wtorek, 20 lutego 2018

Przygoda 110 cz. III

Przygoda CX

Eliot Ash i Nietykalni cz. III


Ash, Clemont i Cilan ubrani w wieczorowe stroje i w towarzystwie wiernego Pikachu przyszli do nocnego lokalu o nazwie „Adria“, w którym miała mieć swój występ panna Serena. Ash był szczególnie podniecony możliwością ponownego zobaczenia dziewczyny. Clemont i Cilan wiedzieli doskonale, dlaczego tak jest i uśmiechali się wesoło, lekko sobie żartując z tego powodu.
Gdy już przyszli do sali, to podeszła do nich niewysoka dziewczyna o ciemno-niebieskich włosach i takich samych oczach. Ubrała ona była w różową sukienkę z białymi dodatkami i wyglądała po prostu prześlicznie.
- Dobry wieczór. Panowie wybaczą, ale mam jedno pytanie. Czy mam przyjemność mówić z panem Eliotem Ashem?
- Tak, to ja - uśmiechnął się do niego Ash - A to są moi przyjaciele: Clemont, Cilan i Pikachu.
- Pika-pika-chu! - zapiszczał lekko Pikachu.
Dziewczyna uśmiechnęła się zadowolona z tej odpowiedzi.
- Tak też myślałam, ale musiałam się upewnić, panowie. Jestem Dawn Seroni. Serena to moja serdeczna przyjaciółka. Powiedziała mi, że panowie tutaj przyjdą i mam panom przekazać, że czeka na panów stolik. Pozwolą panowie za mną.
- Stolik? Widzicie, jak godnie nas tutaj przyjmują? - uśmiechnął się radośnie Ash.
Powoli podeszli do stolika i usiedli przy nim. Dawn zaś popatrzyła na nich przyjaźnie i powiedziała:
- Niedługo nastąpi występ, a póki co proponuję państwo lemoniadę. Pierwsza kolejka na koszt firmy.
Od czasów, kiedy panowała prohibicja, nie sprzedawano alkoholi w nocnych klubach, a jeśli już, to tylko potajemnie i mieszaną z lemoniadą, lecz tylko dla klientów, którzy wymienią jakieś odpowiednie hasło lub też dadzą właściwy znak. W tym wypadku nie padł żaden sygnał ani nic w tym rodzaju, więc cóż... Gościom podano prawdziwą lemoniadę.
- Zdrowie, moi przyjaciele! - uśmiechnął się wesoło Ash, stukając się szklankami z przyjaciółmi.
Clemont, Cilan i Pikachu stuknęli się z nim wesoło swoimi szklankami z lemoniadą, po czym wypili radośnie nieco swego zimnego napoju, który sprawił, iż poczuli się jeszcze lepiej.
- Już nie mogę się doczekać występu - powiedział radośnie Ash.
Chwilę później na scenie ukazała się panna Dawn i zapowiedziała ona występ swojej przyjaciółki Sereny Evans. Następnie schowała się szybko za kurtyną, a na jej miejsce zza owej kurtyny powoli wysunęła się Serena, ale tym razem nie wyglądała tak niepozornie, jak poprzednio. Teraz miała na sobie czerwoną suknię kabaretową, a jej włosy były upięte w duży kok. Tym razem nie tylko Ash, ale i jego wierni przyjaciele nie mogli oderwać od niej wzroku.
- Witajcie, chłopcy - powiedziała do trzech przyjaciół zalotnym tonem, po czym zaczęła śpiewać:

Opowiem wam mój sen.
To nie jest wcale baśń, lecz życia sens.
Więc słuchaj uważnie, chłopcze i...

Kochaj mnie! Z miłości giń!
Jakby świat miał się skończyć już dziś!
Kochaj i rzuć na mnie czar!
Niech zadrży w posadach świat!
Możesz mieć to, czego chcesz,
Gdy będziesz tak kochał mnie.

Po tych słowach zaczęła chodzić po sali, zalotnie mrugając do Asha, który wręcz pożerał ją wzrokiem. Uśmiechnęła się do niego i śpiewała dalej:

Ja wtedy miałam siedemnaście lat.
Był dla mnie dobry, mówił pięknie tak.
I cóż? Szczęście znikło, zostały łzy.
Mój miły umiał tylko kłamać mi.

Gdy stanęłam już na nogi, wciąż chciał przy mnie być,
Ale ja się nie nabrałam na ten jego blichtr.
„Jesteś winna, ja cierpię!“ - to tani chwyt.
Dawno już wiesz, gdzie są drzwi lub jeśli chcesz...

Po zaśpiewaniu tych słów Serena usiadła na stoliku tuż przed Ashem, pogłaskała czule Pikachu po jego pyszczku, a następnie machając zalotnie nogami zaśpiewała:

Kochaj mnie! Z miłości giń!
Jakby świat miał się skończyć już dziś!
Kochaj i rzuć na mnie czar!
Niech zadrży w posadach świat!

Możesz mieć to, czego chcesz,
Gdy będziesz tak kochał mnie.
Możesz mieć to, czego chcesz,
Lecz musisz tak kochać mnie.

Następnie zeskoczyła ze stolika i jeszcze raz zaśpiewała refren, patrząc prosto na Asha. Ten zaś nie wytrzymał, gdyż złapał dziewczynę mocno w objęcia i pocałował jej usta. Dziewczyna odsunęła się od niego szybko, ale nie dała mu w twarz, pomimo tego, że na całej sali rozszedł się dość wesoły gwizd i głośne oklaski. Serena tylko zarumieniła się, po czym wróciła za kurtynę. Ash natomiast usiadł zachwycony przy swoim stoliku, a jego twarz przybrała wręcz rozmarzony wyraz.


- Widzieliście ją?! - zapytał zachwycony Ash.
- Pika-pika! - zapiszczał wesoło Pikachu.
- Oj tak, widzieliśmy - zaśmiał się Cilan - I nie tylko to.
- Nie inaczej - dodał wesoło Clemont - Ale wcale ci się nie dziwię, bo naprawdę panna Serena jest niczego sobie. Choć mnie bardziej podoba się jej przyjaciółka.
- Panna Dawn? - zachichotał Cilan - Też jest niczego sobie. Naprawdę piękne kobiety mają tutaj w Wertanii.
- O tak. Co racja, to racja - zaśmiał się Ash i zamówił kolejną porcję lemoniady - Piękne kobiety i jak pięknie całują... Znaczy śpiewają. O tak, właśnie tak, śpiewają. Z czego się tak śmiejecie?
Clemont i Cilan chichotali wesoło, patrząc na przyjaciela.
- Z niczego. Tak tylko sobie chichoczemy - odpowiedział Cilan, dusząc się ze śmiechu.
- Właśnie. Z żadnego powodu. My robimy to dla samego śmiania się - dodał dowcipnie Clemont.
Chwilę później jednak pojawiło się coś, co przerwało przyjaciołom ich wesoły śmiech. Tym czymś był wysoki mężczyzna o złotych oczach i takich samych włosach, uczesanych w sposób co najmniej zawadiacki. Mężczyzna miał na sobie smoking, jednak bynajmniej nie dodawał mu on uroku, tylko potęgował grozę jego osoby. Mężczyzna właśnie zaczepił idącą w swoim kierunku Serenę i nie zamierzał wcale jej dać odejść.
- Zaczekaj, moja ty śliczna! Może zaśpiewasz dla mnie coś jeszcze? - spytał ochrypłym i zalotnym tonem mężczyzna.
Serena popatrzyła na niego wściekle i wysyczała.
- Nie ma mowy. Zapomnij o tym! Nie będę dla ciebie niczego śpiewać, gburze!
- Doprawdy? - mężczyzna nie zamierzał się jednak tym przejmować - No cóż, nie ma sprawy. Wobec tego może coś ze mną zjesz?
- Zapomnij o tym! Nie zadaję się z gangsterami!
- Jakimi gangsterami?
- Nie udawaj! Przecież wszyscy dobrze wiedzą, że jesteś prawą ręką Ala Giovanniego i załatwiasz za niego wszystkie brudne interesy.
Mężczyzna parsknął śmiechem i rzucił:
- Możesz sobie mówić, co tylko chcesz. Nie masz żadnych dowodów na potwierdzenie swoich słów. A za to ja mam wszelkie argumenty za tym, abyś spędziła ten wieczór ze mną.
- Puść mnie! Mówiłam ci, że nie zamierzam się z tobą zadawać!
Wszyscy wokół widzieli tę sytuację, ale nie zamierzali się mieszać, ponieważ wiedzieli doskonale, iż mężczyzna, z którym właśnie musiała się szarpać, to sam Surge Nitti, prawa ręka Ala Giovanniego, dlatego woleli nie wchodzić mu w drogę wiedząc, że po swoim szefie jest on praktycznie najważniejszą osobą w tym mieście i lepiej mu nie podskakiwać. Ash jednak tego nie wiedział i widząc mężczyznę, który podle szarpie wybrankę jego serca, nie wytrzymał i postanowił wkroczyć do akcji. Zerwał się w końcu ze swojego miejsca, podbiegł do Surge’a i strzelił go przez ramię dłonią.
- Obawiam się, mój panie, że ta dama nie ma ochoty na przebywanie w pana towarzystwie - powiedział groźnym tonem.
Surge odwrócił się w jego stronę i warknął gniewnie:
- Lepiej dla siebie nie wtrącaj się do tego, co robię!
- A ty lepiej dla siebie przestań szarpać tę biedną panią!
- Biedną panią? A co ty masz do niej?
- To... To jest... Mój narzeczony! - zawołała Serena, podbiegając do Asha i łapiąc go mocno za rękę.
- Narzeczony, tak? - Surge Nitti spojrzał na oboje z kpiną - Uważaj, bo jeszcze ci uwierzę.
- A nie widziałeś, jak oboje się przed chwilą całowaliśmy i to jeszcze na oczach wszystkich? - spytał Ash.
Surge zacisnął ze złości pięść i powiedział:
- Tak, widziałem, ale nie sądziłem, że to należy brać na poważnie.
- A więc już teraz pan wiesz, że należy brać na poważnie - rzekł Ash - Bądź pan więc tak miły i daj spokój tej pani.
Mężczyzna wściekły spojrzał na swego adwersarza i rzucił:
- Posłuchaj, przybłędo... Nie wiesz, kim ja jestem, więc mogę ci jeszcze wybaczyć ten nietakt, ale najpierw ty musisz zrobić w tył zwrot i iść stąd precz, bo jeżeli nie, to...
Ash nie dał mu dokończyć, ponieważ uderzył go mocno pięścią prosto w twarz. Surge upadł na ziemię i jęknął załamany, łapiąc się za nos.
- To co mi zrobisz, gnido parszywa? - spytał wściekle Eliot Ash - Jak widzisz, nie boję się ani ciebie, ani twoich gróźb. Więc teraz to ty mnie posłuchaj. Dasz spokój pannie Serenie i pójdziesz sobie stąd albo za chwilę cię stąd wyniosą! Zrozumiałeś?


Gangster powoli pozbierał się z podłogi i warknął:
- Co?! Na mnie rękę podnosisz?! Mnie próbujesz grozić?! Mnie?! Jak ty śmiesz, ty... ty...
Zamachnął się on ręką na Asha, ale ten zrobił szybko unik i wymierzył mężczyźnie cios prosto w brzuch, potem w twarz, a następnie złapał go za poły fraka i pomimo protestów Sereny wyprowadził łotra za drzwi lokalu i rzucił prosto w najbliższą kałużę. Zadowolony otrzepał ręce i wrócił na salę. Siedzący przy swoich stolikach ludzie patrzyli na to wszystko w wyraźnym szoku nie wiedząc, co mają zrobić ani co o tym mają myśleć. W głębi serca podziwiali Asha za jego odwagę, ale też czuli, iż dzielny młodzieniec za to, co zrobił nie pożyje już długo, więc byli przygnębieni z tego powodu.
- Muzyka! Zagrajcie coś wesołego! - zawołał Dawn, stojąc właśnie na scenie.
Orkiestra posłuchała jej i zaczęła coś grać, a cała sala powoli zaczęła powracać do poprzedniego rytmu.
Tymczasem Ash podszedł do Sereny i ucałował przyjacielsko jej dłoń, mówiąc:
- Czy zechce pani uczynić mi ten zaszczyt i dosiąść się do mojego stolika, panno Sereno?
- Panie Ash... Co pan najlepszego zrobił? - jęknęła załamana Serena, jednak pozwoliła młodzieńcowi zaprowadzić się do stolika, gdzie siedzieli przyjaciele jej wybawiciela.
- Ale ty masz pięść, wiesz o tym? - zaśmiał się Cilan.
- Właśnie! I jak doskonale nią operujesz - dodał wesoło Clemont - Aż miło było popatrzeć.
- Miło? Raczej strasznie - odparła na to Serena - Po co pan się w to mieszał, panie Ash? Czy pan w ogóle wie, kim jest ten człowiek? To Surge Nitti, prawa ręka Ala Giovanniego! Może mieć pan z tego tylko kłopoty! Ten człowiek nigdy nie odpuszcza, dopóki się nie zemści.
- Nic nie szkodzi. Ja się jego zemsty nie obawiam - odparł na to Ash spokojnym tonem - A poza tym miło mi się zrobiło, kiedy awansowałem na pani narzeczonego.
- Panie Ash, to nie są żarty! - jęknęła Serena - Z tego mogą być tylko same problemy.
- Albo coś dobrego - dodała Dawn, stając tuż przy Serenie.
Wszyscy spojrzeli na nią uważnie, a dziewczyna uśmiechnęła się lekko i usiadła wygodnie przy stoliku.
- Ale masz pan pięść, panie Ash - powiedziała zadowolona Dawn - Mówię panu, aż przyjemnie było na to popatrzeć.
- Przyjemnie? - jęknęła Serena - Przecież Surge Nitti nigdy mu tego nie daruje! Zabije go za tę zniewagę.
- Może nie zdążyć - odparł wesoło Ash, po czym zamówił kolejną kolejkę lemoniady.
- Dlaczego? - spytała Dawn - Zamierza pan go zabić?
- Przeciwnie - odpowiedział wesoło agent federalny - Ja go zamierzam wsadzić za kratki wraz z jego szefem.
- Uuu! Ambitny plan, ale może być kłopot z jego realizacją.
- Wierzę, ale nie zamierzam się poddać. Zresztą to nie w moim stylu.
- Tak, lecz za to w pana stylu jest umrzeć przez głupotę - mruknęła nieco rozzłoszczona Serena.
- Przecież sama pani mi śpiewała „Kochaj mnie, z miłości giń“. Więc dlaczego miałbym tego nie zrobić?
Serena nie wiedziała, co ma mu odpowiedzieć, więc tylko delikatnie się zarumieniła i patrzyła z zachwytem na swego wybawcę.

***


Resztę wieczoru nasi bohaterowie spędzili bardzo przyjemnie w swoim towarzystwie, a do tego przeszli z Sereną i Dawn na „ty“, co znacznie poprawiło im nastrój. Gdy zaś wieczór dobiegł końca, to panie udały się do siebie, z kolei zaś Ash z Clemontem, Cilanem i Pikachu udał się do jakiegoś motelu, gdzie wynajęli sobie pokój. Dla pewności pilnowali, aby nikt za nimi nie szedł, a gdy już znaleźli się w swoim pokoju, to zamknęli drzwi na klucz, zabarykadowali je szafą, a prócz tego jeszcze zasłonili okno. Mieli nadzieję, że to ich ochroni przed nieproszonymi gośćmi, a także pozwoli im bezpiecznie przebyć noc.
Na całe szczęście nie byli oni przez nikogo nękani. Rano zaś zajęli się swoimi sprawami, a przede wszystkim odwiedzinami u Brocka, który to powiedział, że zgodnie ze swoim wcześniejszym planem zaprasza ich pod wieczór do siebie, ponieważ chce im przedstawić kilku ludzi, którzy mogą im pomóc w walce z Alem Giovannim. Sam jednak nie miał wcale zamiaru dołączać do grup Eliota Asha, co naszego bohatera bardzo zasmuciło.
- Dlaczego nie chcesz do nas dołączyć? - spytał załamanym głosem Ash, gdy rozmawiał o tym z Brockiem - Przecież masz w sobie jeszcze dość sił i umiejętności, aby pokazać tym łajdakom, że jesteś coś wart. Pomyśl tylko... Możesz znów być kimś. Możesz znów być stróżem sprawiedliwości, jeśli tylko masz odwagę, aby to zrobić.
- Odwagę to ja mam, ale widzisz... Problem polega na tym, że mam też żonę i muszę się o nią troszczyć. Gdybym był sam, to miałbym w nosie to, czy mogę zginąć, czy nie. Ale w takim wypadku nie wolno mi mieć tego w nosie. Muszę żyć i to bynajmniej nie dla siebie, ale dla Misty. Zresztą to już nawet nie chodzi o mnie. Ja nie chcę, żeby te bydlaki mściły się na mnie poprzez moją żonę. Musisz mnie zrozumieć, Ash. Ta wojna, w jaką chcesz wpakować siebie oraz swoich przyjaciół jest niebezpieczna i bezwzględna. Zasady, jakie w niej panują są straszne. Jeśli jeden z tych drani wyjmie na ciebie nóż, ty musisz mieć klamkę. Jeżeli zabiją jednego z twoich ludzi, ty musisz zabić jednego z ludzi Giovanniego. Takie panują tutaj zasady. Czy teraz, wiedząc o tych prawach, chcesz mimo wszystko walczyć?
- Tak, chcę. Wiem o tym, że ta wojna będzie bezwzględna, ale chcę ją wygrać i to własnymi metodami. Nie zniżę się do poziomu tego łajdaka.
- Możesz nie zniżać się do niczyjego poziomu, jeśli nie chcesz, jednak odpowiedz mi na jedno pytanie. Chcesz dorwać Giovanniego?
- Chcę i zrobię to. Przysięgam na swoje życie, zrobię to.
Brock uśmiechnął się do niego i delikatnie poklepał go po ramieniu, mówiąc:
- Doskonale. To chciałem usłyszeć. Wiesz, co to jest przysięga krwi?
- Wiem, a co?
- Właśnie ją złożyłeś. I dotrzymasz ją... Jestem tego pewien.


Ash czuł się uradowany, że zyskał w oczach Brocka, choć także nieco dobijał go fakt, iż dzielny ex-policjant nie zamierza brać udział w akcjach. Uważał, że kto jak kto, ale ktoś taki z pewnością by mu się przydał, jednak nie mógł zmuszać do niczego.
Po tej rozmowie trzej przyjaciele z wiernym Pikachu u boku poszli na miasto, a potem o ustalonej przez Brocka Malone’a godzinie zjawili się w jego mieszkaniu. Tam, oprócz swego gospodarza, zastali kilka osób, których Brock znalazł im do walki z Giovannim, tak jak im to obiecał. Byli to Gary Stone, Alexa, Iris, Max, Bonnie, a także (ku wielkiemu zaskoczeniu naszych  bohaterów) Serena i Dawn.
- A wy dwie, co tu robicie? - zapytał zdumiony Ash.
- Dowiedziałyśmy się od Brocka, że szykuje się możliwość skopania kilku gangsterskich tyłków - powiedziała dowcipnie Dawn - Bardzo nam to odpowiada.
- Ale momencik, stop! - zawołał oburzonym tonem Clemont - Niby w jaki sposób kobiety mają nam pomóc w walce z ludźmi Giovanniego?
- Nie doceniasz tych pań - zaśmiał się Brock - Każda z nich ma własne talenty, które mogą się wam przydać.
- W „Adrii“ bywa wielu podejrzanych typków - zauważyła Serena - Możemy dla was szpiegować.
- Myślałem, że to nasza działka - rzucił Max.
- O nie! Nie ma mowy! - zawołał Clemont - To zbyt duże ryzyko. Nie możemy żadnej z was narażać na takie niebezpieczeństwo.
- On ma rację. Nie możemy tego zrobić - poparł go Ash.
- Czyżby? - prychnęła z kpiną Dawn - Jakoś nie miałeś takich obaw, kiedy wczoraj sprałeś prawą rękę Giovanniego za to, że się zalecał do twojej dziewczyny wbrew jej woli!
Ash już chciał powiedzieć, że Serena nie jest jeszcze jego dziewczyną, ale zamilkł w pół słowa, gdyż popatrzył tylko na artystkę i dodał smutnym tonem:
- Nie mam prawa prosić cię o pomoc w tej walce, Sereno.
- Może i nie, ale za to ja mam prawo prosić, abyś pozwolił sobie pomóc - odpowiedziała mu Serena poważnym tonem - Nie wygrasz tej walki sam. Potrzebujesz pomocy zaufanych ludzi, a bardziej zaufanych niż to grono raczej nie znajdziesz.
- Ona ma rację! - zawołała Bonnie - Skoro nas zatrudniłeś, to ją i Dawn także możesz zatrudnić!
Ashowi trudno było temu zaprzeczyć, więc w końcu tylko westchnął i rozłożył bezradnie ręce, mówiąc:
- Coś czuję, że będę tego żałował.
To mówiąc spojrzał na Alexę i dodał:
- A pani jak chce nam pomóc?
- Jestem dziennikarką. Chyba przyda się wam wolna i niezależna od mafii prasa, robiąca wam dobrą reklamę i ośmieszająca Giovanniego, mam rację? - odpowiedziała dziennikarka zadziornym tonem.
- Bronią też się świetnie umiemy posługiwać, jakby co - wtrąciła Iris - I z chęcią możemy zademonstrować swoje zdolności.
- Będzie okazja, żeby to zrobić - zaśmiał się Ash i spojrzał na Gary’ego - A ten to kto?
- Młody policjant Gary Stone - odpowiedział Brock Malone, kładąc młodzieńcowi dłoń na ramieniu - Jeden z niewielu, którzy jeszcze nie siedzą w kieszeni naszego wroga. W dodatku jeden z najlepszych strzelców, jakich świat widział. Na wszystkich konkursach strzeleckich zawsze brał pierwszą nagrodę. Strzelec wyborowy i porządny glina.
- Strzelec wyborowy? - uśmiechnął się Ash - Tym lepiej. Tacy nam się przydadzą, bo coś mi mówi, że często w naszych rozmowach z Giovannim właśnie broń będzie naszym największym atutem.
- Tym lepiej. Już się nie mogę doczekać - odparł Gary.
Ash poczuł, że już go lubi. Szybko jednak spoważniał i rzekł on dość uroczystym tonem:
- Posłuchajcie mnie... Naszej drużyny nie łączy żadna przysięga ani też obietnica. Wszyscy tutaj jesteście ochotnikami walczącymi z własnej woli. W każdej chwili też możecie się wycofać z tej walki, a nikt z pozostałych nie ma prawa czynić wam z tego powodu wyrzutów. Tym, co nas łączy, będzie bezgraniczne zaufanie oraz wspieranie siebie nawzajem. Będą takie chwile, gdy będziemy zdani tylko na siebie. Musicie więc być na to gotowi i na to, że Giovanni nie podda się tak łatwo, a jego ludzie nie dadzą nam spokoju, póki ich nie zniszczymy. Być może nie będzie już odwrotu, gdy raz zaczniemy tę wojnę i wtedy albo wygramy, albo zginiemy. Czy jesteście na to gotowi?
- TAK! - krzyknęli chórem wszyscy zapytani.
- A zatem wobec tego... Jeden za wszystkich i wszyscy za jednego - powiedział Ash, wyciągając prawą rękę przed siebie.
Clemont i Cilan złączyli jego dłoń ze swoimi. To samo zrobili po kolei wszyscy, a ostatni, mimo pewnego wahania uczynił to Brock.
- Też w to wchodzę - powiedział.
- No, a wszystkie twoje opowieści o tym, że nie chcesz narażać żony i takie tam? - spytał Ash.
- Moja żona zrozumie moją decyzję - odpowiedział na to Brock - Poza tym jesteście bandą wariatów, więc potrzebujecie kogoś, kto będzie umiał rozsądnie podejść do tej sprawy.
- Cały Brock. Bez marudzenia nie wytrzyma jednego dnia - zaśmiał się na to Max.

***


W ten oto sposób została uformowana drużyna Eliota Asha. Jedenastu dzielnych i szlachetnych ludzi obojga płci, w różnym wieku oraz o różnych doświadczeniach życiowych. Drużyna, jak to powiedział jej przywódca, nie związana bynajmniej żadną przysięgą ani też żadną obietnicą, ale za to połączona więzami przyjaźni, jak również wspólnym celem, którym była walka o to, aby tego zła mniej było na świecie i żeby człowiek trzęsący tym miastem więcej nie czuł się bezkarny, a także odpowiedział za wszystkie swoje czyny.
Kiedy już cała drużyna została zwerbowana, to zostało tylko podjęcie odpowiednich działań. Eliot „Ash“ Ness powiadomił telefonicznie swoich przełożonych, iż zdołał zwerbować ludzi naprawdę godnych zaufania oraz wartościowych, którzy umieją walczyć i wiedzą, jak to robić. Zostało im teraz tylko przejść do działania, na co Eliot wolał sobie najpierw pozyskać oficjalną zgodę. Jego przełożeni uznali, że to niepotrzebni, ale skoro woli uczynić formalnościom zadość, to oficjalnie dali mu zgodę, mówiąc:
- Masz pozwolenie na działanie, Eliocie Ness. Możesz czynić, co tylko uznasz za stosowne, byleby tylko zaprowadzić przed sąd Ala Giovanniego. Pamiętaj, cokolwiek zrobisz, masz na to nasze pozwolenie. Otrzymujesz na czas swoich działań specjalne uprawnienia. Jedynym twoim sędzią będzie twoje własne sumienie. Postaraj się więc postępować tak, aby nie musieć się przed samym sobą wstydzić, a wszystko będzie dobrze.
Asha ucieszyły te słowa i solennie obiecał sobie nie zawieść swoich przełożonych ani tym bardziej nie zawieść przyjaciół ani samego siebie. Był pewien, że zdoła to osiągnąć. Miał wiarę w siebie oraz swoich kompanów i nie zamierzał się nigdy poddawać. Zamierzał walczyć do samego końca, choćby ten koniec oznaczał jego śmierć. No, ale cóż... Jeśli miałby zapłacić swoim życiem za zwycięstwo nad Giovannim, był gotów to uczynić.
Po rozmowie telefonicznej, jaką odbył ze swoim szefem Ash powoli poszedł do sali w barze Misty, w której czekali już na niego Clemont, Cilan, Brock, Alexa i Iris. Wszyscy byli gotowi do działania i wiedzieli, co mają robić, jednak nie mieli pojęcia, co powie przełożony Asha, więc czekali na wiadomość o tym.
- I co? Co powiedział szef? - spytał Clemont zaintrygowany.
- Czego się dowiedziałeś? - dopytywał się Cilan.
Ash popatrzył na nich uważnie, potem spojrzał na siedzącego mu na ramieniu Pikachu, lekko się uśmiechnął i rzekł:
- Mamy pozwolenie od szefa na działanie.
- A na jakie działanie? - zapytał Clemont.
- Na każde, jakie tylko uznamy za stosowne - odparł Ash.
- Co to znaczy? - spytał Cilan.
- To znaczy, że mamy wolną rękę.
Ta odpowiedź napełniła wszystkich otuchą oraz sprawiła, że poczuli się lepiej. Wiedzieli, że od tej chwili mogą pozwolić sobie na więcej niż ograniczona swoimi paragrafami policja i zamierzali z tej oto możliwości skorzystać.
- A więc doskonale - rzekł Gary - Wreszcie zaczniemy działać zamiast gadać.
- I wreszcie będę miała materiał na pierwsze strony gazet - uśmiechnęła się Alexa - Już się nie mogę doczekać miny Giovanniego, kiedy zobaczy w gazecie artykuł na swój temat i to bynajmniej nie głoszący pochwał na jego cześć.
- Doskonale - powiedział Cilan - A więc do dzieła! Co robimy, Ash?
- Pójdziemy zlikwidować pewną nielegalną bimbrownię - stwierdził bardzo zadowolonym głosem Ash - Jednak w tej sprawie oddaję głos panu Malone. On lepiej wie, gdzie takie miejsce się znajduje, a przynajmniej tak właśnie twierdzi.
- Tak, właśnie tak twierdzę i wiem, co mówię - odparł Brock, nabijając jednocześnie broń - I zaraz wam to udowodnię. Ash, prowadź nas pod adres, który ci podałem. Poprowadź nas do zwycięstwa.
- Doskonale - uśmiechnął się zadowolony Ash i sprawdził swoją broń, czy jest nabita - Ruszajmy, przyjaciele!
Cała grupa wyruszyła ulicami miasta uzbrojona i to po zęby, budząc powszechną uwagę, czym się oczywiście wcale nie przejęli. Można by  nawet powiedzieć, że chcieli wzbudzić uwagę i chcieli być zauważeni przez ludzi. Chcieli, aby ich widziano i aby się ich bano. Pragnęli tego, ponieważ zamierzali pokazać, że nadszedł oto koniec taryfy ulgowej dla gangsterów. Teraz to oni będą się bać, a nie ich ofiary.
Eliot Ash i jego stronnicy szli przez ulicę spokojnie i bez pośpiechu. Nie musieli się spieszyć, gdyż mieli wiele czasu. Tyle, ile tylko go chcieli mieć. Tyle, ile potrzebowali. W końcu jednak dotarli do celu swej podróży, a była nim... siedziba poczty.
- Co?! Tutaj?! - zdziwił się Clemont - Czy jesteś pewien, że się nie pomyliłeś, Brock?
Malone uśmiechnął się do niego ironicznie i powiedział:
- Jeśli się mylę, to was wszystkich przeproszę. Ale spokojnie. Ja się nie mylę. Ruszajmy więc.
Ash uśmiechnął się zadowolony, po czym wkroczył jako pierwszy do budynku poczty z Pikachu na ramieniu. Brock uczynił to drugi, a pozostali przyjaciele jeden po drugim powtórzyli tę czynność. Clemont zrobił to ostatni, mówiąc pod nosem:
- Ech... To wszystko źle się skończy.


Drużyna Eliota Asha powoli wkroczyła do środka budynku, a kiedy ludzie obecni na poczcie zobaczyli, co się stało, byli przerażeni. W końcu widok ludzi z bronią nie należał do czegoś normalnego w tym miejscu i mógł przywodzić na myśl tylko jedno... napad bandycki. Na szczęście Ash, Clemont i Cilan szybko pokazali ludziom swoje legitymacje i odznaki.
- Spokojnie, nie przejmujcie się - rzucił Brock beztroskim tonem - Nie musicie się niczego obawiać. To sprawa policji. Was to nie dotyczy, więc wracajcie do swoich obowiązków.
Po tych słowach Brock u boku Asha przeszedł przez cały budynek aż do pomieszczeń prowadzących do piwnicy. Tam właśnie znajdowała się bimbrownia, do której zmierzali.
- Zaczekaj, przyjacielu - powiedział Brock, zatrzymując Asha przed jakimiś drzwiami - Muszę cię ostrzec. Możesz się jeszcze wycofać. Ale jeśli przejdziesz przez te drzwi, to zaczną się kłopoty i nie będzie odwrotu.
- Wiem i nie zamierzam się wycofywać - rzekł na to Ash - Za daleko zaszedłem, abym miał to zrobić.
- Doskonale - odpowiedział mu Malone - A więc do dzieła.
Po tych słowach wymierzył strzelbę i wypalił z niej w kierunku zamka drzwi. Wystrzelił go, a następnie kopnął w drzwi, otwierając je na oścież.
- Szef przodem - zaśmiał się, przepuszczając Asha.
Eliot zadowolony pokiwał lekko głową, po czym wszedł do środka z bronią w ręku. Zaraz za nim zrobił to Brock, a potem reszta grupy.
- Rób zdjęcia - rzuciła Alexa do Iris.
Mulatka powoli wyjęła aparat fotograficzny, po czym radośnie zaczęła robić jedno zdjęcia za drugim, a miała co fotografować. Wielkie aparatury do produkcji alkoholu oraz całą masę ludzi pakującą stworzony przez siebie napitek do butelek i to wszystko jeszcze na terenie poczty publicznej... To wszystko stanowiło naprawdę niesamowity widok, za który niejedna gazeta zapłaciłaby krocie. Alexa oczywiście nie robiła tego wszystkiego dla sławy i pieniędzy, ale uznała, że to z pewnością również jej się przyda.
Ludzie pracujący w bimbrowni na widok ludzi z bronią, wdzierających się do ich kryjówki, zaczęli krzyczeć i próbowali uciec, ale nie mieli jak, ponieważ drużyna Eliota Asha zastąpiła im drogę.
- Stać, gdzie stoicie! - krzyknął Cilan, mierząc do nich z broni.
- Nie ruszajcie się! - dodał Clemont.
- Policja federalna! Jesteście aresztowani! - krzyknął Ash - Opór jest bezcelowy! Poddajcie się, a nikomu nic się nie stanie!
Pracownicy bimbrowni szybko pojęli, że walka nie ma najmniejszych szans na powodzenie, więc się poddali, a Brock zadowolony popatrzył na Gary’ego i rzekł:
- Przyjacielu... Byłbyś tak uprzejmy i zadzwonił po posiłki? Myślę, że mogą nam się przydać.
Gary z radością wykonał polecenie i już po chwili na poczcie zalęgło się od mundurowych, którzy aresztowali każdego pracownika bimbrowni. Jednocześnie Alexa i Iris przeprowadzały coś w rodzaju wywiadu z Ashem, który składam wyjaśnienia w kwestii swojej misji i tego, co robił obecnie. Pikachu wtórował mu w tym wesołymi piskami.

***


Już niedługo potem w „Głosie Wertanii“ ukazał się artykuł o sukcesie odniesionym przez grupę Eliota Asha. Co prawda wielu ludzi podważało prawo do tego, aby pan Ness mógł tak po prostu w biały dzień wejść do siedziby poczty z bronią w ręku, a potem tak zwyczajnie aresztować sobie ludzi, jednak tak naprawdę osób krytykujących takie zachowanie było raczej niewielu i uciszyło ich tylko kilka telefonów od przełożonych Asha, którzy oczywiście nie pozostawili swego najlepszego agenta samemu sobie. Dzięki temu Eliota nie spotkały żadne konsekwencje prawne, a on sam stał się kimś w rodzaju bohatera miasta, zwłaszcza dla ludzi krzywdzonych przez mafię. Co prawda ta akcja nie zdołała dowieść winy Ala Giovanniego, ale mimo wszystko zdecydowanie go osłabiła, ponieważ dzięki tej bimbrowni miał on naprawdę wielkie zyski, a teraz je stracił. Nie zamierzał tego ukrywać i gdy tylko wezwał do siebie człowieka odpowiedzialnego za tę bimbrownię, to z miejsca okazał mu swój gniew, oczywiście w właściwy dla siebie sposób.
- Nie będę ukrywał, że jestem bardzo zawiedziony tym, co się stało - rzekł Giovanni, głaszcząc powoli swojego Persiana - Naprawdę bardzo się na tobie zawiodłem. Sądziłem, że ta bimbrownia jest dobrze strzeżona, a tu proszę. Kilku bydlaków z odznakami i gnatami bez trudu was wytropiło i zniszczyło cały nasz interes.
- Ale przecież nie zdołali nam niczego dowieść, szefie - powiedział na to bandyta - Więc chyba nie mamy się czego obawiać, prawda?
- Nie mamy? - zapytał Giovanni, po czym zachichotał w podły sposób - A tak, masz rację. Przecież nie mamy się czego obawiać. Wszystko jest w jak najlepszym porządku, prawda?
To mówiąc spojrzał na Surge’a stojącego tuż obok niego i rzekł:
- Zgadzasz się z nim, przyjacielu?
- Częściowo tak - odpowiedział na to Surge - Ale poza tym jednak bym polemizował.
- Nie czas na polemizowanie, ale na działanie - rzekł Giovanni, wstając z fotela ze swym pieszczochem na rękach - Wiecie, jaki sport najbardziej lubię?
- Jaki, szefie?
- Baseballe, Surge. Baseball. To jest mój ulubiony sport - powiedział bardzo zachwyconym głosem Giovanni - A czy wiecie, dlaczego? Bo cała drużyna w nim ma określone zadania i musi się z nich zawsze należycie wywiązywać. Jeśli jeden zawodnik daje plamę, cała drużyna może przegrać.
Do gabinetu Giovanniego wszedł nagle jeden z jego ludzi. Był to wysoki, zielonowłosy i czarnooki mężczyzna. Ten sam, który wtedy umknął z raną w ręce po walce z Ashem i jego przyjaciółmi. Miał na imię Buch i był najemnym zbirem lubującym się w zabijaniu. Trzymał on w dłoni wielki kij do baseballa. Giovanni, widząc mężczyznę uśmiechnął się zadowolony, po czym mówił dalej:
- Prócz tego podobają mi się te ich twarzowe kije. Są naprawdę bardzo piękne. I mają moc uderzenie taką, że po prostu nie ma przebacz.
Po tych słowach dał znak Butchowi, a ten podszedł powoli do agenta odpowiedzialnego za bimbrownię i zaczął go zaciekle uderzać tym kijem. Mężczyzna upadł na podłogę, a jego oprawca okładał go raz za razem swoją bronią, ku wielkiemu przerażeniu Surge’a, który choć już nie takie rzeczy widział, to jednak był w szoku, iż Giovanni robi coś takiego na jego oczach. Doskonale rozumiał, co to wszystko znaczy i jakie jest tego znaczenie. To było ostrzeżenie dla niego, aby wiedział, co go spotka, jeżeli go zawiedzie kolejny raz.
Tymczasem Butch dalej okładał kijem swoją ofiarę, z której zaczęła wręcz strumieniem cieknąć krew. Mimo to nie przestawał robić tego, co właśnie robił i przerwał tę czynność dopiero wtedy, gdy atakowany gangster przestał oddychać. Sam Giovanni nie patrzył na tę scenę, ponieważ (jak sam mówił) miał zbyt miękkie serce i był nazbyt wrażliwy na takie widoki. Odwrócił się zatem ze swoim Persianem na ramionach w kierunku okna i obserwował przez nie miasto.
- Skończyłeś już? - zapytał po chwili, gdy Butch już przestał okładać kijem swoją ofiarę.
- Tak, szefie. Skończyłem - odpowiedział Butch, uśmiechając się przy tym bardzo zadowolony.
- Tym lepiej - Giovanni nawet nie odwrócił głowy w jego stronę - A ty, Surge... Zrozumiałeś, mam nadzieję, dzisiejszą lekcję.
- Tak, szefie. Zrozumiałem - odpowiedział Surge Nitti, starając się za wszelką cenę ukryć swoje przerażenie.
- To doskonale. Postaraj się zatem rozwiązać nasz problem, bo inaczej następnym razem, to twoja krew ozdobi moją podłogę.
Po tych słowach najspokojniej w świecie zaczął głaskać swego pupila, który mruczał zachwycony tą pieszczotą.

***


Eliot Ash po odniesionym sukcesie stał się na tyle sławny, że bez trudu zdołał wynająć biuro dla siebie i swoich ludzi. Jego działalność wymagała bowiem siedziby, w której mógłby on planować swoje kolejne akcje. Biuro to było połączone również z mieszkaniem, w którym on, Cilan i Clemont mogli mieszkać. Pozostali członkowie jego kompani posiadali swoje lokum i tylko oni nie, co w obecnej sytuacji uległo zmianie na lepsze.
Minęło kilka dni od przeprowadzonej akcji, a Ash i jego przyjaciele planowali już kolejną. Wszyscy nie mogli się jej doczekać. Wszyscy poza Clemontem, który miał na temat takich akcji, jak ta na poczcie swoje własne zdanie.
- Ash, spójrzmy prawdzie w oczy. Taką działalnością to my niewiele zyskamy. Potrzebujemy czegoś więcej niż tylko brawurowych akcji w stylu kowbojów z westernów wyświetlanych w kinematografie. Nam tu potrzeba naprawdę czegoś wyjątkowego.
- Tak? A co takiego? - zapytał Cilan, bawiąc się właśnie bronią - Co takiego proponujesz?
- Proponuję pokonać tego bydlaka bronią, od której ciosu wcale się nie spodziewa.
- A możesz mówić jaśniej? - spytał Brock.
Clemont uśmiechnął się delikatnie i mówił dalej:
- Oczywiście. Posłuchajcie... Giovanni osiąga ogromne zyski ze swojej działalności, ale przecież oficjalnie nie może ich mieć, bo jego przestępcza branża oficjalnie nie istnieje. A mimo to rocznie do jego kieszeni przybywa rocznie mnóstwo forsy, której istnienie nie jest w żaden sposób wyjaśnione.
- Jest wyjaśnione, bo wiemy, skąd ją ma - odparł Brock.
- Tak, ale przecież to wiedzą wszyscy nieoficjalnie, bo oficjalnie nikt tego nie wie - odparł Clemont - Rozumiecie, do czego zmierzam? Chodzi o to, że kasa z interesów jest, ale samych interesów nie ma. Więc skąd kasa?
- To chyba sprawa dla skarbówki, a nie dla nas - rzekł Brock.
- Przeciwnie - odpowiedział mu młody Wilson, poprawiając sobie na nosie okulary - To jest sprawa w sam raz dla nas. Formalnie Giovanni nie ma dochodów, a jednak ma zyski. Powinien płacić od tego podatki, a tego nie robi, bo przecież oficjalnie zysków nie ma. Jeśli dowiedziemy, że bydlak ma jednak zyski i nie płaci podatków, pójdzie siedzieć.
- Siedzieć? Za niepłacenie podatków? - spytał zdumiony Malone, jakby nie dowierzając własnym uszom - Bandzior i morderca?
- Chyba lepsze to niż nic, prawda? - odparł Wilson, patrząc z uwagą na przyjaciół i oczekując ich opinii.
Ash milczał, słuchając tego wszystkiego. Nic nie mówił, ponieważ w myślach rozważał sens słów swojego przyjaciela. Nie było mu jednak dane długo tego robić, ponieważ nagle wszedł do środka jakiś siwy człowiek w średnim wieku, ubrany elegancko. Towarzyszyły mu Alexa i Iris.
- Ten człowiek chciał się z wami widzieć, podobnie jak i my - rzekła pierwsza z nich - Pomyśleliśmy więc, że załatwimy nasze sprawy hurtem.


Ash popatrzył uważnie na człowieka i spytał:
- Kim pan jest i czego pan sobie życzy?
- Jestem Sanderson, radny tego miasta - odpowiedział mężczyzna - To naprawdę zaszczyt móc w końcu uścisnąć dłoń Eliota Asha.
Po tych słowach mocno uściskał on rękę naszego bohatera, który wciąż przyglądał mu się podejrzliwie, jakby spodziewał się jakiegoś świństwa z jego strony, ponieważ ton, w jakim mówił jego rozmówca wydawał mu się zdecydowanie fałszywy.
- Chciał mi pan tylko pogratulować? - spytał po chwili Ash.
- Tak. A czy to mało, jak na powód, aby pana odwiedzić? - zapytał wesołym tonem mężczyzna - To naprawdę wielka przyjemność i zarazem też wielki zaszczyt dla mnie móc was wszystkich poznać. To ma dla mnie wręcz ogromne znaczenie. Chcę was również prosić o to, abyście rozważyli pewne sprawy.
- Jakie? - zapytał Eliot Ash, uważnie przyglądając się Sandersonowi.
- Chodzi o to, że takie akcje, jak ta ostatnia, to raczej nie będą zawsze wam przynosić chluby - mówił mężczyzna takim dość zakłopotanym tonem - Nie chcę was pouczać, ale miło by mi było, gdybyście nie straszyli więcej ludzi w tym mieście. Ja dobrze wiem, czasami brutalne metody są jedynymi skutecznymi metodami, ale mimo wszystko...
To mówiąc wyjął zza pazury dość mocno wypchaną kopertę na biurko Asha, który uważnie się jej przyjrzał i spytał:
- Co to niby ma znaczyć?
- Proszę się domyśleć - odparł radny.
Eliot Ash parsknął śmiechem i spojrzał na Alexę i Iris, mówiąc do nich ironicznym głosem.
- Widzicie to? Czy wy to widzicie?
- Czekaj, zrobię zdjęcie! - zawołała Iris i natychmiast w ruch poszedł jej aparat fotograficzny.
- Hej! Co to ma znaczyć?! - zapytał zdumiony radny.
Ash tymczasem wziął do ręki kopertę, podszedł do polityka i wepchnął mu ją za pazuchę, mówiąc ze złością:
- Iris, rób zdjęcia! Niech wszyscy w Wertanii dowiedzą się o tym, jak siedzący w kieszeni Giovanniego radny Sanderson próbował nas przekupić, abyśmy dali sobie spokój z naszą pracą.
- To będzie doskonały materiał! - zawołała wesoło Alexa - Artykuł na pierwszą stronę!
Radny był teraz nie tyle zmieszany, co wręcz wściekły.
- Hej, co wy sobie wyobrażacie?! - krzyknął - Nie ważcie się nawet tego publikować! Nie macie na mnie żadnych dowodów! Zniszczę was, jeśli spróbujecie to opublikować!
- Tak? No, to spróbuj - powiedział Ash, a Pikachu stanął na jego biurku i zapiszczał gniewnie - To my zniszczymy ciebie za to, co chciałeś zrobić. Mamy niezależną prasę za świadków i zdjęcia, które mówią same za siebie.
- Ach, ty bezczelny tajniaku! - krzyknął radny, niemalże już dławiąc się nagromadzoną w ustach śliną - Myślisz, że możesz mi podskakiwać?! Albo Giovanniemu?! On cię zniszczy! Wszystkich was zmiażdży! Myślicie, że się przed nim obronicie?! Nie macie szans! Lepiej zacznijcie spuszczać z tonu, bo wylądujecie na dnie!
- Ty wylądujesz tam wcześniej, przekupny draniu - powiedział Brock, łapiąc radnego za poły i podnosząc go w górę.
- Przyjacielu, wyrzuć tego śmiecia, bo jak tak na niego patrzę, to mam wielką ochotę zwrócić obiad - poprosił Ash.
- Z przyjemnością - zaśmiał się Malone.
- Co wy sobie wyobrażacie?! - wrzeszczał radny, próbując się wyrwać z rąk Brocka - Myślicie, że kto wy jesteście?! Nietykalni?! Nie można was ruszyć?!
- Tak, właśnie tak sobie myślimy - odpowiedział mu ironicznie Ash - I dowiedziemy wam tego. A teraz jazda mi stąd!
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał gniewnie Pikachu, puszczając przy tym iskry z policzków.
Brock bez wahania wyprowadził radnego z mieszkania i zrzucił go ze schodów, śmiejąc się przy tym radośnie.
- Nietykalni... To dobra nazwa - powiedziała wesoło Iris - Co o tym myślisz, Alexa?
- Też tak sądzę - odparła zapytana - Tak się będziemy teraz nazywać. Nietykalni! Nikt nie zdoła nas przekupić ani też zastraszyć! A każdego, kto spróbuje to zrobić, potraktujemy tak samo, jak tego śmiecia.
- Bardzo mi się podoba taki plan - uśmiechnął się Brock.
- Mnie także - dodał Cilan - A tobie, Ash?
Eliot Ash uśmiechnął się zadowolony i delikatnie głaszcząc swojego Pikachu dodał:
- Mnie również taki plan przypadł do gustu.
- To się źle skończy - jęknął Clemont - Im szybciej Giovanni pójdzie siedzieć, tym lepiej dla wszystkich.

***


Wiadomość o próbie przekupienia Eliota Asha i jego ludzi dość szybko rozniosła się po mieście dzięki artykułowi Alexy i zdjęciom Iris. Dowody winy radnego były tak jednoznaczne, że dość szybko stracił on swój urząd, a grupa naszych bohaterów stała się jeszcze większymi bohaterami Wertanii, do czego przyczyniły się ich kolejne akcje. Max i Bonnie, a często również Serena i Dawn zdobywali informacje na temat kolejnych bimbrowni oraz akcji przemytu alkoholu do miasta, a wówczas Ash z Brockiem, Clemontem, Cilanem, Garym, Alexą oraz Iris wkraczali do akcji. Wspomagani przez oddziały policji z terenów poza Wertanią bez żadnego trudu rozbijali jeden transport po drugim, a zyski Ala Giovanniego zaczęły spadać. Prócz tego Nietykalni wkroczyli niejeden raz do akcji tam, gdzie pojawiali się ludzie Giovanniego w celu zastraszenia kogoś, dzięki czemu mafia króla zbrodni zaczęła nieco maleć. Gazety codziennie rozpisywały się o poczynaniach Nietykalnych, zaś Serena wraz z Dawn śpiewała w nocnym klubie „Adria“ piosenki na ich cześć, ułożone przez kilku utalentowanych ludzi. Jedna z nich szczególnie zapadła w pamięć ludziom, którzy bardzo lubili ją śpiewać podczas zabaw w nocnym lokalu, a szła ona tak:

Już każdy tu w Wertanii wie,
Policja gangom z ręki je.
Jak pies, zły pies
I każdy ma to gdzieś.

A może to nieprawdą jest,
Że wszyscy w mieście boją się?
Więc kto wspomoże teraz nas?
Może Eliot Ash?

Nie zna strachu,
W jego fachu
Tak już musi być.
Dał gaz do dechy!
Swoje grzechy licz!

To właśnie tak!
On wspomoże nas.
Ten dzielny gość,
Eliot Ash!

Na co ulice pusta są?
Bandyci robią to, co chcą.
Kto da im w kość i ocali nas?
Może Eliot Ash?

To ciągły lęk i wszędzie dźwięk
Świszczących kul,
Lecz mamy gościa, który wie,
Jak temu położyć kres.

To Eliot Ash! Eliot Ash!
I tylko on! To tylko on!
To Eliot Ash! Eliot Ash!
I Nietykalni są tu w Wertanii!

Piosenka ta szybko stała się hitem i praktycznie wszyscy w mieście znali ją na pamięć, nawet sam Al Giovanni. Jednak piosenki piosenkami, a prawda prawdą, a ta niestety nie była wesoła. Pomimo swoich licznych akcji przeciwnik Nietykalnych wciąż był bezkarny i nie istniały dowody na jego przestępczą działalność. Ash zdawał sobie sprawę z tego, że może niszczyć bimbrownie i transporty alkoholu do woli, ale dopóki nie dowiedzie swemu wrogowi winy, to nigdy go nie pokona. Coraz bardziej więc przychylał się do opcji Clemonta Wilsona, choć ta zdawała mu się chwilami nic nie warta - nie dlatego, że była zła, ale dlatego, że nie posiadali żadnych dowodów na to, iż Giovanni czerpie zyski ze swojej nielegalnej działalności. Gdyby tak schwytali księgowego mafii i zmusili go do gadania, to wtedy mogłoby się udać. Ale przecież nie mieli go w swoich rękach, więc ich walkę można by porównać do obcinania mieczem głowy hydrze i to ze świadomością, że na miejsce każdego uciętego łba wyrośnie nowy łeb, a nawet dwa.
Nadzieja pojawiła się w sercach naszych bohaterów, gdy dzięki Dawn, która podsłuchała pewną rozmowę Surge’a Nittiego z jednym z jego ludzi, Nietykalni odkryli, że podczas transportu kolejnej porcji alkoholu do miasta będzie obecna też księgowa Giovanniego, panna Theodora Brown. Gdyby udało się ją złapać, można byłoby zmusić ją do gadania, a wtedy Giovanni może sobie szykować celę w Alcatraz. Zatem Nietykalni otrzymali kolejne zadanie - schwytać i zmusić do współpracy księgową mafii.


C.D.N.





czwartek, 15 lutego 2018

Przygoda 110 cz. II

Przygoda CX

Eliot Ash i Nietykalni cz. II


Pamiętniki Sereny c.d:
Ostatni dzień zimowych ferii był dla sióstr Cheerful wręcz doskonały, a nasza wesoła kompania robiła wszystko, co w jej mocy, aby móc jakoś im umilić ten czas i myślę, że dobrze nam to szło. W każdym razie nikt nie narzekał, a to chyba najważniejsze. Spędziliśmy czas głównie na plaży, a potem jedliśmy lody, spacerowaliśmy po okolicy i oglądaliśmy miejscowe Pokemony. Z nas wszystkich Max nimi najbardziej zachwycony, chociaż odnosiłam wrażenie, że bardziej niż samymi stworki budził w nim podziw ich trenerki, chodzące zwykle w skąpych strojach, a zwłaszcza na plaży, gdzie praktycznie miały takie kostiumy kąpielowe, które więcej odsłaniały niż zasłaniały. Jednak należy oddać Maxowi sprawiedliwość, bo przecież mimo wszystko nowe oraz nieznane mu wcześniej Pokemony budziły jego również ogromne zainteresowanie i nie tylko jego, bo moje także.
- To jest po prostu niesamowite! - powiedziałam zachwyconym głosem na widok kolejnego nieznanego mi wcześniej stworka.
- Tak, masz rację - dodała zachwycona Dawn - To się dopiero nazywa widok. Ja cię piko! A ja myślałam, że widziałam już wszystkie Pokemony, jakie tylko można zobaczyć, a tu proszę! Jaka niespodzianka!
- Dokładnie tak - uśmiechnął się Clemont, którego Ash właśnie pchał na wózku inwalidzkim - Wielka szkoda, że nie ma tu z nami Tracey’ego. Narysowałby piękne szkice.
- Spokojnie, nic straconego - odpowiedział z uśmiechem mój luby - Może tu przecież jeszcze przyjechać.
- Och, jakie te wszystkie Pokemony są słodziutkie! - wołała bardzo zachwyconym głosem Bonnie.
Max razem z nią podzielał jej zachwyt, chociaż jak to już wcześniej powiedziałam, również co chwila wzrok mu uciekał na laseczki w bikini, ale cóż... To był efekt zadawania się z Brockiem i Garym, choć chyba więcej z tym drugim. Więc w sumie czego ja oczekiwałam?
Prawdę mówiąc wariactwa Maxa wcale mnie nie dziwiły. Chłopak próbował wyrzucić ze swojej pamięci wspomnienie Cleo Winter, która złamała mu serce, co on bardzo przeżył. Wiedzieliśmy o tym bardzo dobrze i nie zamierzaliśmy mieć mu tego za złe. Mimo wszystko widziałam także wyraźnie złość i zazdrość malującą się na twarzy Bonnie, gdy tylko Max zaczął robić maślane oczy do najróżniejszych lasek. Wiedziałam dobrze, co jest tego przyczyną i tak prawdę mówiąc, to śmiać mi się z tego chciało, bo przecież to była zakręcona sytuacja. Od początku Max i Bonnie lubili się, ale gdy Max chciał raz pocałować Bonnie, ta mu podsunęła do ust swojego Dedenne. Potem jeszcze parę razy Max chciał skraść dziewczynce całusa, ale nic z tego nie wyszło. Najwyraźniej więc jego męska duma poczuła się urażona i doszło do tego, że przestał on postrzegać Bonnie jako uroczą przedstawicielkę płci pięknej, a zwrócił uwagę na bardziej dojrzałe kobiety. I cóż... Efektem tego było to, że serce mu skradła Cleo, a potem niemalże jednocześnie Bonnie pojęła, iż Max nie jest dla niej tylko kolegą. Więc cóż... Doszło przez to do sytuacji, która panowała w chwili, którą to właśnie opisuję. Śmiać mi się chciało, gdy to widziałam, ale nie miałam jeszcze pojęcia, co z tego potem wyniknie. Gdybym tylko to wiedziała, to... chyba ryczałabym jeszcze bardziej ze śmiechu, bo przecież sytuacja, jaka wynikła potem z zazdrości Bonnie była naprawdę niesamowicie zabawna i z wielką chęcią ją opiszę.
Wracając jednak do mojej opowieści, to spędziliśmy ostatni dzień ferii zimowych bardzo przyjemnie i Clemont towarzyszył nam w tym bardzo długo, ale potem musieliśmy go odwieźć do uzdrowiska, aby mógł on wziąć w swoich codziennych ćwiczeniach. Gdy to zrobiliśmy, to pochodziliśmy jeszcze po mieście, a Bonnie i Dawn dołączyły do nas na prośbę naszego rekonwalescenta, któremu naprawdę bardzo zależało na tym, aby wszyscy jego przyjaciele mogli się dobrze bawić, a nie tylko asystować mu w jego ćwiczeniach. Bonnie tym chętniej się na to zgodziła, aby mieć na oku Maxa (a przynajmniej ja to sobie tak tłumaczyłam).


Zabawa była naprawdę przednia, a kiedy przyszedł czas kolacji, to pani Cheerful zaprosiła nas wszystkich (łącznie z Clemontem) na przepyszny posiłek. To była wręcz prawdziwa uczta, podczas której zjedliśmy naprawdę wiele smakołyków. Chociaż nie jest to zbyt mądre objadać się wieczorem, to mimo wszystko czuliśmy, że jeszcze to spalimy przed snem, gdyż mieliśmy zamiar się dobrze bawić, a do spania nam się wcale nie spieszyło, dlatego też jedliśmy do woli, później zaś spędzaliśmy miło czas tak, jak tylko było to możliwe. Pani Cheerful puściła nam kilka nagrań z dzieciństwa swoich córek i czasów, jak Ash ich pierwszy raz odwiedził, a do tego jeszcze potem przyniosła album ze zdjęciami i pokazywała je nam wszystkie po kolei. Wbrew naszym obawom to było naprawdę bardzo przyjemne, bo zdjęcia stanowiły niesamowicie zabawną zbieraninę najróżniejszych kadrów z życia panienek Cheerful. Najzabawniejsze były zdecydowanie te, które ukazywały dziewczynki razem z Ashem, a tych w albumie znajdowało się naprawdę bardzo wiele.
- O! Proszę, zobaczcie! To zdjęcie zrobiła Delia, czyli twoja mama, Ash - powiedziała wesoło pani Cheerful.
Na tym zdjęciu widać było Mallow, Lanę i Lillie przytulone mocno do Asha, który był wręcz obładowany siatkami z zakupami, a na twarzy miał zdecydowanie niewesołą minę.
- He he he! Ale tu byłeś zły! - śmiała się Dawn, a jej Piplup ćwierkał i turlał się ze śmiechu po stole.
- Tak, a ciekawe co ty byś zrobiła, gdybyś była na moim miejscu? - mruknął Ash - Jestem pewien, że nie spodobałaby ci się sytuacja, w której się znalazłem.
- A w jakiej sytuacji się wtedy znalazłeś? - spytałam.
- Ja wam opowiem! - zawołała wesoło Mallow, która aż się do tego paliła.
Widząc jej wielką chęć do odegrania roli takiej swoistej Szeherezady Ash nie miał sumienia odmówić kuzynce, więc pozwolił jej na to.

***


Mały Ash biegł przerażony przez siebie, spoglądając co chwila za siebie. Widać było wyraźnie, że się spieszy i bardzo chce przed kimś uciec. Nagle poczuł, iż wpada na kogoś, a już po chwili leżał na ziemi, z którą w dość bolesny sposób spotkało się jego siedzenie.
- Co się stało, chłopcze? - spytał jakiś wesoły, męski głos.
Ash spojrzał w górę i zauważył, że wpadł właśnie na dość wysokiego mężczyznę po czterdziestce, opalonego, w zielonych spodenkach, czerwonej hawajskiej koszulce w żółte kwiatki oraz klapkach. Od razu go poznał. To był miejscowy uczony, kuzyn profesora Oaka.
- Dzień dobry, panie profesorze - powiedział speszonym głosem Ash, lekko masując sobie kark.
Uczony zachichotał delikatnie i rzekł:
- Dzień dobry, Ash! A dokąd tak pędzisz?
- Muszę się ukryć! Gonią mnie! - wyjaśnił chłopiec, podnosząc się z ziemi i otrzepując z kurzu.
- Kto cię goni?
- Potwory!
- Potwory?
- Tak, potwory.
- Jakie? Straszne i brzydkie?
- Nie... Śliczne i urocze... I są trzy...
Profesor zaczął powoli rozumieć, o co tu chodzi. Uśmiechnął się więc delikatnie i powiedział:
- Śliczne i urocze, mówisz? Do tego trzy? To nie wróży nic dobrego. A czy aby te potwory nie nazywają się Cheerful?
Ash zmieszał się lekko, zarumienił lekko i rzekł:
- Wie pan...
Nagle z oddali dało się słyszeć trzy słodkie głosiki połączone w chórze, który wołał:
- KUZYYYYYNKUUUU!
- To one! - krzyknął przerażony Ash, po czym wykonał szybko skok w najbliższe krzaki, licząc na to, iż zdoła się w nich ukryć.
Chwilę później przybiegły Mallow, Lana i Lillie. Wszystkie trzy miały prawdziwy ubaw z tego, że Ash próbował im uciec.
- Dzień dobry, panie profesorze! - zawołały chórem dziewczynki, lekko kłaniając się uczonemu.
- Witajcie - uśmiechnął się do nich profesor - Szukacie może kogoś?
- Tak, Asha - odpowiedziała Mallow, rozglądając się dookoła - Widział pan go może?
- Miał iść z nami na zakupy, ale zniknął - dodała zasmuconym głosem Lillie.
- Nie, nie widziałem go - odpowiedział niezbyt szczerym tonem pan profesor.
W tej samej chwili Lana, uważnie rozglądająca się dookoła, dostrzegła but Asha wystający zza krzaków. Zachichotała lekko i szepnęła coś na ucho Mallow, a potem Lillie. Dziewczynki razem zaczęły się delikatnie śmiać, potem przybrały poważne miny (choć wyraźnie nie były to miny szczere) po czym Lana powiedziała:
- Dobra, to my już lecimy. Do widzenia!
- Do widzenia - odpowiedział im uczony.
Kuzynki Asha tymczasem powoli poszły w swoją stronę, a następnie szybko schowały się za drzewem.
- Poszły sobie? - spytał Ash, wychylając się zza krzaków.
- Tak, poszły. Możesz wyjść - odparł profesor.
Ash zadowolony wyszedł nie wiedząc, że dziewczynki zakradły się za nim na paluszkach tak, aby go zaskoczyć. Profesor widział to, ale nic nie mówił czekając z uśmiechem na twarzy na dalszy rozwój wypadków.
Tymczasem Mallow jako pierwsza podeszła do Asha i położyła mu dłoń na ramieniu, wołając:
- A kuku!


Ash krzyknął przerażony i spojrzał za siebie widząc, że oto ma przed sobą swoje trzy kuzynki. Jęknął załamany, a tymczasem Mallow mówiła dalej:
- Tu jesteś! A my cię wszędzie szukamy!
- Ciocia Delia powiedziała, że masz pójść z nami na zakupy! - rzekła karcącym tonem Lana.
- I masz jej słuchać, bo to twoja mama! - dodała Lillie, lekko grożąc mu paluszkiem.
W Ashu odezwała się wówczas chęć buntu. Przybrał buńczuczną minę i taki sam ton, po czym zawołał:
- Ale mama mną nie rządzi, jasne?! Jak mi się nie zechce, to nigdzie nie pójdę i mamuśka jest bez szans!
- Tak uważasz? - odezwał się nagle znajomy głos.
Ash odwrócił się za siebie i zauważył, że za jego plecami stoi właśnie Delia Ketchum, tupiąca ze złością nogą o ziemię i spoglądająca na swojego syna lekko poirytowana.
- He he he... Cześć, mamo - jęknął załamanym głosem Ash, pocąc się ze strachu na widok rodzicielki.
- Ash, kochanie... - rzekła Delia z wyrzutem - Miałeś iść z kuzynkami na zakupy.
- Ale ja nie cierpię zakupów! - jęknął załamanym głosem chłopiec.
- Ale musisz się zająć kuzynkami. Musisz się nimi opiekować. Jesteś w końcu najstarszy z nich wszystkich.
- A czy to moja wina, że jestem najstarszy?
Delia pochyliła się nad nim i pogłaskała go powoli po głowie z typową dla siebie matczyną troskliwością.
- Ash, kochanie... Masz się nimi opiekować tak, jak chłopak zawsze powinien się opiekować młodszą od siebie dziewczynką.
- A dziewczynka nie może opiekować się chłopcem?
- Może, ale co to jest za chłopak, który pozwala się sobą opiekować dziewczynce? To melepeta, a nie chłopak. Chcesz być melepetą?
- Nie, mamo.
- A więc idź z kuzynkami i zajmij się nimi podczas zakupów.
- Dobrze, mamo - jęknął Ash, choć nie był wcale tym zachwycony.
Delia z uśmiechem na twarzy odeszła, zaś kuzyneczki automatycznie przytuliły się do Asha.
- Zobaczysz, będzie fajne na zakupach - powiedziała bardzo słodkim głosikiem Lillie.
- Jasne... Komu fajnie, temu fajnie - burknął Ash.
Obserwujący to wszystko profesor śmiał się do rozpuku, gdyż cała ta scena bardzo go ubawiła.
Podobnie jak i nas, kiedy Mallow na spółkę z Ashem nam to wszystko opowiedziała.

***


Opowiadanie Maggie Ravenshop c.d:
Eliot „Ash“ Ness, Clemont Wilson oraz Cilan Gordon w towarzystwie wiernego Pikachu pojechali taksówką do motelu „Pod Gwiazdami“, gdzie mieli wynajęty pokój. Tam mieli również czekać na przybycie komendanta Zagera, który to chciał z nimi porozmawiać w miejscu bezpiecznym od wszelkich uszu Ala Giovanniego.
- Jeśli mam być szczery, to ten cały komendant nie budzi we mnie ani trochę zaufania - powiedział Clemont.
- Oj, przyjacielu - zaśmiał się delikatnie Cilan - Jak zwykle wszędzie musisz widzieć brudnych gliniarzy. Ty naprawdę powinieneś mieć więcej zaufania do ludzi.
- A ty więcej rozsądku i uważać na to, co mówisz i komu to mówisz - skarcił go Clemont.
Cilan załamany rozłożył ręce i spojrzał na Eliota, mówiąc:
- Hej, Ash! A co ty o tym wszystkim myślisz, przyjacielu?
Zapytany gładził właśnie swojego Pikachu za uchem, kiedy padło to pytanie. Po minie, jaka malowała się na jego twarzy można było z łatwością wywnioskować, iż jest zamyślony.
- Hej, Ash! Żyjesz tam?! - spytał Cilan, lekko trącając go w ramię.
Ash spojrzał na przyjaciela i uśmiechnął się delikatnie.
- Przepraszam cię, zamyśliłem się. O co pytałeś?
- O to, co sądzisz o komendancie Zagerze? Clemont uważa, że on jest podejrzany i mu nie ufa. Ja zaś sądzę, iż jak zwykle przesadza. A co ty o tym sądzisz?
- Sądzę, że powinniśmy być przede wszystkim ostrożni i nie dać się zwieść byle komu - odparł na to Ash, dalej głaszcząc swojego Pikachu - No i nie zaszkodzi także mieć uszy i oczy otwarte. Ostatecznie przecież nigdy nie wiadomo, kto słucha i po co to robi.
To mówiąc spojrzał wymownie w stronę taksówkarza, który właśnie ich zabierał do motelu. Obaj przyjaciele Asha pojęli, iż najlepiej będzie przełożyć tę rozmowę na później. Dlatego umilkli i odbyli dalszą podróż w ciszy.
Cała wycieczka do motelu zabrała jednak nieco więcej czasu niż było to przewidywane, ponieważ taksówkarz przez nieuwagę pomylił drogę i musiał zawrócić, a potem utknął w korku i trzeba było nieco odczekać, aż w końcu dotarli na miejsce. Cała podróż więc zajęła więcej czasu niż powinna, co oczywiście rozdrażniło trzech panów. Załamany taksówkarz przepraszał ich z całego serca za to, że pomylił drogę i wziął o połowę mniej pieniędzy za kurs niż to mu się należało. Uznał, iż tak będzie najuczciwiej, a trzej panowie nie zamierzali z tego powodu toczyć jakiekolwiek wojny i uznali jego tok rozumowania za słuszny, choć jednocześnie Pikachu patrzył na niego podejrzliwym wzrokiem i zapiszczał coś do Asha, który wypłacając taksówkarzowi jego pieniądze również spoglądał na niego podejrzliwym wzrokiem. Tymczasem kierowca ukłonił im się bardzo grzecznie, przyjął pieniądze i wsiadł do swojej maszyny, aby policzyć utarg i jechać do domu, zaś Ash z przyjaciółmi, nie zwracając na niego uwagi, ruszył w kierunku wejścia do motelu.
Budynek o wdzięcznej nazwie „Pod Gwiazdami“ nie należał wcale ani do kategorii pięknych, ani tym bardziej uroczych miejsc, ale pomimo tego nadawał się on do zamieszkiwania go, a o to przecież przede wszystkim chodziło, dlatego przyjaciele nie narzekali, kiedy weszli do środka, po czym poszli do recepcji, gdzie przypomnieli o rezerwacji i wzięli klucz do swego pokoju, a gdy już go dostali, udali się w kierunku pokoju numer 13, aby się tam ulokować.
- No i co o tym sądzicie? - spytał Ash, gdy już weszli do środka.
- Pokój niczego sobie - odparł Clemont - Tylko ta trzynastka mi się nie podoba.
- Ech, daj już spokój z tymi przesądami - zaśmiał się beztrosko Cilan - Numer pokoju o niczym nie świadczy. Poza tym najważniejsze jest to, że da się tutaj mieszkać, reszta jest bez znaczenia.
- Możesz sobie lekceważyć te... jak to nazywasz... przesądy, ale prawda jest taka, że to poważniejsza sprawa niż ci się wydaje.
- Mnie tam bardziej przejmuje co innego - rzekł Ash, stojący właśnie przy oknie ich pokoju (który to notabene znajdował się na drugim piętrze budynku).
- Co takiego? - spytał Clemont.
- Ta taksówka, która nas przywiozła. Nie rozumiem, dlaczego ona tu ciągle stoi.
Clemont i Cilan podeszli do okna i również to zauważyli.
- Rzeczywiście. Dość ciekawe - rzekł Cilan - Chyba ten gość powinien już odjechać.
- Coś tu jest nie tak - dodał Clemont, rozglądając się uważnie dookoła - Panowie, mam złe przeczucia.
- Ty zawsze masz złe przeczucia - mruknął na to Cilan.
Clemont spojrzał na niego groźnie i już chciał coś powiedzieć, kiedy to nagle Ash położył sobie palec na ustach i kazał przyjaciołom milczeć. Obaj więc umilkli, a on sam wraz z Pikachu zaczął nasłuchiwać.
- Słyszycie? - spytał po chwili.
- Pika-pika? - dodał pytająco Pikachu, strzygąc uszami.
- Ja coś słyszę - powiedział Clemont.
- Ja także - dodał Cilan - Coś jakby tykanie.
- Dziwne. Nie widzę tu żadnego zegara - odparł Clemont.
Ash przerażony zaczął wraz z Pikachu biegać po całym pokoju i wręcz gwałtownie zaglądać w każdą szparę. Jego Pokemon zaś zajrzał uważnie pod wszystkie trzy łóżka, a pod jednym z nich znalazł coś niewielkiego oraz kwadratowego, owiniętego w szary papier.
- Pika! Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał, wskazując na to.
Ash i jego dwaj przyjaciele podbiegli do niego, obserwując znalezisko.
- Paczka tutaj? - spytał Clemont.
- Tu jest jakaś kartka - dodał Cilan.
Ash powoli zdjął ową kartkę z paczki i przeczytał znajdujący się na niej napis:

Witamy w Wertanii. Życzę bombowego pobytu w tym mieście.

- Bombowego? - spytał Cilan - O co tu...
- W NOGI! - wrzasnął Ash.
Następnie przerażony złapał mocno w objęcia Pikachu i wyskoczył razem z nią pokoju, a Clemont i Cilan zrobili to za nim - ten ostatni jeszcze szybko odkopnął paczkę daleko w kąt pokoju, co jakby nie patrzeć ocaliło im życie, gdyż chwilę później nastąpił wybuch, który rozwalił cały pokój i sporą część korytarza. Dzięki temu, iż paczka poleciała w kąt, to wybuch zniszczył mniejszą część korytarza i w ten sposób nie dosięgnął on naszych bohaterów, którzy od tego huku tylko lekko zostali ogłuszeni, ale nic poza tym.
Trzej panowie oraz ich Pokemon leżeli na podłodze korytarza przez dobrych kilka minut, powoli odzyskując słuch. Dopiero wtedy zaczęli się podnosić i otrzepywać z siebie kurz.


- A niech to licho! Rzeczywiście bombowy pobyt tu mamy, nie ma co - zaśmiał się Ash, przecierając sobie palcem prawe ucho.
- A mówiłem, że nie można być zbyt ufnym - rzucił Clemont do Cilana niezadowolonym tonem.
- No, ale to ja odkopnąłem tę bombę w kąt, bo inaczej nie skończyłoby się na gwizdaniu nam w uszach - odparł Cilan - Tobie jakoś to nie przyszło do głowy, panie „stała czujność“.
- Zamknijcie buzie z łaski swojej - warknął na nich Ash - Bo za chwilę zacznę żałować, że was bomba nie rozwaliła.
- Pika-pika! - zapiszczał gniewnie Pikachu.
- Tak, masz rację, przyjacielu - rzucił Ash - Lepiej się stąd zbierać i to szybko, bo coś czuję, że ci kolesie, którzy zostawili nam tę paczuszkę będą chcieli sprawdzić, czy jesteśmy już między aniołkami.
- Racja! Lepiej być na to gotowym - odparł na to Cilan, wyjmując rewolwer z kieszeni - I tym lepiej. Mam już dosyć szpiegów, zdrajców i bomb! Wolę otwartą walkę niż takie podchody.
- Zdrajców? - spytał Clemont - Czyli mam rozumieć, że już wierzysz w to, iż komendant Zager nas zdradził?
- Tak, tak! Miałeś rację, jak zwykle zresztą - mruknął Cilan - Nawet w sprawie tej trzynastki.
- Naprawdę? A co cię przekonało do moich racji?
- Logika, kochasiu. Bo niby skąd wiedzieli, gdzie się zatrzymaliśmy i w jakim pokoju? Tylko Zager to wiedział. I jeszcze ten taksówkarz... Założę się, że celowo jeździł po całym mieście jak idiota, żeby jego kumple mieli czas podłożyć nam bombę.
- Mam takie samo zdanie w tej sprawie - rzekł Clemont, łapiąc za broń - Niech no ja go tylko dorwę, to normalnie... Ręce i nogi powyrywam!
- Zaraz będziesz mieć okazję - powiedział Ash, również łapiąc za broń - Bo coś mi mówi, że ten koleś jeszcze tu jest. Bądźcie gotowi.
Ruszyli ku schodom wiodącym na dół, gdy nagle zauważyli, że na ich dole stoi znajomy taksówkarz z pistoletem maszynowym marki Thompson w dłoniach. Mężczyzna był nie tyle zdumiony, co po prostu zdenerwowany tym, że jego niedoszłe ofiary żyją, więc wymierzył broń w ich kierunku, ale zanim zdążył wystrzelić, Ash wpakował w niego kilka kul, jedną po drugiej. Taksówkarz upadł martwy na ziemię, ostatkiem sił naciskając palcem za spust i wypuszczając serię w sufit, tuż nad głowami naszych bohaterów.
- Coś mi mówi, że właściciel tego motelu nie będzie zachwycony - rzucił Clemont, lekko chichocząc.
- Tak, ty też nie - zaśmiał się Cilan - W końcu nie wyrwałeś mu rąk i nóg.
- Zaraz ja wam je powyrywam, jak się stąd nie ruszycie! - warknął na nich Ash - Szybko, bo niedługo będzie ich tu więcej!
Pikachu zapiszczał potakująco i pognał po schodach na dół, a jego ludzcy przyjaciele zaraz za nim. Wszyscy potem wybiegli na dwór, po czym zaczęli się rozglądać dookoła. Mimo wybuchu ludzi nie było praktycznie wcale na ulicy. Przyczyną tego był fakt, że tak bardzo bali się oni wojen gangów, iż gdy dochodziło do strzelaniny czy wybuchów, to zamykali się w swoich domach i siedzieli cicho w obawie, aby nie oberwali.
Ash rozejrzał się dookoła siebie i zauważył nagle opuszczoną przez właściciela taksówkę, która ich tutaj przywiozła.
- Szybko! Do samochodu! Zabieramy się stąd! - krzyknął.
Cała czwórka wskoczyła szybko do auta, a Ash zasiadł za kierownicą. Cilan usiadł obok niego, a Clemont i Pikachu na tylnym siedzeniu. Na szczęściu taksówkarz nie zabrał kluczyków, więc łatwo było odpalić silnik i ruszyć w drogę.
- Dobra, ale dokąd jedziemy? - spytał Clemont.
- Jak najdalej stąd - odpowiedział Ash - Szczegóły ustalimy później.
- Świetnie. Czyli czysta improwizacja, prawda?
- Przestań się czepiać! Wszystkiego nie mogłem przewidzieć.
- Nie chcę wam przerywać pogawędki, ale chyba mamy towarzystwo! - zawołał Cilan, obserwując ulicę przez tylne okno samochodu.
Chwilę później padło kilka strzałów i jeden z nich rozwalił tylną szybę w taksówce.
- Oj, zaczynają się ostro bawić - powiedział Cilan.
- No co? Sam chciałeś otwartą walkę zamiast podchodów - rzekł na to złośliwie Ash, przesiadając się na tylne siedzenie - Clemont, przejmij ster. Znaczy kierownicę.
Clemont w ostatniej chwili złapał za kierownicę, a kiedy Ash przeszedł do tyłu, młody Wilson usiadł na miejscu dla kierowcy.
- U-la-la! Musieli czekać pod motelem i pilnować, czy wykonano zadanie - powiedział Eliot Ash, obserwując ścigający ich samochód.
Z tego samochodu wychylało się dwóch ludzi, obaj z tylnych okien. Mieli oni w dłoniach karabiny maszynowe i co jakiś czas strzelali z nich do uciekającej przed nimi taksówki.
- Karabiny! No jasne! - rzucił wściekle Cilan - Dlaczego oni mają karabiny, a my tylko te głupie gnaty?!
- Bo to są gangsterzy! - odparł na to Ash, ładując swój rewolwer - Nie wiesz, że oni mają zawsze więcej kasy? A jak mają więcej kasy, to stać ich na lepsze zabawki.
- Czyli, żeby mieć lepszy sprzęt, to lepiej być bandziorem?
- Na to wychodzi.
- To ja chyba wolę być bandziorem.
- Ja też... - Ash popatrzył na Cilana i parsknął śmiechem.
- Wszystko przez tę przeklętą trzynastkę - mruczał wściekle Clemont, kierując samochodem - Ja mówiłem, że to pechowa liczba, ale oczywiście mnie nikt nigdy nie słucha.
- Przyciskaj gaz zamiast mielić ozorem! - warknął Cilan - I daj nam rozwalić kilku drani!


Taksówka pędziła dalej, a ścigający ją samochód był blisko niej. Ash i Cilan oczywiście postanowili wykorzystać ten fakt i odsuwając ostrożnie rękami resztki tylnej szyby wysunęli lufy swoich rewolwerów i przez dziurę powstałą wtedy zaczęli strzelać. Oczywiście podczas tak zaciętego pościgu jak ten trudno o dokładne celowanie, więc i tym razem to było utrudnione, dlatego też zarówno gangsterzy mieli utrudnione zadanie, jak i broniący się przed nimi przyjaciele większością swoich strzałów chybili celu, ale w końcu Ashowi udało się trafić w głowę jednego z bandziorów z karabinem, zaś Cilan trafił gościa siedzącego tuż obok kierowcy ścigającego ich wozu. Jednak ich radość z tego faktu nie trwała długo, ponieważ chwilę później wozem zaczęło nieźle szarpać.
- Co jest, Clemont?! - jęknął Cilan - Nie umiesz lepiej prowadzić?
- Umiem, kretynie! Ale chyba dostaliśmy po kołach! Daleko tak nie zajedziemy! - wrzasnął Clemont, próbując jakoś zapanować nad wozem.
Przyjaciele byli już poza miastem, jechali polną drogą, gdy zaczęło nimi szarpać. Niestety, Clemont miał rację - bandyci serią z karabinu trafili im tylne koła, wskutek czego nie mogli oni już uciekać, a do tego wpadli w turbulencję, a ich rozpędzona taksówka zjechała do rowu, po czym uderzyła maską o kamień. W tej samej chwili z silnika wystrzelił ogień i cały wóz zajął się płomieniami. Na szczęście Ash, Clemont, Cilan i Pikachu wyszli z tego bez szwanku, bo wyskoczyli z auta zanim to zaczęło się palić.
- Ostatni przystanek! Wszyscy wysiadka! - zawołał dowcipnie Ash, zbierając się powoli z ziemi.
- Na żarty ci się jeszcze zbiera? - mruknął Clemont - Człowieku, oni o mały włos nas nie...
- Ale zaraz mogą dokończyć dzieła - zauważył Cilan, wpatrując się w drogę.
Miał rację, ponieważ samochód gangsterów już zatrzymał się w ich pobliżu, a czterech bandziorów, w tym jedna kobieta z wyjątkowo zaciekłą miną wysiedli z auta, trzymając w dłoniach karabiny.
- Za taksówkę! Szybko! - krzyknął Ash.
- Pika-pika! - zapiszczał Pikachu.
Przyjaciele schowali się za płonącym wozem i kamieniem, o który on się rozbił, próbując w miarę możliwości osłonić się przed ostrzałem swoich przeciwników.
- Żegnajcie, gliny! - krzyknął podle jeden z gangsterów, ostrzeliwując naszych bohaterów ze swojej broni.
- Niech to szlag! Zaraz nas rozwalą - jęknął Clemont.
- Co robimy, Ash?! - zawołał Cilan.
- No cóż... Do odważnych świat należy! - krzyknął Ash - Nie mam zamiaru pozwolić, aby nas te bydlaki przerobiły nas na szwajcarski ser!
To mówiąc wyskoczył zza płonącego auta i wypalił on kilka razy z rewolweru. Jego kule dosięgły jednego z bandytów, kładąc go trupem na miejscu. Cilan i Clemont zrobili to samo i po chwili powalili oni kolejnego bandziora, zaś następnego zranili w ramię. Wówczas jedyna w bandyckiej grupie kobieta przestała strzelać i złapała mocno za rękę swego kompana i schowała się z nim za samochód, który to trzej przyjaciele ostrzeliwali z rewolwerów. Kobieta wsadziła swego kumpla do auta, po czym pociągnęła serię z automatu do całej trójki, wskoczyła za kierownicę i odjechała.
- Hej, to już koniec zabawy?! - zaśmiał się Cilan.
- Spokojnie... Ona może tu wrócić - odpowiedział mu Clemont - Lepiej więc się stąd wynośmy.
- Dobrze, tylko dokąd? Ash! Dokąd teraz pójdziemy?
Ash zamyślił się przez chwilę, po czym ponownie nabił swoją broń, zanim odpowiedział.
- Sam nie wiem, przyjaciele... Sam nie wiem... Pozostaje nam tylko improwizować.

***


Ash, Clemont, Cilan i Pikachu powoli ruszyli przed siebie, pogrążeni we własnych myślach. Nie wiedzieli, dokąd mają pójść ani też gdzie będą całkowicie bezpieczni. W mieście na pewno nie, dlatego też postanowili udać się na tereny poza Wertanią. Tylko dokąd? Tego niestety nie wiedzieli. Byli tutaj nowi i wszystko stanowiło dla nich wielką zagadkę. Większą niż by tego chcieli.
Słońce już zaszło i powoli ciemność zaczęła ogarniać okolicę, a oni dalej szli szukając odpowiedniego miejsca do spania. W końcu zobaczyli jakiś wysoki budynek otoczony bramą. To była stara fabryka cygar, obecnie zamknięta. Nikt w niej nie przebywał już od bardzo dawna, dlatego też mogli się tam schronić, a przynajmniej wszystko na to wskazywało. Dla pewności jednak przejrzeli teren bardzo dokładnie i sprawdzili, czy nikogo tutaj nie ma. Ponieważ nie znaleźli w całej fabryce żadnych oznak życia, to postanowili tutaj przenocować.
- Nie mamy co prawda pewności, czy nikt nas nie zaskoczy, ale mimo wszystko chyba lepiej będzie spać tutaj niż na zewnątrz, prawda? - bardziej stwierdził niż zapytał Ash.
- Pika-pika! Pika-chu! - zapiszczał delikatnie Pikachu.
- Tak, lepiej tutaj niż na zewnątrz - rzekł Clemont - Tylko co dalej, Ash? Jak teraz wypełnimy naszą misję?
- To będzie trudne, ale przecież nie niemożliwe - odpowiedział Ash.
- Nie wolno nam tracić nadziei - dodał Cilan - Załatwimy tego drania Giovanniego, zobaczysz. Uda się nam.
- Jak? Nie mamy zaplecza, nie mamy własnej meliny ani sojuszników w mieście. Mamy już tylko siebie.
- To więcej niż myślisz, przyjacielu. Więcej niż myślisz - powiedział do niego Ash, kładąc mu dłoń na ramieniu.
Clemont uśmiechnął się delikatnie i pokiwał lekko głową, ale też nie omieszkał jeszcze mruknąć:
- Wszystko przez tę parszywą trzynastkę! Jak ja nie cierpię tej cyfry!
Po tych słowach ułożył się na swoim miejscu, na którym zrobił sobie posłanie ze swojego płaszcza i kapelusza (podobnie jak pozostali) i położył się spać.
Cilan niedługo potem zrobił to samo, a Ash jako ostatni pogrążył się w krainie snów, jednocześnie uważnie rozglądając się dookoła siebie. Chciał mieć pewność, że nikt ich nie obserwuje, a gdy już zyskał taką pewność, położył się powoli na swoim posłaniu i zamknął oczy. Był najbardziej z nich wszystkich zdenerwowany, dlatego też bardzo długo nie mógł zasnąć, ale ostatecznie udało mu się to zrobić. Miał jednak okropne i denerwujące sny, dlatego też z radością powitał poranek, kiedy ten już nastąpił.
Niestety, radość Asha szybko minęła, gdy tylko zobaczył, że niedaleko niego stoją dwa dzieciaki. Jeden z nich to był chłopak w wieku tak około dwunastu lat, o ciemno-zielonych włosach i czarnych oczach, ubrany w brązowe spodnie i zielony sweter. Drugim z dzieciaków była dziewczynka o blond włosach i ciemno-niebieskich oczach, ubrana w nieco postrzępioną, niebieską sukienkę. Oboje teraz uważnie coś oglądali, Ash zaś z na wpół przymkniętych oczu dostrzegł, że są to jakieś portfele.
- Lepiej policzmy to gdzie indziej - powiedziała dziewczynka bardzo zaniepokojonym tonem - Oni mogą zaraz się obudzić.
- Uspokój się i nie panikuj - skarcił ją lekko chłopiec - Weźmiemy tylko kasę, a resztę im zostawimy. Przecież nie jesteśmy złodziejami.
- Tak? Wydaje mi się, że właśnie teraz zachowujemy się jak złodzieje.
- To tylko chwilowo. Wiesz dobrze, że musimy z czegoś żyć, a niby kto nas zatrudni, co?
- Może strażnicy w więzieniu, kiedy im opowiem, co tutaj robicie? - warknął Ash, powoli wstając z miejsca i ujawniając, że wcale nie śpi.
Dzieciaki spojrzały na niego przerażone i zamarły ze strachu na jego widok.
- O rany... - jęknęła dziewczynka.
- O! To pan już nie śpi? - spytał niewinnym tonem chłopiec.
- Jak widzisz, nie śpię - odparł na to Ash - I widzę wyraźnie, co tutaj kombinujecie. Dlatego żądam, abyście natychmiast oddali mi te portfele i to z pieniędzmi.
- Nie! Proszę pana! Pan nic nie rozumie! - jęknął chłopiec - Pan nie rozumie! My żyjemy na ulicy! Nie mamy prawie nic! Musimy jakoś sobie radzić!
- Można to robić inaczej niż poprzez kradzież. Oddajcie mi to.
- Proszę bardzo - mruknął chłopiec, po czym niespodziewanie rzucił w Asha portfelami i zaczął przerażony uciekać, a dziewczynka wraz z nim.
Mężczyzna zerknął do portfelu i zauważył, że pieniędzy w nich nie ma. Wściekły rzucił się w pościg za dzieciakami, które zdążyły już wybiec z terenu fabryki. Biegł za nimi, krzycząc za nimi:
- Stać! Lepiej się zatrzymajcie!
- Nie ma głupich, panie szefie! - zaśmiał się chłopak, odwracając lekko głowę w kierunku ścigającego - A na przyszłość lepiej pilnuj swojej forsy!


Nagle chłopiec, który biegł dalej, nie patrząc przy tym przed siebie, wpadł na coś, co go zatrzymało. Dziewczynka, dająca susy tuż obok niego, wyhamowała i zaczęła wpatrywać się w przeszkodę, która to stanęła im na drodze.
- No proszę... Kogo ja tu widzę?! - rzekł jakiś męski, poważny głos - Znowu coś kombinujecie?
Chłopiec i dziewczynka zauważyli nagle, że stoi przed nimi wysoki, czarnoskóry mężczyzna w młodym wieku, ubrany w ciemno-szare spodnie na czerwonych szelkach, białą koszulę, czarne buty oraz szary płaszcz. Jego widok wyraźnie przeraził całą dwójkę.
- Och... He he he... Cześć, Brock. Jak się masz? - zachichotał nerwowo chłopak.
- Miałbym się dużo lepiej, gdybyście przestali już kraść - odparł na to gniewnie mężczyzna nazwany Brockiem.
- Ale Brock... Przecież ty dobrze wiesz, że my nie mamy innego źródła utrzymania! - jęknęła załamana dziewczynka - Bo niby z czego mamy żyć? Tylko i wyłącznie z tego, co nam przyniesiesz?
Tymczasem Eliot Ash podbiegł do nich i uśmiechnął się zadowolony.
- No proszę. Widzę, że złapał nasze złodziejskie ptaszki.
- Ej! Tylko nie złodziejskie! - warknął do niego chłopiec - Przecież nie zabrałem ci dokumentów, panie federalny! A bez kasy sobie dasz radę!
- Co? Federalny? - zdziwił się Brock, spoglądając na Asha - Jest pan agentem federalnym?
- Tak się złożyło - odpowiedział mu nasz bohater, pokazując odznakę i legitymację - Eliot Ness. Przyjaciele nazywają mnie Ash lub Eliot Ash.
Brock przyjrzał mu się bardzo uważnie.
- Eliot Ash? Ale chyba nie ten Eliot Ash, który pół roku temu załatwił gang Obaniona?
- Właśnie ten - uśmiechnął się delikatnie agent - W fabryce zaś śpią jeszcze moi dwaj przyjaciele... Clemont Wilson i Cilan Gordon.
Brock uśmiechnął się zachwycony, widząc Asha i podał mu dłoń, którą ten po przyjacielsku uścisnął.
- Miło mi pana poznać. Słyszałem wiele o pańskiej działalności. Jestem Brock Malone, ex-sierżant policji.
- Ex? - zdziwił się Ash - Dlaczego ex?
- Odszedł z pracy, bo większość jego kumpli siedziała w kieszeni Ala Giovanniego - pospieszył z odpowiedzią chłopiec - A on jest uczciwy gość i nie pozwolił się sprzedać.
- Nie pozwolił się sprzedać? - spytał zainteresowany Ash - To brzmi bardzo interesująco. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach.
- Tak, to brzmi niesamowicie... Nie bycie brudnym gliną, gdy prawie wszyscy gliniarze są przekupni - odpowiedział mu Brock - Ale ja jestem jednym z tych, którzy zamiast pieniędzy wolą uczciwość.
- Tak... I przez to teraz bruki szlifujesz - mruknął chłopiec.
- Lepsze to niż kraść - rzucił Brock - Przy okazji oddajcie temu panu pieniądze.
- Ale Brock...
- Max, dobrze ci radzę!
Chłopiec niezbyt zadowolony wyjął powoli ze swej kieszeni pieniądze i podał je Ashowi. Agent policzył banknoty i dodał:
- Pieniądze moich kolegów także.
- Ale...
- Kradzione nie tuczy, kolego. A jeśli będziesz wobec mnie fair, to być może znajdę dla ciebie dobrą pracę. I dla twojej przyjaciółki też.
- Poważnie? - uśmiechnęła się dziewczynka.
Chłopiec nazwany Maxem nie wyglądał do końca na przekonanego, ale w końcu oddał wszystkie pieniądze Ashowi, który schował je do kieszeni i powiedział:
- Mówię poważnie. Bardzo mi są potrzebni ludzie uczciwi i porządni, którzy nie biorą forsy od Giovanniego. Możecie mi pomóc. Pan także, panie Malone.
- Poważnie? - uśmiechnął się Brock - Niby w jaki sposób?
- Wszystko panu wyjaśnię, ale może w innym miejscu, bo tutaj jakoś kiepsko się rozmawia.
- Spokojnie. Znam odpowiednie miejsce na rozmowę. A przy okazji, to jeszcze nie przedstawiłem ci moich przyjaciół. To są Max i Bonnie.
- Miło mi was poznać - uśmiechnął się do nich Ash.
- Pana także - odparła wesoło Bonnie - A czemu nazywają pana Ash?
Agent uśmiechnął się dowcipnie.
- To taki mały żarcik. Mówili, że obróciłem w pył działalność gangu Obaniona. Oczywiście przesadzili, bo bez moich przyjaciół bym sobie nie poradził, jednak mimo wszystko gazety rozdmuchały całą tę sprawę i cóż... Zaczęto pisać, że tylko popioły pozostały z wielkiego niegdyś gangu. A od tego potem wziął się mój przydomek. Eliot Ash.
- Nieźle - uśmiechnął się Max - A co to za robota, o której mówiłeś?
- Spokojnie, kochani. Wszystko po kolei - odparł na to agent z wielkim uśmiechem na twarzy - Najpierw poczekajmy na moich... Oho! Chyba już tu idą!
Chwilę później przybiegli do nich Clemont i Cilan. Obaj byli niezbyt zadowoleni, podobnie jak biegnący przy nich Pikachu.
- Ash, nie uwierzysz! Ukradli nam portfele! - zawołał Cilan.
- Wszystko przez tę trzynastkę! - dodał Clemont, dysząc wściekle - Zawsze mówiłem, że ta liczba nie przynosi szczęścia.
- Tym razem nam przyniosła. W pewnym sensie - zaśmiał się lekko Ash, oddając przyjaciołom ich pieniądze.
- Jak to?
- Dowiecie się później. Teraz muszę wam kogoś przedstawić.

***


Brock zaprowadził całą kompanię do baru, który prowadziła jego żona, rudowłosa i zielonooka Misty. Kobieta nie była zadowolona z tego powodu, gdyż bała się, że nowi znajomi przychodzący takim tłumem mogą oznaczać tylko kłopoty, ale nic nie powiedziała i podała mężczyznom po ginger ale, a dzieciakom i Pikachu po lemoniadzie.
- To nie jest alkohol, dlatego chyba możemy sobie pozwolić na wypicie sobie tego napoju, prawda? - zaśmiał się Brock.
- Pewne - uśmiechnął się Ash - A jeśli mam być szczery, to ta cała prohibicja już się wszystkim przejadła. Moim zdaniem powinni ją odwołać i w ten sposób podciąć skrzydła takim ludziom jak Giovanni.
- To prawda, ale cóż... Dopóki nie my stanowimy prawa, to musimy je egzekwować - stwierdził Brock.
- Sam bym tego lepiej nie określił - odparł Clemont - Ale kto wie? Może kiedyś spełni się to życzenie? A póki co lepiej będzie, jeśli będziemy walczyć z Giovannim, co jest zresztą naszą misją.
- A właśnie... Co to za misja? - spytał Max.
- To bardzo poważna misja - odpowiedział mu Cilan - Zostaliśmy tu wysłani przez Federalne Biuro Śledcze, aby załatwić Ala Giovanniego.
- Na nasz plus przemawia to, że jesteśmy tu nowi i praktycznie nikt nas nie zna - dodał Clemont - A raczej przemawiało, dopóki nie zdradził naszą grupę ten łajdak Zager.
- Drań! - pisnęła Bonnie - Jak chcecie, to poprzebijamy mu opony w samochodzie!
- Spokojnie, obejdzie się bez tego - uśmiechnął się delikatnie Ash - Przede wszystkim musimy załatwić tego gościa, który jest za to wszystko odpowiedzialny. Ale to nie będzie łatwe. Sądziliśmy, że Zager nam pomoże, jednak wczorajsze zdarzenie dowodzi jasno, po czyjej jest stronie. Więc na niego liczyć nie możemy.
- Jak chcecie załatwić Giovanniego? - zapytał Brock.
- Chcemy przede wszystkim odciąć go od pieniędzy - rzekł Eliot Ash - Jeśli straci kasę, to będzie nikim. Musimy więc likwidować jego nielegalne bimbrownie na terenie całej Wertanii, a także nie dopuścić do przewozu alkoholu na teren miasta.
Brock pokiwał załamany głową.
- Nie, to o wiele za mało. W ten sposób go nie wykończycie. Musicie znaleźć na niego coś lepszego.
- Może po prostu go sprzątniemy? - zaproponował Max.
- Nie, przyjacielu - pokręcił przecząco głową Ash - To kusząca oferta, ale nie możemy. Zrozum, nie możemy robić, tak jak on. Musimy być inni, lepsi, ale do tego potrzeba nam ludzi. Zaufanych ludzi, którym to można powierzyć nasze tajemnice.
Trzej agenci federalni spojrzeli na Brocka, ale ten zachichotał lekko i pokręcił przecząco głową.
- O nie! Nie mam mowy! Nic z tego. Słuchajcie, ja wiem, do czego wy zmierzacie, ale zapomnijcie o tym! Nie ma takiej opcji! Ja już się nie bawię w policjantów i złodziei, kiedy odkryłem, że jedno równa się drugie.
- Więc co? Wolisz siedzieć cicho i patrzeć, jak inni biorą w łapę?! - spytał gniewnie Cilan.
- Tylko bez takich, dobrze?! - warknął gniewnie Brock - Ja już mam dość służenia miastu i społeczeństwu, które i tak ma mnie w nosie i nie umie docenić tego, co wcześniej robiłem.
- My nie walczymy dla wdzięczności, ale o to, żeby tego zła mniej było na świecie - odparł na to Ash - I za taką misję można oddać życie, jeśli będzie trzeba.
- Jeśli będziecie walczyć tylko w taki sposób, w jaki nam proponujesz, to na pewno oddacie za tę misję życie - stwierdził ponuro Malone - A ja nie chcę stracić kolejnych kolegów, którzy są uczciwi i za to potem oberwą kulkę w łeb.
- Nie musisz nam pomagać walczyć - rzekł smutnym tonem Ash - Ale chociaż pomóż nam zebrać kilku zaufanych ludzi, którzy będą nas wspierać w naszych działaniach.
- Dwóch już macie! - zawołała Bonnie bojowym tonem - Ja i Max możemy wejść w każdą mysią norę i poszperać tu i ówdzie.
- Właśnie! - dodał wesoło Max - Możemy obserwować ulice i okolice miasta, a do tego też mamy kilku znajomych z biednych dzielnic. Za kilka dolarów mogę wam stworzyć cały oddział prywatnej policji, która wytropi każdą bimbrownię i każdy przemyt alkoholu.
Ash i jego dwaj przyjaciele uśmiechnęli się delikatnie, a z kolei Brock parsknął śmiechem, kręcąc wesoło głową.
- To wszystko pięknie brzmi, ale co z tego, że ich znajdziecie, skoro nie będziecie mieli jak ich zatrzymać? - zapytał po chwili - Przecież w trzech ich nie aresztujecie. Musicie mieć więcej ludzi.
- Właśnie w tym celu prosimy cię o pomoc - rzekł Ash.
- Jeśli nam nie pomożesz, nie ma sprawy. Bez łaski - dodał Cilan - Ale wiesz... Może mimo wszystko chciałbyś się znowu poczuć tak, jak dawniej, kiedy miałeś pracę dającą ci satysfakcję?
- Właśnie... Zrób coś w imię dawnych czasów i nie dla siebie, ale dla tych kolegów, którzy zginęli za słuszną sprawę - dodał Clemont.
Brock zastanowił się przez chwilę i powiedział:
- Dobrze... Znajdę dla was kilku ludzi. Ale na tym koniec. Więcej nie będę się bawił w kowboja.
- Spokojnie, przyjacielu. Nikt tego od ciebie nie oczekuje - zaśmiał się Ash i spojrzał na zegarek - O rany! Już tak późno?! Trzeba się spieszyć, bo nie zdążymy załatwić sobie strojów wieczorowych.
- Wybieracie się gdzieś? - zapytał Brock.
- Tak, na występ pewnej przeuroczej artystki - odpowiedział mu na to Ash, uśmiechając się lekko.
- Która wyraźnie wpadła ci w oko - zachichotał Cilan i przybił sobie piątkę z zaśmiewającym się Clemontem.

***


Po wyjściu swoich nowych przyjaciół Brock poszedł w odwiedziny do Alexy, z którą już od dawna się znał. Jak zwykle o tej porze była ona w redakcji wraz z Iris i układała tam kolejny artykuł na temat niedawnych wydarzeń.
- To będzie materiał na pierwszą stronę! - mówiła podnieconym głosem Iris - Wybuch w motelu „Pod Gwiazdami“, a także śmierć taksówkarza w samym budynku... Widać, że ludzie Giovanniego znowu się rozkręcili.
- No, tego to ja napisać nie mogę - odparła Alexa, patrząc na nią dość sceptycznym wzrokiem - Przecież wiesz dobrze, że takie coś grozi procesem o pomówienie. Naprawdę chciałabyś tak ryzykować?
- Jeśli dzięki temu załatwiłabym tego drania, to tak.
- Mogłabyś to przypłacić życiem.
- Czasami warto oddać życie za słuszną sprawę, zwłaszcza, jeżeli to pomoże wygrać tę sprawę.
- Dzisiaj już słyszałem podobne słowa - odezwał się głos Brocka, który właśnie stał w otwartym drzwiach gabinetu Alexy.
Dziennikarka i jej pomocnika uśmiechnęły się wesoło na jego widok.
- Brock Malone! No proszę! - rzekła wesoło Iris - Raczyłeś odwiedzić stare przyjaciółki?
- Raczej młode - zaśmiał się Brock - Bo przecież żadna z was nie jest stara.
- Jak Iris będzie tak głośno gadać, to coś mi mówi, że możemy wszyscy starości nie dożyć - rzuciła Alexa, po czym podeszła i zamknęła drzwi - Co cię tu sprowadza, Brock?
- Do miasta przybył Eliot Ash.
Alexa i Iris spojrzały na niego uważnie i lekko zaszokowane, choć w sposób pozytywny.
- Eliot Ash? Ale chyba nie ten Eliot Ash? - spytała Iris.
- Ten sam - uśmiechnął się lekko Brock.
- Co go tu sprowadza? - zapytała Alexa.
- A jak ci się wydaje? Szuka właśnie ludzi do walki z działalnością Ala Giovanniego. Pewnych oraz zaufanych ludzi. Ponieważ jesteście bodajże jedynymi uczciwymi dziennikarzami, których znam, to bardzo chciałbym was polecić do jego drużyny.
- Jakiej drużyny? - spytała Alexa.
- Drużyny walczącej z Alem Giovannim - odpowiedział jej Brock, uśmiechając się delikatnie - Mam nadzieję, że zechcecie mu pomóc.
- Też pytanie! Oczywiście, że chcemy! - zawołała radośnie Iris, która aż paliła się do działania.
Jej szefowa jednak była bardziej sceptycznie do tego nastawiona oraz bardziej nieufna.
- Nie do końca rozumiem, w jaki sposób mielibyśmy pomóc Eliotowi Ashowi - powiedziała.
Brock uśmiechnął się do niej po przyjacielsku.
- Spokojnie. Tutaj nie powinniśmy rozmawiać zbyt długo. Obawiam się, że nawet w tym miejscu ściany mają uszy. Wiecie, gdzie mieszkam?
- Też pytanie - prychnęła z kpiną Iris.
- To zjawcie się tam jutro wieczorem. Tam odbędzie się małe zebranie zaufanych ludzi, którzy mogą wesprzeć Eliota Asha.


Po tych słowach Brock uśmiechnął się do nich przyjaźnie i powoli wyszedł z siedziby gazety „Głos Wertanii“, po czym ruszył on w kierunku strzelnicy, w której właśnie przebywało kilku młodych policjantów jeszcze nie przeżartych korupcją. Brock Malone spotkał się tam z właścicielem tego budynku, porozmawiał z nim przez chwilę, a następnie obaj wybrali się do pomieszczenia, w której młodzi policjanci ćwiczyli strzelanie do celu.
- Jak widzisz, każdy z nich wręcz doskonale strzela - rzekł właściciel strzelnicy - Tylko nie bardzo rozumiem, na co ci jest potrzebny wyborowy strzelec.
- To już jest moja sprawa. Spokojnie, nie będziesz mieć z tego powodu żadnych problemów.
- Mam nadzieję. To jak? Który twoim zdaniem najlepiej się nadaje do tego, do czego chcesz ich wynająć?
Brock Malone uważnie obserwował wszystkich strzelców, pomyślał przez chwilę, po czym rzekł:
- Poproś mi tutaj tego pierwszego z lewej.
Właściciel wszedł do sali, a strzelanina natychmiast ustała na znak szacunku do niego. Mężczyzna podszedł do wskazanego mu młodzieńca i przyprowadził go do Brocka.
- O! Pan Malone! - uśmiechnął się młodzieniec - Coś się stało?
- Szukam pewnego człowieka do pewnego zadania - odpowiedział mu z uśmiechem na twarzy Brock.
- Poważnie? A jakiego?
- Spokojnie, wszystko zgodnie z prawem. Powiem ci szczegóły, jednak odpowiedz mi na jedno pytanie. Czemu wstąpiłeś do policji?
Młodzieńca zdziwiło to pytanie, ale postanowił na nie odpowiedzieć i od razu przystąpił do rzeczy.
- Żeby walczyć z przestępczością, bronić pokrzywdzonych i pomagać każdemu w potrzebie, jak również służyć sprawiedliwości oraz pilnować porządku tam, gdzie jest on naruszany.
- Dobra, dobra - rzucił Brock, śmiejąc się - To jest cytat z przysięgi policjanta. Lepiej mi powiedz tak własnymi słowami, dlaczego wstąpiłeś do policji.
- Już powiedziałem, żeby walczyć z przestępczością i...
- Tak, tak! To już wiem! - warknął gniewnie ex-gliniarz - A poza tym co byś dodał od siebie?
- A co można jeszcze dodać?
- Ech... Wracaj do kolegów.
- Ale...
- Bez gadania! Wracaj! A  ty przyprowadź mi kolejnego.
Właściciel strzelnicy odprowadził młodzieńca do kolegów i po chwili przyprowadził następnego młodego policjanta, ale z nim sytuacja wyglądała niemalże podobnie, tak samo jak z trzecim i czwartym. Za piątym razem zaś przed Brockiem stanął dość wysoki młody człowiek o brązowych włosach i czarnych oczach, z lekko niesforną fryzurą.
- O! Brock Malone! - zawołał zachwycony - Miło cię widzieć.
- Ciebie także, chłopcze... - uśmiechnął się do niego Brock - Słuchaj, szukam człowieka do pewnego zadania.
- Czy jest ono zgodne z prawem?
- A gdyby nie było, to co?
- To wówczas moja zgoda zależałaby od tego, komu miałbym skopać tyłek.
Brockowi spodobała się ta odpowiedź, jednak postanowił sprawdzić jeszcze lepiej tego młodego człowieka.
- Brzmi ciekawie. A powiedz mi, czemu wstąpiłeś do policji?
- Żeby walczyć z...
- Nie gadaj bzdur i nie cytuj mi tu regułek! Po co wstąpiłeś do policji, kolego?! I mów swoimi słowami!
- Po co? Ano po to, żeby ludzie nie musieli się bać! Żeby bydlaki takie jak te, które trzęsą tym miastem wiedzieli, gdzie ich miejsce!
- Tak? A gdzie jest to miejsce?
- W grobie!
Brock był bardzo zadowolony z tego, co usłyszał.
- Podobasz mi się. Ale powiedz mi, czemu tak ci zależy na tym, aby ludzie się nie bali?
- Bo sam się kiedyś bałem. Ja i moja rodzina. Nie chcę się więcej bać i nie chcę, ani dobrzy ludzie musieli się bać. Chcę, żeby ci bydlacy, których ja kiedyś musiałem się bać, teraz sami zaczęli bać się mnie. Żeby odtąd bali się tylko dranie, a nie porządni obywatele.
Malone był coraz bardziej zachwycony swoim rozmówcą.
- A co z celnością? Zademonstrujesz nam ją?
Młodzieniec uśmiechnął się, zaprowadził Brocka do sali, po czym stanął przed tarczą. Malone obserwował uważnie każdy jego ruch, a potem zobaczył, jak z niewiarygodną szybkością młodzieniec chwyta za broń i niemalże bez celowania strzela do tarczy i to sześć razy. Następnie w tarczy pojawiło się sześć dziur po kulach, a wszystkie w środkowym, niewielkim czarnym kole.
- Brawo, mój chłopcze! - zawołał Brock, klaszcząc w dłonie - Jak się nazywasz?
- Gary Stone.
- A więc Gary Stone... Witaj w drużynie.
To mówiąc obaj panowie uścisnęli sobie dłonie.


C.D.N.




Przygoda 130 cz. V

Przygoda CXXX Tytani, do akcji! cz. V Drużyna Młodych Tytanów, trzymając mocno kciuki za swojego lidera i po cichu modląc się, aby Slade nie...