czwartek, 4 października 2018

Przygoda 117 cz. IV

Przygoda CXVII

Wilkołak działa nocą cz. IV


Poszliśmy wszyscy spać tak, jak to zarządził nasz kochany gospodarz, a już następnego dnia wszyscy wyspani i wypoczęci wstaliśmy na śniadanie, które przygotowali nam Bianka, Latias i Latios.
- Wiecie, dawno już nie pamiętam czasów, kiedy Latias i Latios nam towarzyszyli podczas posiłku - powiedział Lorenzo, gdy już jedliśmy razem posiłek przy stole.
- Tak, a wszystko przez to, że brat Latias zginął kilka lat temu, a sama Latias się przeprowadziła do Alabastii - odparł Bianka - W sumie to ja nie wiem, czemu to zrobiłaś. Tak źle ci było w Alto Mare?
Pokemonka w ludzkiej postaci od razu zaprzeczyła temu i zaczęła coś pokazywać na migi, ale Bianka zaśmiała się i powiedziała:
- Spokojnie, nie musisz mi niczego tłumaczyć. Ja doskonale wiem, jakie były twoje motywy i wcale nie mam ci ich za złe. Po prostu brakowało ci Asha, którego tak uwielbiasz.
- I ja ją uwielbiam. Jest dla mnie jak siostra - powiedział Ash, czule dotykając dłoni Latias - Jak moja mała, młodsza siostrzyczka.
- Sporo już masz tych siostrzyczek - zażartowała sobie Dawn - Mnie, Latias, May, swoje kuzynki z Melemele... To całkiem spora grupka.
- Lepiej taka grupka niż jedna, wiecznie swatająca cię młodsza siostra - zauważył zadziornym tonem Clemont.
Bonnie spojrzała na niego ze złością i lekkim żalem w oczach.
- Hej, a mówiłeś, że nie wymieniłbyś mnie nawet na tysiąc kochających i posłusznych sióstr.
- Tak mówiłeś? - spytałam dowcipnie.
- Czy wspomniałem o tysiącu, to nie wiem, ale reszta się zgadza i dalej podtrzymuję te słowa - uśmiechnął się Clemont.
- Ale mimo to wypominasz mi, że kiedyś cię swatałam - Bonnie zrobiła wręcz nadąsaną minę.
- Ojej, to były tylko takie żarty.
- Jakoś mnie nie rozbawiły.
- Bo nie masz poczucia humoru - stwierdził Max.
- Przeciwnie, mam wielkie poczucie humoru - zapeszyła się Bonnie, a jej Dedenne zapiszczał potakująco.
- Wcale w to nie wątpimy - powiedziała z uśmiechem Maren.
- Wy wszyscy macie naprawdę ogromne poczucie humoru - stwierdził Herbert Jones - Dlatego właśnie cieszę się, że znowu mogę z wami spędzić trochę czasu. I wiecie co? Mam wielką nadzieję, iż częściej będziemy się spotykać w takim gronie.
- Będziemy mieli okazję już za dwa tygodnie spędzić czas wszyscy razem, ale w znacznie większym gronie. O ile oczywiście zechcecie przyjąć moje zaproszenie - powiedział Ash z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Zaproszenie? A na co? - zapytała Lyra.
- Nie wiesz? Mój brat już za dwa tygodnie kończy dziewiętnaście lat! - zawołała radośnie Dawn.
- Właśnie i będzie wielka biba z tej okazji! - rzekł Max.
- Zabawa i to na czternaście fajerek, a może nawet i więcej - dodałam.
Herbert, Maren, Lorenzo, Bianka, Lyra i Khoury uśmiechnęli się lekko, a potem oznajmili nam, że skoro tak się sprawy mają, to oni razem z miejsca przyjmują to zaproszenie i z największą chęcią wezmą udział w przyjęciu urodzinowym Asha, zwłaszcza, jeśli sam solenizant ich tak chętnie zaprasza.
- Doskonale! To będzie wspaniała zabawa! - stwierdził radośnie Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Zgadzam się - powiedziałam - Mam tylko nadzieję, że będziecie się dobrze bawić.
- Jeszcze byśmy nie mieli się dobrze bawić - zachichotał lekko Herbert Jones - Jak dotąd jeszcze nie było takiej sytuacji, abym się z wami dobrze nie bawił.
- To dlatego, że z wami można się tylko i wyłącznie dobrze bawić - stwierdziła Maren wesołym głosem.
- Dokładnie - poparła ją Lyra - Z wami zawsze coś się dzieje i nigdy się przy was nie można nudzić.
- Teraz to się trochę ponudzimy, skoro Ash porzucił pracę detektywa - zauważyła ponuro Bonnie.
Herbert spojrzał zaintrygowany na Asha, podobnie zrobili też Maren, Lyra i Khoury.
- Jak to, porzuciłeś pracę detektywa? - spytał zdumiony Jones.
- Ale dlaczego to zrobiłeś? - zdziwił się Khoury.
- Bo się załamał po tym, jak mój brat dostał w plecy kulkę i o mało nie został przez to kaleką - mówiła dalej Bonnie - Ash się o to obwiniał, a tak naprawdę powinien obwiniać...
- Ekhem! - chrząknęłam groźnie i spojrzałam na nią znacząco, a potem zerknęłam na Dawn mającą przygnębioną minę.
Bonnie szybko zrozumiała, że przesadziła.
- Zły los - dokończyła Bonnie - A potem jeszcze doszła do tego sprawa takiej jednej laski Jessiebelle, która oszukała Asha i Serenę i wykorzystała ich do swoich celów, a choć Ash wyrównał z nią rachunki, to i tak się uparł, że powinien porzucić pracę detektywa.
- To nie jest cała prawda, bo ona jest bardziej złożona - rzekł Ash - Ale nie wiem, czy chcę o tym rozmawiać.
Nasi drodzy przyjaciele byli bardzo ciekawi powodów emerytury Asha, dlatego zaczęli usilnie prosić, aby mój luby opowiedział wszystko co i jak. Ten zaś z lekkim niepokojem oraz delikatną niechęcią spełnił ich prośbę i opowiedział dokładnie, jak to wszystko wyglądało. Przyjaciele wysłuchali go z wielką uwagą, nie przerywając mu jego opowieści, a kiedy skończył, to zaczęli wszyscy wyrażać swoje zdanie w tej sprawie. Żaden z nich nie skrytykował Asha, ponieważ wszyscy przyznali, iż Ash miał swoje powody i te powody były całkiem sensowne, ale także wszyscy byli tego samego zdania, że mój luby powinien wrócić do pracy detektywa, ponieważ jego detektywistyczna działalność była zbyt poważna i zbyt wiele przyniosła światu, aby teraz tak po prostu ją porzucić.
- Talent do rozwiązywania zagadek to wielki dar, a z wielkim darem zawsze się wiąże wielki obowiązek - powiedział Herbert Jones - Nie możesz go zmarnować, a zwłaszcza wtedy, kiedy możesz go wykorzystać w mądrym celu. Pożytek z twoich talentów świat miał jak zawsze ogromny i uważam, że tak powinno być dalej. Marnowanie takiego daru to wielki grzech, tak w każdym razie ja uważam.
- Ale skąd wiadomo, że ja nadal posiadam ten dar? - zapytał Ash - Jak dotąd wiele wskazuje na to, iż ten dar we mnie zanikł. Może nie całkowicie, ale mimo wszystko zawsze.
- Cóż... Jeśli tak uważasz, to trudno mi z tym polemizować - stwierdził ponurym głosem Herbert Jones - Ale być może niedługo przeżyjesz pewną przygodę, która przekona cię do tego, że jednak nadal posiadasz swój wielki talent i możesz z niego dalej śmiało korzystać.
- Zobaczymy, jak to będzie wyglądać. Obyś miał rację, ale tak prawdę mówiąc, to ja już w to chyba nie wierzę.
Ash wyraźnie posmutniał, z kolei Pikachu zapiszczał delikatnie i lekko trącił łapką swego trenera, który powoli wstał od stołu i ruszył przed siebie.
- Ash, wszystko dobrze? - zapytała z niepokojem Dawn.
- Tak, siostrzyczko. Po prostu chcę pospacerować sobie i pomyśleć - odpowiedział jej brat.
Bez słowa również wstałam od stołu i poszłam za nim, a Pikachu i Buneary niemal natychmiast do mnie dołączyli.

***


Ash spacerował powoli ulicami Alto Mare pogrążony we własnych myślach. Nie odzywał się przez dłuższy do nas ani słowem, chociaż dobrze wiedział, że idziemy w jego pobliżu, ale nie przejął się tym wcale. Widać słowa Herberta Jonesa wywarły na nim naprawdę wielkie wrażenie i to tak mocne, że aż musiał sobie je na spokojnie przemyśleć. Razem z Pikachu i Buneary szłam za nim powoli, aby w razie czego móc wesprzeć go jakimś dobrym słowem lub radą, o ile oczywiście będzie tego potrzebować.
Mój luby jednak przez naprawdę długi czas nie odzywał się, tylko szedł dalej w milczeniu przed siebie, rozmyślając pewnie nad tym, co tego ranka usłyszał. W końcu usiadł powoli na najbliższej ławce, a oparł łokcie o kolana, a głowę o dłonie i tak zaczął myśleć. Popatrzyłam na niego, po czym bez zbędnych słów usiadłam obok niego, a Pikachu i Buneary uczynili to samo. Nie odzywaliśmy się tak przez chwilę, aż w końcu Ash spojrzał na mnie i obdarzył mnie promiennym uśmiechem.
- Widziałem, jak idziesz za mną - powiedział.
- I co? Nie raczyłeś się odezwać? - zapytałam ironicznie.
- Sam nie wiem. Jakoś nie miałem ochoty na rozmowę.
- A teraz to masz ochotę?
- Owszem, teraz mam, ale jeśli ty nie masz...
Położyłam mu dłoń na kolanie i powiedziałam czule:
- Kochanie, ty nawet nie wiesz, jak bardzo mi zależy na tobie i na tym, abyś był szczęśliwy.
- Jeśli tak samo, jak mnie na tobie oraz na twoim szczęściu, to chyba jednak wiem - odpowiedział mi czule Ash.
Uśmiechnęłam się do niego delikatnie i położyłam lekko głowę na jego ramieniu, a mój ukochany objął mnie czule ręką. Kątem oka zauważyłam, że także Pikachu obejmuje delikatnie swoją ukochaną.
Siedzieliśmy tak przez chwilę, gdy nagle zauważyliśmy, jak w pobliżu szła Bianka ze sztalugami. Obok niej kroczył jakiś wysoki chłopak, chyba w naszym wieku lub trochę starszy, o azjatyckich rysach twarzy, dość krótko obciętych czarnych włosach oraz brązowych oczach. Wyglądu jego postaci dopełniały szare, dość ponure ubranie i okulary mocno osadzone na nosie. Jeśli to prawda, że ubiór często oddaje charakter i nastrój człowieka, to jego strój mówił mi, iż jego właściciela coś musiało dręczyć. Coś zdecydowanie o wiele bardziej poważnego niż np. stłuczone kolano.
- Będziesz mi dzisiaj pozować, Seiyi? - zapytała Bianka chłopaka.
- Nie, nie mam specjalnie ochoty - odpowiedział jej zapytany - I w sumie nie wiem, czemu zgodziłem się tutaj przyjść. Nie mam jakoś ochoty na przebywanie w towarzystwie ludzi.
- Tak, Amiko mi to mówiła - rzekła ponuro Bianka, patrząc na niego ze smutkiem w oczach - Poza tym umiem patrzeć i widzę, co się z tobą dzieje. Już prawie rok siedzisz głównie sam w swoim pokoju i rzadko wychodzisz do ludzi.
- Wychodzę do nich tylko wtedy, kiedy muszę to robić. Do ciebie też bym nie wyszedł, gdyby nie to, że bardzo cię lubię. A poza tym bardzo się przyjaźniłaś z Minako.
- Przyjaźniłam się zawsze z tobą i z nią - odpowiedziała na to Bianka - I dobrze wiem, że wciąż nosisz żałobę. Miałam jednak nadzieję...
- Na co miałaś nadzieję? Że o niej zapomnę? Że przestanę nosić żałobę, bo ludzie tego ode mnie oczekują?
- Nie, Seiyi. Nie tego oczekiwałam - odpowiedziała smutno Bianka - Jedyne, czego oczekiwałam, to możliwość pomocy ci w jakiś sposób.
Seiyi opuścił smutno głowę, a po jego policzku delikatnie poleciała łza.
- Nie możesz mi pomóc, Bianko. Nikt mi nie może pomóc.
- To chyba prawda - zgodziła się z nim młoda malarka - Sam musisz to zrobić. Nikt inny nie zrobi tego za ciebie, tylko ty sam. Problem w tym, że ty chyba nie chcesz sobie pomóc.
- A niby w jaki sposób ja mam sobie pomóc, Bianko? W jaki sposób? Ja przecież straciłem kogoś, kogo bardzo kochałem. Ty sama straciłaś kogoś bliskiego, więc powinnaś mnie zrozumieć. A nawet jeszcze bardziej, bo aż dwoje osób naraz.
Bianka westchnęła delikatnie i powiedziała:
- Tak, straciłam dwie bliskie sobie osoby jednego dnia, a ty straciłeś tylko jedną, ale nasz ból po ich stracie jest równie wielki. Różnica między nami jest tylko taka, że ja jakoś zdołałam przetrwać to i żyć. Ty zaś tego nie umiesz zrobić.
- A kiedy straciłaś swoich rodziców? Kilka ładnych lat temu. A kiedy ja straciłem ukochaną? Całkiem niedawno. Ten ból jest dla mnie jeszcze za świeży, Bianko, aby miał tak po prostu minąć.
Młoda malarka westchnęła delikatnie i powiedziała:
- Myślę sobie, że tak naprawdę taki ból, to nigdy nie mija. Po prostu można z nim się nauczyć żyć albo i nie. Ja się nauczyłam z tym żyć.
- A było ci łatwo?
- Wiesz doskonale, że nie.
- No widzisz, a więc jak możesz oczekiwać, że ja łatwo sobie z tym bólem poradzę?
- Nie mówię, że to będzie łatwe, ale że powinieneś spróbować to jakoś zrobić i pod żadnym pozorem nie możesz robić to sam, bo taki ból nigdy nie zostaje w pełni uśmierzony, jeśli zwalczasz go samemu.
- Co więc mam robić?
- Spędzaj czas z przyjaciółmi, bo tylko w ich towarzystwie zdołasz zwalczyć swój ból.
- Problem w tym, że obecność ludzi oraz ich szczęścia mnie chwilami strasznie drażni. Nie, to nie jest chwilami. To się dzieje niemal bez przerwy. Te ich radosne twarze, wielkie szczęście itd... To mnie po prostu dobija.
- I co zamierzasz? Nienawidzić za to całego świata?
- Nie. Wolę po prostu unikać ludzi, aby nie ranić ani ich, ani siebie.
- Jak tam sobie chcesz. Ale jako twoja przyjaciółka nie mogę zostawić cię samego z tym problemem.
Seiyi uśmiechnął się delikatnie.
- Nie odpuszczasz. Uparta jesteś, wiesz?
- Artyści już tak mają. Upór i determinacja to cechy, dzięki którym osiągają swoje cele. Oczywiście pomaga im również wielki talent.
- Tak, zdecydowanie - Seyi dalej się uśmiechał - A może tak zamiast mnie na tle tego wszystkiego namalujesz moją siostrę?
- Cóż... Też niezła z niej modelka. W sumie czemu nie? A jest teraz w domu?
- Powinna być. Zresztą pójdę tam i powiem jej, co i jak, a ty potem do nas dołączysz, dobrze?
- Może być.


Seiyi pożegnał więc Biankę i odszedł, zaś malarka uśmiechnęła się i obejrzała się w bok, aż zobaczyła nas na ławce.
- O! No proszę! Kogo ja tu spotykam? - spytała dowcipnie, powoli do nas podchodząc - Lubimy podsłuchiwać, co?
- Nie wiedziałam, że to poufna rozmowa - zażartowałam.
- Nie zaraz poufna, ale mimo wszystko mogliście dać jakiś znać, że tu jesteście. Przedstawiłabym was.
- Mieliśmy dać znać o naszej obecności i przerywać sobie taką jakże romantyczną scenę? W życiu! - zaśmiałam się lekko.
Bianka zrobiła groźną minę i zaraz z miejsca spoważniałam.
- Wybacz, strasznie głupio to zabrzmiało, prawda?
- Czy strasznie, to ja nie wiem, ale że głupio, to fakt.
- Przepraszam cię, Bianko. Chciałam rozładować napięcie, ale chyba niezbyt mi się to udało, co nie?
- Powiem tak... Mogłaś to zrobić lepiej.
- Ej, weź już jej nie dobijaj! - wstawił się za mną Ash - Przecież ona nie chciała cię urazić!
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Wiem, że nie chciała mnie urazić i wcale się nie gniewam. Po prostu jestem załamana. Chciałam poprawić humor przyjacielowi, a zamiast tego tylko sama siebie zdołowałam.
- A co mu dokładniej dolega? - spytałam.
- On chyba coś mówił o swojej dziewczynie, prawda? - dodał Ash.
- A tak, właśnie tak - pokiwała głową Bianka - Chodzi o to, że Seyi stracił swoją dziewczynę w wypadku samochodowym. Jechała ona autem z takim jednym kretynem, któremu się wydawało, że umie prowadzić i cóż... Wpadli na latarnię i się rozbili. Biedna Minako zginęła na miejscu.
- A ten kretyn? - zapytałam.
- Przeżył. Sąd uznał, że wina nie leżała po jego stronie. Może trochę za szybko jechał, ale droga była wtedy śliska i nawet przy normalnej prędkości łatwo było spowodować wypadek, dlatego właśnie go uniewinnili. Ale i tak nie zmniejszyło to bólu, który teraz rozdziera serce biednego Seiyiego.
- Nie dziwię mu się - powiedział zasmuconym głosem Ash - W końcu nic mu nie zwróci ukochanej, a fakt, że tamten chłopak nie został skazany...
- Daj spokój, Ash. On z pewnością nie był niczemu winien - wtrąciłam i spojrzałam na Biankę - Ostatecznie sąd nie uniewinniłby go, gdyby był winien, prawda?
- A tego to ja bym nie była taka pewna, Sereno - stwierdziła ponuro Bianka - Jako detektywi oboje na pewno doskonale wiecie, że sądy niekiedy skazują niewinnych i ułaskawiają winnych, więc cóż... Tutaj nie mogę ci z całą pewnością zagwarantować, że on był niewinny.
- A Seiyi go obwiniał?
- Trochę tak, ale potem dał sobie spokój. Teraz głównie obwinia siebie samego.
- Siebie? A to niby czemu?
- Minako była wtedy na pewnej imprezie urodzinowej swojej kumpeli w sąsiednim mieście i miała wracać nocą do domu. Seiyi wówczas był na konkursie naukowym, więc nie mógł jej odebrać, dlatego poprosiła o pomoc swego kolegę. Niestety, gdy ten ją odwoził i gdy już byli blisko Alto Mare, to nagle wpadli w poślizg i walnęli w latarnię. Kierowca miał w kierownicy poduszkę powietrzną, więc przeżył. Pasażerka nie miała już tyle szczęścia.
- Straszne. Czy byli pijani? - spytałam.
- Ten kumpel wypił tylko jedno piwo i to chyba nawet nie całe. A w każdym razie badanie alkomatem zaprzeczyło, aby miał niedozwoloną ilość alkoholu we krwi. Mógł więc swobodnie prowadzić i to bez żadnego ryzyka wypadku.
- A jednak ryzyko istniało.
- Tak, ale nie z jego strony, a to jest duża różnica. W każdym razie tak właśnie stwierdziła policja. A jak było naprawdę, pewnie nigdy się już nie dowiemy.
- A jak twoim zdaniem było? - zapytał Ash.
Bianka spojrzała na niego uważnie i odpowiedziała:
- Moim zdaniem Minako najlepiej by zrobiła, jakby nie wracała po nocach z imprezy do domu, a Seiyi by najlepiej zrobił, gdyby nie obwiniał się o to, że nie miał wtedy dla niej czasu i sam jej nie zabrał, ponieważ w ten sposób nikomu nie pomoże, a już na pewno nie sobie.
- Ja pytałem o to, co twoim zdaniem się wtedy wydarzyło?
- Co się wydarzyło? Powiem ci, co się wydarzyło, Ash. Jeden kretyn, któremu się wydawało, że umie prowadzić zabrał biedną, naiwną laskę w drogę do Alto Mare i po drodze rozbili się z powodu kiepskiej drogi i to do tego śliskiej, a brak większych umiejętności w kierowaniu autem u tegoż kretyna zdecydowanie pogorszył sytuację. A jaki jest z tego wniosek, panie detektywie? Taki, że to ten kretyn odpowiada moralnie za jej śmierć, a nie Seiyi, a zamiast niego, to właśnie Seiyi czuje wyrzuty sumienia, co moim zdaniem jest jawną niesprawiedliwością ze strony losu, ale w sumie czego od niego oczekiwać? Los przecież nigdy nie był sprawiedliwy.
- Źle się obszedł z tobą? - spytałam.
- A nie zastanawiało cię nigdy, Sereno, dlaczego mieszkam tylko z dziadkiem? - mruknęła Bianka.
- Wiele razy, ale wszelkie rozmowy na ten temat urywałaś, ledwie tylko je zaczynaliśmy.
Bianka westchnęła przygnębiona i powiedziała spokojniejszym tonem niż przed chwilą:
- Tak, to prawda. Przepraszam cię, nie powinnam być taka chamska. Ale jak widzisz, los źle się ze mną obszedł i odebrał mi jednego dnia dwoje bliskich mi ludzi i gdyby nie dziadek, to nie wiem, co by ze mną było.
- A co się stało z twoimi rodzicami? - zapytał Ash.
Bianka jednak nie chciała o tym rozmawiać, czego dowiodła szybko zmieniając temat rozmowy.
- Może chcecie pójść ze mną do domu Seiyiego? Chciałam, żeby mi pozował i w ten sposób choć przez chwilę się nie zadręczał śmiercią swojej dziewczyny, ale on nie chce, to może chociaż namaluję jego siostrę, a przy okazji spędzę z nim trochę czasu. Pójdziecie?
- Jasne. I tak nie mamy nic innego do roboty - powiedział wesoło Ash, wstając powoli z ławki - A przy okazji również przyjrzymy mu się, bo gość wygląda na mocno zdołowanego.
- Tak, a jak wiemy, zdołowani ludzie potrafią robić ogromne głupstwa - dodałam, także powoli wstając z ławki.
- Właśnie tych głupstw się z jego strony obawiam - powiedziała Bianka smutnym głosem - Dlatego mam nadzieję, że może tak rzucicie bacznym okiem na niego. W końcu co trzy pary oczu, to nie jedna.
- Zgadza się - uśmiechnął się lekko Ash - Sam bym tego lepiej nie ujął, Bianko.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu, wskakując swemu trenerowi na ramię.

***


Razem z Bianką poszliśmy do domu Seiyiego. Był to bardzo ładny oraz elegancki dom, dowodzący samym swoim wyglądem, że mieszkają w nim ludzie zamożni i nie muszący się wcale przejmować tym, czy jutro będą mieli włożyć coś do garnka, czy też nie. Zdecydowanie taki problem ich nie dotyczył. Niestety, choć byli zamożni, to nie uniknęli smutku i cierpienia, który dotyka lub bez względu na ich pochodzenie oraz stan majątkowy.
Rodziców Seiyiego nie było w domu, ponieważ wyjechali oni na małe wczasy, powierzając swemu synowi opiekę nad domem oraz jego młodszą siostrzyczką, panną Amiko, uroczą dwunastoletnią dziewczynką, podobnie jak jej brat mającą azjatyckie rysy twarzy, choć nie była w pełni Azjatką. Jak nam wyznała Bianka, ich ojciec był Japończykiem, a matka pochodziła stąd, a po ślubie zamieszkali tutaj na stałe.
- I wcale im się nie dziwię, że tak zdecydowali, bo przecież, czy jest jakieś piękniejsze miejsce od Alto Mare? - zapytała wesoło Bianka.
- Poza Alabastią czy Vaniville, to rzeczywiście nie ma piękniejszego - zaśmiałam się.
- Wybacz, nie chciałam cię urazić, Sereno - powiedziała Bianka nieco przepraszającym tonem - Ja po prostu kocham to miasto. Spędziłam w nim najlepsze chwile mojego życia i spodziewać się przeżyć ich znacznie więcej.
- Ja mam tak samo z Alabastią, choć również upodobałem sobie kilka innych miast, a to jest jedno z nich - uśmiechnął się delikatnie Ash.
- Dobrze, czy będziecie nas malować? - spytała pana Amiko.
Jej czarne włosy spięte były w dwie kitki, zaś brązowe oczy patrzyły na nas z wyraźnym zainteresowaniem. Ubiór dziewczynki stanowiły spodenki oraz żółta koszulka, a w jej objęciach znajdował się uroczy Ambipom, który głośnymi piskami domagał się uwiecznienia go na płótnie.
- Coś mi mówi, że jak zaraz nie zaczniesz malować, to twoje modele ci uciekną - powiedział wesoło Seiyi, patrząc na malarkę wesołym wzrokiem.
Ja i Ash obserwowaliśmy go uważnie, próbując dostrzec w jego oczach coś, o czym wspominała Bianka. Jak na razie niczego takiego nie udało nam się wypatrzeć, choć czuliśmy, iż w jego spojrzeniu jest wiele smutku, który próbuje on ukryć pod płaszczykiem radości i humoru. Były to jednak tylko  nasze przeczucia, dlatego póki co zachowaliśmy je dla siebie.
- Tylko nie myślcie sobie, że z miejsca was namaluję - powiedziała Bianka, gdy rozkłada sztalugi - Jak na razie zrobię jedynie szkic waszych postaci, a potem dodam mu barw. Amiko, bądź zatem tak miła i nie ruszaj się. Ambipom, ciebie to też dotyczy.
Dziewczynka i jej Pokemon usiedli więc na krześle, który ustawił im Seiyi i zamarli w bezruchu. Bianka zaś wzięła do ręki czerwony ołówek, po czym bardzo powoli zaczęła rysować na sztaludze swoich modeli.
- Potem, jak już stworzę szkic, będziecie mogli odpocząć, ponieważ do dodawania kolorów nie będziecie mi potrzebni - powiedziała Bianka tonem prawdziwej artystki - Ale jak na razie bądźcie uprzejmi nie ruszać się.
- Spokojnie, ja się przecież nie ruszam - rzuciła Amiko.
- Tak? A kto teraz rusza buzią? - zażartowała sobie malarka.
- Sorki. Już nią nie ruszam.
- I bardzo dobrze. A ty się tak nie szczerz, Seiyi, bo będziesz następny w kolejce do pozowania.
- Zastanowię się nad twoją uroczą propozycją, moja droga - zaśmiał się na to Seiyi.
- Może tak zaprosisz ją na randkę? - zaproponowała Amiko.
- Miałaś się nie ruszać - skarciła ją Bianka.
- Wybacz mi, ale randki to chwilowo ostatnia rzecz, o której marzę - powiedział Seiyi i momentalnie posmutniał - Poza tym zapominasz chyba, jaki jest jutro dzień.
- Nie dajesz nam o tym zapomnieć - rzuciła bardzo gniewnie Bianka - Niedługo jest rocznica jej śmierci. Wszyscy dobrze o tym wiemy.
- Już niedługo? - zapytałam zdumiona - To już niedługo minie cały rok, odkąd ona umarła?
- Tak, dokładnie - potwierdził Seiyi ponurym tonem - Ale jakoś nie jestem w stanie szukać sobie nowej dziewczyny, a zwłaszcza teraz, gdy już niedługo jest rocznica jej śmierci.
- Pewnie odwiedzisz jej grób, prawda? - zapytał Ash.
- Pika-pika? - dodał pytająco Pikachu.
- Owszem, tak zamierzam zrobić - potwierdził smutno Seiyi - Choć dla Bianki to jest jedynie rozdrapywanie ran, które nikomu nie pomaga.
- A jak inaczej to nazwiesz? - spytała gniewnie Bianka, nie przerywając przy tym swojej pracy - Przecież to oczywiste, że teraz bardzo cierpisz, a chodzenie co miesiąc na jej grób, aby składać kwiaty tylko pogarsza twój stan.
- Uważasz, że nie powinienem tam chodzić?
- Uważam, że powinieneś żyć z żywymi, a nie tylko zmarłymi. Amiko, nie ruszaj się. Za chwilę kończę i będziesz mogła się ruszać.
Bianka dalej rysowała dziewczynkę i jej Pokemona, z kolei zaś Seiyi bardzo powoli, przygnębionym krokiem wszedł do domu.


- Bianko, powiem ci szczerze... Psychologiem, to ty nie jesteś - rzekł dość ironicznie Ash.
- Nie zamierzam nim być, ani nie zamierzam pozwalać na to, aby mój przyjaciel żył tylko cierpieniem i wspomnieniem tych, którzy już nie żyją - odparła zadziornym tonem Bianka, nie przerywając swojej czynności - I nie myśl sobie, że śmierć Minako wcale mnie nie obeszła. Ona była też i moją przyjaciółką i bardzo mocno obeszła mnie jej śmierć. Ale musimy żyć, choć to trudne, a Seiyi ma dla kogo żyć, więc powinien na tym się skupić, a nie tylko cierpieć i przeżywać to, co się stało.
- Wiesz co? Mówisz tak, jakbyś miała serce z kamienia - powiedziałam złym tonem.
Bianka oderwała wzrok od szkicownika, spojrzała na mnie zasmucona i odpowiedziała mi:
- Tak. Rzeczywiście, mam serce z kamienia. Jeśli kamień umie płakać i krwawi z bólu, kiedy widzi potrzaskane ciało swojej najlepszej przyjaciółki, to tak, mam serce z kamienia.
Zrobiło mi się głupio, gdy to usłyszałam, dlatego próbowałam ją jakoś przeprosić za swoje wcześniejsze słowa.
- Wybacz, Bianko. Nie chciałam cię urazić.
- Spokojnie, Sereno. Nie uraziły mnie twoje słowa. Zresztą ja już chyba przywykłam do złośliwości pod swoim adresem. Seiyi częstuje mnie nimi codziennie, odkąd próbuję mu jakoś pomóc, więc można powiedzieć, że już jestem przyzwyczajona do takiego traktowania.
Po tych słowach Bianka wróciła do szkicowania, a ja i Ash powoli spojrzeliśmy w kierunku drzwi do domu, a następnie, korzystając z tego, że nikt nie zwraca na nas uwagi, poszliśmy poszukać Seiyiego.
- Hej, Seiyi! Jesteś tam?! - wołał Ash.
- Pika-pika! - dodał Pikachu.
Nie usłyszeliśmy jednak odpowiedzi, tylko pewną dobrze nam znaną melodię. To była melodia z pięknej piosenki „The last unicorn“ pochodzącą z równie pięknego filmu „Ostatni jednorożec“. Dobiegała ona z pokoju na piętrze. Zaciekawieni poszliśmy w jej kierunku i już po chwili ujrzeliśmy Seiyiego siedzącego w jakimś pokoju (prawdopodobnie w swoim) i właśnie słuchającego piosenki z gramofonu. Początkowo nie zwrócił na nas uwagi, ale kiedy utwór dobiegł końca, spojrzał w naszą stronę i uśmiechnął się dość ponuro. W jego oczach szkliły się łzy.
- Piękny utwór, prawda? - zapytał.
- Tak, bardzo piękny - odpowiedziałam mu.
- Dobrze go znamy - dodał Ash.
Pikachu i Buneary, którzy to stali obok nas, zapiszczeli delikatnie na znak, że oni także dobrze znają tę piosenkę i również ją lubią.
- Minako bardzo kochała ten utwór - powiedział do nas smutno Seiyi i dodał po chwili: - A także film, z którego on pochodzi. To był nasz ulubiony film. Bardzo lubiliśmy go razem oglądać.
- My z Sereną także go lubimy - rzekł z lekkim uśmiechem Ash - Jest piękny, choć taki smutny.
- No właśnie - potwierdził Seiyi - Tak samo, jak miłość moja i Minako. Nasz związek również był bardzo piękny, ale smutny, bo zakończenie jego było wręcz okropne. Rozdzieliła nas śmierć. Nie ma chyba smutniejszego zakończenia pięknej historii o prawdziwej miłości niż rozdzielenie dwojga zakochanych na zawsze.
- Nie, nie ma - powiedziałam przygnębiona.
Doskonale wiedziałam, o czym mówi Seiyi. Sama swego czasu, kiedy myślałam, że Ash nie żyje przeżywałam podobne katusze i cierpienia, jakie dopadały teraz jego. Rzecz jasna mój luby żył wtedy i musiał się ukrywać przez jakiś czas, ale przecież ja wtedy nie mogłam tego wiedzieć, dlatego też cierpiałam naprawdę i czułam, jak moje serce pęka na kawałki z bólu, a każdy dzień bez Asha zdawał mi się być wielką udręką.
- Doskonale rozumiem, co musisz czuć - powiedziałam po chwili - Ja także straciłam kiedyś kogoś bardzo mi drogiego i choć potem okazało się, że on jednak żyje, to jednak przez ten czas, gdy myślałam, iż straciłam go na zawsze, przeżywałam męki piekielne.
- A więc znasz to uczucie ogromnej pustki w sercu, której niczym nie da się zapełnić - powiedział smutno Seiyi - Wiesz dobrze, jakie to uczucie cierpieć katusze każdego dnia, gdy tylko pomyślisz, że tej ukochanej osoby nie ma już z tobą i już nigdy jej nie będzie.
- Tak, znam to uczucie i wiem, że trudno jest żyć bez ukochanej osoby, ale może mimo wszystko Bianka ma rację? Może powinieneś spróbować? W końcu masz dla kogo żyć.
- Właśnie. Masz przecież kochającą młodszą siostrę - powiedział Ash - Nie sądzisz, że warto dla niej żyć?
- Mojej siostrze lepiej by było ze mnie - stwierdził Seiyi.
- Jak możesz tak mówić?! - zawołałam z gniewem - Uważasz, że ona chce twojej śmierci?
- Nie, ale uważam, że beze mnie lepiej by jej się żyło i nie tylko jej.
To mówiąc chłopak ponownie nastawił gramofon, a po chwili zaczęła z niego wydobywać się kolejna bardzo dobrze nam znana piosenka. To był utwór „That’s all I’ve got to say“, również pochodzący z filmu „Ostatni jednorożec“. Ta piękna i zarazem smutna piosenka popłynęła powoli z tuby gramofonu, a Seiyi powoli zaczął śpiewać jej słowa, mając coraz więcej łez w oczach. Przez chwilę nie wiedzieliśmy, co mamy zrobić, ale ostatecznie postanowiliśmy nie przerywać i patrzeć, co wydarzy się dalej.
A co wydarzyło się dalej? Mianowicie, kiedy piosenka miała przejść z męskiej solówki w duet damsko-męski, to nagle usłyszeliśmy za sobą czyjś delikatny głosik. Odwróciliśmy się i zauważyliśmy, że to mała Amiko stoi w drzwiach i śpiewa żeńską część piosenki, patrząc na brata wzrokiem pełnym szczerej miłości. Wzruszony tym widokiem Seiyi powoli dołączył do duetu i już po chwili oboje śpiewali czułe słowa tego utworu, aż w końcu piosenka się skończyła, a Amiko podeszła do swego brata, który czule ją do siebie przytulił i pocałował ją w czoło. Chwilę później zaczął mocno płakać.
- Braciszku... Nie płacz, proszę... Bo mi się serce kraje - rzekła smutno Amiko do brata.
Ten pogłaskał ją delikatnie po głowie i rzekł:
- Przepraszam, siostrzyczko, ale ja nie umiem płakać. To silniejsze ode mnie. Ale spokojnie... Popłaczę i przestanę.
- Tak, a jutro znów zaczniesz płakać - rzekła z wyrzutem dziewczynka.
- Nie będę, kochanie. Jutro nie będę płakać. Od jutra więcej nie będę płakać, obiecuję ci to.
Jego słowa zabrzmiały tak dwuznacznie i tak złowrogo jednocześnie, że bardzo się z Ashem zaniepokoiliśmy. Nie mieliśmy jednak czasu, aby się nad tym zastanawiać, ponieważ nagle Seiyi wyszedł z pokoju, mijając nas bez słowa, a jego siostra spojrzała na nas i powiedziała:
- Widzicie, jaki on jest? Ciągle obiecuje mi, że już niedługo przestanie płakać, a wciąż płacze.
- Może potrzebuje więcej czasu? - zasugerowałam.
- Właśnie! Może po prostu musi dłużej przeboleć to, co go spotkało? - dodał Ash.
Amiko była jednak innego zdania.
- Nie sądzę. Mój brat... Ja się boję, że on... On sobie coś zrobi.
A więc i dziewczynka dostrzegła, co dręczy jej brata. Nie tylko Bianka to dostrzegła, ale i Amiko, że o nas już nie wspomnę. A skoro tak, to chyba musiało być coś na rzeczy.
- Skąd ci przyszło do głowy, że twój brat coś sobie może zrobić? - zapytał po chwili Ash.
- Bo widziałam na strychu, w tym jego laboratorium, w którym on się zamyka całymi godzinami i robi te swoje eksperymenty, dziwne buteleczki. Zwłaszcza jedna z takim białym proszkiem mnie niepokoi.
- Białym proszkiem? - zapytał Ash - Pokażesz nam go?
- Dobrze - dziewczynka skinęła głową - Chodźcie za mną.

***


Amiko zaprowadziła nas na strych, w którym jej brat miał swoje małe laboratorium chemiczne. Chłopak miał tam różne przyrządy niezbędne do dokonywania eksperymentów, takie jak probówki oraz retorty, a także inne takie rzeczy, które znam jedynie z widzenia, bo nazwy jakoś nie weszły mi nigdy do głowy. Amiko pokazała nam dokładnie cały strych, a następnie odsunęła poluzowaną deskę i wyjęła spod niej coś bardzo niepokojącego. To była niewielka buteleczka do połowy napełniona jakimś białym proszkiem w formie kryształków. Nie miała na sobie żadnej etykietki ani niczego, co by wyjaśniało, czym jest jej zawartość, ale jej widok zdecydowanie budził przerażenie.
- Co to takiego? - spytałam zdumiona.
- Nie wiem, ale zdecydowanie nie lek na nerwy - odpowiedział mi Ash, uważnie przyglądając się buteleczce.
Odkorkował buteleczkę i powąchał ją lekko.
- Hmm... Nie wiem, nie czuć specjalnie zapachu. Może dopiero, jak się wrzuci do wody...
- Skąd wiedziałaś, że twój brat to tutaj trzyma? - zapytałam Amiko.
- Widziałam raz przez dziurkę od klucza, gdy sprawdzałam, co on tutaj robi.
- Aha, takie coś. Ale wiesz, że podglądanie innych jest nie fair?
- Tak? A robienie czegoś takiego jak ten proszek jest fair? A w ogóle, to co to jest?
- Nie mam pewności - odpowiedział Ash - Chyba będę musiał to sobie pożyczyć do analizy.
Po tych słowach spojrzał na Amiko i zapytał:
- Jest u was w domu soda?
- Tak, mama ma często zgagę i ją bierze. A co?
- Przynieś mi ją tutaj. I jakąś buteleczkę. Tylko pospiesz się, proszę.
- Dobrze, już idę. Ale po co ci to?
- Dowiesz się, jak przyniesiesz.
Dziewczynka pobiegła wykonać zadanie, a ja stanęłam przy drzwiach, aby obserwować, kiedy będzie wracać lub jeśli to będzie wracał jej brat, aby Ash zdążył odłożyć buteleczkę na miejsce i nie wzbudzić podejrzeń swoim zachowaniem. Pikachu i Buneary zaś stanęli w oknie i z niego obserwowali ogród, w którym Bianka malowała ze szkicu postać Amiko i jej Pokemona, a Ambipom z dużym zainteresowaniem siedział jej na ramieniu, wszystko z uwagą obserwując.
- Jak zobaczycie Seiyiego, to dajcie mi znać - powiedział Ash.
Na szczęście Amiko wróciła dość szybko z dwie paczkami sody oraz niewielką buteleczką. Ash z zadowoleniem wziął od niej oba przedmioty i powiedział:
- Dobrze, a teraz zrobimy naszemu przyjacielowi małego figla.
Po tych słowach przesypał zawartość buteleczki do tej, którą to podała mu Amiko, a gdy to zrobił, to podał ją mnie. Następnie do buteleczki, którą właśnie opróżnił wsypał sodkę, zakorkował ją i schował tam, skąd ją wyjął.
- I myślisz, że on się nie zorientuje w niczym? - spytałam.
- Mam nadzieję, że nie, ale nawet jeśli, to minie trochę czasu, zanim sobie zrobi nową porcję - odpowiedział mi Ash - A to już zbadają dla mnie Clemont i Herbert Jones.
Pikachu i Buneary zapiszczeli nagle ostrzegawczo. To oznaczało, że Seiyi właśnie wracał do domu. Musieliśmy więc szybko opuścić strych.

***


Na całe szczęście zdążyliśmy wyjść z tajnego laboratorium młodego Seiyiego i powróciliśmy do ogrodu, w którym przez ten czas Bianka dalej tworzyła swoje arcydzieło. Naprawdę doskonale jej to szło, ale w sumie to nic dziwnego, bo ta dziewczyna posiada ogromny talent i trudno nam było go nie podziwiać.
- Nieźle ci idzie - powiedziałam, kiedy zerknęłam malarce przez ramię na jej płótno.
- Dziękuję, ale jak skończę, to będzie jeszcze lepsze - odpowiedziała mi na to Bianka.
- A dużo ci zostało do skończenia? - spytał Ash.
- No, trochę mi jeszcze zostało, ale spokojnie. Jeszcze dzisiaj skończę i będziecie mogli podziwiać moje arcydzieło.
- Tak, arcydzieło arcychwalipięty - rzucił dowcipnie Seiyi, który to siedział niedaleko malarki.
- No proszę. Zaczynasz rzucać żartami. To chyba dobry znak - zaśmiała się delikatnie Bianka, patrząc wesoło na przyjaciela.
- Cóż... Miło mi to słyszeć - pokiwał delikatnie głową chłopak - Zatem, jak już będzie wszystko gotowe, to mam nadzieję, że będę pierwszym, który się o tym dowie.
- No właśnie! Chyba powiesz nam o tym, jak już skończysz malować, prawda? - zapytała z nadzieją w głosie Amiko.
- No chyba, że powiem - zaśmiała się Bianka, kontynuując malowanie - A jak tam twoje sprawy na mieście, Seiyi? Załatwiłeś już to, co planowałeś załatwić?
- Oczywiście, że tak - pokiwał lekko głową chłopak.
- A co takiego załatwiałeś? - zapytała Amiko.
- Takie swoje sprawy. Nic, co by mogło cię zainteresować - odparł na to dość wymijająco chłopak.
Amiko przybrała bardzo niezadowoloną minę.
- A właśnie, że to mnie interesuje i to bardzo.
- I to właśnie mnie niepokoi - westchnął delikatnie Seiyi - Ta twoja ciekawość kiedyś może doprowadzić cię do zguby.
- A ciebie te twoje tajemnice - rzuciła złośliwie jego młodsza siostra.
Ash uśmiechnął się delikatnie, słysząc te sprzeczki.
- Wiecie, przypominacie mi teraz mnie i moją młodszą siostrę Dawn. Ja i ona też się czasami ze sobą tak sprzeczamy, a mimo to oboje bardzo się kochamy.
- I chyba nic w tym dziwnego, bo przecież, kto się czubi, ten się lubi - stwierdziłam wesoło.
- Właśnie - powiedziała Amiko, czule przytulając się do swojego brata - A ja cię przecież bardzo lubię, Seiyi. Nawet więcej, ja cię bardzo kocham.
Seiyi pogłaskał czule jej głowę i powiedział:
- Ja ciebie też bardzo kocham, siostrzyczko. Kocham cię najmocniej na świecie i bardzo mi zależy na tym, żebyś zawsze była szczęśliwa.
- Będę szczęśliwa, jeśli tylko będziesz mi wszystko mówić.
Seiyi parsknął śmiechem i powiedział:
- No, nie przesadzaj. Tak łatwo nie dostaniesz tego, na czym ci zależy. Nie mogę ci mówić wszystkiego.
- Dlaczego? Przecież ja ci mówię wszystko.
- Chwilowo tak, ale spokojnie. Już niedługo będziesz mieć przede mną tajemnice.
- Ja? Tajemnice? Przed tobą? - obruszyła się lekko dziewczynka - Nie sądzę!
Jej starszy brat uśmiechnął się wesoło, wyraźnie bardzo rozbawiony tym stwierdzeniem.
- Cieszę się, że tak mówisz, ale spokojnie. Jeszcze zobaczymy, jak to będzie wyglądać w praktyce, moja maleńka.
To mówiąc pocałował ją delikatnie w czoło i wszedł powoli do domu.
- Mam nadzieję, że nie zorientuje się, co zrobiliście - powiedziała cicho do mnie i Asha Amiko, gdy już jej brat zniknął z pola widzenia.
- Spokojnie, nie ma szans na to, aby mógł się w czymś zorientować - odpowiedział jej pewnym siebie tonem - A poza tym, nawet gdyby zauważył to, że ktoś mu grzebał w jego zapasach, to i tak nie zdąży na jutro sobie przygotować nowej.
- A skąd to wiesz? Nie wiesz, jakim mój brat jest geniuszem - rzekła na to ponuro Amiko.
- Nie ma co z góry panikować. Najlepiej być dobrej myśli - odparł Ash.
- Pika-pika-chu! - zgodził się z nim Pikachu.
- Powiedział to detektyw, który sam nie ma już dobrych myśli i odszedł na emeryturę - mruknęła złośliwie Bianka.
Ash spojrzał na nią ironicznie, ale nic nie powiedział, gdyż wiedział, że ma ona rację, dlatego pominął jej słowa milczeniem.
- Tak czy inaczej naprawdę trzeba być dobrej myśli - powiedziałam po chwili - Bez tego raczej trudno sobie poradzić w realizacji czegokolwiek.
- Dobrze, a więc skoro to już ustaliliśmy, to chodźmy do domu Bianki. Mamy w końcu coś do sprawdzenia - rzekł Ash.
- A co takiego chcecie sprawdzać? - zapytała Bianka.
- A takie coś. Później ci opowiemy, jak już to sprawdzimy i będziemy mieli pewność, co to takiego - odpowiedziałam jej wymijająco.
Bianka spojrzała na mnie uważnie, po czym skinęła potakująco głową.
- Niech wam będzie. Tylko bądźcie uprzejmi powiedzieć mi wszystko, co odkryjecie. Chyba mi się to należy po tym, że was przyjęłam pod swój dach.
- Aha, to więc będzie coś w rodzaju czynszu? - zaśmiał się Ash i wraz z Pikachu zachichotał delikatnie.
- Możesz to tak traktować - zaśmiała się Bianka.
- Doskonale. A zatem opowiemy ci wszystko co i jak, ale tylko pod warunkiem, że pokażesz nam swój obraz, kiedy już go dokończysz.
- Jako lokator nie możesz stawiać warunków gospodyni - zachichotała lekko malarka - Ale w sumie niech ci będzie. I tak chciałam wam pokazać moje dzieło, gdy już je dokończę.
- A więc trzymamy cię za słowo, że je nam pokażesz - powiedziałam.
- Zrobię to z prawdziwą przyjemnością - uśmiechnęła się Bianka i już po chwili powróciła do malowania.

***


Wróciliśmy do domu Lorenza i Bianki, gdzie mieliśmy wielką nadzieję znaleźć Clemonta. Niestety, chłopak wyszedł gdzieś z Dawn i nie było go na miejscu, dlatego też musieliśmy na niego poczekać. Zajęliśmy się przez ten czas swoimi sprawami i jednocześnie z uwagą oglądaliśmy buteleczkę z tajemniczymi, białymi kryształkami.
- Jak sądzisz, Ash, co to jest? - zapytałam mojego chłopaka, gdy wraz z nim obserwowaliśmy tajemniczą zawartość buteleczki.
- Nie jestem do końca pewien, ale mam pewną teorię na ten temat - odpowiedział mi Ash, nie odrywając wzroku od substancji.
Przyglądał się jej uważnie i to pod każdym kątem, mrucząc przy tym coś pod nosem.
- Tak? A jaka to teoria? - spytałam - To trucizna, prawda?
- Tak. Moim zdaniem to trucizna i to nie byle jaka, bo cyjanek potasu - odparł na to Ash.
- Skąd ta pewność? - spytałam - Czy to dlatego, że cyjanek jest właśnie w takiej formie? Kryształkowej?
- Pika-pika? - dodał pytająco Pikachu.
- Dokładnie tak. Poza tym może mi się wydaje, ale tak jakby czuję przy tym pewien zapach, którego nie umiem nazwać. Albo może mi się tylko wydaje, że coś czuję, bo wietrzę wokół siebie same zbrodnie. Sam nie wiem.
- Możliwe, że czujesz smród jakieś intrygi, która się właśnie rozkręca - zaśmiałam się delikatnie.
Ash parsknął śmiechem.
- Tak, to bardzo możliwe. Ale zdecydowanie o wiele lepiej będzie, jeśli tę substancję obejrzy sobie Clemont. W końcu to on jest w naszej paczce specjalistą od nauk ścisłych. Co prawda lepiej się zna na fizyce i technice, ale chemia też nie jest mu obca.
- No właśnie - potwierdziłam - Ale w końcu słynny detektyw Sherlock Ash ma prawo posiadać własną teorię w tej sprawie.
- Słynny detektyw na emeryturze - poprawił mnie Ash - Tak, słynny detektyw na emeryturze ma własną teorię w tej sprawie, która zgadza się z teorią jego wiernej partnerki, ale mimo wszystko woli pozostawić dokładną ocenę swojemu przyjacielowi naukowcowi. Tak w końcu postępuje zawsze każdy specjalista, a ja chcę być specjalistą, nawet jeśli emerytowanym.
- Och, Ash... Czy ty naprawdę... - już chciałam dać mu wykład, ale nauczona doświadczeniem zmieniłam zdanie i powiedziałam tylko: - Bardzo jestem ciekawa, po co Seiyiemu coś takiego. Czyżby chciał się tym otruć?
- Być może... Albo też otruć kogoś, a potem siebie. To w końcu też jest możliwe.
- Otruć kogoś? Chyba nie sądzisz, że on planuje zabójstwo?
- Niczego nie chcę zakładać, ale musimy brać również pod uwagę i taką ewentualność.
Popatrzyłam na Asha uważnie i zapytałam:
- Chyba nie myślisz, że on chce zabić tego gościa, który...
- Tego gościa, który przed rokiem doprowadził do wypadku i śmierci jego dziewczyny? Tak, właśnie taka sama myśl przyszła mi do głowy.
- Ale na kiedy by on ją sobie zaplanował?
- Trudno mi powiedzieć, kochanie. W końcu nie jestem nim i nie wiem, co mu tam siedzi w głowie.
- Ale gdybyś był nim, a ja bym zginęła przez jakiegoś kretyna, któremu tylko się wydaje, że umie prowadzić auto, to kiedy byś chciał pomścić moją śmierć?
Ash pomyślał przez chwilę i powiedział:
- Dobre pytanie i tak sobie myślę, że najlepsza byłaby do tego rocznica twojej śmierci. A właśnie, kiedy ona dokładniej zginęła, ta jego luba?
- Nie mam pojęcia. Bianka na pewno wie.
- Tak, ale chwilowo ona maluje swój obraz i nam tego nie powie, ale jak wróci, to koniecznie musimy ją o to zapytać.
- O co chcecie ją zapytać? - usłyszeliśmy niedaleko głos Dawn.
Dziewczyna przyszła właśnie w towarzystwie swojego ukochanego i patrzyła na nas z zainteresowaniem.
- O taką jedną sprawę, która nas bardzo interesuje - odpowiedział Ash z uśmiechem na twarzy - A tak przy okazji, to do was również mamy małą sprawę, a zwłaszcza do ciebie, Clemont.
- Poważnie? To doskonale, bo już się bałem, że nikomu nie potrzeba mojego geniuszu - uśmiechnął się dowcipnie Clemont.
- Weź się już tak nie chwal. Od chwalenia swoich umiejętności jest tu mój brat - zachichotała Dawn.
- Dobrze, już dobrze - powiedział wesoło młody Meyer - A więc czego wam potrzeba, przyjaciele?
- Wiedzy na temat tego, co to jest - odpowiedział na to Ash, podając naszemu drogiemu geniuszowi buteleczkę ze skrystalizowanym proszkiem - To białe coś bardzo nas niepokoi, dlatego też chcemy się dowiedzieć, co to takiego.


Clemont wziął do ręki buteleczkę i przyjrzał się jej uważnie.
- Hmm... Ciekawe. Jak na oko, to wygląda na skrystalizowaną wersję jakieś trucizny, bo zakładam, że zwykły proszek na zgagę by was tak bardzo nie przejął.
- Zgadłeś, kochasiu - zaśmiał się dowcipnie Ash - Ale wolelibyśmy taką dokładną analizę, a nie analizę typu „jak na oko“ lub „na pierwszy rzut oka“. Chyba możesz nam taką służyć, prawda?
- Oczywiście, przyjacielu - uśmiechnął się do niego wesoło Clemont - Nie mam tylko przy sobie odpowiednich narzędzi, ale spokojnie. W pobliżu jest sklep. Kupię zaraz zestaw małego chemika i sprawdzę to.
- Zestaw małego chemika? A to wystarczy? - spytałam.
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu pytająco.
- Bune-bune? - dodała Buneary.
- Spokojnie, do sprawdzenia, co to takiego z pewnością mi wystarczy. Choć zawsze mogę zrobić to w inny, prostszy sposób.
Po tych słowach Clemont poprosił Dawn, aby mu zaparzyła herbaty. Dziewczyna spełniła jego życzenie, a następnie przyniosła filiżankę owego napoju.
- Muszę was uprzedzić, że jestem lepszym wynalazcą niż chemikiem i nie wszystkie chemiczne umiejętności są mi znane, ale to jest prosta metoda, która pomoże rozpoznać nam tę substancję bez większego trudu.
- W jaki sposób? - zapytała Dawn.
- W bardzo prosty - odpowiedział jej chłopak - Jeśli to jest trucizna, to powinna zacząć po chwili wydawać z siebie pewną charakterystyczną woń.
- A jeśli to nie ta trucizna, o której myślimy? - spytałam.
- Spokojnie, to na pewno ta. A jeśli to inna, to i tak musi wydawać z siebie pewną charakterystyczną woń, zdecydowanie nieprzyjemną dla nosa. Zresztą sami się zaraz przekonamy.
Chwilę później Clemont otworzył buteleczkę, nasypał z niej odrobinę kryształków do filiżanki i odczekał jakiś czas, po czym powąchał napój. Gdy to zrobił, to jego twarz rozjaśnił zadowolony uśmiech.
- Doskonale. Tak, jak myślałem - powiedział - Zapach migdałów. Sami powąchajcie. Nieprzyjemny, prawda?
Powąchaliśmy i poczuliśmy gorzki zapach migdałów. O tak, to był bardzo nieprzyjemny dla nozdrzy zapach.
- A więc jednak mieliśmy rację. To cyjanek potasu - powiedział Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Dokładnie tak - potwierdził Clemont - Tylko, co dalej?
- Właśnie, braciszku - powiedziała Dawn, patrząc uważnie na Asha - Skąd wzięliście tę truciznę? Zabraliście ją komuś?
- Tak - potwierdził jej brat i w skrócie opowiedział jej, czego się dzisiaj dowiedzieliśmy.
- A więc tak to wygląda - rzekła bardzo zasmucona Dawn - Ale czy to oznacza, że on chce otruć siebie, czy też tego kolesia?
- Stawiam na jedno i drugie - odpowiedział jej Ash - Tylko, że nie mamy żadnej pewności, czy ta teoria jest słuszna.
- A więc co robimy? - zapytał Clemont.
- Nie wiem. Coś jednak musimy zrobić - rzekł mój ukochany detektyw - W końcu nie możemy siedzieć z założonymi rękami.
- Tak, to nie w naszym stylu - zgodziłam się z nim - Ale co planujesz?
- Najpierw to musimy się dowiedzieć, kiedy jest rocznica śmierci tej biednej dziewczyny. To oczywiście tylko przypuszczenia, ale stawiam, że ten biedak Seiyi planuje coś właśnie na tę okazję. Nie na inną, tylko właśnie na tą.
- Jakie to romantyczne - stwierdziła Dawn.
- I szalone zarazem także - odpowiedział jej chłopak ponuro - Gdzie ta Bianka, kiedy jest potrzebna?
- Bardzo dobre pytanie - powiedziałam - Pewnie dalej oddaje się sztuce w domu Seiyiego. Może trzeba się do niej pofatygować?
Nie musieliśmy jednak tego robić, ponieważ dziewczyna powróciła do domu i była wyraźnie bardzo z siebie zadowolona, choć właściwie, to miała ku temu powód, bo namalowała naprawdę piękny obraz. Mogliśmy więc ją wypytać w sprawie Seiyiego oraz jego ukochanej.
- Kiedy jest rocznica jej śmierci? - zastanowiła się przez chwilę Bianka - Niech no pomyślę... Chyba jutro... Czekaj, niech no ja sobie przypomnę... Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że właśnie jutro jest rocznica śmierci Minako. Ale nie mam żadnej pewności.
- Spokojnie. Wiem już, kto nam tę pewność zapewni - uśmiechnął się Ash, po czym zawołał głośno: - Maxiu! Możesz przyjść tu na chwilę?!
Max wrócił jakiś kwadrans wcześniej wraz z Bonnie, Lyrą i Khourym, dlatego mój luby wiedział, że może go śmiało poprosić o pomoc. Niestety, nasz kochany haker nie odpowiedział na wołanie, choć siedział w sąsiednim pokoju. Widocznie był bardzo zajęty gadaniem o jakiś swoich sprawach z Khourym, o czym świadczyły odgłosy prowadzonej właśnie rozmowy, które to odgłosy dochodziły do nas z sąsiedniego pokoju.
- Maxiu! - zawołał głośniej Ash.
- Pika-pika! - pisnął Pikachu.
- Chyba będziemy musieli się tam do niego pofatygować - stwierdziłam wesoło.
- A po co? Mam lepszy pomysł - powiedziała Bianka, po czym wydarła się na całe gardło: - MAX! DO NOGI! ALE JUŻ! SZEF CIĘ WOŁA!
Nie trzeba było długo czekać, a do pokoju nagle wparował Max wraz z Bonnie, Lyrą i Khourym.
- Do nogi?! - mruknął gniewnie haker - Ja do nogi?! Ty lepiej uważaj, Bianka, bo jak mnie wkurzysz, to...
- Spokojnie, Maxiu - uśmiechnął się lekko Ash - Bianka wcale nie chciała cię obrazić.
- Nie jestem tego taki pewien - mruknął Max.
- Stary, to teraz nie jest ważne - powiedział wesoło Khoury - Ash ma do ciebie jakąś sprawę.
- A i owszem, mam - potwierdził mój luby - Sherlock Ash ma sprawę do swojego hakera.
- Poważnie? - Max z miejsca się rozpromienił - No, skoro tak, to już inna sprawa. A więc mów, stary. O co chodzi?
- I czy to oznacza, że już porzuciłeś tę głupią emeryturę? - zapytała z nadzieją w głosie Lyra.
- Właśnie! Czy to oznacza, że wróciłeś do gry? - dodała Bonnie.
- Spokojnie, nie galopujcie zbyt daleko - uśmiechnął się Ash - To tylko chwilowa potrzeba. A więc, Max... Chodzi o to, abyś coś sprawdził w necie dla nas. To bardzo pilne.
- Tak mi mów, szefuńciu! - zasalutował mu Max - No, to co mam ci sprawdzić?
Ash wyjaśnił mu wszystko, a Max oczywiście obiecał jeszcze dzisiaj sprawdzić to dla niego i z miejsca go o tym powiadomić. To jednak zostało nieco odłożone w czasie, gdyż Lorenzo zarządził kolację dla nas wszystkich i praktycznie wszyscy zostali zagonieni przez Biankę do kuchni. Gdy już posiłek był gotowy, to usiedliśmy wszyscy przy stole i uraczyliśmy się nim. Skorzystaliśmy też z okazji, że są z nami też Herbert i Maren (którzy wrócili ze zwiedzania miasta) i mogli dokończyć opowieść o swoim śledztwie w regionie Sinnoh, która to opowieść bardzo nas ciekawiła.


C.D.N.

czwartek, 27 września 2018

Przygoda 117 cz. III

Przygoda CXVII

Wilkołak działa nocą cz. III


Chris wraz z Joy zaprowadził nas do gabinetu swego ojca. Jego wygląd nie był dla mnie bynajmniej niespodzianką. Ostatecznie spodziewałam się właśnie czegoś takiego. A co zobaczyłam? Niewielki, acz schludny pokój z małą biblioteką, sporym biurkiem, małą sofą i oknem z widokiem na ogród. Na biurku panował ład i porządek, z kolei na regale książki były poukładane w sposób dość chaotyczny i nieskładny.
- No i co o tym powiesz? - spytała Herberta.
- Pytasz mnie o pokój? - uśmiechnął się na to detektyw - Czy o jego właściciela?
- Raczej o to drugie. Ciekawi mnie, co byś powiedział o osobie, która tutaj na co dzień urzęduje.
Herbert pomyślał przez chwilę, obejrzał sobie cały pokój z uwagą, po czym powiedział:
- Myślę, że jego właściciel jest osobą bardzo zapracowaną, choć stara się być uporządkowany, a przynajmniej w tym, co robi. Zdarza mu się, iż pracuje do bardzo późna w nocy, lubi dobrą, mocną kawę, a także muzykę klasyczną. Sądzę też, że zna on kilka języków obcych, w tym przynajmniej jeden język wymarły.
- Geniusz! Naprawdę geniusz! - zawołała z zachwytem w głosie Joy, patrząc radośnie na Herberta.
- A skąd wiesz to wszystko? - zapytał Chris.
Ponieważ znałam dość dobrze metody pracy Herberta, to postanowiłam spróbować odgadnąć, po jakich szczegółach rozpoznał on takie oto cechy profesora Peepera.
- Biurko jest uporządkowane i wszystkie papiery leżą tutaj w pięknym ładzie, czego nie da się już powiedzieć o książkach na regale. Na biurku jest kubek z resztkami kawy...
Powąchałam lekko kubek i uśmiechnęłam się.
- Dobra kawa i mocna. Piją ją zwykle ci, co lubią dużo pracować i chcą się wzmocnić.
- Właśnie - pochwalił mnie z uśmiechem Herbert - Co jeszcze możesz powiedzieć o profesorze?
- Widzę na stoliku tuż przy oknie gramofon oraz kilka płyt. Napisy na pudełkach wskazują, że to muzyka klasyczna. A co do języków obcych... Widzę na grzbietach książek kilka tytułów po francusku i niemiecku.
- Brawo, Maren. A język wymarły? - uśmiechnął się Herbert.
- A tego to ja już nie wiem.
Detektyw parsknął śmiechem i wskazał na książkę, która leżała na podłodze, otwarta i grzbietem do góry.
- Proszę, oto dowód.
- Nie widzę związku.
- Naprawdę? Na okładce jest napis w starożytnej grece. Założę się, że treść także jest w tym samym języku zapisana.
Herbert założył gumowe rękawiczki, podniósł książkę i przyjrzał się jej z uwagą.
- Miałem rację. To nowe wydanie jakiegoś bardzo ciekawego dzieła. Ale za to wydanego w oryginale, bez żadnego tłumaczenia na język nam współczesny. Ciekawe... Widać profesorek nie lubi chodzić na łatwiznę.
- To zdecydowanie nie jest w jego stylu - powiedział Chris - Płacił już nieraz krocie za różne takie dzieła jak choćby „Odyseję“ w bardzo pięknym wydaniu, ale za to w oryginale.
- Dość kosztowny kaprys - zauważyłam.
- Ale za to jaki piękny - uśmiechnął się Herbert, pykając powoli fajkę - A teraz przyjrzyjmy się, co też pan profesor ma w swoim biurku. Maren, pomożesz mi?
- Jasne. A masz gumowe rękawiczki dla mnie?
- Też pytanie. Równie dobrze mogłabyś mnie zapytać o to, czy woda jest mokra.
- A jest? - zapytałam zadziornie.
- Bardzo śmieszne - rzucił detektyw i podał mi rękawiczki.
Założyłam je, po czym oboje zaczęliśmy dokładnie przeglądać biurko profesora. Powoli wyjmowaliśmy z szuflady tego oto mebla kilka różnych rzeczy, które bardzo nas zaintrygowały.
- No proszę, jaki ciekawy zbieg okoliczności - powiedziałam, kiedy w mojej dłoni znalazła się książka z pyskiem wilka na okładce - Zobacz tylko, Chris, co czyta twój kochany tatuś.
Nasz klient wziął ode mnie książkę i przyjrzał się jej dokładnie.
- „Wilkołaki w kulturach świata“. Dziwne.
- Tak, to jest bardzo dziwne - dodała Joy, również oglądając książkę - Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co się ostatnio tutaj dzieje.
- Nie przypominam sobie takiej książki w bibliotece ojca - rzekł Chris.
- Być może jest nowa - zauważył Herbert i oglądał dalej - O! A tu jest coś jeszcze ciekawszego.
To mówiąc wyjął z szuflady zieloną wstążkę i małe pudełko, w którym znajdowała się strzykawka. W tej samej szufladzie było jeszcze kilka fiolek z przeźroczystym płynem.
- O Boże! - jęknęła załamana Joy - Chyba nie chcecie powiedzieć...
- Nie chcemy, ale wiele na to wskazuje - przerwałam jej.
Herbert dla pewności wyjął z jednej fiolki korek i powąchał delikatnie przedmiot, a następnie nalał sobie na palec odrobinę tego płynu, po czym wziął go na język.
- Wiecie... Miałem już do czynienia z różnymi narkotykami, ale to mi nie smakuje jak żaden z nich - powiedział.
- A co z ciebie taki znawca, co? - spytałam złośliwie - Żeby tak nagle organoleptycznie ustalić, czy to narkotyki, czy nie?
- Nie brałem nigdy, jeżeli o to ci chodzi - odpowiedział mi ironicznie detektyw - Ale przeszedłem odpowiednie szkolenie i to pod okiem mojego mentora, dzięki któremu nauczyłem się rozróżniać narkotyki po smaku oraz po zapachu. Ten jednak nie pasuje mi na żadną z używek, z którymi miałem do czynienia.
- Może to jakaś nowa mieszanka?
- Być może. Warto to dać do analizy, jednak obawiam się, że profesor może wiedzieć, ile ma fiolek tego czegoś, więc wolę nie brać żadnej z nich.
- Więc jak chcesz to dać do analizy?
- W bardzo prosty sposób. Dajcie mi pustą fiolkę i pipetę. I jak macie olej rycynowy lub coś w tym stylu, to także.
Chris i Joy podali mu te przedmioty, zaś Herbert powoli nabrał z fiolki profesora do pipety ów przeźroczysty płyn, po czym nalał go do pustej fiolki, a następnie nalał z buteleczki podanej mu przez Joy odrobinę oleju rycynowego do opróżnionej fiolki, zakorkował ją i schował do szuflady.
- Proszę. W ten oto sposób profesor nie zorientuje się w niczym, a my będziemy mogli to zbadać.


- Myślicie, że mój teść to bierze i za sprawą tego czegoś zamienia się w wilkołaka? - zapytała Joy.
Chris obruszył się lekko.
- Kochanie, proszę cię! Przecież nie istnieje w nauce coś takiego jak wilkołak! Jest likantropia oraz kilka innych chorób, które mogą sprawiać wrażenie, że ktoś jest człowiekiem wilkiem, ale przecież to tylko choroby i nie mają one nic wspólnego z mitami ani legendami.
- To skąd się wzięły te wszystkie historie?
- Z ludzkiego strachu i wybujałej wyobraźni ludzi.
- Nie tylko z tego - zauważył Herbert - Wiecie, że niektóre plemiona Wikingów faszerowały się narkotykami, po czym nakładały na siebie skóry wilków i w takim oto stanie atakowały wrogów i to zwykle nocą? W takim stanie byli szaleni i nienormalni i mogli sprawiać wrażenie ludzi wilków, zwłaszcza, gdy atakowali nocą. W podobny sposób postępowali naturalni mieszkańcy Afryki i Azji, przy czym oni się przebierali w skóry lampartów i innych dzików kotów, dlatego byli znani jako lampartołaki.
- Aha. Czyli inaczej mówiąc historia wilkołaków ściśle się wiąże z narkotykami i ludzkim strachem ofiar tych naćpanych wariatów - rzuciła Joy - Ale czy mój teść również należy do tych wariatów?
- Śmiem w to wątpić - powiedział Chris - Joy, która widziała wyraźnie tę bestię twierdziła, że to była istota cała porośnięta sierścią, ale miała na sobie coś jakby resztki ubrań.
- Ciekawe - Herbert oglądał właśnie coś jakby niewielki notes, który właśnie wyjął z biurka profesora - Zobaczcie tylko. Tu są jakieś daty i jakieś dopiski do nich. Jakby coś notował regularnie.
Spojrzałam na notes i zobaczyłam owe zapiski.
- Tak... Tak jakby przeprowadzał jakieś badania i to regularnie. Ale nie rozumiem, co to oznacza. Chris, może ty wiesz?
Nasz młody przyjaciel spojrzał w zapiski i przeczytał kilka na głos.
- „Jedna dawka, to za mało... Efekt dobry, ale raczej znikomy... Znowu mało efektów“... O! A to ciekawe... „Podwójna dawka, doskonały skutek, ale też efekty uboczne“... Efekty uboczne? O co tu może chodzić?
- Pewnie o to, że twój ojciec, będąc na haju, biega sobie po lesie jako wilkołak - powiedziała żona Chrisa.
- Joy, błagam cię! Mój ojciec bywał lekkomyślny, ale żeby aż tak? I po co on niby miałby to robić? Dla eksperymentu?
- A książka o wilkołakach, którą znaleźliśmy w biurku?
- To tylko dowodzi, że się nimi interesuje od czasu, kiedy znaleziono ślady tego stwora. Jak dla mnie, to ojciec pomaga jakiemuś podejrzanemu koledze ze studiów w jego bardzo podejrzanych badaniach i stworzyli razem jakiegoś mutanta, który teraz wymknął się spod kontroli i biega gdzieś po lesie. Nie ma w tym nic paranormalnego.
- Ale za to dużo w tym zachowania nielegalnego, prawda?
- Podejrzewam, że nie.
- I co teraz zrobisz?
Chris westchnął załamanym głosem.
- Nie mogę uwierzyć w to, że ojciec na stare lata zechciał nagle złamać prawo, ale jeśli to zrobił, to będzie musiał za to odpowiedzieć.
- Spokojnie, nie wyciągajmy pochopnych wniosków - powiedziałam - Dowiemy się wszystkiego, tylko na spokojnie. Musimy najpierw pogadać z tymi nastolatkami, którzy widzieli tego wilkołaka na żywo. Może oni nam coś powiedzą.
- I przy okazji musimy też pomówić z narzeczoną twojego ojca - rzekł Herbert, dalej przeglądając notes profesora Peepera - A tak przy okazji, to kto mieszka na Philadelphia Street 12?
- Nie wiem, a czemu pytasz? - zdziwił się Chris.
- Ponieważ ten adres jest w notesie twojego ojca. I to podkreślony dwa razy.
- Nie wiem, kto tam mieszka.
- Tam jest apteka - powiedziała nagle Joy.
- Jesteś pewna? - spytałam.
- Tak, kupowałam tam kiedyś leki dla mego teścia. Ma małe problemy z... No, wiecie z czym.
Herbert uśmiechnął się delikatnie, bo zaraz zrozumiał, o co chodzi.
- Ale chyba nie jest...
- Nie! Znaczy ja tam nie wiem, ale jego narzeczona się nie skarżyła - odpowiedziała wesoło Joy - Ale rozumiecie, lata już nie te, co kiedyś. Co prawda daleko mu jeszcze do starości, ale nigdy specjalnie o siebie nie dbał i cóż...
- Rozumiem. Zasiedziały tryb życia, zero ćwiczeń czy też gimnastyki i proszę... Efekty dają o sobie znać.
- Tak, a ostatnio ojciec nagle zainteresował się gimnastyką - rzekł na to Chris - Kupił sobie hantle, zaczął biegać wokół domu i w ogóle...
- A to wszystko z powodu ślubu, który planuje wziąć z tą dziewczyną - wtrąciła Joy.
- A co wy sądzicie o tym ślubie? - zapytałam.
Chris wzruszył lekko ramionami i powiedział:
- To sprawa ojca, z kim się żeni. Mnie nic do tego, choć przyznaję, że nie będzie mi komfortowo mieć macochę trochę tylko starszą ode mnie.
- Ja mam tak samo, ale skoro mój teść się zakochał, to kim ja jestem, aby mu tego zabraniać? - dodała Joy i uśmiechnęła się lekko - Poza tym ja dobrze wiem, co to znaczy zakochać się. Pamiętam, jak pokochałam Chrisa. Byliśmy wtedy dziećmi.


- O tak, to prawda - uśmiechnął się Chris - Oboje mieszkaliśmy po sąsiedzku i często spędzaliśmy ze sobą czas. Byliśmy nierozłączni, ale nigdy nie sądziliśmy, że się pobierzemy... Do czasu, aż Joy przyszła do mnie zła jak Beedrill z takim kolorowym pisemkiem w dłoni.
- A co w nim było? - zapytał wesoło Herbert.
- Że jej ulubiony gwiazdor filmowy się żeni, co ją bardzo rozdrażniło, bo liczyła, że ożeni się z nią, kiedy tylko ona dorośnie. A potem podarła gazetę na strzępy i gdy ją uspokoiłem, to dodała, że mam rację i nie powinna się złościć, bo kiedyś jeszcze pozna chłopca, który będzie przystojny, miły, silny i mądry.
- Tak, a ty powiedziałeś na to, że obawiasz się, iż nie masz tylu zalet - zachichotała Joy - No, a ja od tego czasu zaczęłam patrzeć na ciebie nieco inaczej i cóż... Potem wspomniałeś, że jesteś podobny do swojego taty, a on był wtedy bardzo przystojnym mężczyzną. Zresztą nadal taki jest. I ja ci powiedziałam, że jak dorośniesz, na pewno będziesz równie przystojny, co on i obiecałam jeszcze, iż poczekam na ciebie, aż dorośniesz.
- Wtedy myślałem, że mówisz to żartem.
- No cóż... To było trochę żartem, a trochę też na poważnie. Ale sam widzisz, że zaczekałam na ciebie.
- Co racja, to racja.
Oboje z Herbertem parsknęliśmy śmiechem, słysząc tę uroczą i dosyć zabawną historię naszych uroczych klientów.
- Dobrze, kochani. Pora skończyć wspominki z przeszłości i wrócić do naszej smutnej rzeczywistości - powiedział Herbert, uśmiechając się przy tym delikatnie - Gdzie znajdziemy tę parę nastolatków, która widziała tego wilkołaka?
- W Centrum Pokemon - odpowiedziała Joy.
- Dobrze, a więc idziemy tam. A przy okazji zadzwonimy do profesora Rowana. Chcę mu przesłać coś do zbadania.

***


Ja i Herbert poszliśmy do Centrum Pokemon, gdzie łatwo zdołaliśmy znaleźć Lyrę i Khoury’ego. Siedzieli oni w swoim pokoju, w którym właśnie grali razem w szachy. Ledwie nas zobaczyli, a szybko się oderwali od tej czynności i wstali z krzeseł, przyjmując postawę pełną szacunku.
- Dzień dobry, panie Jones - powiedzieli chórem - Witaj, Maren.
- My się znamy? - zapytałam zdumiona.
- Jak to, nie pamiętasz nas? - zapytała Lyra wesoło - Przecież już się znamy od jakiegoś czasu.
- W sumie, to coś mi się przypomina - powiedział Herbert - Czy aby nie z czasów Bitwy o Kanto?
- Dokładnie tak. Wtedy widzieliśmy się pierwszy raz, a potem znowu widzieliśmy się podczas urodzin Asha. I chyba nawet podczas tego przyjęcia z okazji powrotu Asha, kiedy on ujawnił, że jednak żyje, a nie zginął, jak wszyscy myśleli.
- Ach tak, teraz sobie was przypominam! - zawołałam wesoło - O rany, wybaczcie mi, proszę. A wiecie co? Od początku wasze imiona wydawały mi się jakieś dziwnie znajome.
- Miło mi to słyszeć - powiedział przyjaznym tonem Khoury - Ale co was sprowadza w te strony?
- Sprawa wilkołaka - wyjaśniłam - Wynajęli nas państwo Peeper.
- Ach, oni! - zawołała wesoło Lyra - Rozmawiali niedawno z nami w tej sprawie. Wspominali, żebyśmy nie opuszczali miasta, bo być może ktoś od nich zechce z nami rozmawiać w tej sprawie. Ale nie wspominali, że to będziecie wy.
- No właśnie, to naprawdę zagadkowa sprawa, nie sądzicie? - zapytał Khoury - Czy wyciągnął pan już z niej jakieś wnioski, panie Jones?
- Jakieś wnioski wyciągnąłem, jednak wolę nie mówić o nich za wiele, póki się nie upewnię, że są słuszne - odpowiedział Herbert i uśmiechnął się - Ale proszę, mówcie mi po imieniu. Razem walczyliśmy w Bitwie o Kanto, więc wolę być na „ty“ z towarzyszami broni.
- No, z tymi towarzyszami broni pan trochę przesada, ale to prawda, razem walczyliśmy w tej samej bitwie - rzekł wesoło Khoury - Nie wiem tylko, czy zdołam się przemóc i mówić do pana po imieniu.
- Postaraj się, bo inaczej zacznę brać pensa za każdym razem, gdy się pomylisz.
- Pensa? A nie lepiej centa? Bo ja nie mam przy sobie pensów.
- Tym bardziej więc postaraj się, aby nie mówić do mnie inaczej niż po imieniu.
Wszyscy zaśmialiśmy się z tej wypowiedzi, po czym usiedliśmy sobie wygodnie i zaczęliśmy rozmawiać.
- Powiedzcie mi, jak to wyglądało? - spytałam na początek.
- Chodzi ci o spotkanie z tym wilkołakiem? - zapytał Khoury.
- Nie inaczej.
Chłopak lekko się zarumienił, jakby cała ta sprawa była dla niego co najmniej wstydliwa. Nie wiedziałam, dlaczego tak się zachowuje, ale Lyra bardzo szybko pospieszyła mi z pomocą, wyjaśniając tę sprawę.
- Khoury nie bardzo chce o tym mówić, bo to jest dość zwariowane - zaśmiała się delikatnie dziewczyna - Chodzi o to, że ja i on... To było dość zwariowane i sama mam poważne wątpliwości, czy powinniśmy o tym teraz rozmawiać.
- Jeśli to ma bezpośredni związek z tym wilkołakiem, to musicie nam wszystko opowiedzieć - powiedział stanowczym tonem Herbert.
Lyra westchnęła delikatnie, po czym zachichotała, jakby chciała sobie dodać nieco odwagi i zaczęła mówić:
- Chodzi o to, że oboje poszliśmy wtedy do lasu nad jezioro, które tam się znajduje. Wiecie, to takie bardzo piękne jeziorko i aż żal było w nim nie popływać, zwłaszcza po północy. Dlatego też wpadłam na pomysł, aby tam pójść w nocy i popływać. Khoury poszedł ze mną i wtedy... No i wtedy ja właśnie...
Dziewczyna westchnęła głośno, po czym uśmiechnęła się ona wesoło i zaczęła dalej mówić:
- No i wtedy właśnie, kiedy tylko znaleźliśmy się nad jeziorem, to ja się rozebrałam do naga i weszłam do wody, a potem zawołałam do Khoury’ego, aby do mnie dołączył.
- Wahałem się i to bardzo, wstydziłem się, ale w końcu się zdobyłem na odwagę - wyjaśnił Khoury, a jego twarz płonęła bardzo wielkim rumieńcem - Też się rozebrałem i dołączyłem do Lyry.
- Aha... To bardzo ciekawa zabawa - zachichotałam wesoło - Tylko się tam kąpaliście, czy może jeszcze...?
- Kochana moja, to ich prywatna sprawa - powiedział Herbert - Choć mam przeczucie, że raczej to drugie, prawda?
Lyra i Khoury nic nie odpowiedzieli, ale wyraźnie oboje bardzo mocno się zarumienili.
- A więc jednak - detektyw był z siebie bardzo zadowolony - No, ale do rzeczy. Opowiadajcie, co widzieliście.
Lyra westchnęła i zaczęła dalej mówić:
- No więc, zrobiliśmy... to, co zrobiliśmy, a potem usiedliśmy nadzy na brzegu i zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, aż nagle usłyszeliśmy coś za sobą. Odwróciliśmy się, aby zobaczyć, kto idzie w naszą stronę, gdy nagle to coś zobaczyliśmy.


- To coś, czyli wilkołaka? - spytałam.
- Tak, ale mówię wam, to było straszne - jęknęła załamanym głosem dziewczyna, ocierając sobie pot z czoła - To było ogromne, straszne bydlę, stało na tylnych łapach, było całe porośnięte gęstą sierścią, miało ostre kły i wielkie pazury. Na widok tego czegoś wrzasnęłam ze strachu, a to bydlę ryknęło na mnie i uciekło w krzaki.
- Ryknęło i uciekło? - zapytał zdumiony Herbert - A to ciekawe. Nie sądzę, aby wilkołak, takie silne stworzenie mogłoby się przestraszyć krzyku nastolatki.
- No właśnie - zgodziłam się z nim - To brzmi naprawdę bardzo, ale to bardzo podejrzanie.
- Ja mówię prawdę, a zresztą Khoury świadkiem - rzuciła Lyra, która chyba pomyślała, że zarzucamy jej kłamstwo.
Zaśmiałam się delikatnie i powiedziałam:
- Spokojnie, Lyra. Tylko spokojnie. Przecież żadne z nas nie sugeruje ci, że kłamiesz. Wręcz przeciwnie, my ci wierzymy.
- Właśnie, ale sama chyba przyznasz, że to niezwykłe zachowanie jak na wilkołaka - dodał Herbert - Nie sądzę, aby takie stworzenie mogło się tak po prostu was przestraszyć i uciec.
- My także mamy poważne wątpliwości - powiedział Khoury - I już mówiliśmy o tym policji i państwu Peeper, ale cóż... Jak dotąd kilka prób obławy nic nie dało.
- Czy policja zajęła się tą sprawą? - zapytałam.
- Tak, ale bardzo szybko uznała, iż jeśli to zwierzę, to nic nie może w tej sprawie zrobić i lepiej wezwać jakiegoś łowcę dzikich Pokemonów. Ale ludzie zamiast tego woleli sami złapać wilkołaka. Kilku odważnych zaczaiło się kilka razy w lesie, lecz nigdy go nie znaleźli. Raz czy dwa chyba nawet go widzieli, ale z daleka i bardzo szybko zniknął. A może tylko im się tak wydawało? Tak czy inaczej wiemy doskonale, że to stworzenie pojawia się w różnych odstępach czasu i trudno jest przygotować na nie obławę. Przez pierwsze kilka dni, gdy je zobaczyliśmy i ludzie się o tym dowiedzieli, to czekali w lesie, ale wilkołak się nie zjawił i dali sobie z nim spokój. I wtedy znowu się pojawił, potem była obława i znowu go nie było, a następnego dnia po obławie znów się pojawił. Ludzie, którzy samodzielnie kręcili się po lesie go widzieli, a poza tym widziało go też kilka osób mających okna na widok na pobliski las. Widzieli tego stwora biegającego pod lasem. No, a nawet gdyby go nie widzieli, to świeże ślady w pobliżu miasta mówią same za siebie.
- Czy ten stwór nigdy nie wszedł do miasta? - spytał Herbert.
- Nie wiemy, ale raczej nie. W każdym razie nikt go tam nie widział - odpowiedział mu Khoury.
- A czy podczas jakieś obławy ktoś go może widział? - zapytałam.
- Jak mówiłem, niektórym się wydawało, że go widzieli, ale nie doszło do kolejnej konfrontacji - odparł chłopak.
- Co o tym wszystkim myślicie? - zapytała Lyra.
- Nie wiemy jeszcze, co mamy o tym myśleć, jednak w każdy razie na pewno odrzucamy wszelkie paranormalne wyjaśnienia - odpowiedział jej Herbert.
- A więc co sądzicie o tym?
- Ja nie wiem, co mam myśleć, a nasz kochany detektyw chyba woli dla siebie zachować wszelkie wyjaśnienia - odpowiedziałam ironicznie.
- Owszem, jak na razie wolę nie wysuwać żadnych wniosków, póki nie odkryję wszystkich szczegółów - Herbert powoli nabił fajkę i ją zapalił - Ale jeśli coś odkryję, to możecie być pewni, że się z wami tym podzielę.
- A czy możemy wam jakoś pomóc? - zapytał Khoury.
- No właśnie! Chcemy pomóc zamiast czekać bezczynnie! - dodała podnieconym tonem Lyra.
Herbert pykając lekko fajkę i uśmiechnął się przyjaźnie.
- To doskonale, ponieważ miałbym dla was małe zadanie.
Dzieciaki nadstawiły uważnie ucha, aby wysłuchać, o co też chcemy je poprosić.

***


Lyra i Khoury ruszyli wykonać powierzone nam zadanie, a ja i Herbert skorzystaliśmy z miejscowego telefonu, aby zadzwonić do profesora Jasona Rowana. Na szczęście uczony był w swoim laboratorium, więc mogliśmy z nim porozmawiać.
- Dzień dobry, panie profesorze - powiedział na powitanie Herbert - Miło pana znowu widzieć.
- Ciebie również, Herbercie - uśmiechnął się lekko profesor - Co też sprawiło, że postanowiłeś do mnie zadzwonić?
- Bardzo ważna sprawa.
- Oczywiście. Czy w innej byś do mnie zadzwonił?
Herbert uśmiechnął się ironicznie, a po chwili rzekł:
- No dobrze. A więc czy mogę powiedzieć, czemu dzwonię?
- Skoro już raczyłeś sobie o mnie przypomnieć i zadzwonić do mnie, to mów śmiało. Jestem ciekaw, co też sprawiło, że postanowiłeś sprawić mi tę przyjemność i zadzwonić.
- Chodzi o to, że mam pewne obawy wobec pewnej nieco podejrzanej substancji - wyjaśnił Herbert i wyjął fiolkę, do której pobrał on ten rzekomy narkotyk z gabinetu profesora Peepera - Chciałbym pana prosić o to, żeby pan powiedział nam, co też to takiego może być.
Profesor spojrzał na nas z monitora aparatu telefonicznego, po czym powiedział z uśmiechem:
- Ciekawe. Bardzo ciekawe. Wygląda nad wyraz interesująco. A więc mam ci to sprawdzić?
- Tak. Prześlę to panu zaraz w pokeballu.
- Doskonale. A więc zrób to.
Herbert powoli wyjął pokeballa, otworzył go, a następnie schował do niego fiolkę, po czy zamknął kulę i umieścił ją na przyrządzie ustawionym tuż pod telefonem.
- Proszę, przesyłam to panu.
Nacisnął kilka przycisków, a następnie pokeball został wciągnięty do aparatury telefonicznej i zniknął w niej, aby zaraz potem pojawić się w laboratorium profesora Rowana. Już po chwili uczony miał fiolkę w ręku i z uwagą ją oglądał.
- Zbadam to i myślę, że już jutro będę mógł wam powiedzieć, co też to takiego jest. Gdzie mam dzwonić, aby wam przekazać wyniki badań?
- Sami do pana zadzwonimy w tej sprawie - odpowiedział Herbert - Prosimy jednak o pośpiech, ponieważ prowadzimy właśnie małe śledztwo, z którym ta tajemnicza substancja jest ściśle związana. A zatem im szybciej dowiemy się, co to takiego, tym lepiej dla całej sprawy.
- Rozumiem i bądźcie spokojni. Myślę, że zgodnie z zapowiedzią już jutro będę wam mógł udzielić odpowiedzi na to, co to takiego jest - rzekł profesor i uśmiechnął się lekko - Ale bądźcie też łaskawi pamiętać o tym, że uczonego nigdy nie należy poganiać.
- Pamiętamy o tym doskonale, panie profesorze - odezwałam się po raz pierwszy podczas tej rozmowy.
Profesor uśmiechnął się delikatnie i dodał:
- Spokojnie. Zbadam to jak najszybciej, a potem powiem wam, co też odkryłem. Ale liczę, że w zamian wyjaśnicie mi, o co tutaj chodzi.
- Wyjaśnimy panu wszystko i to ze szczegółami - odpowiedział na to z uśmiechem Herbert.
Rozmowa została po tych słowach zakończona, obraz na ekranie znikł, a słuchawka powróciła na widełki.
- Doskonale, jedna sprawa załatwiona - powiedział detektyw bardzo zadowolonym tonem - Teraz sprawdzimy coś innego, moja droga.
- A co zamierzasz sprawdzić? - spytałam - Chcesz może zajrzeć do tego lasu?
- To jeszcze zdążymy zrobić. A na razie zamiast wilkołaków bardziej mnie interesują ludzie, a konkretnie jedna osoba.
- A jaka?
Herbert uśmiechnął się delikatnie i wyjaśnił mi, o kogo mu chodzi.

***


Następną osobą, z którą zamierzaliśmy porozmawiać, była panna Tina Solaston. Dostaliśmy jej adres od Chrisa i Joy, dlatego też bez trudu ją znaleźliśmy, a kiedy już to zrobiliśmy, to poszliśmy do jej domu, aby z nią porozmawiać. Kobieta przyjęła nas, ale niezbyt chętnie to zrobiła, gdyż miał niedługo przyjść do niej jej narzeczony, dlatego też wolała się szykować na spotkanie z nim niż z nami rozmawiać.
- Przyjmuję u siebie państwa tylko i wyłącznie dlatego, że Chris i Joy mnie o to poprosili, jednak nie ukrywam, że nie sprawia mi to przyjemności - powiedziała kobieta nieuprzejmym tonem.
Tina to była młoda osoba, która jeszcze nie ukończyła trzydziestki, posiadaczka pięknych, ogniście rudych włosów skręconych w różne loki, a także ślicznych, zielonych oczu, którymi pewnie oczarowała już niejednego faceta. Odniosłam wrażenie, że Herbert jest bardzo zachwycony urodą tej paniusi. Nie wiem, czy mam rację, ale tak czy inaczej, jeśli tak było, to nie dziwiłam się profesorowi Peeperowi, że uległ jej urokowi, bo z pewnością jej dobre maniery go nie mogły oczarować z tej prostej przyczyny, że ta baba po prostu ich nie posiadała.
- Spokojnie, proszę pani. Nie zajmiemy pani wiele czasu. Chcemy się tylko panią zapytać, co pani wie w sprawie tego wilkołaka, który ostatnio tutaj grasuje.
- Ja? Nic o nim nie wiem - odpowiedziała ponuro Tina, choć już nieco milszym tonem, jakby wręcz przerażonym - Nie miałam na szczęście okazji zobaczyć tego stworzenia na własne oczy, ale bardzo się cieszę, że tak jest, ponieważ nie palę się do tego, aby je zobaczyć.
- Nie dziwię się pani - powiedziałam dowcipnie - Sęk jednak w tym, iż ten stwór istnieje i mogą być z nim jeszcze problemy, dlatego musimy go złapać i to jak najszybciej.
- Wobec tego źle państwo trafiliście - stwierdziła kobieta - Ja nie biorę udziału w urządzanych na niego obławach i nie wiem, kiedy nastąpi kolejna, choć podobno teraz mają zasadzać się w lesie co noc z nadzieją, że w końcu go złapią.
- Rozumiem, to ciekawe - powiedział Herbert - Skąd pani to wie, skoro się pani tym nie interesuje?
- Koleżanka, która bierze udział w obławie mi o tym mówiła. Ją wręcz pociągają takie niebezpieczne sytuacje i opowiadała mi raz o tym, że jak się to zaczęło, to trzy noce przesiedziała z resztą tych wariatów w lesie, ale wilkołak się nie zjawił, śladów nowych też nie było, więc wrócili do domu i co? Następnej nocy znów się pojawił i kręcił się koło miasta i znów zrobili obławę i znów go nie znaleźli, choć nowe ślady były widoczne na ziemi w lesie i w pobliżu miasta. I tak to się ciągle toczy, że widzą jego ślady, a jego samego bardzo rzadko i prawie nigdy podczas obław.
- Prawie? - spytałam.
- Moja koleżanka twierdzi, że z całą pewnością widziała go, jak ucieka w kierunku przeciwnym do miejsca, w którym czekała na niego zasadzka. Ale oczywiście nie znaleziono go. A teraz ludzie się wkurzyli i postanowili robić obławę co noc, więc cóż.. Prędzej czy później ta bestia musi wpaść im w ręce. To tylko kwestia czasu.
- A co o tym wszystkim sądzi profesor Peeper? - zapytał Herbert.
- Mój narzeczony jest zdania, że ten wilkołak to jakieś zwierzę, które uciekło z laboratorium, ponieważ prowadzono nam nim bardzo podejrzane eksperymenty. Nie przejmuje się tym i uważa, że to wszystko skończy się tak szybko, jak się zaczęło.
- Nie jest więc zaniepokojony?
- W żadnym razie.
- A więc musi być bardzo odważnym człowiekiem.
- Owszem, choć nie należy mylić odwagi z brakiem rozsądku.
- To znaczy?
- Bo widzicie... Osobiście uważam, że on czasami postępuje naprawdę bardzo lekkomyślnie.
- Jak to?
- A jak inaczej nazwiecie państwo to, że chodzi po nocach i wraca do swojego syna i synowej z każdej wycieczki u mnie?
Spojrzeli na siebie z Herbertem bardzo zaintrygowani tym, co właśnie usłyszeliśmy, a potem spojrzeliśmy na młodą kobietę, aby kontynuować tę rozmowę.
- Co to oznacza? - spytałam - Chce pani nam powiedzieć, że profesor Peeper wraca zawsze po nocach do domu? Nie zostaje u pani na noc?
Byliśmy tym bardzo zdumieni. Słyszeliśmy co prawda od Chrisa i Joy o jednym takim przypadku, ale okazało się, że jest ich więcej, o czym nasi klienci zapomnieli nam wspomnieć.
- Nie, nie zostaje on u mnie i wraca po nocy do siebie, co uważam za szczyt lekkomyślności - stwierdziła ponuro Tina - I nie rozumiem, czemu on tak się zachowuje. Gdybyśmy nigdy tego ze sobą nie robili, to bym jeszcze rozumiała, że Uriah chce zachować pozory moralności, ale przecież ja i on jesteśmy kochankami. No tak, jesteśmy nimi i jakoś wcale się tego oboje nie wstydzimy. A co?! Państwo może uważają, że to niemoralne?
- Skądże. Nic nam do cudzego, prywatnego życia - zarzekłam się - W końcu mamy już XXI wieku, a nie XIX, chociaż i wtedy również bywały z pewnością podobne przypadki, tylko nie mówiło się o tym na głos.
- Właśnie. Wtedy to nie wypadało, a teraz wypada - uśmiechnęła się wesoło kobieta - A jeśli nawet nie wypada, to mnie to nic nie obchodzi. Ja kocham Uriaha i zamierzam wraz z nim spędzić przyjemnie życie.
- No, ale różnica wieku...
- I co z tego? Nie jest znowu tak stary, a ja nie jestem dzieckiem. Oboje jesteśmy dorośli, więc w czym problem?
- W niczym - uśmiechnął się Herbert Jones - Ale bardzo proszę nam powiedzieć, w jaki sposób państwo zostaliście parą?
- Ach, to było przyjęcie urodzinowe Chrisa, syna profesora - rzekła z uśmiechem Tina - Joy, to znaczy jego żona jest mi bardzo dobrze znana i razem urządziłyśmy mu przyjęcie urodzinowe w miejscowej restauracji. Brałam też udział w tej zabawie i podczas niej poznałam Uriaha. To była miłość od pierwszego wejrzenia, zapewniam was.
- Nie śmiemy w to wątpić - uśmiechnął się ironicznie Herbert - Ale tak czy siak na pewno syn i synowa mieli pewne wątpliwości wobec państwa związku, prawda?
- Wątpliwości były i owszem, ale żadnego protestu nie było. Żadne z nich nie powiedziało mi ani jednego, niemiłego słowa.
- To znaczy, że go popierają?
- Czy ja wiem, czy popierają? Ale nie protestują, a to najważniejsze.
- Rozumiem. A proszę nam powiedzieć, czy profesor codziennie panią odwiedza?
- Tak, ale nie zawsze spędzamy ze sobą upojne wieczory, jeśli o to pan chce zapytać - zaśmiała się dowcipnie Tina - Czasami Uriah bywa także pod wieczór u miejscowego aptekarza.


- Aptekarza? - spytałam.
- Tak, u tego całego Heepa czy Heesa... Nie pamiętam, jak on się tam nazywa. Podobno to kumpel Uriaha ze studiów. Załatwia mu kilka leków wzmacniających na... No, wiecie co.
- Aha... Takie buty - uśmiechnęłam się - A więc pan profesor nie staje na wysokości zadania?
- Skądże, staje i owszem, ale z jakiegoś powodu sobie ubzdurał, że nie robi tego dostatecznie dobrze i pomimo moich rad zaczął brać te dziwne leki od swojego kumpla.
- Nie wie pani może, jakie to leki?
- Nie wiem, ale niewiele mnie to interesuje. Skoro tak się troszczy o mój komfort w tych sprawach, to ja nie będę mu tego zabraniać. Zresztą jest dorosły i wie, co robi.
- Powiedzmy - mruknęłam złośliwie.
- Jeszcze jedno, panno Tino - odezwał się Herbert - Chciałbym zapytać panią, czy może pani zauważyła jakieś zmiany w profesorze odkąd zaczął on zażywać te leki?
- Cóż, jest z pewnością bardziej sprawny, ale dziwnym trafem musi się codziennie rano golić, bo nocą mu wyrasta tak gęsty zarost, że nie czuje się w nim komfortowo. Tak w każdym razie mi mówi.
- To ciekawe - powiedział detektyw, zaraz pogrążając się we własnych myślach - A więc goli się codziennie?
- Tak, ale chyba jakoś kiepsko mu to idzie, bo miał raz lekkie ranki na twarzy, gdy do mnie przyszedł. Mówił mi wtedy, że goląc się tak bardzo się spieszył, że aż się zaciął i to kilka razy.
- Rozumiem. Interesujące - uśmiechnął się Herbert - To już wszystko z mojej strony. Bardzo pani dziękuję za miłą rozmowę.
- Ja również, chociaż dziwi mnie, że najpierw pyta pan o wilkołaka, a potem o mojego narzeczonego. W końcu, co ma piernik do wiatraka?
- W tym wypadku bardzo wiele - rzekł wesoło detektyw - Choćby to, że pierniki piecze się z mąki, które to kiedyś się wyrabiało w takich właśnie wiatrakach.
- No tak, trudno temu zaprzeczyć - zaśmiała się Tina - A teraz muszę państwa przeprosić, ale zaraz ma się zjawić Uriaha. Mam nadzieję namówić go, żeby dzisiaj raczył zostać u mnie na noc, dlatego prosiłabym państwa, abyście państwo już sobie poszli, bo on tak za chwilę powinien przyjść...
Wtem do pokoju wszedł nagle profesor Peeper z bombonierką w ręku i kwiatami w drugiej ręce.
- A właściwie to już przyszedł - dokończyła kobieta.
- Proszę się nie przejmować, my już wychodzimy - powiedziałam.
- O! Ciekawe - rzucił niezadowolonym tonem profesor - Jak widzę, państwo tutaj także się kręcą. Czyżby dalej w sprawie tego wilkołaka?
- Owszem, w tej samej - odpowiedziałam mu - A czy to coś złego?
- Nie, ale zdecydowanie wolałbym, aby państwo więcej nie nachodzili ani mnie, ani mojej narzeczonej, zwłaszcza w sprawach tak absurdalnych.
- Absurdalnych? - zapytałam złośliwie - Czyli uważa pan sprawę tego wilkołaka za coś absurdalnego? Przecież to stworzenie naprawdę istnieje!
- Nie mówię, że nie istnieje, ale miło by mi było, gdyby tak państwo, jeśli już musicie go szukać, zaczepiali w tej sprawie osoby, które coś o nim wiedzą, a nie moją narzeczoną.
- Spokojnie, już nikogo nie zaczepiamy i idziemy sobie - rzuciłam mu zgryźliwie i wyszłam z domu, a Herbert za mną.
Chwilę później drzwi za nami zamknęły się w sposób dość głośny.
- Przyjemniaczek, co nie? - zachichotał Herbert - Chyba nas nie lubi.
- Nic dziwnego, skoro ma coś na sumieniu - powiedziałam - Jestem tylko ciekawa, co to takiego. Bo chyba nie to, że bawi się w strasznie ludzi z okolicy w skórze wilka.
- To zdecydowanie możemy odrzucić.
- A więc co to takiego? I dlaczego tak bardzo to próbuje przed nami ukryć? Zresztą nie tylko przed nami?
- Spokojnie, Maren. Tylko spokojnie. Wszystkiego się dowiemy, ale w swoim czasie. A na razie wracajmy do Centrum Pokemon. Chciałbym coś zjeść, a tam serwują całkiem dobre dania dla takich podróżników jak my.

***


Zegar w pokoju wybił godzinę 22:00 i Maren przerwała nagle swoją opowieść, zaś Lorenzo spojrzał uważnie w kierunku cyferblatu i powiedział:
- O rany! To już ta godzina?! Ale późno! Trzeba się zbierać do spania.
- Hej! No bez takich! - zaczęliśmy krzyczeć jeden przez drugiego.
- No właśnie! Co my, dzieci jesteśmy, że musimy tak wcześnie chodzić spać? - spytała Bonnie.
- A niby kim jesteś, jak nie dzieckiem? - zapytał z ironią w głosie jej starszy brat - Poza tym już ziewasz ze zmęczenia.
- Ja wcale nie ziewam, ja tylko... - jęknęła Bonnie, po czym bardzo głośno ziewnęła.
- Tak, właśnie widzę, że nie ziewasz. No, chodź już spać.
- Jasne, ja pójdę spać, a wy sobie wysłuchacie dalszego ciągu tej fajnej opowieści, co?
- Nie, ponieważ wszyscy już idziemy spać - zarządziła Bianka - I kiedy mówię wszyscy, to znaczy wszyscy i to bez wyjątku.
Latias uśmiechnęła się wesoło, po czym delikatnie klepnęła Latiosa w ramię i oboje powoli wstali z miejsc, które zajmowali.
- Szkoda, bo tak fajnie nam się razem spędza czas - powiedziała Dawn.
- Tak, to prawda, ale wszystko ma swoją porę. Sen także - rzekł nieco filozoficznym tonem Lorenzo - Teraz jest pora na sen. Jutro wysłuchamy tę opowieść do końca, bo naprawdę jest bardzo ciekawa.
- Pewnie, że ciekawa - zgodziłam się - Maren fajnie opowiada.
- Ej, no! Bez jaj! - zawołał oburzony Max - Maren, co ty niby jesteś, Szeherezada czy co, żeby tak przerywać historię w najlepszym momencie i kazać nam iść spać?!
- No właśnie! - poparła go Bonnie - Chcemy usłyszeć dalszy ciąg tej historii.
Po tych słowach głośno ziewnęła.
Maren uśmiechnęła się do delikatnie, pogłaskała ją lekko po głowie i powiedziała czule:
- Spokojnie, kochanie. Obiecuję ci, że jutro wam wszystko dokładnie opowiem, co było dalej i tym razem dokończę tę historię.
- Naprawdę?
- Obiecuję.
- Trzymamy cię za słowo - powiedział wesoło Ash - I to jeszcze obiema rękami.
- Pika-pika-chu! - pisnął Pikachu i głośno ziewnął.
- Oho, nie tylko Bonnie jest padnięta - zaśmiała się Lyra - Chyba my wszyscy powinniśmy iść spać, bo zaraz tu pośniemy na stojąco.
- Chyba? Raczej na pewno - zachichotał Khoury - Ja już prawie śpię na stojąco.
- Tak, widzę - mruknęła zadziornie Lyra.


C.D.N.

piątek, 21 września 2018

Przygoda 117 cz. II

Przygoda CXVII

Wilkołak działa nocą cz. II


Wszystko zaczęło się wtedy, gdy ja i Herbert powróciliśmy razem ze Złotego Miasta, w którym spędziliśmy nieco czasu w towarzystwie Allana, Stelli i ich uroczego małego synka. Mówię wam, to naprawdę przeurocze dziecko, powinniście kiedyś je poznać. Ale wybaczcie, chyba odchodzę od tematu. Lepiej więc przejdę już do rzeczy.
A więc ja i Herbert byliśmy razem na terenie Złotego Miasta, a potem razem popłynęliśmy do mojego domu na Wyspach Oranżowych. Mój drogi przyjaciel był zdania, że tam jest bardzo przyjemnie i chciałby lepiej poznać moje rodzinne strony. Dlatego postanowiłam mu to umożliwić i razem tam popłynęliśmy moją kochaną łodzią. Dotarliśmy na miejsce, a potem bardzo zadowoleni oddaliśmy się błogiemu lenistwu. Niestety, to lenistwo trwało niezwykle krótko, ponieważ prawdziwego detektywa nowa sprawa łapie o wiele prędzej niż on się może tego spodziewać. I tym razem też tak było.
- Wiesz, Maren... - powiedział pewnego dnia, w którym to wszystko się zaczęło Herbert - Myślę sobie, że masz rację. Ta sprawa zdecydowanie nie wygląda dobrze i lepiej się w nią nie angażować.
Spojrzałem na niego bardzo zdumiona tym, co właśnie powiedział. Ja i Herbert znamy się nie od dziś i doskonale wiedziałam, jaka jest jego sztuka dedukcji, ale mimo wszystko i tak wciąż potrafił mnie zaskoczyć.
- O czym ty mówisz, Herbercie? - spytałam ze zdumieniem - Przecież nie możesz wiedzieć, o czym właśnie myślę.
- Przeciwnie, jestem w stanie to odgadnąć - uśmiechnął się w bardzo dowcipny sposób Herbert.
- Naprawdę? - spytałam nieco zadziornie, czując wielką chęć droczenia się z nim - To w takim razie słucham. O czym właśnie pomyślałam?
- O tym, że lepiej będzie, jeżeli nie posłuchasz swojej koleżanki i nie będziesz angażować się w zakup akcji banku „Houston i syn“.
Nie sądziłam, że w tej sprawie mogę być jeszcze bardziej zdumiona niż przed chwilą, ale okazało się to możliwe. Jaka szkoda, że nie zrobiłam sobie wtedy zdjęcia. Musiałam nieźle wyglądać z otwartą szeroką szczęką, która wręcz mi opadała na podłogę.
- Nie no, Herbercie! - zawołałam - Ja się chyba zacznę ciebie poważnie bać. Ty musisz mieć jakąś spółkę z diabłem, bo inaczej niby skąd byś o tym wiedział?
Herbert, który leżał właśnie na kanapie i wypoczywał, z oczami lekko przysłoniętymi fedorą, powoli usiadł i zrzucił kapelusz na swoje kolana, po czym powiedział dowcipnie:
- Kochana moja... Prawda jest taka, że nie jestem wcale osobą, która zaprzedała duszę diabłu. To niemożliwe z dwóch powodów. Po pierwsze, ja nie wierzę w istnienie piekła i diabłów, a po drugie za bardzo sobie cenię spokój i dobrobyt, a w piekle, jeżeli ono oczywiście istnieje, to raczej bym tego nie uświadczył.
- Dobrze, ale możesz mi wyjaśnić, skąd wiesz, o czym ja przed chwilą pomyślałam?
- Och, to bardzo proste - uśmiechnął się Herbert, po czym nabił sobie fajkę i zapalił ją - Wczoraj mi opowiadałaś, że spotkałaś swoją znajomą, która ma swoje udziały w firmie „Houston i syn“, które przynoszą jej sporo zysków. Znajoma powiedziała ci, że może odsprzedać ci kilka akcji i to za dość niską cenę w ramach podziękowań za to, iż kiedyś jej pomogłaś. To ma być taka przyjacielska przysługa.
- No tak, wspominałam coś o tym wczoraj - powiedziałam - Ale skąd niby pewność, że teraz właśnie o tym pomyślałam?
- Och, to bardzo proste - powtórzył swoją śpiewkę Herbert, pykając powoli fajkę - Od wczoraj jesteś wyraźnie przejęta. Chodzisz, mruczysz coś pod nosem, próbujesz zastanawiać się nad tym, dlaczego twoja znajoma tak nagle zaproponowała, że odsprzeda ci te akcje i to jeszcze za cenę naprawdę niską, bo niższą niż ta, za którą sama je kupiła? Przecież to dla niej żaden interes. Zastanawia cię to, ponieważ wietrzysz w tym wszystkim podstęp, a przed paroma minutami sprawdziłaś w Internecie, jak wygląda sprawa z tym bankiem „Houston i syn“.
- Skąd o tym wiesz? Nie widziałeś chyba z tej odległości, co ja właśnie sprawdzam na komputerze.
- Nie, nie widziałem, ale niby czego innego mogłabyś szukać po takich poważnych przemyśleniach?
- Słusznie. A skąd wiedziałeś, jaką decyzję podjęłam w tej sprawie?
- Ponieważ widziałem uśmiech satysfakcji na twej twarzy połączony z taką jakby miną lekkiego zawodu, bo nie oczekiwałaś, że twoja znajoma zechce cię oszukać.
Parsknęłam śmiechem, gdy usłyszałam jego wywód i rzuciłam:
- Tak, masz rację. To wszystko prawda, ale wiesz ty co? To było dość łatwe. Takie coś to mógłby rozwiązać pierwszy lepszy detektyw, który umie myśleć. Może spróbujesz czegoś trudniejszego?
- Co masz na myśli?
W tamtej chwili obudziła się we mnie swego rodzaju przekora, dlatego powoli wyjęłam z szuflady biurka pewne pudełko, otworzyłam je i wyjęłam jego zawartość, którą stanowił bardzo stary, jeszcze przedwojenny zegarek z dewizką i wyrytymi na niej cyrklem i linijką.
- Mam tutaj takie cacko. Pamiątkę po kimś, kto był mi bliski. Możesz mi powiedzieć coś na temat jego poprzedniego właściciela?
Herbert pykając fajkę wziął ode mnie zegarek, po czym obejrzał go sobie uważnie i po chwili namysłu powiedział:
- No cóż... Widzę, że osoba, która go wcześniej posiadała musiała być zamożna, ale potem nagle popadła w problemy finansowe. Bywała chwilami bardzo roztrzepana, a w każdym razie bardzo nerwowa i niejeden raz mało uporządkowana. Myślę, że co najmniej trzy razy zastawiała ten zegarek w lombardzie. Była ci jednak bardzo bliska, bo chociaż go nie nosisz przy sobie, to przechowujesz go w miejscu, w którym nie ulegnie uszkodzeniu i czyścisz go regularnie. To oznacza, że ta osoba, pomimo swoich wad była ci znacznie więcej niż tylko sympatyczna, ale wręcz ją kochałaś. Podejrzewam też, że ta osoba lub jej przodkowie należeli do loży masońskiej.
Poirytowana wyrwałam mu zegarek z ręki i powiedziałam:
- Słuchaj, ja nie wiem, kto ci zdradził te wszystkie historie na temat mojego dziadka, jednak mimo wszystko naprawdę posuwasz się za daleko, udając przede mną, że nie wiesz o nim nic, a potem rzucając mi w oczy takie rewelacje. Jako mój facet powinieneś mi mówić takie rzeczy od razu, kiedy tylko się ich dowiadujesz!
- Nie rozumiem, do czego zmierzasz, Maren - rzekł smutno Herbert - Ja nie miałem pojęcia, kto był wcześniej właścicielem tego zegarka i nie wiem nic o twoim dziadku.
- Jak to, nic o nim nie wiesz? Przecież przed chwilą wyrecytowałeś mi wszystkie jego najważniejsze cechy charakteru!
- Wymieniłem jedynie to, co mówi mi ten zegarek. A co? Czyżbym się pomylił?
- Przeciwnie, wszystko zgadłeś prawidłowo, chociaż nie mam pojęcia, w jaki sposób to zrobiłeś.
- Ależ to było bardzo proste.
- Proste? Poważnie? - zakpiłam sobie lekko - Ale niech ci będzie. To jak do tego doszedłeś?
- Już mówię - uśmiechnął się Herbert, dalej pykając fajkę - A więc ten zegarek to jest piękne cacko sprzed około stu lat. W dawnych czasach był bardzo kosztowny i nie byle kto mógł sobie na niego pozwolić. To oznacza, że twój dziadek był osobą bardzo bogatą, a przynajmniej jego rodzina była. Potem jednak popadł w kłopoty finansowe, o czym świadczy fakt, że dał go co najmniej trzy razy pod zastaw.
- Skąd to wiesz?
- Lombardy lubią, a w każdym razie lubiły one kiedyś, oznaczać takimi małymi cyferkami przedmioty, jakie były w nich zastawiane. Tutaj widzę trzy takie numerki. To oznacza, że twój dziadek trzy razy go zastawiał i trzy razy go wykupywał. Prócz tego jeszcze zegarek jest w kilku miejscach bardzo mocno odrapany. Takie ślady zostawiają monety, więc twój dziadek musiał je nosić w jednej kieszeni wraz z zegarkiem. Wrzucał gwałtownie monety do kieszeni, co porobiło te ślady.
- To wszystko prawda. Dziadek w młodości nieźle hulał i cóż... Popadł przez te swoje zabawy w poważne problemy finansowe. Dopiero na starość się ocknął i przestał wariować. Ale ja bardzo go kochałam i zachowałam po nim ten zegarek.
- I dbasz o niego, o czym świadczy fakt, że nie tak dawno był on przez ciebie czyszczony.
- Tak... Masz odpowiedzi na wszystko. Ale zaraz! Skąd wiesz, że moi przodkowie należeli do loży masońskiej? Ostatecznie ten oto zegarek, jeżeli wierzyć rodzinnej legendzie, dał mojemu pra-pra-dziadkowi Wielki Mistrz Loży z regionu Kanto i potem przechodził w naszej rodzinie z ojca na syna, aż do chwili, kiedy mój dziadek dał go mnie, gdy byłam jeszcze nastolatką. Ale skąd ty wiesz, że to cacko ma związek z lożą?
Herbert uśmiechnął się delikatnie i powiedział:
- Cóż... To było najprostsze ze wszystkich stwierdzeń. Cyrkiel i linijka to jedne z symboli masońskich lub jak wolisz wolnomularskich. Takie znaki na jakimś przedmiocie oznaczają przynależność do loży.


- No tak... To wszystko wyjaśnia - powiedziałam, chowając zegarek do pudełka, a pudełko do szuflady - Nie ma co, ty naprawdę umiesz znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania.
- Nie jestem pewien, czy na wszystkie - uśmiechnął się Herbert, znowu kładąc się na kanapie i dalej pykając swoją fajkę - Ale lubię znajdować odpowiedzi na wszelkie pytania tego świata.
- Na wszystkie z nich nie znajdziesz.
- Może i nie, ale zawsze warto spróbować, prawda?
Parsknęłam delikatnym śmiechem i powoli pogrążyłam się w swoich myślach, gdy nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
- Ciekawe, kto to może być? - zapytałam głośno sama siebie.
- Och, to z całą pewnością blondynka o fioletowych oczach, ubrana w różową sukienkę letnią z białymi dodatkami.
Spojrzałam na niego delikatnie poirytowana tymi jego przechwałkami i powiedziałam:
- Nie możesz tego wiedzieć.
- Mogę, bo widziałem ją przed chwilą przez okno, jak zmierza w naszą stronę.
Parsknęłam śmiechem, gdy usłyszałam jego odpowiedź.
- Jakie to śmiesznie proste.
- Widzisz? Dedukcja może być łatwizną, jeśli tylko chcesz.
- Tak... Oczywiście.
Dyskutowałabym sobie z nim zapewne jeszcze dłużej, gdyby nie to, że ponownie usłyszałam pukanie do drzwi, które przypomniało mi o gościu czekającym na progu, aż mu wreszcie otworzę. Poszłam więc spełnić jego oczekiwania. Gdy to zrobiłam, to okazało się, że Herbert miał jednak rację, a naszym gościem jest młoda dziewczyna o blond włosach oraz fioletowych oczach, ubrana w białą sukienkę z różowymi dodatkami.
- Dzień dobry, Maren. Pamiętasz mnie jeszcze?
Uśmiechnęłam się do niej radośnie.
- Joy! Joy Peeper! Oczywiście, że cię pamiętam! Wejdź, proszę! Wejdź moja droga! Co ty tu robisz?!
- Zaraz ci wszystko wyjaśnię! - odpowiedziała mi Joy, wchodząc do środka i obejmując mnie delikatnie - Tylko powiedz mi, proszę cię, czy jest tu może z tobą Herbert Jones?
- Tak, jest ze mną. Jak wiesz, oboje jesteśmy parą. A czemu pytasz?
- A, bo widzisz... Mam pewną sprawę i pomyślałam sobie, że być może ty i on możecie mi pomóc. To oczywiście nie jest coś strasznie pilnego i ja zrozumiem, jeżeli mi odmówicie, ale...
- Najpierw nam opowiedz, co i jak, a potem ocenimy - zaśmiałam się lekko, po czym zaprowadziłam ją do pokoju, w którym to leżał na kanapie Herbert i pykał fajkę - Kochanie, mamy gościa!
Detektyw zerwał się z miejsca i spojrzał na Joy, wyjmując fajkę z ust.
- O rany! Joy Peeper! Miło cię znowu widzieć! Co cię sprowadza aż z Sinnoh?
Muszę wam wyjaśnić, że ja i Herbert poznaliśmy Joy i jej męża (który wówczas był jeszcze jej narzeczonym) podczas jednej sprawy, którą oboje wtedy prowadziliśmy. Christopher Peeper (który obecnie jest mężem Joy) był jednym z podejrzanych, a Herbert dowiódł, że jest niewinny. Potem z wdzięczności oboje zaprosili nas na swój ślub. Od tego czasu minął około rok i dopiero po tym roku mogliśmy się znowu zobaczyć.
- Co mnie tu sprowadza? Kłopoty, jak zwykle zresztą - odpowiedziała Joy, siadając wygodnie na krześle - Mam wielką prośbę dla was obojga. Chcę was prosić, żebyście mi pomogli w pewnej sprawie. Mnie i Chrisowi. Mamy pewne drobne problemy.
- Ale jakie to dokładniej problemy? - zapytał Herbert - Mam nadzieję, że nie chodzi o Chrisa ani o wasze małżeństwo.
- Ależ skąd! - zawołała Joy, parskając śmiechem - Mój mąż nie sprawia żadnych problemów, nie zdradza mnie ani nic z tych rzeczy. O nic złego go też nie podejrzewam. W końcu oboje znamy się już od najmłodszych lat i zawsze byliśmy sobie bliscy. Wiecie, tacy słodcy przyjaciele z podwórka, co to ciągle się ze sobą trzymają. I tak nam zostało, tyle tylko, że oprócz tego jeszcze teraz on i ja bardzo się kochamy. Więc nie wyobrażam sobie, żeby miał mnie zdradzać albo coś w tym stylu.
- Ja też sobie tego nie wyobrażam - odpowiedział wesoło Herbert - On miałby to zrobić? Chyba byłby głupi.
- Ale skoro nie o Chrisa chodzi, to o kogo? - zapytałam.
- Chodzi w pewnym sensie o Chrisa, ale nie dosłownie - odpowiedziała Joy.
- A konkretnie?
- Konkretnie o jego ojca, profesora Uriaha Peepera.
- Poważnie? A co z nim nie tak?
- Z nim jest raczej dobrze, ale widzicie... Obawiam się, że profesor wie więcej w sprawie, która mnie niepokoi niż to ujawnia.
- A o jakiej sprawie mówisz?
- Nie słyszeliście o tym? Ale w sumie to mnie nie dziwi. W końcu na Wyspach Oranżowych możecie nie wiedzieć o tym, co się dzieje w Sinnoh.
- A co się dzieje w Sinnoh?
- Bardzo dziwna sytuacja, wręcz przerażająca. Widzicie... Chodzi o to, że w okolicy, w której mieszkam pojawił się wilkołak.
- Słucham?! - zawołałam zdumiona - Że niby co się pojawiło?!
- Wilkołak - odpowiedziała Joy, patrząc na mnie zupełnie poważnie.
Spojrzałam na nią, a potem na Herberta Jonesa i oboje wybuchliśmy gromkim śmiechem.
- Tak, strasznie zabawne, naprawdę - powiedziałam dowcipnie, palcem sobie ocierając oczy od łez wywołanych śmiechem - A tak na poważnie, to co się tam dzieje?


- Ja mówię zupełnie poważnie. Tam grasuje wilkołak.
- Daj spokój, dziewczyno. Przecież wilkołaków nie ma.
- A jednak są. Widziałam go na własne oczy.
Powaga bijąca z tej wypowiedzi oraz jej twarzy dowodziła, że raczej nie żartuje, dlatego też, chociaż nie było mi łatwo w to wszystko uwierzyć, to jednak zaczęłam powoli przekonywać się do tego, iż temat prowadzonej przez nas rozmowy jest jak najbardziej poważny i dotyczy on prawdziwych faktów.
- Kiedy i gdzie widziałaś tego wilkołaka? - zapytał Herbert Jones.
- Jakieś trzy tygodnie temu, w nocy. Ja i mój mąż mieszkamy z moim teściem, on mieszka na dole, a my na górze. Pewnej nocy usłyszałam, jak nasz Arcanine Rufus zaczyna nagle szczekać tak, jakby w pobliżu zjawił się intruz. Obudził mnie i mojego męża. Oboje się zaniepokoiliśmy, dlatego wyszliśmy z łóżka i wyjrzeliśmy przez okno, ale niczego nie zauważyliśmy. Postanowiliśmy się jednak rozejrzeć, tak na wszelki wypadek. Zrobiliśmy to więc, przy czym mój mąż rozejrzał się po domu, a ja z pistoletem w ręku poszłam zobaczyć na zewnątrz, czy nikogo tam nie ma. Wyszłam i wtedy nagle to zobaczyłam.
- Co takiego?
- Wilkołaka. To było ogromne, szare bydlę stojące na dwóch nogach, z wielkim pyskiem, ostrymi kłami i śliną cieknącą z nich strumieniem. Miał gęstą, szarą sierść, no i w ogóle... Wyglądał jak wilkołak z typowych filmów grozy. I miał na sobie resztki ubrań.
- Ubrań?
- Tak. Biała koszula i szare spodnie. Na jego widok wrzasnęłam głośno ze strachu i zaraz wymierzyłam w niego broń, ale on uciekł zanim do niego strzeliłam. Chwilę później nadbiegł mój mąż. Zobaczył to bydlę, jak ucieka i zaraz chciał je gonić, jednak przekonałam go, aby nie zostawiał mnie samej. Oboje więc bardzo szybko zabarykadowaliśmy się w domu i resztę nocy nie zmrużyliśmy oka.
- Ciekawe - powiedział Herbert Jones, pykając fajkę - Czy ktoś oprócz was widział tego wilkołaka?
- Tak. Para nastolatków z Johto, którzy akurat przebywają w Sinnoh w jakieś podróży. Nazywają się Lyra i Khoury. Oni go widzieli i mówili o tym, ale im nie uwierzono... Do czasu, aż na łące w pobliżu miasta, przy którym mieszkamy znaleziono ślady tej bestii. Wierzcie mi lub nie, ale to nie były ślady żadnego znanego nauce Pokemona.
- A kiedy ci... Lyra i Khoury widzieli tego wilkołaka?
- Jakieś trzy tygodnie temu.
- Czy od tego czasu ktoś jeszcze go widział?
- Parę osobom wydawało się, że go widziało w nocy w pobliżu miasta, ale nie byli pewni, czy to na pewno on. Za to naprawdę wiele osób znalazło potem w tych miejscach, w których go wcześniej dostrzeżono ślady i to nie byle jakie, ale ślady nienaturalnie wielkich łap. Mówię wam, żaden psi ani też wilczy Pokemon, ani w ogóle żaden Pokemon takich łap nie posiada, więc chyba rozumiecie, że to wzbudziło obawy i podejrzenia.
- No dobrze, ale nie rozumiem, co z tym wszystkim ma wspólnego twój teść? - zapytałam.
- Ten wilkołak kręcił się koło naszego domu.
- To jeszcze niczego nie dowodzi.
- Nie, ale mój teść, który jest genetykiem, miał takiego jednego kolegę, który został wywalony z uczelni, na której obaj pracowali. Wywali go za nielegalne eksperymenty na Pokemonach. Mieszał ich geny i tworzył takie krzyżówki, że tak powiem. Chyba nawet dostał za to parę latek.
- I co z nim teraz się dzieje?
- Jest już na wolności i obawiam się, że ten wilkołak dowodzi, iż ten gość znowu zaczął swoje sztuczki, a prócz tego wciągnął w nie mego teścia.
- Skąd takie podejrzenie?
Joy westchnęła delikatnie i powiedziała:
- Widzicie... Mój teść zachowuje się ostatnio bardzo dziwnie.
- W jaki sposób? - zapytał Herbert.
- Widzicie... On się zakochał.
Herbert parsknął śmiechem.
- To jeszcze nie jest nic dziwnego.
- Tylko, że on się zakochał w kobiecie dużo młodszej od siebie, która mogłaby być moją siostrą.
- To już faktycznie jest dość dziwne, ale wielu mężczyznom w średnim wieku zdarza się takie coś.
- Być może, ale za to niewielu mężczyznom zdarza się wariować z tego powodu.
- Jak to, wariować? - zapytałam.
- Mój teść dostał na głowę z powodu tej miłości - odpowiedziała Joy - Pofarbował sobie włosy, aby nie było widać, iż siwieje, zaczął dużo ćwiczyć i w ogóle, żeby mieć więcej siły na cokolwiek. A przecież on ma już ponad pięćdziesiąt lat, a do tego nigdy specjalnie nie dbał o swoją tężyznę, a teraz coś takiego...
- Wiesz, Joy... To jeszcze nie jest nic niezgodnego z prawem ani też nic specjalnie dziwnego - uśmiechnęłam się.
- Niby nie, ale zadrapania na jego twarzy, które nie wiadomo skąd się wzięły, to już chyba jest dziwne, prawda?
Spojrzałam na Joy zdumiona jej słowami.
- Zadrapania? - spytałam.
- Tak. Zdarzyły się raz tak, że w dzień miał gładką twarz, a następnego dnia rano obudził się z zadrapaniami i to nie takimi od golenia.
- A skąd wiesz, że nie od golenia? - zapytał Herbert.
- A ty się golisz na nosie, na czole i nad oczami? - zapytała z kpiną w głosie Joy.
Herbert zrobił dowcipną minę.
- Masz rację, to rzeczywiście nie mogą być rany od golenia. A jak on się z tego tłumaczył?
- Że wracał po nocy od swojej narzeczonej, przechodził przez las, który oddziela miasto od naszego domku i podrapał sobie twarz o krzaki.
- A ty mu nie wierzysz?
- Jakoś trudno mi w to uwierzyć.
- Co więc o tym sądzisz? - spytałam.
- Uważam, że mój teść i ten jego dawny kolega potajemnie nad czym eksperymentują i to coś go tak urządziło - rzekła Joy.
- A nie przyjmujesz innej hipotezy, bardziej... fantastycznej? - zapytał Herbert.
- Że niby co? Że niby to on jest tym wilkołakiem? I rani się w twarz biegając nocą po lesie? - parsknęła śmiechem młoda kobieta - No, proszę cię! Takie bajeczki to dla dzieci, a nie dla mnie. Mój teść się w coś wmieszał i to w coś bardzo podejrzanego. Chcę was zatem prosić, żebyście wyjaśnili tę sprawę. Ja i Chris nie jesteśmy ani skąpi, ani też biedni i uczciwie wam zapłacimy, tylko wyjaśnijcie, co się tutaj dzieje.
Spojrzałam na Herberta, który dalej pykał fajkę i wyraźnie się bardzo nad czymś zastanawiał.
- Jeszcze jedno... Czy ten wilkołak pojawia się tylko nocą?
- Tak.
- Czy pojawia się co noc?
- Nie. W różnych odstępach czasu.
- Regularnych?
- Nie.
- Czyli nie wiadomo, kiedy znowu się zjawi?
- Nie wiadomo.
- A kiedy pierwszy raz się pojawił?
- Wtedy, gdy my go widzieliśmy.
- Rozumiem. Dobrze, przyjmujemy zlecenie. Ja i Maren zjawimy się u was najszybciej, jak to tylko możliwe.
Spojrzałam na Herberta nieco zła, że podejmuje decyzje za mnie, ale z drugiej strony i tak zamierzałam zająć się tą sprawą, więc nie miałam o co się na niego złościć. Chyba tylko o to, że tak szybko podjął decyzję za nas oboje, nie pytając mnie nawet o zdanie.
Joy zaś była zachwycona.
- Doskonale. Ja muszę wracać do męża. Został w Sinnoh i obserwuje swego ojca... Znaczy na tyle, na ile to tylko możliwe. Ma nadzieję, że mylę się w swoich podejrzeniach.
- Ja również mam taką nadzieję, ale jeśli się nie mylicie, to wtedy... - zauważyłam ponuro - Wtedy chyba sama rozumiesz, że będziemy musieli zawiadomić, kogo trzeba.
- Wiem o tym, ale zanim to zrobimy, to chciałabym poznać prawdę, jaka by ona nie była - odpowiedziała Joy.
- Poznasz ją, gwarantuję ci to - rzekł Herbert - Choć mam wrażenie, że może ci się nie spodobać.
- Trudno. Muszę ją znać.

***


Pożegnaliśmy się z Joy, a Herbert powiedział, że musi na chwilę wyjść, po czym poszedł na miasto i wrócił z walizką, która była czymś bardzo obładowana. Ze zdumieniem obserwowałam, jak kładzie ją potem na stole i otwiera, pokazując jej zawartość, którą stanowił... naprawdę spory arsenał. Mówię poważnie, to był prawdziwy arsenał, ponieważ znajdowały się tam dwie strzelby typu śrutówka, kilka rewolwerów, para noży myśliwskich oraz cały zapas amunicji.
- Eee... Słuchaj, ominęło mnie coś? - zapytałam - Jedziemy na wojnę czy co?
- Blisko. Na polowanie - odpowiedział mi Herbert, oglądając dokładnie rewolwer - Jedziemy zapolować na wilkołaka.
- Daj spokój. Wierzysz w jakieś bestie z mitów i legend?
- Nie z mitów, ale z faktów. W Sinnoh coś jest i ja nie zamierzam tego lekceważyć, moja droga. Coś bardzo groźnego, ale bynajmniej nie z piekła rodem, lecz z tego świata. Ale cokolwiek by to nie było, to możemy mieć mały problem z jego złapaniem.
- I dlatego się przygotowałeś tak, jakbyśmy jechali na wojnę?
- Odechce ci się żartów, jak już natkniemy się na to coś.
- No dobra. Przypuśćmy, że się na to natkniemy i co? Będziesz rąbał do tego z ostrej amunicji?
- Nie każda jest ostra. Część z nich to naboje usypiające.
- Poważnie? - przyjrzałam się amunicji - Ja tam nie odróżniam jednych od drugich.
- Te ostre naboje mają czerwone znaczki, a usypiające niebieskie.
- Ach tak, rzeczywiście. Teraz już się nie pomylę. Ale słuchaj, Herbert, czy nie uważasz, że to drobna przesada, ten cały arsenał?
- Nie. Jakbym kupił bazookę albo granatnik, to by była przesada, a to... To jest tylko ostrożność. Poza tym co jak co, ale ten wilkołak musi wiedzieć, że my się z nim cackać nie będziemy.
- No, jak zobaczy ten arsenał, to na pewno to zrozumie.
- Liczę na to - Herbert podał mi rewolwer - Mam nadzieję, że umiesz się tym posługiwać.
Spojrzałam na niego z politowaniem i powiedziałam:
- Tak długo mnie znasz, a nie wiesz, że umiem z tego rąbać niezgorzej od ciebie?
- To dobrze, bo ta umiejętność może ci się bardzo przydać podczas tej przygody.
Obejrzałam rewolwer z uwagą i wymierzyłam go w kierunku ściany, mówiąc wesoło:
- No dobrze. To lepiej się strzeż, wilkołaku, czymkolwiek jesteś, bo my dwoje wyślemy cię na spotkanie ze Stwórcą.
Po tych słowach spojrzałam na walizkę i spytałam dowcipnie:
- A srebrne kule też masz?
- Wolę żelazne. Bardziej skuteczne - rzucił Herbert.
- Fakt. Co racja, to racja - zaśmiałam się.
Herbert spojrzał na mnie z niesamowicie śmiertelną powagą i odparł:
- Śmiej się, śmiej. Jak się natkniesz na tego stwora, to będziesz inaczej śpiewać.

***


Popłynęliśmy moją łodzią w kierunku portu w Sinnoh, co nam zajęło nieco czasu, ale na szczęście moje cacuszko jest zaopatrzone w porządny silnik, także w przeciągu prawie trzech dni byliśmy na miejscu, a kiedy już dotarliśmy do portu, to zaparkowaliśmy naszą łódź na przystani strzeżonej, pozostaliśmy ją tam i udaliśmy się do pobliskiego miasteczka, w pobliżu którego mieszkała Joy z mężem oraz teściem. Muszę przyznać, że dawno tu nie byłam, dlatego też tym chętniej odwiedziłam to miasteczko, bo było ono naprawdę urocze, chociaż z powodu tego, co się ostatnio działo w okolicy to te urok i piękno nieco zanikły i zastąpił je cień wręcz panicznego strachu przed wilkołakiem. Wszędzie, gdzie byśmy tylko nie spojrzeli, widzieliśmy rozlepione spore plakaty z wizerunkiem narysowanego dość sprawną ręką wilkołaka i do tego z ostrzeżeniem, aby na niego uważać i nie włóczyć się samemu po nocach, a już zwłaszcza po terenach poza miastem. W dodatku jeszcze, w gazecie „Sinnoh Express“ temat wilkołaka wyraźnie nie schodził z pierwszych stron.
- No proszę - powiedziałam ironicznie, gdy kupiłam numer tej skądinąd ciekawej gazety - Wilkołaka znowu widziano w okolicach miasta, ale poza kilkoma śladami niczego nie znaleziono. Pismaki mają używanie.
- Z czegoś muszą żyć, prawda? - zaśmiał się dowcipnie Herbert.
- Tak. Szkoda tylko, że przy okazji straszą ludzi.
- Mam wrażenie, iż raczej mało ich to obchodzi.
- Tak... Ja dziwnie też.
Szliśmy dalej, nie rozmawiając już ze sobą. Nie chcieliśmy rozmawiać o wilkołaku, a jakoś nie umiałam sobie wyobrazić innego dla nas tematu rozmowy, dlatego też zachowaliśmy milczenie, żeby nie ściągać na siebie niepotrzebnej uwagi. Ostatecznie nigdy nie wiadomo, kto nas podsłuchuje i dlaczego to robi. Warto więc zachować w takich sprawach ostrożność.
Dotarliśmy do domu państwa Peeper, który znajdował się na uboczu miasteczka. Był on całkiem przyjemnym miejscem, pomalowanym na biało, lekko porośniętym bluszczem, z czerwonym dachem, niewielkim kominem oraz przyjemną budą, w której sypiał pupil tego domu, czyli Arcanine.
- Piękne miejsce, prawda? - zapytałam Herberta, gdy już dotarliśmy do naszego celu.
- Tak, aż za bardzo - odparł ponuro Jones.
- Co masz na myśli?
Herbert westchnął smutno i powiedział:
- Wybacz mi, proszę, ale to jest silniejsze ode mnie.
- Niby co takiego?
- Postrzeganie wszystkiego dookoła przez pryzmat mojego fachu.
- Co masz na myśli?
- Widzisz... Ty, droga Maren, widzisz piękny, jednorodzinny domek na uboczu, z kolei ja widzę niebezpieczne miejsce dla ludzi, w którym raczej nie powinno się żyć, bo to doskonała okolica na atak takiego wilkołaka.
- Jak ty możesz, drogi Herbercie, widząc tak piękny domek, dostrzegać w nim jakieś niebezpieczeństwo?
- Takie właśnie piękne domki budzą mój największy niepokój, Maren. Pamiętaj o tym, że wilkołak to w części zwierzę i to dzikie. Myśli, jak dziki zwierz, a dziki zwierz raczej nie zbliży się do miejsca, gdzie jest pełno ludzi z bronią, mogących go zabić. On jest śmiały tylko i wyłącznie na pustych terenach, gdzie łatwo może się schować lub zaczaić i zaatakować znienacka.
- Brzmi groźnie.
- Ale prawdziwie. Więcej ci powiem, każdy rabuś i zabójca łatwiej na swój cel wybierze takie właśnie miejsce, bo daje mu ono większą pewność na powodzenie jego misji. Kto tu usłyszy krzyki osób wołających o pomoc? Kto zdąży przybyć tutaj z tą pomocą? Gdyby ci ludzie mieszkali w samym centrum miasta, nie bałbym się o nich. W centrum jest pełno ludzi i cała masa zamieszkanych domów. Zawsze jest więc ktoś, kto usłyszy wołanie o pomoc i przybiegnie. Tutaj takich osób nie ma. To takie miejsca najczęściej padają ofiarą napadów.
Przyznam się, że zmroziło mnie nieco od tych słów, którym to jednak trudno mi było zaprzeczyć. Doskonale wiedziałam, że Herbert ma rację i nie zamierzałam z nim w tej sprawie polemizować. Przeciwnie, byłam zła sama na siebie, że nie wzięłam czegoś takiego pod uwagę, gdy podziwiałam ten jakże piękny widok.
Zbliżyliśmy się powoli do domu i wówczas zauważyliśmy, że w dość sporej budzie przy domu śpi Arcanine... na łańcuchu. Tak, ten Pokemon był przywiązany na łańcuchu do swego miejsca zamieszkania. To było bardzo zdumiewające, a może nawet więcej. Patrzyliśmy na to oboje w wyraźnym szoku, bo pierwszy raz widzieliśmy coś takiego.
- Jak myślisz, czemu on jest na łańcuchu? - zapytałam.
- Co tam łańcuch. On ma jeszcze kaganiec - zauważył Herbert.
Rzeczywiście, Pokemon ten miał na sobie także kaganiec, co dodawało niepokoju do tego całego obrazu, choć znacznie niepokojące było to, że gdy zbliżyliśmy się do domu, stworek w ogóle nie zareagował na nasz widok. Co prawda przebudził się, przyjrzał nam się, ale poza tym nic nie zrobił. Nawet nie zaszczekał. To było nad wyraz dziwne, choć zaraz potem stało się coś jeszcze dziwniejszego. Mianowicie z domu ktoś wyszedł i wówczas to Arcanine zaczął ujadać i próbował doskoczyć do nieznajomego.


- Cicho, Rufus! - zawołał gniewnie człowiek, który właśnie wyszedł z domu.
Był to dość wysoki mężczyzna, w wieku około pięćdziesięciu paru lat, bardzo szczupły, czy może raczej wręcz przerażająco chudy, w okularach na nosie, z brązowymi oczami, brązowymi włosami (spod których przebijała jednak siwizna), a także bardzo gęsty wąs. Ubrany był elegancko, więc jak widać wybierał się dokądś. Gdy nas zobaczył, to spojrzał w naszą stronę w dość gniewny sposób i zawołał:
- A państwo czego sobie życzą?!
- Czy pan profesor Uriah Peeper? - odpowiedział mu pytaniem na pytanie Herbert.
- Tak, to ja. Czego państwo sobie życzą?
- Wszelkiego szczęścia i pomyślności - zaśmiał się detektyw - A tak na poważnie, to przyszliśmy do pana syna. Jest może w domu?
- Tak, jest. On i jego żona. Ale nie przypominam sobie, abym miał z państwem przyjemność się znać, choć państwa twarze wydają mi się takie dziwnie znajome.
- Kiedyś pomogliśmy Chrisowi, gdy był niesłusznie oskarżony o to, że dokonał przestępstwa, którego nie popełnił - wyjaśnił Herbert.
- Byliśmy potem na weselu pana syna - dodałam.
- Aha, już sobie państwa przypominam - powiedział uczony, ale wciąż niezbyt przyjemnym tonem - Byliście państwo wśród gości weselnych, lecz nie pamiętam, żebym miał przyjemność z państwem rozmawiać.
- Bo nie miał jej pan, aż do tej chwili - powiedziałam - Podczas sprawy pana syna był za granicą i nie wiedział pan o śledztwie, które prowadziliśmy w celu wybronienia go od więzienia.
- Wiem i bardzo tego żałuję. Powinienem być wtedy przy nim i jakoś go wesprzeć, chociażby w najmniejszy sposób. A przepraszam, jak godność szanownego państwa?
- Ja jestem Maren, a to jest detektyw Herbert Jones.
To drugie nazwisko musiało się obić uczonemu o uszy, ponieważ zaraz spojrzał on na mojego towarzysza ze zdumieniem i powiedział już znacznie spokojniejszym tonem:
- No proszę, słynny detektyw przybywa tu osobiście. Pewnie w sprawie tego rzekomego wilkołaka, który straszy miejscową ludność.
- Rzekomego? - zapytałam - Pan w niego nie wierzy?
- Nie, a niby czemu miałbym w niego wierzyć? Ja jestem, proszę pani, człowiekiem nauki i wierzę tylko w to, co nauka udowodnić może, a jakoś nie udowodniła jeszcze istnienia takich stworów jak wilkołaki.
- Wie pan, nauka rzadko udowadniała istnienie wszystkich spraw naraz - zauważył dowcipnie Herbert - W końcu nie wynaleziono telefonu i światła jednocześnie.
- Nieważne - machnął na to ręką profesor Peeper - Jak na mój gust, to traci pan tylko swój cenny czas. Miejscowi ludzie są zabobonni i dość głupi. Uwierzą we wszystkie brednie, jakie im się wciśnie.
- Ale przecież coś grasuje po nocach w tej okolicy - zauważyłam.
- Cokolwiek to jest, to na pewno nie jest stworzenie z mitów. Poza tym nie sądzę, żeby to coś w ogóle istniało. Jak dla mnie ktoś robi celowo ślady w ziemi, aby zrobić szum wokół siebie i tyle.
- Ale pana synowa widziała tego wilkołaka. I kilka osób także.
- Ludzie często widzą to, co chcą zobaczyć, droga pani - stwierdził pogardliwym tonem profesor - Jeżeli wyobraźnia im właściwie podpowie, to nie muszą się jakoś specjalnie wysilać, a wszystko zobaczą, łącznie z jakimś tam wilkołakiem.
Arcanine ujadał coraz mocniej, aż w końcu profesor Peeper kazał mu być cicho, bo inaczej przerobi na karmę dla Pokemonów. Stworek uspokoił się nieco, ale wyraźnie dalej warczał ze złością na swego opiekuna.
- Dobrze, nieważne. Pora już na mnie - oznajmił uczony, lekko sobie poprawiając muchę pod szyję - Muszę już iść. Mam nadzieję, że jeszcze nieraz wymienimy się poglądami. A teraz wybaczcie mi, państwo, bo czeka na mnie dama. Nie mogę się spóźnić. Do zobaczenia!
Profesor Peeper pomachał nam lekko ręką na pożegnanie i odszedł, zaś Arcanine powoli się uspokoił i przestał szczekać.
- Dziwne - powiedziałam - Wydaje mi się, że ten cały Rufus czy jak mu tam więcej warczał na swego opiekuna niż na nas.
- Tak... To rzeczywiście zastanawiające - rzekł Herbert zamyślonym tonem - Jestem ciekaw, co z tego wyniknie.

***


Joy na szczęście była w domu, podobnie zresztą, jak i jej mąż, Chris Peeper, który był młodym mężczyzną jeszcze przed trzydziestką, o czarnych włosach, brązowych oczach oraz całkiem przyjemnej twarzy. Ubierał się na niebiesko: niebieskie dżinsy i niebieska, dżinsowa kurtka, a pod nią czarna koszulka. Muszę przyznać, że wyglądał w niej całkiem nieźle.
- A więc jesteście - powiedział Chris, witając się z nami - Cieszę się, bo bałem się, że nie damy sobie radę z tym, co się tutaj wyprawia.
- Niech zgadnę. Robiliście obławę na wilkołaka? - zapytał Herbert.
- Tak, ale nic im to nie dało. Kilkunastu odważnych ludzi zasadziło się małymi grupkami w kilku częściach lasu, ale niczego nie znaleźli. Ja i moja grupka widzieliśmy co prawda to coś, jednak bardzo szybko nam umknęło i nie zdołaliśmy tego dogonić. Inna grupa z kolei widziała go wyraźne, ale im uciekł omijając zasadzkę mojej grupy szerokim łukiem.
- A więc wilkołak wam zwiał - powiedział detektyw, zapalając fajkę - A wcześniej robiliście na niego zasadzki?
- Tak. Odkąd znaleziono te ślady, to ludzie zaczęli się zastanawiać, co się tutaj dzieje. A kiedy tylko parę osób widziało tego wilkołaka, to dopiero się zaczęło. Robili już parę obław, ale wszystkie się nie udały. To trochę wyglądało tak, jakby to bydlę doskonale wiedziało, gdzie będziemy czekać i umykało w zupełnie inną stronę.
- A to nie jest wykluczone.
Joy spojrzała zdumiona na Herberta.
- Chcesz powiedzieć, że ten wilkołak wie, gdzie my będziemy i kiedy? A potem skutecznie unika zasadzek?
- Tak sądzę - powiedział detektyw, pykając fajkę - Bo powiedzcie sami, czy zastawialiście jakieś sidła na niego? Sieci, wilcze doły, pułapki i inne takie?
- Owszem, w kilku miejscach je zostawiliśmy.
- I jakie były tego efekty?
- Efekty? Takie, że w żadną pułapkę nic się nie złapało. Znaczy OK, złapało się kilka Pokemonów, lecz nie wilkołak.
- Interesujące - rzekł na to Herbert, zastanawiając się - A powiedz mi, Chris, ile razy ty zasadzałeś się na tę bestię?
- Kilka razy.
- I za każdym razem twoja grupa nie miała szczęścia złapać bestii?
- Gorzej, my nawet nie mieliśmy szansy jej zobaczyć. Co najwyżej z daleka, ale prawdę mówiąc nawet nie wiemy, czy to wilkołak. Bo w końcu równie dobrze to mógł być jakiś Ursaring albo co.
- To interesujące. Wiesz, to trochę brzmi tak, jakby to stworzenie wręcz unikało spotkania z tobą.
- Ale czemu? Aż tak się mnie boi?
- Możliwe - rzekł Herbert i przez chwilę nic nie mówił, aż w końcu się znowu odezwał: - A co z twoim ojcem? Brał udział w obławach?
- Nie. Jego zdaniem miasto histeryzuje i widzi zwykłego Pokemona, który w nocy wydaje im się wilkołakiem.
- A widział ślady? - zapytałam.
- Widział, ale stwierdził, że każdy mógł je zostawić, jeśli tylko zechciał je sfabrykować.
- Sfabrykować? Te ślady? A niby po co?
- Żeby zrobić głupi dowcip. Ale ja wiem, co ja widziałem i Joy też to widziała. Oboje to widzieliśmy, a do tego jakieś parę dni przed znalezieniem pierwszych śladów to bydlę było tuż pod naszym domem! Wraz z ludźmi z  miasteczka brałem udział we wszystkich obławach na to coś, ale wciąż go nie złapaliśmy. Ale bez obaw, to jest tylko kwestia czasu. Bardziej niepokoi mnie zachowanie ojca. Dziwi mnie, że on to wszystko sobie lekceważy i obawiam się najgorszego.
- Spokojnie, tylko bez paniki - powiedziałam - Przyjrzymy mu się i spróbujemy coś odkryć.
- W sumie już coś odkryliśmy - rzekł Herbert i spojrzał na Chrisa - Od kiedy wasz Arcanine jest na łańcuchu?
- Od prawie trzech tygodni.
- Dlaczego wzięliście go na łańcuch?
Chris spojrzał zdumiony na Joy i spytał:
- Nie powiedziałaś im?
- A po co? Co to ma niby wspólnego ze sprawą? Przecież to nie Rufus nas interesuje, ale twój ojciec.
- To się wiąże bezpośrednio z moim ojcem - rzekł Chris, a następnie powiedział: - Rufus... To znaczy nasz Pokemon... On... On rzucił się na ojca i zaatakował go.
- Zaatakował? - zdziwiłam się - Tak bez powodu?
- Bez najmniejszego. Po prostu nagle go zaatakował i już. Chcieliśmy go oddać gdzieś na badania, ale ojciec stwierdził, że to nic takiego i daliśmy sobie spokój. Ale Rufus za każdym razem, kiedy tylko widział ojca warczał na niego groźnie.
- A kiedy to się stało? - zapytał Herbert - Kiedy pierwszy raz Rufus rzucił się na profesora?
- Kiedy? Tak właściwie to dzień po tym, jak widzieliśmy wilkołaka pod naszym domem.
- To ciekawe. Właśnie dzień po waszym spotkaniu z wilkołakiem?
- Właśnie. Dokładnie w tym samym czasie. A dwie noce potem dwójka nastolatków widziała wilkołaka i ludzie się dowiedzieli, co tutaj grasuje. No i niemalże w tym samym czasie znaleziono ślady wilkołaka. I część z nich zabarykadowała się w domach, a część chodzi co jakiś czas na obławy. Ja do nich dołączyłem, żeby już więcej to bydlę nie pojawiło się pod naszym domem.
- A więc tak to było. Szkoda, że od razu nie podałaś nam wszystkich szczegółów, Joy - rzekł z przekąsem Herbert - To ważne informacje.
- A czy Rufus jeszcze kiedyś rzucił się na twojego ojca? - zapytałam Chrisa.
- Tak. Parę razy. Co ciekawe, to było zawsze po tym, jak wracałem z nieudanej obławy. Wtedy zawsze rano Rufus na sam widok ojca rzucał się na niego i warczał wściekle. W końcu założyliśmy mu łańcuch i kaganiec, aby nikogo nie skrzywdził, jednak on zawsze wariuje tylko i wyłącznie na widok ojca. Jakoś dziwnym trafem inni ludzie go wcale nie drażnią, tylko właśnie on.
- Bardzo ciekawe - rzekł Herbert, pykając powoli fajkę - To intrygująca sprawa. Tym chętniej się jej przyjrzę. Gdzie jest gabinet twojego ojca?
- Zaraz wam pokażę. Chodźcie.


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...