewałam się jej - rzuciła z ironią policjantka - Wielka tylko szkoda, że nie mamy żadnych poszlak ani wskazówek, kim on jest. Policyjny psycholog opracował już jego portret osobowy, ale to wciąż trochę mało. Osoby zabite przed śmiercią spotkały jakiś mężczyzn, lecz przecież każdy z nich wyglądał inaczej. Wszystkie portrety pamięciowe są inne i różnią się ze sobą w wielu szczegółach.
- A więc to musi być bardzo zdolny aktor - powiedział Ash, lekko sobie przy tym masując podbródek - Podejrzewam, że działa w przebraniu i dzięki temu tak skutecznie podchodzi ludzi.
- Być może, ale to nic nam nie pomaga - jęknęła Jenny - Od półtora tygodnia Zodiak czai się gdzieś tutaj i czeka na dogodny moment do ataku, a my nie wiemy nawet, gdzie i kiedy zaatakuje.
- Ani też kogo - dodał Bob.
- Moglibyśmy to odkryć, gdybyśmy tak tylko wiedzieli, w jaki sposób dobiera on swoje ofiary - rzekł na to Ash - Jestem pewien, że ich wybór nie jest przypadkowy. Ten bydlak dobrze wie, kogo zaatakować oraz kiedy. On musi jakoś je wybierać i to tak, aby zgadzały się z jego chorym schematem.
- Być może, ale wciąż nie wiemy, jaki to schemat - zauważył Bob - Gdybyśmy to tylko wiedzieli...
- Tak czy siak pracujcie dalej - powiedziała Jenny do mnie i Asha - A tak przy okazji, to w miarę swoich możliwości nie dawajcie pożywki tym dziennikarskim gnidom. I bez nich mamy już dość problemów.
Po tej rozmowie wyszliśmy z posterunku i chcieliśmy już iść do domu, gdy nagle zadzwoniła komórka Asha. To dzwonił kapitan Rocker z bardzo ciekawymi wiadomościami.
- Ash! Posłuchaj! Wreszcie udało mi się skontaktować z moim stryjem - powiedział na dzień dobry - Nie było to łatwe, ponieważ stryj wyjechał na wakacje i nie było go w domu, a on niestety nie posiada w domu ani komórki, ani Internetu, więc mogłem tylko czekać na jego powrót. W końcu powrócił i jak tylko się dowiedział, z jakim problemem się tutaj borykamy, to od razu powiedział, że bierze się do pracy.
- Jakiej dokładniej pracy? - zapytał Ash.
- Podejrzewa, że ten nasz Zodiak narodził się w miejscu narodzin poprzedniego Zodiaka - odpowiedział kapitan Rocker - Ma na ten temat pewną teorię i prosi, żebyście przyjechali do niego i wszystko mu o tej sprawie opowiedzieli. Ja co prawda wszystko mu już przekazałem, ale i tak prosi, żebyście do niego dołączyli. Słyszał o was bardzo wiele dobrego i dlatego spodziewa się, że razem odkryjecie tożsamość Zodiaka.
- Poważnie? On chce poprowadzić z nami sprawę? - zdziwiłam się.
- Dokładnie tak - potwierdził kapitan - Jutro rano macie samolot do Chicago. Polećcie tam i skontaktujcie się z moim stryjem. Jeśli ktoś wam może pomóc rozwikłać tę zagadkę, to tylko on.
Wieść o planie Jaspera Rockera spadła na nas jak grom z jasnego nieba i przez chwilę nie wiedzieliśmy, co mamy odpowiedzieć. W końcu Ash, który jako pierwszy odzyskał przytomność umysłu rzekł:
- Dobrze, polecimy tam jutro. Proszę powiedzieć pańskiemu stryjowi, żeby czekał na nas na lotnisku.
- Doskonale! Zaraz mu to przekażę! Powodzenia! - po tych słowach kapitan się rozłączył.
- No, skarbie - uśmiechnął się Ash - Pakujmy manatki i w drogę! Chicago na nas czeka!
- Oby tylko ta wyprawa nam coś dała - powiedziałam ponuro.
- Musimy mieć nadzieję, Sereno - odparł na to mój ukochany - Jeżeli ją stracimy, to przegramy z kretesem.


C.D.N.

piątek, 30 listopada 2018

Przygoda 119 cz. II

Przygoda CXIX

Zodiakalny zabójca cz. II


Umyliśmy razem naczynia po obiedzie, prowadząc przy tym bardzo wesołą rozmowę na temat naszej wspólnej przyszłości, gdy nagle dało się słyszeć dzwonek do drzwi.
- O! Ciekawe, kto to może być? - zapytał zaintrygowany Ash.
- Pika-pika? - dodał pytającym tonem Pikachu.
Mister Mime zaraz pobiegł, aby otworzyć drzwi i przekonać się o tym. Gdy tylko drzwi zostały przez niego otwarte, to dało się słyszeć przyjemny, kobiecy głos.
- Witaj, Mime! Są może Ash i Serena?
- Mime-mime! Mime-mime! - zapiszczał Pokemon.
- Znam ten głos - powiedział mój luby.
- Pika-pika! - pisnął Pikachu, wskakując mu na ramię.
- Ja także - dodałam i wzięłam Buneary w objęcia.
Poszliśmy szybko do salonu, gdzie Mister Mime wprowadził dwoje gości, jak się okazało, doskonale nam znanych.
- No proszę! Patrzcie państwo, kto raczył nas odwiedzić! - zaśmiał się wesoło Ash, gdy tylko zobaczył, kim są nasi goście.
- Jenny! Bob! - zawołałam radośnie.
Pikachu i Buneary zapiszczeli wesoło na ich widok.
- Witajcie - powiedziała Jenny, uśmiechając się przyjaźnie.
Tak, to rzeczywiście była ona, kapitan Jenny, szef policji w Alabastii. Wraz z nią przybył do nas jej zastępca, detektyw Bob. Oboje mieli na sobie mundury policyjne, w których wyglądali po prostu genialnie. Przez chwilę przeszło mi na myśl, że ja i Ash również moglibyśmy dobrze i elegancko wyglądać w takich mundurach policyjnych. Z pewnością dodawałyby one nam powagi, a Ash byłby jeszcze przystojniejszy w moich oczach. Wszak wiadomo, że za mundurem panny sznurem. To wszak stara prawda znana nie od dziś.
- Wreszcie raczyliście powrócić z Polski - powiedział Bob po chwili - Dobrze, że w końcu to zrobiliście, bo Alabastia znowu potrzebuje waszej pomocy.
- Ciekawe, dlaczego mnie to nie dziwi? - zachichotał lekko Ash - Ale w sumie czego innego mogłem się spodziewać? Nie ma nas chwilę i już całe miasto pogrąża się w chaosie.
- Oj, weź, skarbie. Nie przesadzaj z tym chaosem. Na pewno nie jest wcale tak źle, mam rację? - powiedziałam i spojrzałam pytająco na naszych przyjaciół.
Odpowiedzią dla mnie były jednak ich ponure miny, które bardzo mi się nie spodobały, a wręcz strasznie mnie zaniepokoiły.
- Co? Chyba mi nie powiecie, że Ash ma rację i cała Alabastia pogrąża się w chaosie, bo nas nie było kilkanaście dni - jęknęłam.
- Można tak powiedzieć - stwierdził ponuro Bob - Ale nie chodzi tu o Alabastię... Jeszcze nie. Póki co sprawa dotyczy Wertanii. Na razie.
- Jeszcze... Na razie... O co tu chodzi? - zapytał zdumiony Ash.
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
- Lepiej będzie, jak usiądziemy, bo to nie jest sprawa, którą można by opowiadać na stojąco - zaproponowała Jenny.
Usiedliśmy więc przy stole, zaś Mister Mime szybko przygotował dla nas i naszych gości herbatę, a kiedy już zaczęliśmy się nią raczyć, to Jenny zapytała:
- I jak tam było w Łebie? Podobało się wam?
- Owszem i to nawet bardzo - odpowiedziałam z uśmiechem - To jest bardzo piękne miejsce. I ludzie tam są naprawdę mili.
- A w jaki sposób porozumiewaliście się z nimi? - zapytał wyraźnie zaintrygowany Bob - Przecież nie uczyliście się nigdy polskiego.
- Nie musieliśmy tego robić, ponieważ język wspólny regionów jest niesamowicie zbliżony do języka polskiego - wyjaśnił Ash - Oba są prawie takie same. Różnią się tylko pewnymi drobiazgami, głównie akcentem oraz ortografią, ale to bardzo  mało istotne szczegóły.
- To bardzo ciekawe - rzekł z zainteresowaniem w głosie Bob - Kto by pomyślał, że nasz język wspólny jest zbliżony do polskiego.
- To akurat jest nic niezwykłego - rzuciła Jenny dosyć przemądrzałym tonem - Każdy, kto chociaż trochę zna historię wie doskonale, że pierwsze kolonie, a potem państwa zakładali tam ludzie z Europy, którzy nie mieli czego szukać w swoich państwach lub też chcieli poznać nowy świat, a większość tych ochotników, którzy osiedlali się w regionach, to byli Polacy. To oni mieli najwięcej odwagi, żeby osiedlać się pomiędzy pierwotnymi ludami tych ziem oraz Pokemonami, które to budziły w większości krajów Europy wielkie przerażenie i niepokój. Polacy posiadali szaleńczą wręcz odwagę i dlatego bez wahania się tam osiedlali i tworzyli podwaliny tego, co dzisiaj zwiemy regionami. I dlatego też, gdy już ściągnęli kolonistów z innych krajów Europy, to właśnie oni mieli najwięcej do powiedzenia w sprawie administracji itd, a kiedy władcy wszystkich regionów postanowili zaprowadzić jeden wspólny język dla tych terenów, to właśnie na cześć pierwszych kolonistów Polaków ustanowili ich język językiem wspólnym dla regionów. Tylko trochę go zmienili w kilku aspektach, ale poza tym to jest ten sam język, którym obecnie się posługują Polacy.
- Tak, to samo mówił nam John Scribbler - powiedział Ash.
- Ciekawe, że ja tego nie wiedziałem - rzekł Bob.
- Było się uczyć historii, gdy byłeś dzieckiem, to byś teraz wiedział takie rzeczy - rzuciła ironicznie Jenny.
- Tylko bez takich głupich tekstów, proszę - burknął policjant - Nie jestem może specjalnie obeznany z historią regionów, ale nieukiem to ja też nie jestem i nie będę.
- Nikt przecież tak nie myśli - powiedziałam pojednawczo.
Buneary położyła delikatnie łapkę na ręce Boba, który uśmiechnął się lekko, westchnął i rzekł:
- Dobra, to przecież nieważne.


- No właśnie - poparła go Jenny - Sprawa jest o wiele bardziej poważna i chodzi o to, co się dzieje w Wertanii.
- A co tam takiego się dzieje? - zapytałam.
- Doszło tam do serii morderstw dokonanych przez pewnego czubka i to niesamowicie sprytnego czubka. Nie możemy wam jednak zbyt wiele o tej sprawie powiedzieć, ponieważ pan generał chce wam osobiście wszystko wyjaśnić.
- Pan generał?! - zawołaliśmy ja i Ash, bardzo tym faktem zdumieni.
- Pika-pika?! Bune-bune?! - zapiszczeli Pikachu i Buneary.
- On sam - powiedziała Jenny - Ja wiem, że dopiero co wróciliście z Łeby i chcecie pewnie odpocząć, ale sprawa jest poważna. Generał prosi, abyście przyjechali jak najprędzej do Wertanii i spotkali się z nim w sprawie tego szaleńca. W Wertanii wyjaśni wam wszystko, a potem poprosi, abyście rozwiązali tę sprawę, ponieważ jego ludzie sobie z nią nie radzą.
- Wiemy, że odszedłeś już na emeryturę, Ash, ale chyba sam dobrze rozumiesz, iż w takiej sytuacji żaden porządny śledczy nie może myśleć tylko o sobie - dodał Bob niesamowicie poważnym tonem - Dlatego też bardzo chcemy prosić ciebie... i ciebie także, Sereno... abyście choć w tej sprawie zarzucili emeryturę i jeszcze raz nam pomogli.
- Ale widzisz, Bob, my... - chciałam już powiedzieć, że Ash porzucił emeryturę i wrócił do gry, ale policjant nie dał mi dokończyć.
- Ja wiem, że sprawa jest niebezpieczna, ale przecież już nie z takich niebezpieczeństw zawsze wychodziliście obronną ręką.
- Ale Bob...
- Nie zapominajmy także o tym, że generał nie będzie skąpy. Zapłaci wam za śledztwo i to porządnie.
- Daj spokój, Bob - zaśmiał się Ash - Przecież my nie robimy tego dla pieniędzy.
- Wiem, ale zawsze kasa się przyda, prawda? - uśmiechnął się Bob - A zwłaszcza bardzo duża kasa. Będziecie mogli sobie za nią zafundować takie wakacje, że po prostu czapki z głów.
- Ale Bob, posłuchaj... - znów zaczęłam mówić i znów mi przerwano.
- Zapewniam was, że nie będziecie tego żałować. Staniecie się sławni i bogaci, a raczej bogaci i sławni, choć w sumie, to już macie to wszystko, ale nie zaszkodzi mieć tego więcej. A poza tym...
- Czy ja mogę wreszcie coś powiedzieć?! - zawołałam z lekką już irytacją.
Bob natychmiast umilkł, a Jenny spojrzała na niego karcąco i rzekła:
- Kochasiu, daj dziewczynie coś powiedzieć.
- Przepraszam, proszę bardzo. Co chciałaś powiedzieć, Sereno?
Uradowana, że policjant dał mi wreszcie dojść do słowa, przeszłam do udzielenia wyjaśnień:
- Widzicie... Wasza propozycja jest bardzo interesująca i dla nas, jako detektywów bardzo kusząca, ale nie musicie nas kusić wizją zysków ani też niczym podobnym, bo przecież my służymy sprawiedliwości, a nie sławie i mamonie.
- Wiem, ale Ash przecież jest na emeryturze i...
- Bob... Ash już nie jest na emeryturze.
Ta wiadomość zaszokowała nie tylko Boba, ale i samą Jenny. Oboje spojrzeli na Asha zaintrygowani, oczekując potwierdzenia.
- Czy to prawda? - zapytała Jenny.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał potwierdzająco Pikachu.
- Tak, to prawda - powiedział Ash, uśmiechając się od ucha do ucha - Przeżyliśmy razem z Sereną w Łebie pewną przygodę, która zmieniła moje nastawienie w tej sprawie i postanowiłem wrócić do gry. Więc, z całym do was szacunkiem, nie musicie mnie przekupywać, abym porzucił emeryturę, bo ja już to zrobiłem.
- Tak? I co? Nie łaska było o tym powiedzieć przyjaciołom? - burknął urażony Bob.
- Nie zwracajcie na niego uwagi - rzuciła złośliwie Jenny - I lepiej mi powiedzcie... Pojedziecie z nami do Wertanii, aby omówić tę sprawę?
Spojrzałam na Asha, a on na mnie, a potem na Pikachu i Buneary, po czym mój ukochany uśmiechnął się radośnie, skinął mi lekko głową i oboje zawołaliśmy głośno:
- Jedziemy!

***


Generał policji bardzo ucieszył się na nasz widok. Tak bardzo, że aż uściskał nam obojgu dłonie, po czym powiedział:
- Cieszę się, że tutaj przyjechaliście. Sprawa jest naprawdę bardzo poważna, moi drodzy. W innej sprawie nie kazałbym was tu sprowadzać, ale chyba sami rozumiecie...
- Rozumiemy, panie generał - przerwał mu Ash - Sytuacja jest poważna i dlatego nas pan wezwał. To wszystko jest jak na razie dla nas jasne. Ale chcielibyśmy wiedzieć, w jakiej dokładnie sprawie zostaliśmy tu wezwani.
Generał spojrzał na Jenny i Boba pytająco.
- Nie wyjaśniliście im wszystkiego?
- Sam pan chciał, abyśmy tego nie robili - zauważył Bob.
Szef policji uderzył się lekko dłonią w czoło i zawołał:
- Boże kochany! Ta moja przeklęta pamięć! Macie rację, nakazałem wam przecież nie mówić im zbyt wiele, dopóki ich tutaj nie przywieziecie! Wybaczcie mi, proszę, tę całą konspirację. Jest ona może i uciążliwa, ale też konieczna.
- Nie wątpię - rzucił złośliwie Ash - Ale czy dowiemy się w końcu, po co nas tu wezwano?
- Słusznie, pora przejść już do wyjaśnień - rzekł generał i poprosił nas, abyśmy usiedli, a kiedy to zrobiliśmy, to powiedział: - No dobrze, a teraz posłuchajcie uważnie. Mówi wam coś imię Zodiak?
- Czy chodzi może o tego słynnego mordercę z USA, który działał tak gdzieś w latach sześćdziesiątych? - spytał Ash.
Generał spojrzał na niego zachwyconym wzrokiem.
- Geniusz! Prawdziwy geniusz! Zgadł bez problemu! Ale skąd ty to wiedziałeś?
- To bardzo proste. Przecież nie wezwałby pan nas tutaj, aby z nami rozmawiać o firmie produkującej zegarki o takiej nazwie, tylko o żywym człowieku powiązanym w jakiś sposób z policją. A skoro tak, to mi tylko jedna osoba pasuje do tego schematu. Ten zabójca z USA.
- Brawo, mój drogi chłopcze! - zawołał zadowolony generał - Widać, że wciąż umiesz myśleć i wyciągać właściwe wnioski z tego, co widzisz i słyszysz. Wielka szkoda, że moi ludzie w dużej mierze zatracili już tę jakże pożyteczną zdolność.
- Jest pan dla nich z pewnością zbyt surowy - powiedziałam.
- Jestem innego zdania, ale to teraz bez znaczenia - rzekł generał policji - Mamy znacznie poważniejsze problemy niż takie zagadnienia. W tym mieście zaczął niedawno grasować jakiś psychol, który przedstawia się jako Zodiak. Zabił już pięć osób i obawiamy się, że planuje kolejne zbrodnie.
- Zabił pięć osób? Kogo konkretnie? - zapytałam.
Generał podał nam teczkę, w której znajdowały się spisane wszystkie dokładne personalia zabitych osób wraz ze zdjęciami oraz jeszcze paroma informacjami na ich temat. Obejrzeliśmy je z Ashem bardzo dokładnie, po czym spojrzeliśmy uważnie na naszego rozmówcę w oczekiwaniu dalszych informacji.
- Jesteście pewni, że to wszystko jego robota? - zapytał Ash.
- To nie ulega wątpliwości - odpowiedział generał - A już na pewno nie po tym, jak sam się do tego przyznał.
- Przyznał? - zapytałam zdziwiona - W jaki sposób to zrobił? Wysłał wam listy?
- Nie, tak robił prawdziwy Zodiak. Jego naśladowca idzie z duchem czasu. Sami zobaczcie.


Po tych słowach generał policji podszedł do telewizora stojącego w kącie pokoju, wsunął do leżącego pod nim odtwarzacza DVD płytę i zaraz ją uruchomił Chwilę później na ekranie telewizora ukazał nam się naprawdę przerażający widok. Był nim mężczyzna w średnim wieku, przywiązany do krzesła i do tego jeszcze zakneblowanym. Kilka sekund od rozpoczęcia projekcji obok niego stanął jakiś człowiek ubrany na czarno. Miał na twarzy coś, co wyglądało jak worek, ale z otworami na oczy i usta. Prócz tego na worku widniał jakiś znak przypominający jakieś dziwne koło.
- Witam serdecznie organy ścigania - powiedział groźny jegomość - Większość z was pewnie jeszcze mnie nie zna, a pozostali jeszcze nie, ale spokojnie. Postaram się, aby wszyscy o mnie pamiętali i to przez długie lata. A zatem dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, kim jestem, dokonuję swojej prezentacji. Jestem Zodiak. Noszę imię mojego wielkiego poprzednika, ale zamierzam się stać o wiele sławniejszy niż on. Osiągnę to w najlepszy ze wszystkich możliwych sposobów. Poprzez sztukę! I to nie byle jaką sztukę, lecz poprzez sztukę zabijania. Bo nic tak naprawdę nie zapada w pamięć, jak zabójstwo dokonane w wyjątkowy sposób. Wszyscy kochacie wielkich artystów malujących obrazy czy rzeźbiący rzeźby, ale prawda jest taka, że przyszłe pokolenia łatwo o nich zapominają. Bo ludzie łatwo zapominają tych, których kochają. Ale tych, których nienawidzą, zapamiętują doskonale i nigdy ich nie zapominają. I ja już postaram się o to, żebyście mnie na zawsze zapamiętali i znienawidzili. A rozpocznę moje starania od dzisiaj. Pomoże mi w tym ten oto człowiek.
To mówiąc wskazał ręką na związanego mężczyznę i dodał:
- Ten oto człowiek pomoże mi stać się artystą. Od niego zacznie się wszystko, bo w końcu od czegoś trzeba zacząć. A ponieważ ten człowiek ma zaszczyt być moją pierwszą ofiarą, to obiecuję wam i jemu też, że zabiję go bardzo szybko i w miarę możliwość bezboleśnie. Moich następnych ofiar to już nie spotka, zatem... Kochani moi obrońcy sprawiedliwości... Złapcie mnie, jeśli potraficie. Dopóki zaś tego nie zrobicie, to będą kolejne ofiary. I one nie będą lekko zabijane.
Po tych słowach Zodiak zaśmiał się okrutnie, po czym zasłonił swoim ciałem kamerę i chwilę później dało się słyszeć krzyk ofiary i pojedynczy strzał z pistoletu.
- Następne nagrania są znacznie bardziej brutalne, ale lepiej, żebyście ich nie oglądali - powiedział generał, wyłączając film - Tam egzekucje ofiar tego wariata są już dokładnie ukazane i nie oszczędzają w ogóle nerwów człowieka, który to ogląda. Ale co sądzicie o tym, co właśnie widzieliście?
- Świr kompletny - powiedziałam.
- Do tego bydlak i sadysta - dodał Ash.
Pikachu i Buneary zapiszczeli delikatnie na znak, że się zgadzają.
- Zupełnie jak ten pierwszy Zodiak - rzekł Bob - Wiecie, ten świr, który działał w USA.
- Tak, ale tamten nie porywał ludzi, tylko zabijał ich na miejscu i nie wysyłał filmów, tylko listy - zauważyłam.
- Co chcesz? Co kraj, to obyczaj - zauważyła złośliwie Jenny.
- Ile dostaliście takich nagrań? - zapytał Ash.
- Pięć, tyle samo, co ofiar - odpowiedział generał - I każdy mord jest o wiele groźniejszy od poprzedniego. Zresztą zajrzyjcie do teczek. Tam jest wszystko napisane.
Zajrzeliśmy z Ashem do teczek i zobaczyliśmy wszystkie niezbędne dane na temat ofiar.
- Pierwsza ofiara to Horacy Blughorn, lat sześćdziesiąt sześć, ojciec dwójki dzieci i dziadek trójki wnuków, bogaty biznesmen, zabity strzałem z pistoletu - przeczytałam zasmucona - Druga ofiara to Eugene Descaroux, lat trzydzieści trzy, modelka i artystka, zabita strzałem w głowę, przed śmiercią torturowana za pomocą tzw. Maski Diabła.
Spojrzałam zdumiona na generała i zapytałam:
- Co to takiego?
- To? Straszne paskudztwo - odpowiedział mi generał policji - Wielka maska nałożona na głowę, a do niej podłączony kabel, który łączy ze sobą maskę z takim urządzeniem na stole. Maska w ciągu dwóch minut nagrzewa się tak bardzo, że może człowiekowi spalić twarz. Chyba, że biedna ofiara szybko znajdzie klucz do maski, ale biedna dziewczyna nie znalazła klucz i jej twarz zaczęła się palić, lecz ten bydlak się zlitował i zastrzelił ją szybko, co zostało nam ukazane na filmie.
- Straszne - jęknął Ash.
- Przerażające - dodałam i spojrzałam uważnie na dalsze notatki - Trzecia ofiara to Daniel Dafon, lat czterdzieści trzy, dziennikarz, bezdzietny i mieszkający samotnie. Pracował dla „Kanto Express“. Został utopiony za pomocą tzw. Topielca. A co to takiego?
- Wielka kostka napełniona wodą i podłączona kablami do takich wielkich dwóch butli z wodą oraz do sufitu - wyjaśnił nam generał - Głowa ofiary była w takiej kostce i w odpowiedniej chwili Zodiak zaczął powoli pompować do tej kostki wodę, coraz więcej i więcej. Bydlak dał swojej ofierze taki mały nożyk, aby sobie zrobił tracheotomię.
- Co takiego?
- To polega na zrobieniu niedużej dziurki w szyi lub w tchawicy, aby móc oddychać pomimo zalania całej twarzy wodą. Biedak nie zdołał tego zrobić i utopił się.
- Potworność - jęknęłam załamana i spojrzałam w akta - A czwarta i piąta ofiara, jak widzę, zostały zabite jednocześnie.
- Tak... Sally Adrians i Allan Richardson, oboje lat dwadzieścia cztery - powiedział generał - Para narzeczonych z bogatych rodzin, wolontariusze. Wiecznie się w coś angażowali. A to jakaś zbiórka pieniędzy na szpital, a to znów jakiś koncert charytatywny na rzecz domu opieki... Kurczę, w co oni się nie angażowali? Wszyscy w mieście ich lubili i co? Bydlak skuł ich oboje kajdankami i zostawił im pod ręką siekierę, żeby się mogli uwolnić, ale w okrutny sposób.
- Jaki? - zapytałam.
- Kajdanki miały bardzo krótki łańcuszek i oni byli przykuci z ich pomocą do wielkiej rury i aby się uwolnić, jedno by musiało obciąć rękę drugiego. Dał im pół godziny i pilnował, co zrobią.
- Zakładam, że żadne drugiemu nie obcięło ręki, prawda? - zapytał z nadzieją w głosie Ash.
- Nie, nie zdobyli się na to. Każde namawiało do ratowania się, ale żadne się na to jakoś nie zdobyło. W nagrodę za tę lojalność Zodiak bardzo łaskawie wpuścił im gaz do pomieszczenia i oboje się udusili.
- Bydlę! - zawołał Ash, zaciskając pięść ze złości.
- Tak, a wczoraj świr wysłał nam piąty film, w którym zapowiedział, iż po szóstej ofierze zamierza zmienić miejsce działania. Jego zdaniem policja z tego miasta to dla niego żadni przeciwnicy. I wiecie co? Miał rację, ale spokojnie. Teraz, gdy się zjawiliście, ten bydlak nie ma szans.
- Wie pan, nie wiem, czy nas pan za bardzo nie przecenia - odparł na to smutno Ash.
- To prawda, jeszcze z kimś takim nie walczyliśmy - dodałam ponuro - Także proszę nie spodziewać się po nas cudów.


- Cudów nie oczekuję, tylko efektów, bo na moich ludzi, to ja nie mam co liczyć.
- Jest pan zbyt surowy - zauważył Ash - Przecież ten szaleniec z całą pewnością wybiera swoje ofiary przypadkowo. Trudno przewidzieć, kiedy zaatakuje i w jakim miejscu.
- Tego nie zamierzam przewidywać - odpowiedział generał ponuro - Ja chcę wiedzieć, kim jest ten świr i gdzie przebywa. Moi ludzie nie potrafią tego odkryć. Liczę, że wam się to uda.
- Ale skoro im się nie udało, czemu nam ma się udać? - zapytał Ash.
- Bo w przeciwieństwie do moich ludzi nie ograniczają ich przepisy i paragrafy, a do tego oboje używacie głów nie tylko jako ochrony ciała przed deszczem.
- To znaczy? - zapytałam.
- To znaczy, że niektórzy mają głowy tylko po to, żeby im się deszcz nie lał do środka. Wy zaś macie je do czegoś więcej, do wielu funkcji, a jedną z nich jest funkcja o nazwie myślenie. Inna funkcja, która nie jest wam obca, to funkcja nazywana dedukcją lub też logicznym wyciąganiem wniosków z tego, co się widzi i słyszy. Wiecie, ostatnio odnoszę wrażenie, że niewielu policjantów posiada te umiejętności. Dlatego odsunąłem od tej sprawy moich podwładnych z Wertanii i powierzam ją wam... I oczywiście waszej dwójce.
To mówiąc spojrzał na Jenny i Boba.
- Wy dwoje przejmujecie teraz tę sprawę. Macie przesłuchać wszystkie osoby powiązane z ofiarami. Być może (a raczej na pewno) moi ludzie coś przeoczyli. Z kolei wy...
Po tych słowach skierował swój wzrok na mnie i Asha.
- Macie dobrze pogłówkować w tej sprawie. Dostaniecie wszystkie dane i spróbujcie coś z tego wyciągnąć. A jeśli wyciągniecie, to natychmiast idziecie z tym do mnie.
- Dobrze, panie generale - rzekł Ash lekko zmieszany, co jak wiadomo rzadko mu się zdarza - Chodzi tylko o to, że...
- Tylko nie mów o swojej emeryturze - jęknął gniewnie generał - Wiem o niej aż za dobrze. Ale w takiej sprawie nie wolno ci myśleć o sobie i o swojej wygodzie. Rozwiąż tę zagadkę, a potem możesz sobie wracać na tę swoją emeryturę, skoro tak koniecznie musisz.
- Ja nie o tym - zaśmiał się Ash - Chodzi o to, że jeśli mamy prowadzić tę sprawę, to potrzeba jak najwięcej związanych z tą sprawą i to także takich, o których opinia publiczna nie powinna wiedzieć.
- Spokojnie, to się rozumie samo przez się - odrzekł generał tonem mówiącym, że dla niego to rzecz oczywista - Dostaniecie wszystkie dane i to bez wyjątku. Tylko radzę wam przygotować sobie jakąś miednicę albo coś takiego, bo to, co zobaczycie na tych nagraniach może wywołać u was wymioty.
- Chyba, że oglądaliście już „Piłę“ - rzucił Bob dość dowcipnym tonem - Bo wtedy to raczej będziecie uodpornieni na takie widoki.
- Nie oglądaliśmy - odpowiedziałam.
- To lepiej sobie uszykujcie miednicę - rzekł generał.
- Albo obejrzyjcie wcześniej „Piłę“ - zaproponował Bob.

***


Pomimo jakże życzliwych rad naszego drogiego przyjaciela Boba, ja i Ash darowaliśmy sobie oglądanie thrillera i kiedy tylko znaleźliśmy się w Centrum Pokemon (gdzie wzięliśmy sobie pokój), to zaczęliśmy przeglądać z uwagą wszystkie dane na temat sprawy Zodiaka. Generał w ciągu godziny zdobył dla nas nie tylko akta tej sprawy, ale również wiele innych, bardzo ciekawych informacji na temat ofiar tego świra. Były to dane na temat gustu ofiar, ich upodobań, ich życia oraz tego, z kim się ostatnio spotykali. Ash uważał, że w tych danych zawarty jest klucz do doboru ofiar Zodiaka, a ten klucz mógł nam pomóc go złapać. Nie byłam do końca przekonana, co do sensu takiego sposobu działania.
- Ash, już jest późno - powiedziałam, gdy zbliżała się północ - Chyba powinniśmy iść spać. Oboje!
Pikachu oraz Buneary zgodzili się ze mną w tej sprawie, co okazali piskiem ponaglającym Asha do łóżka.
- Spokojnie, ja już kończę - odpowiedział Ash, wciąż nie odrywając wzroku od papierów.
- I co chcesz przez to osiągnąć? - jęknęłam - Co niby chcesz zrobić, czytając ciągle te papiery? Chcesz z pomocą tych danych zastawić zasadzkę na Zodiaka? Próbujesz go w ten sposób osaczyć?
- Próbuję go zrozumieć - odparł na to Ash z anielską cierpliwością do mojej ignorancji, która była wywołana zmęczeniem i chęcią spokojnego snu - Jeżeli zrozumiem jego sposób działania, to łatwiej zdołam przygotować jakąś zasadzkę na niego, a w każdym razie łatwiej go złapię.
- Uważasz, że wybiera on ofiarę według jakieś schematu? - spytałam - Przecież sam mówiłeś, iż on może wybierać ofiary przypadkowo.
- Tak, istnieje taka możliwość, ale chcę spróbować odnaleźć w jego doborze ofiar jakiś schemat - odparł Ash.
- Ale te ofiary nie mają ze sobą za wiele wspólnego. W sumie, to chyba nawet nic - zauważyłam.
- Poza tym, że są zamożni i mieszkają w Wertanii - rzekł mój luby.
- To niewiele. Nie łączy ich płeć, nie łączy wiek, nawet pochodzenie. Ta cała Eugene pochodzi z Kalos, a nie z Kanto. Pozostali są miejscowi, ale ona nie.
- A więc tę cechę też możemy wykluczyć, chociaż Zodiak mógł tego nie wiedzieć, co nie?
- Ash... Przecież ty sam w to nie wierzysz.
Mój ukochany westchnął przygnębiony i rzekł:
- Nie, nie wierzę, bo jestem pewien, że ten bydlak ma jakiś schemat działania i bardzo dokładnie wybiera swoje ofiary.
- Być może, ale teraz powinieneś już iść spać, bo przemęczony raczej niewiele zdołasz zdziałać i niewiele zdziałasz.
- Tak, masz rację - pokiwał głową Ash na znak zgody - Popracuję dalej jutro, kochanie.
Powoli odłożył na bok papiery, przebrał się potem w piżamę i położył się obok mnie. Objęłam go czule do siebie, pocałowałam delikatnie w usta, a następnie postanowiłam go jakoś podnieść na duchu.
- Spokojnie, kochanie - powiedziałam czule - Jeszcze złapiemy tego świra Zodiaka. Zobaczysz, Ash. Na nas przecież nie ma mocnych.
Ash uśmiechnął się lekko i złożył czuły pocałunek na mych ustach, a po chwili oboje rozebraliśmy się i pogrążyliśmy w najbardziej przyjemnym sposobie okazywania sobie uczuć. Po wszystkim zaś nadzy i czule do siebie przytuleni zasnęliśmy.
Miałam wtedy bardzo dziwny sen. Tak dziwny, że można by go nazwać retrospekcją z przeszłości. Wspominam go tutaj, ponieważ ma on ogromne znaczenie dla całej naszej historii.

***


Kalos, 3 lata wcześniej.
Wreszcie nadszedł ten moment: niedługo miał odbyć się Finał Wystaw w Klasie Mistrzyń, w którym miałam zmierzyć się z Arią o tytuł Królowej Kalos. Marzyłam o tym od chwili, kiedy postanowiłam zostać Pokemonową Artystką. Wydawać się mogło, że po porażce w debiutanckim występie w Coumarin całkowicie zrezygnuję z tej drogi, a owe marzenie będzie jedynie mrzonką. Postanowiłam jednak udowodnić zarówno sobie, jak i wszystkim: przyjaciołom, rywalom, mojej mamie, a także Ashowi, że nie poddam się tak łatwo, że mam w sobie siłę i spełnię swoje zamiary. Chciałam pokazać wszystkim, że jestem najlepsza w tym, co robię, że to jest mój życiowy cel.
Rzeczywistość jednak pokazała, jak bardzo moje spojrzenie na całą tę sprawę mija się z prawdą. Moje zaangażowanie w Wystawy, z szlachetnych bądź co bądź pobudek, sprawiły, że stałam się kimś zupełnie innym, niż byłam naprawdę. Szalona rywalizacja z Miette oraz Shauną doprowadziły do wyniszczenie mnie oraz moich Pokemonów.
Przyjaciele coraz bardziej się o mnie martwili, lecz długo byłam głucha na ich rady. W końcu trafiłam do szpitala na wskutek wręcz potwornego wycieńczenia, spowodowanego nadmiernym treningiem. Dopiero wówczas zaczęłam poważnie zastanawiać się nad sobą, co jest zasługą nie tylko stanu w jakim się znalazłam, ale także i słowami Asha. Od samego początku nie podobało mu się to, że tak bardzo zaczęłam się zmieniać oraz przesadnie angażować w życie artystki. Początkowo, przed wystawą w Coumarin, Ash szczerze popierał mój pomysł, tym bardziej, że wiedział on, jakie ideały mi wtedy przyświecały. Ale potem, gdy zmieniłam swój wizerunek i co gorsza charakter, Ash mocno posmutniał, choć starał się tego nie okazywać. Gdy jednak przekroczyłam już granice rozsądku, to nie wahał się powiedzieć wprost, co o mnie myśli. Zawsze, kiedy jeszcze byliśmy tylko przyjaciółmi, mogliśmy nawzajem liczyć na swoje wsparcie i szczerą opinię, a gdy któreś z nas postępowało niewłaściwie, to grzecznie, choć stanowczo zwracaliśmy sobie uwagę, lecz nigdy nie dochodziło między nami do kłótni. Wtedy jednak słowa Asha były boleśnie prawdziwe, choć nie okazywał w żadnym, razie gniewu, ale mimo to bolała mnie jego opinia o mojej osobie. A była do bólu prawdziwa: stałam się zupełnie inną osobą niż ta dziewczyna, którą byłam na początku, zniknęły moja radość z życia, pogoda ducha, ciekawe pomysły na przyjemne spędzenie wolnej chwili i entuzjazm przy każdym przedsięwzięciu, a pojawiły się determinacja i parcie na karierę. Choć nadal kierowałam się chęcią uszczęśliwienia ludzi swoimi występami, szczególnie zaś Asha, to jednak nie była już tą dawną, prawdziwą sobą. Ash przyznał wprost, że tęskni za tą dawną ja, tą z początku naszej podróży.
Mimo wszystko zależało mi, aby odegrać się jakoś na Shaunie za jej wcześniejsze oszustwa. I udało mi się to, bo po powrocie do zdrowia nadal trenowałam, jednak tym razem już dużo rozsądniej, korzystając przy tym z wsparcia moich przyjaciół. Jak wiecie szczególnie zdanie Asha liczyło się dla mnie najwięcej. W duchu to jemu właśnie zadedykowałam swój występ w półfinale Klasy Mistrzyń, pokonując w nim zarówno Miette, jak i Shaunę. Dostałam też propozycję dalszego stażu u Palermo, niezależnie od wyniku Finału.
Te właśnie wspomnienia przyszły mi do głowy, gdy rozmyślałam nad swoim dalszym losem, co teraz przypominał mi mój sen. Siedziałam wtedy w parku, przed Centrum Pokemon zastanawiając się nad tym, jaką decyzję podjąć. Czy nadal mam być Artystką i występować kierując się jedynie swoim talentem i ideałami, chociaż Palermo dała mi do zrozumienia, gdzie takim myśleniem zajdę, czy też może zrezygnować z tej drogi i znaleźć inne marzenie. Najbardziej jednak dręczyło mnie cos innego: co dalej będzie z moim uczuciem do Asha? Ile ono zdoła przetrwać, jeśli przyjmę propozycję Palermo i pójdę z Nią. Czy nadal będzie tak silne, czy będę mieć czas dla niego oraz moich przyjaciół? A co, jeżeli porzucę karierę Artystki? Jak ja wyjaśnię przyjaciołom i swojej mamie, że to nie jest moja droga życiowa. Już wyobrażałam sobie minę mojej mamy oraz jakiś jej tekst w stylu „A nie mówiłam?”.
I wtedy stało się coś nieoczekiwanego, mianowicie poczułam, że nie jestem w parku sama. Poczułam to w chwili, w której to usłyszałam za sobą następujące słowa:
- Wiem, co cię trapi i nad czym się zastanawiasz. Jeśli chcesz, to mogę ci pomóc.
Słowa te wypowiedział jakiś tajemniczy osobnik, którego dopiero teraz spostrzegłam. Był to średniego wzrostu młody chłopak, lecz jego wygląd daleki był od zwyczajnego. Jego oczy świeciły dość dziwnym, szafirowym blaskiem, jego ubranie było całe czarne, zaś wokół niego unosiła się jakaś ciemna poświata. Wydawało mi się, że to jakaś postać z horroru, lecz co jeszcze dziwniejsze, w ogóle nie czułam przed nim strachu. Dręczył mnie jednak silny niepokój, co było oczywiście zrozumiałem, bo trudno o brak niepokoju, gdy nagle jakiś nieznajomy rzuca mi taki tekst.
- Kim jesteś? I skąd ty możesz wiedzieć, co mnie dręczy? - spytałam zdumiona - I dlaczego niby chcesz mi pomóc? Nawet się nie znamy.
- Ty mnie nie znasz, ale ja znam ciebie Sereno - rzekł ten uśmiechając się - I wiedz, że mogę ułatwić ci podjęcie decyzji. A trapi cię, czy wybrać karierę, czy też miłość.
Muszę przyznać, że ów chłopak mnie mocno zaskoczył. Czyżby umiał czytać w myślach? Tym bardziej nie chciałam zaufać obcemu, który pojawia się nie wiadomo skąd i twierdzi, że chce mi pomóc i do tego jeszcze zna moje myśli.
 - Powiedzmy, że masz rację, ale nadal nie widzę powodu, dla którego miałabym skorzystać z twojej pomocy. Wcale cię nie znam i nie wiem, czemu chcesz mi pomóc. I niby jak chcesz to zrobić?
- Pokażę ci, Sereno - powiedział nieznajomy i wyciągnął rękę - Uwierz mi, mam swoje sposoby.
Nim zdążyłam zareagować, spowiło mnie jasne światło. Kiedy zaś otworzyłam oczy, nie byłam już w parku, przed Centrum Pokemon, tylko w jakiejś obszernej Sali. Nie było w niej zbyt wielu rzeczy, widziałam jednak okna oraz wyjście na balkon. Pośrodku Sali widniał jednak ciekawy obiekt. Był nim spory kawał przezroczystego kryształu, o nieregularnym kształcie. Kiedy podeszłam bliżej ujrzałam swoje odbicie. Przypomniała mi się wtedy nasza przygoda w Lustrzanej Jaskini, kiedy chciałam pokazać ją naszym przyjaciołom podczas podróży po Regionie. Wówczas też Ash przeniósł się do alternatywnego wymiaru, gdzie poznał odpowiednik siebie, a do tego też odpowiednik mnie, Clementa i Bonnie.
- Twoje skojarzenia są bardzo słuszne, Sereno - usłyszałam nagle głos nieznajomego chłopaka - To lustro pochodzi właśnie z Lustrzanej Jaskini. Ja jednak potrafię wykorzystać pełnię mocy owych kryształów.
- W jaki sposób? Jak w ogóle się tu znalazłam? Co się tu...?
- Tylko spokojnie, Sereno. Nic ci tutaj nie grozi. Nie mam zamiaru wyrządzić ci żadnej krzywdy. Jesteśmy w głównej Sali w moim domu, a właściwie Wieży.


Nadal byłam kompletnie zdezorientowana. Kim był ten chłopak, jaką dysponował mocą, skąd mnie zna i czemu w ogóle chce mi pomagać? Te i bardzo wiele innych pytań przychodziło mi w tym momencie do głowy. Nieznajomy zaś podszedł do mnie i wtedy miałam okazję przyjrzeć mu się lepiej. Pomimo mrocznej aury oraz świecących na niebiesko oczu, wydawał się być podobny do zwykłego nastolatka, niewiele starszego ode mnie czy Asha.
W jego spojrzeniu nie dostrzegłam żadnego fałszu, spoglądał na mnie spokojnie i uważnie, jakby szukał mojego wzroku. Co ciekawe, uśmiechał się do mnie przyjaźnie i ciepło, poczułam więc, że faktycznie nie grozi mi z jego strony niebezpieczeństwo. Nie wiedziałam jednak, skąd to wiem. Przy okazji dostrzegłam, że pomimo przyjaznego uśmiechu i w miarę pogodnej postawy, kryło się  w nim coś jeszcze. Jakby smutek i ból, choć może mi się tylko wydawało.
- Ale powiedz mi, proszę, kim ty właściwie jesteś, skąd mnie znasz i dlaczego chcesz mi pomóc.
- Jestem istotą, pochodzącą z innego świata - odpowiedział zapytany - Urodziłem się jednak w tym świecie, jednak moje imię niech pozostanie tajemnicą.
- Dlaczego? - spytałam zdumiona.
- Po prostu nie używam go obecnie, nie pytaj proszę dlaczego. Może kiedyś znów będę go używał.
- Wybacz, ale to wszystko jest naprawdę bardzo zagadkowe i nadal nie odpowiedziałeś mi na najważniejsze pytania.
- Prawda, więc już mówię: otóż obserwuję cię już od dawna, Sereno. Ciebie i Asha.
- Obserwujesz nas? - zdziwiłam się - Ale dlaczego i w jakim celu?
- No cóż... Po prostu zwróciłem uwagę na rodzące się między wami uczucie - odpowiedział mi chłopak - Jest niezwykle ono piękne i bardzo mi przypomina to, które łączyło mnie  z moją ukochaną.
 Mówiąc to nieznajomy bardzo posmutniał. Teraz zrozumiałam, że miałam rację, dręczył go jakiś ból i smutek.
- Co się z nią stało? Czy ona...
- Niestety, tak - odpowiedział cicho nieznajomy - Nie żyje.
Nie wiedziałam, za bardzo co mu odpowiedzieć. Z całą pewnością było mi przykro z tego powodu, lecz mimo to nie znałam go w ogóle. Dlatego nie potrafiłam powiedzieć mu nic sensownego. I do tego wciąż jeszcze nie wiedziałam, czemu chce mi pomóc.
- Ale wracając do tematu, to widząc, jakie uczucie rodzi się między tobą i Ashem oraz wyczuwając dręczące cię wątpliwości odnośnie wyboru drogi życiowej, chciałem ci zaoferować pewne rozwiązanie. A dlaczego chcę ci pomóc? Bo nie chcę by takie piękne uczucie, jakie jest między tobą i Ashem przepadło.
- I dlatego chcesz mi pomóc? Bo uczucie jakie żywię do Asha jest takie wyjątkowe?
- Właśnie tak, gdyż świat z którego pochodzę bardzo ceni sobie taką miłość ponad inne wartości.
- I to wszystko? - zapytałam go zdumiona - Nie masz w tym żadnego innego celu?
- Mam, lecz o nim dowiesz się przy następnym naszym spotkaniu. O ile do niego w ogóle dojdzie.
- A od czego to zależy? - spytałam zaciekawiona.
- Od decyzji, którą podejmiesz odnośnie swojej przyszłości - odparł chłopak - Aby ci ją ułatwić, przedstawię ci pewne rozwiązanie odnośnie twoich wątpliwości.
- Czy ma może ono związek z tym lustrem? - spytałam, wskazując ów kryształ.
- Zgadza się - potwierdził chłopak - Dzięki mojej mocy mogę zaraz sprawić, że zobaczysz w nim swoją przyszłość, w zależności od decyzji jaką podejmiesz.
- Zobaczyć przyszłość? - spytałam zdumiona - Czy to w ogóle jest możliwe?
- Tak, ponieważ posiadam zdolność widzenia zarówno przeszłości, jak i przyszłości. Pokażę ci.
- Co zobaczę najpierw?
- To zależy, czy chcesz zobaczyć drogę kariery, czy drogę miłości. Ale jeszcze jedna sprawa.
- Co takiego? - spytałam, czując, że jest w tym jakiś haczyk.
- Wszystkie te wydarzenia, które zaraz zobaczysz będą następstwem podjętej przez ciebie decyzji. Większość z nich wydarzy się na pewno. Inne mogą się przebiegać inaczej, niż jest to ukazane.
- Czyli część z tego co zobaczę może w ogóle nie mieć miejsca?
- Tak, ponieważ przyszłość jest w ciągłym ruchu. Ale mimo to są w niej zapisane stałe wydarzenia, które mimo pewnych zmian i tak będą miały miejsce.
- To dość skomplikowane, nie ma co - odparłam mocno skołowana.
- Wobec tego przejdźmy do rzeczy - zaproponował mi nieznajomy - Spójrz w lustro.
Kryształowe zwierciadło zaczęło świecić jasnym światłem oraz lekko falować. Podobnie było w przypadku wspomnianej już wcześniej przygody w Jaskini Luster. Poczułam wówczas nagle ogromną chęć zobaczenia, co się wydarzy, jeśli będę kontynuować swoją karierę artystki. Ledwie o tym pomyślałam, a zaczął ukazywać mi się obraz.
Zobaczyłam, jak biorę udział w Finale Klasy Mistrzyń. Dałam z siebie wszystko, moi przyjaciele byli naprawdę szczęśliwi i dumni ze mnie, ale mimo to widownia zwycięstwo oddała Arii. Ja jednak z jakiegoś powodu wydawałam się być szczęśliwa. Palermo ponownie zaoferowała mi dalszy staż u siebie i, mimo wahania przyjęłam go.
Nastąpiła chwila, w której musiałam opuścić swoich przyjaciół. Było im bardzo przykro, ale życzyli mi powodzenia na mojej nowej drodze życia. Pożegnanie z Ashem było szczególnie trudne, jednak obiecaliśmy sobie, że spotkamy się ponownie, kiedy tylko spełnimy swoje cele. Dalej widziałam moje dalsze treningi, szkolenia i podróże. Moje Pokemony również zyskały wielką sławę oraz ogromne uznanie. Zaczęłam coraz bardziej przypominać profesjonalną, zawodową Artystkę.
Wydawało mi się, że jest to niezwykle pomyślna dla mnie przyszłość. W kolejnych Wystawach i Konkursach osiągałam coraz lepsze wyniki, nie tylko w Kalos. Ludzie mnie uwielbiali, miałam rzesze fanów. Zostałam w końcu Królową Kalos oraz znaną piosenkarką i tancerką.
Z czasem moja kariera zaczęła iść w kierunku srebrnego ekranu, aż pewno dnia zajęłam miejsce Palermo jako znana producentka i jurorka. Ale zastanawiały mnie dwie sprawy: im byłam starsza, tym bardziej poważna się stawałam, a do tego i smutniejsza. I co gorsze nigdzie w tych wydarzeniach nie widziałam Asha, ani moich przyjaciół. Nawet swoja mamę widziałam jedynie sporadycznie.
Wreszcie ujrzałam wnętrze jakiegoś biura, w którym to za eleganckim sekretarzykiem siedziałam ja, jednak byłam tu już uderzająco podobna z wyglądu do Palermo! W dodatku miałam podobny do niej wyraz twarzy. Do gabinetu weszła jakaś nastolatka, najpewniej Artystka, zamieniła ze mną parę słów, po czym wyszła załamana. Więc decydowałam już o szczęściu, bądź zapomnieniu potencjalnych młodych Artystek.
Ostatnim obrazem, jaki zobaczyłam w tej wizji, to była sypialnia, do której weszłam okryta szlafrokiem. Zamknęłam drzwi na klucz, po czym z nocnej szafki wyjęłam jakiś przedmiot. Gdy obraz się przybliżył, ujrzałam zdjęcie, które zrobiła sobie nasza paczka, kiedy pomagaliśmy Korrinie w poszukiwaniu Lucarionitu. Starsza ja przyglądała się swej młodszej wersji, jak stoi blisko Asha i delikatnie spogląda na niego z uśmiechem. Po chwili ta starsza ja zaczęła płakać, wciąż spoglądając na owo zdjęcie.
Poczułam straszny ból w sercu, gdy ujrzałam tę scenę. Nie chciałam już więcej nic oglądać. Chciałam uciec z tego miejsca i płakać z rozpaczy. Nagle jednak zaczęłam się uspokajać i ponownie byłam w stanie zebrać myśli.


- Spokojnie, Sereno - powiedział bardzo łagodnie mój gospodarz - To wszystko się jeszcze nie wydarzyło. To jedynie wizja tego, co może ci się przydarzyć.
- Ale ona jest straszna! - odparłam - Nie chcę już nic więcej oglądać! chcę wrócić do moich przyjaciół!
- Naprawdę nie chcesz wiedzieć, co cię czeka, jeżeli zdecydujesz się walczyć o miłość do Asha?
- Jeżeli zakończenie tej historii będzie równie przygnębiające jak to, które ujrzałam przed chwilą, to dzięki, ale nie chcę.
- Nie przekonasz się, dopóki tego nie zobaczysz. Może okazać się, że jednak finał będzie inny.
Mój rozum stanowczo zaprzeczał, ale głupie serce nalegało, aby jednak zobaczyć i tę wizję. Zaczęłam myśleć o Ashu, o tym ile dla mnie znaczy, oraz o tym jak bardzo boje się ponownie stracić z nim kontakt. Wtedy lustro ponownie zafalowało i chcąc nie chcąc zobaczyłam kolejne obrazy.
Tutaj widziałam, jak Ash zanosi mnie śpiącą do Centrum Pokemon. Jak rano postanawiam porzucić karierę, co oznajmiam Palermo podczas naszej rozmowy. Później widziałam nasze dalsze przygody w Kalos. Pokrótce były to walki z Zespołem R, mile spędzanie czasu, scenka, kiedy przebieram się za Asha by go zastąpić w walce (Ash był wtedy chory), dalej ostatnią walkę Asha o Odznakę w Snowbell, kiedy Ash miał pewien kryzys, lecz z moja pomocą udało mu się go rozwiązać. Zauważyłam, że nasze relacje stawały się coraz bliższe, a do tego też zaczynały być czymś więcej niż przyjaźnią. Ashowi spodobało się, że znów byłam taka, jak na początku naszej podróży, nie tylko z wyglądu, ale i z charakteru. Aż w końcu, pewnego wieczoru wyznaliśmy sobie miłość przy ognisku. W uroczy, ale i bardzo romantyczny sposób. Moje serce zabiło mocniej widząc tę scenę. Następnie wszystko działo się szybko: ujrzałam, jak Ash bierze udział w Lidze Kalos i po dość ciężkiej walce wygrywa z Mistrzynią Dianthą i spełnia swoje marzenie.
Później wszyscy razem lecimy do regionu Kanto, gdzie poznaję Delię Ketchum, czyli mamę Asha, oraz pozostałych jego przyjaciół. Okazuje się, że Ash odkrywa w sobie talent detektywistyczny, który to miał możliwość wykazać już w czasie naszej podróży i cała nasza paczka zakłada drużynę do walki z przestępczością.
Z początku wydaje się to zabawą, jednak z czasem coraz poważniej angażujemy się w ten fach. Walczymy z wieloma przestępcami, mniej lub bardziej groźnymi, oczywiście z naszym Zespołem R na czele, lecz także ponownie z Malamarem. Niektóre z tych przygód wydawały mi się mocno niebezpieczne, lecz jakoś udawało nam się wyjść z nich cało. Mój związek z Ashem rozwijał się bardzo dobrze, chociaż zdarzały się nam przykre chwile. Niemniej z każdej próby wychodziliśmy silniejsi.
W końcu ujrzałam siebie, w białej sukni ślubnej, a naprzeciwko siebie zobaczyłam Ash w eleganckim garniturze. Oboje ślubowaliśmy sobie wtedy miłość przed ołtarzem. Nie muszę chyba mówić jak bardzo szczęśliwa byłam, widząc tę przepiękną scenę. Na koniec zaś ujrzałam nieco starszą wersję siebie, lecz wciąż jeszcze młodą w towarzystwie biegającej dwójki uroczych szkrabów: chłopca i nieco młodszej od niego dziewczynki. Dzieci moje i Asha. Choć był to jedynie odległy obraz, z miejsca pokochałam tych dwoje maluchów.
- Widzisz Sereno? Finał tej wizji nie był wcale tak straszny jak finał poprzedniej wizji - przemówił ponownie chłopak.
- Był przepiękny - odparłam rozmarzonym i wzruszonym głosem - Ale mówiłeś, że przyszłość jest w ciągłym ruchu, prawda?
- Owszem.
- I że nie wszystko, co tu zobaczyłam na pewno się spełni?
- Zgadza się. To zrozumiałe, że wciąż nękają cię spore wątpliwości. Ja jednak nie mogę podjąć decyzji za ciebie. Ukazałem ci jedynie prawdę. Decyzję, której z tych wersji przyszłości chcesz być częścią musisz podjąć sama.
- Rozumiem. Więc może tak się zdarzyć, że mimo wszystko ja i Ash się rozstaniemy, a nasze dzieci nigdy się nie narodzą.
- Owszem, podobnie jak i w drodze kariery może i finał będzie inny, niż ten który widziałaś. Tego jednak nie mogę ci powiedzieć. Ja nie wiem, które z tych wydarzeń ulegną zmianie.
- Więc co mam robić? - spytałam załamana - Rozum mówi inaczej, a serce inaczej.
- Rozum łatwiej jest zwieść aniżeli serce. Serce wyraża prawdziwe pragnienia i uczucia danej osoby.
- Tak uważasz?
- Tak. To mogę ci poradzić: kieruj się głosem serca.
Chciałam go spytać o coś jeszcze, lecz nagle poczułam się zmęczona. Ostatnie co widziałam, to jak ten nieznajomy chłopak podchodzi do mnie i łapie mnie za rękę. Chwili później rozbłysło światło, zaś ja znalazłam się ponownie na ławce w Parku. Potem ogarnęła mnie senność.
Ocknęłam się w łóżku, w Centrum Pokemon. Okazało się, że to Ash mnie tu przyniósł. Ponieważ długo nie wracałam, to zaczął się martwić o mnie i postanowił poszukać. Znalazł mnie śpiącą i uznał, że wyglądam tak słodko, iż nie chce mnie budzić. Więc wziął mnie na ręce i zabrał do łóżka. Moje serce przepełniło ogromne ciepło, z wdzięczności oraz miłości. Ash zawsze się o mnie martwił i troszczył bardziej, niż ktokolwiek inny. Po tym wszystkim wiedziałam już, co mam zrobić i jaką decyzję podjąć.
Zastanawiało mnie tylko jedno: czy to moje spotkanie z nieznajomym, tajemniczym chłopakiem i wizje, które widziałam naprawdę miały miejsce, czy był to tylko sen. Nie ważne jednak, które z tych rzecz było prawdą. Ważne jest to, że wiedziałam już jaką przyszłość mam wybrać.


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...