poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Przygoda 116 cz. III

Przygoda CXVI

Powrót detektywów muszkieterów cz. III


Następnego dnia zjedliśmy śniadanie i potem dołączyliśmy do naszych przyjaciół, którym dokładnie opowiedzieliśmy o tym, czego dowiedzieliśmy się od Francois w sprawie człowieka w żelaznej masce. Całą czwórkę ta opowieść bardzo zaszokowała.
- A więc wiemy już sporo - powiedziała Dawn - Wiemy, że to nasz drogi Francois wywiózł tego biedaka i zakuł go w żelazną maskę.
- Mała poprawka. To nie on go zakuł, tylko to nadzorował - poprawił ją Clemont.
- Poważnie? A uważasz, że to jakaś wielka różnica?
- Nie wiem, czy wielka, ale zawsze różnica.
- Niech ci będzie. Tak czy inaczej czuję, że zaczynam tracić do niego serce.
- Pip-lu-pip! - zaćwierkał gniewnie Piplup, siedzący na kolanach swej trenerki.
- A ja nadal go lubię - stwierdziła Bonnie - W końcu dzięki niemu już wiemy, gdzie jest Philippe i możemy go uwolnić.
- Wszystko po kolei - skarcił ją lekko jej starszy brat - Nie możemy się przecież lekkomyślnie rzucać na łeb na szyję, żeby uratować tego biedaka. Inaczej sami skręcimy sobie karki, a jemu to nie pomoże.
- Ale siedzieć bezczynnie nie możemy - powiedziała dziewczynka, a jej Dedenne poparł ją lekkim piskiem.
- To jest oczywiste - uśmiechnął się wesoło Max - Ale Ash przecież nie siedzi bezczynnie. Zobacz, ile informacji już zdobył.
- Nie zdobyłem, same wpadły mi w ręce - zauważył Ash.
Pikachu załamany zasłonił sobie łapką oczy, gdyż wyraźnie takie słowa nie przypadły mu do gustu, podobnie jak i mnie.
- A jakie to ma teraz znaczenie? - spytałam ironicznie - Przecież to jest teraz nieistotne. Ważne, że te informacje posiadamy i możemy je w dobry sposób wykorzystać.
- Tak, to prawda - zgodził się Max - A Ash na pewno odpowiednio je wykorzysta. Stanie on teraz do walki z tym całym wicehrabią, pokona go, a potem wykorzysta obietnicę króla, aby dostać ułaskawienie dla tego biedaka w żelaznej masce.
- Nie gadaj tak głośno, bo nie wiadomo, kto nas podsłuchuje - skarcił go delikatnie Clemont - Poza tym pamiętaj, że Ash jeszcze nie wygrał.
- Ale go wygra, to pewne - uśmiechnął się wesoło młody Hameron.
- Tak sądzisz?
- No oczywiście. Przecież Ash to taki gość, że go nic nie zmoże. Nawet sam diabeł nie dałby mu rady. Przeciwnie, przebiłby mu pierś swoją szpadą, powalił na ziemię, a Ash zaraz potem znowu wstałby cały i zdrowy, a diabeł na jego widok by zawołał: „O Boże! On żyje!“.
Wszyscy parsknęliśmy śmiechem, słysząc te słowa. Ta wiara naszego drogiego przyjaciela w umiejętności Asha nam wszystkim naprawdę bardzo się spodobała, a zwłaszcza mojemu ukochanemu, ponieważ to dzięki niej zyskał on jeszcze większą pewność w swoje umiejętności, choć i tak taka pewność w nim istniała, lecz teraz wzrosła jeszcze mocniej, a ta pewność mu zawsze dodawała sił, co miałam już nieraz okazję zaobserwować.
Do czasu, w którym miał mieć miejsce pojedynek, wszyscy zajmowali się sobą, przy czym wielu ludzi prowadziło już zakłady na temat tego, kto wygra tę walkę. Większość stawiała na wicehrabiego Autumn, co nas wcale nie dziwiło, bo przecież jego i jego umiejętności doskonale znali, a Asha wcale nie znali i nie mogli w pełni ocenić, jakie on umiejętności w walce na broń białą posiadał. Uczciwie jednak należy powiedzieć, że na Asha także niejedna osoba postawiła i to niemałą sumkę, gdyż miała nadzieję, iż drogi pan wicehrabia Autumn dostanie solidną nauczką. Francois i Colberton na nas postawili ze względu na sympatię, jaką do nas żywili, choć również nie ukrywali, że mają nadzieję, iż Ash da nauczkę swemu przeciwnikowi. Prócz tego Colberton dostarczył nam bardzo ciekawych informacji.
- Sprawdziłem na twoją prośbę, mój drogi wicehrabio wiadomości na temat księdza Salve, jego gospodyni i wychowanka - powiedział Colberton, gdy został z nami bez obecności świadków - I dowiedziałem się, że ksiądz przebywa obecnie w pobliskim więzieniu w naszej stolicy. Nie jest on zbyt zdrowy, a prawdę powiedziawszy jest poważnie chory i jeśli chcecie z nim rozmawiać, to musicie się spieszyć, gdyż może nie przetrzymać warunków życia w więzieniu. Jego gospodyni nie została aresztowana i przebywa teraz gdzieś na prowincji. Co zaś do wychowanka, to ten zniknął bez śladu.
- Rozumiem. Bardzo panu dziękuję - ukłonił się lekko ministrowi Ash, po czym dodał: - A tak przy okazji, czy wiadomo panu, kto podpisał nakaz aresztowania księdza i jego wychowanka?
- Dowiedziałem się też i tego - odparł z uśmiechem minister Colberton - Podpisał go sam Fouquetini.
- Fouquetini? - zapytałam zdumiona - To on może podpisywać rozkazy aresztowania?
- Jest jednym z najbardziej zaufanych ludzi króla, więc posiada taki przywilej. Ja niestety go nie posiadam - stwierdził ponuro Colberton - Ileż to ludzi siedzi obecnie w więzieniu z jego powodu, bo mieli inny pogląd na pewne sprawy niż sam wielki Fouquetini? Gdyby nie to, że jestem tym, kim jestem, to z pewnością i ja bym do nich dołączył.
- Bardzo przykro mi to słyszeć - powiedział Ash - A więc wynika stąd, że to Fouquetini jest królem Johto, a nie Louis XIV.
- Otóż to! - zawołał załamanym głosem Colberton - Ale wiedz, mój drogi chłopcze, że to się jeszcze zmieni, jestem tego pewien. To minie, a potem zmieni się na lepsze. Musi tak być, ponieważ takich ludzi jak ty, mój drogi wicehrabio zjawi się więcej. Oni wywrą bardzo dobry wpływ na króla, a dzięki nim król ocknie się ze swojego stanu i zrozumie, iż władza zawsze spoczywać powinna tylko w jego rękach, a jeśli musi się nią dzielić, to tylko z godnymi tego osobami. A wtedy ten złodziej Fouquetini straci grunt pod nogami i zostanie on zmuszony do rozliczenia się z tego, co uczynił jako urzędnik państwowy, a ludzie niesłusznie osadzeni przez niego w więzieniu odzyskają wolność, zaś ukradzione sumy wrócą do kasy państwowej.
- Widzę, że poważnie pan się przejmuje tym wszystkim - zauważył mój ukochany.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.


- No, a cóż w tym dziwnego? - spytał Colberton - Przecież to chyba jest oczywiste! Czyż nie żyję w tym państwie? Czyż nie jem chleba, który to pieczony jest z mąki, która to powstaje ze zboża, które to znowu powstaje dzięki pracy rąk miejscowych chłopów? Czyliż to nie dostałem stanowiska ministra spraw wewnętrznych po to, aby wykorzystywać je dla dobra tego kraju? Czy nie po to mój ojciec służył Johto, abym i ja również mu służył? Obejmuję jedno z najwyższych stanowisk w tym kraju i to oto stanowisko zdobyłem wierną służbą i tę służbę doceniła królowa matka, mianując mnie ministrem, co jej syn król łaskawie raczył zatwierdzić. Tak, służyłem Johto po to, aby zostać docenionym i żeby dostać dobre stanowisko. Nie pycha mnie do niego jednak ciągnęła, ale wierność Johto, bo to jemu służę i jemu jestem winien wierność. Służyć mógłbym mu w każdy sposób, choćby jako parobek, jednak wolę służyć jako minister, do czego zresztą dążyłem. Byłem sekretarzem i pomocnikiem mojego poprzednika, który powierzał mi coraz poważniejsze zadania, aż w końcu wypromował mnie na swego następcę, na co wyraziła zgodę królowa matka, a król to zatwierdził. Przyznaję, że moje starania dążyły do tego, abym to stanowisko otrzymał, jednakże nie sama ambicja przeze mnie wtedy przemawiała. Ja chciałem również starać się o dobro tego kraju. Jako minister wszak więcej tu mogę zdziałać niż zwykły stajenny i to właśnie robię... Służę ojczyźnie i będę jej służył, choćby tysiąc takich Fouquetinich się tutaj zjawiło! Bo może być na dworze króla wielu złodziei, skoro tak być musi, ale niechaj pośród nich będzie ktoś, kto chce coś dla tego kraju zrobić!
- Widzę, że pana głowa jest pełna ideałów, tak nietypowych dla ludzi pańskiego wieku oraz urzędu - powiedziałam bez cienia złośliwości, bardzo zachwycona słowami tego człowieka.
- A tak, to prawda - potwierdził Colberton z najwyższą powagą - To prawda, młoda damo. Moja głowa jest pełna podobnych ideałów i wcale się tego nie wstydzę. Mój ojciec kierował się podobnymi ideałami. Mój drogi poprzednik, a jego wielki przyjaciel także samo, a więc czemu i ja teraz nie miałbym się nimi kierować? Podobne ideały przystają również i Francois, którego kocham jak syna. A przy okazji, to czy wiecie może, co się dzieje z tym młodzieńcem? Odkąd tu przyjechał wyczuwałem w nim coś dziwnego, jakby jakiś niepokój, chociaż nie umiem tego nazwać po imieniu, ale wiem doskonale, że coś go dręczy, ale wiem też, że nie poprosi mnie o pomoc. On zawsze woli sam radzić sobie ze wszystkimi problemami. Gdy jego ojciec stracił na wojnie większość ich rodzinnego majątku, to Francois nie przyjął ode mnie pomocy finansowej. Wstąpił do wojska i wierną służbą odzyskał to, co utracił jego ojciec. Tak, właśnie taki on jest. Wie, że ja widzę to, iż on ma problem, ale nie poprosi o pomoc. A ja nie wiem, jak mu pomóc, ale za to wiem, że coś mu jest i jestem ciekaw, czy i wy to spostrzegliście. A więc, czy odkąd tu przyjechaliście, zauważyliście może w jego zachowaniu jakieś, że tak powiem, przygnębienie?
- Odkąd przyjechał? - zdziwił sie Ash - Niczego nie zauważyłem.
- W sumie wcale mnie to nie dziwi, mój drogi wicehrabio - powiedział Colberton - Bo jego trzeba znać naprawdę bardzo dobrze, wiele lat, aby to odkryć. Wy możecie nie widzieć tego i wcale wam to nie przynosi ujmy, bo nie znacie go dłużej niż ja, ale ja go znam na tyle długo, że ledwie tylko go pierwszy raz po jego przyjeździe ujrzałem, a już wiedziałem, iż coś jest z nim nie tak. Ale co... Tego ja już nie wiem. Spróbował to sprytnie ukryć, ale przede mną tego nie zdoła dokonać i widziałem, że cierpi, a teraz... Teraz nie wiem, co się z nim stało, ale od wczoraj przestał się z tym swoim bólem kryć. Wcześniej robił wszystko, abym nie dostrzegł tego, że cierpi, a teraz nagle przestaje to robić. Naprawdę dziwi mnie to, ponieważ taka całkowita niekonsekwencja w jego postępowaniu bardzo mi do niego nie pasuje.
- Rozumiem, a dzisiaj jest tako samo przygnębiony? - spytałam.
- Tak i wspominał o tym, że chce jak najszybciej stąd wyjechać. Z trudem przekonałem go do tego, aby pozostał na miejscu, ale widzę aż nadto wyraźnie, iż nie posiada ku temu wielkiej ochoty.
Wiedzieliśmy doskonale, co jest tego przyczyną, ale też nie mieliśmy pewności, czy aby Francois chciałby, żeby przekazywać jego tajemnice jego ojcu chrzestnemu. Wspomniał nam, że możemy mówić o tym tylko naszym przyjaciołom z naszej kompanii, jednak o Colbertonie nic nie wspominał. Lepiej więc było zachować milczenie, a przynajmniej póki co, bo pewnie z czasem to się zmieni.
Naszą rozmowę przerwało przybycie Francois, który oznajmił nam, że król wzywa do siebie Asha, ponieważ już nadeszła pora na to, aby cały dwór podziwiał walkę zapowiedzianą już wczoraj na dzisiejszy dzień.
- Ach, więc to już pora? - zapytał mój luby z uśmiechem na twarzy - To doskonale, przyjacielu. Im szybciej, tym lepiej.
Po tych słowach Ash spojrzał na mnie i podał mi swoje ramię, mówiąc:
- Najdroższa... Pora już na nas.
- Tak, kochanie. Ruszajmy więc - odpowiedziałam.
- Chodźmy zatem - powiedział Colberton - Z największą przyjemnością zobaczę, jak przerabiasz tego łajdaka na sieć rybacką.
Ash uśmiechnął się delikatnie do ministra, po czym razem ruszyliśmy za Francois, który prowadził nas w kierunku miejsca, gdzie miał się odbyć pojedynek. Idąc tam natknęliśmy się na jakąś ubraną na czarno, niezwykle dostojną kobietę w średnim wieku, wysoką oraz szczupłą, mającą brązowe włosy i oczy tej samej barwy. Szła ona korytarzem spokojnie, jak również bardzo dostojnie, a na nasz widok zatrzymała się i powiedziała:
- O! Pan Colberton.
- Witam, Wasza Wysokość - ukłonił się jej minister, a my poszliśmy jego śladem.
- Udajesz się pan do mojego syna?
- Tak, w sprawie pojedynku, który ma podziwiać cały dwór.
- Ach, tak - pokiwała lekko głową kobieta i spojrzała na Asha - To ten pan będzie walczył z wicehrabią Autumn?
- Nie inaczej - pokiwał głową Colberton - Czy Wasza Wysokość zechce podziwiać tę walkę?
- To są rozrywki godne mężczyzn, a nie mnie, także bardzo proszę mi wybaczyć, ale nie będę w stanie tego zrobić.
Po tych słowach odeszła spokojnie w swoją stronę.
- Czy to królowa matka? - spytałam, gdy już zniknęła.
- Tak.
- Widzę, że wciąż jest w żałobie po mężu.
- Istotnie - potwierdził Colberton - Po jego śmierci wycofała się z życia publicznego i spędza czas na modlitwach. Na balach rzadko bywa, a jeszcze rzadziej między ludźmi. Ale to nieważne. Lepiej już chodźmy, bo król nas oczekuje.

***


Cały dwór zebrał się na placu przed pałacem. Tam też właśnie miał się odbyć pojedynek pomiędzy Ashem a wicehrabią Autumn. Król Louis ogłosił publicznie, iż zgodnie z tym, co wcześniej zapowiedział ten, kto wygra ten pojedynek otrzyma z jego łaski spełnienie każdego życzenia, jakie tylko wyrazi, choćby to oznaczało nawet połowę skarbca królewskiego. Dworacy byli w szoku, słysząc te słowa, a król był z tego zadowolony, iż wywołał ten szok i nakazał przeciwnikom ustawić się naprzeciw siebie.
- Zgodnie z rozkazem króla pojedynek ma się odbyć do pierwszej krwi! - ogłosił publicznie minister Fouquetini - Przeciwnicy nie mogą zadać sobie więcej ran i nie wolno im się nawzajem zabić. Walka ma się toczyć tylko i wyłącznie do pierwszej rany i nic poza tym.
Uspokoiło mnie to ogłoszenie, ponieważ bardzo się bałam, że mój luby może zginąć w tym pojedynku, tak zaś byłam spokojna, a przynajmniej choć trochę, ponieważ wyraźnie wicehrabia Autumn miał na twarzy wymalowaną nienawiść do Asha, a wiadomo, że nienawiść potrafi zdziałać wiele, nawet dodać sił podczas walki.
- Z największą przyjemnością bym cię zabił za to, co zrobiłeś mojej matce, lecz co się odwlecze, to nie ucieczce - powiedział gniewnie łajdak do Asha, gdy ten szykował się do walki - Kiedyś jeszcze oba będziemy walczyć na poważnie, a póki co...
- A póki co proszę trzymać się zasad, jakie ustanowił król, bo jeszcze może pana spotkać coś nieprzyjemnego - przerwałam groźnym tonem jego przemowę.
Wicehrabia uśmiechnął się ironicznie i odszedł na bok w swoją stronę, aby zdjąć kaftan, który by mu przeszkadzał w walce, po czym wyjął szpadę i zaczął zadawać nią kilka pchnięć.
- Bądź ostrożny, kochanie - powiedziałam do Asha, który też zdjął z siebie kaftan.
- Będę, najdroższa - odparł mój luby i pocałował mnie w usta.
Potem obaj przeciwnicy ustawili się do walki, a ja odsunęłam się w kierunku moich przyjaciół. Pikachu zaś usiadł wygodnie na mym ramieniu, a jego pyszczek wyrażał równie wielki niepokój, co ten, który towarzyszył moim myślom.
- Oby tylko mu się udało - powiedziałam.
- Spokojnie, ta walka nie toczy się na śmierć i życie - rzekła Madeline, stojąca obok swego męża, który był wyraźnie również przejęty tym, co się szykowało, podobnie jak i jego Raichu.
- Obawiam się tylko tego, iż ten łajdak może złamać warunki walki, a król zamiast go ukarać tylko go jeszcze nagrodzi - powiedział Francois.
Colberton skarcił go lekko.
- Nie mów tak głośno, mój chłopcze. Krytykowanie króla na głos to nie jest coś, co powinno się swobodnie robić.
- Kiedy taka prawda, ojcze chrzestny. Gdybyś tylko wiedział, do czego on jest zdolny, to...
- Cicho sza! - syknęła Madeline - Walka się zaczyna.
- Uwaga... Zaczynajcie! - zawołał Fouquetini.
Obaj przeciwnicy stanęli naprzeciwko siebie, lekko zasalutowali sobie szpadami, po czym zaczęli się ze sobą pojedynkować. Wicehrabia pierwszy zadał cios, ale Ash spokojnie go sparował, podobnie jak kolejne i jeszcze kolejne. Wicehrabia zaś powoli przechodził do coraz większej ofensywy, nacierając coraz mocniej i mocniej. Ash prawie wcale nie atakował, zwykle poprzestając jedynie na odpieraniu ciosów. Zebrani na placu dworacy w towarzystwie swoich Pokemonów zaczęli okazywać jawną niechęć wobec takiego rodzaju walki.
- Atakuj, panie de Bragelonne! - wołali niektórzy - Atakuj, a nie tylko odpieraj ciosy! Chyba, że się pan lękasz!
Bałam się, że podobne teksty mogą zdenerwować Asha, a co za tym idzie, może on stać się nieostrożny i co wtedy? Wolałam nawet sobie tego nie wyobrażać.
Na szczęście mój luby zachował stoicki spokój i odpierał ataki swojego przeciwnika, jedynie czasami tylko atakując, co oczywiście bardzo się nie podobało ani królowi, ani dworakom.
- Walczcie panowie porządnie albo też nie walczcie wcale! - krzyczeli ci dranie, a król uśmiechał się, gdy to słyszał.


Wicehrabia Autumn był coraz bardziej czerwony na twarzy i próbował atakować Asha różnymi podstępnymi sztychami, ale on bez większego trudu odpierał jego ataki, coraz częściej jednak samemu go też lekko przycinając. Wicehrabia był bardzo zadowolony z tego powodu, bo przecież właśnie tego oczekiwał, ale szybko pewna siebie mina zrzedła mu z twarzy, ponieważ Ash zastosował sprytny atak i wytrącił swojemu przeciwnikowi szpadę, po czym przyłożył mu broń do gardła, jednak zamiast go zranić odsunął broń i rzekł:
- Podnieś!
- O nie! Dlaczego on nie może go teraz ranić i mieć już z nim spokój? - spytał załamanym głosem Max.
- Nie może, bo to nie uchodzi szlachcicowi - wyjaśnił mu Clemont.
- Może i nie, ale mimo wszystko mógłby łatwo się z nim rozprawić, a on się z nim tylko bawi.
- Spokojnie, on wie, co robi - odpowiedział mu młody Meyer - A w każdym razie mam taką nadzieję.
- Ja również mam taką nadzieję - odparła z uśmiechem Dawn - Mój brat ma zwariowane pomysły, ale zwykle wie, co robi.
Pikachu, Piplup oraz Buneary byli tego samego zdania, co wyrazili za pomocą pisków. Z kolei Raichu był zaniepokojony, podobnie jak jego pan.
Tymczasem wicehrabia Autumn podniósł swoją szpadę i przystąpił do dalszej walki. Mój luby bez trudu odpierał jego ataki, lecz tym razem coraz częściej sam zadawał sztychy i pchnięcia, choć nie mógł drania trafić, bo ten był zbyt zwinny. Kilka razy szpada wicehrabiego o mało nie dosięgła Asha, co ja i Pikachu przywitaliśmy z lekkim niepokojem, ale na całe szczęście nie zdołała dosięgnąć ciała mojego ukochanego, gdyż ten łatwo unikał ciosów, choć jego przeciwnik był coraz bardziej zawzięty, a do tego coraz bardziej agresywny. W końcu Ash pod naporem ciosem musiał na wpół uklęknąć, aby się skutecznie osłonić przed szpadą przeciwnika, a potem sam swoją szpadą zadał pchnięcie i trach! Ranił wicehrabiego w ramię. Ten spojrzał na niego z gniewem i wyraźnie chciał kontynuować walkę, jednak Fouquetini krzyknął głośno:
- Dosyć!
Pojedynek został w ten oto sposób zakończony. Wicehrabia Autumn ze wściekłą miną na twarzy spojrzał na Asha i podszedł powoli do ministra, który próbował go uspokoić.
- Udało się! Udało! - krzyczała Bonnie, podskakując do góry.
- Górą nasi! - wołał Max, także skacząc wesoło.
Pikachu wesoło wskoczył w objęcia Asha, który to uściskał go mocno i także pogłaskał czule po główce.
- Udało ci się, braciszku! - zawołała Dawn, ściskając Asha.
- Tak się o ciebie bałam! - dodałam, również to robiąc.
- Jesteś jak zawsze najlepszy - rzekł Clemont.
Francois, Madeline i Colberton również pogratulowali Ashowi jego zwycięstwa, a ten ze skromnością przyjmował ich słowa.
- Gratuluję, wicehrabio! - zawołał radosnym głosem król, podchodząc do Asha.
Wszyscy ukłoniliśmy się przed nim, zaś Louis XIV, który wyraźnie był bardzo z tej walki zadowolony, powiedział:
- Drogi wicehrabio... Zgodnie z obietnicą możesz pan teraz prosić o co tylko zechcesz. Racz jednak, jeżeli możesz, poprosić o coś naprawdę bardzo godnego ciebie, ponieważ zbyt uniżona prośba nie pasuje do ciebie, jakże doskonałego szermierza. Tak wspaniały wojownik może żądać od swojego króla tylko i wyłącznie czegoś wyjątkowego. A zatem proś mnie pan śmiało. Niczego ci dzisiaj nie odmówię.
Oczekiwałam na prośbę, jaką złoży Ash. Oboje z naszymi przyjaciółmi ustaliliśmy, o co poprosi mój luby, choć mieliśmy przy tym pewne obawy, ponieważ prośba ta była dość poważna i mogła wzbudzić w królu pewien niepokój, a tego woleliśmy uniknąć. Czy jednak mógłby on nam odmówić, skoro obiecał nam publicznie, iż tego nie zrobi?
- Chciałbym prosić Waszą Królewską Mość, skoro taka jest możliwość, o to, aby Wasza Królewska Mość raczył ułaskawić księdza Salve, który to przebywa obecnie w więzieniu niedaleko stąd, w samej stolicy.
Ledwie Ash wypowiedział te słowa, a zaszokował kilka osób wokół siebie. Zaszokowani byliśmy my, ponieważ nie to ustaliliśmy z Ashem. Jej Wysokość księżniczka Sylvia była zaszokowana, ponieważ znała doskonale to nazwisko i nie spodziewała się go teraz usłyszeć, zaś wicehrabia Autumn oraz Fouquetini byli w szoku, bo... Podejrzewałam, jaki jest tego powód, ale to nie umknęło ani mojej uwadze, ani naszych przyjaciół.
Król jednak wcale się tym nie przejął.
- Ksiądz Salve? Nie znam tego nazwiska. A za cóż on siedzi?
- Za jakieś niesłuszne oskarżenia ze strony swoich sąsiadów - odparł Ash.
- Istotnie, sam zbadałem tę sprawę i wiem, że ksiądz Salve siedzi w więzieniu niesłusznie - przybył mu w sukurs Colberton.
- A cóż pana może obchodzić los tego klechy? - zapytał pogardliwie król.
- To mój dawny opiekun i nie chcę, aby spędził resztę życia w lochu - odpowiedział mu Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
Król uśmiechnął się wesoło, po czym kazał sobie przynieść papier i coś do pisania, a kiedy już to otrzymał, to bardzo zadowolony napisał z miejsca akt ułaskawienia dla księdza Salve i podał go Ashowi.
- Proszę, wicehrabio. Jedź pan zaraz po swojego przyjaciela i ciesz się swoją wygraną.
- Dziękuję, Wasza Królewska Mość - odrzekł Ash, kłaniając się nisko władcy Johto.
W tłumie dworaków, którzy zaczęli powoli powracać do swoich zajęć, dostrzegłam nagle księżniczkę Sylvię. Na jej twarzy malował się dość spory uśmiech dowodzący, iż cała ta sprawa ją bardzo raduje.

***


Pojechaliśmy w kierunku pobliskiego więzienia, w którym nieszczęście  miał przebywać biedny ksiądz Salve. Dojechaliśmy prędko na miejsce, a gdy dotarliśmy tam, to ja, Ash i Francois szybko zeskoczyliśmy z naszych wierzchowców, prosząc naszych przyjaciół, aby zaczekali oni na nas przed bramą więzienia.
- Lepiej nie wchodźmy tam całym tłumem - powiedział Francois - To nie robi dobrego wrażenia.
- Słuszna uwaga - rzekł Ash - Lepiej zostańcie tutaj.
- Tak, a ty lepiej nam powiedz, po co się bawisz w takie hece - odparł ponuro Max - Przecież ustalaliśmy coś innego.
- Właśnie! - zawołała Bonnie - Miałeś przecież prosić króla Louisa o ułaskawienie dla... sam wiesz kogo.
- No właśnie, a ty prosisz o coś, co jest... bez sensu.
- Właśnie tak.
- De-ne-ne! - zapiszczał Dedenne.
- Spokojnie - powiedział Clemont - Ash przecież wie, co robi, a poza tym ja chyba go rozumiem.
- Doprawdy? - spytałam - Bo ja obawiam się, że nie.
- Ja chyba też coś niecoś rozumiem, ale... Wolę nie rozmawiać o tym na ulicy - rzekła Dawn.
- Właśnie - poparł ją Ash, nakładając na głowę kapelusz - Potem sobie pogadamy o tych sprawach, gdy już będziemy w bezpiecznym miejscu.
- Nie traćmy czasu - rzekł na to Francois.
Weszliśmy do więzienia i pokazaliśmy strażom nakaz króla, po czym zażądaliśmy rozmowy z naczelnikiem. Ten przyjął nas, a kiedy tylko mu pokazaliśmy akt ułaskawienia, podpisał się pod nim i nakazał strażnikom zaprowadzić nas do celi księdza Salve. Odprowadzono nas zatem do tego pomieszczenia i wprowadzono do jego wnętrza. Oczom naszym ukazał się przerażający widok. Był nim wysoki, chuderlawy człowiek z ogromną brodą siwej barwy oraz długich włosach także srebrnej barwy, ubrany w coś, co musiało stanowić kiedyś ubranie, obecnie zaś było łachmanami. Wyglądem bardzo przypominał mi księdza Farię z „Hrabiego Monte Christo“, którego ja i Ash wręcz uwielbiamy równie mocno, co muszkieterów.
- Ty, klecho! - zawołał jeden ze strażników - Jesteś wolny!
- Ja nic nie wiem... Ja nic nie wiem - jęknął ksiądz.
Siedział on na podłodze przed swoją pryczą i patrzył ze smutkiem w ścianę.
- Co z tego? Jesteś wolny - powiedział ironicznie strażnik.
Francois kazał mu odejść i podszedł do księdza, mówiąc:
- Proszę księdza... Proszę iść z nami. Jest ksiądz wolny.
Salve spojrzał na niego, po czym jęknął wzruszonym głosem:
- Philippe! O Boże! Philippe!
To mówiąc zerwał się na równe nogi i dotknął twarzy Francoisa, lekko się uśmiechając.
- Philippe! To ty, mój chłopcze? Prawda?! Powiedz, że to ty! Powiedz mi, że mi się to nie wydaje!
- Boże! - jęknęłam załamana - On chyba oszalał.
- Najwyraźniej - powiedział smutno Ash.
- Pika-pika! - pisnął Pikachu.
Ash podszedł do księdza, który tym razem jego wziął za Philippe’a, a mój luby uśmiechając się do niego, rzekł:
- Proszę księdza... Proszę mi powiedzieć, kim ja jestem?
- Philippie... Jestem taki szczęśliwy, że cię widzę! - jęknął ksiądz - Tak bardzo za tobą tęskniłem, mój chłopcze. Powiedz, że to ty! Powiedz!
- Tak, to ja.
Ksiądz westchnął załamany, po czym nagle jęknął z bólu i padł prosto w objęcia Asha, który przerażony wraz z Francois położył go na pryczy.
- Philippe - jęknął ksiądz - Tak się cieszę, że cię widzę w ostatniej godzinie mojego żywota. Tak za tobą tęskniłem.
- Ja za księdzem także - odpowiedział Ash załamanym głosem - Ale powiedz mi, proszę, kim ja naprawdę jestem? Za co mnie aresztowano?
- Za co? Mój kochany chłopcze... Ty nie wiesz, bo ty nie możesz tego wiedzieć, że... że ty... jesteś... jesteś...
Złapał Asha za poły jego ubrania i przyciągnął go do siebie, delikatnie podniósł głowę i szepnął mu coś na ucho. Ash wyglądał na osobę, która usłyszała coś, czego się spodziewała, ale zarazem była tym zdumiona, bo miała pewne wątpliwości, że właśnie to usłyszy.
Ksiądz tymczasem opadł powoli na swą pryczę i jęknął:
- Dowód znajdziesz... Znajdziesz go...
- Gdzie?! W twoim domu?! - spytał przerażony Ash.
- Pika-pika? - pisnął równie zaniepokojony Pikachu.
- Tak... Tam, gdzie mieszkam - jęknął ksiądz Salve i dotknął lekko jednego z kamieni w ścianie - Szukaj tam... A znajdziesz dowód...
Oparł dłoń na owym kamieniu, po czym jęknął z bólu i opadł głową na pryczę. Francois dotknął jego skroni i załamany zamknął mu oczy.
- Nie żyje? - spytałam zasmucona.
- Tak - pokiwał głową Francois.


Scena ta była tak przygnębiająca, że aż się rozpłakałam. Mój luby zaś podszedł do mnie i objął mnie mocno do siebie, a Pikachu lekko dotknął łapką moją nogę.
- Jesteś pewien? - spytał Ash.
- Widziałem już tyle śmierci w moim życiu, że umiem ją wyczuć, kiedy jest w pobliżu - powiedział ponuro Francois.
Ash puścił mnie z objęć i podszedł znowu do księdza.
- O jaki dowód mu mogło chodzić? - zapytał.
- Nie wiem, ale coś mi mówi, że musimy go znaleźć - odparł Francois.
Przez korytarz ktoś przeszedł szybkim krokiem, jednak ja nawet nie zwróciłam na to uwagi przejęta tym, co się stało.
- Wracajmy już. Mam dość widoku śmierci jak na jeden dzień.
Francois pokiwał smutno głową i wyszedł z celi.
- Chodź, Ash - poprosiłam mego ukochanego.
- Chwileczkę, kochanie - powiedział Ash - Chciałbym tu jeszcze coś sprawdzić zanim stąd pójdziemy.
- Co takiego?
- Przypomina mi się pewna gra komputerowa, w którą kiedyś grałem razem z tobą. Pamiętasz ją może?
- O jakiej grze mówisz?
- O „Kapitanie Pazurze“.
- Aha... Chyba wiem, do czego zmierzasz. Ruchomy kamień w ścianie celi? I coś ukryte za nim?
- Tak... Pewnie się mylę i pewnie tam nic nie ma, ale...
Ash postukał po kamieniu, który wydał z siebie głuchy łoskot. Dla pewności postukał dłonią po kilku innych kamieniach, ale wydały z siebie inny dźwięk.
- Ciekawe, prawda? - spytał Ash, lekko się uśmiechając.
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
Ash powoli złapał za kamień i pociągnął go w swoją stronę i choć nie bez trudu, to wyjął go i położył na ziemi, odsłaniając w nim całkiem sporą dziurę. Ash włożył do niej rękę i wyjął z niego dość spory różaniec.
- Różaniec? - spytałam.
- Albo coś więcej - powiedział Ash i obejrzał przedmiot.
- Chodźmy stąd, przyjaciele - rzekł Francois, zaglądając do celi.
- Dobrze, chodźmy już - Ash założył sobie różaniec na szyję, po czym krzyż schował za ubranie, aby nie był widoczny na pierwszy rzut oka.
Powoli opuściliśmy to ponure miejsce i wróciliśmy do naszych drogich przyjaciół, z którymi następnie pojechaliśmy w kierunku letniej rezydencji Colbertona, do której to jej gospodarz nas zaprosił. Gdy tak jechaliśmy, to kątem oka mignął mi jakiś człowiek rozmawiający właśnie z kimś na ulicy. Wydawało mi się, że to był wicehrabia Autumn, ale nie byłam tego pewna, choć przekazałam tę informację Ashowi, gdy tylko miałam taką możliwość. Mój luby zainteresował się tą informacją, choć przy okazji też mocno się nią zaniepokoił.

***


Letnia rezydencja Colbertona była bardzo przyjemnym i dość bogatym domem, który (jak się dowiedzieliśmy od Francois) należał do rodziny pana ministra, a konkretnie jego ojca i dziada. Sam pan Colberton bywał w niej niezwykle rzadko ze względu na swoje obowiązki, ale tym razem zamierzał się tam wybrać, a póki co poprosił swego chrześniaka i jego przyjaciół, aby raczyli przyjąć jego gościnę w tym domu. Wiedział bowiem od Francois, że ten poradził nam opuścić pałac królewski jak najszybciej i unikać wszelkich dworskich intryg, w które niewątpliwie byśmy zostali wciągnięci, gdybyśmy tam pozostali. Colberton rozumiał obawy swego chrześniaka, ale nie chciał, abyśmy on i jego kompanii opuszczali Johto, dlatego przed naszą jazdą po księdza Salve zaprosił nas wszystkich do bezpiecznego miejsca, jakim była jego letnia rezydencja. Tam mogliśmy swobodnie ze sobą rozmawiać bez obaw, że ktoś nas podsłucha, której to pewności przecież nie posiadaliśmy przebywając w pałacu króla Louisa.
Posiadłość Colbertona to było miejsce piękne, bogate, ale nie rażące w oczy swoim przepychem, jak w przypadku pałacu królewskiego, gdyż tam było widać, iż wydano grube miliony na jego powstanie, z kolei zaś w domu Colbertona czuć było, że jego właściciel budując go chciał, aby ludzie czuli się tu wygodnie i przyjemnie, a nie przytłoczeni bogactwem i przepychem. Poza tym widać było także, że Colberton nie chciał wydawać pieniędzy na utrzymanie rezydencji w stanie przepychu, kiedy zamiast tego mógł wydać je na cele charytatywne, co też oczywiście robił.
Przybyliśmy więc wszyscy do posiadłości Colbertona, gdzie usiedliśmy w salonie, a służba ugościła nas z szacunkiem, szczególną atencją darząc jednak Francois, którego dobrze znała i kochała równie mocno, co swojego pana. Bez wahania zatem wykonała jego polecenia i przyniosła nam różne przekąski, a potem zostawiła nas samych, abyśmy mogli ze sobą swobodnie porozmawiać. Gdy to się stało, to ja, Ash i Francois opowiedzieliśmy zatem naszym drogim przyjaciołom dokładnie o naszej rozmowie z księdzem Salve. Nasi kompani wysłuchali nas z uwagą, jednakże wciąż bardzo ich dziwiła decyzja Asha, podobnie zresztą, jak i mnie.
- Nie rozumiem, Ash, dlaczego od razu nie zażądałeś ułaskawienia dla człowieka w żelaznej masce - powiedziałam.
- Właśnie. Możesz nam to wyjaśnić? - spytał Max.
- Ja myślę, że wiem, dlaczego Ash tego nie zrobił - rzekł Clemont.
Wszyscy spojrzeli na niego zainteresowani, a nasz wynalazca wyjaśnił nam swój sposób myślenia.
- Nie jestem pewien, czy dobrze rozumuję, ale ja sądzę, że Ash nie jest pewien tego, jakby zareagował król na taką prośbę. W końcu sam go kazał aresztować, a skoro kazał go zamknąć i zakuć w żelazną maskę, to przecież nie byłby zbyt zadowolony, iż teraz prosimy go o to, aby kazał go uwolnić.
- Byłby zadowolony czy nie, a co to za różnica? Przecież musiałby dotrzymać słowa - zauważyła Bonnie.
- Zapewne tak, ale jeszcze by potem kazał nas po cichu... - rzekł na to Francois i przejechał się palcem po gardle, a podobny gest wykonał także jego Raichu.
Bonnie jęknęła przerażona i złapała się lekko dłońmi za szyję, aby ją sobie osłonić albo sprawdzić, czy nadal ma ją nietkniętą.
- Właśnie - rzekł Ash z lekkim uśmiechem - Prawda jest taka, że tego się obawiałem. Nie możemy się wydać, że wiemy o człowieku w żelaznej masce. Zrozumiałem to tuż po tym, co opowiedział nam Francois, a co ja i Serena wam powtórzyliśmy.
- Rozumiem - powiedziałam smutno - Właściwie to masz rację, Ash. W końcu to nie byłoby zbyt rozsądne mówić głośno o człowieku w żelaznej masce, zwłaszcza, że przecież nie chcemy następnie zniknąć w tajemniczych okolicznościach, tak jak tamci muszkieterowie.
- Skoro tak, to wszystko jest jasne - rzekła smutno Dawn - Ale szkoda, że rozmowa z księdzem Salve nic wam  nie dała.
- Spokojnie, przyniosła nam co nieco - odpowiedział Ash i zdjął z szyi różaniec, po czym zaczął go uważnie oglądać.
Dawn wypuściła z pokeballi Piplupa i Buneary i pozwoliła im zjeść co nieco łakoci, którymi i my się raczyliśmy. Pikachu, Dedenne i Raichu też do nas dołączyli.
- Tak, ta sprawa przyniosła nam różaniec - powiedział smutno Max - Chyba, że to cacko kryje w sobie jakąś tajemnicę.
- Daj spokój. To się zdarza na film... znaczy w książkach - zaśmiała się ironicznie Dawn.
Poprawiła się szybko, bo nie chciała mówić o filmach przy Francois, który przecież nie wiedział, co to jest kinematografia (z tego powodu, że jej jeszcze nie wymyślono).
- Nie tylko w książkach - uśmiechnął się delikatnie Ash i obejrzał z wielką uwagą różaniec.
Pikachu powąchał lekko ów przedmiot i zapiszczał lekko.
- Widzisz tu coś? - spytałam.
- W sumie tak... Zobaczmy zresztą.
Po tych słowach Ash powoli dotknął krzyżyka, a w końcu zauważył na nim coś i z zainteresowaniem przesunął po przedmiocie dłonią. Wówczas to na naszych zdumionych oczach otworzył krzyżyk i odsłonił jego wnętrze. W nim natomiast znajdował się zwinięty w rulonik niewielki papier. Ash wyjął go i rozwinął, po czym przeczytał jego treść.
- Co tam jest napisane? - zapytałam.


Mój ukochany uśmiechnął się do mnie i podał mi go, a ja odczytałam na karteczce kilka drukowanych słów.
- Swetoniusz... „Żywoty cezarów“... O! I tu jest jeszcze coś dopisane, jakimś czerwonym atramentem. Jakieś nazwisko...
- Jakie? - spytała Dawn.
- Pierre Bealou.
- Kto to taki?
- Nie wiem.
- To pewien stary hugenot, który mieszka na brzegiem morza - wyjaśnił Francois - Dziwak i prawdę mówiąc, raczej mało sympatyczny człowiek.
- Ciekawe, o co tu chodzi? - spytałam.
- Myślę, że jak pojedziemy do tego pana, to wszystkiego się dowiemy - powiedział Ash z uśmiechem na twarzy.
- To słuszna postawa - zgodziłam się z nim - Żeby tylko chciał nam pomóc.
- Jak mu dacie garść złotych monet, to na pewno wam pomoże - rzekł ironicznym głosem Francois - O ile wiem, bardzo lubi pieniądze i to może go przekonać do współpracy.
Rozmowę przerwało nam przybycie Colbertona, który wraz z Madeline oraz swoim Pokemonem przyjechał tu, aby spokojnie z nami porozmawiać.
- No i jak? Gdzie jest ksiądz Salve? Czy jest tu może razem z wami? - zapytał, ledwie tylko nas zobaczył, jednocześnie podając Hoothoota służbie, aby go nakarmiła.
Opowiedzieliśmy Colbertonowi, co też spotkało biednego księdza i co znaleźliśmy w jego celi. Minister wysłuchał nas uważnie, po czym pokiwał ponuro głową i rzekł:
- Widzę, że wciągnęliście się w niezłą aferę, która może mieć bardzo poważne dla was konsekwencje. Uciekliście przed dworskimi intrygami, a mimo to na własne życzenie pakujecie się w jakieś podejrzane sprawy. Czy będziecie łaskawi mi wyjaśnić, o co tutaj chodzi?
- Właśnie, Francois - poparła go Madeline - Chyba już czas najwyższy skończyć z tymi tajemnicami. Podejrzewam, chociaż mogę się mylić, że pan wicehrabia i jego kompania wiedzą już o wszystkim, a zatem ja, twoja żona i pan Colberton, twój ojciec chrzestny powinniśmy również dowiedzieć się wszystkiego.
Francois spojrzał na nas ponuro i widząc, że przytakujemy kobiecie, westchnął głęboko i opowiedział im to, o czym my już wiedzieliśmy.
- Mój drogi chłopcze! Dlaczego nie powiedziałeś o tym wcześniej? - jęknął załamanym głosem Colberton, gdy jego chrześniak zakończył swoją opowieść - Teraz to ja już rozumiem, dlaczego tak szybko zniknąłeś podczas swojej ostatniej wizyty w Johto. Tak szybko, że nawet pozostawiłeś tutaj swego Raichu.
Wyżej wzmiankowany Pokemon zapiszczał gniewnie, spoglądając przy tym na swego opiekuna, który opuścił smutno głowę.
- Tak mi wstyd, ojcze chrzestny. Ja wiem, wypełniałem rozkaz, ale i tak źle się z tym czuję. Nie mam przecież pojęcia, kogo ja tam zamknąłem ani dlaczego król kazał mi to uczynić. A co, jeżeli to był niewinny człowiek, biedny i pokrzywdzony przez los?
- Masz teraz możliwość to naprawić - powiedział Ash, wstając z fotela, na którym siedział - Zabierz nas do tego Bealouego, o ile rzecz jasna wiesz, gdzie on mieszka.
- Wiem i zabiorę was tam... Ale co to da?
- Być może więcej niż myślisz.

***


Jeszcze tego samego dnia ja, Ash, Pikachu i Francois pojechaliśmy nad brzeg morza, co zajęło nam kilka godzin, ale już pod wieczór byliśmy na miejscu. Hugenot Pierre Bealou mieszkał w chatce niedaleko brzegu, który znajdował się na skalistym wybrzeżu. Ogromne skały wyglądające niczym skały Dover i sprawiały naprawdę groźne, choć też i imponujące wrażenie. Pan Bealou zaś był on człowiekiem naprawdę starym, siwawym z krótką przystrzyżoną brodą. Nie sprawiał wrażenia osoby zbyt przyjemnej, a na tę ocenę miał wpływ nie tyle jego wygląd zewnętrzny, co po prostu fakt, że ledwie się pojawiliśmy przed jego domem i zapukaliśmy do niego, to one otworzyły się one, a właściciel stanął w nich z pistoletem w dłoni, którego lufę wymierzył w twarz Asha, który stał najbliższej niego.
- Czego tu?! - warknął wściekłym tonem.
- Hola, hola! Drogi panie! - zawołał Ash, powoli wycofując się, a my poszliśmy za jego przykładem - Nie chcemy żadnych kłopotów.
- Ale właśnie je znaleźliście! - warknął mężczyzna, dalej mierząc w niego z pistoletu - Czego tutaj chcecie?! Jestem samotnikiem i bardzo chcę, żeby tak pozostało!
- Przyjechaliśmy tutaj w sprawie księdza Salve. Czy mówi panu coś to nazwisko?
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
Hugenot spojrzał na niego wyraźnie zaintrygowany tymi słowami, po czym zapytał podejrzliwym tonem:
- Może i mówi... A kto pyta?
- Wicehrabia de Bragelonne oraz jego przyjaciele. Przysyła nas ksiądz Salve. Mamy ze sobą to.
To mówiąc Ash pokazał mu kartkę, którą to odnalazł w różańcu. Stary hugenot wziął ją do ręki i obejrzał dokładnie, po czym powiedział:
- Dobrze, możecie wejść, ale jeśli kłamiecie, to zaraz nafaszeruję was ołowiem. Wszystkich, bez wyjątku.
- Spokojnie, nie kłamiemy - powiedziałam przyjaznym tonem - Ale też potrzebujemy pana pomocy.
- Wchodźcie - mężczyzna opuścił broń i wpuścił nas do środka.
Weszliśmy zgodnie z pozwoleniem. Dom Bealoua nie wyglądał na zbyt przyjemne miejsce. Znajdował się tam zaledwie stół, łóżko, trzy krzesła i jeszcze parę drobiazgów, w tym sieć rybacka, co wyraźnie wskazywało na to, z czego ten człowiek żyje.
- Pan Bealou? - zapytał Francois.
- Powiedzmy - odpowiedział ponuro stary hugenot - My się znamy?
- Ależ tak, panie Bealou. Nie pamięta pan? Prawie trzy miesiące temu wynająłem od pana łódź wraz z moimi ludźmi, aby popłynąć w kierunku wyspy Saint Margot. Wskazywał nam pan nawet kierunek, w którym mamy płynąć. Pamięta pan?
- Być może pamiętam - mruknął bardzo ponuro Bealou - Ale co z tym wszystkim wspólnego ma ksiądz Salve?
- Ksiądz Salve nie żyje.
Hugenot wyglądał na załamanego, kiedy usłyszał te słowa. Wyraźnie zrobiły one na nim naprawdę wielkie wrażenie. Usiadł załamany pod ścianą i zapytał:
- Kiedy zmarł?
- Wczoraj. Skonał na naszych rękach - powiedział Francois.
- Co się stało, że umarł? Nie był znowu aż tak stary.
- Trafił do więzienia niesłusznie oskarżony o spisek przeciw królowi. Nie przetrzymał warunków życia w lochu.
- Rozumiem - posmutniał hugenot, kiwając lekko głową - Bardzo mi go szkoda. Żałuję, że nie żyje. Tylko on jeden był mi przyjacielem. Nie raz i nie dwa odwiedzał mnie tutaj razem ze swoich wychowankiem. A właśnie, co z nim się dzieje?
- My właśnie w tej sprawie - powiedział Francois - Pamięta pan może człowieka z aksamitną maską na twarzy, który nam towarzyszył?
- Pamiętam, ale nie wolno mi było z nim rozmawiać. Wam chyba także, prawda?
- Tak, to prawda. Chciałbym teraz panu powiedzieć, że wiem już, kim był ten człowiek w masce.
- Nie interesuje mnie to.
- Ten człowiek to był Philippe, wychowanek księdza Salve.
Hugenot spojrzał na niego ponuro i gniewnie zarazem.
- Słucham? To był Philippe?
- Tak.
- I pan zawiózł go do więzienia na Saint Margot?
- Tak, jak również patrzyłem na to, jak zakuwali go w żelazną maskę. Wszystko to z rozkazu króla.
Bealou podszedł wściekle do Francois, po czym nagle złapał go za poły ubrania. Raichu nastroszył się gotów do walki w obronie swojego pana, ale Pikachu go powstrzymał przed atakiem na hugenota, który to w tym czasie zaczął szarpać muszkieterem, wrzeszcząc przy tym:
- Czy ty wiesz, co ty zrobiłeś temu biednemu chłopcu?! Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jak to jest żyć w tym więzieniu?! Czy ty wiesz, na co skazałeś tego biedaka?!
- Ja tylko wykonywałem rozkazy króla! - zawołał Francois.
- I to ma być dla ciebie wytłumaczenie?! - wrzasnął hugenot.
- Dosyć! - zawołał Ash, rozdzielając ich - To teraz nie ma znaczenia. Co się stało, to się nie odstanie, ale możemy to jeszcze naprawić.
- Niby w jaki sposób? - spytał Bealou.
- Chcemy go uwolnić, ale musimy jeszcze sprawdzić książkę, którą to niedługo przed swoim aresztowaniem dał panu ksiądz Salve. Być może w niej znajduje się coś, co może pomóc.
Hugenot powoli pokiwał smutno głową i podszedł do szafki, otworzył ją, poszukał w niej czegoś i wyjął dość opasły tom.
- Proszę. Oto jest książka, którą Salve dał mi jakieś trzy miesiące temu. Przeczuwał, że może stać się coś złego i powierzył mi ją. Miałem ją oddać jego wychowankowi, ale jak widzę póki co tego zrobić nie mogę. Weźcie ją i mądrze z niej skorzystajcie. Mam nadzieję, że dzięki niej zdołacie jakoś wydostać Philippe’a z tego nieszczęścia, w jakie go wpakowaliście.
- Ja go tylko w nie wpakowałem i przysięgam, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby to naprawić - powiedział uroczystym tonem Francois.
- Mam nadzieję, bo wiedz, że jeśli tego nie zrobisz, to pożałujesz, że się w ogóle urodziłeś.

***


Ponieważ był już wieczór, a droga była daleka, to zatrzymaliśmy się w przydrożnej oberży i spędziliśmy w niej noc, a potem wróciliśmy razem do posiadłości Colbertona. Nie zastaliśmy w niej gospodarza, a jedynie naszych przyjaciół, którzy pod naszą nieobecność mieli pojechać do plebani księdza Salve i przeszukać to miejsce. Zrobili to i gdy tylko się pojawiliśmy, zaraz przekazali nam te informacje.
- Sprawa nie wygląda najlepiej - powiedział Clemont - Byliśmy tam, ale zastaliśmy pobojowisko.
- Jakie pobojowisko? - spytałam zdumiona - Ktoś się tam bił?
- Nie, ale wyraźnie było widać, że ktoś tam czegoś szukał - wyjaśnił Clemont - Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, to wszystkie rzeczy w plebanii były powywracane i przewrócone na podłogę. Ktoś wyraźnie czegoś szukał w domu księdza Salve. W jego bibliotece nie było też żadnych książek, a zamiast tego był trup.
- Trup? Kogo? - spytałam zaniepokojona.
- Jakieś kobiety - odpowiedział Max - Colberton, który przyjechał tam z nami poznał ją, bo kiedyś parę razy ją widział. To była gospodyni księdza Salve.
- Nie aresztowano jej z księdzem, prawdopodobnie dlatego, że nie było jej na plebanii w chwili, gdy przybyli ludzie króla, aby go zabrać - rzekł po chwili Clemont - A potem jej nie szukali, ale widocznie ona powróciła na plebanię z jakiegoś powodu i tam natknęła się na tych ludzi, którzy przeryli dom księdza i oni...
- Ją zabili - dokończyłam załamanym głosem - Łajdacy!
- Dokładnie - zgodził się ze mną Ash - Ciekawi mnie tylko, kto to był.
- Chyba wszyscy dobrze to wiemy - zauważyłam - Mówiłam wam, że widziałam wicehrabiego Autumn w pobliżu więzienia, gdy przybyliśmy po księdza Salve. Musiał nas podsłuchiwać i potem pojechał na plebanię, aby ją przeszukać.
- Szkoda, że nie wiemy, czego szukał - rzekła Dawn.
- Ani czy mu się to udało - dodała Bonnie.
Ash uśmiechnął się do nich i wyjął powoli ze skórzanej torby, którą miał przerzuconą przez ramię książkę „Żywoty cezarów“ Swetoniusza.
- Proszę. Tego szukali.
Nasi przyjaciele patrzyli z uwagą na książkę.
- Bardzo ładna książka - powiedział Max - Ale nie wiem, co w niej jest takiego niezwykłego, aby z jej powodu aż zabijać ludzi.
- Przejrzeliśmy ją siedząc w oberży, w której zatrzymaliśmy się na noc - rzekł z uśmiechem mój ukochany - Bardzo ciekawa lektura, naprawdę, ale szczególnie interesująca dla nas była jedna strona wklejona w sam środek tej książki. Proszę, oto ona.
Po tych słowach Ash wyjął z kieszeni sporą kartkę zwiniętą w czworo i potem pokazał ją naszym przyjaciołom. Max otworzył ją i przeczytał jej treść, a gdy się z nią zapoznał, to uśmiechnął się zadowolony i podał ją Clemontowi. Ten przeczytał ją i potem podał ją Dawn, a ta po jej lekturze podała ją Bonnie, która po chwili spytała:
- To chyba wszystko wyjaśnia, prawda?
- De-ne-ne? - zapiszczał pytająco Dedenne.
- Tak i to aż nadto - odpowiedziałam im.
- Więc co teraz robimy? - spytał Clemont.
- Jak to, co? - zaśmiała się wesoło Bonnie - Teraz będziemy walczyć! Nie pozwolimy temu biedakowi siedzieć w więzieniu!
- Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! - zawołał Max.
- Ale w jaki sposób go wyciągniemy? - spytał Francois - Chyba dobrze wiecie, że więzienie na wyspie Saint Margot to twierdza i tylko armia może zdobyć te mury.
- Więc zbierzemy armię! - zawołał na to Max.
Parsknęłam śmiechem, słysząc te słowa. Jak zwykle naszego drogiego przyjaciela nic nie mogło zniechęcić do działania.
- Ciekawe, jak chcesz to zrobić? - spytała ironicznie Dawn.
- Spokojnie, Ash na pewno coś wymyśli! - poparła go Bonnie, a jej Dedenne zapiszczał wesoło.
- Armii nie zbierzemy - odrzekł Francois - Mam w Kalos kilku ludzi służących w muszkieterach. Są wierni i oddani, ale jest ich mało. Chociaż z nimi będziemy tworzyć kilkunastoosobowy oddział, a to już coś. Możemy więc spróbować zdobyć zamek.
- Rai-rai! - zapiszczał Raichu.
- Zdobędziemy go, owszem, ale sprytem, nie zaś siłą - powiedział nagle czyjś przyjazny głos.
To był Colberton, który właśnie wszedł do salonu.
- Ale najpierw raczycie mi powiedzieć, dlaczego to chcecie zdobywać twierdzę na wyspie Saint Margot?
Spojrzeliśmy wszyscy na siebie i ponieważ żadne z nas nie wyraziło swojego sprzeciwu, opowiedzieliśmy Colbertonowi, jak wygląda sytuacja, a na dowód pokazaliśmy mu papier wyjęty z książki od Bealou. Minister ze spokojem go przeczytał, ale nawet on nie był w stanie ukryć lekkiego szoku, gdy zapoznał się już z jego treścią.
- O mój Boże... A więc tak to wygląda... Teraz już rozumiem, czemu chcecie tam jechać.
- Musimy pomóc Philippowi! - zawołała Bonnie, a jej Dedenne pisnął bojowo.
Colberton z uśmiechem pogłaskał dziewczynkę po głowie i rzekł:
- Pomożemy, moja droga. Pomożemy, ale nie pięścią, lecz głową.
- Głową muru nie przebijemy - zauważył Clemont.
Minister ponownie się uśmiechnął.
- Bądź spokojny, przyjacielu. Nie będziemy musieli niczego rozbijać naszymi głowami. Zrobimy z nich inny użytek.
To mówiąc pogłaskał swego Pokemona, który usiadł mu wygodnie na ramieniu i lekko zahuczał.

***


Francois wraz ze swoim ojcem chrzestnym pojechał do pałacu króla, choć wyraźnie zaznaczył, że nie jest z tego powodu zadowolony. Mimo tego pojechał z nim, aby spotkać się z księżniczką Sylvią, którą szczerze polubił, a przede wszystkim spędzić czas z żoną, która to pozostała na dworze, aby towarzyszyć narzeczonej króla, wyraźnie bardzo lubiącej jej towarzystwo. My zaś pozostaliśmy w posiadłości Colbertona nie do końca pewni, co też mamy robić, ponieważ nasz drogi gospodarz nie wyjaśnił nam tego, co sobie zaplanował. Czekaliśmy więc na rozwój wypadków, chociaż to oczekiwanie zdecydowanie nie należało do przyjemnych.
Colberton i Francois powrócili dopiero wieczorem. Obaj byli bardzo zadowoleni, choć jeszcze nie osiągnęli tego, co sobie zaplanowali. Rano zaś wyjechali ponownie i wrócili w ciągu tak około godziny, gdy my jedliśmy śniadanie. Colberton był wówczas jeszcze bardziej zadowolony niż ostatnim razem.
- Wiemy już, jak uwolnić Philippe’a legalnie i formalnie - powiedział do nas.
Spojrzeliśmy na niego zaintrygowani.
- W jaki sposób? - spytałam.
- A w taki - po tych słowach minister wyjął zza pazuchy jakiś papier i podał nam go - Proszę, sami zobaczcie.
Przyjrzeliśmy się temu papierowi. Był to akt ułaskawienia człowieka w żelaznej masce i to z podpisem oraz pieczątką samego króla.
- No proszę, jakie piękne pismo - powiedział wesoło Max.
- Król tak sam z siebie to panu podpisał? - spytała Bonnie.
- Oczywiście, choć nie wiedział, co podpisuje - odparł Colberton.
- Co ma pan na myśli? - zapytała Dawn.
- Odwiedziłem króla rano, kiedy ten właśnie zjadł śniadanie i oglądał swoje nowe stroje na kolejny bal, który to zamierza urządzić. Był wyraźnie bardzo niezadowolony z tego, że wybrałem taką porę, dlatego bez wahania podpisał wszystkie papiery, które mu podsunąłem, w tym też ułaskawienie dla anonimowego więźnia.
- Anonimowego? - spytała Bonnie.
- No wiesz... To takie ułaskawienie in blanco - wyjaśnił jej Clemont - Bez wpisywania nazwiska osoby, która ma być uwolniona. Miejsce na owo nazwisko pozostaje puste i potem wpisuje się tam, jakie nazwisko się chce i jak widzimy, pan minister wpisał tam człowieka w żelaznej masce.
- Dokładnie - potwierdził Colberton.
- Jesteś genialny, ojcze chrzestny! - zawołał radośnie Francois - Drugi Ulisses, jak Boga kocham!
Raichu aż podskoczył radośnie, klaszcząc przy tym w łapki.
- Spokojnie, z podziękowaniami to się jeszcze wstrzymaj - rzekł na to minister - Póki co musisz jechać, aby uwolnić Philippe’a, a kiedy już tego dokonasz, to przywieź go tutaj i wtedy wszystko mu wyjaśnimy.
- Jedziemy z tobą! - zawołał Ash, wstając od stołu - Sam możesz nie dać sobie rady!
- Pika-pika! - poparł go Pikachu.
- Nie chcę was w to mieszać - powiedział smutno Francois.
- Trochę na za to późno, bo już się wmieszaliśmy - powiedziałam dość złośliwie.
- I nie mamy zamiaru się wycofać - dodała Dawn.
Piplup i Buneary poparli ją swoimi bojowymi piskami.
- Lepiej będzie, jeśli weźmiesz ze sobą swoich przyjaciół - rzekł na to minister - Mam pewne obawy, że Fouquetini obserwował mnie dzisiaj dość dziwnym wzrokiem, podobnie jak wicehrabia Autumn. Być może się mylę, ale odnoszę wrażenie, że mają oni interes w tym, aby przeszkodzić nam w naszych działaniach.
- A niby jaki? - zdziwiła się Bonnie.
- Nie wiem, ale może nie być mu na rękę to, co tu planujemy - odrzekł Colberton - Poza tym, jak już wcześniej ustaliliśmy, najprawdopodobniej to wicehrabia Autumn przeszukał plebanię księdza Salve.
- Wicehrabia Autumn jest człowiekiem Fouquetiniego i jeśli coś robi, to raczej za wiedzą i za zgodą swego pana - powiedział Francois - Dlatego możesz mieć rację, ale mam wielką nadzieję, że w tej misji nikt nam nie przeszkodzi.
- Tak czy inaczej lepiej będzie, jeżeli ktoś będzie ci towarzyszył w tej wyprawie - zauważyłam - A poza tym wciągnęliśmy się w tę sprawę na tyle mocno, iż nie możemy się już teraz wycofać.
- Dokładnie tak! - zawołał Max, zrywając się z miejsca - Więc jeden za wszystkich i wszyscy za jednego!
- Sam bym tego lepiej nie ujął - dodał z uśmiechem Clemont.
- A zatem sprawa załatwiona - powiedział Colberton - Ruszajcie zatem w drogę. Im szybciej, tym lepiej.

***


Przebraliśmy się wszyscy i ruszyliśmy w drogę. Wszyscy założyliśmy na siebie stroje podróżne i nałożyliśmy na nie opończe muszkieterów, żeby sprawiać wrażenie, iż posyła nas sam król Louis. Na wypadek ewentualnej przeszkody, a także spotkania ludzi, którzy bardzo chcieliby z nami walczyć postanowiliśmy się przygotować i to w odpowiedni sposób. Nie mogliśmy zwracać na siebie uwagę, a z pewnością byśmy to zrobili, gdyby ci ludzie zauważyli, że w wyprawie biorą udział trzy kobiety. Jeszcze ktoś by nas skojarzył z damami, które widziano na dworze króla, to my i nasi chłopcy moglibyśmy mieć spore kłopoty. Dlatego ja, Dawn i Bonnie przebraliśmy się w luźne, męskie stroje podróżne, a na nie zarzuciliśmy błękitne opończe muszkieterów, zaś włosy sobie spięłyśmy w kok i nałożyłyśmy kapelusze tak, aby nie było widać, iż posiadamy długie, kobiece włosy. Dawn i Bonnie wyglądały na nawet zadowolone z tego stroju, ale ja nie podzielałam tych uczuć. Dość dziwnie się czułam w tym stroju, jakbym nagle zmieniła płeć, co bynajmniej mi nie odpowiadało. Wiedziałam, że wielką radość sprawi mi, gdy już wreszcie z siebie to zrzucę i założę kobiecy strój. Wiem, dziwaczka ze mnie, ale jakoś nigdy nie sprawiało mi przyjemność noszenie spodni ani udawanie chłopaka i teraz również nie radowało mnie to.
Kiedy już byliśmy gotowi do drogi, to wskoczyliśmy na nasze wierne wierzchowce, po czym pognaliśmy w kierunku brzegu morza. Zabraliśmy ze sobą wolnego, osiodłanego Rapidasha, aby mógł jechać na nim Philippe. Jechaliśmy kilka godzin, oczywiście z przerwami, aż w końcu dotarliśmy na miejsce, czyli nad brzeg morza, do domku pana Pierre’a Bealou. Mężczyzna był zdumiony naszym widokiem, ale gdy wyjaśniliśmy mu, co nas do niego sprowadza, zgodził się nam pomóc, oczywiście nie za darmo.
- Skoro jesteś taki łaskaw, aby pomóc Philippe’owi, to proszę bardzo, ale ja ci koni pilnował za darmo nie będę - rzekł Bealou - Poza tym samymi rybami trudno mi jest żyć i miło by dla mnie było, gdybym mógł sobie coś kupić, także...
- Dobrze, wszystko rozumiem - rzekł Francois i rzucił mu sakiewkę.
- No proszę. Kalwin, a taki zachłanny - zaśmiałam się ironicznie.
- Właśnie! Sądziłam, że oni są skromnymi ludźmi - dodała Dawn.
- Ich religia może i nakazuje im skromność, ale charakter człowieka to już inna sprawa - zaśmiał się Clemont.
- Dobrze, przyjaciele! - zawołał Max - Musimy rzucić łódź na wodę! Mamy misję do wykonania!
Wszyscy wzięliśmy więc łódź, którą miał przy sobie stary hugenot, po czym wypchnęliśmy ją na wodę i wskoczyliśmy do środka, łapiąc za wiosła. Były tylko dwa, dlatego też wiosłowaliśmy wszyscy na zmianę, rzecz jasna podzieleni na pary. Trwało to bardzo długi czas i wreszcie Max załamany puścił wiosło i zawołał:
- Słuchajcie, w takim tempie, to my tam do jutra nie dotrzemy! Czy nie można jakoś inaczej to zrobić?!
- Inaczej? - zastanowił się Ash - W sumie chyba można.
To mówiąc wyjął on po cichu zza pazuchy pokeball i wypuścił z niego Pidgeota.
- Podleć bliżej, mój przyjacielu! - zawołał Ash, a gdy ten wykonał jego polecenie, to przywiązał mu zaraz do nogi koniec liny, której drugi koniec przywiązał do łodzi - A teraz ciągnij!
Pokemon wytężył swoje siły i pociągnął łódź przed siebie. Tym razem płynęliśmy o wiele szybciej.
- Jak dobrze, że wziąłem go ze sobą na tę wyprawę - powiedział Ash do mnie szeptem.
- Bardzo dobrze zrobiłeś. Widać twój umysł działa znowu na pełnych obrotach - uśmiechnęłam się.
Na wyprawę staraliśmy się nie brać ze sobą pokeballi z siedzącymi wewnątrz Pokemonami, gdyż pokeballe wówczas nie były znane, to znaczy były znane, ale jedynie jako medal. Nikt w XVIII w. jeszcze nie wiedział, iż kiedyś to słynne odznaczenie narodowe stanie się pierwowzorem wynalazku do chowania w nim złapanych Pokemonów, dlatego właśnie woleliśmy nie rzucać się w oczy posiadaniem takiego typu urządzeń, poza tym wszystkie Pokemony trzeba karmić, a czym byśmy wykarmili stworki, które zwykle bierzemy ze sobą na misję? Poza tym ich obecność przy nas wzbudziłaby niepotrzebne pytania typu: skąd je mamy i czemu one raz przy naszym boku są, a raz nie, gdzie znikają itd. Woleliśmy więc nie brać ze sobą Pokemonów poza Pikachu, Buneary, Piplupem i Dedenne, które to zwykle chodzą poza pokeballami u boku swoich trenerów, a prócz tego były małe, mało jadły i nie rzucały się zbytnio w oczy. Dawn zabrała dla pewności dwa pokeballe, aby w razie czego schować w nich Piplupa oraz Buneary, co moim zdaniem było nieco nierozważne, skoro już wcześniej ustaliliśmy, że tego robić nie będziemy, ale cóż... Zrobiła tak i nie mogliśmy tego zmienić. Podobnie Ash postąpił w sprawie Pidgeota, którego wypuszczał tylko wtedy, gdy byliśmy sami, aby go nakarmić, a zabrał go dlatego, iż sądził, że jego obecność może nam pomóc, poza tym zawsze lepiej mieć latającego Pokemona w rezerwie. I tym razem okazało się, że jak zwykle Ash miał rację.
Francois i Madeline dobrze wiedzieli, że posiadamy tajemnicze kule, w których możemy chować Pokemony, które nam towarzyszą, więc sytuacje, kiedy używaliśmy owych pokekul wcale ich nie dziwił, jednak przy innych ludziach zawsze zachowywaliśmy daleko posuniętą ostrożność. Tym razem zaś, skoro nie było z nami nikogo nieznajomego, mogliśmy swobodnie użyć Pidgeota do pomocy. Dzięki niemu o wiele szybciej nam się płynęło i o wiele prędzej dotarliśmy na miejsce, którym była wyspa Saint Margot, jak również znajdująca się na niej twierdza więzienia, ciemna i raczej ponura. Przypominała mi zamek If z „Hrabiego Monte Christo“ i przyznam, że aż przeszły mnie ciarki, gdy tylko ją zobaczyłam.
- Dobrze, teraz część z nas pozostanie w łodzi i zaczeka - powiedział Ash, który objął dowodzenie nad tą wyprawą - Serena, Francois, Pikachu i Raichu... Idziecie ze mną. Reszta zostaje tutaj i czeka na nas.
- Bądźcie ostrożni - powiedziała zaniepokojonym tonem Dawn.
Ash spojrzał na nią czule i rzekł:
- Spokojnie, siostrzyczko. Będzie dobrze. Damy sobie radę.
- Ach, ta jego pewność siebie - jęknęła panna Seroni.


Ja, Ash, Pikachu, Francois i Raichu wyszliśmy z łodzi, kiedy ta już przybiła do brzegu i powoli udaliśmy się w kierunku twierdzy. Początkowo strażnicy patrzyli na nas nieufnie, ale gdy tylko de Sauve pokazał im pismo z podpisem i pieczęcią samego króla, nie mogli oponować, stanęli przed nami na baczność, a jeden z nich zaprowadził nas do naczelnika, który to zapoznał się z rozkazem, po czym upewniwszy się, że jest on autentyczny i że zarówno pieczęć, jak i podpis władcy są prawdziwe posłał strażnika po więźnia w żelaznej masce.
- Czy życzą panowie sobie na miejscu go rozkuć z maski? - zapytał naczelnik więzienia.
- Najzupełniej - odpowiedział Francois - Ma mu być ona zdjęta od razu i to przy nas.
- Rai-rai-chu! - pisnął rozkazującym tonem Raichu.
- Dobrze, więc niech tak się stanie.
Chwilę później strażnik przyprowadził do gabinetu naczelnika osobę ubraną w dość elegancki strój, ale za to z wielkim czymś z żelaza na głowie. Maska, bo to była ona, wyglądała niczym rycerski hełm z małymi otworami na oczy oraz wielką, opuszczaną przyłbicą, po której podniesieniu widać było spory otwór na usta, aby więzień mógł jeść i pić. Maska składała się z dwóch części. Przednia, zasłaniająca twarz była większa i zawierała w sobie przyłbicę, z kolei tylna, okrywająca tył głowy była znacznie mniejsza, ale obie posiadały prawej strony łączące je zawiasy, a z lewej dość niewielkie ogniwa, które bardzo mocno do siebie przylegały, dzięki czemu zdołano przełożyć przez nią kłódkę uniemożliwiającą biedakowi zdjęcie maski.
- To ty! - zawołał więzień na widok Francois - To ty przywiozłeś mnie tutaj... Ty... Ty...
Więzień chciał doskoczyć do naszego przyjaciela, jednak strażnik siłą posadził go na krześle.
- Rozkuć go! Jest wolny! - rozkazał Francois.
Strażnik wziął klucz od naczelnika, z jego pomocą otworzył kłódkę i zdjął ją, a następnie zdjął z twarzy więźnia żelazną maskę. Wtedy ujrzeliśmy przed sobą młodego mężczyznę o bardzo gęstym zaroście i długich włosach, który wyraźnie od paru miesięcy nie dbał o swój wygląd zewnętrzny, bo i tak nie miał jak tego dokonać. Więzień miał taki sam kolor oczu i taki sam kolor włosów jak król Louis XIV, a kiedy zdjęto mu maskę, powoli oraz w lekkim szoku dotknął dłońmi swojej twarzy, nie wiedząc przez chwilę, co ma powiedzieć. W końcu wydusił z siebie:
- Nie wiem, dlaczego mi pomagacie, ale dziękuję wam.
- Podziękujesz później - odpowiedział mu Ash i podszedł do niego, zapytawszy przyjaźnie: - Dosiądziesz Rapidasha?
- Tak... Myślę, że tak.
- Doskonale. Chodźmy więc.
Philippe był mocno zdziwiony tym wszystkim, ale poszedł z nami do łodzi, która to oczekiwała już nas u brzegu wyspy Saint Margot. Mój luby opuścił twierdzę ostatni i zabrał ze sobą żelazną maskę uważając, że może ona nam się jeszcze przydać. Pewnie jego decyzję podyktował fakt, iż w jednej wersji filmowej właśnie żelazna maska przydała się naszym dzielnym muszkieterom, kiedy zabierali Filipa z więzienia. Czy jednak nam również miała pomóc, wtedy nie miałam pojęcia.
Pidgeot znowu pociągnął naszą łódź i powoli ruszyliśmy w kierunku brzegu Johto. Obecność latającego Pokemona bardzo zaskoczyła Philippe’a, ale nic nie powiedział, tylko w szoku wpatrywał się on w ptaka ciągnącego naszą łódź.
Płynęliśmy jakiś czas, aż w końcu zauważyliśmy miły naszym oczom brzeg Johto. Ten widok bardzo nas ucieszył, ale jednocześnie też bardzo zaniepokoił, ponieważ miałam jakieś dziwne przeczucie, iż zaraz może stać się coś złego. To był wpływ filmów, które mieliśmy okazję obejrzeć przed naszą wyprawą i cóż... Przeczucie mnie nie myliło, ponieważ zobaczyliśmy na horyzoncie na jednym ze wzgórz pędzącą w kierunku morza grupę jeźdźców.
- Ash, widzisz?! - zawołałam, wskazując ich palcem.
- Pika-pi! - pisnął zaniepokojony Pikachu.
Mój luby przyjrzał się uważnie jeźdźcom i choć byli daleko, to jednak wyraźnie się zaniepokoił.
- Widzisz, kto to taki? - spytałam.
- Nie jestem pewien, bo to daleko, ale coś mi mówi, że to wicehrabia Autumn.
Wszyscy w łodzi spojrzeli w kierunku lądu i zauważyli, iż owa grupa jeźdźców odjeżdża na bok, aby znaleźć sobie w miarę najłatwiejszą drogę do zjazdu na plażę.
- Może się mylimy! Może ci ludzie nie mają z nami nic wspólnego? - zapytał Clemont.
- Nie liczyłabym na to - powiedziała Dawn - Choć może masz rację.
- Nie sądzę - odparł mój luby - Musimy coś zrobić.
- Wiem! Spróbujmy jakoś odwrócić ich uwagę - zaproponował Max - Tylko w jaki sposób?
- Wiem! Niech Philippe usiądzie na Pidgeocie i odleci stąd! - zawołała wesoło Bonnie.
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł - powiedział Francois - Oni mają broń palną. A poza tym, jak zobaczą człowieka na Pokemonie ptaku i to jeszcze odlatującego od naszej łodzi, to od razu pomyślą, że co jest nie tak, a wtedy go zastrzelą.
- Nie chcę narażać życia waszego Pokemona - rzekł Philippe - Jeśli oni jadą po mnie, to wydajcie mnie i sami uciekajcie.
- O nie! Nie ma mowy! - zawołała Dawn - Nie po to przybyliśmy tutaj po ciebie, żeby cię teraz wydać!
- Słusznie - rzekł Ash i spojrzał na Pokemona - Pidgeot, leć szybciej, proszę. Musimy prędko przybyć do brzegu.
Łódź obciążona ośmioma pasażerami (nie licząc Pikachu oraz Raichu) stanowiła dość poważny ciężar dla naszego ptasiego przyjaciela, zwłaszcza, jeśli musiał ciągnąć go przez dość długi czas, a tymczasem Ash spojrzał na żelazną maskę i powiedział:
- Odwrócić uwagę, tak? Już wiem! Max, jesteś genialny.
- Mów mi to częściej - zaśmiał się chłopak.
Ash powoli zdjął swoją opończę i nałożył ją na Philippe’a, po czym nałożył na swoją głowę maskę i wziął kawałek sznurka, aby przewiązać go wzdłuż oków tego żelaznego hełmu.
- Zawiąż, Sereno.
- Ale, Ash...! - jęknęłam załamana.
- Zawiąż! Tylko bez przesady, żebym mógł to rozwiązać, jakby co.
- Co ty kombinujesz? - zapytała Dawn.
- Spokojnie, to wypróbowany sposób! - odparł Ash - Teraz ja zagram człowieka w żelaznej masce, a nasz przeciwnik zagra błazna.
- D’Artagnan też tak mówił, a potem o mało nie zginął - zauważyłam załamanym głosem, przypominając sobie film, z którego mój luby wziął taki pomysł.
- Ale przeżył i to się liczy - skwitował rozmowę Ash.


W tej samej chwili przybyliśmy wreszcie do brzegu, zaś nasz lider przywołał Pidgeota do pokeballa i podbiegł do Rapidashów oczekujących na brzegu w towarzystwie uzbrojonego w muszkiet Bealou.
- I jak? Udało się wam? - spytał, gdy dobiegliśmy.
- Tak, udało się - odpowiedział Francois.
- Nie poznaje mnie pan, panie Bealou? - zapytał Philippe.
Stary hugenot przyjrzał mu się radośnie i uśmiechnął się delikatnie.
- Ach, to ty, mój drogi chłopcze - powiedział, łapiąc go za ramiona - Nie sądziłem, że jeszcze cię zobaczę na wolności. Moje stare serce raduje twój widok.
- Dość tych pogaduszek! - zawołał wściekle Max.
- Właśnie! - poparła go Bonnie - Oni zaraz tu będą!
- Kto? - spytał hugenot.
- Nieważne. Ścigają nas - odpowiedział Francois, odwiązując konie - Musimy jak najszybciej opuścić to miejsce.
- Szkoda, miałem nadzieję zaprosić Philippe’a na smażoną rybę - rzekł smutno Bealou.
- Spokojnie, zrobimy to innym razem - odparł wesoło Philippe.
- Tak! Masz rację. Gdy następnym razem tu przyjedziesz, to wtedy...
Nagle padł strzał, a stary hugenot jęknął z bólu i osunął się na pierś Philippe’a, który złapał go mocno w objęcia i próbował cucić.
- Panie Bealou! Panie Bealou! Co panu jest?!
Było jednak już za późno, stary hugenot nie żył, a w naszą stronę gnała właśnie grupa jeźdźców. Na razie była jeszcze daleko, ale na tyle blisko, aby do nas strzelać.
- A więc już wiemy, iż polują na nas - powiedział Clemont.
- Mordercy! - krzyknął Philippe w kierunku jeźdźców.
Następnie złapał za muszkiet starego hugenota i wypalił z niego do naszych napastników. Jeden z jeźdźców zleciał z konia.
- Jednego mniej - powiedział zadowolony Max, dosiadając swojego Ponyty (wciąż jeszcze był za niski, aby dosiadać Rapidasha, podobnie jak i Bonnie).
- Mój panie, jedźmy stąd! - zawołał Francois.
Philippe załamany, z pomocą Clemonta i Dawn wskoczył na konia, po czym mogliśmy uciekać. Jeźdźcy ścigający nas byli blisko, ale ponownie szczęście było po naszej stronie, gdyż nasze konie były wypoczęte dzięki oczekiwaniu na to, aż powrócimy z wyspy Saint Margot, zaś wierzchowce naszych przeciwników były zmęczone gnaniem i zostały mocno w tyle, ale obawialiśmy się, że to się może zmienić, dlatego ciągle poganialiśmy nasze Rapidashe i Ponity, aby pędziły szybciej.
Na pewien czas pozostawiliśmy naszych przeciwników daleko w tyle, że aż nie było ich widać, ale to się mogło wkrótce zmienić, więc musieliśmy coś wymyślić. Tu znowu przybyła nam z pomocą dobra znajomość filmów o człowieku w żelaznej masce.
- Pikachu, przeskocz szybko na ramię Philippe’a! Musi przypominać z daleka mnie! - rozkazał Ash.
Pokemon wykonał polecenie, po czym mój ukochany spojrzał na mnie i Dawn mówiąc:
- Serena, Dawn! Jedźcie ze mną! Reszta z Philippem!
- Co chcesz zrobić? - zapytał zdumiony więzień w żelaznej masce.
- Rozdzielimy się i odciągniemy część pościgu.
- Ale...
- Już jadą! - zawołał Max.
- Szybko! - rozkazał Francois.
Ja i Dawn odjechaliśmy na bok razem z Ashem, reszta zaś pognała w kierunku posiadłości Colbertona. Obejrzeliśmy się za siebie i zauważyliśmy, że ścigający nas jeźdźcy również się podzielili. Większość z nich pognała za Philippem, a trzech pognało w naszą stronę.
- Świetnie, podzielili się - powiedziała Dawn do Asha - Tylko co dalej, braciszku?
- Nie wiem, trzeba będzie improwizować - odparł dowcipnie jej starszy brat.
- Nie jestem pewna, czy to aby na pewno odpowiedni moment na to, żeby impro...
Wtem padł strzał, a Ash złapał się za lewe ramię i jęknął z bólu. Obie pisnęłyśmy przerażone i zatrzymałyśmy wierzchowce.
- Braciszku, co ci jest?! - spytała przerażona Dawn.
- Skarbie, trafił cię? - dodałam zaniepokojona.
- Tak, chyba w obojczyk czy jak to się nazywa - jęknął Ash i zleciał z konia.
Chciałyśmy do niego podbiec, ale wtem kolejne kule zaświszczały nam nad uszami, a my zobaczyłyśmy wicehrabiego Autumn pędzącego do nas z dwoma ludźmi.
- Uciekajcie! - zawołał Ash.
- Ale... - jęknęłam.
- Nie zostawimy cię! - dodała Dawn.
- Róbcie, co mówię! Dajcie mi tylko szpadę, bo swoją oddałem wiecie komu.
Rzuciłam mu szpadę, którą sama miałam u boku i patrzyłam załamana, jak mój luby staje w pozycji bojowej, gotów do obrony.
Nie chciałyśmy uciekać, jednak w końcu posłuchałyśmy Asha i szybko odjechaliśmy, zaś mój ukochany pozostał sam. Dojechaliśmy na najbliższe wzgórze, a gdy już tam byłyśmy, to nie wytrzymałam i zatrzymałam się, aby spojrzeć za siebie. Dawn zrobiła to samo i obie zobaczyliśmy, jak ten podlec wicehrabia Autumn zeskakuje z konia i wydobywa szpadę, zaś Ash z raną na lewym obojczyku oraz w żelaznej masce na twarzy również zaciska dłoń na szpadzie i staje do walki. Ludzie naszego wroga zeskoczyli ze swoich wierzchowców i zbliżyli się powoli do Asha, mierząc do niego z pistoletów.
- Nie ruszać się! Sam go wykończę! - krzyknął wicehrabia Autumn i stanął do walki.
Obaj przeciwnicy zaczęli się ze sobą bić. Mój luby normalnie bez trudu dałby radę temu łajdakowi, niestety rana w obojczyku oraz maska na twarzy mocno utrudniały mu ruchy, przez co wicehrabia Autumn szybko uzyskał nad nim przewagę i zaczął go spychać w kierunku przepaści.
- Musimy mu pomóc! - jęknęła Dawn.
- Wiem, ale jak?! - spytałam załamana.
Nie wiedziałam, co mam zrobić. Ash kazał nam uciekać i ratować się, ale my nie umiałyśmy tak postąpić. Zbyt mocno go obie kochałyśmy, żeby tak łatwo spełnić jego żądanie.
- Chodź! Ratujmy go! - powiedziała moja przyszła szwagierka.
- Nie! - zatrzymałam ją - Dobrze wiem, do czego on zmierza. Oboje widzieliśmy to na filmie i wiem, co Ash kombinuje.
- Nie powiesz mi chyba, że on chce...
Zanim Dawn dokończyła, Ash sparował kolejny cios wicehrabiego, który zaczął się z nim siłować z wicehrabią, ten zaś pchał szpadą na szpadę mego chłopaka i próbował siłą swych mięśni zrzucić go z klifu. Po krótkim czasie, który mnie się wydawał niemalże całą wiecznością, udało mu się to, a Ash zleciał z krzykiem prosto do morza.
- NIE! - wrzasnęła Dawn.
Ja chciałam krzyczeć, ale z nerwów i strachu o życie Asha gardło mi odmówiło posłuszeństwa.
Ludzie wicehrabiego spojrzeli w naszą stronę i wymierzyli w nas swoje pistolety, ale ich przywódca kazał im opuścić broń. Widać osiągnął to, po co tu przyjechał i nie trzeba było mu więcej. Zadowolony wskoczył na swego Rapidasha i pognał przed siebie, a jego ludzie za nim.


C.D.N.

czwartek, 9 sierpnia 2018

Przygoda 116 cz. II

Przygoda CXVI

Powrót detektywów muszkieterów cz. II


I tak oto znaleźliśmy się na terenie regionu Johto, na przedmieściach jednego miasta, w którym to kiedyś znajdował się pałac letni królewskiego rodu. W pobliżu nie było nikogo, co nas ucieszyło, bo przecież raczej byśmy kiepsko wyglądali, gdybyśmy tak nagle wyskoczyli nie wiadomo skąd przed grupką ludzi. Zaraz zaczęłyby się niewygodne pytania, na które przecież nie moglibyśmy odpowiedzieć, bo co byśmy powiedzieli? Że dzięki pomocy wynalazku Clemonta i profesora Oaka przeskoczyliśmy z regionu Kanto do regionu Johto? To by dopiero było! Albo byśmy zostali uznani za wariatów, albo co gorsza by nam jeszcze uwierzono i zechciano by poznać wynalazek naszego kochanego wynalazcy i co wtedy? Lepiej nie wiedzieć.
A więc, ponieważ niezauważeni dotarliśmy do regionu Johto, to bez trudu przenieśliśmy się w tym miejscu z naszych czasów do początku XVIII wieku, a konkretnie do lata roku 1703, który to okres jako pierwszy został w kronikach historycznych zanotowany w związku z człowiekiem w żelaznej  masce. Mieliśmy nadzieję, że wszelkie źródła mówiły prawdę i to właśnie w tym oto roku został aresztowany tajemniczy więzień X z maską z żelaza na twarzy. Uznaliśmy, że zdecydowanie lepiej będzie wybrać rok, w którym to więzień ledwo co trafił do więzienia. Chcieliśmy, aby musiał w celi spędzić jak najmniej czasu, aby mu oszczędzić cierpień, a przy okazji wyszliśmy z założenia, że jeśli mamy szukać wiadomości o Żelaznej Masce, to tylko i wyłącznie wtedy, kiedy jeszcze będzie on świeżym tematem, a nie już dość zapomnianym.
- Już jesteśmy w XVIII wieku? - spytała Bonnie, rozglądając się wokół siebie z uwagą.
- De-ne-ne? - zapiszczał jej Dedenne, także z uwagą oglądając tereny wokół siebie.
- Tak sądzę - odpowiedział jej Clemont i spojrzał na przenośnik w czasie - W każdym razie tak wskazuje mój wynalazek.
- No właśnie - uśmiechnął się zadowolony Ash - A twoim wynalazkom przecież możemy ufać.
- Tak... Pomijając te, które skończyły jako złom - mruknęła złośliwie Bonnie.
- Proszę cię, nie masz lepszych tematów do rozmowy? - spytała Dawn - Przecież dobrze wiesz, że twój starszy brat bardzo się stara, kiedy tworzy swoje dzieła.
- Twój starszy brat też się bardzo stara, a ostatnio sobie z niego kpiłaś - odgryzła się jej Bonnie.
Piplup i Buneary, które kręciły się przy nogach Dawn, zapiszczały z lekkim wyrzutem w głosie.
- Tak, to prawda - pokiwała smutno głową panna Seroni - Macie rację, ale wiecie... Ja tylko chciałam, żeby mój brat w końcu wziął się w garść i przestał się nad sobą użalać.
- Skoro tak, to niezbyt ci się to udało - rzuciłam zgryźliwie.
- To teraz bez znaczenia - uciął temat Ash - Nie przybyliśmy tutaj, aby robić sobie nawzajem wyrzuty. Mamy zadanie do wykonania.
- No właśnie, a propos tego zadania - powiedział Max, patrząc na Asha z wielką uwagą - To od czego zaczynamy, szefuńciu?
- Myślę sobie, że powinniśmy spróbować dostać się na królewski dwór i zasięgnąć języka - odpowiedział mu mój luby - Tam na pewno czegoś się dowiemy. Musimy tylko właściwie zadawać pytania.
- Właśnie, żeby przypadkiem nie trafić samemu do lochu - stwierdziła Dawn - Ale spokojnie, dopóki mamy przenośniki w czasie, to nawet z celi zdołamy uciec.
- Tak, ucieczka w najlepszym stylu. Edmund Dantes może się schować - zaśmiałam się lekko, a Ash i Pikachu parsknęli śmiechem.
- No, jakby Edmund Dantes miał taki przenośnik jak jeden z naszych, to by raczej w celi nie spędził ani jednego dnia - zauważył Ash.
- Wątpię, bo przenośnik tylko przenosi do miejsca, w którym jesteś, ale w innym czasie - zauważył Clemont naukowym tonem - Dlatego właśnie nie jestem pewien, czy by tak łatwo uciekł z jego pomocą.
- Nieważne, to bez znaczenia - powiedziała Dawn - Lepiej chodźmy do miasta i spróbujmy dostać się na królewski dwór.
- Tak, tylko jak my tam wejdziemy? - zapytał Max.
- Spokojnie, wejdziemy tam. Zapominasz chyba, braciszku, kim my jesteśmy, a jesteśmy przecież potomkami słynnych czterech muszkieterów. To nie byle jakie pochodzenie. Otwiera nam ono drzwi wszystkich salonów - zauważyła Dawn, a Piplup i Buneary zapiszczeli lekko.
- Mam nadzieję, że masz rację - powiedziałam.
Ruszyliśmy więc w kierunku miasta, śpiewając sobie po drodze wesołą piosenkę z serialu „Dogtanian i muszkieterowie“, która szła tak:

Muszkieterów dzielnych trzech
Świat wspaniały dziś poznamy.
Jeden tu za wszystkich,
A wszyscy za jednego!
Oddać życie każdy z nich
Gotów jest dla sprawy.
Przykład dają nam, jak żyć
I jak wiernym być.

Muszkieterów dzielnych trzech,
Zawsze zwarci i gotowi.
Muszkieterów dzielnych trzech,
Wierni słudzy króla.
Oddał serce dzielne swe
Każdy z nich dla sprawy.
Każdy z nich dla kumpla w dym
Gotów rzucić się.

Przysięga jest świętością.
Ojczyzna jest miłością.
Krzyżują miecze, żeby
Słabszym pomoc nieść.
Gdy trzeba zjawią się
Gotowi bronić cię.
Kochają honor i
Kochają śpiew.

Muszkieterów dzielnych trzech
Świat wspaniały dziś poznamy.
Jeden tu za wszystkich,
A wszyscy za jednego!
Oddać życie każdy z nich
Gotów jest dla sprawy.
Przykład dają nam, jak żyć
I jak wiernym być.

Muszkieterów dzielnych trzech,
Zawsze zwarci i gotowi.
Muszkieterów dzielnych trzech,
Wierni słudzy króla.
Oddał serce dzielne swe
Każdy z nich dla sprawy.
Każdy z nich dla kumpla w dym
Gotów rzucić się.


Ledwie tylko skończyliśmy śpiewać, a zaraz usłyszeliśmy trzask bicza i tętent końskich kopyt dobiegający zza naszych pleców. Odwróciliśmy się za siebie i wtedy zauważyliśmy karocę zaprzęgnięta w cztery kare Rapidashe. Na koźle karocy siedział woźnica, strzelający batem w powietrze. Gdy tylko nas zauważył, to krzyknął gniewnie:
- Z drogi, durnie! Dawać drogę!
- Durnie?! Też mi coś! - zawołał oburzony Max, biorąc się za ręce pod boki i patrząc z gniewem na woźnicę - Ja ci zaraz dam durnia, ty...
Nie dokończył, bo Dawn złapała go za rękę i odciągnęła szybko od dróżki, którą właśnie pędziła karoca. Wszyscy bowiem zdążyliśmy szybko uskoczyć na bok i tylko Max jeszcze bezczelnie stał na drodze, kpiąc sobie w oczy śmierci, a także swojemu zdrowemu rozsądkowi. Dlatego też Dawn dobrze zrobiła ściągając go z drogi, bo inaczej jeszcze zostałaby z niego tylko mokra plama pokryta kurzem.
- Zwariowałeś czy co?! - zawołała panna Seroni z gniewem w swoim głosie - Naprawdę chcesz, żeby cię rozjechali?!
- A co?! Ma prawo koleś nazywać mnie durniem?! - warknął wściekle Max.
Karoca nagle zatrzymała się, a chwilę później z pojazdu, w którym to właśnie otworzyły się drzwi, wyskoczył jakiś młody człowiek. Był ubrany w niebieski strój z epoki, białe pończochy i czarne buty. U boku miał szpadę, a jego głowę nie zdobiła peruka (tak bardzo lubiana przez panów z tamtych czasów), lecz piękne, czarne włosy zapięte w warkoczyk. Jego oczy miały niebieską barwę, a pod nosem twarz zdobiły go delikatne wąsiki.
- Strasznie państwa przepraszam za zachowanie mojego woźnicy. Nie jest on co prawda wzorem grzeczności, ale cóż... Mam nadzieję, że nic się państwu nie stało.
- Proszę być spokojnym, nic nam nie dolega - odpowiedziałam.
- Ale tego swojego woźnicę, to możesz pan posłać na galery za brak dobrych manier! - zawołał z gniewem w głosie Max - A najlepiej to każ go pan wychłostać, bo inaczej ja to zrobię!
- Naprawdę strasznie państwa przepraszam w imieniu swoim i mojego woźnicy.
Nagle młody mężczyzna spojrzał na nas z uwagą, po czym jego twarz rozjaśnił ogromny uśmiech.
- A niech mnie kule biją! Wicehrabia de Bragelonne!
Następnie złapał mocno Asha w objęcia i ucałował go radośnie w oba jego policzki.
- Witam, panie - odpowiedział  mu mój luby, bardzo mocno zdumiony jego zachowaniem - Ale proszę mi wybaczyć... Czy my się znamy?
- Jakże to?! Nie poznajesz mnie?! To ja, Francois!
Ash od razu go sobie przypomniał.
- Kawaler Francois de Sauve?! O Boże! To naprawdę ty?! Witaj, mój przyjacielu! Tak się cieszę, że cię widzę!
Obaj wpadli sobie mocno w objęcia, a potem Francois uściskał i mile powitał każdego z nas, okazując wielką radość z powodu spotkania z nami.
- Tak się cieszę, że was znowu widzę, przyjaciele! Dwa lata! Całe dwa lata was nie widziałem! Gdzie żeście bywali przez ten cały czas?
- Jak to? Nie wiesz? - spytałam wesoło - Wykonywaliśmy swoją misję.
- Tak! Walczyliśmy o to, aby tego zła mniej było na świecie - dodał Ash, a Pikachu radosnym piskiem potwierdził słowa swego trenera.
- I jakże się wam powodziło?
- Póki co odnosimy same sukcesy.
Z karocy powoli wyszła jakaś młoda kobieta. Była to młoda szatynka o zielonych oczach i różowych policzkach, a ustach tak delikatnych, że trudno było szukać delikatniejszych. Była ona ubrana w białą suknię z niebieskimi dodatkami, a jej szyję zdobił ładny naszyjnik.
- Madeline! Podejdź do nas, proszę! - zawołał radośnie Francois, kiedy kobieta wyszła - Zobacz tylko, kogo tu spotykamy!
Madeline de Sauve, gdyż to była ona podeszła do nas i rozpromieniła się na sam nasz widok.
- Och, Serena! Dawn! Bonnie! - zawołała ze szczerą radością żona naszego przyjaciela, ściskając każdą z nas i całując powietrze obok naszych policzków (zgodnie z tamtejszą modą) - Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że was widzę. Was również, moi szlachetni panowie. I wasze kochane stworki także miło mi widzieć.
- Nam również miło cię widzieć, Madeline - powiedział Ash, całując delikatnie podaną mu dłoń pani de Sauve.
Clemont i Max uczynili podobnie.
- A dokąd to się wybieracie? - spytałam po chwili - Czy aby nie do miasta?
- Ależ naturalnie, ale nie tyle do miasta, co do pałacu - odpowiedział Francois - Zaprosił nas tu mój ojciec chrzestny, pan Jean Pierre Colberton, który to na dworze Jego Królewskiej Mości króla Johto sprawuje funkcję ministra spraw wewnętrznych.
- Ministra spraw wewnętrznych? - zapytał bardzo zainteresowany Ash - To bodajże jedna z najwyższych funkcji w kraju, mam rację?
- Istotnie - odpowiedział przyjaźnie Francois - Choć nie myślcie sobie, że to taki malowany minister, który musi tylko dobrze wyglądać i nic innego poza tym nie posiada.
- W życiu byśmy tak nie pomyśleli - powiedział Clemont - Jesteśmy pewni tego, że jest jednym z najlepszych ministrów w historii Johto.
- Byłby nim, gdyby król więcej go słuchał, ale cóż... - westchnął bardzo smutnym tonem Francois - Prawda jest taka, że nie może w pełni rozwinąć skrzydeł przez tego łajdaka Fouquetiniego.
- A któż to taki? - spytała Dawn.
- Lepiej jest nie rozmawiać o tym na drodze - powiedziała Madeline, z lekkim strachem rozglądając się dookoła siebie - Proponuję teraz, abyśmy wszyscy tę rozmowę kontynuowali w powozie.
- Może i racja - zgodził się Francois - Poza tym na dworze z pewnością już na nas oczekują.
- Nie każmy więc im czekać! - zadecydował Ash - Wsiadajmy więc i jedźmy. O ile oczywiście zechcesz nas zaprosić do swego powozu.
- Ty jeszcze o to pytasz, przyjacielu?! - zawołał Francois - Pomogliście mi tak bardzo, że gdybyście zażądali teraz ode mnie połowy mego majątku, to z radością bym wam go dał i jeszcze bym się wam nie odwdzięczył za to, co zrobiliście.
- Nie musisz nam dawać aż tyle - powiedziała wesoło Bonnie.
- Chociaż, skoro jesteś taki hojny, to może... - Maxowi zabłyszczały się lekko oczy z zachłanności, ale Dawn spojrzała na niego groźnie i chłopak umilkł w pół słowa.
- Dobrze, a więc ruszajmy! - zawołała radośnie Madeline.
Wsiedliśmy więc do karocy. Ponieważ pojazd był bardzo szeroki, to cała nasza szóstka zmieściła się w nim razem z państwem de Sauve.
- Ruszaj! - zawołał Francois do woźnicy, kiedy już wsiedliśmy, a on właśnie powoli do nas dołączał.
Świsnął bicz i karoca ruszyła dalej w drogę.
- A więc opowiadaj - powiedział Ash do pana de Sauve - Kim jest ten cały Fouquetini?
- To minister finansów - wyjaśnił nam nasz przyjaciel - Prawdziwy łotr i nędznik. Kradnie z pieniędzy państwowych tyle, ile tylko się da. Mój ojciec chrzestny ma kilku ludzi pośród jego służby i zdobył z ich pomocą na to dowody w postaci choćby sfałszowanych raportów na temat wydatków na dwór w ciągu całego roku. Ten łajdak fałszuje raporty pokazywane królowi i zabiera z kasy państwowej tyle, ile tylko zdoła, a za to wszystko postawił sobie prywatny pałac.
- To bezczelność! - zawołała wściekle Bonnie, a Dedenne poparł ją.
- Czy król nic z tym nie robi? - spytała Dawn.
- Nie, chociaż mój ojciec chrzestny przedstawił mu to wszystko bardzo dokładnie - mówił dalej Francois - Najwidoczniej Jego Królewska Mość nie uważa to za żadną dla siebie przeszkodę, byleby zawsze miał dość pieniędzy na swoje kaprysy.
- Król Louis XIV to prawdziwe dziecko swojej epoki - powiedziała na to Madeline - Z całym dla niego szacunkiem, ale jego ojciec przewraca się w grobie widząc to, co on wyprawia.
- Czy jego ojciec był innym człowiekiem niż on? - spytałam.
- Ba! Jak ogień i woda, tak się mocno od siebie obaj różnią! - zawołała Madeline oburzonym tonem - Mój mąż służył będąc dzieckiem jako paź na służbie u jego koniuszego i dobrze pamięta...
- Koniuszego? - parsknęła śmiechem Bonnie - Czy to taki gość, co to zajmuje się końmi?
- Akurat nie o takim koniuszym mówię - odpowiedziała jej Madeline,delikatnie się przy tym śmiejąc - Chodzi o takiego koniuszego, który pełni funkcję dowódcy wojsk królewskich.
- Ach, przepraszam... - zaśmiała się Bonnie niewinnym tonem - Ale mów dalej, proszę.
- A więc mój drogi mąż jako dziecko był paziem koniuszego ojca Króla Jegomości - mówiła dalej Madeline - I widział on osobiście władcę i może poświadczyć, jak wielki to był człowiekiem.
- Jeden z najwaleczniejszych na świecie - powiedział Francois - Sam się narażał na ryzyko oraz niebezpieczeństwo wraz ze swoimi ludźmi. Co prawda nie brał udziału w bitwie, ale siedział zawsze w obozie, układał ze swoim koniuszym plany bitwy, odwiedzał rannych w lazarecie i dodawał im otuchy. To był wielki człowiek. Niestety, poważnie zachorował i zmarł, a jego żona, królowa Marie bojąc się, iż ich dziesięcioletni wówczas synek podzieli los swojego ojca, wychowała go chuchając i dmuchając na niego, jak również pilnując, aby się nawet nie zaziębił. Pieściła go na wszystkie możliwe sposoby i czuwała, żeby nie brał udziału w żadnych bitwach, aby się wręcz nimi nie interesował i proszę... Oto, jakiego Johto ma obecnie króla. Ale mój ojciec chrzestny liczy na to, że zdoła go jakoś odmienić.
- Nadzieja matką głupich - rzuciła ironicznie Dawn.
- Też tak sądzę - powiedziała Madeline - Ale mój mąż również jest pełen dobrych myśli.
- Być może nie są one wcale bezpodstawne - uśmiechnął się Ash.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu.

***


Zajechaliśmy przed królewski pałac zbudowany w stylu barokowym i wyglądem przypominający Wersal. Przed pałacem znajdowała się ogromna fontanna z rzeźbą przedstawiającą Neptuna w otoczeniu kilku nimf, a prócz tego piękny plac, jak również labirynt złożony z wysokiego żywopłotu. Jednym słowem, widać było wyraźnie, że osoby żyjące tutaj żyły po pańsku i nie miały zamiaru tego ukrywać.
- Jesteśmy już na miejscu - powiedział Francois, wysiadając z karocy i podając dłoń swej żonie, która dołączyła do niego.
Każde z nas potem wysiadło z pojazdu i stanęło przed wielkim pałacem rodem z powieści Dumasa ojca. Widzieliśmy już podobny w królestwie Kalos podczas naszej poprzedniej wizyty w XVIII wieku, ale mimo to ten budynek zrobił na nas naprawdę ogromne wrażenie.
- Wow! Ale chata! - jęknął Max, jednak szybko trącony w ramię przez Dawn zachichotał i poprawił się: - Znaczy się chciałem powiedzieć, że to naprawdę przepiękny pałac.
- Nie inaczej - pokiwał głową Francois ze smutkiem w swych oczach - Choć, kiedy tak na niego patrzę, to zastanawiam się, ile wiosek chłopskich zostałoby wykarmione z pieniędzy niezbędnych do utrzymania takiego oto miejsca?
- Wolałbyś, żeby nie było takich pałaców? - spytała Bonnie.
- Niekoniecznie... Ale widzicie, ja wychowałem się w dość skromnych warunkach bytowych, ojciec stracił na wojnach sporą część majątku i ja sam potem, dzięki służbie wojskowej odzyskałem nasz dawny status społeczny poprzez znaczne powiększenie naszego majątku. Stałem się dzięki temu tym człowiekiem, którym jestem teraz. Reasumując doskonale wiem, jak to jest nie mieć wiele i zawsze współczuję tym, którzy nie mają nic lub też prawie nic. I chcę jakoś w miarę możliwości ulepszyć ich dolę.
- My robimy podobnie w swojej misji - powiedział Ash - W końcu nasza walka o sprawiedliwość i o to, aby tego zła mniej było na świecie też jest ulepszaniem ludzkiej doli.
- Istotnie - zgodziła się z Madeline - Choć mam obawy, że taka walka jest strasznie trudna, a do tego zawsze was będzie smucić rzecz, która smuci też i mojego męża.
- A jakaż to rzecz?
- A taka, że wszystkim nie zdołasz pomóc. Do Francois mówię to samo. Nieraz mu mówię, iż nie zdoła wszystkich ocalić. Może w końcu wybrać tylko kilku, ale za nimi staną inni, a za nimi jeszcze inni i wszyscy będą się domagać pomocy i będą oburzeni, że tej pomocy nie mogą otrzymać. Będą czuli się potraktowani niesprawiedliwie. Podobnie jest i z waszą misją, która wszak nie usunie całego zła z tego świata i nie ocali przed nim wszystkich ludzi.
- Czy to oznacza, że należy się wyrzec tej walki? - spytałam.
- Tego nie mówię i nigdy tego nie powiem. Chodzi mi tylko o to, żeby walczyć z głową na karku, a nie tylko z sercem na dłoni.
- Pochwalam takie podejście - odezwał się Clemont - Ale chyba już powinniśmy iść. Chociaż... Może nie ma co się spieszyć, bo nie sądzę, żeby ktoś na nas czekał.
- A ja tak sądzę i zaraz wam dowiodę, że mam rację - uśmiechnął się Francois i dodał wesoło: - Chodźcie więc, moi przyjaciele. Chcę wam kogoś przedstawić.
Weszliśmy więc do pałacu, a służba i straż wpuściły nas bez żadnego wahania, z pewnością dlatego, że Francois i Madeline byli tutaj doskonale znani, a my jako osoby im towarzyszące byliśmy równie mile widziani, co oni.
Państwo do Sauve poprowadzili nas szerokim korytarzem do jednej z komnat, przed którym stał wierny sługa w czarnej liberii i białej peruczce na głowie. Był tak sztywny, jakby co najmniej kij połknął.
- Jest pan? - zapytał Francois.
- Tak, ale zajęty - odpowiedział służący.
- Idź zatem do niego i przekaż mu, że jego chrześniak przybył i chce z nim mówić.
Sługa ukłonił się i wszedł do środka pokoju.
- Myślisz, że nas wpuści? - spytała Dawn.
- Oczywiście - uśmiechnął się Francois - Wszak sam mnie tu zaprosił.
Sługa po chwili wrócił i oznajmił, że pan minister prosi. Weszliśmy więc do środka i lokaj zamknął za nami drzwi. Wówczas ujrzeliśmy całkiem piękny, choć zarazem skromny pokój, w którym znajdowało się łóżko, para foteli, dwa obrazy na ścianach, popiersie przedstawiające chyba Juliusza Cezara, żerdź, na której siedział Hoothoot (Pokemon sowa), a naprzeciwko nas stało biurko, przy którym to siedział jakiś człowiek ubrany skromnie i na czarno. Był to mężczyzna niezbyt wysoki, czarnowłosy, z dość sporym nosem i szarymi oczami. Patrzył na nas bardzo przyjemnym wzrokiem.
- Ach, Francois! - zawołał wesoło i odszedł od biurka, po czym mocno uściskał swego chrześniaka - Strasznie się cieszę, że cię widzę! Witaj, moja droga. Twój widok również raduje moje serce.
Te słowa skierował do Madeline, którą ucałował w obie dłonie.
- A państwo to kto?


- Wybacz mi, ojcze chrzestny, nie zdążyłem przedstawić - powiedział Francois - Są to moi wierni przyjaciele, którzy pomogli mi w ciężkich dla mnie chwilach. Uratowali mi kiedyś życie, kiedy jadąc lasem napadli mnie bandyci. Zabili mi Rapidasha, zranili mojego Raichu, a ja zginąłbym tam niechybnie, gdyby nie ci oto ludzie.
To mówiąc przedstawił nas po kolei, a minister uśmiechnął się z wielką radością od ucha do ucha.
- Ach, zaszczyt to dla mnie poznać was! W całym Kalos już mówią o waszych dokonaniach, moi państwo! Nie spodziewałem się, że będzie mi dane państwa poznać. Pozwólcie, że się państwu przedstawię. Jestem Jean Pierre Colberton, minister spraw wewnętrznych i ojciec chrzestny waszego przyjaciela.
- Dla nas również zaszczytem jest poznanie pana - powiedział Ash w imieniu swoim i nas wszystkich, a wszyscy mu przytaknęliśmy.
Pikachu zapiszczał przyjaźnie, a Buneary, Piplup i Dedenne także to uczynili, okazując szacunek naszemu rozmówcy.
- Mam tylko nadzieję, że ci nie przeszkadzamy - powiedziała Madeline do Colbertona.
Minister uśmiechnął się tylko, gdy to usłyszał.
- Ależ nie! W żadnym razie! A zresztą nawet gdyby, to ja bardzo lubię, kiedy wy mi przeszkadzacie. Gdybyście tego nie robili, to wtedy całe moje życie byłoby jedną wielką pracą. Ale wybaczcie mi, mój pokój nie nadaje się na miejsce do prowadzenia rozmowy. Jak widzicie, w tym pałacu, to ja mieszkam raczej skromnie i nie domagam się więcej aniżeli to, co widzicie. W pałacu moich przodków to są już większe wygody, ale tutaj panują raczej spartańskie warunki. Ale dość o tym. Czy dacie mi się zaprosić na spacer po królewskich ogrodach?
- Ależ naturalnie - odpowiedziałam, lekko dygając.
Już po chwili wszyscy razem spacerowaliśmy po królewskim ogrodzie i opowiadaliśmy (na wyraźne życzenie naszego jakże miłego gospodarza) o całej przygodzie z diamentowym naszyjnikiem królowej Anne Marie. Rzecz jasna przedstawiliśmy mu jedynie tyle, ile mogliśmy mu przedstawić, bo w końcu pewne szczegóły tej historii nie miały prawa nigdy ujrzeć światła dziennego.
Max najchętniej opowiadał o tym, jak to dzielnie biliśmy się z naszymi przeciwnikami, choć rzecz jasna ubarwił on kilka faktów, aby cała opowieść była o wiele ciekawsza. Bonnie i Dedenne wtórowali mu w tym potakując i czasami panienka Meyer dodawała coś niecoś od siebie, co jednak wcale nie miało miejsca, ale my kulturalnie nie zaprzeczyliśmy temu uznając, że lepiej będzie, aby mieli oni swoje pięć minut i się tym nacieszyli.
- I wtedy właśnie jeden z przeciwników natarł na mnie, a ja wtedy łapię za moją szpadę i zaczynam odpierać atak. Mówię panu, panie ministrze... On mnie tak, a ja mu tak. Ja mu tak, a on mnie tak. Ja go raz, on mnie dwa. On mnie raz, a ja go dwa. Znudziło mnie to wreszcie, dlatego też natarłem na niego zaciekle i jak na niego nie uderzę, to wtedy...
Max opowiadając całą tę historię gestykulował mocno rękami i równie mocno wymachiwał niewidzialną szpadą. Robił to tak dziko, aż w końcu stracił on równowagę od tych wygibasów i wpadł prosto na jakąś kobietę, która lekko westchnęła na jego widok.
Była to młoda kobieta w wieku około dwudziestu lat, ubrana w piękną, białą suknię i lekkim diadem na głowie. Miała czarne włosy upięte w lekki kok, brązowe oczy, delikatny nosek i białe dłonie. Z miejsca przypomniała mi ona Sylvię Kristel grającą Marię Teresę w „Piątym muszkieterze“ z 1979 roku.
- Och, strasznie panią przepraszam - jęknął załamanym głosem Max, zrywając się na równe nogi i rumieniąc się na twarzy ze wstydu.
- Ależ nic mi się nie stało, mój młody człowieku - odpowiedziała mu z anielskim uśmiechem młoda kobieta - Nic się przecież nie stało.
Colberton, Francois i Madeline ukłonili się jej, a my szybko poszliśmy w ich ślady.
- Wasza Wysokość, bardzo przepraszam zarówno w imieniu swoim i mojego przyjaciela, gdyż nie chciał jej urazić - rzekł Francois.
- Ależ proszę, kapitanie - odparła z uśmiechem urocza osóbka - Nic się przecież nie stało. Ja się wcale nie gniewam, choć na pana to ja powinnam się pogniewać, bo obiecałeś mi pan przedstawić mi swoją małżonkę ledwie tylko pan tu przyjedziesz. A tu proszę, przyjechałeś pan i nie przyszedłeś się nawet ze mną przywitać.
- Proszę mi wybaczyć, Wasza Wysokość, ale względy rodzinne przede wszystkim. Musiałem odwiedzić mego ojca chrzestnego, lecz odwiedziłbym wraz z moją żoną Waszą Wysokość, tylko trochę później.
Po tych słowach Francois dokonał prezentacji naszych osób, a także dodał, iż oto mamy przed sobą księżniczkę Sylvię, córkę króla Kalos Louisa XXIII, ciotecznego wuja Króla Jegomości władcy Johto.
- Księżniczka Sylvia? - jęknęłam zdumiona - Córka Jego Królewskiej Mości, władcy Kalos? Nie wiedziałam, że on ma córkę.
- To prawda, ponieważ przebywając na dworze waszego ojca ja i moi przyjaciele nie mieliśmy okazji poznać Waszej Wysokości - powiedział Ash.
- Pika-pika! - poparł go Pikachu.
- Nic dziwnego, gdyż na dworze mego ojca bywam niezmiernie rzadko od czasu śmierci mej matki - wyjaśniła księżniczka Sylvia - Jego druga żona jest mi przyjaciółką, ale nie naciskała na mnie w sprawie mojej obecności na dworze i słusznie, gdyż jakoś nie ciągnęło mnie do bali i zabaw i to jeszcze wtedy, gdy ja wciąż nosiłam żałobę.
- Widzę jednak, iż już Wasza Wysokość jej nie nosi - zauważyła Dawn, a jej Pokemony zapiszczały lekko.
- Istotnie, ale trudno nosić ją wtedy, gdy ma się wyjść za mąż.
- Za mąż?! - zawołaliśmy zdumieni.
- Istotnie - pokiwała lekko głową księżniczką - Trzy miesiące temu mój ojciec przysłał mnie tu na dwór mego dostojnego kuzyna, którego żoną mam zostać. Mam także poznać moje przyszłe królestwo i jak na razie bardzo mi się ono podoba, w przeciwieństwie do narzeczonego.
- Wasza Miłość, błagam... - jęknął Colberton - Gdyby tak ktoś to teraz usłyszał...
- A kto to niby może usłyszeć? - spytała księżniczka ironicznie - Wasi przyjaciele, którzy są (jak mniemam) wzorem dyskrecji? Wątpię, żeby mieli oni komuś to powtórzyć. A jeśli nawet powtórzą, to cóż z tego? Co mnie do tego, że ktoś się o tym dowie? Nie ukrywam, że mój drogi narzeczony nie przypadł mi wcale do gustu! Gdyby było inaczej, przebywałabym teraz wraz z nim na polowaniu, a nie tutaj, w tym oto ogrodzie. A przy okazji... Panie kapitanie, zdaje mi się, że mam coś, co należy do pana.
To mówiąc wskazała ona dłonią na sporego, pomarańczowego stworka wyglądającego trochę jak Pikachu, ale znacznie większego i o innej barwie niż wierny kompan Asha. Stworek ów wysunął się nagle zza jej sukni, po czym pisnął delikatnie w stronę naszego przyjaciela muszkietera.
- Raichu! - zawołał radośnie Francois na widok Pokemona.
Stworek z równie wielką radością wskoczył w jego objęcia i mocno go uściskał.
- Był mi on niezwykle miłym towarzyszem podczas spacerów, kiedy pana tu nie było - rzekła z uśmiechem księżniczka Sylvia, wyraźnie bardzo wzruszona tym widokiem.
Po tych słowach spojrzała na nas i powiedziała:
- Musicie państwo wiedzieć, że to pan kapitan de Sauve wiózł mnie do mojego przyszłego królestwa. Dowodził on eskortą, która ochraniała moją szacowną osobę, o ile istotnie jest ona szacowna. Obiecał mi przedstawić swoją przyszłą małżonkę, kiedy tylko tu znowu przyjedzie, ale jak widzę oprócz niej poznać mam zaszczyt prawdziwie szlachetnych kawalerów, jak również szlachetne damy ich serc. Będzie to dla mnie zaszczytem, jeśli na dzisiejszym wieczornym balu zaszczycicie nas państwo swoją jakże mi miłą obecnością.
- Nie omieszkamy się zjawić - powiedział Ash, kłaniając się nisko, a Pikachu zapiszczał przyjaźnie i wykonał podobny ukłon.
- Liczę na to - odrzekła z uśmiechem księżniczka - A zatem, panie Colberton, proszę znaleźć naszym jakże dostojnym gościom komnaty godne ich osób.
- Uczynię to z prawdziwą przyjemnością - powiedział minister, lekko się przy tym kłaniając księżniczce.
- A panią, pani de Sauve poproszę, aby mi pani asystowała przy mojej kąpieli i przy szykowaniu się na bal. Jako, iż pochodzi pani z Kalos z całą pewnością posiada pani lepszy gust do kreacji niż miejscowe służki.
- To dla mnie wielki zaszczyt, Wasza Wysokość - Madeline ukłoniła się delikatnie księżniczce.
Narzeczona króla z przyjaznym uśmiechem spojrzała na mnie, Dawn i Bonnie i wyraziła życzenie, abyśmy i my jej towarzyszyły podczas kąpieli i szykowania się na bal obiecując, iż w zamian za tę fatygę udostępni nam część swoich kreacji, jeżeli te tylko będą na nas pasować. Rzecz jasna nie mogłyśmy odrzucić tak wielkiego zaszczytu, dlatego go przyjęłyśmy.

***


Służące przygotowały dla księżniczki gorącą kąpiel, po czym wyszły one odprawione przez Sylvię jednym ruchem jej ręki. Ukłoniły się swej pani i odeszły, a księżniczka rozebrała się i weszła powoli do wanny. Musiałam przyznać, że dziewczyna miała naprawdę zgrabną figurę i gdybym sama nie była szczupła, to poczułabym ogromne kompleksy na widok tak doskonale zbudowanego ciała.
- Sereno... Pomożesz mi w myciu? - spytała księżniczka przyjemnym tonem, gdy Madeline podeszła do niej i zaczął pomagać jej się myć.
- Oczywiście, że tak, jeżeli tylko Wasza Wysokość mi tak rozkaże - odpowiedziałam jej usłużnym tonem.
- Ależ ja nie rozkazuję, ja proszę - odparła z uśmiechem księżniczka - Nie umiałabym rozkazywać kobiecie, która ocaliła życie kapitana de Sauve oraz reputację jego obecnej małżonki Madeline, którą mam nadzieję od dziś nazywać serdeczną przyjaciółką.
- To będzie dla mnie zaszczyt - odpowiedziała jej Madeline, kłaniając się nisko.
- Bardziej to zaszczyt dla mnie aniżeli dla niej, ponieważ posiadanie prawdziwej przyjaciółki w dzisiejszych czasach nie jest wcale czymś, co się łatwo trafia - odrzekła księżniczka i zaczęła powoli myć swoje ręce gąbką - A skoro już zostałyśmy przyjaciółkami, to proszę, mówmy sobie wszystkie po imieniu.
- Nie wiem, czy się ośmielę - powiedziałam.
- Albo ja - dodała Madeline.
- Spokojnie, z czasem przywykniecie do mówienia mi po imieniu, moje drogie - uśmiechnęła się lekko Sylvia, próbując bezskutecznie dosięgnąć ręką swoich pleców.
Podeszłam do niej i wraz z Madeline zaczęłam myć jej plecy, zaś Dawn i Bonnie na polecenie księżniczki zaczęły czesać oraz pieścić jej Fennekina, który siedział na puchowej poduszce w komnacie swej pani.
- Jaki uroczy lisek - powiedziała Bonnie zachwyconym tonem.
- Jaki podobny do twojego, Sereno - dodała Dawn - To znaczy, zanim on ewoluował.
- Ty też masz Fennekina? - spytała Sylvia.
- Tak, a raczej miałam, bo potem ewoluował w Braixena - wyjaśniłam księżniczce - To mój pierwszy Pokemon w życiu.
- A to mój jedyny Pokemon - odparła księżniczka, patrząc na swojego liska, którego pieściły Bonnie i Dawn - Widzę, że was polubił.
- My też go polubiłyśmy - odpowiedziała Dawn.
Piplup rozglądał się dookoła całej komnaty z zainteresowaniem i to wielkim, zaś Buneary usiadła wygodnie na krześle i popatrzyła na stworka księżniczki, który był czesany przez moje przyjaciółki.
- Moja droga Madeline - powiedziała po chwili księżniczka - Powiedz mi, proszę, czy powierzyłabyś pannie d’Artagnan i jej towarzyszkom nawet największą tajemnicę?
- Tajemnicę? - uśmiechnęła się Madeline - Wasza Wysokość, ja bym i życie im powierzyła.
- Tym lepiej, bo życie więcej warte niż tajemnica - rzekła Sylvia i lekko się obróciła w moją stronę - Chciałabym o coś zapytać pannę d’Artagnan. Twoje życie dobrze znam, moja droga, bo przyjaźnisz się zarówno ze mną, jak i z moją macochą, która to jest jedną z najszlachetniejszych kobiet na tym świecie i która wiele mi o tobie mówiła... choć nie wspominała mi, że wyszłaś za mąż za pana de Sauve.
- A może wspomniała, tylko Wasza Wysokość...
- Prosiłam o coś.
- Och, wybacz... Tylko TY nie znałaś jeszcze wtedy mojego męża i nie było jego nazwisko dla ciebie takie ważne, aby je zapamiętać.
- Chyba faktycznie - księżniczka lekko się zmieszała - Ale mniejsza z tym. Tak czy inaczej ciebie znam, choć tylko z opowieści, natomiast panna d’Artagnan... Pardon, Serena... Jest mi jeszcze obca, a chciałabym poznać zarówno coś z jej życia, jak i jej zdania na różne tematy.
To mówiąc Sylvia spojrzała na mnie i rzekła:
- Droga panno d’Artagnan... Sereno... Czy mogę zapytać cię o coś?
- Naturalnie, proszę Waszej Wysokości.
- Chciałabym o coś zapytać... Jak długo znasz swego narzeczonego?
- Asha? Od dziecka.
- I kochałaś go od swych najmłodszych lat?
- Dokładnie tak.
- Ja miałam tak samo z Francois - dodała Madeline.
Sylvia uśmiechnęła się delikatnie, gdy to usłyszała.
- A więc obie znacie swoich obecnych ukochanych od dawien dawna i wiecie, czego możecie się po nich spodziewać i wiecie, że jesteście bratnimi duszami. Ja jednak...
Księżniczka zastanowiła się przez chwilę, zanim coś powiedziała.
- Co czułaś, Sereno, kiedy zakochałaś się w swoim ukochanym?
Uśmiechnęłam się delikatnie na samo wspomnienie tego wydarzenia.
- Nie jestem pewna, czy dobrze to opisuję, ale wiem, że serce mi biło bardzo mocno w piersi, pociłam się, zaś w brzuchu miałam dziwne ruchy, jakby mi tam uwięzło stado Vivillonów albo Butterfree.
- Butterfree? W brzuchu? O czym ty w ogóle gadasz? - spytała bardzo zdumiona Bonnie.
- Nie przeszkadzaj jej! - skarciła ją Dawn i obie powróciły do swojego zajęcia.
- Każdy inaczej widocznie odczuwa uczucie miłości - powiedziała z uśmiechem na twarzy księżniczka - Ale ja nie czułam ani Butterfree, ani też Vivillonów. Nie biło mi wówczas serce jak szalone, nie pociłam się ani nic z tych rzeczy, o jakich mi mówisz, Sereno. A jakie były twoje uczucia, Dawn?
Dawn uśmiechnęła się lekko i po chwili namysłu odparła:
- Prawdę mówiąc, to... miałam tak samo jak Serena.
- Rozumiem - odparła księżniczka - Madeline miała podobnie, prawda?
- Tak, Wasza Wysokość - potwierdziła moja przyjaciółka.
- Właśnie, a ja nie. Nie miałam tak na widok Louisa. Wręcz przeciwnie, miałam uczucie, które nazwałabym naprawdę wielkim szokiem po tym, gdy zobaczyłam mego przyszłego męża.
- Jest aż tak brzydki? - zaśmiała się Bonnie.
- Nie, przeciwnie. Jest nad wyraz przystojny - odpowiedziała jej Sylvia - Prawda jednakże jest taka, że mogłabym pokochać tę twarz, ale nie tego człowieka.
- Nie bardzo rozumiem - powiedziałam zdumiona.
Księżniczka spojrzała w moją stronę i odparła:
- Wiem, że mogę wam to śmiało powiedzieć, w końcu zostałyśmy dziś przyjaciółkami. Chodzi o to, że gdy podróżowałam do pałacu króla Louisa XIV pod eskortą kapitana de Sauve’a, to zatrzymaliśmy się oboje w małym probostwie na prowincji. Mieszkał tam pewien bardzo sympatyczny ksiądz ze swoją gosposią, Pokemonem kotem, a także wychowankiem, na którego wołali Philippe. Był to młodzieniec nad wyraz miły i sympatyczny. Kapitan de Sauve, aby uniknąć ewentualnych niebezpieczeństw czyhających na moje życie powiedział im, że jestem arystokratką wiezioną do swego przyszłego męża. W sumie to była prawda, więc nie skłamał, co wszak byłoby sporym grzechem, zwłaszcza wobec osoby duchownej. Tak czy inaczej Philippe wywarł na mnie nad wyraz przyjemne wrażenie, a ja widząc go poczułam to uczucie, które było bardzo podobne do tego uczucia, jakie czułyście wy na widok swoich przyszłych mężów.


- O! To ciekawe! - uśmiechnęłam się do niej - I cóż było dalej?
- Spędziłam nieco czasu w towarzystwie tego młodzieńca, który wydał mi się nad wyraz miłym i sympatycznym człowiekiem. Przyznaję, że bardzo go polubiłam i żałowałam, kiedy musiałam się z nim rozstawać. Potem zaś dotarłam do pałacu i doznałam wielkiego wręcz szoku, gdy poznawszy króla odkryłam, że jest on łudząco podobny do Philippe’a.
Czego jak czego, ale takiej odpowiedzi się nie spodziewaliśmy. Każda z nas spojrzała więc z uwagą na księżniczkę, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej.
- Łudząco podobny? - spytała Madeline.
- Tak - potwierdziła księżniczka - Wiem, to było niezwykłe, dlatego też nie umiałam tego ukryć i wspomniałam o tym Jego Królewskiej Mości, który uznał to za ciekawy zbieg okoliczności.
- Czy spotkała pani jeszcze tego człowieka? - spytała Dawn.
- Niestety... Gdy próbowałam wymknąć się z pałacu w asyście wiernej dwórki i pojechałam zobaczyć to probostwo, to zastałam je puste, bez jego właścicieli. Okoliczni chłopi powiedzieli mi, że jacyś ludzie w czerni po nich przyjechali i zabrali ich ze sobą. I tak właśnie zniknęli z tego świata Philippe i dobry ksiądz Salve.
- Ksiądz Salve? Tak się nazywał? - spytałam z zainteresowaniem.
- Tak. Nie wiem, dlaczego zniknęli ani co im się stało. Wiem jednak, że ten człowiek, który zasiada na tronie nie jest zdolny zdobyć mojego serca. Razi mnie jego arogancja i pycha, a ten Fouquetini... To okropny człowiek. Budzi on we mnie wstręt. Ale o ile sługę i jego zachowanie można jeszcze tolerować, to zachowanie pana już nie. Te jego ciągłe bale, zabawy i uczty... Nie mam nic przeciwko temu, nie jestem jakąś hugenotką, która wyrzeka się zabaw i bali, bo to niby marność nad marnościami. Ale te zabawy króla rażą niekiedy tym, jakie są żałosne, a do tego jeszcze te królewskie faworyty, jedna po drugiej... Gdy wspomniałam raz królowi o tym i zażądałam, aby po ślubie z nimi zerwał, wyśmiał mnie odpowiadając mi, że król bez faworyty, to tak, jak bez korony. Zapytałam więc złośliwie, co by było, gdybym i ja miała takiego faworyta. Odpowiedział mi wówczas, że jego kazałby skrócić o głowę, a mnie wychłostać.
- Ciekawe - powiedziała ironicznie Dawn - Mężowi wolno, a żonie nie.
- Tam, skąd pochodzę jest takie przysłowie... Co wolno wojewodzie, to nie tobie... Ekhem... księżniczko - zacytowała słynne przysłowie Bonnie, ale słowo „smrodzie“ zastąpiła słowem „księżniczka“.
- Tam, skąd i ja pochodzę również znamy to powiedzenie - odrzekła Sylvia, powoli wstając z wanny.
Madeline narzuciła jej szybko szlafrok na ramiona, a Sylvia podeszła do lustra i usiadła przy nim.
- Nie zamierzam jednak udawać, że mi się to podoba, zwłaszcza przed Jego Królewską Mością.
- Ja bym mu dała faworyty - mruknęła Dawn.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Spokojnie, twój narzeczony nie gania za innymi - powiedziałam.
- No, jeszcze by spróbował - zachichotała panna Seroni - To bym mu dopiero pokazała.
- Tak... A ja pokazać nie mogę - rzekła księżniczka wesoło - Ale nic się nie bójcie. To, co mogę zrobić zrobię, jakem Sylvia z Kalos, córka króla Louisa XXIII! Jeszcze zobaczycie, co potrafię! Jeszcze zobaczycie!

***


Bal odbył się zgodnie z zapowiedzią wieczorem, a my byliśmy na nim gośćmi ministra spraw wewnętrznych, który to z największą radością przy pierwszej okazji przedstawił nas królowi. Ten zaś spojrzał na nas z uwagą i powiedział:
- Potomkowie czterech muszkieterów... Ich wnukowie. Słyszałem już o tym, jakiej dokonaliście w królestwie mojego wuja! Muszę powiedzieć, że dawnom nie uśmiał się tak, jak wtedy, kiedym ją słuchał.
Król nie sprawił na nas zbyt dobrego wrażenia. Był to wysoki, młody mężczyzna w wieku około dwudziestu paru lat, niebieskooki, z ogromną, szarą peruką uczesaną w loczki na głowie i w fioletowym stroju ze złotymi zdobieniami, białymi pończochami oraz czarnymi butami. Przypominał mi bardzo Richarda Chamberlaina w roli Ludwika XIV w filmie z 1977 roku.
- Zaszczyt to dla nas gościć państwa u siebie - rzekł król po krótkiej chwili - Mam wielką nadzieję, że będziecie się państwo u mnie dobrze czuć i życzymy wam dobrej zabawy na dworze.
Po tych słowach stracił on wszelkie zainteresowanie nami i zwrócił się w kierunku jednej z dam, która zaczęła się do niego mizdrzyć.
- A więc jesteście teraz oficjalnymi gośćmi króla - powiedział do nas przyjaznym tonem Colberton - Mam nadzieję, że dwór wam przypadnie do gustu, choć prawdę mówiąc, nie każdemu on się może podobać.
- Póki co jedyne, co mi przypadło do gustu, to pan i pana chrześniak, jak również i jego żona - powiedział Ash.
- Pika-pika! - pisnął potakująco Pikachu.
- No i oczywiście księżniczka - powiedziała Dawn - Przyznasz chyba, braciszku, że to bardzo miła osoba.
- O tak, bardzo miła i sympatyczna - uśmiechnął się delikatnie Ash - W przeciwieństwie do tego tam.
To mówiąc wskazał on na jakiegoś młodego mruka stojącego w kącie sali i wpatrującego się w nas wręcz morderczym spojrzeniem. Był on ubrany na czerwono, na lewym policzku miał lekką bliznę, jego czarne włosy były krótko obcięte, zaś jadowicie zielone oczy ciskały wręcz gromy w naszym kierunku.
- Cóż to za indywiduum? - spytała Dawn.
- Nie wygląda na zbyt sympatycznego - powiedział Clemont.
- To wicehrabia Autumn - odpowiedział nam Colberton - Niezbyt miły jegomość. Poza Fouquetinim, któremu służy nikogo nie lubi. Nie zwracajcie na niego uwagi. Nie jest tego wart.
- Wicehrabia Autumn? - zapytałam zdumiona, zaś moje zdziwienie dosięgło także i moich przyjaciół.
- A tak - odpowiedział Colberton - Z pewnością znacie państwo jego matkę, która to brała udział w kradzieży naszyjnika królowej Kalos.
- Hrabina Autumn jest jego matką? - zapytał Ash ze zdumieniem.
- A jego ojcem któż jest? - dodał Clemont.
- Hrabia Autumn, oczywiście - wyjaśnił Colberton.
- A gdzież on teraz? Czyżby nie żył?
Colberton uśmiechnął się ironicznie.
- Żyje, tylko nie wiadomo z kim, bo grasuje obecnie gdzieś za granicą i nie specjalne interesuje go los zarówno żony, jak i syna. Ale cóż chcecie? To w końcu jest już wiek XVIII... Nowy wiek, nowe obyczaje. A zresztą... Czy kiedykolwiek było lepiej w tych sprawach? Zawsze byli i będą ludzie porządni i ludzie lekceważący sobie wszelkie zasady i tego nie zmieni już żadna rewolucja kulturowa.
Wicehrabia Autumn dalej się w nas wpatrywał, po czym podszedł w kierunku jakiegoś mężczyzny w średnim wieku. Był to człowiek wysoki, z kilkoma zmarszczkami na twarzy i w siwej peruce z lokami na głowie. Jego ubiór stanowił w ciemno-niebieski strój ze złotymi zdobieniami. U jego nóg kręcił się Persian, złowieszczo przy tym mrucząc. Poczułam niechęć na sam jego widok. Ten oto człowiek strasznie przypominał mi Giovanniego, który również posiadał takiego Pokemona. Najwidoczniej łajdaki lubią posiadać takich kompanów.
- Przepraszam, panie ministrze, ale któż to taki? - spytałam, z uwagą patrząc na niesympatycznego jegomościa.
Colberton spojrzał z niechęcią na człowieka i rzekł:
- To Fouquetini, minister finansów, największy złodziej, jakiego ziemia Johto kiedykolwiek nosiła.
- Nie lubi go pan? - spytał Max.
- A dziwi cię to, mój młody człowieku? - odpowiedział mu pytaniem na pytanie Colberton - Musiałem mocno się namęczyć, aby dopilnować, żeby po śmierci króla Louisa XIII Johto nie pogrążyło się w chaosie, bo królowa matka niezbyt o te sprawy dbała zajęta wychowaniem swego syna, a ten syn co robi? Mianuje ministrami protegowanych swojej mamuni, a wśród nich tego łajdaka! Okradł on skarb państwa na takie sumy, że wystawilibyśmy za nią armię zdolną podbić pół Europy i na co ją przemienił? Na bogactwo swojego prywatnego pałacu. Ale nie bójcie się! On jeszcze za to zapłaci, macie na to moje słowo!
Po tej wypowiedzi Colberton uchylił lekko przed nami głowę i powoli poszedł w swoją stronę, a tańce się rozpoczęły i nikt nie miał ochoty, aby rozmawiać, dlatego też wszyscy zaczęliśmy podrygiwać na całej sali i my też to zrobiliśmy. Tańczyliśmy radośnie przy dźwiękach przyjemnej muzyki, ale co jakiś czas mój wzrok uciekał w kierunku Fouquetiniego, który to z obojętnością i wyraźną pogardą patrzył na tańczące pary, a stojący u jego boku wicehrabia nie odrywał wzroku ode mnie i Asha.
- On chyba chce nas zabić wzrokiem - powiedziałam do Asha.
- Może sobie próbować - zaśmiał się ironicznie mój luby - Jeśli nie jest bazyliszkiem, to nie zdoła tego dokonać.
- Obawiam się go, Ash - szepnęłam głośno - Uważaj lepiej na niego. On wyraźnie ma w oczach miarę na twoją trumnę.
Asha rozbawiło to stwierdzenie i dalej tańczył ze mną, a tuż obok nas Pikachu i Buneary wesoło sobie podrygiwali.


Kątem oka dostrzegłam księżniczkę Sylvię siedzącą na tronie i lekko się do mnie uśmiechającą. Wyglądała przepięknie i nic dziwnego, w końcu ja i moje przyjaciółki wykąpałyśmy ją, uczesałyśmy oraz pomogłyśmy jej wybrać odpowiednią kreację na bal, a nasz gust w tej sprawie chyba nie jest jeszcze najgorszy, abyśmy się miały go wstydzić.
Bal trwał dalej, a kiedy nastąpiła mała przerwa w tańcach, a Ash na chwilę odszedł na bok, aby porozmawiać z Francois, to zbliżył się do mnie wicehrabia Autumn z wyraźnym uśmiechem na twarzy.
- Czy pozwoli pani zaprosić się do tańca? - spytał.
Jego głos posiadał w sobie coś, co nazwałabym jadem i przez chwilę się bałam, że ten człowiek zaraz przemieni się w jadowitego Arboka, który mnie zaatakuje i ugryzie.
- Pan wybaczy, ale mam już tancerza - odpowiedziałam mu z pogardą.
Sama się sobie dziwiłam, bo nigdy nie mówiłam do ludzi takim tonem, ale cóż... Ten człowiek w pełni na niego zasłużył.
- Tego pana de Bragelonne? - spytał z ironią Autumn - Cieszy mnie to, że będę mógł mu ukraść tancerkę.
- Ukraść? - zapytałam z gniewem - Uważa mnie pan za rzecz, którą można sobie tak po prostu skraść?
- Bynajmniej, ale nie będę ukrywać, że sprawi mi wielką przyjemność dokuczenie panu wicehrabiemu.
- Doprawdy? A mnie jakoś nie, dlatego też daruje pan, ale...
Chciałam już odejść, ale wicehrabia Autumn nagle zagrodził mu drogę. Chciałam go ominąć, jednak on nie pozwolił mi na to.
- Proszę zejść mi z drogi! - powiedziałam wściekle.
- Proszę dać mi najbliższy taniec, a ustąpię pani z drogi - odpowiedział z ironią wicehrabia Autumn.
- Nie dam go panu!
- Więc ja nie ustąpię.
- Zawołam o pomoc!
- Tylko się pani ośmieszy.
- Proszę mi zejść z drogi!
- Dasz mi pani taniec, a zejdę.
Na całe szczęście, pomimo wielkiego gwaru Ash usłyszał moje słowa i zdołał dostrzec to, co się dzieje, więc podszedł do nas prędko.
- Co się tu wyprawia?! - zapytał z gniewem w głosie.
- Ta pani nie chce mi ustąpić jednego tańca - odpowiedział ironicznie wicehrabia Autumn - Może pan ją przekona, aby to zrobiła?
- Proszę jej dać spokój.
- Nie mogę. Ja zawsze dostaję to, czego chce i teraz też tak musi być.
- Teraz obejdzie się pan smakiem. Chodź, Sereno.
Ash wziął mnie za rękę i chcieliśmy odejść, ale wicehrabia zagrodził nam drogę i powiedział:
- Nie możecie odejść zanim nie spełnicie mojego oczekiwania.
- A idź pan do diabła! - wysyczał wściekle Ash, a na twarzy żyły mu nabrzmiały z gniewu.
- Zmuś mnie pan - zachichotał wicehrabia.
Nie spodziewał się, że Ash naprawdę to zrobi, bo złapał go on ręką za twarz i popchnął go mocno przed siebie. Wicehrabia Autumn upadł ciężko na podłogę, po czym spojrzał w naszym kierunku i zawołał:
- To zniewaga!
Na sali zapanowała kompletna cisza i wszystkie pary oczu zwróciły się w naszym kierunku.
- Co się tutaj dzieje? - zapytał Fouquetini, podchodząc do nas wraz z królem.
- Ten człowiek obraził mnie! - zawołał wściekle wicehrabia Autumn - Ja żądam od niego satysfakcji!
- Pan wicehrabia obraził moją narzeczoną i był wobec niej nachalny - wyjaśnił mój luby - Nie mogłem pozwolić na to, aby ją napastował.
- Zaraz tam napastował! Chciałem z nią tylko zatańczyć!
- Ale ja tego nie chciałam - zawołałam.
- Dość tego! - zawołał groźnie Fouquetini - Pojedynki w tym kraju są zakazane i nie życzymy sobie podobnych zachowań!
- Ależ przeciwnie, życzymy sobie - odezwał się nagle król, wzbudzając wielkie zdumienie w nas wszystkich.


Młody władca wyglądał na wyraźnie zadowolonego z całej tej sytuacji.
- Wreszcie coś ciekawego wydarzy się w tym nudnym pałacu! Z wielką chęcią zobaczę pojedynek obu panów! Uwielbiam takie widowiska.
Fouquetini spojrzał na króla i powiedział:
- A zatem życzy sobie Wasza Królewska Mość, aby mój protegowany i jego rywal starli się ze sobą w pojedynku?
- Tak, życzę sobie tego - odpowiedział król z uśmiechem na twarzy.
- A więc zmierzmy się! - zawołał wicehrabia i złapał za szpadę.
- Nie dzisiaj! Dzisiaj mamy bal! - przerwał im władca - Zamiast się bić bawcie się, panowie, a jutro o drugiej po południu stoczycie pojedynek na dziedzińcu, w obecności całego dworu.
- Ależ Wasza Królewska Mość... - Colberton zbliżył się do władcy z niespokojną miną na twarzy - Przecież dobrze wiesz, jakim szermierzem jest wicehrabia Autumn!
- Właśnie i bardzo chętnie zobaczę, jak ktoś mu dorównuje - zaśmiał się wesoło król Louis XIV - A więc postanowione. Pojedynek odbędzie się jutro. A żeby było ciekawiej, to tutaj, przy wszystkich ogłaszam, że ten, kto wygra tę walkę będzie mógł mnie prosić o co tylko zechce, a ja spełnię jego życzenie.
- Czy każde życzenie? - zapytał Ash, którego twarz ozdobił tajemniczy uśmiech.
- Każde... Chyba, że zażyczysz sobie głowy Jana Chrzciciela. Wtedy to będę musiał ci odmówić, ponieważ taki dar wart jest tylko i wyłącznie tańca kobiety godnej samej Salomei - zażartował sobie król, śmiejąc się przy tym mocno, a cały dwór mu zawtórował.
Jedynie Colberton, Francois, Madeline, księżniczka Sylvia oraz nasza kompania zachowaliśmy powagę, ale władca Johto nie zwrócił na to uwagi.
- A więc wracajmy do zabawy! - zawołał król i już po chwili porwał do tańca jedną ze swych licznych wielbicielek.
- O Boże... Trzeba mieć farta takiego jak ty, młody człowieku - rzekł załamanym głosem Colberton - Przecież wicehrabia Autumn to jeden z najlepszych szermierzy w Johto! Zabił już czterech przeciwników!
- Spokojnie, nie zna pan Asha i jego umiejętności - powiedział Max z wielką dumą w głosie - To najlepszy szermierz w całym Kanto.
- I Kalos - dodała z dumą Bonnie.
- A wicehrabia Autumn jest jednym z najlepszych szermierzy, jakich widziałem - zauważył Colberton.
- Widocznie nie zna pan za wielu - zażartowała sobie Bonnie.
- Albo rzadko wychodzi pan z domu - dodał dowcipnie Max.
Colberton parsknął delikatnym śmiechem, ale szybko spoważniał.
- Obyście mieli racje, moi kochani, bo inaczej zamiast zabawy jutro odbędzie się pogrzeb.
- Pogrzeb zgoda, ale na pewno nie mojego brata - zauważyła Dawn.
Ash tymczasem uśmiechnął się do mnie delikatnie i powoli odeszliśmy na stronę.
- Dlaczego przyjąłeś wyzwanie? - spytałam - Słyszałeś przecież, jaki to zabijaka! Chcesz ryzykować swoim życiem?
- Aż tak nie wierzysz w moje umiejętności? - uśmiechnął się Ash.
- Przestań, to nie jest zabawne! Mogłeś wymigać się od tego i nikt nie miałby ci tego za złe!
- Nie zapominaj, że jestem wnukiem Atosa, a on nigdy by nie odmówił wyzwaniu i ja też nie mogę. No, a poza tym można jeszcze wyciągnąć z tego pożytek dla nas wszystkich.
- Niby jaki?
- Pamiętasz, jak mówiłaś o tym księdzu i jego wychowanku tak bardzo podobnym do króla?
- Tak i co? Sądzisz, że on jest człowiekiem w żelaznej masce?
- Właśnie. Poprosiłem więc Colbertona, aby poszukał tego księdza i jego wychowanka, jak również ich gosposię. Być może przebywają gdzieś tutaj w pobliżu w miejscowym więzieniu. Jeśli tak, to obietnica króla spada nam jak z nieba. Możemy dzięki niej ocalić Żelazną Maskę.
- Najpierw musisz wygrać pojedynek, a to może nie być takie proste.
Ash uśmiechnął się do mnie czule i rzekł:
- Bądź spokojna. Wygram go.

***


Powróciliśmy z Ashem do naszej komnaty, a wraz z nami przyszli tam także Pikachu i lepiąca się do niego Buneary, która nie chciała go opuścić. Oboje przygotowywaliśmy się do snu, a właściwie ja się przygotowywałam stojąc za parawanem, gdyż Ash wyjął swoją szpadę i zaczął nią wykonywać ciosy i pchnięcia.
- Musiałeś się godzić na ten pojedynek? - spytałam.
- Mówiłem ci już przecież, że to sprawa mojego honoru. Nie mogę tak po prostu odmówić, zwłaszcza, że jestem wnukiem Atosa.
- Wiesz, że nie jesteś nim naprawdę - powiedziałam, przebierając się w nocną koszulę.
- Ale oni o tym nie wiedzą i póki tego nie wiedzą, póty będą traktować nas bardzo poważnie i dlatego ja też muszę traktować poważnie wszystko, co robimy.
- Ash, proszę cię... Jeśli on cię zabije...
- Nie zabije.
- Skąd to wiesz? Dotąd miałeś szczęście w pojedynkach, ale co będzie, jeśli tym razem powinie ci się noga?
- Gdy walczyliśmy z Giovannim, to mówiłaś podobnie i popatrz, oboje jeszcze żyjemy.
Wyszłam zza parawanu i popatrzyłam na Asha smutno.
- Ash, kochanie... Wiesz doskonale, że ja po prostu się o ciebie martwię i chcę dla ciebie jak najlepiej.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- On także - wskazałam na Pokemona - Dlatego może daj sobie z tą walką spokój?
- Jeśli chcę coś osiągnąć w tych czasach, nie mogę na wstępie okryć się hańbą. Poza tym ten pojedynek nie musi wcale toczyć się na śmierć i życie. Król zapewne zarządzi, aby był do pierwszej krwi.
- A jeśli nie?
- To wtedy coś wymyślimy.
- O tak, coś wymyślimy - prychnęłam ze złością - I to jest twój plan działania?
- Lepszego póki co nie mam.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Ash szybko schował swoją szpadę, a ja zarzuciłam na siebie szlafrok.
- Proszę - powiedział Ash.
Pikachu wskoczył na ramię swego trenera i nastroszył lekko futerko w gotowości bojowej.
Do pokoju wszedł Francois. Wyglądał na wyraźnie przygnębionego. Obok niego szedł jego wierny Raichu, który też nie miał na pyszczku zbyt zadowolonej miny.
- Ach, to ty - powiedział Ash uspokojonym tonem - Coś się stało?
- Nie, chciałem tylko się zapytać, jak czujesz się przed pojedynkiem z wicehrabią Autumn? - odparł Francois.
- Czuję się bardzo dobrze, ale Serena się niepokoi - wyjaśnił Ash.
- Pika-pika. Pika-chu - zapiszczał Pikachu.
Raichu podszedł do naszego Pokemona i klapnął wygodnie obok niego na podłodze, piszcząc przy tym delikatnie. Pikachu przyglądał mu się ze sporą uwagą, podobnie jak my jego trenerowi.
- Wcale mnie nie dziwi, że Serena się niepokoi - rzekł smutno Francois - W końcu pan wicehrabia to jeden z najlepszych szermierzy w całym Johto. Wiem, że i ty nie jesteś złym szermierzem, ale przecież każdy może trafić na lepszego od siebie.
- Wiem o tym, ale jestem spokojny. Poza tym król nie mówił nic o tym, że walka ma być na śmierć i życie.
- Ale może to zarządzić. Pamiętaj, że jest władcą absolutnym i może zrobić, co tylko zechce. Na jeden jego rozkaz obaj będziecie musieli zabić się nawzajem i nikt nie wystąpi w waszej obronie.
- Widzę, że masz negatywne zdanie o królu - powiedziałam.
- Nie ja jeden - odpowiedział na to de Sauve - Co druga osoba na tym dworze źle się wypowiada o królu, a on o tym doskonale wie i bawi go to wszystko, ponieważ jest panem ich życia i śmierci, więc ich gadanie nic go nie obchodzi. Mogą sobie mówić, słowa nie ranią.
- To dowodzi, że król jest ponad plotki.
- Nie, Sereno. To tylko dowodzi, że Louis XIV wie doskonale, że jest nie tylko królem, ale wręcz boskim pomazańcem i może robić, co chce, więc ludzkie gadanie go nie dotyka. I robi, co tylko chce.
- Ale chyba danego nam przy wszystkich słowa nie cofnie, prawda? - zapytał Ash.
- Nie, ale z pewnością postara się o to, abyś miał pod górkę, że się tak wyrażę - odpowiedział Francois - Nie wiesz, Ash, do czego on jest zdolny. Nie wiesz, co potrafi zrobić.
- A ty wiesz?
- A wiem i jestem tego najlepszym dowodem.
- Nie rozumiem.


Francois spojrzał na Raichu, który pokiwał potakująco łebkiem, jakby utwierdzał naszego przyjaciela w jego decyzji.
- Powiem wam, ale obiecajcie, że nie będziecie mówić o tym nikomu. Chyba, że waszym kompanom, którzy są również ludźmi godnymi zaufania.
Obiecaliśmy mu to, a Francois usiadł na krześle i zaczął mówić.
- Przyjaciele... Pamiętacie chyba doskonale, że niedługo po tej aferze z diamentowym naszyjnikiem królowej Anne Marie otrzymałem propozycję objęcia stanowiska zastępcy kapitana muszkieterów króla Louisa XXIII. Zastępcy w stopniu porucznika.
- Pamiętamy to doskonale - odpowiedział Ash.
- Otóż w ciągu roku i kilku miesięcy miałem okazję dokonać kilku naprawdę walecznych czynów, ale nie będę o tym mówić, bo nie jestem z tych, co to się chwalą swoim bohaterstwem. Tak czy inaczej, kiedy kapitan muszkieterów awansował na pułkownika, to ja zostałem awansowany na kapitana i jako kapitan eskortowałem księżniczkę Sylvię do Johto.
- Wiemy o tym - powiedziałam - Ale jaki ma z tym wszystkim związek król Louis XIV?
- Jego Królewska Mość wezwał mnie niedługo po przybyciu do Johto i powiedział, iż nie ma zaufania do swoich ludzi, a chce zlecić pewne bardzo ważne zadanie, które wykonać może tylko ktoś bardzo zaufany. Poczułem się zaszczycony tymi słowami, dlatego też podjąłem się wykonać to zadania. Król więc dał mi rozkaz na piśmie, a także pewne polecenia. Miałem jechać do więzienia znajdującego się niedaleko stąd i zabrać z niej więzienia w aksamitnej masce na twarzy, a potem przewieźć go do twierdzy więziennej Saint Margot, która znajduje się na wyspie na Morzu Śródziemnym. Miałem zadbać o to, żeby żaden z przydzielonych mi przez króla ludzi ani też ja nie widział twarzy tego człowieka.
Kiedy Francois zaczął to opowiadać, poczułam się wręcz niesamowicie podniecona. W końcu dowiedzieliśmy się czegoś niezwykle ważnego dla naszego śledztwa i to nawet nie szukając, ale też nie wiedzieliśmy jeszcze wszystkiego, dlatego też uważnie słuchaliśmy z Ashem, Pikachu i Buneary tej historii. Raichu piszczał delikatnie parę razy, jakby ponaglając Francois, aby dalej mówił.
- I co? Wykonałeś zadanie? - zapytał Ash.
- Tak, wykonałem je - odpowiedział ponuro Francois - Pojechałem do więzienia i zabrałem z niego tego więźnia. Na twarzy miał on coś w rodzaju aksamitnego worka z dziurami na oczy i usta. Zabrałem go wraz z moimi ludźmi, a potem pojechaliśmy nad morze, a stamtąd łodzią na wyspę Saint Margot. Tam zaś zgodnie z rozkazem króla wykuto żelazną maskę, którą to potem założono temu biedakowi. Celowo zabrano go wtedy do cienia, abym nie widział jego twarzy. Więzień krzyczał z rozpaczy, wyrywał się swoim oprawcom, próbował się ich dopytywać, co takiego zrobił, a ja musiałem ze stoickim spokojem to znieść. Nie było to łatwe, ale wykonałem zadanie i chciałem wrócić do pałacu. Zmieniłem jednak zdanie, odesłałem tam moich ludzi, a sam szybko opuściłem Johto mając ogromne wyrzuty sumienia. Nie wiedziałem, czy postępuje słusznie, ale wiem jedno... Ten człowiek, który zasiada na tronie Johto to okrutnik i nie można temu zaprzeczyć.
- A co się stało z tym więźniem? - spytałam.
- Nie wiem, pewnie dalej tam siedzi.
- A kiedy go tam osadziłeś?
- Jakieś dziesięć tygodni temu. A czemu pytacie?
- Mamy swoje powody - uśmiechnęłam się do niego - Ale dziękuję, że nam to powiedziałeś. Obiecujemy ci, że nie powiemy o tym nikomu.
- Możecie powiedzieć o tym swoim kompanom, o ile oczywiście nie znienawidzą mnie po tym, co usłyszą.
- My cię nie znienawidziliśmy i oni także tego nie zrobią - powiedział na to Ash, podchodząc do Francois i kładąc mu dłonie na ramionach - Bądź więc spokojny. Wiadomości, które nam teraz przekazałeś mogą być wręcz na wagę złota.
- Wątpię... Ale nieważne. Tak czy inaczej miałem duże szczęście, bo ci, którzy mi towarzyszyli podczas tej wyprawy, po powrocie do pałacu nagle zniknęli w tajemniczych okolicznościach.
Ta ostatnia wiadomość przeraziła nas, co Francois ani też Raichu rzecz jasna nie umknęło.
- Widzicie więc, że Louisowi XIV nie powinniście ufać. Ja sam żyję chyba tylko dlatego, iż po wykonaniu zadania załamany wróciłem do Kalos nawet nie składając raportu królowi, nawet nie zabierając z pałacu mojego Raichu, którym zaopiekowała się księżniczka Sylvia do czasu, aż po niego tu przyjechałem, kiedy zaś przyjechałem tutaj na wezwanie mojego ojca chrzestnego, to dowiedziałem się o zaginięciu tych pięciu ludzi, którzy mi towarzyszyli. Nikt więcej ich nie widział. Nie dziwi was to?
- Nie, bo domyślamy się, co się z nimi stało - odparł Ash.
- Pika-pika! - pisnął zaniepokojony Pikachu.
- Właśnie. Dlatego radzę wam, nie rozmawiajcie o tym z nikim. Ja sam zamierzam opuścić to miejsce najszybciej, jak to tylko możliwe i wam też radzę to zrobić. Przybyłem tu pełen dobrych myśli, ale odkąd kilka godzin temu dowiedziałem się o zaginięciu tych żołnierzy, którzy wtedy ze mną byli na wyspie Saint Margot, nie umiem się uspokoić. Madeline jest teraz z moim ojcem chrzestnym, więc idę do niej. Wam natomiast radzę, abyście po pojedynku natychmiast opuścili ten pałac i nigdy tu nie wracali. Nie chcę, żebyście i wy zaginęli w tajemniczych okolicznościach.
Po tych słowach Francois i Raichu wyszli, pozostawiając nas w jeszcze większym niepokoju niż przed rozmową.


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...