wtorek, 15 maja 2018

Przygoda 113 cz. II

Przygoda CXIII

Tajemnica starego obrazu cz. II


Poszliśmy do miejscowego muzeum, aby zobaczyć te wszystkie nowe dzieła sztuki, których ostatnio nie było, dlatego ich nie widzieliśmy i tym bardziej byliśmy ich bardzo ciekawi. Pikachu i Buneary również chcieli je zobaczyć, wiec towarzyszyli nam, człapiąc wesoło przy naszych nogach.
- Jestem strasznie ciekawa tych nowych dzieł sztuki, które tu wystawili - powiedziałam do Asha, gdy już kupiliśmy bilety przy kasie - Bardzo mnie ciekawi, co też kustosz zakupił do tego muzeum.
- A myślisz, że ja nie jestem? - zaśmiał się mój luby - Strasznie mnie one ciekawią. Zwłaszcza, iż po pozostałych dziełach wiem, że kustosz ma doskonały gust.
- O tak! - pokiwałam głową, gdy zaczęliśmy powoli chodzić i zwiedzać wszystkie sale jedną po drugiej - Te dzieła tego dowodzą. Spójrz tylko na te obrazy, na te rzeźby... Piękne.
- Piękne? Sereno, to jest wręcz przepiękne! - powiedział zachwyconym głosem Ash, gdy zatrzymaliśmy się przy jednym z obrazów - Ten jest chyba nowy, mam rację?
- Tak. W przewodniku pisze, że przywieziono go z Włoch. To podobno jakieś zaginione dzieło Leonarda da Vinci.
- Da Vinciego, mówisz? - Ash pomasował sobie lekko podbródek - W sumie ten styl nawet pasuje do niego, chociaż nie jestem znawcą. Ale jest podobny do kilku innych jego dzieł. Zwłaszcza do „Madonny wśród skał“.
- O tak... To podobna stylistyka, zwłaszcza w przypadku otoczenia, w którym znajdują się postacie. Typowe dla da Vinciego. Wiem, co mówię, bo wiesz... Jako dzieciak nie miałam raczej przyjaciół i nadrabiałam to wręcz maniakalnym czytaniem książek, oglądaniem filmów i zbieraniem wiedzy na interesujące mnie tematy. Jednym z nich było malarstwo.
Westchnęłam smutno i powiedziałam:
- Wiesz co? To naprawdę bardzo żałosne. Większa część mojego życia upłynęła mi na nadrabianiu tego, o czym marzyłam przez uciekanie w świat fantazji i wiedzy. I powiedz mi, na co mi teraz ta wiedza się przydaje? Ty przez ten czas zdobywałeś coraz to nowe odznaki, nowe tytuły oraz nowe zdolności, poznawałeś świat, wielu ciekawych ludzi, zawierałeś przyjaźnie, ratowałeś ten glob od różnych wariatów, prowadziłeś życie pełne przygód, a ja co? Gniłam w rodzinnym domu, siedząc z nosem w książkach.
- Przecież oboje wiemy, czemu tak było.
- Oboje to wiemy, ale nie zmienia to faktu, że jak sobie o tym pomyślę, to żal mi tych straconych piętnastu lat życia.
- Jesteś jeszcze młoda i możesz zacząć życie tak, jak tylko je zechcesz. Poza tym... Twoja wiedza jest naprawdę przydatna. Wiesz, jak mi jest głupio czasami, gdy mi o czymś mówisz, a ja nie do końca łapię, o co ci chodzi?
- Chyba takich sytuacji nie ma zbyt wiele, prawda? W końcu odkąd się znamy, to znacznie poszerzyłeś swoją wiedzę. Czytasz teraz znacznie więcej książek i oglądasz więcej filmów, choć jak się okazuje, to ty sporo książek i filmów, które obecnie razem oglądamy już wcześniej znałeś.
- No widzisz, bo ja też dużo czytałem, choć o wiele mniej niż ty, bo wiecznie podróżując po świecie nie miałem czasu tyle na książki i filmy, ale kiedy tylko mogłem, łapałem okazję, a odkąd poznałem Herberta Jonesa, to zaczytywałem się w każdym kryminale, jaki wpadł mi w ręce. A teraz oboje czytamy klasyków i do tego jeszcze ocieramy się o najlepszą sztukę świata.
- To prawda - pokiwałam delikatnie głową i obejrzałam jedną z nowych rzeźb, która przedstawiała mityczną wieszczkę Sybillę - Podobna do naszej znajomej, prawda?
- Owszem. Kto wie? Może to ona?
Parsknęłam delikatnym śmiechem, gdy o tym pomyślałam.
- Może... W końcu nie wiemy o niej wszystkiego.
- O niej chyba trudno wiedzieć wszystko.
Tak rozmawiając zwiedzaliśmy dalej muzeum, aż w końcu natknęliśmy się na obraz, który nas bardzo zaszokował. Był to portret pewnego młodego małżeństwa z XVIII wieku. On miał na sobie niebieski strój szlachcica i szpadę u boku, zaś ona piękną, różową suknię z białymi dodatkami. Obraz ten zaszokował nas, ponieważ postacie, które się na nim znajdowały, były...
- Boże kochany - powiedziałam, zasłaniając sobie usta dłońmi - Ash, czy ty widzisz to samo, co ja widzę?
- Skarbie... Jeżeli ty widzisz to, co ja widzę, to razem widzimy to samo, a tym widokiem jest to, co właśnie mamy przed sobą - wydukał z siebie mój luby, ściskając lekko moją dłoń.
Pikachu i Buneary patrzyli w szoku najpierw na obraz, a potem na nas, potem znowu na obraz i znowu na nas.
- Oj tak... Niezły szok, co nie? - uśmiechnął się Ash, próbując jakoś ironizować, aby rozładować powstałe napięcie.
Na portrecie znajdowaliśmy się ja i Ash. Tak, wzrok was nie myli! Nie pomyliłam się, pisząc te słowa. To naprawdę byliśmy my! Jakim cudem? Nie mieliśmy zielonego pojęcia, jednak wiedzieliśmy, iż tymi tajemniczymi małżonkami jakimś cudem byliśmy ja i Ash. Nie umiem opisać tego, co wtedy czułam. Szok, zdumienie - to chyba zbyt lekkie słowa, aby wyrazić uczucia, jakie mi wtedy towarzyszyły.
- Słuchaj... Jak myślisz, ten obraz to naprawdę jest z XVIII wieku? - spytałam po chwili Ash.
- A co sugerujesz? - spytał mój luby, nie odrywając wzroku od obrazu.
- Wiesz... Tak sobie pomyślałam, że to może być jakiś żart ze strony kustosza albo co... Jakiś obraz w stylu XVIII wieku, jednak współcześnie malowany.
- Myślisz? To może pogadamy o tym z kustoszem?
- Bardzo dobra myśl, Ash. Popieram w całej rozciągłości.
- Pika-pika! Bune-bune! - zapiszczały nasze stworki.

***


Niestety, choć udało nam się znaleźć kustosza, to jednak nie umiał nam on udzielić zadowalającej odpowiedzi. Zarzekał się bowiem, że obraz jest jak najbardziej autentyczny i naprawdę pochodzi z XVIII wieku, a co za tym idzie, nie ma pojęcia, jak to możliwe, że postacie na tym portrecie były tak do nas podobne. W sumie sam był w niezłym szoku, gdy tylko nas zobaczył, bo od razu wydaliśmy mu się niemalże identyczni, jak tych dwoje z portretu.
- Nie wie pan, co to za ludzie na tym portrecie? - spytał Ash.
- Pika-pika? - zapiszczał Pikachu.
- Prawdę mówiąc nie, ale mogę spróbować się tego dowiedzieć. Dajcie mi państwo kilka dni, a spróbuję to odkryć.
- A gdzie pan kupił ten obraz? - spytałam.
- We Francji, ale nie ja go kupowałem, tylko mój agent - wyjaśnił mi  kustosz - Widzicie państwo, jestem wielkim miłośnikiem obrazów malarza Le Brauna. Był on malarzem z Kalos, ale swoje najlepsze dzieła malował we Francji. Mam do nich wielką słabość i dlatego mój agent szuka ich dla mnie po całym świecie, a ja je wystawiam tutaj.
- Rozumiem. Czyli nie wie pan, kto jest na tym obrazie?
- Nie... Przyznam się, choć może to nie przemawia na moją korzyść, że gdy tylko dowiedziałem się o tym obrazie i jak dostałem go w swoje ręce razem z certyfikatem potwierdzającym autentyczność, po prostu wziąłem go bez zadawania pytań. Ale teraz je chętnie zadam. Zadzwonię do mojego agenta i postaram się od niego dowiedzieć, od kogo go kupił i kogo ten obraz przedstawia. Być może człowiek, który mu to sprzedał to wie. Ten obraz nazywa się „Zakochane małżeństwo“, ale nazwiska małżeństwa nie znam. Myślę jednak, że mogę się tego dowiedzieć. Musicie tylko państwo dać mi nieco czasu.
- Spokojnie, damy go panu tyle, ile trzeba - powiedział Ash z powagą w głosie.
Wiedziałam doskonale, że aż pali się do tego, aby odkryć prawdę, ale postanowił zachować się kulturalnie i nie naciskać zwłaszcza, iż sam nigdy nie lubił działać poganiany przez kogokolwiek, dlatego musiał wiedzieć, jak nieprzyjemne to uczucie pracować na akord.
- Byleby tylko nie zaczął pan przeciągać sprawy w nieskończoność, jeśli można - powiedziałam z szacunkiem, ale też lekkim naciskiem.
- Spokojnie, droga pani - zaśmiał się delikatnie kustosz - Może być pani spokojna, nie będę się obijać. Poza tym... Może to głupio zabrzmi, ale sam jestem strasznie ciekaw tego, kim są ci młodzi ludzie na tym portrecie i dlaczego są do państwa podobni. Sam jestem strasznie tego ciekaw, więc mogę państwu obiecać, iż dołożę wszelkich starań, aby jak najszybciej móc wyjaśnić tę sprawę.
- Doskonale. A więc niech ciekawość nas prowadzi - zachichotałam delikatnie.

***


Wróciliśmy do domu Johna Scribblera i opowiedzieliśmy mu o tym, co właśnie odkryliśmy. Oczywiście zarówno pisarz, jak i jego ukochana byli naprawdę w wielkim szoku, gdy się o tym dowiedzieli. Oboje nie mogli w to uwierzyć.
- Mówicie poważnie? - spytał zdumiony John.
- O tak, całkiem poważnie - odpowiedział Ash - Sam byłem bardzo zdumiony, kiedy to zobaczyłem.
- No, ja naprawdę nie wiem, jak to wyjaśnić - wtrąciłam - Chociaż... Może wyjaśnienie tej sprawy może jest bardziej prozaiczne niż myślimy?
- To znaczy? - spytała Maggie.
- Wiecie... Może po prostu ci ludzie byli niesamowicie do nas podobni albo to byli jacyś przodkowie Asha lub mnie... Albo też może nas obojga jednocześnie... Chociaż... Nie, to by było straszne. To by oznaczało, że ja i Ash jesteśmy spokrewnieni, a tego bym nie chciała.
- Ja też nie, kochanie - Ash ścisnął mnie czule za rękę - Ale coś mi mówi, że ci ludzie wcale nie są naszymi krewnymi, a ich podobieństwo jest dziełem przypadku... A może...
Ash nagle zaczął masować sobie lekko podbródek, co zwykle u niego oznaczało, iż właśnie się nad czymś zastanawia.
- Co takiego? - spytałam.
- A nic... Tak jedna myśl przyszła mi właśnie do głowy.
- A jaka to myśl?
- Nieważne. Poczekajmy na wyniki śledztwa, a potem zaczniemy się zastanawiać nad teoriami.
- Dobrze, ale jak już dostaniecie te informacje, to co zrobicie? - spytał John Scribbler.
- Ależ to oczywiste - powiedział Ash z uśmiechem godnym samego Sherlocka Holmesa - Pojedziemy do Francji i spróbujemy dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Zobaczymy wszystkie lub też prawie wszystkie miejsca powiązane bezpośrednio z ludźmi z tego obrazu, a potem ja i Serena odkryjemy ich historię.
- No dobrze, ale co dalej? - spytała Maggie - A jeśli pomimo tego nie znajdziecie żadnego powiązania pomiędzy tym małżeństwem a sobą?
- Będziemy się martwić, jak go nie znajdziemy, a cieszyć się, jeśli je znajdziemy - skwitował tę rozmowę Ash - To chyba proste, prawda?
- Raczej elementarne - zażartowałam sobie.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu.
- Właśnie - pokiwał głową Ash - Nic dodać, nic ująć.

***


Poszukiwania informacji przez kustosza trwały kilka dni, bo okazało się, że sam agent nie posiadał zbyt wiele informacji w sprawie obrazu, który nabył i musiał ich poszukać. Przez cały ten czas ja i Ash nie nudziliśmy, ponieważ wraz z Johnem i Maggie bardzo miło spędziliśmy czas chodząc po mieście i zwiedzając jego najlepsze atrakcje, a prócz tego jeszcze oglądając występy Lionela i Miette. Tajemnicze sny wówczas chwilowo nam minęły, ale tak coś z Ashem czuliśmy, iż jeszcze one do nas powrócą i to szybciej niż byśmy tego chcieli, choć prawdę mówiąc śmiem wątpić, aby któreś z nas tego w ogóle chciało.
Trzeciego dnia naszych oczekiwań, a konkretnie pod jego wieczór, przyszedł do nas Thomas Ravenshop. Był on strasznie z siebie zadowolony, zaś jego twarz zdobił wielki uśmiech, tak wielki i radosny, jakiego jeszcze nie widziano na fizjonomii tego osobnika.
- Witajcie, kochani - powiedział wesoło, gdy tylko nas zobaczył.
Następnie ucałował Maggie w policzek i uściskał ją czule.
- Witaj, siostrzyczko. Jak się miewasz?
- Witaj, braciszku - odpowiedziała mu Maggie z uśmiechem - Widzę, że jesteś dzisiaj w naprawdę w wyjątkowo dobrym humorze.
- A tak, jestem - pokiwał lekko głową pisarz - A to dlatego, że udało mi się zrealizować pewien cel, który przed sobą postawiłem.
- O! To ciekawe - uśmiechnął się John Scribbler - A wolno wiedzieć, jaki to cel?
- Literacki, oczywiście - odpowiedział mu na to Thomas.
- No tak, powinienem był się tego domyśleć, ale wolno wiedzieć, jaki dokładniej to cel? Jak wyglądają jego szczegóły?
- Szczegółów dowiecie się czytając to - odrzekł Thomas Ravenshop, wyjmując z siatki, którą trzymał w ręku jakiś wielki plik kartek.
- Proszę. Oto mój cel, zrealizowany w ciągu ostatnich trzech dni.
Spojrzeliśmy na to z niekłamanym podziwem.
- Wow! Nie no, chłopie! Ja wiedziałem, że ty masz talent literacki, ale żeby takie dzieło napisać w ciągu trzech dni? To mnie zaskoczyłeś.
- Mnie również - powiedziała Maggie, patrząc na brata podejrzliwie - Jak ci się to udało?
- Przyznaj się, co brałeś, aby zdążyć? - zapytał Scribbler.
Thomas parsknął śmiechem.
- Ależ nic, zapewniam cię! Co najwyżej piłem duże ilości kawy.
- Kawy, no jasne... To wiele wyjaśnia - zażartował sobie John - Kofeina i takie tam środki pobudzające. Naprawdę nieźle. Przyznam ci się, chłopie, że nie znałem cię od tej strony.
- Ja także - zachichotała Maggie, z trudem próbując zachować powagę, co jednak ostatecznie przynosiło skutek odwrotny od zamierzonego.
Thomas Ravenshop uśmiechał się ironicznie, słuchając tych wszystkich podejrzeń pod swoim adresem.
- Doceniam waszą pomysłowość, ale niestety muszę was teraz bardzo rozczarować. Nic nie brałem i jedyne, co mnie pobudzało do działania, to chęć jak najszybszego zakończenia tego dzieła. Moim motorem działania było pragnienie zobaczenia waszej reakcji, gdy tylko zapoznacie się z tym dziełem.
- Aż pragnienie? Nieźle - zachichotał John Scribbler ironicznie.
Ravenshop jednak nie zwrócił na niego uwagi.
- A szczególnie chciałem zobaczyć wasze miny, Ashu i Sereno.
- Nasze? - zdziwiłam się - A dlaczego akurat nasze?
- Bo to dzieło jest o was.
Jego słowa bardzo nas zdziwiły. Spodziewaliśmy się wszystkiego, ale nie tego. W końcu Thomas Ravenshop, poważny pisarz piszący dzieła w typie fanfików? To było trudne do przewidzenia i do uwierzenia.
- Naprawdę? - spytał Ash z lekkim powątpiewaniem w głosie.
- Pika-pika? - zdziwił się Pikachu wskakując na stół i oglądając plik kartek postawionych tam przez Thomasa.
- Widzę, że jesteście zaskoczeni - uśmiechnął się Thomas.
- A dziwisz się? - spytałam - Przecież zawsze śmiałeś się z tego, że John i Maggie opisują nasze różne fikcyjne przygody. Dziwne więc, iż nagle zacząłeś pisać coś podobnego.
- Chyba, że to nie jest fikcja - powiedział podejrzliwym tonem Ash.
Ravenshop parsknął śmiechem.
- Ależ spokojnie. To opowiadanie to czysta fikcja, ale inspirowana prawdziwymi zdarzeniami. W każdym razie tak myślę.
- W każdym razie tak myślisz - zaśmiał się złośliwie Scribbler - Tego to jeszcze nie grali. Robi się więc coraz ciekawiej. Już z samego tego powodu warto to dzieło poczytać.
- A żebyś wiedział - zachichotał Ash, biorąc do ręki kilka pierwszych kartek z pliku - O! Nawet ma ładny tytuł. „Och, Ash“. To brzmi jak tytuł jakiegoś niezłego filmu.
- Bo inspirowałem się pewnym filmem i przerobiłem jego fabułę tak, że głównym bohaterem tej historii jesteś ty, a pozostałymi postaciami są twoje dziewczyny.
- Słucham?! - zapytałam nieco oburzona.
- To znaczy... przyjaciółki - uśmiechnął się ironicznie Thomas, lekko szczerząc przy tym zęby - W każdym razie tak je nazywa Serena.
- Bo one są tylko przyjaciółkami - powiedziałam - Ash jest mi wierny i jestem tego całkowicie pewna.
- Nigdy w to nie wątpiłem - rzekł Ravenshop - Ale to opowiadanie, to taka moja mała wariacja na temat tego, co by było, gdyby nie był wierny i wykorzystywał swoje powodzenie u płci pięknej i to jeszcze nagminnie.
- Ciekawe - zrobiłam ironiczną minę, ale potem parsknęłam śmiechem - W sumie to może być nawet ciekawe.
- Racja - powiedział Scribbler, biorąc do ręki kartki trzymane przez Asha i samemu je oglądając - A może tak przeczytamy te wypociny mojego przyszłego szwagra?
- Prawdę mówiąc nie miałabym nic przeciwko temu - powiedziałam.
- Ani ja - dodała wesoło Maggie.
- W sumie, to ja też nie - zaśmiał się Ash - Jestem strasznie ciekaw, jak też Thomas ukazał mnie w tym opowiadaniu.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał wesoło Pikachu.
- Znając ogromną złośliwość mojego brata można się spodziewać mało pochlebnego wizerunku twojej osoby - rzekła żartobliwie Maggie.
- Nie przesądzajmy jeszcze niczego - uśmiechnął się Ash - Ja mam jeszcze nadzieję, iż Thomas zachował dobry smak w całej tej sprawie.
- Nadzieja matką głupich, jak to mówią - rzucił John Scribbler, lekko się przy tym uśmiechając - A więc bierzmy się za czytanie!
Thomas Ravenshop uśmiechnął się zadowolony.
- Doskonale. A więc ja sobie idę. Dajcie mi znać, jak spodobało się wam moje opowiadanie.
Po tych słowach pisarz wyszedł z domu, uśmiechając się przy tym dość ironicznie.

***


Opowiadanie Thomasa Ravenshopa:
- I am... You are... He is... She is... It is... We are... You are... They are - powtarzała chórem klasa za swoim nauczycielem.
- Doskonale - uśmiechnął się delikatnie belfer.
Był to młody człowiek, mający około dwadzieścia parę lat, o czarnych włosach, brązowych oczach oraz gładkiej i przystojnej twarzy. Wyglądał on nad wyraz przyjemnie, zwłaszcza dla żeńskiej części swojej klasy i chociaż ta klasa była zaledwie I klasą podstawówki, to jednak i tak widać było aż nadto wyraźnie, iż jej żeńska część była zachwycona widokiem swojego nauczyciela i wręcz nie odrywała od niego wzroku.
- To była forma twierdząca - powiedział nauczyciel, przyjmując jak najbardziej poważną pozę - Teraz nauczymy się formy przeczącej. Jest ona równie ważna w życiu, co forma potwierdzająca, a może nawet i jeszcze ważniejsza.
- Dlaczego? - zapytał zielonowłosy chłopiec w wielkich okularach.
- Dlaczego jest ważniejsza? - odpowiedział pytaniem na pytanie belfer - To dobre pytanie, Max. Otóż dlatego, że dzięki niej mamy możliwość przeciwstawić się wtedy, gdy ktoś chce nas wkręcić w coś, czego zrobić nie chcemy. Oczywiście nie oznacza to, że mamy odmawiać każdemu i we wszystkim... Broń Boże! Wy, jako jeszcze bardzo młodzi ludzie musicie słuchać rodziców, ale jak będziecie dorośli, to nie możecie życia układać według ich planów, lecz według własnych. I wtedy np. musicie powiedzieć stanowcze „NIE“, gdy tylko zechcą oni was przymusić do realizacji swoich planów, a nie waszych. Ale to na przyszłość, zaś na chwilę obecną to mogę wam powiedzieć, że nieraz koledzy czy też koleżanki mogą chcieć od was czegoś, czego zrobić dla nich nie chcecie lub też nie możecie. W obu tych przypadkach, a już zwłaszcza tym ostatnim musicie być stanowczy i umieć mówić „NIE“. Posiadanie tej umiejętności może wam kiedyś bardzo pomóc uniknąć wielu problemów. Wiecie, znałem kiedyś jednego takiego, który nie umiał odmawiać. To znaczy, nie wszystkim, ale pewnym osobom, które wiedziały, że jeżeli odpowiednio go podejdą, to on im nie odmówi. Miał zbyt miękkie serce i one... to znaczy te osoby wykorzystywały to przeciwko niemu. Choć prawdę mówiąc sam był sobie winien, bo gdyby zachował się twardo, to nie doszłoby do tego.
- I co się z nim stało? - zapytała nagle jedna z uczennic, urocza, mała blondyneczka o niebieskich oczach o imieniu Bonnie.
- Pogubił się - odpowiedział nauczyciel smutnym tonem - Bardzo się pogubił w swoim własnym życiu.
- I co się teraz z nim dzieje?
- Próbuje je sobie ułożyć na nowo.
- I co? Udaje mu się?
Belfer spojrzał na dziewczynkę z uśmiechem i powiedział:
- Nawet nieźle, bo wyciągnął mądrą lekcję z tego, co przeżył. I to jest również lekcja dla was. Kiedy trzeba, musicie umieć odmówić, dlatego już teraz nauczcie się mówić „NIE“. Pamiętajcie więc... To słowo jest bardzo ważne. NO! Powtarzać za mną! No!
- No! - zawołała chórem klasa.
- Głośniej, kochani!
- NO!
- Bardzo dobrze! NO!
- NO!
- Świetnie! I jeszcze raz! NO!
- NO!
- Doskonale! A więc teraz, skoro to już opanowaliśmy, to...
Nagle zadzwonił dzwonek.
- Koniec lekcji na dzisiaj. Jutro nauczymy się dokładniej wszystkich form przeczących. A na razie do zobaczenia i przemyślcie sobie to, o czym dzisiaj mówiliśmy.
Klasa powoli wyszła i nauczyciel pozostał sam. Usiadł powoli przy biurku i zaczął się zastanawiać nad tym, co powiedział swojej klasie. Tak właściwie, to nie do końca była prawda z brakiem umiejętności odmawiania. Jego problemem było coś zupełnie innego, a konkretnie brak umiejętności odtrącenia kobiety, która miała do niego słabość. Już od dziecka chronicznie nie cierpiał kobiecych łez i gdy tylko je widział, to dostawał wręcz spazmów i musiał szybko reagować na nie pomaganiem płaczącej kobiecie. Do tego zawsze miał ogromną wręcz słabość do płci pięknej, co w połączeniu z jego chroniczną niechęcią do płaczu niestety sprawiło, że ani się obejrzał, a już pewne kobiety zaczęły to podle wykorzystywać przeciwko niemu. Choć tak prawdę mówiąc, to nie do końca była prawda. One to wykorzystały dopiero później, a początkowo to on wykorzystał fakt, iż nie tylko on ma do nich słabość, ale i one mają słabość do niego, co mu dawało pewną władzę nad nimi. Niestety, dobra passa skończyła się przez brak umiaru, a także przez jego brak umiejętności powiedzenia „NIE“ zakochanej w nim kobiecie, aby nie wywołać w niej łez. To właśnie to pchnęło go w naprawdę niezłą kabałę, Choć raczej nie tyle umiejętność powiedzenia „NIE“, co raczej umiejętność powiedzenia „NIE KOCHAM CIĘ, TO KONIEC“ mogłaby go ocalić. O tak, ta oto umiejętność, podobnie jak i umiejętność oparcia się damskim łzom by mu pomogły. Niestety, obu tych cech nie posiadał, a efekty tego nie kazały na siebie długo czekać.
Ale tego swoim uczniom powiedzieć on już nie mógł. Po pierwsze oni by tego nie zrozumieli, poza tym on sam wolał o tym zapomnieć, dlatego też uogólnił cały problem do braku umiejętności mówienia „NIE“, choć jego problemy miały nieco głębsze podłoże.
A wszystko zaczęło się dobry rok temu.

***


Ash Ketchum obudził się rano o godzinie 8:00, aby móc się szykować do swojej pracy, którą jak zwykle rozpoczynał sześćdziesiąt minut później. Budziła go zawsze w uroczy sposób jego narzeczona, czyli Serena Evans, przeurocza posiadaczka miodowych włosów i niebieskich oczu.
- Ash, wstawaj, kochanie... Już pora wstać - powiedziała Serena, lekko nim potrząsając, a gdy otworzył oczy, powoli pocałowała go w usta - Dzień dobry, skarbie.
- Dzień dobry - odpowiedział jej Ash i uśmiechnął się do niej czule.
Patrząc na swoją narzeczoną Ketchum poczuł, iż naprawdę jest pod wrażeniem tej dziewczyny. Była prawdziwym aniołem i to takim samym, jak wtedy, gdy się poznali jako dzieci. Miało to miejsce wtedy, gdy oboje mieli po siedem lat. Bawili się w piaskownicy, gdy nagle jakiś wredny łobuz zniszczył Serenie zamek z piasku. Mała oczywiście zaczęła płakać, ale wówczas do akcji wkroczył Ash, który to wręcz chronicznie nie cierpiał dziewczęcych łez. Usiadł zatem tuż obok dziewczynki, zaczął jej pomagać budować zamek z piasku i w ten właśnie sposób zdobył on sobie sympatię małej Sereny, która wręcz zakochała się w nim po uszy, rzuciła na szyję i cóż... Tak to się zaczęło. Tak została rozpoczęta ich znajomość, a potem związek i miłość, która trwała do dzisiaj. Ash był całkowicie pewien, że kocha Serenę, bo trudno było nie kochać tak miłej, spokojnej, wrażliwej i oddanej mu osoby, ale czasami czuł się podle. Gdyby tylko Serena znała jego sekret, to z pewnością nie była wobec niego taka miła i dobra.
- Tylko przypadkiem nie zaśnij, kiedy wyjdę - powiedziała Serena, całując ponownie Asha w usta.
- Spokojnie, nie zasnę - odpowiedział Ash, chociaż miał wielką ochotę ponownie zasnąć.
Serena ubrała się do końca, pomachała ukochanemu delikatnie palcami na pożegnanie, po czym wyszła z pokoju. Ash zaś ziewnął głośno, usiadł na łóżku i już pewnie wróciłby do snu, kiedy nagle usłyszał dźwięk telefonu. Sięgnął po niego, złapał go w dłoń, włączył i przyłożył do ucha.
- Dzień dobry, Ash Ketchum z tej strony. W czym mogę pomóc?
- Jak zwykle spałeś, mam rację? - odezwał się znajomy, kobiecy głos.
- Nie, skądże znowu, Misty - odpowiedział jej zaspanym tonem Ash - Właśnie wychodzę do pracy.
- Jak ty zabawnie kłamiesz. Och, Ash! Ty nawet jak kłamiesz, to robisz to z wdziękiem.
- Miło mi to słyszeć.
- A mnie miło mówić. Zobaczymy się dzisiaj?
- Też pytanie. Oczywiście, że tak.
- To do zobaczenia, kochanie.
- Do zobaczenia, skarbie.
Po tych słowach Ash zakończył rozmowę i szybko pobiegł do łazienki. Wziął prysznic, potem zjadł prędkie śniadanie, ubrał się w elegancki strój, a następnie wybiegł z domu, który wcześniej zamknął na klucz, wskoczył do auta i ruszył w drogę.
Powiew świeżego powietrza, które to wpadało przez otwarte okno w drzwiach sprawił, iż poczuł się o wiele lepiej. Świeże powietrze zawsze mu pomagało. Jechał więc spokojnie drogą, którą zawsze jeździł do miejsca pracy, czyli do biura projektów. Podczas jazdy, jak często mu się zdarzało, mijał go jakiś samochód prowadzony przez Macy, jedną z jego sąsiadek, z którą swego czasu flirtował. Ash uśmiechnął się do niej, a ona do niego, jednak potem zatrzymali się na światłach, a Ash zobaczył przechodzącą na pasach Miette, jego kolejną sąsiadkę. Uśmiechnęła się ona do niego, a on do niej, co jednak zdecydowanie nie przypadło do gustu Macy, która wściekła, gdy tylko światło zmieniło się na zielone, zajechała mu szybko drogę, nie pozwalając mu przejechać. Ash pokręcił głową z politowaniem i pojechał powoli przed siebie, a potem dostrzegł, jak stojącą na skrzyżowaniu oficer Jenny pokazuje lizakiem, aby Macy zjechała na pobocze. Ash zatrzymał się w pobliżu popatrzeć na ten widok. Zobaczył wówczas, jak Macy gęsto tłumaczy się przed Jenny ze swego zachowania i wskazuje jako winowajcę właśnie Asha. Ten natomiast zrobił minę niewiniątka, Jenny uśmiechnęła się do niego, a następnie obdarzyła groźnym spojrzeniem Macy i wlepiła jej mandat. Ash uradowany tym widokiem powoli ruszył przed siebie.


Bez żadnych nowych przygód dotarł do pracy, wysiadł zadowolony z auta i wbiegł do środka budynku. Musiał się pospieszyć, ponieważ był już spóźniony. Ale oczywiście na drodze stanęła mu znowu jakaś przeszkoda, a była nią młoda kobieta o ciemno-niebieskich włosach oraz takich samych oczach, ubrana w różową sukienkę z czarnymi dodatkami.
- Ash! Jak się masz?! - zawołała wesoło kobieta - Pamiętasz jeszcze o mnie, łobuzie, czy już zapomniałeś?
- Zapomniałem? Jak ty możesz tak myśleć, Dawn? Ja miałbym ciebie zapomnieć? Skądże znowu - uśmiechnął się do niej Ash - Nawet tak nie mów, proszę. A przy okazji widzę, że jesteś bardzo wesoła.
- Bo mam powód, kochanie - zachichotała Dawn - A wiesz, dlaczego? Chyba jestem w ciąży. Cieszysz się?
- Jasne, że się cieszę - odparł z uśmiechem Ash - A z kim, jeśli wolno spytać?
- No, jak to, z kim? Z tobą, oczywiście.
Ashowi zaraz uśmiech zszedł z twarzy.
- Ale jak to? Jak to jest w ogóle możliwe?
- Normalnie, kochanie. Nie wiesz, skąd się bierze nowe życie?
- No, w sumie to wiem, ale jestem zdziwiony mimo wszystko.
- Sama jestem nieźle zdziwiona, ale też bardzo szczęśliwa. No dobrze, chyba się spieszysz, prawda? To ja nie będę ci przeszkadzać. Muszę już iść, bo mam jeszcze mnóstwo zajęć na dzisiaj. Badania, szykowanie ubranek dla dziecka i takie tam. Zresztą, co ja ci będę o tym gadać? Pogadamy, jak się spotkamy później. No, to do zobaczonka.
Po tych słowach pocałowała go czule w usta i ruszyła w kierunku wyjścia.
- No, to pięknie mi się dzień zaczął.
Zaraz jednak przypomniał sobie o tym, że przecież właśnie spieszy się na spotkanie, więc pognał w kierunku sali konferencyjnej.

***


- Jednym słowem, projekt autorstwa kolegi Ketchuma jest po prostu  bez zastrzeżeń i spodobał się klientowi - powiedział Samuel Oak, szef biura projektów, około sześćdziesięcioletni mężczyzna o jasnych oczach i białych włosach, gładko ogolony i wciąż jeszcze przystojny.
Przy stole konferencyjnym siedzieli czarnoskóry Brock, blond-włosy i niebieskooki okularnik Clemont, a prócz tego też zielonowłosy i zielonooki chudzielec Cilan. Miejsce Asha było puste, ponieważ wciąż nie było osoby, która mogłaby to miejsce zająć.
- Wielka tylko szkoda, że autor tego projektu nie mógł przyjść na nasze zebranie - dokończył swoją mowę Samuel Oak.
Wtem do sali wpadł zdyszany Ash, kłaniając się delikatnie wszystkim zebranym.
- Dzień dobry. Strasznie przepraszam za spóźnienie, małe problemy na drodze. Korki i w ogóle.
- Uhm... Korki - mruknął złośliwie Cilan - Znamy te twoje korki. Jeden z nich czekał na ciebie przed wejściem.
- No, niczego sobie korek - powiedział Clemont wyraźnie zachwycony - Słuchaj, jak ona ma na imię?
- Jaka wielka szkoda, że nie zdążył pan przybyć na dyskusję o pana projekcie, zwłaszcza, że przecież pana projekt jest rewelacyjny - przerwał tę rozmowę Samuel Oak.
- Poważnie, panie dyrektorze?
- Naturalnie. Klient jest nim zachwycony.
- Ciekawe, jakby był on zachwycony ciągłymi spóźnieniami - mruknął złośliwie Cilan.
Ash lekko się obruszył, a dyrektor Oak odparł na to:
- Drogi kolego, nie ma co innym wytykać ich wady, a zwłaszcza wtedy, że przecież nie ponosimy z ich powodu strat. Zresztą, skoro już o wadach mówimy, to ja mam taką uwagę, aby kolega zajął się swoimi projektami, bo w porównaniu z pana projektami projekty kolegi Ketchuma są niczym rewolucja francuska w porównaniu z kolejką do toalety na naszym piętrze.
Wszyscy parsknęli śmiechem, a Cilan zdumiony rzekł:
- Ale... Ale przecież tam nigdy nie ma kolejki.
- Ano właśnie - pokiwał lekko głową dyrektor Oak.
Cilan zrozumiał aluzję i zamilkł, zaś Brock i Clemont zachichotali jeszcze mocniej i udali się razem do swojego pomieszczenia pracy, czyli pokoju całego zawalonego projektami i różnymi innymi planami. Siedziała już tam Iris, mało urodziwa Mulatka o bujnej, fioletowej czuprynie, ubrana w białą bluzkę i białe spodnie.
- O! Witaj, Ash! - uśmiechnęła się przyjaźnie do Ketchuma - Jak tam? Znowu się spóźniłeś na zebranie?
- Niestety, ale spokojnie. Ważne, że projekt się przyjął - odparł Ash.
- Jak zwykle najlepszy z nas - rzekł Cilan, wchodząc do pokoju - Choć pracuje najkrócej niż my.
- Niektórzy po prostu mają talent - odpowiedziała na to Iris.
- Aha... Czyli ja go nie mam?
- Ty to powiedziałeś.
Cilan lekko wzruszył ramionami i usiadł przy swoim biurku. Brock zaś podszedł powoli do Iris i rzekł:
- Daj buziaka.
- Spadaj! - mruknęła Mulatka i odsunęła się od niego.
- Widzisz? - jęknął załamany Brock, patrząc na Asha - Mnie to żadna nie chce, a ciebie chcą wszystkie.
- Właśnie, a propos wszystkich, co to była za niunia w holu? - spytała Iris.
- A co? Zazdrosna jesteś? - spytał złośliwie Cilan.
Iris nawet nie zaszczyciła go odpowiedzią.


- Narzeczona kolegi. Chciała pogadać o przyszłym ślubie ze swoim przyszłym mężem i tyle - odpowiedział na pytanie Ash.
- Narzeczona kolegi? Jasne... A zresztą, nawet gdyby... To, co to niby przeszkadza?
Ash spojrzał na nią groźnie i spytał:
- Słuchaj... Mówisz do mnie w taki sposób, jakbym był co najmniej człowiekiem pozbawionym wszelkich zasad. A tymczasem...
- Masz je niewątpliwie - burknęła gniewnie Iris, opierając się dłońmi o jego biurko - A jedną z nich jest to, że w pracy zajmujesz się wyłącznie tymi projektami, więc chyba zmienię pracę.
- Mogę ci coś poradzić? Nie rób tego - odparł Ash z lekkim uśmiechem - Tu jest naprawdę bardzo przyjemnie, a bez ciebie byłoby tutaj nudno.
- Tak... Bo niby kto by tak pięknie zrzędził, jak ty? - rzucił Cilan.
Iris obdarzyła go wręcz morderczym spojrzeniem i zasiadła przy swoim biurku.
- A przy okazji, były może jakieś telefony? - spytał Clemont.
- Były, ale nie do ciebie - odpowiedziała gniewnie Mulatka.
- A do kogo były?
- A jak ci się wydaje? Do tego, do którego zawsze dzwonią. Założę się, że zaraz jakaś niunia znowu tutaj zadzwoni.
Chwilę później rozległ się dźwięk telefonu, który był zawieszony na ścianie.
- O, proszę! A nie mówiłam? - rzuciła z satysfakcją w głosie Iris.
Ash powoli podszedł do telefonu i odebrał go.
- Ash Ketchum z tej strony... A, to ty, Alexa! Miło cię widzieć. Znaczy słyszeć. Nie, nie jestem zmęczony. Co najwyżej może lekko niewyspany, ale to nic takiego. Co tam u ciebie? Słucham? A kiedy? Nie, dzisiaj nie mogę, za dużo pracy... Jutro? Nie ma sprawy, z wielką przyjemnością. No, to do zobaczenia.
Po tych słowach odłożył słuchawkę na miejsce.
- Och, Ash, Ash... Te kobiety kiedyś cię zgubią - rzekł Brock z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Dlaczego tak mówisz? Przecież ja nie robię nic złego. Poza tym za szczere uczucia nie może cię spotkać żadna krzywda.
- Powiedzmy - Brock uśmiechnął się wesoło - A tak przy okazji... Szef chce z nami pogadać. Zanim wyszedłem, to poprosił mnie, abym tak za pół godziny przyszedł z tobą do niego. Chodzi o nasze projekty. Musimy w nich jeszcze omówić kilka szczegółów.
- Ależ nie ma sprawy, chętnie je z wami omówię - odparł wesoło Ash i pochylił się nad swoją pracą.
Nieco później Ash i Brock usiedli razem w biurze szefa, który zaczął z nimi omawiać projekt autorstwa Ketchuma. Rozmawiali o nim przez chwilę, aż w końcu do pokoju weszła sekretarka dyrektora, którą okazała się być młoda Mulatka w służbowym stroju.
- Kawa panie dyrektorze - powiedziała, kładąc tacę przed Oakiem i jego rozmówcami, po czym spojrzała na Asha i spytała: - Może mleka do tego, panie Ash?
- No, nie oczekujmy zbyt wiele - uśmiechnął się do niej Ash - Nie chcę robić problemu.
- Ależ panie Ash, to żaden problem. Już przynoszę! - zawołała radośnie dziewczyna i pobiegła po wyżej wspomniany przedmiot.


Oak i Brock spojrzeli na Asha zdumieni, po czym dyrektor rzekł:
- Przepraszam za niedyskrecję, ale... czy państwo się dobrze znają?
- Z kim? - zdziwił się Ash - Z Brockiem? Jeszcze ze studiów.
- Nie... Chodziło mi o pannę Shaunę.
- Shaunę? Znam ją tylko z widzenia, zresztą nawet nie wiedziałem, że ma tak na imię.
- No, to akurat najmniejszy problem - zaśmiał się Oak.
Chwilę później do pokoju wróciła Shauna z butelką mleka i kartonem mleka.
- Zwykłe czy skondensowane? - spytała.
- Zwykłe, poproszę - odpowiedział uprzejmie Ash.
Shauna nalała z uśmiechem na twarzy mleko do kawy Ketchumowi, po czym powoli wyszła z pokoju, wracając do swoich zajęć.
- Panie Ash... Jak pan to robi? - spytał z zachwytem w głosie Oak.
- Niby co? - zdziwił się Ash.
- No, niech pan nie udaje. Pan przecież musi mieć jakiś sposób.
- Sposób? Niby na co?
- Jak to? Nie widzi pan, co się dzieje z tymi kobietami, gdy tylko pana zobaczą? Żeby pan chociaż był przystojny. Mnie się np. pan Brock bardziej podoba.
- Niż pani Shauna? - spytał Brock.
- Nie! Niż pan Ash - zaśmiał się Oak.
- Aha... Uspokoił mnie pan - odparł z uśmiechem Brock.
Dyrektor spojrzał na Asha i powiedział:
- Panie Ash... Pan musi mieć jakiś sposób.
- Ależ żaden sposób - odpowiedział na to Ash z uśmiechem - Ja po prostu bardzo kocham kobiety.
- Przecież ja też! - zawołał dyrektor.
- Ja też - dodał Brock.

***


Misty była dość wysoką i rudowłosą dziewczyną o zielonych oczach, ubierającą się zwykle w sposób sportowy i luźny. Obecnie miała na sobie żółtą podkoszulkę i niebieskie szorty, czyli strój, który najbardziej lubiła nosić ze wszystkich strojów, jakie posiadała. Z wielką uwagą dziewczyna wpatrywała się w komputer, przy którym pracowała, aż nagle przerwał jej dźwięk dzwonka do drzwi. Zadowolona podbiegła do drzwi i otworzyła je. W drzwiach stał Ash, jak zwykle uroczy i uśmiechnięty.
- Witaj, kochanie - powiedział do niej czule.
Misty wpuściła go i pocałowała w usta, gdy tylko znalazł się w środku.
- Jesteś urocza, Misty - rzekł Ash.
- A ty jak zwykle spóźniony - zwróciła mu uwagę Misty.
- Wybacz, praca i w ogóle...
- No oczywiście... Praca i w ogóle - burknęła gniewnie rudowłosa, po czym podeszła do komputera - Jak zwykle słyszę od ciebie tylko wymówki i to zawsze takie same.
- A jakie byś chciała słyszeć?
- Żadnych. Chciałabym raczej, żebyś wreszcie przyjeżdżał do mnie punktualnie. No, a jeszcze bardziej chciałabym, abyś rozstrzygnął w swoim życiu pewne sprawy, o których dobrze wiesz.
Ash spojrzał na nią wręcz załamanym wzrokiem.
- Misty, proszę cię... Chyba już o tym rozmawialiśmy, prawda? Serena to Serena, a ty, to jesteś ty i nie ma co mieszać ze sobą tych dwóch światów, prawda?
Misty posmutniała bardzo, gdy tylko to usłyszała. Choć nie była nigdy osobą staroświecką, to miała jednak pewne marzenia i bardzo chciała być żoną i matką, więc rola kobiety na boku nie była wcale drogą do osiągnięcia tego celu. Mimo tego wciąż nie potrafiła mu się w żaden sposób oprzeć, a już zwłaszcza wtedy, kiedy się do niej uśmiechał tak, jak teraz.
- Misty, proszę... Nie smuć się - powiedział czule Ketchum, całując powoli rudowłosą.
- Ja się nie smucę, tylko zamyślam - odparła Misty ponuro.
- A możesz pomyśleć później?
- No dobrze.
Chwilę później oboje oddali się czemuś o wiele przyjemniejszemu  niż rozmowa na bardzo ponure dla nich tematy. Oddawali się temu przez około godzinę, a potem, jak zwykle po wszystkim leżeli i patrzyli zamyśleni w sufit, czasami wymieniając ze sobą kilka zdań.
- Ale pomówisz o mnie z Sereną? - spytała po chwili Misty.
- Z Sereną? - westchnął lekko Ash.
Bardzo nie lubił tego tematu i nie chciał, aby rudowłosa go poruszała, ale wiedział, iż nie będzie mógł przed nim wiecznie uciekać, dlatego też powiedział:
- Dobrze, porozmawiam z nią.
Na tym rozmowa się zakończyła, a potem Ash ubrał się, pocałował czule Misty w usta i wyszedł z mieszkania, pozostawiając rudowłosą jej własnym myślom.
Następnie Ketchum pojechał autem do swego domu, a tam powitała go radośnie Serena. Dziewczyna była ubrana w różową koszulkę nocną oraz różowy szlafrok. Objęła mocno ukochanego i pocałowała go czule w usta.
- Jesteś nareszcie, kochanie! - zawołała szczęśliwa Serena - Kolacja jest już gotowa. Specjalnie uszykowałam ją nieco później domyślając się, że później wrócisz. Zresztą, jak zwykle.
- Och, czyżbym słyszał wyrzuty w twoim głosie? - zapytał Ash nieco żartobliwym tonem.
Co prawda miał teraz wielką ochotę położyć się spać, ale nie chciał ranić uczuć Sereny, a poza tym jakiś mały posiłek na pewno bardzo by mu pomógł, dlatego też zasiadł z narzeczoną do kolacji i już po chwili oboje rozmawiali ze sobą jak zwykle na różne przyjemne tematy.


- A pamiętasz chyba, że za tydzień jedziemy do moich rodziców? - spytała po chwili Serena.
- Pamiętam - uśmiechnął się do niej Ash, wcinając grzanki z miodem, swój wielki przysmak - Odnowienie ślubów małżeńskich. To będzie dopiero uroczystość. Tylko powiedz mi, dlaczego oni to robią?
- Jak to, dlaczego? - zdziwiła się Serena - To chyba oczywiste. Dlatego, że się kochają i chcą być ze sobą razem już na zawsze. Poza tym to już trzydzieści lat, odkąd są razem.
- Trzydzieści lat - westchnął Ash - Pomyśl tylko, kochana Sereno. Całe trzydzieści lat we dwoje. Razem wytrwać na dobre i na złe, mimo różnych problemów. To dopiero dokonanie. Niestety, nie każdego na nie stać.
Serena czule położyła mu dłoń na dłoni.
- Och, Ash... Nie przejmuj się tym. Wiem, że twoi rodzice nie wytrwali ze sobą, ale przecież są teraz szczęśliwi. Twoja mama sobie układa życie na nowo, a twój tata z Johanną jest na pewno szczęśliwy. Zresztą to bardzo miła osoba.
- Ty chyba lubisz wszystkich, prawda, Serenko?
- Staram się wszystkich lubić, Ash. Ty chyba także.
- No, robię w tej sprawie, co mogę. Wiesz co, pozmywam naczynia i wracam do ciebie, dobrze?
- Dobrze, tylko się pospiesz, bo wiesz... Chcę ci podziękować za to, że jesteś taki pracowity.
Ash uśmiechnął się do niej czule i poszedł z naczyniami do kuchni, aby je umyć. Dokładnie każdy z nich wyszorował po kolacji, a potem położył na suszarce, a kiedy już skończył, to powrócił do salonu, lecz tam już nie było dziewczyny. Dobrze wiedział, gdzie ona teraz jest i chociaż był już nieco zmęczony ekscesami z Misty, to jednak przyszedł do sypialni. Tam zaś na łóżku siedziała uśmiechnięta od ucha do ucha Serena cała golutka, jak ją Bozia stworzyła i wyciągnęła do niego czule obie ręce. Ten widok zawsze rozczulał Asha, choć zmęczenie go powoli dopadało.
- Serenko, może nie...
- Och, Ash... - Serena zrobiła minę proszącego dziecka, a Ash poczuł, że jeśli odmówi, to ona się chyba rozpłacze, a tego za nic w świecie nie chciał.
- Serenka... Jak tu cię nie kochać? - spytał wesoło Ketchum i podszedł do niej bliżej.
Już po chwili okazywał jej swoją miłość najpiękniej, jak tylko to było możliwe.


C.D.N.

niedziela, 13 maja 2018

Przygoda 113 cz. I

Przygoda CXIII

Tajemnica starego obrazu cz. I

Opowiadanie to dedykuję dwóm czytelnikom:
- Kkkkk, który wpadł na pomysł opowiadania Thomasa Ravenshopa
- Lokiemu27, który wymyślił genialne zakończenie dla tej historii



Pamiętniki Sereny:
- Kochani moi, co wam strzeliło do głowy?! Cofać się w czasie o trzy tysiące lat?! Takie pomysły może mieć tylko prawdziwy bzik!
W takich właśnie sposób biadoliła pani Hameron, kiedy ugościła nas u siebie. Kobieta wraz ze swoim mężem i profesorem Birchem przyleciała helikopterem na wykopaliska prowadzone przez Spencera Hale’a. Ich celem nie było spotkanie z nami (bo wszak nie wiedzieli o naszej tam obecności), ale chęć spotkania Hale’a oraz zobaczenia jego niezwykłego odkrycia. Traf jednak chciał, że państwo Hameron i profesor Birch spotkali nas i bardzo się z tego powodu ucieszyli, choć też i zaniepokoili, zwłaszcza, gdy zobaczyli nas w takim stanie, w jakim wtedy byliśmy. Od razu zaczęli nas wypytywać, gdzie tak oberwaliśmy i jak do tego doszło. Opowiedzieliśmy im zatem w skrócie (pomijając szczegóły, których zdradzić nie mogliśmy) wszystko, co miało miejsce podczas naszej podróży w czasie, a pani Hameron (jak to ona) najbardziej się z całej trójki przejęła tym wszystkim i powiedziała, że nie ma gadania i zabiera nas do siebie na rekonwalescencję. Nie mieliśmy przy tym wielkiego wyboru, ponieważ pani Caroline była strasznie stanowcza, a do jeszcze poparł ją jej mąż, więc cóż... Ustąpiliśmy jej i polecieliśmy razem helikopterem do Petalburga i tam też rozpoczęliśmy rekonwalescencję pod czujnym okiem kochanej gospodyni.
- Jak tak czasami na was patrzę, to wiecie, co mi przychodzi do głowy? - powiedziała jakiś dzień po naszym przybyciu do jej domu pani Hameron.
- Nie, mamusiu. A co ci przychodzi do głowy? - spytał Max, który miał już na nosie nowe okulary (gdyż, jak zapewne pamiętacie, w poprzednich okularach stracił jedno szkło i nie nadawały się już one do niczego).
- Że widzę oto siedem nieszczęść i to w pełnej krasie - powiedziała Caroline Hameron, dokańczając swoją wypowiedź.
- Siedem? Jest nas pięcioro, jeśli mnie moja rachuba nie myli - zaśmiał się Gary.
- Liczyłam również Pikachu i Buneary - wyjaśniła Caroline, po czym owinęła mi bandaż wokół czoła.
Jak zapewne pamiętacie, ja oberwałam strzałą w skroń i choć rana była niewielka, to i tak nosiłam niewielki opatrunek od tego czasu. Zresztą nie mogło być inaczej, bo przecież ja oberwałam mniej niż Calista, która dostała tomahawkiem w głowę, więc jej opatrunek był większy, zaś rana bardziej bolesna, co jednak nie odbierało jej w ogóle chęci do życia. Tak bardzo nie odbierało, że Calista pozostała na wykopaliskach Hale’a, aby pomagać jemu i Molly w dalszych badaniach cywilizacji Balatoyów. Jej pomoc bardzo się dla uczonego liczyła, bo przecież osobiście poznała tę cywilizację i mogła o niej bardzo dużo opowiedzieć. Spencer i Molly byli bardzo zadowoleni z możliwości poznania na temat interesującej ich cywilizacji wiadomości i to jeszcze z pierwszej ręki. Ze smutkiem zatem pozostawiliśmy Calistę na wykopaliskach, a sami polecieliśmy do Petalburga na rekonwalescencję.
- Naprawdę uważa pani, że Pikachu i Buneary to też takie bziki jak my? - spytałam wesoło i delikatnie syknęłam z bólu.
- Weź tak nie ruszaj głową, bo cię będzie bolało - powiedziała wesoło Caroline z politowaniem - Naprawdę, ja zawsze myślałam, Sereno, że jesteś spokojną dziewczyną, która trzyma się z daleka od awantur.
- Gdybym taka była, to bym nie była detektywem, proszę pani.
- Ach tak, rzeczywiście - Caroline pokiwała lekko głową i podeszła do Asha, który siedział bez koszuli na krześle i czekał na swoją kolej - Mój drogi chłopcze... Naprawdę nie wiem, jakie ty jeszcze pomysły wymyślisz. Ale w sumie czego ja oczekuję? Ty i twój Pikachu zawsze byliście tacy mili i kochani, ale też straszne bziki... Tak, właśnie tak. Bziki pierwszej klasy. Przygody i awantury, to wasz chleb powszedni, co nie?
- Tak jakoś się złożyło, proszę pani - odpowiedział Ash.
- Pika-pika! - zapiszczał Pikachu.
- Złożyło się... Zwariowany z ciebie chłopak, ale bardzo dobry. Chcesz pomagać innym i być pomocnym. To ci się chwali. Szkoda tylko, że nieźle przy tym obrywasz.
- Taka moja karma.
- Pewnie tak. A teraz nie ruszaj się, proszę. Obmyję ci ranę.
Caroline zdjęła mu opatrunek z lewego ramienia, przemyła mu lekko ranę wodą utlenioną, a następnie owinęła ramię nowym bandażem.
- Będzie kolejna blizna do kolekcji? - spytał dowcipnie Ash.
- Może być, ale nie mogę tego zagwarantować - odparła żartobliwie Carolina Hameron - A co? Kolekcjonujesz blizny, chłopcze?
- Nie, tak po prostu się pytam - zachichotał mój luby.
- Dobrze, panie „Tak po prostu się pytam“. Załóż już koszulkę i nie gorsz mojej córki.
- Mnie tam mało co gorszy - stwierdziła May.
- O tak! Sama potrafisz gorszyć innych - zaśmiał się Max - Pamiętasz, jak podróżowaliśmy z Ashem i Brockiem po Hoenn? Poszliśmy kiedyś na plażę, a ty tam zaraz zaczynasz się rozbierać. My cali w szoku, a ty co? Pod ciuchami masz zielone bikini.
- I co w tym niby gorszącego?
- Samo to, że nas nie ostrzegłaś o tym, iż masz już na sobie kostium.
- Dobrze, kochanie. Weź teraz nie gadaj. Obejrzę to twoje limo - rzekła Caroline Hameron, po czym powoli zdjęła synowi okulary i zaczęła lekko przemywać wodą utlenioną jego siniaka nad okiem.


- Sss! - jęknął z bólu Max.
- Tak, to teraz „sss“... A wcześniej, to co było? - spytała ironicznie jego matka.
- Co było? Bitwa była. Biliśmy się i to jeszcze jak.
- Braliście udział w bitwie... No, pogratulować. Naprawdę macie coraz bardziej szalone pomysły. To w końcu kim wy jesteście? Detektywami czy może wojownikami?
- Jedno i drugie - zaśmiał się Max - Walczymy o to, żeby tego zła mniej było na świecie. Chociaż teraz to już tylko okazyjnie, odkąd Ash odszedł na emeryturę.
- Ash na emeryturze? - Caroline podała synowi okulary i spojrzała na mojego ukochanego - Nie uważasz, Ash, że jesteś tak ociupinkę za młody na bycie emerytem?
- Chodzi tu o emeryturę służbową - wyjaśnił Ash - Po prostu już nie rozwiązuję zagadek.
- Aha, a zamiast tego przenosisz się w czasie i bierzesz udział w jakiś bitwach?
- Tylko okazjonalnie.
- Aha, okazjonalnie. Wiesz co? To już wolę, jak ciągasz moje dzieci w pogoni za bandytami. To mniej niebezpieczne.
- No, nie założyłabym się - rzuciła złośliwie May - Odkąd tylko sięgam pamięcią, to Sherlock Ash prawie zawsze przynosił mi pecha. Ile razy z nim podróżowałam, to mnie porywano, wiązano lub próbowano zabić.
Caroline obejrzała twarz córki i obmyła jodyną kilka zadrapań na niej, mówiąc:
- Ale póki co jeszcze żyjesz, więc może tak nie do końca przynosi ci pecha, córeczko.
- Może i nie, a nawet jeśli, to i tak zawsze mnie z kłopotów wyciąga, więc jest dobrze. Przynajmniej jak dotąd.
- Mówisz o nim tak czule, że zaczynam być zazdrosny - zaśmiał się Gary Oak.
Caroline zdjęła mu temblak i obejrzała mu rękę.
- Nieźle ci tam opatrzyli to ramię. Nie wiedziałam, że trzy tysiące lat temu mieli już tak dobrą wiedzę medyczną.
- Nie tylko to mieli - uśmiechnął się Gary - Mieli też doskonałą wiedzą matematyczną, chemiczną, astronomiczną itp. Och, proszę pani! Czego oni nie potrafili?!
- Może samemu się obronić przed tym tam wodzem, który ich napadł - zauważyła Caroline i zmieniła mu opatrunki - Pamiętaj tylko, co ci mówił lekarz, Gary. Nie nadwyrężaj tej ręki. Złamanie zrasta się dobrze, ale jeszcze trochę czasu musisz poczekać, aż zaczniesz jej używać.
- Dziękuję. Wie pani, doskonale pani zmienia opatrunki i opatruje rany.
- Wprawa, kochany. Wprawa - uśmiechnęła się Caroline Hameron - Wiesz, ile razy May i Max mieli ranki do opatrzenia? A ile razy Max sobie coś złamał lub zwichnął? W takiej sytuacja to ja wręcz musiałam nauczyć się opatrywać różnego rodzaju rany.
- A przy okazji była pani dobrą pielęgniarką - zauważył Ash.
Caroline spojrzała na niego zdumiona.
- Skąd to wiesz?
- Ma pani dyplom oprawiony w ramki oraz zawieszony na ścianie w salonie - zaśmiał się Ash.
Pani Hameron parsknęła śmiechem.
- Ano tak, rzeczywiście. Jakie to śmiesznie proste.
- Raczej elementarne, proszę pani - zaśmiałam się.
- Wciąż jesteś dobrym detektywem - stwierdziła po chwili Caroline - Ash, mój drogi, ty na poważnie mówisz o tej emeryturze?
- No cóż... - Ash się wyraźnie zawahał - Prawdę mówiąc, to ostatnio mam pewne wątpliwości. Tak trochę mi brakuje moich przygód rodem ze starych kryminałów, ale też czuję się niepotrzebny jako detektyw. Mało jest teraz spraw dla dobrego śledczego. No, a poza tym narażam często moich przyjaciół na niebezpieczeństwo. Pakuję ich w kłopoty przez moje śledztwa.
- Ale również zawsze umiesz nas potem z tych kłopotów wyciągnąć - zauważyła May.
- To w sumie prawda. Tylko, że jest jeszcze coś. Ta sprawa z Ellisem. Dziennikarze nie zostawili na mnie suchej nitki.
- Wiesz dobrze, że po tym, jak wyszły na jaw machlojki tych drani, to gazety zaczęły cię chwalić za odkrycie afery tysiąclecia.
- To prawda, ale wcześniej pisały, że się wypaliłem i kto wie, czy nie mają racji.


- Że słucham?! Że niby ty się wypaliłeś?! - rzucił Gary z kpiną w głosie - Weź mnie nie rozśmieszaj. Ostatnio dałeś takiego czadu, że aż...
- To była sprawa dla poszukiwacza przygód, a nie detektywa.
- I co z tego? Ktoś, kto się wypalił, tak dobrze nie walczy.
- Może i racja... Ale mówię wam, wiele czynników wpłynęło na moją decyzję. Wpłynęło i wciąż wpływa. Dlatego wciąż mam wątpliwości, czy powinienem wracać do gry.
- Pika-pika! - zapiszczał smętnie Pikachu.
- Spokojnie, Ash - powiedziałam, kładąc mu dłoń na ramieniu - Jeszcze wszystko się ułoży.
- Ułoży się dopiero, jak cała nasza drużyna detektywistyczna znowu ruszy na trop! - stwierdził Max podnieconym tonem - Mówię wam, wtedy to dopiero będzie coś! Znowu ruszymy na trop, a wtedy drżyjcie przestępcy, bo Sherlock Ash was wszystkich wyłapie!
Mój luby parsknął śmiechem, słysząc te słowa.
- Piękna wizja i w sumie kusi mnie nieraz, aby ją zrealizować. Prawdę mówiąc bez was, moich wiernych przyjaciół z drużyny, to bym się chyba zanudził na śmierć.
- Przyjaciół z drużyny? Dzięki za pamięć - rzuciła May.
Ash spojrzał na nią przepraszająco.
- Wybacz, May. Nie chciałem cię urazić. Ja każdego z moich przyjaciół kocham, ale też...
- Wiem dobrze, o co ci chodzi - rzekła May z czułym uśmiechem na twarzy - Twoja drużyna detektywistyczna jest ci mimo wszystko najbliższa i wcale mnie to nie dziwi. W końcu tyle zagadek rozwiązanych wspólnie, a także tyle wręcz niesamowitych przygód... To łączy ludzi.
- Tak, to prawda - pokiwał głową Ash - Dlatego brakuje mi przygód z moją całą drużyną, zwłaszcza tych kryminalnych. Zresztą zagadka czy nie, jesteśmy zgranym zespołem. Moja drużyna jest jak moja dłoń. Każde z nich to inny palec i gdyby kogoś na stałe zabrakło, nie byłbym sobą.
Max policzył coś na palcach swojej dłoni i spytał:
- Czekaj... Nas jest w drużynie sześciu, a palców na dłoni jest pięć... Ash, od kiedy to masz sześć palców u ręki?
Ash spojrzał na niego z kpiną, a Max tymczasem wyszczerzył mocno swoje białe zęby.
- Jakiś ty dowcipny, Max! Chodziło mi o pozostałych członków mojej drużyny, czyli ciebie, Serenę, Dawn, Clemonta i Bonnie. Siebie zaś w tej rachubie nie liczyłem.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
- Bune-bune! - dodała Buneary.
- No i możemy doliczyć naszych pokemonich kompanów - zaśmiał się wesoło Ash, widząc ich reakcję na swoje wcześniejsze słowa.
- A propos liczenia, to ja liczę na to, że zostaniecie tutaj na Wielkanoc, która będzie miała miejsce już niedługo - powiedziała Caroline Hameron.
- No, sam nie wiem - odrzekł Ash, zastanawiając się - W sumie takie święto powinno się świętować z najbliższą rodziną, ale też taka miła gościna jest u pani...
- Zatem postanowione! - zawołał kobieta - Zostajecie tu na Wielkanoc!
- Jest cień szansy na negocjacje? - spytała dowcipnie Gary.
- Zapomnij! - odparła wesoło Caroline.
Ash ponownie parsknął śmiechem.
- Skoro tak, to zostaje mi tylko powiedzieć: Wesołego Alleluja!
- Pika-pika! Pika-chu! - pisnął wesoło Pikachu.

***


Zgodnie z życzeniem, czy też może żądaniem pani Hameron cała nasza kompania postanowiła pozostać w Petalburgu na Wielkanoc. Rzecz jasna, nie obyło się przy tym bez pewnych zgrzytów. Moja szanowna mamunia zdecydowanie daleka była od tego, aby pochwalać moją decyzję w tej sprawie, gdyż uważała, że takie święta należy spędzać z rodziną i wyraziła to jasno w rozmowie, którą odbyłam z nią przez telefon. Ja na to oczywiście odparłam, że równie dobrze ona może przyjechać do Petalburga, na co moja szacowna rodzicielka rzekła, iż takie święto powinno się świętować zawsze w rodzinnych stronach. Ja na to stwierdziłam, że jest strasznie staroświecka, a państwo Hameron są bardzo mili i gościnni, dlatego też nie umieliśmy im odmówić. Moja mama nieco pomarudziła, jak to zresztą miała w zwyczaju i dała sobie spokój.
Delia Ketchum nie robiła już takich problemów. Powiedziała, że cieszy się, iż spędzimy Wielkanoc w miłym towarzystwie i życzyła nam Wesołego Alleluja, a sama pojechała do Melemele wraz ze Stevenem, aby świętować z jego dziećmi oraz swoją kuzynką i jej rodziną. Restauracji „U Delii“ została zamknięta na kilka dni, przez ten czas personel rozjechał się do rodzin na święta i wszystko było tak, jak być powinno.
A właściwie to prawie wszystko. Mianowicie kilka dni po przybyciu do Petalburga zaczęłam mieć bardzo dziwne sny. Wszystkie były takie same. Chodziłam po jakimś dziwnym domu, jakby staroświeckim z XVIII wieku lub nieco późniejszego, oglądam jego wnętrza pełne pięknych obrazów i rzeźb, a potem dostrzegam Asha ubranego w strój szlachcica z dawnej epoki i wpadam mu mocno w ramiona. Normalnie taki sen nie wzbudziłby we mnie jakiegoś zdumienia czy przerażenia, ale mimo wszystko powtarzająca się w kółko wizja senna musiała coś oznaczać, a to z kolei budziło mój niepokój, który rósł dlatego, że zbyt świeżo miałam w pamięci, jak ostatni raz śniłam powtarzający się sen i co się wtedy stało. Duch kapłanki Kali opanował moje ciało i potem moimi rękami próbował zabić Asha. Dlatego wolałam nie lekceważyć powtarzających się snów.
Opowiedziałam o wszystkim Ashowi. On oczywiście wziął to wszystko na bardzo poważnie.
- Tym razem twoje sny wydają się być raczej spokojne, ale... Co to może oznaczać? Dlaczego ciągle masz tę samą wizję? To musi mieć jakieś znaczenie.
- Wiesz, Ash... Nie jestem pewna, ale być może ten sen jest jakimś nawiązaniem do filmu, który widzieliśmy, a my się nim niepotrzebnie tak przejmujemy.
- Nawiązaniem do filmu? I co? Powtarzałby się przez kilka nocy? Nie sądzę, aby to było to. To musi być coś więcej. Tylko co?
- Nie wiem, Ash... Nie wiem - to mówiąc wtuliłam się mocno w mego ukochanego, szukając w jego ramionach ukojenia.
Potem sny ustały i przez pewien czas był z nimi spokój. Wszystko jednak powróciło, ale w nieco innej formie w chwili, kiedy wraz z Ashem przyjęłam zaproszenie do Kalos od Johna Scribblera i Maggie Ravenshop na premierę nowej książki pierwszego z nich. Co prawda cała nasza drużyna była zaproszona do Kalos, ale Max zainteresował się jakimś tam konkursem informatycznym, który miał się niedługo odbyć w Hoenn, Clemont nie był jeszcze w pełni zdrowy, zaś Dawn i Bonnie wiernie przy nim czuwały. Pojechaliśmy więc jedynie ja Ash, a towarzyszyli nam w tym Gary i May, których także zaproszono na tę promocję. Oboje jednak, po zakończeniu uroczystości powrócili do Hoenn, goniąc za swoimi sprawami, natomiast ja i Ash pozostaliśmy w Kalos, gdzie już wkrótce rozpoczęła się nasza nowa przygoda.

***


Lionel ubrany w bardzo elegancki strój, jak z epoki dwudziestolecia międzywojennego, w towarzystwie wiernego Frogadiera, wyszedł na scenę, ukłonił się publiczności, która powitała jego przybycie gromkimi brawami, po czym poczekał, aż muzyka zacznie grać i uśmiechając się w naszą stronę zaśpiewał:

Niedawno jeszcze nikim była.
Szukała pracy byle gdzie.
Śpiewała głodna i tańczyła.
Zarobić chciała grosz na chleb.
Ktoś z podłej knajpy ją wyciągnął
Do podrzędnego cabarete.
A wkrótce zabiegali o nią
Antreprenerzy wielkich scen.
Ma niebotyczny wdzięk i szyk.
Mesdames et messieurs... Voila!

To mówiąc Lionel i Frogadier wskazali na Miette, która w scenicznej sukni z lat 30 XX wieku wyszła na scenę w towarzystwie swego Meowstica. Dygnęła lekko przed publiczności i zaczęła tańczyć, a jej wierny Pokemon razem z nią. Lionel zaś zaśpiewał, patrząc na ten widok z zachwytem:

Na imię ma Titina.
Titina! Ach, Titina!
Niewinna, słodka mina.
Anielski sex appeal.
Podnosi się kurtyna,
Premiera się zaczyna.
Na scenie, tak! Titina!
To sukces musi być.

Najjaśniejsze z pięknych gwiazd
Wabią światła wielkich miast.

Frogadier ukłonił się lekko Meowsticowi i już po chwili oba stworki zaczęły wesoło podskakiwać w rytm muzyki, zaś Miette wdzięczyła się do publiczności, a podczas tego wszystkiego Lionel śpiewał dalej:

Wystarczy szczęścia odrobina
I wielki talent, jasna rzecz,
By stać się sławną divą kina,
Co może świat u stóp swych mieć.
Musical, dramat czy komedia.
Kamera zawsze kocha ją.
Swym pojawieniem się nakręca
Kinematograficzny show.
Czerwony dywan, rampy blask.
Ladies and gentelmen! Welcome!

Na imię ma Titina.
Titina! Ach, Titina!
Niewinna, słodka mina.
Sukcesów ciągły głód.
Rozsuwa się kurtyna,
Gdy seans się zaczyna.
I łzy i śmiech na filmach,
Rosnący ludzi tłum.

Na imię ma Titina.
Titina! Ach, Titina!
U boku Valentina
Zdobyła Hollywood!
Przyćmiła też Chaplina,
Titina! Ach, Titina!
Prawdziwa magia kina,
Nowego wieku cud!

Miette zaśmiała się słodko, podbiegła do Lionela i pocałowała go czule w usta, po czym uciekła ze sceny. Lionel patrzył na nią wręcz zachwycony i zawołał pod rytm coraz dzikszej muzyki:

Titina! Titina, wróć!
Ti... Titina! Hej, Titina!

Następnie pognał za artystką i na tym przedstawienie dobiegło końca. Publiczność zaczęła głośno klaskać, a po chwili artyści powrócili trzymając się za dłonie i ukłonili się wesoło swojej publiczności.
- I jak ci się podoba to przedstawienie, mój przyjacielu? - spytał John Scribbler, spoglądając na swojego przyszłego szwagra.
Thomas Ravenshop uśmiechnął się delikatnie (bo jak zwykle był dość oszczędny w okazywaniu emocji) i powiedział:
- Muszę powiedzieć, że naprawdę młody Montana daje sobie radę na scenie. Jego przyjaciółka zresztą także. Coś mi mówi, iż mamy tutaj nowego Kronikarza i nową Candelę.
- Życzę im tego z całego serca - powiedziała z uśmiechem Maggie.
- Ja również - dodałam i także się uśmiechnęłam, chociaż głównie na wspomnienie tego, jak to niedawno ja i Ash ponownie spotkaliśmy wyżej wzmiankowanego artystę i jego ukochaną, które to spotkanie było dla nas bardzo przyjemne i myślę, że dla nich także.
- Nie może być inaczej, skoro ja ich szkolę - wtrącił John Scribbler - Z każdym przedstawieniem są coraz lepsi. Ta restauracja zatrudnia kilku naprawdę doskonałych, młodych artystów, aby śpiewali gościom piosenki z poprzedniego wieku, jednak Lionel i Miette przebijają wszystkich, a wiecie czemu? Bo ja, sam wielki John Scribbler, wziąłem ich pod swoją skrzydła i szkolę ich w artystycznym fachu.
Jego Noctowl o imieniu Archimedes, siedzący wygodnie na oparciu krzesła zajmowanego przez swojego trenera, lekko zahuczał, machając przy tym swoimi skrzydłami.
- Święte słowa, Archimedesie - zaśmiał się delikatnie Thomas - Mój przyjacielu, skromność nie jest twoją mocną stroną.
- Może i nie, ale za to talent, to i owszem - odparł wesoło John.
- Siostra, jak ty wytrzymujesz z tym zarozumialcem? - spytał Thomas, patrząc dowcipnie na Maggie.
- Przywykłam już do jego zachowania - odparła żartobliwie Maggie.
- Toś szczęśliwa, siostrzyczko, bo ja jakoś nie potrafię tego zrobić.
- Przywykniesz do tego, kiedy ja i John się pobierzemy.
- Boże uchowaj.


John spojrzał z ironią na Thomasa i powiedział:
- Gdyby nie to, że są twoje urodziny, a co za tym idzie masz większe przywileje niż kiedykolwiek, to bym się wkurzył za to, co przed chwilą od ciebie usłyszałem.
- No widzisz, a nie możesz tego zrobić - zaśmiał się Thomas, który miał coraz lepszy humor i coraz mniej ukrywał swoje pozytywne emocje.
Nagle John Scribbler parsknął śmiechem i powiedział:
- Nie... Ale mogę zrobić coś innego. Zaczekajcie, proszę.
To mówiąc odszedł na chwilę od stolika i poszedł z kimś porozmawiać. Kilka minut później na scenie pojawił się właściciel restauracji z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Proszę państwa! A teraz wystąpi przed państwem na swoje własne życzenie nasz znakomity pisarz, pan John Scribbler w wesołej piosence, którą to zadedykował naszemu kochanemu solenizantowi, panu Thomasowi Ravenshopowi. Powitajmy gromkimi brawami naszego pisarza!
Wszyscy zaczęliśmy głośno bić brawo, jednocześnie z prawdziwym podnieceniem oczekując tego, co też zaraz będzie miało miejsce. A miejsce miało to, iż na scenie, kiedy tylko zszedł z niej dyrektor, pojawił się John Scribbler, ale w okularach i innym ubraniu, takim raczej skromnym, choć też schludnym. Miał ponurą minę, ale w taki sposób ponurą, że aż zabawną. Wszyscy ryknęli śmiechem, gdy tylko go zobaczyli, bo doskonale wiedzieli, kogo on naśladuje. Thomas zaś zachował przy tym stoicką powagę, chociaż uśmiechał się półgębkiem i patrzył, co też jego przyszły szwagier robi, a ten zaczął powoli podrygiwać, a następnie śpiewać.

Tak! Stoję tu przed wami
I o ścianę walę czołem,
Bo nie wiem sam i nie wie nikt
Skąd się w ogóle wziąłem.
W Lumiose, w Warszawie,
Gdzie tylko się pojawię,
Od razu,
Z rozkazu
Wołają wszyscy tak:

Tomasz! Ach, Tomasz!
Ach! Powiedz, skąd ty to masz?
I skąd u ciebie taki wdzięk?
Apollo by z zazdrości pękł!
Tomasz! Ach, Tomasz!
Kochanek pewnie sto masz!
Od kogo masz ten słodki głos,
Te oczy oraz nos?

Tomasz! Ach, Tomasz!
Ty wszystko comme il faut masz.
Choć mężczyzn mamy tutaj huk,
Ty jeden jesteś biały kruk!
Tomasz! Ach, Tomasz!
Ach! Powiedz, skąd ty to masz?
Tomasz, to co masz,
Ma tylko młody bóg!

W miłości jestem, że tak powiem,
Jak turecki basza.
Mężatki, panny, słaba płeć,
To wszystko dobra nasza.
Kobiety, kobiety,
To słabość ma, niestety.
Blondynki,
Brunetki,
Kochają wszystkie mnie.

Tomasz! Ach, Tomasz!
Ach! Powiedz, skąd ty to masz?
I skąd u ciebie taki wdzięk?
Apollo by z zazdrości pękł!
Tomasz! Ach, Tomasz!
Kochanek pewnie sto masz!
Od kogo masz ten słodki głos,
Te oczy oraz nos?

Tomasz! Ach, Tomasz!
Ty wszystko comme il faut masz.
Choć mężczyzn mamy tutaj huk,
Ty jeden jesteś biały kruk!
Tomasz! Ach, Tomasz!
Ach! Powiedz, skąd ty to masz?
Tomasz, to co masz,
Ma tylko młody bóg!

W Londynie, w Konstancinie,
W Ciechocinie i Berlinie,
W Messynie, Karolinie,
Kartaginie Tomasz słynie.
I w Rzymie i w Limie
To jedno tylko imię,
Murzyni i inni śpiewają wszędzie to:

Tomasz! Ach, Tomasz!
Ach! Powiedz, skąd ty to masz?
I skąd u ciebie taki wdzięk?
Apollo by z zazdrości pękł!
Tomasz! Ach, Tomasz!
Kochanek pewnie sto masz!
Od kogo masz ten słodki głos,
Te oczy oraz nos?

Tomasz! Ach, Tomasz!
Ty wszystko comme il faut masz.
Choć mężczyzn mamy tutaj huk,
Ty jeden jesteś biały kruk!
Tomasz! Ach, Tomasz!
Ach! Powiedz, skąd ty to masz?
Tomasz, to co masz,
Ma tylko młody bóg!

Nie jestem egoistą,
Więc zeszłego roku w lecie,
Uległem i i oddałem się
W małżeńskim tet-a-tecie.
Gdy żona ujrzała
Poemat mego ciała,
Jak stała,
Zemdlała,
Ze śmiechu krztusząc się.

Tomasz! Ach, Tomasz!
Ach, powiedz! Gdzie ty to masz?
Gdzie podział się twój cały wdzięk?
Apollo by ze śmiechu pękł.
Tomasz! Ach, Tomasz!
Jak nazwać mam to, co masz?
Powiedz mi, w kogoś wrodził się,
Bo w ojca chyba nie?

Tomasz! Ach, Tomasz!
Ty wszystko comme il faut masz.
Choć mężczyzn znałam cały huk,
Myślałam, żeś ty biały kruk!
Tomasz! Ach, Tomasz!
Ach! Powiedz, gdzie ty to masz?
Tomasz, to co masz,
Powinien mieć twój wróg.


Gdy piosenka dobiegła końca, to wszyscy zebrani w restauracji goście zaczęli głośno oklaskiwać występ słynnego pisarza. Prócz tego wielu ludzi się śmiało, a już szczególnie Ash, który wręcz dusił się ze śmiechu, tak go rozbawił występ Scribblera. Ja i Maggie oczywiście również miałyśmy z tego występu niezły ubaw, ale nie aż tak wielki, jak Ash... I oczywiście Pikachu, który to wręcz turlał się po całym stoliku ze śmiechu. Buneary zaś chichotała w delikatny sposób, ale widać było wyraźnie, że jest ubawiona. Zresztą trudno było nie być ubawionym tą piosenką i tym, jak zabawnie John ją zaśpiewał. Sam Thomas Ravenshop był wyraźnie rozbawiony tym występem, choć starał się okazywać to jak najmniej. W jego oczach było jednak widać aż nadto wyraźnie tryskające wesołe iskierki.
- Naprawdę, wspaniały występ. Nie ma co - uśmiechnął się w bardzo zadowolony sposób, klaszcząc delikatnie w dłonie - No, naprawdę nieźle. John ma talent i to spory. Nie tylko do pisania, ale również do występów artystycznych.
- A cóżeś myślał? Że związałam się z byle kim? - zachichotała wesoło Maggie - Chyba nie sądziłeś, iż będąc pisarką i wielką miłośniczką sztuki artystycznej związałabym się z kimś, kto nie posiada chociażby malutkiego talentu w tej dziedzinie. No, a John posiada przecież nie malutki, ale wręcz wielki talent.
- O tak! Wielki jak jego ego - zaśmiał się złośliwie Thomas.
Ash tymczasem powoli zaczął odzyskiwać panowanie nad sobą, bo cały występ naprawdę niesamowicie go ubawił i musiał naprawdę długo się uspokajać. Oczywiście nie uszło uwadze Thomasa, który popatrzył się na niego ironicznie i spytał:
- Rozumiem, że cię to bawi, tak?
- A co ma mnie nie bawić ten występ? - zaśmiał się mój Ash, lekko przeciągając sobie dłonią po twarzy - Naprawdę John dał czadu. Poza tym ta piosenka doskonale do ciebie pasuje. No, może poza ostatnią zwrotką, ale poza tym wszystko się zgadza. Zwłaszcza to „Kochanek pewnie sto masz“.
- Och, naprawdę? - Thomas spojrzał na niego z figlarnymi blaskami w oczach - Cóż... Być może tak, ale ty sam chyba nie jesteś lepszy, co nie?
- Ja? Ja jestem wierny Serenie.
- Nie mówię, że nie jesteś wierny, ale pewnie przed nią miałeś wiele dziewczyn, co nie?
- W żadnym razie! Co prawda znałem przed Sereną wiele dziewczyn, ale z żadną nigdy nie chodziłem.
- A czy musiałeś z nimi zaraz chodzić? Ja przecież nie o tym mówię. Ja mówię o tym, że miałeś podobno niezłe powodzenie.
- Kto miał powodzenie? - spytał John, podchodząc do nas.
- Ash - wyjaśniła Maggie.
- Ach, Ash! - zaśmiał się pisarz, siadając przy stoliku - Też coś o tym słyszałem, ale nie znam szczegółów, więc chętnie o nich posłucham.
- Jak na razie w sprawie słuchania, to nasłuchaliśmy się dość - zaśmiał się Thomas - Naprawdę nieźle śpiewasz, przyjacielu. Masz więcej talentów niż myślałem.
- Ty jeszcze dużo o mnie nie wiesz - zachichotał Scribbler, zamawiając drinka - Mówię ci, przyjacielu, naprawdę posiadam więcej umiejętności niż sądzisz.
- Nie wątpię, a z kolei nasz kochany Ash podobno już od najmłodszych lat posiadał wielkie powodzenie u dziewczyn, które to powodzenie trwa do dzisiaj - powiedział wesoło Ravenshop.
- Podobno? Raczej NA PEWNO! - zaśmiałam się dowcipnie - Ja wiem, co mówię, Thomas. Znam go najdłużej ze wszystkich dziewczyn na świecie, bo poznałam go jeszcze wtedy, gdy byliśmy dziećmi.
- To prawda i już jako dzieci strasznie się polubiliśmy - rzekł Ash.
- Oczywiście... I to tak bardzo, że spaliśmy razem mocno do siebie przytuleni.
- No proszę - zaśmiał się Thomas ironicznie - A więc już jako dzieci razem poszliście do łóżka?
- Thomas, proszę cię - skarciła go wesoło Maggie - Weź nie bądź taki nieprzyjemny. Przecież oni byli wtedy dziećmi i jeszcze nie myśleli o tych rzeczach.
- A założysz się?
- Wtedy to jeszcze nie myślałam o tym, ale to prawda, bardzo szybko wskoczyłam Ashowi do łóżka - zachichotałam - A nawet dwa razy widział mnie nagą.
- Poważnie? - Thomas miał coraz większy ubaw - Naprawdę tak było? I co? Nadal będziesz mi tutaj wmawiać, Sereno, że nie mieliście żadnych niegrzecznych myśli w głowach?
- My nie, ale za to widzę, że to ty je masz - zaśmiałam się.
- A i owszem, mam - powiedział wesoło Thomas, a jego twarz nagle przybrała wręcz szatański uśmiech - Nie ma co gadać, przyszło mi do głowy coś naprawdę dobrego i już wiem, co powinienem zrobić.
- Teraz to powinieneś wypić wraz z nami za swoje zdrowie i świętować w wesołym towarzystwie - stwierdził John Scribbler, wznosząc wesoło toast - Przyjaciele, proponuję toast... Za naszego solenizanta! Niech nam żyje!
- Niech żyje! Niech żyje! - zawołaliśmy radośnie.
I już po chwili wesoła zabawa była kontynuowana.

***


Urodziny Thomasa Ravenshopa były świętowane tak wesoło, jak to tylko było możliwe, a po zabawie udaliśmy się wszyscy do krainy snów, aby odpocząć od tych wszystkich ekscesów, a było po czym wypoczywać i to jeszcze jak, bo przecież zabawa była przednia, że zacytuję klasyków. Wręcz słaniałam się na nogach, kiedy wracaliśmy do domu Johna, który zaprosił nas do siebie na czas pobytu w Lumiose. On i Maggie szli obok nas, śmiejąc się przy tym do rozpuku, podobnie jak Ash. Ja ledwie stałam ze zmęczenia i mój luby musiał mnie chwilami podtrzymywać, abym się nie przewróciła. Podobnie było z Pikachu dźwigającym wręcz na plecach swoją ukochaną Buneary, która chrapała mocno w jego kark.
- Nie ma co, biedna królisia ma mniej sił niż ty - zaśmiał się Ash, patrząc na oba Pokemony.
- Dziwisz się? To taka mała drobinka - zachichotałam lekko, patrząc na mojego ukochanego - Ja sama, choć większa i silniejsza, ledwo się trzymam na nogach. A przecież nie jestem pijana, tylko po prostu strasznie zmęczona.
- Wiem o tym, kochanie - powiedział czule Ash.
- Weź ją na ręce i po sprawie - rzucił wesoło John Scribbler - Co się ma biedactwo męczyć? Już i tak ledwo się trzyma na nogach.
- Nie, naprawdę... Nie musisz... - zaprotestowałam, ale nie dane mi było dokończyć, ponieważ zaraz mój luby porwał mnie w objęcia i zaczął nieść na rękach.
- Nie muszę, ale chcę - zachichotał mój luby i pocałował mnie w usta z miłością - Weź się więc niczym nie przejmuj.
Po tych słowach Ash przytulił mnie mocno do siebie i zaczęliśmy powoli iść w kierunku domu Johna. Nie wiem, jak długo to dotrwało, ale w  końcu dotarliśmy razem do celu naszej podróży, a tam wszyscy położyliśmy się do łóżek.
- Śpijcie dobrze, kochani! - zawołał wesoło nasz gospodarz, żegnając się z nami.
- Nawzajem, moi kochani! - odpowiedział mu radośnie Ash.
- Pika-pika! - zapiszczał Pikachu, który czule ułożył swoją ukochaną Buneary na posłaniu i sam się wyłożył obok niej.
- Dobranoc, Pikachu! - powiedział Ash do swego startera.
- Dobranoc, Buneary! - dodałam wesoło.
Następnie wtuliłam się mocno w Asha, mrucząc zadowolona.
- Dobranoc, kochanie.
- Dobranoc, najdroższa - odpowiedział mi czule Ash.
Już po chwili spałam, ale ledwie zasnęłam, a zaraz znowu się zaczęło. Widziałam jakieś dziwne wydarzenia, których nie umiałam sobie wyjaśnić. To wyglądało jak scena z jakiegoś filmu kostiumowego, ale niestety, jakoś nie przypominam sobie filmu, który zawierałby taką scenę.
Widziałam wszystko oczami małej dziewczynki. Siedziała ona cała golutka w balii z wodą i mydlinami i była kąpana przez dwie służące.
- Jaśnie panienka będzie już niedługo czyściutka - powiedziała wesoło jedna ze służących - Zobaczy panienka. Panicz Raul będzie nie mógł oczu od panienki oderwać. Teraz tylko jeszcze się panienkę uczeszę i wypudruje, a będzie szalał za panienką.
- Raul będzie za mną szalał bez tego wszystkiego - zaśmiałam się, czy raczej zaśmiała się ta dziewczynka - A i tak Raul mówi mi, że ja jestem najładniejsza nago.
Służące lekko się oburzyły za jej słowa.
- A fe, panienko! Tak panience mówić nie wolno! Panience z dobrego domu mówić tak nie wypada!
- Co to znaczy „nie wypada“?! - pisnęła dziewczynka - Ja przecież strasznie Raula lubię, a Raul to jest mój przyjaciel, a chyba przyjaciel może mnie widzieć nago.
- Mężczyźnie nigdy nie wypada oglądać żadnej kobiety nago - rzekła oburzonym tonem służąca, szorując panienkę mydłem.
- A tatuś mamusię oglądał nago - zaśmiała się mała dziewuszka - Sama widziałam.
Służące przestały ją myć i spojrzały na nią zdumione.
- Jakże to?! - zawołały chórem.
- Panienka podglądała swoich rodziców? - dodała jedna z nich.
- Ja? Skądże znowu - mała się oburzyła lekko i nagle zachichotała - Ja przypadkiem z Raulem... Jak się bawiliśmy w stodole. To widzieliśmy, jak tatuś mój porwał raz mamusię na siano i tam zaczął ją...


Jedna służąca zatkała usta dziewczynce, a druga szybko rozejrzała się dookoła siebie, aby się upewnić, że nikt ich nie podsłuchuje.
- Jaśnie panienko! Przecież tak nie wypada mówić! - zawołała ta, która zasłoniła dziewczynce usta - I robić tego też nie wypada.
- Ale tatuś widział mamę nago, czyli wypada - upierała się przy swoim dziewuszka, gdy odsłoniła sobie usta.
- Bo tatuś i mamusia są małżeństwem, a małżeństwu wypada.
- A więc ja chcę być małżeństwem z Raulem! Wtedy mnie też będzie wypadać.
- Panienko, naprawdę panienka...
Dziewczynka jednak w ogóle nie słuchała tego, co mówi służąca, gdyż usłyszała nagle coś za oknem. Coś, co ją bardzo zaintrygowało. Wybiegła prędko z balii, po czym podbiegła do okna i wyjrzała przez nie. Zadowolona zauważyła, jak przed dom podjeżdżają nagle koń i kucyk. Na koniu siedział Francois, wierny sługa jej sąsiadów, a obok niego chłopiec nieco starszy od dziewczynki, prześliczny cherubinek o czarnych włosach i czekoladowych oczach.
- RAUL! - zawołała wesoło dziewczynka.
Następnie tak, jak stała wybiegła szybko z pokoju, pomimo tego, że służące próbowały ją zatrzymać, zbiegła radośnie po schodach i wpadła do przedpokoju, gdzie właśnie znajdowali się panicz i jego sługa.
- Raul!
- Christine! - zawołał chłopiec, otwierając radośnie swe ręce na widok swojej małej przyjaciółki.
Dziewuszka cała golutka i jeszcze do tego mokra wpadła mu mocno w objęcia i zaczęła go całować po twarzy, śmiejąc się przy tym radośnie.
- Mój Raul! Mój kochany Raul! Jesteś nareszcie!
- Christine, moja maleńka! Moja kochana! Moja słodziutka! - zawołał szczęśliwy chłopiec, obejmując dziewuszkę do siebie, chwytając ją czule za miejsce, gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę.
Niedługo jednak ją ściskał, ponieważ niedługo potem wparowały do pokoju dwie służące, które całe oburzone oderwały Christine od chłopca i opatuliły ją szybko w jakąś koszulę i ręczniki, po czym zaczęły ją mocno wycierać.
- Jaśnie panienko! Tak nie wypada! - zawołała jedna ze służących.
- Przy mężczyźnie biegać tak, jak Pan Bóg stworzył?! Tak nie można! - dodała druga służąca.
- Raul to nie jest mężczyzna! Raul to mój Raul! - zaśmiała się wesoło dziewuszka.
- Dziękuję za te jakże miłe słowa - rzekł ironicznie Raul.
Christine zrobiła przepraszającą minkę.
- Wybacz, ja nie chciałam... Bo chodzi o to, że... Ty nie jesteś żaden obcy mężczyzna. Ty jesteś mój mężczyzna. Mój Raul. A więc ja przy tobie mogę tak chodzić.
- Aaa... To, co innego - uśmiechnął się do niej chłopiec.
Służące tymczasem wytarły swoją jaśnie panienkę, a gdy to zrobiły, to ta zdołała im się jakoś wyrwać i wpadła mocno w objęcia Raula, przytulając się do niego.
- Raul... Bo one mówią, że nie wypada mi chodzić nago przy tobie. Że tylko żonie wypada... Ale jak ja zostanę twoją żoną, to mi będzie wolno. To mi będzie wypadać.
- Będzie, kochanie. Będzie nam wypadać - uśmiechnął się do niej Raul.
- To kiedy się ze mną ożenisz?
- Jak tylko będziemy dość duzi na to, a na razie jesteś moją narzeczoną.
- Twoja narzeczona?! Och, Raul!
Dziewczynka uściskała radośnie chłopca i pocałowała go w usta.
- Jaśnie panienko! - jęknęła jedna służąca.
- To nie wypada! - dodała druga.
- Mnie wypada... Nam wypada - odparła oburzona Christine, mocno się tuląc do chłopca.

***


Taki właśnie miałam dziwny sen, a gdy nadszedł ranek, to zaraz o nim opowiedziałam Ashowi. Mój ukochany zaś, o dziwo, powiedział mi, iż miał bardzo podobny sen i widział tę samą scenę, ale widział ją z perspektywy tego chłopca o imieniu Raul.
- To bardzo dziwne - powiedziałam zdumiona - Żebyśmy mieli takie sny, ale z różnych perspektyw? To naprawdę dziwne.
- I to jeszcze jak - odpowiedział mój luby - To bardzo dziwne. Co też ten sen może oznaczać?
Rozłożyłam bezradnie ręce.
- Nie mam pojęcia, Ash. Nie mam pojęcia. I jeszcze te imiona... Raul i Christine. Coś mi przypominają.
- Mnie przypominają film „Człowiek w żelaznej masce“ z 1998 roku. Tak była właśnie taka para.
- A mnie z powieścią „Upiór w operze“. Tam także była taka para.
- Ach, no tak! Rzeczywiście! Zapomniałem! Tam również byli Raul i Christine. Być może te sny mamy z powodu właśnie tych historii, o których rozmawiamy?
- Ale przecież ostatnio w ogóle o nich nie rozmawialiśmy ani nawet nie myśleliśmy.
- Możliwe, ale najwyraźniej pamięć działa w bardzo dziwny sposób i przypomina nam niekiedy bez powodu nawet o tym, co działo się bardzo dawno.
- Pewnie masz rację. Ale jednego jestem pewna. Ten dom, w którym się działa akcja tego snu, to był ten sam dom, o którym śniłam już wcześniej, jeszcze w Hoenn.
- Aha... To ciekawe. Bardzo ciekawe.
Uśmiechnęłam się do niego delikatnie, po czym przytuliłam się mocno do niego.
- Bardzo cię kocham, Ash.
- Ja ciebie też, Sereno.
Chwilę później ubraliśmy się i poszliśmy na śniadanie do Johna i Maggie. Oboje byli jeszcze w piżamach i szlafrokach, ale wcale nam to nie przeszkadzało, ponieważ sami niejeden raz w takich oto strojach jedliśmy śniadanie, a poza tym obecność tych dwojga sprawiała, że w każdym stroju byliby mile dla naszych oczu.
- Wiecie co, kochani? Wczoraj była naprawdę bardzo wesoła zabawa - zaśmiała się Maggie - Mój brat uśmiechał się tak, jak jeszcze nigdy się nie śmiał.
- Naprawdę? To bardzo się cieszę - powiedziałam radośnie - Bardzo lubimy twojego brata i chcielibyśmy, aby śmiał się on jak najwięcej. Mam rację, Ash?
- Nie inaczej - pokiwał głową z uśmiechem Ash, który wraz z Pikachu właśnie wcinał śniadanie - Wielka szkoda, że Thomas tak się przejmuje tym wszystkim, co się stało w przeszłości.
- Wiesz, Ash... Thomas kiedyś bardzo mocno zawiódł się na świecie, w którym kiedyś oboje żyliśmy - powiedziała smutno Maggie, smarując sobie bułkę masłem - Ja także się na nim zawiodłam, chociaż mniej niż Thomas. Pewnie dlatego umiem bardziej niż on cieszyć się życiem.
- Wiem, opowiadałaś - pokiwał głową Ash - Wasi rodzice chcieli cię wydać za jakiegoś bogatego gogusia, którego ty nie kochałaś, zaś Thomas namówił cię do ucieczki z tego świata i walki o swoje szczęście.
- No właśnie, ale nie wiesz wszystkiego - Maggie popatrzyła uważnie na mojego chłopaka - Bo widzisz, naprawdę on widział więcej fałszu tego świata, w którym żyliśmy niż ja. Wcześnie poznał paru kolesi, którzy stali się jego kumplami, a potem...
- Co potem?
Maggie się lekko zmieszała i spojrzała zaraz na jedzącego (czy wręcz pożerającego) swoje śniadanie Johna, po czym powiedziała:
- Wiesz, Ash... Uważam, że nie powinnam plotkować na temat mojego brata. On sam ci wszystko powie, jeśli tylko zechce.
- Powie, jasne - rzucił złośliwie John - Guzik ci powie. Ze mną tyle razy rozmawiał, a mówił mi o waszej przeszłości tak niewiele, że gdybyś nie opowiedziała mi wszystkiego, to naprawdę nic bym nie wiedział o tym, co robiliście zanim tu przybyliście.
- Ale wiesz dzięki mnie chyba wszystko, co tylko wiedzieć możesz, prawda, najdroższy?
- Oczywiście i sam też wolę o tym nie mówić. Nie gniewaj się na mnie, Ash, ale ja również wolę o tym nie opowiadać. Skoro moja ukochana woli zachować milczenie, to ja też ją zachowam.
- Spokojnie, ja nie jestem ciekawy cudzych tajemnic i plotek - rzekł z uśmiechem na twarzy Ash, jedząc powoli bułkę - Ale też chętnie bym się czegoś więcej o Thomasie dowiedział. Bardzo chciałbym.
- Ja także, ale skoro Thomas woli zachować tajemnicę, to już niech ją zachowuje - powiedziałam - Ale mimo wszystko naprawdę dziwi mnie ta cała tajemniczość.
- Tajemnice to była kiedyś nasza specjalność, kochanie - zaśmiał się Ash wesoło.
- Tak, kiedyś - pokiwałam smutno głową - Szkoda, że teraz już nie.


- No właśnie, szkoda - zgodził się ze mną John Scribbler - Naprawdę dziwią mnie takie pomysły, stary. Jak możesz? Emerytura w twoim wieku?! Naprawdę ja się tobie dziwię, że masz takie pomysły.
- Jakbyś przeżył to, co ja przeżyłem, to być inaczej mówił.
- Może i tak, ale prawda jest taka, że takiego detektywa jak ty, to świat nie widział. Ja ci to mówię, ale jak ja coś mówię, to wiem, co mówię. Henry Willow jest tego samego zdania.
- No, Willow to genialny detektyw - powiedziałam wesoło - Wiem, bo czytałam z Ashem kilka twoich kryminałów, gdy tylko mieliśmy oboje ku temu okazję. Poza tym też widzieliśmy już trzy filmy na podstawie twoich książek, więc wiemy, jaki jest dobry jako detektyw. Ale mimo wszystko Ash jest od niego lepszy. Bez urazy.
- Jaka uraza? Sereno, sam Henry Willow jest tego samego zdania, więc o żadnej urazie nie może być tutaj mowy! Podzielam twoje zdanie. Obaj je podzielamy i uważamy, że Sherlock Ash powinien wrócić.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał Pikachu.
Ash uśmiechnął się delikatnie i powiedział wzruszony:
- To wszystko naprawdę bardzo piękne, ale... Jakoś nie umiem jeszcze się za to wziąć. Za wiele mnie kosztowała sprawa z Ellisem, abym miał tak po prostu znowu wrócić do gry. Proszę, musicie to zrozumieć. Tęsknię za zagadkami do rozwiązywania. Naprawdę bardzo tęsknię, ale nie czuję się jeszcze na siłach, aby wrócić do zawodu. Poza tym nie chcę znowu narażać moich przyjaciół na kłopoty, nie mówiąc już o tym, iż podejrzewam, że jako detektyw mogłem się wypalić.
John Scribbler załamany spojrzał na Asha jak na wariata.
- Jak Boga kocham, człowieku! Taki dorosły chłop, a takie głupoty opowiada! Niby taki mądry, a taki głupi! Ja nie wiem, skąd ci takie pomysły przychodzą do głowy. Nie wiem! Wiesz, co ci powiem?! Tobie się przyda bliższe spotkanie z psychoanalitykiem! Albo młotkiem do krykieta!
- A po co młotek? - parsknął śmiechem Ash.
- Żeby wybić ci nim z głowy takie pomysły - wyjaśnił Scribbler - Ale tak czy siak ocknij się wreszcie, człowieku! Ty jesteś wszystkim potrzebny jako detektyw!
- Mam wątpliwości, przyjacielu.
- Więc je sobie rozwiej, stary! Jakbym tak myślał jak ty i to po każdej źle napisanej książce, to już dawno musiałbym się zastrzelić. Ot co!
Maggie czując, że rozmowa przybiera raczej niezbyt przyjemną formę, powiedziała:
- Słuchajcie, byliście już z Ashem w naszym muzeum?
- Byliśmy ostatnim razem, gdy tu przebywaliśmy - powiedział Ash - A czemu pytasz?
- Ponieważ parę miesięcy temu przywieziono kilka naprawdę bardzo pięknych obrazów i rzeźb - odparła Maggie - Przywieźli je z samej Francji. Mówię wam, to naprawdę piękne dzieła sztuki. Zobaczcie je, a nie będziecie żałować.
- W sumie czemu nie? - uśmiechnął się Ash - Skoro już tu jesteśmy, to możemy je zobaczyć. Co ty na to, Sereno?
- Ja tam jestem za - powiedziałam radośnie i spojrzałam na Pikachu i Buneary - A wy, kochani?
Oba stworki zapiszczały wesoło na znak, że są jak najbardziej chętne na to, a więc bez zbędnego gadania postanowiliśmy zwiedzić miejscowe muzeum i zobaczyć zawarte w nim najnowsze dzieła sztuki. Zanim jednak wyszliśmy, to w drzwiach zatrzymała nas Maggie.
- Kochani, wybaczcie mi, proszę, że John tak mówił... Nie chciał cię urazić, Ash. W żadnym razie tego nie chciał. On po prostu...
- On chce dobrze, więc nie mogę się na niego gniewać - odparł na to Ash z uśmiechem - A co do tego, co on mówi, to pewnie ma rację. Ale każdy ma swoje własne racje i trudno jest się o nie kłócić. Ja tam w każdym razie nie chcę się z nim o cokolwiek wykłócać.
- To i mądrze robisz - uśmiechnęła się Maggie - A przy okazji... Nie chciałam tego mówić przy Johnie, ale mój brat... Widzicie, on przed laty nie był taki fajny, jak teraz. Kiedyś był niezłym draniem i skrzywdził parę osób, zanim całkiem przejrzał na oczy. Właśnie to skrzywdzenie innych sprawiło, że zrozumiał wiele spraw.
- Niech zgadnę... John był wśród tych osób, które on skrzywdził? - spytał Ash.
Maggie pokiwała smutno głową i powiedziała:
- No, tak... Choć może nieco przesadzam z tym skrzywdzeniem. Raczej zranił... Tak, to właściwie słowo. Zranił kilka osób i John był jedną z nich. Tyle tylko, że...
- Tyle tylko, że John nie wie, iż to Thomas go zranił?
- Właśnie i wolałabym, żeby się nie dowiedział. To w końcu już tylko przeszłość. Głupia, żałosna przeszłość z czasów, kiedy obaj byli jeszcze głupimi dzieciakami. Nie chciałabym, aby ona zniszczyła ich przyjaźń, a chyba dobrze wiecie, że bardzo często przeszłość umie zrujnować ludziom przyszłość.
- Tak, wiemy - pokiwałam smutno głową - Dobrze o tym wiemy.
- Dlatego wolę o tym nie rozmawiać i chciałabym was prosić, abyście o to nie pytali.
- Spokojnie, nie będziemy - uśmiechnął się wesoło Ash - Skoro tak to wygląda, to zostawimy całą tę sprawę w tajemnicy.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał radośnie Pikachu.
- I bardzo się cieszę - powiedziała Maggie, uśmiechając się przy tym - Doskonale. To ja wracam do Johna, a wam życzę bardzo miłej zabawy. Do zobaczenia, kochani!
Po tych słowach dziewczyna wróciła powoli do domu i zniknęła w jego wnętrzu.


C.D.N.

Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...