niedziela, 21 października 2018

Przygoda 118 cz. I

Przygoda CXVIII

Udane wakacje cz. I

Jest to pierwsza część Trylogii Matti. Dedykuję ją pomysłodawcy tej historii: Lokiemu27.


- Ash, zobaczysz. Będziesz tym zachwycony - powiedziałam do mego ukochanego, uśmiechając się przy tym zadziornie niczym dziecko planujące jakiś uroczy figiel.
W sumie to była prawda, bo prowadząc razem z Dawn Asha do sali głównej w restauracji „U Delii“, zasłaniając mu przy okazji oczy dłońmi, nie robiłam tego tylko i wyłącznie dlatego, że miałam tego dnia wyśmienity humor. Robiłam to przede wszystkim z tego powodu, iż wraz z całą resztą naszych przyjaciół przygotowałam dla Asha ogromną niespodziankę, którą teraz chciałam mu zademonstrować.
- Tylko spokojnie, braciszku. To ci się na pewno spodoba - powiedziała Dawn wesołym tonem.
- Wierzę wam, ale może już w końcu odsłonicie mi oczy, moje panie? - zapytał wesołym tonem Ash.
- Zaraz to zrobimy, braciszku. Musisz tylko jeszcze chwilkę poczekać - odpowiedziała mu wesoło jego młodsza siostra - Jeszcze tylko kilka kroków i zaraz będziemy na miejscu.
Pikachu i Buneary szli obok nas, wesoło przy tym popiskując. Oni też byli bardzo zadowoleni z niespodzianki, którą uszykowaliśmy dla Asha, a że sami brali udział w jej organizowaniu, to ich zadowolenie było tym bardziej zrozumiałe.
- Dobrze, jesteśmy na miejscu - powiedziała wesoło Dawn - Możemy ci już odsłonić oczy.
- Uwaga! Niech się stanie jasność! - zawołałam i odsłoniłam Ashowi widok na świat.
- NIESPODZIANKA!
Taki oto radosny okrzyk powitał naszego kochanego solenizanta, gdy już zobaczył, kto na niego czeka w sali. A kto na niego czekał? Bardzo wiele osób. Przede wszystkim nasi najwierniejsi i oddani przyjaciele, czyli Clemont, Bonnie, Max, Misty, Brock, Melody, Tracey, May, Gary, Alexa, Iris i Cilan, a także Delia, Steven, Johanna, państwo Hameron, państwo Cheerful z córkami i Winstonem Krupshem, Josh z Cindy i Taylor, Gerda z dzieciakami, profesorowie Oak, Ivy, Birch, Rowan oraz Hale (ten ostatni w towarzystwie swojej córki Molly), a także kilka jeszcze innych osób, takich jak Herbert Jones, Maren, Lyry, Khoury, Bianka z dziadkiem, Latias i Latios (tych dwoje było w ludzkich postaciach), Rene Artois, Lionel, Miette, Macy, Ritchie, Scarlett, Damian, John z Maggie i Thomasem, a także parę innych osób, w tym kilka z policji.
Ash był wyraźnie zachwycony widząc ich wszystkich razem w jednej sali i radujących się na jego widok. Oczywiście spodziewał się on z naszej strony przyjęcia urodzinowego, ale i tak był szczęśliwy.
- Och, kochani... Aż tylu was się zebrało?
- A co myślałeś, kuzynku? W końcu urodziny ma się tylko raz w roku - powiedziała wesoło Mallow.
- Właśnie, stary - dodał radośnie Ritchie - Dlatego też musieliśmy tutaj przyjechać.
- Taka okazja zdarza się tylko raz do roku, a czasami jeszcze krócej - rzekł Damian wesoło - Dlatego spakowaliśmy manatki i przyjechaliśmy.
- Zdążyliśmy na czas, bo wiedzieliśmy, kiedy masz urodziny - rzekła Scarlett - Chociaż to wcale nie jest takie trudne do zapamiętania. Pierwszy dzień lata. Łatwo zapamiętać.
- Właśnie - powiedziała na to z uśmiechem na twarzy Delia i mocno uściskała swego jedynaka - Wszystkiego najlepszego, synku.
Zaraz po niej podchodzili po kolei wszyscy goście i składali Ashowi życzenia urodzinowe. Najbardziej życzliwie składali mu je chyba Taylor, Danny i Anne, a także kuzyneczki z Alola, bo ta oto urocza grupka wręcz go ściskała i czule całowała po policzkach. Co prawda pozostałe panie też go wycałowały, ale robiły to z mniejszym entuzjazmem niż ta grupka uroczych dzieciaków oraz jego nastoletnie kuzyneczki.
- Rany... Takiemu to dobrze - powiedział zasmuconym tonem Brock - Jego to wszystkie całują, a mnie jakoś żadna nie chce całować.
- Może jakbyś nie uganiał się maniakalnie za spódniczkami, to wtedy jakaś by cię teraz całowała - rzuciła do niego ironicznie Misty.
- Ci to zawsze się kłócą - zachichotała Lyra - Jak myślisz, Dawn? Czy będzie z tego miłość?
- Bo ja wiem? Może i tak. W końcu wiadomo, że kto się czubi, ten się lubi, ale czy zaraz też kocha? Tego nie wiem - odparła na to panna Seroni.
- Przyszłość wszystko nam wyjaśni - stwierdziłam wesoło.
Ash tymczasem przyjął wszystkie życzenia urodzinowe od każdego z gości i powiedział wzruszonym tonem:
- Naprawdę bardzo się cieszę, że jesteście tutaj ze mną, moi kochani i że razem ze mną chcecie świętować moje urodziny. Nie wiem jednak, czy zasługuję na tyle względów z waszej strony.
- A niby czemu miałbyś nie zasługiwać na nie? - zapytała May.
- Ponieważ wiem doskonale, co chcecie przez to osiągnąć, ale ja nie mogę wam tego obiecać - odpowiedział jej Ash.
- Doprawdy? Wiesz to? A niby skąd? Czytasz nam w myślach czy co? - zażartowała sobie Iris.
- Dość przydatna cecha - zaśmiał się Gary - A więc powiedz, co my też niby chcemy osiągnąć przez to, że przygotowaliśmy dla ciebie przyjęcie z okazji twoich urodzin.
- Właściwie, to nie wiem, czy wszyscy tego chcecie, ale za to wiem doskonale, że wielu z was chce, abym porzucił emeryturę i wrócił do służby.
Gary lekko zagwizdał z nieukrywanym podziwem.
- On naprawdę jest niesamowity. Rozwiązuje zagadki, walczy ze złem tego świata, czyta w myślach. Kurczę, czego on jeszcze nie umie?
- Przejrzeć na oczy i zrozumieć, że rozwiązywanie zagadek jest jego przeznaczeniem i emerytura w ogóle mu nie służy - zauważyła Bianka - Jak dla mnie, to właśnie tego nie umie.
- Spokojnie, jeszcze się tego nauczy - uśmiechnął się Herbert Jones i patrząc na Asha dodał wesoło: - Powinieneś zrozumieć, mój przyjacielu, że bycie detektywem walczącym o to, aby tego zła mniej było na świecie, to nie jest tylko obowiązek, ale i zaszczyt. Do tego niezwykle ważna funkcja, której podjąć się może tylko ktoś z prawdziwym talentem.
- Ale ja nie wiem, czy jeszcze ten talent posiadam - odpowiedział Ash.
- Słucham? - zapytała zdumiona Bianka - A ostatnia sprawa, w której udaremniłeś próbę zabójstwa?
- Właśnie! - zawołałam - Przecież rozwiązałeś sprawę zabójstwa zanim do niego jeszcze doszło!
Asha jednak dalej to nie przekonywało.
- Ale miałem wówczas więcej szczęścia niż rozumu. W końcu równie dobrze niedoszły zabójca mógł się zorientować, że zamieniłem mu truciznę na sodkę i tak by zrobił to, co sobie zaplanował.
- A jednak nie doszło do tego, a ty udaremniłeś swoim przebiegłym pomysłem zabójstwo.
- Nie był to znowu jakiś przebiegły pomysł. Stworzyłem go, inspirując się opowieścią Maren dotyczącej ich ostatniej sprawy.
- Wiesz, tylko naprawdę bystry detektyw mógłby zainspirować się inną sprawą, aby skutecznie przeprowadzić swój plan - stwierdził Herbert Jones - To już wystarczający dowód na to, że posiadasz wielki talent i wcale się nie wypaliłeś.
- Wielki talent? No, nie sądzę. Ty jesteś lepszym detektywem ode mnie. Umiesz wiele rzeczy, których ja robić nigdy nie będę umiał. Posiadasz wiele umiejętności. Umiesz rozpoznać gatunki tytoniu czy ślady opon, a także znasz się na chemii... To są dopiero niezwykłe umiejętności. Ja ich, niestety, nie posiadam.
- Może i nie, ale moim zdaniem jesteś jeszcze lepszym detektywem niż ja, gdyż nie posiadając tych, jak to nazwałeś „niezwykłych umiejętności“ potrafisz rozwiązywać trudne zagadki detektywistyczne. Ja mam ułatwione zadanie poprzez posiadanie tych umiejętności, które to z jakiegoś dziwnego powodu uważasz za niezwykłe, a ty musisz używać umiejętności swojego umysłu, poznawać pewne techniki śledcze od podstaw i radzić sobie tak, jak możesz. Ja się uczyłem tego, jak rozwiązywać zagadki od najmłodszych lat i byłem szkolony przez mojego mentora. Ty z kolei uczysz się tego fachu dzięki doświadczeniu kilku lat, a do tego jesteś też samoukiem. Nikt cię nie szkolił, bo wyszkoliłeś się sam.
- Ty mnie nauczyłeś, jak być detektywem.
- Moja pomoc była niewielka. Swoją jakże zasłużoną sławę detektywa i karierę w tym zawodzie zawdzięczasz tylko sobie i swoim umiejętnościom. Ja jestem uczniem mistrza, ty sam sobie byłeś mistrzem. Ja byłem uczniem kierowanym przez mojego nauczyciela, ty byłeś samoukiem. Dlatego moim zdaniem ty zasługujesz na miano większego detektywa niż ja.
- Właśnie! A takiego detektywa jak ty, to byłoby bardzo żal utracić - powiedziała kapitan Jenny z Alabastii - Bardzo chciałabym cię mieć pośród swoich ludzi, Ash.
- A ja chciałbym mieć ciebie za kompana w policji - uśmiechnął się na to detektyw Bob.
- Emerytura jest tylko dla takich starych pierników jak ja - zauważył dowcipnie kapitan Jasper Rocker - Zaś tacy młodzi ludzie jak ty powinni zajmować nasze miejsce i walczyć ze złem tego świata, póki mają dość siły na to.
- W tym sęk. Wciąż nie wiem, czy mam te siły - odpowiedział im Ash - Dlatego też nie mogę wam obiecać, że porzucę emeryturę i wrócę do służby. Naprawdę nie jestem w stanie żadnemu z was tego obiecać, dlatego też, jeśli tylko po to zorganizowaliście to przyjęcie...
- Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! - zawołała gniewnie Misty - Co ty sobie niby wyobrażasz? Że my tu wszyscy się zebraliśmy i świętujemy na twoją cześć tylko po to, aby cię przekupić?! O nie! Nic z tego! Dla takiej sprawy to byśmy się aż tak nie wysilali. Zebraliśmy się tu po to, aby uczcić twoje urodziny.
- Właśnie - poparła ją Melody - Także proszę cię, nie opowiadaj bzdur. Wszyscy cię tutaj bardzo kochamy i chcemy ci to okazać.


Ashowi zrobiło się nieco głupio z powodu jego podejrzeń, ponieważ powoli opuścił głowę w dół i rzekł:
- Och, wybaczcie mi, proszę. Ja naprawdę nie chciałem was w żaden sposób urazić.
- Dobrze, dosyć już tego gadania! - zawołała Miette wesoło, stając na środku sali - Przecież mamy imprezę! Trzeba się bawić!
- No właśnie! - dodała Macy - A skoro o zabawie mowa, to wszyscy przygotowaliśmy pewną małą piosenkę z tej okazji dla naszego kochanego solenizanta!
- Orkiestra, tusz! - zawołał Lionel i zespół The Brock Stones szybko zebrał się na scenie.
Chwilę później zaczęli wesoło grać, a Macy i Lillie podbiegły wesoło do Asha, podrygując przy tym radośnie. Następnie Lillie zaśpiewała:

Mój kuzynku, nie patrz tak.
I zobacz, wspaniałości tyle masz
Dookoła, jeśli zachwycić w końcu zdołasz,
Święto uśmiech to z powrotem ci da.

Bo liczą się niewielkie gesty,
Czy piosenka to, czy chór.
Ciuchcia, książka, tulas, swetry
Czy uroczych wspomnień zbiór.

Macy uśmiechnęła się wesoło do Asha i zaśpiewała:

Prezenty dają wiele szczęścia.
Duże i mniejsze też.
A czasem świat zmieniają ci tak,
Że aż tańczyć chcesz.

Chwilę później Macy i Lillie zaczęły wesoło stepować, a Ash, wyraźnie ubawiony tą sceną, próbował w miarę swoich możliwości powtarzać ich ruchy. Nie szło mu to zbyt dobrze, ponieważ nigdy nie był mistrzem tańca, chociaż umiał tańczyć, ale głównie w taki sposób, aby się wygłupiać przed innymi, co doskonale mu wychodziło. Tym razem też tak było i naprawdę Ash nieźle się wygłupiał, lecz sprawiało mu to ogromną radość, podobnie jak i jego tancerkom, które porwały go do wesołego tańca.
Następnie Macy i Lillie złapały Asha za ręce i pociągnęły go lekko w kierunku parkietu, po czym najmłodsza z sióstr Cheerful zaśpiewała:

Tu impreza toczy się.
Zajrzyjmy, nie uwierzę ci, że nie
Wstąpimy! Zobacz, jak tu pysznie się bawimy.
Święto to uśmiech z powrotem ci da.

Macy wesoło zaśmiała się i zaśpiewała:

Napoje słodkie niech się leją!
Na parkiet z nami chodź!
Wszyscy cieszą się i śmieją,
Bo ciebie przecież nigdy dość.

Następnie obie dziewczyny zaśpiewały:

Ty przecież dajesz nam wiele szczęścia.
Daj spokój! Nie mów, że nie!
Więc z przyjaciółmi spędzaj czas.
Niech to uzdrowi cię!

Ty przecież dajesz nam wiele szczęścia.
Sam dobrze już to wiesz.
To święto przecież po to jest,
Byś z nami bawił się.
To święto przecież po to jest,
Więc z nami też się ciesz!
Bo przyjaźń z tobą to fajna rzecz!

Po zaśpiewaniu tej piosenki Macy i Lillie mocno uściskały Asha, a my wszyscy nagrodziliśmy ten występ burzą gromkich oklasków. Zaraz potem zaś zespół The Brock Stones zagrał kolejne utwory, a Ash został porwany na parkiet przez Taylor, Danny’ego oraz Anne. Następnie dołączyły do nich kolejne grupy tancerzy i zabawa zrobiła się jeszcze przyjemniejsza.


Tańce i wygłupy trwały długo, a kiedy już nas one nieco zmęczyły, to zrobiliśmy sobie od nich przerwę i usiedliśmy przy stolikach, aby móc sobie porozmawiać.
- Niezła zabawa, prawda? - zapytałam Asha.
- A pewnie, że niezła - odpowiedział wesoło mój chłopak - I taka być powinna, w końcu mamy dwa powody do radości. Moje urodziny i pierwszy dzień lata.
- Właśnie. Takie dwa powody w jednym powodzie - odezwał się nagle John Scribbler, dosiadając się do nas.
- Dokładnie tak - pokiwał wesoło głową Ash - Cieszę się, że znalazłeś czas, aby nas odwiedzić.
- Ja miałbym nie mieć dla was czasu, przyjacielu? - zaśmiał się wesoło Scribbler - Skądże znowu! Ja mam zawsze dla moich przyjaciół tyle czasu, ile tylko go oni potrzebują. W końcu nie po to zdobywałem przyjaciół, aby potem ich zaniedbywać.
- No właśnie - zgodziłam się z nim - No, a czy w twoich rodzinnych stronach miałeś jakiś przyjaciół?
- Poza Maggie, którą tam właśnie poznałem, to nie. Dlatego też bardzo się cieszę, że zdobyłem ich w tym świecie i dlatego tak mi tutaj dobrze. Ale czasami aż mnie korci, aby znowu zobaczyć stare śmieci.
- A jak dawno temu tam byłeś?
- Oj, bardzo dawno, już sam nie pamiętam kiedy. To było chyba wtedy, kiedy sobie odmroziłem nogi.
Spojrzeliśmy na niego zdumieni, gdy to powiedział.
- Odmroziłeś sobie nogi? - zapytałam zdumiona.
- A co ty niby takiego zrobiłeś, że je sobie odmroziłeś? - dodał Ash - Zasnąłeś z nogami w lodówce czy co?
- Gorzej. Wszedłem do Bałtyku - po tych słowach Scribbler zaczął się głośno śmiać - Oj, wybaczcie. Żartowałem z tym odmrożeniem sobie nóg. Ale tak prawdę mówiąc, to Morze Bałtyckie jest bardzo zimne, zwłaszcza w porównaniu z wodami z tych stron. Ale ludzie lubią się w nim kąpać i często to robią, choć może czasami ktoś z nich sobie coś odmrozi.
Pisarz mówił to takim tonem, że trudno było nam stwierdzić, czy mówi poważnie, czy też po prostu się wygłupia.
- Ale powinniście mimo wszystko zobaczyć moje rodzinne strony. Są tego warte - mówił dalej pisarz.
- A skąd dokładniej pochodzisz? - zapytał Ash.
- Z Łeby. To takie piękne miasto tuż nad samym morzem. Mówię wam, to odpowiednie miejsce w sam raz na wyjazd na wakacje, gdybyście chcieli tam pojechać.
Spojrzałam na Asha uważnie i powiedziałam:
- Wiesz... Prawdę mówiąc, John, to jeszcze nie planowaliśmy wyjazdu nigdzie, ale mimo wszystko uważam, że to ciekawa propozycja. Jak sądzisz, Ash?
Mój ukochany pomyślał przez chwilę, delikatnie sobie masując przy tym palcami podbródek.
- Wiesz, Sereno... To jest całkiem ciekawy pomysł. Nigdy jeszcze nie byłem w tym mieście, więc tym chętniej je zobaczę. Czy pojedziesz z nami, John?
- Raczej nie. Mam obecnie swoje sprawy do załatwienia, a tutaj to ja przyjechałem z okazji twoich urodzin i zaraz potem wracam do Lumiose. Jak na razie, to jeszcze nie mam czasu wyjeżdżać na dłuższe wakacje, a na krótkie to nie ma najmniejszego sensu tam jechać. Za dużo jest tam rzeczy do zwiedzania, aby je zwiedzić w krótkim czasie.
- Szkoda, byłbyś naszym przewodnikiem.
- Znajdziecie tam znacznie lepszego - uśmiechnął się John Scribbler - Przewodników tam ci u nich dostatek, a jeden lepszy od drugiego. Mówię wam, prawdziwa elita. Śmierdzą, przeklinają i nienawidzą swojej roboty. Tu nie ma co liczyć na nudnych, wypachnionych poliglotów. To nie ten kraj. A same wycieczki, to mają tam po prostu rewelacyjne, zwłaszcza wycieczki krajoznawcze. Wiecie, jak wyglądają? Zbierają całą masę ludzi, wsadzają w taki niewielki autokar, a potem każą im jeździć tym autokarem po różnych wertepach i podziwiać wszystko, co jeszcze nie zniszczyły wojny światowe ani kwaśne deszcze. A wyżywienie podczas tych wycieczek mają po prostu prima sort. Śniadanie hamburgery, obiad zupki chińskie, a kolacja słonina z bitą śmietaną, także całą noc ci na żołądku jeździ. No i nie zapomnijmy też o deserze w postaci przeterminowanych chipsów.
- No, to rzeczywiście jedzenie prima sort - zaśmiałam się dowcipnie - I naprawdę aż tak straszne są tam wycieczki krajoznawcze?
- Tak, ale tylko autokarami, bo pociągami są znacznie gorsze. Mówię wam, jeżeli dotrzecie na czas, to pociąg będzie miał z pewnością spore opóźnienie, z kolei w przypadku nie przyjścia na czas zawsze wam ucieknie i będziecie jakieś dwie godziny czekać na kolejny. Nie mówiąc już o tym, że najczęściej na wycieczki jest wybierany jakiś obskurny pociąg, cały pełen wręcz rozjuszonych kibiców szalikowców, którzy to urządzają między sobą takie mordobicie, że moje uszanowanie.
Nie do końca wiedzieliśmy, czy John Scribbler mówi na poważnie, czy też znowu się wygłupia, chociaż sposób, w jaki wypowiadał swoje słowa, raczej wskazywał na to drugie, zwłaszcza, że nasz drogi przyjaciel ciągle się przy tym zabawnie uśmiechał.
- Naprawdę jest tam tak tragicznie? - spytał Ash.
- Właśnie. Nie ma tam nic pięknego i pozytywnego? - dodałam.
- Owszem, jest wiele pięknych i pozytywnych rzeczy - odpowiedział John, z trudem siląc się na powagę - Są piękne góry, jeziora, łąki i lasy... A do tego drzewa owiewane przez las pachną rewelacyjnie... Zwłaszcza, kiedy jest wycinka, bo wówczas w nozdrza wdziera ci się zapach spalin od piły łańcuchowej, której hałas tak pięknie pieści nasze uszy, a do tego jeszcze płoszy wszystkie zwierzęta z całej okolicy.
John Scribbler zaczął chichotać jak wariat, wyraźnie bardzo ubawiony swoim własnym żartem, choć i nas również bardzo on rozbawił.
- No, ale na poważnie, mówię wam... Takie widoki tam są czymś wręcz normalnym. Idziesz sobie przez las, widzisz w nim bardzo piękne drzewo z ładnymi, zielonymi liśćmi... Tu pączki powoli przemieniają się w kwiaty... Tu znowu wiewióreczka sobie na nim je orzeszka lub ptaszek sobie na nim wije gniazdo. A potem przychodzi facet z siekierą albo piłą łańcuchową i to drzewo ścina, odbierając ci ten jakże piękny widok. I kończy się zabawa, a zaczynają się schody.
Pisarz znowu zachichotał, po czym powiedział:
- Ale mimo tego wszystkiego jakoś trudno mi nie kochać tego miejsca i czasami muszę przenosić moją duszę utęsknioną do tych pagórków leśnych, a także do tych łąk zielonych szeroko nad błękitnym Niemnem rozciąg... A nie, co ja gadam! To już nie ten kraj! Znaczy kiedyś był, ale już nie jest. Wiecie, po konferencji w Jałcie, to tej biednej ziemi odebrali jaśnie państwo władcy świata część ziemi ze Wschodu, w zamian na przekupstwo oddając część ziemi z Zachodu. Mówię wam, marna kompensata, bo przecież nie dość, że ziem, jakie zyskaliśmy było przynajmniej trzy razy mniej niż tych, które utraciliśmy na zawsze, to jeszcze do tego dali nam syf i badziew, a zabrali piękne tereny.
- A dlaczego zabrali? - zapytałam.
- Co? Historii nie znasz? Bo jaśnie wielmożny Wielki Brat ze Wschodu ponoć pomógł pokonać dwóm jaśnie panom z Zachodu Wielkiego Brata z Niemiec... Choć z drugiej strony taki wielki, to on nie był. A mądry to już na pewno nie, skoro z makaroniarzami oraz skośnookimi porwał się na cały ten biedny świat. A cały ten biedny świat się wkurzył i spuścił mu taki łomot, że Wielki Brat z Zachodu palnął sobie w łeb, a jego dawny sojusznik, czyli czerwony Wielki Brat ze Wschodu zagarnął sobie ogromną część jego tortu europejskiego. Takie to już głupie życie. A mój rodzinny kraj to zawsze miał najgorzej, częściowo z własnej winy, a częściowo dlatego, że tak głupio jest ułożony geograficznie. Ale cóż... grunt to dobrze się ustawić i to od samego początku.
- Właśnie, a jak się nie ustawisz, to leżysz - powiedział nagle Thomas Ravenshop, który właśnie dosiadł się do nas.
Mężczyzna miał w ręku butelkę piwa i uśmiechał się dowcipnie. Widać było, że sobie trochę musiał wypić, choć też nie był pijany, po prostu lekko zalany. Parę razy widzieliśmy go z Ashem w takim stanie i wtedy właśnie był zawsze skłonny do zwierzeń i rozmów, bo tak, to raczej był mało chętny do rozmów na jakikolwiek temat, a jeżeli już, to z pewnością nie na temat swojego życia prywatnego i przemyśleń.
- Leżysz i kwiczysz, przyjacielu - powiedział z uśmiechem Thomas, lekko klepiąc po ramieniu Johna i nalewając sobie piwa do szklanki - Ty także zresztą leżysz i kwiczysz, stary. Wiesz o tym?
Ostatnie dwa zdanie skierował on do Asha, patrząc na niego z bardzo ironicznym uśmiechem na twarzy.
- Tak, coś tak podejrzewałem, ale dziękuję ci, że mnie w tej sprawie uświadomiłeś - rzucił złośliwie mój chłopak.


Thomas zachichotał delikatnie, po czym powiedział:
- A tak na poważnie, to ty naprawdę leżysz i kwiczysz. A wiesz może, dlaczego?
- Nie, ale z chęcią pozwolę ci na to, abyś mnie oświecił w tej sprawie.
Spojrzałam kątem oka na bawiących się właśnie na parkiecie Pikachu i Buneary, którzy właśnie przyjemnie sobie tańczyli i przez chwilę chciałam porwać Asha do tańca, ale uznałam, że może lepiej będzie wysłuchać tego, co ma do powiedzenia Thomas, zwłaszcza, iż u niego chęć rozmowy bardzo rzadko występowała, więc lepiej korzystać z okazji, dopóki ona istniała.
- A więc wiesz, czemu leżysz i kwiczysz? - zapytał Thomas - Dlatego, że masz wątpliwości, czy postąpiłeś słusznie odchodząc na emeryturę i już się nie zajmujesz branżą detektywistyczną. Wszyscy tutaj tylko wiercą ci dziurę w brzuchu i wmawiają c, że źle zrobiłeś, ale prawda jest inna.
- A jaka jest prawda?
- Prawda jest taka, że jako jedyna osoba w tej sali podzielam twoje zdanie, przyjacielu.
Ash i ja spojrzeliśmy zdumieni na Thomasa. John również patrzył z uwagą na swego przyszłego szwagra.
- Ale ty tak na poważnie mówisz? - zapytał mój luby.
- Ja teraz jestem śmiertelnie poważny, choć być może wcale na to nie wyglądam - uśmiechnął się lekko Thomas Ravenshop - Ale mimo wszystko ja mówię zupełnie poważnie. Naprawdę uważam, iż bardzo dobrze zrobiłeś, porzucając ten głupi fach.
- Głupi fach? - zapytał zdumiony John - Przecież prywatny detektyw, który walczy o sprawiedliwość na tym świecie, to bardzo pożyteczny fach. Bez takich ludzi jak on ten świat by...
- No co? - zaśmiał się ironicznie Thomas - Zawaliłby się? Uwierz mi, świat istniał bez takich ludzi jak Ash i dalej będzie istnieć, gdy już ich na nim nie będzie.
- Dzięki za słowa otuchy - mruknął złośliwie Ash.
- Nie ma sprawy - Thomas delikatnie poklepał mojego chłopaka po ramieniu i dodał: - Ale ktoś ci musi to powiedzieć, przyjacielu i najlepiej się stanie, jeżeli to będę ja. Inni będą ci wmawiać, jaki to jest pożyteczny fach, ten detektyw, ale ja nie. Ja ci powiem prawdę. A wiesz, jaka jest prawda? Ano taka, że po prostu wreszcie podjąłeś właściwą decyzję, że zerwałeś z tym fachem. Prawda jest taka, iż nie możesz toczyć wiecznie tej samej, zwariowanej wojny o sprawiedliwość na tym świecie, a wiesz może czemu? Bo przecież nie możesz tej wojny wygrać. Na tym świecie jest więcej ludzi chciwych, złych i niegodziwych i zawsze oni będą, bez względu na to, jaki będzie panować system polityczny i ilu uczciwych ludzi będzie z takimi ludźmi walczyć. A poza tym, czy istnieje coś takiego na tym świecie jak uczciwość? Co to w ogóle jest?
- Nie wiesz? Uczciwość to jest przestrzeganie zasad i trzymanie się ich wbrew wszystkiemu - powiedziałam.
- Tak? A jakich zasad? Zasad prawa? A ile razy wy je złamaliście, aby wygrać, co?
- To były złe zasady i trzeba było je złamać.
- Ciekawe... A więc rozumiem, że ustalacie własne zasady, aby móc być uczciwym. No dobrze, a wobec tego, dlaczego czepiacie się tych ludzi, których łapiecie jako detektywi? Przecież oni też uważają, że zasady są złe i trzeba je złamać.
- Ale oni to zrobili z egoizmu i żądzy zysku, a my po to, aby walczyć o sprawiedliwość - zauważył Ash.
- My robiliśmy to dla większego dobra, aby ludziom żyło się lepiej - dodałam.
- Poważnie? A więc wobec tego Hitler i Stalin byli do was podobni.
- SŁUCHAM?! - zawołałam ze złością.
Na szczęście na całej serii panował taki gwar, że nikt nas nie usłyszał.
- Chyba trochę przegiąłeś, stary - zauważył John.
- Przyjacielu, a czy ja nie mam racji? - zaśmiał się ironicznie Thomas - Ci dwaj też przecież łamali wszelkie zasady i wszelkie prawa i robili to w imię wyższych celów, aby ich narody miały jak najlepiej.
- To byli ludobójcy, a nie detektywi. Mordowali niewinnych ludzi.
- Nie ma czegoś takiego jak niewinność. Kardynał Richelieu mówił, że gdyby dać mu choćby pięć linijek napisanych przez najbardziej uczciwego człowieka, to i tak znalazłby wśród nich choćby jeden powód, aby autora tego linijek powiesić. Jak więc widzisz, John, nie ma czegoś takiego jak niewinność. Każdy jest czegoś winien na tym świecie.
- Poważnie? A czy to oznacza, że wobec tego nie należy zwalczać na tym świecie zła? - zapytałam.
- Zła? Zło jest pojęciem względnym - zauważył Thomas, powoli pijąc piwo ze szklanki - Dla mnie (i pewnie dla was także) zabójstwo Lincolna to było coś złego, jednak dla ludzi, którzy walczyli w armii Południa podczas wojny secesyjnej zabicie prezydenta, który został im wręcz narzucony przez Północ było czynem szlachetnym.
- Ci ludzie się mylą - powiedziałam.
- Tak? A skąd wiesz, że się mylą? A może to oni mają rację, a to ty się mylisz?
- To nie jest prawda.
- A skąd wiesz, co jest prawdą? Piłat zapytał Jezusa, co jest prawdą, ale nie otrzymał na to odpowiedzi. My też jej nie otrzymamy, bo jej nie ma. A czy wiesz, dlaczego? Bo rację miał Obi-Wan Kenobi mówiąc, że prawda zależy często od naszego punktu widzenia. Zwłaszcza prawda polegająca na ocenie sytuacji.
- Fajne masz towarzystwo. Tutaj Piłat, a tu Obi-Wan Kenobi - zaśmiał się złośliwie John Scribbler.
Thomas nie zwrócił na niego uwagi.
- Prawdą jest to, że Lincoln został zamordowany przez Południowca i to z rewolweru podczas przedstawienia w teatrze. To jest prawda, a raczej fakt historyczny i to nie ulegający podważaniu. A ocena tej sytuacji nie jest prawdą, tylko po prostu oceną sytuacji i tyle.
- Ja ci mogę dowieść, że się mylisz - powiedziałam.
- Tak? A ja ci mogę dowieść, że ty się mylisz i tak w kółko - odparł na to Thomas Ravenshop - Możemy tak sobie wszystko dowodzić, a nigdy nie osiągniemy porozumienia. Bo dowodzenie sobie czegoś wtedy, kiedy ludzi dzieli różnica poglądów nie ma sensu. Weź mi tak np. dowiedź, że nie jesteś Fennekinem, a ja nie jestem Noctowlem.
- Ja, jak zechcę, to mogę ci dowieść, że jesteś osłem i do tego jeszcze pijanym - mruknął złośliwie Scribbler.
- Ciekawa sugestia - zaśmiał się Thomas, popijając dalej ze szklanki swój napój - Ale nie zmienisz faktu, że to, co mówię ma wiele racji, choćby pod względem logiki.
Ash przygnębiony wpatrywał się w swój stolik, z kolei ja sama miałam teraz wielką ochotę udusić Thomasa gołymi rękami za te jego wywody.
- Słuchaj, człowieku... Ja i Ash walczyliśmy jako detektywi o to, aby tego zła mniej było na świecie. Zwalczaliśmy złych ludzi, bo złych ludzi trzeba zwalczać i niszczyć ich, bo póki oni będą mieli siłę do krzywdzenia innych, to póty będą z niej korzystać.
- Ciekawe stwierdzenie, ale wiesz chyba, że nie zwalczycie całego zła na tym świecie - odpowiedział mi Thomas.
- Może i nie, ale musimy próbować, bo trzeba zwalczać zło.
- Żeby je całkiem zwalczyć, to trzeba by wymordować przynajmniej połowę ludzkiej populacji, a jeżeli chcecie to zrobić, to będzie podobni do Hitlera czy Stalina, których podobno potępiacie.
- Nie podobno, tylko na pewno.
- Niech wam będzie, że na pewno. Ale co z tego? Świata nie zmienicie na lepsze w ten sposób. Nie zmienicie go w ogóle, bo prawda jest taka, że świata nie można zmienić. Trzeba go akceptować takim, jakim jest, a nie na siłę go zmieniać. To wam nigdzie nie wyjdzie. Nikomu to nie wyszło i nigdy nie wyjdzie. Co najwyżej wywrócicie świat do góry nogami, a z tego jakoś nie przyszło ludziom nigdy nic dobrego.
- Braciszku, a ty znowu swoje? - zapytała Maggie, która właśnie do nas podeszła.
Spojrzała na brata z uwagą i powiedziała:
- Widzę, że sobie wypiłeś.
- A wypiłem, pewnie, że wypiłem. Kilka szklanek piwa. I wypiję ich jeszcze więcej, a może nawet napiję się czegoś mocniejszego, bo tak mi się podoba. Bo sprawia mi to przyjemność. Bo mam ochotę pić. Nie wolno mi?
- Wolno, ale może byś tak...
- Co? Boisz się, że się upiję? Spokojnie, nie ma mowy. Ja nigdy nie jestem pijany. Co najwyżej wstawiony. A jestem wstawiony, bo mam powód i to bardzo poważny.
- Tak, wiem o tym, braciszku. Ale zrób mi tę przyjemność i idź gdzieś indziej pić, dobrze?
Thomas pokiwał delikatnie głową, wstał od stolika i powoli poszedł w swoją stronę.


- Wybaczcie mu, zachowuje się tak od chwili, gdy przeczytał w gazecie o tej katastrofie samolotu z Hoenn do Johto - powiedziała Maggie, siadając tuż obok nas.
- Czytaliśmy o tym. Straszna tragedia. Tylu ludzi zginęło - powiedział smutnym tonem Ash.
- Tak, ale czy wiecie, czemu Thomasa tak to obeszło? Bo pośród ludzi, którzy wtedy zginęli była ta laska, która złamała mu serce.
- Poważnie? - zapytałam zdumiona - Ta sama, która mu dała nadzieję, a potem go odtrąciła? I to wszystko zrobiła świadomie?
- Ta sama - potwierdziła Maggie - Ona była wśród ofiar. Zginęła, a mój biedny starszy brat na zmianę ma ochotę się z tego powodu cieszyć i płakać jednocześnie. Dlatego teraz sobie wypił i opowiadał wam swoje bzdury.
- Jak dla mnie to nie były bzdury, tylko smutna rzeczywistość, choć może wypowiedziana w nieco niekonwencjonalny sposób - zauważył Ash.
- Tak? I co ta prawda ci mówi? Że masz porzucić służbę dla świata i mieć wszystko gdzieś?
- A co mam innego do wyboru? Thomas ma rację. Przecież nie ocalę tej planety od zła. Zniszczę jednego Giovanniego, a na jego miejsce przyjdzie kolejny. Taka walka więc nie ma żadnego sensu.
- Ash, przyjacielu... Gdyby wszyscy tak myśleli, to nigdy niczego by na tym świecie nie osiągnęli - odpowiedział mu John.
- No właśnie - dodała Maggie - A przy okazji pamiętaj o tym, że mój brat może i ma rację, ale mówi tylko połowę prawdy. Druga połowy prawdy jest taka, że gdyby wszyscy tak myśleli jak on, to wtedy na tym świecie nie istnieliby nie tylko detektywi, ale również i policja. Nie byłoby nikogo, kto by pilnował, aby na tym świecie panowała sprawiedliwość i żeby zło się nie szerzyło. Nie byłoby policji ani sądów, bo przecież nikt by nie uważał, że warto walczyć z niesprawiedliwością. A czy wiesz, co wówczas by się stało, Ash? Zapanowałaby wielka anarchia, a zło by się dalej szerzyło, aż w końcu zapanowałaby nad całym światem. Inaczej mówiąc, to właśnie tacy ludzie jak ty, którzy walczą z niesprawiedliwością oraz złem czynią ten świat o wiele lepszym.
- Ale przecież nie wyplenimy całego zła na tym świecie - rzekł Ash.
- A kto wam każe niszczyć całe zło tego świata? - zapytała dowcipnym tonem Maggie - Przecież zawsze mówiłeś, że walczycie o to, aby tego zła było mniej na świecie. To już zdecydowanie o wiele bardziej realna wizja niż walka o zniszczenie całego zła na tym świecie.
- Maggie ma rację - zgodził się ze swoją dziewczyną John Scribbler - Taka jest prawda i z nią nie ma sensu walczyć. Lepiej użyjcie wszystkich swoich sił na walkę o to, w co wierzycie, bo to szlachetna i godna szacunku walka. A poza tym... A poza tym mój brat to mizantrop, więc nie warto go słuchać.
Nie wiem, czy jej słowa przekonały ostatecznie mojego chłopaka, ale tak czy inaczej Ash po tej rozmowie miał nieco lepszy humor, a nawet wziął mnie za rękę i porwał do tańca. Korzystając z tej okazji bawiłam się razem z nim i tańczącymi przy naszych nogach Pikachu i Buneary. Obok nas wesoło śmigały sobie inne pary, a zabawa rozkręciła się na całego.

***


Urodziny Asha były naprawdę bardzo przyjemną uroczystością, która trwała do późnych godzin nocnych i nie ma co się temu dziwić, skoro była tak bardzo udana. Oczywiście efektem tej zabawy było to, że praktycznie wszyscy byliśmy tak padnięci, że spaliśmy niemalże do południa, ale jakoś nikomu z nas to nie przeszkadzało. Przeciwnie, ucieszyliśmy się, że mamy takie powody do radości i że mój ukochany jest tak bardzo lubiany przez tak wielu ludzi.
W ciągu kilku dni od przyjęcia urodzinowego goście powoli zaczęli powracać do swoich rodzinnych stron, chociaż nie wszyscy to zrobili. Seiyi, którego niedawno poznaliśmy w Alto Mare (o czym pisałam ostatnim razem w moich pamiętnikach) pozostał z nami i spędzaliśmy z nim sporo czasu, aby go jakoś podnieść na duchu i sprawić, aby mniej myślał o śmierci swej ukochanej Minako. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, że to dopiero rok minął od jej śmierci, dlatego też nie możemy oczekiwać, aby ktoś szczerze kochający swoją zmarłą ukochaną miał po roku tak po prostu sam z siebie znaleźć ukojenie w swoim bólu. To przecież niemożliwe. Dlatego też nie mieliśmy do niego o to pretensji, a zamiast nich zachowaliśmy bardzo dużo cierpliwości wobec Seiyiego i jego cierpienia, starając się w miarę swoich możliwości podnieść go na duchu. A ponieważ planowaliśmy z Ashem mały wyjazd do Łeby w Polsce, ojczyźnie Scribblera, to zaproponowaliśmy, aby Seiyi pojechał z nami. Ten początkowo nie chciał się na to zgodzić, ale w końcu ustąpił.
John Scribbler zadzwonił, gdzie trzeba, aby nam załatwić odpowiednie miejsce, w którym byśmy się mogli zatrzymać po przybyciu do Łeby.
- Dzwoniłem i załatwiłem wam przepiękne miejsce pobytu - powiedział pisarz zadowolonym z siebie tonem - Dostaniecie pokój w domu mojego znajomego, pana Włodzimierza Rossa. Prowadzi on w Łebie taką bardzo uroczą enklawę Pokemonów koni.
- Zaraz! Czy ty chcesz nam powiedzieć, że w Polsce są Pokemony? - zapytałam szczerze tym faktem zdumiona.
- Tylko Pokemony konie i tylko w tym jednym, konkretnym miejscu - odpowiedział mi pisarz - To jest wspaniała atrakcja turystyczna. Jak wiecie, Polska znajduje się na terenach bez Pokemonów, więc takie, że tak powiem egzotyczne zwierzaki są prawdziwym rarytasem dla mieszkańców tego oto kraju, zwłaszcza, jeśli nie mieli oni wcześniej z nimi do czynienia. Dlatego możecie sobie wyobrazić, że pan Ross zarabia bardzo wiele na swojej małej enklawie, a do tego jeszcze udostępnia Pokemony konie do jazdy dla ludzi chętnych, aby ćwiczyć na nich jazdę konno. Także stać go na to, aby przyjąć poleconych przeze mnie gości.
- Gości, którzy oczywiście zapłacą mu za pobyt u niego - zauważył Ash - Bo przecież nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli mu nie zapłacić za jego gościnę.
- Nie sądzę, żeby on żądał od was zapłaty - zauważył Scribbler - Bo jak wam to już wcześniej powiedziałem, on zarabia dość pieniędzy na tej swojej małej enklawie, aby nie musieć od was żądać zapłaty.
- Mimo wszystko i tak zaproponuję mu zapłatę. Niech wie, że żadne z nas nie przyjeżdża do niego, aby jeść i spać za darmo - powiedział Ash.
- Zgadzam się. Lepiej będzie pro forma zaproponować mu zapłatę za gościnę - poparłam mojego ukochanego - No, a jeżeli nie zechce, to nie ma sprawy. Nie będziemy na niego naciskać.
- No i takie coś to ja rozumiem - uśmiechnął się wesoło pisarz - Choć nie ma co liczyć na to, że on przyjmie od was pieniądze. Poza tym liczą się dla niego goście, a nie pieniądze.
- Miło mi to słyszeć - powiedziałam - Ale tak czy siak grzecznościowo mu zaproponujemy zapłatę za jego gościnę.
- To wasza sprawa - uśmiechnął się wesoło Scribbler - Ale tak czy siak skontaktowałem się z panem Rossem. Będzie na was oczekiwał w Łebie. Ma dość spory dom na terenie owej enklawy Pokemonów koni, a w domu ma kilka wolnych pokoi i chętnie odnajmuje je tym, którzy szukają pokoju do wynajęcia.
- Doskonale, a gdzie dokładniej on mieszka? - zapytał Ash.
- Mówiłem wam, na terenie enklawy. To jedyny dom, który jest na tym terenie. Jest połączony z wybiegiem, na którym jego uczniowie trenują jazdę konną. To jedyne takie miejsce w Łebie. Każdy wie, gdzie ono jest. Wiecie co? Dam wam mapę Łeby i zaznaczę, gdzie jest cel waszej podróży.
John dotrzymał danego słowa, ponieważ rzeczywiście dał nam mapę z zaznaczonym na niej domem Włodzimierza Rossa, a także poprosił nas, abyśmy pozdrowili tego człowieka, gdy tylko go spotkamy. Obiecaliśmy mu to, a potem bardzo zadowoleni zaczęliśmy szykować się do podróży.


Przy okazji byliśmy świadkami bardzo zabawnej sytuacji. Mianowicie w przededniu naszej wyprawy spotkaliśmy Maxa, który był bardzo czymś przejęty.
- Co się stało, Max? - zapytał Ash.
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
- Ech, przyjaciele. Mam naprawdę poważny problem - odpowiedział nam nasz wierny druh - Ale nie chcę się narzucać. Na pewno macie własne sprawy na głowie i nie macie czasu na to, aby się tym zajmować.
- Spokojnie, zawsze mamy czas na to, aby pomóc naszym przyjaciołom - zaśmiał się wesoło Ash.
Podobnie jak ja podejrzewał on, że Max zwyczajnie dramatyzuje i robi z igły widły, co przecież już niejeden raz mu się zdarzało, ale mimo to oboje postanowiliśmy zachować się jak prawdziwi przyjaciele i zaprowadziliśmy go do domku na drzewie, gdzie wysłuchaliśmy go z uwagą.
- Jaki więc jest twój problem, Max? - zapytał Ash.
- Już wam mówię - odpowiedział na to nasz drogi haker - Wiesz chyba dobrze, Ash, że urządzany jest w Alabastii konkurs miss juniorów?
- Tak, wiemy o tym - uśmiechnął się lekko Ash - A co? Chciałabyś w nim wystąpić?
Max parsknął śmiechem i odpowiedział:
- No, coś ty! Nigdy w życiu! Poza tym jestem facetem. Tu chodzi o coś innego. Bo widzicie... Te wszystkie dziewczynki są naprawdę bardzo piękne i urocze. Sam nie wiem, którą z nich mam wybrać.
Uśmiechnęłam się z lekkim politowaniem, gdy to usłyszałam. Coś tak czułam, że Max ma naprawdę bardzo dziwaczny problem i miałam rację. Ash zresztą uważał podobnie i jak się okazało, mieliśmy rację. Staraliśmy się jednak oboje zachować wszelkie uwagi w tej sprawie dla siebie, aby nie urazić w żaden sposób naszego przyjaciela, dla którego cała ta sprawa była wręcz śmiertelnie poważnym problemem.
- I naprawdę nie wiem, na którą z nich mam teraz głosować - mówił dalej Max - Bo wiecie, Katherine jest piękna, a Mary ma ładną sylwetkę. A Bonnie jest urocza i fajna, a do tego to także moja przyjaciółka, ale przecież ona nie ma najmniejszych szans na to, aby wygrać, bo jest strasznym, ale to strasznym urwisem. Chciałbym być lojalny wobec niej, ale również nie chcę oddać swego głosu na kogoś, kto nie ma szans na wygraną.
- Ja tam bym głosował zawsze na Serenę, bez względu na wszystko - odpowiedział mu Ash - I to nie tylko z lojalności, ale dlatego, że uważam ją za najpiękniejszą dziewczynę na całym świecie.
- Dziękuję za te piękne słowa - powiedziałam czule, dotykając lekko dłoni mojego ukochanego.
- Tak, ja was rozumiem, ale mimo wszystko naprawdę mam poważne wątpliwości - stwierdził Max i nagle się uśmiechnął - Zaraz! A ta urocza blondyneczka, która niedawno się tutaj wprowadziła?! Alice?! Tak! To jest bardzo fajna osoba! Wiecie, grałem z nią parę razy w badmintona i zawsze z nią wygrałem.
- Bo pewnie pozwoliła ci wygrać - zaśmiałam się.
- Może i tak, ale nawet jeśli tak było, to oznacza, że musi być bardzo miła. Tak, będę głosował właśnie na nią! Jest miła i fajna, a do tego jeszcze pozwala mi wygrywać w badmintona! Nie tak, jak Bonnie, chociaż ona jest moją najlepszą przyjaciółką, ale jakoś tego nie umie dla mnie zrobić! Tak! Właśnie tak zrobię!
Max zerwał się z podłogi, na której siedział i zawołał wesoło:
- A więc w konkursie miss juniorów będę głosował na...
Nagle dało się słyszeć głośne trzaśnięcie. To był hałas otwierającej się klapy w podłodze, przez którą weszła Bonnie. Ściskała ona w ręku jakąś niewielką paczkę, a na jej twarzy malowała się bardzo nieprzyjemna mina.
- O, Bonnie! - zawołał wesoło Max na jej widok.
- Myślisz, że słyszała jego słowa? - zapytałam po cichu Asha.
- Tak, właśnie tak myślę - odpowiedział mi mój luby.
Max tymczasem zachichotał nerwowo i dodał:
- Wiesz... Słyszałem, że bierzesz udział w tym konkursie piękności, który jest urządzany dla dziewczyn w twoim wieku. Właśnie rozmawiałem z Ashem i Sereną, że musisz w tym konkursie wygrać.
- Tak, słyszałam - mruknęłam z gniewem w głosie Bonnie - Słyszałam też jeszcze więcej rzeczy.
- Naprawdę? - zaśmiał się nerwowo Max - A co słyszałaś?
- Słyszałam, że mam przegrać z tobą w badmintona, żebyś raczył na mnie zagłosować. Ale wiesz co? Bez łaski! Nie potrzebuję twojego głosu za taką cenę. I wiesz co, Max? Możesz mieć w nosie moje ciasteczka, które dla ciebie upiekłam, bo przecież ja jestem straszny urwis, więc może po prostu dam je Clemontowi.
Po tych słowach dziewczynka odwróciła się na pięcie i zamierzała już wyjść z domku na drzewie, kiedy nagle Max podbiegł do niej, stanął przed nią, złapał ją za ramiona i zawołał:
- Nie! Poczekaj! Zmieniłem zdanie! Zapomnij o tym, co mówiłem, bo będę głosował na ciebie w tym konkursie! Być może i jesteś urwisem, ale i tak jesteś bardzo piękna! Mówię poważnie!
Bonnie spojrzała na niego uważnie i rzuciła zadziornym tonem:
- Cieszę się, że wreszcie odzyskałeś rozum.
To mówiąc odwróciła się w naszą stronę i poprowadzona przez Maxa usiadła w pobliżu mnie i Asha.
- A właśnie, wspomniałaś coś o ciasteczkach - zaśmiał się lekko młody Hameron.
- O tak, mówiłam - uśmiechnęła się Bonnie z bardzo zadowoloną miną na twarzy - Sama je upiekłam.
Spojrzałam na nią ironicznym wzrokiem.
- Poważnie? Sama?
- Cóż... Może tak nie do końca sama, bo pomogli mi Clemont i Cilan, ale mimo wszystko większość pracy ja sama wykonałam.
- Tak, oczywiście - rzuciłam dowcipnie, a na ucho Ashowi szepnęłam: - A Pikachu siedzi i zawija w sreberka.
Mój luby parsknął śmiechem, kiedy to usłyszał, podobnie jak Pikachu, który siedział na kolanach swego trenera.
- Co was tak rozbawiło? - zapytała Bonnie.
- Nic takiego - zaśmiał się delikatnie Ash - Serena tylko opowiedziała mi kawał... o blondynce!
- Nie lubię takich kawałów - rzuciła Bonnie, co nas wcale nie zdziwiło, bo przecież sama jest blondynką.

***


Następnego dnia wyruszyliśmy do portu, w którym to już czekał statek mający zabrać nas w rejon Morza Bałtyckiego. Stamtąd zaś mieliśmy złapać szybki transport do Łeby. Nie dowiedzieliśmy się, w jaki sposób zakończył się konkurs na miss juniorów, jednak postanowiliśmy o to zapytać, gdy już powrócimy do Alabastii. Na razie zaś cieszyliśmy się wakacjami, na które się wybieraliśmy.
Wraz z nami w tę podróż wybrały się jeszcze dwie osoby i nie mam tutaj na myśli Pikachu i jego ukochanej Buneary, która tak bardzo chciała wyruszyć w tę podróż ze swoim chłopakiem, że Dawn ponownie powierzyła ją mojej opiece. Nie, nie o tej dwójce tutaj mówię, ale o kimś innym. Tymi osobami byli Seiyi i Alexa. Tę pierwszą osobę zaprosiliśmy nieco wcześniej w tę podróż i spodziewaliśmy się jego obecności, choć baliśmy się też, że może zmienić zdanie, co na szczęście nie nastąpiło. Ale obecność tej drugiej osoby bardzo nas zaskoczyła. Spotkaliśmy ją przypadkiem podczas podróży statkiem i nie umieliśmy wyjść ze zdumienia, gdy to nastąpiło, a miało to miejsce podczas wycieczki po pokładzie już pierwszego dnia podróży.
- A niech mnie! Alexa! - zawołał wesoło Ash na widok naszej drogiej dziennikarki.
Helioptile, usłyszawszy nasz głos, zeskoczył zwinnie z ramienia swojej trenerki i wskoczył w objęcia Asha, witając się z nim przyjaźnie, a potem to samo robiąc ze mną.
- Jak się masz, przyjacielu? - zapytał wesoło Ash, gładząc Pokemona po główce - Ty także wybierasz się w podróż?
- Tak, on i ja - odpowiedziała z uśmiechem Alexa, podchodząc do nas - Bardzo się cieszę, że was tu spotykam.
- My także, ale bardzo nas to dziwi - powiedziałam - Nie wiedzieliśmy, że zamierzasz wyruszyć w podróż. Czy płyniesz do Polski?
- O tak, właśnie tam - odpowiedziała Alexa, a Helioptile wskoczył jej ponownie na ramię - A wy tam płyniecie?
- Pewnie - odparł wesoło mój luby - Zamierzamy tam spędzić kilka dni, a może nawet więcej.
- A czemu wybraliście Polskę?
- Polecił ją nam John Scribbler. A ty? Dlaczego płyniesz do Polski? - zapytałam.
Alexa posmutniała nieco, opuściła lekko głowę i powiedziała:
- Wiecie, kochani... Posprzeczałam się ostatnio z Rene i jakoś tak nie umiem wraz z nim przebywać w jednym mieście. Dlatego pomyślałam, że gdzieś sobie pojadę i odpocznę. A jeśli tak, to czemu mam nie pojechać do ojczyzny moich przodków? Ten kraj był bardzo bliski mojemu dziadkowi, a jak wiecie, mój dziadek był bardzo bliski mnie, więc skoro tak, to jest mi też bliski kraj, który on kochał.
- Wiemy o tym - odpowiedział Ash - A byłaś kiedyś w Polsce?
- Tak, ale to było już dawno temu - rzekła Alexa - Byłam wtedy jeszcze dzieckiem i pomagałam dziadkowi w jego występach. To było na rok przed jego śmiercią. Bardzo dobrze to pamiętam. To była jedna z piękniejszych chwil w moim życiu.
Alexa posmutniała, po czym podeszła pod reling i oparła się o niego. Podeszliśmy do niej i stanęliśmy tuż obok.
- A więc zobaczysz po latach znowu kraj swego dziadka - powiedział Ash - Na pewno się cieszysz, prawda?
- Tak, bardzo się cieszę, ale nie wiem, czy on jest wciąż tak piękny jak wtedy - odpowiedziała mu dziennikarka.
- Zobaczysz, gdy będziemy na miejscu - zauważyłam.
- To prawda, a przy okazji nieco odpocznę od Rene.
- A co się stało? Czym cię tak zdenerwował, że uciekasz od niego na drugi koniec świata?
- Pika-pika? Bune-bune? - dodali zaintrygowani Pikachu i Bunearu.
Alexa uśmiechnęła się smutno.
- Widzicie... Wkurzył mnie on swoim brakiem zrozumienia dla mojego problemu. Nie rozumie, że ja nie jestem w stanie powiedzieć na pewno, czy będę dobrą matką. Ja w ogóle nie mam pojęcia, czy podołam temu zadaniu. To w końcu jest bardzo wielka odpowiedzialność. Nie wiem, czy dam sobie radę. Poza tym jakoś nie bardzo wierzę w jego zapewnienia o tym, że będzie ze mną do końca i mnie nie opuści.
Gdy to mówiła, to przypomniałam sobie, jak ja i Ash widzieliśmy, jak podczas przyjęcia urodzinowego mojego chłopaka Rene sprzeczał się o coś z Alexą. Nie słyszeliśmy, o czym mówili, ale za to usłyszeliśmy słowa, które wypowiedział nasz drogi fryzjer:
- Ty uparta kobieto! Nie widzisz, że cię kocham?! Czy tak bardzo bym się o ciebie starał, gdyby mi na tobie nie zależało?! Jak możesz uważać, że ja cię porzucę przy pierwszej okazji i zostaniesz z tym wszystkim sama?!
Alexa nie odpowiedziała mu wtedy nic, ale widać było, iż nie uważa jego deklarację za prawdziwą. A szkoda, bo moim zdaniem Rene był z nią wówczas całkowicie szczery, w co ona jakoś nie była w stanie uwierzyć z powodu swoich wcześniejszych doświadczeń z facetami.


- I co zamierzasz zrobić? - zapytałam Alexę, kiedy już powróciłam do rzeczywistości.
- Nie wiem. Może oddam dziecko moim rodzicom albo co... Przecież ja się nie nadaję na matkę. Zwłaszcza na samotną matkę. Nie dam sobie rady, a rodzice mi pomogą i zajmą się wnukiem jakby co.
- Zajmiesz się nim wraz z Rene i będziecie jedną wielką, szczęśliwą rodziną - powiedziałam.
- Och, Sereno. Nie każda kobieta ma tyle szczęścia, aby mieć tak super faceta jakiego masz ty - odpowiedziała mi Alexa.
Spodobało mi się, że nazywa Asha „super facetem“, ale również bardzo mnie zdenerwowało to, iż nie wierzy w słowa Rene, który był wobec niej szczery i z powodu swoich wcześniej niemiłych doświadczeń Alexa nawet nie daje mu szansy się sprawdzić.
- Wiesz co, Ash? Widać, że to twoja ciotka - powiedziałam po chwili.
- A to dlaczego? - zapytał mój luby.
- Bo jest strasznie uparta i jak już się na coś uprze, to nie da sobie nic wytłumaczyć.
Ash, Alexa i Pikachu zaśmiali się wesoło, gdy to usłyszeli.
- Wiecie... Pamiętam, jak płynęłam do Polski z dziadkiem na rok zanim zmarł - powiedziała po chwili dziennikarka - Stał ze mną przy podobnym relingu i razem śpiewaliśmy taką fajną piosenkę.
Po chwili Alexa zaczęła ją śpiewać, a ponieważ i my ją znaliśmy, to szybko dołączyliśmy do chóru i już po chwili cała nasza trójka śpiewała sobie wesoło następujące słowa:

Spójrz bracie, choć raz, trzeźwo na świat.
Ceń nauki wszystkie, jeśli masz ambicje.
Gdy nadejdzie czas, zawoła nas
Stary las nad rzeką szumem drzew z daleka.

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda.
Świat jest piękny, czy to znasz?
Otwórz oczy, patrz! Otwórz oczy, patrz!
La, la, la, la, la, la, la, la, la, la, la!
Otwórz oczy, patrz!

Piłkę kopać chcesz, na trawę spiesz!
Zagraj razem z nami! Zagraj z kolegami!
Rankiem, kiedy świt puka do drzwi
Ciągną młodych w pole harce i swawole!

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda.
Świat jest piękny, czy to znasz?
Otwórz oczy, patrz! Otwórz oczy, patrz!
La, la, la, la, la, la, la, la, la, la, la!
Otwórz oczy, patrz!

Oj tak! Zdecydowanie w tamtej właśnie chwili świat wydawał się nam naprawdę bardzo piękny.


C.D.N.

środa, 10 października 2018

Przygoda 117 cz. V

Przygoda CXVII

Wilkołak działa nocą cz. V


Po naszym wyjściu od panny Tiny udaliśmy się do Centrum Pokemon, gdzie mieliśmy spotkać się z Lyrą i Khourym. Spodziewaliśmy się od nich informacji, po które ich oboje posłaliśmy i nie zawiedliśmy się w swoich przypuszczeniach. Lyra i Khoury oczekiwali już nas w jadalni przy jednym ze stolików.
- No, jesteście! - powiedziała wesoło Lyra, gdy tylko zbliżyliśmy się do nich i usiedliśmy przy stoliku - A już się bałam, że pożarł was wilkołak.
- Spokojnie, wilkołaki działają tylko nocą. W dzień ich nie zastaniesz - zaśmiał się delikatnie Herbert - A poza tym z nami nie tak łatwo.
- Tak, coś o tym słyszeliśmy - zaśmiała się dziewczyna - Ale z nami jest podobnie i dlatego mamy dla was ciekawe wieści.
- O! To doskonale - uśmiechnęłam się - A więc opowiadajcie, czego się dowiedzieliście w tej aptece?
- Poszliśmy do apteki pana Heepa i szybko się przekonaliśmy, że to nie jest wcale przyjemne miejsce - powiedział Khoury z wyraźną niechęcią.
- Delikatnie mówiąc - zgodziła się z nim Lyra - Ten cały Heep powitał nas uprzejmie, uśmiechał się szeroko od ucha do ucha, jakby miała mu zaraz szczęka pęknąć od tego uśmiechania się. Nawet głupi by zauważył, że to jest fałszywy uśmiech, a co dopiero my, którzy głupi nie jesteśmy.
- Nigdy w to nie wątpiliśmy - powiedziałam wesoło - Ale co jeszcze udało się wam dostrzec, oprócz tego, że Heep to fałszywy gość?
- Prócz tego zauważyliśmy, że jest podejrzany i to bardzo - wyjaśnił mi Khoury - Zagadaliśmy go w sprawie mojej rzekomej choroby, a on pokazał nam kilka różnych leków, które jego zdaniem pomogą mi ją zwalczyć. Gdy tak rozmawialiśmy, to nagle przyszedł do nas profesor Peeper.
- Peeper? - spytałam zainteresowana - Uriah Peeper?
- Dokładnie tak - potwierdził Khoury - Wszedł do środka, a na jego widok Heep zaraz stracił zainteresowanie nami i wziął ze sobą profesora do osobnego pokoju. Obaj rozmawiali ze sobą w ciszy. Próbowaliśmy jakoś ich podsłuchać, ale niewiele nam to pomogło. Do tego Lyra, niestety...
- Proszę cię, naprawdę musisz o tym mówić? - jęknęła załamana Lyra - Poza tym każdemu to się mogło zdarzyć.
- O czym ty mówisz? - spytał Herbert - Co ci się zdarzyło?
Lyra zarumieniła się mocno na twarzy i przez chwilę nie chciała nic mówić, ale w końcu to zrobiła.
- No więc, podsłuchiwaliśmy oboje pod drzwiami, próbując zrozumieć, o czym ci dwaj rozmawiają, kiedy nagle oparłam się trochę zbyt mocno o drzwi, ręka mi (nie wiem, w jaki sposób) spadła na klamkę, ta się otworzyła i... No i...
- No i wpadka - uśmiechnął się dowcipnie Herbert - No cóż, tak bywa. Zakładam, że Heep nie był zachwycony, kiedy was zobaczył.
- Delikatnie mówiąc - zaśmiała się Lyra - On nas wręcz wyrzucił z tej swojej apteki krzycząc, że nie życzy sobie szpicli i żebyśmy sobie kupowali leki gdzie indziej.
- Obawiam się więc, iż niczego mądrego się nie dowiedzieliśmy, poza tym, że Heep i profesor Peeper prowadzą jakieś ciemne interesy - dodał Khoury.
- To w zupełności mi wystarczy - uśmiechnął się delikatnie Herbert - Dowiedzieliście się więcej niż myślałem, że się dowiecie. Chciałem tylko, żebyście powęszyli nieco w aptece Heepa i przyjrzeli mu się uważnie, a wy dowiedzieliście się, że Heep i Peeper coś kombinują i to raczej nie jest coś, o czym inni powinni wiedzieć.
- Gdyby tak było, to by się z tym nie kryli - zauważyłam.
- Właśnie - potwierdził Herbert - I dlatego właśnie jestem pewien, że obaj coś kombinują. Widzieliśmy u Peepera jakąś strzykawkę i dziwaczne, przeźroczyste substancje. Mieliśmy jak dotąd tylko podejrzenia, że bierze je od Heepa, co potwierdzał zapis w notatniku Peepera, ale teraz nie mam już żadnej wątpliwości. To Heep sprzedaje profesorkowi tę substancję.
- Ale co to jest? I dlaczego się z tym kryją? - spytała Lyra.
- Czy to narkotyki? - zapytał Khoury.


- Podejrzewam coś innego, ale mogę się mylić - odparł na to Herbert - W tej sprawie pomoże nam profesor Jason Rowan. Dzwoniłem już do niego i wysłałem mu próbkę tego czegoś. Obiecał dać to do analizy.
- A co z wilkołakiem? - zapytała Lyra - Czy jego sprawa wiąże się ze sprawą profesora Peepera?
- O tak. Obie te sprawy są jedną i tą samą sprawą - potwierdził Herbert.
- A więc, kto jest tym wilkołakiem? - zapytał Khoury.
- Myślę, że na to pytanie wszyscy znamy odpowiedź. Powinniśmy więc raczej zapytać o to, w jaki sposób on się w niego zamienia i jak go zdołamy powstrzymać.
- Jak go powstrzymać? To proste! Zasadzimy się na niego i gdy tylko się pojawi...
Lyra już zapaliła się do działania, ale Khoury szybko ją uspokoił.
- Weź wstrzymaj Rapidashe. Przecież nie masz pojęcia, kiedy i gdzie ten wilkołak się zjawi. Pamiętaj, że już robiono na niego zasadzki i jakoś nic one nie dały.
- Więc zasadzajmy się aż do skutku - Lyra nie dawała się tak łatwo zbić z pantałyku - Przecież w końcu musi się pojawić.
- To już postanowili ludzie w mieście - zauważyłam - Ludzie chcą się zasadzać na wilkołaka aż do skutku. Myślę, że moglibyśmy do nich wszyscy dołączyć. Co o tym sądzisz, Herbercie?
- Myślę, że to najlepsze wyjście z sytuacji - uśmiechnął się detektyw, po czym wyjął z kieszeni płaszcza mapę i rozłożył ją na stoliku - Zobaczcie sami. Tutaj jest miasto, a tutaj dom Peeperów. Od miasta wiedzie najpierw spora polana, a potem las i kolejna polana, na którym znajduje się dom naszych przyjaciół. Wilkołak, aby dostać się z miasta do domu Peeperów, będzie musiał przejść przez tę polankę i las. Jeśli dotrze na polanę zanim jeszcze się przemieni, to nikt z miasta, kto będzie akurat siedział w oknie swojego domu (pod warunkiem, że jego okna wychodzą wprost na polanę) nie zwróci na niego większej uwagi. Potem zaś sobie zniknie w lesie i tu się przemieni. A w tym lesie będą czekać na niego zasadzki, ponieważ ludzie z miasta zasadzą się w kilku miejscach, ale wilkołak już kilka razy sprawnie je wyminął i teraz też tak może być.
- Powinniśmy więc teraz coś zrobić, aby tym razem ich nie wyminął - powiedziałam - Tylko w jaki sposób to zrobić?
Lyra i Khoury wraz z nami przyjrzeli się uważnie mapie, po czym nagle pierwsze z nich zaproponowało:
- Wiecie co? Ten las wychodzi prosto na polanę z domem Peeperów. Jakby tak każde z nas zaczaiło się tuż przy wyjściu z lasu, ale tam, gdzie on wychodzi na dom i polanę, to wtedy mielibyśmy szansę go złapać.
- Ale jest nas tylko czterech. To może być za mało, aby go zatrzymać - zauważyłam.
- Ja i Lyra mamy Pokemony i one z pewnością nas wesprą - powiedział Khoury, któremu plan jego dziewczyny się spodobał - A do tego mogą nam pomóc Chris i Joy, a to daje nam większe szanse.
- To dobry pomysł, choć ryzykowny - zauważyłam - Będzie po jednym z nas na każdym posterunku, który sobie wybierzemy. No chyba, że się tam zasadzimy dwójkami.
- Nie, bo wówczas obsadzimy mniejszą część terenu i będzie istnieć o wiele większe ryzyko, że wilkołak nam się wymknie - zauważył Khoury - Choć z drugiej strony to byłoby naprawdę bezpieczniejsze.
- Dla wilkołaka tym bardziej - rzuciła ironicznie Lyra - Bo łatwiej się przeciśnie przez szerokie płaty lasu nie pilnowane przez nikogo.
- Ona ma rację - powiedział Herbert - Musimy obsadzić pojedynczo jak najwięcej miejsc wylotowych z lasu. W ten sposób łatwiej go wypatrzymy. Każdy z nas dostanie broń na usypiające kule i zacznie strzelać, gdy tylko go zobaczy.
- Dlaczego na usypiające? - zapytała Lyra - Czy nie lepiej na ostre?
- Nie. Nie możemy go zabić. Zwłaszcza teraz, gdy wiemy, kto to jest - Herbert był w tej sprawie nad wyraz stanowczy - Uśpimy go i potem jakoś spróbujemy mu pomóc.
- Pomóc? Ale jak? - zapytałam - Czy jemu w ogóle można pomóc?
- Pomyślimy o tym, jak już go złapiemy - uciął temat Herbert.

***


Po tej rozmowie zadzwoniliśmy do Chrisa i Joy, aby powiadomić ich o naszych planach i o tym, jaki udział oni w tym mogą wziąć. Plan ten bardzo im się spodobał, choć Chris był przeciwny temu, aby jego żona brała w tym udział. Był zdania, że to zbyt niebezpieczne dla niej.
- Kochanie, ja się nie boję, ale nie chcę, żeby stało ci się coś złego, więc nie mogę tak po prostu puścić cię tam samego - mówiła Joy.
- A ja boję się o ciebie i nie mogę cię puścić samej - zauważył Chris.
- A zatem sprawa jest prosta. Musimy tam iść razem dla wspólnego bezpieczeństwa - stwierdziła wesoło Joy.
Chrisowi nie było jednak do śmiechu.
- Słuchaj, to nie jest zabawne, Joy. Ja się bardzo o ciebie martwię i nie chcę, aby coś ci się stało.
- Wiem o tym. Już wtedy, gdy byliśmy dziećmi, umiałeś o mnie dbać i za to cię strasznie kocham, ale proszę cię, nie zmuszaj mnie do tego, abym się czuła jak jajko, o które wszyscy dbają, bo może się stłuc. Uwierz mi, to nie jest przyjemne uczucie.
- Dokładnie - poparła ją Lyra - Dlatego więc chodźmy tam razem i po sprawie. A poza tym będziemy przecież stacjonować blisko siebie, więc na pewno będzie dobrze. A w razie jakiegoś niebezpieczeństwa któreś z nas podniesie alarm i reszta zaraz przybiegnie mu z pomocą.
- Stacjonować. Dobre słowo - zaśmiała się Joy.
- A jeśli ktoś nie zdąży krzyknąć? - zapytał Chris.
- To jego pech - rzuciła Lyra, aż Khoury ją trącił lekko ramieniem w bok - No co? Taka prawda.
- Aha. To znaczy, że mamy wrzeszczeć, jak tylko zobaczymy coś, co nas zaniepokoi? - spytał ironicznie Khoury.
- W takim wypadku to byśmy się wszyscy darli co chwila i tylko byśmy spłoszyli tego wilkołaka - zauważyłam złośliwie - Mamy krzyczeć tylko wtedy, gdy zobaczymy tego potwora.
- Tak? A jak mamy to zrobić? - spytał Khoury.
- A ja chyba wiem - zaśmiała się lekko Joy i zademonstrowała - AAA! Wilkołak! Uciekać!
Po tych słowach zachichotała i spytała:
- I co? Może być?
- Dobre, ale bez tego ostatniego słowa, bo ono tutaj raczej nie pasuje - parsknął śmiechem Herbert - Ale to może być właśnie coś takiego. Byleby ten wrzask był w pełni uzasadniony, bo nie chciałbym w waszej skórze, jeśli tak nie będzie.
Właśnie taką rozmowę odbyliśmy w domu Peeperów, kiedy już tam przybyliśmy, co miało miejsce niedługo po tym, jak oboje rozmawialiśmy z Chrisem i Joy przez telefon na temat naszego planu. Muszę tu oczywiście wyjaśnić, że przez telefon poruszyliśmy jedynie dość ogólny zarys naszego pomysłu, a szczegóły omówiliśmy dopiero w naszym prywatnym gronie. Gdy zaś ta rozmowa dobiegła końca, wszyscy zaczęliśmy się szykować do wyjścia. Wypoczęliśmy nieco, aby mieć siły do działań w nocy, a kiedy noc nadeszła, to zebraliśmy broń i poszliśmy do lasu, tam zaś rozdzieliliśmy się i stanęliśmy na z góry upatrzonych przez siebie pozycjach. Herbert i Khoury zaopatrzyli nas w krótkofalówki, więc mogliśmy się informować na bieżąco o wszystkim, co się dzieje. Chris co prawda ciągle drżał o życie Joy, ale pocieszaliśmy go mówiąc, iż przecież każda z naszych „placówek“ nie jest zbyt mocno oddalona od pozostałych, a więc w razie czego zawsze zdążymy przybyć z pomocą. Chrisa jednak to wcale nie uspokoiło i nawet fakt, że Joy zabrała ze sobą Rufusa nie zdołał go podnieść na duchu.
Nadeszła północ, potem pierwsza i druga w nocy, a wciąż nic się nie wydarzyło. Pomimo wypoczynku, którego zażyliśmy w ciągu dnia byliśmy naprawdę poważnie zmęczeni i musieliśmy co jakiś czas kontaktować się ze sobą za pomocą naszych krótkofalówek, aby nie zasnąć. Pomagał nam także nieco fakt, iż z głębi lasu co jakiś czas dobiegały nas dość głuchawe dźwięki mieszkańców miasta, którzy zasadzili się na wilkołaka i w kilkuosobowych grupach kręcili się po całym lesie w poszukiwaniu potwora. Mieszkańcy co jaki czas wołali coś do siebie, ale byli daleko od nas, więc nie słyszeliśmy dokładnie ich słów. Zresztą wcale nas one nie interesowały, gdyż bardzo dobrze wiedzieliśmy, że skoro wilkołak wymknął się wcześniej podobnym obławom, to teraz na pewno taka zasadzka też nie będzie stanowić dla niego nawet najmniejszej przeszkody w bezpiecznym opuszczeniu lasu. Poza tym ludzie nie wiedzieli, dokąd wilkołak się udaje, co my dobrze wiedzieliśmy, a w każdym razie Herbert był o tym przekonany, zatem cała nadzieja była w nas.
- No i jak tam, Herbert? Namierzyłeś coś? - powiedziałam przez moją krótkofalówkę.
- Nie bardzo. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Nie wiem sam, co z tego będzie - odpowiedział żartobliwie Herbert.
- Poeta się znalazł - mruknęłam złośliwie - Lepiej nie wysilaj swojej główki do wymyślania wierszy, tylko do zachowania czujności.
- A myślisz, że co ja innego robię?
Parsknęłam śmiechem i skontaktowałam się z pozostałymi członkami naszej grupy. Khoury i Chris byli zaniepokojeni, ale też nic nie dostrzegli. Lyra z kolei, której towarzyszył jej Pokemon Marill miała bardzo ciekawe spostrzeżenia.
- Marill wyczuwa jakieś dziwne odgłosy - powiedziała - Jakby dźwięki stóp. I raczej nie należą one do ludzi. Prawda, Marill?
Pokemon zapiszczał przecząco.
- No właśnie. Mam więc wrażenie, że to coś się może tu zaraz zjawić.
- Bądź ostrożna. Może to fałszywy alarm.
- Ja jestem cały czas ostrożna. I zapewniam cię, że jak dojdzie co do czego, to...
Nagle usłyszeliśmy strzał. Poznaliśmy go. Pochodził on z broni, którą Herbert dał każdemu z nas. Notabene muszę tu zaznaczyć, że nasi drodzy przyjaciele otrzymali rewolwery, natomiast ja i Herbert zachowaliśmy dla siebie śrutówki. Wspominam to tylko tak gwoli ścisłości, aby moja historia była dla was bardziej zrozumiała.
- Słyszałaś, Lyra? - spytałam.
- Tak. To z pozycji Khoury’ego! Szybko!
Pobiegliśmy tam, gdzie przebywał na swoim posterunku chłopak Lyry. Niestety, widok, jaki tam zastaliśmy wcale nam się nie spodobał i nie był on tym, czego się spodziewaliśmy. Co było tym widokiem? Był nim Khoury stojący z latarką oraz pistoletem na usypiające pociski nad leżącym na ziemi Golbatem.


Wilkołak nam uciekł i szukanie go po lesie, do czego próbowali nas namawiać ludzie, którzy przybyli nam z pomocą, zdecydowanie nie miało najmniejszego sensu. Uznaliśmy, że o wiele lepiej będzie, jeżeli wrócimy do domu Peeperów i poczekamy tam na powrót profesora. Spodziewaliśmy się bowiem, że o poranku wróci on jakby nigdy nic. Prócz tego też musieliśmy opatrzyć Rufusa, bo biedaczek został ranny w starciu z bestią. Co prawda niegroźnie, ale zawsze to były rany i wymagały opatrzenia i tym się przede wszystkim zajęliśmy, a polowanie na wilkołaka zostawiliśmy mieszkańcom miasta.
- Jak myślisz, czy złapią go? - zapytała Joy swojego męża, kiedy wraz z nim opatrywała rany Rufusa.
- Nie wydaje mi się - odpowiedział ponuro Chris - I wcale nie jestem pewien, czy bym tego chciał.
- Jak to? Przecież o mały włos on was nie zabił - zdziwiła się Lyra.
- Nie wiemy, czy by nas zabił - odparł na to Chris, patrząc ze smutkiem na pannę Lyrę - A poza tym, jeśli Herbert ma rację, to przecież wilkołakiem jest osoba mi bliska, a ja nie mogę spokojnie podejść do jego ewentualnego aresztowania lub nawet śmierci.
- Spokojnie, być może wcale nie będzie musiał on ginąć. Wszystko się rozstrzygnie w swoim czasie - rzekł Herbert, pykając fajkę - Musimy tylko dowiedzieć się jeszcze paru szczegółów, które pomogą ułożyć z tych puzzli pełen obraz wydarzeń.
- Tak w sumie, to my wiemy już wszystko, co powinniśmy wiedzieć - zauważyłam - Niby czego jeszcze mamy się dowiadywać?
- Choćby tego, czego dostarcza profesorowi Peeperowi ten cały Heep - wyjaśnił mi Herbert - Tego jestem bardzo ciekaw. Jeśli się tego dowiemy, to wtedy wszystko będzie już jasne, a my będziemy wiedzieć, jakie działania należy podjąć i czy cała ta sprawa jest zgodna z prawem, czy też wbrew prawu, choć osobiście obstawiam to drugie.
- Ja również - powiedział Chris ze smutkiem - Choć wolałbym, aby tak nie było.
- Wszystkiego się dowiemy, kiedy profesor Rowan sprawdzi, co to za świństwo, którym ojciec się szprycuje - rzekła ponuro Joy - Osobiście też jestem ciekawa, dlaczego to robi.
- Dlaczego, to akurat łatwo odgadnąć - powiedział Herbert, lekko się przy tym uśmiechając - Ale mogę się w tej sprawie mylić.
- I oczywiście nie zechcesz nam powiedzieć o swoich podejrzeniach w tej sprawie, mam rację? - rzuciłam ironicznie.
Herbert odwzajemnił mi ironiczny uśmieszek i powiedział:
- Gdy nadejdzie czas, to wszyscy się wszystkiego ode mnie dowiecie. Mogę wam to obiecać.
Musieliśmy zadowolić się tymi słowami i tak właśnie zrobiliśmy.
- I jak, kochany? Dobrze się czujesz? - zapytała Joy Rufusa, kiedy już skończyła opatrywać mu rany.
Biedny Pokemon miał zrobione opatrunki w trzech miejscach, a także parę zadrapań zaklejonych leczniczymi plastrami. Pomimo tego był bardzo zadowolony, że zdołał obronić swoją panią, a także to, że ona to docenia. Swoją radość okazał liżąc delikatnie jej dłoń.
- No, kochany. Idź wypocznij - powiedziała bardzo czule Joy, stawiając Pokemona na podłodze.
- Wszyscy powinniśmy teraz wypocząć - stwierdził Khoury - On raczej przed porankiem się nie pojawi.
- Wypocznijcie - rzekł Herbert, ponownie zapalając fajkę - Ja tu sobie posiedzę i będę czuwał.
- Nie jesteś zmęczony? - spytałam zdumiona.
- Nie, Maren - odpowiedział mi Herbert - Jakoś nie czuję zmęczenia.
- Jakoś ci się wcale nie dziwię - powiedziałam - Sama nie wiem, czy po takich wrażeniach zdołam zasnąć.
- Zawsze możesz wziąć coś na sen - zaproponowała Joy - Mamy tu w domu kilka leków nasennych, tak na wszelki wypadek.
Herbert popatrzył na nią z zainteresowaniem i mruknął coś, co nie do końca zrozumiałam. Coś, co brzmiało jak:
- Środki nasenne? To by wiele wyjaśniało.
Chyba tak powiedział, nie jestem pewna. Ale w sprawie wyjaśnień, to mogę was zapewnić, że ich Herbert nie raczył nam udzielić, ponieważ nadal trzymał nas w błogiej niepewności. Chociaż „błoga“ to chyba ona była dla niego, bo dla naszej pozostałej piątki to wcale.

***


Nie wiem, jak długo spałam, ani jak długo spali inni, ale wiem, że to trwało dość długo i nie ma chyba w tym nic dziwnego, skoro nasza akcja w lesie zajęła nam sporą część nocy. Oczywiście, trudno nam było zasnąć po takich wrażeniach, a już na pewno mnie, ale mimo wszystko udało nam się tego dokonać. Obudziłam się tak już grubo po godzinie 10:00. Część z nas już nie spała, pozostali zaś spokojnie sobie chrapali. Nie pamiętam, która to dokładniej była godzina, gdy się pozbierałam z łóżka, bo nie zwróciłam na to większej uwagi, ale kiedy już to zrobiłam, to ubrałam się i poszłam sobie zrobić śniadanie. Chris już nie spał i pomógł mi w jego uszykowaniu, tak samo jak i Herbert, który chyba w nocy spał bardzo niewiele albo wcale, bo gdy go zobaczyłam, to siedział na fotelu w takiej samej pozycji, w jakiej go pozostawiłam nocą.
- Dobrze ci się spało? - zapytał Herbert z uśmiechem, kiedy tylko mnie zobaczył.
- Jakoś... A ty w ogóle spałeś? - mruknęłam.
- Nie wiem. Nie zwróciłem na to uwagi. Czasami tak mam, a zwykle wtedy, kiedy nad czymś myślę.
- A nad czym teraz myślałeś?
- Zastanawiało mnie, w jaki sposób nasz profesorek zamierzał zrobić to, co zrealizował wczoraj w nocy i chyba już wiem. Teraz musimy tylko się upewnić, czy mam rację.
- O ile znam życie, to ją masz, jak zwykle zresztą - rzuciłam do niego ironicznie.
- Być może - uśmiechnął się dowcipnie Herbert - Ale wszystkiego się dowiemy, kiedy już odwiedzimy pannę Tinę, a potem skontaktujemy się z profesorem Rowanem.
- Sądzisz, że już dokonał analizy tego, co mu wysłaliśmy?
- Tak sądzę. W końcu ile może mu to zająć? To profesjonalista.
Po tych słowach Herbert usiadł przy stole i zaczął powoli jeść kanapki, które miał na talerzu przed sobą.
- Zjemy i idziemy? - zapytałam.
- Oczywiście. Porozmawiamy z panną Tiną. Ciekawe, czy nasz drogi profesorek załatwił sobie u niej alibi na poprzednią noc?
- Zobaczymy, choć coś mi mówi, że pewnie tak.
Herbert uśmiechnął się do mnie delikatnie, po czym powoli zjadł do końca swoje kanapki i bardzo zadowolony wstał z fotela.
- No, to możemy iść, Maren.
Wstaliśmy i wyszliśmy z domu, informując przy okazji Chrisa o tym, że wychodzimy i wrócimy później, dlatego niech się nie martwi, ponieważ cała ta sprawa dalej nas interesuje i zamierzamy ją dokończyć. Chris bardzo ucieszył się z tej informacji i podziękował nam, że pomimo zagrożeń takich, jak to, które miało miejsce ostatniej nocy jeszcze chce nam się prowadzić tę sprawę.
- Wiesz, jak to jest... Detektywi to są niesamowicie uparte stworzenia - zachichotał Herbert - Nie odpuszczą, gdy już raz wpadną na trop.
- No i bardzo dobrze, na to też liczę - odpowiedział z uśmiechem Chris.
- Jak umiesz liczyć, to licz na siebie. To najlepsza metoda - zaśmiałam się lekko - No, ale tak na poważnie, to możesz nam wierzyć. Ja i Herbert jesteśmy uparci jak nikt inny na świecie. No, może Ash Ketchum jest od nas bardziej uparty, ale poza tym...
- Ash Ketchum? - zdziwił się Chris - A kto to taki?
Spojrzałam na niego zdumiona.
- No błagam! Nie mów mi, że nigdy nie słyszałaś o Mistrzu Ligi Kalos oraz słynnym detektywie w jednej osobie!
- Niezbyt mnie interesuje sport, a kronika kryminalna jeszcze mniej, ale chyba mi się coś obiło o uszy. Ale nie wiem. Jedyni detektywi, jakich znam, to wy.
- Wobec tego musisz też poznać Asha. On i jego dziewczyna Serena potrafią rozwiązać każdą zagadkę.
- To tak samo, jak wy.
- To prawda, a przy okazji Ash pobierał nauki u Herberta.
Herbert zaśmiał się lekko.
- Pobierał nauki to trochę za mocno powiedziane. On po prostu był mi asystentem podczas jednej mojej sprawy w regionie Hoenn i cóż... Wiele się nauczył rozwiązując tę zagadkę, ale to nie jest moja zasługa, tylko jego i tego, że posiada on bardzo bystry umysł. A to, że zainteresował się po tej sprawie zagadkami i zaczął wręcz pasjami czytać kryminały, co też potem pokierowało go na obecną drogę życia, to może faktycznie moja zasługa, ale przede wszystkim tego, że on chciał się rozwijać w tym kierunku i to zrobił. Ja mam więc w tym niewielki udział.
- Niech ci będzie, panie skromnisiu - powiedziałam dowcipnie - A teraz to już lepiej chodźmy, póki sprawa jest ciepła, jak to czasami mówi Ash.
- Tak, a za to kolacja będzie zimna - zażartował sobie Herbert.

***


Panna Tina nie była zadowolona z tego, że ponownie nas zobaczyła na progu swego domu. Wręcz przeciwnie, wyglądała na bardzo rozzłoszczoną naszym widokiem.
- Nie macie państwo jeszcze dosyć? - warknęła gniewnie, gdy tylko nas zobaczyła - Mało już problemów ściągnęliście na ludzi?
- My ściągamy problemy? - zapytałam zdumiona - Niby w jaki sposób?
- Weź już nie udawaj, panno mądralińska! - zawołała wściekle Tina, po czym wpuściła nas do środka, aby sąsiedzi nie słyszeli, że się awanturuje i zamknęła drzwi - Przecież dobrze wiecie, co się tu dzieje. W okolicy grasuje wilkołak, a mój drogi narzeczony przez was chodzi po nocach po lesie, aby go złapać!
- Że słucham?! - zapytałam zdumiona, bo czego jak czego, ale takich rewelacji to się ja nie spodziewałam - A czy może pani mówić jaśniej?
- Proszę bardzo, jak sobie życzycie! - mruknęła wściekle Tina - Uriah miał zostać zeszłej nocy u mnie aż do rana. A taki w każdym razie miałam plan.
- Wiemy. Mówiła nam pani o tym - odpowiedziałam - I co dalej?
- Uprosiłam go, aby został, a on się zgodził. Bałam się, że się będzie włóczył po nocach i natknie się na tego wilkołaka, który tam grasuje. On się zgodził, ale cóż... Poszliśmy spać, ja spałam jak zabita, a rano się budzę i co widzę? Nie ma go przy mnie. Poszłam sprawdzić, czy jest w łazience. Był, ale wyglądał po prostu przerażająco. Miał zranione prawe ucho, a na lewej ręce ślady zębów, jakby coś go ugryzło. Twierdził, że to stare ugryzienie, ale ja nie jestem głupia. Skoro stare, to czemu nie miał go wtedy, gdy oboje się kochaliśmy? A poza tym krew z niego ciekła. Twierdził, że sobie niechcący rozdrapał strupy, ale ja swoje wiem. Nie wierzę w jego zapewnienia, ani w te bajki, że się zaciął w ucho podczas golenia. Ciekawe niby, w jaki sposób? Brzytwą to mógłby jeszcze się zaciąć, ale przecież on nie używa brzytwy, tylko maszynki!
- I co pani z tego wnioskuje? - zapytał Herbert.
- To chyba jest oczywiste. Korzystając z tego, że śpię poszedł do lasu walczyć z tym wilkołakiem i to bydlę go tak urządziło! - zawołała ze złością Tina - A to wszystko przez was! Tak, przez was i tego jego durnego synka! To on przecież chciał łazić do lasu i polować na wilkołaka, a wy na pewno namówiliście Uriaha, aby mu towarzyszył i proszę, jakie są tego skutki!
Wiadomości dostarczone nam przez Tinę były jeszcze ciekawsze niż mogliśmy się tego spodziewać, dlatego też wysłuchaliśmy ich z uwagą, nie reagując na jej ataki złości ani też na wyzwiska pod naszym adresem, a gdy już one się skończyły, to zapytaliśmy:
- A gdzie obecnie jest profesor Peeper?
- Poszedł gdzieś. Nie wiem, dokąd, ale obiecał, że jeszcze mnie dzisiaj odwiedzi. Mamy dziś iść razem na piknik na pobliską łąkę.
- Łąkę? - spytałam - A gdzie jest ta łąka?
- Po drugiej stronie miasta. W kierunku przeciwnym niż ten przeklęty las pełen wilkołaków. A co?
- Nie, nic. Tak się tylko pytam.
Herbert pomyślał przez chwilę i zadał swoje pytanie.
- Panno Tino, czy piła pani może coś przed snem?
- Tak, piłam.
- A co konkretnie?
- Konkretnie to szklankę mleka. Zawsze ją piję przed snem.
- Proszę nam powiedzieć, czy to mleko smakowało jakoś inaczej niż ostatnio?
- A co to za głupie pytania?
- Proszę odpowiedzieć.
Dziewczyna nie była chętna do udzielania nam takich odpowiedzi, ale w końcu to zrobiła.
- Sama nie wiem. Było jakieś chyba inne. Tak, smakowało ono jakoś dziwnie. Jakby ktoś dodał do niego coś gorzkiego, ale może mi się zdawało. A czemu pan o to pyta?
Herbert uśmiechnął się bardzo zadowolony, gdyż najwyraźniej takiej właśnie odpowiedzi oczekiwał.
- Pytam tak z ciekawości, bo miałem pewną teorię, którą właśnie pani potwierdziła. Dziękujemy bardzo. To wszystko, co chcieliśmy wiedzieć. Do widzenia, panno Tino.
- Do widzenia? - prychnęła kobieta - Chyba raczej do nie-widzenia, bo ja tam nie zamierzam was więcej oglądać na oczy.
Po tych słowach Tina zamknęła drzwi za nami i zrobiła to z hukiem, a gdy mówię o huku, to mam na myśli właśnie huk i nic innego.
- Przyjemna osóbka, nie ma co - powiedziałam ironicznie.
- Tak, ale dowiedzieliśmy się tego, czego chciałem się dowiedzieć - uśmiechnął się Herbert zadowolony - Chodźmy teraz do Centrum Pokemon. Musimy zadzwonić do profesora Rowana.
Poszliśmy tam i oczywiście zadzwoniliśmy do uczonego, który był z tego faktu bardzo zadowolony.
- Dobrze, że dzwonicie. Jakbyście zostawili mi numer telefonu, to sam bym do was zadzwonił - powiedział Rowan, kiedy tylko nas zobaczył - Bo muszę wam powiedzieć to, co mi przysłaliście, bardzo mnie zaniepokoiło.
- Dlaczego pana to zaniepokoiło? - zapytałam zdumiona.
- Dlaczego? Już ci mówię, Maren - odpowiedział profesor - To, co mi przysłaliście, to są... wiecie, co takiego? Ekstrakty z gruczołów płciowych Pokemonów wilków i Pokemonów psów.
- Jak to, ekstrakty z gruczołów płciowych? - zapytałam zdumiony.
- To substancja, którą można wydobyć z Pokemona po pozbawieniu go płciowych części ciała. Oczywiście po wydobyciu poddaje się właściwej chemicznej obróbce, żeby działała.
Przeraziło mnie to, co właśnie usłyszałam. Zasłoniłam sobie dłonią usta i jęknęłam załamana:
- Jak to? Czy chce mi pan powiedzieć, że ten, kto to produkuje... On te Pokemony... okalecza?
- Okalecza lub zabija i po śmierci okalecza. Sam nie wiem, co gorsze.
- Boże! To po prostu straszne! - zawołałam zaszokowana - I chyba nie jest to legalne, prawda?
- Oczywiście, że nie - potwierdził profesor Rowan - A co myślałaś? Że takie praktyki są legalne? Ten, kto to posiada łamie prawo, choć rzecz jasna mniej niż ten, kto to produkuje. Chciałbym was uprzejmie poinformować, że już powiadomiłem o tej sprawie policję.
- Już pan powiadomił? - zapytał Herbert.
- A tak, a na co ja miałem czekać? Miejscowi funkcjonariusze powinni niedługo się z wami skontaktować w tej sprawie. Ja powiadomiłem policję z moich okolic, a oni obiecali powiadomić policję z tych okolic, w których to wy przebywacie. Spodziewajcie się więc ich wizyty.
- Doskonale. Im szybciej ten proceder zostanie zakończony, tym lepiej - powiedziałam mściwym tonem.
- Pewnie masz rację, ale co w takiej sytuacji powiemy Chrisowi? Jego ojciec przecież macza palce w nielegalnym procederze - rzekł Herbert.
Poczułam, że robi mi się przykro, bo przecież nie pomyślałam o tym, co pomyśli Chris, kiedy tylko dowie się, czym zajmuje się jego ojciec. Ale cóż... Przecież nie mogliśmy ukrywać z tego powodu przestępcy.
- No dobrze, dziękujemy panu za pomoc, panie profesorze - rzekł po chwili smutno Herbert Jones - Bardzo nam pan pomógł.
- Zawsze do usług, moi drodzy - odpowiedział Rowan - Mam tylko nadzieję, że nikt z bliskim wam osób nie będzie miał przez to kłopotów.
- Obawiam się, że jednak będzie miał.
Po tych słowach Herbert odłożył słuchawkę, a nasza rozmowa została zakończona.

***


Ponieważ jest już późno, to przyspieszę trochę moją historię, kochani moi, zwłaszcza, że nie mam już za wiele do opowiedzenia. W końcu dalsze wydarzenia potoczyły się bardzo szybko.
Miejscowa oficer Jenny rzeczywiście zjawiła się w domu Peeperów, aby z nami porozmawiać. Wraz z nią było kilku funkcjonariuszy. Bardzo dokładnie obejrzeli sobie dom, a zwłaszcza gabinet profesora, a gdy tylko znaleźli w nim strzykawkę oraz probówki, to zabezpieczyli je, podobnie jak i notatki profesora Peepera, a także kilka innych rzeczy. Jenny zaś obiecała aresztować i przycisnąć Heepa oraz jego asystenta. Zamierzała wyciągnąć z nich całą prawdę na temat ich procederu, a przede wszystkim rolę, jaką w nim odgrywał profesor Peeper.
- Przykro mi, Chris, ale jeżeli twój ojciec wiedział, co kupuje od Heepa i skąd to pochodzi, to czeka go wyrok - powiedziała ponurym tonem Jenny.
Chris był przygnębiony tym odkryciem, ale nie wiedział, co mógłby powiedzieć w tej sprawie poza stwierdzeniem, że Jenny musi zrobić to, co należy do jej obowiązku, a jego ojciec jest dorosły i sam musi odpowiadać za swoje czyny. Mówiąc to był bardzo przygnębiony, lecz w miarę swoich możliwości starał się tego nie okazywać.
Joy podnosiła męża na duchu, ale niewiele to pomagało. Nic nie było w stanie pomóc Chrisowi. Biedak był załamany tym, co odkrył i wcale mu się nie dziwiłam. Chyba każdy na jego miejscu miałby wtedy doła.
- A zatem to te ekstrakty kupował mój ojciec od Heepa - powiedział załamanym głosem Chris - I to nimi się szprycował. Chyba wolałbym już, żeby kupował narkotyki. To by było mniej obrzydliwe.
- Ale nie rozumiem, po co mu to - zdziwiła się Joy.
- Widzicie... Ekstrakty z pokemonich gruczołów w dawnych czasach kupowali głupcy, którzy wierzyli, iż w ten sposób odzyskają dawny wigor i siły witalne, zwłaszcza... wiecie, w jakich sprawach.
Herbert mówiąc to usiadł ponuro w fotelu i dość ponuro kontynuował swoją przemowę:
- Jak wiemy z notatnika profesora Peepera, normalna dawka niewiele mu pomogła, dlatego też zaczął stosować podwójną dawkę. Wtedy dopiero zauważył godne jego zachwytu efekty, ale miało to swoje skutki uboczne i dobrze wiemy, jakie.
- Tak, ale nie rozumiem, jak to jest w ogóle możliwe - powiedziała Lyra - Przecież chyba takie coś nie zamienia ludzi w bestie.
- Normalnie to zdecydowanie nie, ale wiecie... Podejrzewam, że Heep dodawał coś od siebie do tych ekstraktów i proszę, mamy tego efekty.
- To ma sens - stwierdził Khoury - Pytanie tylko czy profesor Peeper był świadom tego, co robi, czy po prostu tracił panowanie nad sobą i nie wiedział, kim jest ani jak się zachowuje?
- Jakoś ostatniej nocy nie umiał mnie zabić, więc chyba jednak ma on jakąś ludzką świadomość - zauważył Chris.
- Tak... A z pewnością był świadom tego, że podał Tinie środek na sen, aby móc swobodnie wymknąć się z domu w nocy i działać, a potem wrócić do niej, jak gdyby nigdy nic - mówił dalej Herbert - Tylko niezbyt mu się to udało, bo został ranny i to nie uszło uwadze Tiny.
- Tylko gdzie on teraz jest? - zapytała Joy.
- Nie wiem, ale mam nadzieję, że daleko stąd - odpowiedział Chris.
Niestety, biedak mylił się w tej sprawie, gdyż jego ojciec był znacznie bliżej niż można było to przypuszczać. A dalsze wydarzenia z jego udziałem pokazały, że lepiej by się stało, gdyby rzeczywiście wybył daleko stąd.
A co się stało? Oficer Jenny aresztowała Heepa i jego pomocnika. Ten pierwszy początkowo nic nie mówił i zgrywał idiotę, natomiast ten drugi przyciśnięty wszystko wyśpiewał w nadziei na krótszy wyrok, a do tego też wskazał, gdzie za miastem mają swoje laboratorium, w którym dokonywali tych swoich okrutnych eksperymentów. Pod wpływem tych zeznań Heep też do wszystkiego się przyznał, ale obciążył mocno Uriaha Peepera dowodząc, iż on o wszystkim wiedział i wcale mu to nie przeszkadzało w kupowaniu tych ekstraktów.
Dowody zabezpieczono, ale profesora nie znaleziono aż do nocy. Do nocy, kiedy to my postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce, gdyż dobrze wiedzieliśmy, gdzie profesorek może być.

***


Poszliśmy całą szóstką na łąkę poza miastem mając nadzieję, że łatwo znajdziemy naszych zakochanych zanim będzie za późno. Łąka była wielka i trochę to trwało, ale w końcu odnaleźliśmy profesora Peepera i Tinę. Oboje leżeli na kocu i wyglądało, jakby właśnie spali, ale tylko przez chwilę tak się wydawało, gdyż szybko odkryliśmy, że tylko Tina śpi z głową tuż przy koszyku z jedzeniem, a profesor nagle wstaje i okazało się, że jest w samych spodniach i to boso.
- Ojcze! - zawołał przerażony Chris, podbiegając do nich.
- Chris? - zdziwił się mężczyzna - Co ty tu robisz? I to jeszcze w takim towarzystwie?
- Przybywam ratować cię od konsekwencji twojej głupoty - rzekł na to Chris gniewnym tonem - Wiemy już wszystko, co zrobiłeś.
- Wszystko? Jakie wszystko? - jęknął przerażony profesor.
- To, co wyprawiasz - mruknął Chris.
Joy podbiegła z Rufusem do Tiny i potrząsnęła nią delikatnie. Gdy nie zdołała jej obudzić, spojrzała na teścia z przerażeniem, zaś jej Pokemon zawarczał groźnie.
- Boże, co ty jej zrobiłeś?! - zawołała przerażona Joy.
- Spokojnie, dostała tylko coś na sen - wyjaśnił profesor Peeper - Nie skrzywdziłbym przecież swojej ukochanej.
- Ale innych jakoś mogłeś - mruknął na to Chris.
- Niby kogo skrzywdziłem?
- Nie udawaj idioty, ojcze! Przecież ty dobrze wiesz, co zrobiłeś! Jak mogłeś kupować te ekstrakty od tego bydlaka Heepa?!
Profesor Peeper wyglądał na bardzo załamanego i przerażonego tym, co mu oznajmił jego syn. Jego szok wzrósł jeszcze bardziej, gdy tylko mu powiedziałam, że Heep został aresztowany i wszystko wyśpiewał.
- Nie inaczej - potwierdził Herbert moje słowa - Heep został dzisiaj aresztowany i powiedział wszystko o waszym procederze. Obawiam się, że policja nie będzie wyrozumiała wobec pana i nie zrozumie pana motywów działania.
- Co?! - jęknął przerażony Peeper - Heep został aresztowany?!
- Zgadza się - potwierdziłam - A my mamy w tym swój niemały udział.
Profesor złapał się za głowę i zaczął jęczeć:
- Boże! Co wyście najlepszego zrobili?!
- Co my zrobiliśmy?! - wrzasnęła wściekle Lyra - A pan co zrobił?! Jak pan mógł godzić się na tak straszne rzeczy?!
- Nie rozumiecie, co to znaczy kochać i cierpieć z powodu miłości! - zawołał wściekle Uriah Peeper.
Nagle złapał się ręką za serce, jęknął, po czym upadł na ziemię i zaczął bardzo ciężko oddychać.
- Ojcze, co ci jest?! - zapytał zaniepokojony Chris - Czy zażywałeś to dzisiaj? Ojcze!
Profesor zaczął powoli odzyskiwać swój normalny dech, a potem nagle zachichotał podle i podniósł wzrok w naszą stronę. Wtedy to zauważyliśmy, że jego twarz jest zarośnięta, a jej rysy zostały mocno zniekształcone.
- Tak, zażyłem to dzisiaj. Zażywałem to już zresztą od dawna, ale nie spodziewałem się takich efektów. Za pierwszym razem to mnie zaskoczyło i to bardzo, lecz pomyślałem sobie, że to jednorazowe. Gdy się powtórzyło, a potem znowu i znowu tego dostałem, zrozumiałem, iż to efekt uboczny tego środka. Dzisiaj dostałem od Heepa nową, ulepszoną wersję tego preparatu. Powiedział, że nie powinno być już teraz efektów ubocznych. Ale jak widać mylił się, głupiec. Przeczuwałem to i dla pewności umówiłem się na randkę z Tiną daleko od miasta i wziąłem środki nasenne, aby ją potem uśpić na wszelki wypadek. W końcu lepiej by było, żeby Tina nie widziała mnie, jak się przemieniam, chociaż miałem nadzieję, że do przemiany nie dojdzie. Nie wiedziałem jednak, że Heepa aresztowano, bo gdybym to wiedział, to zaraz uciekłbym i nigdy więcej bym tego nie zażył. Ale teraz to bez znaczenia... Wszystko jest teraz bez żadnego znaczenia.
Po tych słowach profesor spojrzał na Chrisa i rzekł:
- A ty, mój głupi młodzieńcze... Jak zwykle musiałeś wiedzieć o mnie wszystko. Jesteś taki sam, jak twoja matka. Ona również zawsze musiała o mnie wszystko wiedzieć. Głupia, wścibska baba. A i ty nie lepszy od niej. Ile razy ci powtarzałem, że ciekawość prowadzi do piekła?
- Co ci jest, tato? - zapytała przerażona Joy, stając za plecami męża.
- To, co mi się zawsze dzieje o północy, odkąd tylko zacząłem zażywać podwójną dawkę tego świństwa - zaśmiał się podle profesor Peeper - Do wschodu słońca będę tym, kim będę. Przyznam się, że początkowo mnie to przerażało i przez kilka dni od pierwszych dwóch przemian nie zażywałem tego środka, ale widząc, że tracę siły i wigor, to znowu go sobie podałem, potem znowu zrobiłem krótką przerwę, aż w końcu przestałem się hamować i zacząłem to brać codziennie. Wymykałem się nocami z miasta, rozbierałem się i szalałem jako wilkołak, aby potem, po powrocie do ludzkiej postaci wracać po ubrania i znowu być sobą. Pomysłowe, prawda?
Twarz profesora zaczęła być coraz bardziej zarośnięta.
- Jak dotąd miałem zawsze ludzką świadomość tego, co robię, chociaż miałem też wilcze cechy i wyczuwałem, gdy coś mi grozi, a zwłaszcza te wasze obławy. Miałem też zawsze świadomość, że bierzesz w nich udział i widząc cię pośród ludzi, którzy na mnie polowali uciekałem daleko, aby cię przypadkiem nie skrzywdzić. Ale ty oczywiście musiałeś łazić za mną dalej i zobaczyć mnie teraz, po zażyciu ulepszonej wersji tego specyfiku.
- Ulepszonej wersji? - zapytał Khoury - To po nią był pan niedawno u Heepa?
- Oczywiście - zachichotał podle profesor - Wczoraj dostałem dawkę, ale nie powstrzymała przemiany. Dzisiaj Heep sporządził na moich oczach lepszą wersję... Podobno. A teraz, na własne oczy zobaczycie, wy wścibskie bachory, jakie są jej efekty. A pierwszy dowiesz się o tym ty, mój synku... Mój ty wstrętny, wścibski i strasznie głupi bękarcie... Wczoraj jeszcze jakoś zdołałem nad sobą zapanować, ale dzisiaj czuję... żądzę... mordu! Chodź tu, ty głupi, żałosny gnojku!
Joy złapała przerażona ramiona męża, Rufus szykował się do skoku, a po chwili na naszych oczach profesor Peeper zaczął coraz mocniej porastać sierścią, jego twarz wydłużyła się, uszy nabrały spiczastego kształtu, zaś on sam przestał być tym, kim jest, a stał się czymś zupełnie innym.
Przyznam się wam, że chociaż widziałam już wiele strasznych rzeczy, to ta była najstraszliwsza z nich wszystkich. I choć zwykle potrafię jakoś zapanować nad swoim lękiem, to nie jest mi obce uczucie strachu, ale też nigdy wcześniej nie czułam tak wielkiego lęku jak wtedy, ponieważ wtedy to ja miałam wręcz duszę na ramieniu. I chyba nikogo to nie dziwi, w końcu na własne oczy zobaczyłam scenę rodem z horrorów, jaką dotąd widziałam tylko na ekranie.
- Chris, uciekajmy stąd - jęknęła Joy.
- Poczekaj... Ojcze... - Chris popatrzył na stwora, który jeszcze przed chwilą był jego ojcem - Ojcze, czy mnie słyszysz?
Wilkołak jednak zamiast mu odpowiedzieć zawył głośno w kierunku księżyca, po czym spojrzał na syna i zawarczał wściekle.
- Ojcze, to przecież ja... Twój syn... Nie poznajesz mnie?
Wilkołak uderzył go jednak łapą i odrzucił na bok niczym jakiś worek kartofli.
- Chyba jednak go nie poznaje - jęknęłam.
Lyra wtuliła się mocno w Khoury’ego, chociaż także nie należała do osób, które łatwo przestraszyć, ale tym razem bardzo się bała.


- Zostańcie tutaj! - zawołał Herbert i wyjął śrutówkę.
Ja też szybko to zrobiłam i oboje wymierzyliśmy strzelby w wilkołaka, który wtedy zaryczał wściekle w naszą stronę i rzucił się na nas. Dosłownie w ostatniej chwili zdążyliśmy uskoczyć przed nim na bok. Wilkołak chybił nas i zaryczał wściekle, po czym skoczył na naszych młodych przyjaciół. Wówczas to Khoury odepchnął Lyrę na bok i szybko wydobył egzemplarz swojej broni na kule usypiające (które to rozdał nam Herbert przed ostatnią obławę) ale nie zdążył strzelić, bo bestia powaliła go na ziemię i wyraźnie zamierzała go rozszarpać. Wtedy to jednak do akcji wkroczyła Lyra, która prędko podniosła z ziemi kilka kamieni i zaczęła nimi ciskać w łeb bestii.
- Hej, ty przerośnięty kundlu! - wrzasnęła wściekle - Lepiej zostaw mojego chłopaka!
Wilkołak spojrzał na nią groźnie i ruszył powoli w jej stronę. Widząc to Lyra od razu straciła cały swój animusz.
- Eee... Mam tylko nadzieję, że się nie obraziłeś za tego przerośniętego kundla - jęknęła przerażona.
Wówczas to ja i Herbert strzeliliśmy środkami usypiającymi w plecy tego stwora. Niestety, był on zbyt silny i nasze strzały tylko go rozjuszyły. Zaryczał więc wściekle i skoczyła w bok, także następne pociski nie zdołały go dosięgnąć. Potem zaś dotarł do Joy, która klęczała przy nieprzytomnym Chrisie i stanął tuż przed nią. Dziewczyna wrzasnęła ze strachu, a wtedy Rufus skoczył w jej obronie, wbijając zęby w ramię wilkołaka. Ten jednak odrzucił go daleko od siebie, złapał Joy za szyję i podniósł w górę, rycząc wściekle.
Wymierzyłam w niego broń i próbowałam strzelić, ale skończyły mi się naboje. Herbert też nie miał już amunicji w magazynku. Nie mieliśmy czasu ją ładować, więc mój dzielny detektyw odpiął od pasa bicz, po czym strzelił nim w wilkołaka. Bestia puściła Joy, zaryczała groźnie i ze złością ruszyła w kierunku Herberta, który zaatakował ją biczem. Ja natomiast przez ten czas próbowałam drżącymi ze strachu rękami nabić śrutówkę, co wcale nie było łatwe. Wilkołak zaś, pomimo ostrych ciosów biczem podszedł do Herberta, uderzył go łapą i odrzucił na bok, po czym zamachnął się, aby go dobić, gdy wtem skoczył na niego Rufus. Doskoczył mu do gardła i powalił na ziemię, warcząc przy tym groźnie i atakując potwora zębami. Nie używał mocy, bo nie dostał polecenia od swojej trenerki, co oznaczało, że nie wolno mu ich użyć w jej obronie, ale mógł użyć własnych zębów i pazurów.
- Rufus, nie zabijaj! - wrzasnęła przerażona Joy.
Pokemon, pomimo swojej wściekłości, nie przegryzł gardła wilkołaka, który po chwili zrzucił go z siebie i podniósł się ranny i osłabiony, co ja i Herbert (który również przeładował swoją broń) wykorzystaliśmy i kilkoma celnymi strzałami wpakowaliśmy w tego przeklętego wilkołaka całą masę środków nasennych. Pod ich wpływem bestia padła na ziemię nieprzytomna i wreszcie zasnęła. Dopiero wtedy mogliśmy odetchnąć z ulgą.
- Teraz wreszcie wiemy, czemu Rufus atakował profesora - powiedział Herbert do nas, patrząc z uwagą na bohaterskiego Pokemona - Po prostu wyczuwał w nim wilkołaka. Bestię, która zagraża jego trenerom. Nie mógł inaczej zareagować, jak tylko bronić ich przed nim, a że nie mógł używać mocy, to używał pazurów i kłów.
- Mądre zwierzę - uśmiechnęła się Lyra, delikatnie głaszcząc Rufusa za uszami.
- Bardzo mądre - rzekł Khoury - Ale co zrobimy z profesorem?
- Jak oprzytomnieje, to pogadamy z nim, a o reszcie zadecyduje sąd - wyjaśnił smutno Herbert, patrząc na Joy, która pomaga mężowi się podnieść z ziemi.

***


- I tak oto kończy się ta historia - powiedziała ponuro Maren - Uriah Peeper został wyleczony z ran, które zadał mu Rufus, a gdy tylko odzyskał zdrowie, to stanął przed sądem za udział w procederze, jaki uprawiał Heep. Dostał co prawda wyrok, ale w zawieszeniu. Heepa i jego pomocnika sąd potraktował już o wiele surowiej i długo obaj będą oglądać świat w kratkę. W sprawie profesora sąd okazał się łagodny, biorąc pod uwagę fakt, że ten szczerze żałował tego, co zrobił, a gdy tylko dowiedział się, iż o mało nie zabił własnego syna i synowej, załamał się i obiecał poprawę. Oczywiście Chris i Joy wybaczyli mu, a Rufus przestał być dla niego groźny, bo znowu wyczuwał w nim tylko człowieka. Za to Tina z zerwała swoje zaręczyny z Uriahem, gdy tylko dowiedziała się o wszystkim. Uznała, że nie chce mieć męża, który wyczynia takie rzeczy w imię miłości. Dość szybko też znalazła pocieszenie w ramionach innego mężczyzny.
- No, to rzeczywiście bardzo go kochała - powiedziała złośliwie Dawn, a Piplup i Buneary zgodzili się z nią w tej sprawie, podobnie zresztą, jak my wszyscy.
- Niesamowita historia - rzekł zachwycony Max.
- Strasznie ciekawa - dodała Bonnie.
- A co teraz się dzieje z profesorem? - zapytałam.
- Mieszka dalej z synem i synową, ale nie szuka już miłości - odparł na to Herbert Jones - I chwała Bogu, bo przecież widzieliśmy już, jakie były efekty takich poszukiwań.
- No właśnie - zgodziła się z nim Maren - To była naprawdę groźna przygoda.
- Tak i zasługuje na to, żebyś uwieczniła ją w naszych kronikach! - powiedział do mnie wesoło Ash.
- No właśnie! - zgodziła się z nim Bonnie - Powinnaś zapisać całą tę historię!
- Tak, ona jest tego warta! - dodała Dawn.
Latias i Latios pokiwali lekko głowami na znak, że również tak sądzą.
- Jestem pewna, że Serena ją spisze, bo to warta spisania opowieść - powiedziała wesoło Bianka - A jaki nadasz jej tytuł?
- Bardzo dobre pytanie - powiedział Clemont - Każda relacja z naszych przygód ma ciekawy tytuł. Więc jak nazwiesz tę relację?
- W sumie myślałam o „Ofiara miłości“. Co wy na to? - spytałam.
Moim przyjaciołom niezbyt się jednak on spodobał.
- Wiesz, kochanie... - rzekł po chwili Ash - Jeżeli chodzi o mnie, to ja bym proponował, abyś nazwała tę historię „Wilkołak działa nocą“. To brzmi bardziej groźnie. No, ale zrobisz tak, jak uznasz za słuszne.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Dobrze, a wiecie, co ja uważam za słuszne? - powiedział Lorenzo - Że powinniśmy wszyscy pójść spać, bo inaczej w ogóle się nie wyśpimy.
Rada była jak najbardziej słuszna i dlatego postąpiliśmy zgodnie z nią i wszyscy udaliśmy się na spoczynek.

***


Ja i Ash wstaliśmy następnego dnia dość późno, kiedy wszyscy inni już byli na nogach i robili śniadanie. Nie mam pojęcia, co było tego powodem, ale prawdopodobnie to, że mieliśmy przez tę opowieść o wilkołaku bardzo niespokojne sny, a w każdym razie ja takie miałam, bo Ash jakoś o nich nie wspominał, choć on rzadko opowiada mi o snach.
Tak czy inaczej zajęliśmy się zjedzeniem śniadania, a po nim bardzo szybko Max zabrał się za wyszukiwanie wiadomości na temat śmierci panny Minako. Bianka bowiem nie mogła sobie przypomnieć, w którym dokładnie dniu dziewczyna zginęła, a dla Asha ta informacja była niemalże na wagę złota. Clemont i Khoury z kolei jeszcze raz zbadali dokładnie środek, który wykradliśmy Seiyiemu i potwierdzili nasze wcześniejsze obawy. Tak, to był cyjanek potasu, bez żadnych wątpliwości. Khoury znacznie lepiej znał się na chemii, którą to Clemont znał jedynie w formie podstawowej, bo o wiele lepiej zna się on na wynalazkach, dlatego też nasz drogi geniusz wolał skonsultować swoje spostrzeżenia razem ze specjalistą, ale takim, który nie powiadomi zaraz o wszystkim policji. W końcu żadne z nas nie chciało do tego mieszać policji.
- Ash! Szefuńciu! - zawołał około południa Max.
Chłopak był bardzo zadowolony, gdy tylko stanął przede mną, Ashem i Pikachu. Staliśmy właśnie w ogrodzie patrząc na bawiących się tam Latias i Latiosa.
- Co się stało, Max? - zapytałam.
- Masz już te informacje? - dodał Ash
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
- Owszem - potwierdził Max, bardzo mocno przy tym dysząc - A mam takie nowiny, że normalnie wyskoczycie z kapci.
- To mów, bo jeszcze cię udusi z tego przejęcia - zażartowałam sobie - To czego się dowiedziałeś?
- Chodzi o to, że ta panna Minako zginęła rok temu - rzekł Max.
- To wiemy - powiedziałam - Ale kiedy dokładniej zginęła?
- Nie zrozumiałaś mnie, Sereno. Ona zmarła DOKŁADNIE rok temu. Czy teraz rozumiecie? Dzisiaj jest rocznica jej śmierci!
Ash spojrzał przerażony na hakera i zawołał:
- Jesteś tego całkowicie pewien?!
- Tak, całkowicie.
- O Boże! Serena, Pikachu, idziemy!
Po tych słowach dzielny ex-detektyw pognał szybko w kierunku domu, a ja i Pikachu za nim. Szybko znaleźliśmy Biankę.
- Jaki jest numer do Seiyiego? - zapytał Ash.
- A co się stało? - zdziwiła się Bianka.
- Dzisiaj jest rocznica śmierci Minako!
Bianka była przerażona, gdy to usłyszała.
- O nie! To znaczy, że dzisiaj...
- Właśnie! On może zrobić coś głupiego, jeśli oczywiście jeszcze tego nie zrobił! Jaki jest do niego numer?!
- Zaraz sama do niego zadzwonię, Ash. Oby tylko nie narobił głupstw.
Bianka pobiegła szybko do aparatu telefonicznego i zaraz zadzwoniła do domu Seiyiego. Niestety, chłopaka nie było w domu, była tam jedynie Amiko, jego siostrzyczka. Dziewczynka powiedziała, że jej brat się umówił przez telefon z gościem o imieniu Bartolomeo i wyszedł na miasto.
- Bartolomeo?! - zawołała zdumiona Bianka - Tym, który wtedy...
- Tym samym - odpowiedziała jej Amiko - I jeszcze zabrał ze sobą tę buteleczkę, do której Ash i Serena wsypali sodę.
- Jesteś pewna?
- Tak, sama sprawdziłam. Tej buteleczki nie ma. A to źle?
- Obawiam się, że tak. Ale spokojnie. Ash, Serena i ja lecimy już na pomoc. Nie wiesz, gdzie oni się umówili?
- W tej kawiarni, do której lubił chodzić z Minako.
- Dzięki, Amiko.
Bianka zakończyła połączenie i spojrzała na nas pytająco, jakby się chciała upewnić, co mamy teraz robić.


- Idziemy tam! - zarządził Ash.
- Idziemy? To za daleko. Lepiej tam popłyńmy - powiedziała Bianka - Chodźcie, zabiorę was tam.
Dziewczyna zabrała nas do garażu, gdzie miała swoją motorówkę i to nią popłynęliśmy kanałami wzdłuż całego Alto Mare, aż dotarliśmy do tej słynnej kawiarni, w której swego czasu Seiyi lubił chodzić razem ze swoją ukochaną. Taras kawiarni wychodził naprzeciwko kanałów i tam właśnie dostrzegliśmy Seiyiego siedzącego samotnie przy filiżance, w którą uważnie się wpatrywał.
- Seiyi! - zawołała Bianka, zatrzymując motorówkę.
Chłopak spojrzał na swoją przyjaciółkę bardzo zdumionym wzrokiem, po czym odpowiedział ponuro:
- Bianka... Co ty tu robisz?
- Chciałam się z tobą zobaczyć - odpowiedziała dziewczyna, powoli przywiązując łódź do brzegu i wysiadając z niej.
Ja, Ash i Pikachu zrobiliśmy to samo. Mój chłopak był zaniepokojony, dlatego szybkimi krokami podszedł do stolika i zobaczył, że naprzeciwko Seiyiego stoi filiżanka do połowy napełniona herbatą. Przerażony usiadł na krześle przy tym stoliku i powąchał napój.
- Ja bym ci nie radził tego pić. To jest nieco niehigieniczne - zauważył Seiyi poważnym tonem, spod którego wydobywał się lekki niepokój - Jeśli chcesz, zamówię ci inną.
- Zgoda. Chętnie się napiję - powiedział Ash i uśmiechnął się do mnie.
Usiadłam obok niego, a Bianka zrobiła to samo. Już chwilę później podeszła do nas kelnerka, u której zamówiliśmy sobie trzy herbaty. Kobieta wykonać nasze zamówienie, a tymczasem Seiyi ponuro wpatrywał się w swoją filiżankę.
- Bartolomeo już sobie poszedł? - zapytała Bianka.
Seiyi spojrzał na nią zdumiony.
- Tak, a skąd wiesz, że byłem z nim umówiony?
- Amiko mi powiedziała.
- Ach, tak. Mówiłem jej, że wychodzę się z nim spotkać.
- I o czym gadaliście?
- A tak sobie, o różnych rzeczach. O przeszłości, o przyszłości...
- O przyszłości mogę ja ci nieco opowiedzieć - powiedział nagle Ash - Umiem wróżyć z fusów. To herbata sypana?
- Tak.
- Mogę?
Seiyi podał mu filiżankę, a Ash zajrzał do niej, obrócił lekko, bo miała w sobie resztki płynu i rzekł:
- Przyszłość widzę jasno i bardzo wyraźnie. Tak jasno i tak wyraźnie, jak kryształki cyjanku potasu, które się tam znajdują.
Seiyi zrobił zdumioną minę, ale Asha to nie zwiodło.
- Nie, proszę cię. Tylko nie rób ze mnie idioty. Dobrze wiesz, że one tam są, ponieważ sam je tam wsypałeś. Podobnie jak i do filiżanki, którą właśnie zabrała kelnerka. Filiżanki, z której pił Bartolomeo, mam rację?
Chłopak wpatrywał się uważnie w Asha i powiedział:
- Jesteś nad wyraz bystry. Ale skąd przypuszczenie, że to cyjanek?
- Ponieważ wiem, co planujesz - odpowiedział na to Ash - Dzisiaj jest rocznica śmierci twojej ukochanej Minako. Postanowiłeś pomścić jej śmierć zabijając tego, kto spowodował wtedy ten wypadek, w którym ona zginęła. W tym celu sporządziłeś osobiście cyjanek potasu i ukryłeś go w swoim pokoju. Bez trudu wyprodukowałeś tę truciznę, bo jesteś bardzo zdolnym chemikiem. Zaprosiłeś tu Bartolomea, aby otruć jego i siebie. Mam rację?
- Tak - odpowiedział ponuro Seiyi - On nigdy nie odpowiedział za to, co zrobił, a więc ja sam postanowiłem wymierzyć mu karę. Jemu i sobie, bo nie umiałbym żyć ze świadomością, że zabiłem człowieka.
- Mój Boże, Seiyi... Coś ty zrobił? - jęknęła Bianka - Myślisz, że w ten sposób coś naprawisz?
- Bianko... Ja już nie umiem dłużej żyć. Mój ból jest nie do zniesienia. Każdego dnia, kawałek po kawałku umieram z powodu tego, co się stało. Chciałem to zakończyć. I udało mi się. Za chwilę będzie po wszystkim.
- Wątpię - uśmiechnął się ironicznie Ash - Od sodki się nie umiera.
Seiyi spojrzał na niego zdumiony.
- Co? Co takiego? Jakiej znowu sodki?
- W twojej herbacie jest sodka, a nie cyjanek - odpowiedział mu mój luby bardzo wesołym tonem - Zamieniłem ci twoją truciznę na sodę podczas naszej wczorajszej wizyty.


Seiyi parsknął śmiechem, kiedy to usłyszał. Zasłonił sobie oczy dłonią i zapytał:
- Skąd w ogóle wiedziałeś, że mam truciznę w pokoju?
- Mamy dobre źródło informacji.
- Amiko... Mała, wścibska smarkula.
- Ta smarkula ocaliła ci życie - powiedziałam z gniewem w głosie - Gdyby nie ona, już byś nie żył, podobnie jak Bartolomeo. Czy chociaż przez chwilę pomyślałeś o tym, co powie twoja siostra, kiedy się o tym dowie? Uważasz, że byłaby z tego zadowolona?
- Moja siostra da sobie radę beze mnie.
- A wasi rodzice? - zapytała Bianka - Też sobie dadzą radę? Jakby się poczuli wiedząc, że ich syn to morderca? Że pozostawił ich i Amiko w bólu i rozpaczy?
- A o moim bólu i mojej rozpaczy nikt już nie myśli?
- Myśli. Ja myślę, Amiko myśli, twoi rodzice także! Wszyscy myślą o tobie i o tym, co ty czujesz, ale ty myślisz tylko o sobie i o tym, jak ty się czujesz. Nie pomyślisz, że twoja siostrzyczka cierpi, a twoja przyjaciółka, która traktuje cię jak brata cierpi równie mocno widząc, co wyprawiasz.
- Wszystkim byłoby na świecie lepiej beze mnie.
- Tak sądzisz? No, to dobrze, w takim razie zrób sobie jeszcze jedną truciznę i zabij się, idioto! A przed śmiercią wytruj jeszcze pół Alto Mare z bólu, jeśli chcesz! To będzie naprawdę piękne uczczenie pamięci Minako! Sądzisz, że ona by tego chciała?!
Seiyi zasłonił sobie oczy dłonią i zaczął płakać.
- Nie... Z pewnością by tego nie chciała. Ale jak ja mam teraz żyć? Co ja mam teraz zrobić?
- Czekać i nie tracić nadziei na lepszą przyszłość - odpowiedział Ash, cytując naszą ulubioną powieść Aleksandra Dumasa ojca - Być może te słowa teraz dla ciebie nic nie znaczą, jednak kiedyś możesz wspominać je z radością. I wtedy podziękujesz mi za to, że dzisiaj nie dopuściłem do tego, abyś popełnił zbrodnię. Być może też kiedyś znajdziesz dziewczynę, która w pełni zrozumie twój ból i pomoże ci z nim żyć, a także pokocha cię, a ty ją i będziecie szczęśliwi. Wszystko przed tobą, zwłaszcza, że nie jesteś sam. Mam rację?
Bianka położyła Seiyiemu dłoń na lewej dłoni i powiedziała:
- Nie jesteś sam. Masz rodziców, masz Amiko, masz mnie... Nie jesteś sam ze swoim bólem. Pomożemy ci przetrwać to wszystko. Obiecuję ci to. Tylko proszę... Daj nam szansę. I daj szansę sobie.
Seiyi nic nie odpowiedział, tylko przytaknął głową na znak zgody.
Potem kelnerka przyniosła nam herbatę i wypiliśmy ją, jeszcze przez chwilę rozmawiając, a następnie zapłaciliśmy rachunek i powoli poszliśmy do motorówki, którą zamierzaliśmy powrócić do domu Lorenza. Seiyi zaś wciąż jeszcze siedział przy stoliku i wpatrywał się w nas uważnie, a gdy już mieliśmy ruszać, to nagle zawołał:
- Ash!
Mój luby spojrzał na niego zaintrygowany.
- Tak?
Seiyi westchnął, uśmiechnął się delikatnie i powiedział:
- Dziękuję ci za to, że wczoraj do mnie przyszedłeś. Bardzo ci za to dziękuję. Nawet nie wiesz, ile tym dobrego zrobiłeś.
Ash uśmiechnął się do niego przyjaźnie i uchylił lekko czapkę w geście pozdrowienia, po czym motorówka ruszyła, zostawiając za nami zarówno Seiyiego, jak i jego sprawę, która właśnie została zakończona.


KONIEC

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...